Wpisy oznaczone tagiem "depresja" (1000)  

wieczny.grubas
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

deergirl
 
Nie spałam całą noc... przespałam może godzinę i się przebudziłam, bo miałam koszmar. Niby nie było tam nic strasznego, ale po przebudzeniu potwornie się czegoś bałam. No właśnie... czegoś. Już wieczorem odczuwałam dziwny niepokój - serce mi waliło jak młotem, oddychałam szybko, byłam cała napięta. A nie było ku temu powodu. Wczoraj skończyły mi się leki na sen, a mama zapomniała załatwić receptę - to tylko dowodzi, że nadal nie umiem zasnąć bez leków, gorzej... bez nich dostaję jakichś dziwnych lęków. Jestem jak chodzące zombie, wory pod oczami sięgają policzków, jestem blada jak śmierć i wszystko mnie boli. Nie zapowiada się dobry dzień w pracy. Dzisiaj pierwszy raz od dawna mam zmianę z kierowniczką, jak wiecie z poprzedniego posta, nasze relacje są ostatnio napięte. Mi się już nie chce nawet udawać, że wszystko jest ok, nie zależy mi już na tej pracy. W każdej chwili mogę odejść (vivat umowa zlecenie!) i to zrobię, jeśli posunie się za daleko. Nie uśmiecha mi się dziś iść do pracy z wiadomych względów, ale może jak wypiję energetyka to będzie lepiej. Nie chcę tego robić, bo to nie zdrowo, ale nie mam wyjścia - kawa mi nie pomoże. W środku pracy idę na zajęcia z analizy i interpretacji dzieła, są to ćwiczenia, a ja nie mam siły nawet wstać. Jeśli ktoś dziś mi powie coś "motywującego" typu: uśmiechnij się! albo myśli pozytywnie! puszczę wiązankę, o jakiej nawet raperom się nie śniło. Odmeldowuje się...
9ce5799eee4d4117d6592f05789c8366.jpg
 

raimund0
 
raimund0: wiecie co najbardziej boli? kiedy bliska wam osoba otwarcie mowi, ze kiedys, bedac chudszym, wygladales lepiej.
plakalam. mocno.
bo I. nawet nie wyobraza sobie jakie katusze przechodze, zeby i tak ostatecznie wygladac jak wygladam. ale sie staram. licze kalorie jak nienormalna. tylko nic mi nie wychodzi.
(czy kiedys bede w stanie zjesc cos bez wyrzutow sumienia?)
3 pomidorki [10]
energetyk [10]
2 lyki kawy z mlekiem kokosowym [30]
zupa warzywna [200]
zupa warzywna [100]
3,5 wafla [70]
salatka <ogorek, pomidor, tofu> [70]
490/700
pewnie potem jeszcze zjem wafla, troche ogorka, wiec powiedzmy, ze bilans bedzie lekko ponad 500.
EDIT: pol wafla + pare gryzow jablka
520/700
boli mnie glowa.
nie potrafie sie uczyc.
jestem beznadziejna, im done.

IMG_8107.JPG


IMG_8106.JPG
 

maluscorporisisback
 
Moje bilanse z dwóch ostatnich dni:
Piątek:
+sok "super kale" i banan
+miseczka owoców (3 mandarynki, borówki i truskawki) z cynamonem

Sobota:
+miseczka owoców (figa, gruszka, jabłko, różowa śliwka) z sokiem z cytryny i cynamonem
+surowa kolba kukurydzy, kilka winogron, marchewki
+garść borówek
+6 falafeli, trochę wegańskiego pesto i sałatka podczas meal prepu
+wegańskie leczo z kaszą (niestety kupne)+ 3 ciasteczka+ trochę soku pomarańczowego

Ostatni posiłek zjadłam u koleżanki, która zaprosiła mnie na wieczór. Bardzo się starałam po prostu dobrze bawić i nie przejmowac się ciasteczkami i wiecie co... udało mi się :) Naprawdę! Nie miałam wyrzutów sumienia, to było niesamowite. Mój mózg oczywiście kalkulował kalorie z ciastek i leczo, ale oparłam się sprawdzeniu na opakowaniu ile to miało kcal.
Od kilku dni się nie ważyłam i jest to równocześnie przyjemne i starszne. Boję się, że przytyłam. Mam wrażenie, że kostki na rękach obrastają mi tłuszczem. Kiedy się odchudzałam lubiłam dotykać tych kostek, kiedy czułam się głodna...

Miałam bardzo produktywny poranek: byłam już na spacerze, umyłam okna, wykąpałam się, zaraz lecę na pocztę, a potem będę robić czekoladowe "energy balls".

Bardzo dziękuję Wam za wsparcie, prawdę mówiąc myślałam, że dostanę trochę hejtu, ale to widocznie też tylko w mojej głowie.
Trzymajcie się!

xBonum Corporis
10410998_899867893365705_1638481069288805187_n (1).jpg
  • awatar mniejkilo: Fajnie, że pokonujesz swoje lęki. Trzymam kciuki żeby motywacja Cię nie opuściła.
  • awatar Vil.: Kochana, jestem po recovery - pisz na pw jeśli masz ochotę!
  • awatar Ace: Jestem z Ciebie bardzo dumny.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

maluscorporisisback
 
Witajcie, zniknęłam na kilka dni. Przemyślałam parę spraw. I oto jestem.

Nie zdziwię się jeśli większość z Was przestanie obserwować moje wpisy, bo będą sprzeczne z tym jakie są Wasze cele i przekonania. I to jest w porządku. Jeśli zdecydujesz się nie czytać dalej, to wiedz, że życzę Ci wszystkiego co najlepsze.


Zaczynam od akceptacji. Akceptuję to, że nie jestem piękna, że nie jestem szczupła, że spędziłam 6 lat w depresji i na myślach o odchudzaniu. To właśnie moje życie. I akceptuję to, nie dlatego tylko, że takie są fakty, ale dlatego, że bez tego nie byłabym tutaj. Zmieniająca się, ponosząca odpowiedzialność za siebie i silna.
Przypomina mi się ustępek z książki "motylki" Louise Halse Anderson, kiedy główna bohaterka Lia idzie na hospitalizację i decyduje się walczyć z anoreksją:

“Przędę, tkam i dziergam słowa i wizje, aż w końcu życie zaczyna nabierac kształtów. Nie ma magicznego lekarstwa, to nie zniknie na zawsze. Są tylko małe kroki w górę; łatwiejszy dzień, niespodziewany śmiech, lustro, które już nie jest ważne.”



Właśnie te małe kroki w górę są najważniejsze. Koniec z wagą, koniec z liczeniem kalorii (chociaż pojawiają się w głowie, kiedy patrzę na jedzenie). Koniec z objadaniem się, koniec ze zmuszaniem do głodówek "za karę".

Chcę wsłuchać się w moje ciało po raz pierwszy w życiu i znaleźć prawdziwy głód, który mogę zaspokoić bez wyrzutów sumienia.
Naprawdę nie pamiętam żebym robiła to kiedykolwiek wcześniej. Myśl o jedzeniu kiedy jest się głodnym i przestawaniu po nasyceniu wydaje się być abstrakcyjna. Wiem, że kiedyś tak było za moich elfio-dziecięcych czasów, ale nie mogę sobie przypomnieć co myślała ta dziewczynka. Chyba po prostu żyła.

To będzie prawdopodobnie najcięższa walka jaką ze sobą stoczę. Nie, błąd: To będzie najtrudniejsza walka jaką stoczę z chorobą, po to żeby odzyskać siebie.

x Bonum Corporis
  • awatar mniejkilo: Powodzenia i gratuluję takiej decyzji. Jeśli będziesz tutaj dalej pisać ja chętnie poczytam
  • awatar Vil.: Popieram: To będzie najtrudniejsza walka jaką stoczę z chorobą, po to żeby odzyskać siebie. Ale gwarantuje, że po tym poczujesz życie jak nigdy.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

deergirl
 
Moi czytelnicy wiedzą, że bywam porywcza, wyolbrzymiam pewne rzeczy i zdarza mi się zbyt dramatyzować. Zwykle po jakimś czasie, po przemyśleniu całej sytuacji, się uspokajam, rozumiem swój błąd i akceptuję rzeczywistość. Tylko nawet moja wewnętrzna wyrozumiałość ma swoje granice, a moje zaraz będę przekroczone przez... kierowniczkę.
Tak, kierowniczka za bardzo przeciąga strunę, a mnie kończy się cierpliwość. Nie tak dawno pisałam, że wypełniałam błędnie raport, byłam przez to na siebie bardzo zła i nie chciałam dalej tam pracować, bo uważałam, że sprawiam więcej kłopotu niż pożytku. Jednak już prawidłowo wypełniam raport i swojej pracy nie mam już nic do zarzucenia. Zajmuję się swoją robotą, wypełniam moje obowiązki i staram się jak mogę, by wszystko było dobrze. Mimo wszystko jestem też człowiekiem i już daję sobie mały margines błędu jaki mogę popełnić, bo nie jestem pieprzonym robotem, by robić wszystko idealnie pod linijkę. Błędy zdarzają się wszystkim. A jeśli ktoś nie potrafi tego zrozumieć to już nie mój problem.
Może to trochę wyglądać na psioczenie o swojej szefowej, że jest taka, taka i taka, czepia się, wkurwia mnie ble ble ble. Może i jest w tym dużo prawdy, ale chcę się wyżalić mojemu komputerowi i obnażyć bolesną prawdę o kierowniczce. S. to do Ciebie, chociaż wiem, że tego nie przeczytasz, ale przynajmniej wąska grupka osób dowie się jaka jesteś naprawdę.
Już od jakiegoś czasu kierowniczka czepia się dosłownie pierdół, które można łatwo poprawić, a rolą kierownika jest wyłapywać błędy, wskazać je pracownikom. Można na początku się powściekać, ale jest to pokaz emocji i dowód, że się nad nimi nie panuje - nie jest to dobra cecha dla kierownika. Panna S. nie tłumaczy nam jak mamy coś poprawić, jeśli zrobimy coś źle, ona ma pretensje, twierdzi, że nic nie robimy i wylewa wiadro pomyj. Taki powinien być kierownik?
Przywołam sytuację z wczoraj: kierowniczka ogólnie w weekendy ma wolne, więc byłam tylko ja z koleżanką i robiłyśmy to, co zwykle: sprzątałyśmy sklep, obsługiwałyśmy klientów, wypełniałyśmy podstawowe obowiązki jak dokładanie komiksów na półkę, robienie przypinek itd. Wszystko zrobiłyśmy, co miałyśmy zrobić, klientów nie było, czyli miałyśmy wolne, więc sobie czytałyśmy, trwało to może 40 minut, bo nagle dostałyśmy wiadomość od szefa wszystkich szefów, że mamy policzyć wszystkie mangi małego wydawnictwa. Spoko, zadzwoniłyśmy do kierowniczki, by nam podała szczegóły jak mamy to zrobić (bo ona nigdy nas nie dopuszczała do systemu). Odebrała telefon i stwierdziła, że sama to zrobi. Skoro tak to obie wróciłyśmy do opieprzania się, bo nie mamy nic do roboty. Została godzina do zamknięcia sklepu, a tym razem to ona do nas dzwoni. Daje nam zadanie, że mamy policzyć WSZYSTKIE komiksy dwóch dużych wydawnictw + tego małego, co miałyśmy zrobić na początku i się rozłączyła. Tego było od chuja, dużo tytułów i miałyśmy je wszystkie policzyć, wszystkie jakie mamy w sklepie czyli również magazyn. Wkurwione na maksa, że teraz musimy to robić (bo kurwa nie mogła nam powiedzieć wcześniej, że mamy to zrobić, najlepiej dać takie zadanie godzinę przed zamknięciem) no to zabrałyśmy się za liczenie. Problem był, gdy zobaczyłyśmy system, z którym żadna z nas nie miała wcześniej do czynienia, poza tym okazało się, że są w nim błędy np.: mamy 14 tomów jakiegoś komiksu, a w systemie jest ich tylko 10 etc. Dzwoniłyśmy do niej co mamy z tym fantem zrobić, ale nie odpierała, więc stwierdziłyśmy, że zrobimy według systemu. No kurwa, co miałyśmy zrobić, nie jesteśmy jebanymi informatykami, by poprawić te błędy. Jakoś się z tym uporałyśmy w tą godzinę, ale faktycznie się spieszyłyśmy, bo trzeba było to zrobić na już i koniec! Wysłałyśmy jej wszystko i zebrałyśmy się do zamknięcia dnia, policzenia pieniędzy i takich tam pierdół. Zadowolone z siebie zamknęłyśmy sklepi i do domu. Nie minęło 30 minut jak dostałyśmy wiadomość: "Jak zwykle zrobiłyście po chuju, były trzy błędy! Nigdy nie można na was liczyć." Wyłapała trzy jebane błędy... TRZY! Nie dziesięć, nie pięćdziesiąt - trzy kurwa błędy. I od razu oczywiście, że sobie olałyśmy, zrobiłyśmy byle jak. Nieważne, że dała nam na policzenie połowy jebanego sklepu GODZINĘ i kazała obsłużyć program, którego nigdy nam nie pozwalała tknąć nawet palcem. ZROBIŁYŚMY TO PO CHUJU! Zjechała nas jak bure suki i jesteśmy złe i niedobre, a ona musiała "wszystko" za nas poprawić (czyli te trzy błędy, które nie były naszą winą, tylko systemu, ale dobra). No szlag nas jasny trafił. 1. To nie jest sprawiedliwe, 2. Mogła sama to zrobić jak zawsze, skoro my wszystko robiłyśmy źle, 3. To nie było zwykłe "opieprzenie" nas tylko upokorzenie na forum... Więc mogłam się trochę wściec, ale dzisiaj szala goryczy się przelała:
Wszystkie z nas (poza kierowniczką) studiują, więc grafik trzeba dopasować do naszych potrzeb (uczelnie etc.). S. poprosiła nas o spisanie swojego planu, nawet przygotowała własny Excel (który notabene był chujowo zrobiony, bo nie pozwalał mi wpisać godzin, w jakie mogę przyjść do sklepu). Napisałam jej mój plan zajęć, i dla mnie logiczne było, że skoro ma mój plan zajęć, to nie muszę jej co tydzień pisać, kiedy mogę, a kiedy nie... ma wszystko napisane, a nawet gdyby się coś zmieniło to bym przecież napisała. Dlatego w tym tygodniu nie napisałam jej mojej dyspozycyjności, bo przecież cały czas ją miała. Z resztą, miała dużo czasu, by się upomnieć o to, że mam napisać jej plan (no kurwa nie wiedziałam, że za każdym jebanym razem muszę jej pisać to samo). Wysłała grafik, a ja patrzę, że mam tylko dwa dni (znowu weekend), a przecież czwartki i piątki mam wolne, więc grzecznie zapytałam: dlaczego mam tylko dwa dni. Napisała, że taką dałam dyspozycyjność. Ja zdębiałam. Przecież miała mój plan. Pytam o co chodzi, a ona mi odpisała, że "nie napisałam jej dyspozycyjności i tak jest, gdy nie dba się o swoje interesy". No chuj mnie strzelił, napisałam jej mój cały plan, i co tydzień mam jej pisać to samo? A z tym tekstem "trzeba dbać o swoje interesy" to już przegięła, poczułam się jak pies, a nie jak jej koleżanka (którą ponoć jestem). Skoro jej "nie wysłałam" dyspozycyjności to dlaczego mi wpisała ten weekend? Przecież nie napisałam nic, czyli w jej rozumowaniu nie powinnam pracować w weekend. Kurwa jak jej wygodnie tak robi, nie liczy się wgl z innymi. A wiecie czemu dała mi ten weekend? BO NIE MIAŁA KIM GO OBSTAWIĆ! Gdybyśmy mieli pięciu pracowników, mogłaby mnie nie wpisać w grafik, ale są nas tylko 3 i byłoby to niemożliwe beze mnie. Nie pozwolę się tak traktować. Jak do tej pory tolerowałam jej fochy, bo mi aż tak nie szkodziły (np.: upokarzanie mnie na forum pracowniczym), ale skoro teraz wkroczyły pieniądze (jeden dzień mojej pracy to 90 zł) to już miarka się przebrała, to nie była zwykła złośliwość, ona chciała mnie pozbawić pieniędzy. Jak ja mam to interpretować? To jest koleżanka? Gówno  nie koleżanka, gówno nie kierownik! Ale czego ja się spodziewam po zwykłym magistrze muzyki? Że będzie potrafiła zarządzać kadrą? Bez żadnego doświadczenia z ludźmi? No śmiech na sali, ona nie ma pojęcia jak powinny wyglądać relacje z pracownikami i jak JEJ praca ma wyglądać. Wszystko opiera na pretensji i krytyce, a od siebie nie daje nic, nie pomoże, nie wytłumaczy. Opierdalać to byle debil potrafi, a bycie kierownikiem to coś więcej i skoro tego nie rozumie to czas byśmy się pożegnały. Szkoda, lubię moją pracę, ale nie wytrzymam więcej upokorzeń, fałszu i pretensji. Bo nikt nie zauważy, że tylko ja składam koszulki, układam breloczki i magazyny, nawet kable myję, by nie mogła się do czegoś przyczepić. A jak popełnię jakiś błąd, to od razu cała moja praca jest "po chuju" i nie można na mnie liczyć. Moja depresja pogłębiła się ostatnio właśnie przez to napięcie w pracy. Podziękuję.
cf226b44613ec1b162b1745e20822936.jpg
 

porcelainange6l3
 
Nuteliaஐ:

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

deergirl
 
Dzisiaj jest idealny dzień na opierdalanie się, ale niestety obiecałam, że przyjdę do dziewczyn obejrzeć film u jednej z nich w domu (w sumie to akademiku). Tak mi się nie chce... a jeszcze muszę coś kupić do jedzenia, bo w sumie wypada. Może kupie nawet szampana, o którego pytała Iza, nie wiem, zastanowię się nad tym...
Na rodzinnym obiedzie było całkiem sympatycznie, odczuwało się napiętą atmosferę, ale dało się przeżyć. Więc nie jest tak źle.  
c4731c7d1fa6eb3eb9b2dadc706ec54a.jpg
 

deergirl
 
Dzisiaj nie chce mi się nic. Mam oficjalną przerwę od życia, do nikogo się nie odzywam, z nikim nie piszę, Facebook jest wyłączony. Nic mi się nie chce. Brak leków daję się we znaki coraz bardziej, a ja ciągle mówię mamie by nie umawiała mnie do psychiatry. Mówić to se mogę, na szczęście pani doktor jeszcze do końca września jest na wakacjach, więc nie muszę na razie do niej iść. I dobrze, bo w sumie nie mam nic do powiedzenia.
M. zaczął już pracę, więc nie będziemy spędzać każdej chwili non stop. W końcu! Mam czas dla siebie i go nie ma i nie patrzy mi w monitor. W ogóle to jestem zdziwiona, że jeszcze nikt nie dowiedział się o tym blogu. Nawet specjalnie go nie ukrywam - wystarczyłoby tylko wejść w moją historię przeglądarki i ma się wszystko podane na tacy. To chyba właśnie zasługa tego, że nawet nie staram się tego ukryć. Ludzie jakoś potrafią wyczuć, że ktoś coś przed nimi ukrywa, bo właśnie... to ukrywa. Nazwę to paradoksem tajemnicy.
Coraz bliżej rodzinny obiad, a ja powoli zaczynam mieć wszystko w dupie. Już mnie nie interesuje co będzie, czego nie będzie, kto przyjdzie, kto nie przyjdzie. Dadzą mi nowy komputer, ja ładnie podziękuję i tyle. Jeśli będę się nudzić albo nie spodoba mi się atmosfera po prostu wyjdę - nie chce mi się męczyć. Bo i po co?
Dzisiaj dostałam mail od mojej uczelni dotyczący spotkania organizacyjnego dla pierwszego roku. 28 września godzina 11: 00 na ulicy Piastów. Pójdę sama. Przyjść z mamą to największa siara, a chłopak też nie jest mi tam do szczęścia potrzebny. Zobaczymy jak to będzie. Do tego dowiedziałam się o kierunku, który miał być dopiero w przyszłym roku... jest w tym. Dzięki US za info! Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno i mogę się zapisać. Byłoby fajnie, bo bardzo zależy mi na pisarstwie, a ich informacje są tak łatwo dostępne i ogarnięte, że dowiedziałam się o tym dopiero teraz. A przecież szukałam informacji na stronie... i nic! Była nawet notka w lipcu, że pisarstwo będzie otwierane w przyszłym roku. Ech... oby było jeszcze miejsce.
b52702f2e35758110870803bdb7ceb2e.jpg
 

porcelainange6l3
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

deergirl
 
Muszę przyznać, że nie jestem zbyt rodzinną osobą, razem z rodzicami raczej się nie angażujemy w "dalsze" życie rodzinne. Nie wiem dlaczego. Najważniejsza jest dla nas najbliższa rodzina, a reszta nas po prostu nie interesuje. Gorzej zaczyna być kiedy ta najbliższa rodzina się od nas izoluje i "odcina się od zdjęcia". Tak teraz robi mój wujek (brat mojej mamy).
Już od jakiegoś czasu nasze relacje z nim się pogorszyły, a wina jest po obu stronach. Jednak za każdym razem udawało się ten konflikt załagodzić, ale tym razem już nie. Mama z wujkiem przez ostatnie lata kłócili się bardziej niż zwykle, a ostatni rok to już apogeum. Ale to co się stało wczoraj przechodzi jakiekolwiek pojęcie. Wujek ze swoją dziewczyną (do niej jeszcze wrócimy) przyjechali do nas po rzeczy babci, które u nas zostawiła. Dla nas to normalne, że jak się spotykamy to rozmawiamy, pijemy herbatę... nawet te pół godziny gadania o byle czym powinna być normą, no bo w końcu jesteśmy rodziną. Tak to chyba powinno być. Jednak wujek wziął rzeczy stwierdził, że idą do znajomych i wyszedł. Tak po prostu. Żadnego "co tam u was?" albo "jak tam". Nic. Mama najpierw była zszokowana, po prostu patrzyła się na drzwi z dobrą minutę. Następnie po prostu usiadła i załamała ręce. Było jej po prostu przykro, że jej własny brat tak ją traktuje. Pytała się tylko "za co on mnie tak nienawidzi?", "co mu zrobiłam?". Nie wiedziałam co odpowiedzieć. To jej rodzony brat. Jedyny. Nawet ja nie spodziewałam się po nim czegoś takiego.
Wszystko zaczęło się od jego dziewczyny, od początku za nią nie przepadaliśmy, ale ją akceptowaliśmy. Mama się nawet nią zajmowała podczas nieobecność wujka (jest mechanikiem okrętowym i pływa dwa tygodnie na dwa tygodnie). Karolina (tfu..) po prostu popadała w depresję, gdy go nie było, a moja mama ją odwiedzała, chodziły razem na zakupy i spędzały wspólnie czas. Ja tez się czasami do nich dołączałam. Ale z dniem kiedy wujek wracał z rejsu Karolina zmieniała się o 180 stopni. Robiła się z niej wielka pańcia, której nie byliśmy godnie, by z nią przebywać. Ignorowała nas i miała po prostu w dupie i tak wkoło Macieju to samo. Jest też strasznie zazdrosna o mnie. Jestem chrześnicą wujka i jedynym dzieckiem w rodzinie (on nie ma dzieci), więc jestem dla niego bardzo ważna, to chyba zrozumiałe, jestem rozpieszczoną księżniczką w rodzinie, ale Karolinie się to nie podoba. Za każdym razem gdy wujek mi coś kupił, nieważne co i nieważne z jakiej okazji - ona łapała focha. Po prostu cały czas siedziała naburmuszona, bo jej chłopak kupuje coś swojej siostrzenicy. To jest śmieszne. Dlatego wujek nie robi mi niespodzianek, nie daje "kieszonkowego", bo jego dziewczyna tego nie akceptuje. To przez nią tak ogranicza kontakty z rodziną. Nawet do własnej mamy (mojej babci) nie jeździ tak często jak kiedyś, bo jej się to nie podoba. To jest chore. I jest mi po prostu przykro. I żal mi mamy, bo widzę jak to przeżywa. No kurde to jest jej brat.
W środę jest obiad rodzinny z okazji mojej zdanej matury i rozpoczęcia studiów i już czuję tą napiętą atmosferę. Oczywiście zaprosiliśmy wujka i jego (tfu..) dziewczynę, ale nie będzie to miły obiadek przy rosołku. Jest to szokujące jak kobieta może zmienić faceta... po prostu nie do poznania, to już nie jest ten sam facet. Babcia opowiadała jak razem z nią przyjechali do niej i jedli obiad. Babcia powiedziała, że jej przykro, że jej syn i córka się kłócą i się nie dogadują. Wiecie co ona powiedziała? "Ale to nie jest pani sprawa". To jest cytat, babcię po prostu zatkało. Jak to nie jej sprawa skoro to są jej własne dzieci!?? Wyobrażacie sobie tak powiedzieć to matki waszego chłopaka. Bez pardonu.
No cóż... zapowiada się ciekawy obiadek rodzinny. Będzie płacz i zgrzytanie zębów.
a0d04c3f5dd9a8a96376a7edfbcea190.jpg
  • awatar Amfitryta: Wujek kiedyś przejrzy na oczy ... spokojnie ..
  • awatar LonelyDeer: @Amfitryta: Tylko żeby nie za późno :/
Pokaż wszystkie (2) ›
 

deergirl
 
Dzień zaczęłam bardzo przyjemnie - dlatego zadowolona włączyłam laptopa po miłosnych uniesieniach. A tam już nie tak fajnie...
Kierowniczka od dawna mówi nam o maszynie do robienia ryżu u nas w sklepie żebyśmy mogły sobie robić obiadki w pracy. Brzmi super. Jestem za. Nawet znalazłyśmy taką za 100 zł i miałyśmy się na to złożyć...a tu nagle kierowniczka wyskakuje, że kupiła maszynę za 250 zł. Nie uprzedziła nas o tym, a teraz musimy oddać jej pieniądze. Nie rozumiem takiego zachowania, czy ona myśli, że stać nas na takie rzeczy? A przecież jeszcze musimy kupić miseczki i pałeczki (bo ona nie chce wpierdalać widelcem...). Super, moje plany finansowe poszły się jebać...
ae8e6a29e5b22ce5e391b2d2d914ff20.jpg
 

deergirl
 
Nie wiem czy to brak leków od tygodnia czy po prostu nagły zastrzyk agresji, ale wziął mnie wkurw na maksa. Nadal nie mogę się uspokoić, a klawiatura zaraz się złamie od nacisku moich wkurwionych palców.
Prawdopodobnie wyprzedały się bilety na koncert Nothing But Thieves w listopadzie, a ja nie mam biletów. Dlaczego ich nie mam? Bo mój genialny pracodawca zwleka z moją wypłatą już od 2 jebanych dni! No kurwa to są jakieś żarty, ja jako pracownik mam mieć pieniądze w dniu, na który wskazuje umowa, a umowa mi mówi, że w każdy poniedziałek miesiąca dostaję wypłatę za tydzień pracy!! I co?? Kurwa do tej pory ich nie mam, a bilety się wyprzedały.
Byłam już na trzech stronach z biletami i jakoś na każdej z nich miałam jakiś problem. Po prostu nie mogłam się zarejestrować i chuj jasny mnie już strzelał, mój biedny laptop nieźle ode mnie oberwał. I kiedy po 15 minutach rzucania kurwami udało mi się zarejestrować i miałam już kupić bilety... dostępne środki na koncie: 20,05 zł. Serio? To jest niepoważne. Nie miałabym pretensji gdyby mnie raczyli powiadomić o opóźnieniu, ale nie, kurwa wyjebane, po chuj wgl pracownikom wypłata... Jestem wściekła.
W sumie nie wiem skąd nagle we mnie tyle agresji, po prostu mam ochotę coś rozwalić albo kogoś zwyzywać. Ooo tak... wtedy poczułabym się dużo lepiej. To chyba przez moją frustrację, bo ostatnio nie jestem zadowolona z mojego życia łóżkowego... Ja pierdole, dlaczego ja?
84810e1eac180470ada077e3f3d669eb.jpg
  • awatar Elizza7889: Krzyk czasem uwalnia od emocji
  • awatar vailetis: Mam inny problem :( Ja np. czekam na bardzo poważną operację głowy, blisko szyszynki( nazywana jest duszą mózgu ) i NIKT w moim mieście, nawet za kasę nie chce się podjąć bo właściwie chodzi o wszystkie zatoki...Od początku roku mam stany zapalne i wszyscy mnie odsyłają, a to do szpitali gdzie mnie nikt nie chce przyjąć, a to wmawiają że nic mi nie jest, a gorączka do 38 stopni jest codziennie. Wyglądam już jak upiór, a w zeszłym roku naprawdę wszystko było inaczej. Znalazłam w końcu lekarza laryngologa z innego miasta - ordynator laryngologii - bardzo drogi bo za 15 minut wizyty bierze 200 zł. W jeden tydzień poszło mi na same wizyty 400 na tego laryngologa ( dwa razy byłam ) i raz anestezjolog 150 zł + neurochirurg też 150 zł. Ja nie pracuję bo mam rentę z tego powodu między innymi. Moja mama wyjechała do pracy na koniec Niemiec koło Holandii, jestem z mężem i trzema kotami. Boję się bardzo czy przetrwam zimę ? Każde wyjście kończy się pogorszeniem stanu. Termin oper.20 marca 2018.
  • awatar vailetis: Czasami nic nie pozostaje, tylko właśnie krzyk, obojętnie o co chodzi...Nie duśmy w sobie nic.Wykrzyczeć się trzeba. Mi to trochę pomaga.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

deergirl
 
Wrzesień pędzi jak szalony już jest 12... nie wierzę. Coraz bliżej do rozpoczęcia roku akademickiego, a ja już się stresuję. Boję się, że nie odnajdę swojej grupy i będę stała jak idiotka gdzieś zboku , a następnie nie dotrę na spotkanie organizacyjne i nie będę wiedzieć nic. Muszę zmienić swoje dane na Facebook'u, bym mogła dołączyć do grupy facebook'owej mojego kierunku (mam swoją ksywkę zamiast imienia).
Dużo osób mi mówiło, że sobie nie poradzę na studiach ze względu na moją wybitną nadwrażliwość. Wykładowcy ponoć mają zupełnie wyjebane na studentów, a ja jako słaba jednostka mogę być łatwym celem dla tych wredniejszych wykładowców - przecież wystarczy jedno złe słowo czy krzywe spojrzenie bym się załamała, niestety biorę wszystko za bardzo do siebie i nic nie mogę na to poradzić. Kierowniczka powiedziała, że nieraz usłyszała od wykładowcy, że jest beznadziejna albo, że jest nikim. Ja po takich słowach albo go zwyzywam albo wybiegnę z sali z płaczem. Chyba będę musiała przyjmować silniejsze leki na głowę, bo nie wytrzymam takiego ciśnienia. Jeśli wykładowcy będą mnie ignorować to będę zadowolona, ale błagam niech mnie nie niszczą, przecież ja tego nie zniosę.
Obawiam się też moich kolegów i koleżanek z kierunku - pamiętam jak przed pójściem do liceum mówiłam "Wreszcie będą dojrzali i ogarnięci ludzie w klasie, przecież wszyscy będziemy prawie dorośli", a wyszło jak wyszło (tępe dzidy, które obchodzą "76. rocznicę Smoleńska" - serio). Ponoć na studiach wcale nie jest lepiej, widzę nawet po M. kto prawdopodobnie będzie ze mną studiował. Chyba to jest właśnie najgorsze, że dużo osób wybiera byle jaki kierunek, byle coś studiować, a przecież nie na tym to powinno polegać. W sumie mam jedno postanowienie - jak ktoś będzie potrzebował mojej pomocy np. notatek czy jakichś źródeł czy pomysłów do projektu to oczywiście pomogę, ale jeśli zobaczę, że ktoś z mojej grupy będzie wszystko olewał, nie przychodził na zajęcia etc. to przepraszam bardzo, ale będzie mógł mnie pocałować w dupę. Nigdy więcej nie będę pomagać debilom i leniom, co to to nie.
Jestem też ciekawa jak to będzie z moją pracą. Teraz miałam dużo wolnego czasu, więc byłam dyspozycyjna, ale na studiach tak łatwo nie będzie, zwłaszcza, że mam zamiar też chodzić na fakultety i na dodatkowe zajęcia. No cóż... jakoś to będzie, muszę wytrzymać do przyszłego roku, bo kierowniczka odchodzi, a ja wskoczę na jej miejsce i będzie łatwiej mi dopasować grafik do zajęć na studiach. Ale czy dam radę?
a59ebbb2c79d8d24e8ca754818d83c76.jpg
  • awatar Amfitryta: A jaki kierunek studiów ? Niestety u mnie na studiach były gorsze osobniki niż w liceum :(
  • awatar LonelyDeer: @Amfitryta: polonistyka i pisarstwo. Właśnie tego się obawiam :/
Pokaż wszystkie (2) ›
 

stylowki24
 
Depresja to problem, który dotyka wiele nastolatek. Jak sobie z nim radzić? W tym wpisie postaramy się odpowiedzieć na to pytanie!

www.stylowkidlanastolatek.pl/depresja-u-nastolat…

14xmfj4.jpg
 

deergirl
 
Zacznę sprzątać swój pokój - mam dość już tego bałaganu. Wszędzie leżą jakieś śmieci, naczynia, ubrania i rzeczy. Mam tego dosyć. Nawet nie wiem kiedy ten wielki bajzel się zrobił. No ja się pytam jak?? W sumie to też trochę wina M., ponieważ wszędzie walają się jego kartony z rzeczami. M. przeprowadził się do innego mieszkania i wszystkie swoje rzeczy na razie trzyma u mnie. W sumie mieszka tam już kilka dni, a nie zabrał nawet połowy swoich rzeczy ode mnie z pokoju, a ja muszę się gnieździć w ciasnych korytarzach ułożonych z kartonów. Doprowadza mnie do szału, a to znaczy, że czas posprzątać.
a246ad0e793d8721e64c8ad1a916da06.jpg
 

deergirl
 
I znowu taka długa przerwa z blogiem - cały czas spędzałam z M. Dopiero teraz mogę sobie odpocząć od wszystkich. Z moim zdrowiem jest coraz gorzej... ucho daje mi się we znaki, boli jak cholera - muszę pójść z tym do lekarza. A skoro o lekarzu mowa to mama już mnie umówiła do psychiatry - nie chcę. Wiem, że będę musiała kłamać, że wszystko jest w porządku, jaka to jestem szczęśliwa bla bla bla, ale proszę mi wypisać receptę na leki... Już nawet nie chce mi się udawać przed rodziną czy M., że jest dobrze. Jeszcze w pracy zachowuję resztki pozorów, ale nie idzie mi do za dobrze. Ostatnio rozkleiłam się przy kierowniczce, po prostu zaczęłam płakać. Teraz wiem, że nie ma czegoś takiego jak "przyjaciele" w pracy. Wzbudziła we mnie takie zaufanie, że powiedziałam jej wszystko - o mojej depresji, o tym jak się czuję, że biorę leki i chodzę do lekarza, i nawet o tym, że chcieli mnie zamknąć w psychiatryku. Myślałam, że mnie rozumie, myślałam, że ma pojęcie na czym polega moja choroba i będę mogła być z nią szczera. Sama mi powiedziała o swojej chorobie (od stresu wypadają jej włosy i teraz jest łysa) - przez to wierzyłam, że faktycznie możemy nawzajem siebie wspierać. Nie. Zapomniałam, że każdy patrzy tylko na siebie i mierzy każdego swoją miarą. Nie zrozumcie mnie źle - nie oczekują współczucia, ani głaskania po głowie jaka to ja jestem biedna. Nigdy od nikogo tego nie oczekiwałam. Chciałam by mnie rozumiano, jak się czuję, bym nie czuła się jeszcze gorzej - bo to wygląda na użalanie się nas sobą, pokazuję tylko swoją słabość. Ale kierowniczka uśpiła moją czujność i wzbudziła moje stu procentowe zaufanie. Zapomniałam nie ufać ludziom. Moja wina, jestem  po prostu naiwna i tyle.
Miałam słabszy dzień - skończyły mi się leki i miałam obniżony nastrój. To było po tym jak źle wypełniłam raport i dziewczyny musiały po mnie naprawiać. Byłam lekko załamana. Wiecie co mi powiedziała? "Dorośnij". Tak, osobie z depresją powiedziała "dorośnij", ale to nie jest najgorsze. Usłyszałam od niej, że nie mogę być słaba, moje życie jest wspaniałe, a ja po prostu jestem niewdzięczna i użalam się nad sobą. Skoro nie widzę sensu w życiu to powinnam go znaleźć. Czuję się źle? Mam myśleć POZYTYWNIE. Mam udawać, że jest dobrze, mam się po prostu uśmiechnąć i się nie smucić. BO TO TAKIE PROSTE! Jej wykład trwał dwie godziny... a ja przez dwie godziny milczałam. Nawet już nie chciało mi się jej niczego wyjaśniać, jak to wygląda i jak to jest, po prostu kiwałam głową. Ona nic nie wie o depresji, uważa, że wystarczy tylko się uśmiechnąć i myśleć pozytywnie. Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam, po co wywalałam pieniądze w błoto na lekarzy, psychoterapeutę czy na leki. Przecież to jest takie proste. Aha, i powiedziała mi, że jeśli znowu odwalę coś podobnego (chyba o tym nie pisałam, w skrócie dostałam histerii podczas rozmowy na facebook'u z nią aż mnie odwieźli do szpitala, bo zabrakło moich leków na uspokojenie) to mnie zwolni. Po prostu. A mi nawet nie jest żal, bo jeśli ona nie rozumie pewnych rzeczy, a do tego jeszcze chce mi utrudnić wszystko - to spoko, sama odejdę. Specjalnie do moich dokumentów dołączyłam zaświadczenie o chorobie i jej symptomach. Po prostu muszę się nauczyć nie ufać nikomu. Już nie dam się tak podejść drugi raz, bo mam dość tych wszystkich dobrych rad. Jeśli ktoś nie miał bezpośredniej styczności z depresją - nie jest nawet w połowie świadomy jak to jest. Ja ją wspierałam w jej chorobie - mogła ze mną pogadać, ponarzekać, tłumaczyć mi na czym polega jej dolegliwość. Ja rozumiałam wszystko. A moje tłumaczenia i żale dla niej nic nie znaczyły. Bo ona wie lepiej. Powiedziała, że nie powinnam brać leków, bo leki są dla "naprawdę" chorych osób. I tyle. Depresja to wymysł XXI wieku, użalanie się nad sobą i egoizm. Nic więcej.  
A mi jest ciągle smutno. Przykro. Nic mi się nie chce. Znowu. Mam dość wszystkiego i wszystkich. Chciałabym urodzić się jako kot albo może mewa. Znowu mam myśli, których nie powinnam mieć. Boję się. Naprawdę się boję.
71f73d6d5bf1cc58aa33c0ff19a6d3ba.jpg
 

jamniczek-pl
 



“To szaleństwo. Mam w środku kompletny cyrk. To dla mnie beznadziejne miejsce do przebywania sam na sam. I kiedy już tam jestem, całe moje życie się wywraca. Jeśli się tam znajdę to nie mówię sobie miłych rzeczy. W środku jest jakby inny Chester, który chce mnie załatwić.”



*Chodzi o to, że kiedy pozostaję na zewnątrz - wszystko gra, a jeśli wracam do środka - jest ze mną źle* , sypię się.

Jakbym czytała, słowo po słowie, o sobie.
Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale wiem, że będę trwać.
  • awatar sraczka: Chyba musisz znaleźć coś co bardzo Cię pochłonie i zaangażuje. Mam nadzieję że znajdziesz na to siłę.
  • awatar jamnick: @sraczka: tak, masz rację. Dziękuję.
  • awatar muu.: Właśnie, popieram tutaj sraczkę. Trwaj, Jamniczku, trzymam kciuki za Ciebie.
Pokaż wszystkie (5) ›
 

 

Kategorie blogów