Wpisy oznaczone tagiem "Podróże małe i duże" (427)  

jacek23151
 
  • awatar wredotka aka brzytwa: Zestawienie cherlawego na oko budynku kina (lub innego przybytku kultury) z dostojną nazwą - coś co lubię :)
  • awatar jacek23151: @wredotka aka brzytwa: zapewne nazwa miała udowadniać odwieczną polskość tych ziem :) A swoją drogą, brakuje tu bilbordu, którym reklamował się lokalny deweloper, a który zauważyła idąca ze mną koleżanka (tylko mi nie powiedziała!) A brzmiał on: "ZAMIESZKAJ NIEPRZECIĘTNIE W NIEPRZECIĘTNYM MIEJSCU" :D
  • awatar kama: "zamieszkaj ponadprzeciętnie w nieprzeciętnym miejscu" ;)
Pokaż wszystkie (4) ›
 

jacek23151
 
Witajcie, jestem z powrotem, wyzerowany i wyłażony! Czekacie na zdjęcia i oto pierwsza ich partia.

Tytułem wstępu: są w Polsce miasta, których nie da się określić inaczej, jak przymiotnikiem "smutny". Zwykle mieszczą się na Ziemiach Odzyskanych, a swoją świetność przeżywały już dość dawno, często nawet jeszcze za Niemca. Późniejsze zawirowania w postaci wojny, peerelowskiej industrializacji i niejasnego statusu prawnego terenów, a na koniec transformacja ustrojowa spowodowały, że mamy to, co mamy.

Najbardziej smutnym miastem, w jakim byłem są Pieszyce, daleko w tyle nie pozostają Boguszów-Gorce, Bielawa i Wałbrzych. Wczoraj odwiedziłem kolejne takie miasto - Kowary. Niegdyś górniczo-przemysłowe, z kopalniami, w tym uranu, oraz przemysłem włókienniczym (dywany). Zapraszam na spacer po Kowarach w niedzielny wczesny poranek!
  • awatar gość: my tam się wybieramy za tydzień.
  • awatar Bąbolada: W Wałbrzychu mieszka większość mojej rodziny, więc dosyć często tam jestem. I mimo że jest taki brudny, zaniedbany i można odnieść wrażenie że właściwie niektóre dzielnice za kilka lat przestaną istnieć, to jednak jest to dla mnie najpiękniejsze miasto na świecie.
  • awatar jacek23151: @Bąbolada: Oczywiście, że Wałbrzych ma swój postindustrialny urok, ja się przecież z tych miejsc nie wyśmiewam, mimo że smutne, uważam je za klimatyczne.
Pokaż wszystkie (7) ›
 

jacek23151
 
Ogłaszam na blogu chwilę przerwy, tak do niedzieli, jadę bowiem w góry. Ponieważ czasem i tak piszę o uskutecznianych przez siebie idiotyzmach, napiszę i o tym. Otóż od 2003 r. robię odznakę "Korona Sudetów" polegającą na wejściu na 22 najwyższe szczyty wszystkich pasm Sudetów polskich i czeskich. Niezbyt mi to szybko idzie, ale tak wyszło, że zostały mi już tylko trzy szczyty. I korzystając ze słonecznego września, jadę sobie zdobyć dwa. Problem jest taki, że wszystkie trzy są w Czechach i są dość od siebie oddalone, ale da się :)

A potem od piątku spotkam się ze znajomymi w Karkonoszach. I wrócę w niedzielę.

Jeśli kogoś interesuje, to o koronie może sobie poczytać tu:

pl.wikipedia.org/wiki/Korona_Sudet%C3%B3w

Miłego!
  • awatar gość: Miłego! :) Liczę na zdjęcia po powrocie :)
  • awatar dezerter: No to teraz czas na ośmiotysięczniki.
  • awatar kot.: miłego miłego:)Też liczę na zdjęcia:)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

jacek23151
 
Trzy dni, kiedy mnie nie było, spędziłem na pograniczu Warmii i Mazur, w okolicach Pasymia. Rzeczony Pasym to malutkie miasteczko z niespełna trzema tysiącami mieszkańców, leżące nieco "na uboczu", pełne miejsc godnych sfotografowania (moim zdaniem, zapewne większość uzna to za "brzydkie"). I taki mini fotoreportaż właśnie dla Was mam. Miłego oglądania!
  • awatar What else is there?: O, akurat czytam książkę, której bohaterka dorasta w Pasymiu :) Jak miło zobaczyć mniej więcej to , o czym czytam :)
  • awatar Sonček: malowniczo!
  • awatar wredotka aka brzytwa: Z charakterkiem! Ściana od sołtysa i lokalsi szczególnie przypadli mi do gustu.
Pokaż wszystkie (9) ›
 

jacek23151
 
Nie lubię prozy Stasiuka, wkurza mnie, ale jedną książkę napisał dobrą. Jak czytam "Jadąc do Babadag" o miejscach, w których byłem i które odebrałem podobnie jak on, to nawet zaczynam rozważać polubienie tejże.

Lektura tejże książki zainspirowała mnie do wyprawy na koniec świata - do Suliny. Sulina to miasteczko (6000 mieszkańców), leżące w delcie Dunaju, na samym jej końcu, 2 km od wybrzeża Morza Czarnego. Powstało dzięki położeniu, przed 1947 r. jego mieszkańcy żyli z pobierania opłat od statków, wpływających na Dunaj, a w samym miasteczku było 7 konsulatów i dużo obcokrajowców.

Obecnie jest to senna mieścina, do której przez pół roku, gdy woda jest wysoka, nie ma dojazdu lądem, można dopłynąć tylko promem albo łodzią, a jeszcze niedawno jedyne samochody w mieście były to radiowóz i karetka. Kiedy w Tulcei pan dowiedział się, dokąd jedziemy, popukał się w głowę i powiedział, że już Tulcea jest końcem świata, bo dalej nie ma kolei ani dobrych dróg, a Sulina to koniec końca świata. Dalej już tylko Morze Czarne.

Popłynęliśmy tam pasażerskim promem, jedynym, który płynął w tamtą stronę tego dnia. Zatrzymującym się we wszystkich pięciu wioskach po drodze i wiozącym poza ludźmi jeszcze mnóstwo towarów nabytych "na stałym lądzie".

Zresztą, zobaczcie sami:
  • awatar gość: Ale fajne zdjęcia! Odważny jesteś tak podróżować!
  • awatar Daffodile: super fotki:))) widac, że klimatyczne miejsce:)
  • awatar Paula_18: ja mam sentyment do ksiazek Stasiuka. jego "Fado" i "Jadąc do Babadag" zainspirowało mnie do podróży na Bałkany, które pokochałam.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

jacek23151
 
Tak jak wspomniałem, jutro wyjeżdżamy w podróż poślubną. Koleżanka (już nie) zagubiona suponowała, że zobaczymy tylko hotel i lotnisko, ale to dowodzi, że mnie (nas) jeszcze dobrze nie zna :)

Zatem jedziemy do Słowenii. I mamy zamiar obejrzeć większość tego malutkiego, śmiesznego kraiku. Mój plan przedstawia się następująco:

Przylatujemy na lotnisko w Ljubljanie jutro ok. 13. Lotnisko nie jest w Ljubljanie, tylko w Brniku, 25 km od miasta, i zdecydowałem, że na pierwsze 3 dni zbazujemy się w bliżej położonym Kranju, z którego do Ljubljany jedzie się 20 min pociągiem. A i o nocleg łatwiej i taniej. I zwiedzać miasto będzie przyjemniej z małymi plecakami.

Z tegoż Kranju (w którym samym zwiedzania za wiele nie ma, ale traktujemy go jako bazę noclegową) po weekendzie ruszymy na północ w okolice Bledu. Rozejrzymy się za noclegiem tam, a jeśli będzie bardzo drogo, to poszukamy noclegu nad nieco oddalonym jeziorem Bohinjskim, w którejś z wiosek typu Stara Fužina czy Ribčev Laz.

Posiedzimy ze 2-3 dni tam i pojedziemy uroczą linią kolejową do Novej Goricy. Podobno tam nic nie ma (choć opisują to miasto jako "wzorcowe" i zaprojektowane przez Le Corbusiera), ale tuż za granicą jest Gorizia, czyli miasto bliźniacze, podobno ładne. Tak na jeden nocleg, żeby rano zjechać w dół doliną Soczy w stronę wybrzeża. Zatrzymamy się pewnie na jeden dzień przy Jaskiniach Škocjanskich, które są podobno mniej komercyjne i ciekawsze niż Postojna. A potem na 2-3 dni zatrzymamy się nad morzem, pewnie w Piranie, Koprze albo w Izoli.

A na koniec wrócimy do Ljubljany (przejazdem) i ostatnie dni spędzimy we wschodniej części kraju (Ptuj, Maribor), wliczamy też ewentualność jednodniowego wypadu do Zagrzebia.

Niestety nie uda się zobaczyć wszystkiego, tzn. może by się i udało, ale po co się w podróży poślubnej zamęczać. Nie zobaczymy pewnie okolic Novego Mesta (żałuję) i Prekmurja (nie żałuję, bo to takie Węgry).

Ale plan, jak to plan, lubi się zmieniać, pewnie teraz też się zmieni, jak przyjdzie co do czego :) Zobaczymy!

A oto i wizualizacja planu:
  • awatar gość: ja nie twierdziłam, że Wy tylko to zobaczycie, ja tylko powiedziałam, że ja z moim przyszłym ślubnym zobaczymy coś więcej niż hotel i lotnisko :)
  • awatar tesska: Słowenia... :D
  • awatar Carmex: Jacku! Udanej podróży! :)
Pokaż wszystkie (11) ›
 

jacek23151
 
Witajcie!

Jacek nadaje z Kłodzka, z jedynej w mieście kawiarenki internetowej, która mieści się w kamienicy na I piętrze i bez pomocy miejscowych bardzo trudno ją znaleźć.

Do rzeczy. Skoro nadaję, to znaczy, że ambitne zamiary przejścia ze Ślęży na Śnieżnik się nie powiodły. Ano, niestety. Tuż przed Bardem skonstatowałem, że z moich stóp, mimo zmian butów na sandały, sandałów na buty, starych skarpet na nowe i użycia kijków trekkingowych, robi się jesień średniowiecza. I jedynym skutkiem pójścia dalej mogłaby być rezygnacja nie w Bardzie, a 6h dalej na Przełęczy Kłodzkiej, skąd z racji pory (ok. 18) miałbym marne szanse dotarcia do cywilizacji.

Ale, ale. Przejście samo w sobie i tak uważam za udane. Bo poprawiłem swój rekord idiotycznych wycieczek. Nie wiem jeszcze, o ile, ale na pewno poprawiłem. Bo spróbowałem, czy dam radę. Nieważne, że nie dałem, ale spróbowałem. Relacja będzie w innym wpisie.

No i dlatego, że teraz mogę sobie zrobić małe wakacje tylko dla siebie. Przyjechałem do Kłodzka pociągiem, który jechał 11 km, bagatela, 28 minut! Bo musiał na stacji Kłodzko Główne popuszczać inne pociągi. I swoje kroki w tym mieście, nota bene bardzo ładnym i bardzo przeze mnie lubianym, skierowałem od razu do baru na Dworcu PKS, w którym już nie raz spożyłem trunki. Nie inaczej było tym razem, pierwsze piwo w oldskulowym kuflu wypiłem sam, grzejąc się w słoneczku i uzupełniając utracone przez popołudnie, wieczór, noc i poranek elektrolity, drugie zaś - rozmawiając z Bardzo Dobrą Koleżanką przez telefon oraz później z Panem Hutnikiem w galowym mundurze leśnika, który leśnikiem jest tylko od święta, a na co dzień robi w hucie i wypija 10 litrów Staropolanki, więc później już mu nic nie zostaje, jak po robocie iść na piwo.

A moje plany na resztę dnia to iść do mojej ulubionej pizzerii Tevere na przepyszną pizzę, po zakupy spożywcze na śniadanie i do PTSM, gdzie się dziś przenocuję. A rano przyjeżdża Znajoma (stąd), bym Ją i Jej rodzinę oprowadził po mieście. Już wyspany. Bo po wejściu do PTSM, umyciu się itd. zapewne pójdę sobie spać. Wrrrreszcie.

Bardzo fajnie tak czasem porobić sobie coś samemu i dla siebie. I kogo to obchodzi, że to głupie? Że mógłbym w tym czasie robić "coś pożytecznego"?

Nikogo.

I o to chodzi, i o to chodzi, jak mówił Jerzy Dąbczak.
  • awatar szonnya86: oczywiście, że fajnie samemu/ samej nieraz pochodzić- co w tym złego- w końcu człowiek może od czasu do czasu spędzić czas sam? to najlepszy sposób na pozbieranie myśli. A Kłodzko / Dolny Śląsk urocze jest!
  • awatar bessęsu: Robienie samemu i dla siebie jest bardzo ważne i wskazane. Niektórzy robią tylko to!
Pokaż wszystkie (2) ›
 

jacek23151
 
Ponieważ jednak kupiłem te bilety (hurrrra!), to w piątek rano biorę skromny tym razem plecak i jadę!

Ponieważ to nie jest taki sobie zwykły wyjazd w góry, pokrótce Wam go przybliżę. Sama idea jest bowiem jednocześnie prosta i skomplikowana. W tzw. turystyce idiotycznej chodzi o to, żeby długi dystans przejść za jednym razem, robiąc góra godzinne odpoczynki, nie dłuższe niż czas trwania poprzedzającego go marszu. To powstało w gronie przewodników sudeckich w 1982 roku i idea jest twórczo rozwijana przez trochę osób, w tym takiego idiotę jak ja.

"Wielkim Szlemem" turystyki idiotycznej jest tzw. Trójkąt Idiotyczny, wyznaczany przez wierzchołki Ślęży, Śnieżnika i Śnieżki. Pokonanie choćby jednego z boków tegoż trójkąta uznawane jest za wyczyn nie lada jaki. Właśnie na jeden z tychże boków Jacek porwie się piątkowym popołudniem.

Żeby ewentualnie ktoś mógł mnie śledzić palcem po mapie, podam zatem nawet marszrutę, którą chcemy iść. A zatem o 15:15 wyjedziemy autobusem z Wrocławia do Sobótki i stamtąd zaczniemy wejście na Ślężę, na której zapewne staniemy po jakiejś godzince. Ze Ślęży spadniemy na przeł. Tąpadła, skąd żółtym szlakiem dojdziemy do Kiełczyna. Stamtąd najmniej przyjemna część trasy, czyli deptanie asfaltu przez 15 km aż do podnóża Gór Sowich. Powinniśmy stanąć pod nimi ok. 22.

(mapa 1)

Stąd mamy dwa warianty, nieco sporne. Koledzy chcą nadłożyć nieco drogi i iść na Przeł. Jugowską do schroniska Zygmuntówka, żeby tam zrobić pierwszy większy postój, ja wolałbym pójść przez Bielawę (i narazić się na ekscesy w postaci przechodzenia przez to piękne inaczej miasto wieczorem) i dojść do przeł. Woliborskiej szlakiem, nieidącym grzbietem. Zobaczymy.

W każdym razie od przeł. Woliborskiej zaczniemy nocny/poranny trawers grzbietu Gór Sowich, a za Srebrną Górą - Bardzkich. Będzie raczej płasko i raczej nudno, bo ten grzbiet jest w większości zalesiony, a jedyną atrakcją turystyczną po drodze będzie fort w Srebrnej Górze. Jak wszystko dobrze - nomen omen - pójdzie, to w sobotę po południu staniemy w Bardzie. To będzie punkt decydujący - tu można będzie jeszcze zrezygnować i zostać, następna okazja dopiero za jakieś 8 godzin.

(mapa 2)

Druga noc to będzie przejście przez południową część Gór Bardzkich, zaczęta dość jebitnym i męczącym podejściem na Kalwarię i zakończona takimż na Ptasznik. Skądinąd bardzo dobrze, bo zaczną pracować inne grupy mięśni, a to ważne, żeby nie używać wciąż tych samych. Z Ptasznika spadniemy do Jaskini Radochowskiej, myślę że wczesnym niedzielnym porankiem. Wtedy też najpewniej pierwszy raz zobaczymy Śnieżnik.

(mapa 3)

Stamtąd już "tylko" marsz przez Konradów, przebicie się "na rympał" na przełęcz Puchaczówka i przejście przez Czarną Górę do schroniska pod Śnieżnikiem. Jeśli uda się dojść tam, to pozostała godzinka będzie już tylko formalnością.

(mapa 4)

A potem - a potem zaczną się trudności, bo walcząc z sennością trzeba będzie zejść do cywilizacji i to tak, żeby złapać coś, co dowiezie mnie na wieczór do Wrocławia... I przy okazji złapać trochę snu. Przynajmniej trochę...

PS. Nie pytajcie "Po co". Nie wiem, po co, może po to, że zawsze chciałem się z tą trasą zmierzyć. I pewnie się nie uda przejść całej, ale nie chcę sobie znów mówić, że nie spróbowałem. Przynajmniej spróbuję, tym bardziej, że później nie będę miał wielu możliwości.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

jacek23151
 
A zatem, jak powiedział Sam Gamgee - ano, wróciłem!

Prater fajny, choć ludzi za dużo, a mnie się niedobrze robiło od samego patrzenia na karuzelę. Obejrzenia stadionu, gdzie zagraliśmy najgorszy mecz na Euro 2008 sobie nie darowałem, piwo z kija wypiłem, poszlajałem się po mieście tak, jak lubię.

Dziś tak w ogóle tylko na chwilę, bo noc do przespanych zdecydowanie nie należała. Okazuje się, że nieśmiało przynosząc wieczorem cztery piwa, nie doceniłem naszych Przewodników i ich inwencji, czekało na nas bowiem 18 świeżo przyniesionych ze sklepu puszek piwa Goesser, podobno najlepszego w Austrii.

Dobre było. Przegryzane nachosami i kanapkami z łososiem, podobno skandynawskim, przeplatane mieszającymi się z każdym kolejnym kufelkiem językami. Niewiele pamiętam, ale pamiętam np. naukę ściskania samogłosek rosyjskich podczas wygłaszania tyrady na temat - a żebym to ja pamiętał o czym mówiłem), radość z odkrycia, że "larwa" po angielsku, niemiecku, norwesku i polsku brzmi zupełnie tak samo, podobnie jak że "konserwa" to po niemiecku "die Konserve" i tego typu rzeczy. I chińskie wino czy coś tam innego na zakończenie. Uniknęliśmy chyba tylko dywagacji na temat "Czym jest spalony".

Powrót do domu nocnym autobusem i tylko trzygodzinny sen - jeszcze nie nadrobiony to nic, bo było warto.

A sam Wiedeń - cóż. Ja na Zachód chadzam rzadko, ale jakoś on mnie do siebie zaczyna przekonywać. Co prawda nie jest to Ukraina czy Bułgaria, gdzie można sobie poszastać pieniędzmi, ale to nie jest najważniejsze przecież.

A dzięki Liv i Jej M. pobyt nabrał jeszcze i baaardzo przyjemnego towarzyskiego wymiaru. Dogrywka warszawska na jesieni - obowiązkowa!
  • awatar tesska: To widzę, że wypad udany :) Świetnie!
  • awatar gość: jest taka właśnie jedna restauracja w Wiedniu, gdzie gdy prosisz o rachunek, dostajesz właśnie wino, chińskie, z zalanymi owocami Liczi... mega pyszna rzecz. taaak mi się skojarzyło.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych
Green-Eyed Devil:

Wpis tylko dla znajomych

 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych
Green-Eyed Devil:

Wpis tylko dla znajomych

 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych
Green-Eyed Devil:

Wpis tylko dla znajomych

 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych
Green-Eyed Devil:

Wpis tylko dla znajomych

 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych
Green-Eyed Devil:

Wpis tylko dla znajomych

 

greeneyedangel
 
Wpis tylko dla znajomych
Green-Eyed Devil:

Wpis tylko dla znajomych

 

 

Kategorie blogów