Wpisy oznaczone tagiem "depresja" (1000)  

deergirl
 
Byłam u psychiatry pierwszy raz od bardzo dawna... no. Nawet nie wiecie, jak mi się nie chciało tam iść. Znowu te same bzdety "znajdź przyjaciół", "jesteś nieszczęśliwa", "wymagasz zbyt wiele od ludzi" bla bla bla... I co z tego? Nie chce się z nikim zaprzyjaźniać, bo nie widzę w tym sensu, nie lubię ludzi, nie dogaduję się z 90 % osób, których spotykam i dawno się już z tym pogodziłam. Jak ktoś mi się spodoba, to go lubię, jak nie, to nie będę się zmuszać. Proste.
Pani doktor zaproponowała mi dołączenie do grupy terapeutycznej lub iść na spotkanie rozwoju osobistego.
1. Raz byłam na spotkaniu grupy terapeutycznej i to nie miało żadnego sensu. Grupa liczyła sobie kilkanaście osób i nikt się nie odzywał. Padało jakieś pytanie od terapeuty i nikt nie reagował. A że ja nienawidzę ciszy i marnowania czasu, gadałam praktycznie cały czas i ewentualnie ktoś ośmielony moją wypowiedzią się dołączał. Aha, i jeden typ stwierdził, że powinnam się zabić, także tego - bardzo miłe towarzystwo.
2. Rozwój osobisty? Serio? Wiem, że jestem do tego uprzedzona i sprowadzam to do gównianego coachingu typu "To Ferrari tylko czeka, byś do niego wsiadł. Musisz tylko chcieć! Kto ci zabrał marzenia do chuja?" etc. Wiem, że to krzywdzące, ale nic nie poradzę na moje wewnętrzne uprzedzenia. Jeśli ktoś mi powie, że aby wyjść z depresji trzeba... wyjść z depresji to to chyba mija się z celem. Takiego coach'a mam już w pracy w postaci kierowniczki, więc chyba ten punkt mam zaliczony.
Znowu będę musiała brać leki, które jedyne, co robią, to tłumią moje negatywne emocje i sztucznie uzupełniają deficyt serotoniny. Świetnie, znowu będę na zewnątrz szczęśliwa, a w środku nadal będę miała wszystko w dupie.
832633785d5a0942b23653c306bfc285.jpg
 

annagrace
 
Dzisiejszy dzień minął wyjątkowo spokojnie. Nie poszłam do szkoły, ponieważ postanowiłam wybrać się z Natalią do kina na film pt. "Twój Vincent". Moim zdaniem był naprawdę bardzo fajny i gorąco polecam. Na tym filmie miała być również Pani Magda, ale nie pojawiła się. Cóż, można było się tego spodziewać. Troszkę się zawiodłam, bo jednak jakaś nadzieja była. Chciałam ją zobaczyć i przytulić. Macie taką osobę, której przytulenie daje wam ogromną siłę? Lub kiedy jedna rozmowa potrafi was tak bardzo zmotywować? Moją taką osobą jest właśnie Pani Magda. Spędziłam poza domem wiele godzin, co oznacza, że odwiedziłam wiele miejsc. Po woli przyzwyczajam się do wzroku ludzi, kiedy widzą moje nadgarstki. Kilka razy dziś, kiedy myłam ręce w toalecie miałam okazję widzieć miny w stylu "Boże co to jest", "jakaś nienormalna", "idiotka". To się dało wyczytać z twarzy. Ludzie nie wiedzą, że ich grymas jest widoczny na pierwszy rzut oka? A może chcą, żeby było widać ich obrzydzenie(?). Nie wiem i nie chcę się zagłębiać. Cóż, czego można się spodziewać po ludziach, którzy nie wiedzą jakie piekło przechodzą poszczególne osoby i jak wielkim wyzwaniem jest każdy kolejny dzień.
Stan lękowy jeszcze się nie odezwał. Cały dzień minął mi bez większych problemów. Lekkie duszności były, ale nie stało się nic gorszego i z tego powodu się bardzo cieszę.
Na dziś to chyba tyle. Życzę wszystkim miłej nocy i dobrego jutra.
AnnaGrace
IMG_7684.JPG
 

deergirl
 
Dzisiaj nie poszłam na zajęcia, wstałam o 10 i nie wstawałam z łóżka. M. wczoraj miał do mnie nie przychodzić, ale jak mu powiedziałam, że jestem chora i źle się czuję to od razu przyjechał z pracy. Kupił mi pączki i ciastka, jest taki kochany. Obejrzeliśmy jakiś serial, a później dobrze się mną zajął. Dzięki temu czuję się bardzo dobrze, jestem taka odprężona. Może do końca dnia już będę miała dobry humor? Byłoby fajnie.
Zaraz M. jedzie do pracy, więc do 16 będę zupełnie sama. Nawet dziś nie wchodzę na Facebook'a, bo nie chce by ktokolwiek zniszczył mi humor.
512770ffa5b2d049d3cfd5c519061417.jpg
 

deergirl
 
No i jestem chora, po prostu zajebiście, a jutro mam oczywiście same ćwiczenia... Błagam, niech już będzie ten koniec świata i przynajmniej będzie już spokój...
1e80c2a35905503398dce742080d1374.jpg
 

deergirl
 
W zasadzie nie wiem, na czym polega moja obecna egzystencja. Nie widzę sensu w niczym i mówię to nie po to, by się użalać, tylko tak jest naprawdę. Robię bezużyteczne, w moim mniemaniu, rzeczy i nie mam pojęcie dokąd to wszystko zmierza. Studia są dla mnie czymś, co muszę przeżyć i tyle. Dla mnie to strata czasu i marnowanie życia, skoro na wykładach gadają pierdoły, a na sesji będzie coś zupełnie innego, to czy nie łatwiej by było dać mi materiały, a ja bym spokojnie studiowała w domu. Wszyscy byliby szczęśliwi (a ja chyba najbardziej). Chodzę też do pracy, ale nie wiem po co. Pieniędzy nie potrzebuję, bo niby na co? Mama dostała awans w pracy i podwyżkę, czyli sama na siebie nie muszę zarabiać. Wyprowadzam się dopiero w przyszłym roku. Już nawet się nie przykładam, dostaję z zjeby nawet jak wszystko robię dobrze, więc teraz w sumie olewam i nadal dostaję zjeby, ale przynajmniej zasłużone. Nic mi się nie chce. Znowu popadam w stan zupełnego wyłączenia z życia. Wstaję, bo muszę, robię to bezwiednie, automatycznie. Każą mi to chodzę na wykłady, każą mi to chodzę do pracy, ale daję z siebie niezbędne minimum. Nie mam już na nic siły. Chcę jedynie spokoju.
Niedługo idę do psychiatry, ale co ja mam jej powiedzieć? Jak powiem jej prawdę o tym, jak się czuję zamknie mnie w psychiatryku na trzy miesiące i tyle. Co to niby da? Przepisze mi te głupie tabletki, które jedyne, co robią, to tłumią moje prawdziwe uczucie i sztucznie podwyższają poziom serotoniny, której po prostu nie mam, bo może mój organizm jej nie potrzebuje? Kto wie, może to po prostu część mojej natury, którą trzeba zaakceptować, bo walka z nią chyba nie ma sensu. Jestem zwykłą maszyną, która wykonuje to, co ma wykonać. Czy mi to pasuje? Nie, ale nie narzekam, bo to jest mój sposób na przetrwanie. Jak zaczynam myśleć, nie mogę spać, jeść, czuję ból wszędzie i nie mogę nic zrobić. Jestem bezsilna. A tak mam złudną kontrolę nad wszystkim, i chyba to mi wystarcza.
fb49beaf5440b91cf8eb03af14a922d2.jpg
 

annagrace
 
Kolejna bezsenna noc. Nerwica nie ustępuje. Każdy tę chorobę przeżywa inaczej, dlatego zawsze osoby cierpiące na nią mają wiele do omawiania i wymieniają się swoimi doświadczeniami. Opowiem wam jak wyglądają moje stany lękowe, w tym ten, który wystąpił godzinę temu.
Wszystko zaczyna się od tego, że momentalnie zaczynam czuć coś w gardle, taki ucisk. Robi się on coraz mocniejszy, aż nagle zaczynam się dusić. Wtedy całkowicie tracę nad sobą kontrolę. Chodzi mi o to, że nie jestem w pełni świadoma tego co robię. Moim standardowym czynem jest sięganie po żyletkę i cięcie nadgarstka. Tak stało się i teraz. Kiedyś podczas stanu lękowego wybiegłam w nocy na ulicę, krzycząc, że chcę umrzeć, a innym razem rozcięłam sobie lekko brzuch nożem. Jeden z domowników nigdy nie chodzi wcześnie spać i widząc co się ze mną dzieję pomógł mi. Uratował mi życie. To co piszę może wydawać się straszne i uwierzcie mi, dla mnie jest to koszmar. Moje stany lękowe potrafią trwać od dziesięciu minut do godziny. Nadal nie rozpracowałam metody uniknięcia ataku. Wraz z Panią psycholog próbowałyśmy wielu metod, ale jak na razie bezskutecznie. Zazwyczaj, gdy kończy się stan lękowy i zaczynam kontaktować i rozumieć co się ze mną dzieje zaczynam płakać. Z bezsilności. Przemywam pociętą rękę i staram się udawać, że nic się nie stało. Nerwica nie jest chorobą, do której można się przyzwyczaić. Potrafi ona zrobić krzywdę.
Dzisiejszy stan lękowy dobiegł końca. Trwał mniej więcej dwadzieścia minut.
Niebawem opowiem Wam całą moją historię z nerwicą, jak się zaczęła, kiedy i ile już trwa.
Gdyby ktoś miał jakieś pytania, to śmiało można do mnie pisać wiadomości prywatne.
Życzę wszystkim dobrego dnia.
AnnaGrace
IMG_9608.JPG
 

gusia
 
Kiedy miałam 14 lat i zmarła moja babcia powiedziałam że chce iść za nią. Mając 19 lat użyłam pierwszy raz przeciwko sobie noża. Ostatni epizod - tabletki - 21 lat. Dwa lata później trafiłam do szpitala. Lekarka zaufała mi i skierowała zamiast oddziału zamkniętego na dzienny. Pół roku później wyszłam jako zupełnie inny człowiek. To był początek końca mojej chęci śmierci. Ostatni epizod był tego samego roku albo rok później.

Dziś pod kompem znalazłam karteczkę pisaną gdzieś wiosną albo latem w notesie i nie wpisaną tutaj. Że nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam myśli samobójcze, w moim wypadku nazywane rezygnacyjnymi, kiedy ostatni raz weszłam na ulicę nie oglądając się czy coś jedzie, kiedy ostatni raz myślałam że fajne byłoby wpaść pod samochód. To już nie ja.

Nadal mam konto na portalu samobójców, choć wieki już tam nie wchodziłam. Z rok czy dwa napisałam do nich opisując swoją historię.  Z tego co wiem mieli ją publikować.

Muszę uważać, bo samobójcą jest się do końca życia, to magiczna a zarazem tak tragicznie straszna chwila gdy trzymasz w rękach swoje życie i tylko od ciebie zależy czy je przetniesz. Ja się śmierci nie boje. Dowód? Guz. Pierwsza myśl że jeśli mi się coś stanie będę do dupy chrzestną i nie spełnię swojej obietnicy złożonej przed Bogiem że będę pomagać rodzeństwu przy obu chłopakach do śmierci.

Dziś jestem innym człowiekiem. Na splinie rozmawiam z pewną dziewczyną. Doskonale rozumiem jej obawy i lęki. Byłam taka sama. Dziś jestem po kilku terapiach, w oczekiwaniu na kolejną, ustawiona całkiem nieźle farmakologicznie, z przeżytą traumą przeprowadzki, śmierci bliskich osób jedna po drugiej, operacji.

Nadal zmagam się z demonami. Ale robię dalekosiężne plany na przyszłość. Wiem czym chce sie zajmować, gdzie mieszkać. Wciąż nie lubię zmian i podchodzę do nich z lekką obawą ale tym razem nie uciekam przed nimi. Przyjmuje życie takim jakie jest i każdego dnia walczę o swoją przyszłość. Godzę się z porażkami. Bo chcę, bo wiem że warto żyć. I robię to przede wszystkim dla siebie. Po to abym to ja sama mogła być z siebie dumna. Chcę być szczęśliwa. Zadowolenie z życia już mi nie wystarcza...
 

maluscorporisisback
 
Dzień zaczął się nienajlepiej (spóźnienie do pracy, w tejże pracy opiernicz, nieoczekiwany okres- ucieszyłam się jednak, że dostałam go kiedyś w ogóle)...No i to, że pracowałam w sobotę, kiedy zwykle mam wolne weekendy. Ale przetrwałam. Z pracy odebrała mnie siostra ze swoim mężem i pojechaliśmy współnie na zakupy.

bilans miłych rzeczy:
+kupiłam sobie piżamkę (rozmiar S), cieplutkie skarpetki z włókien bambusowych, najpiękniej pachnącą świeczkę i drewnianą misę, więc będę miała w czym robić zdrowe jedzonko
+spędziłam miły czas z najbliższymi i faktycznie czułam się jak z rodziną
+chodziłam po mieście ubrana w koc i kapelusz czarownicy i czułam się pewna siebie :)

Mieszkam z moją siostrą i szwagrem już od kilku miesięcy, powoli powinnam zacząć się zbierać. Niby nie muszę, ale myślałam o tym, żeby spędzić czas z matką i ojcem...tylko nie wiem czy to nie jest kuszenie losu i mojej psychiki, która teraz jest w miarę stabilna.
Nie wychodzi mi moje postanowienie "nie skubania", cały czas czuję, że nie mogę jeść niektórych posiłków,ale mój mózg uważa, że skubanie to co innego. Więc zamiast z czystym sumieniem zjeść sałatkę powiedzmy o 20, to podskubuję i w efekcie nie jestem ani najedzona ani spokojna. Eh. Długa droga przede mną. Ale nie poddaję się :) Bardzo dziękuję Wam za wsparcie, wiele to dla mnie znaczy :>
df9b6d69b83e0d31eeff40193a227409.jpg

Wiem, że to dziecinne, ale wraz ze zbliżającym się Halloween/Samhain wraca mój sentyment do Harry'ego Pottera :3 Oglądałam, czytałam tysiąc razy, włącznie z wywiadami i teoriami fanów. I wciąż mam konto na Pottermore, a w 2018 idę do kina na Fantastic Beats and Where To Find them (część 2). Taki mały fakt o mnie.
 

gusia
 
Psycholog mi powtarzała że dom to nie ściany ale ludzie. Dom to dom a rodzina to rodzina. Ja to rozróżniam. Bo straciłam miejsce które kochałam, ściany które własnoręcznie malowałam, kąty w których chowałam się przed moimi demonami, pokoje będące świadkiem moich radości i smutków, korytarze których odległość na pamięć znały moje nogi, okna przez które miony razy widziałam wchody i zachody słońca. Dom to miejsce w którym się człowiek urodził, wychował, które kocha. Tym dla mnie jest dom. Teraz mam mieszkanie w którym chowa się moja rodzina. Mieszkanie pełne demonów przeszłości, w którym kroki stawiał mój ojciec i jego rodzina. To ich nie moje miejsce. I nigdy nie będzie. Z czasem przyzwyczaje się, przestanę nienawidzić widok z okien, polubię swoją szafę w pokoju. Ludzie się aklimatyzują, dojrzewają. Ja się bardzo zmieniłam.Mnie ta wyprowadzka najwięcej kosztowała i mimo iż przyjaciółka pierw mówiła że za bardzo, za długo przeżywam teraz widzi postępy. Bo ból słabnie. Ale nigdy nie przeminie.
  • awatar Tooona: Bo to prawda, że dom to ludzie, nie ściany. Sama się blokujesz przed aklimatyzacją w danym miejscu. Nie chcesz się tu czuć szczęśliwą, dlatego nie będziesz.
  • awatar Szkotka: Jeszcze uda Ci się znaleźć swój dom :)
  • awatar Gusia: @Tooona: Aklimatyzuje sie wbrew sobie ale odrozniam dom od rodziny. Przezylam traume gdy pojawilam sie w tym mieszkaniu - dziadkow - po ponad 15latach i przez 7 kolejnych go nienawidzilam. A potem dziadek zmarl i odziedziczylam je. Zapadla decyzja o przeprowadzce. Nie mialam wyjscia. Bagatela miala wlasciciela. Zaakceptowalam -czy raczej ucze sie - ale boli mnie bo ustawa uwlaszczeniowa zabrala mi dom
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

gusia
 
Bark strasznie mi dokucza, przeciwbóle nie pomagają. Zrobiłam sobie kuku dźwigajac klatki do piwnicy, zapowiada się trudna noc - kolejna

Póki co jestem rozwalona emocjonalnie, a do płaczu doprowadził mnie kalendarz. Za 8 dni miną 4 lata od przeprowadzki.

Już rano mnie walnęło. Bo jechałam z sąsiadem - facetem którego znam z widzenia bo jeździmy razem windą. Na dole sąsiadka z psem wsiadała, przemiła pani tak jak jej córka i wnuczka. I byłam zła bo wcale nie chce dobrze znać sąsiadów bo to oznacza że tu już jakiś czas mieszkam. A ja tu nie chcę mieszkać i nie chce oznak że tu mieszkam. Zetknięcie z prawdą zabolało.

To taki czas, chwilowy kryzys. Ból jest doskonałą pożywką dla depresji. Podsyca ją ten brak ciszy i spokoju w tym domu.

Wraz z przeprowadzką straciłam grunt pod nogami, jedyne miejsce (rzecz) które było moją ostoją w czasach ciężkich kryzysów.

Prawie 28 lat. Całe życie płodowe i pozapłodowe. Dom. Mój dom. Wtedy jeszcze Mościccy nikomu się nie śnili.

Górczewska jest tylko przestojem. Bemowo jest bardziej moim domem ale póki żyją moi bliscy tkwie tutaj. Bemowo będzie miejscem mojej starości i samotności. Kiedyś wyjdę z tego domu, zamknę drzwi i więcej nie wrócę - jak chciałam zrobić po śmierci dziadka. Z tym że pozostawie dużo więcej bolesnych wspomnień.

Pan Wojtek 18 stycznia zmarł. Jakoś w lato jego konkubina się wyprowadziła, potem my, Iwona też miała nakaz eksmisji i odeszła tuż po nas. Jedna śmierć. I tam i tu. Ciąg zdarzeń ściśle powiązanych ze sobą. Tak musiało być. Tylko to nie zmienia faktu że boli.

Mam mieszkanie i rodzinę. Nie mam DOMU
 

deergirl
 
Nie spałam całą noc... przespałam może godzinę i się przebudziłam, bo miałam koszmar. Niby nie było tam nic strasznego, ale po przebudzeniu potwornie się czegoś bałam. No właśnie... czegoś. Już wieczorem odczuwałam dziwny niepokój - serce mi waliło jak młotem, oddychałam szybko, byłam cała napięta. A nie było ku temu powodu. Wczoraj skończyły mi się leki na sen, a mama zapomniała załatwić receptę - to tylko dowodzi, że nadal nie umiem zasnąć bez leków, gorzej... bez nich dostaję jakichś dziwnych lęków. Jestem jak chodzące zombie, wory pod oczami sięgają policzków, jestem blada jak śmierć i wszystko mnie boli. Nie zapowiada się dobry dzień w pracy. Dzisiaj pierwszy raz od dawna mam zmianę z kierowniczką, jak wiecie z poprzedniego posta, nasze relacje są ostatnio napięte. Mi się już nie chce nawet udawać, że wszystko jest ok, nie zależy mi już na tej pracy. W każdej chwili mogę odejść (vivat umowa zlecenie!) i to zrobię, jeśli posunie się za daleko. Nie uśmiecha mi się dziś iść do pracy z wiadomych względów, ale może jak wypiję energetyka to będzie lepiej. Nie chcę tego robić, bo to nie zdrowo, ale nie mam wyjścia - kawa mi nie pomoże. W środku pracy idę na zajęcia z analizy i interpretacji dzieła, są to ćwiczenia, a ja nie mam siły nawet wstać. Jeśli ktoś dziś mi powie coś "motywującego" typu: uśmiechnij się! albo myśli pozytywnie! puszczę wiązankę, o jakiej nawet raperom się nie śniło. Odmeldowuje się...
9ce5799eee4d4117d6592f05789c8366.jpg
 

raimund0
 
raimund0: wiecie co najbardziej boli? kiedy bliska wam osoba otwarcie mowi, ze kiedys, bedac chudszym, wygladales lepiej.
plakalam. mocno.
bo I. nawet nie wyobraza sobie jakie katusze przechodze, zeby i tak ostatecznie wygladac jak wygladam. ale sie staram. licze kalorie jak nienormalna. tylko nic mi nie wychodzi.
(czy kiedys bede w stanie zjesc cos bez wyrzutow sumienia?)
3 pomidorki [10]
energetyk [10]
2 lyki kawy z mlekiem kokosowym [30]
zupa warzywna [200]
zupa warzywna [100]
3,5 wafla [70]
salatka <ogorek, pomidor, tofu> [70]
490/700
pewnie potem jeszcze zjem wafla, troche ogorka, wiec powiedzmy, ze bilans bedzie lekko ponad 500.
EDIT: pol wafla + pare gryzow jablka
520/700
boli mnie glowa.
nie potrafie sie uczyc.
jestem beznadziejna, im done.

IMG_8107.JPG


IMG_8106.JPG
Pokaż wszystkie (1) ›
 

gusia
 
Taka kurcze jakaś nijaka jestem. Chce więcej tymczasem brak energii - zupełnie jakby mi prąd odcieli. Rozważam zwiększenie leku stabilizujacego nastrój ale to chyba nie tędy droga. Do 6 listopada jeszcze trochę czasu. Może uda mi się zebrać w jednym pliku wszystkie moje problemy tak abym miała jasny obraz czego oczekuje od lekarza. Jestem już na takim etapie że nie dam się podpalić chwili. Leki nie zawsze sprawią że będę miała super humor i dużo energii. Jestem świadoma że kryzys zdarzy się nie raz. I teraz od częstotliwości objawów zależy czy poproszę lekarza by coś ruszał w mojej farmakoterapi
 

maluscorporisisback
 
Moje bilanse z dwóch ostatnich dni:
Piątek:
+sok "super kale" i banan
+miseczka owoców (3 mandarynki, borówki i truskawki) z cynamonem

Sobota:
+miseczka owoców (figa, gruszka, jabłko, różowa śliwka) z sokiem z cytryny i cynamonem
+surowa kolba kukurydzy, kilka winogron, marchewki
+garść borówek
+6 falafeli, trochę wegańskiego pesto i sałatka podczas meal prepu
+wegańskie leczo z kaszą (niestety kupne)+ 3 ciasteczka+ trochę soku pomarańczowego

Ostatni posiłek zjadłam u koleżanki, która zaprosiła mnie na wieczór. Bardzo się starałam po prostu dobrze bawić i nie przejmowac się ciasteczkami i wiecie co... udało mi się :) Naprawdę! Nie miałam wyrzutów sumienia, to było niesamowite. Mój mózg oczywiście kalkulował kalorie z ciastek i leczo, ale oparłam się sprawdzeniu na opakowaniu ile to miało kcal.
Od kilku dni się nie ważyłam i jest to równocześnie przyjemne i starszne. Boję się, że przytyłam. Mam wrażenie, że kostki na rękach obrastają mi tłuszczem. Kiedy się odchudzałam lubiłam dotykać tych kostek, kiedy czułam się głodna...

Miałam bardzo produktywny poranek: byłam już na spacerze, umyłam okna, wykąpałam się, zaraz lecę na pocztę, a potem będę robić czekoladowe "energy balls".

Bardzo dziękuję Wam za wsparcie, prawdę mówiąc myślałam, że dostanę trochę hejtu, ale to widocznie też tylko w mojej głowie.
Trzymajcie się!

xBonum Corporis
10410998_899867893365705_1638481069288805187_n (1).jpg
  • awatar mniejkilo: Fajnie, że pokonujesz swoje lęki. Trzymam kciuki żeby motywacja Cię nie opuściła.
  • awatar Vil.Sigillum Diaboli: Kochana, jestem po recovery - pisz na pw jeśli masz ochotę!
  • awatar Ace: Jestem z Ciebie bardzo dumny.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

maluscorporisisback
 
Witajcie, zniknęłam na kilka dni. Przemyślałam parę spraw. I oto jestem.

Nie zdziwię się jeśli większość z Was przestanie obserwować moje wpisy, bo będą sprzeczne z tym jakie są Wasze cele i przekonania. I to jest w porządku. Jeśli zdecydujesz się nie czytać dalej, to wiedz, że życzę Ci wszystkiego co najlepsze.


Zaczynam od akceptacji. Akceptuję to, że nie jestem piękna, że nie jestem szczupła, że spędziłam 6 lat w depresji i na myślach o odchudzaniu. To właśnie moje życie. I akceptuję to, nie dlatego tylko, że takie są fakty, ale dlatego, że bez tego nie byłabym tutaj. Zmieniająca się, ponosząca odpowiedzialność za siebie i silna.
Przypomina mi się ustępek z książki "motylki" Louise Halse Anderson, kiedy główna bohaterka Lia idzie na hospitalizację i decyduje się walczyć z anoreksją:

“Przędę, tkam i dziergam słowa i wizje, aż w końcu życie zaczyna nabierac kształtów. Nie ma magicznego lekarstwa, to nie zniknie na zawsze. Są tylko małe kroki w górę; łatwiejszy dzień, niespodziewany śmiech, lustro, które już nie jest ważne.”



Właśnie te małe kroki w górę są najważniejsze. Koniec z wagą, koniec z liczeniem kalorii (chociaż pojawiają się w głowie, kiedy patrzę na jedzenie). Koniec z objadaniem się, koniec ze zmuszaniem do głodówek "za karę".

Chcę wsłuchać się w moje ciało po raz pierwszy w życiu i znaleźć prawdziwy głód, który mogę zaspokoić bez wyrzutów sumienia.
Naprawdę nie pamiętam żebym robiła to kiedykolwiek wcześniej. Myśl o jedzeniu kiedy jest się głodnym i przestawaniu po nasyceniu wydaje się być abstrakcyjna. Wiem, że kiedyś tak było za moich elfio-dziecięcych czasów, ale nie mogę sobie przypomnieć co myślała ta dziewczynka. Chyba po prostu żyła.

To będzie prawdopodobnie najcięższa walka jaką ze sobą stoczę. Nie, błąd: To będzie najtrudniejsza walka jaką stoczę z chorobą, po to żeby odzyskać siebie.

x Bonum Corporis
  • awatar mniejkilo: Powodzenia i gratuluję takiej decyzji. Jeśli będziesz tutaj dalej pisać ja chętnie poczytam
  • awatar Vil.Sigillum Diaboli: Popieram: To będzie najtrudniejsza walka jaką stoczę z chorobą, po to żeby odzyskać siebie. Ale gwarantuje, że po tym poczujesz życie jak nigdy.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

deergirl
 
Moi czytelnicy wiedzą, że bywam porywcza, wyolbrzymiam pewne rzeczy i zdarza mi się zbyt dramatyzować. Zwykle po jakimś czasie, po przemyśleniu całej sytuacji, się uspokajam, rozumiem swój błąd i akceptuję rzeczywistość. Tylko nawet moja wewnętrzna wyrozumiałość ma swoje granice, a moje zaraz będę przekroczone przez... kierowniczkę.
Tak, kierowniczka za bardzo przeciąga strunę, a mnie kończy się cierpliwość. Nie tak dawno pisałam, że wypełniałam błędnie raport, byłam przez to na siebie bardzo zła i nie chciałam dalej tam pracować, bo uważałam, że sprawiam więcej kłopotu niż pożytku. Jednak już prawidłowo wypełniam raport i swojej pracy nie mam już nic do zarzucenia. Zajmuję się swoją robotą, wypełniam moje obowiązki i staram się jak mogę, by wszystko było dobrze. Mimo wszystko jestem też człowiekiem i już daję sobie mały margines błędu jaki mogę popełnić, bo nie jestem pieprzonym robotem, by robić wszystko idealnie pod linijkę. Błędy zdarzają się wszystkim. A jeśli ktoś nie potrafi tego zrozumieć to już nie mój problem.
Może to trochę wyglądać na psioczenie o swojej szefowej, że jest taka, taka i taka, czepia się, wkurwia mnie ble ble ble. Może i jest w tym dużo prawdy, ale chcę się wyżalić mojemu komputerowi i obnażyć bolesną prawdę o kierowniczce. S. to do Ciebie, chociaż wiem, że tego nie przeczytasz, ale przynajmniej wąska grupka osób dowie się jaka jesteś naprawdę.
Już od jakiegoś czasu kierowniczka czepia się dosłownie pierdół, które można łatwo poprawić, a rolą kierownika jest wyłapywać błędy, wskazać je pracownikom. Można na początku się powściekać, ale jest to pokaz emocji i dowód, że się nad nimi nie panuje - nie jest to dobra cecha dla kierownika. Panna S. nie tłumaczy nam jak mamy coś poprawić, jeśli zrobimy coś źle, ona ma pretensje, twierdzi, że nic nie robimy i wylewa wiadro pomyj. Taki powinien być kierownik?
Przywołam sytuację z wczoraj: kierowniczka ogólnie w weekendy ma wolne, więc byłam tylko ja z koleżanką i robiłyśmy to, co zwykle: sprzątałyśmy sklep, obsługiwałyśmy klientów, wypełniałyśmy podstawowe obowiązki jak dokładanie komiksów na półkę, robienie przypinek itd. Wszystko zrobiłyśmy, co miałyśmy zrobić, klientów nie było, czyli miałyśmy wolne, więc sobie czytałyśmy, trwało to może 40 minut, bo nagle dostałyśmy wiadomość od szefa wszystkich szefów, że mamy policzyć wszystkie mangi małego wydawnictwa. Spoko, zadzwoniłyśmy do kierowniczki, by nam podała szczegóły jak mamy to zrobić (bo ona nigdy nas nie dopuszczała do systemu). Odebrała telefon i stwierdziła, że sama to zrobi. Skoro tak to obie wróciłyśmy do opieprzania się, bo nie mamy nic do roboty. Została godzina do zamknięcia sklepu, a tym razem to ona do nas dzwoni. Daje nam zadanie, że mamy policzyć WSZYSTKIE komiksy dwóch dużych wydawnictw + tego małego, co miałyśmy zrobić na początku i się rozłączyła. Tego było od chuja, dużo tytułów i miałyśmy je wszystkie policzyć, wszystkie jakie mamy w sklepie czyli również magazyn. Wkurwione na maksa, że teraz musimy to robić (bo kurwa nie mogła nam powiedzieć wcześniej, że mamy to zrobić, najlepiej dać takie zadanie godzinę przed zamknięciem) no to zabrałyśmy się za liczenie. Problem był, gdy zobaczyłyśmy system, z którym żadna z nas nie miała wcześniej do czynienia, poza tym okazało się, że są w nim błędy np.: mamy 14 tomów jakiegoś komiksu, a w systemie jest ich tylko 10 etc. Dzwoniłyśmy do niej co mamy z tym fantem zrobić, ale nie odpierała, więc stwierdziłyśmy, że zrobimy według systemu. No kurwa, co miałyśmy zrobić, nie jesteśmy jebanymi informatykami, by poprawić te błędy. Jakoś się z tym uporałyśmy w tą godzinę, ale faktycznie się spieszyłyśmy, bo trzeba było to zrobić na już i koniec! Wysłałyśmy jej wszystko i zebrałyśmy się do zamknięcia dnia, policzenia pieniędzy i takich tam pierdół. Zadowolone z siebie zamknęłyśmy sklepi i do domu. Nie minęło 30 minut jak dostałyśmy wiadomość: "Jak zwykle zrobiłyście po chuju, były trzy błędy! Nigdy nie można na was liczyć." Wyłapała trzy jebane błędy... TRZY! Nie dziesięć, nie pięćdziesiąt - trzy kurwa błędy. I od razu oczywiście, że sobie olałyśmy, zrobiłyśmy byle jak. Nieważne, że dała nam na policzenie połowy jebanego sklepu GODZINĘ i kazała obsłużyć program, którego nigdy nam nie pozwalała tknąć nawet palcem. ZROBIŁYŚMY TO PO CHUJU! Zjechała nas jak bure suki i jesteśmy złe i niedobre, a ona musiała "wszystko" za nas poprawić (czyli te trzy błędy, które nie były naszą winą, tylko systemu, ale dobra). No szlag nas jasny trafił. 1. To nie jest sprawiedliwe, 2. Mogła sama to zrobić jak zawsze, skoro my wszystko robiłyśmy źle, 3. To nie było zwykłe "opieprzenie" nas tylko upokorzenie na forum... Więc mogłam się trochę wściec, ale dzisiaj szala goryczy się przelała:
Wszystkie z nas (poza kierowniczką) studiują, więc grafik trzeba dopasować do naszych potrzeb (uczelnie etc.). S. poprosiła nas o spisanie swojego planu, nawet przygotowała własny Excel (który notabene był chujowo zrobiony, bo nie pozwalał mi wpisać godzin, w jakie mogę przyjść do sklepu). Napisałam jej mój plan zajęć, i dla mnie logiczne było, że skoro ma mój plan zajęć, to nie muszę jej co tydzień pisać, kiedy mogę, a kiedy nie... ma wszystko napisane, a nawet gdyby się coś zmieniło to bym przecież napisała. Dlatego w tym tygodniu nie napisałam jej mojej dyspozycyjności, bo przecież cały czas ją miała. Z resztą, miała dużo czasu, by się upomnieć o to, że mam napisać jej plan (no kurwa nie wiedziałam, że za każdym jebanym razem muszę jej pisać to samo). Wysłała grafik, a ja patrzę, że mam tylko dwa dni (znowu weekend), a przecież czwartki i piątki mam wolne, więc grzecznie zapytałam: dlaczego mam tylko dwa dni. Napisała, że taką dałam dyspozycyjność. Ja zdębiałam. Przecież miała mój plan. Pytam o co chodzi, a ona mi odpisała, że "nie napisałam jej dyspozycyjności i tak jest, gdy nie dba się o swoje interesy". No chuj mnie strzelił, napisałam jej mój cały plan, i co tydzień mam jej pisać to samo? A z tym tekstem "trzeba dbać o swoje interesy" to już przegięła, poczułam się jak pies, a nie jak jej koleżanka (którą ponoć jestem). Skoro jej "nie wysłałam" dyspozycyjności to dlaczego mi wpisała ten weekend? Przecież nie napisałam nic, czyli w jej rozumowaniu nie powinnam pracować w weekend. Kurwa jak jej wygodnie tak robi, nie liczy się wgl z innymi. A wiecie czemu dała mi ten weekend? BO NIE MIAŁA KIM GO OBSTAWIĆ! Gdybyśmy mieli pięciu pracowników, mogłaby mnie nie wpisać w grafik, ale są nas tylko 3 i byłoby to niemożliwe beze mnie. Nie pozwolę się tak traktować. Jak do tej pory tolerowałam jej fochy, bo mi aż tak nie szkodziły (np.: upokarzanie mnie na forum pracowniczym), ale skoro teraz wkroczyły pieniądze (jeden dzień mojej pracy to 90 zł) to już miarka się przebrała, to nie była zwykła złośliwość, ona chciała mnie pozbawić pieniędzy. Jak ja mam to interpretować? To jest koleżanka? Gówno  nie koleżanka, gówno nie kierownik! Ale czego ja się spodziewam po zwykłym magistrze muzyki? Że będzie potrafiła zarządzać kadrą? Bez żadnego doświadczenia z ludźmi? No śmiech na sali, ona nie ma pojęcia jak powinny wyglądać relacje z pracownikami i jak JEJ praca ma wyglądać. Wszystko opiera na pretensji i krytyce, a od siebie nie daje nic, nie pomoże, nie wytłumaczy. Opierdalać to byle debil potrafi, a bycie kierownikiem to coś więcej i skoro tego nie rozumie to czas byśmy się pożegnały. Szkoda, lubię moją pracę, ale nie wytrzymam więcej upokorzeń, fałszu i pretensji. Bo nikt nie zauważy, że tylko ja składam koszulki, układam breloczki i magazyny, nawet kable myję, by nie mogła się do czegoś przyczepić. A jak popełnię jakiś błąd, to od razu cała moja praca jest "po chuju" i nie można na mnie liczyć. Moja depresja pogłębiła się ostatnio właśnie przez to napięcie w pracy. Podziękuję.
cf226b44613ec1b162b1745e20822936.jpg
 

porcelainange6l3
 
Wpis tylko dla znajomych
Nuttkaa:

Wpis tylko dla znajomych

 

deergirl
 
Dzisiaj jest idealny dzień na opierdalanie się, ale niestety obiecałam, że przyjdę do dziewczyn obejrzeć film u jednej z nich w domu (w sumie to akademiku). Tak mi się nie chce... a jeszcze muszę coś kupić do jedzenia, bo w sumie wypada. Może kupie nawet szampana, o którego pytała Iza, nie wiem, zastanowię się nad tym...
Na rodzinnym obiedzie było całkiem sympatycznie, odczuwało się napiętą atmosferę, ale dało się przeżyć. Więc nie jest tak źle.  
c4731c7d1fa6eb3eb9b2dadc706ec54a.jpg
 

deergirl
 
Dzisiaj nie chce mi się nic. Mam oficjalną przerwę od życia, do nikogo się nie odzywam, z nikim nie piszę, Facebook jest wyłączony. Nic mi się nie chce. Brak leków daję się we znaki coraz bardziej, a ja ciągle mówię mamie by nie umawiała mnie do psychiatry. Mówić to se mogę, na szczęście pani doktor jeszcze do końca września jest na wakacjach, więc nie muszę na razie do niej iść. I dobrze, bo w sumie nie mam nic do powiedzenia.
M. zaczął już pracę, więc nie będziemy spędzać każdej chwili non stop. W końcu! Mam czas dla siebie i go nie ma i nie patrzy mi w monitor. W ogóle to jestem zdziwiona, że jeszcze nikt nie dowiedział się o tym blogu. Nawet specjalnie go nie ukrywam - wystarczyłoby tylko wejść w moją historię przeglądarki i ma się wszystko podane na tacy. To chyba właśnie zasługa tego, że nawet nie staram się tego ukryć. Ludzie jakoś potrafią wyczuć, że ktoś coś przed nimi ukrywa, bo właśnie... to ukrywa. Nazwę to paradoksem tajemnicy.
Coraz bliżej rodzinny obiad, a ja powoli zaczynam mieć wszystko w dupie. Już mnie nie interesuje co będzie, czego nie będzie, kto przyjdzie, kto nie przyjdzie. Dadzą mi nowy komputer, ja ładnie podziękuję i tyle. Jeśli będę się nudzić albo nie spodoba mi się atmosfera po prostu wyjdę - nie chce mi się męczyć. Bo i po co?
Dzisiaj dostałam mail od mojej uczelni dotyczący spotkania organizacyjnego dla pierwszego roku. 28 września godzina 11: 00 na ulicy Piastów. Pójdę sama. Przyjść z mamą to największa siara, a chłopak też nie jest mi tam do szczęścia potrzebny. Zobaczymy jak to będzie. Do tego dowiedziałam się o kierunku, który miał być dopiero w przyszłym roku... jest w tym. Dzięki US za info! Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno i mogę się zapisać. Byłoby fajnie, bo bardzo zależy mi na pisarstwie, a ich informacje są tak łatwo dostępne i ogarnięte, że dowiedziałam się o tym dopiero teraz. A przecież szukałam informacji na stronie... i nic! Była nawet notka w lipcu, że pisarstwo będzie otwierane w przyszłym roku. Ech... oby było jeszcze miejsce.
b52702f2e35758110870803bdb7ceb2e.jpg
 

 

Kategorie blogów