Wpisy oznaczone tagiem "powódź" (145)  

banzajpl
 
Powódź, która nawiedziła australijskie Queensland, zabrała dobytek wielu milionów ludzi. Niestety, wśród poszkodowanych jest też niejaki NFG - kolekcjoner starych konsol i gier.  Woda...
www.banzaj.pl/Kolekcja-konsol-i-gier-zniszczona-…
 

banzajpl
 
Z powodu nieprzerwanych ulew co najmniej 610 osób zginęło, a blisko 14 tys. pozostało bez dachu nad głową w górzystym rejonie niedaleko Rio de Janeiro. Opady trwają od nocy z wtorku...
www.banzaj.pl/Powodz-w-Brazylii-ponad-600-osob-n…
 

banzajpl
 
Katastrofy naturalne zabiły w tym roku co najmniej ćwierć miliona ludzi. 2010 to jeden z rekordowych pod względem ofiar śmiertelnych rok w ostatnim stuleciu – donosi star-telegram.com...
www.banzaj.pl/Kataklizm-natura-gorsza-niz-terror…
 

banzajpl
 
Katastrofy spowodowane przez człowieka i klęski żywiołowe  kosztowały światową gospodarkę blisko 222 mld USD w 2010 roku – poinformowało szwajcarskie towarzystwo reasekuracyjne Swiss...
www.banzaj.pl/222-mld-USD-bilans-klesk-w-2010-ro…
 

banzajpl
 
Jak wynika z raportu opublikowanego przez ONZ i Bank Światowy, katastrofy i klęski żywiołowe będą zdarzać się coraz częściej i do 2050 roku mogą dotknąć 1,5 mld ludzi, głównie z...
www.banzaj.pl/ONZ-Kataklizmy-dotkna-1-5-mld-ludz…
 

abramakabra
 
Wróciłam.
Od początku *nic* nie układało nam się tak, jak powinno; właściwie zaczęło się jeszcze zanim wyjechaliśmy. Na etapie przygotowań do podróży co chwilę stawały nam na drodze: a to pogoda, a to rower mi zardzewiał, chłodnica się rozwaliła, klimatyzacja w samochodzie nie działa, śpiwór się porwał, nie wiadomo, gdzie są karimaty, kurs euro wzrósł, z dwóch osób do pilnowania psa zrobiło się pięć.
Ale to nic, pojechaliśmy.
Wyjeżdżając z domu o szóstej rano tata rozwalił oponę w samochodzie. Zorientowaliśmy się na stacji podczas tankowania. Pojechaliśmy więc do jednego, drugiego, trzeciego wulkanizatora; wszystkie zakłady były czynne od ósmej. Postanowiliśmy nie wyjeżdżać z miasta z rozwalonym kołem, czekaliśmy więc półtorej godziny, aż otworzą, a potem jeszcze pół, aż uszczelnią oponę, która odkleiła się od koła na wybojach. Wyjechaliśmy z miasta około dziewiątej.
Polskie drogi, wiadomo, rozkopane, ruch odbywał się wahadłowo. Do Bielsko-Białej dojechaliśmy późnym wieczorem. Tata zaparkował samochód pod domkiem, który wynajęliśmy na kempingu. Rano trzeba było skakać do niego przez taaakie błoto. I nadepnęłam na świeżo rozjechaną żabę.
Po polsko-słowackiej granicy trzeba było wykupić winietę na autostradę. Pani w sklepie nie miała jak wydać, więc dała nam gumy do żucia.
Na kempingu w Bratysławie byłoby całkiem przyzwoicie, gdyby nie para niesamowicie głośnych Czechów w sąsiedztwie, którzy całą noc się kłócili, kto się z kim rozwiedzie, jak wrócą do domu. Oprócz Czechów niedaleko było Nocne Smyrkanie, jakieś słowackie discopolo.
Krawężniki w Bratysławie dochodziły do 20cm, przeokropne na rower. Osiem kilometrów na trasie kemping - dworzec(hlavna stanica) zajęło nam jakieś dwie godziny. Drogi miejscami jeszcze gorsze niż u nas.
Pociągiem dojechaliśmy do Wiednia.
*Wiedeń - moja nowa miłość*. Cóż to jest za miasto! Zachód pełną gębą, taki cywilizowany, a przy tym naturalny. Ścieżka rowerowa szersza niż nasza autostrada, sygnalizacja świetlna dla rowerów, po prostu raj dla dwóch kółek. Dla pieszych i całej reszty też. Nawet dla niewidomych; całe miasto poprzecinane ścieżkami wyrytymi w chodnikach, na przejściach dla pieszych ostrzeżenia w brailu. Duże łał.
Z Wiednia wracaliśmy rowerami do Bratysławy. Na samym wstępie trafiliśmy na plażę dla nudystów nad Dunajem. Ciągnęła się tak długo, że na nią wstąpiliśmy.
Nie wiem, co było najśmieszniejsze: dziadek suszący hemoroidy na ławeczce, kąpanie się w Dunaju w stroju kąpielowym, picie kawy z rodzicami i młodą, gdy obok przechadzali się staruszkowie z dyndającym przyrodzeniem, czy dziadek robiący sobie dobrze pod drzewkiem.
Oczywiście nie można się śmiać z nudystów, czego oczywiście nie robię, nie.
Tego dnia zrobiliśmy dokładnie 104km na rowerze. W górach. Jestem z siebie niesamowicie dumna, bo jechałam z 12-to kilogramowym obciążeniem, z prędkością średnio 20km/h, a nie czułam zmęczenia. Znaczy, oczywiście, jakieś zmęczenie było, ale dawno nie czułam się taka pełna energii, taka żywa i radosna, jak tego dnia. Postanowiłam zapisać się na basen(na sekcję) i przygotowywać się do rowerowych wypraw w góry. *Kocham góry.*
Noc na kempingu między Wiedniem a Bratysławą należała do jednej z *najdzikszych w moim życiu*.
Przyjechaliśmy na miejsce po tych stu czterech kilometrach trochę po godzinie dziewiętnastej. Namiot rozstawiliśmy w dziesięć minut, umyliśmy się, o dwudziestej poszliśmy zrobić sobie obiad w altance. Potem okazało się, że to była palarnia, ale w końcu ja nie znam niemieckiego i czułam się uprzywilejowana do robienia spaghetti o 20-tej w palarni.
Zbierało się na deszcz. Deszcz przerodził się w burzę, jak to czasem bywa. Burza przerodziła się w ulewnych kilka burz, które zebrały się nad naszą dolinko - wyżynką i postanowiły pobawić się w deszcz wszystkie razem. Nasz namiot cudem przetrwał to w jednym kawałku.
Z tym namiotem to jeszcze inna sprawa - od czterech lat z nim podróżujemy; to nic, że jest trzyosobowy, a nas jest czwórka; to nic, że tropik jest nie do tej części sypialnej, którą mamy; kto by się przejmował tym, że właściwie to popękał na szwach.
W związku z powyższym postanowiliśmy zostać w naszej palarni na czas deszczu i wypić w spokoju herbatkę. Po jakichś 2 godzinach przyszedł właściciel, dał nam świeczki i powiedział, że możemy sobie siedzieć, noł problem, ale on musi wyłączyć prąd. Tak więc siedzieliśmy w środku potężnych kilku burz z malutką świeczką, w malutkiej drewnianej chatce, która cała się trzęsła. W końcu przenieśliśmy się na imprezę w recepcji, gdzie byli Dzicy Ludzie z Anglii, Estonii, Słowacji, Niemiec, Austrii, Francji i Ameryki. Widać nie tylko my wpadliśmy na pomysł schowania się przed burzą. Wyszło na to, że uratowaliśmy *śpiwory, karimaty i spaliśmy na ziemi pod kiblami : D*
Pominę już opis zbierania rzeczy w deszczu, rzeczy, które wiatr nam(nie tylko nam) rozniósł, oraz tego, jakie było nasze zaskoczenie, gdy rano namiot stał. Jedyne, co mu się stało, to troszeczkę, odrobinkę połamane drążki, na które pospadały gałęzie. Udało nam się rano zebrać i w pełnym słońcu dojechać do Bratysławy.
Mieliśmy jechać jeszcze rowerami do Budapesztu, ale bez namiotu i z mokrymi rzeczami nie miałoby to większego sensu, więc przespaliśmy się w pensjonacie pełnym niedźwiedzich skór. Dowiedzieliśmy się, że w miejscowości, którą mijaliśmy godzinę wcześniej szaleje powódź, ktoś się nawet utopił, bo nie zdążył wyjść z samochodu. Wróciliśmy do Polski.
W Zakopanym weszliśmy do Tatralandii, jako że te na Słowacji były zalane. Powiem szczerze, że nic nadzwyczajnego, o wiele lepsze mają w Druskiennikach na Litwie, czy na Słowacji właśnie. Stamtąd pojechaliśmy do *Wieliczki*.
Około 17 weszliśmy do kopalni. Ładna, ale nie rajcują mnie takie rzeczy na tyle, żebym rzucała się na kolana i lizała podłogę(lizałam ściany i ręce). Po godzinie zwiedzania zaczęło robić się ciekawie, bo pogasły światła na korytarzu jednym, drugim. Chwilę wcześniej Przewodnik opowiadał nam o systemach: klimatyzacji, wielkim elektrycznie zasilanym wiatraku, i oświetlenia, dwóch niezależnych źródłach zasilania i oświetleniu awaryjnym wewnętrznym co czwartej żarówki. Gdy zaczęło robić się ciemno, wszyscy myśleli, że to taki pic na wodę, atrakcja, żeby poczuć atmosferę.
*Przestali, gdy wszędzie zaczęli biegać prawdziwi(!) górnicy z latarkami i służby ratownicze.* Zagnali nas do św. Kingi, a potem do jeszcze innej sali, w której czekaliśmy na windę. W końcu okazało się, że winda nie działa po raz pierwszy od zamontowania, czyli jakichś 25 lat, i żaden z przewodników/górników/kogokolwiek nie pamięta takiej awarii. Powiedzieli nam, że piorun trzasnął w transformator i cała Wieliczka nie ma prądu, co znaczyło, że *utknęliśmy 130m pod ziemią*. Jedyną alternatywą było wejście po schodach, bo wielki klimatyzator zasilany elektrycznie siadł i mogło zabraknąć powietrza. Przodem puścili staruszków, więc siedzieliśmy na dole z godzinę, czekając, aż na schodach się przerzedzi. 380schodków, plus kolejne 140 na "drodze uciekającej", plus niezliczona ilość dodatkowych, których nie liczyłam. Do tego podejścia pod górkę, zanikający tlen i sapiący turyści. Na szczęście obyło się bez paniki, bo mogło się to skończyć gorzej niż na Love Parade - tunel o szerokości średnio 2m, zewsząd ludzie, zakręty, brak światła. I tak dobrze, że zostawiali duże odstępy pomiędzy grupami zwiedzających. W każdym bądź razie skończyło się dobrze, i mogę z radością stwierdzić, że zobaczyłam o wiele więcej kopalni, niż przeciętny turysta, i mogę się pochwalić, że byłam w tym tysiącu spośród milionów zwiedzających, którzy wchodzili na górę po schodach :D
Jak już stamtąd wyszliśmy, skierowaliśmy się na parking, gdzie pan parkingowy przepraszał nas za to, że pada(wtf?). Dojechaliśmy do stacji za Włocławkiem koło 3 rano, czytałam sobie Harry'ego, podczas gdy rodzice spali. Wyruszyliśmy w dalszą trasę po szóstej, żeby chwilę potem dowiedzieć się, że Włocławek cierpi po burzy(jakiej burzy?).
Jak widać, *bezstresowy* urlop. Na szczęście bezpiecznie dojechaliśmy do domu, i prawie nic jeszcze dzisiaj nie jadłam. I schudłam dwa kilo :D
  • awatar dietcoke: uuu 2 kilo to duzo :) dobrze, ze chociaz bezpiecznie wrociliscie
  • awatar InnaNiżWszystkie.: Wiedeń jest rewelacyjny :)
Pokaż wszystkie (2) ›
 

banzajpl
 
Polscy strażacy pomagają aktualnie w gaszeniu pożarów na terenie Rosji. Tymczasem Rosjanie oferują wysłanie swoich strażaków na Dolny Śląsk, jako pomoc w usuwaniu skutków powodzi, która...
www.banzaj.pl/Rosyjscy-strazacy-w-Polsce-12838.html
 

banzajpl
 
W tym roku do polskich sklepów trafiło znacznie mniej warzyw i owoców. Przyczyną tego były straty hektarów upraw, w wyniku powodzi oraz suszy.
www.biznes.banzaj.pl/Wysokie-ceny-owocow-i-warzy…
 

orionblues
 
z tego co widzę to natura ciężko nas doświadcza,
anomalie pogodowe uwzięły się nad południem kraju,
zniszczenia są potworne, ja wyleguję się luzacko,
a ludzie walczą o życie, o dobytek,,,,,,,zgroza,

ciężkie czasy,  bardzo ciężkie czasy dla ludzi,
zamieszkujących południe kraju,
nie do przewidzenia, potworne straty,
ci ludzie bez pomocy nie przetrwają zimy,

zawodzą mechanizmy pomocowe,
coś źle to wszystko zaczyna wyglądać,
druga fala powodzi ich wykończy,
szczerze współczuję,,,  

pozdro,,,  

Tego nikt się nie spodziewał
wiadomosci.wp.pl/(…)gid,title,Tego-nikt-sie-nie-spo…
 

banzajpl
 
Jerzy Stachyra, zastępca burmistrza Bogatyni poinformował media, że mieszkańcy zalanych terenów oczekują na transport z pomocą humanitarną. Brakuje przede wszystkim pitnej wody i żywności.
www.banzaj.pl/Mieszkancy-Bogatyni-czekaja-na-pom…
 

banzajpl
 
Do godz. 19 wolontariusze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w ramach akcji „Stop Powodzianom” zebrali ponad 500 tys. złotych.  Ta odmienna od pozostałych akcji WOŚP-u różni...
www.banzaj.pl/WOSP-Stop-Powodzianom-zebrala-pol-…
 

banzajpl
 
Już od miesiąca trwa akcja zbierania na Litwie pieniędzy dla mieszkańców Polski, którzy stracili cały dorobek swojego życia w tegorocznej powodzi.
www.banzaj.pl/Litwa-trwa-zbiorka-pieniedzy-dla-p…
 

 

Kategorie blogów