Wpisy oznaczone tagiem "odchudzanie" (1000)  

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

badbunny
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga
Bad Bunny:

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

kaduu
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

kaduu
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

xhipotermiax
 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

missinggirl
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

hononey
 
Dzisiaj napiszę trochę wcześniej wpis bo akurat mam się ochotę wygadać a przez kilka dni nie będę miała dostępu ani możliwości, żeby się wygadać.

Jutro rano muszę wyciągnąć kasę z konta na wynajem, kupić ziemniaki i pojechać na małe zakupy. Potem do pracy na 16.00 aż do następnego dnia (czwartek), kończę o 9.30, szybko do domu i znowu do pracy na 15.30 i dopiero w piątek kończę o 16.00. Weekend na szczęście będę miała wolny, ALE w sobotę muszę porzygotować pokój na malowanie a w niedzielę zabieram Karolka na pokaz zwierząt o którym wcześniej psiałam. W Poniedziałek będę miała kolejną sesję z Tracey (4 godziny) bo muszę się wypytać kilka rzeczy. Dopiero wtorek, środa będę miała na prawdę wolny. W czwartek do pracy na spotkanie z menadżerką i piątek znowu praca. Po pracy spotkanie z nowym medium, które będzie organizowane blisko miejsca gdzie pracuję i potem w weekend znowu do pracy. Także same widzicie, że u mnie przez pewien okres będzie cisza.

(Dla tych, dla których przycinanie pazurków u zwierząt jest mało ciekawe, polecam w tym momencie skończyć czytanie, bo tylko się zanudzicie, a ja i tak potrzebuję się wygadać.)

Poza tym, piszę bo dzisiaj udało mi się Karolkowi przyciąć pazurki. Co prawda robiłam to wcześniej, ale nie z takim sukcesem. Od początku... Karolek zawsze bardzo się stresował całym obcinaniem, wiadomo bo nie rozumiał i takie tam no i ja nie miałam wprawy. Zwłaszcza, że Buni mogłam robił cały manicure maszynką, kiedy ta spokojnie leżała na boku. Ale z racji faktu, że pazurki u Karolka nie były już dawno robione więc powiedziałam mu wczoraj: "Karolek, jak nic jutro pazurki przycinamy i już nie ma wymigiwania się. Przycinamy i już." No i dzisiaj rano, zjadłam śniadanie i mówię do Karolka, że będziemy przycinać. Jakoś specjalnie go to nie przejęło, ale kiedy wzięłam klatkę żeby go złapać (Karolek nie lubi być podnoszony, ale lubi sam wejść do klatki i klatkę wtedy można podnieść) to zrozumiał że nie żartowałam. Wyjęłam matę gumową na blat w kuchni i Karolek sobie wyszedł. Tętno podwyższone ale jakoś był bardziej wyluzowany niż zwykle.

Cały czas do niego mówiłam, jaka jestem z niego dumna i że nie wszystkie zwierzaki tak pozwalają właścicielom a on mi tak ufa i wogóle. I ładnie dał mi łapkę (to znaczy sama wzięłam, ale mi jej nie wyrywał) i podzięłkowałam. Przycinanie pazurków jest o tyle trudniejsze, że Karolek ma ciemne paznocie więc u niego bez podświetlenia nie widać gdzie ma wrażliwszą część paznokcia, albo potocznie mówiąc "mięso". Także starałam więc podcinać o wiele wyżej, ale największy problem miałam z "kciukiem". I tu na ratunek przyszedł D! Powiedział, że pomoże (szok).

Przycięliśmy pazurek ale z racji, że Karolek nie dawał ruszyć tylnych łapek (chował je pod sam pempek), poprosiłam D, żeby go potrzymał tak żeby było widać tylko dolne łapki. No i lewe górne i dolne paznokcie przycięte. Zaczynałam czuć mokro przy kuperku więc chyba chciało mu się do toalety i go wypuściliśmy. Zagoniłam go na piętrze do króliczej toalety i był taki bida "zmordowany" a aż na boku się w kuwecie położył i stres z niego wychodził. Stwierdziliśmy z D, że damy mu czas ochłonąć. D poszedł na fajkę, a ja w międzyczasie opowiadałam Karolkowi jaki był dzielny i że sprawił mi tyle szczęścia tym że tak bardzo mi zaufał bo nie wszystkie zwierzaki sobie pozwalają.

D wrócił z fajki, ja dokończyłam jedzenie i poszłam po Karolka. Nie opierał się, żeby wejść do klatki kiedy ją przyniosłam i znowu ładnie wszedł na stół. Przednia prawa łapka poszła bez problemu, ale kiedy D go wziął na ręce cały czas się przekręcał żeby mu podciać pazurki u lewej więc było trochę zamieszania. Z mojego iPada leciała miła klasyczna muzyka więc też wierzę ze trochę mu pomogło. Pazurki w końcu podcięte (na szczęście króliki nie mają "kciuków" w tylnych łapkach). Zaniosłam Karolka do naszego łóżka i wypuściłam.

Karolek zszedł i usiadł w drzwiach i zaczął się myć i już nie oddychał stresowo. Był bardzo spokojny. Znowu zaczęłam mu dziękować i prawić komplementy, jaki był dzielny, itd. Buzi nawet mi dał! Całą twarz mi wylizał, więc chyba zrozumiał o co chodziło z pazurkami. Wygłaskałam go i wycałowałam, jeszcze futerko trzeba było wczesać bo przecież niepoukładane po takim zabiegu i Karolek w siódmym niebie zaczął "mielić zęby" (to jest taki rodzaj króliczego mruczenia). Usiadłam na samej górze schodów i Karolek podbiegł, zawinął się przedemną w bochenek i "głaszcz mnie Mama bo grzeczny byłem, jeszcze raz posłucham jaki jestem dobry królik". Ba! Nawet niedługo potem na dół zeszłam i on zaraz za mną.

Widać pazurki jednak za długie były, ale ja nadal się uczę i Karolek sam się przyzwyczaja, jednak za każdym razem lepiej. Zdecydowanie uważam, że to był sukces. Wierzę, że są profesjonaliści którzy potrafią przyciąć pazurki w 5 minut, ale my z Karolkiem nadal jesteśmy na etapie nauki. Tym bardziej, że we wtorek planuję wziąć go do weta na sprawdzenie, czy moje przycinanie jest na szóstkę.

Dobra Kochane. Tym miłym akcentem kończę wpis i nie wiem kiedy z powrotem się odezwę ale bloga nie zamykam, także na pewno napiszę. <3
  • awatar ms moth: Rzeczywiście masz napięty harmonogram na najbliższe dni. Poza tym bardzo dużo godzin naraz pracujesz! Nie męczy Cię to? Podziwiam. Ale kochasz i dbasz o Karolka, bardzo to widać. :) Świetnie trafił <3 No i może rzeczywiście D sobie coś przemyślał? Teraz ta pomoc, wcześniej te przytulenie się i rozmowa, co prawda po wcześniejszych humorkach, ale jednak. Szczerze mam nadzieję, że będzie częściej się wykazywał i Cię zaskakiwał, bo jak wiesz wiem co czujesz i mimo wszystko dalej trzymam za was kciuki. Kończę mój wywód, dużo energii w najbliższym czasie życzę, zapewne się przyda :*
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Tak nieudanej wycieczki jeszcze dawno nie miałam, ale od początku...

Babcia D wreszcie w szpitalu w Sheffield. Przewieźli ją wczoraj w nocy. Jutro w południe będzie miała operację bypass'ów. Bilety na pociąg były kupione na dzisiaj więc z podróżą nie było problemu.

Wstałam po 7 a D obudziłam o 10. Poszedł na fajkę, nawet się umył łącznie z włosami i ugotowałam mu na szybko ryż z sosem bo głodny był. Pociąg miał być o 12.42. Dziesięć po dwunastej wyszliśmy z domu. Szłam tak szybko, że nie mogłam mówić. Na szczęście doszliśmy przed czasem i musieliśmy czekać 10 minut. Zaczęło mi się robić zimno więc mówię, że do poczekalni pójdę - trochę tam cieplej. On do mnie czy musimy, a ja że nie ale on sobie może marznąć sam. Poszłam na poczekalnie, on za mną. Za dużo ludzi więc wyszedł. Zaraz pociąg przyjechał i zajęliśmy miejsca.

Nie dość, że usiadł przy oknie to jeszcze grał w gry na komórce. Pytam się czy się nie zamienimy, skoro on tak gra i nie patrzy przez okno a ja chcę pooglądać. Ten do mnie, że nie będzie się zamieniał bo już usiedliśmy a daleko do okna nie mam bo tylko 20 cm różnicy od niego... Nawet się nie odezwałam. Z nim po prostu nie da się kłócić. Myśli że ma rację i nie przekonasz go do niczego.

Dobra wychodzimy z pociągu i mówię, że jeżeli mamy iść na wrapy to tam trzeba mieć kasę bo kart nie akceptują (ja kupowałam bilety na pociąg a on miał nam załatwić jedzenie). On do mnie, że kartę wziął i czemu nie pomyślałam wcześniej. Bo dopiero teraz sobie przypomniałam. Poszliśmy do nourish - knajpa ze zdrowym jedzeniem. Było tak pysznie i zdrowo, że atmosfera między nami nawet się poprawiła. Oboje najedzeni i fajnie się nam rozmawiało. Nawet śnieg za oknem padał i było przez chwilę magicznie. Widać było po D, że się cieszył że postawił mi jedzenie itd.

Zadzwoniliśmy do szpitala, żeby dowiedzieć się gdzie leży babcia D no i po jakiś 20 min już wszystko było wiadomo. Jeszcze tylko do costy się wróciliśmy bo potrzebowałam WC i gorący napój. Jeszcze do mnie D z tekstem że nie powinnam wchodzić do męskiej toalety... Damska była zablokowana a i tak to było tylko pomieszczenie na jedną osobę więc miałam to konkretnie gdzieś. Dobra gorący napój załatwiony i wyruszyślimy...

Musicie wiedzieć (bo to ważne), że Sheffield jest krainą górek - wielu, dużych, stromych górek. Jeszcze w Doncaster mówiłam D, że nie będę biegała po Sheffield, tylko szła własnym tempem na co oczywiście się zgodził. Poszliśmy w trasę i po 20 minutach zaczął marznąć. Nie wziął cieplejszej kurtki bo była brudna (tak jakby komuś to miało przeszkadzać) i nie chciał założyć czapki bo i tak by nic nie dała, ale cały czas narzekał że jest mu zimno BO TO JA ZA WOLNO IDĘ... (on ma prawie 190cm a ja 160cm). I co chwilę słyszałam, że jest zmęczony tym że wolno idę, że ciągle musi się odwracać, żeby sprawdzić czy za nim jestem. Za rękę nie chce iść bo nie czuje się komfortowo. Wszystko była moja wina i miałam go już tak dość, że mu powiedziałam żeby sobie szedł sam własnym tempem a ja dojdę do szpitala sama. Więc przyspieszył i szedł ale na tyle żeby mnie widzieć i żebym mu pokazywała w którą stronę iść (miałam Google Maps). W końcu raz tak przyspieszył, że znikł, więc ja stwierdziłam że pójdę na skróty których Google Maps nie chciało mi pokazać. On poszedł prosto (że aż zniknął) a ja skręciłam w lewo. Doszłam do szpitala ale z racji, że to kilkanaście budynków porostawianych po różnych miejscach to jeszcze do odpowiedniego trzeba było dojść.

Jestem już na terenie szpitala i D do mnie dzwoni. Pyta się gdzie jestem i odpowiadam, że jestem prawie już pod budynkiem i ten do mnie z tekstem, że czekał na mnie przeszło 10 minut na końcu tej długiej ulicy aż dojdę. Powiedziałam, że poszedł swoim tempem więc ja poszłam swoją drogą i powiedziałam, że do niego dojdę. Wkurzył się na mnie i rozłączył telefon. Znowu była moja wina...

Doszedł do mnie jak łapałam windę. Nic nawet nie powiedział w windzie tylko sapał wściekły. Do babci weszliśmy oboje jakby nigdy nic i udawaliśmy, że między nami okay. Minęło półtorej godziny i czas było się zbierać. Pożegnania z babcią i wyszliśmy.

Między nami znowu było okay ale w szpitalu nie mogłam znaleźć zasięgu, a chciałam pobrać aplikację żeby móc ściągnąć aplikację na bilety do autobusu (oboje byliśmy przemarźnięci więc nawet nie było mowy o powrocie na piechotę). Dopiero przy wyjściu był sygnał, znalazłam szybko autobus o której nas zabierze. Było tak zimno, że nie mogłam palcy zginać wybierając przyciski na telefonie. Musiałam jeszcze ściągnąc tą aplikację do kupna biletu. Dobra ściągnięta. Autobus za 3 minuty a ja muszę jeszcze konto zakładać! Dobra 2 minuty, konto założone. Okazało się, że po złej stronie ulicy jesteśmy. Biegiem na przeciwny przystanek, autobus już 10 metrów od nas a telefon nie chce zaakceptować Apple Pay! Dobra, loguję się przez PayPal'a i udało się. Bilety kupione. Stoję przy kierowcy, żeby "skasować" wirtualny bilet, kolejka za mną a telefon cały czas się ładuje! W końcu kierowca (bardzo uprzejmy nawiasem - seryjnie) też zaczął się wkurzać na aplikację i powiedział, że jak będziemy wychodzić, żeby mu pokazać tylko ten bilet. No spoko. Siadamy, udało mi się zresetować aplikację, D oczywiście na mnie już sapie bo jak zwykle moja wina bo nie pomyślałam o tym wcześniej i czemu ich nie kupiłam jak był czas. Następny przystanek i podchodzę do kierowcy i pokazuję mu bilet. Kasuję jeden, kierowca się cieszy. Chcę aktywować drugi a kierowca do mnie, że tylko jeden może być aktywny w danym czasie (a było nas przecież dwoje i dwa bilety całodniowe wykupione - myślałam, że rzucę tym gównem za okno). W końcu kierowca widział, że bardzo się starałam i tylko poprosił, żebym zadzowniła wieczorem do obsługi klienta i im wszystko wytłumaczyła. Powiedziałam, że obiecuję.

D oczywiście o wszystko się sapał, bo wina aplikacji, ale przedewszystkim iPhone'a bo głupi, bo taki, bo sraki. W końcu nasz przystanek i doszliśmy do stacji kolejowej. Była 17.38 a pociąg miał być o 18.12. Mogliśmy jechać tylko jednym przewoźnikiem dlatego bilety były takie tanie. Okazało się że pociąg był aż opóźniony do 18.29. Stwierdziłam, że jestem za bardzo głodna, żeby marznąć na peronie (nie było się gdzie ogrzać) i kupiłam 3 wrapy i 2 flap jacks z Marks and Spencers. Wybuliłam trochę kasy, ale jakby nie patrzeć dzisiaj jest mój fat monday więc mogłam sobie pozwolić. Dałam kawałek jednego D, bo dłosłownie zamarzał mi przed oczami. Dłonie miał lodowate i nie czuł już stóp z zimna. Pociąg cały czas przedłużali i D cały czas narzekał, że nigdy już nie będzie jeździł pociągami bo to jedna wielka pomyłka. W końcu poszliśmy na pociąg, w pociągu ciepło ale siedzielismy tylko 20 minut bo w Anglii szybko jeżdżą, lol.

Wyszliśmy, D pomógł mi się zapakować i szliśmy do domu. Prawie w ciszy, bo nie chciało mi się już z nim gadać. Dzisiaj miałam już mu powiedzieć, że chcę się wyprowadzać i gówno mnie obchodzi jak bardzo się stara, bo uczucia nadal mam takie same. Wyciąga ze mnie całe szczęście. Jeszcze w drodze powrotnej, mimo że mróz i sam marzł, zadzwonił do przyjaciela żeby zaczął się zbierać bo już w domu będziemy niedługo... Kurna, jak ja do niego dzwonię to wielki problem ale jak wracamy do domu, to daje znać koledze kiedy będzie żeby tamten już jak najszybciej przybiegł. W domu byliśmy może 19.30.

Przyszłam do domu, dokończyłam to co mogłam, kolega już przyszedł i poszli na górę. Ugotowałam mojemu zupę z soczewicy na rozgrzanie bo obiecałam wcześniej i poszli na fajki a ja się wzięłam za pingera. Pisałam i pisałam, aż w końcu tamten poszedł o 21.40.

I teraz największy szok... Kolega poszedł, a D usiadł koło mnie i się przytulił i praktycznie wytłumaczyliśmy sobie cały dzień i wszsytkie niedomówienia. Nie mogłam uwierzyć. Nadal jestem na niego wkurzona, bo na wszystko narzekał. To była jak do tej pory moja najgorsza podróż. Nie, najgorzej było na wegańskim festiwalu bo praktycznie cały cyrk był nastawiony na kasę i do tego jeszcze niedomówienia ze znajomymi. To był mój drugi najgorszy wyjazd. Tak jak zawsze jeżdże i mam farta (zwłaszcza z Pandzią), tak z D praktycznie wszystko poszło się jeb*ć. Wszystko nie działało, było spóźnione. Tylko tyle, że zobaczyliśmy babcię całą i zdrową w szpitalu no i mój Garmin pokazał mi że przeszłam dzisiaj 14km. Całe szczęście że miałam sportowe.

Dobra koniec narzekania, dałam upóst ile mogłam, będzie mi się lepiej spało. Na sam koniec zdjęcie z miejsca w którym jedliśmy z D. Na zdjęciu nie widać, ale padał śnieg. Kocham. <3

26.02.2018 _ poniedziałek
  • awatar ms moth: Śliczne te zdjęcie, wygląda jak inspiracja z internetu. Aż chciałabym tam się teraz przenieść, jeść i obserwować padający śnieg. <3 Ale przykro mi, że tak wypad się nie udał, zwłaszcza, że miałam nadzieję, że będzie zupełnie odwrotnie. Aż nie wiem co napisać, po prostu mi szkoda. :(
Pokaż wszystkie (1) ›
 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

kaduu
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

kaduu
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

kraseczka
 
Przez 2 lata ponad jadłam zdrowo, ćwiczyłam regularnie a teraz moją wymówką jest brak czasu.Schudłam ponad 10 kg. Teraz wróciły mi ponad 3  
Brak czasu na ćwiczenia, brak czasu na gotowanie. To moja wymówka.
2 lata intensywnego dbania o sobie po to żeby teraz to zmarnować? Nie chcę tego. Moja waga na dziś to 52,9 kg.
Od ponad roku nie mogę się ogarnąć.
W pracy o 7 .00 jem jakąś bułkę z serem i ogórkiem kiszonym. Rano piję jeszcze kawę.
No i potem o 9 jestem znowu głodna. Jem jakieś owoce , które sobie przyniosłam zazwyczaj 2 banany i jabłko. Potem o 12 jem znowu albo drugą bułkę , albo jakiś ryż na mleku.
Bywa i tak że zjem o 7 i potem nie ma czasu nic zjeść bo tyle ludzi. Jem po pracy dopiero. Więc różnie to bywa.
No i potem po pracy idę do baru na obiad. Bo w domu jestem o 17 i zanim bym coś ugotowała i ogarnęła ten syf to by była 19. No i biorę albo pulpety z ziemniakami albo gołąbka. No i tu jest problem bo po tym obiedzie potrafię zajrzeć jeszcze do maka albo iść na kebaba. Do tego w międzyczasie jakieś słodycze.
Nie wiem co się stało z moją psychiką .
Nie radzę sobie .
Ale kiedyś potrafiłam się ogarnąć  
Zrobię to i teraz.
Przez to wszystko rozepchałam sobie żołądek tak, że mogłabym jeść i jeść.

Dam radę. W szafie wiszą ulubione ciuszki które czekają aż schudnę te 3 kg.

No dobra koniec o diecie . Teraz o pracy.
________________________________________________________________________________________________________Mam umowę do końca marca. Na zastępstwo.
Kierowniczka już zapowiedziała że w marcu robią konkurs i bardzo na mnie liczy.
Pracuję w MOPSIE.
Przyjmuję wnioski o świadczenia.
Tyle że ja mam techniczne wykształcenie i nie widzę tam dla siebie przyszłości.
Nie pasjonuje mnie to, nie widzę dla siebie rozwoju tam , no chyba rozumiecie.
Obawiam się że tu w tym MOPSIE utknę w miejscu bo nie mam odpowiedniego wykształcenia, żeby jakoś piać się w górę.
Dlatego nie ukrywam że interesuję się pracą bardziej w swoim zawodzie.
No i dobra póki nie mam nic lepszego na oku no to stanę do tego konkursu. Ale jak wygram i mnie zatrudnią a jak po jakiś np. 2 czy 3 miesiącach  trafi się coś lepszego to będzie głupio no nie?
Walne im wypowiedzeniem bo znalazłam coś lepszego, jak oni mnie wcześniej wyszkolili i zrobili konkurs.
Wiem, że inni by się tym nie przejmowali ale ja tak.
Z jednej strony jestem tu bo nie ma nic lepszego, ale w międzyczasie szukam czegoś innego.
Odeszłybyście w takim przypadku jakby była taka okazja? Bez wyrzutów sumienia??
________________________________________________________________________________________________________
Związek. Układa się nam z S. całkiem dobrze.
Jest 8 lat starszy ode mnie . Ale to w niczym w ogóle nie przeszkadza.
Nawet zaczyna wspominać coś o wspólnym mieszkaniu.
Dla mnie jeszcze trochę za szybko, ale jak będę mieć w końcu normalną umowę to i tak planuję się wynieść chociażby na stancję.
Mam już dość mieszkania z mamą.
I te dojazdy też męczą.
Tylko że mam 1700 na rękę i boję się że będzie na styk.
Tym bardziej że ja muszę mieć w rezerwie te 200-300 zł miesięcznie na lekarza bo mam problemy z żołądkiem i cerą i nigdy nie wiadomo kiedy trzeba będzie zawitać.
Boidupa jestem trochę , a i jeszcze chciałam na prawko odłożyć. A jak się wyprowadzę to małe szanse że coś odłożę. No ale takie życie.
A wy co byście wybrały??
Pozdrawiam i do następnego.
  • awatar mąka krupczatka: Odnośnie pracy... Stawaj do konkursu! Jeśli znajdziesz coś lepszego to wcale nie będzie głupio zrezygnować! Tak samo możesz powiedzieć, że oni głupio robią organizując jakiś konkurs na Twoje stanowisko. Po co konkurs, skoro Ty już tam pracujesz? Sorry, za te słowa ale system ma nas w dupie. Źle się czujesz w tamtej pracy? Spoko, wysyłaj cv i list motywacyjny, ale ni jedno, nie dwa a 60! Nie żartuje! W końcu znajdzie się ta wymarzona praca! Mówisz, że nie masz kwalifikacji! DO ROBOTY! Na kurs, na studia podyplomowe! Rozwijać się! Samym jojczeniem nad sobą nic nie osiągniesz! Słuchaj, ja swoją karierę zawodową zaczęłam w pracy w przedszkolach myśląc sobie: ojeju jak dobrze byłoby pracować z seniorami. No ale tak jojczałam przez 2 lata, aż wzięłam się do roboty. Napisałam dobre cv i list motywacyjny pod miejsce pracy w którym chciałam pracować! Wysłałam wspomniane 60 cv i zgadnij kto teraz pracuje w geriatrii? Zgadnij kto skończył podyplomówkę w tym temacie? CHCIEĆ ZNACZY MÓC! :)
  • awatar kraseczka: @mąka krupczatka: Dziś byłam na jendej rozmowie . W szpitalu wojewódzkim na Inspektora w dziale technicznym. Praca 7.30-15. Niecały etat . Ledwo ponad 2000 brutto plus kiedyś tam jakieś dodatki za stażowe....
Pokaż wszystkie (2) ›
 

hononey
 
No więc nadszedł ten czas, żeby znowu z siebie trochę wyrzucić.

Po pierwsze, Babcia D jest w szpitalu. Miała zawał serca i teraz tylko czeka na termin, żeby mogli jej założyć bypass'y. Operację może mieć tylko w specjalistycznym szpitalu, więc mają ją przewieźć do Sheffield. Jeszcze nie wie kiedy, cały czas czeka na informacje ale powiedzieli, że najpóźniej ma mieć operację we Wtorek. Ja już bilety kupiłam na poniedziałek no i powiedziałam D, że jak pojedziemy do Babci, to od razu możemy pozwiedzać Sheffield. Zwłaszcza ze praktycznie nie mielismy ze sobą czasu. I teraz największa surpsise! Powiedział, że nawet jeśli Babci jeszcze nie zawiozą do Sheffield, to i tak tam jedziemy na jedzenie i pochodzić! Że chce spędzić czas i w ogóle... No byłam w szoku normalnie.

Druga sprawa, dostałam dzisiaj piękny payslip z pracy i potrącili mi prawie 500 funtów podatku... Myślałam, że zamorduję.

Po trzecie, dzisiaj Karolek będzie spał w klatce, bo D będzie spał u Babci i pilnował wujka a ja w pracy. Już czuję jak Karolek będzie się buntował... No a poza tym udało mi się zmiany zamienić więc w przyszłą niedzielę biorę Karolka na pokazy małych zwierząt organizowane przez schronisko dla świnek morskich. Nie liczę, żeby Karolek coś wygrał. Najbardziej mi zależy, żeby pobawił się z innymi królikami itp.

A propos Karolka. Brzuszek zaczął mu warczeć, a to zazwyczaj oznacza produkcję gazu i sprawia dużo bólu królikom. Musi być praktycznie na samym sianku i suchej karmie (+ oczywiście mokre warzywa, itp). Zrobiłam mu wczoraj zdjęcie i wygląda jakby mu się wcale nie podobało na co jest "skazany". Patrzcie na tą minę xD

Dzieci nigdy nie zrozumieją rodziców xD

24.02.2018 _ sobota
  • awatar ms moth: Trzymam kciuki za zdrowie babci D! No i wow, rzeczywiście chyba wziął sobie Twoje słowa do serca. Oby wypaliło zwiedzanie i było miło. ♥ Awww nawet nie wiedziałam, że są takie pokazy. Te zdjęcie jest przecudne, przepięknie Karolek wygląda, mimo, że naburmuszony. I ten ostatni tekst hahah <3
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Po pierwsze chciałabym Wam oznajmić, że moja maszyna do pisania wreszcie do mnie dotarła. Potrzebuje małych napraw, ale głęboko wierzę, że wszystko uda mi się sprawnie załatwić.

Po drugie, odwiedziła mnie wczoraj koleżanka której nie widziałam blisko 2 lata. W wakacje razem pracowałyśmy jako opieka na obozach dla nastolatków. Bardzo przyjemna praca, tylko przysłowiowo nie było kiedy się podrapać więc nigdy nie miałyśmy czasu żeby po prostu usiąść, pogadać i się zrelaksować. Pracuje w moim mieście, 10 minut drogi pieszo od mojego domu, więc jeszcze lepiej. No ale od początku...

Stwierdziłam (jako chujowa pani domu), że zaproszenie koleżanki na obiad/herbatę to dobry pretekst, żeby wysprzątać całą chatę. Tak więc od samego rana uwijałam się w pocie czoła (dosłownie). Udało mi się wysprzątać wszystko oprócz kafelek w łazience, okien i framug... bo na to już nie było czasu, lol. Dla zainteresowanych powiem, że nawet moją obrzydliwą, żółtą wannę udało mi się wyszorować (żółta jest naturalnie). Koleżanka pracę kończyła o 16.30 a ledwo po 17 byłyśmy w domu.

Ugotwałam nam zupę z batatów i nie mogła się nią najeść. Ugotowałam zupę z groszku ale na nią już miejsca nie miała. Były ciastka, była herbata, po prostu było miło. O 19 przyjechała po nią mama odebrać, bo w innym mieście mieszka. Mamę też zaprosiłam do domu i siedziały kolejną godzinę. Wyszły niedługo po 20stej.

A właśnie a propos znajomych... D opiekuje się teraz niepełnosprawnym wujkiem kilka nocy w tygodniu dopóki jego babcia jest w szpitalu i nie będzie miała operacji. Więc przyszedł do domu przed 12 i już rozmawiał z kolegą. Powiedziałam mu tylko żeby tamtemu nie mówił, żeby nie przychodził. Mój na to że tylko na jedną fajkę i tamten spada. No to ja, że zawsze jest mówione że tylko jedna fajka a potem wygonić nie można. Powiedziałam, że nie będą mi się cały czas po domu kręcić, kiedy ja próbuję sprzątnąć. Zwłaszcza, że wczoraj padało, w kuchni białe posadzki i wracając z ogrodu zostawia się błotniste ślady. Tamten przyszedł, powiedziałam że mi nie przeszkadza sam fakt, że jest tylko żeby się nie kręcili bo chcę sprzątać. D nawet pomógł mi odkurzyć pokoje na piętrze, wymienił karton spod żwirka dla kotów i kilka innych rzeczy. Przed 15stą kolega poszedł do domu i sobie przez neta grali na komputerach. Ja za to miałam okazję żeby ogarnąć łazienkę. Potem jak już wiecie, pojechałam odebrać koleżankę, obiad zjedzony i wróciła z Mamą do domu...

Ja za to ogarnęłam duży pokój, naczynia do zmywarki (takie tam duperele) i wreszcie mogłam wyciągnąć nogi przed siebie z herbatą w ręku. Siedzę, odpoczywam, cieszę się pożądkiem w domu póki jest i D schodzi na dół a było już po 21szej. Pyta się czy kolega może przyjść...

O ŻESZ KU*WA JEGO MANIA!!!

Byłam bardzo miła i powiedziałam D, że nie ponieważ jest za późno i pora, żeby kolega nauczył się zasad i granic przyzwoitości. Powiedziałam mu bardzo kulturalnie, że nawet koleżanka moja wiedziała o której jest pora żeby wracać do domu (mimo, że w głębi bardzo chciałam, żeby dłużej została) i że to nie jest pora na odwiedziny. D przyznał mi po raz pierwszy rację i nawet sam stwierdził, że kolega go trochę wkurza, bo kolega wie, że D "musi" się najpierw mnie zapytać czy tamten może przyjść i wie co odpowiem, więc automatycznie stawia D w niezręcznej sytuacji i nas poróżnia. Powiedziałam D, że jeśli tamten chce przyjść i odebrać to co zostawił przez przypadek to niech przyjdzie i już go nie ma, ale na fajkę nie zostanie.

D do mnie, że na fajkę też chciał zostać. Powiedziałam mu spokojnie, że nie. Poprosił mnie, że to ostatni raz "Just this once". Zgodziłam się, bo powiedziałam mu że tylko dlatego że mnie prosi ale pora żeby tamten się nauczył. D napisał do tamtego że jak chce to niech przychodzi ale od razu, bo pocałuje klamkę. D się naczekał, w końcu powiedział że idzie sam zapalić a jak tamten przyjdzie to niech od razu idzie do ogrodu, bo już sam był wkurzony. Akurat kolega przyszedł jak z D rozmawiałam i sama otworzyłam mu drzwi... Ah, jaka to była radość. Otworzyłam drzwi i prosto z mostu mu powiedziałam, że to nie jest godzina (21:40) na odwiedziny i pora żeby się nauczył, kiedy jest odpowiedni czas na odwiedziny, tym bardziej że już u nas dzisiaj był. Wie gdzie ma swój dom, a jeśli mu się nie podoba to może przychodzić kiedy ja pracuję i mnie nie ma. D się na mnie spojrzał z wielkimi oczami a ja kulturalnie powiedziałam, że byłam bardzo miła i szczera. Mój powiedział tamtemu, żeby zabierał po co przyszedł, zwijał fajkę i szedł do ogródka. Wyszedł zaraz przed 22gą.

Skończyło się pierdolenie moje Kochane. Kolega D bardzo nas poróżnia i wpierdala się gdzie nie potrzeba. Przez to że spędza cały czas z moim, mój już potem nie ma chęci spędzać czasu ze mną, bo tamtem mu cały czas truje. Jestem bardziej stanowcza jeśli chodzi o kolegę. Zawsze może przychodzić, kiedy ja pracuję i nie będzie żadnego problemu.

To tyle na dzisiaj Kochane. Próbuję się powstrzymać przed naprawą maszyny do pisania, bo wiem że jak usiądę i ją rozbiorę to całą noc będę naprawiała a jutro przecież do pracy. Kocham <3
  • awatar ms moth: Podasz przepis na zupę z batatów? Ostatnio pierwszy raz w życiu ich spróbowałam i od razu pokochałam, mimo, że wszyscy wokół mi się dziwią. :P Fajnie, że miło spędziłaś czas na pogaduchach z koleżanką, czasami takie spotkania są bardzo potrzebne. :) I pięknie się zachowałaś jeśli chodzi o tego kolegę, stanowczo, ale kulturalnie. Zresztą samą prawdę powiedziałaś. Eh, faceci to takie dzieciaki często. :/ @trochę późno odpowiadam, ale z moim D. już nieco lepiej, odpoczęliśmy od siebie jak byłam na tym wyjeździe, a jakiś czas wcześniej przeprowadziłam z nim bardzo poważną rozmowę i powiedziałam wszystko wprost. Od tego czasu o dziwo jest nieco lepiej, więc jakieś postępy są. Widziałam, że ty też ze swoim rozmawiałaś i też coś ruszyło. I czytałam coś ostatnio u Ciebie, że po prostu teraz żyjesz chwilą, ale jak coś znowu się zepsuje to odchodzisz. Właśnie podobnie jest też u mnie. :) My to z tymi facetami to chyba bratnie dusze jesteśmy. :P
  • awatar Ach2017: Bardzo dobrze, że jesteś stanowcza. Dalej bądź. :)
Pokaż wszystkie (2) ›
 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

hononey
 
I jak zwykle nie mam o czym gadać, ale mam chęć pozbyć się tego natłoku z głowy. Zwłaszcza przed spaniem, żeby z czystym umysłem iść do łóżka.

Dzisiaj miałam sen ale napisane jest po Angielsku, bo napisałam do Tracey. Dla ciekawskich, zawsze jest tłumacz (wybaczcie, na prawdę nie mam ochoty tłumaczyć).

“I had such a realistic/conscious dream this morning and you've asked me to let you know when I get one so I thought I'd describe you this one. First of all my train/travelling/flying dreams have finally stopped and I feel so relieved. So here's the dream: it starts with with me and my dad watching a video clip on old TV (colour TV but the old heavy ones) of some sort of a song that sounded like linkin park/U2. The guys were singing/playing music in front of a big pyramid. The singer was in the middle and there was a golden projection of a goddess/cleopatra behind him (a massive one) by his sides, there were the band members who were playing the music and there was a projection of two massive golden snakes on each side of cleopatra (the circumference of a snake was taller than the guys that were playing). So one second I'm watching it, the other second I'm actually inside of a clip (I wasn't sucked in, I just changed my surroundings). The guys are still playing and I'm with my dad. There was a panic on the set (pyramid behind us and lots of green grass everywhere, town could be seen in distance) because the longer they played, a strong storm was getting closer to us. Out of nowhere the rain started pouring down and I actually felt really wet and the thunderbolts started hitting the ground right in front of me. Like literally few feet away from us. I stayed close by the pyramid, my back were touching it and I was getting wet but I figured that the angels are protecting me so I might only get wet. My dad said that people are running away to get to town and there's a red double decker bus waiting to transport people. He started running with other people expecting me to follow him but I took the shorter route and ended up being first on the bus. My dad was looking for me as the crowd was coming down but I started shouting his name from the bus and he realised what happened. He came to the bus and it was supposed to take us to a safe location (a car park building - important - was just next to this bus, but to enter, you'd have wiggle through some sort of a hole on the wall). So the bus took us around the town (it didn't stop or anything, it was just driving us to the safe spot). We ended up being dropped off at the mentioned car park. Everyone went out in their own direction. Aim was to go to the top of it and go outside on the meadow that would lead outside of the town. We started going up the car park but realised despite so many people being there before, it was getting now dead quiet. We started getting worried. We (me and my dad) were almost at the top when a woman in front of us told us we needed to be quiet. She was waiting before a dark place that was not lighted in any way and the stairs were leading to higher levels.  She told us to be quiet because there's a single alien somewhere there and it's dangerous (I felt it was something like out of the Alien movie) and if he'd hear us, we'd be attacked. I realised I didn't have continue this dream and so I woke up but when I fell back asleep, the dream went back to where it left off. A wolf jumped out from the dark (and not an alien as the woman ahead of us was trying warn us) and it started speaking to me. The woman disappeared (must've ran away) and I felt my dad was still behind me. The wolf started talking to me and it showed me images. As he was speaking, he showed me an image of a large LCD screen on a shopping centre that was bright white and then the focus moved to a small family pack of wolves that were running down steep roofs on buildings and he said "You've made our race almost extinct, not we're going after you". I didn't feel fear or anything during the dream. I woke up quite refreshed. And the funniest thing that happened today is that all of the "reference points" from the dream have happened today. I was in the kitchen, playing music from YouTube on shuffle and one after another, a song with title "Wolf" played and straight after that a song about "Thunder" and thunderbolts. Then I went to David's room and he was playing a game that had a pyramid in it. So many synchronicities today!”



Poza tym udało mi się wylicytować moją maszynę do pisania! Nie wiem co jest w niej do naprawy, ale jestem bardzo podekscytowana. Nie wiem gdzie mnie to zabierze, ale czuję, że gdzieś zaprowadzi (zdjęcie na dole).

W zeszłym tygodniu stwierdziłam, że w poniedziałki będę sobie pozwalała na jedzenie czego chcę. Obojętnie czy ma gluten czy nie (w moim przypadku jest zakazany), obojętnie ile tłuszczu... o ile jest wegańskie. Po prostu chcę zjeść coś po ludzku bez odmawiania sobię. Więc zamiast w poniedziałki stereotypowo przechodzić na jakieś diety, u mnie poniedziałek jest fat monday i po prostu aż nie mogę się doczekać poniedziałków. O! Co prawda nie za bardzo mi to wychodziło przez ostatni tydzień, bo każdego dnia coś podjadałam niewskazanego w moim przypadku, ale wiecie co? Nie stresuję się. Wiem, że z czasem się przyzwyczaję i po prostu wpadnę w rutynę. W tym tygodniu padło na... burgery!!! Od czasu kiedy łaziłam z Pandzią po Wawie, miałam wielką chęć na burgery. Na POŻĄDNE burgery a nie to angielskie pośmiewisko (myślą, że jak włożą w bułkę kawałek sałaty i jakieś warzywne gówno bez smaku, to mogą to sprzedać za 7 funa, jakiś żart). No więc kupiłam specjalne ciemne bułki z sezamem, sos mango z curry, ketchup i sos BBQ. Do tego sałata liściasta i pomidory a jako główny składnik kupiłam burgery z Lindy McCartney (jedno opakowanie Pulled Pork i jedno opakowanie oryginalnych). Oryginalne zrobiłam z sosem BBQ, a Pulled Pork z sosem curry. Dałam jednego burgera dla i oficjalnie nazwał mnie A* burger maker (najlepszą burgerowiczką). Się ucieszyłam na maksa i pycha też były. Coś czuję, że w przyszłym tygodniu też chyba pójdą na menu. A nie, w przyszłym tygodniu jedziemy z D do Sheffield odwiedzić jego Babcię w szpitalu. Ja załatwiłam bilety do Sheffield, a on ma postawić jedzenie. Zobaczymy jak to będzie.

Przed chwilą leciała piosenka: "If it's meant to be, it will be, baby just let let it be..." i zdałam sobie sprawę, że jeżeli w tym życiu mam być ze swoją drugą połówką, to tak się stanie. Z D na razie jestem pogodzona i stara się jak może i są tego na prawdę ciekawe efekty. Żyję po prostu chwilą, ale jak się sprawy spierniczą znowu to odchodzę i nie ma już przeproś. I właśnie będąc teraz z D, dając mu ostatnią szansę, bałam się że zaprzepaszczę szansę na poznanie kolesia o którym mówiła mi Tracey. Ale ostatnio zaczęłam o siebie dbać, mieć lepsze myśli i cały czas mam synchronizację ze wszystkim (przede wszystkim to co się działo w śnie, widziałam dzisiaj na żywo no i powtarzające się cyferki na zegarze = 12:34, 11:11, 22:44, itd.) więc dzięki temu wiem, że co by się nie miało dziać, Wszechświat has my back i jeśli będę podążała za intuicją, to się nie zgubię. Dziękuję Wszechświecie. <3

19.02.2018 _ poniedziałek
 

xxhereuxrose
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

missinggirl
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

 

Kategorie blogów