Wpisy oznaczone tagiem "wspomnienia nortusa" (83)  

nortus
 



Jak wiecie lubię książki, czytać książki.

Mam różne formy wydań książek:
papierowe,
e-booki,
audio booki czy
zapisane na kompie.

Ale jednak jak czytać książkę  to tylko w formie papierowej.
Inna forma mi nie odpowiada.
Próbowałem.
Ale jaki sens ma słuchać audio booku skoro i tak muszę być skupiony bo inaczej to tak jak oglądanie a raczej słuchanie telewizji.
Coś tam sobie pieprzą a z tego i tak prawie nic nie zostaje.
Czytanie e-booków - nieeeeeeeee, zbyt niewygodne, męczące, drażniące, rozpraszające. Absolutnie NIE.

Nie przeszkadza mi czytanie gazet czy artykułów w internecie czy komputerze.
Ale książki absolutnie nie.

A wracając do audio booków. Można je niby słuchać prowadząc samochód, podobnie jak uczyć się języków i wielu, wielu innych wymysłów. Ale przecież trzeba być skupionym na prowadzeniu samochodu, na tym co się dzieje przed czy za samochodem.
A słuchanie książki mówionej, jeżeli ma coś z niej zostać w głowie, uczuciach, w sercu trzeba być skupionym. Inaczej to tak jak słuchać radia czy nawet sobie podśpiewywać razem z radiem.

Może to wynika z tego, że jestem tzw. wzrokowcem.
Ale czytając książkę moja wyobraźnia sama buduje obrazy, można zobaczyć "naocznie" to co pisarz nam mówi. A czasami nasza fantazja może nawet i przekracza zamiary autora.

Więc dla mnie książka tylko papierowa.

A ekranizacje książek?
Najczęściej film oddaje część książki, jakieś wybrane wątki.  Nie oddaje całej książki. Nie wszystko można pokazać na ekranie, chociaż dzisiejsza technika byłaby w stanie pokazać wszystko, chyba. I najczęściej książka jest dużo lepsza od filmu. Są wyjątki, ale naprawdę to są wyjątki.
  • awatar doll_divine: Mam tak samo :)
  • awatar tannat: ja przekonanłam sie do ebooków, ale może było mi łatwiej, bo od dawna wszystkie dokumenty czytam z ekranu laptopa...lubie ebooki, na wyjazd moge zabrac całą bibliotekę na jednym krążku...audio? owszem, uzywam, słucham...zwykle podczas treningu...skupiając sie na książce mogę zapomniec o wysiłku i bólu mięśni
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @tannat: czytanie dokumentów oczywiście ale co w tym przyjemnego :D to obowiązek i w pracy. a książka dla mnie to relaks, odpoczynek. i lubię to w wygodne postaci. nawet nie potrafię czytać książki jadąc autobusem po mieście a widzę, ze niektórzy jadą 3 przystanki i czytają książkę. ja lubię czytać nie po jednej stronie i zawsze czytam minimum 70-100 stron w jednej "sesji" . jadąc dłużej pociągiem chętnie poczytam chociaż wolę gazety czy magazyny jakieś. książka to takie małe sanktuarium :)
Pokaż wszystkie (8) ›
 

nortus
 


Nigdy w mojej rodzinie nie było bicia ani żadnych kar fizycznych. Z opowiadań wiem, że kiedyś mój brat bardzo narozrabiał. Nie wiem co zrobił ale rodzice się wkurzyli i to bardzo i postanowili go ukarać.

Nie bić,ale ukarać.I któreś z rodziców wymyśliło, pewnie z doświadczenia ze swojej młodości, że będzie musiał klęczeć w rogu pokoju na grochu. Rozsypali groch i kazali mu klęczeć.

Ale nie mieli sumienia tego oglądać więc wyszli na spacer.
Wrócili po jakiejś godzinie a mój brat dopiero gdy weszli do pokoju, gdzie miała być ukarany, dopiero wtedy na ich oczach podszedł do rogu i ukląkł.

I tak się skończyła jedyne karanie. Pokazał, że
nie jest głupi żeby klęczeć gdy oni wyszli.

Zresztą nie znam z domu jakiś dziwnych szlabanów i zakazów. Nie znaczy to, że nie rozrabiałem. Owszem byłem dosyć trudny -  zresztą od małego były problemy np. z karmieniem mnie. Czego to nie wymyślała babcia, mama czy niania. Łyżeczka za pieska, za kotka, za babcie, za ptaszka i cholera wie za co jeszcze. Ponoć karmienie mnie to była istną  droga przez mękę.
A chudy byłem tak niemiłosiernie, że gdy już chodziłem to rodzice wstydzili się wychodzić z tak chudym dzieckiem, jakbym był głodzony, że ubierali mi kilka par jakichś rajstop czy czegoś tam.
Kiedyś dzieci inaczej się ubierało niż dzisiaj. A rodzice do szczupłych nie należeli, nie należeli.

Ponieważ byłem dzieckiem - prezentem od losu to chyba dlatego rodzice pozwalali mi na dość dużo. A o ilu rzeczach nigdy się nie dowiedzieli, np. o wojnie na arbuzy w domu, o rozpalaniu ogniska w mieszkaniu kolegi - w pokoju, o wojnie na wodę, o łażenie na szczaw, łażenie pod więzienie i wielu, wielu dziwnych wypadach. Gdy byłem dzieckiem, nie nastolatkiem jeszcze.

cdn
 

nortus
 

Każdy z nas ma jakieś nazwisko, jedni mniej inni bardziej normalne (co znaczy normalne? o to jest pytanie). Ale jakieś mamy.

Niektórzy mają powiedzmy śmieszniejsze od innych.

Kiedyś w zakładzie rodziców miała miejsce taka sytuacja. Ponieważ rodzice wystawiali imienne pokwitowanie przyjęcia zegarka do naprawy na kwicie musi być podane nazwisko.

I tata czy mama wystawiając kwitek pyta się o nazwisko.

I jest taka sytuacja.
Są oboje rodziców w warsztacie, facet koło 40 lat, oddający zegarek do naprawy i dwie dziewczyny, powiedzmy dwudziestoletnie.

I pada sakramentalne pytanie: nazwisko proszę.
Facet coś tam powiedział, tata nie zrozumiał więc prosi ponownie o nazwisko. Facet coś powiedział ale tata znowu nie zrozumiał więc ponownie pyta o nazwisko. A facet robi się czerwony na twarzy i już głośno mówi: Kutasik. Bo wiem pan, że to był duży Kutas ale to Kutasik tylko. Dziewczyny parsknęły śmiechem, co chyba nie dziwi, łącznie z jego komentarzem.


Sprzedawczyni w sklepiku w szkole średniej nazywała się Depa. Pod tym nazwiskiem ją znałem. A później dowiedziałem się od pani psorki od matmy
że ona nazywała się Dupa wcześniej ale uczniowie nie dali jej żyć, więc zmieniło drobno nazwisko.

Miłego dnia wszystkim Dupą, Małolepszym, Kutasikom, Chojom i innym Kowalskim :D
  • awatar ciiii, mnie tu nie m: a ja znam jeszcze Fiut-Fiutowską z domu Fiut po mężu Fiutowska >:d
  • awatar tannat: cóz, miałam kiedyś kowala dla swoich koni...facet nazywał się Fiet, ale domyślasz się, że raczej nieco inaczej na niego wołano :)...zresztą, nawiasem mówiąc, przezwisko bardziej oddawało cechy jego osobowości
  • awatar Vidmia: Kawcia......Kradnę!!! :*
Pokaż wszystkie (6) ›
 

nortus
 

Jak już kiedyś pisałem rodzice prowadzili zakład zegarmistrzowski. U mamy było to 2 pokolenie.
Zakład był otwarty na mamy imię i to ona była szefową. Co prawda facetom się to we łbie nie mieściło ale fakty są nieubłagane.
Na szyldzie było napisane jak wół imię Monika.

Ale oczywiście wszystkim się wydawało, że jeżeli pracuje kobieta i mężczyzna to on jest od wydawania poleceń a ona od roboty.

I zdarzały się sytuacje, że klient nie był zadowolony z pracy czy z ceny. Normalka.
No to wtedy on chciał rozmawiać z szefem, z pani przełożonym, kierownikiem. I nie czekał na wyjaśnienia tylko kierował się od razu do taty. A pracowali razem, biurko w biuro.
Dodam, że mama (jak to kobieta cwana bestia :D ) nie chciała robić mężowi ukochanemu przykrości więc nie dawała po sobie poznać. Ale czasami typ był wyjątkowo wredny.
I kiedy facet (bo jakoś pretensje zawsze mieli faceci, dziwne) był upierdliwy i uparcie chciał z szefem rozmawiać to mama się wkurzyła, i mówi że to ona jest właścicielem zakładu. Ale facetowi się to nadal we łbie nie mogło zmieścić (kobieta - zegarmistrz, koniec świata) więc wtedy pokazywała na dyplom lub szyld i pytała się: widzi pan co tu pisze: Monika. I to ja jestem tu szefem.
Na co facet wkurwiony coś bąknął pod nosem i poszedł jak zmyty.
A co chciał? Żeby zrobić mu usługę za pół ceny.
A kiedyś czyszczenie zegarka kosztowało tyle co pół szynki całej. Ale relacji cenowych nie można porównywać z dzisiejszymi cenami. W każdym razie tanio nie było.

Miłego dnia.
  • awatar ciiii, mnie tu nie m: Światem żądzą kobiety... Dzień dobry Panu... cmok
  • awatar Mirko: czy zegarmistrze jeszcze istnieją? mam zegar do naprawy. dzień dobry, Nortusie. :)
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @Mirko: są, są jeszcze. po czasach kiedy ludzie kupowali tylko zegarki na baterię normalni ludzie noszą z powrotem normalne zegarki.
Pokaż wszystkie (13) ›
 

nortus
 

Znalazłem.

Rodzinka na motorku.

Na tym motorku jeździliśmy na grzyby i nad jezioro Hajka. Nasze ukochane jezioro, w lesie.

Na zdjęciach widać nasz ukochany motorek.
Na jednym brat za kierownicą, tata i "ciocia" Stasia na swojej piekielnej machinie.
A na drugim rodzice i "ciocia" Stasia.

Piszę "ciocia" bo to taka przyszywana ciocia.
Rodzice wynajmowali od niej jeden pokój i mieścił się tam warsztat zegarmistrzowski rodziców. Przez około 20 lat. Do czasu jak Gierek wyburzył część centrum miasta żeby zrobić wreszcie porządne ulice godne miasta wojewódzkiego.A że przy okazji wyburzono część centrum. Trudno, cena postępu. Tak szczerze mówiąc to nie żałuję tych wyburzonych kamienic, zniszczone były, niewielkie,
ale za to były tam wspaniałe sklepy i bar mleczny

Jakie naleśniki w barze były, a w Krasuli lody cassate i cocktaile mleczne. Dzisiaj już takich się nie dostanie.
  • awatar KALIPSO: A NA DOLE TO CHYBA TWOJA MAMA... FAJNE TE STARE FOTOGRAFIE UWIELBIAM CZRNO BIAŁE FOTKI :)
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @KALIPSO: jedzie w koszu
  • awatar Wes, kocury i rodzinka: Widzę , że czar wspomnień i na Ciebie naszedł. Miłe i ciekawe wspomnienia zapisane na prawdziwym papierze fotograficznym. Jesteś wypisz wyrysuj do ojca podobny. Natomiast Twój ojciec jest podobny do pewnego zegarmistrza i optyka z Grudziądza, on jedyny w naszym mieście naprawiał zegarki marki "Ruchla" i każde okulary .
Pokaż wszystkie (6) ›
 

nortus
 
Czas wspomnień, czas pożegnań czas rozpocząć

Nortusek przyszedł na świat w dniu 10 maja w roku ..., nieważne, w każdym razie jeszcze w wieku XX.

A więc jest bykiem, a byki są uparte i to nawet bardziej niż uparte krowy (krowy - kobiety urodzone pod taurusa znakiem).

Uparty jest też Nortusek, bardzo uparty.

I imię ma uparte, silne. Składa się z 7 liter na początku polskiego alfabetu.
A i drugim silnym imieniem Bozia obdarzyła. No co, jak szaleć to szaleć.
I nie powiem opisy obu imion pasują do mnie.


I imię:

Jego liczba to 6. Jest typowym domatorem, lubi się zajmować sprawami rodziny i domu. Uczuciowy, opiekuńczy i troskliwy, nie wyobraża sobie życia w samotności, musi mieć koło siebie kogoś bliskiego. Ma określone zasady moralne i kieruje się nimi w życiu.
Typ intelektualisty, komunikatywny, sympatyczny i serdeczny.


II imię:

Jego liczba to 3. Dąży do osiągnięcia wielkich celów, marzą mu się wielkie pieniądze, sukcesy i potrafi te marzenia skutecznie realizować. Ma w sobie dużo wytrwałości i samozaparcia, jest pracowity i planuje szczegółowo swoje działania. Lubi być wśród ludzi, lubi wymianę poglądów.



Nortusek jest chłopcem czyli ma ogonek, własny ogonek.


Przyszedł na świat bez kłopotów prawie. To prawie to szyja otoczona pępowiną dookoła a twarz sinawa.
Ale wszystko było dobrze. Żadnych powikłań.

Przyszedł na świat po 10 latach małżeństwa, a więc wpadka dorosłych rodziców a nie wcześniak. Zresztą wtedy wcześniaki to była rzadkość. Mama miała 34 lata - późny prezent od losu.
Na marginesie ostatnie dwie liczby roku urodzin mamy to odwrotność roku urodzenia Nortuska.
Taki łamigłówek u nas w rodzinie jest sporo.
Na przykład data urodzenia Nortusa to połowa daty urodzenia brata (dzień i miesiąc).
Inny przypadek:imiona dziadków:
z jednej strony: Jan i Stanisława
a z drugiej strony: Janina i Stanisław.

Brat przyszedł na świat po przeszło roku od małżeństwa mamy, więc też nie był wcześniakiem. Tylko że on urodził się gigant (koło 5 kg - wtedy rzadkość wielka) a Nortusek był normalny. Tylko 3.670 g - długość nieznana, nie zapisali w książeczce. Ale później się dowiedziałem, że zawitałem na trzecią planetę od Słońca o godz. 13,55.
A jednak, szukajcie a znajdziecie: w wieku 2 miesięcy ważyłem 5.150 g i miałem długości 56 cm.


cdn

- - -

Chyba nadszedł czas podsumować swoje życie.
Niedługo minie 1000 dni na pingerze. Kto by pomyślał, że tak długo tu będę i wytrzymam w tej małej zabawie. Ale to jednak wciąga. Niestety.

Co prawda wpis nazwałem początek, ale początek był 2 godziny wcześniej.


Wszystko co jest związane ze wspomnieniami będzie pod tagiem: wspomnienia nortusa
  • awatar Bafka: Lubie ogladac takie stare zdjecia. A ty byles uroczym smykiem :)
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @Bafka: dzięki. dobrze że mnie nie widzisz teraz :D
  • awatar Anukett: och Nortusku ! :) ja TEŻ jestem bykiem (żadną krową ;)))
Pokaż wszystkie (18) ›
 

nortus
 
Moja pierwsza uliczka.
Spędziłem na niej moich pierwszych 9 lat życia.
Pod 16.
To są fotki z 2008r. Właśnie odnowili jedną stronę ulicy, ale nie moją. U mnie położyli nowy dach.Ale elewacja pamięta jeszcze moje bazgroły :D

Tu gdzie te garaże był nasz ogród, duży ogród a po środku stał nasz garaż murowany. A w nim stała Emka - niemiecki motor z przyczepą. Niestety nie mam jej zdjęcia. Chociaż nie, mam w archiwum rodzinnym - muszę poszukać.
Motorem tym jeździliśmy w 3 (mama, tata i ja a czasami brat) dwa razy dziennie na grzyby - przed pracą i po pracy rodziców.
Jak ja kochałem łazić po lesie za grzybami :)
Boże to były czasy.
A grzybów było w bród. Całą rodzinę zaopatrywaliśmy w suszony prawdziwki i podgrzybki.
A jaki był pyszny obiad z ziemniaków i grzybów w sosie smażonych.
Miodzio.

cdn


I tak rozpocząłem cykl wspomnień podsumowujących życie. Będą pod wspomnienia nortusa (z prawej strony)
  • awatar cosmo7: To nie jest w okolicach Wąskiej? Letnie zdjęcia:P
  • awatar ciiii, mnie tu nie m: http://www.youtube.com/watch?v=sw5i0kxnX1E i czas się cofnął...fajnie się czyta Twoje wspomnienia...
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @cosmo7: to nie Szczecin.
Pokaż wszystkie (22) ›
 

nortus
 


Witam serdecznie.

Zgodnie z zarządzeniem Rady Najwyższej PingerClubu
dzisiaj dzień jest poświęcony naszym ukochanym mniejszym przyjaciołom, chociaż niektórzy pewnie mają i większych (np.rottweilery :( ) przyjaciół.


Aninka zmusza mnie do rzeczy niesłychanych.

I tak powoli następuję ujawnienie się, a co mi tam.

Jak wiecie kocham zwierzaki. Teraz mam cudowną kotkę rasy syberyjski leśny (SIB). Od dwóch lat. Wcześniej przez lat miałem Silkę - kotkę norweską leśną (NFO). Cudowną.

Ale w swoim życiu miałem wiele psiaków i kociaków.

Z opowiadań rodziców wiem, że pewnego czasu był u mnie w domu kot i dość duży pies. Żyły w zgodzie i przyjaźni. Ale pewnego dnia się chyba pokłóciły i zaczęły ganiać po domu. Pies gonił kota a kot uciekał gdzie się dało. W pewnym momencie kot wskoczył na zasłony czy firany a pies za nim i ... razem spadli razem z zasłonami na podłogę.


Po kilku latach była u nas w domu Zulka. Szpicel rasy Malgren (osoba dobrze znająca język angielski wie co to za rasa - nie znam pisowni tego słowa, tak się mniej więcej wymawia ).

Kochana i wspaniała Zulka. Miałem wtedy kilkanaście lat, żył jeszcze tata więc było to dawno. Pamiętam jak kiedyś jedliśmy we trójkę obiad (mama, tata i ja) a później była herbatka i TV. I nagle słyszymy jak ktoś je coś w kuchni i to tak mało kulturalnie. Łyżką uderzał o talerz. Popatrzeliśmy na siebie: było nas tylko troje wszyscy byliśmy w pokoju, razem. Więc kto je w kuchni? Pełni obaw skradaliśmy się z pokoju do kuchni (myśleliśmy, że może ktoś się włamał czy co się stało) i nagle wszyscy wybuchliśmy śmiechem, że chyba cała ulica nas słyszała. W kuchni, na parapecie (parapet tam miał około pół metra szerokości) z talerza flaki wołowe jadła ... Zulka. Normalnie zamurowało nas, pies jadł ostro przyprawione flaki. A to co tak stukało to właśnie łyżka, która jej przeszkadzała w wylizywaniu talerza i stąd to stukanie łyżki.


Pamiętam jak kiedyś na naszą klatkę przypałętał się malutki kociak, naprawdę malutki, może miał 2 miesiące, może trzy.
Mama wychodziła z mieszkania jak się omal o niego
nie przewróciła. Popatrzyła na to maleństwo, otworzyła szerzej drzwi i powiedziała "idź" do niego. I to małe poszło do mieszkania.
Za chwilę przyleciała Zulka, parzy zdziwiona, obwąchała i stała obok.
Kociak zobaczył miskę z jedzeniem więc od razu poszedł do miski.
Mama dała mu oddzielną miseczkę a ten skubaniec wszamał swoje jedzenie i zaczął się zabierać do miski Zulki.
Czekaliśmy jak ona zareaguje na to. A Zulka pozwalała kociakowi na wszystko, nawet mógł po niej chodzić, spać razem z nią w jej legowisku - ale z nią. Gdy ona nie spała to kociak nie mógł spać w jej legowisku, mógł spać tuż obok. A w legowisku tylko z nią razem.
Tak było kilka dni i któraś sąsiadka wzięła kociaka do siebie.


Kochany psiak.


Miłego dnia


A oto mój zwierzyniec na fotkach.
Niestety mam tylko jedną fotkę Zulki. Wtedy zdjęcie to był rarytas. Mało się ich robiło bo ...
człowiek wtedy nie czuł potrzeby fotografowania wszystkiego, klisze miały tylko 24 lub 36 klatek,
które trzeba było wywołać film i dopiero robić odbitki. A zdjęcia kiedyś były dość drogie.
Nie jak dzisiaj, cyfrówki, lustrzanki, automaty straty i zdjęć tysiące.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: zimno mi nie służy, wyraźnie nie służy. Najpierw dodałem ten wpis, później mi się porąbało, że środa to jutro to go usunąłem, a okazuje się, że środa to jednak dzisiaj :D więc daję z powrotem a teraz zamiast tej uwagi bym znowu skasował wpis. Dom wariatów :D
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @lilia.roza: @ANINA: domyślam się, że te miłe słowa to były o mnie :D :D :D :*
  • awatar ciiii, mnie tu nie m: wariat :* a mówi, że ja walnięta :D :D :D
Pokaż wszystkie (8) ›
 

nortus
 
Tak, tak, ku chwale. Dzięki że ktoś zrobił ten portal.
Szkoda tylko, że bydło niszczy wszystko co dobre.


Dlaczego?

Proste. Dwa dni temu odezwała się do mnie pani, która jako dziecko (chociaż starsza ode mnie) pamięta mnie jak się urodziłem, moich rodziców.
To że się razem bawiliśmy bo nasze podwórka dziwnym trafem przez browar łączyły się ze sobą.

Przypomniała mi kilka ciekawych czasów. A i do wiedziałem się, że rodzice mieli panią w domu która prała dla nas i sprzątała w domu - o czym nie wiedziałem (może byłem wtedy malutki) albo nie pamiętam.

Bardzo cenna dla mnie odzyskana znajomość z dzieciństwa.


Zresztą wcześniej udało mi się odzyskać kontakt z ciotką z Częstochowy, z która nie miałem żadnego kontaktu od wielu, wielu lat.

Dziękuję ci nasza-klasa.
  • awatar Járnsaxa: Popieram to, co piszesz. Portal jest ok, pomaga w odnawianu znajomości (u mnie też tak było). Tylko właśnie to bydło potrafi tyle poniszczyć...
  • awatar mój jest ten kawałek: :* :* :* słodziutki bobasek z Ciebie był i pewnie tak już zostało.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @mój jest ten kawałek podłogi: hmmm, słodziutki? oczywiście, ze tak. Bobasek? raczej nie, chyba może nawet na pewno nie ;)
Pokaż wszystkie (13) ›
 

nortus
 
Wracając dolinami i górami miasta przypomniał mi się epizod z byłej pracy.

Jak wiadomo kiedyś żeby być kierownikiem czy dyrektorem banku trzeba było być członkiem jedynej słusznej partii - w niektórych branżach dopuszczano bratnie, wasalne stronnictwa przybudówki czy dzisiejsze przystawki ZSL/PSL i SD

Kierowniczka po wspaniałym WUMLu odeszła na zasłużoną emeryturę i przyszedł nowy dyrektor.

Nie można ani o niej ani o nim powiedzieć złego słowa. Byli na prawdę fajnymi szefami i bardzo ludzkimi. Wszak wszystko zależy od ludzi a nie od systemu.

1/ wspomnienie pierwsze:

Pan dyrektor wyszedł kiedyś na sale bo chciał pogadać z koleżanką. Ale ponieważ ona była zajęta
klientem więc poprosił mnie bym jej powiedział żeby do niego przyszła później.
A ja, jak to ja, nie chciało mi się iść przez całą salę więc głośno powiedziałem: Jadzia idź do dyrektora - będzie cię wciągał na członka.
Na sali nastąpiła cisza i zdziwienie, Jadzia stała się czerwona jak wisienka.

a/ wszyscy mieli wiadomo jakie skojarzenie z członkiem
b/ chodziło o wciąganie na członka partii

Wyjaśniam, że dyro nigdy nikogo nie namawiał na wstąpienie do partii.Nigdy nie padła z jego strona
jakaś sugestia. Ale wiadomo, że każdy partyjny powinien się pochwalić przyrostem masy partyjnej więc sobie z niego żartowaliśmy, w różny sposób.


2/ Gdy nastał nowy dyrektor i to mężczyzna (ba, oprócz mnie był to jedyny mężczyzna w banku !!! )
i partyjny (vide wyżej) miał swoje przyzwyczajenia
Jednym z nich było zwracanie się do wszystkich w liczbie mnogiej, per Wy.
A ja, jako dziecko prywaciarzy, bardzo czegoś takiego nie lubiłem. Co prawda on chyba nie umiał inaczej a po drugie słowo pan/pani jako ciężko mu przechodziło przez gardo, a na ty nie mógł sobie pozwolić.
Więc na początku sytuacja wyglądała następująco:
szedłem do niego do gabinetu np. po podpis.
Więc po zapukaniu słyszałem: proszę a za chwilę: usiądźcie, weźcie, zróbcie, napiszcie itd.
A ja, jak to ja, odpowiadałem mu bezczelnie:
usiądźcie - usiedliśmy,
zróbcie - zrobiliśmy,
weźcie - wzięliśmy,
napiszcie - napisaliśmy itd itd.

Z poważną miną, bez żadnych uśmiechów i chichów.
Za drzwiami siedziała kadrowa, która słyszała co się mówi w gabinecie jeśli drzwi były otwarte (a zawsze były otwarte). Na początku gdy wyszedłem to pogroziła mi palcem a później się rechotała.
Taka dyskusja z dyrektorem trwała może tydzień lub dwa i wreszcie się domyślił co jest grane.
I w efekcie jedynie do mnie zwracał się per pan:
panie Nortusie niech pan napisze, zrobi, itd.
Do innych zwracał się bezosobowo ale już nie w formie per wy.
Zdolny chłop, zrozumiał.

Były to wspomnienia z młodości.
 

nortus
 
Ja to mam szczęście. Jak kogoś chcę spotkać to oczywiście się miniemy. Ale jak nie chcę kogoś spotkać to na mur na niego wpadnę.
W zeszłym tygodniu spotkałem koleżankę z dawnej roboty. ROk jej nie widziałem. Gadka szmatka. Na koniec poprosiłem by pozdrowiła ode mnie swoją rodzinkę, bo oni razem wszyscy pracowali. A ona się mnie czy pozdrowić Roberta - odpowidziałem, że NIE.
I już wyjaśniam. Pracowałem razem z Robertem. Znamy się /znaliśmy się od 1993 roku. Załatwiłem mu pracę tam gdzie ja pracowałem i nadstawiałem dla niego karku (idiota jestem? wiem!). Później się zaprzyjaźniliśmy. Przeprowadziliśmy się jednocześnie do Szczecina i dalej razem pracowaliśmy. Później każdy poszedł w swoją stronę ale byliśmy przyjaciółmi (tak mi się wydawało, w każdym razie). Ostanie dwa lata znowu ze sobą współpracowaliśmy. I on doszedł do wniosku, że z tego jest nie zła i chciał żebym pracował za połowę kasy bo on potrzbuje dużo forsy na własny interes (utopił w firmę masy kasy). Więc mu podziękowałem, ja mam tyrać za śmieszne pieniądze bo on ma potrzeby. A ja to nie mam i pracuję dla zabicia czasu? I tak w kłótni się rozstaliśmy. On coś tam jeszcze powiedział. W każdym razie ja się do niego już nie odezwę. Przez rok był spokój, chociaż jeszcze potrafił przysyłać emaile z jakimiś żądaniami. No i wczoraj oczywiście, że musiałem go spotkać w sklepie. Co prawda, chyba z zaskoczenia że mnie zobaczył i nie skojarzył kogo widzi, w każdym razie powiedział mi "cześć" a jak to kulturalny człowiek skinąłem do niego głową, bo byłem czymś zajęty  i też zaskoczony. Bo normalnie chyba bym udał, że go nie widze i niech spada na drzewo.
Ja jestem zacięty.

A jak sobie wspomnę moją śp. mamę to wiem, że Ona zawsze jak miała jakąś sprawę do kogoś to wystarczyło, że poszła do sklepu albo tylko wyszła z klatki a ten ktoś właśnie przechodził obok, chociaż mieszkał na drugim końcu miasta.
A jak wspominała, była rzemieślnikiem, kiedyś trzeba było zdawać egzaminy czeladnicze a  później mistrzowskie. Było to w latach 50-tych XX wieku (jak to się teraz mawia). Do przeczytania była gróba książka z wiedzy obywatelskiej. Mama zaczęło się uczyć w przeddzień egzaminu i usnęła nad książką po przeczytaniu połowy pierwszej strony. I na egzaminie była pytana .....z tego co właśnie przeczytała na połowie pierwszej strony! Szokujące?! To się nazywa mieć szczęście. Ja na studiach jak mieliśmy do przygotowania na egzamin np. 100 pytań i nie znałem odpowiedzi na jedno pytanie - to właśnie z tego pytania byłem pytany (mało zrozumiałe?).
Pamiętam jeszcze jak mama mówiła o tym egzaminie. Pytali się jej jeszcze kto rządzi w Polsce? Prezydentem był wtedy Bierut (czy Wy wiecie kto to był)? Mama oczywiście nie wiedziała, bo polityka ją najmniej interesowała (miała może 25 lat wtedy albo mniej). Ale komisja stwierdziła, że kobieta nie musi wiedzieć  takich rzeczy. I zdała egzamin celująco.
  • awatar :->: Takie życie:> Wielu ludzi tak ma ,że natyka się na tych na których nie chce :P Szłam kiedyś z bratem do banku , i specjalnie chciał iśc dłuższą drogą żeby nie natknąć się na pewną osobe :> oczywiście wyszło tak ,że wpadliśmy na nią. :> Wtedy kiedy Ty zaczynałeś prace ja robiłam w pieluchy :> albo uczyłam sie mówić, więc to odległe czasy:> I wiem kim był Bierut :> ,ale to z czystej ciekawości warto sobie poczytać:>
Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Kategorie blogów