Wpisy oznaczone tagiem "opowiadanie" (1000)  

livli5
 
Rozdział 15

W odpowiedzi para spojrzałam na siebie lekko zdenerwowana. Widać było, że mężczyźnie wyraźnie nie pasowała moja obecność tutaj, za to kobieta się czymś wyraźnie speszyła. Widząc, że uważnie obserwuję ją wzrokiem, pośpiesznie uciekła wzrokiem do swoich dłoni. Miałam powtórzyć pytanie po raz trzeci, ale moje gardło odmówiło posłuszeństwa. Chłopak widząc to zrobił kwaśną minę i zwrócił się do kobiety.
- Wyjdź na chwilę. – Ona posłała mu lodowate spojrzenie i pokręciła przecząco głową, następnie wzięła głęboki wdech i po wypuszczeniu powoli powietrza, jakby nabrała odwagi.
- W tej chwili znajdujesz się w Troadzie. – odparła już odrobinę spokojniej. – Wybacz nasze zachowanie, ale Ireia w tej okolicy to bardzo rzadki widok. Znalazłam cię w przeklętych ruinach nieprzytomną. Niebezpiecznie jest tam chodzić samemu. Zdradzisz nam co cię tam sprowadziło?  – słuchałam uważnie każdego słowa, ale i tak czułam się niczym głucha. Nic nie zrozumiałam z jej wyjaśnień, a zadane pytane wydawało mi się tak absurdalne. Sama tego nie wiem, ba, żeby to był mój jedyny problem.
- Ireia? – zapytałam, mając szczerą nadzieje, że wyjaśnią mi ich skomplikowane słownictwo, ale widząc ich miny szybko zrozumiałam, że moje pytanie było nie na miejscu. – Wybaczcie, ale nie za bardzo rozumiem, całej tej sytuacji. A do tego w mojej głowie mam absolutną czarną dziurę. – kolejne dziwne spojrzenie. Czyżbym powiedziała coś nie tak?
Chłopak parsknął totalnie wściekły. Nawet na mnie nie spojrzał, gdy zwrócił się do jego towarzyszki.
- Cudownie! Mamy tu pozbawioną pamięci kapłankę! Po prostu pięknie! Było ją zostawić w tych ruinach, byłby mniejszy kłopot, a tak to już po nas. Zadowolona?! – Następnie szybko wyszedł z pomieszczenia. Dziewczyna wodziła wzrokiem za znikającym chłopakiem, to na mnie i głośno westchnęła.
- Wybacz jego zachowanie, nie przepada za obcymi, a szczególnie za Ireia.
- Co to jest Ireia? – zapytałam zawstydzona swoją niewiedzą i brakiem pamięci. Miałam wrażenie, ze powinnam to wiedzieć, ale umysł usilnie blokował mi dostęp do wspomnień.
- Jakby to opisać… To wysłannicy bogów. – dziewczyna widząc moją zdziwioną minę, podeszła do mnie i lekko pogładziła mnie po głowie. – Biedne dziewczę, nawet nie wiesz kim jesteś… W tych trudnych czasach… - wyglądała jakby chciała coś powiedzieć, ale pokręciła lekko głową. – Nazywam się Kalia, miło mi cię poznać. – podała mi dłoń, którą z radością uścisnęłam.  – Pamiętasz może swoje imię?
- … jedyne imię jakie pamiętam to Thanatos, ale…
- Nic nie szkodzi, od dzisiaj, dopóki nie wróci ci pamięć będę ci mówić… Asha – dodała pośpiesznie, jakby nie chciała usłyszeć reszty. – A teraz muszę porozmawiać z moim bratem i trochę go uspokoić. Jak wrócę to odpowiem na wszystkie twoje pytania. Odpocznij chwilę, za moment będę z powrotem, a i nie wspominaj tego imienia więcej, dobrze?        
Mocno zdezorientowana patrzyłam jak jej czarne włosy znikają za rogiem. Pozostawiona sama sobie z tysiącem pytań w głowie, położyłam się z powrotem na kocu. Niepokoiło mnie dziwne zachowanie dwójki rodzeństwa. Uniosłam dłoń w stronę sklepienia, nie miałam pojęcia czemu to zrobiłam, to był niepohamowany odruch, ale zanim cofnęłam dłoń, przyjrzałam się jej z zainteresowaniem. Po całej skórze ciągnęły się cieniutkie skomplikowane wzory, a na nadgarstkach widniały blizny po poparzeniach, oraz wyraźne ślady po bransoletach. W jakiś sposób wzbudzały we mnie wzgardę i niechęć. Zdumiał mnie fakt, że jestem wstanie skojarzyć takie rany i określić od czego, do tego czuje jakieś emocje na ich widok, a nie pamiętam nic z swojej przeszłości. Westchnęłam i spróbowałam usnąć.
W mojej głowie rozbrzmiał krzyk rozpaczy, tak przeraźliwy, że natychmiast wybrudził mnie z drzemki. Zlana potem podniosłam się i wyszłam na świeże powietrze. Był zmierzch, słońce już chyliło się zza horyzont, barwiąc niebo niezwykłymi barwami. W oddali stała Kalia i jej nieprzyjemny brat i zażarcie dyskutowali. Dziewczyna tłumaczyła mu coś szeroko gestykulując na co on uparcie przeczył ruchem głowy. Dopiero teraz zauważyłam między nimi jakieś podobieństwo, obydwoje mieli podobnej długości, czarne włosy do ramion i zielono złote oczy. Mocne rysy twarzy miały podobnie ułożenie. Opierając się o wejście do mieszkania, patrzyłam na ich przekomarzania, zastanawiając się czy też mam kogoś bliskiego. Kalia wspomniała coś o wybrańcy bogów. Prychnęłam na wspomnienie jej słów. Twierdziła, że nie wiem kim jestem, słuszne spostrzeżenie. Jakbym wiedziała to pewnie by mnie już tu nie było. Ciekawe czy jest ktoś, kto za mną tęskni. Zamyślona wpatrywałam się w słońce szukając choć najmniejszej odpowiedzi na moje pytania. Na ziemie sprowadziły odgłosy zbliżających się kroków.
- Ustaliliśmy, że zostaniesz u nas dopóki nie odzyskasz częściowo wspomnień. Prawda? – Kali wyczekująco popatrzyła na brata.
- Ta… - odparł z niechęcią, na co ona z szerokim uśmiechem wbiła mu łokieć w brzuch. Chłopak zgiął się w pół i cicho jęknął.
- Oboje się bardzo cieszymy i z całych sił postaramy sobie pomóc.
Wodziłam wzrokiem po nietypowym rodzeństwie i zachichotałam.
- Jestem wam bardzo wdzięczna, postaram się nie sprawiać kłopotów. – uśmiechnęłam się ciepło.
                                              ~*~
Minęły trzy miesiące od czasu, gdy kalia znalazła mnie w starych ruinach. Od tamtego czasu zaprzyjaźniłam się z tą nietypową duszyczką. Była nieśmiała na początku, ale z czasem podporządkowała sobie mnie niczym swojego brata. Ta spokojna osoba potrafiła w ciągu sekundy zamienić się w istnego demona. Gilbert był natomiast bardzo skryty w sobie i jawnie pokazywał swoją niechęć z związku z moją osobą, jakbym miała zaraz sprowadzić koniec świata. Jego zachowanie na początku wydawało się urocze, zabawne, ale z czasem stawało się upierdliwe. Gdy tylko zostawaliśmy razem w jednym pomieszczeniu albo gdzieś wychodził albo siedział całkowicie ignorując moją osobę. Każde pytanie zbywał milczeniem, albo krótką dawkowaną odpowiedzią. Po za tym osobnikiem i jego siostrą w promieniu trzech kilometrów nie mieszkał nikt, ale nie przeszkadzało mi to. Pomagałam Kali w pracach domowych, jak pranie, gotowanie – które nie szło mi za dobrze, sprzątaniu i na polu z uprawami. Raz na tydzień, Gil zabierał niewielki pakunek i szedł do najbliższego miasta, następnie wracał z potrzebnymi przyprawami i rzeczami z targu. Zawsze, gdy pytałam, co miał w paczce, łypał na mnie groźnym spojrzeniem i mamrotał pod nosem, że to nie moja sprawa. Natomiast Kalia wzruszała ramionami i twierdziła, że kiedyś się dowiem.
Westchnęłam cicho pilnując pastwisko pełne owiec. Naprawdę mi się podobało teraźniejsze życie, ale nadal intrygowała mnie moja przeszłość. Kim byłam, gzie się urodziłam i co robiłam w tych starych ruinach, do których gilbert surowo zakazał nam się zbliżać wraz Kalią. Czułam, ze w tamtym miejscu mogę znaleźć odpowiedzi. Spojrzałam na niebo i stwierdziłam, że czas się zbierać. Zagnałam zwierzęta do zagrody i wróciłam do chaty, gdzie roznosił się smakowity zapach przypraw i gorącego posiłku. Wciągnęłam nosem powietrze i poczułam napływającą do ust ślinkę. Podeszłam do garnka i zanurzyłam palec w potrawce, następnie wpakowałam go sobie do ust.
- Pycha – szepnęłam do siebie.
- A spróbowałabyś powiedzieć, że nie dobre. To nie zawahałaby się odciąć ci ten paluch. – W obawie o swoje palce schowałam je za siebie i z miną niewiniątka spojrzałam na przyjaciółkę, która przez ten czas stała się dla mnie niczym siostra.
- Nie wiem, o czym mówisz. – Udałam głupią, na to Kalia zrobiła groźną minę i pogroziła mi łyżką. W ozach jednak można było dostrzec wesołość.
- Już ja ci pokażę! – Rzuciła się w moją stronę i dalej wymachując łyżką, zaczęła mnie gonić. Śmiejąc się ganiałyśmy się po pomieszczeniu. – Stój tu, ty mały podbieraczu gulaszu!
-Toż to gulasz? Ja myślałam, że zupa. – odparłam nadal z miną niewiniątka z całych sil starając się nie roześmiać.
- Jak ci zaraz dam popalić to cię bogowie nawet nie poznają!
- Najpierw musisz mnie złapać.  – mówiąc to wzięłam nogi za pas i chciałam wybiec z chatki, gdy zderzyłam się z czymś twardym. Lekko się zachwiałam do tyłu i spojrzała na niespodziewaną przeszkodę w wejściu. Cała chęć do zabawy wyparowała wraz dobrym humorem widząc niezadowoloną minę Gilberta. Słowa przeprosin uwięzły mi w gardle i tylko posłusznie zeszłam mu z drogi.
- Gil, wróciłeś! Jak tam zakupy? – Kalia jakby nie czując wiszącego w powietrzu napięcia, nadal wesoło pitrasiła przy ognisku.
- Dobrze, udało mi się wytargować dobrą cenę. – odparł z lekkim uśmiechem. Jego oczy jaśniały jedynie przy Kalii i nigdy nie widziałam, by poza tymi sporadycznymi chwilami się śmiał. Może jakimś dziwnym sposobem  psułam mu humor samą swoją obecnością? Czując jak naciska na mnie wzrokiem stwierdziłam, że koniecznie chce, żebym wyszła. Miałam ochotę mu przyłożyć w tą arogancką Bużkę, ale Kalii by się to nie spodobało, więc  rzuciłam tylko, że idę po drewno do paleniska i wyszłam. Niebo zdążyło już nabrać granatowej barwy i z każdą chwilą przybywało gwiazd. Przeszłam kawałek i znalazłam się na polanie, gdzie za dnia pasłam owce i wpatrywałam się w gwiazdy. Czy fakt, że jestem kimś tak, co do dzisiaj jest dla mnie abstrakcją, aż tak wzbudza w nim niechęć? Naprawdę nie rozumiem, skąd ta niechęć do Irena, czyżby odrażały go moje tatuaże? A może nienaturalny turkus moich oczu, tak go obrzydzał. Westchnęłam i wpatrywałam się w niebo. Jego widok mnie uspokajał i dawał poczucie bezpieczeństwa.  


Bai.(DtB).full.59884[1].jpg
  • awatar Seiti: No, nadrabiasz, co mnie bardzo cieszy :D Ciekawe, ciekawe. Zastanawiam się ile czasu minęło od wydarzeń w Troi i czemu Gil tak jej nie lubi. :D aaa więcej!
  • awatar Paulai: Te opowiadania są świetne! Przeczytałam wszystkie jednym tchem! :) Pozdrawiam :* I obserwuję :D
Pokaż wszystkie (2) ›
 

lovelovelas
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

livli5
 
Rozdział 14


Nad Troją zawisły ciemne chmury sprowadzając na miasto nieskończoną ciemność. Zapadła cisza, która jakby w oczekiwaniu drżała przed przeznaczeniem tego miejsca. Oczy wszystkich instynktownie zwróciły się w kierunku promienia błękitnego światła unoszącego się ku niebu. Światła, które zwiastowała koniec Troi.
Pogrążona w rozpaczy, zatraciłam się w tak dobrze mi znanym stanie. Niszczenie było moją drugą naturą i nie było możliwości bym kiedykolwiek była w stanie się zmienić. Mimo, że wszyscy na mnie liczyli zawiodłam. Straciłam ich wszystkich i to, przez swoją bezsilność… Nie… To nie moja wina… To nie ja wypuściłam strzałę, to nie ja wtargnęłam do troi niszcząc ją doszczętnie! … A jednak to moja wina, że nie udało mi się ich ochronić.
Wraz moimi uczuciami, szalała moja moc. Wokół mnie latały z wściekłością huraganu przeróżne przedmioty, moje oczy przybrały kolor błękitu, a ja sama unosiłam się w powietrzu. Z każdą minutą moje otoczenie zmieniało się w kłęby pyłu, powoli rozbierając pałac na części. Błyskawice, jak oszalałe biły w miasto doprowadzając je do ruiny, nagle poczułam przeszywający ból, cała magia wyparowała, a ja bezwładnie opadłam na ziemie, nim zemdlałam dostrzegłam niewyraźną postać kobiety.

Rozpacz- uczucie, które niszczy wszystko na czym ci zależy, jeden zły krok, a okazuje się, że najważniejsze dla ciebie rzeczy znikają jedna po drugiej. Pierwsze są zawsze małe drobiazgi o wielkiej wadze. Takie jak przyjaźń, kłótnia, niezgoda. Następnie wszystko nagle znika rodzina, najważniejsze miejsce, osoby za którymi poszło by się na koniec świata.  Powoduje to zdrada i bezsilność, głupota, ale tym razem ostatnim kataklizmem moich bliskich nie była ani wroga armia, która podłożyła płomienie, ani zdrada bliskiej mi osoby, ani nawet bezsilność by odeprzeć czekające na nas przeznaczenie. Bo nie dało się go odeprzeć, gdyż po przybyciu do tego miasta przypieczętowałam jego los. Przyczyną jego doszczętnego upadku byłam ja, Apokalipsa.
~*~

Cichy szept, a może głośny krzyk w oddali.  Nie wiedząc czemu wszystko straciło swój dawny blask. Kolory przybrały barwy popiołu. Nieliczne rośliny oplotły ruiny niezwyciężonej fortecy. Wiatr niósł nieme krzyki ofiar niedawnej wojny. Świat niczym rozczarowany jego przegraną zacierał piaskiem ślady jego istnienia, a wraz nim sprawcę jego przegranej, by nikt nie dowiedział się o zbrodni, która była sprawką bogów.
Leżałam twarzą w stronę nieba, lecz nadal pogrążona w otchłani swoich myśli. Stałam pośrodku pustki, bardziej przerażającej niż jakiekolwiek miejsce we wszechświecie. Natłok zgromadzonych tam negatywnych uczuć, doprowadzał mnie do szaleństwa. Starałam się wygonić niechciane myśli z umysłu, na próżno, nie ważne co robiłam czułam fizyczny ból wewnątrz mnie.
Wciąż na nowo  przeżywałam śmierć Hektora, widok płonącej troi, przed oczami miałam porozrywane ciała bliskich. Wciąż i wciąż dręczył mnie ten sam koszmar, niszcząc mnie od środka. Błagałam o śmierć, dołączenie do nicości i przestać czuć. Marzyłam by cofnąć się do czasów, gdzie te wszystkie emocje były mi obce; do czasów, gdy swobodnie dryfowałam po kosmosie. Mój udręczony umysł już dawno stracił rachubę ile czasu trwa ten koszmar. Nawet jeśli chciałam kogoś uratować to i tak wszystko kończyło się tak samo, tylko pogłębiając moją rozpacz. Najpierw Hektor, potem Chrisos, Priam, a na końcu Achilles, z czasem dochodziły kolejne postacie,  następnie zaczęły się zmieniać rodzaje ich śmierci. Każdy kolejny obraz był coraz gorszy, coraz bardziej rzeczywisty, a każda sekunda spędzona w tym śnie wyrywała kawałek mnie.
Co jakiś czas w mój sen wkradał się cichy szept, nawołujący coś. Ledwo dostrzegalny. Nierzeczywisty, ale jednak najbardziej realny z wszystkich dźwięków jakie dotąd słyszałam . Z czasem szept stał się donośniejszy i zamienił się w kilka niejasnych dla mnie słów, które niczym światło rozproszyły czyhające na mnie koszmary. Wzrok powoli odzyskał ostrość. Moim oczom ukazało się intensywnie błękitne niebo. Odruchowo uniosłam rękę, by chociaż spróbować go dotknąć. Moja ręka został pochwycona w locie zanim z wyczerpania zdążyła powrotem opaść. Przeniosłam udręczony wzrok na właściciela owej dłoni. Przede mną siedziała kobieta na jej twarzy widać było olbrzymią koncentrację. Jej cichy głos niósł się z wiatrem, odbierając mi resztki świadomości.

Obudził mnie huk i odgłosy kłótni.
- Jak śmiałaś sprowadzić pod nasz dach tego potwora! Czy nie powtarzałem ci tylekroć ile wychodzisz stąd, że masz nie chodzić do ruin? Myślisz, że bez powodu wszyscy unikają tamtego miejsca?
- Nic mi się przecież nie stało, a gdyby nie ja to ona by umarła! Miałam ją tak zostawić? - W odpowiedzi dziewczyna dostała przeciągłe westchnienie, najwyraźniej mężczyzna próbował się uspokoić.
- Nie rozumiesz, że te tereny zostały opuszczone przez bogów i każdy kto tam trafi może być przeklęty? Skąd wież, że ona nie została wygnana?  
- Ależ bracie, ona musi być kapłanką! Ma na sobie stigmę. W tych czasach ciężko jest jakąś spotkać. Nie rozumiem czemu się tak wściekasz.
- Właśnie o to! Nie mamy czasu na ireia, jeśli dowiedzą się, że tu jest będziemy mieli kłopoty...

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się po pomieszczeniu, wszystko wydawało się obce, nie wiedziałam gdzie jestem. A następnie przyszła kolejna myśl mrożąca krew w żyłach. Starałam sobie coś przypomnieć, ale mój umysł jakby napotykał na barierę. Nie chciałam o tym nawet myśleć, ale pytanie samo nasuwało się. Kim jestem? Podniosłam się do pozycji siedzącej. Oparłam głowę o dłonie i usilnie starałam sobie coś przypomnieć, ale wszystko umykało wbrew mojej woli. Uniosłam zdezorientowana głowę i spojrzałam na stojących w drzwiach ludzi.
- Gdzie ja jestem? - wydukałam, lekko zaskoczona barwą swojego głosu. Tak jakbym nie mówiła nic przez stulecia. Przełknęłam ślinę i powtórzyłam pytanie, odrobinę głośniej.

_____________________________________
I tak jak zapowiedziałam będą jeszcze 1-3 rozdziały do ukończenia 1 księgi. zanim będę ją kontynuować wszystko dokończę i może odnowie opowiadanie, szerze to dużo ominęłam i chciałabym uzupełnić rozdziały np. jak bohaterka się uczyła, parę rozdziałów, przed dotarciem do troi, oraz wiele elementów, które zepsułam, chciałabym poprawić.
Mam wrażenie, że zostawiłam za dużo niewiadomych i można się tutaj pogubić, więc przy poprawkach wlepce parę odpowiedzi, które miały się pojawić w 2 księdze, ale to zobaczymy. :) Ale to dopiero jak wszystko skończę :D  

anime-girl-braids.jpg
  • awatar Seiti: W końcu się doczekałam! upajałam się każdym słowem, pogrążałam w coraz większej przyjemności,a tu bach, koniec rozdziału! Dalszy ciąg, poproszę. migusiem!
Pokaż wszystkie (1) ›
 

pieski14
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

dziewczynkawglanach
 
Hej :). Wstawiam takie jednoczęściowe opowiadanko, które napisałam na wyzwanie (taka zabawa).                  

        „TO”
     Wiedziała, że to nieuniknione. Wiedziała, że to się zbliża. Wiedziała, przecież to powtarzało się już od czterech lat i zapewne będzie przez kolejne czterdzieści. Wiedziała, ale mimo tego wmawiała sobie, że będzie dobrze.
    Piętnastoletnia Julia obudziła się z bólem brzucha oraz uczuciem głodu i popędziła do łazienki.
- Jeden dzień za wcześnie. – mruknęła, wchodząc pod prysznic
       ***
         Pół godziny później była już ubrana. Miała na sobie czarne dresy i różową koszulkę. Weszła do małej, zagraconej kuchni i wpadła na otwarte drzwi drewnianej szafki. Klnąc podeszła do lodówki i zobaczyła karteczkę – „Wrócimy o siedemnastej”. Ze zmywarki wyjęła zaparzacz. Włączyła czajnik elektryczny stojący na blacie, a z lodówki wzięła jogurt naturalny. Wróciła do pokoju i krzywiąc się lekko, zdjęła z łóżka poplamione na czerwono prześcieradło. Wrzuciła je do kosza na brudy, a potem otworzyła swój niebieski notatnik i zaczęła pisać.
15.07.2014 r.
Piętnasty dzień diety,
pierwszy dzień okresu. Wstałam przed ósmą.
Śniadanie 8.15: herbata zielona 4 kcal, jogurt naturalny 91 kcal. Dalej jestem głodna.
          Kilka sekund  po napisaniu ostatniego słowa dziewczyna zatrzasnęła notatnik. Stwierdziła, że MUSI coś zjeść, chociaż następny posiłek mogła przyjąć dopiero około jedenastej. Zaczęła zajmować się innymi rzeczami – podlała kwiaty stojące na parapecie, włączyła muzykę i spróbowała coś zatańczyć. Jednak po dwóch minutach tańca poczuła, że dzieje się coś złego. Pobiegła do łazienki i zdjęła spodnie, po czym wzięła do ręki pudełko z chusteczkami  do higieny intymnej i czystą podpaskę.
            Kiedy Julia wyszła z łazienki, głód zwyciężył. Weszła na krzesło i otworzyła szafę w przedpokoju, wyjmując  z niej czekoladę. Jednak wtedy stało się coś dziwnego.
- Ej, chyba miałaś być na diecie?- odezwał się głos w jej głowie. Od razu skojarzył jej się z czekoladą – słodki, ale głęboki. Dziewczyna zatrzasnęła drzwi szafy, zeskoczyła z krzesła i pobiegła do kuchni. Zajrzała do pudełka z pieczywem. Był tam. Dziewczyna wzięła do ręki pączek i już zbliżyła go do ust, kiedy w jej myślach coś szepnęło:
- Koleżanko,  do końca diety chyba jeszcze miesiąc? – głos był nienaturalnie słodki, ale pociągający. Przerażona Julia czym prędzej zwinęła pączek w papier, rzuciła go na blat i pognała do pokoju młodszego brata. Otworzyła drzwi na całą szerokość i z rozmachem dopadła do szafy, gdzie była tajna skrytka Bartka. Wzięła z niej torebkę chipsów i już chciała ją rozerwać, gdy...
- Już chcesz się poddać?! – odezwał się z wyrzutem nieco szorstki głos. Dziewczyna była już porządnie wkurzona i głodna, ale otworzyła okno i wyrzuciła przez nie chipsy ku uciesze dzieci bawiących się na podwórku.
              Wściekła Julia ubrała adidasy. W rozpędzie zamknęła drzwi i zbiegła z piątego piętra aż na podwórze i ile sił w nogach pobiegła do osiedlowej Żabki. Rozejrzała się i podjęła decyzję. Dwie minuty później wyszła ze sklepu ściskając w rękach parówkę w bułce i z zachwytem się w nią wgryzła. Radośnie zauważyła, że nieco ketchupu wyciekło z bułki.
- Hot-dog nie pyta, hot-dog rozumie. – mruknęła z zadowoleniem.
 

pieski14
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

etta.pinger.pl
 


 "Ból to takie zjawisko, które tłumaczy Nam, że gdzieś popełniliśmy błąd. Zjawiliśmy się w nieodpowiedniej chwili i w nieodpowiednim miejscu. Poszliśmy nie w tą stronę, wypowiedzieliśmy nie to słowo. Ból to taka kara za pewną część życia. Ból daje nam czas na przemyślenie błędu, jaki popełniliśmy. Ból uświadamia Nas, że obraliśmy zły kierunek życia. Powinniśmy nawrócić lub wybrać inną drogę, zrobić cokolwiek by nie trwać przy tym co dotychczas."
Czuję, że on mija z czasem, ale mija.
W życiu każdego człowieka nadchodzi taki czas, w którym daje się odczuć utratę czegoś ważnego. Nie musi to być rzecz, czy bliski człowiek. Tracimy coś wewnątrz siebie. Na przykład wiarę, że kiedyś może być lepiej.

*     *      *

- Ej. – szepnęła. Chłopak spojrzał na Nią zaspanymi oczyma.
- Przepraszam, nawet nie spostrzegłem kiedy tak naprawdę zasnąłem.
- Nie musiałeś tutaj siedzieć. – powiedziała uśmiechając się.
- Chciałem.
- Dlaczego tutaj ze Mną zostałeś? – zapytała.
- Bo na nikim Mi tak cholernie nie zależy. Nikt tak bardzo nie zawładnął Moim sercem. Cokolwiek robię, staram się to robić względem Ciebie. Próbuję Ci pomagać, być – zawsze. Chcę Cię kochać. Chcę Cie obdarować swoją miłością. Chcę żebyś wiedziała, że jest ktoś, dla kogo jesteś ważna. – Kamila przerwała Mu kładąc palec na Jego ustach. Przygryzła lekko wargę, dając Mu znak żeby się zbliżył.
- Ja Ciebie też. – szepnęła, namiętnie łącząc wargi.

Moje życie to ciągła lista niepowodzeń. Ciągnąca się od jednego do drugiego. Z czasem przestało mi zależeć na tym by przetrwać. Bo po co?  
Teraz już wiem czego wcześniej nie zauważałam. Ja go kocham, ja go potrzebuje. Może to naiwne ale nie mam, żadnych obaw. Pierwszy raz nie martwię się o nic. Ufam mu w stu procentach. Tak to bardzo nieodpowiedzialne...

Kiedyś, już jakiś czas temu, popełniłam ogromny błąd, który teraz ciąży za mną gdziekolwiek spojrzę, czy pójdę. Byłam trochę innym człowiekiem. Nie wiem czy lepszym, czy gorszym. W każdym razie - innym. I chyba ta inność, chęć poznawania świata, ludzi, bycie niezależnym, bycie sobą, doprowadziło do tego, że jestem tu, gdzie jestem, z przeszłością nakreśloną wieloma błędami, nieuczciwością i egoizmem.
Chyba każdy z Nas czegoś żałuje. Rzecz jasna, po stracie. Każdy zrobił coś niepotrzebnie, za późno, zbyt pochopnie. Każdy choć raz poszedł w złą stronę, poznał niewłaściwego człowieka. Każdy z Nas kiedyś uwierzył w czyjeś słowa.
Można żałować wielu rzeczy - że się nie spróbowało, że się poddało, że się o czymś zapomniało, że się spóźniło, że się coś kupiło, że się nie odebrało telefonu, że się nie poszło, że się zaufało.
Tak. Najgorszą rzeczą zrobioną kiedykolwiek przeze mnie było ZAUFANIE nieodpowiednim ludziom.
A teraz wydaję się, że znowu to robię.

*     *     *
Ludzie uważają się za słabych. Nie walczą, bardzo często zbyt wcześnie się poddają, upadają, a co gorsze uciekają, jakby byli pewni, że są w stanie zostawić przeszłość za sobą.
Dlaczego nie walczymy? Tylko mówimy sobie, że to zbyt wiele, że nie podołamy, że to nie dla nas, nie na nasze możliwości. Dlaczego wmawiamy sobie kompletne bzdury? Dlaczego próbujemy się usprawiedliwiać przed czymś, co z góry uznaliśmy za zbyt trudne i dlatego odpuściliśmy? Dlaczego tacy jesteśmy? Dlaczego uważamy samych siebie za tak cholernie słabych?

*     *     *

Kabina prysznicowa powoli się rozsunęła. Jej mokre, opadające na ramiona włosy co jakiś czas wypuszczały kroplę wody, która swobodnie zsuwała się po nagich plecach. Zawinęła swoje kruche ciało białym ręcznikiem, po czym energicznie opłukała twarz wodą.
Mogłabym tak bez końca uderzać się czymś w twarz, tym samym robiąc sobie nadzieję, że to wszystko jest tylko złym snem. Mogłabym upijać się do nieprzytomności, by przez dłuższą chwilę tak po prostu zapomnieć.

- Cześć. – szepnął Filip, lekko rozproszony.
- Wejdź. – wycedziła przez zęby Kamila.– Przepraszam, że ja tak w samym ręczniku..
- Nie szkodzi. – zaśmiał się brunet.
- Chodź na górę, muszę się przecież ubrać. – odpowiedziała, zaprowadzając chłopaka do pokoju.
„Tak naprawdę to nie wiem, czy chciałam mieć teraz kogoś obok. Nie czułam się na siłach do rozmowy. Wolałabym zostać sama. Ale z drugiej strony, samotność nie jest dobrym doradcą. Zaczynam się bać życia, a najbardziej tego, że przyjdzie taki moment, w którym nie będę potrafiła sobie poradzić. Zgubię się i zginę, bo nikogo nie będzie obok.”
Ubrana w krótkie shorty, zieloną bokserkę i włosy zwinięte w kucyk w końcu opuściła łazienkę.
- Dziewczyna, która spędziła w łazience pięć minut, nie mając na sobie makijażu ani idealnie ułożonych włosów, wygląda tak nadzwyczajnie bosko. – szepnął chłopak zerkając znad laptopa.
- Przesadzasz. – syknęła.
- Pijemy? A to z jakiego powodu? – zapytała dziewczyna, unosząc w górę butelkę Johnego Walkera.
- A czy musi być jakiś powód?
- No niekoniecznie. – syknęła, powoli się uśmiechając. Wyszła na balkon, rozsiadając się na leżaku. Wzięła łyka dość mocnego trunku prosto z butelki, chwilę później odpalając papierosa.
- Czyli widzę, że się nie obijamy z piciem. Bez mieszania i innych tych dupereli. Mocna jesteś. – rzucił Filip, siadając naprzeciwko Niej.
- Szkoda mi czasu. – odpowiedziała, zaciągając się.
- Radzisz sobie? – zapytał, biorąc łyk alkoholu.
- Próbuję. Staram się jak mogę. Ale nie wychodzi. Czemu te cholerne wspomnienia tak bardzo siedzą mi w głowie?
- One zawsze będą Ci w niej siedziały. Choć nie wiadomo jak bardzo byś się starała to wszystko zapomnieć, to niemożliwym jest wymazać matkę z pamięci.
- Masz rację. Ale nie chcę już się męczyć. Dlaczego, kiedy miałam ją obok i była, jaki był wcale tak bardzo mi nie zależało na rozmowie z nią? A gdy już odeszła, tak na zawsze, zapragnęłam poznać ją lepiej, chcąc nadrobić te stracone przez nią lata.
- Człowiek docenia po stracie. To normalne i nie masz się o co obwiniać. – odpowiedział, podając Jej butelkę. Zgasiła papierosa w popielniczce, ogrzewając twarz w słońcu. Wypiła kilka łyków, po czym delikatnie się uśmiechnęła.
- Rób to częściej. – syknął chłopak, popijając.
- Że niby co? – zapytała.
- Uśmiechaj się. Pomimo wszelkich problemów i sytuacji, które niszczą Ci psychikę. Choćbyś miała udawać przed samą sobą, że wszystko jest dobrze, rób to. Pamiętaj tylko, że to pomaga, ale nie pozwala zapomnieć na zawsze.
- Ja nawet nie wiem, czy chciałabym zapomnieć na zawsze. Przecież to właśnie na wspomnieniach żyje człowiek. Na masie pięknych chwil, które może sobie odtworzyć w każdym momencie. Nie chcę wymazać mamy z pamięci, pragnę pogodzić się z Jej śmiercią.
- I tak trzymaj. – szepnął chłopak. – Oo, kończy się napój. – powiedział, machając Jej przed oczyma butelką.
- Kocham Cię wiesz?- wypaliła.
- Wiem.- odpowiedział jej krótkim pocałunkiem oznaczającym " ja ciebie też".
  • awatar Die Bitch!: Świetne *_* Masz talent :d Wpadnij do nas ;3
  • awatar My imaginary world♥: Magia nie odstępuje twojego opowiadania na krok jak widzę :) Pięknie to wszystko napisałaś. Pokazałaś w tym rozdziale prawdę o ludziach, o nas. Wspaniały, pełen magii rozdział. Czekam na następny :3
  • awatar Victoria Green: o kurka wodna! Czysta magia, jeszcze miałam taką idealnie pasującą piosenkę do tego. Czysta magia. Czytając ten rozdział rozbudziałaś moja tęsknotę za Twoim stylem, za powiadaniem, za postaciami. Kurcze, po prostu idealny. Piszesz juz kolejny? Czekam i przepraszam za zwłokę.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

lovelovelas
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

thesett16
 
taki oto jest nowy tytuł :)
podoba się? Mi tak xD
na Wasze życzenie

O KOMENTARZE PROSZĘ JAK ZWYKLE :D
poprzedni rozdział
thesett16.pinger.pl/m/22153070

ja tylko w skrócie przypomnę iż Ada z Dantem poszli do łóżka, a teraz...

ROZDZIAŁ XIX

Leżeliśmy z Dantem na jego łóżku, przykryci jego kocem bardzo długo. Moja głowa spoczęła na jego wyciągniętej ręce, ale ułożyłam się bokiem z twarzą skierowaną w ten sposób, abym mogła wpatrywać się w zieleń jego kocich oczu. Prawą ręką błądziłam po jego piersi, a gdy znalazłam serce zatrzymałam dłoń. Chciałam czuć jego bicie, pod moimi palcami. Zamknęłam oczy.
Po chwili chłopak się uśmiechał, ja również lecz żadne z nas się nie odzywało. Pocałował mnie w czoło, a ja się zaśmiałam. Po kilku minutach wstaliśmy i zaczęliśmy się w ciszy ubierać.
Do niczego oprócz pocałunków między nami nie doszło.
Gdy już wciągnęłam na siebie sweter, odwróciłam się w stronę Dantego.
–    Odwieźć cię do domu? - zaproponował zakładając czystą koszulkę.
–    Odnoszę wrażenie, że zaciągam sobie u ciebie dług wdzięczności. - podszedł do mnie i położył mi dłoń na policzku.
–    W każdej chwili możesz go spłacić, jeśli masz taka ochotę.
Czułam się przy nim inaczej. Doskonale znałam do uczucie, ale od kilku miesięcy nie doznawałam go. Patrząc mu w oczy widzę, bezpieczeństwo i dobro, którego nie dostrzegałam przedtem. Gdy jest blisko, serce zaczyna mi bić szybciej, a ja nie umiem go powstrzymać.
Nie zwracałam uwagi, na jego rękę przy moim policzku, lecz przycisnęłam czoło do jego piersi. On niepewnie objął mnie jedną ręką, a drugą położył na moich włosach. Staliśmy tak przez kolejne kilka minut, aż do pokoju zapukał Marcel. Ja jednak napawałam się każdym uderzeniem serca Dantego.
Od długiego czasu, nie czułam się taka szczęśliwa.

*

W domu było cicho. Przekraczając próg poczułam lekkie ukłucie w sercu, ale nie zwróciłam na to uwagi. Zawołałam Caterinę, ale nikt się nie odezwał. Spróbowałam zrobić to samo, ale wypowiedzieć imię Dominika. Odpowiedziała mi cisza. Wiedziałam że go tutaj nie ma, w końcu kilka godzin temu był w szpitalu i pewnie nadal tam siedzi, delikatnie i dyskretnie poniekąd przytrzymując dłoń Marcina. Z każdym dniem coraz bardziej zaskakuje mnie to, jak oni mogą się tak mocno kochać kochać.
Idealna harmonia domku z kart zaczyna się odbudowywać.
Ja udałam się na górę, do swojego pokoju. Ku mojemu zaskoczeniu panował tam totalny harmider. Stolik do kawy był potłuczony i wywrócony, regał z książkami leżał na ziemi, szuflady z komody były powyciągane, a rzeczy z niej walały się po całej podłodze. Gdy przekroczyłam próg, złapałam się głowę. Co mogło się tutaj stać? Kto tutaj był? Pytałam sama siebie.
Prędko wyciągnęłam ze spodni komórkę po czym wybrałam numer do brata. Sygnał nagle się urwał. Zatelefonowałam do Marcina, to samo. Do Dominika, to samo. Ktoś lub coś blokowało mi połączenie, a to sprawiło że zaczynałam panikować.
Znowu zabolało mnie serce, tym razem ból był silniejszy. Oparłam się o ścianę, usiadłam i przyciągnęłam nogi do twarzy czoło opierając na kolanach. Starałam się głęboko oddychać. Joe twierdzi że da się nad tym zapanować. Że gdy dojdę do wprawy, będę mogła panować nad bólem. Jednak na razie, on całkiem przejmuje nade mną kontrolę. Ręce mi się trzęsły, czułam że oni są blisko. Że zaraz wpadną mi do mieszkania, zdobędą to po co przyszli a na dodatek mnie zabiją.
Nie boję się śmierci.
Wielokrotnie zaglądałam jej w oczy, tak samo jak ona mi. Czasami chcę nawet żeby zgraja nieśmiertelnych poderżnęła mi gardło, nie miałabym wtedy problemów. Mogłabym zaznać spokoju. Wierzę, że w pewnym sensie istnieje jako takie życie po śmierci. Że coś tam jest. No bo gdyby nie było, to po co my w ogóle żyjemy? Po co to wszystko? Po co staramy się być jak najlepsi? Problem w tym, że ja nie mogę tak po prostu odejść. Umrzeć i zostawić to wszystko tutaj, na ziemi. Nie mogę, bo jestem zobowiązana chronić wojowników. Starać się z całych sił, żeby oni żyli i robili to, co do nich należy. Nie mogę też, ponieważ złożyłam przysięgę bronić rebeliantów.
Nagle usłyszałam rozbijane szkło. Serce zabolało mnie mocniej, tak że z ust wyrwał mi się cichy krzyk. Na dole rozległy się przeciągnięte wrzaski i porykiwania, a na schodach było słychać czyjeś ciężkie kroki. Wcale nie jednego stworzenia, lecz całej bandy. Miałam nadzieję, iż gdy będę cicho siedziała w pokoju, to sobie pójdą albo przeoczą mnie i przeżyję. Nadzieja jednak, matka głupich. Tak mówią.
Po kilku długich i męczących minutach, hałas ucichł. Ja wiedziałam jednak że wrogowie nie oddalili się daleko, ponieważ nadal czułam pieczenie w klatce piersiowej. Wybrałam numer Dominika. Tym razem sygnał nie został przerwany.
–    Domino. - szepnęłam do słuchawki. - Musisz natychmiast przyjechać do naszego domu. Powiadom o tym wojowników.
–    Zaraz, co się stało? - spytał. - Dlaczego szepczesz?
–    Proszę – mój głos zamienił się w łkanie.
Rozłączyłam się i czekałam na pomoc, tuląc podkulone nogi i kołysząc się w przód, w tył. W przód, w tył. W przód, w tył...
Gdy wojownicy wreszcie się zjawili, zbiegłam po schodach na dół, uporczywie wycierając łzy i tłumacząc im szybko co się wydarzyło. Nie miałam pojęcia co wtargnęło do domu, wiem tylko tyle iż byli to nieśmiertelni. Oni nie są ludźmi, więc mam pewnie prawo mówić co, zamiast kto.
Po nich przyszedł Dominik. Nie musiałam go widzieć, wystarczy iż ból zelżał na tyle, że czułam tylko lekkie ukłucia przy każdym uderzeniu serca.
–    Wiesz jak wyglądali? - spytał zaniepokojony Joe. Marcin leży w szpitalu więc przypuszczam, że na jego miejsce strażnik wezwał mojego brata.
–    Znam wiele rodzai demonów, ale tych nie rozpoznałam nawet po ich wyciu i ciężkich krokach.
Wtedy nagle padłam na kolana z powodu fali bólu. Zauważyłam też, iż Domino ciężko oparł się o pobliską ścianę, łapczywie łapiąc oddech. Palce przyciskał do skroni. Nie, nie palce. Całe dłonie. A może to nie on? Mam mroczki przed oczami, możliwe że mylę osoby. Brat podciągnął mnie na nogi, po czym wszyscy wyszliśmy na taras. Szłam z nim pod rękę.
Naszym oczom ukazało się najgorsze stworzenie jakie znam.
Harpia.
–    Proszę, proszę! A gdzie szef waszego małego gangu, drugiego pokolenia? - powiedziała. Ona, kobieta stojąca na czele armii harpii. Persefona.
Brzmi jak z mitologi? I tak właśnie jest, rzecz tylko w tym, iż tutejsze harpie przypominają z wyglądu zwyczajnych ludzi, a przynajmniej z twarzy. Na stopach mają szpony, które potrafią jednym kopniakiem zabić, a dłonie zakończone są ostrymi pazurami. Uwielbiają wpijać je w ludzkie tętnice. Zęby maja zaostrzone jak kły, a skórę chorobliwie bladą, pokrytą w strategicznych miejscach łuskami, jest cienka i widać spod niej większość fioletowo-niebieskich żył. Na ich plecach znajdują się olbrzymie skrzydła, pokryte są łuskami w rożnych odcieniach. Od czerwonego przez zielony, aż do czarnego. Ich oczy.... oczy to najgorsza zmora. Emanują niebezpiecznym blaskiem, u połowy są czerwone, u drugich zaś żółte. Trenerzy ze szkoły wojowników, nauczyli mnie bym nie utrzymywała zbyt długo kontaktu wzrokowego. Mówią iż harpia potrafi zahipnotyzować swoim spojrzeniem. Nie wierzę w to, nie mniej nie patrzę im w oczy. Te demony w większości są płci żeńskiej, ale jest też cała masa mężczyzn. Oni oczywiście są silniejsi, nie chciałabym stanąć z którymś z nich, oko w oko. Podobno zabijają uderzeniem ręki.
Persefona stała pewnie przed nami, skrzydła opadały swobodnie na ziemię. Dotykały jej ze względu na swoją rozpiętość, złożone ciągnęły się po ziemi. Za nią znajdowała się spora grupa nieśmiertelnych. Ta kobieta, akurat stoi na czele harpii. Na nasze nieszczęście rządzi też podziemiem nieśmiertelnych. Zastanawiam się dlaczego pofatygowała się żeby osobiście zjawić się na ziemi. Rzadko kiedy opuszcza podziemia.
–    Dobrze wiesz, że to nie jest drugie pokolenie, Persefono – mój brat zwrócił jej uwagę, zupełnie jakby nie była najpotężniejszym z demonów.
–    Wybacz to niedociągnięcie, Josephie – nikt tak nie nazywa Joe'go poza moimi rodzicami, których zresztą tutaj nie ma. Harpia nadal stała niewzruszona podczas gdy podtrzymujący mnie brat, westchnął niecierpliwie.
W tej chwili ktoś złapał moje ramię, to Domino. Popatrzył mi w oczy i pokręcił głową. Wiedział że coś się kroi, ja zresztą tak samo. Przecież demony nie przyszły sobie ucinać z nami pogawędki. Puściłam rękę brata i odsunęłam się kawałek. Angela spojrzała w moją stronę, w jej oczach widziałam przerażenie. Ja pewnie wyglądałam tak samo. Teraz podpierałam się o przyjaciela.
–    Masz zamiar toczyć ckliwą rozmowę, czy przejść do rzeczy? - spytał w końcu Joe, rozkładając nieporadnie ramiona.
–    Nie przybyłam z podziemi tylko po to by was zabić, chociaż mogłabym – Persefona założyła ręce na piersiach. - Przyszłam was tylko ostrzec. Oczekuję od wojowników esencji życia, wiesz o tym. Jeżeli nie dostanę jej w ciągu miesiąca. Zniszczę wasz mały świat – przy tych słowach wykręciła palcem wskazującym kółko w powietrzu.
Rozciągnęła usta w szaleńczym uśmiechu, odsłaniając przy tym swoje kły. Ruchem ręki kazała reszcie harpii się wycofać. Sama zwlekała chwilę, po czym udała się z powrotem do podziemi.
Bałam się. Z tamtą chwilą doszczętnie sparaliżował mnie paniczny lęk.
Postanowiłam pójść więc na długi spacer, aby oczyścić myśli. Czyste powietrze, woda i piasek to rzeczy, które mnie uspokajają. Napawają spokojem i odpychają problemy. Przechadzając się na plaży usłyszałam pisk opon. Pobiegłam do pobliskiego drzewa stojącego w parku i chowając się za nim obserwowałam czterech facetów wysiadających z wozu. Byli wielcy, przypakowani i każdy miał na sobie ciemno-zielony mundur. Zauważyłam jak idą w moją stronę, widzieli mnie. Na pewno. Zaczęłam uciekać, a oni puścili się biegiem za mną. Byłam przerażona. Znowu. Na dworze robiło się już ciemno, brat ostrzegał mnie żebym nie włóczyła się sama po nocy, bo podejrzliwi ludzie mogą wyczuć kim jestem.... czym, jestem. Uciekałam długo, aż potknęłam się o wystający korzeń i wyłożyłam się jak długa na trawniku. Potem poczułam jak coś ciężkiego, uderza mnie w tył głowy.
Pamiętam jeszcze tylko ciemność przed oczami.

________________________________________________
bractwo2.jpg


MACIE PYTANIA?
TO PYTAJCIE :)
  • awatar Zagubiona szara mycha: Nowa nazwa jest nawet lepsze od poprzedniej. :) Persefona- nowa postac. :D Fajny pomysl z wprowadzeniem jej do powiesci. Na razie brak pytan. Albo jednak mam jedno. Jak ludzie moga wyczuc,ze ktos jest straznikiem,albo wojownikiem?
  • awatar I Niech Los Zawsze Nam Sprzyja! ♥: @Zagubiona szara mycha: wojownika jest wykryć łatwiej tylko że... kurwa całkiem zapominałam to napisać w powieści O_O oni na ręce mają piętno. A strażników wykrywa się w inny sposób. Ale to w innym rozdziale :D
  • awatar ι'м мσяє тнαи нυмαи ♡: Mam pytania: Dlaczego ty tak dobrze piszesz? :*
Pokaż wszystkie (7) ›
 

dressandtie
 
Kochałam wstawać rano. Uwielbiałam poranki, gdy mogłam wypić filiżankę mojej ulubionej herbaty i zjeść porządne śniadanie. Wtedy znajdowałam czas na skompletowanie mojego stroju do pracy oraz na dobranie idealnej fryzury.
Wstałam o piątej rano. Miałam do skończenia sprawdzanie umów stałych pracowników oraz sprawdzenie mojej skrzynki e-mailowej. Cieszyłam się, że z samego rana mogę myśleć o mojej pracy,firmie i o tym jak wiele osiągnęłam mając zaledwie dwadzieścia dwa lata. Moja traumatyczna przeszłość nie przesądziła o mojej przyszłości.
W czarnym, satynowym szlafroku przeszłam do kuchni znajdującej się na parterze mojego penthausu. Uśmiechnęłam się gdy tylko zobaczyłam na blacie kuchennym talerz z omletem,papryką i serem feta. Obok stała filiżanka czarnej herbaty. Posłodzona dwiema łyżeczkami słodziku, z cytryną i sokiem malinowym. Zabrałam naczynia ze sobą na górę, do mojego gabinetu. Podłączyłam laptopa do gniazdka  czym prędzej odpaliłam go, aby jak najszybciej zakończyć moją pracę. Ukroiłam w między czasie kawałek omleta, który aktualnie spoczywał w moich ustach. Zabrałam się za sprawdzanie umów, których nie udało mi się dokończyć w trakcie weekendu. Spędziłam cały weekend przy sprawdzaniu ponad tysiąca umów moich pracowników. Musiałam sprawdzić czy wynagrodzenia są odpowiednie do zajmowanych stanowisk, czy premie wpływają regularnie na konta osób, które wykazują się potencjałem i co konieczne musiałam sprawdzić wszystkie dane osobowe. Kilka umów leżących na moim mahoniowym biurku. Spojrzałam na ekran przenośnego komputera i po raz kolejny się do siebie uśmiechnęłam. Dzięki stałemu przeglądaniu poczty miałam zaledwie kilka nieodebranych wiadomości w tym cztery od Daniela Simpsona, mojej "sekretarki". Lubiłam Daniela, bo wykonywał swoje obowiązki sumiennie i zawsze wyrabiał się czasowo.Mogłam na niego liczyć o każdej porze dnia i nocy, przez co cierpiało jego życie towarzyskie, bo jego wymagająca szefowa, Victoria Green potrzebowała go niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wynagradzałam jego pracę wysoka wypłatą i nie niskimi premiami.
Czytałam treść e-maili odpisując po kilka zdań lub po prostu usuwając nie interesujące mnie reklamy. Miałam dość tego, że na moją skrzynkę pocztową wysyłane były reklamy, które tylko zagracały miejsce i zabierały mój cenny czas. Spojrzałam na umowy leżące teraz obok pustego talerza po omlecie i filiżanki z niedokończona herbatą. Przejrzałam już większość, zostały mi dwie, ale musiały poczekać, aż będę jechała do pracy. Sprawdzę je w samochodzie, a teraz powinnam się już szykować, aby wyrobić się na godzinę siódmą. Przeszłam do mojej sypialni, aby za chwilę pojawić się w garderobie. Z niewysokiego białego, kamiennego blatu sięgnęłam pilota, w który wprowadziłam ciąg liczb umożliwiający wysunięcie się odpowiednich półek ze spódnicami, żakietami,bluzkami czy butami. Wybrałam czarną, ołówkową spódnicę i pasujący do niej żakiet,pod marynarkę założyłam biały top, sięgający za mój biust. Wybrałam czarne szpilki. Przeszłam do łazienki znajdującej się tuż obok sypialni. Wzięłam gorący prysznic, aby oczyścić umysł z porannego bałaganu myśli. Wytarłam skórę białym ręcznikiem i założyłam bieliznę. Ubrałam wcześniej przygotowany komplet i zabrałam się za makijaż. Postawiłam na czerwone usta, jedyny kolorowy element wyróżniający się z mojej stylizacji. Włosy zostawiłam rozpuszczone. Długie, brązowe włosy przerzuciłam na prawe ramię uśmiechając się do swojego odbicia.

-Daniel, schowaj te umowy do sejfu. Wszystkie są sprawdzone i podpisane przeze mnie. Mam dziś jakieś spotkanie?- spojrzałam wyczekująco na blondyna w czarnym  garniturze stojącego w progu mojego gabinetu. Podszedł do mojego biurka aby zabrać dokumenty, a jego twarz wyrażała powagę. Niebieskie oczy spoczęły na moim biurku, gdy zabierał ważne umowy.
Rozejrzałam się po moim gabinecie. Pomieszczenie samo w sobie było ogromne, wiele przestrzeni do zagospodarowania przez moich projektantów. Tak też się stało. Zachodnia ściana była całkowicie przeszklona w celu podziwiania widoków z trzydziestego piętra mojego wieżowca. Południowa ściana była zagospodarowana w celach czysto służbowych. Stała tam jedna,czarna kanapa i dwa fotele tego samego koloru, pomiędzy meblami stał mały, przeszklony stolik do kawy. Obok znajdowały się czarne drzwi do małej, prywatnej łazienki. Przy wschodniej ścianie stało moje, ciemne biurko. Północną powierzchnię okupowały drzwi wejściowe, również czarne i kilka obrazów artystów współczesnych. Kolorystyka gabinetu skupiała się na odcieniach białych,szarych i czarnych.
-O godzinie dziesiątej ma pojawić się Pan Alexander Cromwell, chce osobiście omówić z panią umowę o kupno jego budynku przy Flushing Ave. O godzinie dziesiątej trzydzieści przyjdzie Pan Nicolas, chce zabrać panią na lunch.-nie miałam czasu dla Nicolasa przez cały weekend. To mój przyjaciel, a ja zaniedbuję go.- Następnie o godzinie czternastej ma pani spotkanie z technikami z C&G.
-Dziękuję Daniel.-usiadłam na wygodnym,skórzanym fotelu i włączyłam laptopa stojącego na moim wielkim biurku. Rozejrzałam się w poszukiwaniu mojej czarnej torebki, musiałam wyjąc telefon, bez którego nie ruszałam się na krok.
-Za chwilę przyniosę herbatę, a teraz zaniosę te umowy. Potrzebuje Pani jeszcze czegoś?-zapytał przenosząc swój wzrok na moją twarz.
-Nie, dziękuję.- blondyn odwrócił się na pięcie i ruszył ku wyjściu z mojego gabinetu. Liczyłam na to, że nie będzie mi zawracał już głowy. Muszę się przygotować na trudne negocjacje z Cromwellem. Równie ważnym i szanowanym biznesmenem w Nowym Yorku co ja. Bałam się, że nasze pierwsze spotkanie zakończy się kompletną klapą. Nie mogłam pozwolić, aby szansa rozpoczęcia interesów z Alexandrem została mi wyrwana z rąk.

9:55
Po raz kolejny spojrzałam wyświetlacz mojego telefonu.
Nienawidziłam osób spóźnialskich.
Alexander Cromwell za pięć minut zaliczy się do tego grona.
Telefon stojący na biurku zadzwonił.
Przycisnęłam biały, wypukły guzik.
Głos Daniel rozniósł się po pomieszczeniu, sprawiając, że uśmiechnęłam się pod nosem.
-Pan Cromwell oczekuje na spotkanie z Panią.
Idealnie.
-Proszę go wpuścić.
-Dobrze.- odpowiedział i się rozłączył, odpowiedziała mi głucha cisza, dlatego zabrałam palec z przycisku. Wstałam z mojego fotela i poprawiłam ołówkową spódnicę. Przejechałam rękoma po żakiecie, prostując wszystkie zagniecenia.
Drzwi się otworzyły w tym samym momencie, gdy moje ręce zakończyły wędrówkę po moim ciele.
-Pan Alexander Cromwell, proszę Pani.
Podniosłam wzrok i zamarłam.
On był piękny.
Nie przystojny. Piękny.
Niebieskie tęczówki, odcieniem przypominające głębie oceanu. Krótkie, idealnie wystylizowane brązowe włosy krzyczały tylko o to, aby zanurzyć w nich palce i nie przestawać ich dotykać. Atletyczna sylwetka, uwydatniona czarnym garniturem, białą koszulą i granatowym krawatem.
Zdążyłam złapać jego wzrok i podeszłam do bóstwa w ciele człowieka, aby nie wyjść na kompletną idiotkę. Musiałam doprowadzić do tego aby Cromwell podpisał ze mną dokumenty, a nasze interesy miały jakiś odcisk na mojej i jego przyszłości.
-Dzień dobry.-powiedziałam, wyciągając prawą dłoń w kierunku atletycznej sylwetki mężczyzny. Podniósł rękę i uścisnął moją dłoń następnie przykładając ją do ust i delikatnie cmokając. Moje ciało objął dreszcz, sygnalizujący nadejście gęsiej skórki.
-Dzień dobry, panno Green. Cieszę się, że mam okazję prowadzić z panią interesy.-uśmiechnął się szarmancko i puścił moją rękę. Jego głos podwoił ilość dreszczy rozchodzących się po moim ciele. Czy ten mężczyzna czuł to samo?
Odsunęłam się na kilka kroków i odetchnęłam wypuszczając wcześniej przetrzymywane powietrze w moich płucach.
-Może usiądziemy?-zaproponowałam delikatnie się uśmiechając.
-Dobrze.-wskazałam rękę na ciemne kanapy ustawione przy przeciwległej ścianie, obok których stał szklany stolik do kawy. Alexander zatrzymał się tuż obok mnie. Spojrzałam na niego zdezorientowana. - Panie przodem, panno Green.
Ruszyłam ku meblom, aby wygodnie usiąść na ciemnej kanapie, gdzie będę miała idealny widok na elektryczny zegarek stojący na moim biurku.
-Za chwilę Simpson przyniesie dokumenty, które musimy omówić i podpisać. Może napiję się pan czegoś?
-Może, przejdźmy na "ty"?-zaproponował nie odpowiadając na moje pytanie.
-Panie Cromwell, spotykamy się tu tylko i wyłącznie w sprawach czysto biznesowych. Moi partnerzy czy klienci są dla mnie ważni, dlatego nie mam zamiaru się z nimi spoufalać.
-Dobrze, Victorio. Inni klienci czy partnerzy biznesowi też zostają pożarci wzrokiem gdy tylko pojawiają się w twoim gabinecie, Victorio?
O, nie!
tumblr_static_tumblr_mrmsuvjawx1ssbiw8o1_500.png


W końcu i rozdział 1 ! Jestem z siebie dumna. Mam wiele zaległości przez moje ciągłe wyjazdy.Nawet nie zdążyłam zacząć oglądać TVD, nie,nie, nie.
Wczoraj byłam w parku linowym i naprawdę POLECAM. Wielki test ludzkiej wytrzymałości i psychiki (wiem, coś o tym).
Nie waaażne, opowiadam o moim nudnym życiu prywatnym.


Czekam na szczere opinie.
*rozdział sprawdzony*
  • awatar My imaginary world♥: O Mój Boże! Tak idealnie to wszystko opisałaś,że czytając rozdział miałam to wszystko przed sobą. Jakbym to JA była Victorią. Świetny rozdział. Chociaż to za mało. To niewiarygodnie dobry rozdział. Naprawdę :3 Zazdroszczę talentu. Błagam! Opublikuj jak najszybciej następny ;_; Serdecznie pozdrawiam A. Wiktoria ;)
  • awatar *Etta*: Opowiadanie zdecydowanie nie w moim stylu ale postaram się czytać.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

thesett16
 
KTO ZAMAWIAŁ DŁUUGI ROZDZIAŁ ? :D
gdyby ktoś przegapił rozdział 17 to macie go pod tym odnośnikiem:
thesett16.pinger.pl/m/22142447

ROZDZIAŁ XVIII

Z okna w moim pokoju można wyjść bezpośrednio na dach garażu, który jest połączony z domem. Często na nim siedzę. Tak samo jak teraz.
Trawię to co się przed chwilą stało. To że Marcin już nie będzie mógł być wojownikiem. Zastanawiam się kto obejmie dowództwo. Piotrek leży od kilku dni nieprzytomny w szpitalu, a mój przyjaciel będzie operowany. Nieśmiertelni mają wprost wymarzoną sytuację do ataku, to właśnie tego tak bardzo się obawiam. Jako strażnik muszę myśleć o takich rzeczach.
Oprócz tego, myślę też o Dominiku. Zastanawiam się czy udało mu się pogodzić z Marcinem, w co wątpię bo jakoś niespecjalnie po nich widać, aby którykolwiek z nich przyznał się do błędu.
Lubiłam siedzieć w ciszy. Z mojego okna widok rozciągał się na pola.
Ja na dachu, a wokół same pola. W większości pokryte grubą warstwą śniegu. Taras mamy w niepojęty dla mnie sposób, ogrzewany także ludzie spokojnie mogą tam sobie tańczyć pół nago, ale ja na dachu jestem ubrana w grubą zimową kurtkę. Niegdyś należała ona do mojego brata. Teraz mam ją ja. Lubię nosić jego rzeczy, przypominają mi o domu. Nie chcę przyznawać się do tego, iż przed wyprowadzką ograbiłam szafę Joe'go, ale tak właśnie było. Z ogródka słychać muzykę, ja tymczasem jestem pogrążona w transie. Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk otwieranego okna. Odwróciłam się gwałtownie w obawie, że to ktoś niepożądany.
Na dach ostrożnie wszedł Dante. Uśmiechnęłam się do niego lekko, po czym wróciła do wpatrywania się w odległą, białą nicość.
Chłopak osiadł koło mnie i przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w ciszy. Nie była ona krępująca, wręcz przeciwnie. Była przyjemna. Mogłabym z nim tak siedzieć wieczność. Siedzieliśmy ramię w ramię, przez moment chciałam aby mnie objął, ale szybko wróciłam na ziemię. Od jakiegoś czasu brakuje mi jednak bliskości. Z bratem nie widuję się już na co dzień, Marcin ciągle jest zajęty nadciągającą wojną, Caterina zaczęła spotykać się z Rafałem(chociaż twierdzi, że to nie są żadne randki, albo coś w tym stylu), a Domino wyprowadził się do siostry. Chciałabym więc, aby ktoś mnie do siebie przygarnął. Tęsknię na Neronem, ale najwyższy czas wziąć sobie do serca rade mojego przyjaciela i pogodzić się z faktem, iż on już nie wróci. Nero nigdy nie wróci.
Spojrzałam na Dantego, w nadziei że ten ma wbity wzrok przed siebie. Pomyliłam się jednak ponieważ patrzył na mnie. Uśmiechał się. Też się uśmiechnęłam, ale nadal siedzieliśmy w ciszy. W końcu on ją przerwał, tym samym podejmując rozmowę.
–    Wiesz, goffo. Czasami nie rozumiem ludzi.
Popatrzyliśmy na siebie. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Wyszukałam więc w myślach pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
–    Ja też.
Znowu zapadła cisza. Tym razem była równie przyjemna.
Ja zaczynałam czuć się śpiąca. Sen urządzał sobie natarcie na moje powieki i zaczynał odnosić sukces. Nie byłam w stanie utrzymać ich otwartych. Dosłownie. Ze zmęczenia płożyłam Dantemu głowę na ramieniu. Nie odtrącił jej, nie skomentował też tego w żaden sposób. Powoli czułam jak odpływam, a przed oczyma miałam tylko biel. Niekończącą się, przeraźliwie jasną biel. Chociaż było już ciemno, ona i tak emanowała swoim blaskiem. Odnosiłam wrażenie jakby wsysała mnie do środka i całkowicie pochłaniała. Po chwili oczy mi się zamknęły. Zanim całkowicie zasnęłam, usłyszałam że chłopak mruczy coś niezrozumiałego. Nie wiem co, bo wciągnęła mnie czarna dziura.
Udało się. Sen zatriumfował.

*

Znowu nic mi się nie śniło, a może śniło tylko nie pamiętam. Za pierwszym podejściem nie dałam rady otworzyć powiek, jakby były do siebie sklejone, albo sen nie odpuścił jeszcze wystarczająco. Po minucie walki, jednak udało mi się lekko uchylić oczy. Przez dwie malutkie szparki, przysłaniane dodatkowo rzęsami zauważyłam, iż Dante siedzi z tyłu mojego łóżka. Ręce miał skrzyżowane na piersi, ciało oparte o ścianę, a głowa opadała mu swobodnie na prawe ramię.
Spał. Lub udawał że śpi.
Delikatnie, po cichu usiadłam. Zdjęłam z siebie koc i dopiero wtedy zauważyłam że nie mam na sobie bluzki. Pierwsze słowo, które cisnęło mi się na usta to było imię. Dante. Nie wypowiedziałam go jednak, ponieważ moje myśli przyćmiła wizja rozbierającego mnie chłopaka, wczoraj w nocy gdy mu zasnęłam na ramieniu.
–    Spokojnie – gwałtownie odwróciłam głowę w jego stronę. Uśmiechał się, lecz nadal leżał wsparty na własnym ramieniu. - Nie zrobiłem ci dziecka, albo coś w tym stylu.
–    Cieszę się.
–    Myślisz że pomyślą sobie coś dwuznacznego, jak zejdę teraz na dół i udam się do domu? - spytał. - Słyszałem już harmider w kuchni.
Nie odpowiedziałam. Wstałam z łóżka, chwyciłam bawełniany sweter i nałożyłam go na siebie przez głowę. Spodnie miałam te same co wczoraj, ale nie miałam ochoty ich zmieniać, a już na pewno nie teraz przy nim. Wisiorek, który wczoraj od niego dostałam nadal dyndał mi na szyi, widocznie Dante zdjął mi bluzkę, ale o tym że mogę się udusić symbolem Bractwa to już nie raczył pomyśleć. Na nogi wciągnęłam wełniane kapcie, zrobione na drutach przez moją babcie, gdy jeszcze żyła. Po wszystkim odwróciłam się w stronę kontaktu. Zmienił pozycję, teraz siedział na brzegu łóżka, łokcie wpierając na kolanach i uważnie mi się przyglądając. Powoli śledził wzrokiem każdy zakamarek mojego ciała, tak jakby nie chciał przegapić żadnego centymetra jego powierzchni. W końcu spojrzał mi w oczy.
Uśmiechnął się szeroko, a ja to odwzajemniłam.
Powoli uczę się jak być miłą dla niego. Małe gesty to już wielki wyczyn. Ale naprawdę lubiłam jak się do mnie uśmiechał. Ja sama lubiłam obdarowywać go moim uśmiechem.
–    Chcesz zjeść z nami śniadanie? - spytałam po chwili.
–    Chętnie – odpowiedział.
Zeszliśmy na dół. W kuchni faktycznie panował rozgardiasz, chociaż zastałam tam tylko brata, Angelę i Caterinę, która nie mogła się przestać śmiać. Jak ja, jeszcze zanim to się stało. Chciałabym być tamtą osobą. Tamtą Adą, która potrafiła śmiać się z byle czego i czerpać radość z małych rzeczy. Tą dziewczyną, która pozwalała życiu swobodnie się toczyć, nie zważając na konsekwencję. Po prostu robiłam to, co sprawiało mi przyjemność.
Tyle tylko że nie mogę nią być. Już nie...
Na widok Dantego, Joe przestał przygotowywać jajecznicę, a dziewczyny zamilkły na moment. Chłopak tylko się uśmiechnął, wyglądał na speszonego. Dziwne, nigdy nie widziałam żeby się czegoś wstydził. Pozory mylą, a ja bardzo myliłam się co do niego. Nie chcę już więcej oceniać ludzi po okładce. Po tym że mają tatuaże i kolczyki w wargach. Po tym że palą papierosy i jeżdżą szybkimi motocyklami ubrani w skórę, bo mogą być całkiem miłym, subtelnym i wrażliwym chłopakiem. Nie powinnam nigdy więcej, oceniać ludzi po ilości żelu w ich włosach, nawet jeśli ich twarz zdobi krzywy uśmieszek chuligana.
–    Dante zje z nami śniadanie? - spytał po chwili milczenia mój brat.
–    Tak. - odpowiedziałam krótko.
Joe skinął głową i wrócił do śniadania. Dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Nie miałam im tego za złe, wiem że przez te kilka krótkich minut trzymały go uporczywie w sobie. Nie chciałam jeszcze siadać do stołu, kontakt widocznie też nie, bo w dalszym ciągu stał przy mnie, uśmiechając się półgębkiem.
Zastanawiałam się gdzie może być Marcin. Prawdopodobnie jeszcze śpi, jednak mimo to postanowiłam spytać o niego.
–    Jak czuje się Marcin? - gdy spytałam chyba nikt mnie nie usłyszał. - Joe! Czy mój przyjaciel jeszcze śpi? Chcę wiedzieć jak się czuje. - brat wreszcie się do mnie odwrócił. Pokręcił głową i wrócił do gotowania. Podeszłam bliżej.
–    Marcin jest w szpitalu. Krótko po tym jak z nim rozmawialiście, zemdlał i zabrała go karetka. Ale spokojnie, nic mu nie jest. To tylko osłabienie spowodowanie przedawkowaniem, jednak musi do jutra zostać na obserwacji.
–    Dziwne że nie słyszałam karetki.
–    Usnęłaś. Twój organizm prawdopodobnie przywyknął do głośnej muzyki, w której udało ci się usnąć i nie odróżnił jej od sygnału pogotowia. Tak działa ludzki słuch. - spokojnie wyjaśnił Dante, zza moich pleców.
–    Mogę go odwiedzić, prawa? - spytałam brata.
–    W każdej chwili.
Odetchnęłam z ulgą. Na myśl o szpitalu kręci mi się w głowie. Nadal nie odwiedziłam Piotra. Nie chcę iść do niego dzisiaj, przy okazji odwiedzin Marcina. Nie chcę żeby bratanek, pomyślał sobie iż przychodzę do niego, bo akurat byłam w szpitalu. Jednak i tak prawdopodobnie by mnie nie wpuścili. To oddział zamknięty, wpuszczają tylko rodziców i rodzeństwo. Nie wiem co musiał zrobić Marcin, żeby mógł go odwiedzić. A po drugie, Piotrek nie mógłby sobie o mnie źle pomyśleć... on leży w śpiączce. Umiera.
Zauważyłam że wyraz twarzy Dantego się zmienił. Spochmurniał. On wiedział o tym że karetka zabrała mojego przyjaciela, a jednak o niczym mi nie powiedział. Nie miałam ochoty teraz go o to pytać, tak więc spytałam krótko:
–    Kawy?
A On odpowiedział:
–    Chętnie.

*

Po posiłku, który minął aż nazbyt szybko umilony naszymi ciągłymi rozmowami, poprosiłam Dantego aby zawiózł mnie do szpitala. Zgodził się, tak więc po tym jak poszłam na górę się przebrać i zarzuciłam na siebie gruby płaszcz do kolan, udaliśmy się do mojego przyjaciela. To znaczy ja się udałam do niego z wizytą, nie on, albo ja z nim. Na dworze było dzisiaj wyjątkowo zimno, jeszcze wczoraj myślałam że zima już odpuszcza, a dzisiaj taki mróz. Jechaliśmy na motorze nieco wolniej niż zwykle i po kilku minutach dojechaliśmy na miejsce. Nie miałam daleko do szpitala, a przynajmniej nie aż tak daleko. Po drodze chłopak poinformował mnie, iż Siciliano dał mu znać że coś się znowu kroi.
Zsiadłam z pojazdu i podziękowałam Dantemu. Przez chwilę przyglądałam mu się w ciszy, podczas gdy on pisał do kogoś SMS-a. Mam nadzieję że nie zauważył tego. Siedział na motorze, jedną nogę trzymał spuszczoną żeby się nią podeprzeć. Był zgarbiony, mocno nachylony do przodu tak że opierał się o masywną kierownicę i stukał coś w komórce. Ręce miał tak umięśnione, że muskuły było widać nawet przez kurtkę.. Miał na sobie oczywiście swoją czarną skórę, a włosy rozwiane od jazdy bez kasku. Ten chłopak na każdym kroku igra z niebezpieczeństwem. Nawet teraz gdy stoi z motocyklem na chodniku, czego mu nie wolno. Po minucie odezwał się do mnie, ale nie odwrócił.
–    Poczekać tutaj na ciebie? - jego głos wyrwał mnie z transu, którym było pochłanianie go wzrokiem.
–    Nie trzeba. Nie wiem kiedy wyjdę  - odpowiedziałam naprędce. Teraz się do mnie odwrócił. Policzki miał czerwone od zimna, a z ust przy każdym oddechu wydobywał mu się obłoczek pary.
–    Nie pozwolą ci długo zostać. Poczekam.
Zgodziłam się.
Po wejściu do szpitalnego holu zaczęły mi mrowić dłonie i stopy. Było tam tak ciepło. Podeszłam do pielęgniarki w recepcji, po czym spytałam gdzie leży Marcin Skonieczny. Ta pokierowała mnie na trzecie piętro. Zwykły oddział. Odetchnęłam z ulgą. Blondynka za szkłem poinformowała mnie, również iż mój przyjaciel ma już gościa, ale jak nie robi mu to problemu to ja również mogę wejść. To Rafał. Pomyślałam. Tylko on mógł przyjść tak rano, z wyjątkiem mnie. Na końcu korytarza stała winda i zaczynały się schody. Wybór windy oznaczałby, że jestem albo zbyt leniwa i narcystyczna(w sensie, paniusia które nie lubi się przemęczać) żeby iść schodami, lub zbyt chora, albo umieram. Wybrałam więc schody. Gdy weszłam na górę i wreszcie z trudem odnalazłam salę trzecią, z jej środka dochodziła mnie czyjaś rozmowa. Nie był to bynajmniej głos Marcina i Rafała.
Przyjaciela rozpoznałam od razu, mimo jego słabych i urywających się słów. Teoretycznie rozpoznałam też drugą osobę siedzącą w środku, ale praktycznie jakoś nie chciało mi się w wierzyć w to co słyszę.
Powoli otworzyłam drzwi do sali, zupełnie tak jakby to co jest w środku miało mnie bezlitośnie zabić, ale ja chce zobaczyć co to, więc staram się nie robić zbytniego hałasu. Żeby najpierw zobaczyć napastnika. Niestety, to nie morderca siedział przy łóżku Marcina. To jego wczorajszy koszmar. Dominik. Co dziwne, oboje zataczali się ze śmiechu. Nie chciałabym zobaczyć wtedy mojego wyrazu twarzy, bo prawdopodobnie również bym padła ze śmiechu. Nie mniej, nie myliłam się co do tego, kogo słyszę w środku.
Żaden z nich nie spojrzał na mnie, więc pewnie nawet nie wiedzą że weszłam. Moje ciche otwarcie drzwi nie mogło przecież ich zagłuszyć. Całkiem tak jakby próbowali się nawzajem przekrzyczeć. Tyle że śmiechem.
–    Żadne z nas cię nie zabije, Ada – powiedział Dominik. Nawet nie spojrzał w moja stronę. Skąd w ogóle wie że to ja?
–    Skąd ty...
–    Czytam ci w myślach, zapominałaś? - wiele osób wzięłoby to za dowcip. Wiele, ale nie ja. Jednym z plusów strażnika jest to, że można drugiemu strażnikowi przemykać myśli. Za to kolejnym z minusów jest to, że on może przejrzeć też moje myśli.
Podeszłam do łóżka, przypominającego bardziej kozetkę. Przyjaciele dalej się uśmiechali, lecz teraz się mi uważnie przyglądali. Również się uśmiechnęłam.
Spytałam Marcina jak się czuje, a on odpowiedział że bywało gorzej i że zostanie tutaj nie do jutra, tylko jeszcze przez dwa dni. Aż do operacji i dopiero potem wypuszczą go do domu. Zauważyłam też, że ma chwilowe problemy z oddychaniem ponieważ obok wisi maska tlenowa. Leżał pół na boku, pół na plecach. Doskonale wiem, że nie może wygodnie i bez bólu leżeć w żadnej z tych pozycji.
Korciło mnie żebyś zapytać, czy on i Domino wreszcie się pogodzili, ale uznałam to za zbędne. Wystarczyło mi, iż zauważyłam jak trzymają się za ręce. Nie tak jak przedtem, ale czasami trzeba iść małymi kroczkami. To już coś.
Jakby trzymanie się za ręce to była połowa sukcesu. Cóż, u nastoletnich gimnazjalistów właśnie nią jest.
Usiadałam na skraju łóżka i chwilę rozmawiałam z przyjaciółmi. Wtedy Marcin zaczął się dusić, z powodu niewystarczającej ilości tlenu dostarczanej płucom. To przez przedawkowanie leków i alkohol. Zaczął się też skarżyć, że ma kolejną falę bólu. Dominik nałożył mu maskę tlenową i poruszał kroplówką, aby to co w niej zostało swobodnie wpłynęło chłopakowi w żyły.
Pożegnałam się z nimi i ruszyłam na dół. Nie chciałam zajmować im dłużej, ich wspólnego czasu razem. Cieszę się że się pogodzili, więc niech tak zostanie.
Miałam wielką ochotę udać się na OIOM do Piotrka, ale nie było mi wolno. Gdy wyszłam ze szpitala, Dante stał nadal w tym samym miejscu. Przywołał mnie skinieniem ręki i obdarzył uśmiechem.
Odnoszę wrażenie, że ten chłopak cały czas się uśmiecha. Usadowiłam się za nim na motorze i przez chwile tak siedziałam, nie mogąc doczekać się chwili, aż będę mogła objąć Dantego. Sama nie wiem dlaczego. On mnie wcale nie pociąga.
–    Gdzie jedziesz? - spytał.
–    A gdzie ty jedziesz? - spytałam.
On tylko się zaśmiał i ruszył przed siebie.

*

Jazda motocyklem napawa mnie niezwykłą energią. Pojechaliśmy z Dantem do jego podziemnego mieszkania. Gdy znaleźliśmy się w środku, przywitał nas chłopak wychodzący akurat z kuchni.
–    Proszę, proszę – odezwał się podchodząc w moja stronę. Pogwizdywał.
–    Prosiłem cię żebyś się ulotnił – wypalił Dante widocznie zaskoczony obecnością kumpla.
–    Zaraz, pisałeś mu że przyjedziesz ze mną? - spytałam chłopaka, ale nie odpowiedział.
–    Ja bym wybrał inną. - powiedział łapiąc mnie za podbródek. Byłam zbyt zszokowana żeby odepchnąć jego dłoń. -  Ta, nie jest w moim typie.... jakaś taka, mało ładna jest Dante!
–    Wynoś się Marcel! - krzyknął Dante.
Marcel podniósł ręce do góry, w geście poddania się i wyszedł z mieszkania. Zażenowany kontakt pogładził się ręką po szyi i opadł na kanapę. Uśmiechnął się krzywo, a na jego policzki wypłynął ledwo zauważalny rumieniec. Ja go widziałam.
Mówił mu o mnie. Dante mówił mu cokolwiek o mnie. Komukolwiek. Chociaż wiem, że z Dominikiem też zagaili ten temat.
Pohuśtałam się chwilę w miejscu, a potem usiadłam obok niego. Objęłam dłońmi ramiona, ale milczałam. Przygryzałam wargę, jak zawsze gdy się denerwuję zresztą.
–    Przepraszam cię za niego – odezwał się Dante po chwili. - On jest... nieco inny. - prychnął.
–    Przyzwyczaiłam się już – odpowiedziałam. - Naprawdę jestem aż tak brzydka? - spytałam po chwili zastanowienia.
–    Skąd! - chłopak odwrócił się w moją stronę tak, że siedział teraz bokiem. Twarzą skierowaną do mnie. - Jesteś piękna.
Odpowiedział, po czym położył mi dłoń na szyi i jednym sprawnym ruchem przyciągnął moje usta do swoich. Całowaliśmy się dosłownie przez moment, aż on odsunął się gwałtownie. Nadal byliśmy bardzo blisko siebie. Jego oczy były dokładnie na wysokości moich. Te piękne zielone oczy, w których tak bardzo boję się zatopić.
–    Wybacz, ja nie...
–    Wybaczę ci to. - przerwałam mu. - Ale nie wybaczę ci, jeżeli teraz przerwiesz.
Uśmiechnął się szeroko tym swoim krzywym uśmieszkiem i całowaliśmy się znowu. Tym razem bardziej zachłannie. Tym razem tak jak poprzednio, pochłaniałam wszystko. Dotyk, zapach, smak.
Dante całował niesamowicie dobrze, tak że zastanawiałam się jak często to robi. Przysunęłam ciało jeszcze bliżej niego i położyłam rękę na jego założonej na sofę, nodze. Wplótł mi palce we włosy, a ja drugą ręką kurczowo trzymałam jego koszulkę. W chwili, gdy na sekundę odsunęliśmy się od siebie, ściągnęłam z niego kurtkę. Ja swój płaszcz zdjęłam zaraz po wejściu do mieszkania, ale on widocznie nie przejmował się takimi sprawami.
Włożyłam mu dłoń pod bawełniany, niebieski T-shirt. Jego skóra była gorąca, a mięśnie napinały się pod moim dotykiem. Moje palce nadal były zimne od przebywania na mrozie. Tym przyjemniejsze były nagie plecy Dantego. Podczas gdy błądziłam dotykiem po jego ciele, on wpatrywał się w moje oczy. Zbliżyłam się do jego twarzy, on objął mnie silniej.
–    Pokaż mi tatuaż – wyszeptałam mu na ucho.
Odsunął się. Chwilę mi się przyglądał po czym uśmiechnął się szeroko i odwrócił tyłem. Zdjął koszulkę.  Moim oczom ukazały się dwa skrzydła. Tyle że czarne... i wyryte w skórze atramentem. Były olbrzymie i piękne.
Nie pytałam dlaczego wytatuował sobie właśnie skrzydła, lecz przez chwile pochłaniałam je wzrokiem, aż w końcu ponownie miałam przed sobą jego twarz. Nie skupiałam się jednak na niej. Wolałam oglądać jego nagi, idealnie wyrzeźbiony tors. Wyobrażam sobie ile godzin w pocie i cierpieniu musiał spędzić na siłowni żeby właśnie tak wyglądał.
Dante zaproponował żebyśmy przenieśli się do jego sypialni, z obawy przed nieproszonymi gośćmi... lub Marcelem. On poszedł jako pierwszy. Usiadł na brzegu swojego łóżka, przodem do drzwi, które zamknęłam. Podeszłam do niego powoli, a następnie usiadłam mu okrakiem na kolanach. Ręce położyłam na jego karku. Siedząc w ten sposób, byłam troszeczkę wyższa, tak że jego usta znajdowały się na wysokości mojej szyi, którą po chwili zaczął delikatnie całować. Jego ręce spoczęły na moich udach, a ja odchyliłam głowę w tył, dając się doszczętnie pochłonąć czułości i doznaniom, jakie mi towarzyszyły. Po kilku minutach znudziły mi się owe pocałunki, postanowiłam więc przylgnąć do jego ust.
Tak jak myślałam, były rozpalone. Jak jego ciało. Jak moje ciało.
Dante wymacałam dłońmi brzeg mojego swetra, po czym zaczął go zdejmować. Powoli, jakby czekając na moją reakcję. Zdając sobie sprawę z tego, iż mu nie przerywam ściągnął go szybko, więc na chwilę musiałam się odsunąć od jego twarzy. Potem, bardziej mnie do siebie przyciągnął i zaczął szaleńczo całować.  

---------------------------------------------------------------------------------------

chcę wam teraz wyjaśnić dwie sprawy
Pierwszą odnośnie złej o dobrej wiadomości. Macie bowiem przeczytane ponad połowę tego co mam do tej pory napisane. Ale skarby ja piszę dopiero 25 rozdział i macie jeszcze uhuhu do przeczytania, nawet jeśli jeszcze tego nie napisałam :)
Drugą odnoście Marcina. Przeczytałam komentarze dotyczące jego i po pierwsze: on jest zakochany od dwóch lat :D po drugie: też mi go szkoda...

A NA KONIEC UWAGA ODE MNIE: MOŻECIE W NAJBLIŻSZYM CZASIE SPODZIEWAĆ SIĘ SCEN ŁÓŻKOWYCH^^
  • awatar ι'м мσяє тнαи нυмαи ♡: To mi się podoba i to bardzo. Ah ten Dante. <3 Cieszę się, że Marcin i Dominik przynajmniej w jakimś stopniu znowu są ze sobą blisko. Czekam na kolejne rozdziały i "ten" sceny. :)
  • awatar Zagubiona szara mycha: Dzieki z ten dlugi rozdzial. :) Uwielbiam sceny lozkowe. <3 Nic na to nie poradze. :P Ciesze sie,ze Marcin i Dominik pogodzili sie.
  • awatar Habujalaba: O kurka wodna :D <3 W końcu xD
Pokaż wszystkie (5) ›
 

giovane
 
28a4bd7300139a5153b16447.png

Postacie: giovane.pinger.pl/m/22128663
★★★★★★★★★★★★
Nie ma zbyt wiele cza­su, by być szczęśli­wym. Dni prze­mijają szyb­ko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpi­suje­my marze­nia, a ja­kaś niewidzial­na ręka nam je przek­reśla. Nie ma­my wte­dy żad­ne­go wy­boru. Jeżeli nie jes­teśmy szczęśli­wi dziś, jak pot­ra­fimy być ni­mi jutro?Otóż można się tego nauczyć.Ja próbuję.Zaczynam w życiu nowy rozdział.Idę do nowej szkoły.Uda mi się.Z tą myślą będę szła przez życie do końca swoich dni.
★★★★★★★★★★★★
Jest!
Wreszcie udało mi się go napisać.
Przepraszam za opóźnienie.

இ POZDRAWIAM INA! இ
 

czarnaroza
 
ProtectoroftheRealm:

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

sweetdreams2525
 
Marii ♥: #opowiadanie
Kiedy Iza poszła do parku zobaczyła chłopaka. Miała ona 17 lat a on 20. Zakochała się w nim od razu. Podeszła do niego i razem rozmawiali. Nazywał się Tomek. Pisali razem na GG do poźniej nocy. Było tak przez 5 miesięcy. W końcu wyznali sobie miłość. Ani jedno ani drugie nie zaprzeczyło. Kochali się i byli szczęśliwi. Ale los chciał to zmienić. Pewnego razu gdy Tomek miał się spotkać z Izą zaspał. Chcąc zrobic na niej dobre wrażenie nie mógł się spóźnić. Szybko się ubrał, zjadł śniadanie i wybiegł z domu. Niestety przebiegł na czerwonym świetle i przejechał go samochód. Powiedział tylko żeby powiadomić o tym Izę. Dziewczyna była przy nim cały czas i opercaja którą miał przejsc udała sie. Kilka miesięcy później Tomek wyzdrowiał całkowicie i był razem z Izą bardzo szczęśliwy.
***KONIEC***
 

giovane
 
Opka.png

★★★★★★★★★★★★
*Francesca Cauviglia*
522516_tumblr_inline_n44j35dkDx1rm7mim.png

Wiek: 17
Ksywka: Fran
Charakter: nieśmiała,ale przyjacielska
Cechy szczególne: blizna na szyi
Talenty: muzyczny (piękny głos i zdolność gry na instrumentach)
Przyjaciele: na razie nie ma
Miłość: na razie nie ma

*Ludmila Ferro*
522609_tumblr_n191y4wAyt1t0a4gfo3_250.png

Wiek: 17
Ksywka: Ludmi,Lud,Lu
Charakter: przebojowa,ale otwarta,miła i uprzejma
Cechy szczególne: tatuaż z napisem "estrella" (tłm."gwiazda")
Talenty: muzyczny
Przyjaciele: Violetta i Francesca (gdy tylko ją pozna)
Miłość: w związku z Federico

*Leon Verdas*
522660_tumblr_inline_n00glbeyyZ1sqmkvw.png

Wiek: 18
Ksywka: Leon (brak ksywki)
Charakter: romantyczny,miły,przyjacielski,oddany
Cechy szczególne: (od autorki) słodkie dołeczki w policzkach podczas mówienia i śpiewania <3 i głębokie spojrzenie
Talenty: muzyczny
Przyjaciele: Federico,Maxi,Ludmila,Violetta
Miłość: (ukryta miłość) Francesca

*Federico Pasquarelli*
522684_tumblr_inline_mtuh59hE5Y1s8nj4e.png

Wiek: 18
Ksywka: Fede
Charakter: romantyczny,miły,przyjacielski,uprzejmy
Cechy szczególne: głębokie,przejrzyste spojrzenie
Talenty: muzyczny
Przyjaciele: Leon,Maxi,Violetta
Miłość: w związku z Ludmilą
★★★★★★★★★★★★
!!! NIEKTÓRE INFORMACJE SĄ ZMYŚLONE !!!
Prolog pojawi się jeszcze dziś (:
இ POZDRAWIAM INA! இ
Pokaż wszystkie (6) ›
 

 

Kategorie blogów