Wpisy oznaczone tagiem "opowiadanie" (1000)  

purplelps
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

purplelps
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

cleodenile90
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

alys27
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

harukoo
 
Harukoo: Hejo elo 5 dwa 0! :D
W mega dobrym humorze, spowodowanym Sylwestrem i 18stką mojej przyjaciółki kochanej, chcę was zaprosić do czytania mojego kolejnego one-shota! ~(=^*^=)~
CNz2pFAU8AA0J2P.png
Krótkie uwagi przed lekturą, jest to fanfic gdzie głównym wątkiem jest miłość męsko x męska!
CYDInSEVAAE47Kb.jpg
Miało być krótko i lekko, a co wyszło sami się przekonajcie. Głównie bohaterowie to mój UB Jimin i słodki Golden Maknae Jungkooki ;)
www.wattpad.com/story/94661927-dream
ZAPRASZAM ;D
 

dodheimsgard
 
høst☾: -O czym najczęściej myślisz kiedy to robisz?
-Chyba o niczym. Czasem o konkretnych osobach, czasem o niekonkretnych, zależy.
-A jeśli o mnie to o czym?
-Jak mnie dotykasz, gryziesz, całujesz, mówisz do mnie, o twojej brutalności i delikatności naraz, o tym że mógłbyś mnie nagą przykuć łańcuchem do ziemi i rzucić mi psią metalową miskę a ja z przyjemnością wykonywałabym kolejne twoje rozkazy, czasem specjalnie się buntując oczekując kary.
- Czyli mam rozumieć, że jak już przyjedziesz to od razu zamieniasz się w moją sukę, tak? W jednej dłoni łańcuch, w drugiej pas i sądze że będziesz zadowolona, hm?
-Rozmarzyłam się trochę. Chryste tak! To będzie cudowne.
-Dobrze, będę pamiętał żeby traktować cię jak zabawkę, aż nie zasłużysz na przyjemności. Od razu jak wejdziemy do mieszkania to zabieram Ci każde prawo. Bedziesz chodzić naga i tylko z obrożą, jak dobra typowa suka. Jak będziesz dobrze wykonywać rozkazy to może pozwolę ci zrobić coś tak jak chcesz. Może.
 

nacpane_zelkami
 
W [···] to komenty Andree xD

Cześć i czołem, Slender pod stołem! [CO?! Gdzie?!] Jestem Proxie, czternastolatką o dość, emmm... Nietypowym podejściu do życia xD Ja i Andrèe jesteśmy przyjaciółkami od podstawówki! Najlepsze przyjaciółki na ZAWSZE! (Nie, to wcale nie uzależnienie od siebie nawzajem.... Dobra.. Może tak troszkę xD) I dzisiaj, siedząc sobie na kanapie (Jaki ze mnie leniuszek ^^) wpadłam na pewien pomysł! Aby założyć bloga i prowadzić go razem z Andrèe...  Jak powiedziałam tak i się staneło xD [TAK MARZYŁAM O BLOGU ]
(Pingerze - czuj się zaszczycony iż wybór padł na ciebie xD)
Ja osobiście uwielbiam żelki, żelki, żelki, a i Francję <3 Taka nasza wspólna pasja z Andrèe.. xD Jestem uzależniona od iks de, pisania, creepypast, malowania i piosenek (no ogólnie muzyki xD).
(Zna ktoś zespół Pentatonix?? [TAK ZNA. NP JA XD])
OK...... Co by tu jeszcze? (Nie jestem zbyt dobra w pisaniu powitań Cx) Tu, na blogu będę głównie się wydurniać, ale także pisać książkę {No chyba że mnie wena opuści}, będziemy z Andrèe dzieliła się z wami wiedzą na temat języka francuskiego...... Ogólnie wpisy będą zależały od naszych humorów xD
Wpisy będą częste i w miarę systematyczne i zabawne. Gdy ja nie będę mogła pisać nadal jest Andrèe i na odwrót.  *.*

~Kto się z Jeffem zadaje, głupim się staje.~ [CZYLI TY I JA ZADAJEMY SIE Z JEFFEM?!?!?!?!?] #Tag ^*^

/Proxie [<3]


Dodam jeszcze że każde wejście na naszego bloga, skomentowanie lub/i zaobserwowanie dodaje nam dużego kopa i masę pozytywnej energii XD Jeśli nas zaobserwujesz - odwdzięczymy się <3
  • awatar Inothi: Również nie wychodzą mi powitania lecz twoje jest po prostu wow... XD Witam panią w kręgu uzależnień od iks dr xD
  • awatar SugarFirefly: Jak fajnie powitać nowe osoby na Pingerze! Będę zaglądać :D
  • awatar Andrée et Proxie: @SugarFirefly: WITAMY SERDECZNIE <3 <3
Pokaż wszystkie (5) ›
 

dresiarack
 
Cześć ponownie, bo aż po 3 latach.Duzo sie zmieniło,a ja stoje w środku popiepszonego bagna. Złe wybory, otoczenie czy ludzie? To wszystko zaczęło mnie przerastac może pora wrócić i opowiedzieć wam pewna historie #milosci i nie tylko!
 

dodheimsgard
 
Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś co kiedyś było siedliskiem życia, przechodzi teraz ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz. Już martwe, ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much. Muchy składają jaja, z jaj wylegają się larwy. Larwy zjadają bogatą w składniki pokarmową pożywkę, następnie emigrują. Opuszczają ciało w składnym szyku, w zwartym pochodzie, który podąża zawsze na południe. Czasem na południowy wschód lub południowy zachód, ale nigdy nie na północ. Nikt nie wie dlaczego. Do tego czasu zawarte w mięśniach białko zdążyło się już rozłożyć, wytwarzając silnie stężony chemiczny roztwór. Zabójczy dla roślinności, niszczy trawę, w której pełzną larwy, tworząc swoistą pępowinę śmierci ciągnącą się aż do miejsca, skąd wyszły. W sprzyjających warunkach – na przykład w dni suche i gorące, bezdeszczowe – pępowina ta, ten pochód tłustych, żółtych, rozedrganych jak w tańcu czerwi, może mieć wiele metrów długości. Jest to widok ciekawy, a dla człowieka z natury ciekawskiego cóż może być bardziej naturalne niż chęć zbadania źródła tego zjawiska?
tumblr_ljrk08tQIa1qeubbbo1_500.jpg
 

seiti1008
 
Wiatr niszczący chmury smutku

Cisza, gniotąca cisza panowała w powozie, który sunął po kamiennej alejce prowadzącej do piętrzącego się na wzgórzu miasteczka. Pustynie zostawili hen za sobą, już dwie doby temu.
Stukot kół uderzających o twardą nawierzchnię i niespodziewane podskoki od najechania na jakąś nierówność, uprzykrzały podróż zmęczonym podróżnikom. Wycieńczone nałożnice milczały, nie potrafiąc wymówić choćby półsłówka dającego wyraz swojej markotności. Z niepokojem zerkały na Satri, która nieobecnym wzrokiem przesuwała po krajobrazie zielonego i pachnącego lasu. W powietrzu unosiła się woń świerku i grzybów. W normalnej sytuacji dziewczyna siedziałaby z głową za oknem i chłonęła całą sobą otoczenie, lecz posępna niewiasta, której świat runął, zdawała się nie zauważać piękna nieznanych ziem.
Rigen nie spuszczał z niej wzroku, układając w głowie setki kombinacji zdań, które mogłyby podnieść ją na duchu. Ale, co miał jej powiedzieć? Sztampowe „będzie dobrze”, a może „teraz ja będę twoją rodziną”? Kłamstwa. Nie mógł prawić frazesów bez pewności ich realizacji. Pragnął ją utulić i zagwarantować jej przyszłość, na jaką zasłużyła. Na pragnieniu się skończyło. Karawana zatrzymała się przed ceglanym domem.
Kobiety wysunęły głowy z powozu i marszcząc nosy przyglądały się rezydencji. Nie tego się spodziewały. Liczyły, że lord mieszka w kilku piętrowym domu, a nie w parterowej, dość płaskiej budowli. Rigen minął je, przywołując szeroki uśmiech na twarzy, i czym prędzej stanął przed niskim, krępawym mężczyzną. Życzliwie uścisnął mu dłoń. Podstarzały lord uniósł kąciki ust w serdecznym uśmiechu, który rozpromienił jego twarz.
- Witaj, Wasza Wysokość, po dość długiej i zapewne męczącej podróży. Ugościmy cię, panie, najlepiej jak potrafimy. – wskazał na młodszą od siebie kobietę, która stanęła w progu. Wytarła mokre ręce w fartuch i dygnęła w akcie szacunku. – To moja wspaniała i piękna żona Doreen.
Rigen skłonił się, oddając jej cześć.
Doreen zarumieniła się od szarmanckiego zachowania królewicza i szybko poprawiła swoje brązowe pasma.
- Panie, nie jestem godna byś pochylał przede mną swą głowę. – ścisnęła rąbek różowego fartucha. Gniotła nerwowo materiał z wizerunkiem kwiatka.
Panicz podszedł bliżej i ściszonym głosem odrzekł:
- Jesteś moim autorytetem, pani. – wyszczerzył się perliście i obrócił w stronę milczących nałożnic. – Drogie panie, możecie odpocząć.
Kobiety kolejno wyskoczyły z powozu i podeszły do zauroczonego nimi pana domu.
- Co za piękności witamy w naszych skromnych progach! – zawołał.
Vita i Viki zaśmiały się lekko. Satri skłoniła się bez entuzjazmu. Jej puste oczy nie potrafiły dostrzec piękna przyrody; wspaniałości ogrodu, który rozciągał się po jej prawej stronie; czy promiennego uśmiechu przepięknej kobiety przed sobą. Trawił ją ból i nienawiść – jej duszę zżerano żywcem.
Doreen bacznie przyglądała się jej buźce. Z matowych oczu dało się wyczytać rosnące cierpienie. Pani domu zmarszczyła brwi, lecz po chwili przyozdobiła swe lica przyjacielskim uśmiechem i zapraszającym gestem ponagliła swych gości do wejścia do środka.
Drewniane drzwi zaskrzypiały ze starości i wpuściły gości do zacisznego korytarza. Obcasy nałożnic zastukały od kamiennej podłogi. Kobiety rozglądały się ukradkowo po wnętrzu. Ściany do połowy obłożone były przepołowionymi palami. Zdumiewające było to, że wyglądały na równe. Uwagę Victorii przykuł mały stoliczek ze szpargałami postawiony między drzwiami od kuchni i salonu. Podbiegła entuzjastycznie do niego i z wahaniem spojrzała na gospodynię, która uśmiechnęła się i niemo przyzwoliła na przeszperanie nagromadzonych bibelotów.
Vita potarła kark. Brakowało jej energii blondynki, była nazbyt zmęczona podróżą i nieprzespanymi nocami. Zamartwiała się pustynną dziewczyną, która nie sypiała prawie wcale, tylko przesuwała martwymi oczami po zmieniającym się krajobrazie, nie bacząc czy to dzień czy noc. Czuła dziwny ciężar patrząc na towarzyszkę, z której w mgnieniu oka uszło życie. Była jak zwiotczały balonik. Bezradność była najgorsza. Nie potrafiła nic rzec, co by przywróciło niebanalny uśmiech na licach dziewczyny z Korat. Ona nie mogła nic zrobić, ale wierzyła w królewicza. W nim była jej nadzieja, ale on również zdawał się, nie mieć pomysłu jak pomóc Satri uporać się z doświadczonym bólem.
Westchnęła ciężko, co nie umknęło Doreen. Kobieta zaprosiła skinieniem wymęczoną Vitę.
- Proszę. – wskazała na bujany fotel, który stał nieopodal masywnych krzeseł przyozdobionych porożem bydła i niewielkiego szklanego stolika.
Nieskrywana radość wymalowała się na twarzy nałożnicy. Pisnęła niezamierzenie i pognała zasiąść na ruchomym siedzisku. Usadowiła się wygodnie, opierając głowę o zagłówek. Mocniejszym pchnięciem wprawiła fotel w ruch. Huśtała się w przód i tył. Jej ciężkie powieki opadły. Zasnęła nim gospodyni zdążyła zwrócić się do Satri.
Najmniejsza i najchudsza z towarzyszek królewicza sprawiała pani domu zagwoztkę; nie potrafiła odgadnąć jej pragnień. Stała ze wzrokiem wbijającym się w punkt znany tylko jej. Jej morskie oczy nie błyszczały, wyglądały jakby pożarł je niewyobrażalny smutek. Kobieta przygryzła wargę i ściągnęła brwi.
- „Takie młode dziewczę, a już jest martwe za życia. Czy to przez harem?” – powiodła niechętnym spojrzeniem ku dyskutującym mężczyznom, którzy zaśmiewali się, co jakiś czas. Prychnęła i podeszła do zgęziałej dziewczyny.
- Może chcesz się napić czegoś ciepłego? – zapytała życzliwie.
Satri spojrzała jej w oczy, a gospodyni aż się wzdrygnęła. W jej oczach nie było nic, żadnego cienia emocji.
- Nie chce mi się pić. – odparła powoli i sucho.
- Dziecko… - strapiła się – drżysz. Na pewno nie chcesz nic na rozgrzanie?
- Drżę? – spytała, jakby nie zdawała sobie sprawy, co dzieje się z jej ciałem.
- Na świętego Boga Rӧd’a! – przeżegnała się z przestrachem.
- Proszę – ton Satri nagle się zmienił, stał się ostry i nieprzyjemny – nigdy przy mnie nie wymawiać imienia tego kurewskiego bytu. – dopiero teraz w jej oczach wybuchły skryte emocje. Gniew i nienawiść zapłonęła w jej drobnym ciałku.
Pani domu cofnęła się, z przerażeniem skrywając usta. Nie mogła krzyknąć, nie po tym, co ujrzała. Obróciła głowę ku mężowi i Rigen’owi, upewniając się, że nic nie zauważyli.
- Chodź ze mną. – złapała jej zimną dłoń i pociągnęła za sobą. Wyszły z salonu, skręciły w lewo do najbliższego pokoju. Doreen wepchnęła dziewczynę siłą do jego wnętrza. Złapała za ramiona i spojrzała w miotające gromami tęczówki.
- Weź kilka głębokich wdechów. – rozkazała z powagą.
Pustynna dziewczyna przechyliła lekko głowę, wpatrując się nieprzerwanie w śliczne rysy żony lorda.
- Wdechy. – ponagliła ją.
Satri nie rozumiała sytuacji. Czemu miałaby robić jakieś wdechy? Nie była w szkółce rodzenia.
- Jesteś dziewicą, prawda? Królewicz Rigen cię nie tknął. – rzuciła, ciągle spoglądając w oczy dziewczyny.
Skąd wiedziała? Jakim cudem odgadła to patrząc tylko na nią?
Satri zamrugała nerwowo, nie dowierzając, że jej sekret został odkryty z taką łatwością.
- Zrób wdechy, jak ci każę. Inaczej będziesz żałować.
Tajemnicze słowa przestraszyły pustynną dziewoję i posłusznie wykonała kilkanaście głębokich wdechów.
- Dobrze. – kobieta odetchnęła z wyraźną ulgą. Wyprostowała się i pogłaskała ją po głowie. – Odpocznij. Prześpij się, to konieczne. Zawołam cię na kolację.
- Nie jestem głodna. – odparła szybko.
- Jesteś, ale jeszcze o tym nie wiesz. – puściła doń oczko. – Musisz się przespać. – poleciła i wskazała palcem łóżko.
Satri obróciła się ku miejscu, na które padał palec gospodyni. Widok puchowej pościeli zdziałał cuda. Poczuła jak dopada ją zmęczenie. Powlokła ciężkimi nogami w stronę obiecującego łóżeczka. Rzuciła się na materac, który odbił jej lichą postać. Podskoczyła, leżąc na brzuchu. Sprężysty materac uspokoił się, a Satri zapadła w głęboki sen.
Doreen wydęła usta w czułym uśmiechu, lecz po chwili spoważniała.
- Kim ty jesteś, dziewczynko? – spytała, otulając jej drobną sylwetkę troskliwym wzrokiem. Znała odpowiedź, lecz bała się wypowiedzieć ją głośno.

Czasomierz wybił godzinę dwudziestą. Żwawa gospodyni uwijała się z szerokim uśmiechem, aby odpowiednio ugościć królewicza i jego świtę.
Otarła wierzchem dłoni czoło, do którego przykleił się zagubiony kosmyk włosów. Pasemko wysunęło się z pieczołowicie upiętego koka. Zmarszczyła brwi i zerknęła na uciążliwy pukiel. Będzie musiała poprawić fryzurę. Szybko przywołała na usta lekki uśmiech i wróciła do krojenia pajd własnoręcznie wypieczonego chleba. Zaciągnęła się zapachem unoszącym się w kuchni. Nostalgicznie przebiegła wzrokiem po naszykowanych daniach. Gotowanie sprawiało jej nieskrywaną radość.
Uwielbiała zaczytywać się w nowych przepisach i wprowadzać do nich swoje modyfikacje, po których potrawy zyskiwały na głębi smaku. Kochała zapach gotowania; miłowała się w uprawianiu warzyw, które później z dumą przyrządzała, budząc zazdrość w niejednej kobiecie. Inne żony lordów krzywo na nią zerkały, gdy ich zachwyceni mężowie chwalili jej kuchnię. Lord wtedy uśmiechał się czule i mówił:
„To mój skarb, odnaleziony daleko stąd. Przeznaczenie zaprowadziło mnie do niej i nie oddam jej nikomu, choćby sam król mi to rozkazał, musiałbym się sprzeciwić.”
Zaśmiewał się chrapliwie i całował ją w dłoń. Był najukochańszym mężczyzną, jakiego dane było jej spotkać.
Nóż zawisł w powietrzu, kiedy jej myśli powędrowały do przeszłości. Uśmiech znikł z jej twarzy, a oczy posmutniały. Wspomnienia budziły w niej niechęć i ciężar w piersi. Skuliła się lekko, odkładając nóż na blat stołu. Czemu akurat teraz powróciły? Obróciła głowę ku wejściu i sięgnęła wzrokiem drzwi od tymczasowego pokoju Satri. Przez tę dziewczynę odezwała się głęboko zakopana przeszłość. Przeszłość, w której nie gotowała i nie cieszyła się miłością, a dni nie mijały na czerpaniu z życia pełnymi garściami, tylko na modlitwie, aby dożyć dnia następnego.
Przymknęła oczy, lecz gdy tylko powieki opadły ujrzała rozlany szkarłat, a w uszach zadudniły jej bębny, które mimo starań nie były w stanie zagłuszyć krzyków. Jej oddech przyspieszył. Znów tam była i przeżywała koszmar na nowo.
- „Boże Brun, ja niewiasta, która wyszła z twego łona, proszę o twe miłosierdzie. Błagam, nie kieruj na mnie swego odwiecznego gniewu. Grzech noszę w swej duszy, grzech ludzkości, bom marnym barbarzyńskim człowiekiem. Spójrz łaskawiej na mą postać i oszczędź mnie, i tym razem. Z ziemi wyszłam i do ziemi powrócę, wtedy oddam ci swą duszę.” – wyrecytowała w pamięci modły, które wygrawerowany były w jej sercu na zawsze. Nie poczuła się lepiej. Uniosła głowę i rozejrzała się. Jej spojrzenie padło na mały mosiężny posążek boga Rӧd’a. – „Ogniu, łaskawy wilku, który dumnie kroczy po niebiosach i z troską zerka na swe dzieci, proszę uchroń mnie. Błagam, daj mi zapomnienie. Miłościwy boże zrodzony z Youso, któryś odziedziczył jego miłość do ludzi, daj mi zapomnienie.” – złożyła dłonie i szczerze poprosiła.
Ulga. Ciężar na sercu zelżał. Wspomnienia rozmazywały się jak mgła o poranku, by odsłonić błękitny nieboskłon. Posłała posążkowi wdzięczny pokłon i wróciła do pichcenia.
Czemu nałożnica Rigena, tak gniewnie zareagowała na imię swojego boga? Nawet, jeśli spotkało ją coś złego, był to grzech. To był dobry bóg.
- Dobrze, że królewicz nie słyszał, to obraza jego krwi. Jeszcze by ją ściął. – szepnęła do siebie.
- Królewicz Rigen nie ściąłby Satri. – usłyszała przyjemny kobiecy głos. Podskoczyła w przestrachu. – Nie ważne, co ta dziewczyna zrobi, on jej nie skrzywdzi. Oddałby za nią swą duszę. – wyszczebiotała blondynka stojąca w progu kuchni.
Doreen zamrugała, wpatrując się w urodziwe lica królewskiej kochanki.
- Czemu? – nasunęło się jej pytanie, które głośno wypowiedziała.
- Panicz Rigen to dobry człowiek, wiem to po sposobie, w jaki… - urwała i puściła do kobiety oczko. Gospodyni zarumieniła się po same uszy, lecz dalej wlepiała się w swoją rozmówczynię.
- Dobry, niedobry, ale ona…
- Znieważyła królewicza z milion razy, a on dalej otacza ją swoją troską. Wiesz, czemu, pani? W sercu panicza nadeszła wiosna. – zachichotała i obróciła się wokół własnej osi. Uśmiechnęła się promiennie i w podskokach znalazła się u boku królewicza, który był wciągnięty w rozmowę z lordem i Vitą. Ujęła go pod ramię i przytuliła, dalej uśmiechając się radośnie.
Kobieta przechyliła głowę, nie mając pojęcia, co to dziewczę chce osiągnąć. Powiodła spojrzeniem na niewzruszoną twarz Jego Wysokości. Nie drgnął, nie odwzajemnił czułości. Był dalej pochłonięty wymianą zdań z jej mężem. Victoria natomiast dalej się szczerzyła jak głupi do sera.
- „Coś z nią nie tak. Ignoruje ją, a ta dalej uśmiechnięta. O co jej chodzi? W jego sercu… wiosna?” – potrząsnęła głową, chcąc wyrzucić myśli niczym natarczywą muchę. Kątem oka dostrzegła, jak duża wskazówka zsunęła się na dół, by niebawem zetknąć się ze znacznikiem połowy godziny. – Och, boże ty mój! Jestem spóźniona! – pospiesznie dokończyła krojenie i zabrała się za ostałą część pracy. Mimo usilnych prób wyrzucenia z głowy Satri, pustynna dziewczyna dalej krążyła w jej myślach.
- „Nałożnica… czemu nałożnica? Czemu nie… chyba to sekret, prawda Boże Rӧd’zie? Zatem, jako twa dłużniczka, nie pisnę słowem.” – mocnym ruchem odcięła kawałek parującego mięsa.

Rozmaite potrawy kusząco parowały na stole. Sztućce i talerze błyszczały jak diamenty, a w powietrzu unosił się aromatyczny zapach gorących dań. Woń zwiastująca przepyszny smak, powodowała ślinotok u osób zasiadających przy stole. Pani domu z dumą wypięła pierś i uśmiechnęła się serdecznie do zachwyconych gości.
- Pani, toż to uczta! – zapiał z podziwem Rigen. – Nie musiałaś…
- Musiałam, musiałam. To wciąż mało by uczcić pobyt Waszej Wysokości w naszych skromnych progach. – lekko zmartwiona przebiegła wzrokiem po zaserwowanym posiłku. Dopadły ją wątpliwości, co do wytworności potraw. Na zamku musiał jadać lepiej. Zatrzymała spojrzenie na pustym miejscu. Zapomniała zbudzić najwątlejszą z nałożnic, która zdecydowanie potrzebowała strawy. – Och! Proszę jedzcie. – wskazała na klarowną zupę. – Muszę obudzić to biedactwo. – zrobiła krok, gdy królewicz wstał. Zatrzymała się zaskoczona. Rysy jego twarzy ułożyły się w smutnym uśmiechu. Doreen zamarła.
- Ja pójdę. – odparł Rigen i czym prędzej wyszedł z pomieszczenia.
Reszta towarzyszy królewicza spuściła wzrok, a Doreen w osłupieniu patrzyła jak Jego Wysokość znika w korytarzu. Spojrzała na męża, który epatował spokojem. Jego usta drgnęły w lekkim uśmiechu, a oczy wskazały swej żonie miejsce przy jego boku. Kobieta wahała się. Jej zadaniem było dbanie o gości, a królewicz wyglądał na przygnębionego. Gdzie się podział jego dobry humor, jakim tryskał jeszcze pół godziny temu? Czemu wyglądał na zmartwionego?
Rigen z ciężkim sercem nacisnął klamkę. Powoli zajrzał do środka. Ujrzał skuloną Satri, która przypominała śpiącego kota. Podszedł bliżej, nie spuszczając z niej oczu. Gdy stanął przy łóżku, dostrzegł na jej bladym policzku ślady łez. Zadrżała mu dolna warga. Szklistym wzrokiem przejechał po jej chudej postaci. Zmarniała jeszcze bardziej. Zakłuło go w piersi. Ostrożnie usiadł na skraju łóżka i delikatnie palcami musnął jej potargane, sterczące pukle czekoladowych włosów. Dziewczyna drgnęła i otwarła oczy, które od razu skierowała na swego pana.
- Rigen… - szepnęła słabo.
Mężczyzna ujął jej twarz i kciukiem otarł słone tatuaże.
Wyjątkowej scenie - niespodziewanemu obrazowi przekazywania sobie serc – przyglądała się strapiona Doreen. Szeroko otwartymi oczami chłonęła ich ból unoszący się w pokoju. Niemal pisnęła, kiedy królewicz zbliżył swe usta do dziewoi. Zatrzymał się milimetry od jej zaczerwienionych warg.
- Satri – zaczął ściszonym głosem – czujesz się zdradzona i oszukana, ale wiedz, że to jedno z ludzkich oblicz. Ludzie noszą przeróżne maski, które tuszują ich serca. Ludność Korat była zdesperowana. Powiedziano im, że nie dostaną zapłaty nawet jeśli bym cię wybrał, nawet jeśli uniknęłabyś łoża lorda. Byli zagniewani, bo twoja siostra się im sprzeciwiła. Zaprzepaściła w ich mniemaniu szansę miasta na lepszy byt. Letiyn chciała być wolna, nie chciała być zakuta w kajdany niemożności podejmowania własnych decyzji… - spojrzał jej głęboko w oczy. Wierciła go nieodgadnionym spojrzeniem. – Nienawidzisz mnie? – nagle spytał.
- Co? – zmrużyła oczy z niezrozumieniem.
- To do mnie miała trafić, poniekąd przystałem na taki obrót spraw. Jestem… płynie we mnie krew boga Rӧd’a. – uciekł wzrokiem w bok.
Satri przyjrzała mu się uważnie. Przystojne lica krzywiły się od cierpienia, a źródłem owego cierpienia była ona. Jej serce przeszył dziwny impuls. Wyciągnęła ku niemu swoje chude ręce.
- Nie nienawidzę cię. – wtuliła się w jego tors. – To nie twoja wina. Okazałam się słaba i uległam nienawiści, a przez to, że masz taką minę czuję się jeszcze gorzej. – pogłaskał ją czule po plecach.
- Nie chcę patrzeć jak gaśniesz. Nie chcę patrzeć jak jesteś przybita i cierpisz! Twoja energia dodaje światu barw. Myślę, że twoja siostra by się ze mną zgodziła. To doświadczenie stanie się blizną na twoim sercu, ale cię wzmocni. – oparł się o zagłówek i pociągnął ją za sobą. Mocniej przywarła do jego ciepłego, kojącego ciała.
- Masz rację, moja siostra nie chciałaby, żebym przez smutek zatraciła siebie. – cicho stwierdziła.
- Tak, dalej musisz kochać kwiaty, podziwiać drzewa i upajać się deszczem, marzyć o tęczy. Dalej musisz używać tego ciętego języka, by pociąć moją dumę na kawałki. – uśmiechnął się, pstrykając ją w nos.
Zmarszczyła brwi i potarła płatki nosa. Rigen pchnął ją na łóżko i bezczelnie pocałował, lecz pustynna dziewczyna nie oponowała. Subtelnie odpowiedziała na pieszczotę.
Doreen przytrzymała się futryny drzwi i z walącym sercem, odwróciła wzrok.
- „W sercu królewicza nastała wiosna.” – dotarło do niej znaczenie słów. Szybko oddaliła się od pokoju. – „Bóg Rӧd wie, co czyni. Czy pragnienie Youso się spełni?” – potarła policzek i przywołała na usta szeroki uśmiech. Wkroczyła do jadalni. – Jedzmy, bo wystygnie. – pospiesznie zasiadła na krześle obok hrabi.
Oczy wszystkich przez chwilę badawczo na nią zerkały, ale przeniosły się na wchodzącego Rigena i Satri. Nałożnice rozpromieniły się, kiedy zobaczyły mocny uścisk ich dłoni. Ulżyło im. Atmosfera wokół królewskiej świty zmieniła się; zachmurzone serca rozwiał wiatr promiennego uśmiechu Satri.
  • awatar ognisty-podmuch: Bosko
  • awatar Seiti: @ognisty-podmuch: Ten blog chyba ducha wyzionął XD
  • awatar Di: Seiti, gdzie jesteś?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

ania784
 

Popatrzyłam na Akemi szczenięcymi oczami sugerując jej w ten sposób by zapisała się do tego samego klubu co ja

-A ty nie chcesz być sam na sam z Muranim?-Jej oczka wpatrywały się we mnie z wielkim zdziwieniem

-Cóż niby tak,ale gdybyśmy nie mieli tematów do rozmów mogło by być niezręcznie!! Poza tym jeśli będzie więcej członków to ty będziesz odciągać ich uwagę!-W oczach Akemi rozbłysły promyki tak jakby nagle odkryła Amerykę...

-Ah! Rozumiem-szybko chwyciła długopis i zapisała się

-No to jedno zmartwienie mamy z głowy! możesz mi powiedzieć kiedy będzie zebranie klubów?-Dziewczyna podrapała się po głowie wyglądała na bardzo skupioną

-Chyba jutro..Jeśli chcesz to spytam się o to przewodniczącego lub jakiegoś nauczyciela oni na pewno wiedzą.

-Dzięki kochana! Jesteś najlepsza!-Zarumieniła się, najwyraźniej moja pochwała bardzo ją ucieszyła.

-To ja pójdę się ich spytać! Widzimy się w klasie-Akemi szybko pobiegła w stronę pokoju nauczycielskiego potykając się jednocześnie o kilku uczniów.

-Ona jest taka słodziutka!!-ehh może Murani lubi słodkie dziewczyny hmm

-Ahh mam pomysł!!-O RANY krzyknęłam to tak głośno że niektórzy uczniowie popatrzyli się na mnie jak na wariatkę.

-hehe...-(muszę być bardziej dyskretna). Dzwonek zadzwonił wszyscy uczniowie szli w strona klasy tak jak ja tylko że miałam tak wielki i przerażający uśmiech że pewnie niektórzy pomyśleli sobie że kogoś zabiłam.Nagle usłyszałam donośny krzyk.

-Kokona!!-Akemi była cała zdyszana w ręku trzymała jakieś papiery

-Nie mów mi że całą drogę biegłaś? To szkodzi twojej słodyczy!!

-Nanauczycccielka dała mi te papiery spotkanie klubowe jest jutro po naszych lekcjach-Ah tak bo przecież w Japońskich szkołach jest tylko kilka godzin lekcyjny a dopiero potem w godzinach popołudniowych są zajęcia klubowe.Jak zawsze każdy uczeń musi przynależeć do choć jednego klubu..

-Mam podpisać te papierki nie?

-Tak jutro damy je przewodniczącemu klubu-Dalej była bardzo zdyszana ciężko było ją zrozumieć

-Trzymaj-Dałam jej butelkę wody którą udało mi się zakupić kiedy ona błąkała się po korytarzach. Akemi szybko chwyciła wodę i wypiła ją całą jednym łykiem.Ma dziewczyna spust.

-Dziękuje-Nagle spojrzała na butelkę najwyraźniej dopiero teraz zorientowała się że wypiła całą wodę urocze!!

-Aaaa przepraszam przepraszam-Kłaniała mi się jakby zrobiła naprawdę coś złego.Bałam się że zaraz uklęknie i położy głowę na podłogę prosząc o wybaczenie rany!!

-Spoko i tak nie chciało mi się pić a teraz już się tak nie kłaniaj.Poza tym mam dla ciebie propozycje nie do odrzucenia!!-Zrobiłam najbardziej czadową pozę jaką tylko mogłam,czułam że mam promyki w oczach z podniecenia.

-Dziś po szkole pójdziemy na zakupy pokarzesz mi jak mam się ubierać żeby być tak słodka jak ty-Puściłam do niej oczko

-Kkookona?-Widać było że nie rozumie o co mi chodzi

-Chcę sprawdzić jaki styl preferuje Murani dlatego też mam zamiar testować z rożnymi ubraniami!! Wypróbuje nawet EMO-STYL jeśli to będzie konieczne!!

-Ehh Kokona jak dla mnie chłopak powinien cię pokochać za to jaka jesteś a nie za to jak się ubierasz-Akemi lekko się uśmiechnęła zrobiła się też bardzo spokojna. Chyba wcześniej trochę ją przestraszyłam.

-Niby tak! Ale chce sprawdzić jak on typ dziewczyny preferuje a więc zgadzasz się?-potrząsnęła głową na znak że się zgadza wciąż na ustach miała lekki uśmiech.

-Jeśli moja przyjaciółka tego chce to nie mam wyjścia-nie mogłam się powstrzymać i mocno ją przytuliłam

-Słodka słodka słodka!!

-Kokonna?

-Ej wy dwie do klasy!-Nauczyciel wskazał na nas palcem rzeczywiście stałyśmy tu kilka dobrych minut nawet nie zauważyłam że uczniowie już dawno weszli do klas.Po lekcjach poszłyśmy do jednego z butików w którym Akemi kupowała swoje dodatki do włosów i torebki.

-Kokona zobacz te czarne gumeczki z pandami są bardzo urocze!

-Racja-uśmiechałyśmy się do siebie miło było z nią spędzać czas.Nagle moją uwagę przykuły 2 naszyjniki w kształcie serca każde miało kawałek napisu które po połączeniu dawało "Najlepsze Przyjaciółki"

-Hej!Akemi może sobie kupimy te naszyjniki są bardzo bardzo słodkie-Dziewczyna szybko się odwróciła i spojrzała na napis.

-Oh! Rzeczywiście są bardzo urocze-Zarumieniła się i uśmiechnęłam szeroko widać że ten pomysł jej się spodobał.Byłyśmy w sklepie jeszcze chwile wybrałyśmy najważniejsze rzeczy.Ja osobiście postanowiłam kupić dwie kolorowe kokardy które przydadzą mi się do zrobienia jutro dwóch słodkich kucyków oczywiście wzięłam jeszcze kilka malutkich dodatków takich jak kolorowe spinki kilka breloczków i naklejek na zeszyt czy też torbę.Zadowolone wyszłyśmy ze sklepu.

-Rany nie wierze że nawet siatki na zakupy w tym sklepie są takie słodkie!-były koloru różowego na środku zamieszczono wielkie logo sklepu a koło niego mnóstwo czerwonych truskawek.

-Hahah rzeczywiście a to tylko jeden z wzorów.Ten sklep zadbał o wiele szczegółów-Zerknęłam jeszcze raz na tę siatkę im dłużej się na nią patrzyło tym bardziej wydawała się słodsza.

-Dobra to moja uliczka do zobaczenia jutro Kokona!

-Ta! jasne do jutra-rozeszłyśmy się ja spokojnie wróciłam do domu na szyi miałam nasz uroczy naszyjnik.Odpowiedziałam na wszystkie pytania zadane przez moją mamę zrobiłam zadaną mi prace domowa i szybko położyłam się spać nie mogłam doczekać się następnego dnia.Gdy rano już się obudziłam to szybko ubrałam swój mundurek i uplotłam dwa słodkie kucyki wedle zaleceń Akemi

-Ohoho co ty się tak dzisiaj ustroiłaś?

-Po prostu uznajmy że to dla mnie ważny dzień mamo!!

-Dobra dobra o nic więcej nie pytam a teraz wsiadaj do samochodu i jedziemy do szkoły!

-Jak chcesz-Dziś nie potrafiłam wsłuchać się w muzykę lecącą w radiu cały czas myślałam o Muranim.

-Miłego dnia w szkole-Mama puściła mi oczko jakby coś podejrzewała

-Dzięki...-Szybko wysiadłam z samochodu. Na lekcjach jak zwykle myślałam o moim wybranku aż wreszcie nastał czas dla klubów wraz z Akemi poszłyśmy w stronę klasy do której miałyśmy się udać.Stałam przed drzwiami cała spanikowana starałam się myśleć o moim Senpai

be69d986d987c8c023dbb7b09b2268db.jpg


Pociągnęłam za klamkę serce miło mi bardzo mocno.Gdy otworzyłam drzwi zobaczyłam Muraniego który patrzył na nas dwie bardzo ciepłym wzrokiem chyba wiedział że jesteśmy nowymi członkami.Niestety nie był sam... Na krześle siedział...

-Tarooooo!!!!
 

berrydream
 
Świetnie się bawiąc ani razu nie pomyślałyśmy o złej rzeczywistości. Carrie zaczęła jeść i spokojniej sypiać. Czerpała radość ze spokoju i odcięcia od naszego domu i nieodpowiednich ludzi. Z ciężkim sercem, choć jakby oczyszczone, opuściłyśmy hotel wczesnym rankiem. Z racji, że nie przepadam wstawać tak wcześnie, źle się czułam i marudziłam na każdym kroku.
-A myślałam, że to ja jestem w ciąży. - prychnęła w końcu Carrie tracąc cierpliwość. - Może lepiej przejdź się do lekarza?
Westchnęłam doskonale wiedząc, że w tych sprawach jestem wystarczająco odpowiedzialna i nie muszę tego sprawdzać. Nie chciałabym za nic w świecie mieć matki takiej, jak ja, dlatego nie planowałam dziecka.  Postanowiłam jednak wspierać Carrie, by jej maleństwo nie miało spieprzonego życia tak, jak my. Obiecałam sobie, że będę świetną ciocią, choć nie ukrywając bardzo się bałam.
Przez całą drogę zastanawiałam się nad tym, jakie wszystko jest krótkotrwałe. Miałam wrażenie, że każda dobra chwila prędzej czy później wyparuje, a żadna osoba, z którą mamy do czynienia, nie będzie w pełni osobą godną zaufania. Każdy kogo poznałam mnie zranił, włącznie  z rodzicami, ale czy ja jestem niezawodna i czy kiedykolwiek byłam?  Jak żyć, gdy wszystko się kiedyś kończy?  Miałam wtedy wrażenie, że już zawsze będę napiętnowana bólem przemijania. Każda myśl tego typu przychodziła znienacka i bolała niesamowicie. Czy istnieją ludzie szczęśliwi przez większość życia?  I jak się cieszyć z życia z myślą, że wszystko się kończy? Ostatnie pytanie wypowiedziałam na głos. Carrie zmrużyła oczy.
-Hm...A czy przypadkiem nie na tym polega życie?
-Na tym, by przez większość czasu cierpieć? To ja podziękuję.
-Wydaje mi się, że własnie dla takich małych, szczęśliwych, drobiazgowych chwil żyjemy. - kontynuowała zupełnie nie słuchając tego, co przed chwilą powiedziałam. - Z resztą... Kto powiedział, że życie w ogóle ma jakiś sens?
Po tych słowach uśmiechnęła się szeroko.
-Cóż. - rzuciłam głupie nic nie rozumiejąc. - Może i tak.
Ostatnią rzeczą jaką pamiętam po tej rozmowie było oślepiające światło, głośny huk i ból w lewej nodze.
Gdy się ocknęłam w szpitalu, byłam szczerze zdziwiona. Obok mnie leżała jakaś starsza pani o włosach białych jak kartka. Trzymała w jednej dłoni różaniec, drugą natomiast miała całą owiniętą bandażami. Szeptała pod nosem jakieś słowa. Niespodziewanie przyłapała mnie na tym, że ją obserwuję.
-Och! - poderwała się prawie z łóżka. - Obudziłaś się w końcu. Tak się cieszę, że nic ci nie jest!
Zmarszczyłam brwi.
-Przepraszam, czy ja panią znam? - starałam się nie zabrzmieć niegrzecznie. Machnęła lekceważąco ręką.
-Zawsze się martwię o innych. - rzuciła. - Poza tym jestem dziś tak szczęśliwa, że pragnę zarażać tym innych.
"No to powodzenia" - pomyślałam. Kto by w ogóle podejrzewał Boga o istnienie przy takim pechu jak mój? Westchnęłam i zorientowałam się, że nie mogę ruszyć nogą. Spojrzałam w dół i ujrzałam gips.
-Cholera...  - skrzywiłam się i natychmiast przypomniałam sobie o Carrie. Boże. Dziecko. Przeraziła mnie myśl co by było, gdyby poroniła. Na pewno by się załamała, kto wie, może targnęłaby się na życie? Z drugiej strony czy wszyscy nie odetchnęliby z ulgą? Zaczęłam się zastawiać, czy nie jestem przypadkiem okropna myśląc w ten sposób.
-Musi pani zawołać lekarza! - staruszka drastycznie przerwała mój wewnętrzny monolog.  - Kazał dać znać, gdy się obudzisz. Ach, masz niesamowitą urodę.
Parę minut później stał nade mną lekarz. Jak się domyśliłam, miałyśmy wypadek. Niestety, doktor nie chciał mi powiedzieć żadnych dokładnych informacji na temat Carrie, ponieważ jak już ustalili, nie jesteśmy spokrewnione. Dowiedziałam się tylko, że żyje i ma się nie najgorzej, choć ciągle jest w szoku. Obie miałyśmy zostać tam kilka dni, choć niewykluczone, że moja pasażerka nieco dłużej. Pozwolono mi się  z nią zobaczyć, ale dopiero następnego dnia.
 

paulinelievre
 
Cześć :)
Nazywam się Paulina i mam 17 lat. Na tej stronie chciałabym publikować moje opowiadanie. Będzie ono w stylu Urban fantasy C; Będę starała się, żeby co sobotę pojawiał się nowy rozdział. Wyjątkiem będzie pierwszy rozdział.  Planuję pokazać wam go jutro. A tak o mnie to chodzę do liceum, uwielbiam robić zdjęcia i czytać książki. Jestem fanką wszystkiego co napisał Rick Riordan ❤ Kocham zwierzęta. Mam tu już inny blog, ale postanowiłam założyć stronę specjalnie pod pisanie. Może ktoś będzie wiedział, z którego jestem bloga. To tyle o mnie tak na wstępie. Wyczekujcie jutro początku mojego opowiadania ^*^
( zdjęcie z mojego insta : puchaty_dziobak )
IMG_20161018_193337.jpg

Do jutra ;)
Pokaż wszystkie (6) ›
 

sayorinekomori
 
Około godziny ósmej lady Gertrude zaprowadziła dziewczęta do długiego korytarza znajdującego się na pierwszym poziomie podziemi. Hol oświetlany był zapalonymi pochodniami przymocowanymi do ściany po prawej stronie, między drzwiami do pokoi. Oświetlały one cały hol przytłaczającym żółtawym światłem. Po lewej stronie, u samego sufitu znajdowały się zakratowane prostokątne okna. Dawało to wrażenie przebywania w lochach, aniżeli w strefie wypoczynku dla służby. Tuż nad nimi ciągnęły się, już lekko zardzewiałe, rury wodociągowe. Nawet stary czerwony dywan rozłożony na kamiennej posadzce nie mógł sprawić, że to miejsce wydawałoby się mniej przygnębiającym.
Lady Gertrude zatrzymała się prawie na samym środku korytarza i odwróciła się w stronę zestresowanych dziewcząt. Wzięła głęboki oddech wciągając powietrze przez nos, jakby wdychała razem z tlenem ich strach. Uwierzcie mi na słowo, niektóre z nich właśnie tak o niej w tej chwili pomyślało.
- To skrzydło zarezerwowane jest wyłącznie dla służby płci żeńskiej – rozpoczęła swój monolog. - Na każdych drzwiach przyczepione są listy z nazwiskami. Mam nadzieję, że jesteście na tyle ogarnięte, że rozumiecie, co to znaczy.    
Lady Gertrude otwarcie kpiła z nich, jednak żadna nie miała odwagi, aby jakkolwiek na to zareagować. A nawet jeżeli już miała, to nie była na tyle głupia, aby się odezwać.
- W każdym pokoju znajdują się podręczniki, w których szczegółowo opisano wszystkie zasady tutaj panujące, jak również wasze obowiązki i prawa. Musicie to przeczytać, zrozumieć, zapamiętać i wykorzystać w praktyce. Przez pierwsze dwa miesiące ja, jak i reszta personelu będziemy przymykać oko na niektóre niedociągnięcia. Później będą traktowane, jako karygodne błędy, na które nie powinien sobie pozwolić ktoś, kto pracuje w takim miejscu. Służba członkom rodziny królewskiej, jak i ich gościom powinno być swoistym podziękowaniem za chleb i dach nad głową, który nam dają – mówiła z takim zaangażowaniem, że Lorinie zrobiło się głupio, choć nawet sama nie wiedziała do końca, dlaczego. Sama chciałaby z taką samą zawziętością podchodzić do swoich obowiązków. Mimo grozy, jaką budziła w niej lady Gertrude, Lorina zaczynała rozumieć, dlaczego to właśnie ta kobieta budzi taki respekt wśród reszty pracowników. Po prostu wprawiała ich w onieśmielenie. Tego, w jaki sposób lady Gertrude opowiadała o tej pracy, nie można było nazwać niczym innym, jak pasją.
- Wszystkiego dowiecie się z tych książek oraz od swoich nowych współlokatorek. Nie bójcie się też pytać mnie o pomoc. Kto pyta, nie błądzi, a my nie możemy sobie na to pozwolić. Chcecie o coś zapytać? – Zlustrowała całą grupkę lodowatym wzrokiem.
Lorina wzięła głęboki oddech i podniosła dłoń.
- Tak? – Lady Gertrude uniosła jedną brew, jakby zdziwiona, że ktoś miał w sobie tyle odwagi, aby skorzystać z możliwości zapytania jej o cokolwiek.
- Chciałabym zapytać, co z osobami wierzącymi. Czy jest jakiś konkretny czas, aby można było udać się do kaplicy? – Spytała blondynka pewnym siebie głosem. Uznała, że aby zyskać choć trochę przychylności tej kobiety należy pokazać jej, że nie jest się przestraszoną owieczką, która boli się wilczycy o nazwisku Gertrude Howard.
Przełożona popatrzyła na nią przez chwilę zmrużonymi oczami, po czym rozluźniła wszystkie mięśnie twarzy i można by przysiąc, że na jej pooranej zmarszczkami twarzy można było dostrzec cień uśmiechu.
- Oczywiście. Co niedzielę, ci, którzy czują taką konieczność, mogą udać się, przed rozpoczęciem pracy, do kaplicy na godzinę szóstą rano. Jednak trzeba najpierw powiadomić mnie o tym. Najpóźniej w piątek wieczorem. – Ton jej głosu nadal był zimny, jednak sposób, w jaki w tej chwili mówiła świadczył, że była zadowolona. Lorina zaczęła przypuszczać, że gdzieś w głębi duszy tej kobiety ukryte są jakieś uczucia, które postanowiła ukryć.
- Gdzie znajduje się ta kaplica? – Dopytywała Lorina.
- Niedaleko. Dwadzieścia minut od zamku. Niestety dziś jest sobota i lista została już zamknięta, a ja nie mogę zrobić wyjątku dla jednej nowoprzybyłej pracownicy.
Mimo tej kąśliwej uwagi blondynka nie chciała uważać swojej przełożonej za aż tak nieczułą kobietę. Chciała wierzyć, że uśmiech na jej twarzy był, choć w małym stopniu, przyjazny. Chciała znaleźć w niej choć odrobinę dobra i ciepła. Każdy zasługuje na szansę pokazania swojego prawdziwego „ja”, prawda?
- Rozumiem – blondynka skinęła głową jednocześnie dziękując za udzieloną odpowiedź.
Lady Gertrude przez kilka sekund nie spuszczała wzroku z Loriny lustrując ją od stóp do głów. Próbowała znaleźć w jej postawie, choć cień niesubordynacji, strachu, czegokolwiek.
- Powiedz, dziecko, jak się nazywasz? – Zapytała po chwili.
- Lorina Druitt – blondynka dygnęła lekko dając pani Howard do zrozumienia, że choć trochę zna etykietę i wie, jak okazać innym szacunek.
Lady Gertrude postanowiła zapamiętać to nazwisko. Widziała w tej młodej damie spory potencjał i postanowiła ją obserwować, bo kto wie? Może okaże się być godną zastąpienia jej?
- Czy któraś z was chce jeszcze o coś zapytać? – Spytała wracając wzrokiem do pozostałych dziewcząt przeskakując oczami z jednej na drugą. – Nie? Dobrze. Na końcu korytarza – wskazała otwartą dłonią na duże drewniane drzwi za sobą przechodząc do następnego tematu. – Znajduje się przejście do kolejnego poziomu podziemi zarezerwowanego dla was. Są tam łazienki, pralnie, szwalnie i skrót do kuchni. Oczywiście nie po to, aby się nocami do niej zakradać – wskazała na nie palcem. – Moje drogie – klasnęła dwa razy w dłonie krótkiej chwili ciszy. – Czas na naszą małą wycieczkę się skończył i muszę jak najszybciej zająć się swoimi obowiązkami. Mam nadzieję, że szybko się przyzwyczaicie do trybu życia w zamku. Zajrzę do was wieczorem. Życzę wam miłego dnia – skłoniła się lekko i ruszyła w stronę schodów jednocześnie wchodząc w grupkę. Młode kobiety od razu zeszły jej z drogi tworząc przejście.
Lorina odprowadziła lady Gertrude wzrokiem starając się zapamiętać sposób, w jaki jej przełożona się porusza. Chód szybki, pełny gracji i zdecydowania, podbródek lekko uniesiony, prezentujący pewność siebie, plecy proste.
Gdy tylko kobieta zniknęła, dziewczęta mogły odetchnąć z ulgą. Wraz z odejściem przełożonej cały stres uleciał, jakby zabrała go ze sobą.
- Co za kobieta – mruknęła jedna z nich. – Te wszystkie plotki były prawdziwe.
- I nie da się zmienić stanowiska! – Marudziła druga.
- A widziałyście ten bat? – Zapytała kolejna.
Lorina zaśmiała się pod nosem słysząc te wszystkie skargi. Mało prawdopodobne było to, żeby nowe pracownice, które raptem godzinę temu przybyły do zamku, pozostawiono samym sobie. Blondynka śmiała przypuszczać, że za każdym rogiem czai się ktoś, kto je obserwuje, aby potem donieść o wszystkim lady Gertrude.
- Uważajcie – odezwała się Lorina zwracając na siebie uwagę pozostałej dziesiątki. – Ściany mają uszy – zaśmiała się stukając palcem o płatek własnego ucha, po czym jak gdyby nigdy nic wróciła na początek korytarza i stanęła przed pierwszymi drzwiami. Były dość stare i wymagały wymiany, jak znaczna większość tutaj. Lista była przymocowana zardzewiałym już gwoździem na ich samym środku. Gdy nie znalazła swojego nazwiska ruszyła do następnych.
Po jej uwadze rozmowy zmieniły się w szept i już nie dotyczyły domniemanej tyranii lady Gertrude. Kłamstwem by było, gdyby powiedzieć, że Lorina nie bała się swojej przełożonej. Czuła strach, ale jednocześnie ogromny respekt. I wiedziała na pewno, że nie chciałaby podpaść tej kobiecie.



Drzwi do pokoju, w którym Lorina miała od dzisiaj mieszkać były dziesiątymi, które sprawdziła. Wzięła głęboki oddech, zapukała dwa razy i nacisnęła klamkę, gdy nie usłyszała żadnego odzewu z drugiej strony. Weszła powoli do pokoju i… zastała pustkę. Według listy miała jeszcze cztery współlokatorki. Lorina wzruszyła ramionami zamykając za sobą drzwi.
Dziewczyna rozejrzała się po pokoju. Ściany były szare i monotonne, a drewniana podłoga skrzypiała przy każdym, nawet najmniejszym kroku. U sufitu wisiały dwa duże żyrandole zrobione z kół od powozu. Na każdym z nich było po dwanaście zapalonych świec osłoniętych przez okrągłe szklane osłonki, które uniemożliwiały szybkie zgaśnięcie ognia. Po obu stronach drzwi przymocowane były pojedyncze lampki zrobione w tym samym stylu. Blask ognia rozświetlał całe pomieszczenie, choć nie niwelowało to tego nieprzyjemnego uczucia, które towarzyszyło Lorinie już na korytarzu.
Wzdłuż lewej ściany ustawione były dwa piętrowe łóżka. Pomiędzy ramą jednego z nich, a drzwiami było trochę wolnego miejsca, więc spożytkowano je przymocowując tam pięć haczyków, a na każdym wisiała lampa naftowa. Jedno jednoosobowe łóżko stało przy ścianie naprzeciwko drzwi. Przy prawej zaś ścianie stała wielka solidna drewniana szafa złożona z pięciu części połączonymi do siebie bocznymi ściankami, wśród których jedna wyglądała na nową, regał z książkami oraz spore drewniane biurko stojące między nimi. Przy meblu postawione było krzesło i walizka Loriny.
Dziewczyna westchnęła głęboko i usiadła na niewygodnym krześle. Biurko, przy prawych nogach, miało pięć równoległych do siebie szuflad, każda zamykana na osobny kluczyk. Wzrok Loriny przykuły jednak trzy spore podręczniki leżące na blacie ciemnego mebla obok kolejnej lampy naftowej. Wzięła do ręki jeden z nich i przejechała palcami po starej okładce.
- „Dobre maniery: Pokojówka” - przeczytała na głos tytuł książki.
Lorina sięgnęła po lampę i pudełko zapałek leżących tuż obok. Podniosła klosz, aby szybko odpalić knot i z powrotem go opuściła. Wyregulowała jeszcze intensywność płomienia i położyła otwarty podręcznik przed sobą na blacie.
Niewielki płomyk spokojnie się palił, co jakiś czas niespodziewanie drgając. Rzucał przyjemne żółtawe światełko na tekst lektury, dzięki czemu Lorina mogła bez problemu zapoznać się z jej treścią.



W pokoju, jak i na korytarzu, panowała idealna cisza. Przerywał ją tylko szelest przewracanych przez Lorinę kartek książki. Jej oczy biegały po linijkach tekstu, usta poruszały się w niemym czytaniu, a umysł pracował na pełnych obrotach starając się nie tylko zapamiętać wszystkie ważne informacje, a również wyobrazić sobie dane sytuacje. Lorina była tak bardzo wciągnięta w naukę, że nie zwróciła uwagi na to, że ktoś właśnie wszedł do pokoju.
- Oh!
Lorina podskoczyła przestraszona i z bijącym sercem odwróciła się do nowoprzybyłej.
Brunetka zamknęła za sobą drzwi i z wielkim uśmiechem na twarzy podeszła do Loriny.
- Ty pewnie jesteś Lorina. Abigaile, ale większość mówi mi Abby. Miło mi – z jej ust wylał się potok słów, gdy stała nad blondynką z wyciągniętą ręką.
Lorina potrząsnęła głową skupiając się całkowicie na swojej współlokatorce.
- Mi również bardzo miło – uśmiechnęła się delikatnie i wstając potrząsnęła lekko dłonią nowej koleżanki.
- Skąd jesteś? – Zapytała Abigaile wspinając się na piętrowe łóżko najbliżej drzwi, po czym rozłożyła się na materacu zakładając ręce pod głowę. Lorina znów usiadła na krześle.
- Z Rosy w Forście.
- Hmm, nie znam – mruknęła cicho, jakby do siebie, jednak nie uszło to uwadze Loriny. Jednakże ta nie poczuła się urażona w jakikolwiek sposób.
- Ja jestem z Elory, dokładniej z Alernu.
- Nie znam – odparła Lorina z figlarnym uśmieszkiem, a Abby się zaśmiała.
- Już cię lubię – brunetka puściła jej oczko. – Oh! I śpisz tu – powiedziała wskazując na dolną część łóżka. – Ogólnie to jednoosobowe łóżko zostało tu przeniesione, abyś miała gdzie spać – zaczęła tłumaczyć, choć nie było to konieczne. Lorina uśmiechnęła się pod nosem. Najwyraźniej ta dziewczyna była bardzo gadatliwa, ale to było o wiele lepsze, niż gdyby panowała między nimi niezręczna cisza.
- Ale Darcy – wymówiła to imię z czystą pogardą wyciągając każdą samogłoskę, a jej twarz wykrzywiła się w grymasie. – Zaczęła dramatyzować i zajęła tamto łóżko. Dlatego chcąc nie chcąc jesteś skazana na spanie tu – mówiąc to ciągle wymachiwała dłonią żywo gestykulując.
- Wcale mi to nie przeszkadza – Lorina wzruszyła ramionami. – Mogę o coś zapytać? – Spytała nieśmiało wyłamując palce lewej dłoni.
- Jasne.
- Czemu jesteś tutaj, a nie pracujesz, jak reszta? – Blondynka spojrzała na nią z dołu.
- Bo mam wolne – wzruszyła ramionami przekręcając się na lewy bok, przodem do Loriny. Zgięła rękę w łokciu i oparła głowę na dłoni. – Miałam iść na całodniową randkę z chłopakiem, ale w ostatniej chwili odebrali mu jego dzień wolny. Niesprawiedliwość! Dwa tygodnie harował na ten jeden dzień! – Smęciła.
- Twój chłopak też pracuje w zamku? – Lorina mimo wszystko była ciekawską osobą, a Abby wydawała jej się dobrym materiałem na przyjaciółkę, więc czemu by nie pozwolić jej mówić?
- Tak. Jest gwardzistą. Okej, ale koniec tych pogaduszek – podniosła się gwałtownie do siadu i spojrzała na Lorinę marszcząc brwi próbując udawać groźną. – Masz bardzo dużo nauki, a bardzo mało czasu!
- Tak jest! – Lorina machinalnie zasalutowała, tak jak to robiła w domu. Za każdym razem, gdy jej ojciec miał dla niej zadanie mówił właśnie z takim tonem. Jakby zwracał się do żołnierza. Lorinie nigdy to nie przeszkadzało, gdyż oboje wiedzieli, że to tylko żarty. Blondynka znów poczuła ucisk w sercu spowodowany tęsknotą za domem.
A może by tak wrócić?... NIE! Nie mogę się teraz poddać, nie mogę ich zawieść! Krzyczała na siebie w myślach.
- I to mi się podoba, żołnierzu! – Zaśmiała się Abby zeskakując na ziemię. Podeszła do Loriny i pochyliła się nad otwartą książką, aby dowiedzieć się, na czym skończyła.
- Dobrze. Na początku wszystko jest ładnie i dość przejrzyście opisane, więc nie będzie żadnego problemu, ale później już może być kłopot. Głównie, jeśli chodzi o królewskich gości, ale wytłumaczę ci, gdy do tego dojdziesz – Abby poklepała przyjaźnie Lorinę po ramieniu posyłając jej przyjazny uśmiech.
- Dziękuję – blondynka oddała jej uśmiech i zaczęła czytać dalej.

Abby.nz.jpg


Witajcie, Robaczki w tą halloweenową noc :* Oto wasz cukierek ^.^ Smacznego!! :3
Mycie okien jeszcze przed nami, teraz teoria ;p Ogólnie to ten rozdział nie powala. Najgorzej szedł mi opis pokoju. Miałam go w głowie, ale przelanie tego na worda było męczarnią >.<
Lorina jest osobą bardzo wierzącą, dlatego pytanie o kaplicę było obowiązkowe. Będzie regularnie tam chadzać, co nie znaczy, że jak tylko w opowiadaniu będzie niedziela to będę to opisywać. Po prostu miejmy świadomość, że tam była ;
Powiem wam, że relacje LorinaxAbby są jakby odzwierciedleniem mojej przyjaciółki i mnie. Między nimi nie ma żadnych etykiet, więc mogą zachowywać się w stosunku do siebie całkowicie na luzie i to chciałam pokazać już podczas ich pierwszej rozmowy :) Obie to proste dziołchy ze wsi, więc co się będą oszukiwać xd
Nooo... to by było na tyle Robaczki wy moje :D Życzę wam udanego Halloween i duuuużo łakoci!!
Dobranoc, Robaczki :*
 

swiatdoodwaznych
 
skoczna: Witam Was.:)
Zapraszam was drogie panie oraz panowie do blooga na temat wymyślonego opowiadania o skokach narciarskich. :)
Mam nadzieję, że podpasuje wam owa historia.
Głównymi postaciami będą:
Emilia Kasperska dla przyjacilół i znajomych(Emii lub Kaspi)- 20 letnia ułożona dziewczyna.
Fanka skoków narciarskich .
Blondynka o niebieskich oczach

Zuzanna Bojko (zuza zuzka)- 19-nastoletnia buntowniczka.
Fanka skoków narciarskich

I Oni
Stefan Kraft -23-cio letni Austriacki skoczek narciarski.

stefan-kraft-gewinnt-in-wisla-und-fuehrt-nun-im-weltcup-41-56324008.jpg


Michael Hayboeck - 25-cio letni skoczek Reprezentacji Austrii


mh.jpg


I inni skoczkowie występujący w skokach narciarskich.

I jak jesteście zainteresowani z takim opowiadaniem
Jeśli tak to zapraszam nie dlugo na pierwszy rodział
 

neriel99
 
Aktualizacja:
Konto na Wattpad ma nową nazwe: Tea-Lady

Oraz pisane opowiadanie yaoi z EXO wspólnie ze znajomą, baardzo gorąco zapraszam :)
www.wattpad.com/user/TeaKiller

Co u mnie? Duużo nauki, ale i śmiechu :D
Ciągle siedzę i piszę fragmenty fanfiction i szukam materiałów.
Obecnie mam zlecenie na rysowanie portretu oraz na plakat z Wiedźmina do szkoły ;3
Na Instagramie nie dodaję często zdjęć, ale kiedyś się za do zabiorę :P

14ed94870679bfccc26cabc794d6dd84.jpg
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

littleladyxs
 
    Byłem normalny. Ubierałem się normalnie i otaczałem się szerokim gronem oddanych przyjaciół, kolegów i znajomych. Uwielbiałem grać w piłkę nożną, flirtować z dziewczynami , cieszyć się życiem. Uwielbiałem również wakacje z moimi rodzicami.
    Co roku spędzaliśmy je gdzie indziej, bo mogliśmy sobie na to pozwolić. Hiszpania, Bułgaria, Egipt, Włochy. Cały świat był nas i wyobraźcie sobie, że straciłem to wszystko w ciągu jednej godziny. Mama na przemian to krzyczała to płakała machając ojcu przed oczami jego telefonem, a dokładniej SMS-ami z jego sekretarką. Młodą, ładną i kompetentną, bo sama ją wybrała. Miał z nią romans.
    Na początku próbowałem sobie radzić. Pomagałem mamie, pocieszałem ją jednak ona jakby się „wyłączyła” zostawiając mnie samego sobie. Było to trzy lata temu i właśnie wtedy postanowiłem diametralnie zmienić mój styl. Z pokładanego, pilnego ucznia stałem się krnąbrnym, pełnym niechęci do życia przedstawicielem subkultury Emo.
    Uważam, że życie jest ciężkie i pełne przeszkód, a moi rodzice nie rozumieją mnie i moich poglądów. Mama woli zatracać się w swojej pracy, rekompensując sobie tym odejście taty, a on z kolei zabawia swoją nową, młodszą pannę...
    Wiem, że jestem odmienny, wiem, że wyróżniam się z tłumu, ale dobrze się z tym czuję. Czarne, asymetrycznie ścięte włosy, podarte spodnie, luźne, ciemne T-shirty, blada skóra, niezbyt duża masa ciała. To wszystko z czym się utożsamiam. Cały ja.
    Mam w sobie wiele emocji, a przede wszystkim ból i cierpienie. Nie wiem co mam z tym robić dlatego się tnę. To przynosi mi ulgę. Problemy jakby odchodzą razem z upływającą krwią... Matka nie interesuje się moim życiem, no chyba, że dzwoni dyrekcja i znów opowiada jak to się opuściłem w nauce, ale gadka zawsze jest ta sama więc ją zlewam. Ojciec z kolei wysyła mi pieniądze i myśli, że to rekompensuje fakt, iż ma moją osobę w głębokim poważaniu. Ludzie są naprawdę głupi...
    Moimi przyjaciółmi są słowa zapisywane na kartce. Robię to codziennie. Często wraz ze słowami płyną łzy. Łzy braku akceptacji, niezrozumienia i w końcu odrzucenia. W większości z nich pojawia się motyw samobójstwa, od jakiegoś tygodnia piszę o tym codziennie. Coraz bardziej skłaniam się ku temu rozwiązaniu. Przecież to takie proste. Kilka chwil i już cię nie ma. Bez zmartwień, bez łez. Ojciec oszczędzi pieniądze, a matka nie będzie już musiała odrywać się od pracy, żeby wygłosić mi kazanie.
    Kiedy idę w szkole korytarzem zawsze towarzyszą mi spojrzenia pełne pogardy, zdziwienia, że w ogóle odważyłem się tak pokazać publicznie. Nauczyciele ciągle odsyłają mnie do psychologa, najczęściej na religii, albo polskim, bo mam inne zdanie od wszystkich, bo moje poglądy są dla nich dziwne i straszne. „Nastolatek nie powinien tak myśleć” - te słowa słyszę notorycznie, nawet kiedy nikogo nie ma odbijają się echem w mojej głowie. Skoro nie powinienem tak myśleć, ale inaczej nie potrafię to chyba powinienem umrzeć... Wtedy moje myślenie przestałoby im przeszkadzać.
    Teraz już mam pewność, że jestem inny. Inny pod każdym względem. Inny czyli niepotrzebny, zbędny. Inny w najgorszym znaczeniu tego słowa. Niekochany i niezrozumiany. Zły „inny”. Czas najwyższy zakończyć tę farsę...
 

mary6520
 
Kim jestem. Jestem zwykłą dziewczyną, a przynajmniej tak myślałam. Nazywam się Luna Moonlight. Mam 17 lat. Razem z Clariss'om jesteśmy rodzeństwem, a raczej bliźniaczkami.

Choć ludzie których poznałam to nigdy by tego o nas nie powiedzieli. Ona jest blondynką o idealnie prostych włosach z szaro-zielonymi oczami, a ja mam długie kręcone brązowe loki oraz zielone oczy. Jestem szczupłą, średniego wzrosty nastolatką. Clary jest ode mnie wyższa o pół głowy ale nie narzekam na to.

Moi rodzice to Amanda i Alec Moonlight.

Mama to pełna życia osoba na której zawsze można polegać. Jest średniego wzrostu kobietą z pięknymi długimi ciemno-brązowe włosami sięgających do talii. Jej oczy są koloru ciemno-zielonego. Najwidoczniej to właśnie po niej odziedziczyłam urodę oraz talent artystyczny.

Za to mój ojciec to otwarty na ludzi człowiek. Ma własną firmę kurierską. Jest wysportowanym mężczyzną o ciemno brązowych włosach i szaro-brązowych oczach w których nasza mama się zakochała.

Wracając do tego co napisałam na samym początku... myślałam że jestem normalna ale to miało się szybko zmienić...

================

Tak to by było na tyle z prologu. Wiem że krótki ale rozdziały obiecuję będą na pewno dłuższe :)

Mam nadzieję że się podobało

Pozdrawiam:
Mary6520
 

mary6520
 
Opis opowiadania.

Luna Moonlight to spokojnia nastolatka nie zdając sobie sprawy kim jest i z jakim darem się urodziła, ale wkrótce to ma się zmienić..

==========

Może by przydały się jakieś ogólne informacje na temat opowiadania:

No to tak, postaram się rozdziały wrzucać przynajmniej 2 razy w tygodniu.

Za błędy z góry starsze przepraszam, ale bądźmy szczerzy pała ze mnie z ortografii :P

Jeśli będę mieć jakiś dylemat z chęcią wysłucham :)
 

seiti1008
 
Nie umiem napisać tego lepiej.

Młode serca wplątane w wir przeznaczenia

Ciemność i wilgoć pomieszana z odorem zakrzepłej krwi, rozchodziły się w krętych korytarzach podziemi. Ruch i nikłe światło pochodni w jednej z cel zaburzały posępny obraz lochów, a może i uwypuklały jego mrok?
Energiczne szorowanie przerywało bezgłos. Czasem, gdy tarcie ustawało, słychać było urywany oddech i krople wody uderzające o kamienną posadzkę. Blada łuna światła padała na zmęczoną twarz kobiety. Na niegdyś pięknych licach malowały się oznaki czasu i niedożywienia. Chude, żylaste dłonie drżały, trzymając namydloną szczotkę. Po skroniach spływał pot, a spierzchnięte, rozchylone wargi łapczywie łapały powietrze. Nogi z trudem wytrzymywały przycup. Wychudzoną ręką otarła czoło. Mętnym spojrzeniem przejechała po podłodze. Rozlana krew skrzepła, a mimo to pachniała kusząco. Przygryzła wargę, a cienka skóra pękła od naporu wysuniętego kła. Szybko oblizała kropelkę własnej posoki. Słodki smak podrażnił tylko jej kubki smakowe. Poczuła ssący głód. Kiedy ostatni raz jadła? To było tydzień temu, a może dwa? Nie pamiętała. Świat wirował, a w głowie miała tylko myśl, aby się posilić. Uklękła i z wahaniem przybliżyła swą twarz do chłodnej posadzki. Krew pachniała smakowicie. Wysunęła język, by po chwili unieść głowę. Zacisnęła dłonie w pięści. Jej usta drżały. Resztki jej dumy szeptały „to upokarzające”, ale głód był silniejszy. Raptownie nachyliła się nad czerwoną kałużą. Zlizała gęstą ciecz. Przymknęła oczy, rozkoszując się skradzionym łykiem. Krew była nadpsuta, ale smak przestał się liczyć. Nie mogła wybrzydzać.
Zachłannie zanurzyła usta i siorpała krew, którą miała zmyć. Szybko poczuła nasycenie. Jej skurczony żołądek nie mógł przyjąć zbyt wiele. Wyprostowała się, zakrywając usta dłonią. Mokrymi oczami wpatrywała się w czerwień przed sobą. Ponownie sięgnęła dna.
- Dostojna bogini żywiąca się odpadkami. – podskoczyła, gdy usłyszała chropowaty i kpiący głos. Serce jej załomotało. Nakrył ją. Bała się spojrzeć na mężczyznę patrzącego na nią z góry. Skuliła się, oczekując kary.
Odgłos kroków pogłębiał jej lęk. Trzęsła się jak osika, kiedy zatrzymał się przy niej.
- Naprawdę, co mój syn sobie myśli. Co poczniemy bez twych usług, gdy zdechniesz z głodu? Znaj mą łaskę, w końcu należy ci się zapłata za sprowadzenie do nas tak użytecznej broni. Nie obchodzi mnie jak posprzątasz lochy, możesz je nawet wylizać jak teraz. Po prostu mają się błyszczeć. Wiesz, że nie znoszę brudu.
- T-Tak, miłościwy panie. – pokłoniła się, nie ośmielając zerknąć w jego stronę.
- Zaczęło się. Jeśli się spisze, może nawet zacznę cię traktować jak żywą istotę. Ba, jeśli nasz plan się powiedzie, zmienię swój stosunek do ciebie i będziesz nawet moją synową. – zaśmiał się.
- Nie jestem godna takiej łaski. – odrzekła, trwając w służalczym pokłonie.
Przeklinała dzień, w którym przyprowadziła do zamku niewinnego chłopca. Chciała mu pomóc, wyrwać ze szponów depresji, a sprowadziła na niego nieszczęście. Nie mogła wyrzucić z pamięci tortur, jakim poddawała go panienka. Obrazy jego cierpienia wżarły się w najgłębsze zakamarki jej umysłu. Była zbyt słaba, by mu pomóc. A pokrótce jego oczy straciły blask. Z obojętnością znosił wszystko, czego doświadczał. Tylko chęć zemsty budziła w jego oczach ogień nienawiści, który starzec obok niej podsycał umiejętnie. Nienawidziła ich, nienawidziła siebie. Często uważała, że zasłużyła sobie na swój los, bo zniszczyła beztroski uśmiech dziecka.
Zapiekły ją oczy. Wzięła wdech i mocno zamknęła powieki.
- Dokończę czyszczenie. Panicz Nova chciał się posilić. – odparła i na czterech minęła starego boga, który zaśmiał się gromko, a potem znikł z kolejnym przesunięciem się wskazówki zegara.
Kobieta wróciła do sprzątania szarych kamieni, które przyjęły w swym istnieniu morze szkarłatu. Pucołowata gładką powierzchnię, szlochając. Łzy zmieszały się z krwią.

Szum wiatru grał swą pradawną pieśń, muskając delikatnie drobne listki; tańczył w złotych, kręconych puklach. Płatki poderwanego do lotu kwiecia towarzyszyły mu w balecie i odbijały się w iskrzących się oczętach dziewczęcia. Azuma z zapartym tchem oglądała spektakl przyrody. Śpiew drzew, który był możliwy dzięki wiatrowi, łączył się z świergotem ptaków i tworzył przecudną operę. Stała oczarowana z zadartą ku niebu głową. Chwila błahej codzienności, wyryła się w jej pamięci, tworząc piękne wspomnienie.
Lykku oparł się o drzewo i ze skrzyżowanymi rękoma, przyglądał się swojej młodszej siostrze. Była jak nimfa z bajek – mistyczna, piękna i wpisana w krajobraz urodziwej przyrody. Patrząc na nią w tamtej chwili, nie pomyślałby, że w jej żyłach płynie krew demona. Była wnuczką Natury i to widział przed sobą.
Otulił ją czułym spojrzeniem, a jego usta ułożyły się w tkliwym uśmiechu.
- Jestem w szoku. – usłyszał – Jesteś zdolny do takiego wyrazu twarzy. Toć to niemożliwe. Czy jestem właśnie świadkiem cudu? – padły drwiące słowa.
Skrzywił się i obrzucił intruza nieprzychylnym spojrzeniem.
- Czy wujek uczy cię nie tylko walki, ale i ostrzy twój język? – spytał, łypiąc na dziewczynkę przystającą przy nim.
Elayaa uśmiechnęła się chytrze.
- Jestem córką swoich rodziców! – rzuciła dumnie, wypinając pierś.
- W to nie wątpię. – prychnął – Choć do legendarnych ripost twej matki jeszcze daleka droga.
- Poczekaj kilka lat, zgniotę cię, miłościwy panie. – machnęła ręką, kłaniając się.
Zaśmiał się, przenosząc wzrok na siostrę, która z zamkniętymi oczami dotrzymywała kroku niewidzialnemu partnerowi.
- Jest taka urocza! – zapiała Eli. – Chce się ją schrupać.
- To moja siostra, znajdź sobie własną. – syknął zazdrosny i posłał kuzynce zaborcze spojrzenie.
- Sknera. Nie mam rodzeństwa, podziel się nią. – nadęła się.
- To moje maleń… - urwał i przeniósł wzrok w kierunku Azumy.
Śpiew ptaków przerodził się w przestraszony pisk, a szum wiatru zakłócił łopot ich skrzydeł. Poderwane do lotu ptactwo przysłoniło czyste niebo. Krucha dziewczynka zamarła od naporu przeszywającego spojrzenia. Jej serce wybiło niespokojny rytm, który doszedł do uszu jej brata. Lykku zmarszczył groźnie brwi. Jeden fałszywy ruch młodzieńca przed nimi, a miał zamiar doskoczyć mu do gardła. Źle mu z oczu patrzył. W złotych źrenicach czaiło się coś niedobrego, a jego aura nasączona była niegodziwymi zamiarami.
Ciało Elayii spięło się; nogi lekko ugięły się, a korpus pochylił do przodu – była gotowa do ataku.
- Jego energia… - zaczęła powoli, nie spuszczając jasnowłosego z oczu – czuję w niej chęć mordu, okrucieństwo… zło.- szepnęła.
Młody panicz uważnie wysłuchał jej spostrzeżeń. Czuł to samo. Przygryzł wargę, podejmując decyzję. Znikł, a Eli z przerażeniem zerknęła na miejsce, w którym stał jeszcze przed momentem. Przeniosła oczy na Azumę, przed którą pojawił się syn Latisa. Zasłonił ją, stając między nią a Blanem. Przełknęła ślinę i z walącym sercem przyglądała się rozwojowi sytuacji.
Młody bóg dzielnie stawił czoła zimnemu wzrokowi nastoletniego chłopaka.
- Panie, przestraszyłeś mą siostrę. Proszę, nie rób tak więcej. Moja siostrzyczka jest delikatną istotką, która może przestraszyć się tak nagłym pojawieniem się i – zamilkł na chwilę i zmrużył oczy – wgapianiem się w nią tak okropnym spojrzeniem.
- Och, mam okropne spojrzenie? – zachichotał, nachylając się nad Lykku. – Mam nie tylko okropne spojrzenie, ale i duszę. – wyszczerzył kły.
Po kręgosłupie dziecka Śmierci przebiegł impuls, który powalił go na ziemię. Upadł na kolana. Z przerażeniem odkrył, że nie mógł się ruszyć. Widział jak ręce Blana sięgają jego siostry.
- Nie… - poczuł rosnącą rozpacz.
Kątem oka dostrzegł ruch za sobą. Powietrze pękło, a z pęknięcia wyskoczyła Eli, kopiąc nastolatka w twarz. Głowa Blana odskoczyła w bok, a w jego oczach wymalowała się furia.
- Zapomniałem o tej irytującej umiejętności. – warknął, odwracając się ku rozeźlonej dziewczynce.
Córa Asaylena klasnęła w dłonie, prostując się, a następnie kucnęła i dotknęła ziemi. Z gleby uformowały się grudki, których części połączyły się i stworzyły kamienne pociski. Ściana z kulek ziemi runęła na Blana. On jednak zaśmiał się głośno i wyciągniętą dłonią zatrzymał kamienną lawinę.
- Zbyt mała siła bojowa. – ryknął. – Może nie wiesz, ale w naturze mam władanie ziemią! – zamachnął się, a wokół jego ręki zatańczyły ziarenka piasku, który ruszył na zaskoczoną Elayeę.
Dziewczynka szybko pojęła, że ćwiczenia to nie to samo, co prawdziwa walka. Tu nikt się nie wstrzymywał i atakował, żeby zabić. I ona musiała walczyć z takim zamysłem.
Uskoczyła, unikając rzeki piachu, która uderzyła o podłoże. Będąc w locie, zerknęła na Azumę, która zdążyła skryć się za drzewem. Odetchnęła z ulgą. Przez chwilę zapomniała o kuzynce. Zrugała się w myśli za swoją bezmyślność. Musiała odciągnąć go od niej. Przywołała wyrwę, która pojawiła się natychmiastowo. Zanurzyła się w palecie przenikających się kolorów, lecz nim niecodzienne przejście się domknęło, poczuła jak coś owija się wokół jej szyi. Dotknęła chłodnego metalu i obróciła się za siebie. Silne szarpnięcie wyrwało ją z bezpiecznego pęknięcia w przestrzeni. Plecami upadła na piasek. Była w niemałych tarapatach. Nim do głowy przyszedł jej jakiekolwiek pomysł, ziarenka piachu przybrały kształt ostrzy i przebiły jej młode ciało. Łańcuch splótł ją, uniemożliwiając choćby kiwnięcie palcem.  Zawyła z bólu, patrząc na mozolnie przesuwające się chmury, które w milczeniu przypatrywały się rozgrywającej się tragedii. Na niebiosach panował spokój.
- „Zestawienie dwóch chwil…” – pomyślała.
Dałaby dużo, żeby w tamtej chwili móc być niewielkim obłoczkiem na niebie. Zderzyła się z rzeczywistością szybciej, niżby chciała. Nie była przygotowana na bój o życie, nie tylko swoje. Prawdziwa walka była gorsza od koszmaru. Jej krew wsiąkała w złoty piasek, barwiąc go na czerwono. Do jej oszołomionego umysłu dotarł przeraźliwy krzyk jej kuzyna. Nadziana na piaskowe włócznie, odwróciła głowę. Jej nadzieja umarła. W jej kierunku zmierzały dziwne błotne kulki. Nie wiedziała, co potrafią, ale jej instynkt wył. Śmierć uśmiechnęła się do niej zalotnie.
Zamglonymi oczami spojrzała na Lykku bladego jak ściana. Wydawało jej się, że nawet osiwiał z przestrachu. Zamrugała, a łzy spłynęły po jej policzku. Czuła na sobie oddech niebytu. Przeniosła wzrok na błoto, które było już tuż tuż. Nie rozumiała, czemu czas zwalniał i widziała wszystko w zwolnionym tempie, ale w ułamku tej sekundy, dostrzegła jak błoto staje się bryłą lodu i spada z hukiem na ziemię. Zdumiona patrzyła jak kolejne kule zmieniają się w bezużyteczny lód. Zamrugała z niedowierzania. Dopiero powiew chłodu ją otrzeźwił. Powoli skierowała wzrok ku wstającemu młodziutkiemu bogowi. Oniemiała.
Czarne pasma stały się białe jak śnieg, a jego skóra niemal przezroczysta.
- Zabiję cię!!! – Lykku wrzasną targany furią – Nie daruję ci tego, co zrobiłeś Eli!!
- Dorosłe słowa z ust dziecka. – odparł kpiąco Blan.
Uważnie przyglądał się ciału chłopaka. Jego technika została wyparta przez niesamowity chłód. Szybko zorientował się, że jakiekolwiek bezpośrednie starcie z chłopakiem z rodu Śmierci przypłaci odmrożeniem, a być może i zamrożeniem na wieki. Musiał zabić go na dystans. Cmoknął niezadowolony. Miał coraz mniej czasu.
- „Niebawem potworki zorientują się, że ustawiłem barierę. Być może poczują energię tych młokosów. Oby Cesarzowa nie wróciła. Pozostaje mi wyprowadzić chłopaczka z równowagi. Z umysłem zamroczonym gniewem nie będzie myślał logicznie.” – uśmiechnął się.
Piach zawirował tworząc miecz, który zawisł w powietrzu nad Eli. Inne skierowały swe ostrza ku Lykku.
- Zobaczymy, na jakim jesteś poziomie. – odparł, uwalniając broń.
Wszystkie miecze runęły zmrożone, a syn Latisa znikł niczym śnieg w promieniach słońca.
Piaskowe włócznie i łańcuch roztrzaskały się od powiewu zera absolutnego. Eli poczuła przeszywające zimno w swoich ranach. Niepodtrzymywana, runęła prosto w ramiona młodego boga. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w jego stężałe rysy. Powinna być bryłką lodu w momencie, gdy ją dotknął, ale nie była. Czuła ciepło jego rąk. Zdawała sobie sprawę, jak wielki był to wysiłek dla niego, żeby jej nie zamrozić.
- Lykku… - szepnęła.
- Nie pozwolę by zranił cię bardziej. – syknął. – Wybacz, że pozwoliłem, abyś cierpiała. – rzucił, nie patrząc na nią. Łypał spode łba na zadowolonego z siebie Blana. Coś czaiło się za tym pewnym siebie uśmieszkiem.
- Brawo, masz jedną, ale zapomnieliście o niej. – wskazał w kierunku Azumy.
Oboje przenieśli szybko wzrok na małą dziewczynkę. Wokół niej tańczyły błotne kulki. Lykku wyszczerzył kły. Szybko postawił Eli na ziemi i nakazał jej postawić barierę, a sam rzucił się siostrze na ratunek. Zrozpaczony, nie zauważył jak dosięgnął go łańcuch. Poczuł tylko mocny uścisk na nadgarstku i wyparowującą z niego energię. Obrzucił metal zaskoczonym spojrzeniem. Jego włosy wróciły do kruczoczarnej barwy, a na policzki wróciły rumieńce.
- Nie…
Zwątpienie zagościło w jego sercu. Spojrzał na dygoczącą Azumę, która z przerażenia nie śmiała pisnąć półsłówka. Patrzyła tylko błagalnie na niego. Widział jedynie jej wzrok w tumanach kurzu, gdy błotne kulki wybuchły i poderwały w powietrze glebę i piach. Stał i patrzył bezradnie na swoją małą siostrę, dopóki maziowata kula nie dotknęła jego brzucha. Plazma wżarła się w jego trzewia, lecz nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nawet upadając, patrzył na Azumę bezgłośnie zalewającą się łzami.
Nim upadł na ziemię, przez jego umysł przeleciało milion myśli. Mógł inaczej to rozegrać, być może by się udało. A może walka ze starszym bogiem z góry była skazana na fiasko? Może, gdyby była tu Nishi… może, gdyby bardziej skupił się na Azumie… może, gdyby miał doświadczenie, nie popełniłby tak kardynalnego błędu… Gdyby. Pozostało mu odgrywanie w wyobraźni innych scenariuszów przebiegu walki i żal do samego siebie. Obraz blond loczków rozmywał się, a on tracił przytomność. Koszmary zachichotały sadystycznie.
Elayaa przeklinała paraliżujący ból. Nie dała rady nawet utrzymać bariery. Była zbyt słaba, żeby użyć czegokolwiek. Jej kuzyn stracił przytomność, a Blan chwycił struchlałą Azumę.
- „Czemu ona, po co mu Azuma…?” – przemknęło jej przez myśl, ale powód nie by ważny. Najważniejsze było powstrzymanie Blana de Shiro.
Musiała coś zrobić. Wykonała Herkulesowy wysiłek, aby zgromadzić ostałe się jej siły i zmusić się do wstania. Świat wirował jej przed oczami. Krok przyszedł dziewczynce z wielkim trudem. Wyciągnęła drżącą dłoń, ale postać chłopaka była zamazana. Potrząsnęła głową i próbowała wymierzyć w swój cel. Chciała postawić wszystko na jedną kartę. Drżała, ledwo stojąc, tylko w jej oczach odbijała się determinacja. Jeden strzał, nie pragnęła niczego więcej. Zebrała energię na czubkach palców, którą zamierzała zebrać w jeden pocisk. Zacisnęła dłoń, którą spowiła czarna aura. Wyszczerzyła ząbki, chcąc posłać cały swój gniew ku Blanowi, lecz atak wyparował na jej oczach. Zdruzgotana, pozbawiona wszelkiej nadziei, wgapiała się w swoje trzęsące się palce.
- Leżeć, bachorze. – usłyszała nim poczuła zimne ostrze miecza. Spojrzała na swoją klatkę piersiową. Wystawał z niej fragment zakrwawionego stychu. Zakasłała, krztusząc się swoją krwią. – Czemu się bawisz z tymi gnojkami? – kobiecy głos zwrócił się do Blana.
- Nie możesz ich zabić, bo to momentalnie przywoła Cesarzową. – upomniał swoją znajomą.
To były ostatnie słowa, jakie Eli usłyszała. Jej oczy zamknęły się powoli, a jej oprawca wysunął z niej swój miecz. Upadła na zbrukaną krwią ziemie.

Metaliczna woń splugawionej krwi niosła się wraz z wiatrem. Uderzyła w Nishi ze zdwojoną siłą. Dziewczynka zatrzymała się raptownie, gdy tylko roztrzaskała barierę, którą ktoś odważył się postawić na terenie Internatu. Zapach, indywidualny dla każdego, zmroził drobne ciałko bogini. Utkwiła wzrokiem gdzieś przed sobą.
- Nishi? – zatroskany Reyon pomachał ręką jej przed twarzą. – Hej! – czuł rosnące zaniepokojenie. Dusząca woń krwi i zachowanie jego narzeczonej sugerowało, że wydarzył się kolejny dramat. Upewnił się w owym przekonaniu, kiedy tęczówki dziewczynki zmieniły się we wspomnienie przeszłości.
- „Czemu…?” Zgniotę go!!!- warknęła, obnażając kły. – Udekoruję jego flakami choinkę!!!
- Nishi! – chłopak złapał ją za rękę. – Nie… - urwał, gdy łypnęła na niego srogo. Przeszły go ciarki i puścił jej nadgarstek. To był pierwszy raz, gdy widział ją naprawdę wściekłą. Myślał, że doświadczył jej gniewu wcześniej, ale tamte oczy były niewinne. Obecne znały smak mordu. Drapieżnik ruszył na polowanie. Patrzył jak jej plecy znikają mu z oczu. Stał tak dłuższą chwilę, walcząc ze swoimi odczuciami. Uśmiech wypełzł na jego usta. Jego mała Nishi była coraz piękniejsza. Zachichotał i znikł z podmuchem wiatru.
Aicsha przymknęła okiennice. Zatrzymała dłoń na klamce i zasępiła się. Kai wyparował; nie czuła jego obecności w Cesarstwie. Zastanawiała się, co mu wpadło do głowy. Rozważała, czy słusznie postąpiła wspominając mu o Kaydii. Ponoć odesłał ją do domu. Bała się jego sprawiedliwości, choć sama chciała rozszarpać ją na strzępy. Kai nie mógł ponownie zanurzyć się w ciemności; nie mógł zmarnować wysiłku YuLee. Westchnęła i spojrzała na chmury, które przypominały rozbrykane owieczki. Nagle zrobiło się jej niedobrze. Zakryła usta dłonią i zgięła się wpół. Znała ten zapach – krew jej bliskich wymieszana z JEGO wonią. Kły wysunęły się jej spod warg mimowolnie.
- Coś ty odpierdolił.- syknęła, otwierając okno na oścież. Dotknęła dłonią parapetu i odbiła się od podłogi, wyskakując.
Stopy Arcyksiężniczki ledwo muskały ziemię, gdy gnała, co tchu w płucach. W powietrzu czuć było pozostałości zmieszanej energii i woń posoki. Ścisnęło ją w dołku. Przyspieszyła.
Jej nogi zwolniły i zatrzymała się, wodząc zszokowanymi oczami po zastałym krajobrazie. Kałuże z krwi lśniły w słońcu, zupełnie jak jezioro w oddali. Ciała jej bliskich leżały w bezruchu, poddając się blaskowi z rąk Reyona.
- Co tu się stało?! – ryknęła, podbiegając do chłopaka.
- Nie wiem, ale Nishi…
Zbladła. Przesunęła wzrokiem po nieprzytomnej buźce Eli, na której malował się spokój. Rany się zamykały. Zatrzymała spojrzenie na skrzywionych rysach Lykku. Cierpiał. Oddech Ai przyspieszył, zalała ją panika.
- Co z moją siostrą?! – doskoczyła do Reyona i złapała go za poły mundurka.
- Pobiegła za nim. On… - urwał, biorąc wdech – prawdopodobnie zabrał Azumę. Nishi poczuła jej zapach i ruszyła bez namysłu. Nie dała się powstrzymać…
Puściła go i zerknęła w kierunku, w którym wibrowała aura jej małej siostrzyczki. Zaklęła siarczyście. Zaskoczony chłopiec popatrzył na przyszłą władczynię, ale nic nie powiedział. Dziewczyna spojrzała w niebo i zagwizdała. Z niebios sfrunął orzeł i wylądował jej na ramieniu.
- Natychmiast powiadom medyka. – poleciła, a ptak załomotał skrzydłami i wzbił się ku firmamentowi. – Zajmij się nimi do tego czasu, proszę.
- Oczywiście. – Reyon kiwnął głową i przywołał skrytą moc. – Uważaj, Arcyksiężniczko. Coś tu jest nie tak.
- Owszem. – rzuciła przez ramię. – „Blan… mieli racje, co do ciebie. Szkoda, lubiłam cię.”
  • awatar Lisa Angels: ... jak mogłaś! ;( Azuma, Lykku, Eli! Mam nadzieję, że przyszykowała dla Blana wyjątkowe tortury. Już nie mogę się doczekać, aż dorwie go Ai i Nichi! Buhahahah!
  • awatar Lisa Angels: *Nishi
  • awatar Kate - Writes: Ale dlaczego?! Żądam innego obrotu spraw!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 

- I co było dalej?

Zygmunt zaśmiał się, widząc świecące się z ekscytacji oczy Gilberta.

- Widzisz chłopcze, czasem nie wystarczy silna wola, aby wygrać trzeba sięgnąć po nieczyste środki. Wiedźma bez litości zabiła wszystkich buntowników. Spopieliła ich żywcem tym samym kończąc dobre czasy Sagary. Mówiono, że rozwścieczona rzuciła klątwę. Na wyspie zapanował strach, z każdym dniem znikali mieszkańcy. Okolicę spowiła gęsta mgła, a niegdyś wspaniały szlak handlowy przestał istnieć. Wiedźmy ze swoim małżonkiem nie widział nikt, od pamiętnej nocy. Skryli się w zamku, a po wyspie chodziły plotki, że pan Sagary został opętany przez szatana. Jego skóra stała się niebieska, a on sam postradał zmysły. Chodzą słuchy, że szaleństwo i chęć powrotu do normalności nie dawały mu spokoju. Chłopcze, wiesz czym odstrasza się złe duchy i przełamuje złe zaklęcia?

Gilbert pokręcił głową, nie mogąc oderwać wzroku od szerzącego się upiornie mężczyzny.

- Woda święcona nie raz ratowała ludzi przed szatańskimi czarami. Pan wyspy postanowił spróbować tego. Bo w końcu, to była jedynie zwykła woda. Pewnej nocy podczas kolacji podmienił kielichy. Nie spodziewał się tego, co się potem stało... - Nachylił się do chłopca i spojrzał mu prosto w oczy. - Wiedźma wypiwszy z niego, zaczęła się dusić. Jej gardło zaczęło się topić. Wiecie, co wiedźma miała w środku? Srebro. Nawet jej serce było z tego metalu. Spodziewano się, że klątwa ustąpi, jednak ani mgła, ani wygląd pana wyspy się nie zmienił. Ze zgryzoty skoczył z klifu, zmieniając się w krwiożerczą bestie, atakującą statki w okolicy, a srebrniki z żalu za swoją panią atakują mieszkańców, pożerając ich żywcem.

Zapadła głucha cisza, nawet nie dało się usłyszeć skwierczenia ognia, czy ich oddechów.

- Bujdy pleciesz. Wiedźmy, bestie, klątwy. - Kapitan machnął lekceważąco dłonią. - Kto by w to uwierzył, a końcówka to już się całkowicie kupy nie trzyma.

Zygmunt zmierzył go czujnym spojrzeniem i roześmiał się wniebogłosy, przełamując ciężką atmosferę.

- Widać, że swój chłop z pana, panie Stanisławie, to jedynie bajeczka dla dzieci. Statki rozbijają się o rafę, a rozbitkowie pożerani są przez okoliczne rekiny, których w tych stronach nie mało. Prawda to, że kiedyś tu baba wyspą rządziła, ale z powodów oczywistych nie mogło to trwać długo.

- A mieszkańcy?

- Chłopcze, kto chciałby żyć na wyspie wiecznie spowitej mgłą, gdzie nic nie chce rosnąć i jedynie góry i klify są. Jedynie starzy zostają, a kto tylko ma okazję to, czym prędzej płynie w świat na lepszą ziemię. Do tego trzy zimy temu mieliśmy wstrętną plagę. Gorączka zabrała połowę mieszkańców, głównie kobiety i dzieci. To była tragedia! Może i wyspa jest przeklęta, ale nikt jeszcze nie widział nadprzyrodzonych stworów ze srebra, czy innych dziwactw... no może poza Edwardem... Gada czasem sam do siebie, ale to starość, my też w jego wieku tacy będziemy, nieprawdaż panie Stanisławie?

- Oj tak, kiedyś też znałem takiego jednego...

Gilbert nie zamierzał poświęcać uwagi wywodom kapitana, przeprosił więc wszystkich obecnych i wyszedł na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza. Serce biło mu szybciej od chwili, gdy usłyszał o lamparcie ze srebra. To z pewnością był stwór z jego snu, jednak jakim cudem mógłby o nim śnić, zanim się dowiedział o jego rzekomym istnieniu? Może to była podświadomość? A może... może to jednak prawda?

Słońce powoli znikało na horyzoncie, zabierając resztki ledwie przebijających się przez mgłę promieni słonecznych. Gilbert otulił się ramionami, by odegnać nieprzyjemny chłód. Przez chwilę zastanawiał się, czy aby nie wrócić do ciepłej kuchni, jednak ostatecznie postanowił pójść do swojego pokoju. Miał wiele rzeczy do przemyślenia, a towarzystwo, nie sprzyjało rozwiązywaniu zagadek.

Powoli szedł zamkowym korytarzem, wyobrażając sobie kobietę z opowieści. Nie mógł pojąć, czym sobie zasłużyła na taki los. Fascynowała go, spojrzał w jedno z otaczających go luster. Przyglądał się sobie przez chwilę, po czym ruszył dalej, całkiem nieświadomy, że jego odbicie kroczy własnym rytmem i potajemnie się uśmiecha.

_____________________________

Jak widać wróciliśmy do naszej wesołej kompanii. Mam szczerą nadzieję, że nie pogubiliście się jeszcze :D
  • awatar Kate - Writes: Wybacz, ze tak wszystkie razem komentuję, ale jakoś dawno mnie tu nie było i namnożyło się rozdziałów. Mam nadzieję, że Gilbert dojdzie do ładu ze samym sobą. Powiem ci, ze bardzo spodobał mi się lampart, który pojawił się gdzieś tam w którymś rozdziale. Jest naprawdę świetny, aż miałam ochotę, wyjąć go z monitora i zaadoptować. Jestem kiepska w pisaniu komentarzy...
  • awatar Kate - Writes: Od teraz postaram się czytać regularnie.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

livli5
 


Na dziedzińcu zapadła głucha cisza, jedynie skwierczące pochodnie rozmywały zbierającą się nad zamkiem mgłę. Czas jakby zamarł w oczekiwaniu na ruch którejś ze stron. Przyglądał się podejrzliwie, czytając myśli wiedźmy. Pomimo zewnętrznego spokoju w środku na powrót czuła się martwa. Uczucie, które nękało ją od dnia narodzin, rosło na sile, a kolejny czar znów pokruszył jej cienką warstwę człowieczeństwa. Zdrada własnego męża, a później i ludu pogłębiała pęknięcia. Myślała, że gdy nadejdzie ten dzień, będzie gotowa. Jakże się myliła. Czekała, aż buntownicy zabiorą głos. Jednak ci milczeli. Westchnęła.

- Kto jest waszym przywódcą? - zapytała, a tłum rozstąpił się, ukazując młodego mężczyznę, o nienaturalnie bladej karnacji i wychudzonym ciele.

- Ja nim jestem.

- W takim razie czemuż nachodzicie mój dom? Jakim prawem grozicie waszej pani?

- My - zaczął, ale wiedźma nie dała mu skończyć.

- Podaj mi powód, by was wysłuchać. Czyż nie macie swych przedstawicieli, do których mieliście zgłaszać swe skargi? Nie uznałam jeszcze waszego zgromadzenia za bunt, pomimo gróźb i oręża, z którym stoicie przede mną o tej późnej porze. Chcę wpierw poznać przyczynę, zanim zdecyduję jaką karę na was nałożyć za niesubordynację.

Mężczyzna zaśmiał się, po czym rozłożył ręce i pokazał na stojący za nim tłum.

- Wybacz pani - zaczął z wyraźnym sarkazmem - ale tym razem to my dyktujemy warunki.

Buntownicy jak na zawołanie pokiwali głowami i okrzykami poparli swojego przywódcę. Nastrój w jednej chwili uległ zmianie, w ich oczach na powrót pojawiła się determinacja i żądza odwetu. Wiedźma westchnęła cicho. Naprawdę ciężko jej było zrozumieć ludzi.

- Masz opuścić wyspę, a darujemy ci życie.

- Życie? - zachichotała, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. - Nie wiesz, o czym mówisz. Jak cię zwą?

- Leonard.

- Leonardzie znasz sekret tej wyspy? Wiesz czemu pochylam się nad istotami tak zgniłymi i niewdzięcznymi, jakimi są ludzie?

Mężczyzna cofnął się o krok, gdy wiedźma uniosła dłonie do swojej twarzy. Księżyc całkowicie schował się za chmurami, a mgła wydawała się krążyć nad nimi niczym bestia gotowa wszystkich pożreć.

- Gdyby to ode mnie zależało, to już dawno wykorzeniłabym stąd wszystkie chwasty. Jednak mój dom potrzebuje waszej obecności, moje srebrniki potrzebują waszego mięsa, a ja... - materiał upadł na ziemię, ukazując sinoniebieską skórę na skroniach. Czerwień rubinów przypominała zaschniętą krew. Czarne oczy błyszczały drobinami srebra, jakby były rozgwieżdżonym niebem. Kobieta sięgnęła do swojej sukni i rozchyliła ją lekko, ukazując nagą szyję, pełną czarnych pęknięć. – Ja potrzebuję waszego strachu.

Dzwonki w jej włosach zadzwoniły poruszone przez wiatr, a szramy na jej ciele zaczęły się rozprzestrzeniać.

- Na wasze nieszczęście nie potrzebuję was aż tak wielu.

Trzepot skrzydeł rozniósł się nad ich głowami. Z mgły wyłoniły się metalowe motyle, połyskujące w blasku pochodni. Jeden z nich zniżył swój lot i wpadł prosto w płomień. Ogień natychmiast zmienił kolor na turkus, po czym wybuchł, trawiąc żywcem mężczyznę trzymającego pochodnie. Jego skóra topiła się od wysokiej temperatury niczym wosk. Powoli spływając odsłaniała mięśnie, a krew czerniała od błękitnego płomienia i obracała się w proch. Owady jeden po drugim dopadały swoje ofiary. W jednej chwili dziedziniec rozświetlił niebieski blask. Agonalne krzyki rozniosły się po całej Sagarze, mrożąc krew wszystkim żywym istotom.

Pęknięcia na skórze wiedźmy objęły także twarz. W bezruchu słuchała wrzasków palonych żywcem mieszkańców. Jej niewidomy wzrok zwrócił się ku sparaliżowanej ze strachu Nikoli. Przerażona wpatrywała się w bestię przed sobą, przyciskając do serca obie pięści.

- Zapamiętaj to jako przestrogę dla reszty mieszkańców i powiedz, że wierni swej pani nigdy nie będą musieli się czegokolwiek lękać. - Poczuła lodowatą dłoń na policzku, ale nie miała odwagi nawet drgnąć. Patrzyła jedynie w pozbawione wyrazu oczu, które łudząco w tej chwili przywodziły jej na myśl lustra.- Dziękuję za twą pomoc.

Kobieta zabrała z jej twarzy dłoń i ruszyła w stronę zamku. Nikola patrzyła na plecy wiedźmy, gdy ta kierowała się z powrotem do komnat. Powinna teraz wbić jej nóż w plecy, ale strach był znacznie od niej silniejszy. Drżała na całym ciele, nie mogąc nawet sięgnąć po broń. W uszach słyszała jej słowa niczym wciąż powracające echo. W oczach stanęły jej łzy. Czuła się podle czując ulgę, że przeżyła. Wszystko poszło na nic. Zabiła wszystkich. Spopieliła ich w stosach niebieskiego ognia.

Upadła na kolana i ukryła twarz w dłoniach, gdy na powrót uniosła wzrok, jej serce zamarło. W drzwiach zamku stał on. Wiktor, małżonek wiedźmy i miłość jej życia.

________________

W pierwszym założeniu miało być inaczej, ale burza mnie natchnęła i znalazłam wyjście z sytuacji :D Kto się tego spodziewał?
 

livli5
 

- Zapalcie swoje pochodnie! Niech ogień uwolni tę wyspę od pomiotu szatana! Zbyt długo pozwalaliśmy wiedźmie bawić się naszym kosztem!

- Spalić ją! Na stos wiedźmę! - zawtórowali mu zebrani, unosząc na znak zgody ręce w stronę zamku.

Stojąca w cieniu samozwańczego przywódcy Nikola, z uśmiechem patrzyła, jak ogień rozprzestrzenia się nad tłumem uzbrojonych mieszkańców. Przywodzili jej na myśl armię demonów zdolną do kontroli płomieni, a któż byłby bardziej odpowiedni do pokonania samego szatana? Któż inny pomoże jej tkać nićmi wydarzeń, jej własną, wymarzoną przyszłość? Bez nich była bezsilna. Wiele razy przez te dziesięć lat była o krok od zatrucia posiłku wiedźmy, jednak za każdym razem paraliżował ją lęk. Strach, że posiłek trafi do nieodpowiedniej osoby, a gdyby on umarł, nigdy by sobie tego nie darowała. Nie mogła wybaczyć starych i nowych krzywd. Tak więc z czasem uwiła całkiem inną intrygę.

Dawno zasiane ziarna wreszcie zaczęły wypuszczać plony, a ona nie mogła uwierzyć, że teoretycznie najtrudniejsza część całego planu, była tak zaskakująco prosta. Przemytnicy opium spadli jej jak z nieba. Obcy handlarze niejednokrotnie dopuszczali się oszustw i kradzieży, tym samym szczerbiąc wizerunek władczyni w głowach mieszkańców. Jednak to nielegalne „leki" mające rozwiązywać wszystkie problemy zaczęły niszczyć dobrobyt na Sagarze. Uzależnionych od opium przybywało z dnia na dzień, a dekret całkowitego zakazu handlu narkotykami i wprowadzenie kontroli przybywających na wyspę handlarzy, zamiast uspokoić sytuację jedynie ją pogorszył. Brak opium doprowadzał ludzi do obłędu. Byli gotowi zrobić wszystko by znów odpłynąć do świata nałogu... Ludzie szukali kozła ofiarnego.

Nikola zamierzała im go dać.

Wystarczyło kilka spostrzeżeń, parę słów skierowanych przeciw władzy i bunt był nie do zatrzymania. Skoro wiedźma nie potrafiła utrzymać dobrobytu, to nie zasługiwała na władzę. Nie była godna jego...

Posmutniała na wspomnienie pustej sypialni, dzisiejszego poranka. Na co w ogóle liczyła? Przecież nie mogli być razem, a przynajmniej do chwili, gdy ten szatan żył. Zacisnęła w dłoni szklany flakonik. Dzisiaj spłonie. Ona już o to zadba, a potem będą tylko we dwoje. W końcu to ona pierwsza go znalazła. To ona powinna być jego żoną.

Ruszyła.

~*~

Po zamku niósł się odgłos butów uderzających o marmurową posadzkę. Kobieta biegła, a jej przyspieszony oddech brzmiał nienaturalnie w wielkim wypełnionym lustrami korytarzu. Dopadła sypialni swoich władców i zamarła. Drzwi były w ruinie, a na podłodze za łóżkiem siedziała wiedźma, lekko się kołysząc, szeptała cicho melodyjnym głosem.

- Zapadnij w oczyszczenia sen.

- Pani, musisz uciekać! To bunt! Oni gro... - zamilkła, gdy dostrzegła, co wiedźma trzyma w ramionach.

- Zapomnij popełniony grzech - zaśpiewała cicho, nie zważywszy na obecność kobiety.

Źrenice Nikoli rozszerzyły się, a w oczach poczuła łzy. Wiedźma tuliła do siebie sinoniebieskie ciało męża. Cofnęła się o krok, dławiąc płacz. To nie mogła być prawda...

-Niech miłość uleczy umysł twój.

Zabiła go... zabiła... przeklęta. Zagryzła wargę, próbując powstrzymać szloch. Jedyne czego w tej chwili pragnęła to poderznąć wiedźmie gardło, jednak spalenie żywcem mimo wszystko wydało jej się o wiele lepszą formą zemsty. Przełknęła chęć mordu i wróciła do swojej gry niczym znakomity aktor. Jedynie w jej oczach czaiło się szaleństwo.

- Ja za ciebie poniosę winy zwój.

- Pani... oni chcą spalić cały zamek!

Wiedźma pogłaskała męża po policzku, po czym wpięła we włosy materiał, który niczym kotara odgrodził ją od świata.

- Śpij kochany, za chwilę do ciebie wrócę. - Położyła jego głowę na ziemi - Oceanie zadbaj o jego bezpieczeństwo, a ty prowadź mnie do nich.

Kot niechętnie położył się koło nieprzytomnego mężczyzny i patrzył, jak jego pani wychodzi za służką.

~*~

Nikola spodziewała się, że dumna pani wyspy będzie na tyle pewna siebie, że zaniecha ucieczki i będzie chciała stawić czoła oprawcom. Do tego jedyne zagrożenie z jej strony zostało właśnie daleko z tyłu. W tej chwili nie było niczego, co mogłoby uratować wiedźmę. Sama podpisała na siebie wyrok.

Wyszły na dziedziniec, gdzie stali buntownicy. Pochodnie oświetlały ich żądne mordu twarze, jednak żaden z nich nie śmiał jako pierwszy wypowiedzieć na głos oskarżeń, gdy obiekt ich nienawiści stanął przed nimi. Wielu widziało ją po raz pierwszy, a jej widok niemal wszystkich wprawił w osłupienie.

Kobieta dumnie stała na podwyższeniu, najwyraźniej nie przejmując się podartą suknią powiewającą lekko na wietrze. Potargane włosy chowały w sobie niegdyś starannie ułożone kwiaty i pióra. Zagubiony dzwonek wisiał koło jej ucha. Pomimo tego z wyższością trzymała głowę ku niebu, gotowa usłyszeć ich skargi. Równie dobrze mogłaby stać w łachmanach, a budziłaby wśród ludu taki sam respekt. W oczach buntowników pojawił się strach i zwątpienie. Bo jakie mieli szansę z wiedźmą? Dopiero teraz do nich dotarło, na co się porwali. Zasłonięta twarz działała na wyobraźnię, bo co jeśli wzrok kobiety potrafił zabijać? Oni nie chcieli się o tym przekonać.

Nikola z odrazą i rozczarowaniem spojrzała na buntowników. Okazali się nieprzydatnymi tchórzami. Myślała, że dłużej się oprą urokowi wiedźmy, ale najwidoczniej przeceniła ich możliwości, ci niemal natychmiast struchleli niczym potulne pieski. Poszukała spojrzeniem przywódcy buntu. Mężczyzna był blady niczym trup. Kobieta zacisnęła w dłoni flakonik i nakazywała sobie spokój. I tak oni nie byli jej już potrzebni. Wykonali swoje zadanie.
 

seiti1008
 
Po zawirowaniach mojej weny, jakoś wyskrobałam kolejny rozdział. Cudem, bo wena nie współpracuje.

Zgliszcza duszy

Na czarnej toni nieba skrzyły się osamotnione gwiazdy. Ich władca był nieobecny i nie wskazywał drogi wędrowcom i zagubionym duszom. Noc była ciemniejsza niż zwykle, idealna dla podłych spisków zła.
W półmroku komnaty ledwo było widać zarys mebli, jedynie pokaźne łoże było oświetlone słabym światłem świec ustawionych w kręgu. Ogarki wytężały swe siły, aby zajaśnieć pośród mroku. Ich ciepły blask padał na dwie sylwetki w erotycznym uścisku. Mięśnie naprężały się i rozluźniały, ciała wiły się w bordowej pościeli. Poduszka spadła na dywan z wilczej skóry, tuż przy poskakujących świecach, lecz upojone swym magnetyzmem osoby, zdawały się tego nie zauważyć.
Chłopak błądził szaleńczo językiem po gładkiej skórze dziewczyny. Zatrzymał się na stojącym sutku i przygryzł go delikatnie. Językiem robił mokre kółeczka i ssał naprzemiennie. Niewiasta odchyliła głowę i wsunęła dłonie w jego długie pasma. Wilgotnymi wargami dosięgnął zagłębienia jej szyi, które parokrotnie pocałował, a po chwili wysunął kły i wgryzł się w nie. Jęknęła przeciągle i przywarła mocniej do jego twardego ciała. Krew była gorzka, a jej posmak długo zostawał na języku. Nie była słodyczą, do której przywykł pijąc posokę Arcyksiężniczki. Rozpieściła go swym delikatnym smakiem i teraz miał problem z przełknięciem cierpkiej krwi swojej kochanki. Oderwał się od dziewoi i otarł usta. Nie był to najpyszniejszy posiłek w jego życiu. Uśmiechnął się prowokacyjnie i wpił w rozchylone wargi niewiasty pod sobą. Całował ją zachłannie, bawił się jej językiem domagającym się pieszczot. Spragniony kobiecych wdzięków, posiadł ją jednym pchnięciem. Zawyła z rozkoszy, drapiąc jego plecy i robiąc na nich krwisty ślad. Jego biodra poruszały się rytmicznie, zbliżając ich do obopólnego spełnienia. Jego penis zadrżał i uwolnił mleczny i gęsty płyn. Dziewczyna poczuła ciepło rozchodzące się w podbrzuszu. Wygięła się, krzycząc jego imię.
- Blan!! – opadła na zmiętolone prześcieradło. – Tęskniłam. – szepnęła z uwodzicielskim uśmiechem i przejechała palcem po jego dolnej wardze. – Jak pomyślę, że robiłeś to z córką Cesarzowej, to gniecie mnie tutaj. – wskazała kciukiem swoją pierś.
- Zazdrość nie pasuje do ciebie. – odparł, kładąc się obok niej.
- Czemu? Zawsze byłam zazdrosna o ciebie, jesteś moim ulubieńcem. – oblizała się, wodząc pożądliwie po jego nagim torsie.
- Którą kreseczką jestem dzisiaj? – zapytał chłodno.
- Masz mnie za taką rozpustnicę?! – obruszyła się. – Jesteś drugi. – dodała ciszej.
- Heh. – parsknął.
- Dobrze wiesz, że po przebudzeniu jestem zbyt… - urwała, przywołując na usta swawolny grymas – mokra. – dokończyła i położyła mu głowę na brzuchu. Palcem zakreślała serduszka na jego piersi.
Blan w milczeniu przyglądał się jej szarym oczom, w których czaiło się obłąkanie.
- Kiedy skończysz swoją misję? – spytała w końcu. – Chcę cię mieć wyłącznie dla siebie.
- Powoli do przodu, panienko. – odparł sucho. – Małymi kroczkami zbliżam się do celu. – jego oczy ściemniały.
- Zabiłeś zwykłą dziewuchę, zabiłeś półboga, czy to nie kolej na NIĄ. – uśmiechnęła się od ucha do ucha, majtając radośnie nogami.
- T-Tak. – rzucił niepewnie. – Czas na Aicshę.
Pisnęła ze szczęścia.
- Tylko pamiętaj, że musisz najpierw napić się krwi kogoś z genami śmierci. Och, napij się jej, to ją dodatkowo osłabi. – klasnęła entuzjastycznie w dłonie.
- Nie, pani. Ai mnie unika od dłuższego czasu. Nie mam sposobności by sięgnąć po jej krew. – wyjaśnił, a dziewczyna wydęła usta w niezadowoleniu.
- Więc musisz wgryźć się w szyjkę jej siostruni. – oznajmiła.
Blan wzdrygnął się i skrzywił.
- To raczej niemożliwe… - odparł, czując ciarki na plecach.
- Chyba nie boisz się niespełna dziesięcioletniej dziewuszki? – zamrugała.
- To nie jest zwyczaje dziewczę. Zabiłaby mnie bez mrugnięcia, jeśli poczułaby się zagrożona z mojej strony. Nishi odpada. – rzucił stanowczo.
- Więc…?
- Ród z krwią Śmierci to nie tylko dzieciaki Cesarzowej. – uśmiechnął się chytrze, a dziewczyna zaśmiała się gardłowo.
- Mój kochany Blan. – nachyliła się nad nim i cmoknęła go w usta.
- Lavinne. – zmysłowo szepnął jej imię.

Przyjemne ciepło w sercu przepadło; szeroki uśmiech szczęścia przepadł; miłość przepadała. Kimże był bez YuLee? Dawnym sobą. Zimnym i bez serca wojownikiem, skrytym za murem wokół swojej duszy. Obwarowanie powstało dość szybko. Od nowin Ai, cegiełka do cegiełki i odnowił barierę wokół siebie.
Kai szedł żwawo, a za nim ciągnął się skrzący podmuch. Jego sylwetka emanowała wyładowaniami elektrycznymi, nad którymi ledwo panował. Zatrzymał się przed drzwiami do szpitala. Przymknął oczy i wziął kilka głębokich wdechów. Spokój, tak bardzo chciał go zachować. Nie, musiał go zachować. Obiecał coś Cesarzowej i miał zamiar dotrzymać słowa.
Żadnych kłopotów w Akademii – z tą myślą, sięgnął po klamkę.
Od silnego naporu klamka odskoczyła, a ciężkie skrzydło uchyliło się. Kaydia obróciła głowę i przywołała na swej twarzy tragiczny grymas. Po mistrzostwu odgrywała rolę pokrzywdzonego biedactwa. Gdyby nie przejrzał na oczy, mógłby jej uwierzyć. Od kiedy mamiła go tą znakomitą grą aktorską, której nie powstydziłby się zdobywca Oskara? Iloma kłamstwami go uraczyła i kim była naprawdę dziewczyna wijąca się w szpitalnym łóżku? Zapewne pytania te pozostaną bez odpowiedzi.
Kącik jego ust uniósł się lekko i nadał jego rysom kpiący wyraz. Nim ruszył w jej stronę, prychnął pogardliwie i włożył kamienną maskę. Zaciskając pięści, podszedł do kuzynki.
- Kai – zawyła rozpaczliwie, wyciągając ostałą się dłoń ku niemu. Stanął przed nią, ignorując ją. Taksował ją lodowato. – zobacz, co mi zrobiła! – rozpłakała się. – Jestem teraz wybrakowana!
- „Byłaś już wcześniej, brakowało ci serca.”- pomyślał gorzko.
Powoli przesunął wzrokiem po jej dygoczącej od udawanego szlochu sylwetce. Szkliste oczy wyczekiwały współczucia. Dolna warga drżała od złudnych emocji. Scena godna najwybitniejszego aktora, lecz on nie dał się więcej nabrać. To był koniec teatru Kaydii. Jedyne, co czuł do dziewczyny w szpitalnej pościeli była nienawiść. Nie czuł więzi rodzinnej, zobowiązania czy opiekuńczości; nie starał się jej zrozumieć. W jego duszy grała tylko czysta nienawiść. Odruchowo zacisnął szczęki. Toczyła się w nim burza, którą musiał powstrzymać. Nie mógł okazać swego gniewu. Nie teraz. Tylko myśl o rychłym jej ukaraniu, powstrzymała go przed skręceniem jej karku tu i teraz.
- Wracasz do domu. – oznajmił.
- Co?! – uniosła głowę i zdumiona zerknęła na niego. – Czemu…
Przerwał jej ruchem dłoni.
- Powiedziałem, że wracasz. Jeszcze dzisiaj. Szykuj się. Powóz będzie czekał przy bramie do królestwa. – rzucił, obracając się na pięcie.
- Czemu nie mogę wrócić przez przejście wprost do mojego pokoju?
- Bo zawirowania energii dalej trwają. Nasz dom jest zniszczony przez wojnę i niestabilny. – wycedził, nie spoglądając na nią. – Masz być gotowa za godzinę.
- Kai…! - krzyknęła za nim.
Gdy zniknął za drzwiami, uderzyła pięścią w pościel. Jej brwi zmarszczyły się gniewnie. Wymyślony przez nią scenariusz nie zakładał takiego zachowania. Miał ją przytulić, a ona miała zasiać w jego sercu niechęć do Aicshy. Cmoknęła niezadowolona. Co poszło nie tak? Wiedziała, że musi grać słodką, być może Kai jest tak wzburzony jej poturbowaniem, że nie mógł utrzymać złości na wodzy. Czyżby odsyłał ją, bo się o nią troszczy i nie chce by ponownie spotkała ją krzywda? Uczepiła się tej tezy.
Na jej usta wypełzł uśmiech zadowolenia. Jeśli będzie musiała, to rozegra to kartami, jakie dostała. Zsunęła nogi na podłogę i przeczesała włosy.
- Ach, panienko, powinnaś jeszcze leżeć. – zaoponował wchodzący Yo.
- Muszę się spakować, nie martw się, zajmą się mną moi osobiści medycy. Z pewnością zwrócą mi rękę. – odparła arogancko i skierowała się do wyjścia.
Yo odprowadził ją wzrokiem. Zdumiony wpatrywał się w plecy dziewczyny, która wyszła z jego laboratorium jak gdyby nigdy nic. Była w lepszej kondycji niż sądził. Choć jednego był pewny – przez ułamek sekundy widział w jej oczach przerażenie. Gdy się ocknęła i nie wiedziała gdzie się znajduje, była zmrożona strachem, a jej usta wymówiły tylko „Aicsha, nie.”
Wiercił jeszcze przez moment zatrzaśnięte drzwi. Przeszły go ciarki. Nowe pokolenie bogów było przytłaczająco niejednoznaczne. Jaką barwę nosiła ta dziewczyna? Miał przeczucie, że zbliżyła się niebezpiecznie do czerni.
Wzdrygnął się i sięgnął po jej kartę. Przejechał wzrokiem po literkach i szybkim ruchem wyrwał papier i zgniótł go.
- To już nie będzie potrzebne. – rzucił pomięty dokument do kosza.

Grube gałęzie drzew przysłaniały chmury pełzające po niebie. Rośliny powoli odzyskiwały swoje piękno, które odebrała im wojna. Deszcz zmył z ziemi krew poległych, ugasił hulający ogień i pchnął serca mieszkańców ku nowej nadziei. Przyszłość łagodziła ból przeszłości. Ziemie odżywały, a serca ludności powoli zapominali o cierpieniu, jakie niosły stoczone boje.
Kaydia wychyliła głowę za okno. Wzrokiem przeszukała konary drzew, z których dochodził świergot ptaków.
- Ptactwo wróciło. Królestwo się odradza. – szepnęła do siebie, a na jej ustach przebiegł nikły uśmiech, który szybko odszedł w zapomnienie. Jej usta nie wiedziały jak szczerze się uśmiechać. Zapomniały.
Kiedy straciła swoją niewinność? Chyba w momencie odkrycia swojego gorącego uczucia do kuzyna. Dziecinne zauroczenie przerodziło się bez jej zgody w miłość- ogień palący ją od środka; ogień, który zniszczył jej duszę. Z dawnej Kaydii pozostały tylko zgliszcza. Ten niszczący ogień miłości pchał ją do przekraczania granic. Nikt nie stanie jej na drodze do upragnionego szczęścia z Kai’em - YuLee, jej ojciec, Aicsha czy nawet sam Kai. Chłopak musiał tylko zrozumieć, że jej miłość do niego była niewyobrażalna i niezamknięta w ramki definicji.
Zacisnęła dłoń na drzwiczkach karety.
Jej ojciec. Pochłonięta zbliżaniem się do ukochanego, czy zadbała należycie o swojego ojczulka. Co jeśli ktoś udał się do ich rodzinnej rezydencji i odkrył prawdę? Pozbyła się stamtąd służby wmawiając innym, że takie jest życzenie podstarzałego boga, który ciężko znosił porażki. Oznajmiła, że jej zdołowany ojciec zachował jedynie zaufanego sługę i zabronił zbliżać się komukolwiek do swej posiadłości, nawet jej, ale czy to wystarczyło, żeby nikt nie zajrzał do członka rodziny królewskiej?
Szybko potrząsnęła głową.
- „Gdyby ktoś go odwiedził, Kai by o tym wiedział, a ja byłabym w ciemnej dupie.” – zastanawiała się, nerwowo przygryzając wargę. – „Muszę odegrać scenkę, która wyda śmierć tego głupca. Pojadę tam, dręczona myślą o jego stanie i wtedy zastanę skamieniałe zwłoki ojczulka. Popadnę w histerię i zamknę się w komnacie na trzy dni. Tak, trzy dni powinny być wystarczające. Odmówię wszelkich posiłków. Ach, dobrze, że krew mam schowaną w skrytce w barku. Jeszcze czego, miałabym głodować przez tego typa, który niechlubnie był moim rodzicem.” – prychnęła i wróciwszy do rzeczywistości, odkryła, że kareta zatrzymała się pośrodku lasu. – Czemu stoimy? – krzyknęła do woźnicy. Nie dostawszy odpowiedzi, wychyliła się. Powożącego nie było na swoim stanowisku. Jej serce załomotało. Czyżby zaatakowali ich rebelianci, którzy nie zgadzali się z zaręczynami? Była bogiem, jakże by śmieli. Z wymalowanym gniewem na buźce wysiadła z powozu. Zręcznie poradziła sobie z długą i falbaniastą suknią, która mogłaby być problemem przy schodkach do karety, lecz Kaydia poradziła sobie sprawnie i już po chwili jej pantofelki wbiły się w miękki mech.
- Całkiem nieźle sobie radzisz bez rączki. – usłyszała uszczypliwy komentarz.
Zmroziło ją. Powoli uniosła głowę i skierowała oczy ku pobliskiemu drzewu.
- K-Kai… - wydukała. Nic nie rozumiała. Rozpaczliwie szukała wyjaśnienia jego obecności tutaj, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- Och, widząc po twojej minie nie masz bladego pojęcia, czemu cię zatrzymałem, a raczej zwabiłem. – jego głos był srogi i nieprzyjemny.
Cofnęła się, nie spuszczając z niego wzroku.
- Moja droga kuzyneczko, chcę wiedzieć jedno – jak zabiłaś YuLee? Jak jej dusza znalazła się w wisiorku?
Naszyjnik. Dotknęła swojej piersi. Wisiorka nie było na jej szyi. Czemu nie zauważyła jego zniknięcia? Jej plan miał skazę…
- O czym mówisz? Jaką duszę tego demona? – zaperzyła się. Musiała grać rozdanymi kartami. Miała wspólnika, a on był potrzebny jej do czarnej roboty i by mogła zwalić na niego winę. To był plan awaryjny. – Dostałam ten naszyjnik od Blana, tuż przed jego wyjazdem. – oznajmiła.
- Och. – Kai wymownie uniósł brew. – Blan. – szorstko wymówił jego imię.
- Tak, to było na pożegnanie. Prezent na zakończenie naszego… - spuściła wzrok – wiesz, że romansowaliśmy po tym jak mnie odtrąciłeś.
- Chyba znaczenie wcześniej. – syknął. – Niezłe musisz mieć libido, że zaspokajałaś nas obu.
- Kai! – obruszyła się jego sarkastycznym tonem. – Jak możesz tak do mnie mówić, to zniewaga!
- Twoje kłamstwa nie znieważały mnie? Ponoć mnie kochasz. – taksował ją zimno.
- Kocham!! – wrzasnęła panicznie. Nie miał prawa podważać jej uczuć, nie po tym, co zrobiła dla ich szczęścia. – Tyle… zrobiłam… a ty wątpisz w moje uczucie!
- Na przykład zabiłaś wujka? – spytał, wyszczerzając kły.
- Co… - grunt usuwał się jej spod nóg. – „Skąd wie?” – zadarła głowę i zdumiona wlepiała się w jego kamienną twarz. Jego rysy nie układały się w żadne odzwierciedlenie emocji. Był jak kamienny posąg, który chłodno patrzy na swoich obserwatorów. Przełknęła ślinę – to był Kai, jakiego znała z wojny. Chłopak bez duszy. Była w tarapatach. – O czym mówisz? Mój ojciec… nie żyje?! – musiała odegrać rolę zatroskanej córeczki dużo wcześniej. – O czym mówisz, Kai!?! – w jej oczach stanęły łzy.
- Doprawdy, jesteś niesamowicie uzdolniona. Minęłaś się z powołaniem.- zakpił – Wracam z waszej posiadłości. Wiesz, Ai napisała liścik i musiałem go dostarczyć twojemu ojcu, a tam klops. Staruch stał się kamieniem! – roześmiał się. – Zupełnie jak rzeźba!
- K-Kai… - przerażona jego chichotem, cofnęła się o kilka kroków, aż pod palcami wyczuła ścianę karety. Gorączkowo rozważała możliwe scenariusze i drogi ucieczki.
- Nieładnie Kaydia, nieładnie. Zamordować swojego ojca. – pogroził jej palcem. – Cóż, oszczędziłaś mi roboty. – zeskoczył z gałęzi i lekko wylądował przed nią.
Pisnęła z przestrachu i zamknęła na chwilę oczy. Zrobił dwa duże kroki i dzieliło go od niej kilkanaście centymetrów. Wyprostował się, górując nad nią. Czuła jego oddech; wyładowania elektryczne kąsały ją boleśnie, a oczy wwiercały się w nią powodując palpitacje.
- Zastanawiające. Nie posiadasz takich umiejętności. Jesteś wyśmienitą manipulatorką i aktorką, ale nie masz takiej siły bojowej. – przesunął analitycznie po jej postaci. – Więc to Blan zabił wuja. Interesujące. Czemu Cesarzowa nic nie czuła? – walnął pięścią w karetę, a ta odleciała na kilka metrów i uderzając w drzewa, rozsypała się jak domek z kart. Kaydia skuliła się i upadła na ziemię. – Czemu?! – ostrzej ponowił pytanie.
- Bo… bo Blan zamknął jego duszę w ciele, które zmieniło się w kamień nie do przeniknięcia! – wyjaśniła jednym tchem. – Dusza nie udała się do Nicości. Nie opuściła ciała, dlatego ród Śmierci nic nie wyczuł.
- Ou, kozackie. – oblizał usta.
- Ale… to prawda, że zabił go na moją prośbę, jednak… mój ojciec zabił dziadka!! – uniosła lekko zapłakaną twarz.
Chłopak pozostał niewzruszony. Nie obchodziło go, czy jej łzy są prawdziwe. Ona była winna śmierci Yu i nie da się omamić innej wersji.
- Jak zabił dziadka? – zapytał sucho.
- Specjalną mieszanką ziół. Najemnicy mu ją sprowadzili. Na czarnym rynku chodziła za bajeczną kwotę dwóch litrów boskiej krwi i miliona ghut. Ojciec bez mrugnięcia okiem zapłacił. W tym była i moja krew… - załkała, dociskając rękę do piersi. – Za moją krew zabił dziadka! – strużka słonych kropel ściekła jej po brodzie. – Zabił go, bo wyznaczył ciebie na króla. Mój ojciec uważał, że to ja powinnam zasiadać na tronie, ale nie zgodził się na nasze zaręczyny…
- Więc go zabiłaś.
- Wiesz ile lat nosiłam w sobie rosnący żal?! Wiedziałam, że to on zabił dziadka, ale nie mogłam nic zrobić… ta bezradność… - wybuchła szlochem.
- Wzruszające. – odparł lodowato przeszywając jej serce.
- Kai… - załkała żałośnie.
- Po trupach do celu, co? Zakończyłaś wojnę naszymi zaręczynami, powinienem być wdzięczny? Do tego wystarczyła śmierć wujka. Związałaś mnie swoimi żądzami. Zakułaś w kajdany! To jest miłość?! To chore! Miłość nie jest egoistyczna, idiotko! To, co czujesz to obsesja z niemożności dostania tego, czego chcesz! Nie ma nic wspólnego z uczuciem Yu!! – warknął.
- Yu, Yu, Yu!! A ja? Patrzyłam jak mi cię zabiera… - otarła mokre lica i hardo spojrzała na kuzyna. – Nienawidziłam jej, ale moje ręce są czyste.
- Owszem, bo za ciebie zabił ją twój kochanek!! – zaśmiał się głośno.
- Oszczerstwa! – trwała przy swoim.
- Blan nie miał powodu, żeby ją zabijać. To nie było jego widzimisię. Zabił ją, bo ty mu kazałaś.
- Mylisz się. Blanowi nie można od tak rozkazywać! – uniosła się jej pierś falowała niespokojnie, a usta wymawiały sekrety, które miały pozostać ukryte. Spadała w odmęty prawdy. Prawdy, która ją pochłaniała.
- Czyli on też miał z tego korzyści? – spytał sam siebie.
Kaydia zatkała sobie usta. Zamotała się i straciła swoją aktorską maskę. Pogubiła się od nagromadzonych emocji i nie miała pojęcia, którą ścieżką iść, aby się wywinąć z tej sytuacji. Zerknęła na potężnego boga. Stał w zamyśleniu, to była jej szansa. Poderwała się i ruszyła przed siebie. Wyciągnęła swą jedyną rękę i przywołała przejście. Jasne światło rozdarło powietrze. Była o krok od ucieczki, ale poczuła jego palce zaciskające się jej na głowie. Obrócił głowę dziewczyny w swoją stronę. Krzyk uwiązł Kaydii w gardle, a nogi ugięły i gdyby nie trzymał ją za głowę, upadłaby jak długa. Wpatrywała się w oczy czarne jak toń nocy; w tęczówki koloru krwi, którą na jej polecenie przelano. Łypały na nią oczyska starożytnych bogów.
- Zaskoczona? – zaszydził. – Wiesz, mam dług do spłacenia i polecenie do wykonania. „Żyj, Kai”, tak mi powiedziała. Miałem powstać i powstałem silniejszy. Zbliżyłem się do boga doskonałego, bo tak mogłem przetrwać. Niespodziewanie twój ojciec podarował mi morderczy trening, dzięki któremu sięgnąłem po odległe życzenie. – wyszczerzył się w krwiożerczym uśmiechu. – Masz ostatnią szansę na wyjaśnienie jak zginęła YuLee.
Zacisnęła nogi, czując ciepło spływające jej po udach. Rozpłakała się, nie mogąc nawet skryć czerwonych wypieków za murem z rąk.
- Nie wiem… naprawdę nie wiem… dostałam tylko ten wisiorek. Przyrzekam! Nie wiem, jak ją zabił… proszę, przestań już, proszę…
- Rozumiem, chyba poważnie nie wiesz. Zatem… - spojrzał w jej zapłakane i przestraszone oczy, w których zatliła się iskierka nadziei. -… żegnaj.
- Co… - wydukała, nim jego wzmożony uścisk zmiażdżył jej czaszkę. W ostatniej chwili pomyślała:
- „Kocham cię. Chciałabym cię nie kochać, bo to niewoliło i mnie. Miłość do ciebie już dawno mnie zabiła. Dziadku… wybacz.”- nastała ciemność, wszechobecna i zimna.
Trzask kości rozbrzmiał w cichym lesie. Jej urodziwe lica zmieniły kształt w bliżej nieokreśloną miazgę, a mózg wypłynął, brudząc jego dłoń. Umarła nie cierpiąc długo. Odeszła, nie odpowiadając na pytanie kołaczące się gdzieś w głowie jej kuzyna- czy jej łzy i szloch po dziadku były prawdziwe? Nie ważne, ta myśl i tak została złamana.
Puścił pozostałość po jej głowie. Ciało upadło na leśne poszycie. Chłopak strząsnął z palców śliską maź i spojrzał niewzruszony na zwłoki kuzynki. Chwilę przyglądał się jak ziemia barwi się posoką, a tkanki błyszczą w promieniu słońca, któremu udało się przedostać przez gąszcz gałęzi nad jego głową. Na jego usta wypełzł półuśmieszek, kiedy ciemne macki oplotły niekompletną postać dziewczyny i wciągnęły ją w mroczną otchłań niebytu. Uniósł głowę ku niebu i przymknął oczy. Wziął głęboki, oczyszczający wdech. Opuszczając głowę, wypuścił powietrze.
- Muszę zadać to pytanie: jak długo tu jesteś? – obrócił się w lewo i spoczął wzrokiem na zarysie męskiej sylwetki.
- Od momentu jak opuściłeś Cesarstwo.
- Ho ho, niezły jesteś skoro dopiero teraz cię poczułem. Twoja sława nie jest banialukami. – podparł się pod boki i srogo wbił się w mężczyznę, wychodzącego z ukrycia.
- Bogowie weszli na nowy poziom, więc i ja, jako najemnik, również muszę dotrzymać im kroku. – odparł.
- Myślałem, że nie jesteś już najemnikiem, a bogiem. – rzucił, a powietrze nasyciło się iskrami.
- Ciężko się pozbyć swojej istoty. Dorosłem, jako najemnik, bycie bogiem mam w pakiecie Premium. – przeczesał długie pukle ciemnych włosów i sprawnie związał je w kitkę. – Rozumiem, że moja siostra wie, o tym. – wskazał na miejsce, w którym do niedawna leżała kuzynka chłopaka.
Kai po dłuższej chwili ciszy, odrzekł:
- Wie, jest Cesarzową. Ale nie wiem, czy ty powinieneś to wiedzieć. –przesunął ręką w powietrzu, podkreślając całokształt sytuacji. – Zwłaszcza to. – pokazał swoje ciemne oczy zalane szkarłatem.
- Sekrecik się rypnął, co? – Asaylen zachichotał.
- Jak widać. Ktoś nie powinien szpiegować innych, bo może zapłacić za ciekawość sporą cenę. - uniósł wargi, odsłaniając kły.
Iru nie pozostał mu dłużny. Odpiął guzik i zsunął z siebie czarny płaszcz ze smoczej skóry.
- Myślisz, gówniarzu, że możesz bez konsekwencji wymawiać groźby pod moim adresem?- napiął mięśnie, które płynnie zatańczyły pod skórą. Przeciągnął się jak pantera, gotowa wyruszyć na polowanie.
- Cenisz swoje umiejętności, ale one ci nie wystarczą, nauczycielu. – przywołał na usta złośliwy grymas.
- To ty przeceniasz swoją moc starożytnych. Jestem najemnikiem, bogiem i bratem mojej siostry, do tego mam doświadczenie w polowaniu na bogów. Jestem Assassinem! – krzyknął, a jego tęczówki zalała czerwień.
- Cóż, mogę mieć problem, bo jesteś bratem Cesarzowej i…- nie dokończył, bo zimne ostrze nacięło delikatną skórę jego szyi. Kai zamrugał zdezorientowany. Kątem oka dostrzegł twarz mężczyzny.
- Niespodzianka, młodziaku.
  • awatar ognisty-podmuch: Jestem pod wrażeniem... zatkalo mnie gdy Iru sie pojawil, a z drugiej strony pomyslalam ze Aslyen w ten sposob chce dostac mozliwosc poprzez walke z Kai'em aby stac sie starozytnym lub chocby pozbyc sie frustracji..... hesuuuuuu..... wiiiii
  • awatar Lisa Angels: Ooooo, Kai vas Asaylen?! Chcę to przeczytać! Koniecznie, już, teraz, natychmiast! Wreszcie Kaydia zapłaciła za swoje, strasznie jej nie lubiłam... I moja kochana Nishi jak zwykle spisała się na medal... ale powiem ci, że zaskoczyłaś mnie tym, że Kai osiągnął moc starożytnych, nie spodziewałam się tego. Więc mam nadzieję, że już niedługo zobaczę piękny nowy rozdział :D
  • awatar Kate - Writes: Okey, chyba coś zrozumiałam nie tak, albo przegapiłam, bo niewiele rozumiem. Gratulacje dla Nishi... A taką mocą starożytnych to i ja bym nie pogardziła.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Kategorie blogów