Wpisy oznaczone tagiem "opowiadanie" (1000)  

livli5
 

- I co było dalej?

Zygmunt zaśmiał się, widząc świecące się z ekscytacji oczy Gilberta.

- Widzisz chłopcze, czasem nie wystarczy silna wola, aby wygrać trzeba sięgnąć po nieczyste środki. Wiedźma bez litości zabiła wszystkich buntowników. Spopieliła ich żywcem tym samym kończąc dobre czasy Sagary. Mówiono, że rozwścieczona rzuciła klątwę. Na wyspie zapanował strach, z każdym dniem znikali mieszkańcy. Okolicę spowiła gęsta mgła, a niegdyś wspaniały szlak handlowy przestał istnieć. Wiedźmy ze swoim małżonkiem nie widział nikt, od pamiętnej nocy. Skryli się w zamku, a po wyspie chodziły plotki, że pan Sagary został opętany przez szatana. Jego skóra stała się niebieska, a on sam postradał zmysły. Chodzą słuchy, że szaleństwo i chęć powrotu do normalności nie dawały mu spokoju. Chłopcze, wiesz czym odstrasza się złe duchy i przełamuje złe zaklęcia?

Gilbert pokręcił głową, nie mogąc oderwać wzroku od szerzącego się upiornie mężczyzny.

- Woda święcona nie raz ratowała ludzi przed szatańskimi czarami. Pan wyspy postanowił spróbować tego. Bo w końcu, to była jedynie zwykła woda. Pewnej nocy podczas kolacji podmienił kielichy. Nie spodziewał się tego, co się potem stało... - Nachylił się do chłopca i spojrzał mu prosto w oczy. - Wiedźma wypiwszy z niego, zaczęła się dusić. Jej gardło zaczęło się topić. Wiecie, co wiedźma miała w środku? Srebro. Nawet jej serce było z tego metalu. Spodziewano się, że klątwa ustąpi, jednak ani mgła, ani wygląd pana wyspy się nie zmienił. Ze zgryzoty skoczył z klifu, zmieniając się w krwiożerczą bestie, atakującą statki w okolicy, a srebrniki z żalu za swoją panią atakują mieszkańców, pożerając ich żywcem.

Zapadła głucha cisza, nawet nie dało się usłyszeć skwierczenia ognia, czy ich oddechów.

- Bujdy pleciesz. Wiedźmy, bestie, klątwy. - Kapitan machnął lekceważąco dłonią. - Kto by w to uwierzył, a końcówka to już się całkowicie kupy nie trzyma.

Zygmunt zmierzył go czujnym spojrzeniem i roześmiał się wniebogłosy, przełamując ciężką atmosferę.

- Widać, że swój chłop z pana, panie Stanisławie, to jedynie bajeczka dla dzieci. Statki rozbijają się o rafę, a rozbitkowie pożerani są przez okoliczne rekiny, których w tych stronach nie mało. Prawda to, że kiedyś tu baba wyspą rządziła, ale z powodów oczywistych nie mogło to trwać długo.

- A mieszkańcy?

- Chłopcze, kto chciałby żyć na wyspie wiecznie spowitej mgłą, gdzie nic nie chce rosnąć i jedynie góry i klify są. Jedynie starzy zostają, a kto tylko ma okazję to, czym prędzej płynie w świat na lepszą ziemię. Do tego trzy zimy temu mieliśmy wstrętną plagę. Gorączka zabrała połowę mieszkańców, głównie kobiety i dzieci. To była tragedia! Może i wyspa jest przeklęta, ale nikt jeszcze nie widział nadprzyrodzonych stworów ze srebra, czy innych dziwactw... no może poza Edwardem... Gada czasem sam do siebie, ale to starość, my też w jego wieku tacy będziemy, nieprawdaż panie Stanisławie?

- Oj tak, kiedyś też znałem takiego jednego...

Gilbert nie zamierzał poświęcać uwagi wywodom kapitana, przeprosił więc wszystkich obecnych i wyszedł na dwór zaczerpnąć świeżego powietrza. Serce biło mu szybciej od chwili, gdy usłyszał o lamparcie ze srebra. To z pewnością był stwór z jego snu, jednak jakim cudem mógłby o nim śnić, zanim się dowiedział o jego rzekomym istnieniu? Może to była podświadomość? A może... może to jednak prawda?

Słońce powoli znikało na horyzoncie, zabierając resztki ledwie przebijających się przez mgłę promieni słonecznych. Gilbert otulił się ramionami, by odegnać nieprzyjemny chłód. Przez chwilę zastanawiał się, czy aby nie wrócić do ciepłej kuchni, jednak ostatecznie postanowił pójść do swojego pokoju. Miał wiele rzeczy do przemyślenia, a towarzystwo, nie sprzyjało rozwiązywaniu zagadek.

Powoli szedł zamkowym korytarzem, wyobrażając sobie kobietę z opowieści. Nie mógł pojąć, czym sobie zasłużyła na taki los. Fascynowała go, spojrzał w jedno z otaczających go luster. Przyglądał się sobie przez chwilę, po czym ruszył dalej, całkiem nieświadomy, że jego odbicie kroczy własnym rytmem i potajemnie się uśmiecha.

_____________________________

Jak widać wróciliśmy do naszej wesołej kompanii. Mam szczerą nadzieję, że nie pogubiliście się jeszcze :D
  • awatar Kate - Writes: Wybacz, ze tak wszystkie razem komentuję, ale jakoś dawno mnie tu nie było i namnożyło się rozdziałów. Mam nadzieję, że Gilbert dojdzie do ładu ze samym sobą. Powiem ci, ze bardzo spodobał mi się lampart, który pojawił się gdzieś tam w którymś rozdziale. Jest naprawdę świetny, aż miałam ochotę, wyjąć go z monitora i zaadoptować. Jestem kiepska w pisaniu komentarzy...
  • awatar Kate - Writes: Od teraz postaram się czytać regularnie.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

livli5
 


Na dziedzińcu zapadła głucha cisza, jedynie skwierczące pochodnie rozmywały zbierającą się nad zamkiem mgłę. Czas jakby zamarł w oczekiwaniu na ruch którejś ze stron. Przyglądał się podejrzliwie, czytając myśli wiedźmy. Pomimo zewnętrznego spokoju w środku na powrót czuła się martwa. Uczucie, które nękało ją od dnia narodzin, rosło na sile, a kolejny czar znów pokruszył jej cienką warstwę człowieczeństwa. Zdrada własnego męża, a później i ludu pogłębiała pęknięcia. Myślała, że gdy nadejdzie ten dzień, będzie gotowa. Jakże się myliła. Czekała, aż buntownicy zabiorą głos. Jednak ci milczeli. Westchnęła.

- Kto jest waszym przywódcą? - zapytała, a tłum rozstąpił się, ukazując młodego mężczyznę, o nienaturalnie bladej karnacji i wychudzonym ciele.

- Ja nim jestem.

- W takim razie czemuż nachodzicie mój dom? Jakim prawem grozicie waszej pani?

- My - zaczął, ale wiedźma nie dała mu skończyć.

- Podaj mi powód, by was wysłuchać. Czyż nie macie swych przedstawicieli, do których mieliście zgłaszać swe skargi? Nie uznałam jeszcze waszego zgromadzenia za bunt, pomimo gróźb i oręża, z którym stoicie przede mną o tej późnej porze. Chcę wpierw poznać przyczynę, zanim zdecyduję jaką karę na was nałożyć za niesubordynację.

Mężczyzna zaśmiał się, po czym rozłożył ręce i pokazał na stojący za nim tłum.

- Wybacz pani - zaczął z wyraźnym sarkazmem - ale tym razem to my dyktujemy warunki.

Buntownicy jak na zawołanie pokiwali głowami i okrzykami poparli swojego przywódcę. Nastrój w jednej chwili uległ zmianie, w ich oczach na powrót pojawiła się determinacja i żądza odwetu. Wiedźma westchnęła cicho. Naprawdę ciężko jej było zrozumieć ludzi.

- Masz opuścić wyspę, a darujemy ci życie.

- Życie? - zachichotała, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. - Nie wiesz, o czym mówisz. Jak cię zwą?

- Leonard.

- Leonardzie znasz sekret tej wyspy? Wiesz czemu pochylam się nad istotami tak zgniłymi i niewdzięcznymi, jakimi są ludzie?

Mężczyzna cofnął się o krok, gdy wiedźma uniosła dłonie do swojej twarzy. Księżyc całkowicie schował się za chmurami, a mgła wydawała się krążyć nad nimi niczym bestia gotowa wszystkich pożreć.

- Gdyby to ode mnie zależało, to już dawno wykorzeniłabym stąd wszystkie chwasty. Jednak mój dom potrzebuje waszej obecności, moje srebrniki potrzebują waszego mięsa, a ja... - materiał upadł na ziemię, ukazując sinoniebieską skórę na skroniach. Czerwień rubinów przypominała zaschniętą krew. Czarne oczy błyszczały drobinami srebra, jakby były rozgwieżdżonym niebem. Kobieta sięgnęła do swojej sukni i rozchyliła ją lekko, ukazując nagą szyję, pełną czarnych pęknięć. – Ja potrzebuję waszego strachu.

Dzwonki w jej włosach zadzwoniły poruszone przez wiatr, a szramy na jej ciele zaczęły się rozprzestrzeniać.

- Na wasze nieszczęście nie potrzebuję was aż tak wielu.

Trzepot skrzydeł rozniósł się nad ich głowami. Z mgły wyłoniły się metalowe motyle, połyskujące w blasku pochodni. Jeden z nich zniżył swój lot i wpadł prosto w płomień. Ogień natychmiast zmienił kolor na turkus, po czym wybuchł, trawiąc żywcem mężczyznę trzymającego pochodnie. Jego skóra topiła się od wysokiej temperatury niczym wosk. Powoli spływając odsłaniała mięśnie, a krew czerniała od błękitnego płomienia i obracała się w proch. Owady jeden po drugim dopadały swoje ofiary. W jednej chwili dziedziniec rozświetlił niebieski blask. Agonalne krzyki rozniosły się po całej Sagarze, mrożąc krew wszystkim żywym istotom.

Pęknięcia na skórze wiedźmy objęły także twarz. W bezruchu słuchała wrzasków palonych żywcem mieszkańców. Jej niewidomy wzrok zwrócił się ku sparaliżowanej ze strachu Nikoli. Przerażona wpatrywała się w bestię przed sobą, przyciskając do serca obie pięści.

- Zapamiętaj to jako przestrogę dla reszty mieszkańców i powiedz, że wierni swej pani nigdy nie będą musieli się czegokolwiek lękać. - Poczuła lodowatą dłoń na policzku, ale nie miała odwagi nawet drgnąć. Patrzyła jedynie w pozbawione wyrazu oczu, które łudząco w tej chwili przywodziły jej na myśl lustra.- Dziękuję za twą pomoc.

Kobieta zabrała z jej twarzy dłoń i ruszyła w stronę zamku. Nikola patrzyła na plecy wiedźmy, gdy ta kierowała się z powrotem do komnat. Powinna teraz wbić jej nóż w plecy, ale strach był znacznie od niej silniejszy. Drżała na całym ciele, nie mogąc nawet sięgnąć po broń. W uszach słyszała jej słowa niczym wciąż powracające echo. W oczach stanęły jej łzy. Czuła się podle czując ulgę, że przeżyła. Wszystko poszło na nic. Zabiła wszystkich. Spopieliła ich w stosach niebieskiego ognia.

Upadła na kolana i ukryła twarz w dłoniach, gdy na powrót uniosła wzrok, jej serce zamarło. W drzwiach zamku stał on. Wiktor, małżonek wiedźmy i miłość jej życia.

________________

W pierwszym założeniu miało być inaczej, ale burza mnie natchnęła i znalazłam wyjście z sytuacji :D Kto się tego spodziewał?
 

livli5
 

- Zapalcie swoje pochodnie! Niech ogień uwolni tę wyspę od pomiotu szatana! Zbyt długo pozwalaliśmy wiedźmie bawić się naszym kosztem!

- Spalić ją! Na stos wiedźmę! - zawtórowali mu zebrani, unosząc na znak zgody ręce w stronę zamku.

Stojąca w cieniu samozwańczego przywódcy Nikola, z uśmiechem patrzyła, jak ogień rozprzestrzenia się nad tłumem uzbrojonych mieszkańców. Przywodzili jej na myśl armię demonów zdolną do kontroli płomieni, a któż byłby bardziej odpowiedni do pokonania samego szatana? Któż inny pomoże jej tkać nićmi wydarzeń, jej własną, wymarzoną przyszłość? Bez nich była bezsilna. Wiele razy przez te dziesięć lat była o krok od zatrucia posiłku wiedźmy, jednak za każdym razem paraliżował ją lęk. Strach, że posiłek trafi do nieodpowiedniej osoby, a gdyby on umarł, nigdy by sobie tego nie darowała. Nie mogła wybaczyć starych i nowych krzywd. Tak więc z czasem uwiła całkiem inną intrygę.

Dawno zasiane ziarna wreszcie zaczęły wypuszczać plony, a ona nie mogła uwierzyć, że teoretycznie najtrudniejsza część całego planu, była tak zaskakująco prosta. Przemytnicy opium spadli jej jak z nieba. Obcy handlarze niejednokrotnie dopuszczali się oszustw i kradzieży, tym samym szczerbiąc wizerunek władczyni w głowach mieszkańców. Jednak to nielegalne „leki" mające rozwiązywać wszystkie problemy zaczęły niszczyć dobrobyt na Sagarze. Uzależnionych od opium przybywało z dnia na dzień, a dekret całkowitego zakazu handlu narkotykami i wprowadzenie kontroli przybywających na wyspę handlarzy, zamiast uspokoić sytuację jedynie ją pogorszył. Brak opium doprowadzał ludzi do obłędu. Byli gotowi zrobić wszystko by znów odpłynąć do świata nałogu... Ludzie szukali kozła ofiarnego.

Nikola zamierzała im go dać.

Wystarczyło kilka spostrzeżeń, parę słów skierowanych przeciw władzy i bunt był nie do zatrzymania. Skoro wiedźma nie potrafiła utrzymać dobrobytu, to nie zasługiwała na władzę. Nie była godna jego...

Posmutniała na wspomnienie pustej sypialni, dzisiejszego poranka. Na co w ogóle liczyła? Przecież nie mogli być razem, a przynajmniej do chwili, gdy ten szatan żył. Zacisnęła w dłoni szklany flakonik. Dzisiaj spłonie. Ona już o to zadba, a potem będą tylko we dwoje. W końcu to ona pierwsza go znalazła. To ona powinna być jego żoną.

Ruszyła.

~*~

Po zamku niósł się odgłos butów uderzających o marmurową posadzkę. Kobieta biegła, a jej przyspieszony oddech brzmiał nienaturalnie w wielkim wypełnionym lustrami korytarzu. Dopadła sypialni swoich władców i zamarła. Drzwi były w ruinie, a na podłodze za łóżkiem siedziała wiedźma, lekko się kołysząc, szeptała cicho melodyjnym głosem.

- Zapadnij w oczyszczenia sen.

- Pani, musisz uciekać! To bunt! Oni gro... - zamilkła, gdy dostrzegła, co wiedźma trzyma w ramionach.

- Zapomnij popełniony grzech - zaśpiewała cicho, nie zważywszy na obecność kobiety.

Źrenice Nikoli rozszerzyły się, a w oczach poczuła łzy. Wiedźma tuliła do siebie sinoniebieskie ciało męża. Cofnęła się o krok, dławiąc płacz. To nie mogła być prawda...

-Niech miłość uleczy umysł twój.

Zabiła go... zabiła... przeklęta. Zagryzła wargę, próbując powstrzymać szloch. Jedyne czego w tej chwili pragnęła to poderznąć wiedźmie gardło, jednak spalenie żywcem mimo wszystko wydało jej się o wiele lepszą formą zemsty. Przełknęła chęć mordu i wróciła do swojej gry niczym znakomity aktor. Jedynie w jej oczach czaiło się szaleństwo.

- Ja za ciebie poniosę winy zwój.

- Pani... oni chcą spalić cały zamek!

Wiedźma pogłaskała męża po policzku, po czym wpięła we włosy materiał, który niczym kotara odgrodził ją od świata.

- Śpij kochany, za chwilę do ciebie wrócę. - Położyła jego głowę na ziemi - Oceanie zadbaj o jego bezpieczeństwo, a ty prowadź mnie do nich.

Kot niechętnie położył się koło nieprzytomnego mężczyzny i patrzył, jak jego pani wychodzi za służką.

~*~

Nikola spodziewała się, że dumna pani wyspy będzie na tyle pewna siebie, że zaniecha ucieczki i będzie chciała stawić czoła oprawcom. Do tego jedyne zagrożenie z jej strony zostało właśnie daleko z tyłu. W tej chwili nie było niczego, co mogłoby uratować wiedźmę. Sama podpisała na siebie wyrok.

Wyszły na dziedziniec, gdzie stali buntownicy. Pochodnie oświetlały ich żądne mordu twarze, jednak żaden z nich nie śmiał jako pierwszy wypowiedzieć na głos oskarżeń, gdy obiekt ich nienawiści stanął przed nimi. Wielu widziało ją po raz pierwszy, a jej widok niemal wszystkich wprawił w osłupienie.

Kobieta dumnie stała na podwyższeniu, najwyraźniej nie przejmując się podartą suknią powiewającą lekko na wietrze. Potargane włosy chowały w sobie niegdyś starannie ułożone kwiaty i pióra. Zagubiony dzwonek wisiał koło jej ucha. Pomimo tego z wyższością trzymała głowę ku niebu, gotowa usłyszeć ich skargi. Równie dobrze mogłaby stać w łachmanach, a budziłaby wśród ludu taki sam respekt. W oczach buntowników pojawił się strach i zwątpienie. Bo jakie mieli szansę z wiedźmą? Dopiero teraz do nich dotarło, na co się porwali. Zasłonięta twarz działała na wyobraźnię, bo co jeśli wzrok kobiety potrafił zabijać? Oni nie chcieli się o tym przekonać.

Nikola z odrazą i rozczarowaniem spojrzała na buntowników. Okazali się nieprzydatnymi tchórzami. Myślała, że dłużej się oprą urokowi wiedźmy, ale najwidoczniej przeceniła ich możliwości, ci niemal natychmiast struchleli niczym potulne pieski. Poszukała spojrzeniem przywódcy buntu. Mężczyzna był blady niczym trup. Kobieta zacisnęła w dłoni flakonik i nakazywała sobie spokój. I tak oni nie byli jej już potrzebni. Wykonali swoje zadanie.
 

seiti1008
 
Po zawirowaniach mojej weny, jakoś wyskrobałam kolejny rozdział. Cudem, bo wena nie współpracuje.

Zgliszcza duszy

Na czarnej toni nieba skrzyły się osamotnione gwiazdy. Ich władca był nieobecny i nie wskazywał drogi wędrowcom i zagubionym duszom. Noc była ciemniejsza niż zwykle, idealna dla podłych spisków zła.
W półmroku komnaty ledwo było widać zarys mebli, jedynie pokaźne łoże było oświetlone słabym światłem świec ustawionych w kręgu. Ogarki wytężały swe siły, aby zajaśnieć pośród mroku. Ich ciepły blask padał na dwie sylwetki w erotycznym uścisku. Mięśnie naprężały się i rozluźniały, ciała wiły się w bordowej pościeli. Poduszka spadła na dywan z wilczej skóry, tuż przy poskakujących świecach, lecz upojone swym magnetyzmem osoby, zdawały się tego nie zauważyć.
Chłopak błądził szaleńczo językiem po gładkiej skórze dziewczyny. Zatrzymał się na stojącym sutku i przygryzł go delikatnie. Językiem robił mokre kółeczka i ssał naprzemiennie. Niewiasta odchyliła głowę i wsunęła dłonie w jego długie pasma. Wilgotnymi wargami dosięgnął zagłębienia jej szyi, które parokrotnie pocałował, a po chwili wysunął kły i wgryzł się w nie. Jęknęła przeciągle i przywarła mocniej do jego twardego ciała. Krew była gorzka, a jej posmak długo zostawał na języku. Nie była słodyczą, do której przywykł pijąc posokę Arcyksiężniczki. Rozpieściła go swym delikatnym smakiem i teraz miał problem z przełknięciem cierpkiej krwi swojej kochanki. Oderwał się od dziewoi i otarł usta. Nie był to najpyszniejszy posiłek w jego życiu. Uśmiechnął się prowokacyjnie i wpił w rozchylone wargi niewiasty pod sobą. Całował ją zachłannie, bawił się jej językiem domagającym się pieszczot. Spragniony kobiecych wdzięków, posiadł ją jednym pchnięciem. Zawyła z rozkoszy, drapiąc jego plecy i robiąc na nich krwisty ślad. Jego biodra poruszały się rytmicznie, zbliżając ich do obopólnego spełnienia. Jego penis zadrżał i uwolnił mleczny i gęsty płyn. Dziewczyna poczuła ciepło rozchodzące się w podbrzuszu. Wygięła się, krzycząc jego imię.
- Blan!! – opadła na zmiętolone prześcieradło. – Tęskniłam. – szepnęła z uwodzicielskim uśmiechem i przejechała palcem po jego dolnej wardze. – Jak pomyślę, że robiłeś to z córką Cesarzowej, to gniecie mnie tutaj. – wskazała kciukiem swoją pierś.
- Zazdrość nie pasuje do ciebie. – odparł, kładąc się obok niej.
- Czemu? Zawsze byłam zazdrosna o ciebie, jesteś moim ulubieńcem. – oblizała się, wodząc pożądliwie po jego nagim torsie.
- Którą kreseczką jestem dzisiaj? – zapytał chłodno.
- Masz mnie za taką rozpustnicę?! – obruszyła się. – Jesteś drugi. – dodała ciszej.
- Heh. – parsknął.
- Dobrze wiesz, że po przebudzeniu jestem zbyt… - urwała, przywołując na usta swawolny grymas – mokra. – dokończyła i położyła mu głowę na brzuchu. Palcem zakreślała serduszka na jego piersi.
Blan w milczeniu przyglądał się jej szarym oczom, w których czaiło się obłąkanie.
- Kiedy skończysz swoją misję? – spytała w końcu. – Chcę cię mieć wyłącznie dla siebie.
- Powoli do przodu, panienko. – odparł sucho. – Małymi kroczkami zbliżam się do celu. – jego oczy ściemniały.
- Zabiłeś zwykłą dziewuchę, zabiłeś półboga, czy to nie kolej na NIĄ. – uśmiechnęła się od ucha do ucha, majtając radośnie nogami.
- T-Tak. – rzucił niepewnie. – Czas na Aicshę.
Pisnęła ze szczęścia.
- Tylko pamiętaj, że musisz najpierw napić się krwi kogoś z genami śmierci. Och, napij się jej, to ją dodatkowo osłabi. – klasnęła entuzjastycznie w dłonie.
- Nie, pani. Ai mnie unika od dłuższego czasu. Nie mam sposobności by sięgnąć po jej krew. – wyjaśnił, a dziewczyna wydęła usta w niezadowoleniu.
- Więc musisz wgryźć się w szyjkę jej siostruni. – oznajmiła.
Blan wzdrygnął się i skrzywił.
- To raczej niemożliwe… - odparł, czując ciarki na plecach.
- Chyba nie boisz się niespełna dziesięcioletniej dziewuszki? – zamrugała.
- To nie jest zwyczaje dziewczę. Zabiłaby mnie bez mrugnięcia, jeśli poczułaby się zagrożona z mojej strony. Nishi odpada. – rzucił stanowczo.
- Więc…?
- Ród z krwią Śmierci to nie tylko dzieciaki Cesarzowej. – uśmiechnął się chytrze, a dziewczyna zaśmiała się gardłowo.
- Mój kochany Blan. – nachyliła się nad nim i cmoknęła go w usta.
- Lavinne. – zmysłowo szepnął jej imię.

Przyjemne ciepło w sercu przepadło; szeroki uśmiech szczęścia przepadł; miłość przepadała. Kimże był bez YuLee? Dawnym sobą. Zimnym i bez serca wojownikiem, skrytym za murem wokół swojej duszy. Obwarowanie powstało dość szybko. Od nowin Ai, cegiełka do cegiełki i odnowił barierę wokół siebie.
Kai szedł żwawo, a za nim ciągnął się skrzący podmuch. Jego sylwetka emanowała wyładowaniami elektrycznymi, nad którymi ledwo panował. Zatrzymał się przed drzwiami do szpitala. Przymknął oczy i wziął kilka głębokich wdechów. Spokój, tak bardzo chciał go zachować. Nie, musiał go zachować. Obiecał coś Cesarzowej i miał zamiar dotrzymać słowa.
Żadnych kłopotów w Akademii – z tą myślą, sięgnął po klamkę.
Od silnego naporu klamka odskoczyła, a ciężkie skrzydło uchyliło się. Kaydia obróciła głowę i przywołała na swej twarzy tragiczny grymas. Po mistrzostwu odgrywała rolę pokrzywdzonego biedactwa. Gdyby nie przejrzał na oczy, mógłby jej uwierzyć. Od kiedy mamiła go tą znakomitą grą aktorską, której nie powstydziłby się zdobywca Oskara? Iloma kłamstwami go uraczyła i kim była naprawdę dziewczyna wijąca się w szpitalnym łóżku? Zapewne pytania te pozostaną bez odpowiedzi.
Kącik jego ust uniósł się lekko i nadał jego rysom kpiący wyraz. Nim ruszył w jej stronę, prychnął pogardliwie i włożył kamienną maskę. Zaciskając pięści, podszedł do kuzynki.
- Kai – zawyła rozpaczliwie, wyciągając ostałą się dłoń ku niemu. Stanął przed nią, ignorując ją. Taksował ją lodowato. – zobacz, co mi zrobiła! – rozpłakała się. – Jestem teraz wybrakowana!
- „Byłaś już wcześniej, brakowało ci serca.”- pomyślał gorzko.
Powoli przesunął wzrokiem po jej dygoczącej od udawanego szlochu sylwetce. Szkliste oczy wyczekiwały współczucia. Dolna warga drżała od złudnych emocji. Scena godna najwybitniejszego aktora, lecz on nie dał się więcej nabrać. To był koniec teatru Kaydii. Jedyne, co czuł do dziewczyny w szpitalnej pościeli była nienawiść. Nie czuł więzi rodzinnej, zobowiązania czy opiekuńczości; nie starał się jej zrozumieć. W jego duszy grała tylko czysta nienawiść. Odruchowo zacisnął szczęki. Toczyła się w nim burza, którą musiał powstrzymać. Nie mógł okazać swego gniewu. Nie teraz. Tylko myśl o rychłym jej ukaraniu, powstrzymała go przed skręceniem jej karku tu i teraz.
- Wracasz do domu. – oznajmił.
- Co?! – uniosła głowę i zdumiona zerknęła na niego. – Czemu…
Przerwał jej ruchem dłoni.
- Powiedziałem, że wracasz. Jeszcze dzisiaj. Szykuj się. Powóz będzie czekał przy bramie do królestwa. – rzucił, obracając się na pięcie.
- Czemu nie mogę wrócić przez przejście wprost do mojego pokoju?
- Bo zawirowania energii dalej trwają. Nasz dom jest zniszczony przez wojnę i niestabilny. – wycedził, nie spoglądając na nią. – Masz być gotowa za godzinę.
- Kai…! - krzyknęła za nim.
Gdy zniknął za drzwiami, uderzyła pięścią w pościel. Jej brwi zmarszczyły się gniewnie. Wymyślony przez nią scenariusz nie zakładał takiego zachowania. Miał ją przytulić, a ona miała zasiać w jego sercu niechęć do Aicshy. Cmoknęła niezadowolona. Co poszło nie tak? Wiedziała, że musi grać słodką, być może Kai jest tak wzburzony jej poturbowaniem, że nie mógł utrzymać złości na wodzy. Czyżby odsyłał ją, bo się o nią troszczy i nie chce by ponownie spotkała ją krzywda? Uczepiła się tej tezy.
Na jej usta wypełzł uśmiech zadowolenia. Jeśli będzie musiała, to rozegra to kartami, jakie dostała. Zsunęła nogi na podłogę i przeczesała włosy.
- Ach, panienko, powinnaś jeszcze leżeć. – zaoponował wchodzący Yo.
- Muszę się spakować, nie martw się, zajmą się mną moi osobiści medycy. Z pewnością zwrócą mi rękę. – odparła arogancko i skierowała się do wyjścia.
Yo odprowadził ją wzrokiem. Zdumiony wpatrywał się w plecy dziewczyny, która wyszła z jego laboratorium jak gdyby nigdy nic. Była w lepszej kondycji niż sądził. Choć jednego był pewny – przez ułamek sekundy widział w jej oczach przerażenie. Gdy się ocknęła i nie wiedziała gdzie się znajduje, była zmrożona strachem, a jej usta wymówiły tylko „Aicsha, nie.”
Wiercił jeszcze przez moment zatrzaśnięte drzwi. Przeszły go ciarki. Nowe pokolenie bogów było przytłaczająco niejednoznaczne. Jaką barwę nosiła ta dziewczyna? Miał przeczucie, że zbliżyła się niebezpiecznie do czerni.
Wzdrygnął się i sięgnął po jej kartę. Przejechał wzrokiem po literkach i szybkim ruchem wyrwał papier i zgniótł go.
- To już nie będzie potrzebne. – rzucił pomięty dokument do kosza.

Grube gałęzie drzew przysłaniały chmury pełzające po niebie. Rośliny powoli odzyskiwały swoje piękno, które odebrała im wojna. Deszcz zmył z ziemi krew poległych, ugasił hulający ogień i pchnął serca mieszkańców ku nowej nadziei. Przyszłość łagodziła ból przeszłości. Ziemie odżywały, a serca ludności powoli zapominali o cierpieniu, jakie niosły stoczone boje.
Kaydia wychyliła głowę za okno. Wzrokiem przeszukała konary drzew, z których dochodził świergot ptaków.
- Ptactwo wróciło. Królestwo się odradza. – szepnęła do siebie, a na jej ustach przebiegł nikły uśmiech, który szybko odszedł w zapomnienie. Jej usta nie wiedziały jak szczerze się uśmiechać. Zapomniały.
Kiedy straciła swoją niewinność? Chyba w momencie odkrycia swojego gorącego uczucia do kuzyna. Dziecinne zauroczenie przerodziło się bez jej zgody w miłość- ogień palący ją od środka; ogień, który zniszczył jej duszę. Z dawnej Kaydii pozostały tylko zgliszcza. Ten niszczący ogień miłości pchał ją do przekraczania granic. Nikt nie stanie jej na drodze do upragnionego szczęścia z Kai’em - YuLee, jej ojciec, Aicsha czy nawet sam Kai. Chłopak musiał tylko zrozumieć, że jej miłość do niego była niewyobrażalna i niezamknięta w ramki definicji.
Zacisnęła dłoń na drzwiczkach karety.
Jej ojciec. Pochłonięta zbliżaniem się do ukochanego, czy zadbała należycie o swojego ojczulka. Co jeśli ktoś udał się do ich rodzinnej rezydencji i odkrył prawdę? Pozbyła się stamtąd służby wmawiając innym, że takie jest życzenie podstarzałego boga, który ciężko znosił porażki. Oznajmiła, że jej zdołowany ojciec zachował jedynie zaufanego sługę i zabronił zbliżać się komukolwiek do swej posiadłości, nawet jej, ale czy to wystarczyło, żeby nikt nie zajrzał do członka rodziny królewskiej?
Szybko potrząsnęła głową.
- „Gdyby ktoś go odwiedził, Kai by o tym wiedział, a ja byłabym w ciemnej dupie.” – zastanawiała się, nerwowo przygryzając wargę. – „Muszę odegrać scenkę, która wyda śmierć tego głupca. Pojadę tam, dręczona myślą o jego stanie i wtedy zastanę skamieniałe zwłoki ojczulka. Popadnę w histerię i zamknę się w komnacie na trzy dni. Tak, trzy dni powinny być wystarczające. Odmówię wszelkich posiłków. Ach, dobrze, że krew mam schowaną w skrytce w barku. Jeszcze czego, miałabym głodować przez tego typa, który niechlubnie był moim rodzicem.” – prychnęła i wróciwszy do rzeczywistości, odkryła, że kareta zatrzymała się pośrodku lasu. – Czemu stoimy? – krzyknęła do woźnicy. Nie dostawszy odpowiedzi, wychyliła się. Powożącego nie było na swoim stanowisku. Jej serce załomotało. Czyżby zaatakowali ich rebelianci, którzy nie zgadzali się z zaręczynami? Była bogiem, jakże by śmieli. Z wymalowanym gniewem na buźce wysiadła z powozu. Zręcznie poradziła sobie z długą i falbaniastą suknią, która mogłaby być problemem przy schodkach do karety, lecz Kaydia poradziła sobie sprawnie i już po chwili jej pantofelki wbiły się w miękki mech.
- Całkiem nieźle sobie radzisz bez rączki. – usłyszała uszczypliwy komentarz.
Zmroziło ją. Powoli uniosła głowę i skierowała oczy ku pobliskiemu drzewu.
- K-Kai… - wydukała. Nic nie rozumiała. Rozpaczliwie szukała wyjaśnienia jego obecności tutaj, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- Och, widząc po twojej minie nie masz bladego pojęcia, czemu cię zatrzymałem, a raczej zwabiłem. – jego głos był srogi i nieprzyjemny.
Cofnęła się, nie spuszczając z niego wzroku.
- Moja droga kuzyneczko, chcę wiedzieć jedno – jak zabiłaś YuLee? Jak jej dusza znalazła się w wisiorku?
Naszyjnik. Dotknęła swojej piersi. Wisiorka nie było na jej szyi. Czemu nie zauważyła jego zniknięcia? Jej plan miał skazę…
- O czym mówisz? Jaką duszę tego demona? – zaperzyła się. Musiała grać rozdanymi kartami. Miała wspólnika, a on był potrzebny jej do czarnej roboty i by mogła zwalić na niego winę. To był plan awaryjny. – Dostałam ten naszyjnik od Blana, tuż przed jego wyjazdem. – oznajmiła.
- Och. – Kai wymownie uniósł brew. – Blan. – szorstko wymówił jego imię.
- Tak, to było na pożegnanie. Prezent na zakończenie naszego… - spuściła wzrok – wiesz, że romansowaliśmy po tym jak mnie odtrąciłeś.
- Chyba znaczenie wcześniej. – syknął. – Niezłe musisz mieć libido, że zaspokajałaś nas obu.
- Kai! – obruszyła się jego sarkastycznym tonem. – Jak możesz tak do mnie mówić, to zniewaga!
- Twoje kłamstwa nie znieważały mnie? Ponoć mnie kochasz. – taksował ją zimno.
- Kocham!! – wrzasnęła panicznie. Nie miał prawa podważać jej uczuć, nie po tym, co zrobiła dla ich szczęścia. – Tyle… zrobiłam… a ty wątpisz w moje uczucie!
- Na przykład zabiłaś wujka? – spytał, wyszczerzając kły.
- Co… - grunt usuwał się jej spod nóg. – „Skąd wie?” – zadarła głowę i zdumiona wlepiała się w jego kamienną twarz. Jego rysy nie układały się w żadne odzwierciedlenie emocji. Był jak kamienny posąg, który chłodno patrzy na swoich obserwatorów. Przełknęła ślinę – to był Kai, jakiego znała z wojny. Chłopak bez duszy. Była w tarapatach. – O czym mówisz? Mój ojciec… nie żyje?! – musiała odegrać rolę zatroskanej córeczki dużo wcześniej. – O czym mówisz, Kai!?! – w jej oczach stanęły łzy.
- Doprawdy, jesteś niesamowicie uzdolniona. Minęłaś się z powołaniem.- zakpił – Wracam z waszej posiadłości. Wiesz, Ai napisała liścik i musiałem go dostarczyć twojemu ojcu, a tam klops. Staruch stał się kamieniem! – roześmiał się. – Zupełnie jak rzeźba!
- K-Kai… - przerażona jego chichotem, cofnęła się o kilka kroków, aż pod palcami wyczuła ścianę karety. Gorączkowo rozważała możliwe scenariusze i drogi ucieczki.
- Nieładnie Kaydia, nieładnie. Zamordować swojego ojca. – pogroził jej palcem. – Cóż, oszczędziłaś mi roboty. – zeskoczył z gałęzi i lekko wylądował przed nią.
Pisnęła z przestrachu i zamknęła na chwilę oczy. Zrobił dwa duże kroki i dzieliło go od niej kilkanaście centymetrów. Wyprostował się, górując nad nią. Czuła jego oddech; wyładowania elektryczne kąsały ją boleśnie, a oczy wwiercały się w nią powodując palpitacje.
- Zastanawiające. Nie posiadasz takich umiejętności. Jesteś wyśmienitą manipulatorką i aktorką, ale nie masz takiej siły bojowej. – przesunął analitycznie po jej postaci. – Więc to Blan zabił wuja. Interesujące. Czemu Cesarzowa nic nie czuła? – walnął pięścią w karetę, a ta odleciała na kilka metrów i uderzając w drzewa, rozsypała się jak domek z kart. Kaydia skuliła się i upadła na ziemię. – Czemu?! – ostrzej ponowił pytanie.
- Bo… bo Blan zamknął jego duszę w ciele, które zmieniło się w kamień nie do przeniknięcia! – wyjaśniła jednym tchem. – Dusza nie udała się do Nicości. Nie opuściła ciała, dlatego ród Śmierci nic nie wyczuł.
- Ou, kozackie. – oblizał usta.
- Ale… to prawda, że zabił go na moją prośbę, jednak… mój ojciec zabił dziadka!! – uniosła lekko zapłakaną twarz.
Chłopak pozostał niewzruszony. Nie obchodziło go, czy jej łzy są prawdziwe. Ona była winna śmierci Yu i nie da się omamić innej wersji.
- Jak zabił dziadka? – zapytał sucho.
- Specjalną mieszanką ziół. Najemnicy mu ją sprowadzili. Na czarnym rynku chodziła za bajeczną kwotę dwóch litrów boskiej krwi i miliona ghut. Ojciec bez mrugnięcia okiem zapłacił. W tym była i moja krew… - załkała, dociskając rękę do piersi. – Za moją krew zabił dziadka! – strużka słonych kropel ściekła jej po brodzie. – Zabił go, bo wyznaczył ciebie na króla. Mój ojciec uważał, że to ja powinnam zasiadać na tronie, ale nie zgodził się na nasze zaręczyny…
- Więc go zabiłaś.
- Wiesz ile lat nosiłam w sobie rosnący żal?! Wiedziałam, że to on zabił dziadka, ale nie mogłam nic zrobić… ta bezradność… - wybuchła szlochem.
- Wzruszające. – odparł lodowato przeszywając jej serce.
- Kai… - załkała żałośnie.
- Po trupach do celu, co? Zakończyłaś wojnę naszymi zaręczynami, powinienem być wdzięczny? Do tego wystarczyła śmierć wujka. Związałaś mnie swoimi żądzami. Zakułaś w kajdany! To jest miłość?! To chore! Miłość nie jest egoistyczna, idiotko! To, co czujesz to obsesja z niemożności dostania tego, czego chcesz! Nie ma nic wspólnego z uczuciem Yu!! – warknął.
- Yu, Yu, Yu!! A ja? Patrzyłam jak mi cię zabiera… - otarła mokre lica i hardo spojrzała na kuzyna. – Nienawidziłam jej, ale moje ręce są czyste.
- Owszem, bo za ciebie zabił ją twój kochanek!! – zaśmiał się głośno.
- Oszczerstwa! – trwała przy swoim.
- Blan nie miał powodu, żeby ją zabijać. To nie było jego widzimisię. Zabił ją, bo ty mu kazałaś.
- Mylisz się. Blanowi nie można od tak rozkazywać! – uniosła się jej pierś falowała niespokojnie, a usta wymawiały sekrety, które miały pozostać ukryte. Spadała w odmęty prawdy. Prawdy, która ją pochłaniała.
- Czyli on też miał z tego korzyści? – spytał sam siebie.
Kaydia zatkała sobie usta. Zamotała się i straciła swoją aktorską maskę. Pogubiła się od nagromadzonych emocji i nie miała pojęcia, którą ścieżką iść, aby się wywinąć z tej sytuacji. Zerknęła na potężnego boga. Stał w zamyśleniu, to była jej szansa. Poderwała się i ruszyła przed siebie. Wyciągnęła swą jedyną rękę i przywołała przejście. Jasne światło rozdarło powietrze. Była o krok od ucieczki, ale poczuła jego palce zaciskające się jej na głowie. Obrócił głowę dziewczyny w swoją stronę. Krzyk uwiązł Kaydii w gardle, a nogi ugięły i gdyby nie trzymał ją za głowę, upadłaby jak długa. Wpatrywała się w oczy czarne jak toń nocy; w tęczówki koloru krwi, którą na jej polecenie przelano. Łypały na nią oczyska starożytnych bogów.
- Zaskoczona? – zaszydził. – Wiesz, mam dług do spłacenia i polecenie do wykonania. „Żyj, Kai”, tak mi powiedziała. Miałem powstać i powstałem silniejszy. Zbliżyłem się do boga doskonałego, bo tak mogłem przetrwać. Niespodziewanie twój ojciec podarował mi morderczy trening, dzięki któremu sięgnąłem po odległe życzenie. – wyszczerzył się w krwiożerczym uśmiechu. – Masz ostatnią szansę na wyjaśnienie jak zginęła YuLee.
Zacisnęła nogi, czując ciepło spływające jej po udach. Rozpłakała się, nie mogąc nawet skryć czerwonych wypieków za murem z rąk.
- Nie wiem… naprawdę nie wiem… dostałam tylko ten wisiorek. Przyrzekam! Nie wiem, jak ją zabił… proszę, przestań już, proszę…
- Rozumiem, chyba poważnie nie wiesz. Zatem… - spojrzał w jej zapłakane i przestraszone oczy, w których zatliła się iskierka nadziei. -… żegnaj.
- Co… - wydukała, nim jego wzmożony uścisk zmiażdżył jej czaszkę. W ostatniej chwili pomyślała:
- „Kocham cię. Chciałabym cię nie kochać, bo to niewoliło i mnie. Miłość do ciebie już dawno mnie zabiła. Dziadku… wybacz.”- nastała ciemność, wszechobecna i zimna.
Trzask kości rozbrzmiał w cichym lesie. Jej urodziwe lica zmieniły kształt w bliżej nieokreśloną miazgę, a mózg wypłynął, brudząc jego dłoń. Umarła nie cierpiąc długo. Odeszła, nie odpowiadając na pytanie kołaczące się gdzieś w głowie jej kuzyna- czy jej łzy i szloch po dziadku były prawdziwe? Nie ważne, ta myśl i tak została złamana.
Puścił pozostałość po jej głowie. Ciało upadło na leśne poszycie. Chłopak strząsnął z palców śliską maź i spojrzał niewzruszony na zwłoki kuzynki. Chwilę przyglądał się jak ziemia barwi się posoką, a tkanki błyszczą w promieniu słońca, któremu udało się przedostać przez gąszcz gałęzi nad jego głową. Na jego usta wypełzł półuśmieszek, kiedy ciemne macki oplotły niekompletną postać dziewczyny i wciągnęły ją w mroczną otchłań niebytu. Uniósł głowę ku niebu i przymknął oczy. Wziął głęboki, oczyszczający wdech. Opuszczając głowę, wypuścił powietrze.
- Muszę zadać to pytanie: jak długo tu jesteś? – obrócił się w lewo i spoczął wzrokiem na zarysie męskiej sylwetki.
- Od momentu jak opuściłeś Cesarstwo.
- Ho ho, niezły jesteś skoro dopiero teraz cię poczułem. Twoja sława nie jest banialukami. – podparł się pod boki i srogo wbił się w mężczyznę, wychodzącego z ukrycia.
- Bogowie weszli na nowy poziom, więc i ja, jako najemnik, również muszę dotrzymać im kroku. – odparł.
- Myślałem, że nie jesteś już najemnikiem, a bogiem. – rzucił, a powietrze nasyciło się iskrami.
- Ciężko się pozbyć swojej istoty. Dorosłem, jako najemnik, bycie bogiem mam w pakiecie Premium. – przeczesał długie pukle ciemnych włosów i sprawnie związał je w kitkę. – Rozumiem, że moja siostra wie, o tym. – wskazał na miejsce, w którym do niedawna leżała kuzynka chłopaka.
Kai po dłuższej chwili ciszy, odrzekł:
- Wie, jest Cesarzową. Ale nie wiem, czy ty powinieneś to wiedzieć. –przesunął ręką w powietrzu, podkreślając całokształt sytuacji. – Zwłaszcza to. – pokazał swoje ciemne oczy zalane szkarłatem.
- Sekrecik się rypnął, co? – Asaylen zachichotał.
- Jak widać. Ktoś nie powinien szpiegować innych, bo może zapłacić za ciekawość sporą cenę. - uniósł wargi, odsłaniając kły.
Iru nie pozostał mu dłużny. Odpiął guzik i zsunął z siebie czarny płaszcz ze smoczej skóry.
- Myślisz, gówniarzu, że możesz bez konsekwencji wymawiać groźby pod moim adresem?- napiął mięśnie, które płynnie zatańczyły pod skórą. Przeciągnął się jak pantera, gotowa wyruszyć na polowanie.
- Cenisz swoje umiejętności, ale one ci nie wystarczą, nauczycielu. – przywołał na usta złośliwy grymas.
- To ty przeceniasz swoją moc starożytnych. Jestem najemnikiem, bogiem i bratem mojej siostry, do tego mam doświadczenie w polowaniu na bogów. Jestem Assassinem! – krzyknął, a jego tęczówki zalała czerwień.
- Cóż, mogę mieć problem, bo jesteś bratem Cesarzowej i…- nie dokończył, bo zimne ostrze nacięło delikatną skórę jego szyi. Kai zamrugał zdezorientowany. Kątem oka dostrzegł twarz mężczyzny.
- Niespodzianka, młodziaku.
  • awatar ognisty-podmuch: Jestem pod wrażeniem... zatkalo mnie gdy Iru sie pojawil, a z drugiej strony pomyslalam ze Aslyen w ten sposob chce dostac mozliwosc poprzez walke z Kai'em aby stac sie starozytnym lub chocby pozbyc sie frustracji..... hesuuuuuu..... wiiiii
  • awatar Lisa Angels: Ooooo, Kai vas Asaylen?! Chcę to przeczytać! Koniecznie, już, teraz, natychmiast! Wreszcie Kaydia zapłaciła za swoje, strasznie jej nie lubiłam... I moja kochana Nishi jak zwykle spisała się na medal... ale powiem ci, że zaskoczyłaś mnie tym, że Kai osiągnął moc starożytnych, nie spodziewałam się tego. Więc mam nadzieję, że już niedługo zobaczę piękny nowy rozdział :D
  • awatar Kate - Writes: Okey, chyba coś zrozumiałam nie tak, albo przegapiłam, bo niewiele rozumiem. Gratulacje dla Nishi... A taką mocą starożytnych to i ja bym nie pogardziła.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

wikipunk
 
  Nie uwierzycie! Wiky zrobiła sobie tatuaż! Taki prawdziwy! To znaczy na stałe. Pewnie już Wam o tym mówiła ale ja nadal jestem w szoku... Ciągle powtarzała, że sobie zrobi. Nie byłam jednak pewna czy tylko tak mówi, czy też nie... Co prawda nie ukrywam, że bardzo mi się podoba. Też bym sobie zrobiła, choć z tym u mnie to raczej ciężej, a pisakiem  nie chcę niszczyć sobie ciałka. Oczywiście Wiky nie pozwala mi dotykać dziary... Z resztą nikomu nie pozwala. Mówiła, że nie można tego ruszać (tylko ona może jak smaruje maścią i to najlepiej po umyciu rąk), ponieważ jest to rana i może się tam wdać zakażenie. Wiky tłumaczyła mi, że tatuowanie polega na wprowadzeniu igłą specjalnego tuszu pod skórę... Aż mnie ciarki przechodzą na samą myśl... Brr... No w sumie ja takich bodźców nie odczuwam. W końcu jestem lalką, ale już tyle się o bólu nasłuchałam, że czasem mam wrażenie, iż go czuję... Kiedy zapytałam ją czy bolało, odpowiedziała, że nie czuła kłucia tylko bardziej takie drapanie. Wspominała nawet, że było to całkiem przyjemne. Ona jest chora! No tak... Wiky ma wysoki próg bólu, a ból to kwestia indywidualna... Wiem, wiem... Widzę też, że bardzo dba o "obrazek". Podoba mi się to. Codziennie, przez dwa tygodnie musi myć go dwa razy dziennie i smarować maścią cztery razy. Jeszcze nie zauważyłam żeby ominęła którąś z tych czynności. W końcu żeby tatuaż ładnie wyglądał i szybko się goił trzeba o niego dbać. Tak jest napisane na karteczce, którą Wiky dostała w studiu.
  Śmiać mi się też chce, bo dziara podczas gojenia swędzi, a nie wolno jej drapać. Przez to Wiky cały czas chodzi i macha tą ręką na lewo i prawo, albo dmucha na nią byleby tylko nie dotknąć przedramienia. Tak komicznie to wygląda, że czasem nie mogę powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem! No po prostu boki zrywać! Musielibyście to zobaczyć!
www.wattpad.com/295272946-z-%C5%BCycia-luny-4
  • awatar Kate - Writes: A może też zrobisz sobie tatuaż? Ciekawie by to wyglądało.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: @Kowalski, opcje!: [Luna]: Nie wiem... Zastanowię się... Może zrobię sobie taki nie na stałe? ;).
Pokaż wszystkie (2) ›
 

livli5
 


Zmienił się, sam wiedział o tym najlepiej. Patrząc na ukochaną czuł mieszankę uczuć, które wyżerały go od środka. Wiedźma od tamtego incydentu nie ruszała się nigdzie bez swojego srebrnika. Kroczył u jej boku jak cień, izolując ją od niebezpieczeństw świata. Na powrót stała się zimna, niedostępna, wręcz pozbawiona emocji. Jego kochana żona po raz pierwszy od dziesięciu lat małżeństwa wydała mu się obcą osobą. Miał wrażenie, że zamek znów opustoszał. Unikała go kiedy tylko mogła, ale nie umknęły jego uwadze dwa srebrne sińce wokół jej nadgarstków, a najgorsze było to, że wiedział kto jej to zrobił. Próbował ją przeprosić. Wytłumaczyć się i obiecać, że nigdy więcej nie przysporzy jej bólu. W końcu kochał ją bezgranicznie. Jednak ona nie chciała z nim rozmawiać. Czasem miał wrażenie, że... zaczęła się go bać.

Cóż za paradoks. Potężna wiedźma Sagary bała się takiego zwykłego człowieka jak on. Było to dla niego nie do pomyślenia. No bo nigdy nie widział, by okazała strach, nigdy nie dostrzegł jej łez. A jednak wtedy w sypialni wyraźnie drżała na całym ciele, a na jej twarzy malował się lęk.

Zasłużyła na to.

Doprowadzało go do szału, gdy widział jak rozmawia z innymi ludźmi, a jego traktuje jak powietrze. Przecież ona jest jego... To z nim powinna spędzać czas... rozmawiać. Niczego nigdy od niej nie chciał. Jedyne czego pragnął to miłość. Czy dziecko nie jest tego dowodem? Czemu go okłamywała? Czy nie powinni być ze sobą szczerzy?

A może... ona nigdy go nie kochała... co jeśli bawiła się nim od samego początku? W końcu była wiedźmą. Istotą niezdolną do łez.

Mętlik w jego głowie narastał, nie potrafił z nią rozmawiać, więc swoje żale wylewał przy alkoholu w towarzystwie Nikoli, która zawsze witała go w swoim domu z otwartymi ramionami. Kobieta radziła mu by tym razem się zawziął. W końcu wina leży po stronie wiedźmy, to ona nie chce spełnić małżeńskiego obowiązku wydania potomstwa na świat.

- Co prawda to prawda, ale z pewnością ma jakiś powód.

Dziewczyna spojrzała na niego z nad kieliszka z winem.

- Jesteś zbyt naiwny. Czy pomyślałeś kiedyś o tym, że ona może się po prostu tobą bawić? Nie patrz tak na mnie, wcale nie żartuje. Ona nie jest człowiekiem, może mieć całkowicie inne wartości niż my.

- I co, niby przez dziesięć lat by mnie zwodziła?

- A czemuż by nie? Ona może przeżyć nas wszystkich. Nie widzisz, że nie zmieniła się ani trochę? Masz już trzydzieści trzy lata. Nie zauważyłeś, że ty się powoli starzejesz, a ona nie?

Twarz mężczyzny stężała.

- Wiedzę, że dotarło to do ciebie. Może się tobą znudziła? Mam wrażenie, że nie chce mieć dzieci, by nie wiązać się z tobą całkowicie.

- Przesadzasz - machnął ręką, wypijając za jednym zamachem kolejny kieliszek wina. Obraz mu się rozmazał jeszcze bardziej, a w głowie mu wirowało.

- Kto wie... może cię nawet zdradza, może nie cieleśnie, ale separując cię od siebie dopuszcza się zdrady - wyszeptała zbliżając się do ledwo trzymającego się na nogach mężczyzny. Ta myśl wstrząsnęła nim, tak, że niemal nie wylądował na ziemi. Przed oczami stanął mu obraz uśmiechniętej żony, jednak zamiast niego podszedł do niej obcy mężczyzna. Objął ją zbereźnie, na co ona jęknęła zachwycona. Oczami wyobraźni widział, jak ukochana zatapia palce we włosach obcego mężczyzny, gdy ten dążył do spełnienia.

Pokręcił załamany głową, by odpędzić diabelskie wizje. Poderwał się z krzesła, ale natychmiast na nim usiadł.

- Spokojnie, przepraszam, nie chciałam cię niepokoić - poczuł, jak jej dłonie wplatają mu się we włosy. Uniósł wzrok i ujrzał twarz ukochanej. Nie zastanawiając się przylgnął do niej i zaczął zaborczo ją całować. Zaskoczona spojrzała mu w zamglone oczy. Serce zabiło jej szybciej. Czekała na to tak długo. Z radością oplotła dłońmi jego szyję i odwzajemniła pocałunek. W jej sercu zrodziła się nadzieja, że mężczyzna w końcu przejrzał na oczy... Nareszcie wybrał ją.  

~*~

Następnego dnia obudził się w objęciach Nikoli. Kobieta jeszcze spała, tuląc nagie ciało do cienkiej kołdry. Przerażony zerwał się z łóżka. Wspomnienia upojnej nocy napływały ze wszystkich stron, a on nie mógł uwierzyć w to, co właśnie zrobił. Obwiniał żonę o zdradę, a właśnie sam się jej dopuścił. Pospiesznie się ubrał, po czym wybiegł jak poparzony z miejsca swojej zbrodni, tak jakby opuszczenie sypialni przyjaciółki mogło zmyć popełniony grzech. Biegł na oślep, mając ochotę zrzucić się w otchłań morza. Jednak, gdy zatrzymał się na brzegu klifu, przez obraz własnej zdrady, przedarły się słowa Nikoli.

Załamany usiadł na trawie i zanurzył twarz w dłoniach. Szum morza, pozwalał mu chodź trochę uspokoić myśli.

- Kochanie? - odwrócił się natychmiast w stronę źródła głosu. Przed nim stała zatroskana wiedźma, tym razem była sama. Westchnęła krótko i usiadła obok niego - Stało się coś?

- Nie - odparł szybko.

Zapadła pełna napięcia cisza. Wiedźma nerwowo skubała rękaw swojej sukni. Ostatnimi dniami wiele rozmyślała. Sytuacja na wyspie była coraz gorsza, groził jej bunt z powodu coraz większej liczby uzależnionych i coraz rzadszych dostaw opium. To nie był czas na małżeńskie sprzeczki i tajemnice. Musiała wreszcie mu wyznać prawdę. Jeśli zdecyduje się ją opuścić, to ona zrozumie. W końcu nie może go dłużej trzymać na uwięzi.

- Przepraszam - wyszeptała cicho. - Powinnam była ci powiedzieć od razu, ale bałam się, że mnie nie zrozumiesz.

Milczał, nie był wstanie się choćby ruszyć. Nie miał odwagi nawet na nią spojrzeć, bo bał się, że jeden zły ruch, jedno złe słowo i jego zdrada wyjdzie na jaw, więc siedział w ciszy i pozwalał jej mówić, choć miał ochotę uciec jak najdalej od niej.

Kobieta nabrała powietrza w płuca i wsłuchała się w odgłos rozbijających się fal.

- Ja... - zaczęła próbując znaleźć odpowiednie słowa, nagle jej twarz stężała, skóra przybrała nienaturalnie blady odcień. Rozchylone usta zadrżały.

Ona wie.

Nie czekając aż oskarży go o zdradę jednym ruchem zakrył jej usta i przygwoździł do ziemi. Szarpała się, ale on nie zważając na to, podarł fragment jej sukni i włożył na siłę w zęby. Bez przerwy powtarzał jedno słowo - przepraszam -  gdy krępował materiałem jej dłonie. Związaną żonę wziął na ręce i zaniósł do ich sypialni. Zaryglował drzwi by się upewnić, że tym razem srebrnik nie będzie miał jak wejść.

Nadgarstki żony przywiązał do łóżka. Przerażona szamotała się w każdą stronę. Próbując bezskutecznie wypluć materiał z ust.

Mężczyzna nerwowo chodził po pokoju, co chwilę patrząc na szarpiącą się kobietę. Dopiero teraz dotarło do niego co zrobił. Zaprzepaścił wszytko, wiedział, że spalił ostatni most i że nawet jeśli teraz się wycofa, ona już nigdy nie uśmiechnie się do niego tak samo.

Roztrzęsiony usiadł obok niej. Pogładził ją z czułością po policzku, a w jego oczach tliło się szaleństwo.

- Kocham cię tak bardzo, że nie mogę bez ciebie żyć, ale przez to co zrobiłem nie będziesz chciała ze mną zostać. Jesteś moja. Tylko moja. Proszę zrozum, że nie miałem wyjścia...

Wiedźma przestała się ruszać. Zaskoczony mężczyzna wyjął jej materiał z ust. Przez chwilę milczała. Spodziewał się, że będzie drżeć z przerażenia, ta jednak leżała spokojnie, niczym trup. Trzęsącą się ręką zdjął materiał zasłaniający jej twarz i zamarł. Niegdyś czarne oczy, pokryte były srebrną cieczą, ale nie to go wprawiło w osłupienie. Wiedźma po raz pierwszy patrzyła mu prosto w oczy. Cofnął się raptownie, ale ona podążała za nim spojrzeniem. Usłyszał gwałtowne uderzenie o drzwi, ale nie mógł się ruszyć. Do jego uszu dotarł dźwięk pazurów przecinających drewno, jednak nie odwrócił wzroku. Przez umysł przewijały się mu obce emocje. Strach, zawód, smutek. Łzy spłynęły mu po policzkach.

- Zaśnij - Jego powieki stały się ciężkie, a on sam uderzył o ziemie w momencie, gdy ostre pazury srebrnika rozszarpały drzwi.

Zwierze przedarło się przez przeszkodę i podbiegło do wiedźmy.

- Matko - po pomieszczeniu rozszedł się zmartwiony szept, w akompaniamencie kobiecego płaczu. Z jej zamkniętych oczu płynęły srebrne łzy, a szloch trząsł całym jej ciałem. Kot przeciął więzy, po czym stanął nad nieprzytomnym mężczyzną.

- Czy mam zakończyć jego żywot?

- Nie.

Lampart spojrzał zagadkowo na zapłakaną twarz swojej twórczyni. Nerwowo zagryzała wargę, próbując unormować oddech.  

- On cię skrzywdził.

- Nie można skrzywdzić martwego - wyszeptała, wstając.
 

wikipunk
 
Cześć wszystkim!
Ale dziwne to lato, co nie? Jakoś tak ni ciepło, ni zimno... Często pada... A ja ciągle czekam na ten
wypad na wysepki. Jednak wciąż jest za chłodno... Nawet strój kąpielowy dostałam! Wiky mówi, że to i tak nie jest to co miała na myśli, ale mi się podoba! Chyba, że wymyśli i uszyje (lub załatwi) mi coś lepszego, to ja tam się nie obrażę, wiecie. Na razie to jeżdżę z Wiky do pracy jej mamy. Trochę roboty tam jest, więc postanowiłyśmy pomóc. Bardzo lubię pomagać, dlatego chciałabym żeby już było jutro. Jeszcze nie wszystko skończyłyśmy. Wiky bez przerwy martwi się, że sobie coś zrobię w pracy. Mam zaledwie 30 centymetrów wzrostu, a jak wiadomo, taka robota przystosowana jest dla troszkę (troszkę... Phi!) większych osób niż ja. Mi i tak się wydaje, że Wiky jest zbyt nadopiekuńcza w stosunku do mnie. No dobra... Martwi się dziewczyna. Nie mogę mieć jej tego za złe...
Ostatnio mama Wiky kupiła nowe meble ogrodowe. To znaczy używane, ale dla nas nowe. Nie dość, że bardzo ładne, to jeszcze takie wygodne! Mogłabym tak siedzieć i nie schodzić. Teraz nie trzeba wynosić krzeseł i stolika z domu.
W ogóle to Wiky uparła się żeby uczyć mnie angielskiego. Długo upierać się nie musiała, bo ten pomysł bardzo przypadł mi do gustu. Wczoraj (30.07.2016r.) zaczęłyśmy. Nauczyłam się już jak się przywitać, przedstawić i powiedzieć gdzie mieszkam. Dzisiaj (31.07.2016r.) uczyłam się kolorów i nazw pomieszczeń w domu. Angielski jest bardzo fajnym językiem, a Wiky zna naprawdę wiele słówek! Nie mogę się doczekać kolejnych lekcji!

www.wattpad.com/myworks/79979890-z-ycia-luny
  • awatar Hanti: Zgadzam się z tobą co do języka angielskiego :)
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: @~TaSama: Dziękuję ^^. Myślę, że i Molly niedługo stanie się kimś więcej, niż tylko zwykłą lalką ^^. Pomyśl o tym co lubisz i spróbuj przelać to na Molly ^^.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: @Hanti: [Luna]: Cieszę się ^^.
Pokaż wszystkie (8) ›
 

wikipunk
 
Wiky the Metal-Punk!: Siemka ^^.
Właśnie założyłam konto na Wattpadzie :). Postanowiłam zamieszczać tam rozdziały "Z życia Luny". Po prostu chcę je mieć wszystkie w jednym miejscu. Oczywiście tu na blogu dalej będą się pojawiały, tyle że między różnymi innymi wpisami, a tam będą uporządkowane ^^. Mam też zeszyt, w którym będę je pisała ręcznie :). Także jakby ktoś miał ochotę poczytać tam, to jak najbardziej zapraszam ^^. No i jeżeli uda się napisać też coś innego to oczywiście również pojawi się tu, na Pingerze i tam, na Wattpadzie :D.
Proszę bardzo - oto link do mojego profilu :).
www.wattpad.com/user/Wiky0097

A poniżej wstawiam zaprojektowaną przeze mnie okładkę opowiadania "Z życia Luny" :D.
Okładka3.jpg
  • awatar RainbowxD: Naprawdę śliczna okładka, a Twoje opowiadanie z chęcią będę czytać. Sama również posiadam konto na Wattpadzie, jednak pisanie opowiadania zakończyło się na... Dwóch rozdziałach :P. Chociaż lubię pisać, ale trochę mnie stresuje fakt, że rozdziały musiałabym dodawać systematycznie. Też kiedyś pisałam w zeszytach - miałam z tego dużą frajdę :D.
  • awatar Wiky the Metal-Punk!: @RainbowxD: Ja bardzo lubię pisać, jednak nie przykładam wagi do systematyczności w tym wypadku :P. Jak będzie to będzie, jak nie to nie :P. To opowiadanie piszę głównie dla siebie, więc jak na Wattpadzie będzie małe zainteresowanie to trudno, pisać i tak będę dalej :P. Na blogu piszę to opowiadanie nie tylko dla siebie, bo widzę, że inni też to czytają ^^.
  • awatar Tęczowe marzenia ♥: Cudowna okładka ^^, na pewno wpadnę przeczytać ^^. Szczerzae ci powiem, że kiedyś sama pisałam ale jakoś mi to nie przypasowało,m po pewnym czasie zrezygnowałam c: Za to piszę sobie opowiadania w zeszycie albo notatniku ^^
Pokaż wszystkie (11) ›
 

seiti1008
 
„Odwaga to pokonanie własnego strachu”

Skrzydło potężnych drzwi zaskrzypiało złowieszczo, ukazując wnętrze gabinetu. Jasne, oślepiające światło zmusiło młodych bogów do przymknięcia powiek. Zamrugali, żeby przyzwyczaić się do jasności. Z poblasku słońca za oknem, wyłoniła się postać Cesarzowej. Jej słoneczne oczy przeszły nieprzyjemnym chłodem, który padł na blade lica jej pierworodnej córki. Aicsha poczuła jak serce podchodzi jej do gardła. Z trudem przełknęła ślinę. Dygocząc, skłoniła się matce. Gdy uniosła głowę z powitalnego ukłonu, dostrzegła znajomą sylwetkę siedzącą na skraju biurka władczyni. Krew odpłynęła jej z twarzy, a serce stanęło. Świadkiem jej łajania miał być jej starszy brat, który nigdy nie przysporzył Cesarzowej tylu kłopotów. Co sobie pomyśli o niej?
Królewicz uważnie przyglądał się strachowi wymalowanymi na jej ślicznych, młodych licach. Weszła niepewna, w pierwszej chwili nawet go nie zobaczyła. Na myśl o jej przerażeniu ścisnęło go w dołku. Nie mógł patrzeć jak jego mała siostrzyczka trzęsła się jak osika. Pragnął ją mocno przytulić i uchronić przed gniewem matki, ale wiedział, że Ai musi stawić czoła konsekwencjom, a ich rodzicielka chce dla niej jak najlepiej. Jego zadaniem było pozostanie chłodnym i niedostępnym. Przeniósł wzrok na chłopaczynę za Arcyksiężniczką. Chudy, strachliwy, ze wzrokiem wbitym w dół nie zrobił na nim dobrego pierwszego wrażenia. Fizjonomia młodego boga pasowała do opisu, jaki przedstawił mu Sayen. Byakku zacisnął mocniej szczękę. Przed sobą miał narzeczonego swojej młodszej siostry. Gniew w nim wzbierał, nie było go tylko chwilkę, a Aicsha dorobiła się narzeczonego, na którego przystała Cesarzowa. Był pewny, że upadli na głowy. Ukradkiem powiódł spojrzeniem na stężałe rysy matki. Co ta kobieta sobie myślała? Wziął głęboki wdech i ponownie wpatrywał się w następczynię tronu.
Arcyksiężniczka spuściła głowę i podeszła bliżej. Nie ośmieliła się zerknąć na Byakku. Mężczyzna taksował ją zimnym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
Faini wmurowało w podłogę. Nie potrafił się ruszyć z miejsca. Atmosfera był ciężka i odbierała mu oddech. Drżał. Splótł mocno palce, a wzrok wbił w kraniec czerwonego dywanu, który kończył się tuż przed nim i odsłaniał lśniący, zadbany parkiet.
- Aicsha – rozbrzmiał lodowaty głos Asimy, od którego narzeczeństwo dostało gęsiej skórki. Ai skuliła się i mocno zamknęła oczy. Bała się. – co należy do obowiązków Przewodniczącej? Czy uczniowie nie wybrali cię, bo ci ufają? – pytanie retoryczne przestrzeliło łomoczące serce dziewczyny. Sparaliżowana, nie mogła wydukać słowa. – Atakując ucznia, kim by nie był i czego by nie zrobił, zawiodłaś tych, którzy ci zaufali. Masz ochraniać, masz dawać poczucie bezpieczeństwa. Takie sprawy załatwia się inaczej, Ai. – powiedziała nieco łagodniej, a młoda bogini podniosła zaskoczony wzrok na boginię. Jej pytające oczy zmusiły Asimę do wyjaśnień. – Wpierw informujesz mnie o swoich podejrzeniach. Możesz zaprosić delikwenta na przesłuchanie, powiadamiając wcześniej jej rodzinę o przyczynie. Tu możesz sobie troszkę pofolgować, ale nie tak, by trzeba było ją wynosić. Brak współpracy efektuje zawieszeniem w prawach ucznia. – uśmiechnęła się przeciągle, a w bursztynie zatańczyły diabelskie chochliki. – Rozumiesz? Dyplomacja. – Cesarzowa rozsiadła się wygodniej.
Aicsha zrozumiała przekaz. Pozbawić wroga ochrony, a potem sprać go na kwaśnie jabłko. Na jej twarzy malował się nieśmiały uśmiech. Zapamięta tę lekcję.
- A teraz – Asima przeniosła wzrok na skulonego Faini – powiedz mi, do diabła, jak uszedłeś Ogniowi Śmierci. – przeszyła go na wskroś.
Chłopak niepewnie podniósł głowę. Rozbieganymi oczami przesuwał po pomieszczeniu. W panice szukał wyjaśnienia. Cesarzowa bacznie przyjrzała się jego dezorientacji i ciężko westchnęła. Nie miał cienia podejrzeń jak dokonał tego niesamowitego wyczynu, co trochę ją zawiodło. Widziała w nim ogromny potencjał, ale chłopak nie miał bladego pojęcia jak go wykorzystać. Przesunęła analitycznym wzrokiem po jego chudej postaci. Przyglądając się jego aurze, wpadła na rozwiązanie zagwozdki, przed jaką ją postawił. Prychnęła, odchylając głowę do tyłu. Chwilę przyjrzała się sufitowi i ponownie wwierciła się w Faini.
- Zrobimy tak – zaczęła sucho – zostaniesz moim uczniem. – oznajmiła.
Aicsha w popłochu obróciła się i wbiła oniemiałe spojrzenie w narzeczonego, który stał wryty z wytrzeszczonymi oczami.
- A-Ale… ja… mój ród… my nie specjalizujemy się w walce! – rzucił przerażony.
- Wiem. – dostał szybką odpowiedź.
Zbity z pantałyku, gorączkowo szukał innego argumentu, który uchroniłby go przed morderczym treningiem z władczynią. W panice nie mógł uchwycić z gonitwy myśli nic sensownego. Zerknął na wgapiającą się w niego Ai. Była piekielnie zazdrosna i jej chęć mordu czuł każdą komórką ciała. Ramiona mu opadły bezradnie. Jak miał odmówić samej Cesarzowej? Jak delikatnie podziękować za taką szansę?
Przeszły go dreszcze. Teraz dopiero zauważył niechętną minę brata Aicshy. Świdrował go, jakby chciał wedrzeć się do jego duszy i pochłonąć ją bez ostrzeżenia.
Cesarzowa wystukała palcami rytm zniecierpliwienia.
- Faini, daję ci dzień na zastanowienie się. Przemyśl to. – odparła z naciskiem.
- Tak…- wydukał, czując, że nie ma wyjścia niż tylko przystać na propozycję Cesarzowej.
- Jesteście wolni. – oświadczyła Asima.
Młodzi bogowie kiwnęli głowami i czym prędzej zeszli jej z oczu. Gdy tylko drzwi się zamknęły, Byakku uniósł wymownie brew.
- Trening? Chcesz to chuchro trenować? Oszalałaś?!
Cesarzowa roześmiała się. Jej synek wykazywał jawną niechęć do Faini, a jego postawa na „nie” przypominała jej Latisa, który zawsze miał jakieś „ale” do jej wybranków. Zaborczość starszego brata, pomyślała i zachichotała.
- Posłuchaj – zaczęła, poważniejąc – ten chłopak zatrzymał ogień, którego nie da się powstrzymać bez uszczerbku na zdrowiu. To chuchro, jak go nazwałeś, cofnęło czas.
Królewiczowi zrzedła mina. Był oszołomiony nowinkami matki.
- Żartujesz…
- Widzisz, jakie ma możliwości? Pomyśl, co się stanie jak nad nimi nie zapanuje. Musi kontrolować swoją moc, bez tego stanie się zagrożeniem. Szkoda by było chłopaka zabijać. – oparła głowę o rękę. – Nauczę go wszystkiego. – radośnie wyszczebiotała.
- Znając ciebie, masz jeszcze jakiś ukryty powód. – Byakku uważnie się jej przyjrzał.
Wyszczerzyła się zniewalająco.
- Owszem, mam. – przeciągnęła się. – Czemu korzystasz z wyrwy?
- Bo jestem tak zajebiście zdolny, że nauczyłem się techniki ciotki?
- A czemu mogłeś się jej nauczyć? Czemu Mili ma takiego asa w rękawie, wiesz? – kontynuowała grę.
Zamyślił się na chwilę. Nigdy nie zastanawiał się, czemu jego ciotka- półbóg - ma tak zaawansowaną umiejętność. Przeniósł wzrok na Cesarzową i próbował wyczytać coś z jej twarzy, ale bogini uśmiechnęła się szelmowsko.
- Powinnam zostawić cię w takim stanie? Dręczącej ciekawości „dlaczego”. – zachichotała.
- Mamo, nie igraj ze mną! – upomniał Asimę lekko obrażony.
- W naszych żyłach płynie krew boga czasu i przestrzeni. – wyjaśniła, odkładając droczenie się z nim na inną okazję.
- Czas i przestrzeń? – powtórzył, a wszystko ułożyło się w jedną całość. – Chcesz uczyć go i samej podpatrywać! Ty lisico!
- Chyba nie powinieneś tak zwracać się do własnej matki. – upomniała go z figlarnym grymasem.
Aicsha zbiegała po schodach, by jak najszybciej wprowadzić swój plan w życie. Rozstała się z Faini na rozdrożu korytarza – on skręcił ku ogrodowi, by móc pospacerować i ochłonąć po spotkaniu z Cesarzową, a ona skierowała się do głównego hallu, żeby, czym prędzej znaleźć się w Akademii. Szła z mrokiem wykutym w sercu. Mocno ściągnięte brwi i usta ułożone w wąską linię z szybkim żołnierskim chodem powodowały ucieczkę służby, która stojąc przy ścianie kłaniała się nisko. Zamyślona dziewczyna nawet nie widziała posyłanych jej grzeczności, ujrzała dopiero rosłego chłopaka o śniadej cerze i przeszywającym spojrzeniu. Przystanęła na chwilę i przejechała pobieżnie po jego niewyraźnej minie, nie zmieniając swojego wyrazu twarzy, ruszyła ku niemu. Mijając go, rzuciła:
- Ona pachniała YuLee.
Zaskoczony Kai obrócił się za nią, lecz Arcyksiężniczka nie pokwapiła się, aby wyjaśnić swoje słowa. Skręciła i znikła mu z oczu. Chłopak sposępniał i lodowato powiódł wzrokiem ku ślimakowi ze schodów, który prowadził do laboratorium pałacowego medyka.

Faini stał z zadartą ku górze głową i przypatrywał się liściom szumiącym na wietrze. Sam czuł się owym listkiem, który powiewał w stronę narzuconą przez wiatr. Zawsze mówiono mu, co ma robić. Jego pasje były tłamszone. Wmawiano mu, że nie po to się urodził. A po co, skoro nie mógł być tym, kim chciał? Z góry wybrano mu tożsamość, umiejętności i przyszłość. Pojawienie się Ai było jak uderzenie pioruna – nieprzewidywalne i zmieniające jego otoczenie. Ona zmieniła wszystko, a teraz jej matka dawała mu szansę na zmianę ciążącego na nim brzemienia. Wyobraził sobie minę swej rodzicielki, gdy słyszy jak moc Oczu Wizji mająca dać jej profity, zostaje przekuta na potęgę mogącą zmiatać istnienia. Zemdlałaby. Uśmiechnął się sam do siebie.
Mógłby stać się silnym wiatrem, a nie ulegającym mu liściem. Przyjrzał się małemu listkowi, który został zerwany przez zryw wiatru. Zatańczył, zawirował, a potem upadł na ziemię. On też by tak skończył.
Zacisnął pieść. Propozycja Cesarzowej wcale nie była taka zła, jak początkowo sądził. Uśmiechnął się szeroko i obrócił się, lecz po chwili jego rysy stężały. Przed nim stał Byakku. Wyprostowany, z dumnie wypiętą piersią górował nad tchórzliwym niedoszłym kapłanem. Faini skulił się mimowolnie, jak słabszy samiec uznający wyższość tego dominującego. Przez myśl mu nie przeszło, żeby rzucać wyzwanie Królewiczowi. Uciekł pospiesznie wzrokiem, zastanawiając się, czegóż to może chcieć od niego syn Cesarzowej.
Byakku lustrował go zaczepnie. Bacznie analizował każdy skrawek jego ciała, by ostatecznie prychnąć kpiąco.
- „Cofnąć czas, też mi coś. To niemożliwe z takim wątłym ciałkiem. Nawet mały wilk nie byłby syty po posiłku z niego.” – Królewicz drwił w myśli. – Ej, ty – syknął – słyszałem, że jesteś narzeczonym mojej małej siostrzyczki.
- „Nie takiej małej.” – poprawił go, nie mając odwagi na wypowiedzenie zdania na głos. – T-Tak. – przytaknął cicho.
- Słyszałem też – podszedł bliżej, a Faini zamarł. – że lubisz chłopców. – chłopak zadrżał, czując jego miarowy oddech na sobie. Zwątpił czy to ze strachu czy fascynacji jego bliskością. Przełknął ślinę i spojrzał niepewnie w jego lodowate oko, które błyszczało złowróżbnie.
- T-Tak. – wyjąkał.
-  Czemu zatem, czuję od ciebie wyraźny zapach mojej siostrzyczki? – wycedził Byakku.
Faini odrętwiał. Wlepiał się w mężczyznę przed sobą jak łania pochwycona w sidła myśliwego. Milion myśli przeleciało mu przez głowę. Co miał odpowiedzieć? Prawdę? I wydać na siebie wyrok śmierci? Wybrał pierwszą lepszą wymówkę.
- My… ona lubi się przytulać, a po ostatnich wydarzeniach…
- Kłamstwo niezbyt dobrze ci wychodzi. – przerwał mu i nachylił bardziej. – Czemu, do licha, geje nie są wierni swojej naturze, tylko ulegają kobietom z tego rodu! – warknął bardziej do siebie niż do niego.
Chłopak zapadł się w sobie. Bał się odezwać czy wykonać jakiś ruch. Stał zamrożony i czekał aż wybuch królewicza przeminie.
Oko Byakku jarzyło się czerwienią, a kły wystawały spod warg. Chodził w kółko jak zniecierpliwiony lew, co chwila łypiąc ze złością na niego. Faini czuł jakby ważyły się jego losy.
- Nawet zabić cię nie mogę! – huknął w końcu z bezradności. – Posłuchaj no, skoro lubujesz się w facetach, to się ich trzymaj, a nie dajesz się zaciągnąć do łóżka dziewczynie! Co z ciebie za gej, masz w ogóle jakąś gejowską dumę?! – wrzasnął na niego, aż młody bóg podskoczył.
Przerażony pokiwał głową przecząco.
- No kurwa – Byakku zawrócił, bo gotów był mu przywalić. Zatrzymał się kilka metrów od narzeczonego Ai i zerknął na niego przez ramię. – nie wiesz, co powinieneś powiedzieć w takiej sytuacji, co nie? „Tak, panie Byakku, na swą dumę geja, nie tknę więcej pańskiej siostry!” – fuknął Królewicz, olśniewając zdumionego Faini.
- Ach. – wymsknęło mu się.
- Nie „achuj”, tylko przysięgnij, że to narzeczeństwo będzie tylko teoretyczne!
- Ale Aicsha ma bogate doświadczenie i może mnie wiele nau… - zakrył usta dłonią. Czy właśnie dolał oliwy do ognia?
Zerknął na boga, który właśnie zmieniał barwy jak kameleon – od różowej po odcień głębokiej, buraczanej czerwieni. Wybuch miał nastąpić za 3 … 2… 1…
- Co wy wyprawiacie? Byakuś czemu jesteś napęczniały jak rozdymka? – rozległ się nieznany dla Faini kobiecy głos.
Królewicz wypuścił z siebie powietrze, spoglądając spode łba na młodszego boga.
- Zacieśniamy więzy, ciociu. – przyszły Władca Ciemności uśmiechnął się promiennie do Sophi.
- Och, doprawdy. Ja już znam zacieśnianie więzów chłopów z tego rodu. – podparła się pod boki i zmrużyła oczy. – Zostaw narzeczonego Ai w spokoju. – upomniała go – Ten związek ma aprobatę Cesarzowej, więc się odstosunkuj od chłopaka.
Byakku cmoknął z niezadowoleniem, a Faini odetchnął z ulgą. Wybawienie objawiło się pod postacią miłej blondynki. Z wdzięcznością posłał jej szczenięce spojrzenie. Sophia uśmiechnęła się serdecznie. Przeniosła oczy na niezadowolonego boga, skrzyżowała ręce na piersi i kontynuowała musztrę.
- Tak, tak. – odparł Byakku, przewracając oczami. Zatrzymał spojrzenie na narzeczonym Ai i posłał mu wrogi półuśmieszek, po czym obrócił się na pięcie i rozmył się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie czarny pył.
- Co za zazdrośnik, chyba jest nawet gorszy od Latisa. – podsumował demon. – Nie przejmuj się, mój drogi. Zaakceptuje cię. Daj mu tylko czas. – podeszła do niego i ujęła go pod ramię. – Co powiesz na uspokajającą melisę? Nie odmówisz tak uroczej niewieście jak ja, prawda? – spytała z naciskiem, mocniej chwytając jego ramię.
Faini czuł się jak w uścisku imadła. Pozwolił zawlec się do kuchni, gdzie został posadzony i ugoszczony wbrew swej woli.
- „Członkowie tej rodziny są przerażający.” – pomyślał, wkładając ciastko do ust, które podsunęła mu Sophia szczerząca się natarczywie.

Drobna rączka przejechała po chłodnym murze. Zza szarego kamienia, z którego zbudowane były podziemia, wychyliła się blond czupryna. Zniecierpliwiona przeskakiwała z nóżki na nóżkę. Na jej młodej buźce malowało się napięcie. Rozglądała się nerwowo po ciemnych zaułkach.
- Szybciej, szybciej. – poganiała cichutko.
Przygryzła wargę, czując szczyt podenerwowania. Jej paluszki zacisnęły się na rogu ściany. Ile jeszcze miała czekać? Jeszcze moment, jeszcze chwila i ktoś ją nakryje. A znając jej charakter, wysnuje wnioski, iż przyszła zamordować z zimną krwią dziewuchę leżącą w laboratorium lekarza. Dużo by się nie pomylił, aczkolwiek Nishi posiadała zdrowy rozsądek i nie wkradła się do szpitala osobiście, żeby nie rozszarpać boginki, która śmiała wpędzić jej siostrę w kłopoty.
Zmarszczyła brwi, wlepiając się w szparę między kamieniami. Gdy myślała, że nie wytrzyma, z dziury wyłoniła się mordka czarnego szczura. Pisnął coś do dziewczynki i schował się ponownie w szparze. Nishi kucnęła i wystawiła rękę. Szczur pojawił się po chwili, a w pyszczku trzymał przegryziony łańcuszek. Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko i podrapała zwierza za uszkiem.
- Dobra robota. – szepnęła i wzięła od niego srebrny łańcuszek.
Uniosła go, a kamień błysnął czernią. Przyjrzała mu się uważnie. Gdy go widziała na szyi Kaydii miał kolor malachitu, lecz teraz dominowała w nim czarna barwa. To był zły znak. Wstała pospiesznie, ale zamarła. Kroki. Ktoś szedł w jej stronę żwawym chodem. Serce podskoczyło jej do gardła. Dostrzegła zarys sylwetki, od razu ją rozpoznała. Kai.
Niewiele myśląc, schroniła się we własnym cieniu. Kontury mroku szybko pochłonęły jej małe ciałko. Zapadła się w ciemności, czekając aż chłopak przejdzie. Kurczowo docisnęła naszyjnik do piersi. Nie mogła go zgubić, nie odnalazłaby go we wszechobecnym mrocznym bezmiarze. Nasłuchiwała sygnału od szczura, który został na warcie.
Kai przemierzał zaciemniony korytarz. W głowie huczały mu słowa Aicshy. Nie wyjaśniła ich, ale domyślał się, że jego narzeczona i kuzynka w jednym przyłożyła rękę do śmierci jego ukochanej. Poczuł nieprzyjemne uczucie – poczucie winy. Arcyksiężniczka go uprzedzała, ale zaślepiony nie dostrzegał, że rani innych. Nie widział też mrocznej duszy Kaydii. Nie spodziewał się, że może być zdolna do zabicia kogoś. Sposób śmierci YuLee był zastanawiający. Ktoś zabrał jej duszę. Wątpił, czy jego narzeczona posiadała takie zdolności. Musiała mieć wspólnika. Od razu przed oczami stanął mu Blan. Wyszczerzył kły i przyspieszył. Nagle zatrzymał się. Odwrócił głowę. W ciemności dojrzał szczura, który spokojnie mył sobie łapki. Zwierz spojrzał na niego i spłoszony schował się w szczelinie nieopodal. Kai ściągnął brwi i z kołaczącą się myślą po głowie, ruszył dalej.
Różowy nosek wychwytywał woń z powietrza. Szczur wystawił łepek z dziury i rozejrzał się. Pisnął zgodnie z rozkazem i wybiegł na środek korytarza. Z ciemnej kałuży na posadzce wyłoniła się głowa Nishi, która przejechała szybko oczami po otoczeniu. Wyskoczyła z cienia, a szczur nie tracąc chwili wskoczył jej na ramię. Nie zatrzymując się, czym prędzej pognała na górę, mocno trzymając ciemniejący wisiorek.
Aicsha kręciła się niespokojnie po pokoiku przewodnczącej jak zamknięty w ciasnej klatce uwięziony zwierz. Nerwowo gryzła paznokieć. Napisała już powiadomienie dla jej rodziny, ale jak miała wyjaśnić im swój atak na nią? Jak wytłumaczyć jej odrąbaną rękę? Nie była to mała bójka, tylko jednostronny akt przemocy. Zawyła rozpaczliwie, klapiąc na krześle.
Może powinna poprosić Kai’a o pomoc? Podniosła się raptownie, uradowana swoim genialnym pomysłem. Wtem do pomieszczenia wbiegła Nishi. Nerwowo krzyknęła jej imię. Ai przechyliła głowę, pytająco wodząc po strapionej twarzyczce siostry.
- Nishi, co się stało?
- To! – pokazała wisiorek, a starsza Arcyksiężniczka natychmiast poczuła znajomy zapach. YuLee. – skąd to masz? – ostro spytała.
- Kaydia to miała. – wyjaśniła, kładąc naszyjnik na blacie biurka. – Pospiesz się, musisz uwolnić jej duszę nim umrze!
Bogini zamrugała, spoglądając na niemalże czarny kamień. Im dłużej się w niego wpatrywała, tym energia Yu stawała się wyrazistsza.
- YuLee… - przejechała opuszkami palców po kamyku.
- Pospiesz się, bo jej dusza przepadnie!! – Nishi ponaglała rozpaczliwie.
- Co… jak… ja? Masz większe umiejętności…
- To ty powinnaś zrobić, była twoją przyjaciółką, prawda?! – dziewczynka nie chciała dać za wygraną. Owszem, mogła bez problemu uwolnić duszę demona, ale to było zadanie jej siostry. Ai potrafiła to zrobić, ale jej brak pewności siebie przysłaniał jej wachlarz umiejętności, jakie miała. Mała bogini nie zamierzała odpuścić, choćby to oznaczało zniszczenie duszy Yu. Zawzięcie wwiercała się w drżącą siostrę. - Ai, kamień robi się coraz bardziej czarny! – wywoływała presję na przyszłej cesarzowej.
Aicsha dygotała. Spojrzała na swoje trzęsące dłonie. Nie da rady uwolnić duszy. Była za słaba. Zacisnęła mocno powieki.
Strach. Niechęć do siebie. Poczucie winy. Wszystko zlewało się w jedno i ją paraliżowało. Otworzyła oczy i zerknęła na wisiorek. Przed oczami stanął jej ciepły uśmiech demona i błyszczące radością oczy. Nie mogła jej zawieść, nie dziewczynę, która mocno w nią wierzyła.
W jej ręku pojawiła się rękojeść kosy. Złote ostrze zalśniło i wbiło się w czarny kamień. Oczy Arcyksiężniczki przeszły z bursztynu do czerwienia, a z szkarłatu do głębokiej czerni. Jej sylwetkę otoczyła hebanowa aura, która buchała groźnie we wszystkie strony. Nishi z uśmiechem satysfakcji cofnęła się o kilka kroków. Z ekscytacją wpatrywała się jak czerń wycofuje się z wisiorka, odsłaniając szmaragdowy odcień zieleni.
Ai zmarszczyła srogo brwi, dociskając mocniej kosę do naszyjnika. Kamień rozłupał się wpół i uwolnił jasne światełko, które z trudem uniosło się w powietrzu. Aicsha rzuciła kosę, która znikła nim uderzyła o podłogę. Padła na kolana i ujęła w dłonie zmarniałą duszę demona. Ze szklistych oczu polały się łzy. Głośno zawyła, nie mogąc już dłużej skrywać swojego bólu.
- Przepraszam, że dałam ci umrzeć!! – krzyknęła, kuląc się i przyciskając światełko do siebie.
Poczuła ciepły dotyk na ramieniu. Obróciła się i ujrzała słoneczne, współczujące oczy matki.
- Mamo… - szepnęła przy kolejnej fali szlochu.
Asima kucnęła obok niej. Czułym spojrzeniem otuliła jej rozpaczającą postać. Wyciągnęła rękę i pogłaskała córkę po głowie.
- Odwaga to pokonanie własnego strachu; pewność siebie to wiara we własne umiejętności. Nie wątp w swoją krew. – przeniosła dłoń na jej policzek, po którym delikatnie ją pogładziła – Masz w sobie pokłady możliwości, ale wątpisz w nie. Nie wolno ci tego robić. YuLee uratowałaś, dałaś radę, ale teraz musisz ją odesłać do Krainy Nieba. Jest zbyt słaba, by dłużej pozostać w tym świecie.
Słowa matki były plastrem na jej jątrzącą się ranę. Zapamięta je i rozważy, gdy ból po Yu zelżeje.
- Nie mogę jej wskrzesić, prawda? – pociągła nosem, wpatrując się w słaby blask duszy.
- Nie. Jest za bardzo osłabiona, mogłaby…
- Przepaść na zawsze. Jej jestestwo by wybuchło i po YuLee nic by nie zostało. – wtrąciła się najmłodsza z pociech Cesarzowej.
Asima łypnęła na Nishi upominająco. Dziewczynka zniweczyła jej starania ubrania tego w delikatne słowa. Mała boginka w odpowiedzi uśmiechnęła się niewinnie.
- Rozumiem. – odrzekła spokojniej Ai. – Żegnaj, Yu… - wypuściła duszę, która zamigała słabo i uniosła się, znikając boginiom z oczu.
Aicsha poczuła jak zalewają ją kolejne spazmy rozpaczy. Serducho chciało jej pęknąć, ale mimo to czuła ulgę, że dusza jej przyjaciółki może spocząć w pokoju.
- Już dobrze, Ai. – Asima przytuliła córkę i głaskała uspokajająco. Przeniosła wzrok na drzwi.
Kai osunął się po ścianie. Schował twarz w dłoniach i tłamsił swój szloch. Łzy spływały mu potokami po policzkach. Niektóre słone krople zwalniały na bruździe wyrzeźbionej w jego skórze.
Gdy tylko poczuł wibrującą energię Aicshy, przełożył oczekiwanie na Yo, który miał mu opisać stan Kaydii i zjawił się tu – przed drzwiami do pokoju rady uczniowskiej. Zastał boginię epatującą mocą śmierci, kiedy już zniszczyła wisiorek, a dusza jego ukochanej delikatnie pofrunęła ku górze. Zmroziło go. Nie był w stanie wyjść ze swojego ukrycia; nie był w stanie pożegnać Yu. Już tego żałował, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa i mógł jedynie spoglądać, jak demon odchodzi do zaświatów. Był tak oszołomiony, że nie zastanawiał się skąd się wziął naszyjnik, dopiero głos Cesarzowej, który rozbrzmiał mu w głowie wyjaśnił mu wszystko.
Poderwał się i dociskając plecy do ściany, zerknął w kierunku władczyni. Ich myśli przeniknęły się. Serce chłopaka zabiło w rytmie żałobnej rozpaczy, by po zasłyszeniu o sednie sprawy, przejść w rytm pożerającej nienawiści.
- „Załatwię to, Cesarzowo, bez narażania dobrego imienia Akademii, obiecuję.”- rzekł do Asimy.
Władczyni łypnęła na niego przeszywająco. Rozumiała jego uczucia, lecz czy pochwalała plan? Był młody, a jego ręce plamiła krew; jego dusza zanurzała się w smolistym mroku, po którym trzeba było stąpać ostrożnie, inaczej mogło cię wchłonąć bezpowrotnie.
- „Igrasz z własną duszą. Pamiętaj, aby móc się wynurzyć. W przeciwnym razie ci tego nie wybaczę. Ani ja, ani Aicsha. Twoja rodzina i rób, co uważasz za słuszne, ale granica jest cienka. Uważaj.”
Wziął do serca jej słowa. Wszakże ona najlepiej wiedziała, co to znaczy korzystać z mocy swej własnej ciemności.
Otarł ostatnią słoną kroplę z brody i podążył wymazać grzechy swego rodu.
  • awatar Lisa Angels: "- Nawet zabić cię nie mogę! – huknął w końcu z bezradności. – Posłuchaj no, skoro lubujesz się w facetach, to się ich trzymaj, a nie dajesz się zaciągnąć do łóżka dziewczynie! Co z ciebie za gej, masz w ogóle jakąś gejowską dumę?! – wrzasnął na niego, aż młody bóg podskoczył." w tym momencie padłam ze śmiechu XD a dobił mnie tekst, że Ai może go jeszcze sporo nauczyć Hahahaha, mistrzostwo. Uwielbiam naszego księcia :D Taka smutna końcówka :( Ale przynajmniej mogą ja spotkać w Niebie, gdzie Asima rozwaliła bramę XD Lecę do kolejnego rozdziału :D
  • awatar Kate - Writes: Kocham twoje rozdziały, głownie dlatego, ze mi humor poprawiają. Lecę czytać dalej.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

disneychanel11
 
Cześć i czołem pytacie skąd się wziołem ? :*
Ostatnio coś mi nawalało z komputerem i nie mogłam być obecna :(
Opowiadania beda się pojawiać spokojnie,ale chyba to będzie kontynuacja jednego ze starych opowiadan.Wybaczcie mi,ale martwie sie,że z pisaniem nowych bym sie nie wyrobiła czasowo.
Jeśli chcecie miec stały kontakt ze mna to zapraszam tutaj:
1 blog:myworld98.pinger.pl/
ask prywatny:ask.fm/zelkovaksiezniczka
ask o Violettcie:ask.fm/violettadiegoforever
ask z cytatami:ask.fm/kochamtylkociebie87
large.png

Więc jeśli macie do mnie jakieś pytania śmiało piszcie do następnego wpisu :*
/Paula
Pokaż wszystkie (2) ›
 

myworld98
 
WŁĄCZ:

CZYTAJ:
-----------------------------------------------------------------------
Paulina siedziała sama w rynku późnym wieczorem musiała to wszystko sobie poukładać.Kłótnia z chłopakiem przyprawiały ją o ból głowy nienawidziła go za to.
Wspominała chwile gdy mieli kryzys.Na szczęście z nim w porę zerwała.
Była dzisiaj umówiona z przyjaciółką jednak ona nie mogła przyjść.
Była zła,włóczyła się po swojej miejscowości.
Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić.
-Paulina halo słyszysz mnie
-Zaraz co się stało...
Gdy otworzyła oczy zobaczyła,że ktoś się nad nią pochylił.Był to mężczyzna w okularach,miał on krótkie czarne włosy i niebieskie oczy.
Po chwili do niej dotarło kto to był,a był to ksiądz z jej parafi!
Ludzie go bardzo lubili był dobrym człowiekiem.
-Pomogę Ci wstać,straciłaś przytomność uderzyłaś głowa o chodnik co za szczęście,że byłem na miejscu-mówiąc to ledwo łapał oddech
-O matko tez się z tego ciesze
-Chodź na plebanie zrobię  herbatę-otworzył drzwi od plebani-no wchodź
Dziewczyna czuła się bardzo nie zręcznie zawsze się zastanawiała nad tym jak wygląda dom księży w środku,ale teraz to zobaczyła.
Skierowali się do małego pomieszczenia,które robiło za kuchnie.
-Siadaj proszę,a ja zrobię coś do picia
-Nie chce księdzu robić kłopotu
-Musisz odzyskać siły Paulina-powiedział z troska-zresztą czemu zwracasz się do mnie tak oficjalnie przecież mam na imię Michał.
-Wiem o tym-uśmiechneła się złowieszczo-ksiądz przygotował na niedziele ładne kazanie
-Dziękuje-wziął łyk herbaty
Paulina rozmawiała jeszcze chwile z księdzem,ale tylko do momentu gdy wypiła herbatę.Gdy Michał  poszedł do toalety ona po cichu wyszła i delikatnie zamkneła za sobą drzwi.
Bała się co bedzię jutro w szkole szybkim krokiem poszła do domu.
Kiedy wróciła wzieła prysznic i położyła się do łóżka
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I jak się skarbki podobał pierwszy rozdział ? ^^
powiedzcie liczy się dla mnie wasza opinia :*
*zbierzność imion jest przypadkowa!
pozdrawiam moje najlepsze piapsy Roksanke,Kamilke i Karinke xd
~♥CZYTASZ=KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ
Kocham <3
  • awatar RainbowxD: Świetnie się zapowiada :D. Czekam na ciąg dalszy!
  • awatar gość: Czekam na dalsze rozdziały!
  • awatar gość: Mojaa
Pokaż wszystkie (5) ›
 

myworld98
 
Witam Was bardzo serdecznie :)
Wiem,że nie było mnie dwa tygodnie i bardzo tego żałuje.
Bardzo przepraszam :(
Postanowiłam pisać mimo wszystko bloga o wszystkim czyli temat o bajkach też będzie się pojawiać.
Aha i pisze do Was też z pytaniem....chcecie bym pisała opowiadania o zakazanej miłości?
Będziecie czytać może Was to zaciekawi.
Proszę wyraźcie swoją opinie w komentarzu :*
Wasze zdanie wiele dla mnie znaczy.
Kc Was :*
1295.png
  • awatar Hachie: Witaj ponownie! Z opowiadaniem zawsze można spróbować! Zapraszam do mnie :)
  • awatar RainbowxD: Nic nie szkodzi, że Cię nie było. Dobrze, że już wróciłaś :). Ja bym takie opowiadanie chętnie przeczytała ^^.
  • awatar Typical girl: Tak pisz takie opowiadanie:)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 

Ślub wiedźmy był największym wydarzeniem na Sagarze od czasów podpisania paktu handlowego z okolicznymi krajami. Mieszkańcy świętowali przez okrągły tydzień tańcząc na ulicach miasta. Niemal królewskie uczty zagościły w każdym domu, a radosna muzyka niosła się jeszcze wiele kilometrów od brzegów wyspy. Podczas, gdy litry alkoholu znikały w gardłach Sagarajczyków na zamku świeżo poślubiona para cieszyła się sobą, wierząc, że już na zawsze będą tak szczęśliwi jak w tej chwili.

Rok 1766 Sagara

- Kochanie powinnaś odpocząć. Wyglądasz niemrawo. Chodź tu do mnie.

Wiedźma z uśmiechem na ustach wtuliła się w otwarte ramiona męża. Usiadła na jego kolanach, a dłonie zaplotła mu wokół szyi. Uwielbiała to robić. Przywarła bardziej do niego, by móc usłyszeć rytmiczne bicie jego serca. Westchnęła zmęczona.

- Znów są problemy z przemytem. To paskudztwo otacza nas z każdej strony. Jeśli nie powstrzymamy kolejnej fali... - urwała, jakby bała się, że wypowiedzenie tych słów, sprawi, że staną się rzeczywistością - opium będzie nie do wyplenienia.

- Ci... nie mówmy o tym. Niech chociaż nasza sypialnia będzie miejscem pozbawionym polityki - Złożył na jej ustach pocałunek, delikatnie drapiąc ciemnym zarostem jej delikatną skórę. Dłońmi odruchowo ściągał ozdoby z włosów ukochanej - Tęsknię za tobą. Coraz rzadziej mamy czas tylko dla siebie.

Wiedźma zachichotała, a na jej ustach pojawił się figlarny uśmiech.

- Mówisz tak, jakbyś to ty był żoną w naszym związku. - Zarysowała palcem brzeg jego koszuli, po czym odpięła pierwszy guzik, za którym powoli dołączały pozostałe.

- Jeśli pozwoli mi to być z tobą, to nawet mogę być nią na stałe – zaśmiał się, nie mogąc oderwać wzroku od radosnej twarzy ukochanej.

- Nie kuś, bo jeszcze się przyzwyczaję – wychrypiała zmysłowo, gdy wiązania sukni wreszcie puściły, a materiał lekko zsunął się z jej bladych, pokrytych srebrną siatką ramion. Czuła pocałunki i drapanie zarostu męża na swojej szyi, delikatnie z każdym kolejnym, zsuwające się powoli w dół. Zatopiła palce w jego czarnych włosach. Jej oddech stał się płytszy, serce przyspieszyło swój rytm, a srebro w jej skórze odbijało światło świec, oświetlających sypialnię. Miała wrażenie, że płonie od wewnątrz, a metal w jej żyłach topi się. Czuła się żywa... czuła się... człowiekiem.

Opadła w miękką pościel, czuła jak on zawisa nad nią i kontynuuję kreślenie szlaku, przez piersi, po brzuch. Zatrzymał się na pępku. Pocałował go, po czym szybko w niego dmuchnął. Na co wiedźma zaczęła się zwijać ze śmiechu.

- Co ty wyrabiasz? - chichotała, próbując powstrzymać męża przed następnym psikusem. - Dziecinny jak zawsze. - Pokręciła rozbawiona głową.

Mężczyzna uniósł się na rękach i zawisł nad jej głową. Niewidoma kobieta, nie mogła ujrzeć jego udręczonego wyrazu twarzy.

- Kochanie...

- Tak?

Popatrzył na nią czule.

- Kocham cię.

Jej uśmiech nabrał słodyczy, uniosła dłoń i pogłaskała go po policzku.

- Ja ciebie też.

Mężczyzna opadł i położył głowę na jej piersiach. Nie minęła chwila, gdy ręka wiedźmy zanurzyła się w jego włosy.

- Czy to prawda?

Kobieta zamarła w bezruchu, zaskoczona nietypowym pytaniem.

- Oczywiście, skąd w ogóle pomysł, że mogłoby być inaczej?

Przez chwilę trwali w ciszy.

- Byłabyś cudowną matką, więc...

- Dość! – Wiedźma gwałtownie zabrała dłoń z jego głowy i próbowała go z siebie zrzucić, jednak mężczyzna w porę przygwoździł oba jej nadgarstki do łoża.

- Proszę, nie uciekaj. Chcę wreszcie porozmawiać z tobą od początku do końca. Zrozumieć czemu nie chcesz bym był ojcem twoich dzieci. – Pomimo delikatności tych słów, jego głos był zimny, stanowczy, a dla niej kompletnie obcy.

- Nie ma sensu o tym mówić, wszystko co miałam do powiedzenia, omówiliśmy ostatnim razem. Myślałam, że skończyliśmy ten temat. To nie tak, że nie chcę mieć dzieci, to niemożliwe.

- Kłamiesz. Niemożliwe? To po co raz w tygodniu pijasz te swoje mikstury? Myślisz, że nie zauważyłem, że bez niej mnie unikasz? Widziałem na własne oczy jak czynisz cuda. Leczysz z chorób, nałogów, tworzysz żywe zwierzęta ze srebra. I ty twierdzisz, że coś jest niemożliwe?

Zasyczała, próbując wyrwać nadgarstki z wciąż zaciskającego się uchwytu jego dłoni.

- Nie chcesz mieć dzieci? To przynajmniej zdradź mi powód!

Nagle poczuł gwałtowne uderzenie, przez co puściwszy wiedźmę spadł na podłogę. Usłyszał warczenie, a gdy uniósł wzrok ujrzał groźne kły lamparta. Zmrużył oczy, po czym przeniósł wzrok na ukochaną. Siedziała skulona, ściskając uporczywie nadgarstki do piersi. Serce ścisnęło mu się na ten widok.

- Ja... - wyszeptał próbując się podnieść, ale lampart jednym susłem przygwoździł go do ziemi. Kątem oka widział, jak jego żona trzęsącymi się dłońmi zakłada pospiesznie suknię – Kochanie, przepraszam, ja... - Kobieta, nawet nie zatrzymując się na chwilę wybiegła z sypialni.
  • awatar Kate - Writes: Wow! Tydzień trwające wesele. Jaki ta wiedźma musi mieć status!
Pokaż wszystkie (1) ›
 

livli5
 


W głowie miał mętlik. Rozpaczliwie szukał odpowiedniej odpowiedzi na jej słowa. Czy zachłanność rzeczywiście była, aż tak zła? W końcu nie oznaczała ona braku umiaru, a może jednak?

- Bycie zachłannym to nie koniecznie wada... - stwierdził z namysłem -wszytko zależy od tego, czego się pragnie. Niejednokrotnie pcha ludzi do działania.

Wiedźma pokręciła głową, a dzwoneczki w jej włosach lekko zatańczyły.

- Nawet najwspanialsze lekarstwa uzależniają, a ich zbyt duże dawki potrafią zabijać niczym doskonałe trucizny. Pragnienie jest niczym leczniczy napój, natomiast zachłanność to odmiana prowadząca do zguby.

Chłopak spuścił wzrok i wpatrywał się w kamienną posadzkę. Serce łomotało mu w piersi, jakby chciało przypomnieć, że on także nie jest wolny od tej trucizny. Trawiła go od miesiąca, a najgorsze było to, że nie chciał się od niej uwolnić. Szczególnie gdy teraz miał przed sobą najwspanialszą kobietę pod słońcem. Wtedy zrozumiał, że jego przekleństwem jest miłość.

Na początku pragnął jedynie ją znów zobaczyć, lecz teraz nie mógł oderwać wzroku od jej ust. Z niecierpliwością wyczekiwał każdego słowa, jakie z nich wyszły. Gdzieś w środku trawiła go chęć zerwania materiału zasłaniającego twarz, by móc wreszcie poznać skrywany pod nim kolor oczu. Przyłapał się także, że jego myśli kroczą z każdą chwilą coraz dalej. Z zaskoczeniem zauważył, że nie widzi przyszłości bez niej u swego boku. Kochał ją i za nic z niej nie zrezygnuje.

Spojrzał na wiedźmę z determinacją i miłością w oczach, a srebrne zwierzęta poruszyły się zaniepokojone. Motyle poderwały się z kryształowego drzewa. Węże zasyczały, kierując swoje spłaszczone głowy w kierunku młodzieńca, a pawie zaskrzeczały donośnie. Jedynie lampart wpatrywał się w niego nieodgadnionym spojrzeniem, jakby próbował rozszyfrować stojącego przed sobą człowieka.

- Wydaje mi się, że ktoś na ciebie czeka. - Wiedźma uśmiechnęła się przyjaźnie.

- Ale...

- Ci... - uciszyła go przykładając palec wskazujący do ust - Idź do niej, my jeszcze się spotkamy.

Przez chwilę wahał się, jednak nie mógł zignorować jej rozkazu. Ukłonił się, podziękował za rozmowę i przeprosił za wtargnięcie do ogrodu bez zaproszenia, po czym wyszedł z podziemi, całą siłą woli powstrzymując się przed zawróceniem. Pokonując kolejne stopnie, czuł jakby oddalał się od swojego serca.

Dopiero wychodząc z altany, otrząsnął się z otępienia i ruszył do ławki, gdzie miał czekać na Nikolę. Wątpił, że ją tam znajdzie, gdyż niebo powoli zaczynało się barwić od zachodu słońca. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że minęło tak dużo czasu, dla niego to spotkanie trwało zdecydowanie zbyt krótko.

Nagle stanął w pół kroku, zatrzymując się przy fontannie. Na ławce siedziała Nikola, oparta o spory piknikowy kosz, była pogrążona w śnie. Płowe włosy otulały jej piegowatą buzię. Jeden kosmyk z każdym jej oddechem unosił się ku górze i opadał prosto na zamknięte powieki.

- Głupolu, nie powinnaś spać w takim miejscu.

Podniósł ją delikatnie i zaniósł do jej pokoju, starając się przynajmniej w ten sposób wynagrodzić jej dzisiejszy zawód.

~*~

Wiedźma podniosła się ze swojej kryształowej ławki i obróciła się w stronę swojego coraz częstszego gościa. Młodzieniec odwiedzał ją niemal codziennie. Opowiadał o swojej ojczyźnie, rodzinie, pracy na zamku, a czasem po prostu słuchał, nie ważne co chciała powiedzieć. Nieświadomie uczyniła go swoim powiernikiem, a zarazem przyjacielem. Lubiła go, mimo że nadal nie znała jego imienia. Zawsze zaskakiwał ją czymś nowym. Sprawiał, że czas mijał jej przyjemniej.

Kobieta podeszła do kryształowego drzewa i wyciągnęła swoją bladą dłoń w kierunku zwisającego z gałęzi węża. Srebrny gad z czułością oplótł się wokół jej nadgarstka.

- Nigdy nie zapytałeś się mnie o to, czym jestem.

Młodzieniec ruszył się niespokojnie.

- Dla mnie nie ma to znaczenia.

- A jednak nie ukryjesz, że jesteś tego ciekaw. - Nie uzyskawszy odpowiedzi, pogłaskała węża po głowie. – Srebrniki to istoty, które rodzą się ze srebra i wiedźmiej obecności. Są jak dzieci. Kochają swoją twórczynię całym swoim jestestwem, nawet po jej śmierci... - zamilkła na chwilę, by odłożyć gada na drzewo. – Pamiętasz naszą pierwszą rozmowę?

Chłopak skinął głową.

- Moim grzechem jest pragnienie wiedzy. To ona uczyniła mnie wiedźmą. To ona... - głos jej zadrżał, a ona uniosła dłonie ku materiałowi na twarzy. Zdjęła go drżącymi dłońmi i odwróciła się do chłopaka – Straciłam wzrok wraz ze stworzeniem swojego pierwszego srebrnika.

Młodzieniec wstrzymał oddech i wpatrywał się w czarne jak węgle oczy, ze srebrnymi plamkami na tęczówkach. Na skroniach widniały rubiny wtopione w skórę, od których ciągnęły się srebrzyste sieci szram. W pierwszej chwili nie wierzył w jej słowa, jednak jej spojrzenie było puste. Jak nocne niebo z nielicznymi gwiazdami, spoglądające na wszystkich, a zarazem na nikogo.

Chłopak wstał i podszedł do wiedźmy. Ujął w dłonie jej bladą twarz i delikatnie potarł kciukami wtopione w skórę kamienie. Po czym się nachylił i zrobił to, o czym marzył odkąd ją po raz pierwszy ujrzał. Skosztował jej ust.
  • awatar Kate - Writes: Albo mi się tylko wydaje, albo kroi nam się tutaj jakiś romansik. Lecę czytać dalej.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

ejmala
 
Witam Was serdecznie na swoim blogu.
Nie wiem czy ktoś z Was będzie chciał czytać moje wypociny, ale będę pisać. Chociażby z uwagi na to, że ja sama tego potrzebuje. Niestety życie nie układa się tak jak byśmy sobie tego życzyli i nie każdemu można powierzyć swoje sekrety, chociażby dlatego, że ludzie potrafią oceniać z góry, rozgadywać, dopowiadać i na wszystko mają swoje teorie.
Czego będzie dotyczył ten blog?
Więc jestem młodą kobietą, która jak każda z kobiet, ma swoje potrzeby - mniejsze i większe. Mam swój temperament i .. potrzebe bycia ważną.
Chcę w ten sposób wywalić z siebie wszystko co się ze mną dzieje, co się dzieje u mnie w życiu, ogarnąć jakoś ten haos który powstał, być może zrozumieć - podjąć jakieś, dla mnie ważne decyzje życiowe.

Troche o mnie; jak już wspomniałam młoda kobieta, 23 lata, która bardzo wcześnie się zakochała, wyprowadziła z domu, zaczęła dorosłe życie, dość realistycznie podchodząca do otaczającego ją świata. Od jakiegoś czasu po prostu nie szczęśliwa. Po woli odnajdująca cel i sens swojego bycia. Zdezorientowana.. Zagubiona.

Imiona na tym blogu będą przypadkowe, miejscowości nie podaję z wiadomych względów - prywatność.
Nie będę też chciała zagłębiać się w mocniejsze relacje tutaj. Cenie swoją prywatność.
Przejdzmy do rzeczy, na ten moment, będzie tutaj mowa o Panie A - Pan A to zła strona medalu. Dlaczego?
Bycie w związku z kimś od ładnych paru, za chwile byłoby nastu lat w sumie, ale raczej do tego nie dojdzie -bycie w tym związku osobą która wiecznie toczy walke, z tą osobą, no i z własnym ja.. Walke o lepsze jutro, wieczna nadzieja, wieczne, być może jutro będzie lepiej, albo może coś się zmieni, napawa mnie własnie negatywnymi emocjami. Tak - tkwie w związku w którym nie jestem szczęśliwa, ponieważ nigdy tak na prawde nie czułam się doceniona, oceniona pozytywnie mimo, że podobno nie jestem brzydką kobietą, nigdy nie usłyszałam >Kochanie pięknie dziś wyglądasz<. Nigdy też nie dostałam kwiatów, poza jedną zdychającą już różą, myśle, że za jakies 2 złote. Od bardzo dawna, nie dostałam prezentu niespodzianki, chociażby w postaci dwóch biletów do kina i do tego mega paki popcornu ;). Najgorsze w tym wszystkim jest to, że oswoiłam się z tym, mój facet nałogowo gra w gry komputerowe, na konsoli, wiecznie ma swoje zajęcia w których nie ma mnie, ale zapewnia, że kocha, że mu zależy. Kiedy przegina, nagle widzi moje rozgoryczenie, brak sił do walki, klęske którą ponosi nasz związek i wtedy zaczyna się starać, próbuje na siłe być miły. Teraz podstawowe pytanie na które postaram się Wam odpowiedzieć, ale tak na prawdę sama nie wiem, czy znam odpowiedz więc napiszę to co mnie się wydaje, a więc: Jestem z nim wciąż z powodu wspólnych zobowiązań które powstały przez tel lata, nie mamy dzieci, ale mamy psa i wiem, że to zwierze, ale nadal istota która przywiązuje się do człowieka, od niedawna mieszkamy w nowym mieszkaniu, które najęte jest na mnie. Abonamenty itd, dalej materialne sprawy, no i najgorsza sprawa - przyzwyczajenie, brak punktu wyjścia, zbyt słaba dupa i miękkie serce, dla kogoś kto nie ma tego samego dla mnie.
Tyle na temat Pana A.
Teraz Pan B. na jego temat, powiem więcej w następnej części, teraz wspomnę tylko, że jest to postać która od niedawna zmienia moje życie, znów wraca uśmiech na mojej twarzy dzięki Panu B. , inaczej - Kiedy jest Pan B. uśmiech z mojej twarzy nie znika. Pan B. będzie tu zdecydowanie pozytywną postacią, chociaż to własnie on utworzył w mojej głowie armagedon którego nie sposób jest ogarnąć ludzkim umysłem.
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Zapraszam do kolejnych części które pewnie niebawem powstaną.. Aha.. tak, będzie tutaj troszke pikanterii, troszke romantyzmu, sexu, będzie śmiech i łzy, zakłopotanie i dni w których na bank będę łapać doła. Po to powstał ten blog żebym mogła wywalić z siebie WSZYSTKO i jesli komuś się nie będzie to podobać, oczywiscie zrozumiem, śmiało, nie czytajcie. Będę jednak szczęśliwa jeśli znajdę grono, nawet skromne, ale wierne grono czytelników.
Pozdrawiam Cieplutko. Ink4
milosc.gif
 

nntw.mlp
 

“...to nie tylko dlatego, że decydowała za mnie o całym moim życiu, ale też dlatego, że gdy znalazłam książkę w której było napisane o moim rodzicach ona ją zabrała i schowała w szafie. Próbowałam ją odzyskać, ale się nie udało. Jeśli się nie uda kolejnym razem, to w ciągu tygodnia wyprowadzę się z Clover.”


-Muszę znaleźć tą książkę. Oby Gold mi pomogła.
Wyszłam z pokoiku i poszłam drogą dalej, oświecając drogę książką. Po chwili zobaczyłam leżącą latarkę Gold. Przestraszyłam się, zatrzymałam i rozejrzałam się. Przed latarką była ogromna przepaść. Miałam nadzieję, że nic się jej nie stało, bo była pegazem. Podleciałam nad przepaść i rozejrzałam się. U góry był tunel. Wleciałam do niego. Dotarłam do wielkiej jaskini w której było pełno kucyków uwięzionych w zielonym glucie. Na samym końcu ogromnej jaskini na tronie siedziała ich królowa. Była czarna i miała podziurawione ciało. Miała zielone włosy i była alicornem. Miała dziwne skrzydła, jak u jakiegoś owada. Na szczęcie mnie nie zauważyła. Obok wejścia siedziała Gold.
Podbiegłam do niej.
-Gold, nareszcie cię znalazłam!
-Cicho, strażnicy mogą nas usłyszeć.
-Ok. Gdzie my jesteśmy?
-W podziemiach Canterlotu.- odpowiedział nam jakiś kucyk.
-Clover, musimy uciekać.
Odwróciłyśmy się w stronę wyjścia zaczęłyśmy iść i wtedy poczułam, że coś łapie mnie za nogę.

cdn
------------------------------------------------------

Dzisiaj takie krótkie.
 

seiti1008
 
Myślę, że czas zacząć wymagać skupienia i uchwycenia wszelkich szczegółów. Diabeł w końcu w nich tkwi. ;)

Zapach, ślad wskazujący zło

Złota gwiazda rozkwitała na przejrzystym niebie. Powoli zbliżała się do momentu swej największej chwały. Czas mijał leniwie – ptactwo kąpało się w słonecznych promieniach, a wiatr delikatnie muskał ich piórka oraz wyginał roślinność w spokojnym tańcu. Promyk górującego słońca wdarł się przez szparę w murze z zasłon i mignął na zezłoszczonych licach dystyngowanej pani. Błysnął na blond pasmach upiętych w szczelny kok i znikł tak szybko jak się pojawił, gdy kotary zostały mocniej naciągnięte.
Asima szybkim szarpnięciem poprawiła ciężkie, szkarłatne zasłony i ponownie usiadła w swoim wysłużonym fotelu. Siedzisko zaczynało tracić formę od nadmiernej eksploatacji. Władczyni potrafiła przesiedzieć przy biurku całe dnie, zupełnie jak automat zaprogramowany na ciężką harówkę bez wytchnienia, mając w poważaniu możliwość przegrzania.
Obrzuciła niechętnym spojrzeniem stos papierzysk ułożonych po swojej prawej stronie. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek ta góra zmaleje. Im ciężej pracowała, tym więcej kartek przybywało. Piętrzące się dokumenty nie były jej jedynym problemem, to był tylko szczyt ukrytej góry lodowej, a ona była Titaniciem zmierzającym prosto na lodowe ostrze. Zaginięcie uczennicy wywołało popłoch wśród rodziców, którzy domagali się zapewnień o bezpieczeństwie ich pociech i okolicznościach wyparowania dziewczyny, zalewając Cesarzową listami i wysłannikami, lecz piekło rozpętało się po śmierci YuLee. Zaniepokojone rodziny zjawiały się osobiście i żądały natychmiastowej audiencji u władczyni. Dochodziło południe, a Asima miała już za sobą kilka spotkań z rozchwianymi emocjonalnie rodzicami kilku uczniów, których powrót do szkoły po przerwie stawał pod znakiem zapytania. JEśłi czegoś nie wymyśli, nie ujmie sprawcy i nie rozwiąże tych spraw, dobre imię Akademii zostanie bezpowrotnie zszargane, a ona straci uczniów. Ta myśl odbierała jej sen. Usadowiła się wygodniej i poprawiła przydługie pasma, zarzucając je na plecy. Wyprostowała się, przenosząc wzrok na twarze swoich gości.
Asima hardo wytrzymywała wiercące spojrzenie niebieskich, chłodnych od złości, oczu eleganckiej blondynki. Kobieta nerwowo gładziła swoją koronkową, dopasowaną suknię. Jej oburzenie szukało ujścia, czekała na okazję, by móc wybuchnąć. Dla odmiany towarzyszący jej dżentelmen zachowywał stoicki spokój. Cierpliwie czekał, aż Cesarzowa zabierze głos. Starał się uspokoić podenerwowaną małżonkę, delikatnym muśnięciem jej dłoni, lecz kobieta szybko i ostentacyjnie zabrała rękę. Zacisnęła ją w pięść, gotowa naskoczyć na Asimę.
Cesarzowa widząc grymas, w którym ułożyły się klasyczne rysy jej gościa, wzięła głęboki wdech i łagodnie zaczęła:
- Czym mogę pomóc, państwo de Lieovin?
- Czym?! – warknęła obruszona. – Najpierw zaginięcie, a teraz śmierć jednego z uczniów! Jak to wyjaśnisz?! Ta szkoła w ogóle nie jest bezpieczna! – atakowała – Miklei, mówiłam, że Nikasha powinna iść do szkoły dla panienek, a nie do… - urwała, czując na sobie lodowate spojrzenie Cesarzowej, które jednoznacznie ostrzegało o przekroczeniu granicy, zza której nie będzie już powrotu. Wzrokowy przekaz, by ważyła słowa, powstrzymał potok słów uniesionej kobiety. Blondynka zamilkła, walcząc z nagłym poczuciem zagrożenia.
- Sprawa jest ciężka. Obawiam się, że zaginięcie i śmierć są ze sobą powiązane, ale ktoś działa bardzo rozważnie nie pozostawiając śladu. Proszę mi wierzyć – rzuciła z naciskiem – że nie pozwolę nikogo więcej skrzywdzić, a sprawcę surowo ukarzę.
Pani de Lieovin wzdrygnęła się, gdy w oczach władczyni ujrzała przebłysk grozy.
- Wierzę w twe słowa, pani. – odezwał się mężczyzna. – Zdaję się, że ktoś bardzo pragnie ci zaszkodzić, mimo tej wiedzy pragnę bezpieczeństwa mojej córki.
- To zrozumiałe. Zamierzam odesłać uczniów do ich domów, dopóki nie dorwę sprawcy.
- Mam nadzieję, że złapiesz go w przeciągu przerwy, inaczej…
- Nie biorę innej możliwości pod uwagę. Akademia nie będzie mieć opóźnienia. Proszę zabrać Nikę. Każę ją zawołać. – wstała i szybkim krokiem obeszła krzesła. W myśli już pisała scenariusz śmierci oprawcy YuLee. Podeszła do drzwi i przywołała czekającego Io. Mężczyzna kiwnął głową i obrócił się na pięcie, by bez zwłoki wykonać polecenie swej pani.
Miklei podał rękę żonie i pomógł jej wstać. Dalej trzymając jej dłoń, ruszył w kierunku wyjścia.
- Czekamy, zatem na pomyślne wieści. Do widzenia, Cesarzowo. – pochylił lekko głowę i wyprowadził małżonkę, nie czekając na odzew pani tych ziem.
Przeszedłszy kilka kroków, puścił blondynkę. Posłał jej rugające spojrzenie.
- Czyś ty kobieto na łeb upadła?! – syknął – Mówiłem ci, nie awanturuj się. – dodał, ściszając głos.
- Powinna usłyszeć, co nieco. Nie rozumiem, czemu nie pozwoliłeś mi wyrazić mojego niepokoju. – naburmuszyła się.
- Anabelli, kobieta, z którą chciałaś igrać, nie jest jakąś tam pierwszą lepszą monarchinią.
- Tak, tak. To Cesarzowa. – przewróciła oczami.
Mąż posłał jej bardzo poważne spojrzenie, od którego dostała ciarek. Przełknęła ślinę.
- Wiem, że oprócz przyjęć i życia towarzyskiego, a także planowania życia naszej córce, niewiele cię interesuje, ale powinnaś wykazać się wiedzą na temat Cesarzowej. – patrzył jej prosto w oczy, a w niej zaczęła rosnąć irytacja.
Wiedziała, kim jest kobieta, u której nauki pobiera jej latorośl. Słyszała masę plotek i stworzyła sobie obraz Asimy. Musiała z niechęcią przyznać, że jest ładniejsza niż sobie wyobrażała i prowadzi dysputy zacięcie i przemyślanie, a w jej oczach czai się coś nieodgadnionego, ale jest taką samą boginią jak ona. Nie była gorsza od niej. Podparła się za boki i uniosła głowę.
- Czemu masz lęki? – spytała z pogardą. – To kobieta taka jak ja. Jesteś silnym mężczyzną, czemu miałbyś… - przerwała, gdy wybuchł głośnym śmiechem – Co cię tak bawi?
- TY poważnie nie wiesz. Kochanie, w jakim ty świecie żyjesz? – ledwo zapanował nad swoim rozbawieniem. – Ta kobietka to istny potwór. Mogłaby cię zabić bez mrugnięcia okiem, a ty umarłabyś, nawet o tym nie wiedząc. To nie nasza liga. Jesteśmy bogami, ale ona dawno nas przewyższyła. Nie zastanawiałaś się skąd taki popyt na tę Akademię? Rody chcą znać sekret takiej mocy i liczą, że ich pociechy uszczkną coś z tej niesamowitej potęgi Cesarzowej. Ona ma więcej wrogów niż my rodziny, to było do przewidzenia, że coś podobnego jak to się wydarzy. Ciekaw jestem jak to rozwiąże. Nie kryję również, że liczę na pokaz jej potęgi.
- Gadasz jakbyś był oczarowany! – prychnęła, krzyżując ręce na piersi.
- Owszem, jestem. Ciężko było mi zapanować nad zdenerwowaniem. – przeczesał brązowe pasma włosów. – Z trudem byłem w stanie wydusić z siebie takie słowa, dlatego szybko wyszliśmy. Nie chciałem dać się przejrzeć. – pokazał żonie język.
- Doprawdy… - zamrugała z niedowierzaniem – Och. – dostrzegła swą dawno nie widzianą córkę – Nikasha. – uśmiechnęła się, lecz mina szybko jej zrzedła, gdy ujrzała towarzysza swojego jedynego dziecka. – Czy to nie…
- Van di Keer. – dokończył mężczyzna, surowo łypiąc na chłopaka.
- Czemu, do licha, są razem? – Anabelli zaniepokoiła się i zatrwożona utkwiła wzrok w małżonku, jakby on znał odpowiedź.
- Nikasha Anne! – zawołał ją donoście, a w jego głosie słychać było wściekłość.
Nika obróciła się zaskoczona.
- Mama? Tata?
- Wracamy do domu. – oznajmił srogo i z prędkością błyskawicy przemierzył dzielącą ich odległość. Złapał zdezorientowaną dziewczynę za przegub dłoni i przyciągnął ku sobie.
- Co? Czemu? Nie mogę! Muszę zostać przy Ai!! – oponowała.
- Nie ma mowy. – zawiesił głos, taksując oniemiałego Vana. – Tu jest niebezpiecznie. – odwrócił głowę i pociągnął Nikę za sobą. Onieśmielony chłopak nie zdążył nawet wydukać słowa powitania. Zorientował się, że fama poszła w świat i był uważany za okropną osobę; wyrodnego syna; zabójcę ojca. Nikt nie szukał drugiego dna tej tragedii – prawdziwej przyczyny tego desperackiego kroku. Zerknął nieśmiało na matkę Nici. Kobieta nie spojrzała na niego, lecz dostrzegł w jej oczach odrazę.
Blondynka szerokim łukiem ominęła chłopaka i podbiegła do córki.
- Zakazuję ci się z nim zadawać. – szepnęła.
- Co? Co z wami? Niby czemu?
- To morderca. Zabił swojego ojca. Masz trzymać się od niego z daleka.
- „Heh, trochę na to za późno.” – pomyślała i powiodła czułym spojrzeniem ku zasmuconemu chłopakowi. Puściła mu oczko, które trochę poprawiło mu humor. Odczytała z jego ust ciche słowa i uśmiechnęła się szeroko.

Aicsha tępo wpatrywała się w górę warzyw. Widelcem gniotła usmażone mięso, rozdzielała jego włókna i zbierała na kupkę znajdującą się pośrodku talerza. Dania nie tknęła, żołądek dalej miała ściśnięty.
Jej pamięć odtwarzała trupią twarz przyjaciółki, zgarbionego Kai’a, który starał się ukryć przed nią swoje łzy; krzywe spojrzenia uczniów, których znaczenia nie rozumiała. Obwiniali ją za śmierć demona czy kpili z jej nieudolności? Wszystko jedno, jaki był powód – bolało. Jej pierś płonęła nieokiełznanym ogniem poczucia winy. Sprawca był pod nosem, lecz ona nie potrafiła go wyśledzić. Zabrał duszę niewinnej niewiasty, jakby chciał wymazać jej istnienie. To było okrutne.
Zamrugała, czując pieczenie oczu. Zacisnęła mocno szczękę, nie chcąc rozpłakać się publicznie. Rozejrzała się dookoła. Większość uczniów wyjechała do swoich domów, lecz pozostali mieli ją na językach. Była pewna, że zawdzięcza to Kaydii. Podburzyła ich, siejąc swoje wymysły.
Ai spuściła wzrok.
Faini przyglądał się jej ze współczuciem. Wstał, żeby usiąść obok niej i ją przytulić, gdy nagle dziewczyna poderwała się jak poparzona. Jak burza wybiegła z jadalni. Nie czekając ani chwili, podążył za nią.
Arcyksiężniczka gnała na złamanie karku. Serce waliło jej jak młotem, ręce trzęsły się, a nogi pędziły przed siebie. Delikatna woń unosiła się w powietrzu. Subtelny zapach kwiatów, słodkiego uśmiechu i serdecznego serca, który stanowiły istnienie YuLee, był wyraźnie wyczuwalny przez jej powonienie. W pierwszej chwili pomyślała, że oszalała, ale zapach był zbyt silny jak na wymysł jej udręczonego umysłu. Jednym susem zeskoczyła ze schodów i wpadła wprost na narzeczoną współlokatora. Dziewczyny runęły na posadzkę. Kaydia ostro zmierzyła znielubioną Ai.
- Co ty, idiotko, wyprawiasz?! Nie wypada przewodniczącej biegać po korytarzach, czy nie upominasz uczniów, gdy to robią?! – warknęła.
Aischa wpatrywała się z nią z niedowierzaniem. Nachyliła się nad nią i zaciągnęła jej zapachem.
- Czemu pachniesz YuLee…? – zlustrowała ją czerwienią.
- Że co? Straciłaś zmysły z tej rozpaczy? – prychnęła, zrzucając ją z siebie. Wstała i otrzepała się. – Czemu mam pachnieć jakimś podrzędnym demonem, co?
- Co właśnie powiedziałaś? – Ai warknęła przez zęby. Podniosła się i łypnęła na Kaydię spode łba. – Chyba się przesłyszałam. – uniosła wargi, obnażając kły.
Obraziła zmarłą; obraziła jej przyjaciółkę. Obraziła biedną i cierpiącą przez całe swe życie dziewczynę, której  niedane było szczęśliwe zakończenie.
Badum, badum.
Słyszała jak jej serce wybija głośny rytm, a krew uderza jej do głowy. Z duszy Ai zaczęła wyciekać ciemność. Kapała powoli, kropla do kropli.
- Nie, dobrze usłyszałaś. Nie capię jakimś dennym demonem. Ach, nie, mieszańcem, nawet nie demonem. – zachichotała.
Kolejna porcja zniesławienia. YuLee chciała tylko poznać smak szczęścia w tym wiecznym smutku.
Krople mroku kapały coraz szybciej, a Aicsha – Mroczna Księżniczka- stała po kostki w kałuży nienawiści. Ciemność zawirowała i przykleiła się do jej duszy.
- Wiesz, że nieszczęścia można spotkać za każdym rogiem? Chyba nie chcesz, żeby i ciebie napotkało, co? – wściekłość zalała jej zmysły, przestała trzeźwo myśleć. Jedyne, czego pragnęła, to zmieść dziewuszysko przed sobą z powierzchni ziemi. Słyszała słodki podszept swego mrocznego „ja”.
- Już trzęsę portkami. – zadrwiła narzeczona Kai’a.
Nim zdążyła mrugnąć, Arcyksiężniczka zaatakowała ją od dołu. Widziała jedynie jej obłąkane spojrzenie i płonący ogień Śmierci. Potem był już tylko ból. Ból, który pożerał wszystko inne – myśli, uczucia i jej rękę. Wgapiała się w swoją płonącą dłoń. Nie docierało do niej, że czarne płomienie pożerają jej tkanki, jak wygłodniałe hieny. Widok jak z koszmaru, nie mógł być prawdziwy. To nie mogła być część jej.
Wrzasnęła dopiero, gdy z oczu znikły jej palce. Upadła na kolana, krzycząc histerycznie.
- M-Moja ręka!!!!! Ugr.. – zadławiła się łzami.
Aicsha uśmiechnęła się. Kończyna znikająca w mrocznych ozorach dawała jej satysfakcję i spełnienie. Zaśmiała się głośno. Urzeczywistniła swoją wizję. Patrzenie na cierpiącą Kaydię był przyjemnością, a jej krzyk wybitną symfonią dla jej uszu.
- Boli? Zasłużyłaś. Nie masz prawa nią pachnieć! – krzyknęła, a jej kły błysnęły chciwie.
Pstryknęła palcami. Jej dłoń spowiła zabójcza technika. Chwilkę pobawiła się czarnym ognikiem i z szerokim uśmiechem sadysty, zbliżyła go do płaczącej Kaydii.
- Zdychaj!
Ręka Aicshy zawisła tuż przed jej przerażoną ofiarą. Arcyksiężniczka zamrugała, przenosząc wzrok na intruza, który śmiał jej przeszkadzać. Zamarła, gdy ujrzała zawiedzioną twarzyczkę Faini. Jego chwyt był pewny i mocny, a oczy rozczarowane. Odwrócił głowę, obrzucając smutnym wzrokiem nieszczęśnicę wijącą się z bólu. Zmarszczył boleśnie brwi i biorąc głęboki wdech, lewą ręką wyjął zza paska sztylet, który mu przydzielono. Jednym szybkim ruchem odciął w łokciu rękę Kaydii. Niewiasta zawyła i upadła na podłogę. Krew trysnęła naokoło, ochlapując nogawki mundurka chłopaka. Faini odwrócił wzrok. Żołądek podszedł mu do gardła. Powtarzał sobie, że to było konieczne.
- Przypiecz to. – cichutko rzucił do tarzającej się dziewuchy. – Bo się wykrwawisz.
Kaydia złapała oddech i w akcie desperacji przyłożyła swą rozżarzoną lewą dłoń do kikuta. Poczuła nieziemski ból i swąd palonego ciała, a potem zobaczyła ciemność.
Faini spojrzał na niezadowoloną minę narzeczonej. Była wściekła za przerwanie jej uciechy.
- Ten ogień spali i ciebie, Ai. Twoją duszę… - szepnął.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się, a bursztyn zalało przerażenie.
- Jak na razie to spala ciebie… - wyjąkała, wpatrując się w zajętą ogniem dłoń chłopaka. Była tak zaślepiona gniewem, że przestała kontrolować niebezpieczną technikę, która teraz miała zebrać swoje żniwo.
Lawendowe tęczówki zjaśniały, jak włosy od letniego słońca. Zrobił się bledszy niż zwykle.
Ai była na granicy rozpaczy, wyrwała rękę z uścisku i w panice była gotowa odciąć część kończyny chłopaka. Zamachnęła się, wysuwając ostre jak brzytwa szpony. Wprawiła rękę w  ruch, gdy ogień niespodziewanie zgasł. Zatrzymała się gwałtownie. Oniemiała, wytężyła wzrok. Przeniosła spojrzenie na Faini, który był równie zaskoczony. Jego dłoń pozostała nienaruszona. Ai przechyliła głowę, przyglądając się niepoparzonej skórze.
- Jak to? Powinno cię spopielić? Co żeś zrobił? – zerknęła na niego. Miała mieszane odczucia – radość, że nic mu nie jest i awersję, że powstrzymał zazwyczaj niepowstrzymane bez żadnego uszczerbku na zdrowiu.
- Ja… ja nie wiem. Poczułem, że muszę to zatrzymać. Zrobiło mi się słabo, potem gorąco, a potem… - zerknął na Ai. – Nie wiem jak…
- To chyba może poczekać. – wydukała, patrząc nad narzeczonym. Chłopak odwrócił się i napotkał stężałą twarz Latisa. – Chyba mam przekichane. – stwierdziła.
Latis zmroził uczniaków wzrokiem, lecz nie wypowiedział żadnego słowa. Gestem wskazał im drogę, a oni posłusznie skierowali się we wskazanym kierunku. Aicsha wiedziała, że jej wuj jest na granicy furii i z trudem panuje nad sobą. Spuściła głowę i ruszyła, choć nogi miała jak z waty, szła równo i jednym tempem. Serce podchodziło jej do gardła z każdym kolejnym krokiem zbliżającym ją do celu – gabinetu matki. Otrzeźwiała i wiedziała, jakich problemów przysporzyła rodzicielce. Posłała ukradkowe spojrzenie Faini. Był kredo-biały, choć to nie on narozrabiał.
Korytarze wyciągnęły się jakby liczyły kilometry; ścieżka, na której straży stały postawne drzewa, nie miała końca, a pałac stał się olbrzymi i zawiły jak labirynt. Minuty były godzinami. Narzeczeństwo było u kresu wytrzymałości; nerwy zżerały ich od środka. W duchu błagali, by być na miejscu, a gdy się tam znaleźli przeklinali to pragnienie.
Zatrzymali się przed drzwiami. Ai zbladła i wyglądała niemalże jak przezroczysta zjawa. Strach zakłócił jej tok myślowy i utknęła na obrazie rozwścieczonej matki. Nie rozważała, jaką karę dostanie, struchlała na myśl o zawiedzeniu władczyni- dołożeniu jej problemów i rozczarowaniu jej swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem. Rolą przewodniczącej byłą ochrona uczniów, a nie ich atakowanie. Zapadła się w sobie. Śmierć nacisnął klamkę i otworzył przed nimi drzwi. Milcząc, zlustrował siostrzenicę z dezaprobatą. Obrócił się na pięcie, pozostawiając ich na pastwę Cesarzowej.
Nishi, schowana za rogiem jednej ze ścian, obserwowała jak Asana udziela pierwszej pomocy nieprzytomnej Kaydii. Dziewczynka zacisnęła drobne paluszki na zimnym tynku, który pękł i stworzył brzydką pajęczynę na murze. Wierciła nastolatkę z morderczymi intencjami; kawałek po kawałku lustrowała z niechęcią jej sylwetkę. Jej siostra miała rację, pachniała YuLee. Tylko dlaczego? Prześwietlała swoim przenikliwym wzrokiem postać narzeczonej Kai’a, niczego nie znajdując, aż ostatecznie uwagę dziecka przyciągnął niebanalny wisiorek. Kamień w odcieniu malachitu miał w sobie coś tajemniczego.
Nishi zmrużyła oczy. Syknęła pod nosem, kiedy asystentka medyka zabrała dziewczynę.
- Kaydia… - warknęła młodsza Arcyksiężniczka.

Szare i przygnębiające chmury rozeszły się. Prześwity odsłaniały nieskazitelny błękit, a jasne promienie padły na nieurodzajną ziemię, która od dawien dawna nie czuła ciepłych promyków.
Eivian zadarła wysoko głowę, a jej usta ułożyły się w szerokim, promiennym uśmiechu. Oczy lśniły zachwytem i radością.
- Piękny, taki nieboskłon pragnęłam ujrzeć. Jest taki jak ty… - ścisnęła mocniej słoik, przeniosła czuły wzrok na pływające oko i pogłaskała szkło.
- Dalej żeś niespełna rozumu. – podskoczyła, prawie upuszczając słój. Dygoczącymi dłońmi docisnęła swój skarb do piersi. Odwróciła się powoli ku znajomemu głosowi.
- N-Nova… - wydukała, zaglądając w szare, jak zebrane chmury nad jej głową, tęczówki mężczyzny. Przełknęła ślinę.
Był sporo wyższy od niej i górował w zniszczonym otoczeniu. Biała koszula ze srebrnym surdutem kontrastowała z jego włosami. Wyraźnie zarysowana szczęka, prosty nos i umięśniona sylwetka czyniły go przystojnym mężczyzną, lecz Vivi wiedziała, co to za ziółko. Musiała zmusić się by spojrzeć mu w oczy.
Kolor, potocznie uznawany za pospolity i monotonny, nabierał głębi przy plugawym sercu. Wpatrywał się w nią zagadkowo; jego myśli były dla niej nieosiągalne. Poczuła ciarki na plecach. Zebranie się w sobie zajęło jej chwilę. Wzięła wdech i szybko wysyczała:
- Czego chcesz?
- To tak mnie witasz, Vivi? – podszedł bliżej. – Trochę to niewdzięczne. – odparł, przyglądając się niebu. – Napracowałaś się, żeby odwzorować to. – wskazał na oko.
Kobieta zasłoniła słoik przed jego spojrzeniem, jakby nie chciała, by splugawił jej skarb. Roześmiał się.
- Wariatka. – podsumował, nie przestając się zaśmiewać.
- Czego tu szukasz? Teraz to ziemie Cesarzowej, więc wyja… - urwała nagle, gdy przeszył ją mrocznym łypnięciem.
- Cesarzowa. Heh. Więc teraz jesteś jej pieseczkiem? – poprawił swoje długie, czarne pasma, które spływały na jego muskularne i potężne ciało.
- Dokładnie. Ród le Mouvois odbuduje się pod skrzydłami Cesarzowej Asimy. Ze śmiercią ojca ustał nasz alians. – odparła, marszcząc srogo brwi.
- Cóż i tak jesteś bezużyteczna, ale… - zrobił krok ku niej.
Eivian cofnęła się, tłamszona jego energią.
Gdyby tylko był tu Byakku, pomyślała.
  • awatar Lisa Angels: Czy powinnam kojarzyć tego Novę? Bo tak się składa, że go nie kojarzę... ech. Kaydia zadarła ze złą osobą, ale czuje, że Blan jej przy tym pomógł. Cudo, jak zawsze czekam na kolejny rozdział :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

nntw.mlp
 
-Clover, ten tunel chyba nie ma końca. Ile my już tu idziemy?
-Gdzieś godzinę.
-Lepiej zawróćmy.
-Czemu?
-Bo to już nie ma sensu.
-Muszę wiedzieć o co chodzi mojej siostrze. Ona na pewno wie o tym tunelu.
-Może poczytamy pamiętnik?
-Zobacz! Tu jest pokoik! W nim jest mnóstwo książek. Ciekawe o czym są.
-Ten pokój wygląda podejrzanie.
-Przecież lubisz czytać.- wzięłam losową książkę i jej podałam nie cztając tytułu.
-"Kim tak naprawdę jest Rainbow Dash?"- niezbyt zachęcający tytuł.
-To na pewno pokój Lily. Trzeba wszystko przeczytać, a dowiemy się czemu Lily nie lubi Rainbow Dash.
-Dobra. Ty czytaj, a ja idę do domu
-Dobra, skoro nie chcesz mi pomóc to możesz iść, ale Lily na pewno nadal jest w swoim pokoju.
-Ta, jak przyjdę to jej już tam nie będzie.
-Na pewno będzie, ona tam spędza całe dnie.
-To ja pójdę tunelem dalej.
-To se idź.
-Jestem ciekawa, jak będziesz czytać bez latarki.
-Chyba sobie żartujesz. Ja biorę latarkę.
-Nie. Ja ją znalazłam.- Gold zabrała latarkę, zgasiła ją i uciekła do tunelu.
Siedziałam 2 godziny nie więdząc co robić, gdy nagle zobaczyłam, że pod książkami coś się świeci. To była złota książka. Gdy ją otworzyłam, zobaczyłam wielki napis "Pamiętnik Lily Love". Zajrzałam i poszukałam wydarzeń sprzed 4 lat. I znalazłam:

“Nigdy nie ufałam Rainbow Dash...”



cdn
Pokaż wszystkie (3) ›
 

mojamagia
 
Rankiem mnie i Davida obudził Jake.
- Wstawajcie! Emily! Idziemy dalej szukać. – na jego słowa od razu usiadłam otwierając oczy
- Śniło mi się że jesteśmy w domu całą czwórką. – powiedziałam – Bardzo tęsknie za córkami…
David również usiadł i pogłaskał mnie delikatnie po ramieniu.
- A wiesz, że mi też? – uśmiechną się – To dobry znak, Emi!
Na to do pokoju weszła Camely ubrana w długą czarną suknie.
- Już nie śpicie? – spojrzała na nas – To zapraszam was w takim razie na śniadanie. Jake? Pozwolisz na chwile? – mrugnęła do niego
- Już idę! – uśmiechnął się do niej – Zostawmy lepiej parę samą. Emi się pewnie przebierze i w ogóle.
- Ta! Przyjdźcie za chwile do głównej sali. To na dole. Największe drzwi. – powiedziała moja kuzynka i wyszła razem z Jake’iem
Poprosiłam Davida żeby podał mi ze swojego plecaka moje czyste rzeczy. Wzięłam je sobie, bo wiedziałam, że to może długo potrwać. Mój mąż też miał ubrania dla siebie. Oboje przebraliśmy się. Ja w zieloną bluzkę z czarnymi kokardkami i krótkie dżinsowe spodenki a David założył koszule w czarno czerwoną kratę i granatowe spodnie do kolan. Wyszliśmy z pokoju i poszliśmy do sali wskazanej przez Camely. Ona i Jake już na nas czekali.
- O czym sobie rozmawiacie? – uśmiechnęłam się i usiadłam przy stole obok Jake’a
David zajął miejsce naprzeciw mnie i obok Camely.
- Opowiadam Camely o naszym świecie, Emi. – odpowiedział mi przyjaciel
- Strasznie chciałabym mieszkać na Ziemi, ale Prawa Magii nie pozwalają królowym opuszczania ich wymiarów. Wielka szkoda, bo przeczytałam już tak wiele książek i marzę by móc zwiedzić Ziemię. Chciałabym podróżować. – powiedziała Camely
- A nie możesz wyjść stąd chociaż na tydzień? – spytał David
- Nie wolno mi… Nie mogę nawet wychodzić poza wioskę ludzi ciemności… Mówiłam już o tym Jake’owi. To moja kara za porwanie siostry Emily. Nawet gdyby nie to królowa nie może opuszczać swojego wymiaru. Takie są zasady i muszę się dostosować…
- Współczuję ci. – powiedział do niej Jake – Jakbym wiedział jak można porozmawiać z Królową Magii pomógłbym ci. Niestety nie wiem jak to zrobić. Nikt tego nie wie.
- Nikt poza Strażnikami Magii. To ludzie Królowej. Ale oni tak samo jak ona ukrywają się. Nie można się z nimi w żaden sposób skontaktować. Ja raz widziałam dwoje z nich. Przynieśli mi list od Królowej i zniknęli na moich oczach. Było w nim, że zostałam królową wymiaru mroku, że moja matka została zamknięta w lochach w pałacu Królowej Magii, i że mam zakaz opuszczania terenu mojego zamku na kilometr w każdą stronę. Aktualnie jest to teren wioski.
Wtedy do sali weszli dwaj służący z tacami kanapek dla nas. Po jedzeniu Camely zaczęła prowadzić nas na najwyższą wieżę jej zamku.
- Dokąd właściwie idziemy? – spytał David
- Do dawnej komnaty mojej mamy. – odpowiedziała moja kuzynka
Stanęliśmy pod drzwiami. Królowa mroku wyjęła z kieszeni sukni stary klucz i otworzyła nim drzwi. Naszym oczom ukazało się średniej wielkości pomieszczenie. Przy ścianie naprzeciw wejście stały dwie duże skrzynie a na prawo od nich stało łóżko. Za drzwiami znajdowała się wielka drewniana szafa, a na środku pomieszczenia duży stół z mnóstwem papierów. Dookoła było mnóstwo kurzu i pajęczyn.
- Przeraża mnie trochę to miejsce… - powiedziałam cicho i mocno złapałam Davida za rękę
Mój mąż nic nie powiedział tylko położył mi rękę na policzku, przyciągnął mnie do siebie i przytulił.
- Nie mam innego pomysłu gdzie może znajdować się klucz. Mam nadzieje że będzie właśnie tutaj – powiedziała Camely
- Ja też! Musimy go znaleźć właśnie dzisiaj. To ostatnia szansa… Jutro jest pełnia księżyca. Jeśli do tamtego czasu nie uratujemy Cindy i Annie one zginą… a wtedy i ja odbiorę sobie życie. – powiedziałam
Jake i David spojrzeli na mnie a potem na siebie nie odzywając się ani słowem. Weszliśmy do pomieszczenia. Zaczęliśmy przeszukiwać wszystko co tylko się dało. Klucza nadal nigdzie nie było.
- To wszystko przez moją rodzinę. – zaczęłam mówić zdenerwowana - Bycie księżniczką to przekleństwo. Jeszcze ta dziwna moc Niebieskie Światło. Dostałam ją od mamy gdy się urodziłam. Jak miałam 15 lat moja ciotka postanowiła mnie zabić żeby odebrać mi tą dziwną moc. Potem Cam chciała tej mocy.  Zaszłam w ciążę, urodziłam córki i tej starszej o kilka minut oddałam tą moc. Teraz trolle porwały dziewczynki żeby ją zdobyć. Nie wiedziały która była pierwsza więc zabrały obie. Ty wiesz co to jest to Niebieskie Światło? – zwróciłam się do kuzynki
- Nie mam pojęcia. Mama mi mówiła że to wielka moc dzięki której będzie potężniejsza od samej Królowej Magii. Tak mówiła, ale nigdy nie powiedziała co to naprawdę jest. – powiedziała Camely
- Wszyscy chcą tej magii a nikt nie wie co to jest. Zastanawia mnie dlaczego całe zło świata chce ją zdobyć. Do czego ona służy? Jakaś niszczycielska siła czy co? Co to do cholery jest! – krzyknęłam i kopnęłam w nogę od stołu
Z pod niego wypadł płaski, kwadratowy kawałek drewna. Jakby zamknięcie od jakiejś sekretnej skrytki. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie. Kucnęłam przy stole i zajrzałam pod niego. W miejsca skąd odpadł tamten drewniany kwadrat wystawał jakiś kawałek metalu. Sięgnęłam po niego i wyjęłam duży stary metalowy klucz. Był lekko zardzewiały i miał ok. 10 cm. Pokazałam go Camely.
- Tak! To ten klucz!  - uśmiechnęła się patrząc na niego.
Całą czwórką szybko zbiegliśmy z wierzy na parter.
- Możemy już ruszać dalej. Jest jeszcze szansa. – powiedziałam uśmiechając się i przytuliłam Camely – Dziękuję ci bardzo za pomoc. Znaleźliśmy go dzięki tobie!
- Nie ma za co! – uśmiechnęła się
- Ruszajmy jak najszybciej. Jesteśmy już bardzo blisko odnalezienia naszych córek. – powiedział David i odwrócił się do Jake’a – Otwieraj portal do wymiaru ziemi. Im szybciej tym lepiej.
Jake skierował prawą rękę w stronę ściany korytarza. Zaczęło się na niej pojawiać coraz większe wirujące zielone koło.
- Czekaj! – krzyknęła Camely a Jake spuścił rękę i odwrócił się zdziwiony w jej stronę.
- O co chodzi? – spytał
Camely uśmiechnęła się i spuściła głowę.
- Pamiętasz wczorajszy wieczór? Chciałam zapytać czy dla ciebie to coś znaczyło… bo dla mnie chyba tak… - założyła ręką kosmyk czarnych włosów za ucho – Nie chce… żebyś z nimi szedł. Chciałabym żebyś tu ze mną został, bo… chyba się zakochałam… - spuściła głowę jeszcze bardziej zasłaniając twarz włosami.
Chłopak uśmiechnął się i powoli podszedł do niej.
- Wybacz, ale ja muszę iść. – chwycił ją za ręce – Muszę pomóc Emily i Davidowi. Nie mogę zostać. Świat mroku to nie moje miejsce. Ja mieszkam na Ziemi.
- Czyli tamto dla ciebie nic nie znaczyło? – podniosła głowę a po jej policzku płynęła łza
- Tamten wieczór… Nie wiem właściwie dlaczego to zrobiłem…
- Co? – przerwała mu – A myślałam że cię chodź trochę obchodzę… - zabrała od niego ręce i cofnęła się o krok – Spotkałam niewielu ludzi na swojej drodze. Rzadko ktoś do mnie przychodzi. Myślałam że nigdy nie spotkam nikogo wyjątkowego a spotkałam ciebie… Miałam nadzieje, że skoro mnie wtedy pocałowałeś nie jestem ci obojętna… a się myliłam… Idź już lepiej! Nie zawracaj sobie mną głowy… - odwróciła się by wrócić do swojej komnaty
- Cam.. – Jake podbiegł do niej i złapał ją za rękę. – Nie wiem dlaczego to wtedy zrobiłem, ale to była najlepsza rzecz jaką mogłem zrobić. Nie ma na Ziemi piękniejszej dziewczyny niż ty. – położył jej rękę na policzku i lekko wycierając z niego łzy – Obchodzisz mnie i to bardzo. Nie myliłaś się. – powiedział i zaczął całować ją w usta
Dziewczyna objęła go rękoma wokół szyi i odwzajemniła pocałunek.
- Ja dobrze widzę? On się z nią całuje? – powiedział zdziwiony David
- Już drugi raz… - powiedziałam spuszczając głowę
Znów ta zazdrość… Dlaczego ja to ciągle czuję? Będę musiała się przyzwyczaić, bo zdaje się oni są w sobie zakochani…
- Drugi raz?
- Tak… Wczoraj w nocy widziałam jak ją pocałował. Był z nią w jej pokoju. Przerwałam im wtedy wołając ojca Camely. Ja…
- Jesteś o niego zazdrosna? – przerwał mi mój mąż
- Mhm… Nie wiem dlaczego… Nie chce. Chce żeby Jake ułożył sobie życie z jakąś dziewczyną i żeby był z nią szczęśliwy a nie wciąż myślał o swojej miłości do mnie…
- To ci minie, Emily. – powiedział uśmiechając się – Za bardzo przyzwyczaiłaś się przez te wszystkie lata że Jake jest blisko ciebie.
Wtedy Camely puściła Jake’a.
- Więc zostaniesz teraz ze mną? – uśmiechnęła się patrząc mu w oczy
- Wybacz Camely, muszę im pomóc. Nie mogę zostać ale obiecuje ci, że do ciebie wrócę. Będę cię odwiedzał. Tak często jak to możliwe. – odpowiedział jej
- No dobrze. Bardzo żałuje, że nie mogę iść z wami. Chciałabym jeszcze spędzić z tobą trochę czasu.
- Niedługo się zobaczymy moja księżniczko. – pocałował ją w czoło a potem przytulił
- Będę tęsknić. – powiedziała cicho
Jake podszedł do mnie i Davida.
- Ruszamy dalej. – powiedział uśmiechając się
- Żegnajcie! – powiedziała Camely – Obyście uratowali dziewczynki.
Jake ponownie skierował rękę w stronę ściany i stworzył na niej zielony portal. Przeszliśmy przez niego i znaleźliśmy się w wymiarze ziemi.
 

nntw.mlp
 
-Clover, dlaczego jesteś taka smutna?- spytała się mnie siostra. 
-Myślę o przeszłości, o tym, czy Rainbow Dash nie martwiła się o nas, jak 4 lata temu uciekłyśmy i zamieszkałyśmy tu? 
-Myślę, że to nie jej sprawa, co robimy. 
-A ja myślę, że powinnyśmy jej powiedzieć, że się przeprowadzamy, żeby się nie martwiła. 
-To se tak uważaj, ale mnie nie obchodzi co ona sobie teraz myśli. 
Lily zachowywała się trochę dziwnie, jakby w ogóle nie lubiła Rainbow, ale ja nie  miałam czasu się tym przejmować. Poszłam do mojej sąsiadki, która była w moim wieku i z którą się przyjaźniłam. Gadałyśmy sobie przez godzinę, a potem pisałyśmy dalej nasz wspólny pamiętnik. Tam były nasze najskrytsze sekrety. Wtedy mnie olśniło. Przecież Lily pisze pamiętnik! 
Postanowiłam włamać jej się do pokoju i go znaleźć. To było ciężkie zadanie, bo ona zawsze siedziała w swoim pokoju, ale na szczęście przez okno zobaczyłam, że wychodzi z domu. 
-Gold, idziemy na chwilkę do mnie?- zapytałam się koleżanki. 
-Nie mogę, mam szlaban. Przecież wiesz, mama zamyka mnie w pokoju i nie wypuszcza, bo mam łazienkę. Tylko gdy ty przychodzisz i wychodzisz to otwiera drzwi.
-To może wyjdziemy przez okno. Twoja mama będzie myślała, że tu jesteśmy. 
-Czy to naprawdę takie ważne, że musimy wymykać się z domu? 
-Muszę znaleźć pamiętnik Lily, bo wydaję mi się, że nie lubi Rainbow Dash. 
-Jak można jej nie lubić?! Przecież rok temu uratowała Equestrię! 
-To musiało się wydarzyć, gdy jeszcze u niej mieszkałam. Nie ma czasu do stracenia, idziemy! 
Włamałyśmy się do pokoju. Na pierwszy rzut oka nie było widać pamiętnika. Na początku przeszukałyśmy biurko i tam pod stertą książek był pamiętnik. Otworzyłyśmy go. Nagle usłyszałyśmy otwieranie drzwi i schowałyśmy się w szafie. Przez dziurkę od klucza zauważyłyśmy Lily. 
-Clover jeszcze nie wróciła- mówiła sama do siebie- pewnie znowu zostanie u Gold na noc. Muszę się trochę pouczyć. 
-Musimy stąd wyjść, żeby nas nie zauważyła.- szepnęła Gold. 
-To będzie trudne. 
Po pięciu minutach siedzenia w szafie znalazłyśmy latarkę. Poświeciłyśmy dookoła. W podłodze był właz. Oczywiście go otworzyłyśmy i weszłyśmy do podziemnego tunelu. 

cdn
----------------------------------------------------
Jak się podoba opowiadanie to komuś polećcie. Proszę. :D
 

sallylou
 
SallyLou: Niepokonani: "Niezniszczalny płomień"

Spokojne nocne niebo nad Centrum choć przesłonięte chmurami osrebrzone było nieco światłem księżyca, który nieśmiało wychylał się zza ciemnych chmur. Przechodnie spoglądali niepewnie na niebo nie wiedząc, czy nie rozpęta się kolejna burza, która w tym sezonie stanowiła już nieodzowny element przechodzenia pór roku. Mieli tylko nadzieję, że uda im się dotrzeć spokojnie do klubów, domów czy innych miejsc spotkań nim kosztowne ubrania i kunsztowne fryzury zniszczą kaprysy pogody.
Jednak po chwili nocne życie na ulicy zamarło. Wszyscy, którzy przebywali na zewnątrz wpatrzeni byli w jeden punkt. Oślepiająca fontanna światła wzbijała się niemal do nieba tworząc nad miastem błękitno-czerwoną łunę. Oczarowani tym kolorowym spektaklem gapie dopiero po chwili usłyszeli odległy huk dochodzący z miejsca skąd wystrzeliły barwne płomienie. Eksplozja rozerwała ciszę rozszarpując spokój przechodniów i wprowadzając panikę.

Nick uderzył całym ciałem w szybę, która momentalnie pokryła się pajęczyną pęknięć. Był zbyt zaskoczony by racjonalnie myśleć, wiec pozwolił by instynkt nim kierował. Ten człowiek, który teraz stał po środku jego domu był zdecydowanie niebezpieczny. Krąg czerwonych płomieni, który otaczał jego ciało rozpełz się po podłodze i meblach w błyskawicznym tempie trawiąc je na popiół.
O tak destrukcyjnej sile sam mógł pomarzyć.
- Czego chcesz? - warknął i rzucił się jak strzała do ataku. Jednak, tak jak przewidział, przeciwnik rozpłynął się w morzu płomieni.
- Nick, prawda? - pojawił się w drugim końcu pomieszczenia. Sięgnął ręką do kieszeni i wyciągnął list gończy za ifrytem - Ludzie płacą sporą sumkę za twój łeb mieszańcu. Aż żal byłoby nie skorzystać z takiej okazji.
- Serio? Nie wydaje mi się aby ktoś taki spoufalał się z ludźmi - syknął w odpowiedzi. Przeprosił w myślach  Holly za zniszczenia i kumulując całą energię cisnął kulą ognia w pierś przeciwnika.
Niebieskie światło na chwilę przytłumiło czerwony poblask, a postać ciemnowłosego mężczyzny zniknęła na chwilę w epicentrum eksplozji.
Uderzenie było dość silne by hartowane szkło w oknie rozsypało się w drobny mak.
- No - szyderczy śmiech zabrzmiał zaraz za Nickiem. Odwrócił się gwałtownie widząc jak szkarłatny demon otrzepuje rękawy z liżących je jęzorów ognia.
- Szl… - nie zdążył nawet zamierzyć się, gdy potężne uderzenie wyrzuciło go w pustą przestrzeń, która pozostała po oknie. Próbował chwycić się parapetu, ale ten wyślizgnął mu się spod palców i ifryt runął w dół.
Błyskawicznie rozproszył się w płomienie i bezpiecznie wylądował na ulicy, ku zaskoczeniu i przerażeniu nieświadomych niebezpieczeństwa przechodniów.
Gdy tylko iskierka czerwieni mignęła mu przed oczami, zamknął oczy i wymierzył najsilniejsze uderzenie prosto w szydercze oblicze.

- Holly, zwolnij - Tabris mentalnie błagał umykającą mu walkirię. Nie mógł uwierzyć, że pomimo niebezpiecznie niestabilnych butów biła go na głowę w sprincie. Nie chciał jej znowu zgubić,  ale nie chciał zmieniać się w swą lisią formę by nie wzbudzać paniki w slumsach.
Już i tak miał wrażenie, ze w Centrum dzieje się co dobrego i nie miał zamiaru robić sobie po drodze kłopotów.
- Holly- wyzipał i chwycił dłoń dziewczyny.
- Tabris! - rozgniewane spojrzenie  jakim go obdarzyła zmusiło go by wypuścił ją.
- Błagam, poczekaj. Nie możemy się w to mieszać - próbował ją przekonać, choć słabo mu to wychodziło. Wiedział, że jeśli chodzi o Nicka to nie przemówi temu krnąbrnemu stworzeniu do rozumu.
- Daj spokój. Nie ma nikogo silniejszego niż Nick - wyszczerzyła kły, choć jej uśmiech był nieprzekonywujący - Muszę tylko się upewnić, że ten kto go zdenerwował usmaży się na skwarkę.
- Nie byłbym taki pewien, zwłaszcza jeśli jego rywal jest tym o którym myślę.
- Co? - Holly niosła brew - Gadaj do rzeczy. Nie mam czasu na zagadki i niedomówienia.
- Powiem jeśli się zatrzymasz.
Palnął to w sumie bezmyślnie, ale ku jego zaskoczeniu walkiria stanęła i odwróciła się.
- Mów, tylko szybko - nerwowo obejrzała się na światło rozbłyskające nad miastem co chwila.
- Jeżeli przybył tu Ignis, to możemy żegnać się z życiem. Żaden pomniejszy Demon Nocy, czy nawet walkiria nie równa się siłą z tym potworem. To demon zrodzony z najczystszego ognia, który przez swój chory umysł został wygnany przez wszystkie demony.
- To skoro jest gorszy niż ktokolwiek z nas to czego nikt go nie zabił?
- Bo się nie da. Ignis przetrzyma każdy atak, nawet od najsilniejszego wroga. Jeszcze nikomu nie udało się go poważnie zranić.
- A Nick? Przecież on jest silny - spytała z nadzieją Holly, choć jej rozbiegany wzrok świadczył o tym, że wolałaby się upewnić o przewadze ifryta na własne oczy.
- No tak, ale w obliczu destrukcyjnej siły Ignisa nawet on nie przetrwa.
- Więc módlmy się aby to nie był ten o którym mówisz - odparła Holly i pomknęła jak łania.
Tabris potarł dłonią czoło. Dopiero co wyszedł z jednego piekła, by trafić do kolejnego, jeszcze gorszego. Nie miał sił by walczyć z kimkolwiek. Oparł się o ścianę budynku obserwujące feerię barw. Miał już wszystkiego serdecznie dość.
  • awatar Kate - Writes: Wakacje sprzyjają pisaniu. Najpierw zaległy rozdział u Lisy, teraz idę do ciebie i patrzę... rozdział. Chcę poznać Tabrisa na żywo. Chyba się dogadamy.
  • awatar Kate - Writes: Zapraszam na fanfic z Legolasem.
  • awatar Seiti: Tabris wpadał na kolejne niższe kręgi piekła XD Cóż za fajny opisik na początku :D
Pokaż wszystkie (4) ›
 

livli5
 
  • awatar SallyLou: Ta wersja podoba mi się bardziej. Myślę, że zwiastun z napisami będzie bardziej interesujący dla tych, którzy jeszcze nie zaczęli czytać. A tak w ogóle to naprawdę magiczny klip. Ta muzyka, ujęcia i słowa... Coś pięknego :) PS: błagam podaj mi tytuł tej piosenki :D
  • awatar Lisa Angels: Dark Music - The Sealed Kingdom
  • awatar Kate - Writes: Z napisami chyba lepsze.
Pokaż wszystkie (6) ›
 

livli5
 
- Legenda głosi, że mury tego zamku miały zaszczyt widzieć czasy, gdy życie na Sagarze było marzeniem dla nie jednego człowieka. - Zygmunt ściszył głos, jakby sięgał pamięcią do odległych czasów. - Podobnież przebiegał tu główny szlak morski, który zostawiał część swojej fortuny na naszej wyspie, a sprawą tego całego dobrobytu miała być najpiękniejsza kobieta na ziemi. Właścicielka wyspy uwielbiona przez swoich poddanych i jednocześnie najpotężniejsza wiedźma, jaką miał okazję widzieć świat. Zapewne domyślacie się, że takie bogactwo w rękach kobiety, nie ważne kim by była, było niedorzeczne. Każdego dnia przypływali do niej ludzie z całego świata, mając nadzieje, że to właśnie ich obdarzy uczuciem, a zarazem całym swym majątkiem. Jednak ona była niewzruszona na liczne zaloty. Jej serce było z kamienia, którymi zwykła się otaczać... przynajmniej do czasu, aż na wyspie pojawił się marynarz taki jak wy. Człowiek, którego sprowadziło samo morze... jednak wiedźcie, że ocean jest istotą o paskudnym poczuciu humoru...

Rok 1756 Sagara

Pierwszy raz słysząc o wiedźmie z Sagary głośno się roześmiał. W końcu wszyscy dobrze wiedzieli, że wiedźmy nie istnieją, a sam fakt, że ktoś mógł tak nazwać wysoko postawioną kobietę, wydawał mu się wręcz niestosownym. Jednak nie minęło dużo czasu, gdy przekonał się, że nie tylko Nikola nazywała tak swoją panią. Cała wyspa bez skrupułów szemrała o jej pięknie, mającym zniewalać męskie serca, o czarach, jakie dzieją się w zamku, aż wreszcie, o bogactwie, jakie kryły jego mury. Mimo to mieszkańcy wyspy w niepojęty dla niego sposób kochali swoją panią. Wręcz wznosili ją ku niebiosom za dobrobyt, jaki panował za jej rządów.

Chłopak nie raz zastanawiał się, jaka jest w rzeczywistości, ale pomimo spędzonego tu czasu nie miał okazji nawet ujrzeć jej cienia. Od momentu, gdy morze wyrzuciło go na brzeg minął miesiąc. Na początku opiekowała się nim Nikola, gdyby nie ta dobroduszna dziewczyna, zapewne wykrwawiłby się na tej plaży, a gdy już w miarę doszedł do siebie, zatrudnił się na zamku, by zarobić na podróż powrotną. Tak utknął na tej wyspie, nie chcąc się przyznać, że spodobało mu się takie życie i z chęcią zostałby tu na dłużej... a przynajmniej do chwili, gdy na własne oczy nie ujrzy osławionej wiedźmy.

Ten moment przyszedł szybciej niż kiedykolwiek przypuszczał. Pierwszy raz spotkał ją, gdy szukał Nikoli, by przekazać jej, że dostawca żywności do zamkowej kuchni chce z nią rozmawiać. Wyszedł właśnie z korytarza dla służby, gdy dostrzegł idącego ku sobie lamparta. Przerażony zastygł w bezruchu. Wielki kot wyglądał jak jubilerskie dzieło sztuki, pobudzone do życia. Chłopak przylgnął do wciąż otwartych drzwi, zastanawiając się nad możliwą ucieczką i wtedy dostrzegł ją. Szła parę kroków za lampartem, szeleszcząc wieloma warstwami swojej jedwabnej sukni.

Czy była piękna? Gdyby ktokolwiek go o to w tej chwili spytał, odpowiedziałby, że ujrzał żywe bóstwo stąpające po ziemi. Lecz, gdyby ktoś zapytał, jak wyglądała, wtedy nie mógłby odrzec wiele. Opisałby suknie wydającą się pochodzić z dalekich azjatyckich krain. Mówiłby o hebanowych włosach lekko spływających spod zasłaniającego oczy materiału ozdobionym piórami, kwiatami i złotymi dzwonkami. Jednak to, co utkwiło mu w pamięci to nie suknia, a usta... delikatne, z ledwo zauważalnym uśmiechem, gdy wraz ze swoim srebrnym towarzyszem minęła go tak, jakby była duchem, którego nikt nie miał prawa dostrzec.

Jak można zakochać się w kobiecie widząc jedynie jej usta? On też się zastanawiał, a jednak jej obraz nie przestawał nawiedzać go w snach, a wkrótce i na jawie. Teraz już wiedział, czemu zwą ją wiedźmą, bo sam niechybnie uległ jej urokowi.

Mijały dni, a jego zaczęła trawić tęsknota, zastanawiał się, co musiałby zrobić, by ukochana zwróciłaby na niego swoją uwagę. By chodź raz móc usłyszeć jej zapewne słowiczy głos. Nie raz wieczorami zgadywał jakiego koloru mogą być jej oczy. Może były oliwkowe, a może błękitne jak ocean. Jednak ostatecznie stwierdzał, że kobieta, taka jak ona musi mieć oczy złote, jak dzwonki lekko podskakujące koło jej włosów. Coraz częściej przyłapywał się także na szukaniu jej wzrokiem, jakby istniał chociaż cień możliwości, by mogła się przechadzać wśród zwykłych mieszkańców.

Myślał o niej w każdej chwili i zastanawiał się, co mogłoby wywołać na jej twarzy uśmiech i wtedy przypomniał sobie srebrnego lamparta. A gdyby... zerwał się z miejsca i wybiegł z pokoju, zostawiając zaskoczoną Nikole, z którą jeszcze chwilę temu jadł obiad. Niemal biegiem skierował się do miejscowego jubilera. Pospiesznie rozejrzał się po wszelkiego rodzaju pierścionkach, naszyjnikach, bransoletach, jednak jego oczy nie natrafiły na to, czego szukał.

- Panie, czy wyrabiacie figury zwierząt? - zapytał handlarza, a ten uśmiechnął się szeroko i z wyraźną uległością wyciągnął spod lady nieduże pudełko.

- U nas wszystko się znajdzie, oto moja perełka, największe dzieło sprowadzone z odległych krajów. Skrzydła motyla wykonane są ze szczerego srebra, a kamienie w jego skrzydłach, to najprawdziwsze szmaragdy. Taka okazja nigdy więcej się panu nie trafi. A to wszystko tylko za trzysta pistoli.

- Trzysta pistoli?! Człowieku toż to cała fortuna!

Urażony handlarz zamknął pudełko i powolnym ruchem schował je z powrotem pod ladę.

- Jak za drogo, to niech pan czego innego sobie poszuka.

Chłopak zacisnął ze złości pięści i wyszedł ze sklepu, przeklinając zachłanność handlarzy. Jednak wiedział, że ten motyl, mógłby być kluczem do serca jego ukochanej. A jak... zatrzymał się nagle na tę myśl i skarcił samego siebie o taką głupotę. Zdał sobie bowiem sprawę, że gdyby wiedźma chciała tego motyla, to bez problemu dałaby handlarzowi te trzysta pistoli i najzwyczajniej go kupiła. Wściekły, a zarazem smutny ruszył z powrotem do swojej kwatery, gdyż uświadomił sobie, że nie może zaofiarować jej nic, czego sama by nie zdobyła.

e9ab25ed59de3f77df438ca81d0abee5.jpg
  • awatar SallyLou: Och historia bardziej intrygująca i bajeczna niż sądziłam. Spodziewałam się nieco innej wersji, choć to pewnie jeszcze nie koniec i czymś nas zaskoczysz :D Pani zamku przypomina mi barwnego rajskiego ptaka, którego wszyscy widzą patrząc tylko na ozdabiające go pióra. Zastanawiam się jaka ona jest i czy ten zakochany w niej chłopak zdobędzie w jej oczach uznanie.
  • awatar Kate - Writes: Ooo.... Coraz bardziej mi się podoba. Akcja robi się coraz bardziej zawiła, takie lubię!
  • awatar Seiti: "By chodź", a nie "choć"? Piękna historia. Twój styl tutaj wznosi się na wyżyny. :*
Pokaż wszystkie (3) ›
 

seiti1008
 
Krótkie, ale intensywne. Nie wiem jak się nazywam po nim.

Opadające maski.

Blada poświata srebrnego rogala tliła się na granacie nocnego nieboskłonu. Gwiazdy migotały swym spokojnym, niezachwianym blaskiem. Pozorna cisza ogarnęła Cesarstwo, lecz huragan trwał w jego duszy – Asimie.
Burza niepokoju, pioruny strachu i wylewające się emocje z przepełnionej po brzegi jej serca, hulały w jej wnętrzu.
Wyszła z laboratorium na trzęsących się nogach. Stawiała kroki, wiedząc, że kolejny będzie ostatnim. Dopadła do ściany. Przywarła policzkiem do muru, którego chłód przyniósł lekkie orzeźwienie. Oddychała płytko i szybko, jakby jej płuca zapadły się niczym u chorego na odmę; ból w klatce chciał ją rozsadzić, jak po wbiciu zatrutego ostrza. Obróciła się i oparła plecami o przyjemne źródło zimna. Nie miała sił stać. Zjechała bezwładnie w dół. Nie widziała otoczenia, wszystko zamazały płynące potokiem łzy. Jej dolna warga drgała w spazmach rozstrojenia i strachu. Skuliła się i głośno rozpłakała.
Woń śmierci i zgaszony płomyk życia, zmusiły Mili do szybkiego biegu. Zatrzymała się wpół kroku za ostatnim zakrętem, tuż przed laboratorium. Wmurowało ją. Otworzyła szeroko oczy, a usta rozchyliły się w osłupieniu. Asima- dostojna monarchini; potężna bogi przyprawiająca ją o ciarki, siedziała zupełnie jak bezradny, porzucony szczeniak, którego pisk rozpaczy słychać w oddali. Mili przymknęła oczy. W jej umyśle zarysowały się aury osób obecnych za drzwiami. Wszystko nabrało sensu. Otwarła powieki i bez namysłu czy wahania podeszła do swej kuzynki. Jej szloch wbijał się w duszę kobiety, jak żądło pszczoły. Stanęła obok jednej z najpotężniejszych istot we wszechświecie, które swym okrucieństwem pisały swą legendę, a teraz owy przerażający potwór płakał prawdziwymi łzami bezsilnej i zatroskanej matki.
- Twoja maska władcy opadła… - szepnęła, klękając. – Płacz. – otuliła ją ramieniem, a Asima natychmiast się w nią wtuliła i zawyła. Mili łagodnie pogładziła ją po plecach.
Te plecy, te barki nosiły, na co dzień wielki ciężar. Tak, ta drobna kobieta była filarem Imperium; opoką i strażnikiem jej mieszkańców; dumą i wzorem dla jej dzieci. Gdzie w tym wszystkim były jej uczucia i emocje? Zamknięte na cztery spusty w jej sercu i schowane pod maską Cesarzowej, uwolniły się od ciosu losu.
Szloch Asimy nie ustępował. Wzruszona Mili przytuliła ją mocniej, jak starsza siostra pocieszająca swe młodsze rodzeństwo; nie potrzebowały słów, miały dotyk przynoszący wsparcie i ulgę.
Latis obserwujący lament swej siostry, zadarł głowę i oparł ją o ścianę. Wziął głęboki wdech. Musiał ochłonąć i uspokoić swoje serce walące jak oszalałe. Zrobiło mu się słabo, gdy poczuł odchodzącą duszę Aicshy. Nie pamiętał jak dotarł przed laboratorium; nogi same go tu przyniosły, a potem ujrzał obraz wyjącej z bólu siostry. Wszystko w nim zamarło – serce, oddech, a nawet płynąca krew. Stał odrętwiały i tylko patrzył na kapiące łzy swojej siostrzyczki. Gdyby nie osiągnięcie przez Asimę niemożliwego, Ai znikła by z tego świata.
Rozluźnił ramiona i odwrócił głowę w stronę ciemnego korytarza. Dostrzegł Airena dygoczącego od targających nim emocji. Szedł ku niemu. Sztywno i powoli. Demoniczny fiolet płonął przestrachem. Gdy miał go ominąć, Latis zatrzymał go, wyciągając przed niego rękę. Król spojrzał na niego z wyrzutem.
- Nie idź teraz. – odparł cicho. – Nie przerywaj tej sceny, dopóki się nie uspokoi. Sam również musisz się opanować, inaczej nie wyciszysz jej krzyczącej duszy.
Airen nic nie odpowiedział, powiódł jedynie mętnym spojrzeniem ku ukochanej zamkniętej w kołysce z ramion Bogumili.
Latis zmarszczył cierpiętniczo brwi. Ich widok był bolesny. Przyjrzał się aroganckiemu Królowi, ociekającego mroczną aurą, która w obecnej chwili się rozmyła. Spuścił wzrok i westchnął. Rodzic będzie trząsł się ze strachu, niezależnie od posiadanej potęgi.
- Airen! – krzyknął, gdy mężczyzna runął na podłogę. – Nic ci nie jest?!
- Nie – wymamrotał – tylko nogi się pode mną ugięły. Od dawna nie czułem tak silnego przerażenia. Moja mała córeczka… - przedramieniem przejechał po twarzy, ocierając słone krople.
- Airen… - położył mu dłoń na ramieniu. – Wstawaj, durniu. Jeszcze moja siostra cię zobaczy.
Król zaśmiał się cierpko i z trudem podniósł się z kamiennej posadzki. Spojrzał na Cesarzową.
- Och. – odparł, gdy Mili odskoczyła od władczyni w popłochu. – Chyba ktoś przejął rolę starszego brata. – zadrwił, wróciwszy do siebie. Ukradkiem zerknął na gotującego się ze złości Arcyksięcia.
- Jak on…! – pieklił się.
Iru wyłonił się znikąd i przywarł całym sobą do chlipiącej siostry. Asima schowała twarz w jego torsie i objęła go drżącymi rękami. Asaylen szeptał jej do ucha uspokajające słowa, pragnąc zabrać od niej strach. Tuląc ją w swym mocnym uścisku, zerknął na zawstydzoną Mili, która uciekała wzrokiem i szukała okazji by czmychnąć. Jego natarczywy wzrok zmusił ją, aby choć na ułamek sekundy spojrzała mu w oczy. Wdzięczny bursztyn błyszczał czułością, a jego usta ułożyły się w słowa: „Dziękuję. Kocham cię.”
Kobieta spłonęła rumieńcem. Z prędkością błyskawicy obróciła się na pięcie i wskoczyła w swoją ulubioną wyrwę.
Asaylen z rozżaleniem wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze stała przed chwilą. Jego usta ułożyły się w grymasie przygnębienia, lecz szybko go wymazał i przywdział maskę czułości i braterskiej miłości. Odsunął Asimę na odległość ramion. Patrzyła na niego wielkimi, zaszklonymi oczami. Otarł spływającą łzę z jej poczerwieniałego policzka.
- Już dobrze. Żyje, dzięki twojej ambicji samodoskonalenia. Twoja potęga otuliła ją twą opieką. – łagodnie odparł, ujmując jej twarz.
Cesarzowa milczała, wpatrywała się tylko w swego bliźniaka. Wybuch płaczu, wszystkie wydarzenia i wskrzeszenie boga, zmęczyły ją. Czuła się jak piórko na wietrze – bez sił by się mu przeciwstawić, zdana na los wietrznych zawirowań.
- Myślę, że musisz odpocząć. – usłyszała głos, który był plastrem na jej rozpaczające serce. Zerknęła przez ramię Iru i blado się uśmiechnęła.
- Tak. – cichutko przytaknęła, pozwalając Airenowi porwać się w ramiona. Chwycił ją w pasie i uniósł, biorąc na ręce. Oparła głowę o jego ramię. Jego zapach był uspokajający. Ciepło jego muskularnego ciała dawało jej poczucie bezpieczeństwa, a stanowczy, głęboki głos wyciszał jej umysł. W jego ramionach troski bledły. Wtuliła się w niego ufnie, powierzając mu się całkowicie.

Ai opierała się plecami o zagłówek łóżka. Podciągnęła nogi pod brodę, kątem oka zerkając na Kai’a siedzącego na podłodze ze wzrokiem wbitym w sufit. Czuła się jak zbity i zakopany żywcem, bezradny stary pies, którego pozbyto się, bo nie wypełniał już swojej roli i nie strzegł swego podwórka. Ból w jej piersi narastał.
- Przepraszam. – przerwała ciążącą jej ciszę cichutkim słowem skruchy.
Chłopak spojrzał na nią pytająco.
- Za co? – przełykając łzy, zmusił odrętwiałe usta do zadania pytania.
- Ja… chciałam żebyście byli szczęśliwi. – odrzekła ze ściśniętym gardłem. – Zawiodłam… ją… i ciebie! – załkała, nie mogąc już stłamsić rozpaczy swojej duszy. – Jestem taka słaba! – zacisnęła mocno oczy, nie chcąc patrzeć na własną żałość.
- Nikt nie mógł jej pomóc. Nikt nie zauważył… to ja ją zawiodłem. Nie potrafiłem ochronić ukochanej. Nie zdawałem sobie sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa. Pomimo swej mocy, nie uchroniłem jej… - tępo patrzył przed siebie, nie zawieszając wzroku na niczym.
Coś dręczyło Arcyksiężniczkę; coś, co wydarzyło się, gdy szła oparta o Kai’a przez zgromadzony tłum uczniów, którzy nie zdążyli wyjechać do swych domów. Wieści rozchodziły się szybciej, aniżeli plaga robactwa. Widziała ich wzrok spoczywający na niej, ledwo rozpoznawała ich twarze. Dostrzegła jedynie zarys Kaydii, która żywo gestykulowała i krzyczała. Nie słyszała słów, wszystkie dźwięki dochodziły do niej jak przez wodę. Odnotowała jedynie wściekłość Dziecka Wojny, który, zaskakując wszystkich, wymierzył kuzynce siarczysty policzek, a potem bez słowa zaprowadził ją do pokoju. Nie miała sił, by wtedy zapytać się o powód, lecz zachowanie chłopaka zapadło jej w pamięć.
- Kai, czemu wzburzyłeś się przy Kaydii?
Obrócił się ku niej zaskoczony. Zamrugał nerwowo, rozważając możliwe wyjścia, aby ominąć poruszony przez nią temat, lecz czy to miało sens? Nie słyszała tych wszystkich zarzutów pod swoim adresem, ale czy i tak ich nie zasłyszy od „życzliwych” osób? Powinna je znać, by móc przygotować się na ponowne oskarżenia. Wziął głęboki wdech.
- Zarzuciła ci, że… to w twoich żyłach płynie linia Śmierci i… - urwał, gdy ujrzał w jej cierpiących oczach, jak poranione już serce zamiera i roztrzaskuję się od kolejnego ciosu.
Nic nie powiedziała, spuściła tylko głowę i wpatrywała się matowym bursztynem w palce swoich stóp.
Ścisnęło go w dołku, gdy schowała czuprynę za barierą z rąk i podciągniętych nóg. Buczała, chcąc powstrzymać wybuch donośnego płaczu. Nie mógł znieść tego widoku. Podszedł do niej na czworakach, klęknął, mocno szarpiąc i rozrywając jej zaporę z kończyn. Złapał ją za podbródek i zmusił do popatrzenia na siebie. Księżycowe srebro było chłodne, jak Władca Nocy, który nie był w stanie rozgrzać ziem pod sobą.
- Ty… umarłaś. A ona śmie wymyślać teorię, że to ty zabiłaś YuLee. Kiedy cię znalazłem, moje serce stanęło. Kiedy umarłaś mój świat runął. Stracić dwie ważne dla siebie osoby w ciągu jednego dnia, to zbyt wiele, nawet dla mnie. – głos mu zadrżał. – Na szczęście twoja matka cię wyrwała z ramion Nicości.
- Moja mama… - wzdrygnęła się – Cesarzowa potrafi… wskrzeszać… bogów. – oniemiała wpatrywała się w nieporuszoną twarz chłopaka. Uśmiechnęła się kpiąco i boleśnie zmarszczyła brwi. – Nigdy jej nie dorównam.
- Cesarzowa…
- Tak, nie każe mi. Mam być jej następczynią, wszyscy oczekują podobnego dobrobytu i bezpieczeństwa, jakie ona zapewnia. Nie mogę być gorsza, ale z taką mocą… - skrzywiła się, gardząc samą sobą. – Wiesz, zazdroszczę mojej siostrze. Nie ma pęta tronu i jest silna. Silniejsza ode mnie. To ona powinna być następczynią mamy. Ja nawet nie mam ochoty na bycie władcą! – potrząsnęła energicznie głową i pozwoliła płynąć łzom. – Nie czuję się na siłach! – pochyliła głowę. – Zawsze się wściekam, gdy ktoś mnie do niej porównuje, ale to ja się porównuję się do niej na każdym kroku. Ścinając włosy odgrodziłam się od niej, staram się nie używać JEJ mocy, bo nie umiem sobie poradzić z jej cieniem, jaki mnie zasłania! Ona… ona nic nie zrobiła, żebym tak się czuła, lecz wystarczy jej jestestwo, aby odebrać mi pewność siebie. Ona ciągle brnie naprzód i staje się doskonałością, a ja? Krew z jej krwi? Cuchnę żałością, której nie umiem zwalczyć. Teraz zawiodłam, używając techniki, której ona sama nadużywała! Jeszcze mnie uratowała! Co ona sobie o mnie myśli? Zapewne jak jej lędźwie mogły wydać na świat taką marną imitację boga! – pociągnęła nosem, chlipiąc.
- Duszę Yu skradziono, nie mogłaś jej pomóc…
- Cesarzowa by nie dopuściła do tego, gdyby to była ona…
Kai ciężko westchnął.
- Ai. Musisz porozmawiać z matką, bo moje słowa nie rozwieją twoich chmur.
Wyciągnął ku niej swoją dłoń i położył ją na jej potarganych włosach.
- „Rozsypałaś się, jak domek z kart. Sama musisz je poskładać od nowa. Wybacz YuLee, ale zdaje się, że nie mogę się załamać.”

Ciemność ustępowała z rozległego nieba i wpuszczała nań promienie wstającej gwiazdy. Pomarańczowa łuna przedarła się przez korony i gałęzie drzew, padając na zmęczonej twarzy chłopaka. Zmrużył oczy i zasłonił je ręką przed niespodziewanym poblaskiem słońca.
Już poranek, pomyślał.
Przejechał wzrokiem po wstającej przyrodzie. Świergot ptaków, które radośnie się nawoływały z oddali; plusk dochodzący z pobliskiego stawu, gdzie harcowały ryby; pijąca rosę biedronka, to wszystko straciło swój urok. Nawet dostojna czerwień liści oprószona miłością potężnego Władcy Nieba, była nijaka i bez polotu. Nie potrafił się odnaleźć w wydarzeniach zeszłego dnia. Słowa w jego głowie nie chciały zamilknąć i co rusz, od nowa płynęły jak niechciana powódź, która zalewa domostwa. Złapał się za głowę i skulił, błagając by wizja ustała i przestała go zadręczać. Jego prośby na próżno były wypowiadane. Słowa rozbrzmiewały na nowo.
Dziecię skażone egoizmem potęgi,
Ugniatające się od swego przeznaczenia.
marzącym wzrokiem podążające za
widmem szczęścia i rozpadające się
na atomy, pragnące powrócić do obiegu życia.
Ginące od rapsodii zazdrości.
Z oczami wpatrzonymi w uczucie czułości,
wydające ostatnie tchnienie.
Żegnaj, duszo czysta.
Gdy po raz kolejny nawiedziła go przepowiednia YuLee, padł na kolana i zawył z rozpaczy. Uderzył pięścią w wilgotną ziemię. Gdyby tylko się nie bał; gdyby tylko nie był tchórzem i potrafił czytać lepiej ze swych wizji, mógłby uratować tę dziewczynę. Zginęła, bo milczał. Nikomu nie powiedział o słowach jej przyszłości. Nikomu. Poczucie winy zżerało go po kawałeczku, upijając się jego cierpieniem.
Słona kropla skapnęła na jego dygoczącą dłoń.
Co pomyśli o nim Ai? Czy Kai mu wybaczy? Jak spojrzy w swoje odbicie w gładkiej tafli lustra?
Obrócił się za siebie, kiedy dobiegł do jego uszu nieznany dźwięk. Nie potrafił określić jego źródła. Hałas przypominał rozrywanie materiału, który drgał niespokojnie. Poderwał się na równe nogi, szukając miejsca, z którego dobiegał swoisty pogłos. Rozejrzał się wkoło i dostrzegł rysę w powietrzu.
Mili nie mogła usiedzieć w miejscu. Sen również nie był dany kobiecie. Jej zdradliwe serce dalej waliło jak oszalałe, a niesforny umysł dalej podsuwał jej różnorakie obrazy Iru – jego uśmiech, błyszczące czułością oczy i wilgotne, spragnionej jej usta. Zawyła ze złości, nie mogąc się uwolnić od jego klątwy. Energicznie machnęła ręką i przeskoczyła do kolejnej wyrwy. Wysunęła się z rozdarcia w przestrzeni i stanęła w poświacie wchodzącego na tron słońca. Skrzywiła się. Zamrugała parokrotnie, by pozbyć się z oczu świetlnych chochlików. Powiodła spojrzeniem w bok i ujrzała oniemiałego chłopca. Jego czarne włosy lśniły, zupełnie jak hebanowe pióra kruka. Oczy przywodziły na myśl pole lawendy skąpane w poblasku chylącego się ku końcowi dnia.
- Kim jesteś? – spytał zatrwożony.
- He? Ja? Kim ty jesteś, chłopaczku? – podparła się za boki i uważniej przyjrzała młokosowi.
Wodziła wzrokiem po jego wątłej sylwetce, gdy nagły ból głowy ściął ją z nóg. Gdyby głowa jej eksplodowała, ból byłby mniejszy od tego odczuwanego w tym momencie. Upadła głucho na ściółkę z oczami wbitymi w młodzieńca. Nieznajomy dlań chłopak zgiął się wpół i upadł na ziemię. Wił się przeraźliwie. Mili poczuła zalewające ją uczucia.
Strach, wręcz niewyobrażalny lęk. Zagubienie. Niezrozumienie. Samotność. Pragnienie miłości. Osaczenie. Żal. Gniew. Nienawiść do własnej osoby.
Wszystko tak intensywne, że zabrakło jej tchu. Dusiła się od otaczających ją emocji. Zrozumiała, że ich źródłem był młodzik przed nią. Kim było to nieszczęśliwe dziecko? Dłużej nie potrafił wstrzymać goryczy doznań. Wrzasnęła, podrywając okoliczne ptaki do lotu.
Zapadał się. Bagno czasu wciągało go, nie bacząc na jego sprzeciw. Błotna maź zaklejała mu usta i zsyłała na niego mrok. Wszechobecna ciemność- zimna i bezwzględna. Czuł, że zamarza, a w otępionym umyśle pojawiły się nachalne obrazy. Kobieta, którą spotkał przed chwilą, przewijała się w każdej scenie. Jej ból był namacalny. Krzyknął, przy kolejnej okrutnej scenie. Gdy złapał oddech, jego usta ułożyły się w potoku słów.
Miłość prawdziwa dała życie kruszynie czasu.
Kapryśność bogów zabrała jej skrzydła
i rzuciła ku szponom ciemności.
Blask Słońca ogrzał zimne lica,
dając energię do życia.
Pąk niewinnego kwiecia
Otulił światłem cierpiącą duszę.
Najsilniejsze z uczuć dało powód,
by płuca zmuszać do kolejnych wdechów.
Oblubienica boska kochająca życie.
Wypowiedział i odetchnął, wracając do siebie. Obrzucił wykończonymi oczami klęczącą niewiastę. Ona również odzyskała władzę nad sobą. Patrzyli na siebie w ciszy. Zdezorientowani, ale rozumiejący się wzajemnie.
- „Rezonans?” hej, chopaczku, kim, kurwa, jesteś? – warknęła Mili. Ledwo udało się jej podnieść z ziemi. Cały czas kręciło się jej w głowie.
Speszył się, słysząc przekleństwo. Uciekł wzrokiem i wlepił go w trawę koło siebie.
- Faini de Nabii. – odrzekł.
Oczy kobiety rozszerzyły się.
- Więc to ty jesteś narzeczonym Aicshy. Posiadacz Oczu Wizji. – zmarszczyła czoło. – „Zdecydowanie muszę typa unikać. Nigdy więcej nie chcę czuć tych uczuć. Nigdy.” – przeszły ją ciarki na samą myśl o ponownym zjednoczeniu.
- A pani?
- Bogumila de Mundus. Zapamiętaj i schodź mi z drogi. – rzuciła przez ramię, otwierając swoje osobliwe przejście.
- Och. Niech pani poczeka! Mam kilka pytań do pani! – zerwał się, lecz Mili nie miała zamiaru wysłuchiwać głupich pytań jakiegoś młokosa. Dała susa i znikła mu z oczu.
Faini zatrzymał się zrezygnowany.
- Chciałem tylko zapytać, czy ma pani coś wspólnego z bogami czasu…
Zamyślony usiadł na trawie i zadarł głowę do góry. Ptaki szybowały nad drzewami, zajęte swymi codziennymi troskami. Błaha codzienność, tego mu brak było. To był pierwszy raz, kiedy doznał tak intensywnej wizji. Wszystko było nazbyt realne i przytłaczające. Co poczuła owa kobieta? Jego oczy przeszył posępny błysk. Bogumila musiała mieć w sobie moc boga czasu, rywala jego rodu. Powiadali, że ród starożytnych bogów władających czasem i przestrzenią wymarł, a on jest jedynym potomkiem bogów pałających się panowaniem nad czasem, lecz dzisiaj przekonał się, że są na tym świecie osoby, w których płynie krew zapomnianych mistrzów.
- De Mundus powiedziała. Czy to znaczy, że w Ai też?
Jak na zawołanie, przed jego obliczem pojawiła się wymęczona Arcyksiężniczka.
- Ai! – bez zastanowienia podbiegł do niej i mocno przytulił.
- Faini… - zarzuciła mu ręce na szyję.
- Powinnaś odpocząć. – docisnął ją do siebie.
- Nie mogę. Pozwól mi zostać tak… na zawsze. – szepnęła, czując jak napięcie puszcza jej ciało. – Zostańmy tu po kres swych dni.
- Chciałbym… - zaciągnął się jej zapachem, w którym jeszcze krążył odór śmierci. Pociągnął ją za sobą na zielona trawę. Ułożyła głowę na jego kolanach i pozwoliła powiekom opaść.
- Gdy się zbudzisz, muszę ci coś powiedzieć. – nachylił się nad nią i pocałował ją w czoło. W odpowiedzi dostał tylko niesłyszalne „dobrze”.
  • awatar Kate - Writes: Zagłosujesz na mój kolaż w konkursie? Numer 4 jestem. Proooszę. swiat.wedlug.pati.pinger.pl/m/27212329
  • awatar Kate - Writes: Opowiadanie pierwszorzędne, jak zawsze.
  • awatar SallyLou: Omg ( nienawidzę tego zwrotu, ale to pierwsze co mi przyszło do głowy ). Z tą intensywnością to nie przesadzałaś. Przerażenie Airena odczułam niemal tak jakbym sama w tym uczestniczyła. Szczerze to nie spodziewałam się po nim aż tak emocjonalnej reakcji. I jeszcze jedno: wow! Faini jest bardziej kozacki niż przypuszczałam. Ale chyba z Bogusią się nie polubią zbytnio. PS: Chcę więcej Asimy i Airena. Kocham ten mroczny duet tak bardzo!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 

Kategorie blogów