Wpisy oznaczone tagiem "+18" (107)  

seiti1008
 
Po zawirowaniach mojej weny, jakoś wyskrobałam kolejny rozdział. Cudem, bo wena nie współpracuje.

Zgliszcza duszy

Na czarnej toni nieba skrzyły się osamotnione gwiazdy. Ich władca był nieobecny i nie wskazywał drogi wędrowcom i zagubionym duszom. Noc była ciemniejsza niż zwykle, idealna dla podłych spisków zła.
W półmroku komnaty ledwo było widać zarys mebli, jedynie pokaźne łoże było oświetlone słabym światłem świec ustawionych w kręgu. Ogarki wytężały swe siły, aby zajaśnieć pośród mroku. Ich ciepły blask padał na dwie sylwetki w erotycznym uścisku. Mięśnie naprężały się i rozluźniały, ciała wiły się w bordowej pościeli. Poduszka spadła na dywan z wilczej skóry, tuż przy poskakujących świecach, lecz upojone swym magnetyzmem osoby, zdawały się tego nie zauważyć.
Chłopak błądził szaleńczo językiem po gładkiej skórze dziewczyny. Zatrzymał się na stojącym sutku i przygryzł go delikatnie. Językiem robił mokre kółeczka i ssał naprzemiennie. Niewiasta odchyliła głowę i wsunęła dłonie w jego długie pasma. Wilgotnymi wargami dosięgnął zagłębienia jej szyi, które parokrotnie pocałował, a po chwili wysunął kły i wgryzł się w nie. Jęknęła przeciągle i przywarła mocniej do jego twardego ciała. Krew była gorzka, a jej posmak długo zostawał na języku. Nie była słodyczą, do której przywykł pijąc posokę Arcyksiężniczki. Rozpieściła go swym delikatnym smakiem i teraz miał problem z przełknięciem cierpkiej krwi swojej kochanki. Oderwał się od dziewoi i otarł usta. Nie był to najpyszniejszy posiłek w jego życiu. Uśmiechnął się prowokacyjnie i wpił w rozchylone wargi niewiasty pod sobą. Całował ją zachłannie, bawił się jej językiem domagającym się pieszczot. Spragniony kobiecych wdzięków, posiadł ją jednym pchnięciem. Zawyła z rozkoszy, drapiąc jego plecy i robiąc na nich krwisty ślad. Jego biodra poruszały się rytmicznie, zbliżając ich do obopólnego spełnienia. Jego penis zadrżał i uwolnił mleczny i gęsty płyn. Dziewczyna poczuła ciepło rozchodzące się w podbrzuszu. Wygięła się, krzycząc jego imię.
- Blan!! – opadła na zmiętolone prześcieradło. – Tęskniłam. – szepnęła z uwodzicielskim uśmiechem i przejechała palcem po jego dolnej wardze. – Jak pomyślę, że robiłeś to z córką Cesarzowej, to gniecie mnie tutaj. – wskazała kciukiem swoją pierś.
- Zazdrość nie pasuje do ciebie. – odparł, kładąc się obok niej.
- Czemu? Zawsze byłam zazdrosna o ciebie, jesteś moim ulubieńcem. – oblizała się, wodząc pożądliwie po jego nagim torsie.
- Którą kreseczką jestem dzisiaj? – zapytał chłodno.
- Masz mnie za taką rozpustnicę?! – obruszyła się. – Jesteś drugi. – dodała ciszej.
- Heh. – parsknął.
- Dobrze wiesz, że po przebudzeniu jestem zbyt… - urwała, przywołując na usta swawolny grymas – mokra. – dokończyła i położyła mu głowę na brzuchu. Palcem zakreślała serduszka na jego piersi.
Blan w milczeniu przyglądał się jej szarym oczom, w których czaiło się obłąkanie.
- Kiedy skończysz swoją misję? – spytała w końcu. – Chcę cię mieć wyłącznie dla siebie.
- Powoli do przodu, panienko. – odparł sucho. – Małymi kroczkami zbliżam się do celu. – jego oczy ściemniały.
- Zabiłeś zwykłą dziewuchę, zabiłeś półboga, czy to nie kolej na NIĄ. – uśmiechnęła się od ucha do ucha, majtając radośnie nogami.
- T-Tak. – rzucił niepewnie. – Czas na Aicshę.
Pisnęła ze szczęścia.
- Tylko pamiętaj, że musisz najpierw napić się krwi kogoś z genami śmierci. Och, napij się jej, to ją dodatkowo osłabi. – klasnęła entuzjastycznie w dłonie.
- Nie, pani. Ai mnie unika od dłuższego czasu. Nie mam sposobności by sięgnąć po jej krew. – wyjaśnił, a dziewczyna wydęła usta w niezadowoleniu.
- Więc musisz wgryźć się w szyjkę jej siostruni. – oznajmiła.
Blan wzdrygnął się i skrzywił.
- To raczej niemożliwe… - odparł, czując ciarki na plecach.
- Chyba nie boisz się niespełna dziesięcioletniej dziewuszki? – zamrugała.
- To nie jest zwyczaje dziewczę. Zabiłaby mnie bez mrugnięcia, jeśli poczułaby się zagrożona z mojej strony. Nishi odpada. – rzucił stanowczo.
- Więc…?
- Ród z krwią Śmierci to nie tylko dzieciaki Cesarzowej. – uśmiechnął się chytrze, a dziewczyna zaśmiała się gardłowo.
- Mój kochany Blan. – nachyliła się nad nim i cmoknęła go w usta.
- Lavinne. – zmysłowo szepnął jej imię.

Przyjemne ciepło w sercu przepadło; szeroki uśmiech szczęścia przepadł; miłość przepadała. Kimże był bez YuLee? Dawnym sobą. Zimnym i bez serca wojownikiem, skrytym za murem wokół swojej duszy. Obwarowanie powstało dość szybko. Od nowin Ai, cegiełka do cegiełki i odnowił barierę wokół siebie.
Kai szedł żwawo, a za nim ciągnął się skrzący podmuch. Jego sylwetka emanowała wyładowaniami elektrycznymi, nad którymi ledwo panował. Zatrzymał się przed drzwiami do szpitala. Przymknął oczy i wziął kilka głębokich wdechów. Spokój, tak bardzo chciał go zachować. Nie, musiał go zachować. Obiecał coś Cesarzowej i miał zamiar dotrzymać słowa.
Żadnych kłopotów w Akademii – z tą myślą, sięgnął po klamkę.
Od silnego naporu klamka odskoczyła, a ciężkie skrzydło uchyliło się. Kaydia obróciła głowę i przywołała na swej twarzy tragiczny grymas. Po mistrzostwu odgrywała rolę pokrzywdzonego biedactwa. Gdyby nie przejrzał na oczy, mógłby jej uwierzyć. Od kiedy mamiła go tą znakomitą grą aktorską, której nie powstydziłby się zdobywca Oskara? Iloma kłamstwami go uraczyła i kim była naprawdę dziewczyna wijąca się w szpitalnym łóżku? Zapewne pytania te pozostaną bez odpowiedzi.
Kącik jego ust uniósł się lekko i nadał jego rysom kpiący wyraz. Nim ruszył w jej stronę, prychnął pogardliwie i włożył kamienną maskę. Zaciskając pięści, podszedł do kuzynki.
- Kai – zawyła rozpaczliwie, wyciągając ostałą się dłoń ku niemu. Stanął przed nią, ignorując ją. Taksował ją lodowato. – zobacz, co mi zrobiła! – rozpłakała się. – Jestem teraz wybrakowana!
- „Byłaś już wcześniej, brakowało ci serca.”- pomyślał gorzko.
Powoli przesunął wzrokiem po jej dygoczącej od udawanego szlochu sylwetce. Szkliste oczy wyczekiwały współczucia. Dolna warga drżała od złudnych emocji. Scena godna najwybitniejszego aktora, lecz on nie dał się więcej nabrać. To był koniec teatru Kaydii. Jedyne, co czuł do dziewczyny w szpitalnej pościeli była nienawiść. Nie czuł więzi rodzinnej, zobowiązania czy opiekuńczości; nie starał się jej zrozumieć. W jego duszy grała tylko czysta nienawiść. Odruchowo zacisnął szczęki. Toczyła się w nim burza, którą musiał powstrzymać. Nie mógł okazać swego gniewu. Nie teraz. Tylko myśl o rychłym jej ukaraniu, powstrzymała go przed skręceniem jej karku tu i teraz.
- Wracasz do domu. – oznajmił.
- Co?! – uniosła głowę i zdumiona zerknęła na niego. – Czemu…
Przerwał jej ruchem dłoni.
- Powiedziałem, że wracasz. Jeszcze dzisiaj. Szykuj się. Powóz będzie czekał przy bramie do królestwa. – rzucił, obracając się na pięcie.
- Czemu nie mogę wrócić przez przejście wprost do mojego pokoju?
- Bo zawirowania energii dalej trwają. Nasz dom jest zniszczony przez wojnę i niestabilny. – wycedził, nie spoglądając na nią. – Masz być gotowa za godzinę.
- Kai…! - krzyknęła za nim.
Gdy zniknął za drzwiami, uderzyła pięścią w pościel. Jej brwi zmarszczyły się gniewnie. Wymyślony przez nią scenariusz nie zakładał takiego zachowania. Miał ją przytulić, a ona miała zasiać w jego sercu niechęć do Aicshy. Cmoknęła niezadowolona. Co poszło nie tak? Wiedziała, że musi grać słodką, być może Kai jest tak wzburzony jej poturbowaniem, że nie mógł utrzymać złości na wodzy. Czyżby odsyłał ją, bo się o nią troszczy i nie chce by ponownie spotkała ją krzywda? Uczepiła się tej tezy.
Na jej usta wypełzł uśmiech zadowolenia. Jeśli będzie musiała, to rozegra to kartami, jakie dostała. Zsunęła nogi na podłogę i przeczesała włosy.
- Ach, panienko, powinnaś jeszcze leżeć. – zaoponował wchodzący Yo.
- Muszę się spakować, nie martw się, zajmą się mną moi osobiści medycy. Z pewnością zwrócą mi rękę. – odparła arogancko i skierowała się do wyjścia.
Yo odprowadził ją wzrokiem. Zdumiony wpatrywał się w plecy dziewczyny, która wyszła z jego laboratorium jak gdyby nigdy nic. Była w lepszej kondycji niż sądził. Choć jednego był pewny – przez ułamek sekundy widział w jej oczach przerażenie. Gdy się ocknęła i nie wiedziała gdzie się znajduje, była zmrożona strachem, a jej usta wymówiły tylko „Aicsha, nie.”
Wiercił jeszcze przez moment zatrzaśnięte drzwi. Przeszły go ciarki. Nowe pokolenie bogów było przytłaczająco niejednoznaczne. Jaką barwę nosiła ta dziewczyna? Miał przeczucie, że zbliżyła się niebezpiecznie do czerni.
Wzdrygnął się i sięgnął po jej kartę. Przejechał wzrokiem po literkach i szybkim ruchem wyrwał papier i zgniótł go.
- To już nie będzie potrzebne. – rzucił pomięty dokument do kosza.

Grube gałęzie drzew przysłaniały chmury pełzające po niebie. Rośliny powoli odzyskiwały swoje piękno, które odebrała im wojna. Deszcz zmył z ziemi krew poległych, ugasił hulający ogień i pchnął serca mieszkańców ku nowej nadziei. Przyszłość łagodziła ból przeszłości. Ziemie odżywały, a serca ludności powoli zapominali o cierpieniu, jakie niosły stoczone boje.
Kaydia wychyliła głowę za okno. Wzrokiem przeszukała konary drzew, z których dochodził świergot ptaków.
- Ptactwo wróciło. Królestwo się odradza. – szepnęła do siebie, a na jej ustach przebiegł nikły uśmiech, który szybko odszedł w zapomnienie. Jej usta nie wiedziały jak szczerze się uśmiechać. Zapomniały.
Kiedy straciła swoją niewinność? Chyba w momencie odkrycia swojego gorącego uczucia do kuzyna. Dziecinne zauroczenie przerodziło się bez jej zgody w miłość- ogień palący ją od środka; ogień, który zniszczył jej duszę. Z dawnej Kaydii pozostały tylko zgliszcza. Ten niszczący ogień miłości pchał ją do przekraczania granic. Nikt nie stanie jej na drodze do upragnionego szczęścia z Kai’em - YuLee, jej ojciec, Aicsha czy nawet sam Kai. Chłopak musiał tylko zrozumieć, że jej miłość do niego była niewyobrażalna i niezamknięta w ramki definicji.
Zacisnęła dłoń na drzwiczkach karety.
Jej ojciec. Pochłonięta zbliżaniem się do ukochanego, czy zadbała należycie o swojego ojczulka. Co jeśli ktoś udał się do ich rodzinnej rezydencji i odkrył prawdę? Pozbyła się stamtąd służby wmawiając innym, że takie jest życzenie podstarzałego boga, który ciężko znosił porażki. Oznajmiła, że jej zdołowany ojciec zachował jedynie zaufanego sługę i zabronił zbliżać się komukolwiek do swej posiadłości, nawet jej, ale czy to wystarczyło, żeby nikt nie zajrzał do członka rodziny królewskiej?
Szybko potrząsnęła głową.
- „Gdyby ktoś go odwiedził, Kai by o tym wiedział, a ja byłabym w ciemnej dupie.” – zastanawiała się, nerwowo przygryzając wargę. – „Muszę odegrać scenkę, która wyda śmierć tego głupca. Pojadę tam, dręczona myślą o jego stanie i wtedy zastanę skamieniałe zwłoki ojczulka. Popadnę w histerię i zamknę się w komnacie na trzy dni. Tak, trzy dni powinny być wystarczające. Odmówię wszelkich posiłków. Ach, dobrze, że krew mam schowaną w skrytce w barku. Jeszcze czego, miałabym głodować przez tego typa, który niechlubnie był moim rodzicem.” – prychnęła i wróciwszy do rzeczywistości, odkryła, że kareta zatrzymała się pośrodku lasu. – Czemu stoimy? – krzyknęła do woźnicy. Nie dostawszy odpowiedzi, wychyliła się. Powożącego nie było na swoim stanowisku. Jej serce załomotało. Czyżby zaatakowali ich rebelianci, którzy nie zgadzali się z zaręczynami? Była bogiem, jakże by śmieli. Z wymalowanym gniewem na buźce wysiadła z powozu. Zręcznie poradziła sobie z długą i falbaniastą suknią, która mogłaby być problemem przy schodkach do karety, lecz Kaydia poradziła sobie sprawnie i już po chwili jej pantofelki wbiły się w miękki mech.
- Całkiem nieźle sobie radzisz bez rączki. – usłyszała uszczypliwy komentarz.
Zmroziło ją. Powoli uniosła głowę i skierowała oczy ku pobliskiemu drzewu.
- K-Kai… - wydukała. Nic nie rozumiała. Rozpaczliwie szukała wyjaśnienia jego obecności tutaj, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- Och, widząc po twojej minie nie masz bladego pojęcia, czemu cię zatrzymałem, a raczej zwabiłem. – jego głos był srogi i nieprzyjemny.
Cofnęła się, nie spuszczając z niego wzroku.
- Moja droga kuzyneczko, chcę wiedzieć jedno – jak zabiłaś YuLee? Jak jej dusza znalazła się w wisiorku?
Naszyjnik. Dotknęła swojej piersi. Wisiorka nie było na jej szyi. Czemu nie zauważyła jego zniknięcia? Jej plan miał skazę…
- O czym mówisz? Jaką duszę tego demona? – zaperzyła się. Musiała grać rozdanymi kartami. Miała wspólnika, a on był potrzebny jej do czarnej roboty i by mogła zwalić na niego winę. To był plan awaryjny. – Dostałam ten naszyjnik od Blana, tuż przed jego wyjazdem. – oznajmiła.
- Och. – Kai wymownie uniósł brew. – Blan. – szorstko wymówił jego imię.
- Tak, to było na pożegnanie. Prezent na zakończenie naszego… - spuściła wzrok – wiesz, że romansowaliśmy po tym jak mnie odtrąciłeś.
- Chyba znaczenie wcześniej. – syknął. – Niezłe musisz mieć libido, że zaspokajałaś nas obu.
- Kai! – obruszyła się jego sarkastycznym tonem. – Jak możesz tak do mnie mówić, to zniewaga!
- Twoje kłamstwa nie znieważały mnie? Ponoć mnie kochasz. – taksował ją zimno.
- Kocham!! – wrzasnęła panicznie. Nie miał prawa podważać jej uczuć, nie po tym, co zrobiła dla ich szczęścia. – Tyle… zrobiłam… a ty wątpisz w moje uczucie!
- Na przykład zabiłaś wujka? – spytał, wyszczerzając kły.
- Co… - grunt usuwał się jej spod nóg. – „Skąd wie?” – zadarła głowę i zdumiona wlepiała się w jego kamienną twarz. Jego rysy nie układały się w żadne odzwierciedlenie emocji. Był jak kamienny posąg, który chłodno patrzy na swoich obserwatorów. Przełknęła ślinę – to był Kai, jakiego znała z wojny. Chłopak bez duszy. Była w tarapatach. – O czym mówisz? Mój ojciec… nie żyje?! – musiała odegrać rolę zatroskanej córeczki dużo wcześniej. – O czym mówisz, Kai!?! – w jej oczach stanęły łzy.
- Doprawdy, jesteś niesamowicie uzdolniona. Minęłaś się z powołaniem.- zakpił – Wracam z waszej posiadłości. Wiesz, Ai napisała liścik i musiałem go dostarczyć twojemu ojcu, a tam klops. Staruch stał się kamieniem! – roześmiał się. – Zupełnie jak rzeźba!
- K-Kai… - przerażona jego chichotem, cofnęła się o kilka kroków, aż pod palcami wyczuła ścianę karety. Gorączkowo rozważała możliwe scenariusze i drogi ucieczki.
- Nieładnie Kaydia, nieładnie. Zamordować swojego ojca. – pogroził jej palcem. – Cóż, oszczędziłaś mi roboty. – zeskoczył z gałęzi i lekko wylądował przed nią.
Pisnęła z przestrachu i zamknęła na chwilę oczy. Zrobił dwa duże kroki i dzieliło go od niej kilkanaście centymetrów. Wyprostował się, górując nad nią. Czuła jego oddech; wyładowania elektryczne kąsały ją boleśnie, a oczy wwiercały się w nią powodując palpitacje.
- Zastanawiające. Nie posiadasz takich umiejętności. Jesteś wyśmienitą manipulatorką i aktorką, ale nie masz takiej siły bojowej. – przesunął analitycznie po jej postaci. – Więc to Blan zabił wuja. Interesujące. Czemu Cesarzowa nic nie czuła? – walnął pięścią w karetę, a ta odleciała na kilka metrów i uderzając w drzewa, rozsypała się jak domek z kart. Kaydia skuliła się i upadła na ziemię. – Czemu?! – ostrzej ponowił pytanie.
- Bo… bo Blan zamknął jego duszę w ciele, które zmieniło się w kamień nie do przeniknięcia! – wyjaśniła jednym tchem. – Dusza nie udała się do Nicości. Nie opuściła ciała, dlatego ród Śmierci nic nie wyczuł.
- Ou, kozackie. – oblizał usta.
- Ale… to prawda, że zabił go na moją prośbę, jednak… mój ojciec zabił dziadka!! – uniosła lekko zapłakaną twarz.
Chłopak pozostał niewzruszony. Nie obchodziło go, czy jej łzy są prawdziwe. Ona była winna śmierci Yu i nie da się omamić innej wersji.
- Jak zabił dziadka? – zapytał sucho.
- Specjalną mieszanką ziół. Najemnicy mu ją sprowadzili. Na czarnym rynku chodziła za bajeczną kwotę dwóch litrów boskiej krwi i miliona ghut. Ojciec bez mrugnięcia okiem zapłacił. W tym była i moja krew… - załkała, dociskając rękę do piersi. – Za moją krew zabił dziadka! – strużka słonych kropel ściekła jej po brodzie. – Zabił go, bo wyznaczył ciebie na króla. Mój ojciec uważał, że to ja powinnam zasiadać na tronie, ale nie zgodził się na nasze zaręczyny…
- Więc go zabiłaś.
- Wiesz ile lat nosiłam w sobie rosnący żal?! Wiedziałam, że to on zabił dziadka, ale nie mogłam nic zrobić… ta bezradność… - wybuchła szlochem.
- Wzruszające. – odparł lodowato przeszywając jej serce.
- Kai… - załkała żałośnie.
- Po trupach do celu, co? Zakończyłaś wojnę naszymi zaręczynami, powinienem być wdzięczny? Do tego wystarczyła śmierć wujka. Związałaś mnie swoimi żądzami. Zakułaś w kajdany! To jest miłość?! To chore! Miłość nie jest egoistyczna, idiotko! To, co czujesz to obsesja z niemożności dostania tego, czego chcesz! Nie ma nic wspólnego z uczuciem Yu!! – warknął.
- Yu, Yu, Yu!! A ja? Patrzyłam jak mi cię zabiera… - otarła mokre lica i hardo spojrzała na kuzyna. – Nienawidziłam jej, ale moje ręce są czyste.
- Owszem, bo za ciebie zabił ją twój kochanek!! – zaśmiał się głośno.
- Oszczerstwa! – trwała przy swoim.
- Blan nie miał powodu, żeby ją zabijać. To nie było jego widzimisię. Zabił ją, bo ty mu kazałaś.
- Mylisz się. Blanowi nie można od tak rozkazywać! – uniosła się jej pierś falowała niespokojnie, a usta wymawiały sekrety, które miały pozostać ukryte. Spadała w odmęty prawdy. Prawdy, która ją pochłaniała.
- Czyli on też miał z tego korzyści? – spytał sam siebie.
Kaydia zatkała sobie usta. Zamotała się i straciła swoją aktorską maskę. Pogubiła się od nagromadzonych emocji i nie miała pojęcia, którą ścieżką iść, aby się wywinąć z tej sytuacji. Zerknęła na potężnego boga. Stał w zamyśleniu, to była jej szansa. Poderwała się i ruszyła przed siebie. Wyciągnęła swą jedyną rękę i przywołała przejście. Jasne światło rozdarło powietrze. Była o krok od ucieczki, ale poczuła jego palce zaciskające się jej na głowie. Obrócił głowę dziewczyny w swoją stronę. Krzyk uwiązł Kaydii w gardle, a nogi ugięły i gdyby nie trzymał ją za głowę, upadłaby jak długa. Wpatrywała się w oczy czarne jak toń nocy; w tęczówki koloru krwi, którą na jej polecenie przelano. Łypały na nią oczyska starożytnych bogów.
- Zaskoczona? – zaszydził. – Wiesz, mam dług do spłacenia i polecenie do wykonania. „Żyj, Kai”, tak mi powiedziała. Miałem powstać i powstałem silniejszy. Zbliżyłem się do boga doskonałego, bo tak mogłem przetrwać. Niespodziewanie twój ojciec podarował mi morderczy trening, dzięki któremu sięgnąłem po odległe życzenie. – wyszczerzył się w krwiożerczym uśmiechu. – Masz ostatnią szansę na wyjaśnienie jak zginęła YuLee.
Zacisnęła nogi, czując ciepło spływające jej po udach. Rozpłakała się, nie mogąc nawet skryć czerwonych wypieków za murem z rąk.
- Nie wiem… naprawdę nie wiem… dostałam tylko ten wisiorek. Przyrzekam! Nie wiem, jak ją zabił… proszę, przestań już, proszę…
- Rozumiem, chyba poważnie nie wiesz. Zatem… - spojrzał w jej zapłakane i przestraszone oczy, w których zatliła się iskierka nadziei. -… żegnaj.
- Co… - wydukała, nim jego wzmożony uścisk zmiażdżył jej czaszkę. W ostatniej chwili pomyślała:
- „Kocham cię. Chciałabym cię nie kochać, bo to niewoliło i mnie. Miłość do ciebie już dawno mnie zabiła. Dziadku… wybacz.”- nastała ciemność, wszechobecna i zimna.
Trzask kości rozbrzmiał w cichym lesie. Jej urodziwe lica zmieniły kształt w bliżej nieokreśloną miazgę, a mózg wypłynął, brudząc jego dłoń. Umarła nie cierpiąc długo. Odeszła, nie odpowiadając na pytanie kołaczące się gdzieś w głowie jej kuzyna- czy jej łzy i szloch po dziadku były prawdziwe? Nie ważne, ta myśl i tak została złamana.
Puścił pozostałość po jej głowie. Ciało upadło na leśne poszycie. Chłopak strząsnął z palców śliską maź i spojrzał niewzruszony na zwłoki kuzynki. Chwilę przyglądał się jak ziemia barwi się posoką, a tkanki błyszczą w promieniu słońca, któremu udało się przedostać przez gąszcz gałęzi nad jego głową. Na jego usta wypełzł półuśmieszek, kiedy ciemne macki oplotły niekompletną postać dziewczyny i wciągnęły ją w mroczną otchłań niebytu. Uniósł głowę ku niebu i przymknął oczy. Wziął głęboki, oczyszczający wdech. Opuszczając głowę, wypuścił powietrze.
- Muszę zadać to pytanie: jak długo tu jesteś? – obrócił się w lewo i spoczął wzrokiem na zarysie męskiej sylwetki.
- Od momentu jak opuściłeś Cesarstwo.
- Ho ho, niezły jesteś skoro dopiero teraz cię poczułem. Twoja sława nie jest banialukami. – podparł się pod boki i srogo wbił się w mężczyznę, wychodzącego z ukrycia.
- Bogowie weszli na nowy poziom, więc i ja, jako najemnik, również muszę dotrzymać im kroku. – odparł.
- Myślałem, że nie jesteś już najemnikiem, a bogiem. – rzucił, a powietrze nasyciło się iskrami.
- Ciężko się pozbyć swojej istoty. Dorosłem, jako najemnik, bycie bogiem mam w pakiecie Premium. – przeczesał długie pukle ciemnych włosów i sprawnie związał je w kitkę. – Rozumiem, że moja siostra wie, o tym. – wskazał na miejsce, w którym do niedawna leżała kuzynka chłopaka.
Kai po dłuższej chwili ciszy, odrzekł:
- Wie, jest Cesarzową. Ale nie wiem, czy ty powinieneś to wiedzieć. –przesunął ręką w powietrzu, podkreślając całokształt sytuacji. – Zwłaszcza to. – pokazał swoje ciemne oczy zalane szkarłatem.
- Sekrecik się rypnął, co? – Asaylen zachichotał.
- Jak widać. Ktoś nie powinien szpiegować innych, bo może zapłacić za ciekawość sporą cenę. - uniósł wargi, odsłaniając kły.
Iru nie pozostał mu dłużny. Odpiął guzik i zsunął z siebie czarny płaszcz ze smoczej skóry.
- Myślisz, gówniarzu, że możesz bez konsekwencji wymawiać groźby pod moim adresem?- napiął mięśnie, które płynnie zatańczyły pod skórą. Przeciągnął się jak pantera, gotowa wyruszyć na polowanie.
- Cenisz swoje umiejętności, ale one ci nie wystarczą, nauczycielu. – przywołał na usta złośliwy grymas.
- To ty przeceniasz swoją moc starożytnych. Jestem najemnikiem, bogiem i bratem mojej siostry, do tego mam doświadczenie w polowaniu na bogów. Jestem Assassinem! – krzyknął, a jego tęczówki zalała czerwień.
- Cóż, mogę mieć problem, bo jesteś bratem Cesarzowej i…- nie dokończył, bo zimne ostrze nacięło delikatną skórę jego szyi. Kai zamrugał zdezorientowany. Kątem oka dostrzegł twarz mężczyzny.
- Niespodzianka, młodziaku.
  • awatar ognisty-podmuch: Jestem pod wrażeniem... zatkalo mnie gdy Iru sie pojawil, a z drugiej strony pomyslalam ze Aslyen w ten sposob chce dostac mozliwosc poprzez walke z Kai'em aby stac sie starozytnym lub chocby pozbyc sie frustracji..... hesuuuuuu..... wiiiii
  • awatar Lisa Angels: Ooooo, Kai vas Asaylen?! Chcę to przeczytać! Koniecznie, już, teraz, natychmiast! Wreszcie Kaydia zapłaciła za swoje, strasznie jej nie lubiłam... I moja kochana Nishi jak zwykle spisała się na medal... ale powiem ci, że zaskoczyłaś mnie tym, że Kai osiągnął moc starożytnych, nie spodziewałam się tego. Więc mam nadzieję, że już niedługo zobaczę piękny nowy rozdział :D
  • awatar Kate - Writes: Okey, chyba coś zrozumiałam nie tak, albo przegapiłam, bo niewiele rozumiem. Gratulacje dla Nishi... A taką mocą starożytnych to i ja bym nie pogardziła.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

seiti1008
 
Po długiej nieobecności, wracam z małym rozdzialikiem. Specjalne podziękowania dla Usi, która zawsze mi nakreśli swoją postać. :*

Serce wojownika

Delikatny wiatr swym cichym szeptem poruszał nieznacznie liśćmi dostojnych drzew. Potężne konary rzucały długi cień, zanurzając się w oddechu następującej nocy. W cieniu drzew  siedział wojownik, który mętne spojrzenie utkwił w znikającym słońcu. Zgniatał go ciężar w sercu, którego nie potrafił udźwignąć. Ciężar tak wielki, że męska hartowana tragediami dusza nie była wstanie go unieść i odrzucić. Rozczarowanie, gorycz i niemożność pogodzenia się z absurdalną, jego zdaniem, decyzją jego jedynej siostry, rysowały w nim skazę.
Sfrustrowany zacisnął palce wokół szyjki butelki. Łapiąc ciężko powietrze, starał się uspokoić wybuch gniewu. Niewiele myśląc, wychylił jednym haustem pozostały na dnie trunek. Skrzywił się od wlanych w siebie procentów. Otarłszy usta, dostrzegł wiercące ją z dezaprobatą spojrzenie spochmurniałego błękitu. Kobieta skrzyżowała gniewnie ręce na piersi i zmierzyła ostro wojaka.
- Co? – spytał, nie mogąc wytrzymać rugającego wzroku.
- Wyłoiłeś całą butelkę! – uniosła się.
- Zaraz sięgnę po kolejną. – wyszczerzył sarkastycznie ząbki.
- To chyba nie zapasy Cesarzowej, co? – zmarszczyła brwi, przyglądając się etykiecie.
Sayen uniósł pustą butlę i zerknął na tłusty i elegancki nadruk.
- Nie zbiednieje. – oznajmił
- Czyli podwędziłeś ją swej pani! Toż to karygodne! Wiesz, że Cesarzowa skarbi sobie swoje zapasy, a ty…
- A ja się nimi pocieszam. – przeciągnął się i ułożył nonszalancko na trawie. – Zły ja. – skarcił się uderzając lekko palcami jednej dłoni w przegub drugiej.
- Sayen! To do ciebie niepodobne!
- Najwidoczniej mnie nie znasz, Carol. – syknął.
Kobieta westchnęła z rezygnacją. Przejechała czule po jego zaciętej twarzy.
- To coś z Kat, nieprawdaż? – zapytała i usiadła obok niego.
- Poddała się. – wyszeptał, spuszczając głowę.
Półbogini otworzyła szeroko oczy. Rozpaczliwie szukała słów pocieszenia, lecz miała pustkę w głowie. Rozumiała decyzję Kat.
- Ona mogła umrzeć. Nie zginęła tylko dzięki Nishi i Cesarzowej.
- Dlatego powinna trwać w swym obowiązku i nie porzucać Asimy! – obruszył się.
- Czy lęk przed śmiercią jest czymś złym? Ona nie jest taka jak ty, jest kobietą i jej pragnienia są inne niż twoje. My, gdy jesteśmy gotowe chcemy mieć dzieci, rodzinę, chcemy być kochane. – łagodnie tłumaczyła.
- Moja siostra to wojownik! Wojownik liczy się ze śmiercią; wojownik jest gotowy umrzeć dla swego pana; wojownik idzie ścieżką samotności! – pieklił się.
- I taką ścieżką kroczyła, lecz w obliczu śmierci mogła zrozumieć, że pragnie czegoś więcej. – Carol nie poddawała się, za punkt honoru obrała wytłumaczenie temu zaborczemu gościowi rozsądnej decyzji Generała.
- Więcej? Ona uległa ojcu! To on jej wmówił, że powinna tak uczynić, bo chce mieć spadkobierców. – warknął.
- Być może zrozumiała, że to dobra decyzja dla niej.
- Bzdura! Będzie tęsknić za wolnością jaką daje walka; będzie tęsknić za brzdękiem miecza i zapachem krwi i potu. To wojownik!
- Wojownik, który jest niesprawny! – huknęła zirytowana już twardogłowością Sayena. – Nie pomyślałeś, że czuje się bezużyteczna w armii wspaniałej Cesarzowej?! Myślisz, że nie czuje presji bycia wojownikiem kogoś takiego jak Cesarzowa?! Z pewnością jest dozgonnie wdzięczna za uratowanie życia i nie chce nim więcej ryzykować! Wybrała drogę, która nie zagrozi jej istnieniu. Twoja siostra chce żyć, a ty nie masz prawa ganić tego pragnienia! Każdy ma prawo do życia. Zamiast się bulwersować, odłóż swój egoizm i ją wesprzyj! Dodaj jej otuchy, by mogła odzyskać chociaż częściową sprawność i pozwól jej żyć jak chce!
Generał wpatrywał się w nią lekko zszokowany jej uniesionym tonem. Nakrzyczała na niego. Spokojna, radosna i życzliwa Carol nakrzyczała na niego, stawiając go do pionu. Jej argumenty zmusiły go do przemyślenia całej sytuacji. Miała rację, zachował się jak egoista, który nawet nie chciał zrozumieć swojej własnej siostry. Westchnął, wypuszczając z siebie ciężko powietrze. Spojrzał na zeźloną kobietę, której pierś niespokojnie falowała.
- Jesteś niesamowita. Piękna, mądra i umiesz wyłożyć kawę na ławę. – odrzekł, przyglądając się jej zaskoczonej buźce.
Zarumieniła się po same uszy nagłą i niezrozumiałą dlań zmianą toru rozmowy. Zatkało ją i wymamrotała jedynie ciche „dziękuję”.
Rozbawiony jej reakcją Sayen, postanowił iść krok dalej. Jej urocze lica, które rumieniły się od jego słów jak jabłka w słońcu, kusiły go by igrać z jej wdziękiem.
Uśmiechnął się szelmowsko, a ją przebiegły ciarki. Wstał i otrzepał się. Zajrzał w jej przepiękne oczy, lecz ona przełknęła głośno ślinę i odskoczyła niczym łania od wygłodniałego wilka.
- Cieszę się, że zrozumiałeś, że byłam pomocna, ja chyba pójdę… bo… - kręciło się jej w głowie.
Generał złapał ją za rękę i sinym szarpnięciem przyciągnął do siebie.
- Nie podziękowałem jeszcze. – wyszeptał ochryple.
Carol zastygła w bezruchu. Czas się zatrzymał, a ona utknęła w niemocy z walącym mocno sercem. Była przerażona myślą, że w nagłej ciszy słychać tylko bicie jej poruszonego i zakochanego serduszka.
Sayen ujął jej twarz w dłonie. Łagodnie pogładził jej policzek.
- Dziękuję ci, że jesteś moim głosem rozsądku. Dziękuję, że uniosłaś ze mną ten ciężar w mojej duszy i pomogłaś mi go odrzucić hen daleko.
- Ja… - świat zaczął wirować, a jej ciało płonęło. Wszystko uspokoiło się, gdy jego usta musnęły jej gorące wargi. Zalała ją fala namiętności i spełnienia. Poddała się jego pocałunkom.
Wojownik delektował się słodyczą zamkniętej w swych ramionach niewiasty, gdy poczuł zimny powiew przebiegający mu wzdłuż kręgosłupa. Oderwał się od rozanielonej Carol i rozejrzał dookoła.
- Sayen? – zamrugała nerwowo.
Mężczyzna znał to złowrogie spojrzenie i wiedział, że z owym osobnikiem lepiej nie zadzierać.
- Więc tak kończy służbę Główny Generał Cesarskiej Armii. – usłyszeli drwiący głos, a potem ujrzeli smukłą, acz dobrze zbudowaną sylwetkę.
- Wasza Wysokość. – Carol pokłoniła się, czując palące wykwity.
- Powinnaś już wracać. – odparł twardo.
- Tak. – posłusznie odparła, i rzuciwszy ukradkowe spojrzenie Sayenowi, pobiegła ku pałacowym murom.
Sayen mierzył się z górującym nad nim bogiem.
- Carolindes nie jest byle jaką dziewką, z którą możesz się zabawiać. To dla mnie cenna przyjaciółka. – wycedził przez zęby.
- Wiem, Airen. Nie traktuje jej lekko jak przygody. Nie mam zamiaru jej skrzywdzić. Ona dla mnie również jest ważna.
- Och, powinienem podskoczyć z radości, że odstosunkowałeś się od mojej lubej? – Król prychnął sarkastycznie.
- O co ci chodzi, psie ogrodnika? – Sayen wydął usta w złośliwym uśmieszku.
- To groźba: skrzywdzisz Carol a doznasz straszliwych mąk. – odwzajemnił uśmieszek i minął wojownika.
Sayen odprowadził wzrokiem ginącego za drzewami Airena.
- Przecież wiem. – szepnął.

Poblask zachodzącego słońca odbijał się od ścian i oślepiał siedzących przy biurku uczniów. Aicsha zasłoniła twarz ręką, próbując dojrzeć litery. W ciszy słychać było tylko skrobanie pióra o papier. Bogowie pilnie przyswajali wiedzę potrzebną do zdania zbliżających się egzaminów.
Kai odłożył pięknie zdobione pióro i przeciągnął się. Spojrzał na zapisaną kartkę.
- Wiesz – przerwał obopólne milczenie – chce porozmawiać z Kaydią.
- Hę? – Ai podniosła wzrok. Zamurowało ją to, co usłyszała.
- Czuje się winny względem obu. Muszę rozwiązać tę sytuację. Powiem Kaydii, że zakochałem się w innej i chcę zerwania zaręczyn. Tak będzie lepiej dla nas obojga. – oznajmił.
Arcyksiężniczka odchyliła się na krześle, lustrując chłopaka siedzącego niedaleko niej. Zastanawiała się czy w świecie ludzi cegła nie spadła mu na głowę. Zamierzał zerwać zaręczyny, od których zależał pokój w jego królestwie. Czy było to rozsądne? Nawet ona nie wykazałaby się taką nieodpowiedzialnością względem poddanych. Miłość była egoistyczna i mieszała zmysły.
- Sądząc po twojej minie, nie jesteś za. – zmarszczył smutnie brwi.
- Owszem. Uważam to za głupotę. Przemyślałeś konsekwencje?
- Mam trwać w czymś, w czym będę nieszczęśliwy? Nie mam prawa do szczęścia? – zapytał rozgoryczony. – Zabijałem w imię mego narodu, czy to nie wystarczające brzemię, które niosę dla mojego kraju? Bycie królem ma mi odebrać prawo do miłości?
- Moja odpowiedź ci się nie spodoba, bo mam inną definicję władcy doskonałego. – odrzekła, chcąc ukrócić niewygodną dyskusję.
Próbowała zwalczyć kiełkujące uczucie, z którego nie była zadowolona. Uświadomiła sobie różnicę w miejscach w sercu Kai’a. YuLee siedziała na piedestale. Dla niej był gotów na wojnę. A ona? Musiała zadowolić się byciem kochanką. Bolało. Szybko stłamsiła ukłucie zazdrości – to była przeszłość. Kai należał do Yu. Powtarzała to sobie w myśli, aż jej serce nie zaakceptowało tego faktu. Zajrzała w cierpiące srebro.
- Dążę do czegoś innego niż ty, Kai. Jestem gotowa poświęcić swoje pragnienia dla ludu, który przekaże mi matka. Miłość dla mnie jest mniej ważna niż dobrobyt Animalijczyków; niż uśmiechy i spokojne życie poddanych. Nie zmarnuję poświęcenia mej matki. Nigdy. – odparła stanowczo.
- Zatem nie kochałaś.
- „Kocham, idioto.” Szlachetna miłość do ludu jest mym celem, nie ta próżna i egoistyczna. Władca musi być odpowiedzialny. Dzierżysz w swych dłoniach losy innych, nie zapominaj o tym. Jeśli i tak wybierasz miłość do kobiety, to nie powinieneś być królem.
- Swemu ludowi oddałem swoją niewinność! Nie chce poświęcać tego uczucia, bo Yu jest wyjątkowa i zasługuje na bycie na pierwszym planie, a nie na ukradkowe spotkania.
Ai zacisnęła kły, które wysunęły się niezależnie od jej woli. Krew w niej wrzała. Przymknęła oczy, by skryć czerwień tęczówek. Wzięła kilka wdechów i uspokoiwszy się, odparła:
- Myślisz, że Kaydia przyjmie to spokojnie? A twój wuj? Rozpętasz piekło, z którego dopiero co uciekłeś.
- Zawsze mogę skrócić wujaszka o głowę. – uniósł wargi, obnażając kły. Jego oczy płonęły determinacją. Ai odpuściła jałową dyskusję.
- Żeby ci się to nie odbiło czkawką. Genialny plan – poćwiartować wujaszka. Powodzenia. – syknęła i wróciła do czytania. Pogawędka z Dzieckiem Wojny wybiła ją z rytmu i zabiła jej skupienie. Nie wiedziała, co czyta. Zamknęła książkę. Wodzenie po literkach bez zrozumienia było bezcelowe. Wstała z krzesła, i nie patrząc w stronę chłopaka, ruszyła ku łazience. Letni prysznic powinien ugasić jej wzburzone serce.
Stojąc pod chłodnym strumieniem skierowała swe myśli jak najdalej od Kai’a. Rozmyślała o niewyjaśnionej sprawie Asdy. Dziewczyna przepadła bez śladu. Nie mieli żadnego tropu i utknęli w martwym punkcie. Asdę uznano za zaginioną i rozesłano międzygalaktyczne zawiadomienie o jej zniknięciu. Tylko tyle. Arcyksiężniczka poczuła znienawidzoną bezsilność.
Przeniosła wzrok na wirującą wodę w odpływie i mimowolnie pomyślała o chłopaku za drzwiami.
Była szczęśliwa, gdy wrócił, choć się zmienił. Był zimny jak skała, o pustym sercu. Chciała swą dobrocią obudzić w nim jego stare „ja”, ale śmierć jej babki zabiła w niej niewinność. Nie była w stanie przebudzić Kai’a. Nie mroczna Ai. Odrzucała miłość, była pewna, że nie umiała kochać, a mimo to jej serce zabiło dla niego. Nim to sobie uświadomiła, on należał już do YuLee, której dobrość skruszyła jego skorupę. Nastała era cierpienia i niechęci do samej siebie. Ponownie odrzuciła miłość. Chciała kroczyć ścieżką władcy doskonałego.
Zaczesała włosy do tyłu.
Tak, to cel, na którym powinna się skupić. Kai obrał swoją drogę, a ona nie może kierować jego życiem. Miała jedynie nadzieję, że jego decyzja nie napisze czarnego scenariusza.
Zakręciła kurek i sięgnęła po ręcznik, który otulił szczelnie jej ciało.
Podjęła decyzję: wyjdzie za Faini, będzie żyć dla ludu, a miłość Kai’a i YuLee nie będzie solą w jej oku. Zabije ten zalążek miłości. Nie potrzebowała tak zgubnego uczucia.
Uśmiechnęła się zadziornie do swojego odbicia. Czuła się odświeżona.

Ostrożne stąpanie Mili zagłuszało wszechobecną ciszę panującą w niegdyś tętniącej życiem osadzie. Zaniedbane domostwa rozpadały się na jej oczach, a dzika zwierzyna uciekała w popłochu nieprzyzwyczajona do obecności dwunożnych istot. Kobieta rozglądała się z nostalgią po miejscu, które kiedyś bywało jej domem. Brak ludności musiał być dla Iru przytłaczający, lecz ona czuła się swobodnie. Natura pochłaniająca to, co stworzyli, dawała jej poczucie wolności. Poślubiona samotności czerpała przyjemność z zjednoczenia się z przyrodą. Przystanęła i nabrała w płuca rześkiego powietrza. Poczuła niezwykłą lekkość; była jak piórko unoszące się na wietrze. Na jej usta wypełzł uśmiech zadowolenia.
Radość czerpaną z chwili przysłoniły jej wątpliwości, co do zleconego zadania. Coś było na rzeczy. Pociągnęła swoje kontakty za języki, lecz nikt nie wiedział nic o vetaricie, a to oznaczało, że nie było go na czarnym rynku. Co więc się z nim stało? Cóż, nie był to jej problem, tylko Airena. Nie miała powodu, aby zaprzątać tym sobie głowy; miała poważniejszą zagwozdkę siedzącą przed nią na starym drzewie. Iru wyróżniał się na tle przytłoczonego życiem starej sosny długowiecznej, na którego gałęziach nie gościły już igły. Bóg spoczywał oparty o jasny pień. Wydawał się nieobecny. Mili skrzywiła się, wiedząc, że czeka ją nie lada wyzwanie. Czuł ją, była tego pewna, ale nawet nie drgnął.
- Słyszałam, że trenujesz, ale ty się najzwyczajniej w świecie lenisz! Przyszłam zobaczyć jak kozaczysz i co widzę? Lenia patentowanego! Co za rozczarowanie… - prychnęła, przykuwając jego uwagę.
- Zatem możesz iść i zostawić mnie samego. – odwarknął.
- Och. – syknęła. – „Najwidoczniej nie chce pomocy, nic tu po mnie.” – zaperzyła się. – Skoro tak chcesz. – zrobiła zwrot, lecz zatrzymała się i obróciła. – Jednak uważam, że ktoś powinien cię walnąć i z przyjemnością będę to ja. – zlustrowała go chłodno.
- Mili, nie mam ochoty na twoje gierki.
- Ponoć mnie kochasz, ale jakoś nie cieszysz się z mojego widoku. Powinnam być zła? Powinnam sprać to twoje zastygłe cielsko?
Asaylen powiódł ku niej mętnym spojrzeniem. Z daleka widział jej wściekłe czarne oczy.
- To nie tak… sam muszę uporać się z… poczuciem winy.
- Więc może jednak walka. – zaproponowała, a on nie wiedział, co jest celem owego sparingu – wyrzucenie z siebie jej gniewu czy chwilowe zapomnienie dla niego.
- Próbowałem, to tylko chwilowe…
- A kto tu mówi o tobie? – weszła mu w słowo – Jak patrzę na twoją markotną gębę, to rzygać mi się chce. Muszę sobie ulżyć obijając tę paskudną twarzyczkę.
Obrzucił ją z niesmakiem.
- Jeśli przysłała cię moja siostra, to niezbyt trafnie wybrała osobę do pocieszania. Kiepsko ci idzie jakbyś nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Dzięki za tę bezużyteczną informację. Sturlaj się w otchłań depresji, co mnie to. – uciekła wzrokiem i skrzyżowała ręce na piersi. – Ja tylko wracałam z zadania i zaszłam tutaj. – skłamała.
Zaśmiał się cicho.
- Jakaś ty niedostępna i nieczuła. – wiercił ją przeszywająco.
- Chyba przeszło ci złe samopoczucie, znam ten lubieżny wzrok. – zauważyła, krzywiąc się.
- To nostalgiczne miejsce. Ma w sobie sporo wspomnień, również takich o twoim ciele i krzyku rozkoszy. Właśnie mi się przypomniało to i owo.
- Idę sobie. – oznajmiła bez emocji, ignorując jego perwersyjne zaczepki.
- Mili, czy nie tęsknisz za życiem tutaj?
Zatrzymała się i odwróciła. Byli tak różni, a jednak podobni.
- To były dobre czasy. Walczyłam cały czas, o każdy dzień swego życia. Teraźniejsze życie jest…
-… monotonne. Braki mi dreszczyku adrenaliny, niebezpiecznych zadań i beztroski. Kiedy go ujrzałem i poznałem jego marzenie, coś we mnie drgnęło. Dostrzegłem jak bardzo odrętwiałem tym rutynowym życiem. Zapragnąłem poczuć się jak kiedyś i to mnie zaślepiło. Wiedziałem, że jest niebezpieczny, ale nie skojarzyłem tego, co powinienem i moja mała siostrzenica… - urwał, gdy jego ból w piersi urósł i odebrał mu mowę.
- Również bym chciała poczuć ten dawny posmak, ale nie jestem już tamtą Mili, a ty tamtym Iru. Nie ma sensu obwiniać się. To głupie. Nishi pokazała na co ją stać i co jest w stanie zrobić dla ważnych dla niej osób. Wyszło jej to na dobre. Klasa ją uwielbia. Nie martwiłabym się o nią, pamiętaj czyja to córka. A tamten chłoptaś, cóż, nie obwiniaj się za głupotę innych. To jego decyzje go do tego zaprowadziły.
Iru uważnie słuchał każdego słowa. Być może nie zdawała sobie sprawy, ale jej lekkie podejście i dystans do tego wydarzenia, podbudował go. Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz kobieta ubiegła go.
- Co prawda Kat ma się niezbyt dobrze, słyszałam, że jej stan jest ciężki, ale z pewnością są i tego jakieś plusy.
Spuścił głowę, jakby uszło z niego powietrze.
- Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tak mawiała Karin. „Poczucie winy zniknie, jak zrobisz coś dla innych.”- zacytowała.
- Zakładam, że to nie twoje słowa. – przeczesał włosy i uśmiechnął się perliście.
Kilkanaście minut później dał się przekonać na małą potyczkę. Ich płynne ruchy przypominały taniec aniżeli zacięty bój. Przewidywali swoje ruchy, niczym stare małżeństwo swoje słowa. Ich oddechy i szelest trawy wprawionej w ruch od stawianych nań kroków, przypomniały puszczonemu w niepamięć miejscu lata, gdy takie sparingi toczono każdego dnia, o każdej porze. Czas cofnął się o parę lat, a obecność pary byłych najemników rozświetliła zapomnianą osadę. Byli dumą upadłej wioski.
Asaylen świetnie się bawił. Pozwalał jej czasem na prowadzenie, trzymając swą moc na wodzy. Wielokrotnie miał okazję ją powalić, ale nie chciał przedwcześnie kończyć zabawy. Mili robiła się coraz bardziej zacięta. Zrobił unik i w mgnieniu oka zszedł na ziemię i podhaczył zaskoczoną kobietę. Po prostu znikł jej z oczu.  Dojrzała go, gdy było za późno. Nim upadła głucho na ziemię, dopadł ją i złapał za nadgarstki. Upadli razem. Przygniótł ją swoim ciężarem. Uśmiechnął się zawadiacko.
- Podoba mi się ta pozycja. – mocniej docisnął swoje uda do jej.
- Nie wątpię. – odparła, próbując się wydostać z jego stalowego uścisku. Na próżno.
- Szarpiąc się tylko… - oblizał usta, a Mili zdrętwiała, gdy poczuła twarde wybrzuszenie.
- Zboczeniec. – prychnęła.
- Ty tak na mnie działasz. – przejechał po jej twarzy zamglonym i pociemniałym spojrzeniem. Miała zarumienione policzki, które kontrastowały z jasną cerą. Białe włosy układały się w nieładzie, a rozchylone usta brały łapczywie oddech. Miękkie i soczyste wargi kusiły swoją apetycznością. Jak mógł dłużej się jej opierać? Nachylił się i wpił w nie bezkarnie.
Początkowo smakował jej zachłannie, bojąc się, że ucieknie jak mgliste marzenie senne. Dopiero, kiedy odpowiedziała na jego pieszczoty, uspokoił się i składał na jej ustach delikatne pocałunki, od których dostawała spazmów rozkoszy. Jęczała, wsuwając palce w jego włosy i dociskając mocniej do siebie.
- Iru…- szepnęła ochrypłym, zmysłowym głosem.
Na dźwięk swojego imienia oszalał z pożądania. Jednym silnym ruchem zerwał z niej top i podążył zachłanną ręką pod spodenki. Pieścił ją energicznie. Mili odchyliła głowę i wygięła się w łuk. Zobaczywszy jej gładką skórę i jędrne, nabrzmiałe piersi, proszące się o dotyk, zsunął jej dolną część garderoby i dopiął rozporek, uwalniając prężącego się członka. Wszedł w nią jednym, gwałtownym ruchem. Mili uniosła biodra. Poruszali się dziko i nienasycenie. Jedną ręką oparł się ziemię, a drugą ujął jej pośladek, który zacisnął. Kobieta zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła do siebie. Namiętny pocałunek rozbuchał bardziej ich żądzę. Gładziła jego plecy, czując napływającą falę rozkoszy. Wbiła w jego skórę paznokcie i krzyknęła. Iru schował twarz w jej piersiach. Chwila spełnienia była już blisko. Jej urywany oddech, a potem krzyk, dudniły mu w uszach. Cicho jęknął i opadł z sił. Wtulił się w nią mocno, nie chcąc nigdy wypuścić ze swych objęć.
- Mili, kocham cię. – spojrzał jej w oczy. – Wyjdź za mnie.
  • awatar ognisty-podmuch: Dla takich rozkoszy jak to uchyle ci nieba :-*
  • awatar Lisa Angels: Kwestia panowania, jest zawsze trudna, wydawałoby się, że jako król można robić co się chcę, ale tak jak powiedziała Ai, jako władca, człowiek musi się poświęcić dla narodu, dla kraju. Współczuję jej, ale z pewnością będzie dobrą władczynią :D
  • awatar Kate - Writes: Ojej, nie zauważyłam tego rozdziału. Piękny. a najlepsza końcówka.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

seiti1008
 
Ciemność płynąca w żyłach cz. II

Ciemność nikła na horyzoncie rozciągających się na zapomnianych ziemiach. Brzask powstającego słońca rozganiał królestwo księżyca, w którym czaiły się koszmary i marzenia.
Iru wyprostował się, wodząc lekko zaskoczonym wzrokiem po krajobrazie oprószonym blaskiem wstającego dnia.
- Już poranek? – odkrył zdumiony, zastanawiając się kiedy godziny uciekły mu między palcami.
Przejechał spojrzeniem po rumieniącym się niebie, które jakby zawstydzone jestestwem słońca dostało palących wykwitów. Asaylen uśmiechnął się szeroko.
- Zupełnie jak zastępy mężczyzn na widok majestatycznie kroczące Asimy. Wstyd, niebiosa. – zaśmiał się pod nosem.
- Gadasz sam do siebie? To oznaka choroby psychicznej. Czyżby skutki utraty dawnego życia? – usłyszał szyderczy głos młodziaka.
- Nie, skutki picia wódki. – burknął, zerkając kątem oka na ambitnego boga, który usłyszawszy odpowiedź byłego najemnika parsknął śmiechem.
- A myszki białe widzisz? – zaśmiewał się do rozpuku, ocierając łezkę rozbawienia.
- Nie, ten etap mam przed sobą. – rzucił, obracając się w jego stronę i zarzucając miecz na ramiona.
Ikol zaniemówił. Chłonął widok przed sobą. Postać Assassina otulała łuna poranka. Czerwień towarzysząca początkowi codziennej podróży słońca, przypominała mu rozlaną krew, która wsiąkała w ciało najemnika stojącego naprzeciw niego. Ostrze miecza połyskiwało, odbijając promienie i dzierżąc na swej klindze groźbę śmierci – bolesnej, okrutnej i długiej.
Otworzył usta, podziwiając piękno przeszłości nacji, którą podziwiał.
Iru zmarszczył brwi.
- Rumienisz się. Weź! Nie zakochaj się tylko we mnie! To obleśne! – skrzywił się, wymachując ręką w geście nakazującym młodemu bogowi jak najszybsze zejście mu z oczu.
- Co… - jego wykwity powiększyły się. – ja… wcale… za kogo ty się masz?! Nie jesteś tak wspaniały, abym dla ciebie porzucał kobiece kształty!
- Jestem cudowniejszy niż myślisz. – zarzucił długie pasma do tyłu, oddając się swej narcystycznej stronie.
- Twoja laska musi mieć nerwy ze stali…
- To heros baba. – Iru z dumą podparł się za biodra. – A wracając… chciałeś czegoś?
Ikol uśmiechnął się cwanie.
- Mam propozycję. Dzisiaj świat ponownie usłyszy o najemnikach; odbuduję ich świetność. Chcesz się przyłączyć?
Atmosfera zgęstniała. Iru poczuł mordercze intencje swojego rozmówcy, a jego instynkt szeptał mu o czającym się niebezpieczeństwie. Sam nie wiedział dlaczego miał złe przeczucia. Czy powinien go powstrzymać tu i teraz? Czemu poczuł niepokój? Czy to z jego powodu? Czuł, że biedak przypłaci to życiem? Czy wręcz przeciwnie, zagrażał czemuś mu bliskiemu?
Zacisnął mocniej palce na rękojeści, świdrując wyczekującego boga chłodnym wzrokiem. Młodzieniec miał marzenia i zadatki na sprawnego najemnika. Wielokrotnie kusiło Iru, aby poprawić jego postawę czy wytknąć błędy, które uniemożliwiały mu szybsze zwody. Pokusa wzięcia młodego pod swoje skrzydła była bardzo pociągająca. Odkrył, że jego serce pragnie powrotu do starych dni wypełnionych przemocą, krwią i strachem ofiar. Etacik u siostry przytępił jego zmysły, ale żądze pozostały niezmienne. Zastanawiał się, jak skończył. Uczył bandę rozpieszczonych bachorów walki, choć połowa z nich nie powinna dostąpić zaszczytu trzymania miecza. Teraz na wyciągnięcie miał nieoszlifowany diament i możliwość powrotu do znanego mu życia. Czuł się sfrustrowany i zagubiony. W jego sercu toczyła się walka. Przymknął powieki.
- Nie dzięki, tym razem odpuszczę. – odparł, a na twarzy młodziaka wymalowało się rozczarowanie.
- Jak chcesz, ale pamiętaj, że obleję się chwałą. Sam. – dumnie wypiął pierś. – To do mnie przylecą zleceniodawcy. To ja zjednoczę to. co się rozpadło.
- Tak, tak. – Asyalen przewrócił oczami, czując jak ucisk w jego klatce piersiowej rośnie. Odprowadził wzrokiem uradowanego Ikola, aż chłopak rozmył mu się w ciemności lasu. Prześladujące uczucie nie chciało minąć. Potrząsnął głową, wracając do treningu. Próbował się zmusić do ćwiczeń przez kolejne kilka godzin, jednak upierdliwa myśl, nie dawała mu spokoju.
- Aaaa! Szlag by to! – wrzasnął, wplatając palce we włosy i tarmosząc je.
Zerknął w miejsce, w którym zniknął Ikol. Westchnął, nie wierząc, że ulega własnej głupocie. W mgnieniu oka znalazł się w miejscu otwarcia przejścia. Skupił się, zamykając oczy. Energia pulsowała i wiła się wokoło nikłych śladów pozostawionych przez bramę. Iru machnął ręką, odtwarzając energię przejścia.
- Ciekawe gdzieś ty polazł? – z tym pytaniem na ustach wkroczył w złoty poblask.

Ciche skrzypnięcie lekko pchniętych drzwi rozbrzmiało pośród dźwięków porannej krzątaniny. Świergot ptaków, szum wody i przytłumione rozmowy przebudzonej młodzieży przeganiały ciszę nocy.
Drewniane skrzydło uchyliło wnętrze pokoju, wpuszczając do niego słup światła z korytarza. Postać w progu szybko się rozejrzała i z chytrym półuśmieszkiem czmychnęła do środka, powoli zamykając drzwi. Rozejrzała się, przejeżdżając opuszkami palców po komodzie po lewej stronie od wejścia. W pomieszczeniu panował półmrok, w którym skryły się wszelkie sekrety mieszkającej w niej osoby. Łóżko, stojące po tej samej stronie, co komoda, było niezaścielone i zmiętolone. Czyżby lokator miewał niespokojne sny? Dziewczyna zawadiacko się uśmiechnęła i usiadła wygodnie na pomiętej pościeli. Podskoczyła kilka razy, sprawdzając miękkość materaca. Jej nozdrza uderzył przyjemny zapach. Nie potrafiła określić woni, lecz była mocna i miła oraz na swój sposób podniecająca. Żachnęła się, odganiając nieprzyzwoite myśli. Przejechała wzrokiem po meblach. Jej wzrok utkwił w nierozpakowanym bagażu.
- Jeszcze nie poukładał swoich rzeczy? – szepnęła zdziwiona.
Usłyszała głuchy odgłos kroków i w drzwiach od łazienki stanął właściciel pokoju.
- Ai… co ty tu robisz?! – krzyknął zaskoczony, gorączkowo próbując zasłonić swoją nagość.
- I to by było na tyle jeśli chodzi o wybicie sobie ze łba zbereźnych myśli. – odrzekła, wlepiając wygłodniały wzrok w przyrodzenie swojego narzeczonego. – Nie używasz ręcznika? – spytała, przesuwając spojrzeniem po jego nagim torsie i zatrzymując się na twarzy buchającą czerwienią.
- Po co… przecież sam tu byłem?! Odwróć się! Wyglądasz jak wygłodniały lew! – skulił się jak zajączek zapędzony w kozi róg.
- Nie jesteś pierwszym gościem, którego widzę nago. – odparła, oblizując usta i ciągle krążąc oczami wokół zaciekle skrywanego krocza chłopaka.
- Egocentryczka! Ale MNIE nagiego widzi po raz pierwszy dziewczyna! – przycupnął przy szafie, stojącej przy wejściu do łazienki.
- Zmuś mnie. – Ai zaśmiała się krótko, krzyżując ręce na piersi.
Czuła uderzenie gorąca. Przygryzła wargę. Wstała i podeszła do zszokowanego Faini. Złapała jego rękę i pociągła go za sobą. Rzuciwszy go na łóżko, powoli uklękła na podłodze. Położyła dłonie na jego udach. Chłopak skamieniał i mogłaby przysiąc, że jego źrenice utworzyły wir. Była ciekawa czy odpłynie razem z nim. Powstrzymała parsknięcie śmiechu i delikatnie opuszkami palców przesunęła po jego nieskazitelnej skórze.
- Eech, niejedna dziewoja by ci pozazdrościła delikatności i jedwabistości skóry. – mruknęła przeciągle, gładząc jego sztywną nogę.
Niczym polująca kotka wdrapała się na łóżko i nachylając się nad znieruchomiałym ciałem narzeczonego, powiodła dłonią ku jego penisowi. Ujęła członka i zaczęła go masować, w odpowiedzi dostając dziewczęce piśnięcie. Próbując zachować powagę, pochyliła się i otoczyła ustami powiększające się przyrodzenie struchlałego chłopaka.
- Aicsha! – krzyknął, zbierając w sobie siły na akt sprzeciwu.
- Mcio… - spytała, nie przerywając sobie.
- Przestań… - wydukał błagalnie, ulegając kolejnej fali zalewającej go przyjemności.
- Kłamca. – zaprzestała zabiegu, ocierając usta. – Chcesz, żebym kontynuowała. – przysunęła się bliżej. – Chcesz, żebym posunęła się dalej. – szepnęła mu zmysłowo do ucha. – Chcesz to zrobić. – przygryzła płatek jego ucha. – Chcesz się tego nauczyć. Mogę to zrobić. – wyprostowała się, po czym usiadła na nim okrakiem.
- Ale ja…
- Lubisz chłopców. – prychnęła z politowaniem – Więc ty i on – wskazała na jego prężącego się penisa – macie odmienne gusta.
- Ale… ale… - poczerwieniał, będąc pewnym, że spłonie ze wstydu.
- Nauczę cię seksu. – zadeklarowała, sprawnie ściągając majtki i rzucając je na podłogę.
- Nie możesz… - podparł się na ramionach.
- Posłuchaj mnie, seks to seks. To zaspokajanie swoich pragnień, żądzy. – oznajmiła, wsuwając go w siebie. – Zaraz poczujesz niebywałą przyjemność.
Odchylił się do tyłu i opadł na poduszkę. Mógł na to przystać? Brak mu było doświadczenia. To był inny świat niż ten, który znał. Mógł przyjąć tę lekcję z wdzięcznością; mógł potraktować to jako wstęp do okazywania miłości. Spojrzał na nią zamglonymi oczami. Poruszała się powoli, zmysłowo. Ociekała seksapilem, była niczym szampan wypity jednym haustem- uderzała do głowy, zwłaszcza abstynenta takiego jak on. Ruchy jej bioder były drapieżne i otwierały przed nim wrota do nieznanego świata nasyconego dziką przyjemnością.
Położył ręce na jej biodrach zakreślających kółka. Zacisnął palce na materiale spódniczki.
- Ai, czy ty… kochałaś się kiedyś? – drżącymi dłońmi rozpinał kolejne guziki jej bluzki.
Młoda bogi zastygła w bezruchu, patrząc w jego liliowe oczy. Kątem oka widziała jak nieporadnie ją rozbiera. Zaśmiała się gorzko.
- Nie. Kochanie się jest mi obce, przykro mi, tego cię nie nauczę. Ale rozpalę w tobie namiętności, która pozwoli ci się kochać. – powróciła do sprowadzenia na nich nieziemskiej przyjemności.
Jego słowa dudniły jej w uszach i pochłaniały całkowicie. Nie zauważyła kiedy jej bluzka pofrunęła obok łóżka ani kiedy rozpiął jej stanik, który odkrył jej podrażnione sutki i zatrzymał się na przedramionach. Nim zorientowała się, co się dzieje, leżała przygnieciona jego ciężarem. Przeszły ją ciarki podniecenia, a w głowie przyjemnie zaszumiało.
- Co mam robić? – spytał ochrypniętym głosem.
- Poruszaj się we mnie. – poleciła. – Musisz pchać… ah~
Posłusznie spełnił jej polecenie; przyspieszając i zwalniając; raz gwałtowniej, a raz delikatnie, uchylał im obu nieba. Wiła się pod nim i jęczała. Poczuł jej pazury wbijające się w swoje plecy.
- Co dalej, Ai. – wyszeptał je wprost do ucha.
Delikatny podmuch jego słów doprowadził ją do szału. Była u kresu wytrzymałości.
- Pocałuj mnie. – rzuciła bez namysłu ściszonym głosem.
Faini podniósł się na przedramionach, zaglądając w jej pociemniałe bursztynowe oczy. Musiał przyznać, że była piękna; jak z obrazka. Jej dolna warga drżała, a oczy pragnęły miłości, choć nie był pewny, czy zdawała sobie z tego sprawę. Zawisł nad nią, powoli przysuwając swoje usta do jej. Musnął ją subtelnie, czując żar jakim płonęła. Jego wargi dotykały ją niczym motyl przypadkowo przelatujący obok dłoni. Zamruczała niespełniona. Faini uśmiechnął się, przywierając do niej mocniej. Jego ruchy nabrały łagodności, a pocałunki namiętności.
Arcyksiężniczka oddała się w pełni dreszczom przebiegającym jej po kręgosłupie. Przeniosła się do innego świata.
- Zapamiętaj, Faini. Seks z boginią jest najprzyjemniejszy, mężczyzna ci tego nie da. – rzuciła, wyginając się w łuk.
Zasłoniła sobie usta dłonią i oplotła go nogami. Narzeczony przytulił się do niej mocno i uległ fajerwerk ekstazy. Oboje opadli na pościel. Zmęczona Ai, otarła spocone czoło. Była wykończona intensywnością doznań. Z trudem usiadła i spuściła nogi na posadzkę.
- Idę się odświeżyć, zaraz lekcje się zaczną. – odparła, wstając.
- Kolejny prysznic… - usłyszała za sobą, gdy zamknęła drzwi od łazienki.
Oparła się o zimną ścianę. Przejechała palcami po swoich ustach. Były gorące; płonęły.
- Czy posmak kochania się? – spytała samą siebie, czując dziwną melancholię. – Powiedz mi, Kai, czy to jest to? – utkwiła wzrokiem w suficie. Zmrużyła boleśnie oczy, szybko tłamsząc kiełkujące uczucie rozgoryczenia. Poklepała się po policzkach, po czym ściągnęła ostałą się spódniczkę i wskoczyła pod prysznic, odkręcając zimną wodę. Po kilku minutach, z nieszczerym uśmiechem dołączyła do chłopaka, który beznamiętnie wpatrywał się w okno.
- Arcyksiężniczko, co będzie z nami? – spytał niespodziewanie.
Bogini uniosła brew.
- A co ma być? – podeszła do niego i usiadła obok, podążając wzrokiem za jego spojrzeniem. – Nie zamierzam być ci wierna. – fuknęła. – Rób na co masz ochotę i z kim. Jesteśmy spętani narzeczeństwem, a nie miłością.
- Spętani… to chyba dobre słowo. – odparł, dalej patrząc w bliżej nieokreślone miejsce.
- Ale seksu mi nie odmówisz, co? – szturchnęła go, uśmiechając się.
Spojrzał na nią rozbawiony.
- Czyli łączy nas narzeczeństwo i seks, tak? – ujął kosmyk jej włosów i posmutniał. – Myślisz, że będę mógł kogoś kochać?
Uniosła jego brodę i zmusiła do spojrzenia sobie w oczy.
- Oczywiście. Zakochasz się i będziesz się kochał. – odparła z pewnością, która była wstanie przekonać anioła do zstąpienia do piekieł.
- Wiesz, myślę, że już się kochałem. – wyszczerzył się, a jego policzki zarumieniły się jak skąpane w słońcu jabłka.
Aicsha poczuła jakby jakiś oprych walnął ją łomem przez łeb. Był uroczy jak puchaty króliczek, a ona oberwała jego słodyczą. Potrząsnęła głową, chcąc się ocucić.
- Jesteś niebezpieczny… -odrzekła, nieznacznie odsuwając się od niego.
- Co? Kto? Ja? – zamrugał zdezorientowany.
Zaśmiała się.
- Tak t… - urwała, słysząc donośny ryk.
Poderwała się jak poparzona.
- Józio… - dobiegła do okna.
Kolejne potężne wycie zatrzęsło ziemią.
- Strażniczka bramy… - następny ryk zawtórował głośnemu skowytowi. – Lodowy smok… - Aicsha poważnie się zaniepokoiła.
- Co się dzieje?
- Smoki, ktoś je wzywa. – zacisnęła dłonie na okiennicy. – To energia… - przełknęła z przestrachu ślinę.- … Nishi.

Morska bryza roznosiła nadmorskie zapachy, które niosły w sobie słodką obietnicę raju. Powietrze pachniało smażonymi rybami i słońcem. Dzieci nie mogły usiedzieć na miejscu. Wierciły się niespokojnie, chcąc znaleźć się już u kresu podróży i móc wbiec na plażę, by radośnie popluskać się w wodzie i zjeść tutejsze przysmaki.
- Kiedy dojedziemy? – marudziła znudzona Ann, której znużenie rozwiązało milczące usta.
- Trwa to wieki… - dołączyła się Yura, opierając głowę o rękę.
- Przestańcie biadolić. – zrugał je Derek. – Niedługo będziemy.
- Ta! – prychnął dalej obrażony Evan – Stoimy już tu jakiś czas!
- Zam…
- To dziwne, że stoimy tu tyle czasu. – weszła mu w słowo Nishi, której anielskie lica zachmurzyły się od podejrzliwości.
- To raptem piętnaście minut. – Derek próbował uspokoić zaniepokojenie swoich towarzyszy.
- Tutaj nie powinno być zastoju. – oznajmiła Nishi, wysiadając z powozu. – Czemu nie jedziemy dalej? – krzyknęła do woźnicy, lecz ten bezradnie rozłożył ręce.
Małą bogini skierowała swój wzrok ku zablokowanej drodze. Ruszyła przed siebie.
- Ej, dokąd idziesz?!- krzyknął za nią blondyn.
Nie dostawszy odpowiedzi pobiegł za nią. Przerażone dzieciaki spojrzały po sobie i podążyły za dwójką lekkomyślnych bogów.
Minęli kilka kart, z których wychylali się zmartwieni uczniowie. Widząc Nishi szybko chowali się do środka powozów. Dziewczynka odwróciła wzrok, udając iż tego nie widzi. Derek posmutniał. Gdy zdał sobie sprawę, że wcale nie jest złą osobą oraz jak samotna musi być przez ich nieznośne zachowanie, trawiło go poczucie winy.
- Nishi.. ja…- spuścił głowę, zbierając się w sobie, lecz bogini uciszyła go ruchem ręki, kiedy doszli do powalonego drzewa. Pegazy zaprzęgnięte w karetę przy lezącym na drodze konarze, kręciły niespokojnie łbami i przebierały w miejscu nogami, pragnąc jak najszybciej się stąd oddalić. Woźnica z trudem utrzymywał je w szyku.
- Jeździcie stąd, ale już! – rozkazała Arcyksiężniczka.
Konie nie czekając na pozwolenie powożącego ruszyły z kopyta w stronę, z której przyjechali.
- Co ty robisz?! – wrzasnął na nią rudowłosy chłopiec, lecz Nishi zignorowała jego pretensje i podeszła do drzewa. Przejechała dłonią w powietrzu, a jej dłoń uderzyła w barierę.
- Ile powozów minęliśmy? – zwróciła się do towarzyszy.
- Z pięć. – odparł Derek.
- Za mało. Azuma…
- Co masz na myśli? – Ann skuliła się przerażona.
- To, że reszta jest w barierze. – wyjaśnił blondyn.
- Ale skąd ona się wzięła i co oznacza? – Yura przyłożyła drżącą dłoń do piersi i wyczekiwała odpowiedzi, wodząc oczami po chłopcach.
- Oznacza, że… - Nishi łypnęła spode łba na odgrodzony teren. - … uczniowie są w niebezpieczeństwie. – warknęła, przywołując kosę. Ostrze zalśniło w słońcu i przecięło jednym ciosem barierę przed sobą. – Zostańcie tutaj. –poleciła, robiąc krok naprzód, ku ciemności wydobywającej się z postawionej przez kogoś zapory.
Czuła stęchliznę i odór rozkładającego się życia. W półmroku dojrzała gnijące rośliny i umierające tutejsze zwierzęta. Jej kły wysunęły się automatycznie, a dłonie zacisnęły w pięści. Dobiegła do małego jelonka, który piszczał przerażony, gdy coś pożerało go żywcem.
- Nie… - zatrzymała się, mając łzy w oczach. Dziwna niebieska maź pochłaniała go na jej oczach. Jej serce przyspieszyło. Zamachnęła się kosą, odcinając zwierzaka od dziwnego tworu. Jelonek wydał z siebie ostatnie tchnienie i padł na rozmokłą glebę.
Pociągnęła nosem, ocierając łzy. Nie mogąc znieść otaczającej jej śmierci w męczarniach, niszczyła niebieskie okrucieństwo, pozwalając zwierzętom odejść w spokoju. Czuła palącą bezradność w sercu.
- Ktoś mi za to zapłaci. – odgrażała się, zaciskając kły.
Jej chód przeszedł w bieg; bieg łaknący zemsty.
Ogień szalał, niszcząc wszystko na swojej drodze. Rośliny płonęły niemo krzycząc. Gorący żywioł otoczył swym kręgiem część uczestników wycieczki. Rozjuszona Nishi wybiła się tuż przed żywiołem, przeskakując go zręcznie.
Nie rozumiała tego, co się działo wokół niej. Niebieska maź pochłaniająca niewinne zwierzęta, a teraz buchający ogień. Rozejrzała się pospiesznie, analizując zastaną sytuację. Karety były poprzewracane, a pegazy leżały bez tchu. Pomarańczowy poblask ognia odbijał się w czerni odzieży nieznajomego, który pochylał się nad konającą Kat. Generał Cesarskiej Armii poległ i leżał biernie czekając na śmierć. Nishi tępo wpatrywała się w mężczyznę unoszącego miecz, który miał pozbawić jej nauczycielkę żywota. Przeniosła wzrok na zakrwawioną przyjaciółkę swej matki. Pół twarzy kobiety było zwęglone, na wysokości łokcia lewej ręki wystawała tylko kość ramieniowa, a kończyny dolne powykrzywiane były w różne strony. Kat nie krzyczała. Patrzyła wściekle w oczy swojego oprawcy, który uwolnił swoje ostrze. Niepoddająca się kobieta zatrzymała broń dłonią ostałej się prawej ręki, lecz to tylko wywołało grymas zadowolenia na twarzy nieznajomego. Docisnął mocniej miecz do jej kończyny i przeciął ją wzdłuż. Kobieta stłamsiła okrzyk bólu. Pochowani uczniowie zawyli z przerażenia. Ich szlochy dopadły Nishi ze zdwojoną siłą. Stałą otępiała, patrząc jak mężczyzna ponownie zadziera miecz ku niebu.
Mała bogini nie mogła objąć wydarzeń rozumem. W jej głowie huczało tylko: „dlaczego?”
Jej gniew rósł; poziom wściekłości podnosił się z każdą milisekundą, doprowadzając dziewczynkę do furii.
Była szybsza niż ostrze zakrwawionego miecza, które niosło tylko okrucieństwo i śmierć. Miecz starł się z ostrzem prawdziwej spadkobierczyni kostuchy. Opętane oczy dziecka straciły swój niepokalany kolor, a zaszły barwą bezwzględnych morderców. Dwóch bogów otulonych morderczym żywiołem stało naprzeciw siebie i mierzyło swą bezwzględność.
- Och, co za odważne dziecko. – zakpił mężczyzna, łypiąc czerwienią na struchlałych uczniaków, kulących się przy jednym z powozów.
- Nishi… ucie…kaj… - wydukała Kat. – To potwór…
- Czyli jest taki jak ja!!!- wrzasnęła, puszczając z wodzy swoją moc.
Czarna aura otoczyła jej drobną postać, a białka zmieniły barwę. Rozjuszona spojrzała w czerwone tęczówki boga. Wierciła go oczami, których nie znał; miażdżyła jego pewność siebie oczami starych bogów. Napięła mięśnie i odrzuciła mężczyznę od umierającej nauczycielki.
- Wara od mojej pani, wara od mojej klasy! – ryknęła, oblizując kły niczym głodny wilk. – Zdechniesz tu i teraz. Popełniłeś najgorszy błąd w swoim życiu. – zrobiła krok ku niemu. – Nie obchodzą mnie twoje motywy, mam je gdzieś. Interesuje mnie tylko twój łeb odcięty od korpusu. – warknęła, stąpając powoli ku niemu.
Mężczyzna cmoknął z niezadowoleniem. Okazja wymykała mu się z rąk. Gorączkowo zastanawiał się jak umknąć małej bestii. Każdą komórką swojego ciała czuł niebezpieczeństwo buchające od niepozornej dziewczynki. Nie żartowała, gotowa była pozbawić go głowy. Uśmiechnął się pod nosem, gdy nadarzyła się idealna okazja na spełnienie jego planów.
Błoto zabulgotało i ugasiło ogień. Zza oparów dymu wyszły cztery dziecięce postacie, które zdezorientowane przyglądały się zastałej sytuacji.
- Nie… - Nishi poczuła ucisk w piersi. – Uciekać!!- wrzasnęła, ruszając ku zaskoczonym towarzyszom.
Nieznajomy był szybszy. Wyprzedził ją o krok i poczęstował niebieską mazią, przed którą ledwo się uchyliła. Odskoczyła, utkwiwszy wzrok w kolegach z klasy. Wszystko wydawało się dziać w powolnym tempie. Widziała wyraźnie ruchy mężczyzny i to jak w łapie Yurę za szyję i rozmywa się jej przed oczami.
- Yuraa!!!! – jej wrzask rozbrzmiał na pobojowisku.
Poderwała się, gotowa na pogoń. Zatrzymała się w pół kroku słysząc przytępiony głosik Azumy. Obróciła się, czując jak jej serce zamiera. Jej kuzynka dygocząc, trzymała w ramionach ciało chłopczyka. Młodziak był blady. Spojrzała na kałuże krwi, w której siedzieli. Mundurek Azumy nasiąknięty był posoką i łzami, a włosy posklejane zakrzepłą krwią.
- On… on… on… - jej szczęka drżała histerycznie, nie mogąc wymówić zdania.
Arcyksiężniczka rozpoznała w chłopcu przyjaciela kuzynki. Pamiętała, że zawsze się uśmiechał i był cieniem Azumy. Pomagał jej w lekcjach i rozśmieszał. Nie mogła przypomnieć sobie jego imienia, lecz dobrze w pamięci wyrył się jego sprzeciw, gdy ktoś z klasy po raz kolejny próbował ją upodlić. Mocniej ścisnęła kosę. Jej starożytne oczy rozszerzyły się, gdy w powietrzu pojaśniała dusza chłopca.
- Luca!!! – zrozpaczony głos córki Latisa wstrząsnął małą boginią. Jej kuzynka płakała, mocno tuląc martwe ciało przyjaciela.
Dzieci początkowo zaniemówiły, by po chwili wybuchnąć szlochem. Niski ruszyła w akompaniamencie rozdzierającej serce rozpaczy i niezrozumienia. Oczami bestii przejechała po sylwetce zmarłego ucznia.
- Odsuń się. – rozkazała ostro swej kuzynce.
- Nie, nie chce. On mnie zasłonił! – krzyczała, pochłonięta przez cierpienie.
Nishi złapała jej rękę i odciągnęła ją od chłopaka, którego ciało głucho uderzyło od ziemię.
- Trzymaj ją. – rzuciła protestującą Azumę w ramiona zszokowanego Dereka.
- Nishi!!!! – krzyczała blondyneczka, kiedy mały bóg złapała ją w stalowy uścisk.
- Co chcesz… zrobić? – Kat z trudem obróciła głowę w ich stronę. Obraz jej się rozmazywał, a siły opuszczały. Wiedziała, że zanurza się w oddechu śmierci. – Nishi…
- Nie martw się, to co powinnam. – odparła, wbijając zakrzywione ostrze w niebijące serce Luci. – Wskrzeszenie!
Jasne światło oplotło jej małą postać. Jej włosy i ubranie zawirowały od silnego podmuchu. Dzielnie stawiała czoła rozrywającej sile, która przechodziła przez jej ciało. Powtarzała sobie, że musi wytrzymać. Ze wszystkich sił skupiła się na odnalezieniu duszy przyjaciela Azumy. Była blisko… kosa pojaśniała, umieszczając z powrotem małe światełko w ciele Luci. Chłopak złapał oddech i usiadł zagubiony.
- Luca! – Azuma wyrwała się z poluźnionego uścisku Dereka, który szeroko otwartymi oczami wlepiał się w dziewczynkę, dokonującą cudu. Ciężko oddychała, a jej nogi drżały ze zmęczenia. Skuliła się, ledwo trzymając rękojeść. Odwróciła się w stronę, w którą czmychnął ich oprawca. Blondyn zamarł. Jej oczy i nos krwawiły.
- Nishi… - wymówił jej imię z kluchą w gardle. – Dokąd idziesz? – stanął jej na drodze.
- To oczywiste. Uratować Yurę. – odparła beznamiętnie.
- Nie możesz. Nie puszczę cię! – zamknął ją w ramionach. – Nie możesz. – powtarzał.
- Z drogi. – oschle rzuciła.
- Nie!
- Z drogi! – warknęła, pętając go cieniami i ruszając przed siebie. Chłopak szamotał się, krzycząc za nią. Jeden z jęzorów ciemności zatkał mu usta. Nikt nie odważył się spróbować jej zatrzymać. Wkrótce znikła klasie z oczu.
Mężczyzna zadowolony z siebie skakał między gałęziami drzew. Poprawił trzymaną pod pachą dziewczynkę i z szelmowskim uśmieszkiem szukał dogodnej polanki.
- Nie jestem taki zły. – zapewniał. – Gdyby wasza nauczycielka mnie nie denerwowała wszystko potoczyłoby się inaczej. Kto wie, może i nawet by przeżyła. I te zwierzątka po drodze również. Niepotrzebnie się mieszały, w sumie nie wiem czemu to zrobiły. – oddał się w pełni swemu monologowi.
Yura próbowała coś wykrzyczeć przez knebel.
- Coś chcesz mi powiedzieć? Wiesz czemu, te głupie zwierzaki mnie zaatakowały? – przytaknęła.
Wyskakując z rozłożystej gałęzi, wyciągnął jej z ust kawałek materiału.
- Bo chciałeś nas skrzywdzić, debilu!
- Oj, oj, oj chyba wsadzę ci to z powrotem. – zagroził.
- Napadłeś na uczniów z Akademii Cesarzowej! Dzieckiem, które skrzyżowało z tobą kosę, jak myślisz kim było, imbecylu?! – darła się wściekle, zupełnie zapominając o strachu. – Córką Cesarzowej! Wydałeś na siebie wyrok śmierci, pacanie! Cesarzowa Asima ci nie odpuści!!
- Wyzywając mnie igrasz ze śmiercią. – upomniał ją.
- Nie zabijesz mnie, jestem ci potrzebna! Do czegoś… - dodała skonfundowana.
- Trafna uwaga, ale nikt nie powiedział, że nie mogę troszkę cię poobijać. – uniósł ją powyżej ramion i rzucił.
Dziewczynka zawyła z bólu, tocząc się po polanie. Zatrzymał ją nogą, zupełnie jak rozwijający się dywan. Zaśmiał się, widząc jej skrzywioną twarzyczkę.
- Koniec zabawy. Czas wrócić do pracy. – schylił się po nią, lecz znieruchomiał, gdy poczuł na swoim gardle zimne ostrze.
Przeniósł wzrok w bok, na małą blondyneczkę wyłaniającą się z jego własnego cienia .
- Jak…? – wydukał oszołomiony.
- Niedoceniasz mnie. Yura, znikaj stąd.
- Moja kostka… - syknęła z bólu.
- Kostka to nic, wolisz stracić tu coś więcej? Zmykaj! – wrzasnęła. Przejeżdżając językiem po lśniących kłach.
Dziecko podniosło się natychmiastowo i nie zważając na ból, pobiegło przed siebie.
- Mała gnido, przez ciebie uciekła mi moja przyszłość!! – mężczyzna pieklił się, zapominając o ostrym brzegu przystawionym do swojej skóry. Ruszając głową naciął naskórek, momentalnie znieruchomiał jak posąg. – Myślisz, że uda ci się mnie zabić?
- Chcesz się przekonać? Jestem zbyt wściekła, żeby się z tobą bawić.
Zerknął w jej oczy. Źrenice miała ułożone w kształt kocich – zwężonych i pionowych, na tle pięknej barwy krwi okalanej ciemnością. Jej spojrzenie przypominało mu jednak dostojnego i bezwzględnego smoka. Z niechęcią przyznał przed samym sobą, że patrząc na nią dostawał ciarek na całym ciele.
- Smocza księżniczko, może ciebie powinienem wziąć za zakładnika? – wydął usta w podstępnym uśmieszku, próbując unieść ręce w geście poddania się.
Nishi zmrużyła oczy, dobrze widząc jak jego ciało spina się, by zaatakować.
- Wiesz, ja nie jestem zły. Ja jedynie pragnę, by świat o mnie usłyszał. Abym mógł wskrzesić to, co niesłusznie umarło…
- To co zagrzebane takie powinno pozostać. – wycedziła w momencie, gdy przejechał dłonią po rękojeści kosy, zostawiając na niej niebieską maź.
Dziewczynka, spodziewając się takiego rozwoju sytuacji, szybko odwołała kosę i delikatnie wylądowała obok znienawidzonego jegomościa.
- Cóż, chociaż się uwolniłem. – odparł, poprawiając skórzany strój.
- Jesteś pewny?
Spojrzał w dół, na swoje nogi. Zapadł się w mroku, który wżerał się jego ciało i pochłaniał je bez reszty. Spętany i odrętwiały od bólu, nie miał szans na uwolnienie się ze śmiercionośnej pułapki. Jego tkanki coś wyrywało, bądź wyżerało jak kwas. Mrok był blisko jego szyi, gdy dostrzegł wychodzącego z blasku przejścia byłego najemnika. Ucieszony, z nadzieją skrzyżował z nim swój wzrok. Iru zamarł wpół kroku. Usta Ikola otworzyły się, lecz nie wymówiły żadnego słowa. Jego głowa poszybowała wysoko, a z korpusy trysnęła fontanna krwi oblewająca drobne ciałko dziewczynki. Asaylen tępo wodził wzrokiem za lecącą głową młodziaka, która przeleciawszy kilka metrów uderzyła o ziemię i tocząc się jeszcze, zostawiła za sobą krwawą ścieżkę. Przeniósł wzrok na siostrzenicę, która wpatrywała się w niego lodowato. Krew ściekała z niej, jakby zmoczyła się pod prysznicem, a oczy – piękne, niebanalne i żywe zazwyczaj, wierciły go martwe z pobłyskiem mroku. Iru przełknął ślinę, czując się jakby spoglądała na niego suma okrucieństwa Asimy i Airena. Gwałtownie złapał wdech.
- Coś ty zrobiła, Nishi? – zapytał jednym tchem, wypuszczając powietrze.
- Nie powinnam go zabijać? – przechyliła głowę. – Miałam mu pozwolić zabrać Yurę i darować stan Kat i śmierć Luci? – przechyliła głowę w drugą stronę.
- Co… - upadł na kolana, nie dowierzając. – Mogłem temu zapobiec…
****************************************************
amen.
  • awatar Kate - Writes: Och Seiti, wiesz jak sprawić, żeby początek weekendu był piękny. Amen :D
  • awatar SallyLou: " (...)po rumieniącym się niebie, które jakby zawstydzone jestestwem słońca dostało palących wykwitów. " - kochana, za każdym razem, gdy czytam coś takiego, łzy mi się cisną do oczu i czuję się jakoś tak niebiańsko. Uwielbiam Twój styl pisania, bo wszystko mogę sobie doskonale wyobrazić. A Aicsha.... Nigdy nie wątpiłam w jej umiejętności, ale myślałam, że chociaż Faini oprze się jej trochę dłużej. No ale w sumie chyba talent ma po mamusi więc.... bójcie się wszyscy mężczyźni :D
  • awatar Lisa Angels: No cóż, Ai widocznie jest dobrą nauczycielką XD Po mamusi, a może po tatusiu? W każdym razie współczuje Nishi... w tak młodym wieku doświadczyć czegoś takiego jak morderstwo...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

seiti1008
 
W kolejną rocznicę moich 18-stych urodzin, daję Wam w prezencie kolejny rozdział "Drogi...". Miłego czytania. :D

Szlak zbrodni

Słońce wspinało się na horyzont, by górować nad miastem bez podszeptów zbrodni. Błękitne niebo wypinało dumnie pierś, aby oczarować ludzi swym pięknem nieskalanym przez chmury. Tak mieszkańcy odbierali mozolnie płynący dzień, lecz my, funkcjonariusze policji, mierzyliśmy się po raz kolejny ze skutkami ostrych kłów zbrodni.
Bez przeszkód dojechaliśmy na miejsce, gdzie znaleziono ciało młodej kobiety. Wysiadłam z samochodu, wachlując się bezproduktywnie. Spojrzałam na niebo rozciągające się przed moimi oczami. Żółty gigant żarzył się niebezpiecznie, wypalając swój znak na ziemi. Co bym dała, aby móc się po smażyć na plaży i przyjąć znamię słońca, relaksując się przy rytuale. Spojrzałam na swoją bladą skórę i westchnęłam. Mogę zapomnieć o opaleniźnie w tym roku.
Nick wyminął mnie. Stanął przed dwoma budynkami, które oddzielała wybrukowana kostką alejka. Zmrużył swoje podejrzliwe stalowe oczy i przemknął między budowlami.
Spoważniałam. Zacisnęłam dłonie w pięści, aż zbielały mi kostki. Ostatnio dałam się omamić podstępnemu mrokowi, który wykorzystał moje słabości i namówił mnie do zabójstwa oprychów, lecz teraz stałam przed szansą, by odegrać się na zbrodni; dorwać jej przedstawiciela, który surowo zostanie ukarany. Ruszyłam za moim partnerem, niosąc w sercu żądzę zemsty na własnych słabościach.
Poczułam przyjemny chłód, gdy weszłam w zaciemnione przejście. Alejka była wąska, ale wystarczająco szeroka, by mogli się w niej minąć ludzie. Była długości szerokości mieszkalnych budowli. Przeszłam przez zasłonę dronów, po uprzedniej autoryzacji, która umożliwiała przejścia przez iluzję maszyn.
Przystanęłam obok Pana Doskonałego, który chłodno taksował otoczenie.
- Tej zbrodni nie dokonano tutaj. – rzekł sucho.
Rozejrzałam się, przyznając mu rację.
Przed nami stała przybudówka, w której ukryte były śmietniki. Po naszej lewej stronie piętrzyło się kilka rozłożystych drzew, a po prawej od śmietników znajdowały się gęste krzewy, w których znaleziono zwłoki Anny Ciwoon. Jak na miejsce zbrodni było zbyt czysto. Na obrzeżu krzewów widniała jedynie „mała” plama krwi, zbyt mała jak na dokonanie rzezi. Zakrzepła krew wypłynęła już ze zmasakrowanej szyi. Nie znaleziono również niczego, co by mogło wskazać sprawcę, ani żadnych śladów odcinania głowy. Zresztą, zastanawiającym by było, jakim cudem oprawca miałby oderżnąć Annie głowę, bez wzbudzenia zainteresowania mieszkańców pobliskich budynków? Ciało martwej kobiety podrzucono w zarośla. To było pewne.
- Przy tak spektakularnym mordzie pozostać niezauważonym? Nierealne. Nie ma rozbryzgów krwi, ani nic. – odparłam, nie odrywając oczu od krzaków.
Czułam palące uczucie w klatce piersiowej. Anna miała przed sobą lata życia, ale ktoś odebrał jej światło istnienia, pozbawił przyszłości, oddając ją otchłani śmierci. Czemu skradziono jej żywot? Zmarszczyłam boleśnie brwi.
- Cóż, musimy popytać czy nie kręcił się tu ktoś podejrzany. Sprawca powinien zrobić rozeznanie, jeśli szukał odpowiedniego miejsca na pozbycie się zwłok. – rozważał.
- Ale pozostawił je na widoku mieszkańców. Chciał, aby je dostrzeżono. Jakby krzyczał: „Zabiłem ją, popatrzcie!” Manifestacja opętania żądzą mordu? Budzenie strachu? – głośno myślałam.
- Może chce ujawniać zbrodnie. Nie możemy na tym etapie niczego wykluczyć. Tylko… czy wtedy nie lepszym sposobem byłoby ich umieszczenie w bardziej widocznym miejscu?
- Może to wiązało się z kamuflażem, nie chciał zostać rozpoznany? W publicznym miejscu nie mógłby po cichu podłożyć ciała.
- Tak. – zamyślił się. – Czyli zachowując środki ostrożności, chce zwrócić uwagę świata na zbrodnię? W tym jest coś jeszcze. Po co ścinał głowę? Czemu odbył stosunek z szyją? To wskazuje na podniecenie seksualne okaleczaniem ciała. – intensywnie rozważał możliwe motywy.
- Skoro nie tutaj dokonano zabójstwa, to gdzie? Jak bez poszlak mamy go ująć? – spytałam, czując zrezygnowanie.
Dreptaliśmy w miejscu. Bez nowych dowodów czy wydarzeń utkniemy, nie rozwiązawszy sprawy. To było frustrujące.
Całe po południe spędziliśmy na wizytach u mieszkańców. Nikt nie zauważył nikogo podejrzanego, po okolicy nie kręcił się nikt, kogo by nie znali. To nasuwało myśl, że ofiara znała sprawcę, którego obecność nie wzbudziła podejrzeń sąsiadów i bez problemu podłożył zwłoki Anny koło miejsca jej zamieszkania. Intensywnie zbieraliśmy puzzle, by ułożyć całość, lecz brakowało nam elementów. Uznaliśmy, że ich zeznania nie wnoszą nic do sprawy i spokojnie możemy pozwolić im zapomnieć. Po wepchnięciu mieszkańcom magicznych pigułeczek, zaczęliśmy rozważać odwiedziny jej chłopaka. Spełniał warunek idealnie.
Z burczącym brzuchem sterczałam od dobrych kilku minut przed mieszkaniem Carola Yar Kee, dwudziestodziewięcioletniego pracownika produkcji w zakładzie wytwarzającego części do samochodów. Po raz kolejny nacisnęłam dzwonek, niecierpliwiąc się brakiem reakcji. Spojrzałam na zirytowanego Nicka, który mocno docisnął guzik dzwonka. W końcu otworzyła nam rozeźlona starsza kobieta. Jej krótkie włosy zwijały się w mocne loki, które sprawiały wrażenie ptasiego gniazda. Bruzdy starości na jej okrągłej twarzy przybrały wyraz wrogości, która przybrała na zaciętości, gdy ujrzała nasze mundury. Skrzywiła się.
- Czego znowu chcecie? Zostawcie kłamcy mojego synka w spokoju. – warknęła na nas.
- Funkcjonariusz Nick Mujihi, a to moja partnerka Kirati Artis. – Pan Doskonały zachował spokój i „uprzejmie” nas przedstawił. Kobieta zdawała się nie wyczuwać grozy w jego głosie, ale ja, doświadczona jego złością, sprawnie rozczytałam jego rosnący gniew. – Chcemy zamienić kilka słów z panem Carolem Yar Kee, czy go zastaliśmy? – spytał z naciskiem i mrocznym, nie znoszącym sprzeciwu błyskiem w oku, który był nazbyt czytelny. Jak się okazało matka chłopaka Anny, lekko przestraszona chłodną aparycją Nicka, wpuściła nas do środka. Mieszkanie było małe, ale dość przesadnie urządzone, wręcz rzekłabym, że zagracone. Na korytarzu stały trzy komody w różnych kolorach, od jasnej olchy po mahoń. Matka Carola zaprowadziła nas do małego pokoiku, w którym siedział jej syn. Mężczyzna wpatrywał się w zdjęcie, które stało z metr od niego, na upchany różnościami segmencie. Klimat domu, był bardzo staromodny. Zerknęłam na kobietę. Jeśli wystrój mieszkania choć w połowie odpowiadał jej charakterowi, to musiała być bardzo konserwatywna.
Nick zapoznał strapionego chłopaka Anny z naszą tożsamością i przeszedł do zadawania pytań.
- Kiedy, pan, widział ostatni raz Annę Ciwoon?
- Już to mówił. – wtrąciła się jego matka.
- Dwa dni temu. – odrzekł, ignorując oburzoną naszym pytanie kobietę. – Miała iść się spotkać ze znajomymi z pracy. Szli na jakąś imprezę.
- Czy odwiedzali ją znajomi z pracy? Zna pan ich nazwiska? – zapytałam, włączając w komórce wprowadzone zeznania ludzi, z którymi pracowała denatka.
- Hmm… - zamyślił się. – Nie jestem pewny, kiedyś minąłem się z jakąś parą, ale kiedy o nich zapytałem, to zbyła mnie, mówiąc, że to kolega i koleżanka z pracy. Zatem ktoś ją odwiedzał. – odparł, zaplatając palce rąk opartych na kolanach i swobodnie zwisających.
Wyglądał na zmęczonego i pozbawionego energii. Zrobiło mi się go żal. Szybko znalazłam fragment wypowiedzi jednego ze współpracowników zmarłej.
- Kolega pańskiej dziewczyny powiedział, że nie dotarła na imprezę.
- Phi. – przerwało mi prychnięcie jego matki. Popatrzyliśmy na siebie z Nickiem.
- Pewnie wyszła ubrana jak ladacznica i tym kogoś zbałamuciła. Tak kończą dziwki. – syknęła.
- Mamo…
- To nie była kobieta dla ciebie, zawsze ci to powtarzałam. Powinieneś mnie posłuchać, nie byłbyś teraz w takiej sytuacji, ale nie, po co słuchać matki! – kobiecie zebrało się na wypominanie.
- Nie lubiła jej pani. – oznajmiłam, a pani Yer Kee wzdrygnęła się.
- Owszem. To nie była dobra partia dla mojego Carloka. – pogłaskała syna po głowie. Mężczyzna nie wzbraniał się, spuścił tylko głowę.
Synek mamusi, tańczący pod jej dyktando. Gdy znalazł siłę, żeby uwolnić się spod jej wpływu, spotkała go taka tragedia.
Wiemy, że odwiedzali ją znajomi z pracy, którzy dla sąsiadów przestali być obcymi. To samo tyczyło się jej chłopaka.
Patrząc na zaborczą matkę i jej pokręcone włosy, przypomniał mi się ślad jaki znaleziono na ciele Anny. Brązowy włos. Kobieta mogła poszczycić się błyszczącymi brązowymi włosami. Jej syn ogolony był na łyso. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, ale na fotografii z ofiarą był w zielonej czapce. Cmoknęłam niezadowolona.
Nasza wizyta nie była do końca bezowocna. Mieliśmy kilka drobnych faktów.
W samochodzie szybko połączyłam się z bazą danych. W system wklepałam nazwiska współpracowników zamordowanej. Po kilku chwilach wyskoczyły mi ich dane razem ze zdjęciami. Dwójka miała brązowe włosy. Czy mój trop kończy się tutaj? Westchnęłam pozbawiona ziarenka nadziei.
- Ciekawe, gdzie jest głowa. – Nick oparł się o kierownicę, spoglądając gdzieś przed siebie.
Dobre pytanie.
- Chyba trzeba zdobyć więcej informacji o tej rodzinie. – spojrzałam na okno, w którym stała obserwująca nas kobieta.
- Zaraz to zlecę. – Nick sięgnął po telefon i szybko sklecił wiadomość.
Patrzyłam jak w skupieniu wciska kolejne przyciski. Wyglądał przy tej prostej czynności niezwykle seksownie. Może to przez zachodzące słońce, które tańczyło w jego jasnych włosach? Jego mięśnie drgały pod mundurem. Zagryzłam wargę, pożerając go bezwstydnie wzrokiem.
Nagle rozległ się dziwny dźwięk. Zawstydzona spojrzałam na swój brzuch. Nick roześmiał się krótko.
- Skończyliśmy służbę. – wskazał na zegarek wbudowany w deskę rozdzielczą. – O ile dobrze pamiętam, obiecałaś mi drinka. – wyszczerzył się olśniewająco.
Byłam lodem poddającym się promieniom letniego słońca. Jego urok rozpuścił moje wahanie.
- Tak. – przytaknęłam radośnie, odwzajemniając uśmiech.

Zrobiło się już ciemno, a nieliczne gwiazdy przedarły się przez zasłonę jasnego światła miasta i zalśniły na granacie, gdy po ciężkim dniu zasiedliśmy do alkoholowego napoju.
Sączyłam swój drink przez słomkę. Czułam smak kokosu, który w połączeniu z procentami zaczynał mnie rozluźniać. Nick postawił przede mną jakiegoś fast food’a, któremu daleko było do obrazka z menu. Skrzywiłam się z niechęcią, ale mój pusty brzuch nie grymasił i gdy tylko moje nozdrza wychwyciły kuszący zapach, aż mnie skręciło z głodu. Chwyciłam niezdrową kanapkę i ugryzłam. Potrawie daleko było do doskonałości kuchni Zofii. W mięsie wyczuwałam szkodliwe dodatki, a bułka była dziwnie gumowata. Warzywa straciły swoją świeżość, ale w jakichś tajemniczych okolicznościach nie zgniły. Strach pomyśleć, co zjadałam. Wybaczcie mi moje biodra, zrehabilituję się, obiecuję. Spojrzałam na partnera, który rozsiadł się na pubowej kanapie. Przed nim stał zimny bursztynowy napój, który wyglądał bardzo zachęcająco. Piwo byłoby lepszym wyborem?
Mężczyzna jednym duszkiem wypił zawartość kufla. Wytrzeszczyłam oczy, patrząc jak trunek znika w przeciągu minuty. Czy powinnam być pod wrażeniem?
- Co? – spytał, ocierając usta w piany.
- Jesteś jakimś mistrzem picia piwa na czas, czy zwykłym alkoholikiem? – zatrzepotałam złośliwie rzęsami.
- Spiłaś się już i pokazujesz mi swoją wredną stronę? Dziwne, zazwyczaj po pijaku jesteś słodsza. – udał zamyślenie.
- Nie spiłam się. – zlustrowałam go chłodno.
- Ach, czyli to zwykła ty. Uważaj, kochanie, bo ugryziesz się jeszcze w język i zatrujesz się własnym jadem. – nachylił się nade mną. Czułam jego oddech przesiąknięty gorzkim smakiem piwa i widziałam wyraźnie jego stalowe oczy, w których czaiły się psotne chochliki. Zrobiło mi się gorąco. Odsunęłam się, opierając o kanapę. Muszę trzymać odpowiedni dystans, inaczej przelecę go widowiskowo na blacie.
- I kto to mówi. – odparłam naprędce, uciekając rozpalonym żądzą wzrokiem.
Parsknął śmiechem. Zmierzyłam go ostro, lecz nie kwapił się z tłumaczeniem nagłego rechotu. Co go tak rozbawiło? Znowu się ze mnie nabijał. Sięgnęłam po szklankę i szybko ją przechyliłam jakbym piła soczek na dobranoc. Miłych snów moja świadomości.
Odstawiłam pustą szklankę. Wgapiałam się w niego jak sroka w gnat, chcąc wymyślić jakąś ciętą ripostę, ale jego piękne lica mamiły mnie coraz bardziej. Uciekaj, Kirati, uciekaj! Szumiało mi już w głowie.
- Idę do toalety. – wstałam, chwiejąc się. Dostanie się do pomieszczenia było jak pędzenie po torze formuły jeden z jednoczesnym wymijaniem przeszkód. Zapamiętać: nigdy więcej nie pić na głodnego.

Nick wypijał kolejne zamówione piwo, co chwilę zerkając w stronę toalety, w której od dłuższej chwili siedziała Kirati.
- „Co ona tam, do diaska, robi? Nie, może lepiej się nie zastanawiać.” – przejechał wzrokiem po ciasnej i pełnej sali. Pełno w niej było zapijaczonych mężczyzn. – „Zły wybór.” – zganił się w myśli.
Kątem oka dostrzegł zarys jej sylwetki i jasne, opięte ubranie. Wychwycił pożądliwe spojrzenia zaadresowane do jego partnerki. Jego palce mocniej zacisnęły się na szklanej powierzchni. Z rosnącą zazdrością patrzył jak nabuzowane samce posyłają Kirati cmoknięcia i niewybredne uwagi, a kobieta zamiast sparować ich wulgarne zaczepki, słodko się do nich uśmiechała i niezgrabnie manewrowała między stolikami, ocierając się o spocone męskie ciała i pokazując zdecydowanie za dużo. Wyglądała jak aniołek zagubiony w piekle. Wstał i szybko wyszedł jej na spotkanie. Ujął ją za rękę i pociągnął za sobą do stolika.
- Co ty wyprawiasz?! – warknął, sadzając ją na czerwonym siedzisku.
- Ja? Przecież szłam do ciebie… czemu jesteś zły? – odparła słodko.
Nick wziął głęboki wdech. Wyglądała niewinnie i naprawdę nie wiedziała, co złego zrobiła.
- Ślinili się na twój widok, a ty jeszcze kiwałaś się na boki i odsłaniałaś, to czego nie powinnaś. – wyjaśnił, krzyżując ręce na piersi.
- Ach. – dotknęła palcami ust. – Jesteś zazdrosny. – zachichotała.
- „Napruła się, po jednym drinku.” Pilnuję twojej moralności, pani policjant. – skłamał.
- Dzięki, przyzwoitko. – odgryzła się. – Zamówię sobie kolejkę. – podniosła rękę, przywołując kelnera, który po krótkim czasie postawił przed nią szklaneczkę z tumaniącą zawartością. – Hmm, chyba po proszę o całą butelkę.
- Wstrzymaj się… - rzucił błagalnie - „Uchla się i znowu będę musiał ją taszczyć.”
- Hej, Nick - zaczęła – czemu nie wymazaliśmy pamięci Yar Kee? – zagaiła, siorbiąc trunek.
- Hę? Musimy ich sprawdzić. Podpisali stosowne papiery, że nie będą rozpowiadać o tym zabójstwie, dobrze wiedząc jakie grożą im konsekwencje jeśli puszczą parę z ust. – sięgnął po kufel – Nie musimy się spieszyć i już wpychać im tableteczkę.
- Ciekawe, kto ją zabił. To straszliwa śmierć. – oparła podbródek o blat stolika.
- Jedyne co mi przychodzi do głowy, to dewiacje seksualne. Myślę, że odczuwał podniecenie, gdy ją penetrował w taki sposób.
- Może był zły? Może czymś go rozsierdziła? Myślę, że się znali. Zlećmy badania DNA tego włosa i postarajmy się o nakaz przekazania próbek materiału genetycznego wszystkich jej znajomych.
- To trochę potrwa, ale to dobry pomysł. – pochwalił ją – A teraz, Kirati, ciesz się wolną chwilą. Nie myśl teraz o pracy. – ujął jej dłoń, głaszcząc wierzch.
- Dobrze, panie policjancie. – oblizała usta, co stało się zapalnikiem do kolejnych wydarzeń.

Ręka Nicka wysunęła się zza drzwi i po omacku szukała pstryczka od światła. Drzwi rozpostarły się od naporu dwóch ciał. Mężczyzna zachłannie całował przywartą do niego kobietę, próbując jednocześnie oświetlić im drogę do łóżka. Memląc pod nosem przekleństwo, zrezygnował z poszukiwań i złapał Kirati za rękę, prowadząc przez mieszkanie. Stanęli przed niezasłanym łóżkiem, odwrócił się do niej i ujął jej twarz.
Piekły ją policzki i miejsca, w których jego skóra stykała się z jej. Ufnie i wyczekująco patrzyła w jego szare, pociemniałe oczy. Pokrótce zalała ją fala jego żarliwych pocałunków. Smakował ją szybko i gwałtownie, chcąc się nasycić chwilą. Ciężko dysząc, oderwał się od niej i pchnął ją na materac. Pisnęła, zatapiając się w miękkości łóżka.
- Nick… - szepnęła zmysłowo.
- Tak? – spytał przeciągle, składając kolejne muśnięcia na skórze jej szyi.
Odchyliła głowę, pozwalając mu na słodkie tortury. Z każdym dotknięciem jego gorących warg odczuwała coraz bardziej naglącą żądzę. Przyjemne dreszcze przechodziły jej wzdłuż kręgosłupa. Jego ręka wsunęła się pod delikatną tkaninę jej bluzki, wyjmując ze stanika napiętą krągłość. Palcem zataczał kółeczka na sutku, który sterczał od pieszczot. Druga ręka mężczyzny powędrowała ku dołowi. Podciągnął jej spódniczkę na biodra i przejechał po zwilżonych majtkach.
- Zboczuszek. – wyszeptał, a w odpowiedzi dostał jej jęk zadowolenia.
Zacisnęła nogi, dociskając dłoń Nicka do swojej kobiecości. Szybkim ruchem rozchylił jej zaciśnięte kolana i pochylił się nad koronkowymi majteczkami. Odsłonił to, co zasłaniały i zanurzył się w nią wilgotnym językiem. Była ciepła i mokra; delikatna i nieskalana. Posuwistymi ruchami języka wchodził w nią i wychodził. Kciukiem drażnił jej pulsująca łechtaczkę. Jego zabiegi doprowadzały ją do szału, po niedługim czasie była u kresu; jej ciało się spięło i wygięło, a usta wydały z siebie błogi krzyk. Nick spojrzał na nią z uśmieszkiem satysfakcji. Zielone i zamglone oczy prosząco wodziły po jego ciele.  
Niespiesznie odpiął koszulę, skrywającą jego twarde mięśnie, a następnie odpiął spodnie. Kirati przejechała opuszkami palców po czterech parach wyrzeźbionych wzniesień. Jego skóra była gładka i jędrna. Z rosnącym pożądaniem, skierowała swoją drobną dłoń w kierunku sporego wybrzuszenia wystającego zza jeansów. Zsunęła spodnie z jego zgrabnego tyłeczka. Jednym palcem zahaczyła o gumkę od jego bokserek i pociągnęła materiał w dół, uwalniając jego nabrzmiałe przyrodzenie. Usiadła, ujmując w dłonie jego członka, którego z zainteresowaniem zaczęła masować. Policjant mruknął i zamknął oczy, oddając się jej w pełni. Przeszły go ciarki, gdy poczuł jej język tańczący na swoim penisie.
- Ah… - stęknął, kiedy jej usta go otoczyły.
Ssała i lizała jakby miała za sobą lata doświadczenia. Omamiła go nieziemska przyjemność. Wplótł dłonie w jej zmierzwione włosy.
- Kirati… ja…
Nagły, podwójny dźwięk zawiadomień przerwał ich chwile uciech. Kobieta oderwała się od niego, rozglądając się w poszukiwaniu torebki, którą upuściła po drodze do łóżka. Nick wyjął telefon z kieszeni ściągniętych do połowy spodni. Wściekły odczytał wiadomość.
- Kolejna ofiara. – odparł do partnerki, która próbowała zlokalizować swój telefon.
- Och!
- Zidentyfikowano ją jako Evę Realin, lat 21. Znalezioną ją zaroślach parku w Północnej dzielnicy. Jak poprzednia nie ma głowy, na szyi znaleziono sznur, a nagie ciało nosiło ślady otarć na nadgarstkach i kostkach. Więcej informacji po sekcji.
- Posuwa się śmielej w swych poczynaniach. Anna miała na sobie czarną sukienkę, a ta jest naga i była niewolona. – kobieta wstała, poprawiając ubranie. – Ogarnij się. – nachyliła się nad mężczyzną i cmoknęła go w usta. – Jedziemy.
  • awatar SallyLou: Wszystkiego najlepszego kochana! :* Stworzyłaś arcydzieło, które zmusza mnie bym wyskrobała więcej słów niż zwykle. Widzę tu kawał (naprawdę solidny) wspaniałego kryminału, który można stawiać na równi z wielkimi pisarzami zajmującymi się tym gatunkiem. Zbrodnia składa się z wielu trudnych do ułożenia kawałków, ale powoli zaczynam wyciągać teorie na temat śmieci Anny. Kolejna śmierć wprawia mnie w jeszcze lepszy nastrój(a przynajmniej daje dreszcz ekscytacji ). Ciekawa jestem co łączy obie ofiary i czym kieruje się morderca. Tyle różnych możliwości... Zabawię się w detektywa :P A kwestia drugiej części pozostawia ogromny niedosyt. Czemu ten głupi telefon wszystko zepsuł? Znowu im coś przeszkadza... Nick jest o wiele milszy dla swojej partnerki niż wcześniej i o wiele bardziej zaborczy. Ugh ale strasznie go torturujesz :D Biedny Nick, faceci z tym imieniem mają trudne życie...
  • awatar Kate - Writes: Wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń, nie przedłużajmy może... Zgadzam się z Misao w każdym słowie, chcę jeszcze, jeszcze i jeszcze. I jeszcze... dlaczego ja nigdy nie mogę przeczytać pierwsza. Zawsze ktoś mnie uprzedzi i napisze to co ja chciałam napisać, a przecież nie będę ci spamować. :D Jak się pojawi pierwszy rozdział opowiadania o Legolasie, dam znać.
  • awatar Kate - Writes: Jak to możliwe, że nie przetrwałaś "Władcy Pierścieni", przecież to... nie ma odpowiednich słów by to opisać.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

powiesci
 
listen.the.silence.pinger.pl

ilustraciones chicas anime 01.jpg


Czasem życie potrafi dać w kość, jednak Emily ma totalnie przechlapane. Matka posądza ojca o zdradę, ojciec jej wytyka, że wydaje jego pieniądze, a ona musi siedzieć w książkach, żeby iść na studia, by dostać pracę. I to oczywiście matka wybrała jej kierunek, nie biorąc pod uwagę uczuć i marzeń dziewczyny. Co z tego, że kocha rysować i ma do tego prawdziwy talent? Dla jej rodzicielki musi się uczyć na znienawidzone prawo. Cały otaczający ją świat sprzysiągł się przeciw niej. Nawet mniemana miłość jej życia wnosi brud do i tak skomplikowanego świata Emily. Podołanie wymaganiom rodziców, chłopakowi i emocje, które nie mają nigdzie ujścia popychają jej do uzależnienia, które pozostawia blizny na jej ciele i duszy. Nienawidzi tego, ale zarazem tylko to daje jej wytchnienie od problemów świata. Żyletka, jej największy przyjaciel i wróg w jednym. Gdy wydaje się, że już nic nie ma sensu na drodze Emily staje tajemniczy chłopak, który jest zainteresowany jej obrazami, namalowanymi na zajęciach artystycznych na które chodzi bez wiedzy rodzicieli. Czy on będzie w stanie je pomóc? I czy szczęście uśmiechnie się wreszcie do dziewczyny? Tego musicie się dowiedzieć sami.

Czytając tą historię byłam w stanie poczuć emocje bohaterki. Doskonale poprowadzona narracja w pierwszej osobie dodaje realizmu i sprawia, że dosłownie ma się uczucie, że jest się nią. Nie raz roniłam łzy widząc jak niesprawiedliwe jest życie. Zdecydowanie uwielbiam to opowiadanie i zachęcam do nich wszystkich. Szczerze na początku miałam opory ze wzgląd, że nie lubię czytać o uzależnieniach, a opisy upuszczania sobie krwi niezbyt mnie zachęciły, jednak to opowiadanie jest niezwykłe na swój sposób i pokazuje, że wszystko da się zwyciężyć małymi kroczkami dążąc do celu.
  • awatar Seiti: Kiedy ja to wszystko czas znajdę, opis brzmi kusząco...
  • awatar .Eff.: Kompletnie się tego nie spodziewałam, dziękuję <3 Nawet nie liczyłam na to, że kiedyś przeczytam recenzję własnego opowiadania, uczucie nie do opisania ;) Ogólnie przyznam, że to fantastyczny pomysł na bloga- dzięki Tobie talenty niedocenionych ludzi w końcu zostaną zauważone. Jeszcze raz dziękuję (zakochałam się w tym obrazku)i obiecuję częściej tu zaglądać ;)
  • awatar Magiczne Opowieści...: Brzmi bardzo interesująco :D Z chęcią zabiorę się za czytanie :) Piszesz świetne recenzje :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

powiesci
 
mycandylove.pinger.pl/
Ch opcy-slider.jpg


Co tu dużo mówić fanfik słodkiego flirtu! I to chyba najlepszy jaki czytałam do tej pory.

Pamiętnik Su z bardziej pikantnymi zdarzeniami niż w samej grze. Narracja jest tak prowadzona, że aż dostałam rumieńców, a serce o mało nie wyskoczyło mi z piersi. Ze słodkiego flirtu zrobił się pikantny :D
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: hohoHO !!! :D Trza zacząć usuwać historię z przeglądarki
  • awatar zamek1989: to było świetne:D
  • awatar Embry: Łał! Dzięki :) Nie spodziewałam się, że o mnie napiszesz. A mi się przyjemnie zrobiło. Będę miała większą mobilizację do częstszego publikowania postów :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

seiti1008
 
W ramionach czarnej melancholii

W niewielkim, dusznym pomieszczeniu skąpanym w prażącym słońcu, młoda bogini żwawo i zamaszyście zapisywała kolejne słowa na śnieżnobiałej kartce. Była zupełnie pochłonięta przez swoje myśli przelewane na papier i męczący upał zdawał się jej zupełnie nie przeszkadzać. Jej oczy lśniły entuzjazmem.
- Skończyłam! – oznajmiła pustemu pokojowi, dumnie trzymając kartkę przed sobą.
Z szerokim uśmiechem poderwała się z krzesła i wybiegła z gabinetu.
Przemierzała korytarze Akademii w poszukiwaniu swej matki, która powinna niebawem zacząć trening z młodszymi grupami.
- Tato! – zawołała na widok ojca, wpuszczającego dzieci do sali. – Gdzie mama? – spytała, dobiegając i rozglądając się energicznie.
-  Dobre pytanie. – odparł zirytowany. – Znikła gdzieś o świcie, nie mogę jej znaleźć. – podparł się pod boki.
- Och. – zawyła rozczarowana. – Mam projekt festynu z okazji święta Cesarstwa. W tym roku Akademia mogłaby wziąć czynny udział w obchodach. Wymyśliłam atrakcje, stoiska z przysmakami i bal jako zwieńczenie świętowania. – spochmurniała.
Airen obdarzył córkę czułym uśmiechem.
- Myślę, że to dobry pomysł. Asima z pewnością go zaaprobuje. – wziął od niej kartkę. – Przekażę to twojej mamie, dobrze?
- Tak! – wyszczebiotała zadowolona. – Dzięki! Muszę iść na zajęcia, jeszcze raz dzięki. – cmoknęła ojca w policzek i pognała jak galopujący rumak uwolniony z pęt uzdy.
- Młodość… - westchnął, zerkając na rozgardiasz zza drzwiami. – „czas wracać do obowiązków, w które zostałem wrobiony.” – zmarszczył groźnie brwi, na myśl o słodkich oczkach byłej żony i kryjącym się za nim widmem koszmaru. – „Gdzie ona jest, do licha!” – zacisnął palce na klamce z przemożną chęcią rozwalenia jej na drobny mak.
- Tu jesteś.
Król usłyszał za sobą znajomy głęboki głos, którego właściciel chwilami doprowadzał go do szewskiej pasji.
- Bista? – przez ramię otaksował postać trzpiotliwego brata.
- Miało cię nie być na kolacji, a wcięło cię na kilka dni. Już myślałem, że sam zostałeś kolacją Cesarzowej. – rzucił, rozglądając się dookoła. – Więc to jest ta sławetna Akademia. – zagwizdał. – Niezły moloch! Musi być pełna uczniów… w tym seksownych nastolatek. – prawie stojąc na palcach sondował salę treningową znad ramienia Króla, który przysłaniał mu widok.
Airen przyciągnął do siebie drzwi, uniemożliwiając bratu zaglądanie do pomieszczenia. Ostro zmierzył Bistę, który cmoknął niezadowolony.
- Tu są dzieci, zboczeńcu. – syknął. – Wybacz, ale prowadzę teraz lekcję.
- Szkoda… ale nastolatkami też się zajmujesz? One muszą być gorące, nie? Fajnie masz, możesz sobie bezkarnie popatrzeć. – rozmarzył się. – Młode ciałka z niezepsutą krwią… - oblizał się.
Bóg skrzywił się z obrzydzeniem.
- Nie porównuj mnie do siebie. Tobie wszystko jedno, byle miało szparkę i dało wyssać sobie krew. Zniżysz się nawet do polowania na dzieci.
- Nastolatki to takie dojrzalsze dzieci z apetycznymi kształtami. Świeże i młode. Mniam. – dalej biegał oczami po rozchodzących się korytarzach. - Powinieneś spróbować, ale ty chyba wolisz prężące się ku….
- Jestem dość zajęty. – przerwał mu. - Możesz przekazać, że wrócę jak tu skończę. Nie musicie się martwić. – odparł z przyklejonym sztucznym uśmiechem. Pstryknięciem otworzył złote przejście, do którego siłą próbował wepchnąć lekkomyślnego i napalonego brata.
- Nie wyganiaj mnie, tyle tu mięska, które mogę uszczęśliwić zabierając je, i siebie, do nieba! – opierał się.
- Słucham? – mężczyzna zamarł słysząc melodyjny i lodowaty ton bogini.
- Asima! He he he… ja tylko… przyszedłem po naszego nieodpowiedzialnego króla! Tak, dokładnie. – uśmiechał się głupkowato do łypiącej nań srogo Cesarzowej. – To ja pójdę, mama czeka. Pa! – czmychnął w jasną poświatę.
Na ustach Króla zawitał półuśmieszek.
- Wystarczyło, że się pojawisz z tym mrocznym wyrazem na tej ślicznej buźce, a kretyn już sika pod siebie. – zaśmiał się z tchórzostwa Bisty, który unikał silnych kobiet, od momentu, gdy jedna niewiasta przemalowała mu buźkę, kiedy dowiedziała się o jego licznych romansach i jawnej zdradzie.
Badawczo przyjrzał się zniesmaczonej Asimie. Miała lekko zarumienione policzki, jej pierś falowała, łapiąc głębokie wdechy, a wilgotne włosy lepiły się do obcisłego uniformu.
Zmrużył oczy, uważniej analizując jej aurę. Jej rozgrzane ciało, na którego skórze skrzyły się gdzie niegdzie kropelki potu, pulsowało energią. Jej organizm rozpoczął fazę regeneracyjną, zasklepiając ranę, z której dalej unosiła się woń krwi.
Przeczesała zmierzwione włosy, uśmiechając się ciepło do boga.
- Zajmiesz się nimi? Przyjdę na kolejne zajęcia. – poprosiła i czym prędzej oddaliła się od niego.
Po kilku minutach zanurzyła buchające ogniem policzki pod letnią wodą. Jej obolałe ciało zalała orzeźwiająca woda. Zamruczała z zadowoleniem, oddając się relaksującemu prysznicowi. Powolnymi ruchami namydlała swoją doświadczoną skórę. Syknęła, gdy przejechała pianą po wyżłobieniu na ramieniu. Spojrzała na gojące się cięcie, zaciskając zęby. Pomimo rozpoczętego procesu regeneracji, rana dalej przeszywająco bolała. Walka ze starożytnym była czymś zupełnie innym niż z bogami, którym do tej pory stawiała czoło. Jej dziadek się z nią nie patyczkował, a ciosy, które ją dosięgły paprały się i zasklepiały zdecydowanie dłużej aniżeli choćby cięcia Nicości.
Przymknęła ciążące jej powieki.
- „Ile jeszcze będę zwlekać? Uciekam. Zasłaniam się brakiem gotowości i zmuszam się do treningów, które mają zagwarantować mi zwycięstwo. Co za głupota, przecież wiem, że nie wyjdę z tego cało. Od kiedy się waham? Wcześniej szłam przed siebie zaglądając niebytowi z odwagą w oczy. Aż tak bardzo kocham życie?” – pochyliła się pod strumieniem wody i wbiła przygnębione oczy w wir znikający w odpływie.
Nagle jej mokre ciało owiał zimny podmuch. Drzwi kabiny otworzyły się, ukazując jej nagie ciało. Zamrugała nerwowo wlepiając zaskoczone bursztyny w Króla. Wyprostowała się, a słoneczne oczy pociemniały od nagromadzonego pożądania. Oblizała usta, wodząc po jego napiętych mięśniach.
- Czekałam na ciebie. – wciągnęła boga do środka, zarzucając mu ręce na szyi.
- Doprawdy? – objął ją w talii i przysunął do siebie. – Nie powiedziałbym. Wydawałaś się zaskoczona. – pogłaskał ją po policzku, próbując wyczytać coś z jej twarzy.
- Wiedziałam, że wcześniej czy później zawitasz w damskiej łaźni. To zbyt wielka pokusa. – przejechała palcem po wargach boga.
- Całe szczęście, że nie muszę cię przekonywać, już mi jaja napęczniały! – odparł, nachylając się i zawisając tuż nad jej ponętnymi ustami.
- Jaja…? – zachichotała, odsuwając się.
- To nie jest śmieszne. Jestem na głodzie od kilku miesięcy. – łypnął na nią spode łba.
- Mam uwierzyć, że nie zabawiałeś się z nikim? – prychnęła ironicznie.
- Nie. – chwycił ją i obrócił plecami do siebie. – Po skosztowaniu ciebie już nikt nie smakuje równie wybornie. – skubnął jej obojczyk.
- Airen… - wyszeptała ochryple, odchylając głowę do tyłu.
Przywarł do niej, całując jej szyję i obojczyk. Pchnął ją na szklaną ścianę kabiny. Oparła się rękoma o chłodną i mokrą powierzchnię hartowanego szkła. Opuszkami palców przejechał wzdłuż kręgosłupa bogini. Zachęcony jej pomrukiem, położył dłonie na jej pośladkach, pieścił je, by po chwili wymierzyć jej mocnego klapsa. Pisnęła, gdy jej skóra poczerwieniała, przybierając formę odciśniętej ręki Króla.
- To za Falmerka. – oznajmił, wsuwając palce w jej kobiecość.
~Ah… - zamknęła oczy, przygryzając wargę.
Jego sprawne palce drażniły jej łechtaczkę, pchając ją w ramiona rozkoszy, której już słyszała słodki szept.
Wygięła się w łuk, będąc blisko ekstazy. Airen zaśmiał się krótko i szyderczo. Zaprzestał pieszczot i wstał. Oblizał palce i wyzywająco spoglądał w jej rozżalone oczy. Zbliżył się do niej. Czuł jej rozżarzoną skórę, która buchała żądzą.
- Chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci dojść w taki sposób. – zmysłowo wymówił wprost do jej ucha.
- Sadysta… - podsumowała niezadowolona i rozbudzona.
Ujął jej biodra, którymi zakołysał lubieżnie.
Poczuła go u wejścia do pochwy. Stęknęła ponaglająco i niecierpliwie. Nie znosiła, gdy się z nią droczył.
- Airen! – krzyknęła głębokim, erotycznym tonem.
- Mmm. Brzmisz tak słodko, co powinienem zrobić? Zostawić cię w takim stanie czy może… - nie dokończył.
Asima chwyciła jego nabrzmiałe przyrodzenie i jednym, szybkim ruchem wsunęła je w siebie.
- Nie igraj ze mną. – jęknęła.
Był w jej gorącym wnętrzu. Czuł pulsowanie jej mięśni. Przestał myśleć o drażnieniu Asimy, teraz omamiła go tylko chęć zaspokojenia siebie i jej. Chciał, żeby krzyk bogini dudnił mu w uszach; aby wiła się pod nim, żądna jego dotyku.
Nastała upragniona chwila, o której fantazjował po nocach. Pchnięcie za pchnięciem, wprawiało jego penisa w niebezpieczne drgania. Był na granicy wytrzymałości. Palcami muskał jej gładką skórę, odnawiając mapę ciała ukochanej kobiety w swojej głowie. Będąc u kresu, wyszedł z niej, by odzyskać przytępione zmysły. Wyrównawszy oddech, wdarł się w nią z pasją, gwałtownie poruszając się w niej.
Cesarzowa jęczała opętana błogą przyjemnością. Ruszała prowokująco biodrami, a jej piersi podskakiwały kusząco. Ujął je, by sutki stwardniały mu pod palcami. Ich puls przyspieszył.
Kabinę napełniały ich gorące oddechy, których nawet zimna już woda nie była wstanie ostudzić. W pustej łaźni rozbrzmiał krzyk dzikiej przyjemności.
Bogowie opadli z sił mocno w siebie wtuleni.
Airen upajał się jej zapachem, który zawsze dział na niego uspokajająco. Wykończona ciężko dyszała. Wzmocnił uścisk, rozczulająco przyglądając się jej ciału, na którym goiły się świeże rany. Miał rację, była ranna. Był pewny, że ćwiczyła. Tylko czemu trenowała narażając swoje zdrowie?
Asima schowała twarz w jego torsie. Całym sercem pragnęła, aby czas się zatrzymał i zamknął ich w nieprzerwanym kręgu tej chwili; na wieczność uwięziona z mężczyzną, którego kochała. Z rosnącym uciskiem w dołku, wiedziała, że ich czas się skończył, sielanki nie będzie i musi wyrwać się z jego objęć. Zacisnęła szczękę, napinając mocno mięśnie. Musiała się odsunąć, musiała to skończyć. Nieprzemyślanie pozwoliła sobie na zakazane chwile uniesienia. Miała go nie dopuszczać do siebie, a nie wpadać w jego ramiona. Zbliżyła się do niego, zamiast budować mur. Kochała go, chciała być z nim, a nie wystawiać swą duszę na pewne zniszczenie. Przez zapomnienie zapragnęła żyć i kochać Airena całą sobą. Oczy zapiekły ją od tłamszonych łez. Jeszcze chwila i jej maska opadnie.
- Czas wracać do rzeczywistości. – odepchnęła go, a jej głos przybrał nieprzyjemną i chłodną barwę. – Było przyjemnie, jak zawsze, ale teraz…
- Wracamy do bycia byłym małżeństwem. – dodał lodowato, do żywego dotknięty jej oziębłością.
Przytaknęła, zmuszając się do chytrego uśmiechu.
- Może jeszcze to powtórzymy. Dobrze nam w łóżku. – zaproponował, wstając.
- Może. „Nigdy w życiu, inaczej pęknie mi serce. Co ja wyprawiam.” – zrugała się w myśli.
Zamglonym spojrzeniem odprowadzała znikającą sylwetkę ukochanego.

Przyciemniona komnata wypełniona była negatywnymi emocjami; wylewały się z niej mroczne uczucia przebywających w nich osób.
Iru siedział pod ścianą, opierając się na podciągniętych do brody kolanach. Trwał przy matce swojej córki od kilku dni, uwięziony w paradoksie swych uczuć. Milczał, nie licząc jednej wypowiedzi, gdy poinformował Mili o ciąży. Cały czas słyszał wypowiadane przez siebie słowa. Wyszło bardziej szorstko niżby chciał, lecz nie potrafił powstrzymać chłodnego tonu, maskującego rozpacz. Wiedział po błysku w jej oczach, że wychwyciła skryty żal. Nieświadomie zaczął ją obwiniać o utratę maleństwa. Był zły na siebie za takie myśli, a jednocześnie nie mógł się ich pozbyć.
Wbił wzrok w zwiniętą w kłębek kobietę, leżącą z naciągniętym na głowę ciepłym kocem. Cierpiała. Jej ciemne, puste oczy utkwiły w jakimś punkcie. Słoneczne oczy Asyalena spochmurniały i zaszły mgłą. Pragnął ją utulić i zapewnić, że życie przyniesie jeszcze szczęśliwe chwile, choć teraz straciło cały urok. Chciał móc zamknąć ją w ramionach i zabrać od niej cały ból, który wżerał się w jej duszę. Zapragnął wykrzyczeć jej odkryte niedawno uczucia. Zdał sobie sprawę ze swojej romantycznej impresji, gdy ujrzał ją bez życia leżącą na zimnej posadzce obskurnego lochu. W obliczu groźby jej straty, dostał obuchem miłości w łeb. Jego serce załomotało, uświadamiając mu, jak bardzo kocha tę kobietę z niewyparzoną buzią.
Cierpiętniczym spojrzeniem objął jej zamrożoną w bólu postać. Zadręczał się, nie mogąc wymyślić sposobu, aby jej pomóc.
Mili wegetowała w pozycji embrionalnej, któryś już dzień. Pogrążona w rozmyślaniach, które oplątały ją jak boa, łaknący w końcu pożreć swoją ofiarę, nie potrafiła uciec od przygniatającego poczucia winy. Okazała się być bezradnym i skrajnie nieodpowiedzialnym głupolem chadzającym pod jasnym słońcem. Nieświadomie skazała swoje dziecko na śmierć, samotnie wyruszając na ratunek Byakku, któremu jej obecność dołożyła tylko cierpień. Widziała go przez chwilę w holu, był w fatalnym stanie. Zauważyła, że opaska zakrywająca pusty oczodół stała się piętnem bezsilności, dla nich obojga. Poczucie winy spotęgowały szepty służby, która plotkowała o nagle zerwanych zaręczynach Królewicza z Nusyą. Plotki głosiły, że panicz dopuścił się haniebnej zdrady, stąd unieważnienie narzeczeństwa. Mili stanęła wtedy jak wryta, od razu domyśliwszy się prawdy. Moment, gdy zniknął w lochach i częste odwiedziny tamtej kobiety, to wszystko był układ, a ona była przyczyną. Jak miała spojrzeć mu twarz? Gdyby tylko wiedziała o ciąży, gdyby tylko dokładniej przemyślała plan ratunku…
Zacisnęła palce na poduszce, tłamsząc wezbrane uczucia, które postanowiły się wylać z jej serca. Gdyby mogła zawyć jak szczenię pozbawione opieki rodziców, wyłaby całą noc. Pragnęła zniknąć, rozmyć w powietrzu swoje jestestwo. Jej dusza była chora, tak chora, że jej ciało nie potrafiło się ruszyć. Kończyny były ciężkie jakby przyczepiono do niech ołowiane kule. Ciało swędziało ją od wyimaginowanego brudu, którym pokrył ją obleśny staruch. Jej serce ściemniało od smolistej rozpaczy, która przykleiła się do jego ścian i wypominała jej wszelkie błędy jakie popełniła. Spadała na dno, nie pragnąc już zaczerpnąć oddechu.
Usłyszała przytępione głosy. Nie słyszała wyraźnie słów, a obraz był rozmyty jakby oczy nie potrafiły go przekazać do umysłu. Szóstym zmysłem odgadła, że energia należy do Eli, która pojawiała się, co jakiś czas. Czemu pozwalają jej ją oglądać? Pomyśleć, że teraz mogłaby się cieszyć z rosnącego brzucha, w którym rosłoby jej rodzeństwo. Rozsadzający ból rozerwał coś w niej. Jej dusza rozsypała się na milion kawałków, płacząc krwawymi łzami cierpienia. Zerwała się jak poparzona, odzyskawszy władzę nad ciałem. Pognała do łazienki. Za zamkniętymi drzwiami upadła na podłogę. Skuliła się targana mroczną chęcią skończenia z tą tragedią.
Iru dopadł drzwi i szarpnął za klamkę. Zamknięte. Zaklął pod nosem.
- Eli, wyjdź. – rozkazał, nawet nie spoglądając w jej stronę.
Dziewczynka ścisnęła dłoń na piersi i posłusznie wybiegła.
Bóg załomotał w jasne drewno.
- Mili, otwieraj! – wrzasnął, usłyszawszy szum wody.
Cofnął się o krok i z impetem natarł na zablokowane drzwi, które ustąpiły od silnego naporu. Bogumila stała pod zimnym strumieniem i szorowała zawzięcie swoje ciało, które od bolesnego tarcia zaczęło krwawić. Strużki szkarłatu łączyły się ze spływającymi po jej ciele przezroczystymi kroplami. Wyblakła czerwień złączonych cieczy znaczyła jej skórę i znikała w brodziku.
Krew zawrzała w mężczyźnie. Nie zastanawiając się, ruszył ku niej. Chwycił ją mocno za nadgarstki, przerywając krwisty rytuał.
- Przestań! – huknął, wyrywając jej głowicę prysznica.
- Pusz - czaj. – z trudem wycharczała.
Na początku szamotała się jak usidlony dziki zwierz, bardziej przerażony niż niebezpieczny. Dotyk mężczyzny był ostatnim czego chciała doświadczyć. Każda komórka jej ciała krzyczała z przestrachu i wzmożonej boleści. Poczuła jak brud na jej ciele pali i ponownie ją pochłania. Jej oddech przyspieszył, nie mogła się uwolnić, był zdecydowanie silniejszy. Wrota koszmaru rozpostarły się.
- Nie odtrącaj mnie! – szarpnął ją mocno, zamykając w swoich ramionach. Poczuł jak sztywnieje. Skamieniała przestała nawet łaknąco oddychać. – Błagam nie odtrącaj mnie, to nie ja ci to zrobiłem, ja cię kocham! Kocham cię! – załkał żałośnie, pochylając twarz i skrywając ją za ramieniem Mili. – Kocham cię… - jego ciałem wzdrygnął szloch.
Oparł o nią głowę, a ręce zsunęły się po jej ciele i zawisły bezwładnie. Odsunął się od niej i rozrzewnionym bursztynem zajrzał w jej błyszczące łzami oczy. Szklista czerń wylała potok ciągnących się ciurkiem kropel. Pociągnął nosem, chcąc zebrać palcem spływającą po jej policzku łzę. Wyciągnął dłoń ku niej, lecz Mili cofnęła się pod ścianę. Wbiła w niego palące się nieufnością oczy.
W uszach czuł pulsujące tętno, dotychczasowe piękno świata rozmyło mu się przed oczami. Odrętwiałe ciało z trudem się wycofało. Powolnym krokiem dotarł do chłodnej ściany, która stała się jego legowiskiem. Głucho klapnął na twardym podłożu. Podciągnął nogi do klatki piersiowej i za zasłoną z rąk, skrył zapłakaną twarz.

iru.jpg
  • awatar Martwica Serca`: się uśmiałam w tej łaźni :D
  • awatar SallyLou: Bogowie są moim pożywieniem... Asima ciekawie działa na facetów - albo jej pożądają, albo przed nią uciekają. Nie wiem już jak chwalić. Mogę tylko czekać, na następny rozdział :D Błagam o szybki ciąg dalszy.
  • awatar Lisa Angels: Ach aż mi się przypomniała scena w łaźni, podczas pamiętnych wakacji :D Biedna Asima odpowiedzialność za wszystko wokół ją niszczy, ale chyba bardziej mi będzie żal Ariena gdy się dowie. Walcz chłopie! Bo jej już nigdy więcej nie zobaczysz! Iru i Bogumiła, nie wiem co powiedzieć smutno mi. Wzbudziłaś we mnie takie pokłady współczucia dla swoich bohaterów, że aż mi się płakać chcę, a serce się kraja na samą myśl...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

seiti1008
 
Dwie dusze powiązane pragnieniami

Biały, niewielki pokoik jaśniał w czerwonej poświacie słońca udającego się na zasłużony spoczynek. Promienie nasycone ciepłymi kolorami zachodzącej gwiazdy, otulały plakaty z opisami narządów wewnętrznych i wszelkie narzędzia lekarskie. Grały spektakl na śpiącej twarzy dziewczyny i czuwającym nad nią chłopakiem. Na jego stężałych rysach urządziły sobie plac zabaw, zmuszając młodego boga do zmrużenia oczu.
Kai wiercił się na małym, obrotowym stołeczku, czekając aż jego narzeczona ocknie się po spotkaniu z sierpowym Arcyksiężniczki. Obrzucił zrezygnowanym wzrokiem spokojną twarz kuzynki.
- „Co jej strzeliło do łba, żeby wyzywać Aicshę? Dobrze, że skończyło się tylko na utracie świadomości, wstrząśnieniu mózgu i połamanych kończynach.” – westchnął, zdając sobie sprawę z destrukcyjnej mocy współlokatorki. Wiedział, iż delikatna Kaydia nie mogła się mierzyć z mroczną Ai, która nie zawahałaby się rozbryzgać jej mózgu na najbliższej ścianie.
Kątem oka spojrzał na zegar, który odliczał kolejne godziny jego czuwania.
- Ech, straciłem zajęcia i kolację… - marudził pod nosem, kręcąc się wokół własnej osi jak małe dziecko na karuzeli.
Znudzony jak pysk mopsa po raz kolejny czytał drobny druczek naniesiony na medyczne plakaty. Dzięki bezczynności poszerzył swą wiedzę z zakresu medycyny. Jeszcze trochę siedzenia tutaj, a w wyobraźni zacznie przeprowadzać operacje.
Dostrzegł niewielki ruch powiek dziewczyny. Poderwał się uradowany.
- Kaydia!
Bogini zamrugała, marszcząc z bólu nos. Pisnęła, gdy uraziła się w roztrzaskaną rękę.
- Spokojnie. Masz złamane ręce, więc uważaj.
- Brzuch też mnie boli… - poskarżyła się - … i głowa. – dotknęła pulsującej skroni.
- Nic dziwnego, trochę tobą pozamiatała. Jeszcze trochę a zostałabyś siekanym kotletem. – spiorunował ją wzrokiem.
- Czemu wyczuwam w tobie złość? To ona…
- Po co zaczynałaś? Sądziłaś, że nic ci nie zrobi? Obecna Aicsha nie będzie miała skrupułów przed wypatroszeniem każdego, kto z nią zadrze. Miej to na uwadze i nie prowokuj jej. – skrzyżował ręce na piersi, dalej strofując ją srebrnym, gorejącym wzrokiem.
- Czy ty ją tłumaczysz?! – krzyknęła, szybko żałując uniesionego tonu. Poczuła się jakby w jej głowie wybuchła bomba atomowa. Skuliła się.
- Mówię, ostrożnie. – pogłaskał ją po potarganych i pozlepianych skrzepami włosach. – Nie bronię, uprzedzam cię, bo się lękam, że następnym razem cię skrzywdzi poważniej, a wtedy musiałbym skierować swój miecz przeciwko niej, a tego naprawdę nie chcę.
- Bo jest twoją przyjaciółeczką? – prychnęła sarkastycznie.
- Nie, bo jest córką Cesarzowej.
Spojrzała na niego pytająco, lecz Kai nie rozwinął tematu. Wiedziała, że naciskaniem niczego nie wskóra. Zrezygnowała z ciągnięcia go za język.
- Nie prowokuj tej nerwuski, dobrze? – ujął jej podbródek.
- Dobrze, Kai. – przytaknęła z rozmarzonym wzrokiem, oczekując słodkiego całusa.
Chłopak uśmiechnął się i musnął delikatnie jej wyczekujące usta.
- A teraz – sięgnął po kubeczek, w którym zalśniła szkarłatna ciecz – wypij. Musisz dojść do siebie.
Odprowadziwszy Kaydię do pokoju, skierował się na drugi koniec korytarza, gdzie dzielił komnatę z następczynią Asimy. Już po kilku krokach, głuchą ciszę zakłóciło burczenie jego brzucha. Skrzywił się. O tej porze niczego już nie przemyci z kuchni. Pozostaje mu głodówka do rana, ewentualnie zapolowanie na jakąś pulsującą żyłkę. Potrząsnął głową, nie było szans, aby jakaś niewiasta włóczyła się o tej godzinie po Internacie. Skręcając się z głodu, pchnął drzwi od swojego niewielkiego kącika w tym rozległym kraju. Zaskoczony zapuścił żurawia do środka. Spodziewał się roznegliżowanej Aicshy wylegującej się w pomiętej pościeli i kusząco czytającej książkę. Tymczasem nie zastał bogini.
- Heh, więc ona jako jedyna się włóczy po nocach. – podparł się za boki.
- Gadasz sam do siebie? Czy to jakaś choroba psychiczna, której nabawiłeś się na wojnie? – zakpiła, stojąc za nim i obserwując go od dłuższej chwili.
- Tu jesteś. Już się martwiłem. – rzucił sarkastycznie.
Ai prychnęła, ściskając torbę, z której wydobywał się smakowity aromat.
- Co masz w torbie? – przełknął ślinę, która wezbrała jak morze podczas sztormu.
- Jedzenie. – oznajmiła, wchodząc pierwsza. Uśmiechnęła się, widząc jego głód w oczach. – Podzielę się z tobą.
- To nie jadłaś kolacji? – spytał, zamykając drzwi.
- Nie, byłam zajęta. – postawiła torbę na biurku.
- Blanem, jak mniemam. – zmrużył gniewnie oczy.
- Nom, trochę go podręczyłam. – przeciągła się.
- Seksualnie. – fuknął.
- Też. – uśmiechnęła się szeroko. – Zazdrosny? Przecież ty spędziłeś czas z kuzyneczką.
- Gdybyś jej nie poobijała to bym nie spędził.
- Więc powinna mi być wdzięczna. Następnym razem rozpłatam ją jak filet, rozumiesz? – w bursztynie zabłysł mrok.
- Nie będzie następnego razu. – zadeklarował, podchodząc do torby i wyjmując z niej zapakowane jedzenie. Rozmarzył się, gdy zapach dotarł do jego nozdrzy. – Jak je zdobyłaś? Kuchnia już zamknięta.
- Jestem córką władczyni, dla mnie zrobiono wyjątek. – puściła do niego oczko. – Beze mnie byś głodował. – podała mu sztućce, leżące luzem w torbie.
-  Udałbym się na polowanie. – nabrał na widelec długie nitki makaronu.
- Z pewnością. – pociągnęła kluskę.
W mgnieniu oka opakowania zostały opróżnione.
- Teraz możemy przejść do deseru. – złapał Ai za rękę i pchnął na łóżko.
Dziewczyna roześmiała się.
- Może zechcesz mnie spałaszować z bitą śmietaną, czekoladą i truskawkami?
- Jesteś wystarczająco słodka. – nachylił się aby posiąść jej wargi, lecz dłoń bogini zatkała mu usta.
- Śmierdzę Blanem.
- I co? Dzisiejszy dzień zakończysz jako moja własność. – chwycił jej dłoń i przycisnął do łóżka.
Wpił się natarczywie w jej rozchylone usta i smakował ją powoli, delektując się nią niczym najszlachetniejszym winem świata. Po długim, zachłannym pocałunku oderwał się od niej. Pełne wargi czerwienią dorównywały syrah, a dwa bursztyny okalane gęstymi i długimi rzęsami zaszły mgłą pożądania.
Usatysfakcjonowany rozpiął guziki od jej lekkiej koszuli. Różowy atłasowy staniczek, przyozdobiony czarną koronką dzielnie podtrzymywał jej pokaźne piersi. Kai zafascynowany ujął jeden z pagórków. Wsunął dłoń pod miseczkę, wyjmując miękką pierś. Czubkiem języka zaczął drażnić jej sutek, który szybko zareagował na pieszczotę.
- Kai… - ochryple wymamrotała.
- Jeszcze trochę, księżniczko. Daj mi się tobą po rozkoszować. Twoim smakiem – polizał skórę jędrnych piersi – twoim zapachem – następnie zanurzył twarz w odrastające pasma czarnych włosów – twoim ciepłem – mocno ją przytulił do swojego mocnego i twardego ciała. – Chce się sycić całą tobą. – wyszeptał.
Pochwyciła jego rozpaloną żądzą twarz i z powagą zajrzała w pociemniałe oczy panicza.
- Gadasz jak zakochany. – odparła.
- Zakochany w twoim ciele. Jesteś niesamowicie piękna i posiadanie cię jest zaszczytem, ale nie myl tego z miłością. – odrzekł cierpko.
- To dobrze, nie chcemy tu miłości. – prowokacyjnie musnęła wargami jego wilgotne usta.
Nie trzeba było zapraszać go dwa razy. Przygwoździł jej ponętne ciało do wygodnego materaca. Całował ją namiętnie, pragnąc naznaczyć sobą każdy centymetr jej dorastającego ciała. Była jego i powinna o tym pamiętać. Czemu chadzała do Blana? Przewyższa go w tych sprawach? Nie, niemożliwe alby jakiś fircyk wygrał z nim w cielesnej pogoni. Czemu więc oddawała się tamtemu? Krew zawrzała mu gniewem. Mocno ścisnął jej nadgarstki, unieruchamiając ją. Dziewczyna pisnęła, lecz nie zważając na jej cichą demonstrację bólu, odwrócił ją na brzuch, zadarł turkusową spódniczkę do góry i zerwał z niej dolną część bielizny. Szybko rozsunął suwak swoich spodni, ciągle wyginając nienaturalnie jej górne kończyny. Wszedł w nią jednym, silnym pchnięciem. Zawyła, chowając twarz w poduszce.
- K-Kai… - wysapała, próbując dostrzec jego twarz.
Opętany złością zdawał się jej nie słyszeć. Wyzwolił całą swą żądzę, która wgniotła kobiece ciało w satynową pościel.
Aicsha odpływała, sama nie wiedząc czy z bólu czy przyjemności. Odczuwała rozkosz, pomimo zupełnego braku delikatności ze strony kochanka. Poruszał się w niej ostro, wbijając się w najdalsze zakamarki jej kobiecości. Podobała się jej zawziętość i szybkość jego ruchów, czuła go intensywnie, całą sobą. Była u wrót nieba. Jeszcze chwila, jeszcze moment, jeden mocniejszy ruch jego bioder i sięgnie po najprzyjemniejsze doznania w życiu.
- Mocniej, Kai! Chce… AAH~
Wygięła się w łuk, wykrzykując pieśń ekstazy.
Pogrążony w szaleńczym amoku był głuchy na potrzeby partnerki. Pędził ku spełnieniu, chcąc wyrzucić z siebie całe pokłady zwątpienia i gniewu. Niespodziewanie jej ciało zapłonęło uniesieniem, sprowadzając go na ziemię z wyżyn samolubstwa. Puścił jej skrępowane ręce i chwycił kształtne biodra.
- „Doszła? Już?” – jej wnętrze pulsowało, pobudzając go do ukończenia gonitwy. Kusząca wizja mamiła. Wystarczyła krótka chwila, by do niej dołączyć. Kilka silniejszych pchnięć…
Bogini opadła na poduszkę. Pożądanie rozgorało w niej na nowo. Poddała się kolejnej fali rozkoszy, którą stłumiła kryjąc lica w pościeli. Czuła go jak jego członek tętnił od wezbranej krwi. Był blisko, aby ją zalać sobą.
Ta myśl nią wzdrygnęła.
- Kai! – wrzasnęła, próbując wyrwać się z jego miłosnego uścisku. – Kai!! – zerknęła na jego błogi grymas. – Nie, idioto!! – zacisnął palce na jej biodrach, kuląc się w napływie spełnienia.
Arcyksiężniczka uwolniła się, chwyciła jaśka i zaczęła okładać nim boga.
- Kretyn! Idiota! Baran!
- Czemu mnie wyzywasz, niezrównoważona psychicznie dziewczynko?! – rękoma zasłonił się przed miękkimi ciosami.
- Spuściłeś się we mnie!! – ryknęła.
- Oj…
O poranku, gdy słońce nieśmiało opromieniało zmarznięte ziemie po chłodnej nocy, przebudzony Kai wbijał posępny wzrok w sufit. Mętne srebro było pozbawione żywych ogników, które zazwyczaj tliły się ochoczo. Jego myśli zagłębiły się na skryte przed światem obszary jego duszy. Kamienna maska je chroniąca od wścibskich spojrzeń całego świata dzisiaj drgnęła, ukazując schowane za nią boleści.
Aicsha otworzyła leniwie oczy. Niezbyt miała ochotę wyściubiać nos znad ciepłej kołderki i sprostać kolejnemu ciężkiemu dniu nauki. Jej małe zasoby energii wyparowały jak kałuże po deszczu przy upalnym dniu, gdy uświadomiła sobie, że czekają ją dwa egzaminy i trening z samym Latisem. Jęknęła pod nosem, nakrywając się tkaniną wypełnioną wełną. Zgaszona odwróciła się do przyjemnego źródła ciepła.
Bóg leżał nieruchomo z nieobecnym wzrokiem wbitym w jakiś punkt na sklepieniu pokoju. Dziewczyna zamrugała z niedowierzaniem, wodząc po jego zastygłych w apatii rysach. Wyglądał jak posąg stworzony przez artystę trawionego przez depresję. Wahała się czy powinna mu przeszkadzać w podróży w głąb siebie. Zsunęła się z łóżka, by niepostrzeżenie zniknąć w drzwiach łazienki. Miała się wyprostować, gdy pochwyciła ją zimna dłoń chłopaka. Zerknęła przez ramię. Półnagi ze zmierzwionymi kosmykami i przestraszoną miną ściskał jej nadgarstek. Pierwszy raz widziała u niego grymas marazmu. W błyszczącym srebrze czaiło się przygnębienie. Wbijała w niego nic nie rozumiejące bursztyny.
- Zostań ze mną, nie odchodź. – wymamrotał błagalnie z miną zbitego psa.
Jakże mogła odmówić chłopakowi, który wyglądał jakby za chwilę miało mu pęknąć serce, a potężne ciało rozsypać na milion kawałków, gdy tylko odejdzie?
Wsunęła się z powrotem w pościel. Momentalnie ujęły ją silne ramiona Kai’a, które szukały w uścisku ukojenia. Schował twarz w jej piersiach, oddychając równo i powoli. Przeczesała palcami odstające pukle.
- Kai… - z niepokojem w głosie wyszeptała jego dźwięczne imię.
- Pozwól mi tak zostać przez jakiś czas. Dzisiaj jest rocznica śmierci dziadka…
Ai  mocniej otoczyła go ramieniem, przyciskając silniej do swej piersi. Przytuleni trwali tak dłuższą chwilę.
Arcyksiężniczka ukradkiem zerknęła na jego spokojną i śpiącą twarz. Czule ucałowała go w czoło, czując uścisk w klatce piersiowej.
Spoglądała miękko na przystojną fizjonomię chłopaka. Widać było, że we śnie zaznał spokoju, wskazywały na to rozluźnione rysy jego oblicza. Gdy spał w jej ramionach wyglądał słodko i niewinnie, jak zwyczajny chłopak jakich wiele. Obraz typowego nastolatka psuła szrama szpecąca młode lica. Była znamieniem przeszłości; naznaczeniem wojny, przypominającym o bólu i plonie krwawych dni. Była częścią obecnego Kai’a.
Aicsha zacisnęła dłonie na pościeli, marszcząc cierpiętniczo brwi. Słoneczne oczy spochmurniały.
Przypomniała sobie o swym postanowieniu sprzed kilku miesięcy. Odgrażała się, że odnajdzie dawnego Kai’a, którego szczerze kochała. Tymczasem, co się z nią stało? Ciało przypominające dystyngowaną Asimę zalała mroczna dusza jej ojca. Stała się pomazańcem mroku, który łaknął coraz to większej ilości ofiar. Za każdym razem, gdy w jej żyłach płynął gniew, odzywał się w niej instynkt kierujący się swymi własnymi prawami. Krew wytryskująca z przeciwników; ciągnące się flaki z rozpłatanych ciał; słodki szept mroku, tego pragnęło jej serce. Czuła się zagubiona we własnych żądzach, których nie potrafiła kontrolować.
Powiodła smętnym spojrzeniem po twarzy wojownika. Uśmiechnęła się blado pod nosem, wiedząc, że stała się gorszą istotą od Dziecka Wojny. Jej usta wypowiadały ideologiczne frazesy, które nijak się miały do rzeczywistości.
Pogłaskała brązową czuprynę wtuloną w siebie.
- „Wybacz mi, miałam cię uwolnić spod jarzma krwi, ale zdaje się, że zagłębiłam się w niej bezpowrotnie i nie jestem w stanie cię uratować. Sama nie umiem zrzucić jej kajdan. Przepraszam, Kai.” – ciężko westchnęła, zamykając oczy.
Pogrążała się w ciemnej rysie na niegdyś dobrym sercu; na czarnej skazie swej duszy, gdy drzwi od samotni jej i Kai’a otworzyły się, wyrywając boginię z rozpamiętywania o dawnym „ja”.
Dziewczyna uniosła wymownie brew, mierząc mało przychylnym spojrzeniem intruza, który bulgotał z wściekłości.
- Ty dziwko! – warknęła purpurowa z gniewu szatynka. – Puszczaj mojego narzeczonego! – sapała.
Lica Arcyksiężniczki skrzywiły się w grymasie złości. Wyplotła chłopaka ze swych objęć i rozpłynęła się w powietrzu, pojawiając się z lekkością motyla obok Kaydii. Szarpnęła kuzynkę współlokatora za ramię i wypchnęła ją z pokoju. Pospiesznie zamknęła za nimi drzwi. Wbijała w oniemiałą niewiastę lodowaty wzrok, który był wstanie zmrozić lodowe rzeźby i zmusić je do przekroczenia granic wytrzymałości.
- Stul ten pysk. – warknęła. – Kai dopiero usnął i nie pozwolę ci go zbudzić.
- Co, proszę?! Jak śmiesz tak do mnie mówić niewychowana księżniczko!
- Powiedziałam, zamknij tę kłapiącą jadaczkę. – obnażyła kły.
Kaydia cofnęła się o krok od naporu jej złowieszczej aury.
- Czemu w ogóle przytulasz się do MOJEGO NARZECZONEGO? – spytała zbulwersowana.
Ai uśmiechnęła się chytrze.
- Nie wiesz? Dlatego, że razem sypiamy i dlatego, że dzisiaj jest rocznica śmierci waszego dziadka. Chyba o niej nie zapomniałaś, prawda?
Młoda bogini zacisnęła usta w wąską linię. Oczywistym było, że zapomniała o tak nieistotnej dlań dacie.
- Pamiętam, a jak myślisz po co przyszłam do Kai’a. – obruszyła się, kłamiąc w żywe oczy.
- „Na bank to nie był powód.” Jak widziałaś, Kai spał po długiej i upojnej nocy ze mną. – oblizała ponętne usta.
- Ty…!
- Waż słowa. Może powinnaś pogadać z Blanem. Wyjaśni ci co nieco.
- B-Blanem? – zaniepokojona wytrzeszczyła oczy.
- Tak, Blanem twoim kochankiem. – Ai uśmiechnęła się złośliwie, widząc zaskoczenie w oczach Kaydii.

Pierwsze promienie słońca rozpoczynającego swą codzienną wędrówkę, zastały Byakku przed drewnianymi drzwiami jednego z pokoi Internatu. Wschód słońca oświetlał srebrną klamkę, nad którą zawieszona była dłoń Królewicza. Bóg straciwszy poczucie czasu, trwał w wahaniu. Serce łomotało mu szaleńczo w piersi, a strach płynął w żyłach. Zamknąwszy oko, wziął głęboki wdech, by po chwili spokojnie wypuścić świszczące powietrze. Palce panicza oplotły zimny metal, uchylając przed nim zaciemniony pokój, któremu najbliżej było do niebios. W powietrzu unosiła się woń rozpaczy, tak przytłaczającej, że Byakku cofnął się o krok, na nowo zbierając siły do stawienia czoła osobie, której winien przeprosiny.
- Ona kochała piękno tutejszej nocy. – usłyszał głos dochodzący od okna. Targana lekkim wietrzykiem firana odsłoniła posępny obraz chłopaka, wpatrującego się w jaśniejące niebo.
Skulony, opierał się o parapet. Pofalowane i potargane wiatrem, przydługie i zaniedbane włosy opadały mu miękko na ramiona. W pustce orzechowych oczu odbijał się następny dzień.
Byakku ścisnęło w dołku. Co miał odpowiedzieć? Spuścił głowę, zaciskając zęby.
- Kochała budzące się do życia pąki kwiatów, których widok zapierał jej dech w piersi. Uśmiechała się do zieleni Cesarstwa, a jej uśmiech roztapiał moje serce. Kochałem ją od lat, a mimo to moja miłość nie mijała. Kochałem ją prawdziwie. – głos mu się załamał, a wschodzące słońce straciło na wyrazie od zaszklonych oczu.
Królewicz odwrócił wzrok, nie mogąc ścierpieć łez przyjaciela.
- Czemu… Byakku, powiedz mi, czemu? – odwrócił się ku bogowi. Mimo iż się wyprostował wyglądał jakby dopadł go starczy garb. Panicz z daleka mógł dojrzeć podkrążone oczy, które od dawna się nie zamknęły; bladą twarz, na której wyryty został ból; wychudzone ciało, które straciło swą świetność przez niedożywienie.
Dusza boga zawyła.
- Czemu, do cholery, zabrałeś ją ze sobą?! – rozgniewany Rikjo chwycił Byakku za poły skórzanego płaszcza. – Czemu!! – krzyczał od wezbranego bólu. – Odpowiedz mi!
Królewicz milczał. Z gulą w gardle przyglądał się miotającemu przyjacielowi, który nie potrafił pogodzić się ze śmiercią Mishyii.
Rozsierdzony brąz miotał gromami wściekłości. Brak odpowiedzi tylko bardziej go zdenerwował. Zacisnął dłoń w pięść i uderzył boga z całej siły, dając ujście swojemu gniewowi i bólowi. Byakku przyjął cios spokojnie. Jego głowa lekko odchyliła się w bok, a z kącika ust popłynęła delikatna strużka krwi, której nie zamierzał ocierać.
- Jeśli chcesz możesz potraktować mnie jak worek treningowy. Należy mi się, że jej nie obroniłem. – czuł wezbraną falę tłumionej rozpaczy. – To ona obroniła mnie! Ona… ja jestem, byłem jej panem i powinienem ją chronić, ja byłem jej przyjacielem, ja jestem mężczyzną a nie ochroniłem kobiety… ja… - rozpłakał się. Zakrywając żałosną twarz ręką, upadł na kolana. – Przepraszam…!
Rikjo stał oszołomiony. Szeroko otwartymi oczami spoglądał na dumnego boga, ukorzonego przed nim; na boga z poczuciem winy, targanego cierpieniem wynikającym z jego słabości. Był bogiem, dumną istotą, która mogła wykorzystywać poświęcenie innych dla ratowania własnej skóry. Ale klęczał przed nim Byakku – jego przyjaciel.
Chłopak przetarł zapłakane oczy i wyciągnął dłoń do Królewicza.
Na zalanej łzami twarzy dostrzegł brak oka niesamowitej i intrygującej barwy, którą odziedziczył po zmarłym ojcu; teraz pusty oczodół zasłaniała czarna opaska, a to ostałe, smętne wylewało hektolitry łez, czyniąc wielmożnego boga odartym z siły i majestatu.
- „Przestań zawodzić, gdy się na ciebie gniewam. Jak mam cię obarczyć winą, skoro tak rozpaczasz? Nie zniosę twoich szczerych łez, nie zniosę twojego bólu, nie zniosę „przepraszam” wypowiedzianego od aroganckich istot. Czemu nie jesteś jak inni bogowie, którzy uważają, że słabsi powinni być ich tarczą? Mógłbym cię wtedy nienawidzić…”
Położył ręce na trzęsących się od szlochu plecach boga.
- Słyszałem, że sporo przeszedłeś. Chciałeś ją uratować… ja, jestem z niej dumny. Uratowała swojego ukochanego panicza. Spełniła swój obowiązek jako poddana. – wymówił przez łzy, mimowolnie wybaczając.
Poranne słońce przybierało na sile, coraz śmielej zaglądając do spowitej ciemnością komnaty, gdzie dwóch mężczyzn przestało skrywać swój ból i dało mu upust, wspierając się nawzajem.
  • awatar SallyLou: Biję pokłony! Przeczytałam niemal jednym tchem i prawie dostałam zawału serca. Nie miłość, a pożądanie... Uwielbiam Kai'a :) Ten rozdział chyba definitywnie zakończył kryzys, bo znowu zaczynam żyć życiem twoich postaci :D
  • awatar Lisa Angels: Obiecuje że nadrobi zaległości jutro wieczorem, a na razie spływam się uczyć moich 400 słówek z angielskiego i 100 z hiszpańskiego
  • awatar Lisa Angels: Scena Ai X Kai cudo, i ta zazdrość Kaydi, wyobrażam sobie jej minę, gdy usłyszała o Blanie. 100% się z tobą zgadzam co do dziedzictwa Ariena, córusia tatusia. Zaskoczyłaś mnie tą delikatnością Kai'a w rocznice śmierci dziadka. Taki słodki chłopczyk, jakim był, przed wojną. Widzę, że szykujesz coś wielkiego... ale puki co zostawię to dla siebie :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

seiti1008
 
W gwoli ścisłości, kryzys nie minął. Dalej mam swoje mało pochlebne zdanie o swojej "twórczości". Wrzucam z dedykacją i podziękowaniem dla Usi, która dzielnie znosi moje narzekania i krzyczy na mnie, żebym się w garść wzięła. Dzięki :* Wam też należą się podziękowania za czytanie tych moich wymysłów. Domo Arigatou.

Siostry to ta sama krew płynąca w różnych żyłach

Dzień za dniem, mijał szybko i bezpowrotnie. Niektóre pozostawiały swój ślad w pamięci, a inne przemijały niezauważone. Czas brnął naprzód, nie zachwiany tym, co przynosił. Tykanie zegara rozbrzmiewało nieustannie, przybliżając Asimę do ostatecznej decyzji.
Bogini opierała się o murek tarasu, sięgając czarnymi oczami ziem oddalonych o kilkadziesiąt, kilkaset kilometrów. Spoglądała na wsie, w których chichotały dzieci; zerkała na hałaśliwe miasteczka, gdzie każdy gdzieś się spieszył; przyglądała się niezabudowanym terenom, zapamiętując szelest drzew, śpiew ptaków i położenie choćby najmniejszego kamyczka. Jej poddani, nieświadomi zagrożenia jaki może na nie spaść z powodu jej niewłaściwej decyzji, czerpali z życia pełnymi garściami. Uśmiechali się, pracowali ciężko i odpoczywali na własne sposoby. Byli szczęśliwi spokojnymi dniami bez strachu. Radowały Cesarzową ich ciepłe i zadowolone twarze. Oderwała zamglone spojrzenie od pogodnych mieszkańców. Spuściła głowę, zamykając oczy.
Aby zachować ten obraz, aby szczęście unosiło się dalej w powietrzu, musi stawić czoła tajemniczym starożytnym i wyrwać córkę z ich łap, unieszkodliwiając ich za jednym zamachem. Zniszczyć czające się zagrożenie – to cel jej życia; to powinność władcy i obowiązek matki.
Nie miała pojęcia, czemu upatrzyli sobie Nishi, ich wyjaśnienia zdawały się być tylko częścią prawdy. Miała przeczucie, że za tym kryje się coś innego, złowieszczego, coś co przewróci świat do góry nogami. Niepokój towarzyszył jej przy każdym oddechu, przy codziennej wędrówce słońca, torturował ją w nocy, przebierając postać koszmarów. Pytania ją gnębiące pozostawały bez odpowiedzi, doprowadzając ją do szaleństwa.
W jej oczach byli jedynymi podejrzanymi o zabicie jej matki. Tylko oni mogli na tym coś zyskać – zabijając Aicshę utorowaliby drogę do tronu Nishi, a tym samym Reyon stałby się mężem cesarzowej.
Wbiła półprzymknięte bursztyny w pałacowy ogród.
Czy le Mauvais zdawali sobie sprawę, że Reyon nigdy nie zostałby cesarzem? Czy może chodzi im o ewentualnych potomków? Chcą zdobyć siłę, to bezsprzecznie ich cel, tylko po co? By zawładnąć Wszechświatami?
Asima parsknęła śmiechem.
- „Zbyt sztampowe jak na taki wielki ród.” – otarła łezkę rozbawienia. – „Czego oni tak naprawdę chcą?” – oparła brodę na dłoniach, wodząc smutno po wierzchołkach pałacowych drzew. Przyprószone słońcem listki, lekko podrygiwały w takt melodii wietrznego kompozytora, który dyrygował nimi z gracją i subtelnością, zmuszając do wydobywania swoistej muzyki, jaką tylko one mogły stworzyć.
Cesarzowa zasłuchała się w delikatnym szumieniu drzew. Kojąca muzyka przyrody była plastrem na jej rozdygotane serce.
Poczuła mokre ślady na policzkach, których nie starała, pozwoliła im płynąć.
Bała się. Czuła strach przed wypowiedzeniem wojny starożytnym. Co jeśli zawiedzie i zginie, nie zabrawszy bestii ze sobą? Nie, nie mogła zawieść. Porażka nie wchodziła w grę. Nie chciała narażać Airena, choć w wierzyła w niego z całego serca. Drżała na samą myśl, że Król miałby stanąć z nimi w szranki.
- „Nie, nie! – pokręciła głową, chcąc wyrzucić z wyobraźni obraz walczącego ukochanego – Nie dopuszczę do tego, jego siła ma być tylko zabezpieczeniem, z którego nigdy świat ma nie skorzystać. Reichard musi zginąć z mojej ręki.” – do oczu wtargnęła kolejna, intensywniejsza, fala łez. – „Boję się… - skuliła się – nie chce umierać… co będzie z Cesarstwem? Ai nie jest gotowa… Nishi nie przejmie Nicości… Byakku jest w dołku… a Airen…” - panicznie załkała, osuwając się na kamienną posadzkę. – Nie chce zniknąć, chce oglądać dalej wschody i zachody słońca, chce zobaczyć jak moje dzieci dorastają, chce codziennie o poranku słyszeć śpiewy ptaków… nie chce umierać! – przycisnęła dłoń do piersi. – Chcę cię kochać, Airen! – straciła na chwilę oddech od histerycznego szlochu. Minęła chwila nim zabrakło jej sił do dalszego rozpaczliwego wycia. Odzyskawszy go i uspokoiwszy się, otarła spływające po swych licach morze łez. Chwyciła się barierki i wstała. – „Moje pragnienia są niczym, gdy przyszłość wszystkich, których kocham może zostać im zabrana. Egoizm władcy jest najgorszym, co może spotkać poddanych, dlatego… muszę pogodzić się ze swym losem. Mam możliwości, aby zachować przyszłość wszystkich. Nie wolno mi nic nie zrobić, choć to trudne, gdy ma się tyle wiążących rzeczy ze światem żywych. Ciężko jest umierać, gdy jest się kochanym…” - zacisnęła zęby. – Ochronię wszystkich, nikt z moich bliskich nie zginie. – zacisnęła dłonie na murku. – „Nikt.” – powtórzyła w myśli, kurczowo trzymając się tego jednego słowa.

Długie i mocno oświetlone korytarze wiły się przez cały budynek Internatu. Trzynaście pięter mieściło wszystkich przyjezdnych uczniów, zaczynając od podstawówki i kończąc na szkole zawodowej, uporządkowanych według klas, rosnąco od parteru. Tak postanowił dyrektor, dość niedawno.
Nishi zapuściła się na jedno z wyższych pięter. Uwielbiała przechadzać się pośród starszaków i obserwować ich zachowania. Szła w skupieniu za wonią wyłapaną z powietrza. Przystanęła za rogiem jednego z rozwidleń. Zerknęła dyskretnie w kierunku jednego z pokoi. Uśmiechnęła się podstępnie. Wyczekała odpowiedniej chwili i ze złośliwym uśmieszkiem, spowita mroczną energią, ruszyła przed siebie. Jej fioletowe oczy rozbłysły, a na ścianie pojawiło się długie pęknięcie, które było zwiastunem jej obecności.
Chłopak stojący obok zamarł i z przerażeniem odwrócił się ku  podchodzącej spokojnie dziewczynce. Przełknął głośno ślinę.
Nastała godzina tortur, pomyślał, będąc pewnym, że mała odkryła jego sekrecik.
- Masz tupet, panie. – rzuciła, wwiercając się w niego morderczym spojrzeniem.
- Ymm, to nie tak… to… a zresztą, co takiej smarkuli do tego! To moja… - niespodziewanie upadł.
Stracił równowagę od nagłej rany na lewym udzie. Krew trysnęła, brudząc nieskazitelną posadzkę, którą codziennie starannie pucowały sprzątaczki. Jego zmysły krzyczały poczerwieniałe: błąd!
Tak, igranie z małą Arcyksiężniczką jest niewybaczalnym błędem. Głupota może go słono kosztować. Serce łomotało mu w piersi. Obleciał go strach, który był już atrybutem spotkań z Nishi.
Stanęła przed nim w pełnej krasie – przyozdobiona szkarłatem i w akompaniamencie wirujących, czarnych piór. Księżniczka Mroku.
- Coś mówiłeś? Chyba niedosłyszałam. – warknęła głębokim i niskim głosem, ukazując ogromne, jak na dziecko, kły.
- N-Nie… - wydukał. Z czoła spływały mu strużki potu, których nie dał rady zetrzeć drżącymi rękoma.
- Posłuchaj no, jesteś pieseczkiem mojej siostrzyczki i masz jej być wierny. Ona może robić, co się jej żywnie podoba, ale ty nie posiadasz takiej wolności. – nachyliła się nad nim – Więc – męskie ciało oplotły cienie, które zacisnęły się mocno na jego tułowiu, odbierając mu oddech – jeszcze raz zobaczę cię z nią bądź inną, a dostarczysz mi nie lada rozrywki. – oblizała wyszczerzone zębiska.
W głowie huczała mu groźba. Pełen sprzeczności; w galimatiasie strachu i instynktu samozachowawczego, podjął próbę obrony. Czerwonymi ślipiami otaksował jej drobną postać, chcąc ją sparaliżować. Był pewny, że jest w stanie odciąć jej nerwy i pokazać małej smarkuli swą siłę. Czemu nie wpadł na to wcześniej? Usadzi ją.
Nishi nie drgnęła. Uniosła tylko w pogardzie brew.
- Blan, ty naprawdę jesteś głupi. Nie jestem Aicshą, nie ulegnę ci. Taka słabizna miała mi coś zrobić? To żart? – przechyliła głowę, wpatrując się jego zdruzgotaną od porażki twarz.
Poczuł jak pętla na jego ciele się zaciska. Nie mógł już złapać powietrza. Świat zaczął mu wirować, by ostatecznie przed oczami zapanowała mu ciemność. Zemdlał.
- Bezradny debil. – podsumowała mała bogini, odwołując pnącza ciemności. – Ai powinna cię pożreć. – odwróciła się na pięcie, zostawiając nieprzytomnego boga samemu sobie.

Po tygodniu od nękania przez małą dziewczynkę, Blan nie był w stanie się otrząsnąć. Noga bolała go do tej pory, a siniaki przybrały zielonkawy odcień. Był wściekły. Jak mógł pozwolić na zasianie w swoim sercu strachu? Jest silny, a ta mała skutecznie i systematycznie to podważała.
- „Co to za potwór? Pomyśleć, że płynie w nich ta sama krew. Czyli… - spojrzał w kierunku ćwiczącej wytrwale Aicshy - …ona też jest takim potworem? Nie, jeszcze nie, ale z pewnością ubiega się o ten tytuł.”
Przeszły go ciarki, gdy bogini posłała na kilka metrów swoją rywalkę. Przeciwniczka następczyni tronu wbiła się z impetem w ścianę. Z ust dziewczyny pociekła krew, lecz Ai nie zamierzała odpuścić. Czarny cień docisnął wiotkie ciało mocniej w mur.
Zamarł, gdy powietrze przeciął znajomy jego ciału atak. Powiódł zaniepokojonym spojrzeniem ku twarzy bogini. Jej piękne lica wykrzywiały się w grymasie triumfu z nutką sadyzmu.
- „Z pewnością są siostrami…”
Ostry, ganiący głos Iru przerwał wgniatanie nieszczęśniczki w ścianę sali treningowej. Dziewczyna wyleciała z wyrzeźbionego otworu. Powoli i głucho upadając na zakrwawioną podłogę.
Kai podbiegł do omdlałej bogini.
- Kaydia! – chwycił ją w pasie, wodząc zatroskanym spojrzeniem po poharatanej buźce kuzynki. – Ai?! – wrzasnął na zadowoloną Arcyksiężniczkę, mierząc ją rozsrożenie.
- Chciała, abym poszła na całość. Do niej miej pretensje, że mierzy wyżej niż pozwalają jej możliwości. – odparła, rozkładając ręce.
- Przesadziłaś. – huknął na nią były najemnik, przechodząc obok niej. Podbiegł do Kai’a. – Zanieś ją do gabinetu Yo. – polecił i ruszył za nim.
Ai odprowadziła ich wzrokiem.
- „Jesteś gównem, Kaydia. Nawet wyleciałaś jak gówno z odbytu.” – rozbawiona zerknęła na dziurę w murze, którą zrobiła przy pomocy zakleszczonego w ciemności ciała kuzyneczki Kai’a. – „Znaj swe miejsce, dziwko.”
- Dzisiaj jesteś wyjątkowo ostra. – usłyszała za sobą znajomy głos.
- Kręci cię to, Blan? – spytała zawadiacko.
- Owszem.
- Więc… chodźmy do twojego pokoju. – zwilżyła językiem suche usta.
Szedł za nią zachowując dystans. Kroczyła dość żwawo i zmysłowo. Gdy stali przed drzwiami do jego komnaty, Blan był już w pełni omamiony wdziękiem Ai. Naglony pożądaniem zamknął ją w więzieniu ze swoich ramion. Uwięził ją między sobą a drzwiami. Zaciągnął się jej zapachem, delikatnie muskając zagłębienie jej szyi.
Arcyksiężniczka uśmiechnęła się pod nosem i nacisnęła klamkę, uchylając się. Bóg poleciał przed siebie i z hukiem wylądował na podłodze.
- Nie na korytarzu, idioto. – syknęła, zamykając drzwi.
Nim zdążył się pozbierać, dopada go, siadając na nim okrakiem. Podciągnęła jego koszulkę. Materiał odsłonił jego posiniaczone plecy.
- Co ci się stało? – spytała, przyglądając się wielkim krwawym podbiegnięciom.
- Myślę, że to od treningu. – łgał.
- A co ty z Kai’em się tłukłeś? – zmarszczyła brwi. – Nie ważne w sumie, ale wiesz… - nachyliła się i szepnęła mu wprost do ucha: gdyby Kai się dowiedział, że pieprzysz się z jego narzeczoną, to chciałbyś żeby skończyło się tylko na siniakach.
Jej słowa go zmroziły. Odwrócił się na plecy, wpatrując się w surową twarz nastolatki.
- Skąd…
- Nie jestem głupia. Zapomniałeś czyją jestem córką? Choćbyś nie wiem jak się starał nie zmyjesz jej zapachu z siebie. – syknęła.
- Co teraz… zrobisz? – wydukał niepewny swojej przyszłości.
- Hmm, jeśli bym powiedziała o tym Dziecku Wojny, to z pewnością podziwiałbyś Nicość od środka. Dopóki dostarczasz mi zabawy nie mam powodu, aby go o tym informować. – uśmiechnęła się chytrze.
Rozumiał, co oznacza to szczerzenie się. To był jej „szach mat”, w razie gdyby coś knuł. Nie sądził, że posunie się do szantażu, lecz czego oczekiwała w zamian?
- Zaskoczyłaś mnie. Myślałem, że Kai to twój przyjaciel i…
- Wszystko mu wypaplam? Bawimy się, ale dalej jesteś moim wrogiem, który coś kombinuje. – przygniotła go do parkietu. – Ograniczę cię. „Poza tym Kai nie jest gotowy na zniszczenie nieskazitelnego wizerunku Kaydii. Sam musi odkryć jej maskę, inaczej mi nie uwierzy.” A teraz spraw mi trochę przyjemności. – przygryzła wargę.


blan.jpg
  • awatar ognisty-podmuch: Blan i jego czerwień oczu bywa wręcz namacaln... rozdział zjeczepisty skarbie :*
  • awatar Another day: Chciałbym zobaczyć film nakręcony na podstawie Twojego opowiadania - taka dziwna myśl przyszła mi do głowy podczas czytania tego rozdziału :D
  • awatar Art et la Vie: Popieram Usię :D A jeśli komuś należą się podziękowania to tylko Tobie - za to że piszesz nie tylko dla siebie ale i dla nas. A taki kryzys to chyba od czasu do czasu każdy pisarz przechodzi. I nie tylko pisarz, każdy kto coś tworzy, każdy artysta. To co robisz jest dobre, to ma sens i masz pisać dalej :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

powiesci
 
ognisty-podmuch.pinger.pl
nimfa 2.jpg


“Ognisty Podmuch Wilgotnej Ziemi”


Nimfa, to istota będąca opiekunką lasu. Dba, by harmonia tego miejsca nigdy nie została zachwiana, szczególnie przez ludzi, którym wiecznie wszystkiego jest za mało. Co się stanie z lasem, gdy jego pani zniknie?

Ciekawa bardzo obrazowa historia, pisana poetyckim językiem. Bohaterka powieści wydaje się być godną władczynią, a zarazem bardzo ograniczoną emocjonalnie istotą. Opowieść bardzo wciąga, a jej jedynym minusem jest natłok błędów oraz literówek...

“Co to jest miłość”


Pewnego dnia Chihiro zostaje wezwana na "dywanik" do swojego szefa. Zresztą jako nie jedyna, bo przed nią zdążyło już być tam dużo innych dziewczyn z jej pracy. Co gorsza, każda miała nietęgą minę po spotkaniu z pracodawcą. Z duszą na ramieniu wchodzi do biura dyrektora, spodziewając się wszystkiego, jednak nie tego. Co gorsza, konsekwencje jej  odpowiedzi nie są spełnieniem jej marzeń... ale czy na pewno?

Opowiadanie rozbawiło mnie do łez. Uwielbiam relacje pracodawca pracownik, szczególnie w tym wykonaniu. Burzliwy (a nawet lodowcowy) romans z wieloma przeciwnościami przypadł mi do gustu. Jedyne czego bardzo żałuje to błędy, literówki i obrażona klawiatura autorki... zdecydowanie potrzebuje, albo nowej klawiatury, albo porządnego(albo i nie) edytora, który przynajmniej niczym Word poprawił najbardziej rażące błędy.
PS: Uwaga opowiadanie dla dorosłych

inny-swiat-inne-zycie-iinni-ludzie.blog.pl/

Nie ma to jak uciekać przed pościgiem, który jak cię dorwie to pozbawi życia. I jest to pewne, bo jest się niewygodnym dla nich światkiem. Tak... a do tego na w półmartwym trafić do innego świata, gdzie nikt cię nie rozumie, a ty nie rozumiesz ich...
Pomimo tylko sześciu rozdziałów, bardzo przyjemnie mi się czytało(nawet nie było dużo błędów) i mam nadzieje, że autorka kiedyś wróci do tego opowiadania :D

utracone-dusze-nieznanych-gwiazd.blogspot.com/

A teraz coś specjalnego tak powyższy blog jest kopalnią opowiadań tej autorki. Szczególnie podobała mi się historia Agehy. Uważam, że tam znajdują się najwspanialsze dzieła Ognistej, ale by nie psuć wam niespodzianki, musicie zajrzeć sami i koniecznie wszystko przeczytać! :D
motyle-grafika.jpeg

PS: Gdyby były jakieś niejasności, lub błędy myślowe(nie pasujące do opowiadań) dajcie znać, bo powoli zaczynają mi się mieszać historię :D
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Tyle pomysłów w tym internetach!
  • awatar Chrisos_recenzje opowiadań: Co nie? Ale nie macie pojęcia jak ciężko znaleźć odpowiedni art. Żałuje, ze nie znam się na grafice... i tak ta nimfa tutaj jest efektem mojej improwizacji graficznej z kolorami... jak widać wyszła bardzo... zielona XD
  • awatar gość: Jestes zajebista w opusach czuje sie zaszczycona ze ci sie chcialo czytac i opisywac zas te grafiki sa zajebiste i oddaja w pelni to co ja widze kiedy pisze... dziekuje ci z calwgo serduszka :-*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (16) ›
 

powiesci
 
seiti1008.pinger.pl
art-красивые-картинки-Azrael's-Wrath-1006318.jpg


“Asima”


Shana nie wyróżnia się niczym, owszem urody jej nie brakuje, jednak z całą pewnością nie wybija się niczym nadzwyczajnym. Do tego jest bardzo samotna. Jej bliscy nie żyją, a chłopak, z którym mieszka, odkąd zmienił pacę pojawia się w domu okazjonalnie, przez co Shana wiecznie jest sama. Rutyna codzienności z każdym dniem odbiera jej cząstkę siebie, a myśli zalewa fala wątpliwości co do jej związku... i nie tylko, bo zaczynają nawiedzać ją sny. Jednak szybko się okazuje, że ich bohaterowie, są jak najbardziej prawdziwi. Co gorsza są bogami i twierdzą, że ona jest jedną z nich.

Oto coś dla miłośników nagłych zmian akcji i fantastyki, przyprawiających o rumieńce. Jeśli kochanie książki i zwykle nie możecie się doczekać następnego rozdziału, to gorąco polecam, bo owe opowiadanie podchodzi ilością pod dobrej jakości książki. Polecam czytać od początku i rozkoszować się stopniową przemianą bohaterów i pełnych przeżyć przygód bogini, która ma w przyszłości zostać jedną z najpotężniejszych istot we wszechświecie.

“Córka Cesarzowej”


Druga część "Asimy" skupiająca się bardziej na nowym pokoleniu bogów. Moje serce podbiła wielowymiarowość bohaterów i ich ciągły rozwój. Warto też nie zapominać o pełnych grozy opisach tortur oraz przysparzających szybszego bicia serca chwil między kochankami.  

“Droga, którą podążę”


Na świecie nie istnieje coś takiego jak zbrodnia. Ludzie nie mordują się nawzajem, a świat sięgnął szczytu swojej indywidualności. Jednak to tylko złuda, gdyż policja zataja wszystkie morderstwa i na swój sposób kara przestępców. Poznaj Kirati i Nicka, dwójkę policjantów, którzy rozwiązują zagadki zbrodni. Jednak czy ich stosunki pozostaną jedynie na tle zawodowym? I jaką tajemnice skrywa pan doskonały?

“Smocza krew”


Opowieść o służącej zakochanej po uszy w generale, a zarazem przyjacielu swojego władcy. Jak się okazuje miłość dziewczyny jest odwzajemniona i mężczyzna się jej oświadcza. Jednak władcy się to nie podoba. Co zrobi by zażegnać ich związek? I jakie okażą się tego konsekwencje?

Polecenie od livli5.pinger.pl
Seiti.jpg


“A więc wszystkich fanów ostrej jazdy zapraszam do powyższego parku rozrywki. Prosimy usiąść wygodnie, zapiąć pasy i uważać na głowę, gdyż za chwilę wkroczycie do świata pełnego boskich żądz i intryg. Świata, gdzie nic nie idzie po twojej myśli. Do świata Asimy.”

  • awatar Seiti: Aż wypieków dostałam... dziękuję.
  • awatar ognisty-podmuch: Moja zona pisze najzajebistrzej na swiecie heh
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

kiminiheichou
 
Wpis tylko dla znajomych
Inarin-sama:

Wpis tylko dla znajomych

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

doxi07
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

 

Kategorie blogów