Wpisy oznaczone tagiem "Berceuse" (18)  

livli5
 
Stoję nad marmurowym grobem i już nie czuję kompletnie nic. Dni zlewają się z sobą, a to miejsce, od dnia pogrzebu nie ulega zmianie. Nawet deszcz nie przestaje wygrywać tych samych melodii, na kamiennej płycie. A pośród tego wszystkiego jestem ja, pusta, niemogąca wycisnąć z siebie ani jednej łzy. Czemu tu tkwię? To głupie, przecież powinnam wspierać zrozpaczoną mamę... ale nie potrafię... Nie umiem spojrzeć sobie w oczy, a co dopiero jej. To przeze mnie jego serce nieodwracalnie stanęło.

To ja, jej go zabrałam.

Czuję jak deszcz bombarduje moje ciało. Mokre ścieżki, tworzą szlaki na skórze. Lekka koszulka przykleja mi się do pleców, a mnie przechodzą lodowate dreszcze. Tak inne od żaru płonącego budynku.

Czasem mam wrażenie, że niebo ukradło mi zdolność do ronienia łez i płacze nieprzerwanie, naśmiewając się z mojej niemocy.

- Rai? – słyszę słowa, które zawsze wyrywają mnie z amoku. Ciepłe ręce delikatnie oplatają mój pas, uważając na poparzone plecy. Słyszę jak oddycha, a serce obija się o skórę. – Chodźmy.

Uświadamiam sobie, że deszcz przestał padać. Podnoszę oczy ku niebu i dostrzegam tęczową parasolkę, której materiał odgradzał nas od chmur. Chłopak nie czekając na odpowiedź, prowadzi mnie do mojego obecnego domu. Obchodzi się ze mną jak z lalką... nic dziwnego, skoro czuję się jak jedna z nich.

Zatrzymujemy się przed budynkiem, otwiera drzwi i prowadzi mnie do kuchni. Siadam na barkowym krześle, a on zajmuje miejsce obok mnie. Przez chwilę na siebie patrzymy i wtedy przed oczami staje mi ten pamiętny dzień, gdy obudziłam się w jego łóżku. Wtedy było podobnie. Odwracam od niego wzrok i spoglądam na wiszące na przeciwko mnie lustro. Tyle się zmieniło od tamtej chwili. Pomimo, że widok który widzę przed sobą sprawia, że chcę rozorać sobie twarz paznokciami, to, nie mogę przestać patrzeć. Jest w tym coś hipnotyzującego. Włosy przykleiły mi się do skóry. Blizna po oparzeniu, jeszcze nie do końca się zagoiła, przez co czerwony ślad ciągnie się od szyi, aż do policzka. Pewnie już nigdy się nie wyleczy... pozostanę szkaradztwem, już na zawsze.

Czuję jak coś lekkiego opada mi na głowę, a potem obraz przysłania mi fikuśny ręcznik w stokrotki.

- Powinnaś wziąć prysznic, albo przynajmniej się wysuszyć...

Odwracam się i widzę, jak chłopak krząta się po kuchni. Przez chwilę przyglądam się jego ruchom. Tak wiele dla mnie zrobił... a ja? Nie potrafię się w żaden sposób mu odwdzięczyć.

- Dziękuję - szepczę, sama nie będąc pewna, czy rzeczywiście te słowa wyszły z moich ust. Chyba to jest pierwszy raz, gdy odważyłam się coś powiedzieć od pogrzebu. - Dziękuję, za wszystko. Ja... - urywam, nie będąc pewna co chcę mu przekazać, spuszczam spojrzenie na swoje ręce. Gorączkowo myślę nad czymś, co mogłoby wyrazić bardziej dosadnie moją wdzięczność, a gdy nie znajduję odpowiednich słów, wstaję by uciec przed jego spojrzeniem. Jestem tchórzem... to jedno nie uległo zmianie. Nagle czuję jak jego ręce przyciągają mnie do jego torsu, a on sam zaczyna kołysać mnie jak dziecko.

- Rai - szepcze moje imię, a ja ufnie wtulam się w ciepłe ciało. Kładę głowę na jego ramieniu i tak bardzo jestem bliska łez. Spełnienia, które dałoby mi ulgę, że jestem niemal pewna, że spływają po moich policzkach. Ale tak nie jest. Moje oczy są suche, jak studnie na pustyni, a mokre szlaki, są jedynie wodą z moich włosów. Zaciskam dłonie na jego plecach. Z każdą sekundą czuję jak robi mi się cieplej. Nawet sobie wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że cała drżę.

Po dłuższej chwili, niechętnie się od niego odsuwam. Nasze oczy spotykają się na tej samej wysokości.

- Ja... - waham się, ale ostatecznie kręcę głową i robię krok do tyłu. - Chyba jednak wezmę ten prysznic.

Niemal wybiegam z kuchni i zamykam się w łazience. Opieram się o drzwi, oplatając się dłońmi. Czuję na sobie jego zapach, delikatny dotyk ciepłych rąk, a przed oczami mam jego piękne niebieskie tęczówki. Chowam twarz w dłoniach.

Jestem wyrodną córką, a jeszcze gorszą przyjaciółką.

__________________

No cóż ruszamy z Rêver, a ponieważ nie mam żadnego zapasu rozdziałów, to nie mam zielonego pojęcia, kiedy pojawi się następna część. No cóż, komentujcie, poprawiajcie, wytykajcie błędy, bo naprawdę mnie to motywuje do pracy :D
  • awatar Seiti: Czemu tak mało? Widać poprawę u Ciebie. Dawno nie czytałam i dostrzegam twój postęp. Brawo.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

livli5
 
Zawsze bałam się tej chwili. Nawiedzała mnie w najgorszych koszmarach, a ja jedynie mogłam wyć z rozpaczy... Kiedyś na samą myśl o Twojej śmierci, byłam bliska płaczu... a teraz... deszcz imituje moje łzy. Czy jestem wyrodną córką? Zawsze tak bardzo Cię kochałam, byłam gotowa zrobić dla Ciebie wszystko, a jedyne co chciałam w zamian to miłość i duma. Jednak, pomimo wielu wyrzeczeń, czas pokazał, że miałeś rację...

Swoim istnieniem, doprowadziłam Cię do grobu.
____________________________
www.wattpad.com/myworks/62623068-berceuse

23c365f6af44dd8272a6b5fd1d1f9938.jpg
 

livli5
 
1000 dni.png

Dzisiaj mija 1000 dni od założenia bloga, tyle czasu, a minęło tak szybko :D Jestem niesamowicie z siebie dumna, że po takim czasie nadal jestem z wami. Spotkałam tu grupę wspaniałych ludzi o podobnych pasjach do mojej. I naprawdę nie żałuję tego czasu :D
LA.png

A teraz przejdźmy do pytań:  
ciekawostki.png


1.Mam małą propozycję: Obiecaj, że napiszesz jeszcze część drugą Breceus, może nie dziś i nie jutro, ale w ogóle?
Może kiedyś? Jeśli będziesz mnie odpowiednio dopingować, to czemu nie? Ale możecie być pewni, że Raisa pojawi się(o ile dotrwam do tego momentu) w Pamiętniku Apokalipsy.

2. Jakie było Twoje  pierwsze opowiadanie w życiu?
Pierwszym opowiadaniem była Skarlet Roza pisana na Słodkim flircie. :D Aż się łezka w oku kręci bo byłam wtedy w piątej klasie podstawówki.

3. Kiedy i co Cie popchnęło do pisania?
Hm... Dobre pytanie... sama do końca nie wiem. Czytałam w tamtym czasie opowiadania na forum SF i sama zapragnęłam wtrącić tak swoje 3 grosze.

4. Jak znajdujesz idealną muzykę do swoich rozdziałów, jest w tym jakiś haczyk?
Jest XD Otóż, może nie jest to zbyt mądre z mojej strony, ale pierwsze co robię to selekcjonuję obrazkami. Przeważnie Two steps from hell, lub Most epic musik, lub podobne tym kanały często przeglądam pierwsze. Przeważnie już podczas szukania mniej więcej wiem co chcę znaleźć. Na przykład, gdy chcę by na początku muzyka była wolna i nastrojowa, a potem podczas sceny bardziej emocjonalnych bardziej dynamiczna, wtedy zamiast słuchać wszystkich od początku do końca, to odtwarzam początek i środek. Jeśli mi pasuje to wrzucam ją do specjalnej zakładki. Dopiero po tej selekcji, odsłuchuję wszystkie w całości- Uwaga - podczas czytania opowiadania. Dopiero, gdy muzyka odpowiednio wpisuje się w tekst i nie odwraca od niego uwagi(piosenki często nie pozwalają się skupić, lepsze są ścieżki dźwiękowe), jest wtedy zatwierdzany i wklejany do opowiadania :D Po jakimś czasie mam już parę folderów, gdzie wybór muzyki trwa o wiele krócej :D  

5. Skąd się wziął pomysł na Apokalipsę?
Pamiętasz jak złapałam zeszyt i zaczęłam pisać jak szalona, bo miałyśmy razem założyć blog? To było w tamtym czasie. Pamiętam, że na historii mieliśmy w 1 gim. o starożytności, a dokładniej o troi. Jak doszło, że wpadłam na ten pomysł? Wydaje mi się, że zainteresowanie plagami egipskimi i ogólnie mitami. Wszczepiły mi wtedy do głowy myśl o istocie, która przemierza czasy i szuka swojego miejsca na świecie. (A tak nawiasem mówiąc, najpierw powstał tytuł, a dopiero później pomysł na opowiadanie XD)  

6. Dlaczego apokalipsa została zakończona w takim momencie i czy kiedyś do niej wrócisz? Jeśli nie, proszę o wiadomość z zakończeniem.
Skończyła się księga pierwsza. I jak wcześniej pisałam nie zamierzam jej tak zostawić. Mam już swoje małe plany co do mojego starożytnego bytu. Powoli trwa reaktywacja Apokalipsy. Krok po kroku, poprawiam błędy, dopisuję różne motywy i ogólnie dopieszczam. Jak znajdę trochę czasu, to na pewno do niej wrócę.

7. Hiems Tenebris... Skąd się wziął ten tytuł?
Tytuł pochodzi z łaciny, a po polsku oznacza: zimowy zmierzch. Czemu tak? To była zima. Biały puch śniegu leżał przed moim domem, jak nie kończący się skarbiec diamentów. Światło słoneczne dawało naprawdę piękny efekt. Wtedy przed oczami stanęła mi kraina, gdzie słońce wiecznie trwa w jednej pozycji. Świat, gdzie kraje dzieli się ze względu na położenie słońca. Wschód, Zachód, Północ, Południe. Na początku, pora roku też miała być stała, ale ostatecznie z tego zrezygnowałam.  

8. Masz słabość do czerwonowłosych z jakiś konkretnych powodów?
Może dlatego, że lubię kolor pomarańczowy? Ogólnie podobają mi się czerwone włosy. Nie mam pojęcia dlaczego XD

9.Napiszesz berceuse cz 2 czy mam nie robić sobie nadziei?  
Raczej tak, o ile będę mieć dobry pomysł i chęć.

10. Raisa... To coś oznacza, czy po prostu przyszło Ci do głowy?
Rai+sa potrzebowałam imienia z członem rai, miało się to odnosić do nieba. Osoba, która zasługuje na raj :D  Imię wymyślone dawno temu, jego człon mam nawet w mojej nazwie poczty gmail.

11. Co kryje się za twoim przezwiskiem, Liso Angels?
To było tak. Lisa Angels, to był pseudonim mojej pierwszej bohaterki, która nazywała się Raisa Lisanna Skarlet, ze względu, że przy zakładaniu bloga nie chciało mi się wymyślać nicku, to bez większego namysłu wzięłam tą nazwę, jednak na początki miała być sama Lisa, ale niestety ta nazwa była już zajęta.      

12. Co znaczy Berceuse?
Berceuse, to po francusku kołysanka. Nazwa opowiadania, wzięła się z tego, że życie Raisy jest niczym kołysanka, a sen jest ostatecznym jej celem.

13. Kim jest Aria?
Ci co jeszcze się nie domyślili, lub po prostu nie czytali od początku wszystkich moich opowiadań mogą nie wiedzieć(lub nie skojarzyć), że Aria jest Apokalipsą :D Tak to ta sam osoba, tyle, że w innych czasach(dużo późniejszych). Berceuse, od początku miało być poboczną historią pamiętnika Apokalipsy :D  

Jeśli jeszcze koś ma jakieś pytania, to bez skrępowania możecie pytać o wszystko, od jakiś mankamentów fabularnych po warsztat XD
  • awatar Zakira Luna: 1. Motywować? Nie ma problemu - w pewnych kręgach z tego słynę :D 2. Chciałabym przeczytać scarlet... to mogłoby być ciekawe :P 5.Taaak, pamiętam też nasze rozczarowanie, kiedy się okazało że żaden nauczyciel nie jest w stanie wymienić wszystkich plag egipskich XD Nie mogłam się powstrzymać od takich małych dygresji :P
  • awatar Seiti: Nie mogę się zalogować, tak dla odmiany. Pomyślałam na początku, że opko o Rai ma coś wspólnego z Apokalipsą, ale potrząsnęłam głową, odrzucając pomysł jak się okazuje trafny. Czemu nie zawierzam intuicji, ech. Raisa kojarzy mi się z piosenką Strachy na lachy, więc miło. :D Tak miło się Ciebie czyta.
  • awatar Kowalski, opcje!: To świetnie. Mój blog odmówił współpracy, nie mogę się zalogować.
Pokaż wszystkie (6) ›
 

livli5
 
Część 15
b4.pinger.pl/(…)berceuse.png…
Po przejściu kilkuset metrów, zębatki w moim mózgu powoli ruszają się ze stanu wegetacji. Podchodzę do pierwszego drzewa i opieram o nie głowę. Idiotka! Jak ja mogłam przegapić jedyną szansę w życiu, żeby wyjść z tego dołu rozpaczy i zdobyć ukochanego faceta? Mniejsza, że jest kretynem do kwadratu. Wzdycham, przez łzy. To była najcięższa decyzja mojego życia, a ja już żałuję. Marnie widzę swoją przyszłość. Jak tak dalej pójdzie to zostanę starą panną z trzynastką kotów. Co ja gadam! Nawet starą panną nie zostanę, bo z moim szczęściem nie dotrwam psychicznie do tego momentu. Zamkną mnie w wariatkowie i tak skończy się moje życie. Wycieram łzy rękawem i pociągam nosem. Nie mam ochoty wracać do domu. To może mnie dobić. Zastanawiam się przez chwilę, co z sobą zrobić, aż ostatecznie stwierdzam, że posiedzę w parku. I tak już nie wrócę do szkoły… Wprowadzam myśli w czyn i wolnym krokiem zmierzam ku swojemu celowi. W głowie odtwarzałam wspomnienia przepraszającego Artura, a serce mi się kraja. Jestem do bani, żałuję się go pomimo tych wszystkich uraz, jakie do niego żywię. Wzdycham pod nosem i nawet nie śmiem myśleć, o szkole. Jeśli dam się ponieść, to się załamię. Mijam pierwszą linie drzew parku. Po co ja tu w ogóle przyszłam? Czy siedzenie na zimnym wietrze mi pomoże? Dygocząc na całym ciele, siadam na jednej z ustawionych wzdłuż alejki ławek. Lekko pocieram ręce by, choć trochę się rozgrzać. W parku panuje cisza. Jedynie ja trwałam na tym mrozie. Pociągam po raz kolejny nosem. Niby wiosna, ale zimno nie daje za wygraną. Do tego niebo zakryły czarne chmury zwiastujące ulewę. Wyciągam nogi przed siebie i zamykam oczy. Niech się dzieje, co chce. Mi jest już wszystko jedno.
Do moich uszu dochodzą kroki. Ciche, jednak z każdym stuknięciem zbliżają się zwiastując pojawienie gościa. Uchylam powieki i zamieram. Po plecach przechodzą mi ciarki, jakby całe mrowisko przeniosło się na moją skórę. Nie jestem wstanie się ruszyć, gdy zakapturzona dziewczyna siada koło mnie. Widziałam ją już. Z całą pewnością, to ona minęła mnie na placu zabaw. Niemal podświadomie widząc ją opartą o ławkę, wydawała mi się władczynią siedzącą na tronie. Całkowicie nie pasowała do otoczenia. Jaskrawo rude włosy opadały jej na biust, a spod kaptura dało się dostrzec smutny uśmiech. Pociągnęłam mimo woli nosem i postanowiłam zostawić ją samą sobie. I tak mam wystarczająco problemów na głowie.
- Przepraszam, ale czy możesz na chwilę ze mną zostać? – Zmieszałam się nie bardzo wiedząc co zrobić więc rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiejś wymówki, spojrzałam na niebo.
- Spokojnie jeszcze nie będzie padać, przez godzinę. – stwierdziła głosem tak pewnym, że nawet niewierny Tomasz by uwierzył. Siadam z powrotem na ławce, a żołądek podchodzi mi do gardła. Co ja wyprawiam?! A jak ona jest jakąś psychopatką?! Nagle robi mi się jeszcze zimniej, ale nie jestem wstanie nawet drgnąć. Cisza zawisła pomiędzy nami niczym mur nie do przeskoczenia. A przynajmniej ja to tak odczuwam. Jeszcze nikt nie budził we mnie takiego lęku. Zapadłam się bardziej w sobie i niespokojnym wzrokiem zlustrowałam dziewczynę. Kto normalny tak mocno zasłania twarz? A no tak… kryminaliści.
- Jestem Aria – przestawiła się, a spod kaptura wyłonił się nikły uśmiech. Serio? Czy ja wyglądam na psychologa? Zaraz nastąpi formułka typu jestem alkoholikiem i nie piję od miesiąca… Gdyby nie fakt, że dziewczyna przeraża mnie do tego stopnia, że nie jestem wstanie się ruszyć, już dawno bym ją zostawiła samą sobie. Czym sobie zasłużyłam, że spadają na mnie jedna po drugiej przeciwności losu?
- Rai, nic ci nie zrobię, proszę tylko byś wysłuchała mnie przez pięć minut. Zajmie ci to chwilę, a może to uratować życie wielu bliskich ci ludzi – super. Czyli jednak nie spotkanie alkoholików, a ochrona przyrody? W jakimś stopniu ulżyło mi. Podświadomie wyobrażałam sobie ją jako śmierć, ale chyba kostucha nie jest zwolennikiem segregacji śmieci i energooszczędnych żarówek… Zaraz… czy ja się przedstawiłam?
- Skąd znasz moje imię? Nie przedstawiłam się. – pytam szorstko.
- Znam twoich rodziców. – odparła mało przekonywująco, tak jakby to była najmniej ważna rzecz pod słońcem. – Nie mam czasu więc proszę słuchaj uważnie. – złapała moje zimne dłonie, a kaptur został zdmuchnięty przez wiatr na jej plecy, odsłaniając najbardziej niespotykane oczy jakie widziałam. Intensywne turkusy przeszyły mnie na wskroś i z niesamowitą powagą nakazały sobie posłuszeństwo. Zamilkła. Jakby nie wiedziała co zrobić. Jej twarz pokryta była czarnymi wzorami ciągnącymi się od prawego oka przez policzek, by zniknąć pod okryciem bluzy. Z jej oka spłynęła samotna łza, a twarz wyrażała żal tak wielki, że moje problemy nagle wydały się błahe.
- Przepraszam… przepraszam, że dałam wam życie. – szepcze. – Przepraszam, że nie mogę cię uratować.- Jej dłoń pogłaskała mój policzek, a w moich oczach zebrały się łzy. – Nie proszę o wybaczenie. Nic z tych rzeczy. Kocham was i nienawidzę, a jednak… nie raz… nie… to nie czas… Rai. Bądź silna i nie daj się zniszczyć…

Coś spada mi na nos. Otwieram gwałtownie oczy i nieprzytomna rozglądam się wokół. Marszczę brwi i z zaskoczeniem stwierdzam, że jestem w parku. Co ja tu robię? A no tak. Urwałam się z lekcji. Wszystko jasne. Przecieram zaspane oczy i z zaskoczeniem stwierdzam, że na policzkach mam ślady łez. Wycieram je pośpiesznie. Chyba czas się zwijać, bo zimno się zrobiło… Niebo jakby w ramach demonstracji zaczęło spuszczać pierwsze krople deszczu. Poderwałam się raptownie i biegiem ruszyłam w stronę domu, byle by wyrobić się przed całkowitym przemoknięciem. Jeszcze przeziębienia mi brakuje do szczęścia. Zziajana dobiegam, po dość długim biegu, do drzwi wejściowych i wchodzę do przedpokoju.
- Mamo, wróciłam! – krzyczę zdejmując buty. Nie słysząc odpowiedzi marszczę brwi. Nigdy nie zostawiała otwartych drzwi gdy gdzieś wychodziła, więc pewnie jest już w domu. Pewnie śpi… a może pojechała już po tatę i zapomniała je zamknąć? Wchodzę na piętro i rozglądam się po pokojach, ale nikogo nie ma. Wyciągam telefon, by zadzwonić, ale okazuje się, że jest rozładowany. Wzdycham i podłączam go do ładowarki. No to teraz czas na kąpiel. Łapię ubrania na zmianę i wchodzę do łazienki. Nalewam pełną wannę wody i z przyjemnością zanurzam się w jej cieple. Uczucie ulgi wypełnia mnie od środka, a wszystkie zmartwienia odchodzą w siną dal.

- Rai! Rai! Boże, obudź się!
- Proszę się odsunąć. Okłady chłodzące.
- Rai słyszysz mnie?!

Boli… Czemu to tak boli? Uchylam powieki. Ciemność chwilę walczy, by obraz płonącego się budynku wypalił się we mnie na zawsze. Po tym nastała tylko ciemność… i przeszywający ból…

13 stycznia
Drogi Aniele!
To mój ostatni list do ciebie. Porzuciłam wszystko… Stałam się dla nich wszystkich kompletnie inną osobą, a jednak czuje, że nigdy nie zapłonę tak jasno jak oni ode mnie tego oczekują. Zawiodłam ich. Zawiodłam siebie. Przegrałam… Pomimo tego, że chciałam wzlecieć do gwiazd, odległość okazała się zbyt duża dla mojego serca. Oddaję ci swoje marzenia i mam nadzieję żyć dalej. Dla nich i… siebie… Dziękuję ci za opiekę nad moimi bliskimi… Dzięki świadomości, że ich chronisz, ja mogę z podniesioną głową nosić ich nieszczęścia i trwać… nigdy się nie ugnę. Zabiorę wszystkie smutki, i przeciwności losu z ich drogi. I dopóki nie nadejdzie mój czas nigdy się nie poddam. Więc żegnaj dobry przyjacielu. Strzeż ich i nie oglądaj się na mnie. Jestem silna. Dam radę…. Zawsze dawałam…
Dobranoc mój Aniele.

Epilog
Po głowie od paru dni chodzi mi treść mojego ostatniego listu do Anioła. Jaka byłam naiwna myśląc w ten sposób. Żyjąc dla dobra innych… Uśmiecham się krzywo, ale natychmiast mój wyraz twarzy wraca do beznamiętnej maski. To boli. Stojąc teraz przed lustrem, widzę potwora. Ogień zabrał mi nie tylko dom, kto by pomyślał, że jedna z pozoru nieszkodliwa ładowarka mogła zabrać mi wszystko. Niegdyś długie brązowe włosy, których tak nie lubiłam za ciągłe kołtunienie się, teraz były oklapłe, straciły zdrowy kolor i wyglądały jakbym wyrywała je sobie garściami. Zielone oczy wpatrywały się we mnie z wyrzutem do całego świata i czymś jeszcze… grozą. Strachem do zasłaniających moje ciało bandaży. Mówili, że miałam szczęście, że byłam wtedy w wannie. Jednak wyciągnięcie mnie z ognia wiązało się z tym, że temperatura poparzyła mi twarz i tył pleców. Dotykam swojego odbicia, wyobrażając sobie siebie sprzed pożaru. Zawsze mówiłam, że przypominam wiedźmę, jednak teraz widząc siebie w tym stanie, wiedząc, że straciłam wszystko co miałam… mogę jedynie ukołysać się szlochem do snu.
____________________________________
Oto ostatnia część Berceuse. Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali to opowiadanie. Dziękuję za wiele pochlebnych słów, które dawały mi siłę by zakończyć opowieść o Raisie, a nie jak to w moim przypadku często się zdarza, odłożyć to na rzecz czegoś innego. Jutro wybija 1000 dni od założenia tego bloga, więc w ramach uczczenia tego, możecie zadawać mi przeróżne pytania dotyczące moich opowiadań. Postaram się na nie pieczołowicie odpowiedzieć :D
  • awatar Opowiadanie na blogu: Hej! Zaczęłam publikować coś w rodzaju książki. Sprawiłoby mi ogromną przyjemność, gdybyś zajrzała i zostawiła opinię ;). trybniezgodnosci.blox.pl/
  • awatar Zakira Luna: NO CHYBA SOBIE ŻARTUJESZ! Nie zgadzam się żeby to był koniec! Nie zgadzam się i już! Czekałam na rozwiązanie, gdzie mój kolor purpury? JAk można robić coś takiego??? <bierze głeboki wdech> tylko spokojnie... zacznijmy od tego co mi się podoba - dodanie Arii - chociaż się spodziewałam i tak mi się podobało, dobre dialogi - duży plus. Chyba mieszają Ci się opowiadania :P Żeby nie było, nie mam nic przeciwko... Ostatni list do Anioła - podbił moje serce :) Miałam zacytował ulubione fragmenty, ale okazało się, że musiałabym tu wkleić cały list :P Tylko trochę zastanawia mnie podejście autorki listu - na początku rozpacz, płacz, zawodzenie, "jestem beznadziejna" a na końcu nigdy się nie ugnę, świat należy do mnie i ze wszystkim sobie poradzę... jeżeli było to celowe to muszę powiedzieć, że wyszło dość ciekawie, moim zdaniem ukazuje zmianę dziewczyny podczas samego pisania, jakby w tym momencie o tym zadecydowała, fajnie że czytelnik może to zobaczyć - nie mam zielonego pojęcia czy udało...
  • awatar Zakira Luna: ... mi się przekazać to co miałam na myśli, mam nadzieję że rozumiesz :) A jeżeli nie był to świadomy zabieg to się nie przyznawaj :P Oczywiście najlepsze zostawiłam sobie na koniec - tak, dobrze myślisz, chodzi o epilog - tu mnie kompletnie rozbroiłaś, nie wiem do końca dlaczego (a jednak wiem- to po prostu jest świetnie napisane, nie wiem tylko dlaczego tak mnie ruszyło) ale czytając po raz pierwszy miałam łzy w oczach i ciarki przechodziły mi po plecach... to było takie straszne, smutne, niemalże czułam jej uczucia, a to wszystko tak opisane, że obrazy praktycznie same pojawiały mi się przed oczami... "Zielone oczy wpatrywały się we mnie z wyrzutem do całego świata i czymś jeszcze… grozą. Strachem do zasłaniających moje ciało bandaży." Ach! NIe mogę, nie mogę, jak mogłaś mi (i jej!) to zrobić?! Nie martw się, powoooli zbliżam się do końca :P Ale pozwól że jeszcze Cię trochę podręczę - jak już powiedziałam nie zgadzam się, żeby historia Raisy w tym miejscu się kończyła, to...
Pokaż wszystkie (12) ›
 

livli5
 
Nie patrzę na niego. Nie mam zamiaru dać się po raz kolejny złapać w jego sidła. Jednak gdzieś wewnątrz umysłu czułam, że tym razem muszę go wysłuchać. Przestać żyć niedomówieniami i domysłami. Tak się nie da. Jednak, co powiedzieć? Zamykam oczy i odchylam się lekko do tyłu, wprowadzając huśtawkę w ruch.
- Przepraszam – powtarza cicho i bierze głęboki wdech.
- Za co? Za to, że byłeś fatalnym przyjacielem? Czy za to, że nie widzisz we mnie kobiety?
Zapada niezręczna cisza. Jedynie westchnienie Artura wypełnia przestrzeń, pomiędzy nami.
- Przepraszam za wszystko.
- Skończ z tym już. – Pomimo, że staram się powiedzieć to twardo, łamie mi się głos.
- Rai – Wypowiada moje zdrobnione imię tak jak zwykł robić, gdy byliśmy dziećmi. – Ja… nie… - kręci głową, jakby karcił się w myślach. - Przepraszam, ja… ja nie chciałem… cię zranić. Boże… jak do tego doszło… - Chowa twarz w dłoniach, następnie przeczesuje włosy i patrzy na trawę. Po czym zaczyna się nerwowo śmiać. – Nawet mi do głowy nie przyszło, że możesz coś do mnie czuć. Przecież ty najlepiej wiesz, jaki jestem…
- Niestety - potwierdzam smutno.
- Myślałem nad tym dużo i teraz więcej rozumiem. Rzeczywiście jestem egoistycznym idiotą. – Odchylił się do tyłu i spojrzał w niebo. Czarne włosy przeczesywał mu wiat. Spuściłam wzrok.
- I play boyem – dorzuciłam rozgoryczona.
Spojrzał na mnie z podniesionych brwi.
- I do tego kłamliwym Casanovą – dorzuciłam nie mogąc się oprzeć wylania swoich żali do niego. – Wiem o twoim zakładzie z Adamem, o ile to nie kolejny twój wredny pomysł na zniszczenie mi życia. – Spoglądam na niego badawczo, podświadomie szukając zdziwienia, niezrozumienia, czy czegokolwiek, co zaprzeczyłoby tej paskudnej plotce. Jednak, gdy widzę załamanie na twarzy Artura, wszystko staję się jasne. Darek nie kłamał.
- To było w pierwszej klasie. – zaczął swój wywód. – Byliśmy na imprezie z chłopakami. Trochę się wypiło i po pijaku zacząłem zarywać do dziewczyny Adama. – uniosłam zaskoczona brew. A co to ma do rzeczy? – On się wkurzył i zaproponował układ, na który bezmyślnie przystałem.
- Też byłabym wściekła.
Uśmiechnął się.
- Ale ja byłem pijany, zresztą ty też ostatnio się nie popisałaś.
- Ale nie podrywałam zajętych chłopaków!
- Nie… ty tylko lizałaś się z Adamem, nie wiem, co gorsze – skrzywił się, potem dotknął palcami ust, ale po chwili się otrząsnął i z wrednym uśmiechem spojrzał mi prosto w oczy, ale mój umysł właśnie się ugotował. To ja się całowałam z Arturem?! Kuźwa! Nic nie pamiętam! Jak mogłam zapomnieć takie coś?! Załamana schowałam twarz w dłoniach i zawyłam z rozpaczy i wstydu.
- Serio? I ty to widziałeś?
- Niestety. Po takim widoku zostaje trauma do końca życia.
Zapadam się w sobie jeszcze bardziej. Jak ja mogłam całować się z solenizantem imprezy, przed oczami chłopaka, który mi się podoba? Wróć. Podobał?
- Nie przejmuj się, zająłem się nim. – powiedział jakby z… dumą? Chyba czegoś nie rozumiem.
- W jakim sensie? – zmierzyłam go badawczo wzrokiem. Nie no, teraz zachowuje się jak dzieciak z podstawówki. Czy on się mną bawi? Normalnie wstałabym nakrzyczała na niego i poszła sobie, ale znów zostałabym bez odpowiedzi, a to by mnie dobiło.
- Pogadaliśmy sobie jak prawdziwi faceci i uchroniłem twoją cnotę. Powinnaś mi podziękować, a nie wyklinać przy następnym spotkaniu. – Nie nadążam. Czy on właśnie sugeruje, że uratował moje dziewictwo?! Trzymajcie mnie, bo go ukatrupię! Raz, dwa, trzy... no dobrze.
- Darujmy sobie tę rozmowę nie chcę wiedzieć, co się działo później. – stwierdzam nie mogąc dłużej ukryć wykwitów na moich policzkach.
Uśmiecha się tym charakterystycznym dla siebie uśmiechem podobnym do kota, który zagonił mysz w kozi róg.
- Niech ci będzie. Na czym ja to… a, już wiem.  – spoważniał i wrócił do opowieści. - Adam się wkurzył i zaproponował, że się założymy. Układ wydawał się nie być zły, więc go przyjąłem, w końcu nie miałem innego wyboru. Bo gdybym go nie przyjął on by wygrał. Zresztą byłem pijany i za dużo nie myślałem.
- O co się założyliście? – pytam ozięble, trawiąc tą mało trzymającą się kupy historię. Spojrzał się na mnie, takim wzrokiem, że zabrakło mi słów.
- Przysiągł, że będzie odbijać każdą dziewczynę, która będzie mi się podobać i robił to, aż do dnia, dopóki nie wygrałem zakładu. Na szczęście to już przeszłość, kto by pomyślał, że będzie miał na tyle perswazji by odbić mi dziewczyny.
- Poczekaj. Założyliście się, kto więcej dziewczyn poderwie, by Adam przestał ci odbijać dziewczyny? To się kupy nie trzyma!
- Że co? Jakie podrywanie dziewczyn, niczego takiego nie było – Spojrzał na mnie autentycznie zdziwiony – Kto naopowiadał ci takich bzdur? Założyliśmy się, kto będzie bardziej popularny.
- To nie kolekcjonujecie dziewczyn? – pytam niczym rasowa idiotka, ale w tej chwili nie stać mnie na nic mądrzejszego. Artur zaczyna się śmiać. To nie jest śmieszne!  
- Jesteś pocieszna jak zawsze. Tylko ty byś na to wpadła. Kolekcjonowanie… Pf… nie jesteśmy, aż tak pomysłowi jak ty.
Moja żyłka na skroni zaczęła niebezpiecznie drgać.
- A ty jak zwykle masz dar doprowadzać mnie do szału!
- Za to mnie kochasz, czyż nie? – Ścisnęłam mocniej łańcuchy huśtawki i zgromiłam go wzrokiem. Zdecydowanie przesadził.
- Nie! Ty cholero jedna! – wstałam wściekła. – Zdeptałeś i zabiłeś to uczucie, teraz najchętniej nie chciałabym cię znać!
- Rai, przepraszam nie powinienem tego mówić. – poczułam jego dłoń na swojej ręce. – Zostań, nie uciekaj. Wybacz mi, proszę. Jeszcze nie przyzwyczaiłem się do tej sytuacji… Nie wiem jak się zachować. Zawsze byliśmy razem, a teraz mam wrażenie, że rozmawiam z tobą pierwszy raz w życiu.
Zatrzymałam się i westchnęłam.
- Proszę, jeśli możesz to dla mnie zrobić, to zapomnij o tym i najlepiej o mnie. Już dawno się poddałam. – Uśmiecham się smutno i wyplątuję rękę z jego uścisku. – Żegnaj Arturze.
Odwracam się i zostawiam go samego na huśtawce.
- Naprawdę cię kochałam – szepczę przez łzy, gdy jestem pewna, że mój głos już go nie dosięgnie.
  • awatar Zakira Luna: Przepraszam za wszystko - to takie wygodne... czyli ten zakład to prawda, ale o popularnośćc... ech, pierwszy bardziej mi się podobał (pierwsza wersja ) :P Strasznie smutne zakończenie... czekam na ciąg dalszy :)
  • awatar SallyLou: Robi się coraz ciekawiej... Sama nie wiem, kto mówi prawdę, a kto zmyśla :) Ten pomysł z zdobyciem popularności nie jest wcale lepszy niż zaliczanie dziewczyn ( dobra, trochę jest ). Na miejscu Raisy to bym tak Arturowi z łokcia w potylicę dała. Po raz pierwszy ich sytuacja się odwróciła i to on dostaje kosza. Chyba sobie zasłużył trochę...
  • awatar Effugere: Ciekawy i świetny rozdział :) Głupi zakład o popularność ;p a teraz pewne role się odwrócą, hymm czekam niecierpliwie na dalszy ciąg
Pokaż wszystkie (5) ›
 

livli5
 
Z jękiem szukam pikającego zawzięcie budzika, który niczym rasowy sadysta rozkoszuje się wyrywaniem mnie z objęć mojego jedynego kochanka - Morfeusza. Niemal z brutalną siłą wciskam odpowiedni przycisk w telefonie i przerażający dźwięk raptownie zamiera. Zabiłam cię potworze jeden! Pełna triumfu odwracam się na drugi bok i ziewam zakopując się bardziej pod pierzynę. Poczekaj na mnie mój przystojniaku, już do ciebie idę. Nie minęła chwila, gdy parszywy budzik wrócił z zaświatów, by z całą złośliwością świata wykopać mnie z mojego kącika relaksu. Zirytowana jego uporem, wyłączam go i dosłownie ześlizguję się z łóżka. Niczym zawodowy zombie wchodzę do łazienki. Z automatu myję zęby starając się nie zasnąć na stojąco i nie uwalić się jednocześnie pastą, przez ciągłe ziewanie. Następnie rozczesuję włosy, co raczej wygląda bardziej jak igrzyska śmierci, niżeli zwykła codzienna czynność. Szczotka o dziwo wytrwała do końca tej spektakularnej walki. Przyjrzałam się sobie w lustrze i zmarszczyłam z niezadowolenia nos. Wory pod oczami nadawałyby się, jako reklamówki do supermarketu. Włosy, pomimo rozczesania, znów zaczęły się puszyć, a skóra dorównuje kolorem trupowi. Wpatruję się chwilę beznamiętnie w swoje odbicie, poczym wzruszając ramionami ziewam i wychodzę do pokoju po jakieś ciuchy.  Co by tu założyć… może… hm… siadam przed otwartą szafą i wpatruję się w jej zwartość, jakby miało mi to pomóc w dokonaniu wyboru. Drapię się po głowie i ostatecznie łapię pierwsze spodnie i bluzkę, jakie wpadną mi w ręce. Dobieram do tego jeszcze marynarkę i idę dokończyć rytuału powracania do żywych. Po parunastu minutach opuszczam łazienkę. Niewyspana pakuję książki na lekcję i schodzę do kuchni. Na stole znajduję wiadomość od mamy, że musiała wyjść wcześniej i, że sama odbierze tatę. Krzywię się niezadowolona z jej pomysłu. Przecież miałam razem z nią pojechać po tatę. Prycham pod nosem wyrzucając kartkę do kosza. Trudno się mówi i żyje się dalej. Łapię z koszyka z owocami jabłko i wychodzę do szkoły. Mój zaspany umysł całkowicie się wyłącza pozwalając by nogi same zaniosły mnie do tego lęgu demonów. Co tu zrobić ze swoim życiem? W końcu postanowiłam sobie się zmienić, ale początek dnia wyszedł jak zawsze. Czemu zmiany muszą być tak trudne? Dlaczego nie mogę wymyślić czegoś, co porwałoby mnie na tyle by stać się tym kimś? Wzdycham zrezygnowana. No cóż. Nie wszystko od razu. W końcu każde marzenie wymaga czasu i pracy nad nim. Tak samo i ja potrzebuje inspiracji by znaleźć własną drogę. Uśmiecham się do siebie. Mój czas się właśnie zaczął.
Mijając próg szkoły nie poczułam czegoś nadzwyczajnego, chociaż nie. Szafka została naprawiona. Prawdziwy cud! Z niedowierzaniem lekko szarpię zamknięte drzwiczki.
- Aż tak ich nienawidzisz? Jak nie przestaniesz to znowu je zepsujesz.
Przenoszę wzrok na chłopaka i szeroko się uśmiecham.
- Nie twój interes.
Adam zamarł w pół ruchu z miną godną suma. Mijam go i podchodzę do szatniarki, po nowy kluczyk. Słucham chwilę wywodu na temat, że to pierwszy i ostatni raz. Z uśmiechem składam obietnicę, że tym razem nie zdewastuje szafki, poczym wracam by wreszcie przetestować nowy zamek. Adam widocznie, ma mnóstwo wolnego czasu, bo nie ruszył się z miejsca. Może czekał na mnie? Wróć! On jest na czarnej liście do odwołania. Koniec z facetami!  
- Co wprowadziło cię w taki dobry humor?
- Ty jeszcze tu? – pytam się przekręcając kluczyk. Widzę jak drga mu brew, a po twarzy przechodzi wyraz zdziwienia zmieszanego z irytacją.
- A wolałabyś by mnie nie było?
- A ja wiem? Myślałam, że znów będziesz mnie unikał jak ognia. –Wkładam książki do szafki i zamykam ją.
- Unikać? Ja?
Spoglądam mu prosto w oczy. Po czym uśmiecham się jeszcze szerzej.
- No chyba nie ja, ale nie musisz się martwić, już nie będę ci dłużej zatruwać powietrza. – Gdy chcę go minąć, łapie moją dłoń i lustruje mnie czujnym spojrzeniem.
- O czym ty mówisz, czy coś się stało?
- Wybacz, ale nie mam teraz czasu, za chwilę mamy zajęcia. – Wytrzymuję jego spojrzenie, po czym czuję, że jego dłoń ześlizguję się z mojej. Serce bije mi jak oszalałe, a ja wychodzę na korytarz, starając się nie umrzeć na zawał. Co ja do diaska wyprawiam?! Zła na samą siebie wywracam oczami i idę pod klasę. Czy ja jestem, aż tak sfrustrowana uczuciowo, że nie mogę się oprzeć facetom? Głupie serce.  

Podczas zajęć obiecałam sobie, że przestanę uciekać. Muszę nauczyć się stawiać czoła przeciwnościom losu… co nie zmienia faktu, że jak zwykle świat kocha krzyżować moje plany.
Na długiej przerwie, poszłam na opuszczony plac zabaw, by od stresować się po wstrętnej historii. Znów się na mnie wyżywała, tyle, że tym razem z mniej subtelny sposób. Na całą klasę zaczęła się wydzierać, że jestem totalnym nieukiem, idiotką i… wolę nie pamiętać dalszych epitetów na mój temat. Kobieta dostała furii, bo nie pamiętałam jak nazywał się jakiś przywódca wojskowy. Rozpłakałam się… Pomimo całej siły woli, by pozostać niewzruszoną… coś… coś we mnie pękło i z łzami w oczach wybiegłam z klasy. Miałam gdzieś nauczycielkę, i jej krzyki niosące się za mną przez cały korytarz, bym się zawróciła. A teraz siedzę na huśtawce, w starym placu zabaw dobry kawałek od szkoły, wpatrując się tępo w przestrzeń przed sobą. Wspaniały początek nowego życia. Nie ma co. Czemu nic nigdy mi nie wychodzi? Wzdycham i nie mając nawet ochoty się bujać. Chowam twarz w dłoniach. Dopiero kroki budzą mnie z amoku. Nauczona doświadczeniem jestem pewna, że ujrzę zaraz osoby, które za nic w świecie nie chcę widzieć, jednak, gdy podnoszę umęczony wzrok dostrzegam dziewczynę. Ubrana w wytarte dżinsy i długą czarną bluzę z kapturem wolnym krokiem idzie w moją stronę. Wiatr lekko szarpie jej zasłaniający twarz kaptur, a nienaturalnie rude włosy podskakują rytmicznie z każdym krokiem. Chwilę przyglądam się jej zaciekawiona. Nigdy nie widziałam, by ktoś tak się poruszał. Wydawała się płynąć w powietrzu. Co ja bredzę? Za dużo książek się naczytałam w życiu. Wzdycham i opuszam wzrok na swoje dłonie. Dziewczyna mija mnie, a ja mam wrażenie, że właśnie obok mnie przeszła sama śmierć. Zawiał wiatr i zrobiło mi się zimno. Objęłam się ramionami, spojrzałam przerażona na dziewczynę, ale ta zniknęła jakby nigdy jej tu nie było. Przetarłam zdumiona oczy ręką. Borze sosnowy! Zaczynam mieć halucynacje!
- Raisa? – Natychmiast się odwróciłam, że omal nie spadłam z huśtawki. Obok mnie stał Artur, z zatroskaną miną. – Boże. Jak ty wyglądasz? Cały czas cię szukałem. – Podszedł i uklęknął przede mną i lekko muska moje zimne ręce. Odsuwam się. Nie chcę by mnie dotykał. Widać było, że chce coś powiedzieć, ale nie może dobrać słów. Zabrał dłonie, a sam zajął miejsce na drugiej huśtawce. – Przepraszam.
  • awatar Zakira Luna: Bardzo przykro, ale Morfeusz to mój kochanek!:D Biedna Raisa- nie może oprzeć się facetom...? No cóż, hormony :P Ale jej początkowy szeroki uśmiech i sposób w jaki potraktowała Adama budzi mój podziw... O rany... nauczyciele to bestie! Co to za tajemnniczy rudzielec? :D A ten Artur? hm...
  • awatar Lisa Angels: No kto zgadnie kim jest rudzielec? :D
  • awatar Zakira Luna: @Lisa Angels: Ja wiem! :D
Pokaż wszystkie (5) ›
 

livli5
 
Jestem zła? Owszem. Jestem wściekła? Niekoniecznie. O dziwo słowa Darka, pomimo pierwszego zaskoczenia i oburzenia, spłynęły po mnie jak woda. Czy to ważne, że otaczają mnie same kanalie? Po jakiego grzyba mam marnować sobie życie na tych intrygantów. Prawda, nieprawda, jeden kit. Teraz jest mi już wszystko jedno. Na świecie są miliony facetów. Ba! Czemu mam się w ogóle nimi zajmować? Czemu nie zacznę szukać własnej pasji? Czegoś co pochłonie mnie na tyle, by oderwać się od rzeczywistości, wylać swoje żale, by następnego dnia, móc z czystym sercem kroczyć przed siebie?  Od dziś koniec z tym. Kończę z Arturem i ogólnie chłopakami. Szczerze nie wierze do końca Darkowi, ale mimo to Adam trafia na czarną listę do odwołania. Czas zająć się sobą. Tylko co ja mam teraz zrobić? Marszczę brwi i zastanawiam się nad swoim życiem. No cóż… nie mam jakiś nadzwyczajnych planów. Może wrócę do tego, co kiedyś lubiłam robić? A może powinnam poszukać czegoś nowego. Z tym oto całkiem, o dziwo, pozytywnym nastawieniem wracam do domu i rzucam się na swoje łóżko. Wyciągam pracę domową i zaczynam ją pieczołowicie odrabiać, błądząc myślami kompletnie gdzie indziej. Wraz z zapianiem ostatniej litery, zamykam z trzaskiem zeszyt i podrywam się do pionu. Wiem! Podbiegam do drzwi i wypadam na korytarz, by za chwilę pojawić się na strychu. Rozejrzałam, się po zakurzonych gratach. To na pewno gdzieś musi tu być. Prześlizguję wzrokiem po rzeczach, aż dostrzegam niewielkie pudło. Z uśmiechem podnoszę skrzynkę i zdmuchuję z niej kórz. Pomimo, że jest trochę ciężka, bez problemu przetransportowuję ją do swojego pokoju. Dopiero, gdy zamknęłam drzwi, odważam się otworzyć drewnianą pokrywę. W środku leży stera kopert, listów, których odbiorca nigdy nie miał otrzymać. Pośród nich walają się dziecięce rysunki… uschnięte kwiaty… i… dziecięce skrzypce zakopane wśród stosu papieru. Nigdy nie myślałam, że nadejdzie dzień, gdy otworzę tą skrzynie. Niemal z czcią wyciągam instrument. To było tak dawno temu… Odkładam go na podłogę, uważając, by go nie zepsuć. Następnie wyciągam kopertę i otwieram ją z drżącymi rękami. Wiem co się tam znajduję. Jestem świadoma, co słów przelanych na papier. Kartka w moich dłoniach zapisana jest krzywym dziecięcym pismem.
 15 lipca  
Drogi Aniele!
Dzisiaj razem z mamą byłam u Artka. Znów mnie zaczepiał i próbował namówić do zabawy. Muszę ci się przyznać, że nawet udało mu się mnie rozśmieszyć, przez co teraz czuję się winna. Tata, byłby smutny, że śmiałam się w czasie, kiedy on jest w szpitalu. Teraz nie dam się mu rozśmieszyć. Mój uśmiech jest tylko dla tatusia. Obiecaj by mu nic nie powiedzieć. Mama ostatnio jest bardzo nerwowa. Boje się. Boje się, że i ona zachoruje.

6 stycznia
Drogi Aniele!
Czemu nie potrafię być dobrą córką? Tata, znów powiedział, że doprowadzam go do grobu. Nie chcę by umarł. To moja wina, że choruje.

10 czerwca
Drogi Aniele!
To koniec. Nie chcę dłużej sprawiać im zawodu. To mój ostatni dzień, gdy biorę do ręki skrzypce. Nie mam talentu, ani wystarczająco dużo samozaparcia, by ćwiczyć… nie mogę sobie pozwolić na dalsze ciągniecie tego. Co ze mnie za skrzypaczka, która boi się grać przed publicznością. To musiało się kiedyś stać. Może i lepiej, że teraz? Tylko czemu gdy o tym myślę chce mi się płakać? Wreszcie, tata przestanie się denerwować.

20 Listopada
Drogi Aniele!
Dziękuję ci za Artka. Nie masz pojęcia jak mi ulżyło, gdy wysłuchał moich słów. Nie powiedział nic, jedynie dał mi się wypłakać. Czuję, że dzięki jego przyjaźni dam radę przebrnąć przez to wszystko. Tata, za dwa tygodnie ma operacje. Miej nas w swojej opiece.

Przeglądam to kolejne listy, z różnych okresów swojego życia, a do oczu cisną mi się łzy. Dzieciństwo pełne niepokoju o zdrowie najbliższych wylewało się wraz z przeczytanymi słowami na powierzchnie. Te listy pisałam, bo bałam się komukolwiek powiedzieć o swoich problemach. Jedynie Artur znał moją sytuację i wspierał mnie w każdym momencie. Wypełniłam nim całą lukę, jaka pozostała, po zrezygnowaniu z ukochanej pasji, a teraz… Nie. Dosyć. Wrzucam skrzypce i listy do skrzyni i chowam ją do szafy. Następnie idę się umyć. Po prysznicu wchodzę pod kołdrę i niemal natychmiast zasypiam, chcąc zacząć od jutra swoje życie od nowa.
  • awatar Kate - Writes: Super jest to rozmawianie z aniołem. jak ty coś wymyślisz, to zawsze wymyślisz coś super.
  • awatar SallyLou: <Ociera łezkę wzruszenia> Nie wiem czemu, ale takie proste dziecięce przemyślenia mnie zawsze poruszają. Są szczere i pozbawione obłudy. Piękna historia, tylko ten motyw z Arturem mnie zastanawia. Ma drugie oblicze?
  • awatar Zakira Luna: Zacznę od tego że jestem z Raisy dumna- niczym rasowa feministka postanowiła nie zajmować się marnowaniem życia na facetów (kanalie, haha :D ) tylko odkrywać siebie... ale dlaczego odrabianie lekcji? Aż tak nigdy mi się nie nudziło... :P Skrzypce, hm... Listy bardzo mi się podobają, takie...dziecięce i proste, a zarazem poruszające w mojej duszy jakieś dawno nieodkurzane struny... Mam nadzieję że to jeszcze nie koniec.?
Pokaż wszystkie (6) ›
 

livli5
 
Szliśmy wzdłuż brzegu jeziora rozmawiając o tym, jak chłopaki z klasy wrobili nas w to spotkanie.
- Sam wpadłeś na pomysł z tymi stokrotkami?
Skinął głową patrząc się gdzieś przed siebie.
- Muszę przyznać, że to bardzo oryginalne. Myślałam, że to Adam mnie zaprosił.
- Adam? – zapytał rozbawiony Darek. – Nie, on by na to nigdy nie wpadł, ale skąd myśl, że to on? Zawsze myślałem, że bujasz się w Arturze.
 - Odpuściłam go sobie… muszę zacząć żyć wreszcie dla siebie – stwierdzam wpatrując się w tafle jeziora. – Wiesz, i tak nie jestem w jego typie.  
 - Serio? – zdziwił się. – Artur może i nie jest najprzyjemniejszą osobą, ale bardzo o ciebie dbał. Nawet zagroził, że jak ktoś się do ciebie zbliży, to go spierze na kwaśne jabłko. Zawsze cię wszędzie z nami zabierał, a jak ciebie nie było rozglądał się, jakby cię szukał. To on podsunął mi pomysł z stokrotkami. Nawet pomagał mi je zbierać.
Prychnęłam.
- Traktuje mnie jak siostrę, tego nie da się przeskoczyć. Chociaż nie, chyba bardziej to pasuje na zabawkę, pieska, którym się opiekuje, bierze na spacery i jak ma ochotę to dręczy. Nie jestem dla niego nikim więcej. Nie mogę więcej udawać, że nie obchodzą mnie jego związki, że nie ranią ciągłe przytyki. Kpiny. Po prostu mam już dość.
- No też prawda, trochę tak to wygląda. – westchnął – Nie miałbym nic przeciwko, by Jola miała mnie, chociaż za psa. Bo póki, co jestem w jej oczach zerem.
- Będzie dobrze, masz przed sobą czystą kartę, to tylko od ciebie zależy, czym ją zapełnisz. Ja swoja szansę straciłam, dlatego porwałam ją i zaczynam od nowa.
- Z Adamem? – pyta sceptycznie. – Szczerze ci radzę znaleźć sobie kogoś innego. Jeśli nie chcesz znów zostać zraniona, odpuść sobie. Jesteś bardzo ładna, zasługujesz na kogoś lepszego od Adama.
- Ja ładna? A myślałam, że masz lepszy gust – zaśmiałam się, jednak za chwilę przypomniałam sobie ostrzeżenia Artura. – Co wy macie do Adama? Myślałam, że się kolegujecie. Najpierw Artur, teraz ty.
Zamilknął i sposępniał.
- To nie tak, że go nie lubię, bo spoko z niego kumpel, ale… - podrapał się zakłopotany po głowie.
- No wyduś to z siebie! Mam dość niedomówień.
Spojrzał na mnie jakby zaskoczony.
- Zapytaj Artura.
- O nie! Nie mam zamiaru rozmawiać z tym egoistą, skoro coś wiesz, to mów tu i teraz – widząc, że się wacha, robię krok do przodu – Bo zaprzepaszczę twoje szanse u Joli.
- Hola! No dobra, ale pamiętaj, że miałaś mi pomóc. – unosi ręce na znak poddania i siada na pobliskiej ławce. Dołączam się do niego i wbiłam w niego niecierpliwe spojrzenie.
- Oko, za oko. Ząb, za ząb. Mów, co wiesz. – pośpieszyłam go, nie mogąc wytrzymać tego napięcia.
- A więc… Adam jest kolekcjonerem…
Patrzę na niego zastanawiając się, czy całkowicie zdurniał, czy kosmici zrobili mu pranie mózgu… a może nie pojawienie się Joli doprowadziło nieszczęśnika do stanu obłąkania. W tym Momocie wszystko jest możliwe.
- Możesz jaśniej? Bo chyba nie kminie, co to ma do mojego spotykania się z nim.
Darek westchnął, jakby sama myśl ciążyła mu na sercu.
- Jest kolekcjonerem dziewczyn.
Wybucham głośnym śmiechem, klepiąc go po ramieniu rechoczę się w niebogłosy.
- A to kawał – łapię się za brzuch, by złapać oddech – Chyba pomyliłeś osoby, mówimy tu o Adamie, nie Arturze.  – ocieram łzy rozbawienia i patrzę na śmiertelnie poważnego Darka. Nie. Nie może być. Może rzeczywiście oszalał. Zamieram z ręką na jego ramieniu. – Czy ty sobie ze mnie żartujesz?
- Nie… Raisa, tylko się nie denerwuj i posłuchaj mnie do końca, ok? – przetrawiam to w głowie, ale ostatecznie skinęłam głową. Darek wziął głęboki wdech. – Nie powinienem ci tego mówić, więc zachowaj to dla siebie. I za nic w świecie nie mów, że wiesz to ode mnie, jasne?
- Tak.
- A więc… to było na którejś imprezie na początku liceum. Nie wiem, co tam się dokładnie stało, ale koniec końców Adam z Arturem założyli się, kto więcej rozkocha w sobie dziewczyn. – Wytrzeszczyłam oczy i już miałam coś powiedzieć, ale zasłonił mi usta palcem. - Nie przerywaj mi. Ja oczywiście nie chciałem w to wejść, bo nie oszukujmy się, nie miałbym z nimi szans. A zresztą już wtedy miałem kogoś na oku, ale nie o tym teraz. Wracając do zakładu. Byli pijani, ale założyli się o coś i oboje bardzo poważnie podeszli do całej akcji. Artur, bez skrępowania wyrywał wszystkie dziewczyny, jakie wpadły mu w oko, a Adam robił to samo, tyle, że dyskretniej. Dlatego możesz mieć błędną opinię o Adamie. A jako twój kolega, wolę byś wiedziała, ze to, co on robi to tylko gra. Gdy tylko się ugniesz, odhaczy twoje nazwisko i poleci do innej.  
Nie wiedziałam, co myśleć. Miałam mętlik w głowie.
- A to świnie. Bezrozumne orangutany. Psy na baby.  – wymyślam coraz bardziej wymyślne nazwy na te wstrętne stworzenia godne zamknięcia w klatce. – A ty?! Od tak wiedząc, o ich chorym podejściu do świata patrzyłeś jak łamią serca tym wszystkim dziewczynom?! Zaraz, to nie tak. – śmieję się z siebie. Wszystkie puzzle ułożyły się w całość – Artur, to wszystko jego plan by mnie uprzedzić do Adama. Przyznaj się, to on ci naopowiadał tych bzdur. To on wrobił nas w to spotkanie, wiedząc, że opowiesz mi tą historię. – wstałam z ławki i spojrzałam z góry na przeczącego chłopaka. Zmierzyłam go lodowatym spojrzeniem. – Jesteście żałośni, nie mam zamiaru tego dłużej słuchać.
  • awatar Zakira Luna: ,,Szliśmy w złóż brzegu jeziora,,- literówka ;) Więcej błędów nie znalazłam, podobała mi się ta ich rozmowa...to co z tym zakładem? Był czy to tylko bzdety wymyślone przez Arturka? :P
  • awatar SallyLou: Kurde, a ja na początku dawałam obu szansę na bycie fajnymi bohaterami. Co za dwulicowe świnie.... Ciekawe jaki udział w tym wszystkim ma Darek i czy okaże się trochę lepszy od tych dwóch prymitywów.
  • awatar Kate - Writes: @SallyLou: Ja stawiam na to, że tak. Zapałałam do niego nagłą i wielką sympatią.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

livli5
 

Część 10
Na przystanku wsiadam w pierwszy nadjeżdżający autobus, mając nadzieję, że zawiezie mnie do domu. Mój wspaniały humor właśnie prysł niczym bańka mydlana, całkowicie zrzucając płachtę szarości na otaczający mnie świat. Jeszcze nie dawno widziane barwy, zamazały się przez płynące z moich oczu łzy. Czemu to musi tak boleć? Wpatruję się w migający za szybą pojazdu świat. Jak na złość wydaje się nie zauważać mojego wzburzenia, a samo słońce natrętnie razi mnie w oczy. Nie mogąc dłużej wytrzymać, zamykam je i zagryzam język by powstrzymać płacz. Spokojnie… Nie przejmuj się tym kretynem. Biorę głęboki wdech, potem drugi, trzeci, a gdy już w miarę się uspokajam staram się przeanalizować wcześniejszą sytuację. W ogóle tego nie rozumiem. Czemu on tam był? Po jaką cholerę spotkał się z moim tatą, po tym jak mnie ignorował w szkole? Mam dość. Koniec. Jeśli miałam jeszcze jakieś wyrzuty sumienia, właśnie w tym momencie umarły. Nie pozwolę sobie na więcej zmarnowanego czasu. Skoro nie jest w stanie mnie zrozumieć, to niech idzie do diabła. Wysiadam na swoim przystanku i powoli kieruję się do domu. Chcę jak najszybciej zaszyć się w pokoju i zniknąć. Czy ja właśnie wyznałam mu swoje uczucia? Brawo Raisa. To było iście romantyczne. Na pewno chwyci go to za serce. Wzdycham na własną głupotę. Ale przynajmniej nie ma już odwrotu. Właśnie spaliłam ostatni most, a rzeka, która nas dzieli jest zbyt głęboka, bym mogła ją przepłynąć. Podnoszę głowę i tuż przed nosem przelatuje mi motyl. Jednak on nie był barwny, jak większość motyli. Ten był śnieżnie biały, jakby ktoś ukradł mu wszystkie kolory, jakimi szczycą się jego pobratyńcy. Uśmiechnęłam się gorzko, przypominał mi mnie. Pozbawiony swoich atutów, samotnie dryfował w powietrzu. Tylko, że on w przeciwieństwie do mnie mógł latać. Moje skrzydła już dawno zgniły przez trawiące mnie smutki. Robię krok za motylem, gdy nagle do moich uszu dochodzi głośny pisk opon i dźwięk klaksonu. Z przerażenia, kieruję wzrok w stronę odgłosu. Centralnie w moim kierunku zbliża się duży samochód. Dosłownie czuję, jak zaraz moje kości zostaną zmielone w drobny mak, a ze mnie unosi się dusza. Robię przerażona krok w tył. Potykam się i upadam na tyłek. Ułamki sekund, decydują o moim losie. Widzę, jak samochód mija mnie tak blisko, że doskonale widać jego kołpaki. Czas jakby zwalnia, a następnie przyspiesza wraz z znikającym z piskiem samochodem. Oszołomiona siedzę na pasach z przerażonym spojrzeniem i wpatruję się w rozjechanego na jezdni motyla. Leżącego tuż u moich stóp. Ręce trzęsą mi się, a nogi są jak z waty, gdy wstaję z asfaltu i przechodzę na drugą stronę ulicy. Mało brakowało, a zginęłabym. Serce bije mi tak głośno, że nie słyszę niczego wokół. Oczy utkwiłam w ziemię przed sobą. Ten samochód by mnie rozjechał. Czułam podmuch śmierci na karku. Nagle życie przeleciało mi przed oczami i dotarło do mnie, że wszystko, co do tej pory robiłam było porażką. Wszystko, czego się dotknęłam rozpadało się na milion kawałków. Każde marzenie grzebałam, z coraz mniejszym żalem. Niczym grabarz, który nieczuły jest na widok śmierci. Pozwalałam sobie na utratę siebie dla innych… a jednak, gdy teraz widzę przed oczami swoje życie, dociera do mnie, że nigdy niczego naprawdę nie zrobiłam dla siebie. Nikt nie będzie mnie pamiętał, gdy zniknę. Czy ja zmarnowałam swoje życie? Przystaję i zamykam oczy. Gdy je na powrót otwieram, widzę swój dom. Przełykam ślinę. Zagryzam dolną wargę.
Nie. Nie chcę dalej tak żyć. Pragnę doświadczyć własnego egoizmu. Nie pozwolę, już nigdy więcej się wykorzystywać. Nigdy więcej nie będę uciekać. Zagarnę własnymi siłami wspomnienia i sprawię, że ludzie mnie zapamiętają. Chcę stać się osobą, która w czasie swojej śmierci nie będzie niczego żałować. Otaksowałam dom spojrzeniem i zawróciłam.
To postanowienie oczyściło mi umysł, tak, że zaczęłam zauważać to, co zwykłam omijać wzrokiem. Szeleszczące na wietrze liście, przez które przebijały się promienie słoneczne, niczym gwiazdy przez ciemności nocy. Małe pączki kwiatów, ukryte w trawie. Ptaka, który leciał wysoko na niebie i zachód słońca, mieniący się wszystkimi barwami na tle parkowego jeziora. Zatrzymuję się i z zachwytem spoglądam na ten cud natury. Uśmiecham się do siebie i rozglądam się za znajomą twarzą. Nigdzie nie widać Adama. Zerkam na zegarek. Osiemnasta. No cóż, może się spóźni. Siadam na jednej z pomalowanych na biało ławek i napawam się pięknem nieba.
- Raisa? – odwracam się na dźwięk własnego imienia. Jednak widok właściciela głosu wprawia moje serce w zawód.        
- Darek? Co ty tu robisz? – pytam zaskoczona, widząc jednego z kolegów Artura.
- Czekam na kogoś. – miota się chwilę, po czym koło mnie siada. – Pomożesz Mi?
- Jasne, o co chodzi?
Zastanawia się chwilę jakby chodziło o sprawę życia lub śmierci, po czym pyta się ściszonym głosem, jakby chodziło o sprawę życia i śmierci.
- Powiedź mi, czy myślisz, że jak włożyłem do szafki Joli, całą kupę stokrotek, to ona przyjdzie?
Że co?! Wytrzeszczam na niego oczy jak wół na malowane wrota. Nie… To jakieś żarty.
- Możesz powtórzyć, bo chyba się przesłyszałam.
- No wiesz, zapytałem się chłopaków z klasy o numer szafki Joli, a potem nazrywałem całą masę stokrotek i wrzuciłem je do jej szafki.
Oblizuje nerwowo usta i patrzę na chłopaka, mając nadzieję, że za chwilę zaprzeczy własnym słowom i obróci wszystko w żart. Widząc, że nie żartuje, zalewa mnie z jednej strony współczucie dla tego idioty, a drugiej strony złość, na to, że w tak perfidny sposób zostałam wystawiona do wiatru.
- Więc to ty wpakowałeś mi je do szafki? I to, dlatego, że się pomyliłeś?! Matko najdroższa, miej w opiece tego idiotę. – szepczę do siebie.
- Co? – pyta zdezorientowany moją reakcją.  
- Zrobili cię w balona i podali ci mój numer szafki, pacanie!
- Czyli…  
- Tak, Jola nie przyjdzie. – przecieram ręką oczy, następnie wzdycham spoglądając spod łba na załamanego chłopaka. Widać, że bardzo się starał dobrze wyglądać na tym spotkaniu. Swoje zwykle niesforne blond włosy, okiełznał prawdopodobnie szczotką i małą ilością, żelu. Nawet ubrał się bardziej stylowo, jeśli można to tak nazwać, niż zwykle. W jednym słowie, właśnie szansa minęła mu sprzed nosa.
- Ej… nie załamuj się. – zaczynam lekko nerwowo. – Wiesz, ten pomysł z stokrotkami to świetna sprawa. Myślę, że Jola na pewno inaczej by na ciebie spojrzała po takim zaproszeniu. No weź Darek, nie smuć się. – Borze sosnowy i co ja mam zrobić. Mam nadzieję, że mi się tu nie popłacze. Zawstydzona całą sytuacją, wręcz panicznie chciałam wymyślić pomysł, by mu pomóc.
Spojrzał na mnie zawstydzony i tak smutny, że zrobiło mi się go żal. Jakbym widziała swoje odbicie, gdy za każdym razem Artur mnie ranił.
- Pomogę ci, obiecuję. Tylko już się tak nie dołuj. – poklepałam go przyjacielsko po plecach i szeroko się uśmiechnęłam. – Sorki, że zepsułam twój wielki dzień.
- Nie masz za co przepraszać, to ja muszę cię przeprosić, za wprowadzenie w błąd.
- To, co powiesz, by w ramach rekompensaty zabrać mnie na spacer? Moglibyśmy obmyślić plan zniewolenia Joli.
Zastanowił się chwilę i wstał z letkim uśmiechem.
- No to chodźmy.
  • awatar SallyLou: Wszyscy ostatnio grają na moich emocjach w opowiadaniach. Ty również, Lisa :D Ten motylek wzruszył mnie dogłębnie. Kocham taką symbolikę, aczkolwiek trochę ona przerażająca. Raisa utożsamiła się z nim, a on zginął... Straszne. Z kolei to spotkanie w parku zaskoczyło mnie. Spodziewałam się Adama, albo Artura :D Jestem ciekawa jak to dalej się potoczy.
  • awatar Kate - Writes: @SallyLou: znowu powiedzieli to co ja chciałam powiedzieć.
  • awatar Paulai: *.* Ps. Mam nowe opowiadanie :)
Pokaż wszystkie (4) ›
 

livli5
 
- Raisa, skarbie jak miło, że już jesteś. Właśnie gawędziliśmy sobie z Arturem o wędkowaniu i wyjaśniliśmy sobie parę spraw.
- Doprawdy? – pytam unosząc prawą brew i mierzę wzrokiem mojego ex przyjaciela, który śmiał mnie dzisiaj rano tak perfidnie zignorować. Ja cię jeszcze nauczę kanalio jedna traktować kobiety! Zaraz… wędkarstwo?! A to szuja, tak bezwstydnie przekupić mojego ojca, jak dziecko prezentem świątecznym, który nie jest częścią garderoby, a wymarzoną zabawką. Oj nie ujdzie mu to na sucho – Co tu robisz?
- Moja mama słysząc o pogorszeniu zdrowia twojego taty, koniecznie chciała przyjść, a że odebrała mnie ze szkoły, to po drodze zajechaliśmy. – stwierdza jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. To gdzie ona teraz niby jest?
- Sylwia poszła do sklepiku po kawę. Siadaj, nie stój tak w progu. – wyjaśnia mój tata, jakby czytał mi w myślach.
Nie spuszczając badawczego spojrzenia z Artura zajmuje krzesło po drugiej stronie łóżka i łapię za rękę tatę. On uśmiecha się do mnie ciepło, po czym podekscytowany zwraca się do mnie ze świecącymi oczami.
- Nie mówiłaś, że Artur lubi łowić ryby. Właśnie przed momentem opowiadał mi, że niedaleko stąd złapał olbrzymiego sandacza. – Skrzywiłam się a samą myśl o tej wstrętnej rybie z wielką, śmierdzącą paszczą i jeszcze gorszymi rybimi oczami. Fuj. Ni to smaczne, chociaż reszta domowników uważa inaczej, ni to ładne, nawet nie może służyć w formie rekreacyjnej. Nie ma to jak to „cudowne” hobby. Ale nie to jest najgorsze, o nie. To dopiero początek. Najgorsze jest wstawanie o trzeciej nad ranem i budzenie całego domu, bo tata nie może się sam wyprawić na ryby. Uśmiecham się krzywo.
- Nie wiedziałam – opowiadam zgodnie z prawdą. Jakoś tak nagle stracił w moich oczach.
- Wiedziałem, że Raisa nie przepada za wędkarstwem, więc nie wspominałem o tym. – Serio? Wiedział? A jak by inaczej. Nie omieszkałam mu się żalić na pasję taty, którą koniecznie, wręcz na siłę próbował mnie zarazić. Teraz i on dołączył do grona zdrajców.
- E tam, nie wie, co dobre. Jak wyjdę ze szpitala, z chęcią wybiorę się z tobą nad jakąś rzekę.
- Z chęcią – szczerzy się jak głupi do sera, czym mnie porządnie wkurza. Nie powinno go tu w ogóle być. Co on sobie myślał, by po tej akcji z rana, tak bezczelnie przychodzić do mojego taty. Ale nie to jest najgorsze. O nie, najbardziej wpieniła mnie nagła zmiana taty. Czy to nie on jeszcze parę dni temu mówił, że Artur sprowadza mnie na złą drogę?
- Szczerze powiedziawszy martwiłem się trochę o waszą znajomość z Raisą. Ale jestem rad, że ma takiego przyjaciela jak ty, który ceni ją jak własną siostrę. Teraz jestem… - nie słucham dalej, bo w głowie szumi mi jak echo, to przeklęte słowo „siostra”. Serce nieprzyjemnie mi się ściska. Słowa taty tracą dla mnie sens. Znów dopada mnie to palące uczucie porażki. Mam ochotę uciec. Spoglądam na zegarek.
- Wybaczcie mi, ale umówiłam się ze znajomymi w parku – stwierdzam z szerokim uśmiechem, ściskając lekko dłoń taty.
- Uważaj na siebie.
- Dobrze.
- Odprowadzę cię.
- Nie trzeba – naciskam miotając w jego stronę pioruny. On jednak jakby ślepy i na dodatek głuchy rusza za mną. Wzdycham pod nosem i żegnam się z tatą.
- Do zobaczenia jutro, przyjadę cię z mamą odeprać.
- Bez obaw, baw się dobrze.
Wyszliśmy. Cichy szum szurania naszych nóg roznosił się po korytarzu, a następnie na klatce schodowej. Na jednym z stopni zatrzymałam się i lodowato spojrzałam na chłopaka.
- W co ty sobie pogrywasz?
- Nie wiem, o co ci chodzi.
Wzdycham i przecieram oczy palcami.
- Co tu robisz?
- Nie widziałaś? Przyszedłem odwiedzić twojego tatę.
- Aż tak jesteś z nim blisko? – pytam z głosem ociekającym najczystszą ironią.
- Nie, ale z tobą jestem. – zamieram oszołomiona, jak po prawym sierpowym prosto w twarz. Serce znów ściska się z żalu. Jestem jedynie „siostrą” i to się nigdy nie zmieni. – Martwiłem się, pamiętam, co przechodziłaś, podczas, gdy twój tata chorował.
- Mogłeś zapytać się mnie.
- Ta. Jasne. A świnie potrafią latać. Raisa nie oszukuj samej siebie, obraziłaś się o jakąś pierdołę, nawet nie wiem, jaką i patrzysz na mnie jakbyś, albo chciała mnie ukatrupić wzrokiem, albo uciec w siną dal. Nie gniewam się za twoje słowa, chociaż uważam, że ostro przesadziłaś. Nie masz prawa osądzać moich związków towarzyskich, a do tego tak deptać naszej przyjaźni.
- Serio? – pytam z pogardą zmieszaną z ironią.
- Tak. To, że po raz drugi mnie uderzyłaś, puszczę w niepamięć, bo należało mi się, trochę się zagalopowałem – zapadła głucha, niezręczna cisza, w której niemal słyszałam, jak para idzie mi z uszu. - Skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, przestań się na mnie gniewać i wróćmy do tego, co było wcześniej. Postaram się nad sobą pracować.
- O nie! Pierdołę? Nie gniewasz się? My nic sobie nie wyjaśniliśmy. Widzę, że nic do ciebie nie dotarło po naszej ostatniej rozmowie. Wciąż jesteś zapatrzonym w siebie, egoistycznym dupkiem. Ja nie chcę wracać do tego, co było wcześniej! Mam dość tego, jak wykorzystujesz moje uczucia do ciebie. Nie widzisz nic, poza czubkiem własnego nosa. Jak mogłam wytrzymać z tobą tyle czasu? Chociaż nie. Kiedyś byłeś inny, ale teraz – zaśmiałam się cierpko. – Zmieniłeś się. Stałeś się pozerem nieliczącym się z innymi. – W oczach zakręciły mi się łzy. – Nie stracę na ciebie więcej czasu i nerwów. Wystarczy mi. Poddaję się. – Zanim łzy popłynęły mi ciurkiem uciekłam. Sama do końca nie wiedziałam, przed kim.
  • awatar Kate - Writes: Wiesz co jest najlepszym prezentem urodzinowym? Twoje opowiadanie! I to trzy części do przeczytania na raz!
  • awatar SallyLou: Artur przeciągnął ojca Raisy na swą stronę... Spryciarz :D Chociaż nie rozumiem zbytnio jego postępowania. Relacje między tą dwójką są dla mnie skomplikowane. Ale czyta się to świetnie. Biję pokłony ;)
  • awatar Zakira Luna: A to szczwany lis! Metoda kija i marchewki zawsze się sprawdza XD Fragment o rybach...hmmm... :D Ech, to typowy facet..."obraziłaś się o jakąś pierdołę"- autentycznie pokręciłam głową przed laptopem czytając ten tekst.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 
Część 8
Rozglądam się, czy przypadkiem za chwilę nie zobaczę Artura, gdy nagle dociera do mnie, że stoję już przed salą językową. Widocznie tak się zamyśliłam, że nogi same zaniosły mnie automatycznie pod kolejną klasę. Mam nieodparte wrażenie, że przed chwilą zaprzepaściłam, swoje wewnętrzne postanowienie, by wysłać palanta do szufladki w swoim przegrzanym mózgu z dużym napisem „Kosz”. Wzdycham pod nosem i rozglądam się za Adamem. Może uda mi się go przycisnąć i dowiedzieć się, co nieco, o moich brakach w pamięci. Inna sprawa, że nieodparcie kusi mnie, by wyciągnąć z niego, kto, albo, co go pobiło. Jednak jak na złość chłopaka nigdzie nie było widać. Zapadł się jakby pod ziemię i o zgrozo do końca wszystkich lekcji unikał mnie jak ognia… no dobra nie tyle, co unikał, a znikał jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w raz z dźwiękiem dzwonka. Zaczęło mnie to mocno irytować, przez co nie mogłam się skupić na lekcjach, bo mój wzrok mimo woli zbaczał z kursu i śledził to Adama, to Artura. Do diaska! Jeszcze mnie za jakiegoś prześladowcę wezmą! W raz z zakończeniem ostatnich zajęć, zerwałam się raptownie z krzesła i pognałam za Adamem. Udało mi się go dopaść na schodach do szatni. Inna sprawa, że chłopak ma parę w nogach niczym pendolino.
- Hej! Poczekaj! – wołam zziajana, mając nadzieję, że włączy hamulce. Adam zatrzymuje się na dole schodów i posła mi szeroki uśmiech. Na policzkach ma rumieńce, mogące dorównać licom nie jednej wstydliwej dziewczyny. Wygląda tak słodko, że aż mam się ochotę go przytulić. Macha mi ręką i znika za zakrętem. Stoję chwilę oszołomiona. Czy on właśnie zwiał? Nie… nie może być. Czy jestem tak straszna, że wszyscy mnie dzisiaj unikają? Wzdycham zdołowana idąc do swojej szafki. Otwieram drzwiczki i z głośnym hukiem je natychmiast zamykam. Chyba się pomyliłam. Sprawdzam numerek, jednak jak wół widnieje karteczka z napisem „242”. Argumentem przemawiającym za tym, że to nie pomyłka świadczył też zepsuty zamek. Powoli uchylam drzwiczki i zaglądam do środka. Wnętrze szafki jest wypełnione małymi stokrotkami. Albo mam zwidy, albo to głupi żart. Rozglądam się, czy nikt nie zauważył mojego dziwnego zachowania, i rumieńców zażenowania, po czym zamykam drzwiczki i czekam aż szatnia całkowicie opustoszeje. Dopiero, gdy droga jest wolna, zaczynam zbierać białe kwiatki w bukiecik. Ktokolwiek to zrobił musiał sam wszystkie zerwać, bo łodyżki były nierówne. W szafce pod tym całym stokrotkowym dywanem leżała mała kartka zwinięta w rulonik i związana różowym kwiatkiem. Zaintrygowana rozwijam liścik.
„ Dzisiaj o osiemnastej w parku księżycowym. Będę czekać”.
Czytam wiadomość parę razy, a moje usta rozchodzą się w szerokim uśmiechu. To musi być Adam. W końcu, po co by znikał na przerwach, jak nie zrywał stokrotki? No dobra. Mógł mieć wiele innych powodów, ale nie unikałby mnie tak. I do tego nikt inny nie wiedział o zniszczonym zamku. Przygryzam wargę, nie przestając się uśmiechać. Uzbrojona w bukiet stokrotek i swój ciężki jak diabli plecak, wychodzę ze szkoły.
Nucąc pod nosem piosenkę z dzieciństwa idę wolnym krokiem w stronę swojego domu. Wzrokiem błądzę za nielicznymi chmurami na niebie, które jakby przerażone uciekają przed bystrym słońcem. Wiosna… Czyżby i dla mnie przyszła? W wyśmienitym humorze przekraczam próg drzwi i nie czekając dobieram się do swojej szafy. Wyciągam zwiewną, niebieską sukienkę, o której posiadania nawet się nie spodziewałam, i kładąc ją na łóżku idę się umyć. Po orzeźwiającym prysznicu łapię po drodze kieckę z łóżka, zakładam ją i podchodzę do lustra. Mierzę się krytycznym spojrzeniem, wydymam niezadowolona usta i koniec końców zrzucam ją z siebie. Nie pasuję mi, i tyle. I wcale nie dlatego ją wybrałam, bo Adam prawił mi komplementy… Chociaż Artur stwierdził, że wyglądam obrzydliwie… Ale seksownie… Agh! Mam mętlik w głowie. Nie zakładam sukienki koniec, kropka. Wracam do pokoju, by wybrać bardziej wygodny strój. Czyli białe dżinsy i czarną koszulę z lekkiego materiału. Zakładam wybrane ubrania i wracam zobaczyć swoje oblicze. Znacznie lepiej. Przynajmniej teraz wyglądam jak ja. Pomimo przemożnej chęci zrobienia sobie makijażu, koniec końców kończę jedynie korektorując niedoskonałości i lekkim pociągnięciu rzęs tuszem. Widząc swoje odbicie jestem w miarę zadowolona. Zaplatam jeszcze swoje włosy w luźny warkocz i opuszczam go sobie na ramię. No, to teraz, do boju! Zerkając na zegarek wychodzę z domu i kieruję się w stronę przystanku, nie mogąc przez całą drogę wyrzucić z głowy figlarnej melodyjki. Po dojściu do celu wsiadam w autobus. Droga mija mi nadzwyczaj szybko, więc lada moment wysiadam przed okręgowym szpitalem. Mój wspaniały humor troszkę się tępi pod nieprzyjemną aurą tego budynku, jednak pomimo tego pewnym krokiem kieruję się ku oddziałowi kardiochirurgii. Nie zważając na mijanych ludzi docieram wreszcie pod salę szpitalną i po cichym zapukaniu wchodzę. W pierwszej chwili dostrzegam tatę śmiejącego się wniebogłosy, a dopiero po chwili jego. Zamieram w pół kroku nie do końca rozumiejąc skąd on się tu wziął. A co ciekawsze, czym przekupił mojego ojca, że ten do niego, aż pieje. Mierzę obu czujnym wzrokiem. Chyba nawet bardziej czułym niż własny wygląd półgodziny temu.
  • awatar SallyLou: Jestem pełna podziwu dla tego tajemniczego dekoratora, że udało mu się ozdobić szafkę Raisy ( Swoją drogą nie wiem czemu, ale podejrzewam, ze to nie Adam ). Kolejny ciekawy pomysł :D To spotkanie w parku brzmi tajemniczo :) Już nie mogę się doczekać kolejnej części. Tak długo nie mogłam czytać " Berceuse", że teraz musisz to po nadrabiać. Pragnę więcej... :P
  • awatar Zakira Luna: Automatycznie zaniosły ją pod kolejną klasę? Kurde, też bym tak chciała, ja ciągle trafiam tam gdzie nie trzeba :D Pendolino...Małe słówko a jaki zaciesz u mnie wywołuje XD O rany, stokrotki! Wyobrażam sobie jej minę... ;) Uuu...spotkanie w parku księżycowym...również uważąm że to nie dzieło Adama, wątpię byś nam o tym powiedziała :D Ale ty lubisz zaskakiwać, więc nigdy nic nie wiadomo... ,,I wcale nie dlatego ją wybrałam, bo Adam prawił mi komplementy" Nieee, w ogóle :P Białe jeansy i czarna koszula? KOgoś mi to przypomina, cholera, znowu czuję się jak jakiś czarny charakter zaglądający do cudzego pamiętnika :D KTO???KOGO DOSTRZEGŁA? Jedyny plus tego, że mam male zaległości w tym opowiadaniu polega na tym, że nie będę musiała czekać by się dowiedzieć :P
Pokaż wszystkie (2) ›
 

livli5
 
Całe życie przemierzając szkolne korytarze, wydawało mi się być niewidzialną, dla oczu siedzących pod ścianami uczniów. Jednak dzisiejszego dnia, nie mogę się pozbyć wrażenia, że uwaga wszystkich jest skupiona na mojej osobie. Ciekawskie spojrzenia odprowadzają mnie aż pod salę biologiczną. Zresztą nie ma, co się gapiom dziwić, skoro cały czas miotam wzrokiem niczym przerażony kociak poszukujący drogi ucieczki, jakby mogło mi to pomóc odroczyć konfrontację z Arturem. W głowie odbywam już setkę możliwych przebiegów naszego spotkania, jednak podświadomie czuję, że nie ważne, co zrobię jestem skazana na porażkę. To chyba nie najlepiej wróży mojej przyszłości. Grunt to pozytywne nastawienie i wizualizacja… Agh! Czemu musiało przed oczami stanąć mi to jak obijam mu tą cudną buźkę?! Wystarczy, że dostał już dwa razy z liścia, trzeciego nie potrzebuje, jeszcze mu do głowy przyjdzie by mi oddać. Krzywię się na samą myśl. Nie… nie zrobiłby tego… chyba. W głowie mam chaos godny tego z greckich mitologii. Z jednej strony mam ochotę paść przed nim na kolana… no dobra trochę koloryzuję, ale przynajmniej w przenośni, i błagać go o przebaczenie. Z drugiej jednak umysł podszeptuje, by dać mu kopa na pożegnanie i pozbyć się palanta… no to, mam dylemat. A obu rzeczy na raz zrobić się nie da. Serce z tych sprzecznych emocji gotowało mi się gorzej niż smoła w piekielnych kotłach. Nie przestając śledzić wręcz panicznym wzrokiem otoczenia, dostrzegam zbliżającego się nauczyciela, który zresztą na niego nie wygląda, no chyba, że człowiek przyjrzy się jego pooranej zmarszczkami twarzy. Oddycham z ulgą. Jakby na zawołanie rozbrzmiewa niszczący bębenki dźwięk. Słysząc ten upiorny odgłos zwiastujący rozpoczęcie lekcji niemal pieję ze szczęścia. Chyba pierwszy raz w życiu cieszę się z tego powodu, ale świadomość, że w czasie zajęć nie będę musiała przejmować się Arturem ogarnia mnie nie przenikniony spokój. Wodzę oczami chwilę za Doktorkiem otwierającym drzwi i niczym shinobi przestępuję próg sali. Zajmuję swoje miejsce w półksiężycu ławek, jako pierwsza z klasy, po czym wyciągam książki od biologii. Po wyładowaniu pokaźnych kilogramów zapisanego papieru z plecaka wpatruję się w krzątającego się przy biurku nauczyciela. Profesor był przez nas pieszczotliwie ochrzczony Doktorkiem. Geneza tego przezwiska nie jest w stu procentach pewna, jednak zawsze mi się wydawało, że przyczyniła się do tego jego stara lekarska aktówka, rodem wzięta z westernów, z której właśnie wyciągał własne pomoce naukowe. Jakby nam ich nie wystarczyło. Szczerze lubię jego lekcje, są interesujące, a on sam jest niczym pasterz prowadzący swoje wierne owieczki po świecie tajemnic życia. Niczym Mojżesz rozstępujący przed naszymi oczami morza niewiedzy. Jakby tego nie nazwać, wszyscy uwielbiali Doktorka, który niemal raz w tygodniu nie omieszkał wzdychać pod nosem, że jak był na studiach miał wszystko zaliczone na bardzo dobry, oprócz tej jednej trói, której mu się nie chciało poprawić. W ten oto sposób zachęcał nas do poprawiania nawet wydawałoby się, pozytywnych ocen. I tak nadszedł na to czas, gdy niby mimo chodem, w czasie, gdy wszyscy się rozpakowali zaczął narzekać na swoje błędy przeszłości. Uśmiecham się pod nosem i słysząc jak obok mnie szura krzesło, podnoszę oczy ku nieproszonemu gościowi, który raczej nie był Anią. Z drugiej strony wolałabym, by już wróciła. No cóż, nie ma co marudzić. Chłopak z szerokim uśmiechem na twarzy, która jest na policzku podejrzanie sina, siada bez pytania na wolnym krześle i posyła mi zniewalające spojrzenie orzechowych oczu, na które lekko się rumienię. W głowie niczym zacięta płyta przypomina mi się jego wyznanie i moje późniejsze wybryki. Na policzki wypływają mi rumieńce, którymi mogłabym zawstydzić najdojrzalsze pomidory. No to klops. Widząc, że raczej nie mam, co liczyć na jakąś żywiołową klęskę, która by mnie wybawiła z opresji, zaczęłam się z nerwów bawić mechanicznym ołówkiem. Co chwilę zerkam na jego przystojną twarz, by wypalić sobie w pomięci jego prawdziwy obraz. Oblizuję odruchowo wargi językiem i nachylam się do Adama.
- Co ci się stało w twarz? – pytam szeptem, szczerze zatroskana. To mogła być nieuwaga lub głupota, ale pobicie jest już poważną sprawą, której nie należy lekceważyć. Posyła mi krzywe spojrzenie i zapada niezręczna cisza. – Nie mów… Przyłożyła ci jakaś dziewczyna. Ale musiała mieć parę w rękach – żartuję, mając nadzieję, że to rozluźni trochę atmosferę. Adam przez chwilę trawi moje słowa po czym parska śmiechem. Fiu… Już myślałam, że nie załapał.
 - Pośrednio tak. – uśmiecha się od ucha do ucha, pokazując swoje białe zęby. Aż przez chwilę mam ochotę mu je wyrwać pojedynczo. Ząb, po zębie i wstawić je sobie, jako własne, albo przynajmniej zrobić sobie z nich naszyjnik, zamiast pereł. To byłaby oryginalna ozdoba. – Tak myślałem, że urwał ci się film.
Zamurowało mnie. Wytrzeszczam oczy, jakby na czole wyrosło mu trzecie oko. Że jak?! To nie sprawiedliwe! Przeklęci faceci! Czemu oni muszą wiedzieć coś, o czym ja nie pamiętam?! Najpierw Artur, teraz Adam. Nigdy więcej nie piję alkoholu.
- Było, aż tak źle? – pytam załamana swoją niewiedzą, a tym bardziej, że nie pamiętam swoich czynów.
- To zależy, kiedy odpłynęłaś.
Chowam twarz w dłoniach.
- Żaliłam ci się na łóżku w twoim pokoju – mamroczę pod nosem, zażenowana.
- Szkoda – wzdycha jakby zawiedziony. Zaraz mnie pożre żywcem ciekawość, co się działo dalej… albo nie, nie chcę wiedzieć. Bo jeszcze słowa Artura staną się prawdą, a nie chcę psuć kontaktów z Adamem. Może to nie jest fer z mojej strony, że traktuję go, jako substrat Artura, ale kto wie, może dzięki temu zrodzi się jakieś uczucie? Czas zapomnieć o tej miłości. Ale czy to w ogóle było to? Może to niewinne zauroczenie. Podziw? Litość? A może przywiązanie. Kto to wie? I chyba wolę to zakopać gdzieś w ciemnym borze zapomnienia. Nic z tego nie będzie, a marnowanie młodości na syzyfowej pracy jest zdecydowanie, zbytnim trwonieniem życia.
- Z chęcią bym powtórzył tą noc. – wzdycha do mojego ucha, na co cała się spinam. Dreszcz przechodzi mi po całym ciele, aż powstawały mi wszystkie włoski.
- Serio? Nie wiedziałam, że jesteś masochistą i lubisz słuchać użalających się dziewczyn.
- Bo nie lubię, ale ty jesteś wyjątkiem.
Spiekam jeszcze większego buraka i schowałam głowę między włosami. Skąd mu się takie teksty biorą? Powinni prawnie tego zakazać, bo jeśli za chwilę się nie uspokoję, serce wyskoczy mi z piersi i klasa będzie mieć żywą pomoc naukową. Tu rozmowa ucichła, a my skupiliśmy się na wykładzie Doktorka na temat układu nerwowego. Uważnie słuchając o neuronach, zapisywałam notatki swoim ołówkiem, by później wszystko uporządkować i przepisać do drugiego zeszytu.
- Dziękuję wszystkim za współpracę i przypominam, że na następnych zajęciach masie kartkówkę z dwóch ostatnich lekcji. – Doktorek ledwie skończył, a rozbrzmiał w całej sali szkolny dzwonek. Przerwa. Pakuję swoje książki i odkręcam się do Adama, ale tego już nie ma. Marszcząc brwi szukam go wzrokiem i dostrzegam go przy drzwiach. Nie myśląc wstaję z krzesła, by go dogonić. Manewruję chwilę między krzesełkami i wybiegam przez drzwi. Nagle czuję jak tracę równowagę, o rozwiązane sznurówki i lecę niczym spadochroniarz bez spadochronu. Na moim torze lotu śmie ktoś stanąć, przez co zamiast przyrżnąć głową o podłogę, mój nos boleśnie uderza o czyjś tors.
- Au… - mruczę pocierając obolała chrząstkę – Sorki…
Zamieram w pół słowa i z tępym spojrzeniem wpatruję się w chłopaka, który przede mną stoi i pociera miejsce, w którym go uderzyłam. W głowie mam pustkę, wszystkie słowa, które tak zawzięcie układałam sobie na wszelki wypadek wyparowały i uciekły w siną dal. Do diaska! Przeklęta wizualizacja się spełniła! Niemal zapadam się w sobie i czekam na jakąkolwiek reakcję, jednak nie tego się spodziewałam. Nawet na mnie nie spojrzał, mimo, że nasze oczy były na tej samej wysokości. Jakby nic, wyminął mnie i podszedł do nauczyciela ze skruszoną miną. Prawdopodobnie, by wytłumaczyć się ze swojej nieobecności. Co to było? Czy no właśnie mnie zignorował?! Jak on śmie?! Budzi się we mnie ukryta wściekłość. Czemu się do mnie nie odezwał?! Jeszcze chwila, a gotowa byłabym mu wygarnąć, co o nim myślę i zasadzić mu kopa, by nie myślał sobie, że może mnie tak ignorować! Jednak znajomi z klasy wypchnęli mnie z przejścia, tak, że straciłam Artura z oczu. Dopiero to wyrwało mnie z otępienia. Co ja do diaska wyprawiam?! Czy nie o to mi chodziło? Zerwać wszystkie więzi. Zakończyć tę pseudo przyjaźń i wreszcie ruszyć do przodu… więc co to było? Nie tak czuje się osoba, która pali za sobą mosty. Czuję się niczym te zdesperowane z miłości dziewczyny, które same nie wiedzą, czego chcą. Zawsze mnie irytowały, ale teraz sama jestem w takiej sytuacji i chyba troszkę zaczęłam je rozumieć. Po co ja to wszystko w ogóle zaczynałam? Ale idiotka ze mnie.

_________________________________
Witajcie moi drodzy parafianie :D Jak widać laptop wrócił, chociaż napsuł mi strasznie dużo nerwów. Chciałabym wam wynagrodzić stracony czas i rozdziały, ale czuję, że nie podołam temu, szczególnie, że lada chwila początek roku szkolnego... Przepraszam za błędy, ale nawet nie chce mi się dzisiaj tego sprawdzać.
  • awatar Paula B.: Super wpisy. :) obserwuje :*
  • awatar Zakira Luna: Będziesz się musiała bardzo postarać żeby taką przerwę nam wynagrodzić- minęło tyle czasu że, ab być na bieżąco musiałam przejrzeć całe berceuse jeszcze raz :P ,,Całe życie przemierzając szkolne korytarze wydawało mi się być niewidzialna dla oczu siedzących pod ścianami uczniów" Hm...tu chyba wkradł się jakiś błąd ;) Ta to popada w skrajności, albo pobić albo wielbić i błagać o przebaczenie- typowa nastolatka :D Uśmiałam się na tekst o zębach...uuu, coś czuję że Adam chciałby nie tylko słuchać jej żalów podczas ,,razem spędzanych nocy" XD A mówiłam: wiąż sznurówki! :D A Arturka za taką ignorancję należałoby co najmniej spalić na stosie! podobała mi się ta część (Nawet nie myśl że wykręcisz się od kolejnych! Masz jeszcze aż...<liczy> cztery, a właściwie pięć wolnych dni! Umówmy się tak- jedna część dziennie? :* Musisz to skończyć w wakacje bo inaczej nie doczekamy się końcówki do końca roku, zlituj się! )
  • awatar Zakira Luna: @Zakira Luna: Cholerka, nie zmieściłam się w jednym komentarzu...ech, nie cierpię ograniczeń! No więc, błędów poważniejszych jakiś nie znalazłam, może tylko jedna mała uwaga: W moim odczuciu nadużyłaś kropek a zapomniałaś o przecinkach :P Czekam na ciąg dalszy!
Pokaż wszystkie (4) ›
 

livli5
 

Mama spojrzała na mnie wykończona. Na jej ładnej twarzy pojawiły się zmarszczki, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi. Wydawała się być o dziesięć lat starsza. Ścisnęło mnie w dołku, teraz także jej przysparzam kłopotów. Jednak łzy bólu zarówno tego fizycznego jak i psychicznego nie chciały przestać płynąć. Byłam zbyt słaba, by sprostać temu wszystkiemu z wysoko uniesioną głową i obojętnym wyrazem twarzy. W tej chwili potrafiłam jedynie kulić się pod drzwiami własnego domu i płakać nad swoim losem. Mama bez słowa pomogła mi dojść do mojego pokoju. Nie pytała o czym rozmawiałam z Arturem, po tym jak doniosła mi woreczek lodu na moją bolącą kostkę, ucałowała mnie jedynie w czoło i tuląc mnie do swojej piersi wyszeptała ciepłe „Dobranoc”. To jedno słowo było dla mnie ważniejsze niż wszystko inne. Moja rodzicielka nigdy nie była zbyt wylewną osobą. Raczej jest przedstawicielką ludzi, którzy wolą słuchać niż mówić. A każde czułe słowo wychodzące z jej ust było dla mnie niczym ogień rozświetlający zakamarki mojej celi nieszczęść. Niosły ze sobą taką miłość, jaką może okazać jedynie matka. Tego dnia zasnęłam od razu, obawiając się, że gdy będę zwlekać choć chwilę, mój umysł zostanie pożarty przez wyrzuty sumienia…
- Przepraszam… Proszę nie odchodź… Nie! – podrywam się z łóżka, cała zlana potem. Ledwo łapię oddech… duszę się. Raptownie wstaję i kieruję się do okna. W głowie mi się kręci, a oczy zawodzą, trzymając się z całej siły parapetu staram się nie upaść. Znajduję klamkę i jednym ruchem otwieram okno, w tym samym czasie nogi się pode mną uginają. Na czworaka staram się złapać oddech. Do moich płuc wpada nocne powietrze i wreszcie zaczyna mi się przejaśniać w oczach. Kładę się plackiem na podłodze. Już dobrze… Już dobrze… powtarzam w myślach niczym mantrę. To tylko sen. Nie ważąc się nawet wstać, na czworaka wracam do łóżka. Odmawiam modlitwę w myślach i pomimo lęku, że koszmar powróci, z powrotem zasypiam.
Budzę się dopiero późnym rankiem z suchymi oczami i olbrzymim pragnieniem. Kostka pomimo, że jest spuchnięta nie boli już tak mocno, jedynie powoduje dyskomfort, ale da się przeżyć. Spoglądam na zegarek w telefonie… dziesiąta… Że, co?! Sprawdzam jeszcze raz i już mam zamiar pędzić do szkoły, gdy do pokoju wchodzi jakby nigdy nic mama.
-  Och… już nie śpisz… właśnie miałam cię obudzić, by sprawdzić co z twoją nogą. Zaraz będę wyjeżdżać, więc możemy pojechać na prześwietlenie.
- No, dobrze… - Zdziwiona wstaję z łóżka i idę do łazienki się umyć. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że strasznie śmierdzę potem zmieszanym z wonią alkoholu . Zniesmaczona biorę szybki prysznic mocno wcierając pierwsze lepsze mleczko do ciała, które jak się okazuję pachnie migdałami. Po wytarciu się, umyciu zębów i całej porannej toalecie, zakładam szlafrok i wracam do pokoju, gdzie zakładam dżinsy oraz czarny top. Chwilę później stoję już w kuchni gotowa do wyjścia. Mama w zwiewnej kwiecistej sukience krząta się jeszcze chwilę po domu zbierając potrzebne jej w pracy przedmioty. Po drodze łapie jeszcze dwa pudełka na kanapki i rzuca mi w między czasie kluczyki od samochodu. Posłusznie znikam wychodzę z domu i siadam z przodu na miejscu pasażera. Chwilę później dołącza do mnie mama. Podczas jazdy staram się skupić na wszystkim, byleby nie myśleć. Bo jeśli zacznę to będzie to mój koniec. Jednak milczenie mojej rodzicielki wcale mi w tym nie pomaga. Radio też na nic się nie zdało, bo nie byłam w stanie się na nim skupić. Moje myśli automatycznie kierowały się tylko ku jednemu tematowi. Chcąc nie chcąc, w końcu się poddałam i przed oczami stanęła mi wczorajsza rozmowa z Arturem. To nie tak miało być. Jestem idiotką. Miałam to zrobić łagodniej… ale jak zaczął mi prawić te swoje mądrości, to nie wytrzymałam i stało się. Wygarnęłam mu to wszystko co miałam na sercu. Kompletna porażka… Borze sosnowy, co ja teraz zrobię? Moje policzki przybrały kolor buraków. Jak on śmiał mnie tak nazwać! Czy to co powiedział to prawda? A może wszystko zmyślił, byleby zniechęcić mnie do Adama. Nie mam pojęcia.
Samochód staję. Dojechaliśmy pod duży budynek. Wysiadam z samochodu i idę za mamą. Wizyta przebiega bez większych nieścisłości. Prześwietlenie nic nie wykazało, czyli to musiało być zwyczajne zbicie. Wychodząc od lekarza wzdycham z ulgą. Mama jest dużo spokojniejsza, po drodze zrzuca mnie do taty, a sama jedzie do pracy. Cały dzień spędzam przy łóżku szpitalnym, słuchając jego opowieści, lub po prostu siedziałam z boku i dotrzymywałam mu towarzystwa. Pomimo, że starałam się nie wyglądać na zmartwioną to uważnie obserwowałam każdy jego ruch, mimikę twarzy i zachowanie lekarzy. Był blady, zmęczony, nawet jego humor nie był tak soczysty zwykle. Ludzie w białych kitlach przychodzili i odchodzili nie zdradzając niczego godnego uwagi poza kolejnym zestawem badań do wykonania. Pod wieczór wróciłam zmęczona. A niby nic nie robiłam…  
Następnego dnia mama zawiozła mnie do szkoły, twierdząc, że moja kostka jeszcze nie wygląda najlepiej. Nie protestowałam, no bo z jakiej paki, skoro miałam darmową podwózkę. Ucałowałam ją w policzek i wysiadłam z samochodu. Tak, właśnie jestem przed bramami piekła. Z skwaszoną miną przekraczam próg budynku, by dotrzeć do szatni. Zmieniam obuwie i wkładam je do szafki, która nadal nie jest naprawiona. Wzdycham. Nic się na to nie poradzi. Gdy już gotowa mam opuścić pomieszczenie łapią mnie wątpliwości. Jak ja mam się pokazać Arturowi, po tym wszystkim? Kręcę głowa lekko klepię się w policzki. Do licha z tym, nie ugnę się, choćby nie wiem co!

_____________________
Przepraszam, że takie krótkie, ale padam na twarz.
  • awatar margarettta: super :)
  • awatar Zakira Luna: Już miałam brać się za pisanie kolejnej kwestii Laury, kiedy wchodzę i co widzę? Berceuse część 6! Tak więc od razu zabrałam się do czytania ( Trzeba mieć jakieś priorytety w życiu no nie?) i muszę przyznać że bardzo mi się podoba :) Strasznie mi jej szkoda w każdej sprawie...-oprócz tej z Arturem rzecz jasna, wciąż uważam że potraktowała go za ostro! Ufff...dobrze że kostka tylko zbita, podejrzewam że skręcenie jeszcze bardzie utrudniłoby jej i tak niełatwe już życie. Mama która nie wyraża zbyt wielu emocji...-Nie dziwię się że zwykłe ,,dobranoc'' było dla niej takie ważne. Zakończyłaś w takim momencie że mam ochotę cię ukatrupić- tylko myśl o kolejnych częściach mnie powstrzymuje-no i co to jest za długość?!
  • awatar Kate - Writes: Och, nareszcie! Wcale nie potraktowała Artura za ostro, zasłużył sobie w końcu, no ale każdy swoje zdanie ma. Jak zwykle brak mi słów, poza tym Zakira już wszystko powiedziała.
Pokaż wszystkie (5) ›
 

livli5
 
Po całym dniu siedzenia w szpitalu, dowidzieliśmy się, że tata będzie musiał zostać na trzy dni na obserwacji. Zasłabł z powodu nadmiernego stresu. Wieczorem wróciłyśmy z mamą do domu… nie rozmawiałyśmy. Jedynie, co jakiś czas czułam wzrok rodzicielki na mojej twarzy, jednak po chwili kręciła głową i wracała do prowadzenia samochodu. W szpitalu poprosiłam jedną z pielęgniarek by sprawdziła, co z moją nogą, okazało się, że na szczęście jest tylko stłuczona. No, zawsze mogło być gorzej. Dojeżdżając na miejsce zauważyłam, że pod furtką ktoś stoi. Najgorsze było to, że nie chciałam go teraz widzieć. Szczególnie po tym, co podsłuchałam z rozmowy rodziców. Jeśli tata nie życzy sobie mojego kontaktu z Arturem, to zerwę wszelkie więzi, jakie nas łączą raz na zawsze… tak będzie dla mnie lepiej… Wysiadłam przy bramie, a mamę porosiłam, by zostawiła nas samych. Nie protestowała, prawdopodobnie była na to zbyt zmęczona.
- Hej
- Cześć, co tu robisz? – pytam lodowatym tonem.
- Czekałem aż wrócicie by dowiedzieć się, co się stało. Wszystko w porządku?
- Tak, w najlepszym – stwierdzam z ironią. Jak do jasnej ciasnej ma być dobrze?!  
- Raisa – jego zatroskany głos jest taki inny od jego normalnego tonu. Serce mi się ścisnęło. Jeśli ulegnę, przegram. Przywołuję wszystkie nieprzyjemne sceny z nim w roli głównej. Tak będzie lepiej… dla mnie i dla niego. Czuję jego dłoń na swoim ramieniu, a następnie jak przyciąga mnie do siebie i przytula. Cała sztywnieje, a do oczu napływają mi łzy. Przytulam się do niego i wybucham płaczem.
- Zasłabł… zasłabł przeze mnie. To moja wina… - szepczę w jego ramię. To boli, moje serce ściska się tak mocno, że mam wrażenie, że za chwilę się rozpadnie. Nie chcę tego czuć… nie chcę czuć już niczego. – To znowu się dzieje… - Niemal bezgłośnie wypowiadam słowa, które ciążą mi na umyśle. Przegrałam. Ale o dziwo czułam się jak zwycięzca. Przytuliłam go mocniej ukryłam mocniej twarz w jego ramieniu, nie chcę by tak mnie widział.    
- Ci… spokojnie… wszystko będzie dobrze. Twój tata jest silnym mężczyzną, raz pokonał chorobę to zrobi to jeszcze raz. - słyszę kojący głos i dociera do mnie, że jego palce przeczesują moje włosy. Czy mogę sobie pozwolić na to? Czy to, co zaraz zrobię jest słuszne?  Łzy nie chcą przestać płynąć po moich policzkach, a ja już nie wiem, co czynić… To ostatni raz, to będzie nasze pożegnanie. Raisa, którą znasz, jutro nie będzie już istnieć. Wciągnęłam w nozdrza jego kojący zapach. Kiedyś nie dzielił nas tak wyraźny mur. Kiedy się od siebie tak oddaliliśmy? Chciałabym, by czas się zatrzymał, by to stare uczucie bycia kochaną, potrzebną zaraz nie znikło… i to przeze mnie.  
Po tym jak się już w miarę, jako tako uspokoiłam, odpowiedziałam na parę pytań Artura pomijając podsłuchaną rozmowę. Siedzieliśmy na murku koło mojej furtki, w miejscu, gdzie duży krzew oddzielał moją posesje od drogi, co pozwoliło nam na trochę prywatności.
- Przepraszam, za to, że musiałeś mnie niańczyć – stwierdzam smutno się uśmiechając.
- Nie ma, za co, nie musisz przepraszać, a raczej podziękować.
- Dziękuję – posłusznie mówię, wypruta z emocji. W głowie mam mętlik. Czy naprawdę jestem w stanie zerwać z nim wszystkie więzi?
- Raisa, chciałem z tobą o czymś porozmawiać, ale to całe zdarzenie… - nerwowo szukał odpowiednich słów.
- Rozumiem.
- No tak, więc, jakby to ująć, nic nie pamiętasz? – zaczął drapać się po głowie, patrząc w bok, jakby było tam coś bardzo interesującego… Słysząc to pytanie, plus widząc jego dziwne zachowanie przypomniały mi się słowa taty: „Skąd mam wiedzieć, że i jej nie zbałamuci. Kto wie, może to już się to stało.” Potrząsnęłam głową nie dowierzając własnym myślom. Przecież… nie, to nie możliwe, nie robiłby tego, ja też nie… chyba. W końcu, jak rano się obudziłam byłam ubrana, więc na pewno nic między nami nie zaszło… chyba. AGH! Nie no zaraz z tej niewiedzy powyrywam sobie wszystkie włosy. Chyba wiedziałabym o straceniu własnego dziewictwa?!
- Nie – warczę wściekła, na co Artur krzywo na mnie patrzy i dosłownie widzę w jego oczach kolejne pytanie.
- Na pewno?
- Tak! Artur, błagam jak chcesz coś powiedzieć to powiedz, nie jestem w nastroju do zgadywanek.  
- Spokojnie, przecież cię nie zjem. Chciałem cię jedynie ostrzec przed Adamem, on nie jest taki cudowny, na jakiego się kreuje, wykorzystuje dziewczyny. Wydaje się uczciwy, pomocny, ale nie minie dużo czasu, gdy się tobą znudzi i cię zostawi. – Skąd on wie o Adamie?! Przecież… a może słyszał jego wyznanie? Nie… na pewno nie… więc jak?! I jak on śmie go obrażać! Jakby był od niego lepszy.
- Tak samo jak ty – gorzko stwierdzam i wstaję podchodząc do furtki.
- Hej! Co to miało znaczyć?! – łapie moje ramię i nakazuje na siebie spojrzeć. Jak on potrafi mnie wpienić!
- Zastanów się, a może zrozumiesz. Ach nie… no przecież, pan idealny nie myśli. Przypomnij sobie o tych wszystkich dziewczynach, z którymi się umawiałeś. Rzygać mi się chce, gdy pomyślę z iloma się całowałeś, a już nie mówię o sypianiu. Może najpierw spójrz na siebie a potem oczerniaj innych. Arturze, przyznaj się, że mu zazdrościsz.
- Niby czego? – warczy, a na jego czole wyraźnie pulsuje żyłka.  
- Nie wiem, ale myślałam, że jesteś lepszą osobą. W końcu jesteście przyjaciółmi.
- Ty też jesteś moją przyjaciółką.
- Serio? Naprawdę tak myślisz? Jesteś naprawdę naiwny. Kto by chciał przyjaźnić się z osobą, która cały czas ją oczernia. Nie, dzięki. Już dawno nasza przyjaźń się skończyła. Nie mów, że nie zauważyłeś. Nie zrywałam całkowicie kontaktów ze względu na litość. Beze mnie nie zdałbyś do następnej klasy. Co się tak dziwisz. Zaskoczyłam cię? Mam dość tej bezsensownej rozmowy, idę do domu.
- Nigdzie nie idziesz – zacisnął mocniej palce, na mojej ręce.
- Au! To boli! – spróbowałam się wyrwać, ale był za silny. Myślałam, że już nie mam, czym płakać, ale myliłam się.
- I będzie bolało! Nie! Nie zauważyłem, niby, kiedy to się skończyło, co?! Jeszcze rano wszystko było po staremu, a teraz się fochasz?! Raisa! Nie po to cię ratowałem wczoraj, byś dzisiaj wygadywała mi te farmazony o Adamie. Co? Wytrzeszczu dostałaś? Gdybym nie zareagował, dzisiaj obudziłabyś się w łóżku tej świni! Tak bardzo chcesz zostać dziwką? – Plask. Z całej siły spoliczkowałam go, z wrażenia mnie puścił. Złapał się za policzek i spojrzał na mnie groźnie. Trzymałam obolałą rękę, na której tworzył się pokaźnych rozmiarów siniak. W oczach miałam łzy. Wystarczyło, że nasze spojrzenia się spotkały, a skuliłam się cała w sobie i ruszyłam biegiem do domu.
- Raisa! – wrzasnął za mną, jednak nie miałam zamiaru się zatrzymywać. Dopiero, gdy zamknęłam drzwi na zamek i się o nie oparłam poczułam się bezpiecznie. Wstając usłyszałam chrupnięcie. W kostce. Zwinęłam się z bólu.
- Kochanie wszystko w porządku?
- Chyba całkowicie rozwaliłam sobie kostkę. – wymamrotałam przez łzy.
  • awatar książkoholiczka123: haha właśnie skończyłam czytać wcześniejszy rozdział i zastanawiałam się kiedy dodasz następny a tu proszę za niecałą minute kolejny . Czytasz mi w myślach :)
  • awatar Seiti: O psia kosteczka! Co za rozmowa, genialna! ~kyaa Podrajcowałam się, dawaj więcej!
  • awatar Zakira Luna: Za dużo sensacji na raz- takie wyrzuty sumienia to najgorsze co mozna czuć... Ale Artura mogła potraktować łagodniej ;)
Pokaż wszystkie (8) ›
 

livli5
 

- Au! – zawył, jakbym co najmniej zdzieliła go patelnią.
- Sorki…
W kuchni zapanowała cisza, jednak nie dało się nie zauważyć nerwowych spojrzeń rzucanych przez chłopaka w moim kierunku. Raczej nie urosła mi druga głowa… a przynajmniej nic o tym nie wiem. Bosz! A jak mam coś na twarzy?! Zerkam pospiesznie w lustro wiszące naprzeciwko. Matko… wyglądam jak siedem boleści. Włosy sterczą w każdym kierunku marnie imitując afro. Pod oczami widnieje rozmazany makijaż, jednak mogłoby być gorzej... chyba. Po paru sekundach nie wytrzymuje i kieruję wzrok ku wciąż gapiącemu się mi Arturowi.
- No co? –pytam zirytowana rozciągając się bardziej na stole i staram się dyskretnie poprawić moją beznadziejną fryzurę. Jednak po paru nie udanych próbach poddaje się.    
- Nic.
- To przestań się na mnie gapić – wzdycham biorąc kolejny łyk kawy. Widok wpatrzonych we mnie jego niebieskich oczu przypomina mi o skrytych uczuciach jakie do niego żywię. Chowam głowę bardziej między ręce, by ukryć wykwity na moich policzkach. Słyszę szmer obok mnie, z ciekawości dyskretnie zerkam na chłopaka i dostrzegam, że ten wstaje z swojego miejsca.
- Gdzie idziesz?
- Sprawdzić, czy nie zarwałaś swoim wielkim cielskiem mojego łóżka.
- Coś ty powiedział?      
- To co słyszałaś. Idę się położyć. Ty też chodź, prześpij się do czasu, aż będziesz zdolna wrócić do domu w formie żywej, a nie umarlaka.  – W normalnych warunkach bym się obraziła, ale mój skacowany umysł zawiesił się na słowach, które podsunęły wyobraźni nieprzyzwoite myśli. On chyba nie… Idiotka! Miałam ochotę się zdzielić za wykwity w mojej głowie. Moje policzki przybrały kolor buraków, a ja sama wytrzeszczyłam na niego oczy jakby zamienił się w kosmitę. Raisa oddychaj. Nie daj się ponieść. To oczywiste, że w tych słowach nie było żadnych podtekstów. Wstaję z swojego krzesła i momentalnie krzywię się z bólu. Całkowicie zapomniałam o tej cholernej kostce! Zaciskam zęby i po głębszym oddechu staram się opanować. Przerażona patrzę, czy moja słabość została odkryta, ale chłopak zdążył już zniknąć za rogiem. Z nie małą ulgą kuśtykam za nim. Jednak widząc schody zatrzymuję się i porzucam wszelkie próby podążania za chłopakiem. Wole już krzesło i stół.
- Raisa, co tak stoisz, chodź. – woła, zauważywszy moje niezdecydowanie. Patrzy na mnie z szczytu schodów, jakbym była jakimś psem, który powinien podbiec na każde zawołanie. Przed oczami staje mi scena z wczoraj. Najwyraźniej kawa zaczęła działać, bo mój umysł już nie miał oporów do retrospekcji, a szczególnie sceny, która złamała mi serce… no dobra, może nie złamała, ale z pewnością po raz kolejny pozostawiła głęboką rysę. W końcu już się przyzwyczaiłam do jego licznych romansów.
- To ja może… już wrócę? – stwierdzam cicho i odwracam się uważając na bolącą stopę. – I tak długo ci zajęłam czasu.
- Nie przesadzaj. Wiesz, że jesteś tu mile widziana, a zresztą mama już od jakiegoś czasu narzeka, że nas nie odwiedzasz.  – stwierdził niby od niechcenia, ale jego oczy nie były do końca do tego przekonane.  - Mamy pokój gościnny na górze, więc nie martw się łóżkiem.
Uwierz, że to nie łóżko mi przeszkadza. Chociaż teraz mam pewność, że nie chodziło mu wcześniej o to o czym najpierw pomyślałam. Patrzę na schody, to na Artura i zaciskam zęby. I tak nie wrócę z tą nogą do domu. Robię pierwszy krok do przodu i staram się wyglądać jakby nic mi nie było. Nie chcę mu dawać satysfakcji. Jak się dowie, to nie da mi żyć. Jak na złość chłopak zamiast iść dalej, stoi i patrzy się w moją stronę. Pięknie… Po prostu świetnie. Zatrzymuję się w pół kroku. Co by tu zrobić, by nie okazać bólu? Moje myślenie przerywają dźwięki skrzypiec, rozglądam się i dopiero po sekundzie uświadamiam sobie, że to mój telefon. Tylko gdzie on jest? Artur widząc moje zgubienie wzdycha zrezygnowany i z powrotem do mnie schodzi. Po chwili wraca do mnie z moją torebką, której wnętrzności wibrują jakby co najmniej ożyła. Biorę od niego swoją własność i szybko wyciągam swoją komórkę. Mama… Czyżby się za mną stęskniła?
- Słucham? – pytam patrząc głęboko w oczy Artura. Czemu do diaska on misi mieć takie seksowne spojrzenie?
- Raisa, natychmiast wracaj do domu. – słyszę zdenerwowany głos mojej rodzicielki.
- Okey. Coś się stało? – pytam zaniepokojona, w końcu moja mama nie miała w zwyczaju wydzwaniać do mnie z każdą błahostką. Cisza w słuchawce utwierdziła mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak. – Mamo?
- Posłuchaj, wracaj do domu… albo lepiej sama po ciebie przyjadę, gdzie jesteś?
- U Artura – niemal szepczę domyślając się o co może chodzić. Przez głowę przewija mi się tysiące złych myśli.
- Zaraz będę – słyszę chwilę przed tym jak się rozłączyła. Z niedowierzaniem wpatruję się w wyświetlacz telefonu, by w następnej chwili ruszyć przed siebie wprost do drzwi wyjściowych.
- Raisa… Coś się stało? Jesteś blada.
Z nerwów nie mogę powstrzymać drżenia dłoni, w oczach stanęły mi łzy.
- Chyba… - chlipnęłam –  Coś się stało tacie… - wypowiadając te słowa na głos zalewam się łzami i nie myśląc o niczym innym mijam zatroskanego chłopaka, całkowicie zapominając o bólu w nodze podchodzę do drzwi. Bordowy samochód moich rodziców już stoi na podjeździe, a siedząca w nim mama niecierpliwie stuka palcami o kierownice.
Czuję się jak w transie, po postu wsiadam do samochodu i ruszamy. Co robić? Co robić?! Serce boleśnie obija się o moją klatkę piersiową. Dopiero teraz zaczynam odczuwać prawdziwe skutki mojego kaca. Po paru merach zemdliło mnie do tego stopnia, że zwymiotowałam chwilę po tym jak pospiesznie kazałam się mamie zatrzymać. Nie zadaje pytań, nic nie mówi, pogrążona w myślach każe mi się jedynie pospieszyć. Nawet nie reaguje na pytania co się stało. Droga była jednym wielkim kłębkiem nerwów, a dojazd do szpitala, był jak cios poniżej pasa. To było ostateczne potwierdzenie moich czarnych myśli. Biegiem ruszamy w stronę oddziału kardiochirurgii. Niczym tornado wpadamy do pokoju dwieście osiemnaście i z paniką patrzymy na bladego mężczyznę na zielonym łóżku. Otępienie schodzi ze mnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Rzucam się w jego kierunku, a po policzkach spływają mi krokodyle łzy.
- Tato! – dopiero, gdy czuję wyraźny puls i słyszę jego oddech najgorszy lęk chowa się gdzieś na dnie serca.  Łapię jego zmarzniętą dłoń, by przyłożyć ją do zapłakanej twarzy.
- Raisa, kochanie spokojnie, tak szybko się mnie nie pozbędziesz. – żartuje, ale te słowa nie są w stanie mnie rozśmieszyć. W jego oczach widzę ból i zmęczenie.
- Co się stało? Mama nie chce mi powiedzieć. – Widzę jak rodzice posyłają sobie porozumiewawcze spojrzenie. Zapadła głucha cisza.  
- … Źle się poczułem… - przerwał niepewny tego co chce powiedzieć, spogląda to na mamę to na mnie i dodaje mało przekonywującym tonem. – Kosiłem trawę i ten upał tak na mnie wpłyną.
Kłamał. To było pewne. Tylko, dlaczego? Czy podczas mojej nieobecności stało się coś, co mogłoby doprowadzić go do takiego stanu? Zabolał mnie ten brak szczerości, jednak dla niego jestem w stanie zrobić wszystko. Przybrałam na twarz maskę zrozumienia, nie chciałam go bardziej martwić.
- Co powiedzieli lekarze?
- Zrobili mi parę badań i czekamy na wyniki. Raisa nie płacz, wszystko w porządku.
Zapadła cisza. Pokiwałam lekko głową i starałam się opanować. Nie wiedziałam co powiedzieć.
- Kochanie idź umyj oczy, a ja porozmawiam chwilę z tatą.
- Dobrze  - zgadzam się po chwili wahania. Całuję trzymaną przeze mnie dłoń ojca i posłusznie wychodzę z sali. Znam to miejsce na pamięć, więc chwilę później stoję już przed lustrem w szpitalnej toalecie. Nie płacz. Musisz się uspokoić. Wycieram pospiesznie policzki, jednak łzy nie przestają płynąć. To znowu się dzieje. Siadam na zimnej podłodze, nie przejmując się tym, że prawdopodobnie jest strasznie brudna. Bezwiednie zaczynam się trząść. Spazmy histerii ledwo przychodzą jedna po drugiej niczym tsunami przywołując wspomnienia. Kuląc się szlocham. Boże, błagam by nic mu nie było! Nie zmieniając pozycji i cały czas płacząc jedyne co mogę robić to modlić się w myślach. Nie mam pojęcia ile czasu minęło, ale zdążyłam odmówić cały różaniec. Dopiero wtedy zdołałam się jako tako uspokoić. Wstaję uważając na bolącą kostkę, która po opadnięciu adrenaliny zaczęła nieprzyjemnie pulsować. Podchodzę do lustra i przemywam zapłakaną twarz. Zamykam oczy by pozbyć się czerwonych śladów na białkach. Gdy z na powrót otwieram oczy nie widać już ani śladu mojej wcześniejszej histerii. Jestem nieprzenikniona, jedyne co mnie zdradza to napuchnięte oczy. Wycieram jeszcze raz nos i wychodzę z łazienki z wysoko podniesioną głową. Tak, Raisa dasz radę, nie możesz ich bardziej martwić. Jeśli się rozpłaczę… będzie jeszcze gorzej… Tata nienawidzi moich łez, zawsze się wtedy denerwuje. Nie mogę pozwolić by jego stan się pogorszył.. On nie może się stresować. Staję przed drzwiami biorę kolejny głęboki wdech i już mam wejść, gdy słyszę swoje imię.
- … Raisa była u Artura.
- U tego play boya?!
- Nie unoś się, w końcu są przyjaciółmi.
- Jasne, nasza córka nie powinna się zadawać z tak złym towarzystwem. Skąd mam wiedzieć, czy i jej nie zbałamuci. Kto wie może już się to stało.
- Mikołaju! Przypominam ci, że mówisz o naszej córce! Jest pełnoletnia i będzie się spotykać z kim chce.
- Wiktorio, dobrze o tym pamiętam, dlatego nie chcę by zniszczyła sobie życie. Widziałaś co się z nią ostatni stało? To wszystko przez tego chłopaka i jego koleżków. Jej oceny są coraz gorsze, chodzi cały czas nie obecna myślami, a dzisiaj nie wróciła na noc. Jak ja dorwę tego fagasa to mu wybiję z głowy panienki. Przez to, że dzisiaj nie wróciła do domu nie mogłem spać w nocy. Miała wrócić zaraz po końcu, a nie nocować na miejscu. Powinna zadzwonić, że nie wróci! Au…
- Już spokojnie, porozmawiamy później teraz musisz odpocząć nie myśl o tym. Artur to porządny chłopak, który szanuje naszą córeczkę, nie skrzywdziłby jej.

Odczekałam chwilę zbierając myśli, a raczej nie pozwalając im ujrzeć światła dziennego. Nie teraz. Nie tutaj. Rozluźniłam mięśnie i weszłam do pokoju. Mama siedziała przy łóżku, widać było, że jest zdenerwowana. Za to tata jak zwykle uśmiechną się do mnie i wyciągnął ku mnie dłoń. Chwyciłam ją.
  • awatar Zakira Luna: No, no...biedna ta Raisa, impreza, potworny kac, kostka, Artur, a na deser tata w szpitalu- żyć nie umierać. Co do Artura, to jak czytam te ich słowne potyczki nasuwa mi się jedno powiedzenie: "kto się czubi, ten się lubi" :P Znalazłam kilka literówek- stworzyłaś nową jednostkę długości: ,,...po kilku merach" ;) Scena w szpitalnej łazience wyszła ci super- poker face rządzi. Jestem pod wrażeniem zachowania jej matki: córka nie wraca na noc, nocuje u ,,playboya" a ona mówi że Raisa przecież jest dorosła i może spotykać się z kim chce- co za podejście :P Z niecierpliwością oczekuję części 5 :*
  • awatar Seiti: I jak ja mam się odwdzięczyć tak samo długą rozprawką? To chyba zbyt dużo dla mnie na chwilę obecną, ale spróbuję. W Arturze musi coś być, jakieś inne dno. Niby oziębły, ale ruszył z ratunkiem jak książę. ;) Lubię chłopa. Współczuję dziewczynie, że obiekt jej westchnień tak ja traktuję, to najgorszy scenariusz dla zakochanego serduszka. W ogóle jej imię kojarzy mi się z Cyganami. XD Mikołaj khe khe, wiecie, że po an. Mikołaj to Nicolas, Nick? :D Postawa godna ojczulka, zdecydowanie. Matka... skąd ja to znam? XD Nie znoszą jak rodzice nie mówią prawdy, nie lubię tego z własnej autopsji, po latach człowiek dowiaduję się dopiero wielu rzeczy, które zmieniły by co nieco wcześniej, a teraz są bez znaczenia. Styl... walić literówki, czytało się świetnie, pochłaniają mnie Twoje słowa za każdym razem, gdy mam okazję je czytać. Pięknie! Teraz czekam na resztę opków.
  • awatar Echo to tylko odbicie dźwięku: Nadrobiłam wszystko ^-^ To opowiadanie bardzo przypadło mi do gustu. A Raise to już w ogóle pokochałam. Jest tak nieidealnie idealna. Jeżeli w ogóle można tak to określić. Podoba mi się styl narracji. Taki normalny, ludzi. Od samego początku współczułam jej kontaktów z Arturem. Niby przyjaciele, a zachowywał się jak ostatni cham. Jednak po tym rozdziale zbiłaś mnie z tropu i już nie wiem co mam myśleć na ich temat... A teraz jeszcze ojciec. Nie ma lekko, nie ma. Powoli zaczynam gadać od rzeczy, więc żeby się nie zbłaźnić powiem tylko, że będę czekać na kolejny rozdział. :3
Pokaż wszystkie (4) ›
 

livli5
 
Część 3
Do diabła, kto włączył to światło?! Machinalnie łapię kołdrę i zakopuję się pod nią,chroniąc oczy przed złowieszczymi promieniami. Głowa mi pęka, a  do tego ciężko mi oddychać. Wynurzam się na powrót z pod kołdry i łapię haust powietrza. Która godzina? Wyciągam dłoń w poszukiwaniu mojego telefonu i napotykam pustkę. Zirytowana otwieram oczy i zamieram. Ukradli mi szafkę. To odkrycie wstrząsa mną na tyle, by mnie wybudzić. Podnoszę się gwałtownie, jednak zaraz z powrotem opadam na poduszkę, żałując swoich czynów. Ból przeszywa mi czaszkę. Brawo Raisa. Oto skutki picia alkoholu. Rozglądam się po pokoju i oddycham z ulgą. Nie ukradli mi szafki, no chyba, że przemeblowali mi cały pokój po tej imprezie… impreza…
- Borze sosnowy! - Gdzie ja jestem? I co ja tu robię? A jak… o nie, nic nie pamiętam, a ostatnie co majaczy mi przed oczami, to rozmowa z Adamem w jego pokoju. Idiotka! Po co ja mu to mówiłam? Teraz pewnie ma mnie za psychicznie chorą pijaczkę, która jest niestabilna emocjonalnie.    
- Co za kompromitacja. – wzdycham i powoli wstaję z łóżka. Ból głowy promieniuje jakbym zamiatała głową ulicę, zresztą pewnie tak wyglądam. Prawdopodobnie nie ruszyłabym się z łóżka przez kolejne pięć godzin, ale pragnienie nie daje mi spokoju. Jeśli zaraz się czegoś nie napiję, z pewnością zwymiotuję. Kładę nogi na puszystym dywanie i przeklinając w myślach powoli wstaję. Nagle odzywa się ból w kostce. Patrzę w dół, przypominając sobie upadek z wczorajszego dnia i dostrzegam lekko fioletową, opuchniętą skórę.
- Cudownie. Brawo – mruczę pod nosem i ignorując ból, wychodzę z pokoju. Każdy krok jest wyzwaniem, ale to nic, najgorsze było przede mną. Schody. To mówi wszystko. Patrzę na nie jak na pomiot szatana i powoli schodzę na dół. Jak się spodziewałam, kuchnia nie była trudna do znalezienia. A przy niedużej wysepce siedział Artur z opartą na blacie głową. Czyli to u niego jestem. Dużo pozmieniali od mojej ostatniej wizyty. W końcu nic dziwnego minęło trzy lata, a chłopak wspominał, że robili remont. Kuśtykam do niego i siadam na wolnym stołku kładąc się tak samo jak on.
- Zrób mi kawy – szepczę, na co ona się wzdryga.
- Sama sobie zrób. – No nie wierzę, zero poczucia obowiązku do gości.
- To twój dom… mniejsza, to daj mi wody. – wzdycham zrezygnowana.
- To sobie weź. – Gdyby nie ból rozsadzający mi czaszkę, wydarłabym się na niego. Żałuje, że dżentelmeni wyginęli, przynajmniej miałabym kogoś, kto by mi podał pić.
-  Ok, gdzie jest?
- Na szafce za ekspresem.
Wstaję z stołka i kuśtykam po butelkę wody mineralnej.
- Nie ma.
- Jak to nie ma?
- No nie ma. – powtarzam, rozglądając się jeszcze raz. Słyszę jak prycha zirytowany i sam do mnie podchodzi. Rozgląda się, poczym wyciąga z szafki przezroczystą butelkę.
- Trzymaj – warczy, wracając na swoje miejsce.
- Dzięki – mruczę mechanicznie pod nosem. Byłam na niego zła, a raczej chciałam być, jednak mój skacowany umysł nie miał siły go nienawidzić. Odkręciłam butelkę i wypiłam całą jej zawartość na raz. Nie pytając o zgodę, wyciągnęłam sobie drugą. Mój wzrok samoistnie podążył ku urządzeniu, które skrywało w sobie aromatyczne ziarna mojego zbawienia. Kawę. Nie zastanawiając się, wcisnęłam przycisk i włączyłam ekspres. Zaraz tego pożałowałam. Głośne dźwięki wżynały się w mój mózg, jak miliony szpilek. Po pomieszczeniu rozniosły się jęki. Mój i Artura. Spiorunował mnie wzrokiem, jakbym co najmniej kopała leżącego… no prawie to zrobiłam. Gdy maszyna przestała upiornie wyć, nadeszła decyzja, która miała zmienić moje życie. Przeboleć, kolejne tortury maszyny i wydobyć moją ambrozje z tego pomiotu szatana, czy obyć się bez. Moje zdanie było mało ważne, jakoś to przeboleję, ale możliwości dopieczenia chłopakowi nie mogłam sobie odpuścić. Z skrytą satysfakcją nacisnęłam przycisk z rysunkiem dwóch filiżanek. Ekspres ruszył, a ja w tym czasie podstawiłam dwa kubki. Aromat pieścił mój węch, sprawiając nieopisaną przyjemność. No może gdyby nie piekielne dźwięki wydobywające się z maszyny. Ukradkiem patrzyłam na Artura, który zakopał się pod własnymi ramionami. Wyglądał jak skarcony pies. Bezcenny widok. Gdy urządzenie wreszcie umilkło, złapałam kubek i pociągnęłam łyk.  Od razu lepiej, powinni postawić nobla temu kto wymyślił ten cudowny wywar. Kurcze, gdybym wiedziała, kto nawet byłabym skłonna zapamiętać jego imię i nazwisko.  Złapałam drugą kawę i pokuśtykałam  z powrotem do wysepki. Artur wyciągnął dłoń w moim kierunku.
- Czego chcesz?
- Kawy. – wyjąkał przeciągle, z miną szczeniaka.
- To sobie zrób. – odpowiadam, zajmując miejsce koło niego i stawiając kubki jak najdalej. Gdyby wzrok mógł zabijać, z pewnością byłabym martwa. Pobudzający zapach dochodzi do naszych nozdrzy, zwiększając pragnienie. Demonstracyjnie podniosłam swój kubek i upiłam duży łyk, cały czas towarzyszył mi morderczy wzrok Artura. Cierp. Zdychaj z braku tego co ja posiadam. Zazdrość mi i płaszcz się przed moją boską osobą. A może dam ci łyka. Niestety mój piekielny plan spala na panewce, bo chłopak łapie szybko drugi kubek i wypija całość do dna. Zapewne mój wzrok w tej chwili przypomina spojrzenie psa, któremu zabrało się ulubioną zabawkę. Jak to?
- Hej! To moja kawa! Chciałam ją wypić!
- Masz już jedną. Starczy, jeszcze serce ci stanie.
- Martw się o siebie. A tak z innej beczki co ja tu robię? – jego oczy pochmurnieją, a twarz przybiera nieodgadniony wyraz. Czy coś się stało, gdy byłam pijana?  
- Nie pamiętasz?
- Nic a nic, ostatnie co jestem w stanie sobie przypomnieć to rozmowa z Adamem, nic więcej nie mogę sobie przypomnieć. Dzięki, że mnie stamtąd zabrałeś. Nie chciałabym obudzić się w jakimś kącie. – stwierdzam lekko się uśmiechając. Jego oczy przeszywają mnie na wylot, jakby starały się wyciągnąć ze mnie coś jeszcze. Widząc, że nie mam nic więcej do powiedzenia jęknął i wrócił do pozycji wyjściowej.
- Byłaś schlana do upadłego i martwiłem się, czy nie zaczniesz się rozbierać. To by wypaliło obecnym na imprezie oczy.
- Hej! Nie prawda! – zaśmiałam się trzepiąc go w potylice głowy. Niech ma za swoje.
_____________________________
Oto mój prezencik, dla was na dzień dziecka :D
Tylko fragment i to taki urwany, bo nie miałam za dużo czasu :C
  • awatar Seiti: Obawiam się, że po takiej ilości wody spędziłaby poranek przykuta do sedesu. Mała dygresja - na kacu czujesz się tak źle, że nie jesteś w stanie być złośliwym. Twoje ciało nie daje rady robić niczego oprócz leżenia w bólu. ;) "nieprawda". Czekam na dalszy rozwój zdarzeń. Fajne opko o normalnych ludziach.
  • awatar Kate - Writes: Rzeczywiście powinna siedzieć w łazience. Fajnie było jak myślała, że ukradli jej szafkę, albo "Nie ma", "Jak to nie ma?" Też czekam na rozwój wydarzeń. PS Seiti, upiłaś się kiedyś tak, że miałaś kaca? O_O Przestaję wierzyć w ludzi. Wpadnij do mnie Lisa, bo tęsknię. Masz u mnie na blogu specjalne pozdrowienia.
  • awatar książkoholiczka123: GENIALNE <3 chce jeszcze :*
Pokaż wszystkie (11) ›
 

livli5
 
Dotarcie na piechotę do domu Adama, zajęło mi w tych butach pół godziny. Adrenalina niosła mnie przed siebie, a ciało samoistnie zaczęło poruszać się z gracją i seksapilem. Pobudzona i mocno zdeterminowana weszłam na posesje, z której słychać było głośną muzykę. Zapukałam, łudząc się, że ktoś mi otworzy. Po chwili sama już miałam wejść, ale powstrzymałam się. Nie lubiłam wchodzić do pomieszczeń niezaproszona. Jednak o dziwo w drzwiach po chwili pojawił się Adam. Chłopak widząc mnie był nie mniej zaskoczony niż ja widząc jego. Nie to, żebym myślała, że nie będzie solenizanta na własnej imprezie, ale nie spodziewałam się, że w ciemnej, lekko rozpiętej koszuli i świeżo ostrzyżonych włosach wygląda tak przystojnie. Chyba częściej muszę zwracać uwagę na otoczenie. Uśmiecham się nie śmiało, na co brunet otrząsa się i wpuszcza mnie do środka. Wygląda na lekko zakłopotanego, ale bierze się w garść i prowadzi mnie do pokoju, gdzie już jest spora liczba osób.
- To jest Raisa – Adam przedstawia mnie, a następnie próbuje zapoznać mnie ze wszystkimi, jednak niestety imiona, które padły nie zachowały się w mojej pamięci. Profesor od historii byłaby zdegustowana. Walić ją.
- Adam mogę z tobą na chwilę porozmawiać? – pytam odrywając go od zaciętej rozmowy z jakąś niską blondynką. W różowych ciuchach… wspominałam, że nie cierpię różowego?
- Jasne, o co chodzi?
- Nie złożyłam ci życzeń. Wszystkiego najlepszego. A i jeszcze raz dzięki za pomoc przy szafce. – Podałam mu zapakowany prezent, który wziął z szerokim uśmiechem.
- Nie trzeba było, w końcu jeślibym ci nie pomógł, zdemolowałabyś ją doszczętnie.
- Też prawda. – Słowa chłopaka nie były złośliwe, a zabawne. Gdyby one wyszły z ust Artura, z pewnością sprawiłyby mi przykrość. Przypomniało mi się jak uderzyłam wściekła w drzwiczki, dziw, że same nie odpadły. Śmieliśmy się chwilę, gdy ktoś do nas podszedł i podał szklanki z alkoholem.
- Nie, dzięki. – odmawiam stanowczo, na co dostaje jedynie wzruszenie ramionami i krzywe spojrzenie.
- Nie pijesz?
- Jak widać, raczej wole zachować trzeźwość. – stwierdzam i podchodzę do stolika pełnego napojów. Nalewam sobie szklankę koli i idę usiąść, bo półgodzinny spacer daje o sobie znać. Muzyka bębni nieubłaganie wstrząsając wszystkimi moim organami. Z każdą minutą utworu w domu pojawiało się coraz więcej gości. Pary tańczyły, rozmawiały, śmiały się, a ja znów siedzę i sączę swoją kole. Po opróżnieniu kolejnej szklanki, ruszam by dolać sobie napoju. W końcu póki co to moja jedyna atrakcja. Po drodze spotykam Adama, który lekko pijany prosi mnie do tańca, jakoś nie szczególnie mogę odmówić, bo zaraz chwyta mnie za rękę i prowadzi w samo centrum tańczących par. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, jednak buty skutecznie utrudniały taniec. Muzyka się zmieniła i puszczono coś wolniejszego. Poczułam jego dłoń na swojej tali, która przyciągnęła mnie do siebie.
- Ślicznie wyglądasz w sukience, częstej powinnaś je nosić. – słyszę do ucha, a mnie w brew woli oblewają rumieńce. – Chodź ze mną na chwilę. – Złapał moją rękę i ruszył przed siebie. Nie sprzeciwiałam się. Wylądowaliśmy w ogrodzie, gdzie było względnie cicho i spokojnie. Cisza była miłą odmianą dla moich biednych uszu. Z przyjemnością wciągnęłam świeże nocne powietrze do płuc.
- Raisa, wiem, że nie patrzysz na mnie w ten sposób, ale zawsze cie lubiłem… czy… dałabyś mi szansę?
Moje oczy powiększyły się do rozmiarów pięciozłotówek. Nie spodziewałam się takiego wyznania. Szczególnie teraz. Zabrakło mi słów, nie wiedziałam co mam odpowiedzieć.
- Ja… czy mogę to przemyśleć? – zapytałam spuszczając zawstydzona wzrok. Naprawdę teraz miałam ochotę uciec. Nie mógł wybrać bardziej romantycznego momentu? I czy na prawdę musiał wyskoczyć z tym teraz?
- Dobrze, ale wiedz, że lepiej się tobą zajmę niż Artur.
- A… a skąd pomysł, że ja – zaczęłam szybko, jednak mi przerwał kładąc palec na ustach.
- To widać. Zawsze patrzysz tylko na niego, przeważnie nie odzywasz się do nikogo innego. Zrozum on cię wykorzystuje, sprawnie tobą manipuluje.
- Wiem… ale… - szepczę powstrzymując łzy. – Ale nie potrafię przestać go kochać. – Nie wiem czemu to dodałam. Patrzę smutno na chłopaka.
- Przemyśl to jeszcze.
- Dobrze. – Adam podchodzi do mnie łapiąc moją rękę całuje mnie w jej wierzch. Po ciele przechodzi mi dziwny dreszcz. Następnie chłopak wraca do domu, zostawiając mnie samą. Nigdy nie pomyślałabym, że mogłabym się komuś podobać. Stoję chwile na dworze, aż stwierdzam, że chyba czas wracać. Muszę jeszcze tylko zabrać torebkę z domu Adama i się ulotnie. Nie robię nawet pięciu kroków, gdy z domu wychodzi, a dokładniej wylatuje całująca się namiętnie para. Uchylam się w ostatniej chwili, by nie zostać przez nich staranowaną, i kogo widzę?  Artur, we własnej osobie i mała różowa blondynka. Niestety dziewczyna, była bardziej pijana niż by się wydawało na początku i zachwiała się nie bezpiecznie w moją stronę wpadając na mnie. Pod wpływem nagłego obciążenia, poleciałam do tyłu i upadłam boleśnie na tyłek.
- O, Raisa. Co ty tu robisz? Nie zapraszałem cię. – Szatyn wyglądał na zaskoczonego. Zniesmaczona zrzuciłam z siebie dziewczynę i próbuję wstać. Mocny ból w kostce o mały włos nie wywraca mnie po raz kolejny.
- Adam mnie zaprosił, końcu to jego impreza. – stwierdzam wściekła. Jednak on mnie zbywa jakbym nic nie powiedziała.
– O założyłaś szczudła. Widzisz mówiłem, że zrobisz sobie krzywdę. - Pomógł mi wstać, choć sam lekko się chwiał. Zlustrował mnie od dołu do góry i się skrzywił. – Obrzydliwe. Obrzydliwe, że to wygląda na tobie tak seksownie. Co przyszłaś poderwać jakiegoś faceta? A może masz zamiar się puszczać? Obrzydliwe. - Plask. Dłoń, aż mnie zapiekła, gdy wymierzyłam mu siarczysty policzek. Teraz totalnie przesadził. Na co ja liczyłam? Że opadnie mu szczęka i choć raz w życiu powie mi komplement? Moje niedoczekanie. Stanowczo miałam go już dość.  
- Nie masz prawa mnie pouczać! To ty się puszczasz! Nie porównuj mnie do swojego poziomu! – wrzasnęłam. Czułam jak oczy mnie pieką, nie minęła chwila, a po policzkach spływały mi łzy. Zapewne w tej chwili wyglądam okropnie. Wściekła, odwróciłam się na pięcie i weszłam do domu. Chwytam pierwszy lepszy trunek, wypiłam go duszkiem wzbudzając zainteresowanie tłumu. Alkohol palił mi gardło. Uporczywie staram się wymazać tego padalca ze swojej głowy. Wbrew rozsądkowi, zapijam łzy kolejnymi szklankami procentowych płynów i gdy wreszcie świat zaczyna lekko wirować, a troski idą na bok, dołączam się do tańczącego tłumu. Przez chwile jestem jego częścią, do czasu gdy dostrzegam siedzącego na kanapie Adama. Nagle odczuwam przemożną chęć pogadania z nim, więc idę chwiejnie w jego kierunku i siadam mu na kolanach. Jego zdziwiona mina sprawia mi przyjemność. Nachylam się kusząco zakładając nogę na nogę.
- Chce pogadać – szepczę mu zmysłowo do ucha. Czemu to robię? Nie wiem, ale jest cudowne.
Czuję, jak się cały spina ilustruje mnie nieodgadnionym spojrzeniem.
- Piłaś? Coś się stało? – pyta zatroskanym głosem, który wydaję się bardzo atrakcyjny. – Chodź ze mną. – próbuje mnie z siebie zdjąć, ale na przekór wtulam się w niego jeszcze bardziej, czując się niezwykle bezpieczna w jego ramionach.
- Miałeś racje… - wzdycham mu do ucha i czuje, jak wzdryga się pod dotykiem moich palców na swoim torsie. Widząc jego reakcje mam ochotę zobaczyć więcej. Dużo więcej. Wiec moje rozczarowanie było o wiele większe, gdy złapał moją dłoń i odciągnął mnie od siebie, nakazując mi wstać. Świat kręcił się chwilę jak na karuzeli, ale po parokrotnym zamruganiu moja dzika przejażdżka się skończyła. Chłopak złapał mnie w tali i pomógł mi iść. Największym wyzwaniem okazały się schody, które jak się okazało były niczym olbrzymi góra, nie do pokonania. Ból w kostce dawał o sobie znać z każdym krokiem, co mi się nie podobało.
- Jeszcze kawałek, dasz radę. – mruczał dopingująco Adam prowadząc mnie na sam szczyt. Był niczym Mojżesz, który przeprowadzał mnie przez morze. Kto wie, może i on ma jakieś magiczne zdolności? Z ostatnim stopniem tracę równowagę, a ja niebezpiecznie lecę do tyłu. Przed śmiercią ratuje mnie jedynie silna dłoń chłopaka. Mojżesz jak nic. Zamiast mu podziękować, przytulam się do niego i pozwalam się dalej prowadzić w głąb jego mieszkania. Po chwili… dość długiej, znajduję się w jakimś pokoju. Niebieskie ściany koloru nocnego nieba, nadają mu specyficzny wygląd.
- Usiądź. – proponuje pokazując mi łóżko, a ściślej zaprowadza mnie tam i siada obok mnie. Momentalnie opadam na miękkie posłanie i mruczę zadowolona zerkając na chłopaka.
 - Co się stało? – pyta, z nieodgadnioną mimiką twarzy.
- Zastanawiam się, czemu wcześniej nie zwracałam na ciebie uwagi, jesteś taki słodki i miły, nie tak jak ta świnia. – mówię swoje myśli na głos, czując nagłą potrzebę wyrzucenia tego z siebie. – Czemu to tak boli? Czemu? – szepczę, zakrywając oczy ręką. – Jestem dnem, życiową ofermą – stwierdzam z goryczą. – Musiałam nisko upaść, skoro zwierzam się z swoich miłosnych porażek, chłopakowi, który przed chwilą wyznał mi uczucia. – wzdycham i słyszę jak Adam kładzie się obok mnie. Zerkam na niego. Patrzy się mi prosto w oczy, wprowadzając mnie w zakłopotanie. Nie lubiłam, gdy ktoś się na mnie tak patrzył, zawsze miałam w tedy wrażenie, że jestem naga, bezbronna.
- Mów, wyrzuć to z siebie. – stwierdza smutno się do mnie uśmiechając. Widząc ten wyraz, ściska mi się serce i chcę coś zrobić, by to coś, co go dręczyło opuściło jego oczy. Już mi nie przeszkadza jego spojrzenie. Wiedziona jakimś wewnętrznym impulsem, przysuwam się i nieznacznie się nad nim nachylając całuje jego usta. Trochę niezdarnie to wychodzi i gdy nie odwzajemnia pocałunku, chcę się odsunąć, ale wtedy on się lekko podnosi i na powrót łączy nasze usta. Namiętny pocałunek powoduje, że przez całe moje ciało przechodzą dreszcze, a w podbrzuszu czuje motylki. Chcąc więcej zaczynam wodzić swoimi dłońmi po jego ciele. Delikatnie przeciągam palcami po koszuli odpinając paznokciem kolejne guziki. Nie zaprzestając pocałunku odpinam ostatni i kładę palce na gołej skórze chłopaka. Jego dłonie nie są dłużne i już po chwili czuję, jak delikatnie przyciąga moją talię do siebie. Z każdą sekundą pocałunek staję się bardziej zaborczy, dziki, namiętny. Całkowicie pozbawiona jakichkolwiek hamulców pragnę zapomnienia, jakie on mi oferował. Jego dłonie w moich włosach, łączyły nasze wargi. Obrócił mnie i teraz on nade mną górował. Piękny i z seksownym błyskiem w oku. Nasze przyspieszone oddechy mieszają się ze sobą. Śmiało patrzymy na siebie zamglonym wzrokiem. Za absorbowani sobą wracamy do naszego wcześniejszego zajęcia. Do mojego umysłu dociera dźwięk naciskanej klamki, a następnie ktoś odrywa ode mnie chłopaka. Zaskoczona rejestruje wymierzoną w jego twarz pięść. Świat zwalnia, zdezorientowany Adam pod wpływem ciosu leci do tyłu, a do mnie podchodzi Artur.
- Co ty odpierdalasz?! Mówiłem, że ona jest nietykalna! - Miotając spojrzeniem pioruny przerzuca mnie sobie przez ramię, jakbym nic nie ważyła. Jestem zbyt pijana, by jakoś na to zareagować. – Jeszcze pożałujesz swojej samowolki. – warknął do trzymającego się za policzek Adama i wyszedł razem ze mną z pokoju. Jakby nigdy nic wyniósł mnie z domu, wzbudzając nie mała sensacje u pijanych gości.
- Szuja – warczę przez zęby, gdy on niesie mnie prawdopodobnie do swojego domu, który był znacznie bliżej niż, mój.
- Kto pozwolił ci pić?!
- Ja! – odpowiadam niemal natychmiastowo – Jestem pełnoletnia. – W odpowiedzi dostaje zrezygnowane westchnienie. Czyżby już miał mnie dość? Artur prycha i zatrzymuje się. Słyszę odgłos przekręcania kluczyka. Nagle uświadamiam sobie, że przecież mam nogi, a on właśnie uderzył Adama. Co on sobie wyobraża! – Odstaw mnie! Sama mogę iść!
- Wątpię. – zastanawiając się chwilę stwierdzam, że jednak nie chcę by mnie odstawiał.
- No ok, może i nie. Ale dlaczego go uderzyłeś? – pytam, gdy ten wchodzi po schodach na górę.
- Jeszcze się pytasz? Gdyby nie ja, to przed chwilą by cię przeleciał  – warknął wściekły.
- A może ja chciałam być, jak to określiłeś „przeleciana” – stwierdzam bojowo, mimo, że tak nie było, to miałam satysfakcję, gdy zdenerwowały go moje słowa.
- Ach tak? - W jednej chwili zdjął mnie z swojego ramienia i rzucił na łóżko. Nachylił się nade mną z mrocznym spojrzeniem. Żołądek podjechał mi do gardła, a serce wywinęło fikołka. Jego niebieskie oczy miotały pioruny. Jednak pomimo tego, jego usta tak blisko mnie, uaktywniały motyle w moim brzuchu. Nie dużo myśląc, a tak ściślej rzecz biorąc wcale, pocałowałam go. Uwiesiłam się na jego szyi, na co on całkowicie skamieniał. Zaskoczony oderwał się ode mnie i spojrzał z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Patrzyłam jak wychodzi. W drzwiach spojrzał na mnie z rozczarowaniem. Nie wiem, dlaczego ale w mojej głowie niczym echo powtarzało się jedno słowo - dziwka.
_________________________
3 cześć prawdopodobnie pojawi się po 11 czerwca, co chyba, że w moim grafiku zajdą jakieś zmiany
  • awatar Seiti: Wiesz, Twoje opko jest jak kopanie leżącego. Pieczeniu w mojej piersi towarzyszy zachwyt i duma, że piszesz fenomenalnie i doskonalisz swój kunszt. Brawo. Adam, Artur... hmm, pozostawię swoje przemyślenia dla siebie. ;)
  • awatar Zakira Luna: Wow! Dzieje się- Adam, Artur- na serio musiała się spić? Mało ma problemów? .. ,, Czy mogę to przemyśleć? " - Urodzona romantyczna ;) Pezypomnialo mi się pewne przyslowie , które zwykła mawiać moja prababcia...nie, chyba jednak nie będę go tu przytacza :D Ten Artur jest jakiś dziwny, ciągle ja odpycha i obraża, a tu nagle staje się jej wybawcą...Wolę Adama :D
  • awatar Lisa Angels: Musiała ;) Wiesz w przypływie emocji się nie myśli
Pokaż wszystkie (8) ›
 

livli5
 
Dzisiaj przeżyłam jeden z najgorszych dni w mojej szkolnej karierze. Nigdy dotąd nie pisałam w jednym tygodniu tylu sprawdzianów, a co gorsza ponad połowy nie zaliczyłam… Na domiar złego dzisiaj pokłóciłam się z Arturem. To, że jest moim przyjacielem z dzieciństwa nie upoważnia go do pomiatania moją osobą. Jak teraz pomyślę, co ten drań robił mi przez te wszystkie lata, to aż mam ochotę wysadzić wszechświat w powietrze. Te wszystkie upokorzenia. Wywlekanie starych spraw i niewygodnych faktów z mojego życia, jedynie dla poklasku innych. Jednak dzisiaj stanowczo przeciągnął strunę. Nie miał prawa wyśmiewać się z mojego wzrostu i bezradności. Tak jestem ciapą, wysoką ciapą. Niestety nie wynaleźli lekarstwa na bycie życiową ofermą. Musi się z tym pogodzić. Jakoś nigdy mu nie przeszkadzała moja niezdarność. Jednak nie to mnie uderzyło najbardziej, to był jedynie wierzchołek góry lodowej. Otóż weszli na bardzo niewygodny dla mnie temat. Miłość… tak… jestem w tym zielona jak liście na wiosnę. A czemu? Bo skrycie kocham tego egoistycznego drania od dobrych siedmiu lat. Co gorsza, ostatnio zaczął spotykać się z różnymi dziewczynami, zmieniając je jak rękawiczki. Można powiedzieć, że jakoś to przebolałam, w końcu nie ma szans, by przestał we mnie widzieć chłopczycę, z którą się kolegował od przedszkola… Więc czemu znowu patrzę się na jego plecy i próbuje odgadnąć, co teraz myśli? Widocznie jestem większą idiotką niż przypuszczałam.
- Raisa, rozwiąż to zadanie – Podnoszę wzrok na grubą nauczycielkę o włosach w kolorze zachodu słońca. Szkoda, że to jedyny pozytywny akcent jej osoby. Po chwili wpatrywania się w jej pooraną zmarszczkami twarz, przenoszę wzrok na tablice, gdzie widnieje jakże cudowne zadanie z trygonometrii. Podnoszę się z ociąganiem, starając sobie przypomnieć coś z tej czarnej magii. Zresztą jeszcze nie dawno byłam uważana za osobę, która doskonale zna jej tajniki. Jak widać ta pozycja nie była zbyt trwała. Pierwszy krok, i czuje jak tracę równowagę. Uderzam boleśnie ręką o róg ławki, starając się nie wyczyścić swoją osobą ziemi. Syczę z bólu, który promieniuje na całą rękę i z wściekłością zerkam na zaplatany wokół nogi plecak, który jak na złość zapałał do mnie miłością, na moje nie szczęście bardzo zaborczą. Najwyraźniej mój ból wydaje się dla innych niezłą rozrywką, bo po klasie przechodzi fala stłumionego śmiechu. Przynajmniej oni się dobrze bawią. Zagryzam zęby, a gdy wreszcie uwalniam się z macek plecaka, podchodzę do zielonej tablicy, z białymi cyframi wypisanymi w skomplikowanych układach. Wzdycham biorąc do ręki kawałek kredy. Zadanie jak się okazało, było o wiele trudniejsze, niż zakładałam i rozwiązanie go zajęło mi ponad dziesięć minut.  Odgłos odkładanej przeze mnie kredy zagłuszony został skrzypieniem fotela, który był równie stary, co kobieta, która przed chwilą na nim siedziała. Jej twarz wyraża skrajne niezadowolenie. Jakby połknęła muchę albo coś.  
- Ile razy mam ci powtarzać, że tego nie robi się w ten sposób?
Najlepiej całe, życie, bo i tak zawsze będę robić to tak samo. Ile bym dała, by móc to powiedzieć, jednak dobre wychowanie nie pozwala, by myśli zamieniły się w słowa. Po prostu nie odzywam się. Czasem lepiej milczeć, niż popaść w niełaskę, szczególnie, gdy jest się na jej skraju. Nie mam zamiaru dolewać oliwy do ognia.
- W ogóle się nie uczysz. Z ostatniego sprawdzianu dostałaś niedostateczny, a do tego twoja postawa jest naganna. Nie uważasz na zajęciach. Jeśli nie zmienisz swojego zachowania i nie zaczniesz się uczyć, to z całą pewnością zobaczymy się w sierpniu.  – W tym momencie widać, że chce jeszcze coś powiedzieć, ale przerywa jej dzwonek. Spuszczam zaszklony wzrok i idę do ławki po swoje rzeczy. Czuje jak inni wbijają swoje pełne kpiny spojrzenie w moją osobę. Nie cierpię tego. Takie upokorzenie i to przy całej klasie. Zagryzam nerwowo wargę, pakując książki do plecaka i wychodzę, jako jedna z pierwszych. Mam zamiar się gdzieś zaszyć, by nikt mnie znalazł. Wtedy dopiero będę mogła dać upust emocjom, jednak najwyraźniej los jest dla mnie szczodry i nie da mi trwonić czasu. Już po chwili wokół mnie pojawia się Artur ze swoją świtą. I… tak, jak zawsze zaczyna swój teatrzyk.
- A cóż to się stało z naszą cudowną matematyczką? Czarnoksięstwo nie jest już twoim konikiem? – Gdyby nie fakt, że brzydzę się przemocą, to rozkwasiłabym mu tą uśmiechniętą buźkę. Sama jego obecność działała mi na nerwy, co dopiero jego gadka.
- Daruj sobie, nie mam nastroju – warknęłam, trochę ostrzej niż zamierzałam i przyspieszyłam kroku.
- Znajdź sobie chłopaka, to i nastrój ci się znajdzie. – Zatrzymałam się i wściekła zgromiłam go wzrokiem.  – A sorki zapomniałem, przecież nikt nie będzie chciał dziewczyny amazonki i jednocześnie ofermy.
Jego słowa, przelały miarę goryczy. Poczułam jak serce boleśnie zaciska się, uwalniając wszystkie tłumione emocje. Zagryzam język do krwi, by się nie rozpłakać.  
- Trudno – wyszeptałam smutno i ruszyłam do szatni. Wiem, że tylko żartował, jednak jego słowa mocno mnie zraniły. Wiem, że nie jestem pięknością i nie mam charakteru, który by porywał tłumy, ale usłyszenie tego od osoby, w której się podkochuje od paru lat, jest bardzo… bolesne. Idę prawie na oślep nie zwracając uwagi na otoczenie. Po prostu chce, jak najszybciej opuścić szkołę. Schodzę do szatni po schodach i szukając jednocześnie w plecaku kluczyka, podchodzę do szafki. Gdy moje palce napotykają zimną stal, wyciągam kluczyk i wkładam go do zamka, jednak, gdy próbuje go przekręcić, ten nawet nie drgnie. Siłuje się jeszcze chwilę z urządzeniem, gdy do moich uszu dociera specyficzny dźwięk łamania metalu, a moja ręka traci oparcie. Z zaskoczeniem wpatruje się w złamany kluczyk. Świat sobie chyba ze mnie żartuje. Wściekła uderzam w niebieskie drzwiczki szafki, a z moich ust wydobywają się słowa, o których znajomości sama się nie podejrzewałam. Czuje jak moje oczy robią się mokre. To chore, czemu znów ryczę? To tylko nic nie ważny kluczyk…
- Coś się stało? – Speszona prędko wycieram oczy i starając się ukryć zapłakane oczy, lokalizuje właściciela głosu. Adam stał z zatroskaną miną patrząc się na mnie jak na jakiegoś zbitego psa. Dzięki, jak tak dalej pójdzie to awansuje z ofermy na bezdomne zwierzątko. Czując, że moje oczy są już w całkiem dobrym stanie, podnoszę na niego wzrok i uśmiecham się krzywo.
- Złamał mi się kluczyk – wzdycham i opieram się o ścianę, po której zjeżdżam w dół, by wreszcie usiąść i ze zrezygnowaniem wzruszyć ramionami. – Wszystkie nieszczęścia świata się na mnie zaprzysięgły. – Mamrocze, odchylając głowę do tyłu. Jakim zaskoczeniem było, gdy chłopak wyciągnął ku mnie dłoń. Był jednym z kolegów Artura, jednak, jako jedyny nigdy nie wyśmiewał się ze mnie.
- Daj, coś wykombinujemy. – stwierdził uśmiechając się pokrzepiająco. Podałam mu resztę kluczyka i z nie małym zainteresowaniem patrzyłam, jak mocuje się z zamkiem. Nie mam pojęcia jak to zrobił, ale po dziesięciu minutach, szafka stała otworem.
- Łał, wielkie dzięki. Jesteś niesamowity. - No serio, pierwszy raz widziałam coś takiego. Kto normalny potrafi otworzyć szafkę z złamanym kluczykiem w środku? – Gdzie się tego nauczyłeś? Tylko nie mów, że prowadzisz nielegalną firmę włamywaczy – żartuję, wyciągając kurtkę, z wnętrza mojej własnej przestrzeni, jaką łaskawie podarowała nam szkoła. Zakładam czarny płaszcz i z szerokim uśmiechem podchodzę do chłopaka. – Jeszcze raz dzięki, kiedyś się odwdzięczę.
- To może wpadniesz do mnie na imprezę urodzinową tę sobotę? Miałem cię wcześniej zaprosić, ale Artur zawsze zabierał mi możliwe okazje.
Dobrze, że w pomieszczeniu nie ma lustra, bo w życiu nie chciałabym widzieć wyrazu swojej twarzy w tym momencie. Zapewne wyglądam tak jakbym zobaczyła latającą świnie. Na moje policzki robią się czerwone, a ja zakłopotana wyginam swoje długie palce. Co robić? Niby nic nie robię w ten weekend, jednak nie przepadam za tego typu wydarzeniami. Ale z drugiej strony… Adam naprawił mi szafkę. Nie często byłam zapraszana przez kogoś innego niż przez Artura.
-  Chyba mogę… - zaczynam, a jego wyraz twarzy momentalnie zmienia się z wyczekującego, w rozradowany.
- To świetnie, przyjdź do mnie o osiemnastej. Muszę lecieć, bo zaraz mi ucieknie autobus. Cześć. – Chłopak ulotnił się tak szybko jak się pojawił, zostawiając mnie samą z sobą. Co to było? Adam wydawał się być trąbą powietrzną, która wkradła się w moje myśli i wymiotła wszystkie problemy, pozostawiając jeden zasadniczy. Co ja na siebie założę na tą imprezę.
Wróciłam do mojej nieszczęsnej szafki i zapakowałam jej zawartość do plecaka. Zepsucie zamka zgłoszę dopiero jutro, bo prawdopodobnie woźna już skończyła pracę, a na wizytę u dyrekcji, nie mam ochoty. Po zapięciu ledwo trzymającego się w szwach plecaka, wychodzę ze szkoły i… jakby inaczej wita mnie wiosenny deszcz, który z każdą chwilą zbliża się do osiągnięcia miana ulewy. Wzdycham i mocnej opatulam się płaszczem. Raz kozie śmierć. Ruszam na spotkanie z zimnymi kroplami, które z wielką radością bombardują moją osobę. Zabawa w sprintera nie pomaga i już po pięciu minutach, nie mam już po co biec. Jestem cała mokra.
- Cudownie. – Resztki dobrego nastroju odlatują w niepamięć i wraca dobra, stara ja. Moja mina przypomina wyraz mokrego kota. Nieprzystosowane do deszczu buty, nieprzyjemnie świszczą, a w ich wnętrzu mogłabym hodować rybki. Brązowe włosy lepią się do mojej twarzy, jakbym, co najmniej wyszła z basenu. Odliczam kroki pozostałe mi do osiągnięcia mojego celu. Nieduży dom o białych ścianach, który po kolejnych pięciu minutach wyrasta przed moimi oczami, zwiastuje, że za chwilę będę mogła cieszyć się gorącą kąpielą. Wchodzę na posesje, oczekując powitalnego szczekania, jednak nic się nie dzieje. Nawet pies siedzi w ciepłym, suchym domu. Prycham niezadowolona i otwieram drewniane drzwi. Wchodzę do pomieszczenia i przeglądam się w lustrze, które wisi centralnie obok wejścia. Pięknie. Mokre ciuchy lepią się do mojego pulchnego ciała, a długie kręcone włosy, pod ciężarem wody całkowicie się wyprostowały, nadając mi wygląd wiedźmy. Nawet nie chce myśleć o tym, ile mi zajmie suszenie moich niesfornych kłaków. Nie mija więcej niż dziesięć minut, od mojego przyjścia, do chwili, gdy zanurzam się w ciepłej wodzie. Tego mi było trzeba. Relaksu. Kąpieli. Nie wiem czemu, jednak zawsze w takich chwilach zapominam o całej niesprawiedliwości świata i całkowicie się odprężam.
- Raisa! Raisa wyłaź! – upierdliwy głos wżyna się w moją czaszkę, budząc mnie z drzemki. Nawet nie wiem, kiedy usnęłam, jednak musiało to być dość dawno, bo woda zdążyła całkowicie ostygnąć. Wzdrygam się zdając sobie z tego sprawę i szybko wychodzę z wanny. Dopiero po wytarciu się i założeniu ciepłych ubrań, doprowadzam ciało do odpowiedniej temperatury. Jednak nadal nie przestaję się trząść.
 - Raisa!
- Już wychodzę! – odkrzykuję, zawiązując włosy w ręcznik. Przeglądam się jeszcze raz w lustrze i niezadowoleniem zerkam na przekrwione oczy. Zielone tęczówki wpatrują się we mnie nieodgadnionym spojrzeniem. Zabawne. Bardzo zabawne. Odrywam wzrok od swojego obicia i wychodzę z łazienki, gdzie czeka zdenerwowana mama.
- Nie strasz mnie tak więcej, odzywaj się, gdy cię wołam. – Grozi palcem i sama wchodzi do łazienki.
- Przepraszam – mamroczę, ze skruchą do jej znikających za drzwiami pleców. Nadal trzęsąc się z zimna idę po schodach do swojego pokoju, gdzie chwilę później znikam pod ciepłą kołdrą pogrążona w głębokim śnie.  
       Rano obudziłam się wyjątkowo punktualnie i po wykonaniu codziennych czynności, nad którymi już przestałam się nawet zastanawiać poszłam do szkoły. Dzisiaj jest piątek. A to oznacza, że pierwsza jest historia. Mam nadzieje, że mnie nie zapyta z poprzedniego sprawdzianu. Nie to żebym nie umiała, jednak nie mam pamięci do dat i nazwisk. Po prostu nie jestem wstanie ich zapamiętać. Z sercem na ramieniu przekraczam próg szkoły, po drodze zachodzę do woźnej i pokazuję jej zepsuty zamek. Nie myślałam, że to będzie tak poniżające. Cały czas stałam odpowiadając, na wciąż powtarzające się pytania „Jak to zrobiłam?”. Sama chciałam znać odpowiedz na to pytanie. Po wykładzie, na temat większej ostrożności i szanowania mienia szkoły, poszłam na historię. Rozglądałam się za Anią, jednak jak widać nadal jest chora i nie prędko się pojawi na zajęciach. Trochę jej zazdroszczę. Przynajmniej nie musi się stresować o pytanie na lekcjach. Siadam pod ścianą i wyciągam z plecaka zeszyt pełen skomplikowanych nazwisk i dat. Nie rozumiem po co uczyć się nazwisk osób, które już nie żyją. Przecież nie będę miała nigdy z nimi do czynienia, ale najwyżej edukacja przewiduje cofanie się w czasie, więc, chcąc nie chcąc muszę się ich uczyć. Jak ich spotkam to wygarnę im te wszystkie godziny, jakie przez nich straciłam. Podnoszę wzrok i dostrzegam, zbliżającą się w moim kierunku niską kobietę przypominającą skrzata. Oto nasza profesor od historii. Po otworzeniu drzwi do klasy, wszyscy z minami męczenników wchodzą do klasy. Mijając Adama rozmawiającego z Arturem posyłam mu przyjazny uśmiech, który odwzajemnia. Muszę mu jeszcze raz podziękować za naprawę szafki. Tylko co by chciał na urodziny? Nie pomyślałam o tym. Po szkle będę musiała czegoś poszukać. Zajmuję swoje miejsce i nie łudzę się, że ktoś koło mnie usiądzie. Ania jest chora, a to z nią przeważnie siedzę. Otwieram plecak i z czarnej dziury swojego plecaka wyciągam potrzebne książki i przybory. W myślach błagam, by dzisiaj nie pytała. Jednak zawsze po czytaniu listy przychodzi ten czas, gdy nauczyciele mają okazję wyżyć się na uczniach.
- Ktoś jest dzisiaj chętny do odpowiedzi? – Nauczycielka nawet nie rozgląda się po klasie i od razu zagląda do dziennika – W takim razie dzisiaj numer trzynasty. Raisa, zapraszam. -  Dosłownie słyszę jak moja dusza odchodzi od ciała. Krzywię się i biorąc swoje krzesło podchodzę do nauczycielki.
- Jak nazywali się przywódcy Armii Krajowej? – pyta od nie chcenia, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie. Grzebie w mojej pamięci, jednak natrafiam tam na kompletną pustkę.
- Nie pamiętam – mruczę nie wyraźnie.
- No cóż, w takim razie podaj nazwisko głównego generała Armii „Warszawa” – Czy ona nie może pytać o coś innego niż nazwiska?! Powtarzam swoją odpowiedź, całkowicie już zdenerwowana swoim niepowodzeniem. To niestety był dopiero początek, pytania sypały się jedno po drugim i dotyczyły nazwisk ponoć sławnych i zasłużonych osób. Niech się modlą, by nie wysłali mnie w przeszłość, bo ja już się postaram, by nie mieli okazji zabłysnąć.
- Moja droga, to już powinnaś umieć. Ostatnie pytanie. Co to był proces szesnastu.
Nie no, serio? I to niby miało mi pomóc ponieść ocenę? Po moim milczeniu nauczycielka wzdycha rozczarowana i kręci głową.
- Siadaj, jedynka. Który numer?
- Trzynasty – odpowiadam przełykając wewnętrzne łzy. Co z tego, że uczyłam się do tego trzy godziny. Oto moja zapłata. Wracam do ławki z jeszcze gorszym poczuciem nienawiści do świata niż wczoraj. Nienawidzę tego wszystkiego. Mam ochotę zapaść się pod ziemie i nigdy więcej nie pokazywać się innym na oczy. Jeszcze bardziej mnie rozdrażnia najzwyklejszy powrót do lekcji, przez nauczycielkę. Mam tego dość, chcę rozwalić to wszystko i najzwyczajniej w świecie wyjść, pozostawiając ich za sobą. Jednak nie mogę. Jeśli to zrobię, moja mama będzie zawiedziona. Nie mogę jej tego zrobić. Więc siedzę nerwowo ściskając długopis. O dziwo się do końca lekcji nie złamał. Wraz z dzwonkiem wychodzę z klasy, jeszcze pięć godzin i już będę wolna. Przez pierwsze dwie lekcje staram się nie wchodzić nikomu w drogę i nawet mi się to w miarę udaje. Jednak na czwartej mieliśmy zastępstwo i jak zwykle Artur podszedł się przysiąść, a z nim Adam, Darek i John. Czemu to robili? Muszę ich kiedyś zapytać. W każdym razie lubili siadać w moim towarzystwie i wyjadać moje chrupki, które zwykle mam na drugie śniadanie. Do tego spisywali ode mnie pracę domową. To już stało się swojego rodzaju tradycją. Co ja z tego miałam? Sama się zastanawiam. Nigdy nie pozwolili by ktoś mnie zaczepiał, oczywiście siebie nie licząc. A do tego od czasu do czasu zapraszali mnie na rożne wyjścia, na które zwykłam nie przychodzić, jednak robiłam czasami wyjątki od tej reguły i nie było źle. Wróć. Źle się wyraziłam. To Artur zawsze mnie zapraszał, a cała reszta niemo przystawała na moją obecność. Ta. Byłam dla nich piątym członkiem ich paczki. Jednak niestety chyba zaliczyli mnie do tej męskiej części populacji. Słucham jak Darek żali się na Jolę, która całkowicie go ignoruje. Bo przecież najładniejsza dziewczyna w szkole powinna skakać koło niego… mężczyźni są naprawdę tępi. A gdy chodzi o kobiety, nagle sobie przypominają, że przecież też jestem dziewczyną i może coś tam wiem o części swojej, całkowicie dla nich niepojętej, populacji. No właśnie…
- Raisa, a co ty o tym myślisz?  
- Dziewczyny nie lubią, gdy się ktoś im narzuca. Zrób na niej dobre wrażenie, ale ignoruj ją. Myślisz, że wyróżniasz się z tego tłumu śliniącego się na jej widok? Albo pogadaj z nią jak kolega, a nie napalony ogier i zaintryguj jej czymś.  – Wbite we mnie wyczekujące spojrzenia zaczynają mnie irytować. – No co? Jak nie chcesz odpowiedzi to nie pytaj!
- Kto by pomyślał, że lubisz być ignorowana. – Artur zaśmiał się, a moje policzki automatycznie przybrały kolor buraków.
 - Może sam się wypowiesz? Casanovo? – odgryzam się patrząc na niego z politowaniem. Tylko wykwity na moich policzkach zdradzają moje zażenowanie.
Artur uśmiechnął się i podszedł do mnie tak, że dzieliły nas tylko centymetry. Żołądek podszedł mi do gardła, a ja automatycznie wbiłam się w krzesło. Wstrzymałam oddech, w oczekiwaniu na jego ruch. Jego piwne oczy przeszywają mnie na wylot.
-Ja nie potrzebuje słów. – Wyszeptał mi do ucha i odsunął się parskając śmiechem. – Ale masz minę. Nie bój się możesz być spokojna, nie mam zamiaru ostrzyć na ciebie swoich kłów. To by było jak kazirodztwo. A zresztą gustuje w dziewczynach niższych ode mnie, a nie amazonkach. Nie noś butów na wysokim obcasie, bo nie zmieścisz się w drzwiach.
Wszystkie wyższe uczucia, poplątane myśli i nadzieje, rozwiały się, a zastąpił je ból w klatce piersiowej. Przywdziałam na usta sztuczny uśmiech.
- A kto by ciebie chciał. – stwierdziłam z goryczą w głosie. – Jestem twojego wzrostu, aż tak bardzo nie możesz tego ścierpieć?
- Ja się o ciebie martwię. – zaczął teatralnym głosem, jakbym zraniła go w samo serce. – Przecież taka niezdara jak ty, zabiłaby się w nich po pierwszym kroku. – zagryzłam wargę i wściekła łypnęłam na niego wzrokiem.
- Tak myślisz?! Jeszcze się zawiedziesz! – wrzasnęłam i wyszłam z klasy do łazienki. Zanim przekroczyłam próg drzwi, usłyszałam tylko "Ta… jasne."
 Słowa Artura chodziły mi cały dzień po głowie. Zaraz po szkole poszłam do sklepu i kupiłam najwyższe pasujące na mnie buty. Następnie dobrałam do nich dość atrakcyjną sukienkę z czarnej koronki bez ramiączek, która miała rozkloszowany dół. Nie żałowałam pieniędzy by tylko zrównać tego debila z błotem. Podczas zakupów, szukałam między innymi prezentu dla Adama, jednak nie miałam zielonego pojęcia co może chcieć. Ostatecznie zdecydowałam się na książkę, w końcu z tego co mówił, lubił czytać. Chodzenie po sklepach, a w szczególności wizyta w księgarni zrobiła mi dużą przyjemność. Niestety mój portfel był innego zdania i z każdą kupioną rzeczą pustoszał. Po powrocie do domu, czułam się jak podczas gwiazdki. Rozpakowałam torby, pudełka i jak to miałam w zwyczaju zaczęłam wszystko mierzyć. Robiąc parę chwiejnych kroków w tych piętnasto- centymetrowych szpilkach, miałam wrażenie jakbym była całkiem inną osobą. Serce przyśpieszyło swoje bicie, a ja? Ja czułam się jak bogini mogąca wszystko. Okazało się, że chodzenie w tych butach nie jest tak trudne jak słyszałam, a ich specjalny krój, który trzymał stopy w butach, nadawały duży komfort chodzenia. Spojrzałam na siebie w lustrze. To nie byłam ja… Ale mi to nie przeszkadzało. Mogłabym zastać taka na zawsze.
Zdjęcie butów wiązało się z powrotem do rzeczywistości. Po porządnej kąpieli, wyobrażając sobie minę Artura, położyłam się spać.

Następnego dnia ogarnęły mnie wątpliwości. Nie powinnam dać się tak zmanipulować. Co ja tam będę robić? A jak mnie wyśmieją, nazwą amazonką na szczudłach? Nie chce kolejnej kompromitacji. I czy ta sukienka nie jest zbyt elegancka jak na imprezę? A jak się wywalę przed wszystkimi?  Może nie powinnam iść. Jednak mój wzrok samoistnie kieruje się ku książce. Adam mnie zaprosił... więc pójdę. W końcu to On mnie zaprosił, a nie Artur. Uśmiecham się do siebie. I zaczynam się szykować. Cały dzień starałam się o tym nie myśleć, ale teraz czas było zrobić makijaż… z trzęsącymi się dłońmi miałam zamiar zrobić odważny make-up, ale skończyło się na lekkim, prawie nie widocznym makijażu. Po założeniu sukienki i butów, wypełniłam swoją torebkę niezbędnymi akcesoriami. Gotowa stałam przed lustrem podziwiając efekty. Niesamowite uczucie z wczoraj wróciło z dwojoną siłą. Czułam się kobieco, chyba po raz pierwszy w życiu i… było mi z tym wyśmienicie. Przyciągałam spojrzenia ludzi których mijałam. Jednak, to nie były takie jak te, gdy idzie się do tablicy, czy odpowiedzi. Nie, to spojrzenia, pełne zachwytu i zazdrości.  

____________________________________
Druga część powinna się pojawić nie długo(o ile wyrobię się ją napisać do końca weekendu, bo jeśli nie, to pojawi się dopiero po moich egzaminach 11 czerwca). Czekam na szczere opinie.
Buty i sukienka Raisy:
a4823254c27ee602bbc1cfc4320012013215511.jpg

czarna-koronkowa-sukienkaco-o-niej-.jpg
  • awatar izkku: czekam + świetne inspiracje ♥ zapraszam do siebie :)
  • awatar Zakira Luna: Jej...to było takie... smutne. Strasznie szkoda mi Raisy, wspaniale opisałaś jej emocje, moment ze złamaniem kluczyka- gwóźdź do trumny... - takie bylo moje pierwsze skojarzenie po tym jej całym, naprawde beznadziejnym dniu.Miły ten Adam, za to Artur to kompletny idiota- facet chyba ma jakiś kompleks czy coś ;) Co do historii i bezsensowności uczenia się nazwisk- witaj w moim świecie, bardzo trafnie udało ci się to wszystko zobrazować. Sukienkę i buty wybrała cudne :P Błędów jako takich nie znalazłam, może tylko kilka powtórzeń w ostatnim akapicie i ten moment :,, ...po szkle..." chyba nie to chciałaś napisać, wiem że to dwa wyrazy wyrwane z kontekstu, ale w tej chwili nie jestem w stanie znowu ich odnaleźć ;) Jestem bardzo ciekawa, co też wydarzy się na tej imprezie...Generalnie zasmucił mnie ten tekst, zrobiło mi się naprawdę szkoda tej dziewczyny... Z niecierpliwoscia czekam NS więcej! ;) Pozdrawiam
  • awatar Kate - Writes: Widzę coś nowego. Wspaniale uchwycone emocje, wszystko jest takie cudne, literówek nie znalazłam, a w dodatku długie. Śliczna sukienka, sama bym chciała taką mieć. Zacznę się zakochiwać w Adamie, rzucam Memphisto, te jest lepszy. Czekam na więcej, więcej i więcej... mam nadzieję, że się doczekam.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

Kategorie blogów