Wpisy oznaczone tagiem "Czarna Róża" (11)  

sallylou
 
SallyLou: To miała być Mei, a wyszło jak zawsze :D Wyobraźnia nigdy nie chce przełożyć się na papier czy to w rysunkach, czy słowach.
DSC_0609.jpg
  • awatar Mysz Orzecha: Śliczna :) Zwłaszcza włosy, z którymi ja zawsze mam problem przy rysowaniu ;-;
  • awatar Seiti: Sugoi oczy
  • awatar Kate - Writes: Wow! Że z amerykańska powiem. Cudne to to, takie piękne i... Blond. Thats is amazing! So cute and blond. And beautiful. Sorry, ale równocześnie zakuwam słówka na angielski. A to jest naprawdę beautiful.
Pokaż wszystkie (5) ›
 

sallylou
 
SallyLou: Kajam się w pokorze, za to co napisałam. Nie jestem ostatnio w formie i wymyślenie czegoś porządnego, graniczy z cudem. Postaram się by od następnego rozdziału było mniej nudno :D I postaram się odnaleźć moją zagubioną wenę, bo nawet ona uciekła ode mnie z krzykiem.

Rozdział X

Dni mijały monotonnie i bez żadnych sensacji. Błogosławieni, którzy przybyli do miasta, byli spokojni i nie robili żadnych kłopotów, co oszczędziło księciu zmartwień, a Tadakiemu i reszcie Czarnej Róży dało więcej swobody. Nie dotyczyło to Mei, która musiała wciąż pracować nad swoimi umiejętnościami. Szło jej dość opornie, ale w miarę upływu czasu zaczęła zauważać, że walka wręcz i bronią idzie jej coraz lepiej, a ciało powoli przystosowuje się do zwiększanego wysiłku. Ruch na świeżym powietrzu miał dużo zalet, a chyba najkorzystniejszą było to, że przez trening nie miała czasu na zastanawianie się, czy Leon jest cały czas zły i czy Akihiro zechce współpracować z jej dziadkiem.
Któregoś dnia, gdy spacerowała po dziedzińcu, ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła roześmiane oblicze Akiego, który machał do niej ręką.
Nie wiedziała co zrobić. Tadaki nie powiedział jej, że go wypuścili, więc mógł to być podstęp. Z drugiej strony zauważyła, że strażnicy dyskretnie pilnujący włości swego pana nic sobie nie robią z jego obecności. Uznała, że carewicz nie jest aż tak głupi by knuć postęp.
- Jakim cudem dziadek ci pozwolił wyjść? - spytała podchodząc do niego.
- Wiesz, ktoś pewnie niedługo by zauważył, że nie pojawiam się w okolicy i pan Northen zaraz by zaczął węszyć - odparł przekrzywiając głowę.
- W porządku - dziewczyna podejrzewała, że Tadaki może tak zrobić - Czegoś sobie życzysz wasza wysokość? - nie mogła się oprzeć, by nie wcisnąć w te słowa całej dawki jadu. Sprawiało jej to przyjemność.
- Właściwie to tak, panno Mishimori - Aki zmrużył oczy, ale nie wydawał się być zbytnio urażony - Mam ochotę porozmawiać z Linem.
- Księciem Linem -poprawiła go ostro Mei zanim załapała, że zaczyna mówić jak dziadek - Nie rozumiem tylko dlaczego przychodzisz do mnie. Decyzja zależy od rady i księcia, a nie "psa władcy".
- Daj spokój, przecież on cię lubi. W końcu inaczej sam by nie zareagował, kiedy Shi-ne zaczepiał cię.
- A skąd ty w ogóle o tym wiesz? Jakoś nie widziałam cię wtedy wśród gości - syknęła dziewczyna rozglądając się.
- Daj spokój mnóstwo ludzi uwielbia plotkować. Gdybyś nadstawiła ucho usłyszałabyś o sobie rzeczy, o których nie miałaś pojęcia.
- Jak moje rzekome narzeczeństwo - mruknęła ponuro Przeklęta - Słuchaj, równie dobrze możesz iść z tą prośbą do dziadka, który w przeciwieństwie do mnie widuje księcia często.
- Prosić twojego dziadka o pomoc to jak wkładać rękę do pyska tygrysa. Błagam ulituj się nade mną.
Mei poczuła zażenowanie. Powinna była odejść od razu ignorując carewicza, a jak ostatnia idiotka wdała się w dyskusję z nim, choć przeczuwała, że coś kombinuje. Cholerny manipulant zmuszał ją do tego by współczuła mu, jak nad jakiemuś nieszczęśnikowi dotkniętemu tragedią.
- Nie wiem czy się uda - westchnęła zrezygnowana.
Aki uśmiechnął się szeroko.
- Jestem dozgonnie wdzięczny - pochylił lekko głowę.
- Zapłacisz mi za to - burknęła dziewczyna - Nie żartuję. Chcę pieniędzy.
- Oj Mei - Akihiro potargał jej włosy jak małemu dziecku zanim zdążyła odskoczyć - Udawanie wrednej ci nie wychodzi, jak na potwora jesteś strasznie miła.
- Dziękuję - odparła krótko próbując zapanować nad chaosem na głowie. Zastanawiała się czy carewicz naprawdę tak myśli, czy to tylko zawoalowana kpina.

- Wiesz co Olivio, czasami czuję do pewnych ludzi taką nienawiść, że mam wielką chęć zadać im ból - stwierdziła Mei drżącymi palcami poprawiając włosy. Czyste ubrania, które przyniosła służąca wisiały niedbale na oparciu fotela.
- Panienka za dużo czasu przebywa z tymi gburami spod ciemnej gwiazdy. Powinnaś mieć więcej empatii, w końcu panicz Leon bardzo cierpi.
Mei spojrzała krzywo na kobietę, która wygładzała niewidzialne fałdki na ubraniach.
- Nie mówię o nim. Chociaż tak przy okazji on też ostatnio mnie denerwuje. Ale wracając to tematu. Czy naprawdę wszyscy muszą traktować nas jak potworne pieski księcia. Co rusz trafia się inteligent który myśli, że będę grać jak on rozkaże.
- To dlatego, że wyglądasz z daleka na delikatną i nieśmiałą osóbkę, którą łatwo zmanipulować. Dopiero po jakimś czasie wychodzą z ciebie geny Tadakiego i wszyscy są przerażeni.
- A wspaniale - dziewczyna weszła do łaźni, by jak najszybciej zmyć z siebie cały ten kurz, który przylepił się do skóry. Zimna woda działała bardzo otrzeźwiająco, ale nie pomagała jej uspokoić się.
To, że jakimś cudem książę zaprosił Błogosławionego na kolację było podejrzane. Owszem wiedziała, że w grę wchodzą jakieś geny i obaj są ze sobą spokrewnieni, ale i tak miała wrażenie, że carewicz mógł lekko omamić Lina swoim talentem tak jak to zrobił z nią samą. Tak czy inaczej, jej obowiązkiem było przypilnować tego nieobliczalnego szaleńca, by czegoś nie wymyślił.
Gdy w końcu ubrała się i lekko rozgrzała, odetchnęła głęboko jak człowiek, który idzie na śmierć. W sumie nie wiedziała co ją czeka tego wieczoru, równie dobrze mogła zginąć…
Całe szczęście nie musiała przywdziewać tych śmiesznych, acz ślicznych sukni jak ta, którą miała na przyjęciu. W zwykłych luźnych spodniach i tunice czuła się najlepiej. Tylko, że…
- Olivio, co to właściwie jest? - podniosła niezbyt duży kawałek materiału w kolorze burgundu.
- To choli. Tak się noszą eleganckie młode damy…
- Przecież to pół ciała odsłania. Jak mam się pokazać władcy w czymś tak skąpym?
- Suknię na przyjęciu przebolałaś, to też włożysz.
- Ale zetną mnie za brak przyzwoitości - jęknęła zrozpaczona - Na pewno jest coś normalnego co mogę założyć.
- Dla twojej wiadomości to co tak cię odstręcza to prezent od lady Caroline i jej narzeczonego. Powinnaś docenić, że dali ci coś tak pięknego, a nie marudzić. No już wkładaj to.
Na szczęście chociaż spodnie były normalnej długości, choć i tak miała obawy wkładać tak piękne rzeczy. Już widziała jak zniszczy je przypadkiem…
- Dobra - westchnęła Mei i wstała - Raz się żyje.
Otworzyła drzwi i niemal uderzyła nimi kogoś, kto najwidoczniej miał zamiar wejść do środka.
- Przepraszam - zawołała przerażona zanim zauważyła, że ów osobnik podnosi z ziemi okulary, które musiały mu spaść z nosa. - Leon co ty tu robisz? - spytała zaskoczona.
Młody mężczyzna podniósł wzrok.
- Szukałem Olivii, nie wiedziałem, że jesteś w środku - odparł chłodno - Mogę wejść?
- Oczywiście - odsunęła się by zrobić mu przejście - I tak już wychodzę.
Leon spojrzał na jej strój unosząc lekko brew, ale nie skomentował tego co widział.
- Mei! - znikąd zaraz po Leonie pojawił się drugi osobnik, którego dziewczyna nie miała ochoty widzieć. Akihiro uśmiechnął się wesoło.
- Ładny kolor - mruknął pod nosem zerkając na lśniący materiał, który odsłaniał zbyt dużo - Chodź szybko zanim Lin zmieni zdanie - spojrzał ukosem na Leona, który wyglądał jakby skamieniał ze złości.
- O mój kolega, który mnie tak mile potraktował w celi. Z przyjemnością bym uciął "miłą" pogawędkę, ale śpieszymy się. Pa! - uśmiechnął się najbardziej niewinnie jak tylko mógł i wyszedł ciągnąc za sobą Mei.
- To było wredne - zauważyła dziewczyna, gdy oddalili się na odpowiednią odległość.
- Nie myśl, że będę traktował go jak dziecko, które może robić co chce bez konsekwencji. Miał czelność mnie uderzyć. Jeszcze raz mnie zirytuje i zażądam satysfakcji. A wtedy żywy się nie uchowa - spojrzenie srebrno błękitnych oczu nabrało lodowatego wyrazu.
- Carewiczu, dałbyś sobie spokój - westchnęła Mei - Leon to głupek, ale zwykle bywa miły. I lubię go nawet. Za mało ludzi mnie lubi, abyś wszystkich pozabijał.
- Zastanowię się - mruknął w odpowiedzi jej towarzysz, ale niebezpieczny błysk zniknął z jego oczu.
- Wiesz co jak  wolę jak udajesz wesołego idiotę niż chłodnego wariata. Nie lubię się cały czas zastanawiać nad tym, czy będziesz chciał mi skręcić kark, czy nie. Wolałabym pozostać w niewiedzy.
- Nie żartuj. Nie zabiję cię dopóki jesteś mi potrzebna.
- Co? - jęknęła zrozpaczona dziewczyna - I za taką postawę nie lubię Błogosławionych. Nie traktuj mnie jak rzeczy, którą można wyrzucić.
- Oj nie masz poczuci humoru. Tylko tak sobie mówię - odparł lekko Aki, nie robiąc sobie nic z jej przerażenia.
- Jesteś okropny. Mówił ci to ktoś? - syknęła cicho, gdy natknęli się po drodze na strażników.
- Nie. Przyszły cesarz nie może sobie pozwolić na to, aby obrażali go zwykli ludzie. Wierz mi, jesteś całkiem fajna, ale dawno bym ci wyciął język za to ile razy mnie obraziłaś.
- Ja? Obraziłam? - prychnęła Mei - No nieważne. Nie chce zaczynać tego tematu. Byłbyś wdzięczny chociaż za to, że idę z tobą na kolację ubrana jak prostytutka.
- No chyba nigdy nie widziałaś prawdziwej dziwki. Choć w sumie patrząc na to jak strasznie wyglądają ludzie na Zachodzie w tych sztywnych, zakrywających od stóp do głów strojach, to mogę zrozumieć twoje zniesmaczenie.
Aby dotrzeć do właściwego pałacu księcia musieli przejść przez ogród. Na szczęście większość ludzi skończyła swą pracę i tylko strażnicy mogli zobaczyć parę przemykających się w ciemnościach postaci. Jednak mimo obaw Mei żaden nie zwracał na nią zbytniej uwagi. Najwidoczniej taki ubiór faktycznie był tu czymś normalnym.
Drzwi do komnat księcia pilnowali strażnicy ubrani w czarno czerwone uniformy. Każdy był przynajmniej o głowę wyższy i dwa razy szerszy niż potworzyca. Na szczęście nie zatrzymywali ich, tylko dwóch otworzyło ciężkie mahoniowe drzwi.
Aki wszedł pierwszy niemal wlokąc za sobą Przeklętą.
Oczom Mei ukazało się pyszne pomieszczenie, które niewątpliwie pełniło rolę bawialni. Na miękkim dywanie przy niskim stoliku siedział książę Lin i Caroline. Plecami do wejścia siedział również inny gość, którego w pierwszej chwili dziewczyna nie rozpoznała.
- Dobrze, że już jesteście - Lin skinął głowa na powitanie, kiedy oboje pochylili się w ukłonie - Usiądźcie proszę - mówił z wyraźną niechęcią jakby nie miał najmniejszej ochoty tu siedzieć. Caroline uśmiechnęła się blado do przyjaciółki, jakby była bardziej przerażona niż ona sama.
Mei poczuła się jeszcze gorzej niż wcześniej. Lin wyglądał naprawdę przerażająco z ponurym grymasem na twarzy.
- Usiądź koło mnie, Mei - Caroline spojrzała na potworzycę błagalnie - Dawno nie rozmawiałyśmy. Chciałabym nadrobić stracony czas.
Przeklęta opadła miękko na podłogę, a obok niej usiadł jej irytujący towarzysz. Ku jej zaskoczeniu jego dłoń zacisnęła się na chwilę na jej nadgarstku, jakby chciał by krzyknęła z bólu. Puścił jej rękę tak szybko jak złapał, zupełnie jakby chciał dać jej jakiś znak. Spojrzała na niego, ale on zignorował ją w milczeniu patrząc na siedzącego naprzeciwko młodego mężczyznę.
Podniosła wzrok lustrując osobnika wzrokiem. Kotara kasztanowych włosów zasłaniała oczy, ale ten uśmiech pamiętała doskonale. Gdy podniósł głowę rozbłysło pomarańczowe oko.
W jednej chwili wybaczyła Akihiro to, że prawie zmiażdżył jej nadgarstek. Jego ostrzeżenie sprawiło, że nie zerwała się na równe nogi i nie uciekła jak najdalej od tego człowieka.
Shi-ne uśmiechnął się kpiąco.
- Jak miło cię widzieć, Mei - syknął.
  • awatar Seiti: Marudzisz. Serio marudzisz.
  • awatar Kate - Writes: Co ty gadasz, kobieto?! Seiti ma rację, marudzisz. Jeśli ktoś ma prawdziwe problemy z weną to ja. Od dwóch dni ani jednej linijki, ani jednego słowa. I co ja nieszczęsna, mam teraz począć?! Na opowiadania świąteczne nie patrz, bo było pisane już wcześniej. Ale teraz? Absolutnie żadnych nowych pomysłów, żadnego natchnienia, nic!
Pokaż wszystkie (2) ›
 

sallylou
 
Nadeszła kolej na mój prezent, choć jest już bardziej poświąteczny :D Od wieków nie dodawałam żadnych rozdziałów tego opowiadania, więc mam nadzieję, że nie zabijecie mnie za tą kiepściznę, którą wycisnęłam z siebie. Musze na nowo się wkręcić w pisanie.
Miłego ( mam nadzieję) czytania :D

Rozdział IX

Wykończony umysł Mei szybko popadł w senne odrętwienie i przez kilka godzin spowijała go ciemność. Dopiero, gdy zmęczony organizm nieco zregenerował się, pojawiły się senne mary i wizje, które ukazywały się i znikały zanim zdążyła się im przyjrzeć. Jednak drażniło to dziewczynę i zakłócało spokojny sen do tego stopnia, że gdy w końcu rozbudziła się czuła się tak samo zmęczona jak wieczorem.
Pierwszym co zrobiła, gdy tylko jej umysł się rozjaśnił, był poczłapanie do piwnic, gdzie chwilowo przetrzymywany był Akihiro. Niemal zderzyła się z Leonem, który pojawił się znikąd przed jej oczami. Skinęła mu głową na powitanie i ominęła bez słowa. Musiała spytać o coś carewicza, zanim to jej się ulotni z głowy.
Pomieszczenia w którym więziono Akiego pilnowało dwóch mężczyzn, którzy spojrzeli na nią jak na wariatkę, gdy poprosiła by ją wpuścili.
- Muszę go o coś spytać - wymamrotała powstrzymując się od ziewnięcia. Musiała przedstawiać obraz nędzy i rozpaczy, ale miała to gdzieś - Jestem Mei…
- Wiem, kim jesteś - starszy z nich przerwał jej - Wnuczka Tadakiego. Panicz Leonard powiedział byśmy nie wpuszczali cię tutaj, aż nie pomówi z twoim dziadkiem.
Dziewczyna skrzywiła się. Mógł jej łaskawie o tym powiedzieć, kiedy go mijała.
- Nie jestem służącą Leona, więc nie może mi niczego zakazywać - odparła hardo - Ale jeśli mój dziadek potwierdził ten zakaz to wyjdę stąd.
Młodszy strażnik westchnął i otworzył drzwi.
- Miej dla niego litość - mruknął tajemniczo zanim weszła do pomieszczenia. Mei podziękowała skinieniem głowy i weszła do środka.
W ponurym wnętrzu mimo wczesnej pory paliły się dwie pochodnie. Carewicz siedział na swoim posłaniu z nogami podciągniętymi do brody jak dziecko. Głowę oparł na splecionych dłoniach tak, że włosy zasłoniły jego twarz. Wyglądał jakby się załamał.
- Carewiczowi nie odpowiadają warunki panujące u nas? - spytała nie mogąc powstrzymać się od odrobiny złośliwości.
- Warunki w porządku, tylko służba coś nie taka - podniósł głowę i spojrzał na nią gniewnie - Mówiłaś coś o zapewnieniu mi nietykalności.
Mei w milczeniu przyjrzała się jego twarzy, która teraz była z jednej strony zaczerwieniona. Z ust i nosa Akiego sączyła się krew, której carewiczowi nawet nie chciało się zetrzeć. Choć w duchu cieszyła się z tego, że oberwał, nie mogła znieść przerażającej myśli, że teraz carewicz, jak tylko go wypuszczą, wszystko wyśpiewa władcy Northen.
- Kto ci to zrobił? - spytała cicho, nie chcąc zdradzić, że głos jej drży.
- Twój narzeczony, który był tu przed tobą. Odważny wielce, kopać kogoś skutego - odparł młodzieniec, choć już spokojniej.
- Narzeczony? - wykrzywiła się dziewczyna - Chyba nie mówisz o Leonie?
- Nie wiem jak miał na imię - Aki wzruszył ramionami - Jasnobrązowe włosy związane w warkocz i okulary.
- To on - mruknęła zdziwiona Mei - Dlaczego nazwałeś o tak? Czy wyglądam na osobę zaręczoną z kimś?
- Nie wiem nic. Ale ten gość zaczął strasznie się ciskać i krzyczeć, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Wrzeszczał, że jak na Błogosławionego jestem okropnym prostki i chamem, który włazi do pokoi młodych dam, bez cienia przyzwoitości. Uznałem, że chodzi mu o ciebie.
- Co za idiota - westchnęła głośno - Wybacz mi za to, że nie dotrzymałam danego słowa. Byłam pewna, że wszyscy są poinformowani o naszym stanie rzeczy.
Aki wydawał się być zszokowany jej słowami.
- Przecież mówiłem już, że nie obchodzi mnie co ta podła gadzina, której muszę służyć, zamierza robić. Gdyby nie to, że potrzebuję pomocy twojego dziadka i reszty rady już by mnie tu nie było. Ja po prostu chcę wrócić do swojego kraju i wesprzeć ojca.
- W porządku. Jednak muszę przeprosić za swoje zachowanie. Po prostu…
- Brzydzisz się nami, tak jak my Przeklętymi - dokończył Aki pocierając policzek, który już zaczął puchnąć. Skrzywił się przy tym - Cholera twardą ma podeszwę w bucie - syknął.
- Poproszę kogoś by cię opatrzył - podeszła do drzwi i już miała wychodzić, gdy przypomniała sobie o tym, po co tu w ogóle przyszła - Masz młodszą siostrę o imieniu Corry?
Aki skinął głową.
- Tak, a czemu pytasz?
- Ciekawość - odparła szybko i wybiegła.
Musiała teraz znaleźć dziadka….

Nie było to trudne, gdyż słyszała jego podniesiony głos na dziedzińcu. Szybko zbiegła po schodach ciekawa na kim staruszek się wyżywa.
Nie była wcale zdziwiona, gdy tym kimś okazał się być Leon.
- Ty kretynie - wrzasnęła przerywając dziadkowi - Prawie zepsułeś wszystko - podniosła rękę gotowa uderzyć Leona, ale Tadaki złapał ją za nadgarstek nim pięść dosięgła twarzy młodego mężczyzny.
- Nie unoś się tak, Mei - upomniał ją surowo dziadek - Dostał już reprymendę.
- Więc wiesz? To dobrze… A teraz zostawiłbyś mnie z tym imbecylem na chwilkę? Chciałam porozmawiać w spokoju.
- Oby to się obyło bez rękoczynów - odparł Przeklęty.
- Nie mogę obiecać - syknęła dziewczyna czując jak wściekłość w niej płonie żywym ogniem - Chodź Leonardzie, chciałabym sobie coś z tobą wyjaśnić.
-Zawlokła go na plac treningowy, gdzie aktualnie nikogo nie było.
- Coś się stało, Mei? - Leon wyglądał na zmartwionego - Czemu jesteś taka zła?
- Pobiłeś więźnia - syknęła rozeźlona - Nie słyszałeś o tym, że tak nie wolno?
- Już twój dziadek nawrzeszczał na mnie. Nie musisz się powtarzać.
- Wiem. Ale nie o to chodzi. Mógłbyś przestać traktować mnie jak własność? - warknęła.
- Co? Kiedy cię tak traktuję?
- Ostatnio bardzo często. Warczysz na każdego, kto powie o mnie coś złego i na każdym kroku pilnujesz.
- Nic złego nie robię. To źle, że staram się by ludzie nie złorzeczyli ci.
- Tak. To nie jest twój interes, Leon. Tak samo jak to, że walnąłeś Akiego. To ja powinnam to zrobić,  a nie ty. Nie jestem nadobną panną, która potrzebuje ochrony przed każdym.
- A co by było gdyby Kimura cię zaatakował?
- To ty być mi na pewno nie pomógł, bo cię nie było. Jeśli wróciłeś tu tylko dlatego, że mam mały problem to jesteś idiotą. Nie potrzebuję opieki żadnego mężczyzny, żadnego kretyna, który nie rozumie tego, że potrzebuję swobody…- urwała widząc jak twarz Leona blednie, a oczy zza szkieł lśnią nienaturalnie.
- Co jest złego w tym, że ktoś się o ciebie troszczy? Jeśli kogoś kochasz poświęcisz mu całe życie. - wyszeptał i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć odwrócił się i odszedł.
Mei przycisnęła dłoń do policzka, nie wiedząc co zrobić. Ze zmęczenia, strachu i złości na Błogosławionych wyżyła się na Leonardzie, który po prostu chciał jej pomóc.
Wróciła do dziadka, który wciąż stał tam gdzie wcześniej.
- Wyglądasz na wzburzoną. Coś ci naopowiadał? - spytał Tadaki.
- Nie to raczej ja sobie pokrzyczałam. Zresztą nieważne, zaczynam powoli wariować. A i chciałam ci przekazać wiadomość, siostra carewicza to służka mojej mamy.
- Coś ty powiedziała? - dziadek uniósł głowę zaskoczony.
- Twarz Kimury wydawała mi się dziwnie znajoma, ale nie wiedziałam skąd go kojarzę. Jest bardzo podobny do Corry Sun, która pracuje u nas. Akihiro ma siostrę o tym samym imieniu.
- To nonsens. Co carska córka mogłaby robić na Zachodzie? Zresztą na pewno ani ojciec, ani brat by jej tam nie puścili samej. I na pewno nie pracowałaby dla nikogo, mając do dyspozycji takie bogactwo jak majątek cesarza.
- Może to zbieg okoliczności - dziewczyna wzruszyła ramionami - Ale gdyby nie to, to co to mogłoby być?
- Jeśli to naprawdę Corry Kimura, to mógłbym podejrzewać cesarza Sint o szpiegowanie Trias. A to niemal od razu świadczyłoby o tym, że albo pilnują każdego członka naszego klanu, albo to ma związek z Wielkim Księciem i jego córką.
- Caroline - przytaknęła Mei - Zaczynam się bać.
- Ten Aki sprawia na coraz większe kłopoty. Muszę pomówić z Czarną Różą. Znowu… - westchnął ciężko - A tobie radzę zjeść śniadanie i przestać zamartwiać się drobnostkami. Coś wisi w powietrzu.  Powinniśmy być gotowi na wszystko.
- Rozumiem. Do zobaczenia później dziadku.

- Panienka mówi poważnie? Panicz Leon, powiedział coś takiego? - Olivia szarpnęła mocniej grzebieniem, gdy napotkała kołtun.
Mei jęknęła modląc się by ta tortura się szybko skończyła.
- Powiedział, że gdy się kogoś kocha, to poświęca się mu życie, czy jakoś tak.
- To takie piękne. Panicz ma naprawdę poetycką duszę. Piękne wyznanie miłości - westchnęła służąca - I co panienka odpowiedziała na takie wyznanie?
- Co? Nic nie odpowiedziałam, bo powiedział to dopiero wtedy, gdy wyzywałam go i powiedziałam, że nie jest mi potrzebny ani on, ani żaden inny facet. Auć, cholera jasna, Olivio! To boli!
- Przepraszam najmocniej, to niechcący. Ale swoją drogą, to okropne, że tak powiedziałaś temu biedakowi. Przecież widać, że jest zakochany. Mówiłam już kiedyś o tym panience.
- Ale ślubnego kobierca nie będzie - mruknęła Mei przypominając sobie słowa Olivii - Chyba Leon nie odezwie się do mnie już więcej. Ale co mam poradzić na to, że jestem żałośnie płytka i jeszcze nigdy się na porządnie nie zakochałam. Dlaczego czuje się winna temu, ze nie kocham go?
- Nie martw się. Wszystko się poukłada.
Mei pokręciła głową. Patrząc jak wszystko wokół coraz bardziej się plącze miała wrażenie, że może tylko jeszcze głębiej zatonąć w tym chaosie.
  • awatar Kate - Writes: I to jest właśnie najpiękniejszy prezent jaki dostałam w te święta.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

sallylou
 
Rozdział VIII

Blady świt rozjaśniał lekko nocne niebo, kiedy Mei po raz któryś z kolei spojrzała przez okno. Herbata przyrządzona przez Olivię zdążyła już wystygnąć, ale dziewczyna nawet jej nie spróbowała. Po tych wszystkich wydarzeniach czuła mdłości i marzyła tylko o tym by zasnąć.
- Tadaki jeszcze nie przyszedł? - spokojny głos wyrwał ją z otępienia. Spojrzała na Josephine, która niczym kot weszła do jej pokoju.
Z pewnym wysiłkiem wstała i ukłoniła się kobiecie.
- Jakieś wiadomości? - spytała dyplomatkę.
Hrabina Montiachi westchnęła i usiadła w jednym z foteli.
- Członkowie Czarnej Róży przeszukują zamek i dyskretnie obserwują Błogosławionych. Szukamy jakichkolwiek śladów świadczących o tym, że ktokolwiek działał z tym młodym mężczyzną. Ale jak na razie niczego się nie dowiedzieliśmy. Tadaki i starsi członkowie organizacji przesłuchują Akihiro Kimurę, ale ten uparcie milczy.
- Ta cała sytuacja zaczyna mnie przerażać - mruknęła cicho Przeklęta nawijając kosmyk włosów na palec.
- Doskonale cię rozumiem. Zostałaś nie tak dawno wyrwana z zupełnie innego świata, to zrozumiałe, że musisz się przyzwyczaić.
- Przyzwyczaić? Do bycia zwierzyną łowną?
- Gdyby twoja matka nie była tak uparta i naiwna miałabyś podstawy opanowane w wieku dziesięciu lat. Spokojnie przyzwyczaiłabyś się do naszego stylu życia. Dziadek rzucił cię na głęboką wodę, musisz szybko nauczyć się płynąc naszym nurtem. Przeklęci mają trudne życie, ale w gruncie rzeczy wielu ludzi im zazdrości. Spójrz tylko na swe włosy. Wiesz ile kobiet chciałoby wyglądać tak pięknie jak ty?
- Podejrzewam, że żadna nie chciałaby choćby przez ciągłe wyzwiska. Wygląd w niczym nie pomaga - Mei zamilkła na chwilę i zaraz zaczęła się śmiać - Nie wierzę, że coś takiego powiedziałam.
Lekki uśmiech pojawił się na twarzy dostojnej hrabiny.
- To co mówisz świadczy o twoich postępach. Masz rację wygląd o niczym nie świadczy, podobnie jak zachowanie. Czyż ten młodzieniec nie jest tego doskonałym przykładem? Tadaki mówił mi o tym jak podsłuchiwał waszą rozmowę. Sam stwierdził, że jego umiejętność zmiany zachowania jest naprawdę doskonale wyćwiczona.
- Naiwna byłam - Przeklęta podeszła do okna spoglądając na różową łunę na wschodzie. Słońce wschodziło tak samo jak dzień wcześniej. Żadne przyziemne wydarzenia nie zmieniały rytmu jego wędrówki po niebie - Co z nim zrobicie?
- No właśnie - sapnęła ciężko czcigodna dama - Nie wiemy. Jeśli nie dowiemy się od niego niczego sensownego będzie trzeba go wypuścić wolno, zanim król Hektor zorientuje się, że zaginął gdzieś jeden z jego podwładnych. A jeśli Błogosławiony opowie swemu władcy o nas to narazimy księcia Lina na olbrzymie niebezpieczeństwo.
- Czyli sytuacja bez wyjścia - podsumowała Mei.
- Mei - Tadaki wszedł do pomieszczenia nie kłopocząc się jakimikolwiek zasadami dobrego wychowania - idziesz ze mną
- Co? - dziewczyna nie była pewna o co może chodzić jej dziadkowi, ale zaraz się pozbierała - Rozumiem - odwróciła się jeszcze do Josephine - Dokończymy tę rozmowę kiedy indziej, pani.
Niemal biegła za dziadkiem, który niczym cień sunął korytarzem. W porównaniu z nim, Mei hałasowała jakby do butów przywiązane miała łańcuchy. Oczywiście Mishimori nie omieszkał jej tego wypomnieć.
- Jesteś strażniczką, a nie koniem zaprzęgowym. Nawet twój koń ciszej chodzi.
- Przepraszam - odparła, ale nie czuła skruchy - Gdzie idziemy?
- Błogosławiony zażądał rozmowy z tobą. Twierdzi, że nic nie powie zanim nie dokończy waszej rozmowy. Próbowaliśmy mu to wyperswadować, ale jest uparty jak osioł. Liczymy na to, że tobie uda się z niego wyciągnąć wszystkie informacje.
Myśl o tym, że znowu ma spotkać tego natręta sprawiła, że czuła obrzydzenie.
- Dlaczego akurat ja? Nie mógł się znęcać nad kimś innym?
- Jesteś jeszcze młoda i bez doświadczenia w naszym działaniu. To normalne, że potraktował cię jako najsłabszą i zwrócił do ciebie.
- Nie rozumiem jednego. Mówił mi, że chce spotkać się z wami, teraz gdy chcecie z nim porozmawiać twierdzi, że nie chce. Jest albo szalony, albo głupi.
- Te informacje ty musisz z niego wyciągnąć. Wiem, że nigdy nie prowadziłaś przesłuchania, ale dajemy ci wolną rękę. Przepytaj go tak jak chcesz. Spróbuj pociągnąć go za język.
Im niej schodzili tym chłód bardziej dawał się we znaki.
- Gdzie on jest?
- W piwnicach. Nie mogliśmy go zamknąć w więzieniu ze względu na to, ze wszyscy zaraz by wiedzieli gdzie jest. Proszę - wręczył jej ciężki klucz - Ostatnie drzwi na prawo. Ja nie pójdę dalej bo zorientuje się, że jestem blisko. Doskonale potrafi wyczuć życiową energię i rozróżniać poszczególne osoby. Musisz sama się tym zająć.
Mei tylko skinęła głową i ruszyła w głąb korytarza, gdy stanęła przed odpowiednimi drzwiami odetchnęła głęboko.
- Nie bądź tchórzem - skarciła się za brak opanowania i zdecydowanie otworzyła drzwi.
Od razu powitał ją wesoły głos.
- No nareszcie! Dzień dobry, Mei - głos więźnia był spokojny, a nawet wesoły jakby zamknięcie nie robiło na nim żadnego wrażenia.
Jedna samotna pochodnia rozświetlała ponure pomieszczenie i postać siedzącą na prowizorycznym posłaniu. Gdy Aki uniósł rękę brzęknął łańcuch, którym przykuto, go do podłogi. Teraz dziewczyna rozumiała dlaczego dziadek zostawił ją z tym szaleńcem w jednym pomieszczeniu. Raczej nie mógł jej zaatakować.
Złapała krzesło stojące od ścianę i usiadła na nim.
- Dlaczego przyszedłeś akurat do mnie i skąd wiesz o Czarnej Róży?
- Mówiłem przyszedłem do ciebie, bo twój dziadek zaraz by mnie zabił. A o Róży wiem z tajnego źródła - odparł z uśmiechem.
- Rozumiem - skwitowała jego słowa skinieniem głowy - Ale nie rozumiem tego, dlaczego znowu chciałeś ze mną rozmawiać. Przecież spotkałeś członków Róży…
- Oni mi nie uwierzą i nie dadzą wytłumaczyć całej sytuacji. Potrzebuję czyjegoś poparcia.
- Jeśli myślisz, że ja ci go udzielę to jesteś w błędzie.  Zmusiłeś mnie do posłuszeństwa i wkradłeś się do mojej sypialni. Upokorzyłeś mnie… - zaczęła zanim zdała sobie sprawę, że ostatnie słowa wypowiedziała na głos.
Akihiro spojrzał na nią lekko krzywiąc się.
- Więc chodzi ci o twoją dumę? Doprawdy mogłem się tego spodziewać po córce Pride'a - jego nosowy akcent wręcz ociekał sarkazmem.
Gdyby Przeklęta nie była już tak znużona prawdopodobnie uderzyła tego pyszałka korzystając z okazji, że jest na uwięzi.
- Tak, tak jestem egoistyczna, zadufana w sobie i tym podobne.  Ale nie wykorzystuję innych do własnych celów - odcięła się.
- Oj daj spokój. Jestem następcą tronu. Chyba to normalne, ze powinienem nauczyć się wykorzystywać ludzi jeśli mam objąć władzę.
- Władca jest dla ludzi, a nie odwrotnie - syknęła zirytowana dziewczyna - Chcesz być cesarzem, a nie rozumiesz najprostszych zasad, których powinien trzymać się dobry władca.
Aki spojrzał na nią zaskoczony.
- Mówisz jak mój ojciec. Myślałem, że tylko jemu tak odbija na punkcie honoru władcy.
- Książe Lin rozumie tę zasadę i wykorzystuje ją w praktyce, a dopiero niedawno objął tron. I Rithistad jest naprawdę szczęśliwym państwem.
- Ale i tak ludzie cię wytykają palcami i nienawidzą. Czujesz się z tego powodu szczęśliwa?
- Ja.. - potworzyca zaczęła, ale zawahała się. Carewicz był bystrym obserwatorem skoro wiedział tyle o stosunkach między ludźmi, a Przeklętymi w kraju - To nie ma nic do rzeczy.
- A rozumiem - jego oczy znowu stały się chłodne i przenikliwe - Nie możesz znieść tego, że ludzie obrażają cię i jednocześnie starasz się by widzieli w tobie kogoś lepszego. Jesteś niczym otwarta księga, Mei.
Palące rumieńce wystąpiły na policzki dziewczyny. Jeśli wzięła go  początku za nieszkodliwego głupca, to teraz musiała zweryfikować swoje zdanie.
- Łatwo rozszyfrowujesz innych, a sam jesteś skryty i nic o tobie nie wiadomo. Jeśli chcesz bym ci pomogła, muszę wiedzieć wszystko. Jeśli mnie okłamiesz, pomogę innym w zniszczeniu cię.
- Bardzo przypominasz  swojego ojca, potworzyco. On też brzydził się dwulicowością i obłudą. Ale myślę, że to uczciwy układ. Zacznijmy wszystko od początku.
- Nie, powiesz wszystko od początku w obecności mojego dziadka. Skoro twierdzisz, że mi możesz ufać, to jemu również. Jest bardziej honorowy ode mnie. Już nie mówiąc o tym, że w przeciwieństwie do mnie będzie umiał zaradzić jakoś.
Kimura pobladł lekko.
- Stawiasz warunki? Tego nie przewidziałem. Nie chcę się zgadzać na takie układy.
- Gwarantuję ci pełną nietykalność - Mei wstała i spojrzała na niego z góry - Jako dziedziczka klanu Mishimori, obiecuję, że dopóki będziesz prawdomówny, będę pilnować by żaden członek Czarnej Róży nie tknął cię, carewiczu. Może nie jestem tak honorowa jak dziadek,  ale danego słowa dotrzymam.
- Nie wiesz, że nie składa się obietnic, których dotrzymać nie można? - Aki najwyraźniej powątpiewał w nią. Całkiem słusznie zresztą. To co powiedziała było kompletnym idiotyzmem,  ale musiała jakoś go przekonać do swojego pomysłu.
- Jestem skłonna zaryzykować - uśmiechnęła się kpiąco do carewicza - Jeśli się boisz powiedz od razu. Zrozumiem jeśli, wasza cesarska mość, okaże się zbyt delikatny.
- Cesarska mość, to mój ojciec - zimne oczy zalśniły blaskiem - A ja chcę zaryzykować. Zgadzam się.
- Jesteś dziwny - upewniła się w swojej opinii o nim po raz kolejny i poszła znaleźć dziadka.

Po długim wywodzie jaki Aki zaserwował jej dziadkowi, Mei pomyślała, że kiepsko jej szło wypytywanie więźnia. Tadaki zadawał krótkie pytania i żądał długich odpowiedzi, a ona sama najwięcej mówiła i to nie na temat.
- Mog uwierzyć w to, że nienawidzisz służby w Northen i chcesz wrócić do swojej ojczyzny. Ale jaką mam gwarancję, że to nie jakiś podstęp, czy rozkaz króla Hektora?
- Pan pochodzi z rodu Mishimori w którego żyłach płynie również krew ludzi z Sint. A my stawiamy dobro naszego kraju nad kaprysy obcego władcy. Jestem zmęczony byciem marionetką króla. Mój ojciec jest śmiertelnie chory. Nie wiem ile czasu mu zostało. Wyznaczył mnie na następcę tronu, gdyż moje rodzeństwo jest za młode. Hektor niechybnie sięgnie po cesarskie berło i złączy nasze państwa. Sint upadnie jako lenno nowego cesarza.
Gdybym widział inny sposobu nie zwracałbym się do was.
- Co teraz zrobimy? - dziewczyna spojrzała na zamyślonego starca.
- Jeśli carewicz zgodzi się powiedzieć radzie to samo co nam, zwołam zebranie.
Aki uniósł głowę.
- Dobra, i tak nigdzie się nie ruszam - uniósł kajdany prezentując swój symbol zniewolenia w całej okazałości. Wypaczone poczucie humoru, było chyba jakąś oznaką choroby, bo niemal cały czas wydawał się być zrelaksowany i choć mówił o poważnych sprawach jego ton był lekki, nawet na chwilę nie zadrżał mu głos gdy wspominał o chorobie ojca.
- Mei, muszę zająć się tą całą sprawą i zgromadzić Różę w jednym miejscu. Znowu - westchnął Tadaki - Idź odpocznij. Zasłużyłaś na dzień wolny.
- W porządku. Zaraz tak zrobię - zgodziła się  z dziadkiem - Ale najpierw chciałabym czegoś się dowiedzieć od carewicza.
Tadaki posłał jej lekko zdziwione spojrzenie, ale wzruszył tylko ramionami i wyszedł.
- Czego jeszcze ode mnie chcesz? - carewicz zrobił znudzoną minę. Najwyraźniej osiągnąwszy zamierzony cel, nie zamierzał więcej z nią rozmawiać.
- Jestem ciekawa dlaczego twój koń jest ślepy? - odparła Mei niezrażona jego słowami.
- O zauważyłaś? Jestem pod wrażeniem - Akihiro ożywił się na chwilę - Lubię mojego Shiro i tyle. Zaskoczona?
- Trochę - przyznała potworzyca - W końcu przecież stać cię na dobrego, rasowego wierzchowca.
- A ciebie stać na piękne drogie ozdoby i suknie, a chodzisz ubrana jak mężczyzna i na dodatek  widać, że to ci pasuje.
- Hej - nie rozumiała czego skrytykował ją za ubiór. Był prosty i wygodny - pochodziłbyś sobie w gorsecie cały dzień, to byś zrozumiał jak wielka jest różnica między damskim, a męskim ubiorem. Zresztą nie wiem o co ci chodzi.
- Ubierasz się tak bo to lubisz. Ja mam niewidomego konia bo go uwielbiam. Proste?
- W sumie… Racja - musiała przyznać mu, że w argumentacji bije ją na głowę..
- Mogę cię o coś prosić? Zajmij się nim dopóki nie dowiem się co ze mną będzie.
- Dlaczego miałabym ci pomagać? Jak na razie tylko próbujesz mnie wyzyskiwać.
- Proszę ze względu na Shiro - błagalne spojrzenie jego autorstwa było mistrzostwem - Błagam.
- Nie nabierzesz mnie, głupcze - podeszła do drzwi - Żegnam.
- Mei!
Dziewczyna westchnęła ciężko.
- Zajmę się koniem, ale na nic więcej nie licz.
Błogosławiony odetchnął z ulgą.
- Jestem twoim dłużnikiem…
Przeklęta wyszła zanim Aki dokończył zdanie. Nie chciała wplątywać się w jeszcze bardziej pokręcone układy.
Słońce wznosiło się już nad horyzontem, a ciepłe promienie wpadały przez duże okna rozświetlając zimne mury. Mei doczłapała do swojej sypialni i ostatkiem sił zdjęła buty. Rzuciła się na miękką pościel, rozkoszując błogą sennością, która ogarniała ją błyskawicznie. Zasnęła szybko, zadowolona z faktu, że może choć trochę odpocząć.
  • awatar Kate - Writes: A co się stanie jak się obudzi? Kiedy next?
  • awatar Lisa Angels: Deklaruję się, że uwielbiam Akiego :D Nie ważne co teraz zrobisz jest moim ulubieńcem ever! Co nie zmienia faktu, że jest niezdecydowany jak... no... mniejsza. Powinien się cieszyć, że załatwiła mu takie genialne spotkanie, które wprowadziło zakon czarnej róży w wielkie zakłopotanie :D Podoba mi się motyw z ślepym koniem (Shiro :D), jednak sam dialog go dotyczący wydał mi się taki wymuszony... :/ No cóż, może to tylko moja wyobraźnia, czekam na next :D
Pokaż wszystkie (2) ›
 

sallylou
 
Ilość doprawdy żałosna, ale musiałam napisać zanim uciekłyby mi resztki weny :D

Rozdział VII

Sytuacja była co najmniej niezręczna. Mei stała na środku pokoju nie mogąc uciec temu wariatowi, który uwidział sobie, że będzie mu służyć.
- Jak tu wszedłeś? - rozpaczliwie rozglądała się za czymkolwiek w co mogłaby się ubrać. Zgarnęła z oparcia krzesła długi płaszcz i szybko narzuciła na siebie. Natręt na łóżku zignorował jej zażenowanie skupiając się na konsumpcji posiłku.
Mei zmarszczyła brwi.
- Głuchy jesteś? - syknęła. Nie rozumiała czemu, jej podświadomość wmawiała jej, że nogi są ciężkie jak kamień i nie może się ruszyć z miejsca. Słowa Akiego, aż tak silnie na nią oddziałowy wały?
Dopiero teraz młodzieniec podniósł wzrok. Odłożył pustą już miskę na stolik i oparł głowę na łokciach.
- To chyba oczywiste, że wszedłem oknem. Każdy głupi to potrafi - odparł ze stoickim spokojem - Podziwu godne - dodał cicho.
- Co? - spytała dziewczyna niezbyt rozumiejąc bezsensowne gadanie intruza.
- Byłem pewien, że zaczniesz wrzeszczeć, albo rzucisz się na mnie.
Mei prychnęła wściekła na tego bezczelna.
- Nie jestem idiotką - dziadek nauczył ją reagowania na podobne sytuacje. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie przewidział, że może jej się coś takiego przytrafić - Mogę usiąść?
Akihiro uniósł brew.
- Proszę bardzo. Tylko z łaski swojej nie próbuj żadnych sztuczek. Chyba, że chcesz by tej starej służce życie skończyło się nieco wcześniej.
- Grozisz Olivii, wkradasz się do mojego pokoju i żądasz widzenia z członkami Róży. O co w tym wszystkich chodzi?
- Pozwól, że zacznę od początku. I przeproszę za moje zachowanie, ale jestem do tego zmuszony.
- Nie obchodzi mnie to - wtrąciła się Mei - Nie usprawiedliwia cię to z faktu, ze zjadłeś moją ciężko zapracowaną kolację.
Błogosławiony uśmiechnął się szeroko.
- A myślałem, że Przeklęci to wieczne ponuraki. Jeszcze okaże się, że potrafisz się śmiać.
- To nie było żartobliwie, naprawdę jestem zła. Z przyjemnością bym wyrwała ci język, ale brzydzę się takimi jak ty.
- I wzajemnie potworzyco, aczkolwiek muszę przyznać, że jesteś bardziej cywilizowana niż sądziłem. No mniejsza, chciałem powiedzieć, zanim mi przerwałaś, że jest mi przykro. Z reguły nie uciekam się do tak brudnych sztuczek. Jednak chciałem porozmawiać z kimś bliskim księciu Linowi i Czarnej Róży. Proszę o pomoc.
- Przeliczyłeś się carewiczu. Książę jest zbyt zajęty by rozmawiać ze sługami, a ja mam masę pracy. O Róży nic nie wiem. Na darmo łaziłeś po murach jak jaszczurka. Teraz możesz wyjść.
- I wrócić do służenia królowi Northen? Musisz mnie wysłuchać. Mój ojciec choruje, a ta parszywa gnida będzie chciała wykorzystać okazję i zniszczyć Cesarstwo Sint. Jestem tam jednym z nielicznych Błogosławionych, a nasza armia jest słabsza niż norteński legion. Chcę wrócić do domu i pomóc rodzinie? Mam dosyć niewolniczego życia w służbie królowi Hektorowi. Żyję jak pies.
- A to nas nazywają kundlami księcia - mruknęła pod nosem Mei, ale historia opowiadana przez Akiego zaczęła ją wciągać. Zwłaszcza, że jego snobistyczny ton złagodniał nieco.
- Tak czy inaczej - kontynuował niewzruszony carewicz - chciałem zwrócić się o pomoc do księcia Lina. Jego ojciec jest dalekim kuzynem mojego, więc to prawie rodzina. Ale nie dam rady zbliżyć się do niego jeśli najpierw nie przekonam do siebie członków organizacji.
- Jeśli myślisz, ze ja ci pomogę to się grubo mylisz. Już mówiłam nie chcę mieć do czynienia z takimi jak wy.
- Oj proszę - ku jej wielkiemu zaskoczeniu poderwał się i złapał ją za rękę trzymając w uścisku - Bardzo proszę -  mina zbitego psiaka wychodziła mu doskonale - Ja nie jestem taki jak oni - przyklęknął.
- Jesteś zdecydowanie od nich głupszy - jęknęła dziewczyna szarpiąc się bezskutecznie i przeklinając swe rozkojarzenie. Nigdy nie powinna mu pozwolić podejść tak blisko - Puszczaj!
Miała wielką ochotę kopnąć go i złamać nos, ale widok płaszczącego się przyszłego władcy był dość satysfakcjonujący. Albo Aki był doskonałym aktorem, albo właśnie płaszczył się przed naturalnym wrogiem.
Ta myśl sprawiła, że nie wytrzymała i roześmiała się. Znowu jego zachowanie doprowadziło ją do rozbawienia. Dziadek zabił by ją za brak trzeźwości umysłu.
- Wstawaj, wasza wysokość. Zgadzam się. Zaprowadzę cię do mojego dziadka i wyjaśnię całą sytuację - widziała doskonale skrawek materiału, który widniał za oknem. Mignął jej już wcześniej, ale teraz był widoczny cały czas.
- Dziękuję - spojrzała w jasne oczy młodzieńca, które zalśniły radością i… nadzieją.
Było jej przykro. Ale i tak wykręciła mu rękę i kopnięciem posłała na podłogę.
Aki wydawał się być lekko zaskoczony, ale szybko się opanował. Podniósł się z ziemi szybciej niż jakikolwiek człowiek mógłby, jednak zanim cokolwiek zrobił przez okno do pomieszczenia wskoczyła ubrana na czarno postać w masce. Błyskawicznie zaatakowała Akiego, który  ostatniej chwili uchylił się przed krótkim ostrzem skierowanym ku jego gardłu. Nie miał przy sobie najwidoczniej broni, gdyż ciosy odparowywał gołymi rękami.
Mei ze spokojem patrzyła jak niespodziewany przeciwnik carewicza zyskuje przewagę nad nim i ciska nim o podłogę. Chłopak aż sapnął, gdy ciężki but przygwoździł go do podłogi, jednak nie zrezygnował z walki. Wywinął się zręcznie i zasypał zamaskowanego przeciwnika gradem ciosów.
Potworzyca westchnęła widząc jak ubrany na czarno mężczyzna pochyla się coraz bardziej.
- Aki - wrzasnęła i rzuciła się w stronę Błogosławionego. Ten odwrócił się dopiero w ostatniej chwili, a wtedy jego przeciwnik wykorzystał okazję i uderzył pięściami w głowę.
Różnooki zrobił zdziwioną minę i runął na podłogę jak długi.
- Nieuczciwe chwyty, Mei? Nie pomogłaś starcowi walczyć - mężczyzna wyprostował się z stęknięciem i zsunął maskę z twarzy.
- Dziadku, sam powiedziałeś, żebym nie mieszała się do bójek, dopóki nie będę gotowa - uśmiechnęła się do Tadakiego, który zamrugał zbity z tropu.
- Obracasz moje słowa, przeciw mnie - mruknął cicho - Dlaczego mi nie powiedziałaś, że prześladuje cię on?
-Bo dopiero dziś dowiedziałam się o jego istnieniu. Jest nieszkodliwy, ale dziecinny i głupi.
- Nigdy nie lekceważ przeciwnika, dziecko. Ktoś kto tak walczy jest bardziej niebezpieczny niż sądzisz - nachylił się nad nieprzytomnym Błogosławionym - Swoją drogą źle się zabierasz za odpytywanie. To ty powinnaś go szantażować, a nie on ciebie.
- Słyszałeś wszystko?
- Śledziłem go od kiedy zaczął się tu kręcić. Sprytny jest, ale nieostrożny. Nie zauważył mnie.
- Czemu go wcześniej nie powstrzymałeś, tylko pozwoliłeś mu wejść tu? - nie rozumiała czemu tak wyszkolony strażnik jak jej dziadek postąpił w ten sposób.
- To część szkolenia. Musisz zrozumieć, że nigdzie nie jesteś bezpieczna i zawsze powinnaś być czujna. Nie zawsze ci pomogę.
- On umie sprawić, że ciało odmawia posłuszeństwa - westchnęła patrząc jak Tadaki wiąże Błogosławionego.
- Tylko jeśli umysł pozostaje otwarty. Tacy jak on potrafią wmówić rozumowi rzeczy, które nie mają miejsca. Na mnie jego manipulacje nie działają.
- Co z nim zrobimy?
- Ostrzegłem członków Róży i niedługo tu przybędą. Oni zdecydują co należy zrobić. Ty w tym czasie idź do stajni i zajmij się moim wierzchowcem. Służba już śpi, a ja będę miał teraz co innego na głowie.
- Dobrze dziadku - pochyliła się w ukłonie i wyszła niezwłocznie rzucając tyko ostatnie spojrzenie na postać leżącą na ziemi. Oszukał ją jego uroczy wygląd i wesoły uśmiech, dopiero teraz zrozumiała, że była w jednym pokoju z doskonałym wojownikiem. Zgarnęła jeszcze przyzwoite ubrania i ruszyła w stronę stajni.
Pomimo wydarzeń z całego długiego dnia jej oczy się kleiły. Jednak gdy dotarła do stajni ożywiła się. Złocisty Topaz od razu powitał ją rżeniem, choć reszta koni spała. Właściwe do chwili, kiedy odezwał się jej koń, bo teraz zaczęły się wybudzać i rozglądać zaniepokojone.
Poklepała kark swojego niepokornego konia, który próbował złapać ją za włosy i weszła do boksu obok. Tadaki musiał wracać szybko bo nawet nie zdążył zdjąć siodła. Szybko pozbawiła konia niepotrzebnego ciężaru i zdjęła ogłowie co zwierzę przyjęło z wdzięcznością. Wyszczotkowała jego sierść, starając się zrobić to jednocześnie szybko i starannie. Oporządziwszy konia wyszła i już miała skierować się do wyjścia, gdy dostrzegła mleczne jakby zasnute mgłą oczy.
Wierzchowiec Akiego.
Podeszła bliżej by przyjrzeć się potężnemu bojowemu karoszowi, który zaczął przebierać nogami i wstrząsać długą grzywą.
- Czy żaden koń mnie nie lubi? - prychnęła Mei, ale niezrażona wrogością podeszła bliżej. Ciekawiły ją te niespotykane oczy.
- Nie skrzywdzę cię - szepnęła cicho chcąc się lepiej przyjrzeć.
Koń parsknął wrogo, ale obwąchał jej wyciągniętą rękę. Musiał być doskonale wytresowany bo zaraz grzecznie  się odsunął i nie próbował odgryźć jej palców tak jak Topaz. Jeden krok wystarczył by Mei zauważyła, że ze zwierzęciem jest coś nie tak. Zachwiał się, a później choć zachował równowagę kołysał się delikatnie na boki. Spojrzeniem omiatał całe pomieszczenie stajni, ale nie skupiał na niczym wzroku.
Dopiero po chwili połączyła kolor oczu i dziwną niepewność stworzenia. Pupil carewicza był ślepy.
Nie mogła zrozumieć, czemu ktoś kto stoi tak blisko władcy i na dodatek dziedziczy cesarską koronę ma takiego konia. Pomyślała o tym jak Akihiro zrugał ją za niedbałość o zdrowie Topaza. Wtedy w jego oczach tlił się prawdziwy gniew. Przypomniała sobie co mówił o koniach.

“Są mądrzejsze od ludzi”


Jednocześnie pokazał pogardę dla zwykłych obywateli Wschodu i jednocześnie kochał zwierzęta. Dziwny typ.
Przeklęta pokręciła głową, gdy poczuła, że zaczyna zasypiać na stojąco.
- Głupie myśli mi przychodzą do głowy ze zmęczenia - mruknęła do samej siebie i ruszyła z powrotem do zamku. Musiała znowu się wykąpać, odnaleźć dziadka i dowiedzieć się kim właściwie jest ten Błogosławiony. Tej nocy nie odpocznie.
Uniosła głowę ku gwiazdom rozświetlającym czarne niebo.
- Dlaczego mam takiego pecha? - skierowała się do nich z rozpaczliwym pytaniem
  • awatar Kate - Writes: co, dlaczego żałosne? mi się podobało. Na lepszy komentarz nie licz, bo cisną i idę zakuwać biologię do konkursu.
  • awatar Zakira Luna: DZieję się dzieje! Czyta się bardzo szybko, czekam na ciąg dalszy- mam nadzieję że teraz będziesz już dodawać regularnie :)
  • awatar Lisa Angels: Bez bicia przyznaje się, że przeczytałam, jak tylko wstawiłaś. Ale miałam lenia i nie zostawiłam komentarza :D A więc... A to niegrzeczne urwisy. Mei ukarała go za kolację i za podglądanie. Ale nie ważne czy Aki jest dobry czy zły(bo zwykle nie posługuję się tymi kryteriami) bo zaskarbił sobie moją sympatię. Uwielbiam go :D
Pokaż wszystkie (3) ›
 

sallylou
 
Rozdział VI

Czas wydawał się stanąć w miejscu. Mei czuła jak palące spojrzenie Błogosławionego rani ją. Z wysiłkiem przemogła się i spojrzała w różnokolorowe oczy.
- Bawi cię to? - warknęła. Jeśli ma tu umrzeć to chociaż powinna z godnością. Choć właściwie straciła ją z chwilą, gdy ten nieznajomy zapanował nad jej ciałem.
- Nie - jego odpowiedź była szczera. Przymknął hipnotyzujące oczy - Ale nie uciekniesz mi dopóki nie dowiem się paru rzeczy.
Jeśli myślał, że cokolwiek mu powie to grubo się mylił.
- Wyjaśnij mi o co tu chodzi? - nie zamierzała kulić się jak karny psiak.
- Usiądź - wskazał na ziemię i sam opadł opierając się o swojego mlecznookiego konia, który położył się opierając głowę na ramieniu swojego pana. Chłopak poklepał go machinalnie po chrapach.
Mei poczuła jak jej nogi robią się jak z waty i uklękła. Moc Błogosławionego nie pozwalała jej na jakikolwiek sprzeciw.
- Jesteś wnuczką Tadakiego Mishimori?
- Wywnioskowałeś to z faktu, że powiedziałam ci wcześniej, że moim ojcem jest Pride. Bystry jesteś.
Nie patrzyła na niego, ale wyczuła jego rozbawienie.
- Nie boisz się?
- Przeczuwam, że zabijesz mnie i tak - odparła siląc się na spokojny ton, choć serce tłukło się w piersi, a każdy oddech wzmagał strach.
- Dygoczesz jak króliczek we wnykach - wydawał się być z tego faktu zadowolony - Spójrz na mnie.
Z wysiłkiem uniosła głowę. Chciała go zabić za to, że zrobił z niej bezwolną marionetkę.
Ale dopiero teraz mogła przyjrzeć się mu z bliska i dostrzegła jego prawdziwe oblicze. Błogosławiony był niewątpliwie młodszy niż wzięła go na początku. Mógł dopiero ukończyć dwadzieścia lat. Jego twarz pozbawiona była jakiejkolwiek skazy, a przymknięte oczy nie sprawiały już tak przerażającego wrażenia. Szczery chłopięcy uśmiech odmienił jego oblicze nadając mu troszkę uroku, którego wcześniej nie dostrzegła. Długie czarne włosy miał związane na karku, ale kilka nieposłusznych kosmyków opadało na twarz.
- I co? - spytał przerywając jej kontemplacje na temat jego wyglądu.
- Wyglądasz jak kot, który patrzy na słońce.
Takiej odpowiedzi się najwidoczniej nie spodziewał bo zakaszlał zaskoczony, a oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Nie wyglądał tak groźnie jak wcześniej.
- W takich sytuacjach mówi się, że wygląda się pięknie. Nie jestem piękny? - to pytanie byłoby zabawne, gdyby nie fakt, że młodzieniec był szczery.
Przerażenie wyparowało zastąpione zażenowaniem. Gość, którego wzięła za niebezpiecznego dręczyciela był tylko zadufany w sobie wesołkiem.
- Co za wstyd! - jęknęła zanim zdała sobie sprawę, że wypowiedziała to na głos.
Błogosławiony uniósł brew.
- O co ci chodzi?
- Nie ważne - teraz była zła na siebie, że kontrolował ją taki idiota - Jak ci na imię?
Jej dziwaczny towarzysz wstał i wyprostował się.
- Pierwszy syn cesarza Sint, dziedzic tronu rodu Kimura, Akihiro Hayao Kimura.
Przeklęta spojrzała na niego zaskoczona. Kąciki ust zaczęły jej drżeć, kiedy patrzyła na poważne oblicze różnookiego. Choć wiedziała, że popełnia błąd zaczęła się śmiać.
- Co cię bawi? - zdziwiony głos z góry tylko nasilił atak śmiechu. Mei upadła na trawę zaciskając dłonie na brzuchu, a z jej oczu popłynęły łzy.
- Takiej głupoty nie słyszałam dawno - odparła nie mogąc przestać chichotać. Topaz prychnął spoglądając na nią. Jego pełne dezaprobaty spojrzenie wyrażało politowanie w stosunku do swojej pani.
- Głupota? - głos rzekomego Akihiro podniósł się o kilka tonów - Mówię prawdę, więc nie śmiej się potworzyco.
Uwolniona od jego rozkazów dziewczyna podniosła się i chwyciła wczesnej upuszczony sztylet. Zmrużyła oczy spoglądając na niego z pogardą.
- Nie uwierzę, że cesarski syn służy władcom Northen. Głupie zagranie.
Jej słowa starły resztki radości z jego twarzy. Zmarszczył brwi. Zdjął z reki pierścień i rzucił w nią. Mei złapała ciężki sygnet. Nie różnił się niczym szczególnym od innych ozdób bogaczy. Obróciła go gdy w środku błysnął jej srebrny znak. Przyjrzała się uważnie. Przedstawiał on maleńkiego ptaka z misternie wykonanym długim ogonem.
- To feniks - mruknął usłużnie Błogosławiony - Znak rodu…
- Kimura - mruknęła pod nosem Przeklęta. Miesiąc wcześniej jej dziadek kazał się nauczyć wszystkich symboli najważniejszych państw Wschodu. Feniks symbolizował Sint.
- W porządku - zwróciła Akihiro jego własność - Wasza cesarska mość miała rację - dodała niechętnie.
- Nie jestem żadną "cesarską mością". To mój ojciec - uśmiechnął się młodzieniec zakładając sygnet - Jestem po prostu Aki.
- To dla mnie zaszczyt. Dowiem się w końcu czemu mnie zmuszasz do tego bym tu stała? - spytała trochę grzeczniejszy tonem. Jak na razie dowiedziała się od niego, że jest carewiczem i zadufanym w sobie narcyzem. A wątpiła czy dręczył ją tylko po by zaczęła wychwalać jego urodę.
- Tak, dzika Mei. Chcę byś zabrała mnie na posiedzenie Czarnej Róży - oczy Akiego wyrażały wyrachowanie i chłodną inteligencję. Te dwa oblicza Błogosławionego zaczęły ją niepokoić. Ale bardziej zastanawiający był fakt skąd w ogóle wie on o tej organizacji. Tadaki twierdził, że wiedzę o niej posiadają tylko zaufani członkowie. Jego wnuczka nie miała jeszcze wstępu na ich obrady, więc nie wiedziała na czym to polega. Dziadek milczał na ten temat.
- Przykro mi - postanowiła nie pytać skąd w ogóle wie o Czarnej Róży - Mam zakaz wstępu, więc ci nie pomogę. Nawet gdyby chciała.
- Mei - nadąsany głos chłopca z wyższych sfer działał jej na nerwy. Przymilny uśmiech kontrastował z twardym spojrzeniem.
- Nie - cofnęła się, gdy podszedł bliżej. Zerknęła na Topaza, który spokojnie pasł się nie zwracając na nią uwagi. Skoczyła w jego stronę i z rozpędu wskoczyła na jego grzbiet. Ale zanim złapała wodze poczuła, że traci równowagę i ześlizgnęła się po boku konia uderzając głową w ziemię. Oszołomiona próbowała się podnieść, ale jej stopy wciąż tkwiły w strzemionach siodła, które teraz przekręciło się na brzuch konia.
Akihiro przykucnął nad nią rozbawiony.
- Myślałaś, że tak sobie zwiejesz? Jesteś nieostrożna, potworzyło.
Upokorzenie zalało ją gorącą falą. Musiała wyglądać naprawdę głupio zwisając do góry nogami pod koniem.
- Co ty zrobiłeś? - próbowała się uwolnić, ale od uderzenia kręciło się jej w głowie.
- Poluzowałem popręg. Łatwo mona przewidzieć co zrobisz - nie zwracając uwagi na jej protesty pomógł jej się wyplatać i siłą postawił na nogi - Nie żartowałem. Chcę zapoznać się z członkami Czarnej Róży. Mam im coś do przekazania.
- Idź z tym do mojego dziadka - odparła potworzyca poprawiając siodło. Zacisnęła popręg tak mocno, że Topaz spojrzał na nią z wyrzutem.
- Sadystka - dobiegł ją głos carewicza - Nie mogę pójść do twojego dziadka bo mnie zabije. Tobie się to nie uda, dlatego zwracam się do ciebie.
Mei upewniła się, że wszystko jest w porządku z siodłem i odwróciła się do miauczącego cudaka.
- Pomyślę, ale za darmo nic nie ma - uśmiechnęła się do niego. Upuściła na ziemię swoją srebrną bransoletkę, prezent od Caroline.
Jak przewidziała Aki pochylił się by podnieść błyskotkę, a wtedy z całej siły trzasnęła go łokciem w czaszkę i nie patrząc na niego złapała Topaza za lejce. Tym razem bez problemu wskoczyła na siodło i uderzyła piętami boki zwierzęcia zmuszając do biegu. Dobiegły ją urwane przekleństwa i odwróciła się. Aki wstał chwiejnie rozmasowując czaszkę. W ręce trzymał bransoletkę, które pozwoliła jej uciec. Wrzasnął coś za nią, ale dziewczyna zasłoniła uszy zanim dobiegły ją słowa.
- Do domu - krzyknęła na złocistego rumaka, który posłusznie skierował się do miasta zostawiając w tyle Błogosławionego.
- Będą kłopoty - mruknęła ciszej, gdy oddalili się na bezpieczną odległość od chłopaka.

Gdy dotarła do bram było już zupełnie ciemno. A miała wrócić przed zmrokiem….
Zaprowadziła Topaza do jego boksu i oddała w opiekę chłopcu stajennemu, który patrzył na nią jak na jakieś dziwadło. Zignorowała dziecko i ruszyła do swoich pokoi. Była brudna i obolała. Warkocz dawno się rozpadł i teraz miała na głowie ptasie gniazdo. Kopniakiem otworzyła drzwi.
Stanęła zaskoczona w drzwiach.
- Co się dzieje? - spytała dziadka, który wstał z fotela.
- Droga wnuczko - zaczął ciepłym tonem, ale jego zielone oczy ciskały gromy - Poznaj proszę hrabinę Josephine Montiachi - odezwał się głośno, a potem szeptem dodał - Która czeka na ciebie od dwóch godzin, głupia.
Mei przeklęła się w duchu. Na śmierć zapomniała o spotkaniu z macochą Leona. Ukłoniła się siwowłosej kobiecie siedzącej w fotelu, czując jak policzki palą ją ze wstydu. Wyglądała jak prymitywna imitacja człowieka.
- Mei Mishimori? - nosowy donośny głos kobiety miał arystokratyczny akcent - To ty jesteś tą Przeklętą, która ma służyć księciu?
- Tak, proszę pani. Miło mi….
- Hańba! - Joshepine przerwała jej w pół zdania i spojrzała na nią surowo - Nie wstyd ci dziewczyno wyglądać jak ulicznica? Ty masz reprezentować godność swego ojca?
Dziewczyna uniosła głowę nie wiedząc co powiedzieć.
- Przepraszam - wyjąkała w końcu.
Dostojna matrona westchnęła ciężko.
- Będę miała masę pracy z tobą dziecko.
- Pracy? - dziewczyna kompletnie nie wiedziała o co chodzi.
- Hrabina Montiachi zgodziła się zostać twoją nauczycielką, Mei - wyjaśnił Tadaki.
- Przecież ty mnie uczysz - nie wyobrażała sobie statecznej damy wymachującej mieczem i skaczącej po drzewach.
- Służba jego wysokości Linowi to nie tylko bezmyślne walczenie - Josephine wstała i spojrzała na starca - Bez urazy oczywiście.
Tadaki skinął głową.
- Służenie władcy obejmuje szerszy wymiar nauk. Zapewne dziadek ci to mówił - kontynuowała kobieta - Ród Mishimori występuje również jako służba dyplomatyczna i wysłannicy w najdalszych zakątkach świata. To zadanie jest zlecane głownie kobietom ze względu na naszą szerszą perspektywę dostrzegania problemów i rozwiązywanie konfliktów metodą pokojową.
- Nasze? Rozumiem, że pani też jest strażniczką? - Mei wytrzeszczyła oczy.
- Nie - krzywy uśmiech zniekształcił surowe oblicze kobiety - Ale kiedyś byłam dyplomatką i wraz z twoim dziadkiem jeździłam po świecie w imieniu ówczesnego władcy, ojca Lina. Stare dobre czasy, nie uważasz Tadaki?
- Bezcenne wspomnienia - westchnął starzec i przeniósł wzrok na wnuczkę - Od teraz trening będzie dwa razy ostrzejszy. Będziemy wymagać od ciebie największego poświęcenia i wysiłku. Musimy być gotowi do ślubu lady Caroline z księciem. Istnieje obawa, że władcy Northen zamierają zaatakować młodą parę i zabić Przeklętych. Jako najbliżsi ludzie księcia pójdziemy na pierwszy ogień, Mei.
- Rozumiem - potworzyca wyprostowała się lekko. Już czuła zmęczenie na myśl o tym, ale nie miała już żadnego wyboru. Tak czy owak Błogosławieni będą chcieli ją unicestwić.

“Czy szlachcica nie interesuje jakiej krwi jest jego pies?”


Słowa Shi-ne powróciły do niej nabierając nowego znaczenia. Jeśli pozwolą Błogosławionym zarządzać Rithistad w najlepszym wypadku staną się psami nowych władców.
- Zbladłaś dziewczyno. Dobrze się czujesz? - w głosie kobiety zabrzmiała troska.
Mei uśmiechnęła się.
- W porządku. Lepsze to niż małżeństwo.

Gdy pożegnała się z hrabiną Montiachi i dziadkiem nareszcie mogła rozluźnić się i odpocząć. Poprosiła Olivię by przyniosła jej do pokoju posiłek i udała się łaźni zmyć z siebie kurz. Tym razem dopilnowała by woda była odpowiednio ciepła. Rytuał oczyszczania pozwalał się jej zrelaksować i odpocząć po wykańczającym dniu. Dopiero teraz zaczęła odczuwać ból mięśni i ran, które paliły żywym ogniem. Miała przeczucie, że następny dzień będzie naprawdę ciężki.
Gdy w końcu z trudem wyszła z kąpieli poczuła, że ogarnia ją błoga senność. Miała tylko kilka godzin by nadrobić braki we śnie i zamierzała je wykorzystać w pełni. Nie troszczyła się już by rozczesać włosy, które przedstawiały się jeszcze żałośniej niż przed myciem. Zarzuciła cieniutką koszulę, która nie sięgała jej nawet do połowy uda i udała się do swojej sypialni mając nadzieję, że danie wyproszone u służącej jest smaczne. Otworzyła drzwi i uderzył w nią podmuch chłodnego nocnego powietrza. Olivia nie zamknęła zapewne okna. Mei zamknęła je z powrotem i odwróciła się w stronę łóżka.
Zamrugała parę razy nie rozumiejąc co widzi.
Na jej pięknej pościeli siedział z podwiniętymi nogami czarnowłosy młodzieniec, którego długie pasma opadały na plecy targane łagodnymi podmuchami wiatru.
- Co? - jęknęła zaskoczona Mei, a intruz podniósł głowę znad parującej miski.
- Cześć - odezwał się z pełnymi ustami i uśmiechnął szeroko. Z trudem przełknął spory kęs potrawki - Zgłodniałem trochę, nie gniewasz się?
- Jak mnie znalazłeś? - Mei chciała się cofnąć do drzwi.
- Stój - odparł wesoło chłopak, a rozpuszczone czarne włosy odsłoniły jego zimne oczy - Nie myśl sobie, że możesz tak uciekać przede mną, Mei - wymruczał zadowolony Akihiro.

*  *  *  *  *

Przepraszam, że tak kaleczę tu ortografię i interpunkcję, ale jeszcze jestem nieprzytomna :D
  • awatar Lisa Angels: Chyba jeszcze bardziej polubiłam Aikiego i coś czuje, że zostanie on moją ulubioną postacią. Chociaż, na miejscu Mei nie darowałabym mu tego, że ukradł jej kolacje... i do tego podglądał. No cóż jest kobietą, a mając jedynie koszulkę na sobie musi czuć się nie zręcznie. Współczuję jej nauki z Josephine to zapewne będzie katorga.
  • awatar Kate - Writes: A wiesz, ze jakoś na błędy nie zwróciłam uwagi? Hehehe, Mei pozbawiona kolacji. współczuję jej. zapraszam do siebie na nowe rozdziały i informacje o fanfiction ;)
  • awatar Paulai: Świetne! *.* Wbijaj do mnie ;)
Pokaż wszystkie (4) ›
 

sallylou
 
Wracam do opowiadania o Mei, bo za rzadko wstawiam rozdziały. Wybaczcie moje karygodne błędy, ale padam na twarz.

Rozdział V

- Olivio, przestań proszę - Mei niemal wrzasnęła, gdy jej opiekunka polała ręce piekącym roztworem. Palce jej się trzęsły, ale na szczęście po chwili skaleczenia ponownie zaczęły krwawić wypłukując zanieczyszczenia.
- Jak mogła panienka zostawić rany nieodkażone? - stara służąca patrzyła na dziewczynę z naganą - W tym klimacie nie trudno o zakażenie. Chciałabyś by musieli amputować ci dłonie, z powodu własnej głupoty?
Mei spojrzała na nią przepraszającym wzrokiem. Od kiedy przybyła do Danarosso nieustannie była sforsowana przez energiczną staruszkę. Życie na Wschodzie różniło się znacznie od takiego, jakie prowadziła w swoim niegdysiejszym domu.  Po części to była wina reżimu, który narzucił jej dziadek jednak zauważyła, że wszyscy mieszkańcy mają specyficzną tradycję i inne podejście do życia niż ludzie z Zachodu. Tu wszyscy, bez szemrania wstawali wcześnie oddając się swoim obowiązkom, nieważne, czy było się hrabią, czy zwykłym rolnikiem.
- To co tym razem było? - Olivia westchnęła obracając nadgarstek podopiecznej na którym widniały ciemne siniaki.
- Tadaki kazał mi się wspinać po linie - westchnęła Przeklęta, czując nieznośny ból barku. Ćwiczyła dopiero od trzech miesięcy i jej mięśnie wciąż były słabe. Już nie mówiąc o strachu, który towarzyszył jej podczas ćwiczeń. Dziadek naprawdę się starał, by jego wnuczka opanowała wszystkie umiejętności w jak najkrótszym czasie. Musiała codziennie jeździć konno, na swoim nowym wierzchowcu, który był narowisty, niepokorny i wielką radość sprawiało mu zrzucanie właścicielki z siodła.  
- To specjalny gatunek - powiedział jej kiedyś stajenny - Te konie są uparte i dzikie, jednak należą d najbardziej wytrzymałych i mądrych. Trzeba je tylko przekonać do siebie.
Jak na razie dziewczyna nie zaskarbiła sobie sympatii izabelowatego rumaka o imieniu Topaz. Złocisty koń traktował ją jak intruza.
Oczywiście opieka nad zwierzęciem była jedynie wierzchem góry lodowej. Tadaki od samego początku traktował swą uczennicę surowo i był bardzo wymagający. Zdumiewające jak jego zielone oczy nabierały groźnego charakteru, gdy stał z ostrym mieczem pokazując jej pchnięcia i parowania.  Jej własny miecz był doskonale wyważony i cienki, dzięki czemu mogła go używać. Piękne złociste ostrze niestety na czas ćwiczeń zostawało w komnacie, lepiej nadawało się na przyjęcia niż tarzanie po brudnej ziemi. Ćwiczenia z długim ostrzem należały do najprzyjemniejszych. Poza nim musiała opanować walkę krótkimi nożami i strzelanie z łuku. Ale największą uwagę starzec przykładał do walki wręcz.
- Nidy nie możemy być pewni, kiedy nastąpi atak i jaki będzie miał charakter. By służyć naszemu władcy musimy być wszechstronnie wykształceni. Poza walką i zabijaniem musimy rozwijać się też od strony nauki. Służymy księciu Linowi jako doradcy i tłumacze. Nasza pozycja w Rithistad jest wysoka dzięki przychylności władcy. Tylko dlatego jesteśmy w miarę chronieni przed Błogosławionymi.
Uwielbiani przed lud Błogosławieni rozpanoszyli się po włościach księcia, korzystając z przywileju swojego władcy. O ile poddanych Lina Mei ignorowała, to przybyszów z Northen unikała jak tylko się dało. Zwłaszcza Shi-na, który korzystał z każdej okazji by ją upokorzyć.
- Denerwuje mnie to, że kpią z nas, wiedząc, że nie możemy im nic zrobić - mruknęła kiedyś, gdy jacyś młodzi różnoocy przebiegli obok nich wyzywając od psów króla.
- Jego Wysokość zabronił nam wdawać się w sprzeczki z nimi. Nie chce doprowadzić do umocnienia wrogich relacji między naszymi państwami. Król Set z Northen traktuje Błogosławionych jak własne dzieci. Nie możemy im nic zrobić - Tadaki spojrzał surowo na wnuczkę - Pod żadnym pozorem nie dawaj mi pretekstów, do tego by zwrócili się do swego króla.
Tak więc robiła. Zresztą i tak dużo czasu nie miała by spacerować po pałacu, bo ćwiczenia zajmowały jej cały dzień, a potem wracała do swoich pokoi i i od razu zasypiała. Jednak nie mogła narzekać. Nie chciała dawać ludziom powodu by nazywali ją pasożytem, a jeszcze bardziej nie chciała wracać do Trias. Niechybnie matka zmusiłaby ją do małżeństwa…
Z rozmyślań wyrwała ją Olivia, która zaczęła bandażować pokaleczone ręce.
- Nie trzeba - mruknęła Mei. Opatrunek mógł przeszkodzić jej w treningu, a ostatnie o czym marzyła to zrzędzenie dziadka.
- Mam ją przytrzymać i zakneblować Olivio? - dziarski głos wyrwał potworzycę z otępienia.
- Leon, czy ty zawsze musisz wchodzić bez pukania? - westchnęła odwracając się do przybysza.
Wicehrabia zmrużył oczy.
- Znowu dziecko sobie kuku zrobiło? Doprawdy nie wiem jak Tadaki z tobą wytrzymuje na treningach. Od początku ćwiczeń nazbierałaś więcej siniaków niż ja przez całe życie.
- Co panicz tu robi? - służąca wyprostowała się z cichym jękiem i zebrała zakrwawione chustki i środki dezynfekujące.
- Od przybycia świty z Northen służba nie ma czasu na nic i najwidoczniej zostałem chłopcem na posyłki - mina Leonarda mówiła sama za siebie, co myśli o tak niegodnej roli. Wyjął zza połów płaszcza plik listów - To do Mishimori. Przekażesz dziadkowi? - podał dziewczynie.
- W porządku - dopiero teraz zauważyła, że ubrany jest jak do podróży - Wyjeżdżasz gdzieś?
- Tak, wracam do hrabstwa ojca. Muszę mu pomóc ogarnąć lenna i rozdzielić ziemię między rolników. Wrócę dopiero na ślub księcia z lady Caroline.
- Szkoda - Leon był jedną z niewielu osób, które rozmawiały z nią bez skrępowania i pogardy - Nudno będzie bez twoich złośliwości - uśmiechnęła się.
- No ja myślę. Do zobaczenia, Mei - skinął głową i wyszedł.
- Przypadłaś paniczowi do gustu - Olivia podeszła do stołu i zaczęła energicznie go przecierać ściereczką.
- Naprawdę? - Mei uniosła sceptycznie brew - Tak, pan hrabia, ma się na kim wyżyć.
- Niech panna nie żartuje. Jeszcze panicz się oświadczy i wylądujesz w ślubnym kobiercu zaraz po lady Caroline.
- Olivio, proszę cię. Jestem tu trochę ponad trzy miesiące i nawet nie myślę o ślubie. Mam służyć władcy, a nie mężowi. Muszę się skupić na nauce.
- Te dzikie włosy będą kusić wielu mężczyzn - Olivia zaczęła splatać niesforne kosmyki w warkocz - Lepiej byłoby, gdybyś miała męża.

Kilka godzin później dziewczyna wraz z Tadakim ćwiczyła. Słońce niemiłosiernie parzyło odsłoniętą skórę, a ziemia pod stopami wydawała się być rozgrzana do czerwoności. Pot zalewał oczy dziewczyny, a jej ciosy nie dosięgały starca który pomimo wieku był szybki jak wąż. Dopiero po godzinie udało się jej dosięgnąć kopniakiem ramienia wojownika i wtedy dopiero zarządził przerwę.
Usiedli w cieniu rozłożystego drzewa rosnącego na rogu placu.
- Nie daję sobie rady - wyzipała wykończona dziewczyna - Jak na staruszka, jesteś szybki, dziadku?
Tadaki spojrzał na nią krzywo.
- To efekt treningów i odmiennego stylu życia. Starość na Zachodzie wygląda inaczej, prawda?
- Ta tam tylko się narzeka i leży całymi dniami - Mei przywołała obrazy codzienności z Trias - Starość to wieczne zrzędzenie.
- U nas jest inaczej. Każdy etap życia jest dla nas ważny. Panują tu surowsze zasady, ale jednocześnie jest tu lepiej niż tam.
Mei westchnęła zadała pytanie, które ją gryzło od rozmowy z Olivią.
- Czy mogłabym normalnie wyjść za mąż i jednocześnie pracować?
Tadaki spojrzał na nią, a szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy.
- Dopiero co uciekłaś od małżeństwa, a teraz zmienisz zdanie? Ktoś ci się oświadczył?
- Nie - dziewczyna zaprotestowała gwałtownie czując jak palą ją policzki - Na szczęście nie. Ale chciałabym wiedzieć…
- Czy jeśli ktoś poprosi mnie, jako twojego dziadka,  o twoją rękę możesz się ze mną nie zgodzić? Owszem.
- Na prawdę ?
- Jesteś moją wnuczką, a nie niewolnicą. Myślę, że sama powinnaś już decydować o tym jak chcesz pokierować swoim życiem. Wystarczy, że wiąże nas przysięga z władcą. Bardziej krępować cię już nie chcę.
- Cieszę się, że tak mówisz - dziewczyna poczuła, że ulżyło jej. Była bardziej niezależna niż sądziła
- O coś jeszcze chciałaś spytać?
- Kiedy zakończę trening?
Dziadek uniósł brew sceptycznie.
- Strasznie ci się spieszy. Dopiero go zaczęłaś…
- Wiem, ale wolałabym wiedzieć ile czasu może mi to zająć.
- Całe życie, Mei. Nigdy nie kończymy treningu, bo nigdy nie osiągamy doskonałości. Ćwiczymy, aż do śmierci.
- Źle sformułowałam pytanie. Kiedy zacznę na poważnie pracować?
- Kiedy uznam, że jesteś gotowa. No na dzisiaj koniec, muszę sprawdzić listy, które i przyniosłaś. Weź Topaza na przejażdżkę, przyda mu się trochę ruchu.
- On mnie nie lubi - skrzywiła się Przeklęta na samą myśl o wsiadaniu na grzbiet nerwowego wierzchowca.
- To twój jedyny koń. Potratuj go uprzejmiej, a zobaczysz, że nie jest tak zły.
- W porządku - wstała i pochyliła głowę - Dziękuję dziadku.
- Nie gadaj bzdur. Chyba za mało cię bolą ręce skoro wygadujesz. Idź już, tylko wróć przed zmrokiem. Hrabina Montiachi przybyła i chce się z tobą spotkać.
- Montiachi… - nazwisko coś mówiło dziewczynie jednak niezbyt wiedziała co.
- Macocha Leonarda. Bardzo surowa kobieta, więc nie waż się spóźnić. Bądź w zamku już przed dziewiątą.
- Dobrze. Do zobaczenia.
Biegiem wpadła do swojej komnaty i zrzuciła ubrania treningowe. Wciągnęła szybko ciemnozielone szarawary i krótką bluzkę n którą narzuciła czarny płaszcz. Do paska przytroczyła sztylet, jednak miała nadzieję, że nie będzie jej potrzebny. Wybiegła z pokoju tak szybko jak wbiegła.
W stajni stał jej złocisty rumak o kremowej grzywie i wyjątkowo złośliwym usposobieniu. Od razu, gdy ją zobaczył zaczął parskać i kulić uszy.
- Spokój - dziewczyna podeszła do jego boksu i wyciągnęła rękę z jabłkiem - Dostaniesz jeśli będziesz grzeczny.
Topaz spojrzał na owoc z zainteresowaniem. Wcześniej stajenny wyjaśnił jej, że ogier przepada za takimi przysmakami, więc postanowiła go przekupić.
- No zjedz - Mei przysunęła rękę do jego rozdętych chrap - Bądź grzecznym chłopcem.
Pokusa wygrała i jabłko zniknęło między potężnymi zębami. Zwierzę spojrzało na dziewczynę z nadzieją, ale zignorowała jego spojrzenie i założyła uzdę i siodło, korzystając z okazji, kiedy Topaz szukał jedzenia.
Z dużym trudem wyprowadziła izabelowatego konia na zewnątrz i poklepała po szyi. Koń skulił uszy i pokazał zęby.
- Jabłuszko? - Mei zamachała kolejnym owocem przed oczami rumaka, który prychnął oburzony, ale wziął owoc i pozwolił jej wsiąść na swój grzbiet.
- Łatwo cię przekupić - uśmiechnęła się zadowolona Przeklęta i ściągnęła wodze - Pokaż mi, czy naprawdę jesteś godny pochwał, którymi cię obdarzył chłopiec stajenny.
Topaz zawrócił w miejscu i pomknął galopem do bramy. Dziewczyna pochyliła się w stronę jego szyi. Pokierowała go w stronę wejścia do miasta i po chwili znaleźli się poza murami. Mei postanowiła zaufać wierzchowcowi, który w przeciwieństwie do niej znał doskonale tutejsze tereny.
- Mam nadzieję, że nie zawleczesz mnie gdzieś daleko - poluzowała trochę wodze dając zwierzęciu możliwość wyboru kierunku.
Topaz biegł z gracją niemal nie dotykając ziemi. Długa grzywa falowała na wietrze, gdy skręcił z głównej drogi na trawiaste pola. Choć wciąż zmieniał krok próbując zrzucić Mei z grzbietu, nie było to tak narowiste jak wcześniej. Fakt, że może biec tam gdzie mu się podoba najwyraźniej sprawiał mu przyjemność.
Szkarłatne słońce zalewało łąki blaskiem, zmieniając zwykłe kwiaty w migoczące klejnoty. Jednak potworzyca nie umiała się nimi zachwycać tak jak kiedyś. Zbyt długo przebywała w towarzystwie surowego i prostego Tadakiego, który piękno widział w skromności.
Koń w końcu zwolnił do lekkiego elegancko stepu, pokazując swą rasową krew. Uwolniony od budynków i natłoku ludzi wydawał się ignorować dosiadającą go osobę i łapał ulotne chwile swobody.
Mei rozluźniła się widząc, że Topaz zapomniał o jej istnieniu i życiowym celu zrzucenia jej na ziemię i zadeptania. Spojrzała na niebo, które przybrało barwę różu i pomarańczy. Krążył na nim sokół niewątpliwie czyhając na nieostrożne gołębie, które przefruwały swawolnie nad ziemią. Nie zauważyła jak od strony lasu wyjechał jeździec.
Dopiero ciche parsknięcie wierzchowca odwróciło jej uwagę od pierzastego myśliwego. Spojrzała za siebie dostrzegając ciemnego konia przedzierającego się przez zarośla. Mignął jej srebrny pancerz postaci, która siedziała w siodle.
-  Kurcze - stała pośrodku szczerego pola, a kolor jej konia aż krzyczał z daleka swą jasną barwą. Jej podejrzenia się sprawdziły i tajemniczy jeździec skierował się w jej stronę.
W myślach przypomniała sobie jedno z pouczeń Tadakiego:

“ Jeśli nieznany ci jeździec kieruje się w twą stronę nie uciekaj, zwłaszcza jeśli uzbrojony jest w łuk. Z łatwością ci zestrzeli. Pozwól mu zbliżyć się na bardzo bliską odległość. Jeśli wykaże wrogi zamiary po prostu zwal go z siodła i dopiero wtedy uciekaj. Jeśli walczysz o życie nie ma czasu na honorową walkę, musisz korzystać z sztuczek i podstępu.”


Teraz słowa dziadka nie brzmiały tak mądrze jednak zawróciła wierzchowca i wyjechała naprzeciw obcemu. Zatrzymała się na odległości pięciu metrów.
- Stój - odezwała się pierwsza podnosząc do gór otwartą dłoń - Chcę widzieć twoją twarz.
Uspokoił ją nieco fakt, że przy siodle miał zawieszone ubite kuropatwy. Mógł to być jeden z pobliskich myśliwych.
Jednak, gdy nieznajomy odrzucił kaptur zrozumiała, że się pomyliła.
Spojrzała w różnokolorowe oczy. To był ten sam chłopak, którego spotkała na przyjęciu. Jedno oko miał w kolorze księżyca, drugie jak zimny lód. Jego przenikliwy wzrok kaleczył ją i nie pozwalał się przyglądać.
- Witaj panie - mruknęła nie chcąc zwady z Błogosławionym. Szarpnęła cugle i zmusiła konia by ominął potężnego wierzchowca o mlecznych oczach. Topaz parsknął i skulił uszy pod adresem konia. Najwidoczniej teraz zamierzał być solidarny z właścicielką.
- Stój - jego cichy głos  człowieka nieznoszącego sprzeciwu był tak samo zimny jak oczy. Odwróciła się do niego unikając spojrzenia.
- Nie chcę konfliktu - mruknęła cicho, jednak jej dłoń zacisnęła się mimowolnie na sztylecie. Wiedziała, że jeśli zaatakuje go, wina spadnie na jej stronę i czeka ją topór kata. W końcu ulubieńcy ludzi mieli znacznie wyższą pozycję niż psy księcia.
- Shi-ne twierdził, że jesteś dzika jak lisica, ale widz tylko tchórzliwego zająca - jego głos ociekał sarkazmem - Na dodatek głupiego.
Kiedyś Mei nie zniosłaby takiego traktowania, jednak teraz przyzwyczaiła się do tego.
- Czy wszyscy Błogosławieni czerpią radość z wyżywania się na kobietach? Krótko tu przebywam, ale doprawdy ciekawe macie zwyczaje.
Wzrok czarnowłosego młodzieńca stwardniał.
- Czy naprawdę wszyscy mieszkańcy Zachodu traktują zwierzęta z takim okrucieństwem jak ty? - zripostował.
- Słucham? - zaskoczona zapomniała o tym, że powinna uciekać.
Różnooki zsiadł z konia i podszedł do jej wierzchowca.
- Zsiadaj - warknął łapiąc uzdę tuż przy pysku. Gdy próbowała zaprotestować złapał ją za ramię i niemal zrzucił z konia - Nie wyrywaj się, idiotko - syknął niemal wykręcając jej nadgarstek - popatrz.
Pokazał jej metalowy łańcuszek przy popręgu, który służył do przypinania miecza.
- Widzisz, potworzyco? Jeszcze trochę, a spowodujesz otarcia na brzuchu konia. Te zwierzęta są bardzo delikatne - powoli odplątał metalowe ogniwa i przypiął na właściwe miejsce przy łęku.
Mei stała lekko zmieszana zachowaniem Błogosławionego. Wprawdzie potraktował ją niemal jak szmatę, ale przynajmniej jako jedyny miał ku temu powód. Jednak z żalem spojrzała na Topaza, który spokojnie stał pozwalając chłopakowi poprawiać siodło. Miała nadzieję, że chociaż ugryzie go w ramię, albo nadepnie na stopę. Zdrajca i to po tych pysznych jabłkach, którymi go poczęstowała.
- Gotowe - Błogosławiony poklepał złocistą sierść konia i odwrócił się do niej - Piękny koń, ale szkoda, ze go tak traktujesz.
- Przepraszam - wymamrotała zanim zdała sobie sprawę co robi.
- Jego przeproś.- westchnął zirytowany młodzieniec - Jak się nazywasz, potworzyło?
- Mei z klanu Mishimori - dziewczyna wyprostowała się. Zapomniała, ze powinna godnie reprezentować dziadka.
- Córka Pride'a? - uniósł pytająco brew, a gdy przytaknęła westchnął - Podobieństwa nie widać. On umiał zająć się swoim wierzchowcem.
- Dlaczego tak dbasz o konie? - nie mogła się powstrzymać od pytania.
- Są mądrzejsze od ludzi - odparł spokojnie. Jego wzrok przesuwał się po jej sylwetce z taką samą beznamiętnością jakby patrzył na nieciekawy głaz.
Odwróciła się od niego i złapała lejce.
- Wybacz panie, ale ja już muszę wracać.
- Nie - jedno słowo sprawiło, ze zastygła w bezruchu.
- Nie?
- Odwróć się, Mei - jego słowa ociekały złośliwością, ale ton zmusił ją by wykonała polecenie.
- Co ty robisz? - syknęła nie wiedząc czemu jej ciało tak reaguje.
Ziemne oblicze Błogosławionego wykrzywił uśmiech pełen okrucieństwa.
- Poznaj naszą siłę.
Mei chciała wyciągnąć sztylet jednak nie mogła wykonać żadnego ruchu. Poczuła, że trwoga powraca z wzmożoną siłą.
Dopiero teraz poznała na czym polega władza Błogosławionych.
  • awatar Kate - Writes: Nareszcie jestem pierwsza! Witamy wśród żywych! Genialny rozdzialik, kocham ciebie! "Jak na staruszka, jesteś szybko", chyba powinno być szybko, ale nie czepiam się. Najlepsza była scena "nie chcę konfliktu"
  • awatar gość: O, nareszcie! Żal mi Mei, Przeklęci nie mają łatwo. Osobiście bardzo nie lubię Błogosławionych, szczerze to bym te ścierwa wybiła... ale to tylko moje poglądy ;) No to co? Czekam na następny :p
  • awatar Lisa Angels: Bardzo długo się zastanawiałam co ci napisać w tym komentarzu, ale dosłownie brak mi słów. Cudo. Chyba ten błogosławiony przypadł mi do gustu, ale czemu? Nie wiem... no nic czekam na dalsze części :D
Pokaż wszystkie (5) ›
 

sallylou
 
Rozdział IV

Spotkanie towarzyskie trwało w najlepsze, goście bawili się wyśmienicie w takt hipnotyzującej muzyki mężczyzny, którego roześmiane jadeitowe oczy, kontrastowały, z sterczącymi krótkimi włosami barwy lapis lazuli. Jednak, gdy Mei przyjrzała mu się dobrze dostrzegła w głębi ciemnozielonych oczu lęk. Obdarzony Talentem do muzyki mężczyzna również wyczuwał obecność obcych.
Dziewczyna oparła się o ścianę i przymknęła oczy. Lady Caroline wciąż nie była gotowa na wyjście, a ją już bolała głowa. Choć może to był efekt szpilek wbijających się w skórę…
Ludzie rozmawiali między sobą, co chwilę wybuchała salwa śmiechu, a nastrój był bardzo uroczysty. Jednak Mei tego nie odczuwała. Podobnie jak każdy inny Przeklęty na tej sali nerwy miała spięte i czujnie śledziła gości przeczesując ich wzrokiem w poszukiwaniu Błogosławionych. Na szczęście na razie trzymali się daleko od niej, może dlatego, że krok w krok za nią sunął mrukliwy Leon. Doprawdy oboje mieli do siebie szczęście…
- Przestań tupać - syknął na nią chłopak, gdy miarowo wybijała rytm nogami.
- Co poradzić mam, że nie mogę przestać - odparła zaciskając dłoń na sztylecie. Chłodne złoto przynosiło ulgę.
- Jeśli coś sprowokować może Błogosławionych to twoje tiki nerwowe. A ja nie chcę by tu podeszli.
Mei spojrzała na niego zaciekawiona.
- A właściwie dlaczego za nimi nie przepadasz? W końcu jako "normalny" człowiek powinieneś ślinić się na ich widok.
Szkła okularów zalśniły ostrzegawczo.
- Jestem za mądry na to by się z nimi zadawać.
- Takiej odpowiedzi bym się nie spodziewała - odparła szczerze dziewczyna i wróciła do przytupywania.
Leonard tylko westchnął.
Po dłuższej chwili milczenia szturchnął ją ramieniem.
- Patrz - mruknął pogardliwym tonem.
Trzech Błogosławionych zabawiało gości jakimiś opowieściami. Musiały być to naprawdę dobre historie, bo tłum słuchaczy chłonął każde słowa z wyrazem cielęcego zauroczenia na twarzach. Wielbiciele wydawali się reagować na każdy gest swoich żywych bóstw. Jeśli któryś się uśmiechnął wszyscy nagle promieniowali radością, a gdy wykonywał jakiś rozpaczliwy gest, rozlegało się zbiorowe westchnienie współczucia.
- Patrz - powtórzył Leon - I ucz się. Oto siła Błogosławionych.
Jedynym plusem całej tej sytuacji był fakt, ze nikt nie zwracał teraz uwagi na nich.
Znikąd pojawił się, jak zawsze bezszelestnie, Tadaki.
- Wszystko w porządku Mei?
- Czego się dowiedziałeś? - Leon odwrócił się do nich, a jego twarz wyrażała najwyższe skupienie.
- Niczego dobrego - padła odpowiedź - Król Lex i jego małżonka zostają tu, aż do ślubu księcia Lin Juana z księżniczką Caroline.
- Czyli do kiedy?
- Pół roku…
Leonard aż zachwiał się.
- Że co? W pół roku to oni sami się zaczną tu rządzić. Nasze królestwo pochłonie anarchia…
- Dlatego zaraz po uroczystym przedstawieniu księżniczki na dworze zwołane zostaje posiedzenie Czarnej Róży.
- Czarnego czego? - Mei nie mogła zrozumieć o czym mówią.
Jej dziadek posłał jej przenikliwe spojrzenie.
- Na razie nie musisz wiedzieć. Wmieszajcie się w tłum, udawajcie, że się dobrze bawicie, ale jak tylko zobaczycie coś podejrzanego szukajcie mnie, Nishikiego albo któregokolwiek członka Czarnej Róży. Leonard na ich wszystkich.
- Niestety - westchnął chłopak.
- Co masz zamiar zrobić dziadku?
- Trzymać ich z dala od mojej wnuczki - surowe spojrzenie tym razem nie było przeznaczone dla niej - Mei, cokolwiek by się nie działo, nie atakuj.
Dziewczyna skinęła głową. Nawet przez myśl by jej to nie przeszło….
Leon posłał jej krzywe spojrzenie i wyciągnął rękę.
- Mogę panią prosić do tańca - spytał głośno sztucznie uprzejmym tonem.
- Oczywiście - "Co za wstyd" pomyślała, gdy ujęła dłoń swojego towarzysza i ruszyła na parkiet. Rozpoczął się takt zachodniego tańca, który na szczęcie znała. Stanęła naprzeciw Leona i pozwoliła mu prowadzić w rytm muzyki wygrywanej na gitarze.
- Nie widziałam, że nasza muzyka jest tu znana - mruknęła, by przerwać krępujące ją milczenie.
- Ależ oczywiście - spojrzał na nią lekko zdziwiony - Muzyka łączy ludzi, no nie?
- Ja tam nigdy nie słyszałam żadnej wschodniej piosenki.
Leonard prychnął pogardliwie.
- Wy, z Zachodu jesteście strasznymi ignorantami. Tratujecie się jak istoty wyższej kategorii, jakbyście byli lepiej rozwinięci czy coś. A wcale tak nie jest.
- Auć! Zabolało…
- No, a przynajmniej większość. Ty nie zadzierasz nosa prawda, dzika kiciu?
- Będę, jak ty będziesz mnie tak nazywał - odparła marszcząc brwi.  Marzyła o tym by wyjąć z głowy szpilki i paść trupem na łóżku. Ale na razie się na to nie zapowiadało. Przebywała na sali już ponad trzy godziny, a po Caroline nie było ani widu, ani słychu.
Przez przypadek nadepnęła na stopę swojego partnera.
- Hej niezdaro, skup się - Leon potrząsnął nią mocno.
- O przepraszam - wrócili do normalnego rytmu tańca - Zmęczona jestem.
- Nie dziwię się. Twój dziadek nie ma litości dla swojej wnuczki.
- Bo dzieci mają słuchać starszych i mądrzejszych. A potwory powinny słuchać istot potężniejszych i lepszych.
Twarz Leonarda pokryła trupia bladość.
- Masz ci los - mruknął przez zaciśnięte usta - Pełna kontrola.
Mei odwróciła się do gości, który wtrącił się do ich rozmowy. Młody mężczyzna o brązowych falowanych włosach i różnych oczach…. Dziewczyna spojrzała na niego wrogo. Pomarańczowa tęczówka zniknęła na chwilę pod powieką, ale brązowe oko nawet nie drgnęło.
- Witam - odezwał się głębokim głosem.
- Możemy w czymś pomóc? - Leon niemal miażdżył dłoń w uścisku.
- Nie trzeba. Chciałem tylko powitać młodą damę, jak widać nową w tych stronach.
- Och - Mei strąciła dłoń chłopaka zanim odciął jej dopływ krwi i wyciągnęła w stronę Błogosławionego - Marzyłam o dniu w którym poznam tych owianych legendarną sławą mężów Northen.
- Doprawdy? Cieszy mnie to bo nas zainteresował nowy nabytek księcia Lin Juan - jej rozmówca mówił uprzejmym tonem, ale wyraźnie zaznaczył różnicę jaka była między nimi.
Ręka opadła.
- Uważasz, ze jestem potworem? - spytała bez ogródek, a Leon syknął ostrzegawczo.
Mężczyzna uśmiechnął się ciepło, choć oczy miały dalej taki sam wyraz.
- Zostawmy ten temat na inną okazję. Może zechcesz pójść ze mną? Chciałbym porozmawiać w bardziej ustronnym miejscu.
Mei nawet nie mrugnęła okiem.
- Z przyjemnością - odwróciła się do Leonarda, którego twarz teraz dla odmiany przybrała pomidorowy kolor - Pozwolisz, że opuszczę cię, mój drogi. Nie martw się wrócę niedługo.
- Ominie cię ceremonia. Zaraz się zacznie - zaoponował Leon, a jego oczy ciskały gromy - Dziadek byłby niepocieszony, jeśli ominęłaby cię tak zacna ceremonia - "A raczej zabije mnie, jeśli cię zostawię", mówiły jego oczy.
- Trudno i tak głowa mnie bolała. Chcę wyjść na świeże powietrze.
Różnooki podał jej ramię z uśmiechem satysfakcji, a dziewczyna ujęła je i ruszyła za nim.
Leon stał wciąż na środku z zrozpaczoną miną. Jeśli błogosławieni jej nie zabiją to niewątpliwie uczyni to jej dziadek…
Szkarłatne słońce niknęło za horyzontem, gdy wyszli na pusty taras.
- Ładna aura - Błogosławiony spojrzał na cieniejące niebo.
- Chyba nie chcesz rozmawiać o pogodzie? - Mei odsunęła się od niego i skrzywiła. Zignorowała instynkt, który kazał jej uciekać jak najdalej. Jakaś jeszcze bardziej pierwotna energia, która w niej zaczęła się tlić, zmuszała ją do stania naprzeciw wroga.
- Jestem Shi-ne Mithin - przedstawił się mężczyzna, ale nie wykonał żadnego gestu.
- Mei - odparła sucho dziewczyna odgarniając niesforne loki. Po chwili wahania wyjęła szpilki z głowy pozwalając włosom opaść na ramiona. Lśniły rdzawo w świetle zachodzącego słońca.
- Czego chcesz ode mnie? - odezwała się, gdyż Błogosławiony milczał.
- To takie złe być ciekawym? - Shi-ne uniósł brew udając zaskoczenie - Rzadko widuję gości z Zachodu.
- Nie interesuje cię moje pochodzenie, nieprawdaż? - syknęła dziewczyna rzucając gniewne spojrzenie zadowolonemu z siebie mężczyźnie.
- Ależ interesuje. Czyż szlachcica nie interesuje jakiej krwi jest jego pies? - odezwał się znowu tak spokojnym tonem, że Mei miała wrażenie, ze rzuci się na niego i rozszarpie. Słabo ukryta aluzja, w której wyraźnie pokazywał jej miejsce. Jeśli wszyscy Błogosławieni byli tacy jak on, to powinna zacząć zastanawiać się nad szybkim powrotem do domu.
"Tchórz" przeklęła się w myślach i wysiliła na uśmiech.
- Nie jesteś, panie, szlachcicem. Twa pozycja jest znacznie wyższa - odezwała się, a on wyszczerzył się usatysfakcjonowany - A ja nie jestem suką więc nie będziesz mną sterował, manipulancie - dokończyła, a ostatnia sylaba zamieniła się w głuche warknięcie.
Uśmiech zniknął z oblicza jej rozmówcy, zastąpił go chłodny wyraz.
- Taka jesteś sprytna, co? - odparł, a jego głos stwardniał - Chyba już cię ktoś ostrzegł, że zniewaga mnie, czy któregokolwiek z nas może grozić ci śmiercią.
- Wiem - Mei zmrużyła oczy, ale uspokoiła po chwili. Stanęła twarzą w twarz z koszmarem Przeklętych, który był tylko pyskatym zadufanym w sobie kretynem. Choć strach miażdżył jej krtań oddychała spokojnie i zmusiła się by patrzeć w te kolorowe oczy.
- A wiesz jaka jest twoja pozycja tutaj?
- Owszem - odparła i nagle za Błogosławionym zauważyła jasne loczki, które podskakiwały, gdy ich właścicielka szła w ich stronę. Towarzyszył jej wysoki, nieziemsko przystojny młodzieniec o szarych oczach, które kontrastowały z opaloną cerą i czarnymi włosami.
Mei odruchowo padła na kolana.
Błogosławiony zaśmiał się.
- Taka jest twoja pozycja. Na kolanach przed Błogosławionymi.
- Czyżby? - miękki głos kontrastował z siłą z jaką szarooki odsunął Shi-na.
Książę spojrzał surowo na gościa.
- Bo wydaje mi się, że ta dama nie tobie okazuje szacunek - dokończył patrząc jak mężczyzna pochyla się w ukłonie.
- Wasza Książęca Mość raczy wybaczyć - odezwał się tonem pełnym… uniżenia?
Mei zerknęła spomiędzy splotów, które opadały jej na twarz.
Jej dręczyciel teraz wyglądał zgoła inaczej. Uciekał wzrokiem na bok. Uśmiechnęła się pod nosem. Więc księciu wolno okazywać brak szacunku tym plugawym świętym… Mogło być ciekawie.
- Zostaw nas samych - Lin odprawił Shi- na machnięciem ręki - Możesz wstać - mruknął do wciąż klęczącej dziewczyny.
Mei podniosła się niezgrabnie, czują jak kości odmawiają jej posłuszeństwa. Próbowała się nie skrzywić, gdy kości strzyknęły jej w krzyżu.
- Wasza Książęca Mość uratował mnie - odezwała się patrząc z szacunkiem na swojego władcę. Był młody, mógł mieć jakieś dwadzieścia sześć, góra trzydzieści lat. Stojąca obok niego lady Caroline promieniała szczęściem i mrugnęła wesoło do Przeklętej.
Lin skinął głową. Nie wydawał się być zbyt wesołym człowiekiem, ale był trzecim, oprócz Olivii i Leona, który patrzył na nią bez obrzydzenia i trwogi.
- Caroline poprosiła mnie, gdy ten młody hrabia… jak mu tam… Leonar, oderwał mojego strażnika od służby.
Więc Tadaki pilnował wszystkiego na polecenie księcia.
- Bardzo dziękuję - Mei pochyliła głową.
Coś na kształt uśmiechu przemknęło rzez twarz Lina.
- W końcu kiedyś jak mniemam staniesz się wielką wojowniczką. Nie chciałem by to się skończyło zanim zaczęłabyś trening. Kobieta - potwór, wybacz za nazewnictwo, na moim dworze może umocnić pozycję kraju. Nic tak nie przeraża mężczyzn jak kobieta zdolna ich zabić jednym ciosem.
Caroline zaśmiała się i spojrzała na narzeczonego z miłością.
- Też mam nadzieję, że moja przyjaciółka przyniesie nam chlubę.
- Jako dziedziczka klanu Mishimori, mogę to obiecać - Mei westchnęła ciężko - Wspaniale jest mi poznać mojego wielkiego władcę, ale czy mogłabym się już oddalić? Nie chciałbym martwić dziadka.
- Oczywiście, jutro porozmawiamy - to nie była prośba, ale dziewczyna z uśmiechem skinęła głową  ruszyła odnaleźć Tadakiego.
W głowie kołatały się jej różne myśli. Ten wieczór zmienił jej podejście do ludzi.

“…twoja pozycja… na kolanach przed Błogosławionymi”


“ …przyniesie nam chlubę”


Rozkaz księcia…
Dziewczyna spojrzała na gwiazdy, które rozświetlały już niebo.
Czy naprawdę wszyscy musieli traktować ją jak swoją własność?

Dziadek był na nią poważnie zły.
- Jak mogłaś strzelić taką samowolkę? Naraziłaś wszystkich na niebezpieczeństwo.
Mei pomyślała, że to trochę przesada. W końcu nic złego się nie stało.
- Panuję nad sobą - odparła spokojnie - Wiedziałam jakie jest ryzyko. Po prostu… chciałam dowiedzieć się sama jacy są Błogosławieni.
Tadaki spojrzał na nią srogo. Drepczący za nim w miejscu Leon wyglądał jak zbity psiak. Dostało już mu się, teraz z nadzieją czekał na karę dla Mei.

“Niedoczekanie twoje…”


- Jeszcze nie wiesz z czym zadarłaś, głupia. Urażona duma Błogosławionego odbije się na tobie prędzej czy później. Wtedy zaboli…
- Więc mam pozwolić, by zrobili z nas zaszczute zwierzęta? Bo tak traktują Przeklętych - wzdrygnęła na wspomnienie spojrzenia Shi-na pełnego satysfakcji z dręczenia jej - Zresztą było, minęło. Dzięki księciu, nie wam…
Leonard wciągnął głośno powietrze zszokowany jej śmiałym oskarżeniem.
Dziadek tylko westchnął. Ku jej zaskoczeniu w jego oczach pojawiły się świetliste ogniki.
- Spór nic nie da. Ale nie myśl, że zawsze się schowasz za plecami władcy.  Bo to byłoby zachowanie godne zwierzaka, nie nas - starzec odwrócił się i ruszył w bliżej nieznanym kierunku - Wracaj już do komnaty. Jutro zaczniemy trening - odezwał się na odchodne.
Trening… Mei posmakowała tego słowa. Oj za wesoły był jej dziadek po tym przedstawieniu jakie mu urządziła.
Słowa Leona potwierdziły jej obawy.
- Przygotuj się na tortury z piekła rodem - zawołał wesoło i klepnął w ramię - Przyjdę popatrzeć.
- To tylko trening - Mei wzruszyła ramionami - Nie może być tak źle, prawda?
Usta Leonarda wykrzywiły się w dziwnym uśmiechu. Oczy zalśniły złośliwie.
- Prawda? - Mei powtórzyła niepewnie.
mei2.jpg


*  *  *  *  *
Oślepnę od tego ślęczenia nad klawiaturą. Przepraszam, że tak krótki. Pod koniec wszystko ulotniło mi się z głowy...
  • awatar Seiti: Nie zostałaś pokonana przez opowiadanie. Wyszło super! Jejku, aż nie wiem, co napisać (po części przez mój wyprany umysł)
  • awatar Seiti: Dzisiaj mi trochę lepiej i... jakoś polubiłam Błogosławionych, rajcuje mnie taki chłód. mrau! Carol chyba zadowolona z przyszłego mężusia. :D też bym była jakbym w prezencie takie ciasteczko dostała. Lubię ciastka. :D Nie daj się, Mei! Dasz radę z treningiem, chyba.
  • awatar Kate - Writes: "Mężczyzna wyczuł obecność obcych" to zdanie miesiąca. Co, że krótki? Moje są krótsze. Mam to samo co Seiti, mózg wywrócony na lewą stronę, może to dlatego, że przed chwilą wróciłam z kina i rzeczywistość jest mało rzeczywista.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

sallylou
 
Rozdział III

Nowy świat i nowe inne życie….
Mei westchnęła udręczona i posłała swojemu odbiciu gniewne spojrzenie. Zmarszczyła nos i zmrużyła oczy. Okropność…
Podróż wykończyła ją doszczętnie. Przemiana tylko pogorszyła ten stan. I teraz zamiast nareszcie odpocząć, musiała się przygotować na przedstawienie na dworze Lin Juana.
Szarpnęła mocniej grzebieniem co tylko spowodowało złowróżbny trzask pękającego drewna. Dziewczyna wyjęła z włosów tylko pół przyrządu do układania włosów. Druga połówka zaginęła gdzieś w kołtunie.
Mei spojrzała na rzucony na łóżko nóż. Poczuła nieodpartą pokusę zrobienia z niego użytku i pozbycia się tej przeklętej szopy. Jednak powstrzymała się. Dziadek by ją za coś takiego udusił prawdopodobnie.
Pukanie do drzwi oderwało jej od przemyśleń.
- Proszę - rzuciła szamocząc się z niesfornymi włosami.
Do środka weszła stara kobieta o ciemnej twarzy pooranej głębokimi bruzdami.
- Witam panienko - skłoniła się głęboko z miejsca pokazując swoją pozycję w pałacu. Tylko służba była niższej rangi niż ród Mishimori.
Mei skłoniła głową i wstała z podłogi.
- Witaj - odparła otrzepując swój strój z kurzu. Nie przebrała się jeszcze po podróży, więc jego stan przedstawiał się dość tragicznie.
Służąca otworzyła oczy ze zdumienia.
- Pani, jak ty wyglądasz? Za trzy godziny jest uroczysta kolacja u księcia. Wymagane są odświętne stroje.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Nie obchodzi mnie to, jestem Przeklęta.
- Ale panienko, książę pragnie cię poznać - kobieta wyglądała na zdziwioną, jakby zachowanie Mei było co najmniej wbrew przyjętemu ogółowi.
- Nie chcę znowu chodzić w tych idiotycznych sukniach. Jestem wolnym człowiekiem i mogę robić co zechcę.
Śmiech dobiegający od drzwi zaskoczył je obie.
- Och, Olivio, uważaj. Dzika kicia ma ostre pazurki. Może udrapać.
- Co? - Mei zmrużyła oczy.
O futrynę w drzwiach opierał się młody mężczyzna w okularach. Długie, jasnobrązowe włosy związane miał w warkocz. Na prosta białą koszulę narzuconą miał bogato zdobioną kamizelkę w różnych odcieniach zieleni. Szerokie spodnie i wiązane na kostce buty dopełniały jego wygląd.
- Panicz Leon - Olivia skłoniła się z szacunkiem - Widzę, że panicz już gotowy.
- Owszem, ale ja widzę, że gwiazda wieczoru nie. Pannica ma zły humorek? - posłał jej złośliwy uśmieszek.
- Kim jesteś? - Mei nie zamierzała odpowiadać na kąśliwą uwagę chłopaka.
- Leonard Montiachi, syn hrabiego, do usług - wykonał elegancki ukłon, choć jego gesty wyraźnie świadczyły, że wciąż kpi sobie z niej.
Dziewczyna dygnęła w zachodnim stylu, choć jej wzrok ciął niczym noże.
- Mei z klanu Mishimori, do usług.
- Paniczu - służąca zasłoniła swoim ciałem widok dziewczynie - Panienka musi przygotować się na wieczór.
- Ależ oczywiście. Do zobaczenia wieczorem, Mei. Mam nadzieję, ze uda się nam porozmawiać.
Gdy wyszedł Mei spojrzała na starą kobietę zaskoczona.
- Co to było?
- Nie przejmuj się. Panicz Leon uwielbia wścibiać wszędzie nosa - mruknęła z uśmiechem - Ale to co mówię ci zachowaj dla siebie, dobrze?
- O, jasne - miała wrażenie, że tę kobietę uda się jej polubić.
- To teraz zabieramy się za upiększenie ciebie - Olivia klasnęła w dłonie, a jej orzechowe oczy zalśniły z podekscytowania.

Mei musiał się poważnie zastanowić, nad tym czy Olivia jest kimś kogo da się polubić. W ciągu dwóch godzin starsza kobieta siłą doprowadziła jej burzę loków do stanu prawie przyzwoitego, choć przy okazji z połowę wyrwała. Jej zabiegi kosmetyczne nie miały w sobie nic delikatnego, a jej duża, jak na ten wiek, siła, obróciła się przeciwko dziewczynie. Została niemal wrzucona do lodowato zimnej wody, a potem niemal obdarta ze skóry. Najprzyjemniejszą częścią chyba było zakładanie odświętnego stroju, którego założenie obyło się bez bólu.
Wymordowana Mei stanęła przed lustrem. Wysiłek Olivii się opłacił. Efekt zdziwił nawet ją.
Długie, gęste loki niegdyś w kolorze czarnym, teraz lśniły blaskiem zachodzącego słońca. Bujne sploty opadały na plecy mieniąc się kolorami piasku, złota i miedzi. Złocistobrązowa cera kontrastowała z tęczówkami, które przybrały barwę płynnego złota. Służąca uwydatniła ich głębię podkreślając je czarnym węglem.
Ale największe wrażenie robiła suknia. Mei miała wrażenie, że ubrano ją w czystą miedź, choć materiał był delikatny jak skrzydła motyla. Obcisła góra ozdobiona była haftami ze złotej nici przetykanej delikatnymi kamieniami piasku pustyni, który też znajdował się w ciężkim naszyjniku i bransoletach. Długa luźna spódnica miała rozcięcie na samej kości biodrowej odsłaniające smukłą nogę obutą w wiązany na łydce pantofel.
Gdy spytała dlaczego jej suknia tyle odsłania, Olivia spojrzała na nią zdumiona.
- A jak miałaby panienka walczyć w tak krępującym materiale?
Oto była odpowiedź. Przyzwoitość szła na bok, liczyła się funkcjonalność .
- Gdyby mnie teraz mama zobaczyła… - mruknęła do odbicia odgarniając włosy z twarzy.
Uśmiechnęła się do swojego odbicia, ale wyszło to niezbyt przekonująco.
Co z tego, że wygląda pięknie, skoro wszyscy i tak widzą w niej potwora?
- Mei - obok niej bezszelestnie stanął dziadek - Gotowa?
- Chyba tak.
- Chyba nie - odparł Mishimori, a jego oczy zalśniły.
Dziewczyna zerknęła zaciekawiona na dziadka.
- Słucham?
- Brakuje tu jeszcze jednego akcentu - spod płaszcza wyjął pakunek i podał jej - Prezent powitalny.
Mei spojrzała na niego zdziwiona i odwinęła delikatny materiał. Pozwoliła by tkanina opadła na podłogę.
- Niesamowity…
Trzymała w dłoni długi sztylet, których pochwa i trzon wykonane były z kości słoniowej, na której wiły się złote wzory przedstawiające dzikiego kota polującego na łanię. Obrazek był tak delikatnie wykonany, że wydawał się być wykonany ręką bogów. Gdy wysunęła ostrze ukazał jej się kolejny wzór tym razem grawerowany w srebrze. Spiralne kwiaty przeplatały się z nieznanymi jej symbolami.
- Co to znaczy? - spytała zaciekawiona obracając ostrze w dłoniach.
- To są błogosławieństwa w runach. Ostrożnie! - zawołał, gdy Mei przesunęła dłonią po krawędzi - Jest naostrzony.
- Piękny - westchnęła w odpowiedzi i w przypływie impulsu uściskała dziadka, jednocześnie uważając by go nie skaleczyć - Uwierzysz mi, jeśli powiem, że to najbardziej udany prezent w moim życiu?
Tadaki poklepał ją po placach lekko zmieszany tą demonstracją uczuć.
- Jeśli jesteś prawdziwą córką Pride'a to owszem - odsunął się i wyprostował szatę - Musimy chyba iść.
- A co mam z tym zrobić? - machnęła sztyletem w powietrzu. Nie miała ochoty się rozstawać z takim cudeńkiem.
- Przypnij go do pasa. Niech widzą z kim mają do czynienia - odparł mężczyzna, a w jego głosie zabrzmiała duma.

Wcześniej Mei nie miała czasu rozejrzeć się po pałacu, ale teraz chłonęła każdy szczegół. Widać było, ze kolejni władcy nade wszystko cenili sobie prostotę i harmonię wnętrza. Pomieszczenia były duże, ale skromnie urządzone. Daleko im było do ociekających złotem i klejnotami pałaców na zachodzie. Ze zdziwieniem dziewczyna zauważyła, że wyglądają o wiele lepiej niż te w których kiedyś przebywała.
Książę miał przyjąć gości w jednej z mniejszych komnat. Gdy tylko służba wpuściła ją i dziadka do środka, dziewczyna musiała przedefiniować pojęcie "mniejszego" pomieszczenia. Sala była olbrzymia, a goście zgromadzeni w niej wydawali się być zgarnięci chyba z całego kraju.
Z nerwów ścisnęła mocniej ramię dziadka.
- Spokojnie - mruknął cicho, tak że tylko ona go słyszała - To tylko małe przyjęcie.
Jej instynkt mówił, że trzeba uciekać i to jak najdalej.
- Mam wrażenie, że wchodzę do paszczy potwora - odszepnęła.
- To tylko takie wrażenie. Przyzwyczaisz się do tego. Wyjaśnię ci te zależności potem.
Mei otworzyła usta by spytać o co mu chodzi, ale ten szarpnął ją a ramię i zawlekł pod ścianę.
- Na razie czekamy tutaj - powiedział i zamarł w bezruchu.
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, ale wzruszyła ramionami i oparła się o kolumnę.
Ze swego miejsca mogła spokojnie obserwować tłum ości, którzy przypominali wielobarwne ptaki. I kobiety, i mężczyźni kochali kolory, którymi ozdabiali swe ciała, jednak, jak zauważyła Mei, nie wyglądało to tak tandetnie i kiczowato jak na Zachodzie. Większość ludzi była podobna do siebie. Mieli złocistą cerę i ciemne włosy. Młoda Przeklęta pomyślała, że wśród nich musi być rażąco inna.
I poniekąd miała rację. Przechodzący tu i ówdzie goście zerkali ciekawie na jej złoto-brązowe włosy i połyskujące kocie oczy, po czy oddalali się pospiesznie szepcząc do siebie i rzucając jeszcze ukradkowe spojrzenia na dziewczynę. Nikt się do nich nie zbliżał na odległość bliższą niż trzy metry, jakby spodziewali się ataku z ich strony.
Mei nie wytrzymała i odwróciła się do dziadka.
- Gapią się na nas bo jestem tu nowa, czy dlatego, że znają ciebie.
Starzec uniósł brew.
- Sądzisz, ze moja reputacja tutaj jest, aż tak słaba, że omijają mnie szerokim łukiem? - zanim zdążyła odpowiedzieć posłał jej krzywy uśmiech - Niestety. Tygrys, nawet na smyczy władcy, wciąż jest dla ludzi dzikim zwierzęciem.
Prosta definicja ich pozycji na dworze….
- A poza tym ciekawi są Przeklętej kobiety. Od kilku pokoleń, żadna nie była szkolona na strażnika władców. Ludzie są ciekawi. Zawsze tak było i niestety tak będzie.
- Cieszę się - odparła zgryźliwie Mei i mrużyła oczy pod adresem dziecka, które gapiło się na nią z otworzonymi ustami. Maluch pisnął cicho i podbiegł do matki, która osłoniła go ramionami rzucając pogardliwe spojrzenie Przeklętej. Dziewczyna uniosła pogardliwie kąciki ust i kobieta złapała dziecko za rękę i oddaliła się.
- Mei, nie rób przedstawienia - zadowolenie ulotniło się pod wpływem ostrego spojrzenia Tadakiego.
- Gapią się jak na wilka w klatce. Jak ty to dziadku wytrzymywałeś tak długi czas?
- Porzuć arogancję to zobaczysz. Ignoruj tych ludzi, bo jak będziesz reagować, oni zaczną cię zaczepiać. Zwłaszcza młodzi mężczyźni…
- Typowe - widać płeć przeciwna nie różniła się bardzo od tej z rodzinnych stron. Chociaż… tu przynajmniej mężczyzna wyglądał jak mężczyzna, a nie pudrowana patykowata lalka. Ubrania, nawet te eleganckie odsłaniały ciała, które w większości wyglądały na choć trochę dopracowane. Widać było, że tu nawet wyższe sfery potrafiły ciężko pracować.
Młodzieniec na którym dłużej zatrzymała wzrok mrugnął do niej bez skrępowania i wyeksponował muskuły. Mei zachichotała i zaróżowiła się lekko, gdy chłopak odpowiedział uśmiechem i ruszył w ich stronę.
- O nie - jęknęła.
Tadaki posłał jej złośliwe spojrzenie.
- A nie mówiłem…
Młodzieniec podszedł do nich i pokłonił się głęboko starcowi.
- Mistrzu, witaj z powrotem.
Tadaki westchnęła
- Nie udawaj, Nishiki, że nagle przypomniałeś sobie o starym nauczycielu.
Chłopak wyprostował się ze śmiechem.
- Panie Tadaki, prześwietla pan mój umysł na wylot. Kim jest ta młoda pani? - skierował spojrzenie na Mei. Jego oczy miały głęboki ametystowy kolor. Przeklęty…
Dziewczyna otrząsnęła się z pierwszego szoku i ukłoniła się tak jak pokazała jej Olivia.
- Mei z klanu Mishimori. Miło mi poznać.
Nishiki błysnął olśniewająco białymi zębami.
- Jestem Nishimir z klanu Tanuko. I cała przyjemność po mojej stronie - gdy pochylił głowę jego długi czarny warkocz opadł na ramię. Jego koniec miał barwę soczystej zieleni - Zwłaszcza, że to moja przyszła koleżanka po fachu, jak mniemam?
- Jeszcze się okaże - dziewczyna nie wyobrażała sobie jak może wyglądać jej przyszła praca - Służysz tutaj? - spytała z nadzieją. Nishiki wyglądał na pomocnego gościa, a tacy byli bezcenni.
- Niestety nie. Przyjechałem tylko z moją panią, księżniczką LeeNee z państwa sąsiadującego z Rithistad. Ale często bywam jako posłaniec na tutejszych ziemiach, więc możesz mnie kiedyś spotkać - mrugnął porozumiewawczo do Mei.
- Nishiki, chyba twoja pani cię potrzebuje. Nie możesz jej zostawiać na długo samej - Tadaki wtrącił się.
- Ta, ja wiem, że nie chcesz mnie widzieć mistrzu - odparł niezrażony chłopak - Ale poniekąd masz rację. Lepiej by księżniczka nie czuła się samotna. Do zobaczenia, Meicia - skłonił się znowu i odwrócił - A tak przy okazji zabójczo wyglądasz - rzucił na odchodne i zostawił ich nim dziewczyna dążyła odpowiedzieć.
Starzec potarł skronie.
- Za każdym razem jak go widzę dostaję migreny.
- Wydaje się być miły - "I nie dygocze na widok każdej dziewczyny, jak chłopcy z mojego kraju" dodała w myślach.
- Panienka Mei? - rozległ się głos i do dziewczyny dopadła zziajana służka, która dygnęła szybko - Księżniczka Caroline prosi do siebie panienkę, niezwłocznie.
Mei odwróciła się do dziadka.
- Idź, coś czuję, że lady cię teraz potrzebuje.
- Znajdę cię potem, dziadku - skłoniła się mu i ruszyła za służącą ignorując szepty za swoimi plecami.
Kobieta zaprowadziła ją niesamowicie pięknego pokoju. Wnętrze ozdobione było muślinowymi szalami rozwieszonymi tak, że pokój przypominał tęczowy namiot. A po środku na jedwabnych poduszkach siedziała blada jak ściana przyszła żona Lin Juana. Otaczały ją służące, które coś do niej mówiły i współczująco poklepywały po dłoniach.
- Możemy zostać same? - Mei podniosła wysoko głowę i spojrzała na nie z góry. Rozpierzchły się niczym stado wróbli, mamrocząc coś o potworach.
Przeklęta usiadła obok Caroline i patrzyła na nią w milczeniu. Przyszła władczyni ubrana była w piękną jasnoróżową suknię z dekoltem, który odsłaniał ramiona. Długie rękawy wyszywane srebrem szeleściły, gdy nerwowo poprawiała złote loczki opadające na czoło. Mei spojrzała zazdrośnie na jej włosy. Piękne jasne loki miękko okalały twarz w kształcie serca, tak śliczną, że mężczyźni wszczynali by o nią wojny. Sama chciałaby tak wyglądać, a nie jak rozczochrana dzikuska, której milszy był las niż wytworne sale.
Smukła brzoskwiniowa dłoń chwyciła niepokorny kosmyk w kolorze piasku i pociągnęła.
- Jesteśmy teraz jak siostry - Caroline uśmiechnęła się słabo i opuściła dłoń - Dobrze, że przyszłaś.
- Co się stało?- Mei nie do końca rozumiała zachowanie swojej przyjaciółki. Niemal całą podróż była oazą spokoju, a teraz dygotała jak skrzyczane dziecko.
- Mimi, ja się boję - padła odpowiedź - Boję się tego wszystkiego. Książę jest podobno młody, ale wcale nie wiem jaki może być. Nie chodzi mi nawet o wygląd, ale sama wiesz… Ile dziewcząt wydawano za mąż za pozornie miłych, kulturalnych dżentelmenów, którzy potem okazali się tyranami domowymi i upokarzali swe żony. Ja nie chcę takiego życia…
- Cicho - Mei złapała trzęsące się ręce Caroline i ścisnęła tak mocno, że ta pisnęła - To nie te n sam świat. To nie to samo rodzinne miasto. Tu panują inne zasady. W razie gdyby coś się wam nie udało możesz napisać list rozwodowy. A jakby to nie pomogło masz mnie i mojego dziadka. Tadaki ma duże wpływy i szacunek całego rodu Juan. Jakoś byśmy cię z tego wyplątali… jakby co mogłabym postraszyć księcia swoimi żółtymi ślepiami - zaśmiała się i zmrużyła oczy.
Caroline uderzyła ją lekko w rękę, ale zaraz zachichotała.
- Ty, niedobra! Nie żartuj sobie - powoli się uspokajała i westchnęła - Może i masz rację… Nie może być tak źle, prawda?
- No oczywiście - odparła z uśmiechem Mei, modląc się by to była prawda - A teraz ogarnij się. Zaraz poznasz męża… - mocny uścisk Caroline odebrał jej oddech.
- Dziękuję siostro. Jesteś wspaniała
Mei zarumieniła się.
- Bez przesady. Zobaczysz tylko jak mnie będą tu traktować. Zapowiada się świetnie wręcz - westchnęła ciężko.
- Jak będę już rządzić to dam im do zrozumienia, że mają cię szanować - odparła wyniosłym tonem Caroline i wstała. Ustawiła się w dystyngowanej pozie i z poważną miną rzekła - I co Mimi? Czy wyglądam władczo?
Mei roześmiała się.
- Wasza Wysokość - dygnęła i odwróciła się do drzwi. Położyła dłoń na klamce i spojrzała na swą przyszłą władczynie. Zrobiło jej się przykro, że nie będą mogły przebywać ze sobą tyle czasu ile by chciały. Jednak wykrzesała z siebie ostatni trochę przygaszony uśmiech - Wszystko się ułoży - rzuciła na odchodne i wyszła.
Łzy zapiekły ją w oczy, ale powstrzymała je. Nie wolno potworom okazywać słabości. Dziadek by ja zbeształ za zbytnie rozczulanie się nad sobą.
Dotknęła dłonią sztyletu, którego ciężar i chłód przynosił ukojenie. Weszła z powrotem do sali patrząc na wszystkich wojowniczo. Pod jej buntowniczym spojrzeniem, ci, którzy wcześniej szeptali na jej temat usuwali się z drogi, szybko jak myszy polne.
Gorycz zalała serce Przeklętej. Traktowali ją jak zwierze, któremu trzeba schodzić sprzed oczu, bo nosi na sobie obroże władcy. Takie zwierze się omija, ale jednocześnie nienawidzi za przywileje i szacunek, tych którym służą.
- Mademoiselle? - czyjś głoś wyrwał ją z filozoficznych rozmyślań. Dziewczyna odwróciła głowę.
Leonard spojrzał na nią z dezaprobatą. Pod grubymi szkłami okularów lśniły ciemnobrązowe oczy.
- Weźże się uśmiechnij, bo gości gotowi cię zastrzelić. Poszła już plota, na temat nowego, niekiełznanego potwora, panoszącego się po zamku. Podobno ma jasne włosy jak zboże i wielkie kły. Uśmiechałaś się do kogoś może?
- Śmieszne - rzuciła młodemu mężczyźnie poważne spojrzenie - Ktokolwiek rozgaduje o mnie takie rzeczy, będzie musiał porozmawiać ze mną.
- Ha, to dopiero śmieszne. Słuchaj mała, twój dziadek zrobił ze mnie twoją niańkę, więc nauczę cię paru rzeczy. Po pierwsze nie rób nic podejrzanego dopóki nie uzyskasz przychylności księcia. Po drugie nie wywyższaj się tak. To że wszyscy traktują cię jak bestię nie znaczy, ze masz im dawać do tego powody. A po trzecie… - spojrzał na nią, a światło odbite od okularów oślepiło ją na moment. Usta młodzieńca wykrzywiły się - Do diabła!
- Co? Trzecie do diabła? - Mei nie wiedziała o co mu chodzi dopóki nie skierowała wzroku tam, gdzie Leon.
Pojawili się nowi goście. Po strojach można było zauważyć, że przybyli z daleka i dopiero co zsiedli z koni. Wszyscy byli wysocy,  jasnoskórzy, ubrani w kunsztowne szaty. Na przodzie kroczyła para. Widać było, że to arystokratyczne małżeństwo. Mężczyzna nosił przy boku miecz. Był jedyny uzbrojonym na sali poza Mei. Kobieta przy jego boku o klasycznych rysach twarzy patrzyła ciepło na zebranych.
Mei poczuła szarpnięcie za rękaw. Spojrzała wrogo na natarczywego Leona.
- No co?
- Wracamy do twojego dziadka. Szybko - powlókł ją za ramię, a ona była zbyt zaskoczona by zaprotestować.
Tadaki spojrzał na nich jak na parę wariatów.
- Co za błazenadę odstawiacie? Nie wstyd wam?
- Panie Mishimori, przybyli władcy Northen.
Starzec spojrzał zaskoczony.
- Jak to? Mieli przysłać posłów…
- Ale najwidoczniej sami się wybrali - jęknął Leonard i zdjął okulary. Mrużąc oczy przecierał je chusteczką.
- No ładnie.
Znikąd zjawił się Nishiki. On również wydawał się być zdenerwowany.
- Mamy problem.
- Hej - Mei miała dość tych dziwnych scenek - Ktoś mi wyjaśni o co chodzi?
Wszyscy jak na komendę odwrócili się do niej jakby zapomnieli, że istnieje.
- Meicia - zaczął Nishiki, a język wydawał się mu plątać - Dziadek ci opowiadał o Błogosławionych, prawda?
- No, tak. Czczeni, wielbieni i w ogóle bóstwa. Ale o co chodzi?
- Otóż w Northen Błogosławieni nie tylko są czczeni i tym podobne. Mają ten cudowny przywilej bycia traktowanymi przez władców jak ulubione dzieci. Para królewska nigdzie się bez nich nie rusza. Ba każda zniewaga tych ich "dzieci" grozi śmiercią i rzeczami nawet od niej gorszymi.
- Rozumiem - dziewczynie przestało się to już podobać.
- To nie wszystko. Z reguły w każdym miejscu, gdzie są urządzają polowania. I kochana moja zgadnij kogo szlag wtedy trafia - fioletowooki Przeklęty niemal dygotał, a w spojrzeniu czaił się zwierzęcy lęk. Jak na tak silnego Przeklętego charakter miał dość słaby.
Mei westchnęła. Czuła się, jakby ktoś walnął ją w brzuch.
- Nie mów, że…
- Tak, owszem - odpowiedział  jej Tadaki, gdyż Nishiki najwidoczniej nie był w stanie - Urządzają sobie łowy na potwory.  A świeże mięsko zawsze ich ciągnie…
Dopiero po chwili dziewczyna zrozumiała o co mu chodzi.
- No, a ja denerwowałam się głupim przyjęciem - uśmiechnęła się krzywo do dziadka, ale wiedziała, że wzrok ma pewnie tak pełen strachu jak Nishiki.
Obok nich przeszedł chłopak ubrany w ciemnobłękitny płaszcz. Serce Mei zamarło, gdy ominął ją wywołując falę paniki i pierwotnego strachu. Odwrócił się na chwilę, patrząc na nią z obojętnym wyrazem twarzy. Potargane czarne włosy zasłaniały jego twarz, ale gdy odwrócił się odsłoniły oczy, które przez ułamek sekundy lustrowały ją zimnym wykalkulowanym spojrzeniem. Prawe oko miało srebrną barwę, a lewe lodowo błękitną. Jednak oba miały ten sam wyraz. Czaiła się w nich chęć mordu.
Nieznajomy nawet się nie zatrzymał, ale dziewczynie wydawało się, ze ta chwila trwa wieczność. Gdy granatowy płaszcz zniknął jej z oczu, odwróciła się powoli do reszty.
- Błogosławiony, tak? - spytała słabo.
- Tak, ale jeszcze młody i niezbyt silny.
Niezbyt silny? Czując jego obecność Mei miała ochotę rzucić się na niego i zabić, a jednocześnie uciec jak najdalej i schować się pod łóżkiem. Jeśli on był słaby, to jak potężni mogli być ci Błogosławieni?
- Przygotuj się na możliwy rozlew krwi tej nocy - Tadaki położył na jej ramieniu dłoń.
Tylko taką odpowiedź uzyskała
  • awatar Seiti: O ja p*******!!! Aż mi krew do głowy uderzyła! Nishi, co? ;) Coś wam się to spodobało
  • awatar SallyLou: Ja tak paczę na komentarz i zachodzę o co chodzi co tu robi Nishi? Ale przejrzałam i widzę, ze mi imię przestawiło. Gość co Nishiki jak coś :D Zaraz popoprawiam
  • awatar Seiti: Ha ha mi przestawia na niski. :D To było coś, w ogóle nie rozumiem twoich mieszanych uczuć. Nabuzowało mnie energią.
Pokaż wszystkie (8) ›
 

sallylou
 
Rozdział II

Mei nie wierzyła w to co widzi. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w jeden punkt.
- O rany - wyrwało się jej zanim zdążyła zapanować nad myślami.
Tadaki, który jechał konno obok niej odwrócił głowę.
- Jest piękny, prawda?
Olbrzymi zamek księcia Lin Juan wznosił się ponad wszystkimi innymi budowlami stolicy. Wysokie mury pyszniły się w słońcu lśniąc bajecznym blaskiem. Połyskliwe białe kamienie zmuszały niemal do mrużenia oczu bo piękno i kunszt oślepiało wszystkich, którzy podziwiali geniusz architektoniczny. Budowla potężna i unosząca się ponad wszystko sprawiała wrażenie siedziby bogów.
- Świetlisty Pałac - mruknął pod nosem młody mężczyzna jadący przed Mei i jej dziadkiem - Jest perłą naszego kraju.
Dziewczyna próbowała sobie przypomnieć jego imię. Bezskutecznie.
- Owszem Alricku - na pomoc przyszedł jej dziadek - To nasza wielka duma.
Mei poczuła, że głos uwiązł jej w gardle. Jej nowy dom!
Mimowolnie naciągnęła kaptur bardziej na twarz, by nie zwracać uwagi przechodniów. Nie chciała by jej nowa twarz wzbudziła czyjeś przerażenie.

To wszystko zaczęło się tydzień wcześniej, kiedy podczas postoju pomagała lady Caroline czesać jej piękne złociste włosy. Rozmawiały przy tym i żartowały, tak jakby znały się od zawsze. Dziewczyna nie spodziewała się, że znajdzie w przyszłej księżnej Juan tak wspaniałą przyjaciółkę. Wbrew swoim obawom Caroline okazała się życzliwą i nie egoistyczną osobą, choć zwykle osoby o wysokim statucie społecznym takowe bywały.
- Au! - pisnęła lady - Nie wyrywaj mi wszystkich włosów. Książę nie zechce łysej żony.
- Przepraszam - zaśmiała się Mei - Już skończyłam. - oddał grzebień jego właścicielce.
Caroline odwróciła się do niej i zmarszczyła brwi. Złapała dziewczynę za włosy i pociągnęła dość mocno.
- Hej - jęknęła dziedziczka klanu Mishimori - Przecież nie ciągnęłam cię specjalnie.
- Mimi! - krzyknęła lekko rozpaczliwie lady - Włosy ci strasznie siwieją!
- Nie mów do mnie Mimi i nie żartuj sobie ze mnie - chwyciła pasmo włosów i przyjrzała uważnie. Było całe czarne - Ty kłamczucho!
- Nie kłamię - Caroline wygrzebała ze swoich juków lusterko i rzuciła dziewczynie.
Mei zerknęła wciąż nie wierząc w słowa przyjaciółki.
- Co? - lusterko wypadło jej z palców i upadło na trawę.
Jej włosy, piękne hebanowe loki na czubku głowy przeplatały się z srebrnymi pasmami, których jeszcze dzień wcześniej nie było.
- O rany - westchnęła przerażona, ale zaraz wzięła się w garść. Jako spadkobierczyni majątku ojca musiała zachować zimną krew - Nie jest źle. Zakryje je szalem i nie będzie widać.
Pokrzepiona tą myślą przestała przejmować się włosami i położyła się do snu na swoim posłaniu.
Jednak następnego ranka obudziła się znacznie wcześniej niż powinna ponieważ bolała ją głowa, a skóra na niej była boleśnie szarpana.
Dopiero po chwili zrozumiała, że ktoś trzyma ją za włosy i poderwała się gwałtownie.
- Hej co wy wyprawiacie? - spojrzała wściekle na otaczających ją współtowarzyszy podróży.
Aido, jeden z młodszych strażników, cofnął rękę. Jego migdałowe oczy przypominały teraz wielkie spodki.
Lady Caroline przepchnęła się przez mężczyzn z dziwnym uśmiechem na ustach.
- To niesamowite - podniosła trzymane w ręce zwierciadło na wysokość oczu Mei.
Było zdecydowanie gorzej niż dzień wcześniej. Lśniący biały kolor zajmował całe włosy, a na dodatek oczy przybrały mętny biały kolor.
Mei wrzasnęła i przycisnęła do nich pięści nie wierząc w to co widzi.
- Zostawcie ją w spokoju - rozległ się głos Tadakiego i nagle okazało się, że wszyscy mają coś do zrobienia.
Starzec zbliżył się do swojej wnuczki i uklęknął obok niej.
- Wszystko w porządku?
Na te słowa Mei rozpłakała się jak dziecko.
- Nic nie jest w porządku. Co się ze mną dzieje? Umieram?
Ku jej zaskoczeniu dziadek pogładził ją po włosach.
- To nic strasznego. Po prostu się zmieniasz.
Dziewczyna uniosła głowę.
- Zmieniam? Niby w co?
Tadaki westchnął ciężko.
- Zaraz wrócę. Siedź tu - podniósł się ciężko i poczłapał do ogniska.
Mei otarła oczy i próbowała się uspokoić, ale mimowolnie szlochała nie mogąc zapanować nad strachem. Wszystko wydawało się być koszmarnym snem.
Po dłuższej chwili Tadaki wrócił trzymając dwa kubki z parującym napojem. Podał jeden wnuczce i usiadł koło niej opierając się o pień drzewa.
Dziewczyna spojrzała na napój, ale nie mogła rozpoznać co to może być. Powąchała z rezerwą i spróbowała łyk.
- Ale to pyszne - westchnęła zapominając o łzach.
- Melisa z miodem - odparł mężczyzna - Pomaga się uspokoić.
Rzez chwilę sączyli napar w milczeniu napawając się delikatnym cytrynowym zapachem i ostrymi przyprawami, które rozgrzewały organizm po chłodnej nocy.
- Chyba powinienem ci coś wyjaśnić - Tadaki odezwał się w tej samej chwili, kiedy miała go zapytać o to samo Mei.
- Co mi jest?
- Nic groźnego, to naturalny proces organizmu.
- Naturalny? - prychnęła dziewczyna unosząc pasmo włosów - To normalne?
- U ciebie tak. Spójrz na mnie - rozkazał starzec.
Mei odwróciła się krzywiąc.
- Wyglądasz normalnie dziadku - jego siwe włosy były tylko oznaką wieku, a oczy… - Kurcze - szepnęła zaskoczona. Oczy jej dziadka miały niesamowity zielony kolor, zdawały się promieniować własnym blaskiem, a na dodatek odbijały światło jak ślepia kota.
- Twoje też się zmienią - zadowolony z siebie starzec pociągnął łyk z kubka - Ale wolniej. Przemiana rozpoczęła się z chwilą, gdy przekroczyliśmy granicę Wschodu. Twoje ciało oczyszcza się z ludzkiej powłoki.
- Że co? - musiała źle zrozumieć.
- Spokojnie, nie przerywaj mi. Chodzi i o to, że zmieni się tylko kolor włosów, skóry i oczu. Nie wyrosną ci czułki, ani dodatkowe ręce. To nic strasznego. Po prostu ujawni się toje dziedzictwo.
- Proszę wytłumacz mi to dziadku - Mei spojrzała błagalnie na Tadakiego.
- Więc zacznę od początku. Widzę, ze nie posiadasz żadnej wiedzy na temat swojej ojczyzny. U nas takich jak my nazywa się Przeklętymi lub po prostu potworami. Wynika to z natury naszych przodków, którzy nie należeli do zbyt cywilizowanych. Utarło się wiele przesądów na nasz temat, ale mimo to zwykli ludzie nie prześladują nas. Boją się, ale traktują jak przydatnych strażników, czy wojowników. Jest nas bardzo mało dlatego zwykle pracujemy na dworach książąt i królów służąc im swoimi talentami.
- Talentami? Jakimi?
- Są różne Talenty. Najbardziej prozaiczne to Talent do śpiewu, tańca, walki, uzdrawiania czy opowiadania. Jednak istnieją też mniej chlubne jak umiejętność sprawiania cierpienia, zabijania, czy niszczenia. Uprzedzając twoje pytanie mam talent do walki i ty prawdopodobnie też.
Dziewczyna skinęła głową.
- Poza Przeklętymi są również tak zwani Błogosławieni, których z niejasnych i powodów ludzie czczą jak bogów. Wyglądają oni bardziej ludzko niż my choć ich oczy są zawsze w dwóch innych kolorach.  Właściwie nie wykazują się niczym szczególnym poza właśnie różnymi oczami i zmysłami bardziej wyostrzonymi  iż u jakiegokolwiek człowieka.
- Jak talent do śpiewania i tańczenia można uznać za coś godnego potępienia?
- Widzisz taki Talent jest dość niezwykły. Ktoś obdarzony Talentem do śpiewu może zmusić cię swym głosem byś robiła to co on chce. Ktoś kto umie tańczyć zahipnotyzuje jak kobra ruchami swojego ciała. Wszystko to może być niebezpieczne.
- Dziwny ten świat - mruknęła cicho Mei gładząc włosy - Dlaczego nigdy nie słyszałam o czymś takim?
- Mówienie o tym jest na Zachodzie zakazane. Zresztą tam wszyscy i tak wyglądają ludzko nawet jeśli tu zmieniają wygląd. Zdziwiłabyś się ilu znanych postaci to Przeklęci, czy Błogosławieni.
- A mama? Też jest jedną z nich?
- Nie, jest zwykłym człowiekiem. Za to mój syn, a twój ojciec był Przeklętym i to jednym z najgroźniejszych.
- Proszę opowiedz mi o nim!
- Pride był jednym z najbliższych i najbardziej zaufanych doradców księcia Rigena, ojca Lina. Oddziedziczył po mnie talent walki, dzięki czemu jednocześnie wspierał władcę swą siłą i chronił go przed wrogami. Ród Juan jest związany od kilku stuleci z klanem Mishimori, każde kolejne pokolenie służy następnym władcom. Tylko dzięki temu sami jesteśmy bezpieczni na dworze. Inaczej traktowano by nas jak psy. Ale wracając do Pride'a.  Poszedł w moje ślady w wieku szesnastu lat i szybko wspiął się na wyżyny. Był lepszy nawet ode mnie - w głosie mężczyzny brzmiała duma.
- A jednak nie żyje - stwierdziła rzeczowo Mei, czując dziwną pustkę. Jej ojciec był kimś nieznanym, osobą, z którą nie łączyła jej żadna więź.
- Jego śmierć była wynikiem nieszczęśliwego przypadku - Tadaki podniósł głos chcąc przywołać wnuczkę do porządku - Pracował w rejonie w którym panowała zaraza. Zmarł na skutek choroby, a nie został zabity.
Dziewczyna wzdrygnęła. Starzec chyba czytał jej w myślach, bo właśnie o tym myślała.
- I to tyle? Dużo się nie dowiedziałam - Pride wciąż był dla niej białą plamą w życiu.
- Dowiesz się w swoim czasie o swoim ojcu. Myślę, że większość ludzi może ci opowiedzieć dużo o nim.
- Tsa… - po tym co usłyszała wcześniej wątpiła w pochlebne słowa na temat Pride'a. Przeklęci…. potwory….
Ciekawe jakie życie ją tu czeka?

Mei uśmiechnęła się mimowolnie na wspomnienie reszty drogi dopiero teraz zauważyła, że zachowywała się jak histeryczka. Policzki ją paliły na sama myśl o tym jaka jest próżna.
Zerknęła na powóz Caroline. Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie, w którym widać było zdenerwowanie, zmieszane z zachwytem. Obie miały zacząć nowe życie. Jedna jako przyszła władczynie, druga - jako wojowniczka.
- " W górskim szepcie, w blasku zórz. W szarym świcie, huku mórz…" - melodyjny męski głos wzniósł się nad zgiełk miasta. Mei odwróciła głowę i spojrzała na mężczyznę, który jechał za nią. Barczysty olbrzym, Rafael, mrugnął łobuzersko i pojął dalszą pieśń - " Tam gdzie kończy się już świat, leży kraj nasz - Rithistad. Jedzie, jedzie śliczna pani na spotkanie z mężem swym…."
Caroline zaczerwieniła się gwałtownie i zasłoniła wachlarzem.
Facet posłał jej promienny uśmiech.
- " Lico jej rumiane, będzie wiodła w kraju prym"
Mei uśmiechnęła się i pochyliła w stronę dziadka.
- To jakieś przedstawienie?
- Można to tak ująć - odparł Tadaki z uśmiechem. - Bard zwykle przedstawia nowe ważne osoby, a ludzie roznoszą potem to plotkami. Juro wszyscy będą o tym słyszeć.
- Cieka… - zaczęła dziewczyna, ale przerwał jej ciąg dalszy piosenki.
- " Piękna słodka nam księżniczka posag cudny wiezie. Wraz z nią również złotolica potworzyca jedzie…"
- No to zepsułeś piosenkę - Mei spiorunowała barda wzrokiem. Ludzie przyglądający się korowodowi zamarli zaskoczeni i zaraz zaczęli wyciągać szyje, by dojrzeć nowego Przeklętego.
Rafael zaśmiał się głośno.
- Miła moja, będziesz sławna - ryknął głośno i znów zaczął śpiewać wychwalając wielkich rycerzy Rithistad.
Mei dziękowała  za okrycie, które kryło jej czerwoną ze wstydu twarz.
Jej dziadek pochylił się w siodle w jej stronę.
- Nie przejmuj się. Rafael ma straszny zwyczaj chwalenia się znajomymi. O mnie też kiedyś wył i było zacznie dłużej i gorzej.
- Naprawdę?
- No - Tadaki zamyślił się - Śpiewał o wrednym starym potworze, nie mającym za grosz poczucia humoru i litości. I to tylko dlatego, że przegrał ze mną zakład…
- Ten kraj ma dziwne tradycje - mruknęła pod nosem dziewczyna rozglądając się wokół. Budynki, stroje nawet zwierzęta były inne niż znała. Tak jakby znalazła się w zaczarowanym świecie.
- Nauczysz się tu żyć. Obie się nauczycie - odwrócił się do lady, której powóz jechał teraz równo z nimi. Im wjeżdżali głębiej w miasto tym młoda arystokratka była bledsza. Odwróciła się do Mei.
- Boję się - pisnęła cicho.
Potworzyca rozumiała jej strach. Teraz, gdy wyzwoliła się spod kontroli matki, za nic na świecie nie oddałaby wolności w imię małżeństwa. Na szczęście w przeciwieństwie do Caroline, nikt tego od niej nie wymagał.
- Wszystko się ułoży - uścisnęła jej zimną dłoń - Będziesz mieć wspaniałe, bogate życie, cudownego męża i urocze dzieci.
Chciała by jej życie się dobrze ułożyło. Miała wielką nadzieję, ze Lin Juan okaże się dobrym człowiekiem i nie skrzywdzi jej przyjaciółki.
- Moje panie - Tadaki wyprostował się, gdy przejechali przez okazałą bramę - Witam w stolicy - Wiecznym Mieście Danarosso.
- No to teraz się zacznie - westchnęła cicho Mei i uniosła głowę. Zaczynało się nowe, zupełnie inne życie.

*  *  *  *  *
Nareszcie chyba skończyły się kłopoty z kompem. Jak znajdę dziś czas to jeszcze wstawię nowy rozdział " Niepokonanych" :D
  • awatar Seiti: Co tak mało... zaczytałam się. Nie wiem na czym polega różnica, ale wyraźnie ją czuję tzn w stylu pisania tego opka i "Niepokonanych", dla mnie to duży plus. :D Ciekawi mnie strasznie jaki będzie książę i w ogóle jej przygody.
  • awatar Kate - Writes: "Dziwny ten świat - mruknęła cicho Mei". Mój świat też jest popaprany. Pod każdym względem :D
  • awatar Lisa Angels: Ona niby zachowała się jak histeryczka?! Ja na jej miejscu nie zniosłabym tak potulnie tego, że nagle okazało się, że jestem potworem, zmiany wyglądu(nagłego osiwienia) i ogólnie tyle nowości. Dla mnie zniosła to w każdym stopniu normalnie :D Myślałam, że już się nie doczekam tego opowiadania, ale cieszę się, że jednak nie zostawiłaś nas z samym smaczkiem pierwszego rozdziału.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

sallylou
 
Takie nie wiadomo co, dla odmiany :)

*  *  *  *  *
W rezydencji La Forse panowała atmosfera gorączkowego przygotowania. Służba krzątała się poszukując podręcznych przedmiotów pani domu, a kucharka nie wiedziała czy lepiej przypilnować pieczeń, czy przygotowywać ciasteczka. Biedny lokaj nerwowo przygładzał poły kamizelki i strzepywał z ramienia niewidzialne pyłki kurzu. Gdy drzwi otworzyły się z hukiem podskoczył i zaraz stanął wyprostowany jak struna.
- Edwardzie, sprawdź, czy sprowadzono już powóz – rzuciła wysoka blondynka przechodząc obok szybkim krokiem. Nie zatrzymała się nawet na sekundę.
- Tak jest, madame – lokaj szybko pobiegł w przeciwnym kierunku, by wypełnić polecenie.
Smukła jasnowłosa dama nerwowo przygładziła fryzurę. Zrobienie jej zajęło fryzjerowi ponad trzy godziny, ale był cień szansy, że włosy wytrzymają w tym stanie przynajmniej dwa tygodnie. Kok ozdobiony diamentami i perłami, choć był nienaturalnie wysoki, zdecydowanie był ostatnim krzykiem mody w Trias. Podobnie jak złocista suknia z paniery, mająca stalowa konstrukcję. Była piękna, choć do najlżejszych się nie zaliczała. Fiszbiny w gorsecie zostawią niewątpliwie siniaki , ale teraz nie obchodziło to kobiety. Dzięki temu miała talię osy.
Blond piękność zerknęła w lustra rozwieszone na korytarzu i mimowolnie zmarszczyła brwi. Gruba warstwa pudru nie ukrywała kurzych łapek ani drobnych linii biegnących od nosa do ust. Cera nie była też już w najlepszym stanie. Z wiekiem skóra była coraz luźniejsza, jeszcze kilka lat i całkowicie obwiśnie.
Pełne wargi kobiety wygięły się w grymasie.
- Starzeję się – mruknęła cicho, dbając by nie usłyszał tego żaden służący.
Rozmyślania nad urodą przerwał jej krzyk dochodzący z jednego z pokoi.
- Foutre! – rozległ się dziewczęcy głos, w którym brzmiała złość – Zabijesz mnie!
Dama westchnęła wznosząc oczy ku niebu i otworzyła drzwi.
- Ma fille! Co to za słownictwo! – kobieta z naganą popatrzyła na rozczochraną dziewczynę  z całej siły trzymającą kolumny łóżka. Służąca bezskutecznie próbowała zacieśnić węzły w gorsecie, ale brakowało jej już chyba siły.
- Maman, czy to naprawdę konieczne? Nie mogę oddychać – jęknęła córka,  zwykle blada twarz nabrała różowego odcienia.
- Głupia, oczywiście, ze to konieczne. Odsuń się – rozkazała służącej i zajęła jej miejsce. Z całej siły pociągnęła sznurowało, a materiał zawęził się jeszcze bardziej. Dziewczyna puściła kolumnę i złapała się za pierś walcząc o oddech.
- No – jasnowłosa uśmiechnęła się zadowolona – Teraz jest idealnie.
- Tylko do grobu mnie położyć – odparła dziewczyna wachlując się dłonią.
- Ma fille, nie mów tak skandalicznych rzeczy. Nie uchodzi to młodej damie – jęknęła zrozpaczona matka i pociągnęła córkę do lustra – Masz już osiemnaście lat, a odrzucasz każdego adoratora. Uroda przeminie, a ty zostaniesz starą panną.
- Charlotte La Forse nie ma męża i nie wydaje się być przygnębiona – zauważyła dziewczyna z figlarnym błyskiem w oku.
- Nie możesz się wzorować na mnie – westchnęła kobieta i pogłaskała córkę po policzku – Moja reputacja jest słaba , nie mogę pozwolić by moja jedyna córeczka cierpiała przez to. Chcę byś wyszła za mąż i mogła żyć spokojnie ze swoimi dziećmi.
- Maman…
- Nie jęcz, Mei. Wiesz, ze mówię prawdę. Spójrz na siebie, jesteś piękna i młoda. Możesz zdobyć każdego mężczyznę, nawet księcia. Tylko twoje zachowanie musi się zmienić.
Dziewczyna niechętnie powiodła wzrokiem w stronę lustra. Jej uroda była obiektem nienawiści i kpin ze strony zarówno rówieśniczek, jak i starych matron. Bardzo się różniła od swojej matki. Ona była posągową blondynką porównywaną w młodości do Afrodyty, dziewczyna odziedziczyła po niej tylko wiotką figurę i porcelanową cerę. Z prostymi czarnymi włosami i oczami w kształcie migdałów mogła uchodzić za daleką krewną, a nie córkę.
- Czy ja muszę tam iść? – ciemnobrązowe oczy spojrzały błagalnie na kobietę.
Matko zmierzyła swoje dziecko surowym wzrokiem.
- Oczywiście, ze tak. W końcu zaprosił nas Jego Wysokość Książe Fryderyk na zaręczyny swojej córki. To dla nas wielki zaszczyt, a dla ciebie okazja złapania męża –  Charlotte uśmiechnęła się z odrobiną złośliwości do  córki.
- Mon Dieu! – Mei teatralnym gestem przyłożyła dłoń do czoła.
Dopiero po dwóch godzinach Charlotte odetchnęła z ulgą patrząc na córkę.
- Gotowe! – klasnęła w ręce zadowolona z rezultatu – Wyglądasz jak młoda dama, la fille Arsyde.
„Córka Arsydii” skrzywiła się.
- Wyglądam śmiesznie. Naprawdę to jest modne? – spytała matkę próbując poprawić fałdy szkarłatnego atłasu spływającego od pasa, aż do ziemi.
- Bardzo – kobieta podeszła do córki i wpięła jej we włosy egzotyczną krwawą orchideę – Możemy ruszać.

Powóz zawiózł obie kobiety do pałacu, kiedy już powoli zachodziło słońca. Gdy wysiadły, okazało się, że zebrało się już mnóstwo ludzi, przystrojonych w ubrania we wszystkich barwach tęcz. Młodzi mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet, poubierani byli w podobny sposób. Modne było wiązanie włosów z tyłu w koński ogon, czy warkocz. Różnorodne fryzury wywoływały uśmiech na ustach Mei.
- Podobają ci się? – Charlotte uśmiechnęła się widząc zaciekawione spojrzenie córki – Dziś jest tu cała śmietanka towarzyska z Trias.
- Podobają? – dziewczyna zerknęła na matkę zdziwiona – Wyglądają jak strachy na wróble. Niektórzy mają więcej ozdób w głowie niż ja. Są chudzi i myślą, że wyglądają olśniewająco – prychnęła – A tak naprawdę to nie są mężczyźni, tylko strojne lalki.
- Mei! – matka zmierzyła nieposłuszne dziecko dezaprobującym spojrzeniem – A jak według ciebie wygląda prawdziwy mężczyzna?
- Jak ten za  czasów Mistrza Marnes, czy starożytnej Watyrii– odparła z rozmarzeniem w głosie dziewczyna – Prawdziwy, silny i waleczny.
- Gdzieś ty to wyczytała? – Charlotte pobladła. Takie książki powinny być niedostępne dla jej dziecka.
- Znalazłam w naszej bibliotece – dziewczyna wzruszyła ramionami, gdy wspinały się po schodach – Są ciekawsze niż te litanie i wierszyki.
- Skaranie boskie z tobą – westchnęła kobieta, ale zaraz przywołała na twarz szeroki uśmiech na widok zbliżającej się damy – Bonjour, madame Château.
Niska, pulchna kobieta odwzajemniła uśmiech.
- Witaj kochana Lotte, cudownie cię widzieć – odezwała się z perfekcyjnym akcentem z południa – Widzę, że i mała Mei z tobą przybyła.
Dziewczyna dygnęła.
- Dzień dobry. Pięknie pani wygląda – skłamała bez zająknięcia. Ostatnio Monica Château trochę sobie pofolgowała z jedzeniem, ponieważ szwy sukni były widoczne, mimo wyraźnych poprawek. Ale w końcu kłamanie też było modne w Trias więc to chyba nie był grzech.
- Panno wyrosłaś od czasu, kiedy cię ostatnio widziałam. Zresztą wszystkie dzieci strasznie szybko rosną, tylko spojrzeć na mojego Michaela – rozejrzała się na wszystkie strony i zamachała dłonią w stronę mężczyzn – Michaelu, syneczku!
Od grupki odłączył się wysoki jak tyczka blady chłopak o orzechowych włosach.
Spojrzał nieśmiało na panią La Forse i jej córkę i bąknął ciche ‘’bonjour”
Mei uniosła brew. Michael wyglądał jakby go głodzono. Widać mu było wyraźnie kości twarzy, nawet skroń miał zapadniętą.
- Miło cię widzieć – rzuciła od niechcenia, wyciągając dłoń. Chłopak spąsowiał niczym krwawa orchidea we włosach dziewczyny i nachylił się by ucałować jej dłoń. Gest był tak niezgrabny i niezręczny, że dziewczyna mimowolnie wzdrygnęła i ukryła wyraz twarzy za wachlarzem. Wstyd jej było za wszystkich mężczyzn tego świata.
Charlotte widząc zakłopotanie córki zwróciła się do Monici.
- Wejdźmy do środka. Niedługo zacznie się ceremonia.  
Wnętrze pałacu ociekało złotem. Kryształowe żyrandole zwieszały się nad misternymi fryzurami pań i kapeluszami panów. Na podwyższeniu stała orkiestra przygrywając gościom cichą melodię, która jednak nie przeszkadzała w prowadzeniu konwersacji. Ubrani w białe liberie kelnerzy roznosili kieliszki z winem.
- To nasz świat – Charlotte uśmiechnęła się do córki i poprowadziła ją przed siebie. Stanęły przy ścianie podziwiając okazałe obrazy i rzeźby. Charlotte poczęstowała się winem, ale jej córka tylko pokręciła głową na zaoferowany jej trunek. Chłonęła wzrokiem biżuterię dam i ich eleganckie suknie, nie po jej minie trudno było się dowiedzieć, czy zazdrości bogato zdobionych materiałów, czy po prostu współczuje. Sama była uwięziona w tym jakże pięknym tworze, zwanym eleganckim ubraniem. Każdy oddech sprawiał jej dość duży problem, ale cóż, właśnie tak wyglądało dorosłe życie.  Charlotte wiedział, że dziewczyna musi się do tego przyzwyczaić.

- Proszę o uwagę! – gospodarz pojawił się na balkonie zwracając uwagę zebranych – witajcie przyjaciele. Zebraliśmy się tu z powodu zaręczyn mojej córki. To dla mnie i mojej rodziny wielka chwila i cieszę się  mogąc gościć was w tej chwili w moim domu. Nie chcę przedłużać, bo wiem jak bardzo to stresująca chwila dla mojej córki. Proszę więc o rozpoczęcie ceremonii.
Mei wytrzeszczyła oczy. Bywała już na zaręczynach różnych przyjaciółek, ale ta była zupełnie inna. Widok zasłoniło jej kilku młodych mężczyzn.
- Przepraszam – zgromiła ich wzrokiem młodzieńców, którzy ustąpili jej miejsca. Charlotte syknęła na córkę, ale nie odezwała się słowem. Ceremonia się rozpoczęła.
Po schodach zeszła młoda dziewczyna, w wieku Mei o pięknych złocistych lokach i rumianej cerze, która nie potrzebowała ani pudru, ani różu. Olbrzymia muślinowa suknia szeleściła, gdy elegancka dziewczyna schodziła powolnym krokiem po schodach. Twarz córki Księcia Fryderyka nie wyrażała żadnych emocji, jeśli była zdenerwowana to dobrze to ukrywało.  
Dziewczyna stanęła na ostatnim stopniu i zamarła jak kamień.
Z tłumu wyszła grupa ludzi i ruszyła w jej kierunku.
Rozległy się szepty, jakaś dama krzyknęła zgorszona.
Sześciu mężczyzn szło w stronę złotowłosej dziewczyny równym krokiem. Rzucał się w oczy ich strój i wygląd. Ubrani byli w długie szaty, przepasane ciemnymi szarfami, a każdy u pasa miał sztylet. Wszyscy mieli czarne włosy i skośne czarne oczy.
Mieszkańcy Wschodu.
Spojrzenia zebranych mówiły same za siebie. Co robią tu ludzie z tak odległych ziem? Rzadko kiedy organizowano zaręczyny między dziećmi tak odległych od siebie terenów.
Mei zafascynowana patrzyła na delegację. Niewątpliwie należeli do najbliższej świty przyszłego męża dziewczyny. Żaden władca Wschodu nie zapuszczał się na ziemie Zachodnie, gdyż prawo zakazywało tego. Zawsze wysyłali swoich najbliższych ludzi.
Stojący na czele mężczyzna potwierdził jej słowa.
- Witamy lady Caroline, córko Wielkiego Księcia Fryderyka.
- Witajcie – odpowiedziała dziewczyna dźwięcznym głosem.
- Przyjmij to od nas, na znak pojednania – najstarszy mężczyzna podał lady, diamentowy diadem połyskujący brylantami. Dziewczyna wzięła go i oddała służącej, która stała za nią. Od młodego chłopaka wzięła wysadzany brylantami sztylet.
- Przyjmij to od nas, na znak pojednania – wyrecytowała i podała mężczyźnie.
- Książe Lin Juan przesyła pozdrowienia i gwiazd blask w noc.
- Cieszy mnie to. Niech wschód słońca opromienia jego tron.
- Prosi o twą rękę, pragnąc byś była jego jedyną po kres dni.
- Nie mogę, gdyż nie wiem czy jest godzien – odparła twardo dziewczyna, choć wyglądało to na wcześniej wyuczoną kwestię.
Goście chłonęli ten niezwykły spektakl.
- Jego Wysokość w darze daje pałac i swe serce. Potrzeba czegoś więcej? – mężczyzna przeprowadzający ceremonię uśmiechnął się lekko.
- Chce duszy i ciała, jego zmartwień i trosk, uśmiechu i radości.
- To sprawiedliwa cena – mężczyzna skłonił głową – Wygrałaś.
- A więc zostanę żoną Księcia Juan – Caroline podniosła głowę wysoko jakby chciała rzucić wyzwanie całemu światu. Gdy egzotyczna ceremonia zaręczyn skończyła się, rozległy się brawa i wiwaty.
Tylko Mei dostrzegła, że uśmiech córki Księcia jest sztuczny i dziewczyna próbuje zapanować nad mimiką. Szybko zrozumiała, ze to małżeństwo to aranżacja jej rodziców i zdanie młodej dziewczyny nie odgrywa tu żadnej roli.
Nie mogąc na do patrzeć odwróciła się do rozradowanej matki.
- Strasznie tu duszno. Słabo mi – wydusiła z siebie.
Charlotte rzuciła córce zatroskane spojrzenie.
- Chodź przejdziemy się – złapała córkę za ramię i wyprowadziła z pomieszczenia.

- To było wspaniałe – blond włosa kobieta uśmiechnęła się do córki, gdy spacerowały pod ramię przez korytarz. Zauważyła, że Mei jest blada i przygnębiona.
- Ona nie wydawała się być szczęśliwa – mruknęła do matki wachlując się zamaszyście, jakby było jej gorąco, choć na korytarzach panował chłód.
- To tylko pierwsze wrażenie. To zawsze trochę nerwowa ceremonia – kobieta nie przejmowała się zaręczynami zbytnio. – Czeka ją szczęśliwe życie. Władcy Wschodu to podobno wytworni ludzie, nawet jeśli ubierają się trochę dziwacznie.
Mei posłała matce wesołe spojrzenie.
- Moim zdaniem ich ubrania są normalniejsze niż nasze. Nikt nie wyglądał jakby się dusił, albo było mu niewygodnie.
Charlotte zachichotała jak mała dziewczynka.
- To nie jest modne.
Minęły jednego z gości z Wschodu, który zmierzył je czujnym wzrokiem. Dziewczyna mimowolnie zerknęła na siwowłosego starca o mądrym spojrzeniu i krzaczastych wąsach.
Sędziwy mężczyzna spojrzał na piękna kobietę, która w rozmarzeniu nie zwróciła na niego uwagi. Odkaszlnął.
- Lotta?
Matka Mei odwróciła się gwałtownie. Dziewczyna zauważyła w jej oczach przestrach i zaskoczenie. Kobieta zmrużyła oczy wpatrując się w mężczyznę.
- Pan Mishimori?
Starzec skinął głową, a kobieta podbiegła i chwyciła go za ręce ku zaskoczeniu córki. Przycisnęła zniszczone ręce mężczyzny do policzka, a z oczy popłynęły łzy.
- Tato – szepnęła wychodząc z roli eleganckiej, modnej damy. Wyglądała jak zagubione dziecko.
Mei stała zaskoczona, nie wiedząc co zrobić. Czy jej matka postradała rozum?
- Maman?
Kobieta odwróciła się do córki, a na jej policzkach pomimo grubej warstwy pudru wykwitł rumieniec.
- Przedstawisz nas sobie? – pan Mishimori odwrócił się do kruczowłosej dziewczyny.
- Mei, ma cherie – zaczęła blondynka drżącym głosem – To pan Tadaki Mishimori.
- Miło mi – dziewczyna dygnęła – Przybył pan ze świtą po lady Caroline?
- Nie do końca – mężczyzna uśmiechnął się – Owszem przybyłem do Trias, wraz z nimi, ale cel wizyty miałem zupełnie inny – jego ciemne oczy czujnie śledziły twarz Mei.
Dziewczyna poczuła uścisk strachu. Nie rozumiała co to ma znaczyć. Jak to po nią?
- Córeczko nie rób takiej miny – Charlotte złapała córkę za rękę i przyciągnęła do mężczyzny – To twój dziadek.
- Dziadek?
- Huānyíng – powitał ją starzec kłaniając się – Witaj moja wnuczko.
- Nie rozumiem – dziewczyna zmarszczyła brwi i cofnęła się o krok – O co panu chodzi?
Tadaki westchnął jak człowiek, który nie lubi, gdy musi coś wyjaśniać.
- Jesteś Mei z klanu Mishimori, dziedziczka naszego rodu i moja następczyni.
Mei zbladła jeszcze bardziej, choć wydawało się już to niemożliwe. Charlotte przytrzymała córkę, gdy ta zaczęła się niebezpiecznie chwiać. Wzrok dziewczyny zmętniał.
- Zemdlała – mruknęła lekko zaskoczona kobieta.

Charlotte spojrzała na córkę, która wciąż spoczywała na kanapie blada i nieruchoma.
- Chyba ta wiadomość ją zszokowała – mruknął mężczyzna i rozsiadł się w wygodnym fotelu. Znaleźli sobie spokojne miejsce w jednym z pokoi dla gości.
Charlotte podała panu Mishimori lampkę wina.
- Mei to dość twarda dziewczyna. Zemdlała raczej z mojej winy – kobieta skrzywiła się lekko, jakby przyznawała do winy – Mogłam za mocno zawiązać jej gorset.
- Nie rozumiem, czemu mieszkańcy Zachodu tak bardzo lubią się dręczyć ubraniami. Nie widzę nic przyjemnego w tych nienaturalnych figurach i dziwacznych fryzurach. Bez urazy oczywiści – rzucił szybko zerkając na kobietę.
- Nic się nie stało – uśmiechnęła się dama elegancko sącząc wino. Gdy odstawiła pusty kieliszek na stół, spoważniała – Co cię tu sprowadza, drogi ojcze?
- Prośba i obietnica.
- Jaka? – kobieta splotła dłonie pochylając się nad stołem. Miała dziwne przeczucie, ze wie o co chodzi.
- Wraz z synem obiecaliście, ze oddacie mi swojego dziedzica na wychowanie. Pamiętasz?
- Tak.
- Ale mój syn umarł jeszcze zanim się ożenił….
- Niestety – szepnęła smutno Charlotte.
- Jednak ty byłaś już w ciąży.
Kobieta zarumieniła się zażenowana.
- Jednak jak widzisz tato nie mamy syna, tylko córkę, więc niestety twoje marzenie nie może się spełnić.
- Dlaczego nie? – w oczach Tadakiego błysnęło zdziwienie.
- Do córki należy obowiązek prowadzenia domu, wychowania dzieci i dbania o swego męża –odparła kobieta zerkając na córkę, poluzowała trochę gorset, ale ona dalej była nieprzytomna.
- Obowiązkiem naszego rodu jest strzeżenie Jego Wysokości  księcia Juan i musimy dbać o tę tradycję. To że jest dziewczyną nie wyklucza jej z tego. I kobieta może być wojownikiem.
- To wykluczone! – Charlotte spojrzała błagalnie na Mishimoriego – Ona musi wyjść za mąż.
- Wybacz mi Lotto, ale prawo u nas jest surowe. Przysięgi nie można złamać. Jak tylko dziewczyna się ocknie chciałbym z nią pomówić. A teraz muszę wrócić do reszty ludzi zanim zaczną mnie szukać – mężczyzna wstał i położył dłoń na ramieniu kobiety – Wierz mi, jej los nie będzie taki straszny. Lepsze to niż zamążpójście – mruknął cicho.
I zostawił ją samą z córką, pozwalając się wypłakać.
  • awatar Kate - Writes: O Jezu, jak ty pięknie piszesz! Będzie tego jakaś kontynuacja? Bo zakończenie aż prosi się o ciąg dalszy.
  • awatar Seiti: Zdołowałam się jeszcze bardziej. Kartka z książki Czytało się lekko i przyjemnie, bardzo wciągające, mam odruch przewrócenia kartki. Cudownie, wspięłaś się na wyżyny.
  • awatar SallyLou: To coś stworzyłam na próbę, by oderwać się od moich demonów. Czy będzie ciąg dalszy nie wiem, ale jakiś zalążek pomysłu mam. Może wypali...
Pokaż wszystkie (6) ›
 

 

Kategorie blogów