Wpisy oznaczone tagiem "Fanfiction" (239)  

qandy
 
- Cześć, mam na imię Cynthia. Jest mi ogromnie miło was poznać.- powiedziałam na wpół szczęśliwa, na wpół sparaliżowana strachem.

Wszyscy gapili się na mnie jak na kosmitkę. Krępujące. Typowe.

- To jakiś chory żart, tak? Nie mówisz poważnie?- spytała Jo.

- Chris, ona się tutaj zabije.- stwierdziła Eva.

- Przestaniecie?!- zagrzmiała Courtney.- Powiedz im coś Chris!

- Ech. Jeszcze raz: Cynthia zostaje, wy zamykacie buzie, program trwa dalej.- zniecierpliwienie prowadzącego chyba sięgnęło zenitu.

Zdecydowałam się powrócić do tematu:

- Jak mówiłam...

- To nie twoje show Cynthia! Ruchy- kluchy- leniuchy! Pora wyjaśnić zasady.

Dobra, już będę cicho.

Zatrzymaliśmy się przy samolocie.

- Pamiętacie to cacko, które ktoś, konkretnie ty- wskazał na Sierrę- doszczętnie spalił parę sezonów temu? Otóż ja poświęciłem swój roczny kurs parzenia kawy tureckiej, byście wy wymoczki mieli czym podróżować! Możecie klaskać.

Nikt jednak tego nie zrobił.

- Nie, to nie, niewdzięcznicy! Tak czy inaczej to nasz samolot 2.0, którym będziemy podróżować do miejsc, które już odwiedziliśmy. Zgadza się. Ten sezon to wyzwania z przeszłości!

- Bo ktoś tu się najwyraźniej wypalił.- usłyszeliśmy kpiący śmiech z drugiej strony samolotu.

- Topher?!- zawołali Max, Ella i Rodney.

Chris westchnął:

- Ta, Topher też tu jest.- rozłożył ręce i zwrócił się do chłopaka- Jesteś z siebie zadowolony?! Tak?! Świetnie! Nie mam najmniejszej ochoty tłumaczyć co tu robisz! Sam im powiedz!

- Z ogromną przyjemnością, staruszku.- zaczął rozpromieniony, przeczesując palcami włosy.- W tym sezonie nie będę uczestnikiem. Będę waszym najgorszym koszmarem! Lub najpiękniejszym snem, jak kto woli. Co jakiś czas będę wam pomagał w wyzwaniach albo wam je utrudniał, zależy jaki będę miał humor. Dotarło? Super.

- Tak, super. Teraz jazda czyścić mój wóz. Na błysk!- pogonił go gospodarz.- Co? Każdemu przyda się chłopiec na posyłki.

Pozostawiliśmy to bez komentarza.

- Kolejną nowością w tym sezonie jest przedstawiona wcześniej Frajerska Wyrocznia. Zawsze będzie na was czekać w kabinie do głosowania, na wypadek gdyby ktoś miał trudności ze wskazaniem osoby, która musi odbyć żenujący Skok Wstydu. Wtedy decyzję podejmie los.

W kabinie zwierzeń:

Courtney: Jeśli o mnie chodzi, jestem na sto procent...

Cynthia:... pewna, że to ściema.

- Ostatnim smaczkiem tego sezonu jest nowy przywilej zwycięzców: Prezent w Kawałkach. Po każdym wyzwaniu, nie licząc wyzwań z nagrodą wygrana drużyna otrzyma ode mnie trzy części układanki.

- Puzzle? Kpisz sobie koleś?- powiedział Duncan, opierając się o samolot.

- Jeżeli dasz mi skończyć, przekonasz się, że nie kpię sobie KOLEŚ. Prezent w Kawałkach pomoże wam, i to bardzo, bowiem trzy elementy dadzą wam podpowiedź do kolejnego wyzwania. Lokalizacja, sezon, temat przewodni, cokolwiek co sprawi, że będziecie mieli fory. Nie dziękujcie.

Nie dziękowaliśmy.

- Reszta taka sama: figurka niezwyciężoności, klasa biznes, pierwsza klasa, orzeszki, kumacie nie? Och i piosenki! Mnóstwo piosenek.

Ella: Nareszcie nie ma zakazu śpiewania! Moje serce uśmiecha się jak tęcza do góry nogami! Bo śpiew to jest mój cały świaa-

Chris: Jeszcze nie teraz Ella!

Ella: Przepraszam Chris!

- No to pora was podzielić na drużyny. Niech stawią się tutaj:

Brick

- Tak jest, sir!- czarnowłosy zasalutował.

Dawn

Rodney

Cynthia

Courtney

Jacques

Dakota

Trent

Carrie

Justin

B

i Scott

Każdy z nas zajął miejsce.

- Od teraz tworzycie drużynę Domków z Kart!- oznajmił prowadzący.

Że jaką niby?

- Lubię grać w karty.- oznajmił Rodney. Witajcie piękne panie.- to było oczywiście skierowane do damskiej części drużyny. Zrobiło mi się miło, nie powiem.

- Słyszałeś, żeby ktoś pytał Cię o zdanie?

- Wybacz Scott.

Rodney: Scott myśli, że skoro jest moim bratem, to może stawać mi na drodze do miłości. Nie uda mu się! Carrie już wpadła mi w oko, no i jeszcze Jen, i w sumie też Dakota.... Kurcze, muszę zdecydować z którą chcę chodzić! Chociaż Scott mówił mi, że Courtney jest fajna...

- Dość rodzinnych melodramatów jak na razie. Jeszcze musi starczyć na inne odcinki. Teraz poproszę do siebie wszystkich bezdrużynowców.

Dwanaście osób ustawiło się na miejscach.

- Od teraz, do czasu połączenia jesteście Wiśniowymi Spadochronami!

Reakcja drużyny była niezwykle podobna do naszej.

- Moja cioteczna praprababka wynalazła spadochron.- nietrudno zgadnąć, że to Staci pochwaliła się tym faktem.

- Słuchaj, nie będę się powtarzał: albo w końcu ucichniesz albo sama jednego użyjesz. Łapiesz?- Chris postawił Staci ultimatum.

Brązowowłosa skinęła głową.

- Ale spadochrony i domki z kart? Co to ma ze sobą wspólnego?- Jacques podrapał się  w głowę.

- Wbrew pozorom dużo. Domki z kart jak wiadomo bardzo nietrwałe, łatwo można je uszkodzić lub zniszczyć. A jak spadochron się nie otworzy, to możemy umrzeć, czyli zniszczyć nasze istnienie.- powiedziałam.

Wszyscy poza Haroldem i

-Łebski z ciebie Kwiatuszek.- pochwaliła mnie Jo.

- Dziękuję. To bardzo miłe.- uśmiechnęłam się.

- Taka już jestem.- wzruszyła ramionami.- Ogólnie ludzie tutaj są jacyś dziwni.- szepnęła mi na ucho.-Ale może chociaż z tobą się dogadam.

- Cóż, mam nadzieję.- zapewniłam ją szeptem.

Cynthia: Ciekawe kiedy obmyśli plan, żeby mnie wyeliminować.

Jo: Ta nowa może mi się przydać jako sojusznik. Powiem jej, że dla mnie drużyny nie mają znaczenia i już. Przepcham przez kilka odcinków i wystawię do wiatru. To trzy miliony zielonych ludzie! Czy kiedykolwiek walczyliście o taką kasę? O, nie. Bo jesteście cieniasami!

Cynthia: Moment. Robi to właśnie teraz, prawda? *śmiech*

Courtney: Poznałam Jo. Nie ufam jej. Znam Cynthię od zawsze. Nie jest aż taka głupia, żeby się na to nabrać.

- Nie wystarczy nam czasu na wyzwanie. Ale! Wstrzelimy się z piosenką! Maestro!

,,Witamy was telewidzowie"

Chris: Witamy was telewidzowie!

Szef: Pan Mclain bajkę wam opowie.

Justin: Pełną bólu.

Gwen: Cierpienia.

Harold: Oraz gazów Owena!

Wszyscy:...

Harold: A, nie ma go tutaj. Kurcze...

Jo: Dużo tu świrów mamy.

Jen: W modzie nieobeznanych.

Courtney: Dzikich! Nieokrzesanych!!

Wszyscy: ...

Courtney: Co? Powiedziałam, że was nie lubię!? Nie!

Scott: Dlaczego nie możemy po prostu zamknąć się?

Rodney: Witamy was telewidzowie!

Dakota: Możecie wezwać pogotowie?

Staci: O, o! Czy ktoś wiedział, że ambulansy to wynalazek mojej babci?

Jacques: O jeny! Przestań już dziewczyno!

Lightning: Ale ten Jacques ma fajny kinol!

Cynthia: Nie jestem śpiewania boginią, inni mają do tego dryg!

Bridgette: Hej, Ella! Może teraz ty?

Ella: Nie! Przyszła pora na B!

B: ...

Chris: No to se nagrabiłeś, kolo! Wróżę ci przyszłość niewesołą.

Sierra: Niewesołą jak moja dusza zapewne, gdy dowiedziałam się, że nie będę z moim nerdem!

Brick: Nie będę tego komentował.

Duncan: To jakaś psychiczna choroba.

Dawn: Jej aura w ciemnych jest kolorach. Ona czuje się bardzo źle.

Eva: Kogo to obchodzi?! Bo nie mnie!

Chris: Także Milczku, pakuj się! *wypycha B z samolotu*

Courtney: Hej, to nie fair!

Trent: Mają liczebną przewagę.

Katie i Sadie: Wygramy to! I dzięki za uwagę!

Katie: Chociaż ty Trent jesteś słodki.

Sadie: Ty też Justin!

Katie i Sadie: *chichoczą*

Carrie: Witamy was telewidzowie!

Max: Tu mają gdzieś komfort i zdrowie!

Wszyscy: Tak więc wszyscy zapiąć pasy! Dla nas męka, dla was wczasy! Zacznie się!

Szef: Totalna Porażka!

Chris: Szalone Poplątanie!

Topher: Yeah!

Skończyliśmy śpiewać, a Chris wygłaszał ostatnie zdania.

- Czy Rodney znajdzie dziewczynę? Czy kinol Jacquesa stanie się obsesją Lightninga? Jakie będzie pierwsze wyzwanie? Oczekujcie: Totalnej Porażki: Szalonego Poplątania!

....

W pierwszej klasie

........

- Witajcie Wiśniowe Spadochrony! Oto wasz Prezent w Kawałkach.

Zdjęcia przedstawiają kolejno jak:

Owen je.

Duncan mocuje się z kangurem.

Lightning odkrywa, że zniknęły proteiny.
 

qandy
 
Zdjęłam okulary, bo uznałam, że noszenie ich nie ma sensu. W tym czasie skończyła się przerwa reklamowa. Chris przypomniał co się stało do tej pory i zapowiedział kolejnego uczestnika.

- Oto przed Wami, skradziony Donowi łyżwiarz figurowy oraz pantoflarz: Jacques!

Chłopak wyszedł z limuzyny dumnym krokiem i oświadczył :

- Miło was poznać, rywale. To ja zdobędę pierwsze miejsce!

Chris delikatnie popchnął go w ramię:

- Mam ci przypomnieć, że ostatnio byłeś trzeci?

Jacques zdenerwował się:

- Ale ostatnio była jeszcze Josee!- powiedział po czym chyba się zarumienił, przez przyciemniane szyby nie miałam pewności.- To jest... Absolutnie nie przez nią zdobyliśmy brąz, my tylko mieliśmy pewne komplikacje. No nie moja wina, że Surferzy to pupile widzów!- zakończył zirytowany i zmęczony równocześnie.- Z resztą widziałeś Wariacki Wyścig.

- Owszem, widziałem. I wiesz co? Nic mnie to nie obchodzi.- Z uwagi na twoją jakże irytującą osobę, oto piękność z limuzyny Zapomniałem-Liczyć-Której: Bridgette!

Blondyn ustąpił miejsca surferce i popatrzył na nią z wyższością. Ona jednak zbytnio się tym nie przejęła.

- Piękność? Dzięki za komplement.- zaśmiała się delikatnie.

- Uważaj, bo zaraz pojawi się ktoś kto może ci dać tego dużo więcej, by uśpić twoją czujność.-odchrząknął-Znowu. Lub ośmieszyć cię na oczach widzów z całego świata.-odchrząknął- Znowu.

Rozległy się szepty, a Bridgette zrobiła dwa kroki w tył. Swoją drogą, strasznie dziwne, że wszystko tak dobrze tu słychać.

- Chyba nie mówisz?

Chris roześmiał się złośliwie.

- O tak. Przed wami latynoskie superciacho, diabeł wcielony i kobieciarz. Alejandro!

Bridgette zemdlała, ale prowadzący zignorował to. Nagle zaczęła grać hiszpańska muzyka, kolorowe światła rozświetliły czerwony dywan. Taa, wszystko przygotowane na powitanie największego lalusia w historii programu.

Ten jednak nie pojawił się.

Szef, Chris i cała reszta wstrzymali oddech.

- Panie McLain, musi pan to przeczytać.- rudowłosy, piegowaty stażysta wcisnął mu do ręki kopertę.

- Czytaj na głos ziom, to może być ciekawe.- poradził kucharz.

Chris odchrząknął.

- No dobra. Co my tu mamy?

(Nie) Drogi Chrisie McLainie!

Chcieliśmy z radością zawiadomić Cię, że... Rezygnujemy... Nie zmusisz... Pójdziesz na dno... Pozew i zakaz wykonywania zawodu...

Podpisano

Alejandro Burromuerto i Heather Pacot

-Co?! No nie, tak nie może być!  Ale ja, genialny i jakże skromny gospodarz Chris McLain mam plan awaryjny. Szefie!

Czarnoskóry mężczyzna pokazał widzom małe sześciokątne pudełko z dziurą w środku i zwojem kabli. Następnie przysunął je do ludzi już uczestniczących w programie. Nastoletnie twarze wpatrywały się w niego z mieszanką znudzenia i zażenowania.

- To, co trzyma w rękach Szef nazwałem Frajerską Wyrocznią. Kilka kliknięć i w mgnieniu oka wskaże nam dwójkę szczęśliwców, którzy trafią do Totalnej Porażki: Szalonego Poplątania wbrew swojej woli. Ależ ja jestem nikczemny!- powiedział zadowolony z siebie Chris.- No, no, no. Kogo potorturujemy, Frajerska Wyrocznio?

Czarnowłosy obracał pudełko w dłoniach, mruknął coś niezrozumiale i z wrednym uśmieszkiem na ustach odczytał werdykt:

- Max i Dakota. Haha, będzie zabawnie. Sprowadzić ich tu, ludziska!- wrzasnął przez megafon do swoich stażystów. Później z typowym sztucznym uśmiechem zagadnął telewidzów. - Czy Max i Dakota ucieszą się na mój widok? Czy ludzie w limuzynach w końcu z nich wysiądą? I kto jeszcze będzie mi groził pozwem? Po przerwie wszystkiego się dowiecie. Nie zmieniajcie kanału!

Kolejne minuty reklam. Kolejne minuty bezczynnego siedzenia w tej puszce na kółkach. A niech cię komercjo!

- Nie daję rady.- stwierdziłam i opadłam na siedzenie.-To zaraz mnie wykończy. Zobacz, to już druga przerwa, a jeszcze nie znamy połowy ludzi. Jak stąd nie wyjdę to chyba szlag...

Poczułam uderzenie- Courtney właśnie wymierzyła mi policzek.

- Zamkniesz się?

- Eee, tak, jasne. Dzięki.

- Musimy zastanowić się jak to rozegrać. - powiedziała złowieszczym tonem i zaczęła kreślić w powietrzu jakieś znaki.

- Courtney, od miesięcy zastanawiałyśmy się jak to rozegrać. I wiesz co? Wiemy jak to rozegrać, więc po pierwsze nie przesadzaj, bo już jesteśmy przygotowane, a po drugie zamknij się, bo tutaj. Do. Jasnej. Ciasnej. Wszystko. Słychać.- wysyczałam zirytowana.

Siostra popatrzyła na mnie z lekkim szokiem, a mnie trochę zdziwił mój nagły przypływ śmiałości. Chwilę później nabrała pogodnego wyrazu twarzy. Jako że nie było nic lepszego do roboty, postanowiłyśmy odhaczyć punkty z naszej ,,Listy rzeczy do zrobienia tuż przed końcem przerwy reklamowej"

,,Lista rzeczy do zrobienia tuż przed końcem przerwy reklamowej (nazwa zastrzeżona przez Courtney i Cynthię Belavinę)"

1. Powiedzieć coś miłego o siostrze-rywalce.

-  Hm... Masz piękne oczy.- powiedziałam jej.

- A ty cudowny strój.- odpowiedziała.- Co z tego, że wyglądamy identycznie?

-  Jakaś ty spostrzegawcza, Court.- cmoknęłam.- A myślałam, że na starość wzrok się pogarsza, nie odwrotnie.- spojrzałam na nią dumnie.

- Auć. Komplement i obelga w jednym?

- To się nazywa komplobelgą.

Dlaczego to powiedziałam? To samo powiedział Alejandro w odcinku 17 Totalnej Porażki w Trasie. Skąd mi się to wzięło? Co się dzieje? Czy ja tracę rozum? Dlaczego zapamiętałam ten tekst? Czy to coś znaczy?

Poczułam uderzenie- Courtney po raz kolejny wymierzyła mi policzek.

- Zamkniesz się?

- Ja... Nic nie mówiłam.

- Nie mówiłaś. Ale po twoim długim milczeniu wnioskuję, że zaczęłaś się nakręcać w myślach. Czy tak?- oparła ręce na kolanach w oczekiwaniu odpowiedzi.

- Racja, dziękuję.

- Nie ma za co, siostrzyczko. Przejdźmy dalej.

2. Raz na zawsze ustalić, że plan działania mamy już ustalony. (na wypadek gdyby któraś chciała to podać w wątpliwość)

- No to, to też od razu wykreślę.- zaoferowałam się.

3. Usłyszeć od Chrisa, że już koniec przerwy.

Popatrzyłam zdziwiona na kartkę:

- Ej, coś mi tu nie pasuje. Przecież nie możliwe, żeby...

- SIEMANKO WSZYSTKIM. JUŻ KONIEC PRZERWY!!!- nietrudno się domyślić, że gospodarz użył megafonu. Znowu. Ach, spoczywajcie w pokoju moje bębenki. Westchnęłam ciężko i skreśliłam ostatni punkt z listy. Zapamiętać: nigdy nie kwestionować list, tworzonych wspólnie z Courtney.

- Wiecie? Chciałbym zapewnić każdemu uczestnikowi możliwość zaprezentowania się, ale ten program trwa tylko pół godziny, więc postanowiłem, że wszystkich poza ostatnią dwójką po prostu wymienię. Jedziemy:

- Nikczemny słodziak Max.

- Dakota...Zoid.

-Pokażę wam prawdziwe zło! Aaa!- wrzasnął fioletowowłosy na widok mutantki.

- Co ja mówiłem?! Dalej: babo-chłop Jo.

- Blogerka Jen.

- Pan ciacho, Justin.

- Lowelas Rodney.

- Dziwaczka Dawn.

- Nieudacznik Harold.

- Kadet Brick.

- Atletka Eva.

-- Trentko Muzykant.

- Katie i Sadie.

- Głupi Scott.

- I głupszy Lightning.

- Carrie Blond Skowron.

- I Griselda! Och, przepraszam: Ella!

Dziewczyna przypominająca Śnieżkę skrzywiła się.

- Chris! Uznaliśmy przecież, że będę używać drugiego imienia!

Cała chmara ludzi ustawiła się w rzędzie. A więc to są konkurenci. Będzie ciekawie.

- Lecę, Cynth. Już na mnie pora.- dobiega mnie odrobinę nonszalancki głos.

Przymrużam oczy i nagle słyszę jak Chris zapowiada siostrę:

- A oto przed wami rozpieszczona księżniczka z obozowym doświadczeniem, którą nienawidzą tutaj wszyscy, ale jestem zbyt wredny, żeby zabronić jej udziału w programie. Powitajcie Courtney!

Dziesiątki par oczu skanują sylwetkę dziewczyny. W powietrzu czuć było napięcie i zapach jej nowych perfum. Dziesiątki par oczu patrzących z pogardą, dziesiątki umysłów analizujących ,,jaką aferę rozkręci tym razem", pewnie zastanawiających się dlaczego los ich tak paskudnie ukarał; ludzi próbujących ją jakoś milcząco sprowokować. Ona jednak nadal kroczy dumnie a, gdy nadchodzi odpowiednia chwila odzywa się:,,Was też miło widzieć. Stęskniłeś się Scott?" Potem uśmiecha się lekko figlarnie i zajmuje miejsce obok pozostałych. Daje mi znak.

Teraz moja kolej.

- No i to już wszyscy.

- Moment!- mówi Harold.- Mówiłeś, że ma być 24 uczestników. Jeśli moje obliczenia się zgadzają, a zgadzają się- brakuje nam jednej osoby.

- Ech... A miało być tak pięknie. Ekhem. Ostatnia uczestniczka to typ kujona, który jedynych znajomych ma w książkach i serialach. I prawdę mówiąc:  nie rozumiem dlaczego tu jest. Poznajcie żywą wyścigówkę, jeżdżącą encyklopedię, siostrę, o dziwo nie bliźniaczkę poprzedniczki. Cynthię!

- Żywą wyścigówkę?- spytał Brick.

- Jeżdżącą encyklopedię?- dociekała Sadie.

,,Spokojnie, zaraz będziecie się śmiać."- westchnęłam.

Szef wszystko mi przygotował. Spanikowana wysiadłam z limuzyny i ruszyłam. Faktycznie mogliby nas brać za bliźniaczki. Tak jak Courtney mam 7 piegów nad nosem, wyglądam identycznie: ta sama sylwetka, włosy (stosuję specjalny trik, by zawsze wyglądały tak jak te Courtney to jest; były dużo krótsze), twarz, strój... Nawet głos mam identyczny...

W moim wyglądzie, ba, we mnie jest jednak jedna cecha, przez którą nigdy nią nie będę.

Koła.

Koła w moim wózku, który muszę mieć, bo jestem inna.

Jestem niepełnosprawna fizycznie.





















































Hej wam! Przyszła pora na taki coming out. W opisie mówiłam, że Cynthia to moje odzwierciedlenie w świecie Totalnej Porażki. Więc tak, pora powiedzieć/ napisać otwarcie: jeżdżę na wózku. Jestem niepełnosprawna fizycznie. Ufff... Nie bijcie, nie znienawidźcie.

Zapraszam do komentowania rozdziału. Pisałam go bardzo długo, mam nadzieję, że wam się spodobał :)

~Qandy



 

qandy
 
- Miło. Courtney, możemy w końcu zdjąć te peruki?

Przytaknęła.

Spojrzałam w lusterko.

- Szczotka! Gdzie moja szczotka? Potrzebuję szczotki!- zaczęłam rozpaczliwie grzebać w kieszeni spodni. Chris i Courtney przewrócili oczami.

- NO CO?!- syknęłam- To nie wy będziecie pierwszy raz występować w telewizji! Mam szopę na głowie, nie wyjdę tak do ludzi!

- No dobra, dobra, proszę, drama queen.- prowadzący westchnął i podał to czego chciałam.- Przez chwilę zapomniałem, że dzielisz z nią geny.- wskazał palcem na moją siostrę.

Mocno nabuzowane powiedziałyśmy razem:

- A TO CO NIBY MIAŁO ZNACZYĆ?!

Chris niepostrzeżenie wyjął megafon i wrzasnął:

- MNIEJ WIĘCEJ TO, ŻE MACIE SIĘ ZAMKNĄĆ!- po czym zasłonił usta dłonią i dodał normalnym głosem: Przepraszam Cynthio. Zazwyczaj nie jestem taki nerwowy. Nie wiem, co we mnie wstąpiło.

Courtney i Szef przewrócili oczami.

Może on nie wie, co w niego wstąpiło, ale ja tak. Chęć zaprezentowania się jako miły prowadzący, by później móc mnie bez skrupułów dręczyć. Przewidywalne.

- Tak czy owak zaraz dojeżdżamy.- z rozmyślań wyrwał mnie głos Szefa.

-  A właśnie? Kiedy poznamy naszych rywali, Chris?- spytała moja siostra najmilej jak umiała.

Mężczyzna zaśmiał się:

- Dopiero na wizji. Żeby było więcej dramaturgii.- z pewnością chciał zabrzmieć tajemniczo, lecz skutek był marny.

Courtney podparła brodę ręką:

- Nie cierpię twojej ,,dramaturgii", Chris.- powiedziała już bez cienia życzliwości.

- A ja nie cierpię ciebie. Masz z tym jakiś problem?

- Tak, nawet zrobiłam listę.

- To było pytanie retoryczne.

- Nie wierzę w retorykę.

Tryumfalny uśmiech nie schodził jej z twarzy, dopóki Szef nie zaparkował limuzyny. A im bliżej celu byliśmy, tym bardziej czułam, że melisa, którą wypiłam wcześniej traciła swoje uspokajające właściwości.

...

,,Zapraszamy! Tuż po reklamach nastąpi wydarzenie roku: ponadczasowa, zaskakująca, niebezpieczna i pełna dramatów walka nastolatków w najnowszym sezonie Totalnej Porażki!!! A tym czasem zachęcamy państwa do zakupu najnowszego miksera firmy Gładka Papka za 307,77! To będzie hit waszej kuchni! Serio."-Josh Colin Racket i Blaineley Stacey Andrews O'Halloran po wypowiedzeniu swoich kwestii mrugnęli w stronę głównej kamery. Był to jeden z chwytów marketingowych, bo przecież musieli się jakoś na rynku utrzymać. Nikt nie miał im tego za złe, bo celebrycki świat i tak był już przesiąknięty podobnymi sztuczkami. A producentom nawet się to podobało.

Minęło dobre parę minut zanim zaświeciła się upragniona przez oboje czerwona lampka, oznaczająca zejście z wizji.

- Ugh, wykończy mnie to kiedyś.- O'Halloran odgarnęła kosmyk włosów za ucho.

Współprowadzący posłał jej pytające spojrzenie.

- Musimy gnić w tym studio, w dodatku z obciętą pensją, podczas gdy te szczeniaki- tu pokazała z pogardą na uczestników poprzednich sezonów- są tak rozchwytywani, że gdyby od poparcia widzów zależało bogactwo, to każde z nich mogłoby sobie pozwolić na własny penthouse. Nawet ten knypek, co dwa razy odpadł pierwszy, Eskimos czy jakoś tak.- powiedziała wzburzona.

- Nie przesadzaj, Blaine, są przecież dobre strony.

- NIE MÓW NA MNIE BLAINE!

Po chwili milczenia Josh kontynuował swoją myśl:

- Masz Podsumowania,  wiesz, że prowadzisz je świetnie...

- Dosyć!

- O co chodzi?

- Wywalili mnie za bycie... No cóż, sobą właściwie za bycie sobą. Dali kogoś młodszego na zastępstwo.- wyszeptała blondynka.

Racket bez słowa wstał z krzesła i ją przytulił.

...

Nie jedziemy. Na pewno już nie jedziemy. Dlaczego nie jedziemy?!

- Hello? Oddychaj!

Kto to mówi?

- Co się tak patrzysz? Wysiadaj!

Już wiem: dojechaliśmy. Próbuję odzyskać trzeźwe myślenie, choć stres bardzo to utrudnia.

Wysiadam i staram się rozpoznać, gdzie się znajdujemy.

- Moment? Samolot z sezonu trzeciego?- przetarłam oczy.

Gdy wspomniałam o sezonie trzecim Courtney prostuje się jak struna.

- Bystrzacha z ciebie. A raczej jego wersja dwa zero, ulepszona i inne takie, ale i tak masz dobre oko.- komplementuje mnie Chris, lecz nie zwracam na to uwagi.

- Ale. Dlaczego. Akurat. Sezon. 3.?- Courtney zaczyna panikować.

Chris zaczyna swój niekontrolowany śmiech, który, prawdę mówiąc trochę mnie przeraża.

- Och, to proste, moja droga Courtney. Z racji tego, iż jest to ostatni sezon Totalnej Porażki przeanalizowałem statystyki i okazało się, że to właśnie sezon 3 jest ulubionym sezonem widzów.- powiedział nienaturalnie słodkim głosem, dokładnie takim, jakim przepraszał mnie za użycie megafonu.- I co się dziwić?- ciągnie.- Był niezwykły, pełen intryg i złamanych serc.

Widzę po twarzy siostry, że nie czuje się dobrze, wspominając tamte czasy. Skup się na grze, błagam: skup się. To było wieki temu, prawda? Poza tym: jakie są szanse, że będzie tu którekolwiek z nich?

- Dobra, wsiadać z powrotem!- zarządził Chris.- Zaraz zaczynamy przedstawienie i zjadą się limuzyny z pozostałymi uczestnikami. Ruchy!

Niechętnie wsiadłyśmy i zapakowałyśmy swoje rzeczy.

Kamerzysta daje Chrisowi znak a ten, szczerząc się jak sarna zaczyna swój wywód do kamery:

- Siemanko ludziska! Sześć sezonów naszego wspaniałego show, aż tu nagle wyszedł Don i próbował zabrać mi publikę za pomocą jakiegoś Wariackiego Wyścigu. Dokładnie jak na balu w 75, gdy podstępem odbił mi Misty Gray. Misty, jeśli to oglądasz- zadzwoń. Eee... Show jednak musi trwać, dlatego zgromadziłem 24 popaprańców...ZNACZY SZCZĘŚCIARZY, którzy będą rywalizować o 3 MILIONY BAKSÓW!

-Nie przedłużając: limuzyna numer 1: Duncan, pan dobre serduszko, które wyszło z więzienia i paliło domki, limuzyna numer 2: pokręcona gotka Gwendolyn! Złodziejka chłopaków! Największy koszmar pewnej panny! I TAK DALEJ!

- To... Nie... Był.. Domek...- wychrypiała zszokowana Courtney.

Jakie są szanse, że będzie tu którekolwiek z nich?! Ogromne, Cynthio! Powiedzmy stuprocentowe! Court dostała dreszczy, więc przyciągnęłam ją do siebie. Nie przewidziałam tego. A musiałam. ,,Stupida!"-wymierzyłam sobie karny policzek.

- Nie jestem ,,pan dobre serduszko"!

- I oni wtedy nie byli razem!

,,Zamknijcie się, bo zaraz eksploduję!"-pomyślałam.

- A tak w ogóle, to cześć.- Gwen przywitała się z Duncanem i podała mu dłoń.

- Hej, fajnie cię widzieć.- odpowiedział tym samym.

- Mniejsza o to!- przerwał im gospodarz.- Psujecie mi show! Limuzyna numer trzy: świrnięta fanka Cody'ego oraz mojej osoby: Sierra!

Wysoka, fioletowowłosa dziewczyna wysiadła z pojazdu z przybitym wyrazem twarzy i leniwie powlokła się w stronę McLeana.

- Witaj Chris.- powiedziała smętnie.

- Hej, hej, wariatko. Jaki masz plan na uprzykrzenie mi życia w tym sezonie?

Cisza.

- Musisz wiedzieć,- zaczął, a potem zwrócił się do widzów: Mały spoiler, możecie na chwilkę wyciszyć odbiorniki., a wy zatkać uszy, pozostali obozowicze.-, że ani Cody'ego ani Camerona tu z nami nie będzie. Kogo zatem będziesz stalkować?

Cisza.

-  Dobra. Chyba więcej z ciebie nie wykrzesam. Stań tam, gdzie Duncan i Gwen.- westchnął zrezygnowany.-Odetkać uszy, odbiorniki na normalną głośność. Limuzyna 4. Oto B!

Wspomniany chłopak wyszedł ze swojej limuzyny i pomachał Chrisowi.

- Co tam, B?

Wzruszył ramionami.

- Serio?I Nie rób mi tego, kolo! Rany co za dziwacy!... ZNACZY WYJĄTKOWI LUDZIE! Idź do reszty, B. A tym czasem limuzyna 5.  Jak leci Staci?

B wybałuszył oczy i zapewne zrobili to wszyscy pozostali, którzy znali dziewczynę. Ale tak w sumie ja chciałam ją poznać. Też wielu mnie nie lubi. A ja nie lubię oceniać ludzi. Wierzę, że w Staci kryje się coś więcej niż tylko jej przodkowie.

- Podróż była długa.- mówi.- A wiedzieliście, że kuzyn drugiego stopnia mojej prababci wymyślił limuzyny?

Ale póki co ,fajnie jest o tym posłuchać.

Chris zaczął mówić:

- Czy Staci zanudzi nas na śmierć? Kim są pozostali zawodnicy? I jakie niespodzianki szykuję dla nich na ten sezon? Tego dowiecie się po przerwie w Totalnej Porażce Szalonym Poplątaniu!

........................................................................................

Zasado R.K., trwaj!
 

qandy
 
zarny scenariusz mamy na szczęście nie spełnił się i z zapasem czasu dotarłyśmy na dworzec. Mogłyśmy w spokoju włożyć nasze peruki i przeciwsłoneczne okulary. Samo wejście do pociągu odbyło się o dziwo bez przykrych incydentów, (tylko jeden gość gwizdnął na widok starszej z nas i stwierdził, że ,,mógłby ją schrupać") poza oczywistym traktowaniem mojej własności jak wieszaka. Usiadłam obok siostry.

- Co to było, to w domu?- spytała.

- Wybacz, poniosło mnie. Boję się.

- Hej, jest ok-złapała mnie za rękę.-Na pewno sobie poradzimy.

-Mhm.- mruknęłam bez przekonania.

- Ale z Ciebie pesymistka, Cynth. Jeżeli będziemy trzymać się planu, to uda nam się. Bo kto planuje...

-...Ten w chaosie nie zginie.

To i inne życiowe motta i domeny wymieniałyśmy co jakiś czas. Niby zwykłe słowa, a jednak potrafią zmotywować lepiej niż nie jeden coach.

- Stresujesz się.- bardziej orzekła niż spytała moja towarzyszka.

Skrzyżowała ręce na piersi i zawołała trochę zbyt głośno:

-Kelner!... Steward!... Czy ktokolwiek kto tutaj rozdaje napoje!

W mgnieniu oka pojawił się przy nas dwudziestoparoletni mężczyzna z notesem i długopisem.

- Co podać, mademoiselle?

- Dla mnie latte z mlekiem bez laktozy. Dla niej melisa.- zakomunikowała.

Spojrzałam na nią pytająco, jednak nie zamierzała nic mi wyjaśniać.

- Dobrze, zapisałem. Jesteście siostrami?- zapytał przyjmujący zamówienie.

- A cóż pan taki ciekawski, monsieur?!- obruszyła się.- Jeśli musisz już-wiedzieć- skończyła z formą grzecznościową, zawsze tak robi, kiedy jest zła.- ...to moja kuzynka. Chcesz coś jeszcze Pamelo?

Pamelo? No dobra.

- Nie trzeba, dziękuję, Camelotte.

Mężczyzna odszedł, a siostra popatrzyła na mnie z politowaniem:

- Camelotte? Poważnie?

- Mnie się pytasz? To ty pierwsza wyskoczyłaś z jakąś Pamelą! Po za tym czemu niby jesteśmy kuzynkami?

- Mówiłam już. Żeby nas nie rozpoznali.

- Popadasz w paranoję.

- Przezorny zawsze ubezpieczony. Chcesz, by nas psychofani dopadli czy jak?

Koniec dyskusji. Zaletą siedzenia w najdroższym przedziale jest niewątpliwie to, że nikogo innego oprócz garstki wybrańców na niego nie stać. Tak więc komediodramat mojej siostry nigdy nie ma dużej publiczności.

- Przećwiczmy: nazywam się Camelotte Reaveel, a ty jesteś Pamela Natinhard. Z jakim mówimy akcentem?- pozwoliła mi dokonać wyboru.

- A to nie jest tak, że przedział Supreme rezerwuje się na nazwisko?- zapytałam.

- To nie jest tak, wyobraź sobie.- przewróciła oczami- Akcent proponuję północnokanadyjski.- wróciła do swojej myśli.

Nie miałam pojęcia jakim akcentem jest  północnokanadyjski. A przecież mieszkam w Kanadzie! Poprosiłam siostrę o prezentację. Okazało się, że mam mówić tak jak jak zwykle tylko bardziej nosowo. Dałam jej próbkę.

- Spoko. Teraz najważniejsze: musimy zmienić charakter pisma.

- A co jest nie tak z naszymi?

Moja towarzyszka ciężko westchnęła:

- Och. Jeżeli...

- Nie kończ. ,,Jeżeli będziemy używać naszych, to psychofani nas zdemaskują." To chciałaś powiedzieć?

Skinęła głową.

W tym czasie przyszły nasze napoje. Siostra posłała piorunujące spojrzenie ,,zaopatrzeniowcowi żywieniowemu" i wsunęła mu w dłoń odliczoną sumę. Bez napiwku. Gdy ten już poszedł wyjęła z torby tabletki na chorobę lokomocyjną. Cierpiałyśmy na nią od dzieciństwa.

- Zdrowie, Pamelo.

- Zdrowie, Camelotte.

Zaśmiałyśmy się, stuknęłyśmy się kubkami i połknęłyśmy lekarstwo. Zrobiłam się senna.

...

- Myślałam, że zasnęłaś snem wiecznym, siostrzyczko. Jeszcze pięć minut i jesteśmy na miejscu.

- Co? Już?

- Mhm. Przespałaś bitą godzinę.

- Ech, to przez tę melisę. Nie powinnam była jej pić.

- Powinnaś, powinnaś.

- Czyżby?

- A nadal się stresujesz?

- W sumie to już nie tak bardzo.- przyznałam zaskoczona.

- Widzisz? Słuchaj się mnie.- powiedziała radośnie.

- Niebezpiecznie przypominasz mi w tej chwili Gertrudę z Roszpunki. Dobrze Ci radzę: opamiętaj się.

- ,,Słuchaj się mnie."- zaśpiewała, naśladując  wspomnianą przeze mnie postać.

- ,,Udusisz się."- zaskrzeczałam.

- Tego nie było w tekście.

- A kogo obchodzi tekst?

Zaśmiałyśmy  się. Takie chwile lubię. Zapominamy wtedy o różnicy wieku i zachowujemy się jak najlepsze przyjaciółki. Gdyby tylko tak było zawsze.

- Dobra, wracamy na ziemię.- siostra spoważniała.- Pora zmienić nasze pismo.

- Ale przecież...

-Spokojnie, wszystko wzięłam.

Machnęłam ręką.

- Nie, nie to. Zostały dwie minuty jazdy. Jak masz zamiar wpoić nam nowe pismo w sto dwadzieścia sekund?

- Och, to żadna sztuka. Słuchaj...

Zrobiła pauzę po czym powiedziała swoją koncepcję na jednym oddechu:

- ,,A" pisz zamaszyste, ,,P" tak jak drukowane, laseczkę do ,,L" zrób trochę koślawą, za to ,,H" jak najbardziej proste, resztę raczej dograsz. Rozumiesz? To dobrze, bo już jesteśmy.

Chyba będę improwizować.

Siostra nie czekając na odpowiedź zabrała nasze rzeczy i ponagliła mnie do wyjścia. Zanim zdążyłam wygramolić z pociągu już rozmawiała z konduktorem.

Na mój widok zawołała radośnie bardziej nosowym niż zwykle głosem:

- Pamelo! Chodź, chodź, czekamy na Ciebie.

Na dźwięk mojego fałszywego imienia wzdrygnęłam się, ale wykonałam polecenie:

- Dzień dobry! Wybaczy pan to czekanie. Piękny mamy dziś dzień, nieprawdaż? Gdzie mam podpisać?

Wskazał mi miejsce, a ja wypełniłam je, pisząc ,,Pamela Natinhard" zgodnie ze wskazówkami siostry. Jednak mam dobrą pamięć.

- Musimy lecieć! Pamela koniecznie chciała zobaczyć najpiękniejsze miejsca w Ontario.

- To będzie ciężko, bo całe Ontario jest najpiękniejsze. Powodzenia.- pożegnał nas konduktor.

- Dziękuję.- uśmiechnęłam się i wyjęłam z torebki aparat fotograficzny. Co? Musiałam zadbać o zachowanie pozorów.

Zaczęłyśmy iść w kierunku znanym tylko mojej towarzyszce, a gdy tylko upewniłam się, że nikt nas nie usłyszy, zapytałam z wyrzutem.

- Możemy skończyć ten cyrk, CAMELOTTE?

- Jeszcze nie. Nie, dopóki nie będziemy na miejscu.

- Czyli gdzie konkretnie?- skrzyżowałam ręce na piersi.

- Słyszałaś, mówił, że będzie gdzieś tu czekał.- odpowiedział

- Ale jesteś pewna, że idziemy w dobrą stronę?

Poczuła się urażona:

- Nie zapominaj. Mam naturalny zmysł orientacji.

Chwila ciszy. W końcu odważyłam się spytać:

-Rozładowała Ci się bateria?

- Nie, skąd!

Po czym dodała:

- Po prostu tu nie ma zasięgu.

Normalnie bomba.

- Psst!

- Co?

-To nie ja.

-Psst! Dziewczyny, tutaj!

- Myślisz, że to on?- spytałam siostrę.

- Sądząc po drogiej limuzynie w tej części miasta, to na pewno on.- odparła.

- I nici z naszej anonimowości.-szepnęłam i spakowałam swoje rzeczy do bagażnika, po czym razem wsiadłyśmy do samochodu.

Chris McLean, siedząc na przednim siedzeniu powiedział na nasz widok:

- Cynthia i Courtney! Czekałem na to spotkanie!

.............................................................................................

C.D.N.

I już :) Pamiętaj o zasadzie RK- RozbudujKomentarz :D
  • awatar gość: Ty łocus ci chodzi? Opanuj.
  • awatar *Mordka*: Fajnie, że Cynth i jej siostra dotarły bezżadnych problemów ;). To porównanie do Gertrudy z "Roszpunki" - super xD. No i widzę, że pojawił się Chris. Cóż, skoro on się pojawił, to na pewno będzie się działo :D.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

qandy
 
Bez przedłużania, zapraszam. Tylko proszę: niech wasz komentarz nie będzie jednym słowem. Prolog ma 300 słów, nawiązanie do odcinka ,,Podstawy musztry".






Odkąd pamiętam nie lubiłam bezczynności.  To chyba  normalne u ludzi takich jak ja. Było to jednak nie w  smak mojej mamie,  która powtarzała,  że  większą świruską byłabym tylko urodzona na początku  grudnia.  Strzelce,  dzieci ognia.  A  podobno nie wierzy w takie rzeczy. Od całkowitego skreślenia  przez rodzicielkę uratowała mnie moja faktyczną data urodzenia: dwa lata i sześć dni po pierwszej córce.  Miałam fart,  jak mówią współczesne nastolatki.  O ile  przyzwoity czas narodzin można nazwać fartem. Odkąd pamiętam nie lubiłam bezczynności, ale teraz jak nigdy  wcześniej  ogromnie jej pragnęłam.  Kilku cennych minut,  co byłoby normą, znając moją historię.  Ale jestem pełna sprzeczności. I to moje przekleństwo. Największe przekleństwo.

- Nie gap się w okno.  Już Cię spakowałam.  Wyjeżdżamy.- oznajmiła  moja siostra.

Bez słowa skinęłam głową.  Spojrzałam w PKŻ.  Mój dzisiejszy napój to sok grejfrutowy.

- To dla nas dobre.

Nie wiedziałam czy mówi o soku czy o tym,  co zamierzamy zrobić.

Popatrzyłam na nią pytająco.

- Grejfrut zawiera  dużo...

-  Witaminy C i fruktozy. Wiem.

Napotkałam karcący wzrok mamy.

- Przepraszam was.

Oprócz  bezczynności nie lubiłam również  wychodzenia na pierwszy plan w rodzinie. Nie cierpię okresu buntu.

- Mam nadzieję,  że was nie uraziłam i...

- Pokaż to w języku migowym.

Wykonałam odpowiednie gesty, zasmucona.  Jak mogłam w najszczęśliwszym dniu mojego życia?

- Za dwie godziny macie pociąg. Radziłabym się pospieszyć, jeżeli nie chcesz spędzić nocy na jakimś poboczu.- ostatnie zdanie było do mnie.

-Tak mamo, wiesz, że  nie chcę.

Ona jednak kontynuowała wyliczanie:

-Baterie pełne, powiadomiłam wszystkich w biurze, żeby byli w gotowości, kopie kontraktu są w bocznej kieszeni. Każda zabrała PKŻ?

Kiwnęłyśmy głowami.

Mama odgarnęła włosy i podeszła do nas bliżej.

- Wygraj to, kochanie.- powiedziała do siostry, ściskając jej dłoń.

-Brillante como el sol.

Mama zwróciła się do mnie cierpko:

- A ty nie narób mi wstydu, Cynthio.
C.D.N.






















I jeszcze jedno: Chloe posiada wygląd. Mała być brunetką, ale ten blond mi się jakoś przyczepił.
Edit: Mildred też dostała ^^
O, i Finn także :)



  • awatar *Mordka*: Prolog podoba mi się. Mam nadzieję, że Cyntha poradzi sobie ;). I też nie lubię wychodzeia na pierwsyzplan :p. A OC są spoko. Najbardziej podoba mi się Chloe :).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

berrydream
 
Potknęłam się o własną nogę i upadłam z hukiem na podłogę pełną butelek. Rozbolał mnie nos i miałam wrażenie, że moja głowa zaraz eksploduje. "Czy ja krwawię?" - pomyślałam próbując się podnieść. Kierując wzrok w górę ujrzałam zniekształconą twarz mężczyzny, która w jakiś sposób mnie pociągała. Wyciągnął rękę w moją stronę, ale nie potrafiłam jej złapać. Był blisko i daleko jednocześnie.
-Kurwa. - mruknęłam do siebie odsuwając butelki. W tym momencie dotarło do mnie, jak głośno jest wewnątrz pomieszczenia, w którym się znajduję. Ocknąwszy się, z wielkim trudem podniosłam się, odpychając ręcę mężczyzny, który właśnie chciał mi pomóc.
-Spierdalaj. - rzuciłam cicho wiedząc, że i tak mnie nie usłyszy. Dotarło do mnie, że jestem w swoim własnym mieszkaniu.
-Graaace! - usłyszałam z drugiego pokoju. A może właśnie z tego? - Ale zajebiście!
Spojrzałam w tamtą stronę. Carrie tańczyła na schodach w samej bieliźnie, a wokół niej kilka innych dziewczyn. Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle je znam, kiedy zdałam sobie sprawę, że to Maggie i jej koleżanka. Wszystkie miały ogromne, czarne oczy.
-Grace. - ponownie usłyszałam swoje imię. Obraz rozmazał mi się, kiedy odwróciłam wzrok.
-Duff? - westchnęłam ledwo łapiąc równowagę. - Co ty tu robisz?
-Zaprosiłaś mnie! Nie pamiętasz? - uśmiechnął się, nerwowo tupiąc w miejscu. - Zatańczymy?
-Ja... Chyba nie najlepiej się czuję. - mówiąc te słowa poczułam niesamowitą falę euforii, która wyostrzyła mi wzrok. Blondyn zmarszczył brwi. Zaczęłam mu się przyglądać - miał dziwna minę, zmęczone oczy, aczkolwiek nadal całkiem nieźle się prezentował. Patrzył na mnie w specyficzny sposób - chyba mu się podobałam. Wybuchnęłam niespodziewanym śmiechem, a on momentalnie się rozchmurzył, łapiąc mnie mocno w pasie. Pachniał dziwnie, głównie papierosami. Mój głód nikotynowy gwałtownie się odezwał, ściskając mnie za wnętrzności.
-Muszę zapalić. - przytuliłam się do niego. - Chodź.
Pociągnęłam go za rękę zadając sobie sprawę, że nie mam papierosów. Na szczęście Michael ogarniał bardziej ode mnie i poczęstował mnie od razu, gdy tylko wyszliśmy. Usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy rozmawiać.
-Jak tam Axl? - palnęłam wybuchając śmiechem. Nie czułam w tej chwili kompletnie żadnego sentymentu.
-Cóż. - westchnął Duff. - Trochę mu odjebało po tym... No wiesz... Wszystkim. Słyszałem, co się wydarzyło. Żeby nie było - nie mam nic do tego i nie zamierzam cię umoralniać.
-Słucham? - zmarszczyłam brwi.
-No, u Maggie. Słyszałem o wszystkim, o tym, że was...przyłapał.
Zaczęłam chichotać.
-Dean mnie przytulił, to wszystko. Coś wam się wszystkim pojebało. - odpaliłam kolejnego papierosa - poprzedniego gdzieś zgubiłam.
-W sumie to było do przewidzenia, że ten psychol coś pomiesza. Maggie wie cokolwiek?
-Nie! - prawie krzyknęłam. - I żeby nie przyszło ci do głowy jej o tym mówić. Dean jej się oświadczył, są już szczęśliwi. Nie ma po co, to nic nie znaczyło. Dawno, nieprawda.
Blondyn przyglądał się mi chwilę po czym objął mnie ramieniem.
-Jak sobie życzysz, księżniczko.
Posiedzieliśmy tak jeszcze przez jakiś czas, dopóki nie zrobiło mi się dziwnie zimno.  Krótki spacer wokół domu był wystarczający, by odczuć zmęczenie. Wolnym krokiem wróciliśmy do domu.
Atmosfera zmieniła się nie do poznania. Większość siedziała na tyłku nic nie robiąc, natomiast Maggie stała i płakała.
-Och, daj spokój! - machnęła ręką na bruneta łkając. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam o co chodzi.
Był tam Dean i robił awanturę Maggie. Dziwne, że nie zauważyliśmy, jak wchodzi.
-Sorry, gołąbeczki, ale może byście sobie odpuścili w moim mieszkaniu? - zaczęłam, ale totalnie mnie ignorowali.
-Zachowujesz się jak jakaś...dziwka! - krzyczał brunet. -Mam tego dosyć! Najpierw nie odbierasz, później coś takiego...
Maggie osunęła się przy ścianie wpadając w histerię. Ja również zaczęłam mieć tego dość. Ludzie, całkowicie zażenowani, zaczęli opuszczać mój dom. Stanęłam za Deanem i stuknęłam go palcem w ramię.
Odwrócił się gwałtownie. Jego oczy tak bardzo błyszczały nienawiścią, że przez chwilę się go naprawdę wystraszyłam. Musiał to zauważyć, bo sekundę po tym odetchnął i spojrzał na mnie czule.
-Przepraszam. - szepnął. Nastała cisza. Dean zamknął oczy i zaczął głęboko oddychać. Wyczuwałam, że za chwilę coś się stanie. Przeszło mi przez myśl, że za chwilę przeprosi wszystkich i powie Maggie o swojej tajemnicy związanej ze mną. Niestety, nic takiego się nie stało.
-Dean, po prostu... - zaczęłam chcąc go wyprosić, lecz przerwał mi gestem.
-Nie, już wychodzę. - doskonale mnie zrozumiał. Spojrzał mi prosto w oczy zrezygnowany, po czym na Maggie z lekką niechęcią. Już miał do niej podchodzić i ją podnosić, kiedy Carrie wypaliła:
-On JĄ kocha. Od dawna.
Wszyscy spojrzeli na nią pytającym wzrokiem prócz mnie - moje oczy wyrażały mnóstwo złości i pretensji. Duff pocałował mnie w policzek i wyszedł. Nastała długa cisza. Dean wstał i się wyprostował wpatrując się w podłogę.
-C-co? - wydusiła Maggie ocierając łzy.
-Dean kocha Grace. Od bardzo dawna. Kiedyś się spotykali, ale ona go nie chciała. No, a potem trafiło na ciebie, nikt nie chciał ci wspominać o przeszłości, no bo i po co, ale teraz wydaje mi się to istotne, a prawdopodobnie nigdy byś się tego nie dowiedziała. No ale! Podobno jesteście dość szczęśliwi, co nie?
-Dean?! - jęknęła Maggie. Widać było, że jest na granicy wytrzymania absolutnie wszystkiego. - Dean, spójrz na mnie!
Ale on nie patrzył, bo zwyczajnie był tchórzem. Wiedział, że nie wyjdzie z tego cało i chyba nawet nie zamierzał próbować.
-Przepraszam. - szepnął tylko i zakrył oczy dłonią. Był zmęczony.
Myślałam, że w tym momencie Maggie zacznie płakać jeszcze bardziej, albo co gorsza, zacznie go bić i histeryzować, robiąc mi z mieszkania jakąś pieprzoną "Modę na sukces", ale ona tylko wstała i w milczeniu zaczęła się ubierać. Dean nawet nie drgnął, pozwolił jej wyjść w spokoju. Carrie z wielkim uśmiechem wzięła resztę butelki z wódką i skierowała się w samotności na górę. Zostaliśmy sami.
Westchnęłam, nie kryjąc ulgi. W końcu nie musiałam niczego udawać, ani grać przyjaciółki. Wiedziałam, że "przyjaźń" z Maggie dobiegła ostatecznego końca i nawet nie było mi przykro z tego powodu. Spojrzeliśmy na siebie biorąc głęboki wdech.
-Napijesz się? - zaproponowałam.            
-Tak.
Usiedliśmy obok siebie na kanapie, wcześniej zrzucając śmieci ze stołu. Włączyłam telewizor i upiłam sporego łyka wina, podając butelkę Deanowi.
-Nie jest ci przykro? - zaczęłam całkiem spokojnie. Mimo całej sytuacji także wyglądał na opanowanego.
-Jest. - westchnął. - Przykro mi, że nie dość, że sam nie czuję się dobrze, to jeszcze ranię innych. Chciałem to przyspieszyć, odizolować się od ciebie zapychając myśli kimś innym. Całkiem się udało... Na początku. Tak jak mówiłem, to nie to samo.
-Długo nie da się siebie okłamywać... - powiedziałam mądrym tonem i uśmiechnęłam się. - To okrutne, ale cieszę się, że nie muszę jej już znosić. Gdy podał mi butelkę po raz kolejny dostrzegłam, jak blisko mnie się znajduje, a jego zapach lekko mnie rozbudził.
-Potrafię grać w nieskończoność. To męczące, ale da się, szczególnie, jeśli nie wyobrażasz sobie bycia samemu. A ja jestem pierdolonym tchórzem.
-Jesteś uzależniony od ludzi.
-Wiem, zawsze to wiedziałem. Nie potrafię żyć bez bliskiej osoby, nawet jeśli ta bliskość jest sztuczna i wymuszona. Taki ze mnie skurwiel.
Uśmiechnęłam się. Chyba go rozumiałam - nie pamiętałam, kiedy ostatnio byłam sama.
  • awatar gość: tyyyy aleś ty tu karyniła, jak jaki obszczymur, wstyd!!! pewnie nawet z tego żeś jeszcze nie wyrosła :( kolejny wstyd!!! Tragedia :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

neriel99
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

lexus002
 
Stanęła przed starymi, wykonanymi z ciemnego drewna drzwiami i zapukała lekko. Czekając na odpowiedź spojrzała na trzy duże koperty trzymane w lewej ręce, zastanawiając się jaka była ich zawartość. Tak, jak polecił jej kapral, poszła do dowódcy Erwina i przez przynajmniej półtorej godziny segregowała z nim dokumentację. Potem ten dał jej zadanie, które od razu postanowiła wykonać. Nadstawiła uszu, próbując wychwycić nawet najcichsze “Proszę”. Nie doczekując się odpowiedzi, zapukała znowu, tym razem głośniej. Usłyszała ciche skrzypienie krzesła.
 - Um, kapralu? To ja, kadet Winstone! - krzyknęła.
Chwilowa cisza.
 - Odejdź. - znowu ten zimny, pozbawiony emocji ton. Dziewczyna czasami zastanawiała się czy kapral tak bardzo nie lubił swojej pracy, czy może po prostu zwracał się w ten sposób do każdego, niezależnie od sytuacji. Odkąd tylko trafiła do zastępu Zwiadowców, rozmawiała z nim zaledwie kilka razy, ponieważ zawsze był zajęty lub przesiadywał w swoim pokoju.
 - Przepraszam, że tak niepokoję, ale dowódca Erwin kazał przekazać ci listy, kapralu. - Pomimo tak jednoznacznej odpowiedzi próbowała dalej.
 - Tak… Potem - wymamrotał Levi. Teraz jednak w jego głosie pobrzmiewała nuta zmęczenia.
 - Ale dowódca mówił, że to bardzo ważne! - nie dawała za wygraną. Zaczęła się schylać, żeby wsunąć koperty przez szparę pod drzwiami, ale zatrzymała się w ostatniej chwili.
 - Mówię, że potem…!
 - Kapralu, czy wszystko w porządku? - Zmartwiła się. Może tylko wyobraźnia płatała jej figle, ale miała dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Istniały dwie opcje: albo kapral Levi chciał się jej po prostu pozbyć, albo źle się czuł i nie chciał nikomu o tym mówić.
 - Tak… A teraz odejdź. To rozkaz!
Rozkaz. Tego nie mogła zignorować, szczególnie, że była tylko zwykłym kadetem.
 - Tak jest! - Dziewczyna odwróciła się, żeby odejść, lecz przystanęła jeszcze na moment. - A-Ale przyjdę jeszcze dzisiaj! Muszę wykonać zadanie od dowódcy!
 Z tymi słowami wróciła do pokoju.

*+-+*

Pukanie do drzwi. I znowu. I jeszcze raz. A potem zniekształcony przez grube drewno głos:
 - Kapralu Levi, to ja, kadet Winstone! Niedługo cisza nocna, więc musiałam przyjść!
Czarnowłosy podparł głowę dłonią i popatrzył w ścianę.
“Czy ona musi być taka upierdliwa?” - pomyślał. Nie przepadał za kadetami, nie, w ogóle za ludźmi, którzy naprzykrzali się zbyt często, pomimo wyraźnego okazania wobec nich niechęci. Teraz potrzebował spokoju, a nie jakichś blondyneczek latających do jego pokoju. Ale tak czy siak, dostała zadanie od dowódcy i była zobowiązana je wykonać, więc na dłuższą metę mógł jej wybaczyć zachowanie.
 - Wejdź - odpowiedział krótko.
Drzwi lekko się uchyliły, a do środka wkroczyła młoda dziewczyna - Alexandra Winstone.
 - Dobry wieczór, kapralu - powiedziała cicho, jak gdyby bała się, że ten zaraz wstanie i zbije ją za zbyt głośne mówienie.
Niedawno ukończyła trzyletnie szkolenie na żołnierza i wstąpiła w szeregi Zwiadowców. Była raczej przeciętna jeśli chodziło o umiejętności w posługiwaniu się trójwymiarowym manewrem, chociaż widać było, że się stara. Swoje braki próbowała uzupełnić poprzez chwytanie się każdego zadania, które jej się trafiło i pomaganie wszystkim naokoło. Dlatego właśnie bywała denerwująca. Może to tylko dlatego, że jako młody, niedoświadczony kadet nie wiedziała jeszcze dokładnie do robić? Jakby nie patrzeć, jeszcze dwa miesiące temu należała do korpusu treningowego. W końcu instruktor Keith był znany jako bardzo wymagająca osoba.
Kadetka podeszła do biurka Levi’a i podała mu trzy koperty, które ze sobą przyniosła. Kapral szybko zlustrował je wzrokiem i odłożył na stertę innych papierów, które piętrzyły się na rogach biurka. Potem to przejrzy.
 - Dziękuję, Winstone. Możesz iść.
Jednak ona dalej stała w miejscu i wpatrywała się w mężczyznę. Ten podniósł lekko jedną brew zaskoczony. Wypełniła zadanie, więc co tu jeszcze robiła?
- T-tak, ale… Czy na pewno wszystko w porządku, kapralu Levi? - Na jej twarzy malowało się zmartwienie. Właśnie o to chodziło. Niepotrzebnie zamartwiała się o wszystko i wszystkich.
 - Dlaczego miałoby być nie w porządku? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Mężczyzna zauważył, że dziewczyna trochę się zarumieniła.
 - Ponieważ jak wcześniej przyszłam, wydawał się kapral troszkę… zmęczony?
 - Nie byłem zmęczony. Wszystko ze mną w porządku, możesz iść - odpowiedział z całkowitym spokojem i sięgnął po ołówek, by wrócić do swoich obowiązków, tym samym dając znak Winstone, że naprawdę nie ma po co już tutaj stać.
 - Dobranoc - dodała jeszcze zanim wyszła. Levi westchnął głośno. Poprawił się na krześle i wziął pierwszą kopertę od Erwina. Spis całego asortymentu i wypunktowane rzeczy, których brakuje. Jako kapral, Levi był zobowiązany pisać do stolicy z prośbami o wszelkie dobra, których potrzebowali. Ostatnio jednak zdarzało się to zbyt często, co nie wróżyło zbyt dobrze. O dziwo w tym roku do Zwiadowców dołączyło więcej osób niż się spodziewano, więc nie byli przygotowani na takie wydatki.
W drugiej i trzeciej kopercie zaś była wiadomość o zbliżającej się wyprawie poza mur i wszelkie papiery z tym związane. Ostatnia wyprawa miała miejsce ponad cztery miesiące temu, więc wypadało zorganizować kolejną w nadziei, że tym razem uda im się cokolwiek osiągnąć.
Przez kolejne półtorej godziny kapral próbował się skupić na pracy, ale coś cały czas rozpraszało jego uwagę. Zamiast wypełniać dokumenty patrzył się więc w ścianę. Nie ważne jak bardzo się starał, gdzieś w jego myślach pojawiała się ta wnerwiająca Winstone i jej pytanie: “Czy wszystko w porządku, kapralu?”.
 - Kurwa.
  • awatar gość: tyyyy ale ty żeś tu karyniła, szok :( Nuda i beka z ciebie, jużeś z tego wreszcie wyrosła?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

lexus002
 
A co mi szkodzi, już od pewnego czasu to piszę, więc czemu tego nie dodać. *wink wink* Właściwie to pomysł na opowiadanko powstał podczas pisania RP z Attack on Titan wraz z przyjaciółką. Anyway, może komuś się spodoba. :D

UWAGA: Opowiadanie to można by nazwać jeszcze bardziej fanowskim niż wszelkie fanfiction w internecie. Pojawia się tutaj wymyślona przeze mnie OC, a opisane tutaj wydarzenia często nie będą pokrywać się z tym co było i będzie w mandze. (Co jest raczej oczywiste, skoro w grę wchodzi OC.) Zatem proszę traktować to z przymrużeniem oka. Anyway, miłej lekturki.

Świata, w którym ludzkość bezustannie walczy o przeżycie i modli się, by tytani nie zaatakowali nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Rok 850, 104 oddział kadetów ukończył trzyletnie szkolenie i każdy musi zdecydować się jaką ścieżką chce dalej kroczyć. Po wielu godzinach rozmyślania, 21-letnia Alexa Winstone postanawia wstąpić w szeregi Zwiadowców wraz z przyjaciółmi. Po dokonaniu wyboru trafiają do zamku Zwiadowców, gdzie czekają już na nich dowódca Erwin, pani Hanji i… kontrowersyjny kapral Levi. A los potrafi być nieprzewidywalny, więc już od samego początku Alexa zbyt często ma styczność z kapralem. Ale to źle czy dobrze?
1.jpg

Przez pieczołowicie wyczyszczone i wypolerowane szyby starego zamku wpadały ciepłe promienie popołudniowego słońca. Dzięki temu zazwyczaj ciemne i ponure wnętrza wydawały się aż lśnić; chociaż można by powiedzieć, że po części było to zasługą całego zastępu Zwiadowców, którzy rozbiegli się po całym zamku, by wyczyścić każdy zakamarek. Po pustym korytarzu nagle poniosło się echo czyichś kroków. Ze szmatką w jednej i wiadrem wypełnioną po brzegi wodą w drugiej ręce szedł ciemnowłosy mężczyzna. Na głowie i szyi miał zawiązane świeżo wyprane, białe chustki. Kapral Levi - tak, to właśnie on odznaczał się niewiarygodną wprost manią czystości i zagonił wszystkich do pracy. Idąc w stronę głównego holu, lustrował każdy zakamarek w poszukiwaniu nawet najmniejszej drobinki kurzu. Jego wzrok zatrzymał się na dziewczynie o ciemnych blond włosach stojącej w rogu i rozglądającej się nieprzytomnie. Zatrzymał się jakieś 3 metry przed nią.
 – Oi - zwrócił się do niej zwykłym, pozbawionym emocji głosem. - Sprzątnęłaś lewe skrzydło?
 Na to pytanie dziewczyna lekko drgnęła, jak gdyby wcześniej była myślami gdzieś zupełnie indziej. Popatrzyła na mężczyznę dziwnym wzrokiem i zasalutowała.
 – Tak jest, kapralu Levi! - odpowiedziała jak z automatu.
 – Dobrze - mruknął ciemnowłosy i ruszył dalej. Jednak zatrzymał go krzyk kadetki.
 – K-Kapralu, zaczekaj!
Niechętnie odwrócił się z powrotem w jej stronę i wwiercił wzrokiem w twarz. Jeśli skończyła sprzątać, to czego jeszcze chciała?
 – Czy jest jeszcze coś, co mogłabym zrobić?
 O, czyli pracowity kadet się przytrafił. Albo na tyle głupi, że nie umie korzystać z czasu wolnego, póki ma na to okazję. Levi zmarszczył czoło.
 – Możesz iść do dowódcy Erwina pomóc mu przy segregowaniu papierów.
 – Tak jest! - kolejny salut. Dziewczyna szybko zebrała resztę swoich środków czyszczących i pobiegła w kierunku schodów.
 – Tch. Tacy kadeci czasem potrafią być upierdliwi - mruknął Levi przyspieszając kroku. Był tak zaaferowany sprawdzaniem stanu czystości, że ledwo poczuł małe ukłucie nostalgii gdzieś głęboko w sercu.
5ceffde108f11e20ea50108bb2545f9d.jpg

(Kurczę, Pinger zjada mi pauzy dialogowe :<)
 

neriel99
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

harukoo
 
Czas na mini reklamę! ;)
tumblr_o3zz7hKfgX1v5wk02o5_1280.png
Serdecznie i bardzo gorąco zapraszam wszystkich czytelników fanfiction o tematyce yaoi, gdzie znajdziecie dwa moje oneshoty!! www.wattpad.com/user/Harukoo2
Tak jak w tytule są to opowiadania o członkach zespołu BTS, jeden o Yoongim i Jiminie, a drugi o Jiminie i Jungkooku także jeszcze raz zapraszam!!
9.jpg
PS. Na razie są dwa one shoty, ale pracuje nad czymś dłuższym ;) Tylko niestety albo mam czas, ale nie mam weny albo jest czas, ale za to nie ma weny... Nigdy nie może się to razem zgrać! :( Coś okropnego :/
 

harukoo
 
Harukoo: Już dawno nie przypomniałam Wam o odwiedzeniu mojego wattpada! ;) Trzeba nadrobić xD
7lv4EEj.png
Zapraszam wszystkich, którzy lubią czytać fanfiction o tematyce yaoi/miłość męskoxmęska/ :) Jak na razie są tam tylko dwa opowiadania <one shoty>, ale mam w planach coś ambitniejszego! =(^-^)=

www.wattpad.com/user/Harukoo2

Co tu jeszcze... Proszę o zostawienie po sobie jakiegokolwiek znaku obecności i przeczytania <gwiazdka, komentarz> <3

Gorąco zapraszam \(^-^)/
 

harukoo
 
Ponownie przypominam się i zapraszam do czytania mojego opowiadania, które znajdziecie na wattpadzie:

www.wattpad.com/(…)89159926-don%27t-look-at-us-like…

Jest to <jak na razie> oneshot: "Co się stanie, kiedy w świecie gdzie na randkowanie idoli patrzy się nieprzychylnym wzrokiem, wyjdzie na jaw związek dwóch z nich? Na dodatek będzie to związek homoseksualny..."

Fanfic taki troszkę angst, a paring jaki tam występuje to YoonMin (Suga i Jimin z BTS). Jeszcze raz zapraszam do czytania i komentowania ;)
 

harukoo
 
Zapraszam wszystkich do lektury opowiadania pisanego przez moja dwie przyjaciółki, którego historia osadzona w uniwersum Marvela. ;)

Tak pokrótce opisując jest o młodej dziewczynie Caroline, która mieszka z przyjaciółką Alice i jej chłopakiem. Swojej ulubionej kawiarni dziewczyna poznaje przystojnego Steva, z którym nawiązuję nić sympatii. Kilka dni później chłopak jej przyjaciółki zabiera dziewczyny na imprezę organizowaną przez jego wuja, samego Tonyego Starka! Carolina wpada w oko biznesmenowi, jednak na imprezie jest także Steve!

Kogo wybierze Caroline? Jak potoczy się jej historia? Będzie dalej wiodła swoje spokojne życie? Czy może Iron Man i Kapitan Ameryka wplączą ją w jakaś niebezpieczną misję?

Przekonacie się o tym klikając link poniżej!
Zapraszam!
 
www.wattpad.com/story/87700022-
Tony-and-Steve-steve-and-tony-30724375-500-493.jpg
 

harukoo
 
Harukoo: Yoonmin - Suga i Jimin...
Czy oni nie są słodcy? =^.^=  
tumblr_nzvfj9ZUrH1u6p9ibo1_500.jpg

Jeśli ktoś shipuje ich tak mocno jak ja, to zapraszam na mojego wattpada, gdzie znajdzie krótkiego shota o nich :D
www.wattpad.com/(…)89159926-don%27t-look-at-us-like…

tumblr_inline_o0mf27BjCE1shntrm_540.jpg
 

berrydream
 
Świetnie się bawiąc ani razu nie pomyślałyśmy o złej rzeczywistości. Carrie zaczęła jeść i spokojniej sypiać. Czerpała radość ze spokoju i odcięcia od naszego domu i nieodpowiednich ludzi. Z ciężkim sercem, choć jakby oczyszczone, opuściłyśmy hotel wczesnym rankiem. Z racji, że nie przepadam wstawać tak wcześnie, źle się czułam i marudziłam na każdym kroku.
-A myślałam, że to ja jestem w ciąży. - prychnęła w końcu Carrie tracąc cierpliwość. - Może lepiej przejdź się do lekarza?
Westchnęłam doskonale wiedząc, że w tych sprawach jestem wystarczająco odpowiedzialna i nie muszę tego sprawdzać. Nie chciałabym za nic w świecie mieć matki takiej, jak ja, dlatego nie planowałam dziecka.  Postanowiłam jednak wspierać Carrie, by jej maleństwo nie miało spieprzonego życia tak, jak my. Obiecałam sobie, że będę świetną ciocią, choć nie ukrywając bardzo się bałam.
Przez całą drogę zastanawiałam się nad tym, jakie wszystko jest krótkotrwałe. Miałam wrażenie, że każda dobra chwila prędzej czy później wyparuje, a żadna osoba, z którą mamy do czynienia, nie będzie w pełni osobą godną zaufania. Każdy kogo poznałam mnie zranił, włącznie  z rodzicami, ale czy ja jestem niezawodna i czy kiedykolwiek byłam?  Jak żyć, gdy wszystko się kiedyś kończy?  Miałam wtedy wrażenie, że już zawsze będę napiętnowana bólem przemijania. Każda myśl tego typu przychodziła znienacka i bolała niesamowicie. Czy istnieją ludzie szczęśliwi przez większość życia?  I jak się cieszyć z życia z myślą, że wszystko się kończy? Ostatnie pytanie wypowiedziałam na głos. Carrie zmrużyła oczy.
-Hm...A czy przypadkiem nie na tym polega życie?
-Na tym, by przez większość czasu cierpieć? To ja podziękuję.
-Wydaje mi się, że własnie dla takich małych, szczęśliwych, drobiazgowych chwil żyjemy. - kontynuowała zupełnie nie słuchając tego, co przed chwilą powiedziałam. - Z resztą... Kto powiedział, że życie w ogóle ma jakiś sens?
Po tych słowach uśmiechnęła się szeroko.
-Cóż. - rzuciłam głupie nic nie rozumiejąc. - Może i tak.
Ostatnią rzeczą jaką pamiętam po tej rozmowie było oślepiające światło, głośny huk i ból w lewej nodze.
Gdy się ocknęłam w szpitalu, byłam szczerze zdziwiona. Obok mnie leżała jakaś starsza pani o włosach białych jak kartka. Trzymała w jednej dłoni różaniec, drugą natomiast miała całą owiniętą bandażami. Szeptała pod nosem jakieś słowa. Niespodziewanie przyłapała mnie na tym, że ją obserwuję.
-Och! - poderwała się prawie z łóżka. - Obudziłaś się w końcu. Tak się cieszę, że nic ci nie jest!
Zmarszczyłam brwi.
-Przepraszam, czy ja panią znam? - starałam się nie zabrzmieć niegrzecznie. Machnęła lekceważąco ręką.
-Zawsze się martwię o innych. - rzuciła. - Poza tym jestem dziś tak szczęśliwa, że pragnę zarażać tym innych.
"No to powodzenia" - pomyślałam. Kto by w ogóle podejrzewał Boga o istnienie przy takim pechu jak mój? Westchnęłam i zorientowałam się, że nie mogę ruszyć nogą. Spojrzałam w dół i ujrzałam gips.
-Cholera...  - skrzywiłam się i natychmiast przypomniałam sobie o Carrie. Boże. Dziecko. Przeraziła mnie myśl co by było, gdyby poroniła. Na pewno by się załamała, kto wie, może targnęłaby się na życie? Z drugiej strony czy wszyscy nie odetchnęliby z ulgą? Zaczęłam się zastawiać, czy nie jestem przypadkiem okropna myśląc w ten sposób.
-Musi pani zawołać lekarza! - staruszka drastycznie przerwała mój wewnętrzny monolog.  - Kazał dać znać, gdy się obudzisz. Ach, masz niesamowitą urodę.
Parę minut później stał nade mną lekarz. Jak się domyśliłam, miałyśmy wypadek. Niestety, doktor nie chciał mi powiedzieć żadnych dokładnych informacji na temat Carrie, ponieważ jak już ustalili, nie jesteśmy spokrewnione. Dowiedziałam się tylko, że żyje i ma się nie najgorzej, choć ciągle jest w szoku. Obie miałyśmy zostać tam kilka dni, choć niewykluczone, że moja pasażerka nieco dłużej. Pozwolono mi się  z nią zobaczyć, ale dopiero następnego dnia.
 

neriel99
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

adrienna
 
Hej!
Chciałabym może się przywitać xD.
To jest mój nasty blog (tak nasty bo miałam wiele ale nigdy nie zostawałam na nim dłużej niż miesiąc, ale myślę, że ten przetrwa długo :D). Będę podawała swoje imię jako Adrienna. (nie pytajcie skąd taka nazwa xd)
Na tym blogu będą pojawiać się opowiadania (Fanfiction) o Miraculum ;P. Postanowiłam, że będziecie mieli możliwość wzięcia udziału w moich konkursach na opowiadanie :).
Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną długo (*raczej czy ze mną wytrzymacie xd), tak jak ja z Wami.
Opowiadanie może będzie dziś lub jutro.
Zapraszam do czytania moich opowiadań.
To ja się żegnam (narazie bo nie dam wam tak szybko spokoju xd)

Adrienna
kerjs.jpg
  • awatar Gośkuś098: Super! Właśnie czegoś takiego szukałam ;) napewno tu zajże :)
  • awatar Adrienna Miraculum: @Gośkuś098: Dzięki :D
  • awatar Weasley2: Chętnie wezmę udział w konkursie
Pokaż wszystkie (3) ›
 

berrydream
 
Przez dłuższy czas milczenia i słuchania muzyki radiowej Carrie zainteresowała się:
-To jakie to są te miejsca?
-Cóż. Myślałam o dwóch. Są w sumie w tę samą stronę. - zaczęłam. - Jedno to plaża.
-Plaże są tu wszędzie... - marudziła.
-Doskonale o tym wiem i chyba nie robiłybyśmy tyle kilometrów, gdybym chciała zabrać cię na zwykłą plażę? - zerknęłam na nią spode łba. - To plaża, można powiedzieć, zamknięta. To taki jakby ośrodek wypoczynkowy. Kawał plaży mają swój, a dookoła nie ma nic. Małe domki i piasek.
-Może być. - mruknęła. - A to drugie?
-Też niedaleko plaży, ale całkiem innej. Jest tam jakiś klub i hotel. Restauracja. Takie tam.
-Wolę domki.
-Ja chyba też.
-Oby nie było tam dużo ludzi.
-Nie sądzę, w końcu nie ma sezonu na wyjazdy. - uspokoiłam ją.
I rzeczywiście, gdy dojechałyśmy na miejsce, ośrodek był praktycznie pusty. Jedynymi osobami wynajmującymi domek dość daleko od nas (mieszkanka były w dużej odległości od siebie, właściciele wyraźnie stawiali na prywatność) była para starszych ludzi, którzy byli niesamowicie spokojni i nie zwracali na siebie żadnej uwagi.
Gdy zjadłyśmy lekki obiad w pobliskim barze (dość schludnym i tanim, ale niestety z okrojonym menu), postanowiłyśmy pójść popływać. Carrie prawie nic nie tknęła i była całkowicie bez siły – usiadła tylko na plaży owijając się cienkim kocem popijając – o dziwo – sok jabłkowy. Ja natomiast korzystając z tego, że jest dość ciepło, pozwoliłam sobie na wejście do wody.
Była lodowata, ale orzeźwiająca, przez co od razu poczułam się lepiej. Blondynka czasem machała do mnie i nie oszczędzała sobie wyzwisk, co świadczyło o tym, że wyjazd jak na razie można było uznać za udany. Gdy wyszłam z wody rzuciłam się na nią.
-Aaaa! - krzyczała. - Zostaw mnie ty głupia cipo, jesteś cała mokra!
Takim sposobem zaczęłyśmy się ganiać po plaży, dopóki obie nie zagrzebałyśmy swoich stóp w piasku. Wylądowałyśmy na ziemi nie przestając się śmiać. Przez chwilę poczułam się jak dziecko i jestem pewna, że Carrie też.
Do końca dnia nie robiłyśmy nic konkretnego. W końcu blondynka odważyła się pospacerować przy brzegu. Lodowata woda muskała nam łydki, kiedy wpatrywałyśmy się w dal praktycznie się nie odzywając. Nie pamiętam czy kiedykolwiek byłyśmy tak wyciszone i spokojne. A więc warto było się tu wybrać. Gdy wieczorem kładłyśmy się do łóżek widziałam, jak Carrie głaszcze swój brzuch.
Następnego dnia zaczęłyśmy się nudzić, więc próbowałam namówić przyjaciółkę na kolejną zmianę otoczenia.
-Nie wiem czy chce tam jechać. - marudziła. - Tam jest na pewno dużo ludzi.
-Nie możemy całe życie ukrywać się przed ludźmi... - westchnęłam. - Dobre towarzystwo na pewno dobrze nam zrobi.
-Jeszcze nawet nie ruszyłyśmy w tamtą stronę, a ty od razu zakładasz, że będzie tam dobre towarzystwo.
-Jak chcesz, ale sądzę, że może być ciekawie. Jeśli nie, zabierzemy się stamtąd i pojedziemy gdzie zechcesz.
-Do domu.... - wymusiła smutek na twarzy. Wywróciłam oczami.
Ostatecznie się zgodziła. Zabrałyśmy swoje rzeczy, zapłaciłyśmy za domek i wyjechałyśmy przed południem. Późnym wieczorem byłyśmy już na miejscu.
Hotel był trochę droższy niż poprzednie lokum, więc postanowiłam, że zostaniemy tylko na dwie doby. Carrie się ucieszyła słysząc, że niedługo wracamy.
Wynajęłyśmy pokój dla pary – musiałyśmy więc spać razem, ale chociaż było taniej i nie musiałam się martwić, czy starczy nam na obiady. Na szczęście nie były aż tak drogie. Byłam pewna, że gdy wrócę, będę musiała wziąć się za pracę i to od razu. Na myśl o powrocie zrobiło mi się smutno – wszystkie wspomnienia wróciły. Skrzywiłam się – co właściwie mam zrobić? Wyjechałyśmy, żeby pomyśleć, a tymczasem snujemy się bez celu nawet nie rozmawiając o niczym konkretnym.
-Carrie. - zaczęłam, gdy wróciłyśmy po obiedzie do pokoju. - Co dalej?
-Jak to co? - zdziwiła się. - Mówiłaś, że dwie doby i wracamy.
-Nie o tym mówię.. - urwałam.
Spojrzała na mnie z pretensją.
-Nie mam zamiaru o tym gadać.
-Ale musisz coś postanowić... - powiedziałam błagalnym tonem – Nie możesz tak w nieskończoność...
-Zatrzymam je.
-Co? - podniosłam wzrok nie rozumiejąc.
-Dziecko. - szepnęła i dotknęła brzucha. - Jest moje. I nie porzucę go.
  • awatar gość: Kurczaczki!To jest dobre! Bezsprzecznie masz talent tylko trzeba go oszlifowaĆ warsztatowo, ale to już pikuś bo tego, co już masz w sobie nie da się nauczyć. Polecam 'Po bandzie' Jakuba Winiarskiego - tam masz wszystko, co pisarz powinien wiedzieć. Strona dla Ciebie www.aktualnekonkursy.pl - pisz i wysyłaj. Trzymam kciuki :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

laguna13
 
Hi! :* Witajcie, mordki! :* Troszkę mnie nie było, sorki :c Tak wgl, to wczoraj była uroczystość rodzinna xd 50 lat po ślubie dziadków, omg '-' No i byłam tam najmłodsza (reszta to ludzie 40+ xD) Tańce się też odbyły mimo tego, że 80% ludzi miało ponad 60 lat :') Okay, dość tego xd
Ogólnie to teraz mam ferie ^^ :D I od początku lutego realizuję moje postanowienie - żyć zdrowiej i więcej się ruszać :) Nie chodzi o jakąś, hm, dietę, tylko poprostu myślę że dotychczas miałam złe nawyki żywieniowe, na szczęście już zmieniają się na lepsze ^^
UWAGA!!! JEŚLI ktoś z was ma konto na www.wattpad.com, to zapraszam na moje fanfiction! :D Nazywa się One Day i znajdziecie go tutaj -> www.wattpad.com/story/61253426-one-day-m-c-and-r-l, miłego czytania! :D

Zapraszam teraz na sesyjkę Frankie ;)
WP_20160221_10_22_10_Pro.jpg


WP_20160221_10_23_58_Pro.jpg


WP_20160221_10_25_17_Pro.jpg


WP_20160221_10_26_23_Pro.jpg


WP_20160221_10_26_41_Pro.jpg


WP_20160221_10_27_41_Pro.jpg
Pokaż wszystkie (3) ›
 

berrydream
 
Dean spojrzał na mnie po raz ostatni i wyszedł. Podeszłam do Carrie i objęłam ją nie wiedząc co powiedzieć. Z jednej strony poczułam ulgę, że nie jest to śmiertelna choroba, ale czym dłużej o tym myślałam, tym bardziej zaczęłam zauważać w tym wszystkim poważny problem.
-Co teraz? - zapytałam niepewnie po jakimś czasie.
Odsunęła się ode mnie i przetarła oczy próbując się opanować. Coś mnie ścisnęło za serce.
-Zrobię co zechcesz. - zachęciłam ją. - Jest coś, co mogę dla ciebie zrobić?
-Zabij mnie. - znów wybuchła płaczem.
Po jakimś czasie uspokoiła się. Zrobiłam jej herbatę i usiadłam obok na kanapie.
-W porządku. Usunę. - powiedziała beznamiętnie.
Zamilkłam zastanawiając się jakie to uczucie. Każdy wie, że instynkt macierzyński bywa naprawdę silny, kobiety oddają życie za swoje dzieci. Niełatwo musi być podjąć decyzję o tym, by w ogóle nie urodzić. Nagle zdałam sobie sprawę z tego jak błahe są moje problemy w tym momencie. Być może Carrie naprawdę walczy ze sobą i czuje, że nie będzie w stanie wychować dziecka. Przykro to mówić, ale ja także sądzę, że nie nadaje się na matkę.
Oparła głowę o moje ramię.
-Ale dlaczego to tak cholernie boli? - zapytała załamanym głosem.
-Nie wiem... - odpowiedziałam głupio, lecz zgodnie z prawdą. - Może...Mogłabyś je zatrzymać. Nie myślałaś o tym?
-Przestań pierdolić. Spójrz na mnie. W życiu nie chciałabym mieć takiej matki. Wolałabym zginąć. - próbowała powstrzymać łzy. - Dziecko powinno mieć rodzinę, dom... Boję się, że już jest skrzywdzone... Co jeśli byłoby chore?
Zamilkłyśmy obie. Bardzo chciałam jej pomóc, lecz nie wiedziałam jak. Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł, który z pewnością pomógłby także mnie, więc od razu zabrałam się za realizację.


Gdy spakowałam już wszystkie rzeczy do bagażnika zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle dam radę poprowadzić samochód – w końcu nie robiłam tego tak dawno i to sama nie wiem, czy z powodu tego, iż gdziekolwiek bym się nie poruszała, byłabym pod wpływem jakichś substancji, czy po prostu w jakiś sposób mnie to odrzucało. Westchnęłam wiedząc, że tylko dzięki temu mogę coś zmienić choć na chwilę. To było pewne – potrzebowałyśmy odetchnąć, odizolować się od otoczenia, zmienić je i spędzić czas inaczej niż zwykle.
-Muszę jechać z tobą? - zapytała Carrie ponuro.
-Musisz. Samej cie nie zostawię, a poza tym nie pożałujesz, obiecuję. Wybrałam dwa idealne miejsca. Zdecydujemy w drodze.
Skinęła głową i wsiadła do auta. Gdy ruszyłyśmy poczułam swojego rodzaju ulgę, że opuszczam to miejsce. Uśmiechnęłam się nawet lekko do siebie, a blondynka spojrzała na mnie pytająco.
-Jesteś wariatką. - powiedziała i skierowała swoją głowę w stronę okna.
Czym więcej kilometrów przemierzałyśmy, tym bardziej atmosfera opadała i robiło się spokojniej. Pogoda na szczęście nie była uciążliwa - wręcz idealna do podróży. Włączyłam cicho radio, ale usłyszałam tam Axla, więc od razu je wyłączyłam i zaklęłam pod nosem. Wtedy Carrie po raz pierwszy od dłuższego czasu się uśmiechnęła.
-Co w tym takiego zabawnego? - zapytałam ją zdziwiona.
-Ty to masz pecha. - stwierdziła. - Gdzie nie pójdziesz to i tak albo zobaczysz jego parszywą mordę, albo usłyszysz jego wkurwiający głos. Na twoim miejscu to bym chyba odpuściła sobie życie.
-No dzięki za wsparcie, przyjaciółko. - rzuciłam nie kryjąc ironii. - Parszywą mordę? Myślałam, że ci się podobał. Mało co nie dochodziłaś na jego widok.
-Szkoda, że z nim nie doszłam.
Spojrzałam na nią z oburzeniem.
-Nie musisz mi przypominać, że z nim spałaś!
-E tam, a kto z nim nie spał? - zaczęła chichotać.
-Raczej: a kto z tobą nie spał?
-Hmm, niech pomyślę. - nie przestawała się śmiać. - Dean?
-Ooo, to na co czekasz?
-Nie jest w moim typie... - machnęła ręką.
-Myślałam, że każdy jest w twoim typie.
-Może kiedyś tak było.
-A teraz co? Carrie magiczna przemiana?
-Kto wie... - odpowiedziała i uśmiechnęła się szeroko.
 

berrydream
 
Następnego dnia wstałam wcześnie w celu poszukania pracy. W tym mieście były dwie opcje dla takich osób jak ja: kelnerka lub striptizerka. O innych pracach można było sobie pomarzyć nawet gdy miało się wykształcenie wyższe. Na nic innego nie było tak wielkiego zapotrzebowania – ludzie chcieli jedynie określonych rozrywek.
Jako kelnerka miałam już jakieś tam doświadczenie, więc byłam pewna swego. Ubrałam się nieco lepiej i umalowałam, choć nie chciałam przesadzić z nienaturalnością. Chciałam już otworzyć, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Wzdrygnęłam się.
To był Dean. Wlepił we mnie swoje czekoladowe oczy i czekał aż się odezwę. Ale ja nie mogłam z siebie nic wydusić. Niby co miałam mu powiedzieć?
-Cześć. - zaczął widząc, że nic ze mnie nie wyciśnie. - Mogę wejść?
-Właściwie to za chwilę wychodzę. - spuściłam wzrok.
-To nie zajmie długo. - powiedział i bez pytania wszedł do środka. Westchnęłam i nie zamykając drzwi oparłam się o ścianę. Odważyłam się na niego zerknąć – zdawał się być zamyślony, jakby nie wiedział co powiedzieć.
Milczeliśmy jakiś czas, po czym zatrzasnął za mną drzwi.
-Dean...
-Nie, nie. - przerwał mi. - Czekaj. Zanim cokolwiek powiesz chcę żebyś odpowiedziała mi na jedno pytanie.
Westchnęłam. Chyba nie miałam wyjścia. Spojrzałam na niego pytająco, a on zrobił kilka kroków  w moją stronę.
-Czemu mnie wtedy przytuliłaś?
-Przepraszam.
-Nie przeszkadza mi to. - westchnął.
Odruchowo spojrzałam na niego i spotkaliśmy się wzrokiem. Jego oczy błyszczały i było w nich coś innego niż zwykle. Chciałam zostać i uciec jednocześnie. Bałam się, że dam się ponieść impulsowi i znów rzucę mu się na szyję.
-Dobrze było cię zobaczyć. - kontynuował. - Ciężko mi zapomnieć. Nigdy bym nie przypuszczał, że wciąż będziesz działać na mnie tak samo...
-Teraz masz Maggie. - zebrałam się w sobie. Nie chciałam już tego słuchać, bałam się swoich własnych reakcji. - Ona cię kocha, a ty? Robisz jej krzywdę. Nie jesteście szczęśliwi?
-Jestem, może i jestem. - zastanawiał się chwilę przed odpowiedzią. - Ale nic nie poradzę, że to nie to samo.
-Ranisz ją.
-Prędzej czy później i tak bym to zrobił. Ciągle kogoś raniłem i ciągle nie byłem pewny. Ale z tobą to co innego. Przy tobie jest inaczej. - wziął głęboki wdech. - Tak mi przykro, że zakończyliśmy naszą znajomość kłótnią. Do tej pory tego żałuję i do tej pory mam nadzieję, że gdybym wtedy się opanował, dał ci trochę spokoju.. Widziałem, że jest coś nie tak, a mimo tego nie próbowałem cię zrozumieć.
-Proszę cię. - szepnęłam.
-Nie, daj mi mówić. - zbliżył się do mnie. - Wtedy się poddałem. Wiedziałem, że idziesz do niego i odpuściłem. Poznałem Maggie, która jest naprawdę cudowną kobietą...
-Jest idealna. Niczego jej nie brakuje. Spełnienie marzeń...
-Nie moich. - przerwał mi. - Ale oszukiwałem siebie, próbowałem żyć i zapomnieć. Nieźle mi szło, a później zobaczyłem cię w progu i wszystko co zbudowałem przez te dni bez ciebie runęło. A potem mnie przytuliłaś. Do tej pory w to nie wierzę. Mam wrażenie, że mi się to przyśniło.
Zamknęłam oczy błagając w myślach, by przestał mówić. Każde jego słowo mieszało mi w głowie, jak i w sercu. Miałam dość każdego, a jednocześnie Dean wpędził mnie w pułapkę własnego umysłu, z której ciężko było mi tak po prostu wyjść i dojść do jakichś logicznych wniosków.
Widząc moje zmieszanie dotknął mojej twarzy. Na początku chciałam go odepchnąć i kazać mu się wynosić, ale nie wiedząc czemu nie zrobiłam tego.
-Brakowało mi ciebie. - zsunął powoli i delikatnie rękę z mojego policzka i musnął moją szyję. Odważyłam się na niego spojrzeć po raz kolejny – był wyraźnie zafascynowany tym co robi. Chwilę potem lekko objął mnie w pasie, jakby z obawą, że go odrzucę. Czując jego ciepłe ramiona zaczęłam powoli mięknąć i przylgnęłam do niego odruchowo.
-A teraz odpowiesz mi? - szepnął. - Czemu to zrobiłaś ponownie?
Oderwałam się od niego, więc złapał mnie bardziej zdecydowanie.
-Dobrze, nie odpowiadaj. Tylko nie odchodź.
Potem parę razy pocałował moje włosy. A gdy odetchnęłam na chwilę i przestałam się zastanawiać, pocałował mnie w policzek. Poczułam lekką woń alkoholu i papierosów, a więc sporo musiało go kosztować przyjście tutaj. Na trzeźwo by się nie odważył. To było nawet do przewidzenia zważając na to, jak bardzo dużo dziś powiedział.
A ja wciąż miałam pustkę w głowie i jedyne na co miałam ochotę, to zasnąć w tym cieple. I już nigdy nie podejmować decyzji. I nie myśleć.
Oderwał się ode mnie i spojrzał na moje usta. Z każdą sekundą był o milimetr bliżej. Zamarłam wiedząc, że mu się nie oprę.
A potem ułszałam kroki i odskoczyłam od niego. Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym bólu i niechętnie mnie puścił.
-Powinieneś już iść. - powiedziałam spokojnie i spuściłam wzrok. W tym samym czasie w progu stanęła Carrie.
-Jestem w ciąży. - załkała.
 

berrydream
 
Wyniosłam Carrie z pomocą jednego z gapiów na zewnątrz. Tam od razu się ocknęła.
-Jedziemy do szpitala. - poinformowałam ją.
-Oszalałaś? Przecież nic mi nie jest... - mówiła spokojnie. - Gorąco dziś i tyle. I nie jadłam śniadania.
-Nigdy nie jadasz śniadań, niby czemu miałabyś nagle z tego powodu zemdleć? Bez dyskusji, dowiemy się czy coś ci jest i wrócimy do domu.
-Ale....ja wiem co mi jest.

Wracając zamówiłam taksówkę. Carrie nadal nie czuła się najlepiej i było to widać gołym okiem. Mimo tego starała się stwarzać pozory całkowicie zdrowej. Podświadomie zaczęłam myśleć o Josephine. Czy Carrie też jest śmiertelnie chora i umrze niespodziewanie? Może nie była zbyt dobrą przyjaciółką, ale myśl o całkowitej samotności mocno mnie przygnębiła. Całą drogę nie odzywałyśmy się do siebie – miała mi wszystko wyjaśnić po powrocie. Ale nie zrobiła tego – od razu pobiegła na górę i zamknęła się w łazience. Znając już ją trochę wiedziałam, że na siłę nic nie zdziałam. Postanowiłam więc dać jej spokój aż sama stwierdzi, że czas się wytłumaczyć.

Z dnia na dzień strach przed Axlem mijał, a zaczęła się pojawiać tęsknota. Chciałam znów zobaczyć jego uśmiech, poczuć jego usta i dotyk na sobie nawet jeśli miałby mnie przelecieć i znów zniknąć. Moje myśli czasem też kierowały się w stronę Deana. Być może to przez to, że nie rozmawiałam z nikim, a Carrie nawet nie schodziła na dół. Zastanawiałam się czy w ogóle coś je.
-Ej? - zapukałam do jej drzwi któregoś dnia. - Zrobiłam obiad. Nie wygląda najlepiej, ale chyba dawno nic nie jadłaś.
Wyjrzała niepewnie i wlepiła we mnie swoje zapłakane oczy. Wyciągnęła rękę po talerz.
-Możesz mi w końcu wyjaśnić co się do cholery dzieje? - zirytowałam się.
-Porozmawiamy jutro... - mruknęła.
-Nie ma jutro, trochę już czekam na wyjaśnienia.
-Zaufaj mi. Jutro. - powiedziała i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Poddałam się więc i postanowiłam trochę posprzątać w mieszkaniu, bo dawno nikt tu nie kiwał palcem, poza tym chciałam przestać myśleć i na koniec dnia paść zmęczona i zasnąć bez problemu. Tak więc zaczęłam od najdrobniejszych szczegółów, a trzeba przyznać, że było co robić – dom był naprawdę duży. Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl, by szukać kolejnej współlokatorki. Szybko wybiłam sobie to z głowy patrząc na to, jaka jest Carrie. Musiałam znaleźć sobie pracę – to było pewne. Postanowiłam się tym zająć jak najszybciej, a najlepiej już jutro. Uśmiechnęłam się do siebie.
Gdy kończylłm myć podłoge w kuchni moja współlokatorka zeszła na dół i usiadła przed telewizorem. Chwilę potem zadzwonił telefon.
-Carrie, odbierzesz? - krzyknęłam. Blondynka niechętnie zsunęła się z kanapy i sięgnęła po telefon.
-Halo... Tak. No... Już daję. - zakryła reką słuchawkę. - Do ciebie. Maggie.
Trochę wystraszona podeszłam do niej.
-Tak? - powiedziałam cicho.
-Cześć Grace. - usłyszałam zimny głos. - Możesz mi wyjaśnić co tak właściwie się stało? Dean mówi, ze nic nie pamięta, a ty od razu zwiałaś. Co to ma znaczyć?
Westchnęłam głośno szukając w głowie jakichś pomysłów.
-Nie wiem. - odparłam. - Naprawdę. Może Dean coś powiedział... Wiesz jaki jest Axl...
-Nie wkurwiaj mnie, na pewno wiesz co się stało! – wyraźnie zaczęła się irytować.
-Przykro mi Maggie, ale nie wiem. Poza tym nie mam z nim żadnego kontaktu. - podniosłam ton głosu starając się być bardziej przekonująca.
-Przepraszam Grace, po prostu strasznie się denerwuję tą całą sytuacją. Dean od tamtej pory stał się strasznie niedostępny. Kiedyś mówiliśmy sobie wszystko, ufaliśmy sobie a teraz... - urwała.
-Rozumiem. Może to chwilowy kryzys. Wiesz jak to bywa w związkach, jesteście ze sobą chyba krótko...
-No trochę już jesteśmy, a kiedyś było inaczej. Jak go poznawałam był taki cudowny...
Zrobiło mi się strasznie głupio, więc pod pretekstem czekania na bardzo ważny telefon i po obiecaniu, że na pewno jeszcze do niej wpadnę na herbatę, zakończyłam tę męczącą rozmowę. Spojrzałam na Carrie.
-Gówniana sprawa.
Westchnęłam i przyłożyłam dłoń do czoła.
-Czemu go przytuliłaś? - zapytała nagle.
-Nie wiem. - odpowiedziałam szczerze i opadłam obok niej na kanapie. - I żałuję, że w ogóle tam poszłyśmy.
-A ja nie. - uśmiechnęła się szeroko. - Fajnie było.
-Jesteś okropna.
-I to bardziej niż myślisz.
 

 

Kategorie blogów