Wpisy oznaczone tagiem "Hanna Rydlewska" (2)  

konopielka3
 
Wierne i ugrzecznione adaptacje klasycznej literatury nie mają we współczesnym kinie racji bytu. Powieści sióstr Brontë – same wyprzedzające epokę, w której powstały – aż proszą się o namiętne traktowanie. Andrea Arnold, reżyserka najnowszej adaptacji „Wichrowych Wzgórz”, koturnową przypowieść o miłości oczyściła z niepotrzebnych ozdobników. Jej dzieło poraża realizmem, ostrością filmowego języka, ale i czułością kadrów. Wiktorianie ponowoczesności: idźcie do kin i płaczcie rzewnie.

0e62d9e6a0967f2e91c0a302da696a31,641,0,0,0.jpg

„Kostiumowi konserwatyści”, jak nazywam fanów pensjonarskich ekranizacji dzieł Jane Austin czy Charlotte Brontë, raczej Andrei Arnold pomnika nie wystawią. Reżyserka, która na koncie ma takie hity, jak „Fish Tank”, a przez znawców kina porównywana jest do Mike’a Leigh, jedyną powieść autorstwa Emily Brontë – zdaniem kinomanów-tradycjonalistów – zmasakrowała. Nie otrząsnęli się oni jeszcze po premierze „Dziwnych losów Jane Eyre” z Mią Wasikowską oraz Michaelem Fassbenderem. Tymczasem obraz Fukunagi, w porównaniu z filmem Arnold, jest mało postępowy. Orędowniczka realizmu w kinie historię fatalnej miłości Catherine Earnshaw i „przybłędy” Heathcliffa unurzała w błocie. Dosłownie i w przenośni. Co ważne, wybiła również wątki pomijane we wcześniejszych ekranizacjach „Wichrowych Wzgórz”. Położyła akcent na figurę Innego.

306fa6008b5fbc2beee1cb28d1ab6df4,750,470,0,0.jpg

W dotychczasowych filmowych adaptacjach powieści Heathcliff, przygarnięty przez rodzinę Earnshawów, to podrzutek z romskimi korzeniami. U Arnold jest ciemnoskóry. Nienawiść, którą czuje do niego od początku Hindley, „prawowity” Earnshaw, w tej wersji ma zatem silne podłoże rasowe. Hindley – grany przez naturszczyka, którego reżyserka znalazła na ulicach Leeds – to prymityw z facjatą i światopoglądem skinheada. Powody, dla których miłość pomiędzy Heathcliffem i Catherine wydaje się niemożliwa, wypadają szalenie współcześnie. Dzielą ich zarówno uprzedzenia klasowe, jak i rasowe. Czarnoskóry chłopiec jest przybyszem znikąd. Funkcjonuje poza językiem, a więc i poza społeczeństwem. Catherine go socjalizuje, uczy komunikacji, werbalizowania uczuć na podstawowym choćby poziomie. On jest czystą naturą. Ona czuje się rozdarta pomiędzy naturą a kulturą. Jej decyzja o małżeństwie z rachitycznym paniczem, podjęta wbrew miłości do „dzikiego”, okazuje się tragiczna w skutkach.

Wrzosowiska Yorkshire, choć przepiękne i malarsko sfilmowane, nie są u Arnold Ziemią Obiecaną. To okrutna kraina, w której ludzką wartość mierzy się siłą fizyczną człowieka lub siłą jego pieniędzy. Zwierząt nie traktuje się humanitarnie, ale koń potrafi być cenniejszy od jeźdźca. W tym świecie miłość jest mrzonką z romantycznych piosenek, które wciąż śpiewa pod nosem Catherine. Wiatr, wiejący na wzgórzach dzień i noc, niesie w sobie melancholię. Smagani nim mieszkańcy wrzosowisk mają grubą skórę i cierpią od czarnych myśli. Heathcliff budzi w nich najniższe instynkty. Jest Inny, a jego odmienność to katalizator tłumionej przez nich dotąd agresji.

Zdjęcia Robbie’ego Ryana, nagrodzone na festiwalu Camerimage oraz w Wenecji są bez wątpienia mocną stroną dzieła.

W jednej z ekranizacji powieści Heathcliffa zagrał Laurence Olivier
Ujęcia kręcone z ręki wypadają naturalnie. Zbliżenia twarzy czy detali przyrody – skontrastowane z szerokimi planami, w jakich Ryan przygląda się nostalgicznym pejzażom Yorkshire – przykuwają uwagę, budują napięcie. Nie widać tu gotyckiej estetyki, jaka wyzierała chociażby z ekranizacji z Ralphem Fiennesem i Juliette Binoche w rolach głównych. Nie ma szyby, która dzieliłaby widzów od baśniowego świata filmu. Jeśli to baśń, to taka w stylu braci Grimm. Catherine i Heathcliff biegają brudni, grzęzną w błocie, cały czas trzymają się blisko ziemi. Gliniastą ziemię czują też odbiorcy filmu. Gdy patrzą, jak Hindley lży Heathcliffa – czują, jak ziemia chrzęści im w ustach. Gdy widzą, jak bliscy sobie ludzie ranią się do krwi – marzą, by zapaść się pod ziemię.

38b26cae1e18e2d344da3d685c26e0ea,750,470,0,0.jpg

Nie trzeba mieć romantycznej natury, by wzruszyć się dziełem Andrei Arnold. Nie, nie na tym prostym poziomie, na którym łzy potrafią wyciskać sceny z „Przeminęło z wiatrem” lub „Love Story”. „Wichrowe Wzgórza” AD 2012 każdy z nas nosi w sobie. One leżą także w Polsce. Arnold próbuje powiedzieć coś ważnego. Wysłuchajmy jej.
natemat.pl/(…)wichrowe-wzgorza-namietnosc-wcale-nie…
 

konopielka3
 
Płacz. Nimfomania lub oziębłość. Melancholia i niepokój. Skłonność do migren oraz tysiące innych somatycznych objawów. Przez setki lat u kobiet diagnozowano histerię na podstawie mniej lub bardziej enigmatycznych przesłanek. Profesor Charcot u swoich pacjentek ataki histerii wyzwalał hipnozą. Jego brytyjscy koledzy po fachu, lekarze epoki wiktoriańskiej, histeryczki leczyli seksualną stymulacją. Przypomina o tym komedia „Histeria. Romantyczna historia wibratora”. Tak zła, że aż dobra.



88917396d1f14874b27e00f2a538287f,641,0,0,0.jpg


Histeryczny orgazm. Kadr z filmu "Histeria. Romantyczna historia wibratora".     •     materiały prasowe
Przyjmuję się, że historia histerii rozpoczyna się około IV wieku n.e. Wtedy to lekarze zaczęli diagnozować u kobiet histerię jako chorobę. Bladolice, wyjątkowo szczupłe i niepokorne kobiety, nadwrażliwe na rzeczywistość lub niepokojąco (w tamtych czasach – jakkolwiek) spragnione erotycznych doznań, zostawały oficjalnie histeryczkami. Medycy stworzyli całą teorię, w myśl której przyczyną nieszczęścia każdej histeryczki miałaby być wędrująca macica. Niespokojna macica wędrowała w górne partie ciała w poszukiwaniu wilgoci, uwierając wątrobę i serce. Lekarze głowili się zatem, jak zapewnić odpowiednie nawilżenie ruchliwego organu, by przejąć nad nim kontrolę.

Histeria ciała, nie utożsamiana jeszcze z histerią ducha, leczona była rozmaitymi metodami. W okresie średniowiecza najchętniej stosowanym medykamentem były egzorcyzmy, jako że histeryczki traktowano jak czarownice, czyli przypalano, a potem oblewano wodą święconą. Wraz z rozwojem kulturowym, metody kojenia histerii robiły się bardziej humanitarne. Kobietom zalecano intensywną jazdę konną, terapeutyczne sesje w bujanych fotelach lub nałogowe korzystanie z huśtawek. Furorę robiły również ćwiczenia miednicy oraz…w miednicy – kolejnym etapem w leczeniu histerii stała się hydroterapia. Pod koniec XVIII i na początku XIX wieku na histerię chorowała już niemal połowa europejskich kobiet. Lekarze, bezradni wobec rzeczywistych chorób, na karb histerii zrzucali każdy chorobowy syndrom. Kobiety zaś, znudzone mieszczańskim życiem oraz zamknięte w klatce patriarchatu, z przyjemnością godziły się na leczenie z wykorzystaniem strumieni wody pod ciśnieniem.

Tutaj właśnie rozpoczyna się fabuła filmu „Histeria. Romantyczna historia wibratora”, który w ubiegłym tygodniu trafił na ekrany polskich kin. Nakręcona w manierze wczesnych ekranizacji powieści Jane Austin, filmowa opowiastka jest luźną interpretacją faktów. „Histeria” opowiada o tym, jak wynaleziono pierwszy wibrator oraz nieśmiało nawiązuje do narodzin ruchu sufrażystek. Plejada brytyjskich aktorów (Jonathan Pryce, Hugh Dancy, Rupert Everett, Maggie Gyllenhaal) odgrywa scenki, którym bliżej do skeczy Monty Pytchona niż klasycznej komedii romantycznej. Bo jak nie traktować jako pastiszu sceny, w której para sztywnych jak krynolina, platonicznych kochanków przechadza się po parku, a potem obserwuje kopulujące kaczuszki? Film, prócz walorów satyrycznych, może być jednak źródłem wiedzy o histerii. Londyn w 1880 roku rzeczywiście był centralnym ośrodkiem badań nad tą kobiecą przypadłością.


d174bbada46808f4058c98eba06c5a40,641,360,1,0.jpg


Filmowy doktor Dalrymple histeryczki ulecza za pomocą manualnej stymulacji „vulvy” (czytaj: pochwy). Swoje pacjentki doprowadza do „histerycznego paroksyzmu” (czytaj: orgazmu). Seanse, z wykorzystaniem różanego olejku oraz gustownego parawanu, cieszą się popularnością wśród pań, które cierpią na duszności, arytmię, bezsenność i seksualne pobudzenie. Każdy seans trwa godzinę i jest forsujący dla prowadzącego terapię lekarza. Następca właściciela praktyki, młody lekarz Mortimer Granville, sam pada wreszcie ofiarą histerii – po tygodniach intensywnego masowania histeryczek traci czucie w dłoni. Z odsieczą przychodzi jego przyjaciel, wielbiciel nowinek technicznych, który finalizuje właśnie projekt nowoczesnej maszyny do likwidowania kurzu. Przyrząd błyskawicznie zostaje przemianowany na likwidator histerii. Wypróbowany na prostytutce, pierwszy wibrator trafia do obiegu. I – jak się można domyślić – robi furorę, nie tylko wśród histeryczek (chyba, że na histerię cierpiała również królowa).

Tyle film. W rzeczywistości to George Taylor opatentował urządzenie, które dzięki napędowi parowemu (lub naciskaniu pedałów) wibrowało niebotycznie. Dzięki wynalazkowi czas przeciętnego „seansu na histerię” skrócił się do 10 minut. Tyle wystarczyło lekarzowi wyposażonemu w prototyp wibratora, by na moment tchnąć optymizm w swoją pacjentkę. Kobiety poddawały się wibrującym zabiegom w gabinetach lub kurortach. Niebawem miały zaznawać rozkoszy w domowych pieleszach. Najpierw brytyjski fizyk Weiss skonstruował pierwszy elektromechaniczny wibrator. Potem, w 1902 roku, powstał wibrator do użytku domowego. Co ciekawe, był jednym z pierwszych elektrycznych urządzeń, które pojawiły się w prywatnych domach na masową skalę. Wibrator wyprzedził nawet żelazko elektryczne. Firma Hamilton Beach, produkująca sprzęty gospodarstwa domowego, opatentowała i wypuściła na rynek pierwszy ręczny wibrator na prąd. Narzędzie tłumienia histerii reklamowano w magazynach dla nobliwych pań, jak „Good Housekeeping”. Pojawiły się nawet wielofunkcyjne roboty domowe: firma Sears, Roebuck & Company oferowała gospodyniom domowym mikser, maszynę do szycia i wibrator w jednym.

Film „Histeria. Romantyczna historia wibratora” okresu wibrującego prosperity już nie obejmuje. Dotyka natomiast kwestii narodzin feminizmu, w głupawy – jak przystało na cały film – sposób. Sportretowana w firmie sufrażystka zazwyczaj biega umorusana, jeździ jak szalona na rowerze, prowadzi przytułek dla biednych i skrycie marzy o wielkiej miłości, która w końcu jej się przytrafia. Posądzona przed sądem o histerię, zostaje uratowana przez lekarza o zwiotczałych – od masowania innych dam – dłoniach. Ma szczęście, bo ciężkie przypadki histerii w XIX-wiecznym Londynie leczono przymusową hospitalizacją oraz (raczej także nie dobrowolnym) usunięciem macicy.

Obraz tak kiepski, że aż dobry natchnął mnie do przemyśleń na temat histerii jako takiej. Czyżby przez stulecia kobiety leczono z feminizmu? Bo czymże innym były tłumione pragnienia histeryczek, jeśli nie marzeniami o emancypacji? Czy nie wynikały one z apetytu na życie, samospełnienie, udany seks? Świat mężczyzn wolał owe pragnienia zepchnąć w sferę choroby, szaleństwa, czarów. Mężczyźni-lekarze sprawowali kontrolę nad kobiecymi pragnieniami, bo niosły one w sobie rewolucyjną moc.

Zresztą wibratory, tak popularne na początku XX wieku, w drugiej dekadzie ubiegłego stulecia rozstały rozpoznane jako narzędzia zakazanych seksualnych praktyk. I również trafiły w sferę tabu. Powróciły dopiero na fali rewolucji seksualnej lat 60. Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatrów wykreśliło histerię z listy chorób w 1952 roku. W 1973 roku otwarto pierwszy sex-shop dedykowany kobietom w Nowym Jorku. A kropkę nad i, o dziwo, postawiła administracja konserwatywnego do szpiku kości Ronalda Regana, która w ramach kampanii przeciwko AIDS popularyzowała wibratory, jako źródło bezpiecznego orgazmu.

Z dzisiejszej perspektywy zabytkowe wibratory wyglądają jak narzędzia tortur. Tym bardziej, że te projektowane współcześnie są raczej ekskluzywną kobiecą biżuterią, a nie wulgarnym sex-oprzyrządowaniem. Kobiet w XXI wieku teoretycznie nikt nie posądza o histerię. Ale samozwańcze histeryczki-ekstatyczki dobrze wiedzą, jak używać narzędzi emancypacji. I używają sobie.

natemat.pl/4315,historia-histerii-z-wibratorem-w-tle
 

 

Kategorie blogów