Wpisy oznaczone tagiem "IIwojna" (134)  

nortus
 

Hiroszima


makieta miasta "sprzed" i ...

hiro1.jpg



... i "po" wybuchy bomby "A"

hiro2.jpg



zajrzyj do blogu a dowiesz się więcej:

mrcichy.pl/2013/09/23/podroz-zycia-xi-815/
 

nortus
 



Trochę statystyki Polska przed 1939-tym



W 1931 r. statystycznie jedną izbę mieszkalną (na jeden pokój) zajmowały trzy osoby.

10,45 mln osób mieszkało w lokalach, w których na jedną izbę (na jeden pokój) przypadały co najmniej cztery osoby.

Połowa ludności wiejskiej województwa kieleckiego zajmowała lokale, w których jedną izbę (jeden pokój) dzieliły co najmniej cztery osoby. W Warszawie w takich warunkach mieszkało 23,4% ludności. Dla porównania w w Paryżu – 0,7%, w Berlinie – 0,3%.



Spośród 618,8 tys. budynków w polskich miastach w 1931 r. elektryczność była zaledwie w 234,3 tys., wodociąg – w 90,2 tys., a kanalizacja – w 80 tys. Jedynie co 10. budynek (61,7 tys.) miał wszystkie instalacje.



Dla osoby, która na przełomie 1931 i 1932 r. nie skończyła roku, prognozowana dalsza długość życia wynosiła 48,2 lat (dla mężczyzny) lub 51,4 (dla kobiety).



W 1923r. na 10 tys. mieszkańców Polski przypadało 2,4 lekarza, w 1938 r. – 3,7 (w podobnym okresie ten wskaźnik wynosił w Bułgarii – 4,5, w Niemczech – 7,3, na Łotwie – 7,9, na Węgrzech – 11,2).


Spośród 12.917 lekarzy w Polsce w 1938 r. jedynie 1466 pracowało na wsi, na której mieszkało ok. 70% ludności kraju.



23,1% mieszkańców Polski w 1931 r. nie umiało czytać ani pisać. W Warszawie – 10%, za to w województwach poleskim i wołyńskim prawie połowa.



Do roku szkolnego 1938/1939 poza obowiązkiem szkolnym pozostawało – w zależności od roku – od 9,4 do 11,7% dzieci w wieku 7-13 lat (ok. 0,5 mln).

Z powodu braku nauczycieli i pomieszczeń w wielu wsiach realizowano jedynie program czterech klas.



W 1939 r. bez światła elektrycznego, zdani na lampy naftowe byli mieszkańcy 97% wsi w Polsce.



Moc wszystkich elektrowni w kraju wynosiła niecałe 1,7 tys. megawatów (wybudowana w PRL w latach 70. elektrownia Kozienice miała większą moc), a produkcja energii elektrycznej w Polsce była 14-krotnie mniejsza niż w Niemczech.



Na tysiąc mieszkańców Polska miała siedem telefonów, Czechosłowacja – 15, Łotwa – 39, Niemcy – 53, Anglia – 64, Dania – 113.”


kot-blogkota.blogspot.com/(…)troche-statystyki-pols…



A niektórzy ciągle wmawiają jaką to potęgą byliśmy
przed II wojną.






Latarnia morska na Mykonos.jpg


lez.jpg


logika.jpg


los.jpg


Wielki Miszcz fotoszopa

miszczzzzz.jpg




motor.jpg


nieplacz.jpg


nuuuda.jpg
 

nortus
 



moskwa 1938.jpg



Zamieszczone powyżej zdjęcie wykonano w 1938 roku podczas defilady wojsk radzieckich na Placu Czerwonym.

Zastanawia was zapewne skąd na defiladzie wzięły się psy.

Podpowiem, że nie były psami łącznikowymi, nie służyły też do wykrywania min. Wręcz przeciwnie.

W 1938 r na Placu Czerwonym ZSRR objawił światu swoją "Wunderwaffe" - psy przeciwpancerne.

Na początku lat 30 radzieccy specjaliści podjęli w pewnym podmoskiewskim ośrodku specjalistyczne prace nad szkoleniem psów dla celów militarnych. Rosjanie słusznie założyli,że prędzej czy później dojdzie do konfliktu z Niemcami.W drugiej połowie lat trzydziestych stało się jasne, że decydujące w przyszłej wojnie mogą okazać się czołgi.

Podjęto więc prace nad różnymi metodami zwalczania
wrogiej siły pancernej. Idea psa przeciwpan-cernego poza specjalistycznym szkoleniem (opartym o behawioryzm) była całkiem prosta. Montowano psu specjalną uprząż z antenką na grzbiecie, po bokach miał sakwy wypełnione materiałem wybuchowym
Pies wbiegając pod czołg (temu służyło szkolenie) łamał antenę i uruchamiał zapalnik. Radziecka nauka nie przewidziała jednak pewnych komplikacji
Powszechnie wiadomo, że dla psa podstawowym zmysłem jest węch. Psy przeciwpancerne Rosjanie szkolili na własnych czołgach i ciągnikach artyleryjskich. Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej okazało się, że Niemcy stosują inne paliwo, inne rodzaje smarów i inne farby. Mówiąc krótko zapach się nie zgadzał, więc co zrobiły pieski? Znalazły czołgi z odpowiednim zapachem ...

Obecnie niemożliwe jest ustalenie radzieckich strat pancernych spowodowanych przez psy przeciwpancerne. Pewne jest jednak to, że nowa sowiecka broń przeciwpancerna nie zdała egzaminu. Rosjanie mieli i mają bzika na punkcie służb specjalnych. Szkolenie i służbę psów przeciw-pancernych nazywali spec-służbą, natomiast same psy "psami specjalnego przeznaczenia". W warunkach wojennych jak widać nawet najlepiej wyselekcjonowani kandydaci po najbardziej intensywnym szkoleniu mogą zawieść.


www.facebook.com/photo.php…



wunderwaffe :D
  • awatar ponurnik: no way! haha o tym nie slyszalam jeszcze.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

nortus
 
Niewiele wiemy o życiu prywatnym kanclerza III Rzeszy i o jego rodzinie. Badacze do dziś nie są zgodni czy ten wielki zbrodniarz i antysemita nie miał przypadkiem żydowskich przodków...


Korzenie rodziny Hitlera, ze strony ojca i matki, sięgają położonego na północ od Linzu dolnoaus-triackiego Waldviertel, skąd pochodzili wszyscy przodkowie, których udało się odszukać. Klara Hitler utrzymywała ścisły kontakt z domem rodzinnym w małej miejscowości Spital koło Weitry i spędzała tam z dziećmi każde lato.

Waldviertel,położony na granicy czeskiej,o surowym
klimacie, nieurodzajnej ziemi, monotonnym krajobrazie z owym jodłowym lasem, który Adalbert Stifter uwiecznił w poezji, do dziś uchodzi za austriacki przytułek dla ubogich. Średniowieczne zamki szlacheckie,na przykład Rosenburg,Rastenberg
Rapottenstein, Heidenreichstein, oraz bogate klasztory,jak Zwettl, Altenburg, Geras, odciskają swe piętno w surowym, szczególnie romantycznym krajobrazie.

Granica z Czechami otwarta była od stuleci, a ludność narodowościowo wymieszana. Liczne nazwy miejscowości i nazwiska są pochodzenia słowiańskiego. Jest całkiem możliwe, że nazwisko Hitler, posiadające kilka wariantów pisowni (Hiedler, Hittler, Hüttler), także pochodzi z czeskiego, lecz wielbiciele Führera zawsze temu gorliwie zaprzeczali.Najprawdopodobniej nazwisko, pochodzące od słowa „Hütte”, czyli chałupa lub huta, oznacza chałupnika lub górnika. Wśród odnalezionych przodków nie ma żadnych rozpoznawalnych z nazwiska Czechów.

Chłopi małorolni, robotnicy rolni i leśni, rzemieślnicy i wyrobnicy z biednych wiosek zależni byli ekonomicznie od kleru i arystokracji i pędzili nędzny żywot. Rodzina Hitlerów, z której pochodziła również babka ze strony matki, od pokoleń żyła na terenie znajdującym się pod panowaniem landgrafów Fürstenberg, rezydujących w średniowiecznym zamku Weitra i zarządzających rozległymi lasami.

Rodzice Hitlera dorastali we wsi Spital koło Weitry, a mówiąc dokładniej, w stojących obok siebie domach.

Ojciec Alois, urodzony w 1837 r. przez niezamężną czterdziestojednoletnią Marię Annę Schicklgruber w Strones koło Döllersheim, zamieszkał jako pięcioletnie dziecko w domu chłopa Johanna Nepomuka Hiedlera po tym, jak jego starszy brat Johann Georg Hiedler ożenił się z matką chłopca. Johann Georg Hiedler był bezrobotnym czeladnikiem młynarskim. Nie uznał on przedmałżeńskiego dziecka żony.

Maria Anna Schicklgruber zmarła w 1847 r. w wieku pięćdziesięciu lat z „wycieńczenia na skutek piersiowej puchliny wodnej”, w maleńkiej miejscowości Klein-Motten koło Döllersheim. Alois miał wówczas dziesięć lat. Jej mąż, o którym niewiele wiadomo, zmarł dziesięć lat później w wieku sześćdziesięciu pięciu lat na apopleksję. Był komornikiem w swej rodzinnej wsi Spital, lecz nie u brata.

Alois Schicklgruber dorastał razem z trzema prawie
równoletnimi córkami Johanna Nepomuka Hiedlera. Mając trzynaście lat, opuścił Waldviertel, by jak wielu młodych ludzi szukać szczęścia w stolicy. Wiedniu uczył się najpierw rzemiosła szewskiego, dążył jednak do czegoś wyższego i osiągnął, mimo niedostatecznego wykształcenia,godny uwagi sukces.
W 1855 r. wstąpił do Straży Skarbowej, został najpierw strażnikiem granicznym i – zwolniony dzięki pracy ze służby wojskowej– zrobił karierę. W 1864 r. został urzędnikiem, w 1875 r., po przejściu różnych stopni pośrednich, awansował na urzędnika (oficjała) Urzędu Celnego w Braunau nad Innem, a w 1892 r. na tymczasowego wyższego urzędnika Urzędu Celnego w Passau. W końcu w 1894 został wyższym urzędnikiem Urzędu Celnego w Linzu.
W roku 1895, po przepisowych czterdziestu latach służby, przeszedł na emeryturę.

Dopiero w 1876 r. trzydziestodziewięcioletni Alois
Schicklgruber przyjął nazwisko Hitler. Zmiana nazwiska została wpisana do księgi metrykalnej chrztów parafii Döllersheim jako przypisek do świadectwa chrztu z 1837 r. Jako ojca wpisano zmarłego dziewiętnaście lat wcześniej Georga Hiedlera i w ten sposób z nieślubnego Aloisa Schicklgrubera uczyniono ślubnego Aloisa Hitlera – dwadzieścia dziewięć lat po śmierci matki. Ta niezwykła procedura została starannie przygotowana
i zorganizowana przez sześćdziesięciodziewię-
cioletniego wówczas wdowca i przybranego ojca, Johanna Nepomuka Hiedlera.

Proboszczowi Zahnschirmowi w Döllersheim zapewniono bezpieczeństwo od strony prawnej. Przedłożono mu uwierzytelniony protokół zeznań trzech świadków, wystawiony 6 czerwca 1876 r. przez notariusza miasta Weitry. Świadkowie, pochodzący ze Spitalu,przysięgali w nim uroczyście
„że […] zmarły […] 5/6 stycznia 1857 r. […] Georg Hitler w ich obecności i wielokrotnie przed śmiercią oświadczał, że jego ostatnią i niezmienną wolą jest swego […] spłodzonego przez niego z jego późniejszą żoną,wówczas stanu wolnego
córką chłopską M.A. Schicklgruber, syna Aloysa […] uznać prawnie z zachowaniem wszelkich form za syna i dziedzica zarówno nazwiska, jak i całego mienia”. Owych trzech świadków zjawiło się potem z Johannem Nepomukiem Hiedlerem w Döllersheim i potwierdziło osobiście przed proboszczem swe zeznanie. Wskutek tego zmienił on wpis do księgi chrztów – a dokładniej mówiąc – pisownię nazwiska na Hitler.

Urzędowy przebieg zmiany nazwiska został na koniec sprawdzony przez dolnoaustriackie namiestnictwo i uznany za poprawny, był więc całkowicie zgodny z prawem. Według późniejszych orzeczeń prawnych uznanie dziecka mogło zostać podane w wątpliwość, gdyby ktoś udowodnił, „że Aloys Hitler nie został spłodzony przez Georga Hitlera”, co byłoby trudne, a poza tym nie było to konieczne ze względów finansowych. Ojciec dziecka i tak nie pozostawił nic w spadku.

Urodzony trzynaście lat później Adolf był, według Kubizka, bardzo zadowolony ze zmiany nazwiska. „Żadne przedsięwzięcie jego «starego» nie zadowoliło go tak bardzo jak to; nazwisko Schicklgruber wydawało mu się ordynarne, zbyt chłopskie,a poza tym zbyt rozwlekłe, niepraktyczne
Hiedler znów za bardzo nudne, zbyt miękkie. Za to Hitler przyjemne w brzmieniu i łatwe do zapamiętania”.

Powody tej skomplikowanej manipulacji pozostają niejasne. W każdym razie Alois Hitler kupił w marcu 1889 r., sześć miesięcy po śmierci przybranego ojca, za sumę 4 do 5 tys. guldenów, a więc 8 do 10 tys. koron, dom z gospodarstwem rolnym w leżącej w Waldviertel gminie Wörnharts (pod numerem 9) w pobliżu rodzinnej miejscowości Spital. Jeżeli pieniądze na zakup pochodziły rzeczywiście, jak się przypuszcza, ze spadku po Johannie Nepomuku, to niekoniecznie musiały one przypaść tylko Aloisowi, gdyż w międzyczasie ożenił się on po raz trzeci i to z wnuczką Johanna, dwudziestoośmioletnią wówczas Klarą Pölzl. W czasie zakupu domu była w zaawansowanej ciąży, na krótko przed urodzeniem Adolfa.

Nie wiadomo, czy Hitler był poinformowany o wszystkich historiach rodzinnych. Dziadkowie i babcie z obu stron zmarli przed jego urodzeniem, Alois Hitler zaś, gdy Adolf miał trzynaście lat. Dlatego należy wierzyć jego siostrze, Pauli, gdy wspomina: „O rodzinie ojca nie dowiedziałam się niczego. Nie było w zwyczaju opowiadanie historii rodzinnej […]. Tylko krewni ze strony matki byli dla nas właściwymi krewnymi […].Nie znałam nikogo z rodziny ojca. Obie, moja siostra Angela i ja, często mówiłyśmy: Nic nie wiemy, ojciec musiał przecież też mieć jakichś krewnych”.

Prawdopodobnie dopiero gdy Hitler został politykiem, zmuszony był zainteresować się zawikłanymi stosunkami rodzinnymi w Waldviertel, a mianowicie gdy w 1932 r. zostały one użyte przeciwko niemu jako niebezpieczna broń w walce wyborczej. Przy tym jego przeciwnicy posługiwali się oczywistym argumentem, że polityk, który takie znaczenie przykłada do pochodzenia innych, musi pogodzić się z tym, że bada się jego własne.

Wkrótce po pierwszych,jeszcze niejasnych, wzmiankach prasowych o kompromitujących faktach z drzewa genealogicznego Hitlera swe usługi zaproponował mu listownie (8 lutego 1932 r.) renomowany i obrotny wiedeński genealog Karl Friedrich von Frank. Przygotował już kompletną tablicę genealogiczną rodziny Hitlerów do czwartego pokolenia wstecz,a więc ósmego stopnia, i zaproponował, że za 300 marek sporządzi jeszcze bardziej szczegółową. W postscriptum dodał: „Może byłoby dla Pana interesujące dowiedzieć się, że w ostatnim czasie w trakcie moich poszukiwań dowiedziałem się, że austriackie władze polityczne też prowadzoną dochodzenie dotyczące Pańskiego pochodzenia”.

29 lutego Hitler zlecił mu wykonanie pracy. Frank przysłał ją już 8 kwietnia 1932 r., tego samego dnia, gdy w Wiedniu ogromne nagłówki dodatków nadzwyczajnych krzyczały: „Hitler nazywa się Schücklgruber!”. Młody reporter Hans Bekessi, który później przyjął nazwisko Hans Habe, wyjawiał
nieznaną do tej pory historię późnej zmiany nazwiska przez ojca Hitlera–i osiągnął sensacyjny sukces. Na terenie Niemiec puszczono w obieg dziesiątki tysięcy dodatków nadzwyczajnych, by wywrzeć wpływ na toczącą się jeszcze walkę wyborczą.

Frank przedstawił rzetelnie tablicę genealogiczną Schicklgruberów i nie rozumiał wzburzenia, gdyż nieślubne dzieci w wiejskich okolicach nie były niczym niezwykłym ani dyskryminującym. Jego zdaniem ojciec Hitlera i tak został uznany za dziecko ślubne przez późniejsze małżeństwo Marii Anny Schicklgruber z Georgiem Hiedlerem. Już w maju praca Franka ukazała się drukiem. Hitler podziękował badaczowi w liście z 25 czerwca 1932r.


Latem 1932 prasa przypuściła o wiele poważniejszy atak. Najpierw „Neue Zürcher Zeitung” opublikowała 16 czerwca list czytelnika na temat przodków Hitlera. Autor podawał w wątpliwość opinię Franka, że drzewo genealogiczne zawiera „z wyjątkiem nazwiska Wallj wyłącznie niemieckie nazwiska”, i uważał, że „pojawiającego się kilkakrotnie nazwiska Salomon” nie można przecież „bez wątpienia uznać za niemieckie […]. Przynajmniej nie leży w zwyczaju Adolfa Hitlera i jego zwolenników, by nazwisko to, nie zważając na nic,uznawać za niemieckie”. W opublikowanym przez Franka drzewie genealogicznym pod numerem 45 pojawiła się jako prapraprababka katoliczka Katharina Salomon z Nieder-Plöttbach, w parafii Döllersheim, córka katolickiego chłopa Johanna Salomona z Nieder-Plöttbach. Wraz z pojawieniem się tego żydowsko brzmiącego nazwiska rozpoczęły się spekulacje na temat rzekomego żydowskiego pochodzenia Hitlera.

Akurat jednak w tym punkcie genealog popełnił wyraźny błąd. W rzeczywistości pod numerem 45 w drzewie genealogicznym chodzi nie o Katharinę Salomon, lecz o Marię Hamberger z Nieder-Plöttbach (1709–1761) i jej ojca Paula Hambergera z Nieder-Plöttbach. Frank skorygował ten błąd już 30 sierpnia 1932 r., lecz zawierającą błąd nadbitkę już rozprowadzono.

Tłumy reporterów udały się na poszukiwanie rzekomych żydowskich krewnych Hitlera. Znaleziono rodziny żydowskie o nazwisku Hitler w morawskim miasteczku Polna, w Polsce i kupca żydowskiego w Leopoldstadt, który twierdził, że jest spokrewniony z Hitlerem via Polna. W Warszawie niektóre rodziny żydowskie o nazwisku Hitler wniosły prośbę o urzędową zmianę nazwiska, powołując się na antysemityzm niemieckiego polityka.

Lato 1933 r. przyniosło nowe nagłówki. Praskie „Lidove Noviný” z 6 lipca: „W Polnej mówi się o Abrahamie Hitlerze z XVIII w. jako o przodku Hitlera”. „Deutsche Freiheit” z Saarbrücken 6 lipca: „Żydowska rodzina Hitlerów – z dokumentami”, „Österreichisches Morgenblatt” 13 lipca: „Brunatny Hitler z żółtą plamą”. „Vorarlberger Wacht”: „A jednak miał żydowską babkę – ten pan Hitler”.

Bekessi został w międzyczasie redaktorem „Österreichisches Abendblatt” i od 12 lipca publikował wciąż nowe odkrycia, jak choćby 14 lipca 1933 r.: „Sensacyjne ślady Żydów Hitlerów w Wiedniu”ze zdjęciami grobów Hitlerów w żydowskiej części wiedeńskiego Cmentarza Centralnego i napisanej po hebrajsku książki kucharskiej niejakiej Rosalie Hitler. 19 lipca gazeta Bekessiego opublikowała nagłówek: „Żydostwo Hitlera potwierdzone notarialnie!”. Tym razem wydrukowano drzewo genealogiczne niejakiej rodziny
Hiedler z Polnej z Klarą Hitler,urodzoną w 1821r, po mężu Pölzl z Braunau w Austrii. Załączono rzekomo „urzędową” wypowiedź: „Rzadko się zdarza Żyd, który miałby tak piękne żydowskie drzewo genealogiczne jak Adolf Hitler”.

Jednakże ta żydowska Klara Hitler miałaby, rodząc Adolfa,78 lat, a do babki nie pasowały inne dane. Drobnym drukiem pismo wycofywało się ze swych stwierdzeń, że żydowska Klara jest matką czy też babką Hitlera, pisząc, że jest jedynie blisko spokrewniona z jego babką,co też nie było prawdą.

Tym razem konkurencyjne antysemickie wiedeńskie pismo „Neue Abendzeitung” łatwo sobie z tym poradziło i 20 lipca 1933 r grzmiało: „Kaczka dziennikarska prosto z Polnej”. Pismo obiecywało „Prawdę o pochodzeniu Hitlera” i obalenie „Urojeń szamesa z Polnej”: „To dopiero byłaby radość i okrzyki Hosanna wśród Hebrajczyków na całym świecie, gdyby udało się załatwić człowieka, którego przykład i nauka stały się największym zagrożeniem dla ich marzenia o panowaniu nad światem”. Chodziło tu o „najpotworniejsze talmudyczno-krętackie wypaczenie stulecia”.

Kiedy wreszcie w 1933 r. ukazała się skorygowana i poszerzona przez Franka tablica genealogiczna – bez nazwiska Salomon – wzmogło to tylko przypuszczenia, że umyślnie coś zatuszowano. Krótko potem pisarz Konrad Heiden włączył do wydanej w 1936 r. w Zurychu biografii Hitlera historię o jego rzekomo żydowskiej babce z Polnej. Legenda weszła do literatury naukowej. Ale chociaż zarówno reporterzy, jak i genealodzy ruszyli na poszukiwania, ich dochodzenia nie wykazały nic oprócz zbieżności nazwisk z rodzinami żydowskimi.

Hitler zmienił genealoga. W 1937 r. w Lipsku, przy gniewnych protestach Franka, ukazała się wielka ilustrowana tablica genealogiczna, opracowana przez Rudolfa Koppensteinera. Badacz ten pochodził z Waldviertel, był spowinowacony z Hitlerami, dlatego też łatwiej znalazł dojście do drażliwych dokumentów. On także pominął nazwisko Salomon. Uznał za pewnik, że ojcem nieślubnego Aloisa Schicklgrubera był późniejszy mąż matki, a więc czeladnik młynarski Georg Hiedler. Istniał zatem nieskazitelny „aryjski” rodowód. Zdumiewające, że ani genealodzy, ani dziennikarze nie zajęli się zdecydowanie najsłabszym ogniwem na liście przodków – Aloisem Schicklgruberem, spłodzonym przed ślubem z nieznanego właściwie ojca.

Po Anschlussie Waldviertel awansował do roli „krainy przodków Führera”. Złożył hołd słynnemu potomkowi rodziny Schicklgruberów, nadając mu honorowe obywatelstwo i sadząc dęby Hitlera. Uhonorowano również jego przodków–plac Kościelny w Döllersheim przemianowano na „plac Aloisa Hitlera”. Rzekome, wówczas już nie do zidentyfiko-wania, domy rodzinne ojca Hitlera i jego babki stały się celem pielgrzymek.Ponieważ na cmentarzu w Döllersheim nie znaleziono grobów żadnych przodków,babka Führera, Maria Anna Schicklgruber, otrzymała grób honorowy.

Tłumy dziennikarzy ruszyły na poszukiwania wzruszających historii o przodkach Führera. Gdy w końcu mieszkańcy Waldviertel zaczęli współzawod-niczyć o pokrewieństwo z Führerem i kanclerzem Rzeszy, a we wszystkich możliwych miejscach, przede wszystkim w gospodach, umieszczać mniej lub bardziej fantastyczne tablice genealogiczne, Hitler zareagował w listopadzie 1938 r. „Führer nie życzy sobie żadnych tablic genealogicznych związanych z jego osobą. Dlatego wywieszone już tablice mają zostać natychmiast usunięte. Przezornie informuję Pana ponadto – powiadamiało namiestnika prowincji szefostwo okręgu – że zgodnie z decyzją Führera umieszczanie tablic pamiątkowych, które miałyby służyć przypominaniu przodków lub miejsc pobytu samego Führera, jest zabronione”.

W przeciwieństwie do ukochanego Linzu Hitler nie nadał Waldviertel żadnych przywilejów, a nawet we wrześniu 1938 r. zabronił miastu Döllersheim wypuścić stempel pocztowy z dopiskiem „Miasto rodzinne Führera”.

Już w sierpniu 1938 r., właśnie w okolicach Döllersheim, Zwettl i Allensteig, utworzono poligon dla wojska o powierzchni 162,5 km2 (największy tego typu w zachodniej Europie). Okoliczną ludność wysiedlono, wioski zniszczono – łącznie z miejscowością Strones, gdzie urodzili się ojciec i babka Hitlera (39 domów) i Klein-Motten (10 domów), gdzie zmarła Maria Anna Hiedler, z domu Schicklgruber. W 1942 r. ten sam los spotkał Döllersheim (120 domów).Nie świadczyło
to bynajmniej o szacunku Führera dla „krainy przodków” i stało się pożywką dla pogłosek, że wstydząc się swoich antenatów, chce zatrzeć ich ślady.

Księgi metrykalne chrztu z Döllersheim, jedyne źródło historii rodziny Schicklgruberów, nieuszko-
dzone, przechowywane są po dziś dzień w pobliskiej parafii Rastenfeld.

Hitler nie chciał więcej słyszeć o krewnych: „Ja nie mam bladego pojęcia o genealogii. W tych sprawach jestem ciemniak. Mam takich krewnych, o których istnieniu się dowiedziałem, dopiero gdy zostałem kanclerzem.Jestem absolutnie nierodzin-
nym człowiekiem, bez żadnego poczucia klanowości. To nie dla mnie. Moją rodziną jest mój naród”.

Dopiero po 1945 r. osobisty adwokat Hitlera doktor Hans Frank, były gubernator generalny okupowanych ziem polskich, przedstawił opinii publicznej prawdziwie zapalny materiał. Krótko przed egzekucją w swoich wspomnieniach Im Angesicht des Galgens („W obliczu szubienicy”) napomknął o zupełnie nowej historii: pod koniec 1930 r. Führer przedłożył mu list z uwagą, że chodzi tu o „wstrętną próbę szantażu podjętą przez jednego z jego obrzydliwych krewnych, która ma związek z jego, Hitlera, pochodzeniem”. Krewny robił aluzje do tego, że „w związku z pewnymi wypowiedziami prasy leży w interesie Hitlera, aby nie rozgłaszać niektórych konkretnych szczegółów naszej historii rodzinnej”. Chodziło o to, że „Hitler ma krew żydowską w swych żyłach i dlatego niewielkie podstawy, by być antysemitą”.

Zlecił mu więc poufne zajęcie się sprawą i Frank „ze wszystkich możliwych źródeł”, których nie wyjawił, dowiedział się, co następuje: babka Hitlera, Schicklgruber, przed urodzeniem dziecka miała być w Grazu kucharką u Żyda nazwiskiem Frankenberger, zajść w ciążę z jego synem i z tego powodu przez czternaście lat otrzymywać alimenty na małego Aloisa. Istniała wieloletnia wymiana listów między tymi Frankenbergerami a babką Hitlera, której ogólny ton wskazuje na pomijaną milczeniem wspólną wiedzę korespondują-
cych, że nieślubne dziecko Schicklgruber zostało poczęte w okolicznościach zobowiązujących Frankenbergera do płacenia alimentów. W ten sposób Hitler byłby, według własnych ustaw rasistowskich, w jednej czwartej Żydem i nie mógłby przedstawić dowodu aryjskości – przepisowej
karty wstępu do Trzeciej Rzeszy.

Frank, z rzucającą się w oczy dwulicowością, zasugerował, że tezy tej nie uważa za niedorzeczną. Według niego dementi Hitlera, co widocznie było zamierzone, wypadło nader blado. Hitler wiedział z opowiadań ojca i babki, „że jego ojciec nie urodził się w następstwie stosunku
płciowego Schicklgruber z Żydem z Grazu”. W rzeczywistości jednak babka zmarła 42 lata przed narodzinami Hitlera.

Ale,i tu Frank dochodzi do zagmatwanego wyjaśnie-
nia, pochodzącego rzekomo z ust Hitlera: „Oboje byli biedni.Żyd płacił alimenty stanowiące bardzo pożądany, wieloletni dodatek w nędznym gospodarstwie domowym. Podano go jako ojca, bo był w stanie płacić, a jako Żyd płacił bez procesowania się, gdyż prawdopodobnie obawiał się sprawy sądowej i związanego z tym rozgłosu”. Tak więc Maria Anna Schicklgruber tylko wmówiła ojcostwo tajemniczemu pracodawcy i kazała mu płacić – to ulubiona wymówka w czasach nazistowskich, gdy przeszkodą w otrzymaniu „dowodu aryjskości” mógł się stać nieślubny żydowski ojciec. Za pomocą tych historii Frank próbował wyjaśnić nienawiść Hitlera do Żydów, która według niego była „psychozą pokrewieństwa wyrosłą z kipiącego oburzenia”.

Jednak w Grazu około 1830 r. nie było żadnych osiadłych Żydów. Od czasu wypędzenia gminy żydowskiej za panowania Maksymiliana I około 1500r
stany styryjskie skutecznie broniły się przed ich ponownym napływem. Za panowania Józefa II, a więc pod koniec XVIII wieku, zezwolono Żydom na odwiedzanie Grazu, ale tylko podczas targów i to najwyżej na 24 godziny. Dopiero ustawa zasadnicza z 1849 r. zezwoliła Żydom na osiedlanie się w Styrii.W 1856 r. gmina żydowska w Grazu rozpoczęła
prowadzenie rejestru.

Poza tym w latach 1836–1837 nie było w Grazu rodziny o nazwisku Frankenberger, nawet nieżydowskiej. Były wprawdzie rodziny o nazwisku Schicklgruber, ale żadnej Marii Anny ani Anny Marii. Rzekomej wyżej wspomnianej kompromitującej korespondencji nigdy nie odnaleziono i nikt nigdy o niej nie wspomniał.Brak też śladów jakichkolwiek
alimentów płaconych matce dziecka, która przecież po ślubie oddała syna szwagrowi, a sama żyła i umarła w nędzy, gdy Alois miał 10 lat. Przede wszystkim zaś nie ma najmniejszej wzmianki o tym, że Maria Anna Schicklgruber kiedykolwiek opuściła Waldviertel. Praca w odległym Grazu byłaby czymś tak szczególnym, że nie mogłaby pozostać niezauważona przez krewnych z Waldviertel. Zwykle celem robotników z Waldviertel, szukających pracy poza domem, był odległy o 100 km Wiedeń lub jeszcze bliższy Linz. Rzadko zaś był nim leżący tak daleko,po drugiej stronie przełęczy Semmering,
Graz, zwłaszcza dla służących w tamtych czasach, koło roku 1830, którzy musieli pokonywać tę drogę pieszo.

Niezwykle biedna Maria Anna Schicklgruber miała w czasie narodzin syna czterdzieści jeden lat, była zatem, jak na XIX wiek, dość stara. Nie była więc jedną z owych młodych i (ze względu na niebezpie-czeństwo zarażenia chorobą) możliwie niewinnych służących ze wsi, które tak chętnie zatrudniano w bogatych domach, by wprowadzały synów w tajniki „miłości”, a zarazem pozostawały bezbronne wobec innych członków rodziny. To po pierwsze. Po drugie zaś, Frank okazuje się tak dalece nieświadomy stosunków rodzinnych Hitlera, że trudno uwierzyć, by informacje pochodziły rzeczywiście od Führera.

Wróćmy jednak do tego szantażu krewnego, który rzekomo rozbudził w Hitlerze żądzę wiedzy na temat jego stosunków rodzinnych. Bez wątpienia chodzi tu o urodzonego w 1911 r. Williama Patricka Hitlera, syna Aloisa juniora (przyrod-
niego brata Adolfa) i jego irlandzkiej żony. Alois zniknął wkrótce po narodzinach syna, pozostawiając żonę w przekonaniu, że nie żyje. W Niemczech ożenił się po raz drugi. W 1924 r. skazano go za bigamię.

Gdy Adolf stał się sławny, jego nieznana irlandzka rodzina zwietrzyła szansę zdobycia pieniędzy i zaczęła udzielać w Anglii wywiadów, powołując się na pokrewieństwo z Hitlerem. W efekcie w 1930 r. Führer wezwał do Monachium nieznanego mu dotychczas dziewiętnastoletniego Patricka oraz Aloisa i zrobił im scenę. Wypraszał sobie tego rodzaju poczynania. Powiedział ponoć, że rodzina ma przestać sobie wyobrażać, iż po jego plecach wdrapie się na szczyty sławy. Krzyczał: „Idioci!! Wykończycie mnie! […]. Z taką skrupulatnością ukrywałem zawsze przed prasą moją osobę i moje sprawy prywatne! Ludzie nie powinni wiedzieć, kim jestem. Nie powinni wiedzieć, skąd pochodzę i z jakiej rodziny.Nawet w mojej książce nie pozwoliłem sobie na ani jedno słowo o tych sprawach, ani jedno słowo! I nagle odnaleziono bratanka! Bratanka! Rozpocznie się dochodzenie. Wyślą szpicli tropami naszej przeszłości”. Nawet szlochał i płakał ze złości – opowiadał Patrick Hitler w wywiadzie prasowym w 1939 r.

Potem Hitler próbował zaprzeczyć, że jest spokrewniony z wielokrotnie karanym Aloisem. Twierdził, że nie jest on synem jego ojca, lecz sierotą wychowywaną przez rodzinę. Lecz Alois dostarczył świadectwo chrztu, z którego wynikało, że jest nieślubnym, ale uznanym przez Aloisa Hitlera seniora dzieckiem jego drugiej żony.

Patricka nie można się było pozbyć. Po 1933 r. przyjechał jako bezrobotny do Berlina i poprosił wuja Adolfa o wsparcie. Jak później opowiadał, wystarczyła wzmianka o metrykach chrztu ojca, by skłonić go do płacenia – widocznie Hitler uznał to za szantaż. Załatwił mu pracę i od czasu do czasu dawał pieniądze, nie pozostawiając jednak cienia wątpliwości, że nie przywiązuje żadnej wagi do związków wynikających z pokrewieństwa.

Po prawie sześciu latach spędzonych w Berlinie Patrick Hitler wrócił w styczniu 1939 r. do Anglii i przestał się czymkolwiek krępować. Wywiady z nim, mimo skąpej treści, wywołały sensację:„Mój stryj Adolf ”,„Dlaczego nienawidzę mojego stryja” itp. W 1939 r. wyemigrował z matką do Stanów Zjednoczonych i zarabiał tam na utrzymanie odczytami o swoim „stryju Adolfie”. Także matka Patricka, Bridget Hitler, prowadziła w gazetach swą „prywatną wojnę z rodziną Hitlerów”, która nasiliła się wraz z wybuchem prawdziwej wojny.

W żadnym z tych wywiadów nigdy nie było mowy o żydowskim dziadku Hitlera. Ileż pieniędzy mogliby Patrick i Bridget Hitlerowie zarobić za taką story! Także wobec Secret Service w Nowym Jorku w 1943r.bratanek odrzucił kategorycznie twierdzenie,
jakoby Johann i Johanna Prinzowie, rodzice chrzestni Hitlera, byli Żydami, jak krótko przedtem napisano w pewnej książce. Wydane pośmiertnie wspomnienia Bridget Hitler także nie zawierały najmniejszej wzmianki o jakimkolwiek żydowskim pokrewieństwie.

Jak bardzo tym tematem manipulowano, wskazuje przykład pisarza Franza Jetzingera. Popierał on tezę Franka o Frankenbergerze, wskazując na wywiad Patricka Hitlera w trudno dostępnej gazecie „Paris Soir”, tyle że bratanek miał użyć w nim nazwiska Frankenreiter zamiast Frankenberger
Jest to jednak czysty wymysł, gdyż w wywiadzie nie ma mowy ani o Frankenreiterze, ani o Frankenbergerze, ani o innych rzekomych żydowskich dziadkach Hitlera. Nawiasem mówiąc, poszukiwania potwierdziły,że był w Grazu zubożały katolicki rzeźnik o tym nazwisku, tyle że podejrzany o ojcostwo syn Franz miał w owym czasie 10 lat.

Jedno jest pewne: historia Frankenbergera ma tylko jedno źródło, mianowicie Hansa Franka. Poszukując powodów jego dwuznacznych aluzji, nabiera się podejrzeń, że wściekły antysemita Frank chciał zrzucić na znienawidzonych Żydów jeszcze dodatkową odpowiedzialność za rzekomo żydowskiego Hitlera, a w każdym razie pogłoskami zasiać wśród nich niepewność.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Brigitte Hamann pt. „Wiedeń Hitlera”:
 
Autor: Brigitte Hamann
Tytuł: Wiedeń Hitlera
seria: Historia
przekład: Jolanta Dworczak
oprawa: całopapierowa z obwolutą
ISBN: 978-83-7510-808-8
wydanie: 1 (2013)
stron: 584
cena: 54.90 zł




adolf dziecko_min_200x292.jpg


adolf 1941_min_555x388.jpg


adolf wieden hitlera_min_200x297.jpg
  • awatar tannat: swietnie, że to zacytowałeś! Może w końcu przestana być powtarzane te brednie o zydowskich przodkach. Zawsze mnie to zastanawiało jak popularne stają się te bezrefleksyjnie powtarzane historyjki i jak zyskują na powszechnym przekonaniu o prawdziwości, bo komuś nie chce się sprawdzić samodzielnie faktów i samodzielnie pomyśleć.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @tannat: :)
Pokaż wszystkie (2) ›
 

nortus
 


Ciekawe czy ktoś zgadnie ?
Na pewno nie.

Szczegóły w linku:

przyjaciele2domu.blogspot.com/(…)yes-yes-yes.html…






A poza tym była piękna pogoda.
A mieliśmy być w Puszczy Bukowieszczańskiej.

Tylko i tak nie wiem czy byśmy dojechali na czas.
Bo dzisiaj w Szczecinie są dodatkowe atrakcje.
Ewakuowali kawał miasta bo znaleźli bombkę przy renowacji nabrzeży.
Taką malutką, lotniczkę, 1-tonową.




2013-06-30_131423.jpg


2013-06-30_131454.jpg



A mogło być tak ciekawie, jak w Monachium 2012r :D

 

nortus
 

Słodkich jak te niewiniątka

One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-001.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-002.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-005.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-006.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-010.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-011.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-014.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-016.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-017.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-018.jpg


One-Of-The-Most-Cute-Cat-In-The-World-019.jpg


Oryginał

las dama_z_lasiczka.jpg


i chińska podróba

lasdam.jpg




Cute-Kitty-photos-1440-x-1280.jpg


test.jpg


Best-Photos-Of-The-Week-From-National-Geographic-005.jpg


Alternatywne zakończenie II wojny światowej

rozbior niemiec.jpg


dyslenia.jpg


dzeci za koty.jpg


komentarz bieżącej sytuacji

pawl.jpg


nawet po tragedii można mieć poczucie humoru

humor po tornadzie.jpg
 

nortus
 

Historyczny świecznik wraca do Koszalina


Świecznik, który przez ponad 300 lat wisiał w koszalińskiej katedrze, a po latach odnalazł się w Słupsku, wróci na swoje dawne miejsce – taką decyzję podjął zarząd sejmiku pomorskiego.


a1.jpg




Wnętrze koszalińskiej katedry, lata 30. Zabytkowy żyrandol wisiał wtedy w centralnym punkcie świątyni i ze względu na swoje duże rozmiary dominował w kościelnym wystroju. Świecznik był zrobiony z mosiądzu, a przed epoką elektryczności bił z niego blask aż 30 świec. Po powrocie do koszalińskiej katedry ma on ponownie rozjaśniać jej wnętrze, w ramach projektu nowej aranżacji oświetlenia.


a2.jpg


(Archiwum Stowarzyszenia Przyjaciół Koszalina)

Tak dziś siedemnastowieczny świecznik prezentuje się w słupskim kościele, w parafii pod wezwaniem świętego Jacka. Oczywiście świeczki zostały zastąpione przez elektryczne lampki.


Decyzja zarządu sejmiku to efekt pisma, które w sprawie świecznika jakiś czas temu wysłali Antoni Tofil,proboszcz parafii katedralnej w Koszalinie, oraz ksiądz Henryk Romanik,diecezjalny konserwator
zabytków. W piśmie tym zwrócili się z prośbą do Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku – które na chwilę obecną jest właścicielem zabytkowego świecznika – o przekazanie świecznika "w depozyt bezterminowy” (ten zaś od 1986 roku wisi w słupskim kościele pod wezwaniem świętego Jacka). Władze słupskiego Muzeum zgodziły się na to bez problemu,ale konieczna była jeszcze zgoda zarządu województwa pomorskiego, pod który Muzeum podlega.
I taka zgoda właśnie zapadła.

– Rzeczywiście, zarząd podjął uchwałę o takiej treści – mówi Małgorzata Pisarewicz, rzecznik prasowy zarządu województwa pomorskiego. – Na prośbę Muzeum Pomorza Środkowego zgodziliśmy się na to, aby zabytkowy żyrandol przekazać w użyczenie parafii katedralnej w Koszalinie do końca roku 2018 – dodaje.

Czy fakt, że czas użyczenia świecznika nie jest bezterminowy oznacza, że po 2018 roku zostanie on z katedry zabrany? – Nie, to tylko taki formalny zapis wynikający z przepisów –tłumaczy Mieczysław Jaroszewicz, dyrektor słupskiego Muzeum Pomorza Środkowego. – Po prostu jesteśmy zobowiązani do tego, aby co pięć lat sprawdzać jaki jest stan wypożyczonych rzeczy z naszych zbiorów, jak wyglądają warunki ich ekspozycji w nowym miejscu. Wierzę, że w katedrze będzie to formalność, po której będziemy naszą zgodę na wypożyczenie przedłużać na kolejne lata. Zgadzamy się z tym, aby ten wyjątkowy świecznik wrócił na stałe do Koszalina.

Kiedy świecznik trafi do katedry?

O tym w najbliższych dniach wspólnie zdecydują dyrektor Mieczysław Jaroszewicz i proboszcz Antoni Tofil. – Najważniejszymi kwestiami będzie omówienie demontażu i transportu świecznika oraz miejsca w katedrze,w którym zostanie on zawieszony
W tej chwili skłaniam się ku temu, aby zdjąć jeden z wiszących żyrandoli i w jego miejsce wstawić ten historyczny świecznik – mówi. Proboszcz planuje również, zanim świecznik zawiśnie w katedrze, jego odnowienie. – Na razie w podstawowym zakresie, bo na tyle nas będzie stać. A w przyszłości, gdy zdobędziemy fundusze, chciałbym, aby został on poddany gruntownej renowacji – dodaje

Burzliwe dzieje świecznika

Wielki i słynny świecznik nosił nazwę "korona piwowarów”,bo ufundował go właśnie ten koszaliński
cech. Został zamówiony w 1607r u norymberskich mistrzów. Prace nad nim trwały rok czasu, a koszt zamknął się bardzo dużą jak na ówczesne czasy kwotą 463 florenów. Gotowy świecznik zawisł w katedrze w Koszalinie w 1608r. Jego pojawienie się miało ścisły związek z planami księcia Franciszka z rodu Gryfitów, do którego wtedy należała koszalińska ziemia. Otóż zamierzał się on ożenić, a jego wybranką była księżna Zofia z Saksonii. Mieszczanie, fundując tak majestatyczny świecznik,chcieli w ten sposób uczcić to doniosłe dla miasta wydarzenie i pokazać go gościom,którzy zjadą się na uroczystość weselną (stało się tak w 1610). Od tamtej pory gigantyczny i kunsztownie wykończony, świecznik rozjaśniał nabożeństwa i wszelkie inne uroczystości organizowane w świątyni
Świecznik znikł z kościoła w 1945 roku, tuż przed wkroczeniem armii sowieckiej. Został wtedy zdjęty i ukryty w jednym z grobowców na cmentarzu, który kiedyś istniał w parku okalającym dziś Koszalińską Bibliotekę Publiczną. Potem ślad się urywa aż do lat 60.

– Wtedy jeden z naszych pracowników gdzieś go odnalazł, kupił i wzbogacił nasze zbiory – opowiada Mieczysław Jaroszewicz, dyrektor Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku.


Piotr Polechoński)
www.gk24.pl/(…)article…
 

nortus
 

Jak wiadomo w Polsce wszystko co jest związane z państwem jest tajne łamane przez poufne.
W ogóle znaleźć w necie plany jakichkolwiek budynków publicznych jest maaaaaaało prawdopodobne

A żeby było śmieszniej, fakt że stare, oryginalne,
plany budynków np.policji i nie tylko, są dostępne
na stronie ... uniwersytetu berlińskiego.

Trafiłem przez przypadek.

Pewnie, że budynki zostały przebudowane przez ostatnie 70 czy 100 lat,ale podstawy są niezmienne
 

nortus
 


z okazji odbicia miasta Niemcom i przyłączenia do Polski.

Chociaż czy to jest radosna nowina dla miasta? hmm



ratusze koszalina.jpg


więcej o zdjęciu:

koszalindailyphoto.blogspot.com/(…)koszalinski-ratu…
Pokaż wszystkie (1) ›
 

nortus
 


Wyliczyli, ile było hitlerowskich obozów i gett. 42 500 w całej Europie. "To szokujące dane"


Badacze z amerykańskiego Muzeum Pamięci Holokaustu
zaprezentowali statystyki wszystkich gett, obozów pracy, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady, które hitlerowskie Niemcy założyły w Europie.

Liczby, które podali, są przerażające - gett i obozów było około 42,5 tysiąca.

Rezultaty 13-letnich badań opublikowano w dwóch książkach pod wspólnym tytułem "Encyklopedia Obozów i Gett" - opisujących lata 1933-1945. - Liczby są o wiele większe, niż z początku sądziliśmy - powiedział dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Waszyngtonie, Hartmutt Berghoff, po styczniowej konferencji, na której zaprezentowano wyniki.

- Wiedzieliśmy wcześniej, jak straszne było życie w obozach i gettach, ale ich liczba jest niewiarygodna - dodał. Naukowcy udokumentowali istnienie około 42 500 gett i obozów w całej Europie - od Francji przez same Niemcy i Rosję.

42,5 tysiąca obozów i gett. W samym Berlinie 3 tysiące

"To szokujące dane" - podkreśla "New York Times". Istnienie wielu obozów i gett wymienionych w książce "Encyklopedia Obozów i Gett" było wcześniej znane jedynie z fragmentarycznych danych dla danego regionu. Amerykańscy historycy po raz pierwszy pokazali pełną skalę nazistowskiego systemu, podając miejsca założenia obozów czy gett, ich rozmiar i cel istnienia.

W liczbie 42,5 tys. znalazły się m.in. 30 tys. obozów pracy, 1.150 - gett i 980 obozów koncentracyjnych. Całej sumy dopełnia tysiąc obozów jenieckich, 500 domów publicznych i tysiące innych obozów - wykorzystywanych do aborcji, eutanazji tych, którzy byli zbyt starzy i słabi, by pracować czy wreszcie jako obozy przejściowe dla przeznaczonych do zamordowania w obozach koncentracyjnych. W samym Berlinie badacze doliczyli się trzech tysięcy obozów różnorakiego przeznaczenia, w Hamburgu 1,3 tys.

“Obozy były wszędzie”



Na potrzeby publikacji naukowcy stworzyli mapę obozów i gett. Widać na niej gęstą sieć nazistowskich placówek. Największa ich koncentracja występuje na terenach Polski i Niemiec, ale rozciąga się od Francji aż po Rosję - na cały obszar, który był pod okupacją niemiecką w czasie II wojny światowej.

Jeden ze współautorów raportu, dr Martin Dean, podkreśla, że wbrew częstym wśród wielu starszych Niemców zapewnieniom o tym, że nie mieli pojęcia o zbrodniach Holokaustu, po prostu musieli o nich wiedzieć. - Nie dało się w Niemczech nie wpaść na obóz pracy, obóz jeniecki czy koncentracyjny. Były wszędzie - podkreśla.

wiadomosci.gazeta.pl/(…)Wyliczyli__ile_bylo_hitlero…
 

nortus
 

Znalazłem ciekawe, ale okropne zdjęcia z obozów koncentracyjnych po ich wyzwoleniu.

Ku pamięci !



Wyczerpana 18-letnia dziewczyna spogląda na radziecki aparat fotograficzny po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego "Dachau"

holo01.jpg



Wszystkie zdjęcia okrucieństwa można zobaczyć w poniższych linkach:

bigpicture.ru/?p=217076

Wcześniejsze części:

bigpicture.ru/?page_id=187056


I to ludzie ludziom zgotowali.
  • awatar ponurnik: Ku pamieci?! -mlodziez teraz mysli,ze holocaust to klej do tapet!
  • awatar ponurnik: @Louve: to mlodziez teraz czyta?? Watpie... :/
  • awatar Nortus & Potworna spółka: ale dla kogoś, kto interesuje się II wojną światową to tam jest wiele wspaniałych zdjęć, u nas raczej nigdy nie publikowanych, z archiwum rosyjskiego, amerykańskiego, angielskiego czy niemieckiego. właśnie je przejrzałem, warto zobaczyć. miejmy nadzieję, że młodzi jednak będą pamiętać, bo inaczej skończymy jak świat po 1939r !
Pokaż wszystkie (11) ›
 

nortus
 


Wszystko zaczęło się 1 września 1939 r. o godzinie 4:45, kiedy pancernik „Schleswig-Holstein” otworzył ogień w kierunku Westerplatte. Przez kolejne siedem dni obrońcy odparli trzynaście szturmów i kilkanaście wypadów, zabijając i raniąc niemal 1000 Niemców. W końcu jednak musieli skapitulować.
Tyle legenda.

A jak wygląda prawda?

Ta różni się dosyć mocno od wpajanego nam przez lata mitu oblężenia Westerplatte. Należy zacząć od tego, że już sama godzina rozpoczęcia ostrzału polskiej placówki przez stary pancernik jest błędna.

Faktycznie, zgodnie z planem miał się on rozpocząć o 4:45, jednak z uwagi na problemy z odpowiednim ustawieniem okrętu, pierwsze salwy wystrzelono trzy minuty później. Dlatego też początek walk trzeba ustalić na 4:48. Ktoś zapewne powie, że to detal, no i będzie miał rację.

Zatem przejdźmy do tego co rzeczywiście ważne.



Walczyli z trzema tysiącami Niemców i odparli 13 szturmów

W powszechnym przekonaniu niemieckie siły biorące bezpośredni udział w szturmach były nieporównanie większe niż – licząca nieco ponad 210 żołnierzy – załoga Wojskowej Składnicy Tranzytowej. Mówi się często nawet o trzech tysiącach Niemców. A jak to wyglądało naprawdę? Istotnie, atakujący mieli przewagę, ale nie aż tak miażdżącą. Zgodnie z tym co pisze Jarosław Tuliszka w książce „Westerplatte 1962-1939” ich liczba nie przekroczyła 1000 (nie licząc oczywiście załogi pancernika). Jeszcze bardziej
szczegółowe dane możemy znaleźć w pracy „Boje Polskie 1939-1945. Przewodnik encyklopedyczny”. Autor hasła poświęconego interesującej nas batalii podkreśla, że według najnowszych badań w bezpośrednich atakach na Westerplatte wzięło udział około 570 żołnierzy i policjantów.


Skoro już wiemy z jakimi siłami przyszło walczyć obrońcom, to teraz należy pochylić się nad kolejnym mitem.A mianowicie wielokrotnie powtarzaną informacją o trzynastu odpartych szturmach. Ba, w Internecie można się nawet spotkać z tekstami, gdzie jest mowa o z czternastu niemieckich szturmach i dziewiętnastu nocnych wypadach! Rzecz jasna wszystko to należy włożyć między bajki. W rzeczywistości – jak podkreśla Jarosław Tuliszka – Niemcy przeprowadzili tylko dwa szturmy generalne oraz jeden atak będący głębokim rozpoznaniem walką.Oba szturmy miały miejsce pierwszego dnia zmagań i – jak doskonale wiemy – zostały krwawo odparte. Atakujący stracili blisko 40 zabitych i wielu rannych,z których kilkunastu później zmarło w szpitalach. Ta kosztowna lekcja dała niemieckiemu dowództwu do myślenia.

Kolejny szturm generalny kilkukrotnie przekładano, skupiając się na innych obszarach działań. W końcu sam Hitler zezwolił, aby szturm odbył się 8 września. Dzień wcześniej postanowiono przeprowadzić natomiast wspomniany już atak będący głębokim rozpoznaniem walką
W jego trakcie zostało rannych kilku Niemców, jednak nikt nie zginął. Z uwagi na kapitulację obrońców nigdy nie doszło do trzeciego – tym razem już dobrze przygotowanego – szturmu, który zapewne zakończyłby się masakrą polskiej załogi.


Byli ustawicznie ostrzeliwani z lądu i morza oraz bombardowani z powietrza

Następnym mitem jest informacja jakoby Westerplatte przez cały czas oblężenia było niemal non stop pod silnym ostrzałem prowadzonym z lądu i morza,dodatkowo wspieranym cyklicznymi nalotami bombowymi. Analiza niemieckich źródeł pozwoliła Jarosławowi Tuliszce dokładnie odtworzyć skalę wrogiego naporu. Okazuje się, że przez cały okres walk „Schleswig-Holstein” jedynie pierwszego i ostatniego dnia walk prowadził ostrzał składnicy ze swych dział.


Pierwszego września były to trzy podejścia, trwające odpowiednio 7, 37 i 26 minut. Sześć dni później pancernik również trzykrotnie użył swej artylerii pokładowej, prowadząc łącznie ogień przez prawie dwie godziny. Należy tutaj jednak podkreślić, że wbrew ostatnio lansowanym teoriom, ostrzał był całkiem skuteczny – szczególnie ten z siódmego września. Do ataków z morza trzeba jeszcze zaliczyć – otwarty dwukrotnie czwartego września – krótkotrwały ogień ze 155- milimetrowych dział starego torpedowca „T-196” oraz pięciominutowy ostrzał podjęty przez trałowiec „Von der Groeben” tegoż dnia. I to tyle jeżeli chodzi o udział Krigsmarine.


A jak wyglądały ataki Luftwaffe?

Jeszcze skromniej, chociaż z lepszym efektem. Już na wstępie należy podkreślić, że niemieckie lotnictwo przeprowadziło tylko jeden nalot na Westerplatte! Początkowo planowano go na pierwszego września. Ostatecznie – po kilkukrotnym przekładaniu godziny ataku –  dopiero krótko po godzinie osiemnastej następnego dnia 58 Junkersów Ju 87B Stuka zrzuciło 26,5 tony bomb na wyznaczone cele. Nalot był przy tym bardzo skuteczny i wywołał spore zamieszanie w szeregach obrońców. Dodatkowo jedna z 500-kilogra-
mowych bomb zniszczyła Wartownię Nr 5, zabijając siedmiu polskich żołnierzy i raniąc dwóch kolejnych. Na tym zakończył się współudział Luftwaffe w walkach o Westerplatte.

Podobnie jak w przypadku marynarki i lotnictwa, również artyleria lądowa nie wykazywała nadmiernej aktywności. Poza użyciem przez atakujących pierwszego dnia kilku działek przeciwpancernych, dopiero piątego września wykorzystano baterię haubic 105 milimetrów, które wystrzeliły 200 pocisków. Następnego dnia Niemcy ostrzelali Westerplatte z ciężkiego moździerza i baterii artylerii.Również i tym razem nie spowodowa
ło to oczekiwanych zniszczeń.Można zatem chyba uznać, że kolejny mit upadł.



Czy Sucharski się załamał?

Inną sprawą wzbudzająca spore kontrowersje jest kwestia dowodzenia obroną po wspomnianym wcześniej nalocie. Jak zostało bezspornie ustalone, późnym popołudniem drugiego września major Henryk Sucharski zdecydował o kapitulacji i nakazał wywieszenie białej flagi. Jednak jego zastępca, kapitan Franciszek Dąbrowski, sprzeciwił się temu rozkazowi i dzięki poparciu większości podwładnych walka była kontynuowana.


Czy decyzja Sucharskiego była podyktowana – jak chcą niektórzy – załamaniem nerwowym, czy może wynikała z trzeźwego osądu i wiedzy, której nie posiadali inni? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy cofnąć się do 31 sierpnia 1939 r. Tego dnia na Westerplatte przybył podpułkownik Wincenty Sobociński z Komisariatu Generalnego RP w Gdańsku. Przekazał on Sucharskiemu kilka ważnych informacji. Między innymi o tym, że według ustaleń polskiego wywiadu Niemcy zaatakują w ciągu najbliższych 24 godzin oraz że obrońcy nie mogą liczyć na żadną pomoc z zewnątrz!

Dostarczył także rozkaz prowadzenia obrony przez 12 godzin–wcześniejsze rozkazy mówiły o sześciu godzinach
– która miała być manifestacją polskiej woli walki. Jak zatem widzimy, decyzja majora Sucharskiego o kapitulacji nie była raczej podyktowana załamaniem nerwowym, lecz trzeźwą oceną zaistniałych realiów. Obrona trwała wtedy już ponad trzykrotnie dłużej niż zakładano, a na odsiecz nie było szans. Z kolei kapitan Dąbrowski nie znając całej prawdy po prostu dopuścił się jawnej i nieuzasadnionej niesubordynacji
Chociaż należy podkreślić, że działał w dobrej wierze.


Ile trwała obrona i jakie straty poniosły obie strony?

Zmierzając powoli ku końcowi, pozostaje odpowiedzieć jeszcze na dwa pytania. Pierwsze z nich dotyczy tego ile właściwie trwała obrona?
Przez całe dziesięciolecia uważano, że było to siedem dni. Znów mamy do czynienia z błędną interpretacją faktów. Walki rozpoczęły się 1 września o godzinie 4:48, a zakończyły – Niemcy zauważyli biała flagę – 7 września o 9:30. Zatem było to 6 dni 4 godziny i 42 minuty.


Inspiracją do napisania artykułu była książka Pawła Chochlewa i Aldony Rogulskiej pt. "Tajemnica Westerplatte" (SIW Znak 2013)

Drugie zagadnienie obraca się wokół liczby ofiar po obu stronach. Niektórzy twierdzą, że Niemcy stracili nawet do 1000 zabitych i rannych. Bardziej ostrożne szacunki mówiły o 300-450 zabitych i rannych. Najnowsze ustalenia mocno jednak zweryfikowały te hipotezy. Według nich bezpośrednie straty niemieckie wyniosły około 50 zabitych i 150 rannych. Co do polskich ofiar można przyjąć, że było to co najmniej 15 zabitych i około 40 rannych i kontuzjowanych.

To tylko niektóre z mitów Westerplatte. Niedługo do kin wchodzi kontrowersyjny film poświęcony obronie Wojskowej Składnicy Tranzytowej, czas więc chyba przypomnieć, jak było naprawdę. Nawet, jeśli wersja utrwalana przez dziesięciolecia przez propagandę wydaje się niektórym ciekawsza.

Źródła:
Boje polskie 1939-1945. Przewodnik encyklopedyczny, pod red. Krzysztofa Komorowskiego, Bellona 2009.
Paweł Chochlew, Aldona Rogulska, Tajemnica Westerplatte, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2013.
Zbigniew Flisowski, Tu, na Westerplatte, Książka i Wiedza 1968.
Jarosław Tuliszka, Westerplatte 1926-1939, Wydawnictwo Adam Marszałek 2011.


ciekawostkihistoryczne.pl/(…)westerplatte-jak-to-by…
  • awatar krzyslav: Nawet gdyby przyjąć bezkrytycznie wszystkie te ustalenia jako prawdziwe, w niczym to nie ujmuje postawie obrońców.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @krzyslav: oczywiście.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

nortus
 

Ciekawe zdjęcia m.in. Szczecina, Szczecinka, Kołobrzegu, Gdańska, Elbląga, Warszawy, Królewca, Krakowa, Poznania i wielu innych miast z końca wojny
na radzieckich/rosyjskich zdjęciach archiwalnych.

Strona

victory.rusarchives.ru

to oficjalne przedsięwzięcie Federacji Rosyjskiej.


Nie możemy zamieścić zdjęć na stronie szczecińskiej "Gazety".

Rosjanie bardzo wyraźnie zastrzegli, że jest to ewentualnie możliwe dopiero po uzyskaniu pisemnej zgody ich archiwum.
Zdjęcia są zaś chronione specjalnym "znakiem wodnym", który zdradza administratorom victory.rusarchives.ru ich skopiowanie i umieszczenie na innej stronie (program wyłapuje nawet kopiowanie poprzez print screen).


Cały tekst: szczecin.gazeta.pl/(…)Szczecin_w_1945_roku_na_zdjec…



Warto zajrzeć na tą stronę. Jest tam wiele ciekawych zdjęć, nieznanych dotychczas.
  • awatar myBaby: fajnie tak poogladać takie stare fotki, zwłaszcza,ze człowiek ma świadomość ,tego,że , wielu jeszcze żyje,a są też ludzie których już nie ma wśród nas. dzięki za stronkę
Pokaż wszystkie (1) ›
 

nortus
 

IQ's of Nazi leaders tried for war crimes

from a letter to me by Grady Towers dated April 13, 199 Used with permission from the author

In 1945, an army psychologist named G.M. Gilbert, was allowed to examine the Nazi leaders who were tried at Nuremberg for war crimes. Among other tests, a German version of the Wechsler-Bellevue was administered. Here are the results:

1    Hjalmar Schacht    143
2    Arthur Seyss-Inquart    141
3    Hermann Goering    138
4    Karl Doenitz            138
5    Franz von Papen    134
6    Eric Raeder            134
7    Dr. Hans Frank            130
8    Hans Fritsche            130
9    Baldur von Schirach    130
10    Joachim von Ribbentrop    129
11    Wilhelm Keitel            129
12    Albert Speer            128
13    Alfred Jodl            127
14    Alfred Rosenberg    127
15    Constantin von Neurath    125
16    Walther Funk            124
17    Wilhelm Frick            124
18    Rudolf Hess            120
19    Fritz Sauckel            118
20    Ernst Kaltenbrunner    113
21    Julius Streicher    106

You may find these data in The Nuremberg Mind: The Psychology of the Nazi Leaders by Florence R. Miale and Michael Selzer, as well as in The Reich Marshal: A Biography of Hermann Goering by Leonard Mosley.

Notice that there is a clear correlation of IQ with social status. Notice, as I've pointed out before, that success in the practical socio-econimc sense usually goes to those with IQs between 125 and 150. And finally, notice that there are no towering IQs in the 150 plus range, as one would expect from theoreticians. None of these men were original thinkers.

What was Hitler's IQ? We will never know for sure, but we can guess that it wasn't much different from those at the top of this list. He wasn't an original thinker either.



P.S. I'm aware that the W-B doesn't have much more top than these IQs, nevertheless they show no signs of ceiling bumping like the Xenophon Society did on the CMT-T. See page 54 of the Prometheus Society Membership Committee Report.



koty-62a.jpg


koty-vol12-09q.jpg


koty-40a.jpg


koty-vol12-18a.jpg


koty-vol12-33a.jpg


koty-vol12-49a.jpg
 

nortus
 



cdSC08927a.jpg


cDSC08928a.jpg


cDSC08929a.jpg


cDSC08930a.jpg


cDSC08931a.jpg


cDSC08933a.jpg


cDSC08934a.jpg


cDSC08944a.jpg


zDSC08917a.jpg


zDSC08918a.jpg


zDSC08939z.jpg


zDSC08940z.jpg


I już niedługo, po 67 latach od zakończenia II wojny światowej, ślady po kulach przestaną straszyć po budynkach.
Oszałamiające tempo.


zDSC08941a.jpg
  • awatar Obiektyw-NIEJ: Kamienice mniam mniam :) A takie ślady kul to powinni jakoś zakonserwować i jednak zostawić.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @Obiektyw-NIEJ: w centrum są jeszcze latki schodowe na których widać fosforowe napisy do schronu.
  • awatar Obiektyw-NIEJ: @Nortus & Potwory XX: Super!!
Pokaż wszystkie (6) ›
 

nortus
 
  • awatar tapety: najlepszym zdjęciem jest zdjęcie chodnika, nie dość że można dodać wszystko czego tam nie ma to jeszcze może stanowić lekcję dla nie jednego "brukarza". DLACZEGO TYLKO TAM JEST RÓWNY CHODNIK! ;)
  • awatar antybohaterka: równy chodnik, jestem w szoku!!!!
  • awatar Obiektyw-NIEJ: Też się zgadzam, że chodnik rządzi!
Pokaż wszystkie (4) ›
 

nortus
 
bcDSC08902a.jpg


bcDSC08903a.jpg


bcDSC08905a.jpg


bcDSC08906a.jpg


bcDSC08910q.jpg


bcDSC08911a.jpg


bcDSC08912a.jpg


bcDSC08913a.jpg



A tak było kiedyś


bcdsc08907.jpg


bcdsc08908.jpg


Dzisiaj dookoła tego komina jest osiedle mieszkaniowe

osiedleserc.jpg


Tak wygląda to osiedle z góry. Powiedzmy w kształcie serca. Ale to zwykłe blokowisko z lat 90-tych XX wieku
Pokaż wszystkie (5) ›
 

nortus
 

Nie wiadomo, ile osób łącznie zginęło na skutek japońskich ataków biologicznych. Niektórzy historycy twierdzą, że w wyniku różnych epidemii zmarło 400 tysięcy ludzi. Liczba ofiar "lekarzy" z Jednostki 731 też nie jest znana, ale szacuje się, iż podwładni generała Ishii zabili od 10 do 12 tysięcy osób. Byli wśród nich głównie Chińczycy, ale także amerykańscy i brytyjscy jeńcy wojenni oraz grupa Rosjan.


Członkowie tajnej japońskiej jednostki zajmującej się bronią biologiczną zasłużyli na miano największych zbrodniarzy II wojny światowej - pisze "Polska Zbrojna".

Co takiego robili?


Dopiero po zimnej wojnie ujawniono niewygodne informacje na temat działalności Jednostki 731, która wchodziła w skład Cesarskiej Armii Japońskiej. Japonia z czasem przyznała się do wymordowania setek tysięcy cywilów w Chinach, ale nie do zbrodni Jednostki 731, największej z co najmniej ośmiu grup prowadzących badania biologiczne w czasie II wojny światowej.

Zainteresowanie Japonii bronią biologiczną nie jest czymś zaskakującym. W zgodnej opinii ekspertów, już na początku XX wieku wyprzedziła ona Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię pod względem walki bakteriologicznej i farmaceutyki, chociaż cesarstwo było sygnatariuszem konwencji genewskiej z 1925 roku zakazującej prowadzenia wojny chemicznej i biologicznej.



Króliki doświadczalne

Równolegle z podbojem chińskiej Mandżurii Japończycy prowadzili intensywne prace nad bronią biologiczną. W 1932 roku w Tokio utworzono Badawcze Laboratorium Zapobiegania Epidemii, na którego czele stanął ambitny mikrobiolog generał Shiro Ishii. Nie było na co czekać - Chiny były bardziej zaludnione niż Japonia i tylko masowe użycie broni biologicznej mogło zniwelować tę niekorzystną relację. Tym bardziej, że już wtedy brano pod uwagę wojnę ze Związkiem Sowieckim.

Dla Japończyków Mandżuria była wielkim laboratorium, a jej mieszkańcy - królikami doświadczalnymi. Nie tylko członków ruchu oporu, lecz także przypadkowych ludzi przesłuchiwano,a następnie odsyłano do ośrodków badawczych. We wschodniej prowincji Chin wywołano epidemię, która spowodowała śmierć wielu osób. Później zatruto rzeki Mandżurii bakterią tyfusu.

Ishii zajmował się głównie epidemiami, szczególnie interesował się wąglikiem. Więźniów zmuszano do wypijania płynów z domieszką cholery, heroiny oraz trującego rącznika pospolitego. Okrutny mikrobiolog nie czekał na śmierć swych ofiar, lecz od razu przystępował do badań, nie stosując znieczulenia. Uważał, że najwięcej korzyści naukowych przynoszą eksperymenty na żywym organizmie. Na więźniach testował efektywność fosgenu, prądu, miotaczy ognia, granatów i broni palnej. Japończycy jako pierwsi w praktyce sprawdzali negatywne skutki promieniowania. W próbach wszyscy byli równi - badaniom poddawano mężczyzn, kobiety, dzieci i noworodki, co miało zwiększyć użyteczność testów.

Ważnym elementem prac Jednostki 731 było poszerzanie wiedzy na temat anatomii. - Usuwaliśmy niektóre organy i odcinaliśmy kończyny. Rozcinaliśmy wnętrze kobiet, by pokazać je młodym żołnierzom. Był to element wychowania seksualnego - wspominał po 60 latach Akira Makino, który prowadził eksperymenty na żywych Filipińczykach. Wyjawił, że pacjenci cały czas byli świadomi, a umierali dopiero po usunięciu serca. Wcześniej wycinano im niekiedy fragmenty mózgu.

- Przy pierwszej wiwisekcji bałem się, druga poszła łatwiej. Trzecią zrobiłem z przyjemnością - mówił w 2007 roku doktor Ken Yuasa. Ujawnił, że w badaniach brało udział około tysiąca japońskich chirurgów. Mieli do dyspozycji ośrodek z salą kinową i świątynią, gdzie po pracy mogli się zrelaksować i pomodlić. Wszyscy kierowali się maksymą generała Ishii, który często powtarzał swoim podwładnym: Boskim poleceniem w stosunku do lekarza jest powstrzymywanie i leczenie chorób. Wasza praca polega na czymś dokładnie odwrotnym.

Okrucieństwo bez granic

Ishii był niekwestionowanym liderem zespołu. - Gdy chciał mózg do eksperymentów, brano pierwszego z brzegu więźnia i od razu rozłupywano mu głowę. Po kilku minutach Ishii mógł już zaczynać pracę - wspominali jego współpracownicy. Więźniowie, którzy przeżyli eksperymenty, byli przekazywani żołnierzom, a ci sprawdzali na nich ostrość swoich mieczy i bagnetów. Major Robert Peaty, brytyjski oficer i jeniec Japończyków, który był świadkiem niektórych wydarzeń, stwierdził później: To było jak piekło według Dantego. Żadnej nadziei.


Japończycy nie prowadzili rejestrów tak pieczołowicie jak Niemcy, ale zdecydowanie pobili ich w swej szaleńczej twórczości - na więźniach przetestowano wszystkie znane wówczas choroby, wtłaczano im powietrze do arterii, a także mocz i krew zwierząt, głodzono ich na śmierć, poddawano dużemu ciśnieniu, wysokim i niskim temperaturom, wypompowywano krew. Żadna "kłoda" (tak oficjalnie nazywano więźniów) nie przeżyła. Nie wszystkie testy miały medyczne uzasadnienie - czasem po prostu chciano sprawdzić, co się stanie.

Japońscy zbrodniarze nie mieli wyrzutów sumienia. Nie tylko dlatego, że czuli się panami Azji, a inne narody traktowali jako podludzi. - Był to rozkaz naszego cesarza, a cesarz był bogiem - mówił Makino. Była to również zemsta za faktyczną lub rzekomą działalność przeciwko Japonii.


Eksperymenty medyczne korespondowały z bestialskimi zachowaniami Japończyków na podbitych terytoriach. Zakopywano ludzi żywcem, palono, torturowano, a także ścinano. O ówczesnych obyczajach panujących w Cesarskiej Armii Japońskiej świadczy swego czasu szeroko opisywana historia dwóch oficerów, którzy założyli się, kto szybciej zetnie sto chińskich głów. W jednej tylko masakrze nankijskiej (1937) życie straciło nawet 300 tysięcy osób.

Klęska Japonii musiała oznaczać koniec działalności Jednostki 731. Tuż przed wkroczeniem Sowietów instalacje wysadzono w powietrze, a kilkuset więźniów zamordowano przez wstrzyknięcie kwasu pruskiego. Członkowie grupy nie musieli obawiać się negatywnej reakcji japońskiego społeczeństwa. W laboratoriach pracowało wielu cywilów, blisko współdziałano ze szpitalami, gdzie wysyłano wyniki eksperymentów. - Japoński świat medyczny doskonale zdawał sobie sprawę, w jaki sposób uzyskano te informacje - twierdzi Keiichi Tsuneishi, historyk zajmujący się dziejami Jednostki 731.

Proces w Chabarowsku

Niektórzy z członków zbrodniczej jednostki wpadli w ręce Sowietów, po czym w grudniu 1949 roku stanęli przed sądem w Chabarowsku. Najwyższe wyroki - 25 lat obozu pracy - otrzymali generałowie Yamata Otozoo i Kajitsuka Rjiuji oraz major Kawashima Kioshi. Stany Zjednoczone i Japonia nie zgodziły się z zarzutami i uznały proces za element pokazowej propagandy komunistycznej. Wszyscy skazani w 1956 roku zostali odesłani do Japonii.

Po zakończeniu wojny Amerykanie nie mieli żadnych zahamowań przed nawiązaniem współpracy z japońskimi zbrodniarzami. Ich doświadczenie i wiedza okazały się bardzo cenne. W zamian za informacje wysyłane do Stanów Zjednoczonych z sygnaturą "dane medyczne" mogli liczyć na bezkarność. Wielu z nich dostało dobre posady w rodzinnym kraju. Doktor Hisato Yoshimura, ekspert od zamrażania, pracował potem na uniwersytecie, otrzymał medal od cesarza, a następnie został rektorem. Następca generała Ishii, generał Masaji Kitano, po wojnie pracował w japońskiej firmie farmaceutycznej, a później został nawet dyrektorem jednej z fabryk.

Sprawiedliwości uniknął też Ishii, który nie stanął przed tokijskim trybunałem zajmującym się osądzaniem zbrodni wojennych. Wyjechał prawdopodobnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie zatrudniono go w laboratoriach zajmujących się opracowywaniem broni biologicznej.

Robert Czulda, "Polska Zbrojna"


konflikty.wp.pl/(…)kat,title,Makabryczne-eksperymen…


japonia_pz_550.jpg
  • awatar Jacek K: Hmmm... Dobrze, że w końcu takie informacje mogą dotrzeć do szerszego kręgu ludzi. Szkoda tylko, że nie wszyscy umieją je przeczytać ze zrozumieniem...
  • awatar ♥ ♡ ♥ londynka♥ ♡ ♥: Boże! gdzie Byłeś jak to się działo?!! To bestie nie ludzie! skoro znają nazwiska to gdzie sprawiedliwość się pytam? no gdzie??? :(
Pokaż wszystkie (2) ›
 

nortus
 

Ranna pomoc Xythaia przy śniadaniu polegała na tym, że
Zbój postanowił przynieść mi pomidory.
Osobiście.
Na stole w kuchni leżały sobie spokojnie pomidory w woreczku. Gdy ja robiłem sobie śniadanie - a miałem dzisiaj jajecznicę na boczku duńskim - kociak postanowił, że ułatwi mi zadanie.
To znaczy dokładnie, on sobie pomyślał że zabierze mi te pomidory, oczywiście dla mojego dobra, i zaniesie je pod łóżko w sypialni. Żebym nie zatruł swojego organizmu, bo przecież wiadomo że pomidory są rakotwórcze i cholerycznie dobre.

I tak fajnie wziął woreczek w swoje ząbeczki - szpileczki i gdy podniósł woreczek w górę, żeby wynieść je z kuchni to się zdziwił. Worek był bardzo ciężki i on, biedaczyna, ledwo wyprostował szyję aby dzielnie próbować iść dalej. Próbował. Bo ten bezczelny ludź, czyli ja, mu zabrałem.
Ale te kilka ruchów gdy wziął woreczek i chciał iść z ciężarem, ba jeszcze zeskoczyć ze stołu, był dla niego widocznym wysiłkiem.
A ja oczyma wyobraźni jak zobaczyłem go targającego te pomidory to omal się nie posikałem ze śmiechu.
Pomocnik.




World Battleground, 1000 years of war in 5 minutes


  • awatar catalana: Bardzo fajnie widac na tym filmie dwie rzeczy-im bardziej ludzkosc sie posuwa w latach tym wiecej wojuje, i z biegiem lat srodek ciezkosci przeniosl sie z europy na bliski wschod.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Kategorie blogów