Wpisy oznaczone tagiem "Lord Voldemort" (3)  

fanfiction
 

1.

   Alice siedziała w pokoju wspólnym Slytherinu. Nie wie właściwie jak trafiła do tego domu. Są tutaj tylko mordercy, egoiści i idioci z dobrych rodzin. Nie należała do żadnej z tych grup… prawda? Ale w jakim domu byłoby jej dobrze? Gryffindor? Rzygać się chce od tej ich cudownej prawości. Ravenclaw? Sztywniacy i kujoni. Hufflepuff? Cioty. Tak, Alice znana była z wybredności, lecz niestety jest skazana na zielonkawe światło i chłód pokoju, w którym się znajdowała. Nie ma “bratniej duszy”. Nie ma nawet znajomych czy choćby chłopaka. Była outsiderem w każdym calu i jej to nie przeszkadzało.
   Zbliżała się pora lekcji, więc wstała i skierowała się w stronę Wieży Północnej, do klasy wróżbiarstwa. Zajęcia z panią Serafiną Vablatsky były traktowane przez uczniów jako czas drzemki lub odrabiania lekcji, gdyż nigdy nic ciekawego się na nich nie działo. Tego dnia jednak zamiast nudnych wykładów Serafina oznajmiła tajemniczym tonem:
- Dzisiaj, droga młodzieży, poznacie kwintesencję i znaczenie swojej mocy.
Alice aż nastroszyła uszy. O co chodzi? Czerń i biel? Patronus? Żywioł?
- Każdy z czterech podstawowych żywiołów ma swoje znaczenie w świecie magii. Ogień oznacza prawie nieskończone pokłady mocy. Najbardziej znanym Ogniem był Gregorowicz, wytwórca różdżek. Ziemia to symbol i żywioł inteligencji, którego najsławniejszym spadkobiercą była Rowena Ravenclaw, którą doskonale znacie. Wiatr to czyste okrucieństwo. Cały ród Blacków posiada ten żywioł, a woda… Woda oznacza bardzo potężną magię. Tak jak woda przystosowuje się do kształtu naczynia, tak jej spadkobiercy są w stanie przystosować się do każdej sytuacji. Mogą nieść życie i równie dobrze śmierć.

Ciekawe jaki Alice ma żywioł? Podejrzewała ogień, ewentualnie ziemię. Coś nijakiego i nieprzydatnego jak ona sama i większa  cześć tej szkoły.
   Vablatsky rozdała dziwne karteczki. Kazała podziałać na nie swoją magią. Gdy Alice stuknęła różdżką w swoją kartkę zobaczyła to, czego najmniej się spodziewała. Na kartce, jej własnym pismem, widniał napis:
Aqua
Ona jest wodą? Serafina co prawda przykładów nie podała, ale jakoś nie może w to do końca uwierzyć. Może sam Slytherin był wodą? Pasowałby do opisu.
Nauczycielka zatrzepotała swoją srebrnoszarą szatą i poleciła:
- Niech wszystkie Ognie podniosą ręce!
Tak jak Alice się spodziewała, połowa Gryfonów trzyma łapska w górze.
- Cudnie. Niech wasz patron was chroni.
Patron? O czym ona pieprzy.
- Niech dłonie Ziemi będą teraz w górze!
Kilkoro Gryfonów i niezła grupka Ślizgonów podniosła ręce. Gdybyśmy mieli zajęcia z Ravenclaw’em pewnie rąk byłoby więcej… pomyślała Ślizgonka.
- No proszę, większa selekcja. A teraz Wiatr!
Tutaj “selekcja” była jeszcze większa.
Tylko pięcioro Ślizgonów i Gryfonka (!) mieli ten żywioł. Dziewczyna miała burzę płomiennorudych włosów i jasnobłękitne oczy. Nie wyglądała na sadystkę, tym bardziej na sadystkę-Gryfonkę, co jest (prawie) nie możliwe.

- Teraz się zdziwią, obym była jedyna. - mruknęła Alice pod nosem, tak, żeby siedzący obok niej wyjątkowo włochaty Gryfon nie usłyszał.
- A teraz niech ręce podniesie życiodajna i śmiercionośna Woda! - krzyknęła Serafina.
W górę wystrzeliły tylko dwie ręce. Jedna należała do Alice, druga zaś do chłopca o delikatnie kręconych ciemnych włosach i nieprzeniknionych czarnych oczach. Miał bladą cerę i obojętny wyraz twarzy. Alice go nie kojarzyła, nawet z widzenia, ale ten chłód bijący od niego ją lekko wystraszył.
- Oh… - zapowietrzyła się Vablatsky - Thomas i Alicia. Co za niespodzianka.
   Tom. Teraz sobie przypomniała. Tom Riddle, chłopiec o podobnej reputacji co ona, czyli o braku reputacji. Chłopiec, który teraz patrzy prosto na nią. Z jego oczu mało da się wyczytać, ale Alice chyba zauważyła w nich… Zaintrygowanie? Nie mogła zastanawiać się dłużej, bo dzwonek skutecznie odwrócił od niej uwagę Toma, który bardzo szybko wybiegł z klasy. Mimo wszystko rzuciła mu kilka ukradkowych spojrzeń na eliksirach, które czasem odwzajemniał.

   W jednym z dormitoriów w domu Salazara Slytherina mimo wczesnej pory ktoś nie spał. Alice Shronovsky siedziała na jednym z dwóch miękkich foteli i obserwowała śpiące koleżanki, jeśli można je tak nazwać. Właściwie rzadko z nimi rozmawiała, ale ma wrażenie jakby znała je całkiem dobrze. Na łóżku przy oknie usłyszała szelest pościeli. Filigranowa Bonnie Black miała chyba zły sen.
Bonnie… Nie pasowała do Blacków. Nie była tak okrutna i bezwzględna jak większość z nich. Była raczej płochliwą, zagubioną dziewczynką. Jakim cudem jest w Slytherinie? I tej jej wielkie wystraszone oczy…
Alice zamyśliła się tak głęboko, że początkowo nie zauważyła, że te oczy się w nią wpatrują.
- Czemu nie śpisz? - spytała nieufnie Bonnie.
- Nie jestem śpiąca. - odparła Alice.
Dziewczyna przetarła oczy i przeczesała ręką platynową czuprynę. Ma całkiem ładne włosy, pomyślała  Alice i z żalem spojrzała na swoje jasnobrązowe, sprężynkowate loczki. Blackówna przerwała chwilową ciszę pytając:
- Która godzina?
- Dochodzi siódma.
- Aha…
Alice nie miała ochoty dalej ciągnąć tej rozmowy, więc ubrała się i wyszła do pokoju wspólnego. Była tam tylko jedna osoba. Siedziała w seledynowym fotelu, koło radia grającego Louisa Armstronga i najwyraźniej rozmyślała. Dziewczyna nie chciała niepokoić Toma, więc jak najciszej przeszła na korytarz i weszła do biblioteki. Co on tam robił o tak wczesnej porze? I najważniejsze, dlaczego ją to tak niepokoi? Intuicja, to rzecz, której może ufać. W głębi duszy wiedziała to, jak i wiedziała, że Tom to typ zdolny do wszystkiego. Tylko wolała tej myśli do siebie nie dopuszczać, zwłaszcza, że jeszcze nic nie zrobił.

   W tym samym czasie Bonnie rozmyślała nad sensem swojego życia. Co ona jeszcze robi na tym świecie? Rodzina jej nienawidzi, mimo że wypełniła zadanie. Wypełniła je… Matka powiedziała że ją pokocha jak go zamorduje, ale nic takiego się nie wydarzyło. Pozostały tylko wyrzuty sumienia. Przecież on tak błagał, prosił o życie. A ona, Bonnie, nie miała przecież powodu by go zabijać. Po co to w takim razie zrobiła? Tłumaczyła mu, że tak musi być. Błagała by nie miał jej tego za złe, za co dostała policzek od matki. I zabiła. Ten mugol już nigdy nie spełni marzeń, nie powie tego co chciał powiedzieć, nie pokocha ani nie znienawidzi. I wszystko przez jedną, uległą, głupią Bonnie…
   
   Uczniowie Hogwartu powoli wstawali. Zbliżał się czas śniadania. Alice wyszła z biblioteki i zeszła do Wielkiej Sali na posiłek. Większość uczniów zajęła już miejsca, a sowy, na przekór wesoło, latały po suficie, wyglądającym dzisiaj jak szare, zachmurzone niebo. Dziewczyna usiadła przy stole Slytherinu przyglądając się jak Abraxas Malfoy prześladuje małego chłopca. Nie raziło jej to, przez te trzy lata zdążyła się przyzwyczaić. Obecni byli wszyscy jej znajomi, prócz Bonnie. Tom również zajął miejsce, centralnie naprzeciwko jej.
- Wstawaj zdrajco, to moje miejsce! - wydarł się Abraxas.
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, chłopak padłby trupem.
- Nie sądzę, bym był zdrajcą, Abraksasie. - odparł po chwili Tom jadowitym i kpiącym tonem.
Malfoy chwilę jakby interpretował jego słowa, po czym powiedział:
- Jesteś zdrajcą krwi, twój ojciec to mugol.
   Tom jest półkrwi? Alice nie podejrzewałaby go o to. Zachowywał się w sumie jak wszystkie czysto-krwiste snoby, tyle że z większą klasą. Prędzej pomyślałaby, że jego ojciec to mugolak, ale mugol? Tom musi go nienawidzić.
Jego reakcja właśnie na to wskazywała. Spiął się cały, i mocno przygryzał dolną wargę. Opanował się po chwili i swym pociągającym, aksamitnym głosem powiedział:
- Nie uważasz więc, że zdrajcą krwi jest moja matka? Czemu w takim razie obrażasz mnie, Malfoy?
- Bo taki mam kaprys, Riddle! - powiedział bez zastanowienia platynowo-włosy.
- Nie dziwię się, że Elżbieta I odrzuciła zaloty twojego przodka. Malfoyowie, to niezwykle odrażający ludzie.
   Na tym wymiana zdań się skończyła.
Krótki sygnał nakazał uczniom iść na lekcje. Odeszli już wszyscy, lecz Alice została na chwilę. Uwagę jej przykuł mały czarny notes. Wzięła go do ręki i ze zgrozą i intrygą naraz przeczytała:
DZIENNIK TOMA RIDDLE

   Transmutacja nie zaczęła się punktualnie, czyli jednym słowem Ślizgonka miała farta. Gdy weszli do klasy, jak zwykle musiała usiąść koło wielkiego, włochatego Gryfona. Na szczęście, była to ostatnia ławka, a prof. Dumbledore zaczął jeden ze swoich filozoficznych wykładów. Idealny moment by, czysto po ślizgońsku, zajrzeć do dziennika jej kolegi. Pierwsza strona była ozdobiona złotymi literami i opowiadała o rodzinie Gaunt. Matka Toma, Meropa, poiła swojego męża eliksirem miłosnym. Żałosne. Alice nigdy nie posunęłaby się do czegoś takiego. Albo ktoś ją kocha, albo na nią nie zasługuje.
- Panno Shronovsky, może pani powtórzyć co powiedziałem?
Wpadka. Na szczęście nie była na tyle głupia, by się zająknąć. Jej włochaty przyjaciel, jak zwykle przy wykładach prof. Albusa, zapisywał wszystko na kartce. Alice umiała już odczytywać jego hieroglify:
- Mówił pan o feniksach, profesorze. Dokładnie “Najcudowniejszą pieśnią jaką w życiu słyszałem, była pieśń godowa Faweksa”.
- Ma pani rację. Ale prosiłbym o skoncentrowanie się na lekcji, Alice.
Akcent z jakim to wypowiedział, nie spodobał się jej. Postanowiła więc więcej nie ryzykować.
- Holibka, blisko było. Dobrze, żem te moje bazgroły przeczytać umisz.
Czy włochacz właśnie się do niej zwrócił?
- Tak, dzięki. - opowiedziała lekko zdziwiona i zażenowana. Olbrzym nigdy się do niej nie odzywał.
- A co to za książka co ciem tak wciągnęła, co?
- Nic ważnego, tkliwe romansidło. - powiedziała trochę zbyt szybko.
- Nie wyglądasz na taką, co by takie książki lubiła. - stwierdził.
- Tak, jeśli jestem Ślizgonką, to muszę być sadystką. - odpowiedziała, mając nadzieję na koniec rozmowy.
- Oj, holibka, przepraszam. Urazić nie chciałem.
   Sygnał końca lekcji wybawił ją z opałów. Na szczęście włochacz nie był na tyle wścibski, żeby zaglądać jej w książkę. Czemu o tym nie pomyślała?

   Wieczorem w dormitorium była tylko ona i Dominique Curie. Francuzka, ale wbrew stereotypom niezłe z niej ziółko. Wyleciała z Beauxbatons, trafiając do Hogwartu. W tej chwili spała na jednym z aksamitnych łóżek, chrapiąc głośno. Alice uznała to za świetną okazję do poznania treści dziennika.
Poza opowieścią o Gauntach, znalazła jeszcze Historię o Trzech Braciach i Śmierci, oraz prywatne notatki Toma. Niektóre wyrażały jego myśli, inne były zaklęciami i przepisami na eliksiry. Głównie czarno magiczne. Dowiedziała się, że Riddle panicznie boi się śmierci i szuka sposobu by jej uniknąć. Myślał o wampiryzmie, eliksirze młodości, ale ostatecznie nie wpadł na żaden pomysł. Parę notatek było na temat jego rówieśników. Większość była według niego “irytująca, przygłupia i nieinteresująca”. Tylko kilka nazwisk miały inny opis.
Bonnie Black - inteligentna, ale łatwowierna i słaba.
Roderyk Ollivander - wartościowy.
Przecież to Gryfon. Ktoś taki jak Tom nie powinien darzyć go szacunkiem.
Alice Shronovsky - intrygująca.
Uczucie ciepła jakie rozeszło się po jej ciele, jest naprawdę trudne do opisania. Ale to chyba naturalne, że jest jej miło, prawda? W końcu “intrygujący” to dla niej przemiły komplement.
   Kolejna notatka brzmiała:

Zaklęcia:
- carmen occidere (nwb) - na ofiary.
- avium - lecznicze.
- malume (nwb) - w ostateczności.
- infernum/marenum- na większy zasięg.
- sakkakim (nwb) - dla dyskrecji.
Ciekawe jak one wszystkie działają… Był jeszcze pokaźny zbiór eliksirów na wszelkie okazje. Od leczniczych po śmiercionośne. Korciło ją żeby wypróbować to wszystko, ale ryzyko jest zbyt duże. Te zaklęcia brzmią na potężne, więc nauczyciele wyczuliby magię. Poza tym skutki mogłyby być koszmarne. Gdy skończyła lekturę było już po północy. Bez namysłu odłożyła dziennik i zasnęła.

   Następny dzień zaczął się śniadaniem, lecz zamiast pójść na lekcje uczniowie zostali w Wielkiej Sali. Dyrektor miał coś do przekazania:
- Od dzisiaj zaczynamy przygotowania do balu z okazji Nocy Duchów. Po lekcjach odbywać się będą obowiązkowe kursy tańca, a chłopcy mogą już zapraszać dziewczęta. Dziękuję.
   Komunikat Dippeta był krótki i zrozumiały. Jak zawsze. Alice na bal nie pójdzie, lub pójdzie sama. Rutyna. Nie, żeby chłopcy jej nie zapraszali. Po prostu żaden, absolutnie żaden jej nie interesował. Sami nietolerancyjni egocentrycy. Nie zasługują na Alice, o nie. Tylko dlaczego wydaje jej się to kłamstwem?
   Po lekcjach udała się na przymusowe lekcje tańca. W Slytherinie prowadził je prof. Slughorne. Był on siwym, lekko łysym mężczyzną niskiego wzrostu. Był w miarę szczupły, poza odstającym brzuchem. Tego dnia ubrany był w kremowy garnitur, purpurową koszulę i buty do tańca. Jak zwykle na szyi zawiązany miał krawat, tym razem koloru miedzianego. Jako stała bywalczyni Klubu Ślimaka, lubiła, a wręcz musiała go polubić.
- Witajcie, droga młodzieży. Nie będę marnował czasu na wstępy. Dzisiaj uczymy się walca. Podstawowe kroki znacie z zeszłego roku, ale przydałoby się poćwiczyć, więc dobierzcie się proszę w pary. Lilly, pozdrowiłaś babcię, jak prosiłem?
   Hasło “dobrać się w pary” nie dotarło za bardzo do Alice, bo nadal. Stała jak słup i gapiła  się na Slughorne’a.
- No już, Shronovsky. Zatańcz z… O, Tom, nie masz pary? No podejdźże do Alicji. Rubeusie, tobie poszukamy kogoś wysokiego…
   Mam tańczyć z Tomem. Zawsze to lepiej niż z włochaczem, nie? Znów mdłości. Oj, nie czuję się dziś za dobrze - pomyślała.
- Witam. - powiedział cicho Tom, po czym jedną rękę położył jej w talii, drugą chwycił lekko unosząc.
- Witaj - odpowiedziała równie cicho, patrząc na niego zamglonym wzrokiem.
- Czy aby na pewno wszystko w porządku? Jesteś blada. - Ojej. Martwi się o nią?
- Tak, Tom. Zaczynajmy.
   Muzyka płynęła, a para ciał na parkiecie w postaci klasowego linoleum idealnie się z nią synchronizowała. Ich taniec można by uznać za symbol tych pięknych, beztroskich lat trzydziestych. Niestety była to tylko para uczniów w wyćwiczonym na pamięć walcu, a bieżący rok nie należał do najspokojniejszych. Ale czy w ciężkich czasach należy przestać zwracać uwagę na piękno? Wręcz przeciwnie. Gdyby nie takie chwile, świat wydawałby się jeszcze bardziej szary i ponury.
  • awatar erysipelas: Genialne, genialne, genialne. ARCYDZIEŁO.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

chupa-cabra
 
chupa-cabra: W pracy rzeczywiście atmosfera się zagęściła. Najgorsza w tym wszystkim jest przytłaczająca mnie odpowiedzialność- generalnie wyraża się to w lęku, że coś schrzanię, a umowa grantowa jest dosyć szczegółowa... ale na razie jakoś daję sobie radę.

Weekend spędziłam nie mogąc się ruszyć w wyniku upału. Tak jak jestem w stanie znieść największe mrozy, tak nie lubię upałów. Mają wpływ na moją aktywność, a też na pewno na moje ogólne samopoczucie. "Pochłaniałam" "Harrego Pottera", jestem przy "Czarze Ognia". Czytam też sukcesywnie Dziecku, które maluje sugestywne portrety Lorda Voldemorta i bazyliszka.

Przyjechali siostra i szwagier na parę dni pożegnać się, bo za tydzień wyjeżdżają do Indii na trzy miesiące. Walczymy z upałem- pijemy hektolitry ice-tea, bierzemy zimne prysznice, jemy lody itp. Dziecko taplało się w baseniku. Ma już wakacje i w tej chwili jest na półkolonii.

Oglądałam wczoraj tylko pierwszą połowę meczu, bo dalej mi się nie chciało. Hiszpanie zasłużyli sobie na ten puchar, tak uważam.
 

 

Kategorie blogów