Wpisy oznaczone tagiem "Motywacja" (1000)  

badbunny
 
Bad Bunny: Jestem z siebie zadowolona - trzeci dzień idealnie dopiętej michy. Makrosy zgadzają się praktycznie co do procenta, ewentualnie są minimalne wahania :) (dziś był to na przykład 1% więcej na rzecz białka, zamiast tłuszczy)
-------------------------
Śniadanie:
♥ omlet z dwóch jajek i 30g płatków owsianych, 20g organicznego masła orzechowego, 90g truskawek, 110g borówek i 63g malin - 472kcal
Obiad:
♥ 100g białego makaronu z 328g kurczaka w sosie śmietanowym ze szpinakiem - 952kcal
Kolacja:
♥ 100g wędzonej makreli i 55g chleba - 435kcal

B28% T40% W32% - zjedzonych 1859kcal
2.2l wody

Aktywność:
♥ 40min spaceru - 310kcal
-------------------------
Czuję się wyśmienicie! Nareszcie zebrałam dupę w troki, zrobiłam to porządnie i moja motywacja skoczyła ponad gwiazdy. Wiem, że to dopiero trzy dni (tak, możecie się śmiało śmiać), ale te trzy dni zmieniły myśli w mojej głowie o 180 stopni, a to jest najważniejsze :)

A, i tak w ogóle. Udało mi się po trzech miesiącach dodzwonić do szpitala. Nareszcie łaskawie ktoś odebrał. Dostałam termin na wizytę - 9 maja :P No cóż, ze służbą zdrowia to chyba nigdy nie jest szybko...
nice.png
  • awatar Tigram Ingrow: Jestem pod wrażeniem. Ja nadal nic nie robię w temacie zmiany diety. Oprócz biadolenia, co niestety nic nie daje.
  • awatar gość: panie to kiedys pierdolnie hehehe moze nie tydzien nie dwa ale już za chwilę i bedzie tak jak w 99,9% tu blogów o odchu&dieta kompletna padaka hahahaha i nie pierd że z tobą będzie inaczej bo w tamtych też sie kazda zarzekała hahaha hahahahahahahaha hahahahahahahahahahaha
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

ebook-kryminaly
 
Autor: Maxime Chattam  

Portlandzka policja odkrywa pozostawiane w głębi lasu lub w starych i zrujnowanych zabudowaniach okrutnie okaleczone ciała ofiar, zniekształcone po przeprowadzonych na nich tajemniczych rytuałach, noszące na sobie znaki kabalistycznego przesłania. Czyżby zabójca był kimś, kto powrócił z zaświatów?

Czy chodzi o jakąś szczególną sektę, która okalecza ciała swoich ofiar, aby przeprowadzać dziwne i okrutne ceremonie?

Co ma wspólnego poemat Dantego, przeklęta księga Necronomicon oraz katalogi sprzedaży wysyłkowej?

Inspektor Brolin i młoda studentka psychologii usiłują wpaść na ślad mordercy przeszukując księgozbiory ezoteryczne, wiejski cmentarz i ukryte w lasach samotne domostwa. Jaką cenę będą musieli zapłacić za odkrycie przerażającego sekretu? Czy ich determinacja wystarczy, by położyć kres złu, któremu odważyli się stanąć na drodze?

„Facet potrafi straszyć… Jest w jego książkach wszystko, co wyróżnia świetny thriller: wartka akcja, dający się polubić od pierwszych słów dobrzy bohaterowie, i ci źli, których motywacji autor nie odkrywa aż do ostatnich stron”. Dziennik Zachodni



Szczegóły publikacji:
www.nexto.pl/(…)otchlan_zla_p1014937.xml…

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Więcej ebooków z działu "kryminał, sensacja, thriller", znajdziesz tutaj:
masz24.pl/ebooki-kryminal-sensacja-thriller.html
---------------------------------------------------------------------------------------------------
 

badbunny
 
Bad Bunny: Pomimo, że tak bardzo nie chce mi się o siebie dbać, dzisiaj wzięłam się za siebie. Próbuję wbić sobie do głowy, że jeżeli teraz się nie ogarnę, to w przyszłości będę tego bardzo żałowała.

Bo taka jest prawda. Już teraz zdarza mi się myśleć, że nie zrobię tego czy tamtego, bo zanim skończę to minie ileś tam lat, będę już po 30, więc na mnie za późno. Jakie głupie myślenie! Czas i tak przeminie, a jak nie ruszę dupy to będę tu, gdzie jestem teraz, a ja nie chcę takiego życia!

Do tego wszystkiego męczy mnie jeszcze praca. Tak jak przez prawie 3 lata chodziłam do niej bez jakiś większych problemów pod względem chęci, tak teraz totalnie nie chce mi się robić i trzepie mnie jak mam się zbierać na swoją zmianę :P I to jest kolejny powód, dla którego muszę się ogarnąć - nie chcę do końca życia być w takim miejscu.
--------------------------------

Muszę przyznać, że dziś jestem z siebie naprawdę dumna pod względem michy! :) Udało mi się po raz pierwszy w życiu ogarnąć porządnie swoje makro.
Wczoraj wyliczyłam, że powinnam spożywać 128g białka, 152g węglowodanów i 87g tłuszczy dziennie. Za próg wyjściowy wzięłam 2.2g białka na 1kg masy ciała, 1.5g tłuszczy na 1kg masy ciała i reszta to węglowodany.
Kalorycznie jestem na 1900kcal plus do tego 2l wody.

Muszę przyznać, że czuję się naprawdę najedzona z taką ilością węglowodanów. Zawsze ich nie dojadałam, a po dzisiejszym dniu czuję różnicę. Ciężko mi nawet dobić do tych 1900kcal.

Śniadanie:
♥ omlet z dwóch jajek i 30g płatków owsianych, na wierzch truskawki, maliny i borówki - 347kcal
Obiad:
♥ 84g makaronu pełnoziarnistego ze 150g mielonej wołowiny, papryczkami i cebulą - 469kcal
Podwieczorek:
♥ 300g makaronu z kurczakiem, bekonem, kukurydzą i pomidorem - 556kcal
Kolacja:
♥ 400g serka wiejskiego z pomidorem i ogórkiem, do tego 10g oleju kokosowego dla podbicia tłuszczy :D - 466kcal

B28% T42% W30% - zjedzonych 1838kcal
2l wody

W tym tygodniu skupię się na dopinaniu makrosów, a w przyszłym wezmę się za lepsze rozplanowanie kaloryczne posiłków, bo mi wyszło dziś za mało na śniadanie, a za dużo na kolację.

Muszę utrzymać tą motywację. Muszę.
stay positive.jpg
  • awatar Tigram Ingrow: Ale jestem z Ciebie dumna! Za michę podziwiam mocno!
  • awatar gość: ja prdu ale ty bedziesz po tym żarciu gruba i chora, niestety. Sprawdz se szczególnie choroby z autoagresji i skąd się biorą a wszystko w biochemii pisze.
  • awatar .Miss Independent.: Super! dodałaś i mi trochę chęci by brać za siebie. Czas leci a nic lepiej nie wygladam :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

hononey
 
I jak zwykle nie mam o czym gadać, ale mam chęć pozbyć się tego natłoku z głowy. Zwłaszcza przed spaniem, żeby z czystym umysłem iść do łóżka.

Dzisiaj miałam sen ale napisane jest po Angielsku, bo napisałam do Tracey. Dla ciekawskich, zawsze jest tłumacz (wybaczcie, na prawdę nie mam ochoty tłumaczyć).

“I had such a realistic/conscious dream this morning and you've asked me to let you know when I get one so I thought I'd describe you this one. First of all my train/travelling/flying dreams have finally stopped and I feel so relieved. So here's the dream: it starts with with me and my dad watching a video clip on old TV (colour TV but the old heavy ones) of some sort of a song that sounded like linkin park/U2. The guys were singing/playing music in front of a big pyramid. The singer was in the middle and there was a golden projection of a goddess/cleopatra behind him (a massive one) by his sides, there were the band members who were playing the music and there was a projection of two massive golden snakes on each side of cleopatra (the circumference of a snake was taller than the guys that were playing). So one second I'm watching it, the other second I'm actually inside of a clip (I wasn't sucked in, I just changed my surroundings). The guys are still playing and I'm with my dad. There was a panic on the set (pyramid behind us and lots of green grass everywhere, town could be seen in distance) because the longer they played, a strong storm was getting closer to us. Out of nowhere the rain started pouring down and I actually felt really wet and the thunderbolts started hitting the ground right in front of me. Like literally few feet away from us. I stayed close by the pyramid, my back were touching it and I was getting wet but I figured that the angels are protecting me so I might only get wet. My dad said that people are running away to get to town and there's a red double decker bus waiting to transport people. He started running with other people expecting me to follow him but I took the shorter route and ended up being first on the bus. My dad was looking for me as the crowd was coming down but I started shouting his name from the bus and he realised what happened. He came to the bus and it was supposed to take us to a safe location (a car park building - important - was just next to this bus, but to enter, you'd have wiggle through some sort of a hole on the wall). So the bus took us around the town (it didn't stop or anything, it was just driving us to the safe spot). We ended up being dropped off at the mentioned car park. Everyone went out in their own direction. Aim was to go to the top of it and go outside on the meadow that would lead outside of the town. We started going up the car park but realised despite so many people being there before, it was getting now dead quiet. We started getting worried. We (me and my dad) were almost at the top when a woman in front of us told us we needed to be quiet. She was waiting before a dark place that was not lighted in any way and the stairs were leading to higher levels.  She told us to be quiet because there's a single alien somewhere there and it's dangerous (I felt it was something like out of the Alien movie) and if he'd hear us, we'd be attacked. I realised I didn't have continue this dream and so I woke up but when I fell back asleep, the dream went back to where it left off. A wolf jumped out from the dark (and not an alien as the woman ahead of us was trying warn us) and it started speaking to me. The woman disappeared (must've ran away) and I felt my dad was still behind me. The wolf started talking to me and it showed me images. As he was speaking, he showed me an image of a large LCD screen on a shopping centre that was bright white and then the focus moved to a small family pack of wolves that were running down steep roofs on buildings and he said "You've made our race almost extinct, not we're going after you". I didn't feel fear or anything during the dream. I woke up quite refreshed. And the funniest thing that happened today is that all of the "reference points" from the dream have happened today. I was in the kitchen, playing music from YouTube on shuffle and one after another, a song with title "Wolf" played and straight after that a song about "Thunder" and thunderbolts. Then I went to David's room and he was playing a game that had a pyramid in it. So many synchronicities today!”



Poza tym udało mi się wylicytować moją maszynę do pisania! Nie wiem co jest w niej do naprawy, ale jestem bardzo podekscytowana. Nie wiem gdzie mnie to zabierze, ale czuję, że gdzieś zaprowadzi (zdjęcie na dole).

W zeszłym tygodniu stwierdziłam, że w poniedziałki będę sobie pozwalała na jedzenie czego chcę. Obojętnie czy ma gluten czy nie (w moim przypadku jest zakazany), obojętnie ile tłuszczu... o ile jest wegańskie. Po prostu chcę zjeść coś po ludzku bez odmawiania sobię. Więc zamiast w poniedziałki stereotypowo przechodzić na jakieś diety, u mnie poniedziałek jest fat monday i po prostu aż nie mogę się doczekać poniedziałków. O! Co prawda nie za bardzo mi to wychodziło przez ostatni tydzień, bo każdego dnia coś podjadałam niewskazanego w moim przypadku, ale wiecie co? Nie stresuję się. Wiem, że z czasem się przyzwyczaję i po prostu wpadnę w rutynę. W tym tygodniu padło na... burgery!!! Od czasu kiedy łaziłam z Pandzią po Wawie, miałam wielką chęć na burgery. Na POŻĄDNE burgery a nie to angielskie pośmiewisko (myślą, że jak włożą w bułkę kawałek sałaty i jakieś warzywne gówno bez smaku, to mogą to sprzedać za 7 funa, jakiś żart). No więc kupiłam specjalne ciemne bułki z sezamem, sos mango z curry, ketchup i sos BBQ. Do tego sałata liściasta i pomidory a jako główny składnik kupiłam burgery z Lindy McCartney (jedno opakowanie Pulled Pork i jedno opakowanie oryginalnych). Oryginalne zrobiłam z sosem BBQ, a Pulled Pork z sosem curry. Dałam jednego burgera dla i oficjalnie nazwał mnie A* burger maker (najlepszą burgerowiczką). Się ucieszyłam na maksa i pycha też były. Coś czuję, że w przyszłym tygodniu też chyba pójdą na menu. A nie, w przyszłym tygodniu jedziemy z D do Sheffield odwiedzić jego Babcię w szpitalu. Ja załatwiłam bilety do Sheffield, a on ma postawić jedzenie. Zobaczymy jak to będzie.

Przed chwilą leciała piosenka: "If it's meant to be, it will be, baby just let let it be..." i zdałam sobie sprawę, że jeżeli w tym życiu mam być ze swoją drugą połówką, to tak się stanie. Z D na razie jestem pogodzona i stara się jak może i są tego na prawdę ciekawe efekty. Żyję po prostu chwilą, ale jak się sprawy spierniczą znowu to odchodzę i nie ma już przeproś. I właśnie będąc teraz z D, dając mu ostatnią szansę, bałam się że zaprzepaszczę szansę na poznanie kolesia o którym mówiła mi Tracey. Ale ostatnio zaczęłam o siebie dbać, mieć lepsze myśli i cały czas mam synchronizację ze wszystkim (przede wszystkim to co się działo w śnie, widziałam dzisiaj na żywo no i powtarzające się cyferki na zegarze = 12:34, 11:11, 22:44, itd.) więc dzięki temu wiem, że co by się nie miało dziać, Wszechświat has my back i jeśli będę podążała za intuicją, to się nie zgubię. Dziękuję Wszechświecie. <3

19.02.2018 _ poniedziałek
 

hononey
 
Dzisiaj napiszę odnośnie kilku tematów, które od jakiegoś czasu długo we mnie siedzą.

Chciałabym zacząć od tego, że planuję kupić sobie maszynę do pisania. Jeszcze nie wiem po co i dlaczego ale jestem zafascynowana czcionką maszyny i po prostu mnie one kręcą. Pamiętam, jak byłam mała i chodziłam z Tatą do sąsiadów na dole i Pani E miała maszynę do pisania. Zawsze siadałam i stukałam w klawisze. Ah, to były czasy... Tak więc na razie na ebay'u się rozglądam, ale myślę, że coś z tego wyjdzie i w jakimś kierunku się uda (tylko jeszcze nie wiem gdzie).

Ogółem byłam wczoraj w Asdzie i kupiłam sobie 3 organiczne herbaty - jedna zielona, druga z imbirem a trzecia na spanie. Każda kosztowała Ł2.50 za 20 torebek... I ostatnio jeszcze myślałam, że to fortuna wydać tyle kasy na herbaty i to jeszcze za tak mało torebek, ale... No właśnie ALE! Kiedy idę do COSTY z PP (podopieczna z pracy), pojedyncza herbata kosztuje Ł2.10 więc kupując sama dla siebie 20 torebek za podobną cenę, na prawdę nie przepłacam (mimo, że przy kasie serce trochę szybciej bije). Tak więc stwierdziłam, że I will treat myself to some tea.

No właśnie a propos pieniędzy. Zauważyłam, że kiedy się zdrowo odżywiam to wydaję mniej kasy niż kiedy kupuję mięso-podobne gotowce wegańskie. Wiem, Ameryki nie odkryłam. Nie pamiętam czy Wam pokazywałam, ale byłam na zakupach którejś soboty i nakupowałam rzeczy pod koniec miesiąca bo mi kasy zostało. Nie lubię wydawać kasy, ale jak już robię zakupy, to już wtedy na maksa. Właśnie wtedy zrozumiałam, że jeżeli będę się zdrowo odżywiać, wydam mniej kasy przez 30 dni i pod koniec miesiąca mogę zaszaleć, więc sytuacja win - win.

Z Karolkiem dzisiaj byłam w lesie znowu. Muszę Wam powiedzieć, że jestem na prawdę dumna z postępów. Co raz więcej kica. Ba! Kiedy się czegoś boi, to teraz staje na dwóch łapkach i "Mama, podnieś bo się boję". Ale jakbym w domu chciała go podnieść, to nie, bo największa kara, lol. Dzisiaj jak stanął na tych swoich dwóch puszystych łapkach, to jedną rękę włożyłam mu pod żebra, drugą pod dupkę i pełnia szczęścia. Jakbym w domu chciała tak zrobić to największa kara jaka może być, haha. Ba, tylko bym mu rękę włożyła koło brzucha i już by za sofą był.

Dzisiaj to tyle na razie. Staram się żyć chwilą póki mogę. Na szczęście w pracy mam trochę lżej, już nie pracuję jak wół. Wiem, że to oznacza mniej kasy ale wolę mieć więcej czasu dla siebie i przychodzić do pracy szczęśliwa niż pracować jak wół i jedynym pocieszeniem jest kasa.

Na sam koniec, żeby humor poprawić, zdjęcie Karolka z naszej wyprawy do lasu. Kocham <3

18.02.2018 _ Niedziela
 

hononey
 
Niestety z tamtym wpisem się nie uporałam, z racji pracy. Tekst dla Siostry przetlumaczony więc na razie mam wolność. Z wyjątkiem tego że Babcia D miała zawał serca i wieczorem chodzimy do niej w odwiedziny (o tym kiedy indziej).

Wracając do tematu z poprzedniego wpisu, z Tatą była kompletna jadka przez telefon. Jechałam rowerem do domu i darłam się w słuchawki. Mnie się oberwało za to że chciałam dobrze.

Jeszcze tak a propos Tata wierzy, że to że "dostałam w dupę" jako dziecko "kilka razy" zrobiło mi dobrze i teraz mam "twardą dupę" jako dorosła osoba. Chcecie znać prawdę? Wcale tak nie jest. Wcale nie czuję jakbym mogła walczyć o swoje. Jedynie zamieniam się w lwicę jeśli ktoś/coś chciał/chce skrzywdzić Bunię czy Karolka. Bunię uratowałam kiedyś przed Owczarkiem Niemieckim i Rotwailerem, ale o tym też kiedy indziej. Wracając do tematu, jestem po prostu bojaźliwym człowiekiem przez to jak zostałam wychowana. Dla innych skok ze spadochronu przyprawia im dreszy i wyrzuty adrenaliny. Dla mnie postawienie się komuś, sprawia że cała drętwieje, a serce wali mi jak oszołom.

Próbowałam się kilka razy postawić ojcu już przedtem kiedy jeszcze z nimi mieszkałam ale z marnymi skutkami. Chociaż tyle, że Mama starała się to widzieć z mojej perspektywy (sama miała problemy ze swoim tatą w dzieciństwie) więc też potrafiła ryknąć na ojca, żeby już mi dał spokój. Nawet kiedy wreszcie zaczęłam zarabiać swoją kasę i sama kupowałam własne jedzenie, dalej były wyrzuty bo przecież elektryki używam. Więc do momentu kiedy mieszkałam z rodzicami, wszystko szło pod dyrektywę taty. Wystarczyło, że był wkurzony jak grał na xbox'ie, potem go nosiło i mi się obrywało z jakiś błahostek.  

Najlepsze było jak przed świętami trzeba było sprzątać. Zawsze to samo. Powiedziałam Mamie, żeby powiedziała mi co robić i ja posprzątam tylko nie wiem co, ale jak mi powie to ma załatwione. Wiadomo, Mama wie co trzeba zrobić koło domu. Tylko potem tata się wtrącał i było: "Nie będziesz robiła tego, tylko to" no to ja "Dlaczego?" a on "Bo ja tak mówię". Najlepsze było to, że Tata mimo wyniesienia kilku rzeczy praktycznie nic nie robił, a ja byłam mielona obowiązkami między tym co Tata powiedział a Mama. Do tego jeszcze warto zauważyć, że w okresy świateczne mieliśmy zadawane wypracowania naukowe, itd więc na prawdę zależało mi na czasie. Więc w ostatnie święta przed przeprowadzką było na prawdę ciekawie. Mówię do Mamy, Mama mów co mam robić i zrobię. Mama mówi, żebym się za coś wzięła. Potem do kuchni wchodzę, Mama w kuchni i Tata do mnie czemu nic nie robię. A ja mówię, że przygotowywuję rzeczy do sprzątania. Do mnie, że nie będę tego robiła tylko mam się wziąc za coś innego. W końcu Mama do niego kulturalnie powiedziała, żeby się nie odzywał bo ma dla mnie listę rzeczy do zrobienia, robię wszystko o co mnie prosi i zapytała się czy zrobił to o co go wcześniej prosiła. Nic nie odpowiedział. Wyszedł z kuchni, poszedł do garażu a potem się skończyło jak zwykle tak samo - siedział przed xbox'em.

Nie zrozumcie mnie źle, na moim tacie można na prawdę polegać - ostatnio był chory. Miał ciężką grypę. Potrzebowałam przewieźć ciężki sejf z pracy ale nie miałam jak. Tata się obudził i przyjechał po mnie do pracy i odwiózł a potem poszedł spać u siebie w domu.

Tata mnie zawsze bronił w szkole, jeśli ktoś mi dokuczał, ale w tym problem. Ja nigdy nie mogłam uderzyć pierwsza i nie chciałam się bronić bo wiem że potem miałabym tłumaczenie u ojca. Do tego jeśli bym skłamała, że ktoś pierwszy udeżył, dostałabym jeszcze większe lanie w domu. Po prostu nigdy nie czułam się bezpiecznie sama z sobą. I na prawdę bałam się czasami własnego taty. Skąd mogę wiedzieć, kiedy się na mnie wścieknie? Jedyna osoba (oprócz Mamy) którą kochasz od urodzenia jest jednocześnie bogiem (bo tak widzimy rodziców jako dzieci) i katem. Jak można się czuć bezpiecznie przy takiej osobie? Nawet jak "dostałam w dupę" (jak to lubi mój tata mówić) jak już mnie przestało boleć, szłam z płaczem do taty i go przepraszałam bo czułam się winna? Ale czy na prawdę to ja powinnam czuć się winna? Co ja mogę wiedzieć jako dziecko?

Miałam może 8 lat? Popsułam przez przypadek stary automatyczny ołówek ojca (automatyczny - taki co się gruby grafit wkładało do środka). Chciałam zobaczyć czy uda mi się tą "paszczą" łapiącą grafit, podnieść gumkę do wycierania ale gumka była za twarda i niestety pręty się wygięły. Nie zrobiłam przecież tego celowo, jedynie byłam ciekawa. Po prostu bawiłam się przy kolorowaniu. Nawet nie wiecie jaki wpierdol dostałam od ojca. Nie mogłam usiąść bo mnie aż tak bolało. Za głupi ołówek...

Historii jest wiele na prawdę, a dzięki sytuacji która miała miejsce kilka dni temu wreszcie mogłam z siebie wyrzucić poczucie winy, że nie byłam wystarczająco dobrą córką.

Na razie to tyle. Kiedy poczuję potrzebę wyrzucienia z siebie więcej, na pewno jeszcze nie raz o tym napiszę. Na razie to tyle, a ja kładę się spać. Kocham <3
  • awatar ωαℓ ѕιę тσ נєѕт мóנ śωιαт ! <3 נ: Musisz walczyć o swoje, w dzisiejszych czasach tylko tak można do czegoś dojść, pamiętaj.!
  • awatar Bad Bunny: Twój ojciec był tyranem i nie ma co go usprawiedliwiać. To, jakie on miał dzieciństwo nie powinno mieć żadnego wpływu na Twoje wychowanie. On to się po prostu nadaje do terapeuty ze swoim zachowaniem i tyle. To jest chore, że my ludzie mamy bardzo częste dendencje do powielania złych nawyków naszych rodziców. Trzymaj się i nie daj się! A już na pewno unikaj powielania wzorca.
  • awatar .Miss Independent.: z moim ojcem tez się dogadać nie mogłam. Miałam z nim mnóstwo spin i problemów. Teraz im mniej go widzę to mniej kłótni,. Z tym że ja się stawiam i tu był zawsze problem.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

ebooki24org
 
Książka "Sukces a praca". Gdyby ciężka praca prowadziła do bogactwa, to najbogatsi byliby niewolnicy

Dowiedz się, w jaki sposób osiągnąć upragnioną wolność i robić dokładnie to, na co ma się ochotę!

Czy masz czasem wrażenie, że praca, którą wykonujesz nie jest tą, o której marzyłeś za czasów liceum lub studiów?



www.ebooki24.org/p/sukces-praca-witold-wojtowicz
 

 

Kategorie blogów