Wpisy oznaczone tagiem "Samotna dusza" (9)  

sallylou
 
Rozdział XII


Prawdziwe oblicze nieprzyjemnego wężowatego człowieka Megumi poznała kilka dni po spotkaniu z nim. Od początku widać było, że jest mrukliwym typem, który w najlepszym przypadku zachowuje się oschle, w najgorszym jest jadowity niczym żmija. Nie był skory do rozmowy, zresztą właściwie nie musiał się tak wysilać. Zawczasu rozpoznawał jej niewerbalne pytania i odpowiadał lakonicznie. Mimo to nie był najgorszym towarzystwem. I chociaż traktował dziewczynę bardziej jak przedmiot, którym miał się posłużyć do swoich planów,  starał się zadbać o nową towarzyszkę.
Dziwnym typem był Alex, jednak Megumi musiała w duchu przyznać, że lepszego towarzystwa znaleźć nie mogła. Sprawiał dość nieprzyjemne wrażenie dzięki czemu inni mijani wędrowcy usuwali się z drogi przemykając chyłkiem z opuszczonymi głowami. Dziewczyna czuła się zażenowana tym całym cyrkiem, było jej głupio, że ludzie traktują ich niemal jak smoki.
Szarpnęła wodze swojego wierzchowca i zmusiła do szybszego marszu, aż zrównała się z Alexem.
- Słuchaj, czy aby nie za bardzo się wyróżniamy? - spytała, starając się by zabrzmiało to w miarę uprzejmie.
- Hm? - jej towarzysz spojrzał na nią z ukosa - Skąd taka myśl?
- Zachowujesz się jakbyś było co najmniej królem. To zwraca uwagę.
- O, królowa mnie poczuła - odparł znudzonym głosem mężczyzna.
- Król….owa? Ja się nie zachowuję tak! - odparła nieco niepewnym tonem, nie wiedząc do czego zmierza.
- Nie ważne - mruknął Alex - Może i masz rację. Powinniśmy bardziej uważać.
- W porządku… - uniosła brew nie rozumiejąc co się z nim dzieje. Czy tak zachowywał się każdy psychopata, czy tylko on?
- A może przestań tak głośno myśleć i przyjmij do wiadomości, że niektórzy nie mieli czasu na sen przez kilka ostatnich nocy - warknął, a bursztynowe oko błysnęło niebezpiecznym światłem.
- W porządku - powtórzyła spokojnie nie chcąc drażnić  tego wilka w owczej skórze. Chociaż bardziej wyglądał jak wilk przebrany za sowę…
- Do cholerny, mogłabyś przestać? Masz naprawdę barwne porównania, ale nie obchodzi mnie co o mnie myślisz.
- Trzeba było nie słuchać - powiedziała spokojnie, choć faktycznie musiała mu przyznać rację. Zbyt dużo nad nim filozofowała. Postanowiła od teraz skupić się na krajobrazie.
Kierunek jej wędrówki nie zmienił się, wciąż podążali na północ. Ich drogę przecinał łańcuch górki, który był właściwie najgorszą przeszkodą na drodze.
Na szczęście dziewczyna musiała przyznać, że jej burkliwy towarzysz, potrafi sobie radzić w górach lepiej niż ona i z zadowoleniem stwierdziła iż czuje się bezpieczniej mając kogoś, kto odstrasza innych spojrzeniem. Aczkolwiek musiała przyznać, że Alex był podejrzanym typem, któremu ufać do końca nie mogła, choć wydawał się być nieszkodliwym dla niej. Nie był żadnym obleśnym typem i raczej ignorował ją chyba, że chciał od niej czegoś. Taki układ pasował Megumi, chociaż miała wrażenie, że traktuje ją na równi z wierzchowcami…
Jednooki był zaskakująco podobny do smoków, co zwracało uwagę na każdym kroku, a jednocześnie zaskakująco różny. Ani lodowaty wiatr, ani tumany śniegu nie robiły na nim wrażenia chociaż jego jedyną ochroną przed pogoda był lekki płaszcz. Jak sam stwierdził właściwie go nie potrzebował, ale był przywiązany ponieważ dostał go od byłej dziewczyny. Megumi dygocąc z zimna w grubym kożuchu i płaszczu nawet nie skomentowała jego wywodu.
Ale mimo typowej gadziej zimnokrwistości brakowało mu tej zwinności i gibkości i chociaż był bardzo wytrzymały nie posiadał siły smoków. I przynajmniej jak na razie, nie okazywał zdolności manipulacji ludźmi.
Ten ostatni pogląd Megumi musiała zweryfikować na skutek wydarzeń, które rozegrały się ósmego dnia podróży.
Ubita w śniegu ścieżka, którą podróżowali była szlakiem często używanym przez łowców i kupców, więc nie zalegało na niej zbyt wiele śniegu. Dzięki temu wierzchowce poruszały się w miarę sprawnie nadrabiając czas, który stracili przedzierając się dwa dni wcześniej przez leśną gęstwinę.
Megumi wcale nie była zaskoczona, że zaczął padać śnieg. Ta pogoda nie była normalna, więc nie zdziwiłaby się, gdyby jeszcze dziś była burza. Otuliła się szczelniej płaszczem, chowając pod futro zdrętwiałe z zimna palce.
Alex odwrócił się do niej z zadowoloną miną.
- Jeśli pogoda się nie pogorszy dziś będziemy nocować w ciepłym i bezpiecznym miejscu.
- Co? - zdziwiła się Megumi - Przecież nawet nie przekroczyliśmy gór… - do najbliższego miasta wciąż pozostawało przynajmniej tydzień drogi.
- Niedaleko są tereny myśliwskie, więc pewnie znajdzie się jakaś chata, która służy kłusownikom za schronienie.
Dziewczyna odetchnęła na myśl o odpoczynku w suchym i ogrzewanym pomieszczeniu.
- Wspaniale - odparła, a Alex wysilił się na coś na kształt uśmiechu. Chyba i on chciał nareszcie odpocząć.
Nagle z gęstwiny drzew wybiegła jakaś postać i upadła na ziemię. Po chwili się podniosła i zauważywszy Megumi i Alexa rzuciła w ich stronę.
- Pomocy! - słaby krzyk dobiegł ich mimo sporej odległości.
- Co do diabła? - dziewczyna szarpnęła wodze i zmusiła konia do kłusu, ominęła swojego towarzysza, który warknął by się zatrzymała i podjechała w stronę potykającej się postaci.
Okazała się nią być elegancko ubrana kobieta, której zaczerwieniona z wysiłku twarz wykrzywiona była w przerażeniu.
- Panienko, pomocy! - zamachała na Megumi i dopadła jej wierzchowca w panice ściskając uzdę. Koń spłoszony odskoczył w bok i parsknął szczerząc zęby, więc dziewczyna zeskoczyła z jego grzbietu i puściła wodze wiedząc, że nie oddali się zbytnio.
- Co się pani stało? - spytała siląc się na spokój, bo kobieta rozpaczliwie chwyciła ją za ubranie niemal dusząc.
- Smoki! Zaatakowały moich ludzi…. - wydyszała ciężko - Mój mąż został… zabity…. Pomóż proszę.
W tej chwili koło nich pojawił się Alex.
- Na piekielne czeluście, słuchaj jak coś mówię, idiotko - huknął na Megumi.
- Panie łaskawy - kobieta teraz dla odmiany dopadła do mężczyzny - Litości, pomóż mi. Smoki! One…
- Odsuń się, babo! - warknął na nią i odtrącił.
W oczach kobiety pojawiły się łzy rozpaczy. Padła na kolana splatając dłonie w błagalnym geście.
- Błagam was!. One mnie znajdą.
Megumi uklękła obok kobiety.
- Pomożemy pani - uśmiechnęła się, choć była tak samo przerażona jak ona. Nie chciała się spotykać z tymi potworami, była jeszcze zbyt słaba i fizycznie, i psychicznie. Ale chyba nie potrafiłaby zostawić tej biedaczko samej w nieprzyjaznej krainie.
- Megumi, wstawaj. Nie mamy czasu na teatrzyk - cichy głos, wyzuty z emocji zmusił by spojrzała na niego. Patrzył na nią z dezaprobatą, jakby nie spodziewał się po niej takiej reakcji.
Zacisnęła zęby, ale wstała.
- Jesteś okrutny - syknęła.
- To nie okrucieństwo, tylko sposób na przeżycie. Słabi umierają - zerknął na kobietę, która skuliła się w sobie i zaszlochała gorzko.
- Święte słowa - głośne zawołanie zaskoczyło Megumi. Odwróciła się w stronę nowego głosu i niemal jęknęła z trwogi.
Potężne, opancerzone cielsko wlekło się w ich stronę niespiesznie, a rubinowoczerwone łuski kontrastowały ze śniegiem.  
- Hrabino, nie wolno uciekać - smok pokiwał karcąco palcem, z którego na śnieg spadła kropla czerwieni. Krew. - Chyba nie szukasz nowych przyjaciół, prawda? - zaśmiał się ochryple, a złote oczy zamigotały jak gwiazdy. Omiótł wzrokiem ich wszystkich i wykrzywił się pogardliwie. Mimowolnie dłoń Megumi sięgnęła po sztylet. Wyjęła go powoli, choć miała wrażenie, że nie uda się jej obronić.
Jego spojrzenie spoczęło na Aleksie.
- No proszę, a co to za cholerstwo? Czym ty jesteś?
- Pewnie mnie znasz, kuzynie - mężczyzna w jednej chwili wyglądając niemal jak zaciekawione dziecko - Spotkaliśmy się już kiedyś, Trastil.
- Skąd ty znasz moje imię? - potwór wydawał się być zaciekawiony, choć mowa jego ciała zdradzała, że jest zdolny w każdej chwili zaatakować.
- Znam imiona was wszystkich - odparł Alex, a jego twarz wykrzywiła się w sadystycznym grymasie - Pożeracz Dusz, zna imiona wszystkich swoich ofiar.
Smok zadrżał jakby te słowa go przeraziły. Czyżby Alex nie kłamał i faktycznie te stworzenia bały się go?
- Niemożliwe - odparł, a jego spojrzenie spoczęło na Megumi - Zabiję ją, a ty nawet nie zdążysz się ruszyć.
Szybciej niż mogłaby się spodziewać rzucił się w jej kierunku wyciągając przed siebie szpony.
Hrabina wrzasnęła, a Megumi instynktownie podniosła broń i skoczyła naprzód na oślep dźgając sztyletem. Poczuła jak ciężkie ciało uderza w nią, ale tak jak na treningach przyklękła i przerzuciła go przez siebie.
Dopiero wtedy otworzyła oczy i powoli odwróciła się.
Alex wyszarpnął broń z gardła oszołomionego smoka i rzucił jej zakrwawiony sztylet. Pozwolił potworowi dojść do siebie i wstać .
Trastil splunął krwią i odłamkami zębów, które siła uderzenia wybiła.
- Co.. do..? - zaczął mierząc ją zaskoczonym spojrzeniem.
- Masz wyjątkowe szczęście, przyjacielu - odparł wesoło Alex - Trafiłeś na wyjątkowo wkurzającego człowieka.
Czerwone łuski zamigotały, gdy smok rzucił się w ich stronę. Megumi cofnęła się unosząc sztylet. Drugi raz chyba szczęścia mieć nie będzie i nie uda jej się ten manewr.
Dłoń Alexa zatrzymała smoka tuż przed nią.
- Dość tej zabawy. Rzucanie się na moich ludzi to poważny błąd - zacisnął palce na gardle bestii z taką siłą, że twarde łuski zaczęły pękać i opadać.  Cisnął cielskiem w ziemię, aż oblodzony grunt popękał z trzaskiem.
Megumi patrzyła zaskoczona. Nie sądziła, że może być aż tak silny. W czyje łapy się wpakowała…?
- Nie mam dziś ochoty na walkę - mruknął Alex, a w jego głosie zabrzmiało znudzenie. Pochylił się nad ofiarą i z impetem wbił rękę w jego pierś. Smok ryknął przeraźliwie, ale zaraz krzyk zamarł, gdy mężczyzna wyszarpnął wciąż bijące serce.
Dziewczyna osunęła się na ziemię, czując, że nie ustoi dłużej. Wiedziała, że powinna się odwrócić i zasłonić oczy jak hrabina, ale nie mogła. Szeroko otwartymi oczami patrzyła jak mężczyzna wbija ostre zęby w parujący organ i odgryza kęs.
Więc to było prawdziwe oblicze Alexa. Zniknął teraz złośliwy i cyniczny typ, zastąpiony Pożeraczem Dusz.

Nie wiedziała ile czasu minęło do kiedy smok skonał. Choć miała otwarte oczy, nie widziała nic. Nie mogła drgnąć. Słyszała tylko za sobą zawodzenie kobiet, ale ignorowała ją. Miała wrażenie, że zaraz umrze z zimna, ale nie mogła wstać. Jakby ten obraz, który zobaczyła rzucił ją w wir nieświadomości. Miała wrażenie, że jest na ziemi, a jednocześnie unosi się w powietrzu. Czyżby Alex chciał pożreć jej duszę?
Ciepła dłoń na jej policzku przywróciła jej zmysły. Uniosła głowę spoglądając na Aleksa, który oblizywał szkarłatne kąciki ust.
- Wstawaj - zimny ton kontrastował z ciepłem jakie biło od jego ciała.
Pozwoliła by pomógł jej wstać i odwróciła się nie chcąc patrzeć na zwłoki smoka.
- Jeśli masz jakieś uwagi to powiedz teraz - Alex gwizdnął na swojego wierzchowca, który podbiegł do niego szerokim łukiem obiegając stygnącego trupa.
- Jest zimno, jedźmy już - wetknęła nos pod kołnierz i przywołała swojego konia - Proszę pani… - odwróciła się tępym wzrokiem szukając hrabiny.
Kobieta stała kilka metrów dalej trzymając się a serce. Jej ramiona unosiły się gwałtownie przy każdym oddechu, a w oczach widać było strach.
Chciała podejść do niej, ale jej towarzysz zacisnął dłoń na jej ramieniu.
- Zostaw ją, jest zbyt przerażona by jej przemówić do rozsądku, zresztą nie potrzebny mi kolejny problem na głowie.
- Chcesz ją zostawić tu na śmierć? - spytała szeptem, nie chcąc by kobieta ją usłyszała.
- Była głupia skoro wybrała się na wycieczkę bez odpowiedniej eskorty. Musi sama płacić za swoje błędy. Nie przeżyłaby zresztą w takich warunkach zbyt długo, tak czy owak czeka ją śmierć. Ja mogę ją co najwyżej przyspieszyć.
Megumi była już zbyt wykończona psychicznie, by te słowa zrobiły na niej jakiekolwiek wrażenie. A może w duchu faktycznie przyznała mu rację? Ten świat był okrutny i zmuszał ją do czynienia okropnych rzeczy. Żyła wśród potworów, ale czy naprawdę musiała zachowywać się tak jak one?
- Masz rację - skinęła głową - Powinniśmy się pospieszyć.
Wskoczyła na grzbiet konia i ruszyła miejsca galopem. Chciała oddalić się jak najszybciej od tego miejsca i od palących ją wyrzutów sumienia. I chociaż kobieta zniknęła już z jej oczu, poczucie żalu i bezsilności nie chciało jej opuścić.
Alex patrzył na nią z mieszaniną złości i czegoś jeszcze. Musiał słyszeć jej myśli doskonale, ponieważ nawet nie chciała ich uciszyć.
- Przestań się rozczulać - odezwał się po dłuższej chwili jazdy w milczeniu - Chcąc zabijać smoki musisz odrzucić ludzkie uczucia. Zapomniałaś o tym co chcesz osiągnąć?
- Ale ona była człowiekiem. Dlaczego kazałeś mi zabić człowieka? - niemal jęknęła uświadamiając sobie to co zrobiła. Była jak morderca.
- Czasami trzeba coś poświęcić, by móc osiągnąć coś w zamian. Każdy tak robi, jeśli chce osiągnąć zamierzony cel.
- A ty co poświęciłeś?
- Swoją duszę. Podpisałem pakt z diabłem i teraz chcę sięgnąć po swój laur zwycięstwa. Jeśli mi pomożesz, smoki znikną, a ludzie będą żyć bez obawy.
Odwrócił się do niej, a brązowozłote oko patrzyło na nią wyczekująco.
- Oddaj mi swe serce i wspomnienia, a zdobędę świat, w którym nie będzie więcej smutku i cierpienia. Zwrócę ci rodziców i spokojne życie.
Wyciągnął do niej rękę, a ona po chwili wahania ujęła ją, ściskając mocno.
Miała wrażenie jakby podpisała swój własny pakt z diabłem, nawet jeśli on zarzekał, że jest od niego potężniejszy.
Ale nie żałowała swojej decyzji. W tym zimnym świecie, te słowa pełne nadziei, były jedynym co kazało jej iść naprzód.
  • awatar Kate - Writes: Ja tam wolę żeby smoki nie znikały. Z nimi jest ciekawiej.
  • awatar Zakira Luna: buhahhaa, dzieje się dzieje... w jakiś sposób jestem w stanie ją zrozumieć. Za to soundrack rozłożył mnie na łopatki :)
Pokaż wszystkie (2) ›
 

sallylou
 
Rozdział XI

Rodzice…
Jedno słowo sprawiło, że Megumi spojrzała na nieznajomego z nadzieją. Chociaż ufanie komuś, kto manipuluje ludźmi i grzebie w umyśle, było szczytem głupoty, chciała wierzyć w jego słowa. Brzmiały dla niej jak najmilsza melodia, nawet jeśli obcy miał zrzędliwy, arogancki ton i złośliwe spojrzenie.
Ale jednak….
- Co jeśli zabierzesz te wspomnienia, czy jak to się nazywa i nie wywiążesz się z umowy. Nie wyglądasz zbyt ludzko, a nieludzkim stworom nie ufam.
- Wiem jak wyglądam i wiem, co o mnie myślisz - odparł rozpierając się leniwie na swym miejscu - Może i uważasz mnie za kłamcę, zresztą całkiem słusznie, ale jeśli coś komuś obiecuję zwykle staram się dotrzymać słowa. Nie mogę powiedzieć, że wiem co to prawdziwa rodzina i jakie szczęście może ona dać komukolwiek, ale skoro to uważasz za najcenniejsze jestem gotowy zapłacić tę cenę.
Megumi chciała uwierzyć, że mówi szczerze. Byłaby gotowa oddać duszę diabłu, byleby móc odzyskać utraconych bliskich. A teraz zjawił się przed nią diabeł w ludzkiej skórze, który oferował jej spełnienie niemożliwego marzenia.
- Więc co sądzisz o moim pomyśle?
- A czemu sam tego się nie dowiesz? - prychnęła w odpowiedzi.
- Wahasz się cały czas i nie wiem co mam uznać, za prawidłową odpowiedź . Nie jestem pieprzonym jasnowidzem, dosłownie wszystkiego nie wyczytam z twoich myśli.
- Nie wierzę, że umiesz wskrzesić zmarłych. Nikomu to się jeszcze nie udało i zapewne nie uda. Nawet jeśli ty sądzisz, że to potrafisz, to jaką mam gwarancję na to, że faktycznie się to powiedzie?
Brązowożółte oko zapłonęło groźnym blaskiem. Zimna dłoń zacisnęła się na ramieniu Megumi jak imadło.
- Masz wiedzę na brakujący fragment gry, która się toczy między ludźmi, a smokami. To co ci ofiaruję jest cenne. Gildar ma u mnie dług życia - oblizał wargę niczym hiena przed ucztą - Nie będzie mógł mi odmówić swej ukochanej córki, jeśli zechcę ją mieć dla siebie.
Dziewczyna miała ochotę ponownie go uderzyć. Ten drań, kimkolwiek był, bezczelnie zakomunikował jej, że Mina może stać się jego własnością. Niewątpliwie był dość silny by zdobyć ją siłą.
- Ty oślizgły gadzie - syknęła tłumiąc złość - Masz zamiar posługiwać się mną i rodziną jak pionkami w tej swojej grze?
- Nie zawaham się przed niczym - cichy głos był spokojny i opanowany. Groźny nieznajomy miał wiele twarzy, a każda z nich była inna.
- Jesteś potworem na równi ze smokami.
- I mówisz to ty, która porzuciłaś rodzinę, bo nie mogłaś znieść tego, że oni nie są prawdziwymi krewnymi. Wykorzystałaś ich, a kiedy się usamodzielniłaś zostawiłaś bez zapłaty. Wspaniała córka - głos szepczący jej do ucha unieruchomił ją skutecznie niczym trucizna pająka. Bolały ją te słowa, zwłaszcza, że musiała przyznać mu rację.
- Proponuję ci pracę. Będziesz związana ze mną umową, ale dam ci wolną rękę w działaniu.  Będziesz mogła zabijać smoki lepiej niż łowcy. Nauczę cię tego. Co zarobisz, będziesz mogła oddać rodzinie.
- Tu chodzi o prace, czy wspomnienia? - spytała sama nie wiedząc co mówi do niej jednooki gad.
- Wierz mi trochę potrwa zanim uda mi się uzyskać od ciebie te informację, których potrzebuję. Chyba, że chcesz bym je wyrwał siła, ale wtedy w najlepszym wypadku zwariujesz lub umrzesz z powodu szoku. O najgorszym wolę nie wspominać.
- Rozumiem - mruknęła pod nosem, czując jak ciężar podłego życia przygniata ją do ziemi. Czy tylko ona miała takie nieszczęście, spotykać na drodze takich jak on?
Mężczyzna milczał czekając na jej odpowiedź.
- Nie ufam ci, ale brzmi to dość uczciwie. Pomogę ci, a ty wywiążesz się z obietnicy.
Krzywy uśmiech na chwilę ożywił groźne oblicze wężookiego nieznajomego.
- Wiedziałem, że się zgodzisz. Proponuję głębsze omówienie całej sprawy. Nie masz zbyt wielkiego wyboru, ale możesz się wycofać do zachodu słońca. Ale wtedy ja zrobię to co mówiłem.
Megumi strąciła dłoń, która wciąż ściskała jej ramię.
- Pakt z diabłem? - zmrużyła oczy patrząc na zadowolone oblicze mężczyzny.
- Diabłem? - ten uniósł brew i wyszczerzył ostre zęby - Nie jestem nim. Mam od niego większe poczucie humoru i lepszy styl.
Megumi wolała nie pytać co ma na myśli.

Claus zacisnął zęby na metalowym pręcie i skrzywił się, gdy poczuł jak wykrusza się jeden z jego kłów. Warknął wściekle i splunął krwią zmieszaną z odłamkami szkliwa.
- Cholera - potarł obolałą twarz z nienawiścią patrząc na kratę, która stanęła mu na drodze. Musiał przyznać, że to dobra robota. Z reguły nie miał problemu z pokonaniem lichego metalu, ale teraz musiał usiąść i się zastanowić.
Wilgoć zawieszona w powietrzu drażniła noc smoka i wsiąkała w ubranie. Nie przeszkadzało mu to zbytnio, jednak nie przepadał za babraniem się w błotnistej breji.
Był wściekły na mistrza, który zjawił się przed nim niczym cień i zlecił zadanie, które nie podobało się bynajmniej smokowi. Ale jednak słowa Tomaru były dla niego świętością, nawet jeśli w tym wieku przybrał postać rozkapryszonego dzieciaka.
Niemniej to co powiedział mu mistrz, zaskoczyło go i  przeraziło. To czego od niego żądał było nieprzyjemne przynajmniej dla smoka. Musiał okłamać towarzyszy i zmylić Ojca. Nawet Lyon nie wiedział o wizycie Tomaru.
Claus podniósł się i westchnął znużony. Pozwolił by pancerz okrył jego ciało stalową powłoką i z rozpędu uderzył barkiem w okute metalem przejście. Kraty zgrzytnęły ciężko. Smok cofnął się kilka metrów i powtórzył manewr. Tym razem rama odsunęła się z jękiem i mógł przecisnąć się przez niewielkie przejście.
Syknął, gdy stanął po kostki w wodzie. Dlaczego to musiała być akurat cholerna podziemna jaskinia?
Ciemność nie stanowiła dla niego żadnego problemu, ale cisza, która panowała wokół drażniła go. Chlupot wody brzmiał jak piekielny cyklon, a jego własny oddech był chyba głośniejszy niż wiatr. Miał wrażenie, że ON już wie, że zmierza w jego stronę. Zadygotał lekko, czując jak instynkt każe mu się stąd wynosić jak najszybciej. Ale wycofać się nie mógł.
Żałował tylko, że nie ma czegoś mocniejszego przy sobie, bo nazbyt trzeźwy umysł podsuwał mu nieprzyjemne obrazy.
Niemal nie zauważył olbrzymiej szczeliny i zachwiał się na krawędzi balansując nad czarną dziurą. Jeszcze tylko złamanego kręgosłupa mu trzeba było. Jakby twarz i ramię nie bolały go wystarczająco.
Nie dając rozsądkowi szansy na dojście do głosu, skoczył w dół. Jakimś cudem udało mu się spaść na wszystkie kończyny, choć i tak kolana trzasnęły w proteście. Mimo to skończyło się to dobrze dla niego. Po upadku z trzydziestu metrów powinna zostać z niego tylko mokra plama o ile oczywiście wcześniej nie rozwaliłby się o ostre krawędzie ścian.
Strząsnął z siebie lepką błotnistą maź na tyle na ile to było możliwe i wyprostował się. Instynktownie spojrzał w stronę, w której coś lśniło i migotało, chociaż panowała kompletna ciemność.
Claus cofnął się kilka metrów, aż dotknął plecami chropowatej ściany.
- Zbudź się - powiedział głośno, a jego głos odbił się echem od ścian.
Mrok w jednej chwili zalśnił jasnym światłem, a na ścianach roztańczyły się plamki światła. Na ścianach zalśniły misterne wzory i napisy układające się w okrąg, w którego środku spoczywało srebrzystobiałe cielsko wielkości porządnego domu. Ciężka powieka uniosła się odsłaniając bladoróżowe przekrwione oko zasnute bielmem.
Ciężki łeb powoli odwrócił się w stronę smoka, a rozwidlony język wysunął z pyska smakując powietrza.

“Kto znów przyszedł mnie dręczyć?”


- Jestem Claus, jeden z smoków pod władzą Ojca. Przybywam w imieniu mistrza Tomaru.

“Poznaję twój głos, nędzna podróbko smoka. Ale wtedy zwano cię Kotaru. Walczyłeś przeciwko nam z ludźmi.”


Spokojny ton i niemal ludzka psychika, sprawiły, że Claus musiał się zastanowić, czy to stworzenie przed nim jest faktycznie jedynym ocalałym Starożytnym.
- Masz rację, dziadku. Bystry umysł jak na zwykłe zwierzę.

“ Daruj sobie dziecięce szczekanie. Wy, smoki, jesteście najbardziej aroganckimi stworami jakie chodziły po tej ziemi. Ujadasz jak pies, a serce masz teraz jak królik. Tak łatwo ci warczeć na pokonanego przeciwnika”


- To normalne, że smoki nie przepadają za Starożytnymi. Mamy to we krwi. Nie będę szanował kogoś kto chciał spalić cały świat.
"Czego ode mnie oczekujesz, szalony Kotaru?  Mistrz nie wysłał cię zapewne po to byś ucinał sobie pogawędki z ze mną"
- Coś wisi w powietrzu. Nie podoba się to temu kurdup… znaczy mistrzowi. Starożytny powinien wiedzieć co się dzieje.
Niski pomruk przetoczył się przez więzienie stworzenia.

“Naiwny jesteś, smoku o błędnym umyśle. Nie sądzisz chyba, że pomogę temu, kto uwięził mnie pod ziemią ponad dwieście lat temu, bym nigdy nie poczuł dotyku słońca. Możesz nazywać mnie zwierzęciem, ale mam godność.”


Claus zacisnął wargi. Każdy nierozważny gest, czy słowo mogło urazić "godnego" Starożytnego, a wtedy niczego by się nie dowiedział. Zawieść mistrza nie mógł, zwłaszcza kiedy prosił go o coś tak ważnego. Pochylił głowę w milczeniu, czekając, aż Starożytny powie cokolwiek. Na szczęście Starożytny nie kazał mu zbyt długo tak trwać.
"Dlaczego zbieracie dusze dla Ojca?
- Ojciec chce zyskać władzę nad eliksirem życia. Zyskać władzę absolutną i niezniszczalność.

“Więc dlatego ziemia nasiąknięta jest tak strasznie krwią, a jęki zmarłych słychać nawet tutaj. Czy wy wiecie co robicie?”


- Wypełniamy polecenia Ojca.

“ Głupcy! Powiem ci to co chcesz wiedzieć, ale zobaczysz czego dokonaliście i co dopiero się stanie. Widzę to co zrobi z tym światem ten, którego tak z miłością tytułujecie. Gdy nadejdzie Apokalipsa zniknie świat jaki wy znacie. ”



- Dziękuję państwu za wszystko - Megumi ukłoniła się Jasperowi i Marii - Jestem wdzięczna za przyjęcie mnie mimo tego, że jestem dziewczyną - rzuciła znaczące spojrzenie gospodarzowi, który westchnął ciężko.
- Długo tu nie zabawiłaś, ale miło, że nie przyciągnęłaś kłopotów.
Dziewczyna uśmiechnęła się choć czuła się zmieszana. Wężowy gość zahipnotyzował, a przynajmniej pomieszał myśli małżeństwa tak, że nawet nie mieli bladego pojęcia iż kiedykolwiek tu przebywał. To było przerażające, zwłaszcza, że Megumi doświadczyła na własnej skórze podobnej sztuczki Clausa. Obaj byli bardzo podobni, chociaż jeden był smokiem, a drugi zaprzeczał temu z wyraźną wzgardą.
Tak czy inaczej była mu wdzięczna za pieniądze, które jej ofiarował jako zaliczkę. Mogła opłacić spokojnie pobyt w gospodzie i nie musiała pozbywać się biżuterii, którą dostała od Charlie.
- Uważaj na siebie, dziecko - Maria przygarnęła ją do siebie i zamknęła w uścisku - Jeśli kiedykolwiek będziesz tędy przejeżdżać zajrzyj.
- Dziękuję - Megumi pokiwała głową, czując jak w oczach szczypią ją łzy - Do widzenie.
Wyszła z gospody najszybciej jak się dało, by nie widzieli jak zaczyna pociągać nosem.
Ledwo przeszła kilka kroków usłyszała za sobą nadąsany głos.
- Chyba nie zamierzasz beczeć nad jakimiś ludźmi?  Opanuj się dziewczyno.
Spojrzała na swego towarzysza spode łba.
- Nie obchodzi mnie co o tym myślisz. Mam być tylko tępym narzędziem, którym się posłużysz do własnych celów, prawda?
- Masz ochotę się wycofać?
- Nie. Dopóki sama mam w tym cel jestem gotowa poświęcić wszystko, by go osiągnąć.
- Podoba mi się twoje podejście do życia. Może jak będziesz się tego trzymać coś z ciebie będzie.
- Co masz na myśli? - spytała, gdy zrównał z nią krok.
- Potrzebni mi silni ludzie. Jak uda się zabić tą czarną gadzinę i przeżyć, kto wie może pomyślę o zatrudnieniu cię w mojej spółce.
- Raczej nie skorzystam - skrzywiła się - A właściwie jak masz na imię? - palnęła przypominając sobie, że akurat o to go nie spytała.
- Alex - odparł po prostu - Ruszaj się żwawiej. Mamy wiele do zrobienia.
- Jasne - burknęła, ale posłusznie przyspieszyła by go dogonić. Nie mogła powiedzieć, że lubi tego nadętego gbura, ale teraz miała ochotę go uściskać.
Alex odwrócił się z złośliwym uśmiechem na ustach, a Megumi poczuła jak policzki palą ją ze wstydu.
Oczywiście słyszał te myśli…
- Co się gapisz? - prychnęła i wyprzedziła go - Skoro mamy dużo pracy lepiej zacząć ją od razu.
- Skoro nalegasz - mruknął za jej plecami, nie ukrywając rozbawienia.
- Teraz to się wpakowałam - westchnęła speszona dziewczyna.
  • awatar Lisa Angels: Alex?! Buhahahaha, Uważajcie oto wielki myśliwy, który ma lepsze poczucie humoru i styl niż sam diabeł i nazywa się... Alex XD Mój świat runął, nagle polubiłam tą gadzinę, której imie kojarzy mis się z KOMISARZEM ALEXEM XD Alex do nogi. Buhahahah. Sory ale rozbroiło mnie to, zdecydowanie na plus. Megumi do boju! :D
  • awatar Kate - Writes: @Lisa Angels: Uśmiałam się. Komisarz Alex, dobre.
  • awatar Zakira Luna: @Lisa Angels: hahaha :D Już nigdy nie spojrze na niego tak samo XD
Pokaż wszystkie (4) ›
 

sallylou
 
Przepraszam, że tak późno, ale dopiero wróciłam do domu :D Nie chciało mi się sprawdzać błędów, więc pewnie niektóre słowa wyszły komicznie.


Rozdział X

W końcu, kiedy Megumi wybłagała o nocleg, właściciel gospody raczył się przedstawić. Nazywał się Jasper Bott i wraz z żoną Marią pracowali tu od ponad dwudziestu lat.
Maria okazała się być dziarską, pulchną kobietą o uroczych blond sprężynkach i skrzących się figlarnie oczach. Gdy tylko zobaczyła Megumi jęknęła z rozpaczy i nie pytając jej o zgodę powlokła na górę.
- Gdy tylko pomyślę, że nic mnie nie zaskoczy, ktoś taki jak ty wkracza w moje życie - rzuciła wesoło kobieta nie zwracając uwagi na to, że wykończonej dziewczynie plączą się nogi.
- Nie rozumiem?
- Powiem po prostu, że rzadko widuję tu takich szaleńców jak ty, młoda damo. Kto by pomyślał wędrować samotnie przez taką głusze…
Megumi nic nie odpowiedziała, ponieważ sama nie potrafiła znaleźć odpowiedzi, która brzmiałaby sensownie i wyjaśniałaby jej szaleńczy plan. Miała wrażenie, że podobnie jak ptaki wędrujące na zimę na południe, tak ona musi iść na północ, aż znajdzie odpowiedź na nurtujące ją pytania. Odrzucenie spokojnego domu i kochających ją ludzi było zapłatą za wolność, której poszukiwała.
Maria wskazała jej niewielki pokoik adekwatny do ceny, którą za niego zapłaciła. Ciemny i ciasny, ale przynajmniej czysty. Dziewczyna podziękowała kobiecie i w końcu z westchnieniem ulgi usiadła na twardym posłaniu. Torbę rzuciła niedbale w kąt podobnie jak podniszczony płaszcz. Tu było tak ciepło i sucho, że zmęczenie wygrało z czujnością. Nie zdejmując butów Megumi opadła na łóżko i momentalnie zasnęła.
Była zbyt wykończona by śnić jednak zdawało się jej, że słyszy szczekanie psa i gniewne głosy jakichś ludzi. Ale wyczerpany umysł odsunął je na bok niczym cień koszmarów.
Obudziła się, gdy na dworze panował półmrok. Nie była pewna czy to wczesny ranek, czy już wieczór. Wstała czując jak obolałe mięsnie protestują, a lewa ręka jest zdrętwiała. Czuła się jak łamany reumatyzmem starzec, a nie młoda dziewczyna.
Zostawiając swe rzeczy w pokoju zwlekła się po schodach, pilnując by nie upaść. Wczorajszego dnia była zbyt zmęczona by jeść, ale teraz marzyła o kawałku chleba. Mimo wszystko wolała nie wydawać pieniędzy na jedzenie. Nie mogła stracić tych nędznych oszczędności zbyt wcześnie.
- Dzień dobry - uśmiechnęła się do Marii, która krzątała się ścierając stoliki i nucąc pod nosem.
- O zerwałaś się tak wcześnie? Byłam pewna, że nie dasz rady wstać przynajmniej do południa.
- Najwidoczniej poza domem nie za dobrze mi się sypia - westchnęła szczerze dziewczyna - Mogę pomóc?
Kobieta uśmiechnęła się.
- Byłoby miło, gdybyś zamiotła podłogę. Plecy odmawiają mi posłuszeństwa.
- Już się robi - we wskazanym przez Marię schowku znalazła porządną miotłą i zabrała się do pracy, krzywiąc się lekko, kiedy pusty żołądek dopominał się o jedzenie.
- Megumi, powiedz mi, czy pochodzisz z Aradii?
- Hm? - dziewczyna odwróciła się z pytającą miną - Skąd to pytanie?
- Z ciekawości. Przepraszam, jeśli w jakiś sposób cię uraziłam.
- Nie skądże - Megumi uśmiechnęła się - Wychowałam się tutaj od dziecka. Moi rodzicie pochodzili prawdopodobnie z północy, ale to tylko takie przypuszczenia.
- Nie żyją? - spytała domyślnie kobieta.
- Nie - mruknęła cicho Megumi i spróbowała się skupić na zamiataniu. Myślenie o swoim pochodzeniu było męczące. Wolała się nie zastanawiać nad tym. Może kiedyś dowie się cokolwiek na temat swojej rodziny…
- Wyglądasz na przygnębioną - Maria westchnęła.
- To nic takiego. Muszę po prostu chwilę odpocząć i będzie dobrze.
- Rozumiem. Musisz być wykończona, skoro przespałaś ten nocny zgiełk.
- Coś się stało? - Megumi zmarszczyła brwi - Zdawało mi się, że psy hałasują, ale myślałam, że to sen.
- Ech to nie był sen.  Nocy zjawił się jakiś mężczyzna i wszczął kłótnię z Jasperem. Nawet nie wiem o co chodziło, ale mój mąż wrócił do domu wściekły.
- Kto to był? - spytała ostrożnie dziewczyna mimowolnie zaciskając dłonie na trzonie kija.
- Łowca - padła odpowiedź, która uspokoiła ją wystarczająco.
- To dobrze.
- Niekoniecznie - odparła Maria lekko drżący głosem.
- Dlaczego? - Megumi zastanawiała się o co chodzi. W końcu dość dużo czasu przebywała między łowcami i wiedziała, że nie są tak straszni. A przynajmniej większość…
W tym momencie drzwi gospody otworzyły się z hukiem.
Stojąca w nich postać wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Twarz zasłonięta kapturem uniemożliwiała rozpoznanie osoby.
- Dzień dobry, drogim paniom - nowo przybyły omiótł gospodę pogardliwym wzrokiem.
Maria wypuściła z dłoni ściereczkę, a jej twarz nieco zbladła.
- Ty… Mój mąż nie zabronił ci tu wchodzić?
- Dogadałem się z nim - mężczyzna spojrzał na Marię z kpiącym uśmiechem - Mam dar do negocjacji.
Teraz twarz kobiety zszarzała.
- Co masz na myśli?- wymamrotała zmartwiałymi ustami.
- Nic złego - ku uldze Marii do gospody wszedł Jasper taszcząc dwa ubite króliki - Przygotuj jedzenie dla gości - spojrzał przelotnie na Megumi - Gości - poprawił się.
Maria uśmiechnęła się niepewnie, choć widać było po niej wciąż oznaki niepokoju.
- W porządku. Panienko Megumi, dziękuję za pomoc - kobita zabrała jej miotłę chociaż nie skończyła jeszcze sprzątać - Usiądź sobie. Zasłużyłaś na porządne śniadanie.
- Dziękuje - westchnęła Megumi i usiadła przy stoliku w samym rogu pomieszczenia. Kątem oka lustrowała przybysza, który rozwalił się na drewnianej ławie niczym król. Odrzucił niedbale kaptur ujawniając swe oblicze.
Megumi niemal krzyknęła. Gdyby nie brak charakterystycznej dla smoków aury, wzięłaby go za jednego z nich. Ni kasztanowe, ni brązowe włosy sterczały na wszystkie strony niczym kolce, a ciemne oczy przypominały oczy żmii. A raczej jedno oko, gdyż drugie zasłaniała czarna przepaska. Nie przypominał cywilizowanego człowieka, bliżej mu było barbarzyńskiego dzikusa. Jego spojrzenie zatrzymało się na Megumi, która spanikowana pochyliła głowę. Nie chciała by przyłapał ją na gapieniu się.
Podskoczyła ze strachu, gdy pojawił się przed nią talerz z parującą potrawką.
- Proszę - Maria uśmiechnęła się ciepło - Smacznego.
- Dziękuję - Megumi z zapałem zabrała się do jedzenia ignorując dziwacznego człowieka. Musiała teraz zająć się swoim problemem, jakim była dalsza podróż. I brak pieniędzy… przez ułamek sekundy pomyślała o tym by kogoś okraść, ale zaraz go odrzuciła. Była zbyt wielkim tchórzem, by to zrobić.
Mimowolnie jej wzrok znowu spoczął na młodym mężczyźnie. Właściwie nie wyglądał tak strasznie… chociaż spojrzenie miał zabójcy.
Krzywy uśmiech pojawił się na jego wargach, wywołując u niej zamieszanie. Zupełnie jakby czytał jej w myślach.
Wzruszyła ramionami. Mniejsza o to, nie powinna zajmować się tyle rozmyślaniem o błahostkach.
Wstała zdecydowana ruszyć dalej. Chociaż chciała zostać dłużej i odpocząć trochę, coś zmuszało ją do tego by ruszyła w dalszą drogę. Myśl o tym, że znowu ma spać na zewnątrz w taką pogodę, przerażała ją.
- Zawsze możesz wrócić.
Megumi uniosła brew patrząc na obcego, który z zapałem pochłaniał swój posiłek. Spojrzał na nią z politowaniem.
- Mówiłeś coś? - spytała cicho, nie pewna tego, czy się nie przesłyszała.
- Mówiłem, że powinnaś wrócić do domu.
Tym razem była już pewna swoich przypuszczeń. On musiał czytać jej w myślach. Więc jednak był smokiem.
Z przerażeniem uświadomiła sobie swój taktyczny błąd. Torbę zostawiła w pokoju na piętrze. A w niej miała jedyną rzecz, która mogłaby jej uratować życie. Przeklęła swą głupotę i nieostrożność.
- Dlaczego tak sądzisz? - kątem oka spojrzała na kontuar, ale nie było tam ani Marii, ani jej męża.
Szlag by to wszystko wziął.
Stuknęła widelcem w talerz nie spuszczając wzroku z osobnika naprzeciwko. Miała wrażenie, że jeśli drgnie potwór odrzuci ludzką powłokę i rozszarpie ją na kawałki.
Spotkanie z Clauem przeżyła, ale nie będzie miała tego szczęścia zawsze.
Miała ochotę wrzasnąć i zawołać o pomoc, ale nie mogła.
- To nic nie da. Dopadnę cię zanim krzykniesz. Choć pewnie tego nie zrobisz. Jesteś jak zaszczute zwierze, możesz tylko uciekać.
Megumi zacisnęła pięści pod stołem czując wstyd i gniew. Smok miał rację, była niczym królik w norze przed którą czaił się lis.
- Czego chcesz? - spytała siląc się na spokojny ton. Nie umiała zapanować nad emocjami tak jak Gildar, czy Gabe. Faktycznie nie nadawała się na łowcę.
- Pieniędzy - choć siedział w sporej odległości od niej widziała błysk chciwości w oku.
- Przykro mi. Takowych nie posiadam.
- Ale twoja rodzina owszem.
- Po cholerę ci moje pieniądze? Przecież możesz sobie pójść sterroryzować jakąś bogatą rodzinę.
- Ale przy okazji chcę zrobić dobry uczynek. Twoja mama ogłosiła wszem i wobec, że zapłaci za to by cię sprowadzić z powrotem. I to sporo - oblizał wargi jakby już widział przed sobą bogactwa. - Odstawię cię do kochającej rodzinki, a sam wzbogacę się nieco.
- Nie obchodzi mnie to - Megumi wstała i ruszyła ku schodom.
- A mnie nie obchodzi, czy dotrzesz do domu cała, czy w kawałkach - zimny głos zatrzymał ją zanim stanęła na stopniu. Odwróciła się powoli, czując jak serce wali jej jak młot.
- Chciałabyś bym oddał twojej kochanej mamusi tylko jakiś fragment. Powiedzmy, że oczy - wskazał na swoje - Są niesamowite.
Wściekłość wygrała z zwierzęcym strachem.
Rzuciła się w jego stronę i trzasnęła pięścią w stół. Ból rozszedł się po kościach, promieniując na całe ramie, ale usta wykrzywione w wściekłym grymasie nawet nie drgnęły.
- Potworze, jeśli myślisz, że pozwolę ci tak ranić Charlie to się pomyliłeś. Nie zabijesz mnie, ani nie zmusisz do powrotu do Nox.
-  Ależ zmuszę. Gildar zaciągnął kiedyś u mnie olbrzymi dług. Zawdzięcza mi życie. To czego ja chcę od waszej rodziny to ledwie ułamek tego co sam ofiarowałem.
- Kłamiesz - syknęła cofając się nieco. Z bliska jego oko wyglądało dziwnie. Miało brudnoczerwoną barwę, a wokół źrenicy było kilka ciemniejszych okręgów.
- Trzy lata temu Gildar wrócił z wyprawy ledwo żywy. Miał rozległe obrażenia brzucha, krwotok wewnętrzny i wstrząs mózgu. Do domu wrócił niemal zdrowy, bo poświęciłem cześć swojej energii, by uratować mu życie. Może mówił ci, że życie ocalił mu Sayer. To byłem ja.
Megumi wyprostowała się. Poniekąd coś takiego faktycznie miało miejsce, ale nie było wtedy tak źle z Gildarem jak opowiadał ten smok.
- Bo mu pomogłem - mruknął niemal znudzony mężczyzna wydrapując paznokciem w drewnie jakieś litery.
Dziewczyna wzdrygnęła. To, że ktoś znał jej myśli przerażało ją. Nie wiedziała co powiedzieć. Nie mogła skłamać, bo ten stwór wiedziałby, że mówi nieprawdę. Nie miała pojęcia co zrobić.
- Zrób tak jak mówię. Wróć do domu i zdobądź dla mnie te pieniądze.
- Dlaczego sam nie pójdziesz?
- Ponieważ ostatnio w Nox szlaja się dużo smoków. Nie mam ochoty na spotkanie z nimi. Jak NIE udało ci się zauważyć, smokiem nie jestem - posłał jej potępiające spojrzenie - I ty chciałaś być łowcą.
Zamachnęła się i trzasnęła z całej siły go w głowę pięścią, wiedząc, że będzie tego potem żałować.
Coś chrupnęło gdy trafiła w nos.
- Ej - mężczyzna odsunął się nieco i dotknął nosa, z którego zaczęła sączyć się krew - Złamałaś go!
- Więc nie czytasz mi w myślach skoro udało mi się cię trafić - prychnęła, ale czuła wielką ulgę, że to jednak nie jest gadzina.
- Jak człowiek jest wściekły to nie myśli - odparł nastawiając kość - Auć, cholernie boli - jęknął.
- Od tego się nie umiera. Ciesz się, że twoje oko jest wciąż na miejscu. Nienawidzę manipulantów i kłamliwych łowców.
Gniew wypisany na twarzy nieznajomego uciszył ją szybko. Mężczyzna wyglądał jak wcielenie zła.
- Normalnie zabiłbym na miejscu każdego, kto ośmieliłby się mnie uderzyć. Ale mam poczucie humoru, więc twoje szczęście. To że nie jestem smokiem nie oznacza, że jestem słabszy od nich. W swoim życiu zabiłem ich więcej niż możesz sobie wyobrazić.
- Kim ty jesteś?
- Jestem prawdziwym łowcą. To mnie boją się te słabe potwory. Jestem Pożeraczem Dusz.
- Nie słyszałam o tobie - stwierdziła szczerze Megumi.
- Usiądź proszę, a zaraz ci wyjaśnię - wskazał miejsce obok siebie.
- Nie, dziękuję. Nie siadam przy jednym stole z ludźmi, którzy mi grożą.
- Ludzie są wkurzający - westchnął ciężko mężczyzna - Wyjaśnię ci to łatwiej. Szukałem cię nie dla jakichś pieniędzy, masz rację w każdej chwili mogę sobie zamordować jakiegoś bogacza i złupić jego dom.  Szukałem ciebie, ponieważ podążasz za tym za czym podążam i ja. Czarny smok, nieprawdaż? Morderca twoich rodziców - czerwone oko przewiercało jej duszę - Widziałaś jego twarz. By go odnaleźć muszę ją zobaczyć.
- On - Megumi poczuła, że kolana jej miękną i usiadła nie mogąc dłużej ustać.
- Przypomnij sobie go dokładnie, a wtedy go odnajdę. Jeśli chcesz możesz wyrwać jego serce, ale to ja pożrę jego duszę i ciało.
Niespodziewanie jego dłoń zacisnęła się na jej ramieniu.
- Wiem czego chcesz, dziewczynko z lasu. Jesteś równie chciwa jak i ja. Pomożesz mi, a ja spełnię twe każde życzenie.
- Moich życzeń nie da się spełnić - odparła dziewczyna próbując się wyrwać.
- Jak pokonam tego smoka nic nie będzie dla mnie niemożliwego. Smoki upadną, a świat znowu będzie wolny.
- Nic to nie zmieni…
- Wiem czego chcesz. Zgódź się, a przywrócę twoich rodziców do życia. Twoją prawdziwą rodzinę.
Jego słowa podziałały niczym uderzenie o taflę lodu. Mógł ich ożywić?
- I jaka będzie tego cena? Nie powiedziałeś wszystkiego.
- Pozwolisz mi wniknąć w najciemniejsze zakamarki wspomnień, a ja wyrwę je na powierzchnię. Zobaczysz to czego wcześniej nie widziałaś. W zamian za rodziców.
Jego słowa mamiły i kusiły swą słodyczą. Nie miała wątpliwości, że ma przed sobą gorszego potwora niż Claus, ale mimo to skinęła głową.
Musiała zaryzykować.
  • awatar Kate - Writes: No, niektóre nawet trochę... ale przynajmniej się człowiek pośmiał. :p
  • awatar Lisa Angels: Cóż to za interesująca perosna? Mam wrażenie, że facet wystrychnie ją na dudka... pewnie wejdzie do jej umysłu, dowie się jak Czarny wyglądał, a potem zostawi ja samą na lodzie... ale rozdział mi się bardzo podobał, ogólnie fajny pomysł, dobrze opisałaś pożeracza dusz, aż miałam ciarki, ciutkę mnie facet przeraża.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

sallylou
 


Rozdział VII

Lyon prawie nigdy nie odczuwał strachu, ludzkie uczucia były mu niemal zupełnie obce. Jego długie życie pozbawione było chwil wzruszeń i ulotnych radości jakie towarzyszą człowiekowi, który musi doceniać każdy dzień. Wieczny, zachowany przez czas w młodym ciele. Nie musiał przejmować się żadnymi błahostkami, ani troszczyć o nikogo. Lata, które nie dane były ludziom, wyrobiły w nim cyniczne podejście do świata i pewnego rodzaju obojętność. Uważał się za lepszego od innych i miał ku temu powody. W końcu sam Ojciec aprobował jego poczynania, dając mu wolną rękę w działaniach jakie czynił według jego planu.
Ojciec…
To słowo było jedynym co rozkruszało lód okuwający zimne serce smoka. Ojciec to członek rodziny, prawdziwy i ukochany. Ktoś do kogo małe dziecko biegnie ochoczo szukając pomocy i opiekuńczych ramion.
Lyon poruszył zdrętwiałymi ramionami i zmienił pozycję na wygodniejszą. Z grymasem niezadowolenia zauważył jak kawałki lodu odczepiają się od jego ubrania i opadają na śnieg. Na tej wysokości temperatura była niższa niż w mieście, a powietrze cięższe. I choć nie miał nic do temperatury, oddychanie było męczące bardziej niż zwykle. Otrząsnął się jak pies by pozbyć się odłamków z włosów.
- Ojciec - mruknął pod nosem tonem, którego żaden kochający syn, nie użyłby w stosunku do rodziciela.
Zresztą nazwa była tylko formalna. Lyon podobnie jak inni był raczej marionetką w rękach zdolnego artysty, który potrafił umiejętnie pociągnąć za odpowiednie sznurki. Pieszczotliwa nazwa "ulubiony syn" kryła pod sobą prawdę o niemal niewolniczym życiu. Smoki zdane były na łaskę Ojca…
- Jak nisko upadliśmy - cichy głos wyszeptał słowa, które uformowały się w myślach Lyona. Smok odwrócił głowę lekko zaskoczony obecnością kogoś innego. Zmrużył oczy wytężając wzrok.
Nawet jego wyostrzone zmysły z trudem dostrzegły siedzącego na śniegu chłopaka, którego biały płaszcz zlewał się z otoczeniem. Potargane włosy wymykały się spod nasuniętego na czoło kaptura lśniąc księżycowym blaskiem.
Lyon odetchnął głęboko.
- To ty mistrzu… Wróciłeś w końcu.
Blada twarz odwróciła się w jego stronę, a szare wiecznie ponure spojrzenie zlustrowało jego postać.
- Lyon.. Dużo czasu minęło. Myślałem, że was nie zobaczę nigdy…
- Mistrzu, co tu robisz? - ta na wpół materialna zjawa, która bladła jak cień, nie przypominała bystrookiego Tomaru, dziedzica tytułu mistrza Alzacka, najsilniejszego ze smoków.
- Nie jestem mistrzem. Nie, kiedy widzę upadek ery smoków.
- Nic podobnego - Lyon uśmiechnął się pod nosem - Nasza era dopiero się rozpoczyna. Kiedy Ojciec uzyska władzę absolutną, to my obejmiemy władzę u jego boku.
- Nie ciśnie cię ta obroża? - przerwał mu Tomaru, wracając do obserwowania górskich szczytów.
- Słucham?
- Gniesz się w ukłonie przed tym, którego nazywasz Ojcem. Upaść na kolana można tylko przed kimś komu ofiarowuje się swe życie i serce. A nie sądzę by twoja duma pozwoliła na takie upokorzenie.
Lyon pochylił głowę.
- Śledzisz nas?
- Nie. Przestałem z chwilą waszego upadku. Nie mogłem więcej patrzeć na taki wstyd. Plamicie nasz honor.
- Nie ma żadnego honoru. Musimy żyć, nawet jeśli ceną tego  jest schowanie dumy do kieszeni.
- Zabiłbym was za to - głos chłopca stwardniał - Cały czas mam ochotę rozszarpać was na strzępy, byle byście nie niszczyli naszej historii.
- Nic nie robisz by nam pomóc - głos Lyona zmienił się w zwierzęcy charkot - Patrzysz tylko z boku, tak? Doprawdy wielką nam pomocą jesteś, mistrzu. Za późno przyszedłeś prawić morały. Jesteśmy związani z Ojcem paktem, którego nic nie rozerwie. Odejdź i pozwól nam spokojnie żyć.
- Spokojnie żyć i mordować ludzi?
- Kogo obchodzą ludzie? To tylko lepiej rozwinięte zwierzęta - Lyon nie mógł się powstrzymać od wypowiedzenia tych słów.
- Jak na razie to wy zachowujecie się jak dzikie zwierzęta, bezmyślne stado psów na smyczy pana - jasne włosy chłopca uniosły się pod wpływem nagromadzonej energii, a oczy zamigotały srebrem. Lyon przypomniał sobie przeszłą postać Tomaru i wzdrygnął. Niewinny niemal dziecięcy wygląd był tylko ułudą skrywającą niszczycielską siłę zdolną zrównać miasto takie jak Nott w jednej chwili z ziemią.
- Wybacz - smok pochylił głowę nie chcąc rozwścieczyć potwora ukrytego pod skórą owieczki - Poniosę każdą karę w imieniu nas wszystkich.
- Nie jest z tobą najgorzej, skoro tak mówisz - w głosie chłopca brzmiała aprobata - Nie straciłeś całej godności. Wciąż chronisz swoich towarzyszy.
"Pochwała z ust bachora brzmi gorzej niż obelga pięknej kobiety…". Lyon musiał przyznać rację słowom Bazyliszka, który wyjątkową niechęcią darzył jakichkolwiek zwierzchników.
- Rozumiem - odpowiedział głośno - Ale nie zamierzam nic z tym faktem robić.
I choć nie chciał narażać się na gniew mistrza odwrócił się na pięcie i ruszył w dół po stromym zboczu. Nie mógł znieść wstydu, który tak pieczołowicie próbował zniszczyć, a który teraz sprawiał fizyczny ból.
- Głupie dziecko - syknął czując wściekłość, która rozpaliła jego ciało i naelektryzowała członki - Pieprzony świat! - warknął.


~ 300 lat wcześniej ~

- Zniszczyć te bestie - wrzask człowieka zabrzmiał w uszach Lyona jak wystrzał armat. Stulił uszy mierząc dowódcę armii surowym spojrzeniem.
Człowiek rzucił mu lekko zmieszane spojrzenie.
- Wybacz, przyjacielu. Zapomniałem o tobie.
- Za mało spostrzegawczy jesteś - odparł spokojnie smok i wzruszył ramionami - Odważnych masz podwładnych, generale Ross.
U podnóża wzniesienia na którym stali toczyła się zażarta walka. Kolczugi i tarcze mieszały się z różnobarwnymi łuskami w wspólnej szarży na nieprzyjaciela. Lyon gniewnie spojrzał na potężne bestie, które niszczyły rycerzy jak papierowe kukiełki. Mierzący ponad cztery metry w kłębie Starożytni, byli jedyną przyczyną tej krwawej masakry.
Smoki i ludzie wspólnie osaczali pojedyncze bestie i zabijali, choć nie przychodziło to łatwo.
Na największe zagrożenie wystawieni byli podwładni Lyona, których pancerze osłaniały ciało przed płomiennym oddechem bestii, ale nie przed ich pazurami.
Ross odpowiedział mu dopiero, kiedy ujrzał jak jeden rycerzy przebija miękkie gardło Starożytnego, a potężne cielsko zwala się martwe na ziemię.
- Mamy po co walczyć. Nie możemy pozwolić, by Starożytni wdarli się do miasta. Nie chcemy by przelała się niewinna krew. To nie odwaga, a miłość. Lyon pochylił głowę by ukryć kpiący uśmiech. Nie rozumiał tego ludzkiego toku rozumowania.
- Walczcie o co tam chcecie. Nam zależy na pozbyciu się tych starych, bezużytecznych stworów. Smoki przejmują ich miejsce - na jego rękach zalśniły ciemne, niemal czarne łuski - Do zobaczenia potem - zawołał i zeskoczył z stromego zbocza prosto w bitewny szał dziesięć metrów niżej.
W jego żyłach zawrzała gorąca krew.
- Uwielbiam to życie - wrzasnął niemal przekrzykując szczęk mieczy i krzyki zmarłych. Bez namysłu skoczył na pysk Starożytnego spoglądając w jego zasnute mgłą spojrzenie.
- Cześć dziadku! - syknął wymierzając uderzenie w jedno z oczu. Bestia zawyła boleśnie podnosząc do góry głowę, a wtedy mignęła lśniąca zbroja i długi złoty miecz dosiągł szyi w miejscu w którym pancerz nie osłaniał naczyń krwionośnych.
Smok zeskoczył na ziemię nim z rany trysnęła posoka. Spojrzał na rycerza, który z stoickim spokojem ocierał miecz w długą suknię.
- Miło cię widzieć, Shanel - zlustrował wzrokiem wysoką, długowłosą blondynkę, której twarz okrywała hełm, chroniący przed zabójczymi ciosami Starożytnych.
- Nie mam czasu rozmawiać z tobą, gadzie - spokojny głos drżał lekko z wysiłku - Uważaj! - wyciągnęła broń przed siebie zmuszając by szarżująca bestia cofnęła się.
- Dziękuję, zawsze niezawodny refleks - Lyon chwycił porzuconą włócznię i wbił w środek paszczy Starożytnego zanim zdążył zionąć ogniem. Machnął ręką na rycerzy by wykończyli stworzenie.
- Służę uprzejmie. Pozdrów ode mnie Kotaru - machnęła ręką i zniknęła między rycerzami szukając kolejnego celu.
Chwila nieuwagi, kiedy zapatrzył się na Shanel wystarczyła by trafił go cios ciężkiej łapy. Lyon uderzył ciężko o ziemię kilka merów od miejsca w którym przed chwilą stał.
Rozwścieczony spojrzał na białą postać Starożytnego, który najwidoczniej czekał na jego kontratak.
- Chcesz się bawić - smok przyjął swą właściwą formą i wyszczerzył zęby - Pożrę twe serce!

Krzywy uśmiech wypełzł na wargi Lyona. Choć od bitwy ze Starożytnymi minęły trzy wieki, wciąż pamiętał to jakby to się działo dzień wcześniej. Zapach krwi, ryk walczących smoków…
To był ostatni raz kiedy ludzi i smoki stanęły ramię w ramię przeciwko wspólnemu przeciwnikowi. Potem zjawił się Ojciec, a jego moc objęła panowanie nad wszystkimi ziemiami, choć nie widoczna dla ludzi.
Lyon ruszył przez las wyczuwając obecność Bazyliszka w pobliżu. Miał dla niego nowe zadanie.
Rozejrzał się widząc wokół tylko drzewa. W tym miejscu żył tylko las. Tylko nieliczni wiedzieli, że to właśnie tu spoczywały ciała poległych w walce z Starożytnymi. Przyjaciele i wrogowie leżeli w jednym wspólnym grobowcu.
Ruszył pomiędzy najgęstsze chaszcze wiedząc, gdzie znajdzie Clausa.
Tak jak przypuszczał szalony smok siedział na polanie, jednak Lyon nie wyszedł spoza linii drzew. Oparł się o pień jednego z nich przyglądając się uważnie postaci.
Claus siedział niewzruszony niczym skała, a jego spojrzenie skierowane było na olbrzymi czarny kamień spoczywający na samym środku leśnej polany.
- Wiem, że tam stoisz - ponury głos nie przypominał złośliwego tonu, który zawsze przybierał Bazyliszek widząc innego smoka - Ojciec mnie wzywa?
- Nie, ale uznałem, że powinieneś wiedzieć, że odwiedził nas mistrz.
Claus wzruszył ramionami.
- Ten bachor nie jest żadnym mistrzem. Czego chciał?
- Przemówić nam do rozsądku - Lyon podszedł bliżej, jednak stanął w bezpiecznej odległości od kamienia. Prowokowanie Clausa, gdy był w takim humorze, do niczego dobrego nie prowadziło.
- Cudownie. Żałuję, że ominął mnie wykład na temat tego jak nisko upadliśmy….
- Mistrz się myli, niedługo Ojciec zyska władzę absolutną, a wtedy pokażemy światu, że smoki nie zniknęły.
- Idiota.
- Co? - Lyon spojrzał zaskoczony za przygarbionego smoka. Rzadko kiedy zdarzało mu się rzucać jakimikolwiek obelgami, zwłaszcza po przegranej walce, na silniejszego od siebie.
- Oszukujesz się - Claus podniósł głowę spoglądając smętnie - Ten mały pokurcz ma zawsze rację. Upadliśmy i nie stajemy z klęczek. Hańbiący stan rzeczy….
- Brzmisz jak nie ty. To przez Sh… nią? - Lyon ugryzł się w język widząc niebezpieczny błysk w oczach smoka. Istniało tylko jedno słowo, którego wypowiedzenie, zdaniem Bazyliszka, było grzechem. Imię jego ukochanej.
- Daj spokój - mistrz hipnozy wstał otrzepując ubranie - Po prostu męczy mnie to życie - ominął go i ruszył, kierując się z powrotem do miasta.
- Nie daj się wytropić…. Kotaru - rzucił przez ramię smok, a kroki na śniegu na chwilę ucichły.
- Jasne - po chwili padła odpowiedź, a Claus poszedł dalej.
Lyon nie zatrzymał go. Sam zapomniał już, że miał przekazać mu zlecenie. Utkwił spojrzenie w czarnym kamieniu, z którego nie dawno ktoś musiał odgarnąć śnieg, bo widać było napis:

TU SPOCZYWA SHANEL VON RISHELL
UKOCHANA CÓRKA I WSPANIAŁY RYCERZ
ŻYŁA LAT 26
ODPOCZYNEK WIECZNY DLA JEJ DUSZY

Tknięty lekkim ukłuciem żalu Lyon westchnął:
- Cześć Shanel - szepnął - Minęło już tyle lat…
Śmierć tej wojowniczki była dla wszystkich wielką stratą. Gdy zginęła Claus popadł w szaleństwo, a stosunki z ludźmi  zaczęły się stopniowo pogarszać. Nie minęło zbyt wielu czasu, by smoki zaczęły być traktowane z coraz większą nieufnością, a służba u Ojca sprawiła, że stały się dla ludzkości największym zagrożeniem.
Lyon uklęknął i pochylił głowę. Nie wiedział czy to z szacunku do tej kobiety, czy z ciężaru dźwiganego jarzma. Trwał tak skulony, aż księżyc pojawił się na niebie, a gwiazdy zamigotały, niczym strażnicy czuwający nad uśpioną duszą i upadłym smokiem.
  • awatar Zakira Luna: Wspaniale! Zaliczam ten rozdział do jednego z Twoich lepszych :) Rozmowa Lyona z mistrzem poszła tak gładko, że sama miałam wrażenie jakbym w niej uczestniczyła... hm, co łączyło mojego ukochanego Clausa z tą Shanel??? Czekam na więcej, zaostrzyłaś mi tylko apetyt!
  • awatar Kate - Writes: @Zakira Luna: To prawda, rozdział pierwsza klasa! Poprzedni też. Zapraszam na recenzję!
Pokaż wszystkie (2) ›
 

sallylou
 
Rozdział VI

Mijał dzień za dniem, a Megumi czuła się jakby tkwiła w złym śnie z którego nie może się obudzić. Miała wrażenie, że cały świat sprzeciwił się jej decyzji i z premedytacją uniemożliwił jej osiągnięcie celu. Każdego ranka budziła się mając nadzieję na zakończenie tego koszmaru i za każdym razem rwący ból przypominał jej o tym, że to jej nowa rzeczywistość. Dwa tygodnie po ataku smoka mogła sama wstawać, choć każdy krok wywoływał ból w plecach. Rany przeszkadzały za każdym razem, uniemożliwiając jej wyprostowanie się. Mimo to dziewczyna nie rezygnowała z prób, nie chcąc być ciężarem dla rodziny.
Sandra, która stała się częstym gościem w domu Gildara sceptycznie patrzyła na poczynania swojej pacjentki, która niepomna na jej prośby wysilała się ponad miarę.
- Uważaj - mówiła za każdym razem, gdy widziała Megumi na nogach próbującą wyginać się - Rany szarpane źle się goją. Jeśli chcesz jak najszybciej odzyskać siły musisz pozwolić się ciału zregenerować.
- Jeśli będę siedziała w miejscu zwariuję - odpowiadała zazwyczaj na to dziewczyna.
Mina często siedziała w pokoju z siostrą próbując zapewnić jej chociaż minimum rozrywki i przy okazji pilnować by nie zrobiła nic głupiego. Podobnie jak Charlotta, która załamywała ręce nad starsza córką, która odmawiała jedzenia i kiedy tylko siedziała spokojnie wpatrywała się w okno. Bała się o nią, choć ukrywała to pod ciepłymi słowami otuchy i wesołym tonem.
Każda godzina wydawała się dla Megumi wiecznością, czasem który marnowała na bezczynne siedzenie. Bezsenne noce spędzała skulona w kłębek pod ciepłym kocem walcząc z zimnem, które wyjątkowo zaczęło jej dokuczać. Nigdy nie miała problemów z temperaturą, a teraz czuła się jakby siedziała na dworze. Wiecznie napięte ciało było obolałe, ale dziewczyna nie mogła się rozluźnić. Wpatrując się w księżyc szeptała błagalne prośby o pomoc, ale jej wołania pozostawały bez odzewu.
Dopiero w miarę postępów w leczeniu zaczęła się uśmiechać i więcej mówić, choć czuła się jak aktorka, która odgrywa jakąś sztukę. Pod maską niewinnej radości była prawdziwa twarz poznaczona smutkiem i bólem.

Któregoś dnia Gabe wrócił do domu z kilkudniowego wypadu treningowego. Wszyscy domownicy oprócz Megumi byli w mieście z różnymi sprawunkami, a stan zdrowia dziewczyny pozwalał na zostawienie jej bez opieki. Młody łowca z westchnieniem ulgi zrzucił ciężkie bagaże z ramion i zawołał głośno.
- Wróciłem, Gumi!
Odpowiedziała mu cisza. Gabriel westchnął ciężko i poczłapał po schodach na górę. Zapukał do drzwi pokoju siostry.
- Co ty, śpisz? Gumi!
- Zostaw mnie - nosowy głos zupełnie nie podobny do charakterystycznego brzmienia Megumi zaniepokoił go lekko. Nie pytając o pozwolenie otworzył drzwi do jej pokoju i stanął zdziwiony. Pośród walających się stosów podartych kartek siedziała żałosna potargana postać.
- Co tu się stało? - Gabe rozejrzał się po pomieszczeniu szukając intruza, który mógł dokonać takich zniszczeń. Przecież jego siostra nie mogła sama podrzeć książek, które tak bardzo kochała czytać…
Dziewczyna uniosła głowę.
- Nic się nie stało - jej dziwny akcent był spowodowany zapuchniętym nosem. Wyglądała jakby przepłakała kilka godzin - Możesz wyjść? Jestem zajęta niszczeniem sobie życia.
Ignorując jej słowa Gabe podniósł podartą na wpół kartkę przedstawiającą damę w zbroi. Kobieta-rycerz, pani Shanel jak głosił napis nabazgrany pod spodem. Postać, którą jego siostra podziwiała i pragnęła zostać taką samą jak ona.
- Dlaczego zniszczyłaś swój rysunek? - spytał szeptem nie mogąc podnieść głosu - Czemu podarłaś książki?
- Mówiłam. Niszczę to - odparła zrezygnowana spuszczając wzrok - Teraz już straciłam wszystko. Już nie chce mi się żyć.
Łowca zacisnął dłonie na trzymanej kartce niszcząc ją jeszcze bardziej.
- Jak możesz tak mówić. A co z nami? Tata, mama, Mina… Nie liczymy się dla ciebie wcale?
- Oczywiście, że się liczycie. Jestem wam wdzięczna za pomoc i postaram się odpłacić za dobro, którym mnie obdarzyliście. Obiecuję.
- Zamknij się - warknął Gabriel sam zaskoczony tak gwałtowną reakcją - Dlaczego uważasz, ze musisz nam odpłacać?  Ten dom to nie hotel, a ty nie jesteś tylko klientem. Jesteś, do cholery, członkiem tej rodziny, więc zacznij się zachowywać jak ktoś taki i przestań żyć z wyrzutami sumienia. Nie jesteś nam nic winna.
Jasnoniebieskie oczy zniknęły na chwilę pod powiekami, a wykrzywione płaczem usta otworzyły się w zdziwieniu.
Megumi spojrzała na  swojego brata lekko zdziwiona.
- Po raz pierwszy krzyknąłeś na mnie - zauważyła cicho.
- Tak, wiem - Gabriel uśmiechnął się zmieszany - Powinienem był poczekać, aż będziesz zdrowsza i dopiero wtedy zrobić ci wykład. Ale mam już dość twojego zachowania. Od ataku zrobiło się tylko gorzej. A wiem, że rodzice na pewno nic ci nie powiedzą, choć będą się zamartwiać na śmierć, więc w ich zastępstwie mam zamiar wybić ci z głowy te bzdurne rozmyślania o przeszłości i twojej własnej osobie.
- Naprawdę? - spoglądała na niego z mieszaniną nieufności i zaskoczenia. Najwidoczniej nie wierzyła w jego słowa.
- Myślisz, że jak mnie w domu nie ma przez większość roku to jestem ślepy i nie widzę twojego zachowania? Traktujesz się jak śmiecia i robisz wszystko by nie pozwolić sobie na normalne życie. Pogrzebałaś przyszłość pod rozpaczą nad przeszłością i wmówiłaś sobie, że tylko zabicie smoka ci pomoże. Wierz mi, zemsta niczego nie zmieni, pustka w sercu zostanie, a ty będziesz miotać się dalej pozbawiona celu i marzeń. Wiem, że kochałaś swoich prawdziwych rodziców, o takim uczuciu się nie zapomina. Ale wątpię, czy chcieliby widzieć swoją córkę ogarniętą obsesją zabijania.
Te słowa musiały do niej trafić bo podniosła ranną rękę do góry i zakryła twarz. Przestała płakać, wyglądała na spokojniejszą. Gabriel czekał cierpliwie na odpowiedź.
Dopiero po kilku minutach Megumi uśmiechnęła się lekko i opuściła dłoń. Jej spojrzenie miało taki sam melancholijny wyraz jak wcześniej, ale w głębi lazurowych tęczówek błyszczała dzikość, która ożywiała zmizerowaną twarz.
- Nie spodziewałam się po tobie takiej przemowy - stwierdziła szczerze - Czy takimi słowami zagrzewasz towarzyszy do walki?
- Nikt by nie słuchał moich przemów - prychnął sarkastycznie łowca, ale uśmiechnął się - Wiem, że to boli i ciężko jest zrozumieć takie słowa, ale nikt nie myśli o tobie jako o podrzutku. Cieszę się, że mam taką młodszą siostrę i jestem dumny z tego co udało ci się osiągnąć. Na razie nie myśl o przyszłości, musisz teraz zająć się swoim zdrowiem.
- Zobaczymy - Megumi pokiwała grzecznie głową i powoli zaczęła zbierać kartki.
- Chciałby wiedzieć jak udało ci się dokonać takich zniszczeń mając połamane palce - mruknął Gabe patrząc na jej mozolne sprzątanie.
- Nie pytaj - odparła, a w jej głosie zabrzmiała nutka zażenowania.
- W porządku. Idę się rozpakować - westchnął łowca - Wiesz co, siostra, jeśli coś ci leży na sercu po prostu powiedz. Nie krzywdź biednych książek.
Ciemne rumieńce wystąpiły na policzki dziewczyny.
- Idź już sobie - mruknęła nie odrywając wzroku od kartek.

Dochodziła już północ i Megumi z westchnieniem musiała stwierdzić, że szykuje się kolejna bezsenna noc. Rozmowa z Gabrielem sprawiła, że poczuła się trochę lepiej, choć z drugiej strony było jej wstyd za zachowanie, które przystawało bardziej dzikiemu zwierzęciu niż cywilizowanemu człowiekowi.
Nie skłamała mówiąc bratu, że chce to wszystko zniszczyć. Spędziła większość swego niedługiego życia na myśleniu o tym by być łowcą, że nie przewidziała żadnych ewentualności. Teraz nie miała żadnych perspektyw co może zrobić ze swoim życiem.
Chciała wyrwać się z miasta zasmakować nowego świata. Miała ochotę pędzić przed siebie wolna niczym duch. Książki dały jej ułudę, nadzieję na zobaczenie świata. Pragnęła zobaczyć wszystko co opisywały. Olbrzymie morza, wysokie góry, wolne przestrzenie. Bycie łowcą dawało jej cień szansy na spełnienie marzeń. Nott było jednym z wielu miast, a ona chciała zwiedzić każde z nich. Oprócz pragnienia dorównania pani Shanel, chciała podróżować.
Rozmarzona otworzyła okno wpuszczając lodowate powietrze do środka. Nie przejmowała się tym, że zimno chłoszcze jej odsłonięte ciało. Wychyliła się spoglądając na ulice oświetlone blaskiem księżyca. Zamek łowców lśnił w promieniach światła.
Megumi wyprostowała się krzywiąc z bólu. Nie mogła się doczekać chwili, aż Sandra zdejmie jej szwy i opatrunki z dłoni. Może i nie mogła być w pełni sprawna, ale wolała by bandaże nie ograniczały jej jeszcze bardziej.
Powoli podeszła do biurka, które stało w rogu pokoju i z szuflady wyciągnęła złożoną na pół kartkę. Z ciężkim sercem rozprostowała ją i podeszła do okna, chcąc spojrzeć na szkic wykonany węglem.
Rysunek przedstawiał smoka. Tego, który zniszczył jej życie. Tak wiele razy ukazywał się w snach dziewczyny, że w końcu chcąc się pozbyć obrazy z głowy stworzyła na papierze jego podobiznę. Nie pomogło to zbyt, ale nie mogła wyrzucić obrazka, czuła się dziwnie związana z mordercą rodziców. Wyobrażała sobie, że kiedyś stanie naprzeciw niego i zmusi go by upadł przed nią, łowczynią, której zabrał ukochane osoby. Że wywoła w nim przerażenie i poczucie żalu.
Spotkanie z Clausem uświadomiło ją, że taki pomysł to głupota. Smoki były sprytne i zbyt inteligentne na psychologiczne zagrywki. Jeśli chciała zabić tego potwora musiała działać szybko….
- Nie - szepnęła gwałtownie uświadamiając sobie, że pozwoliła myślom błądzić swoimi torami. Teraz było za późno. Była za słaba by zaszkodzić jakiemukolwiek smokowi. Stanowiła by tylko dla nich zabawkę, jak mysz dla kota.
- Wybacz tatusiu, wybacz mamo - wymamrotała opierając się o ścianę - Nie dotrzymam obietnicy, nie pomszczę was. Zhańbiłam swoją godność i nie zasługuję na miano ani waszej córki, ani córki Gildara. Przynoszę tylko wstyd.
Gorzkie łzy znowu zebrały się w jej gardle, gdy uświadomiła sobie swą słabość. Nie mogła znieść faktu, że teraz jest jeszcze mniej potrzebna niż wcześniej. Stanowiła tylko ciężar, była dodatkową, chorą kończyną, której powinno się pozbyć. Kochała Gildara i Charlottę, uwielbiała swoje rodzeństwo nawet jeśli nie byli jednej krwi. Ale nie mogła tak dłużej żyć. Musiała to zmienić.
Zmrużyła oczu patrząc na obandażowaną dłoń.
- Miesiąc - szepnęła czując przypływ determinacji - Poczekam jeszcze jeden miesiąc.

tumblr_static_anime_girl_with_black_hair_and_blue_eyes-1920x1080.jpg
  • awatar Zakira Luna: Przeczytałam i nie skomentowałam... samotny poranek w autobusie to doskonały moment na czytanie o przygodach Megumi :) Biedna dziewczyna, jestem w stanie ją zrozumieć, ale dlaczego książki? Toż to zbrodnia :P Brat zawsze na posterunku, czasem potrzeba takiego "kopa w tyłek" na otrzeźwienie... rozdział ogólnie mi się podoba, ale nie mogłam nie zwrócić uwagi na pewien błąd, nie miej mi za złe krótkiego chichotu, jaki z siebie wydałam kiedy go odnalazłam: "- Wybacz tatusiu, wybacz mamo - wymamrotała opierając się o ścianę - Nie dotrzymam obietnicy, nie POSZCZĘ was." Padłam. Popraw to koniecznie, taki doniosły moment, wstrzymywanie oddechu i... :D Nie przejmuj się, zrobiło mi się cieplej na sercu, lubię takie perełki, w rewanżu za mój śmiech opowiem Ci, co Lisa znalazła kiedyś w moim opowiadaniu: Też dość podniosły moment, napięcie między dwoma bohaterami i, uwaga, taki tekst : " Alex podniósł SŁOŃ do mojej twarzy" Haha, miało być dłoń :D Czekam na ciąg dalszy ;)
  • awatar SallyLou: @Zakira Luna: Nie mam niczego za złe, a raczej jestem bardzo wdzięczna. Mam talent do wstawiania najbardziej pokręconych słów w zdania i nigdy nie potrafię wyłapać błędów na czas :D Z tak cudacznych błędów nie da się nie śmiać, mi samej zrobiło się wesoło jak zobaczyłam to "poszczenie". Powinnam więcej czasu poświęcać na autokorektę przyznam bez bicia...
  • awatar Zakira Luna: @SallyLou: najśmieszniejsze u mnie jest to, że word ich nie podkreśla - bo to w końcu nie są błędy ortograficzne XD
Pokaż wszystkie (3) ›
 

sallylou
 
Nie jestem wcale zadowolona z tego rozdziału, ale to jeden z takich, które niestety muszą być by jakoś akcja dalej szła. Wybaczcie mi tragiczne potyczki językowa, ale pisałam na szybko.

Rozdział V

Lyon z wściekłością patrzył na pochyloną przed nim postać. Beznamiętnie przesunął wzrokiem  po spuchniętym policzku i fioletowych sińcach, które wykwitły na twarzy korzącego się towarzysza.
- Powiedz mi, że to co widzę, nie jest tym co myślę.
Złośliwy uśmiech wypełzł na wargi smoka o wzroku diabła.
- Zaskoczyła mnie. Jest silna - Claus mimowolnie dotknął policzek.
- Właśnie - syknął rozeźlony Lyon - Jest. Czy ty nie miałeś jej zabić? Wszystko zepsułeś.
- Jedna dusza w tę czy we w tę, co za różnica?  - Bazyliszek wzruszył ramionami. Nie obchodziło go nigdy nic - Zresztą sam fakt, że trochę ją poturbowałem powinien dać mieszkańcom do myślenia.
- Jedyne co zrobiłeś, idioto, to wkurzyłeś łowców. Teraz będą z wzmożoną czujnością przeczesywać miasto i jeszcze udaremnią nam atak. Spieprzyłeś to całkowicie - Lyon odsłonił zęby mając wielką ochotę by sprawić krnąbrnemu podwładnemu więcej cierpienia.
Niepokorny szaleniec wstał demonstrując swą silną wolę. Jako jeden z nielicznych ośmielał się spojrzeć w zielone oczy silniejszego smoka.
- Panikujesz - Claus zmrużył oczy niczym wąż - Daj mi spokojnie działać. Coś mi kazało nie zabijać tej dziewczyny, więc posłuchałem swojej intuicji.
- Intuicja? Ha! A może nagle zapałałeś uczuciem do ludzkiej dzieweczki? Zakochałeś się od pierwszego… uderzenia? - syknął Lyon, choć mimo wszystko wierzył Clausowi. Bazyliszek może i był plugawym krętaczem i fałszywą gnidą, ale mimo wszystko wiedział co mówi.
Syk którym odpowiedział mu szalony smok zmienił się w wściekły ryk. Claus przygarbił się, a jego ciało zalśniło metalicznie pokrywając się pancerzem z łusek. Kok rozpadł się a włosy nastroszyły niczym kolce.
Długi rozwidlony język wysunął się zza ostrych zębów.
Lyon uśmiechnął się.
- Rzucasz mi wyzwanie? Czyżbym zranił twe uczucia i odgadł prawdziwe zamiary wobec jakiegoś głupiego dziecka z rodziny łowców?
- Twoje insynuacje są bezpodstawne. Zarzucasz mi ludzkie uczucia i myślisz, że pozwolę ci mnie obrażać. Mam swoją godność - długie palce zacisnęły się w pięści - To jak, chcesz się zmierzyć?
Lyon uśmiechnął się rozglądając po miejscu w którym się znajdowali. Podziemna grota służąca im za kryjówkę nie posiadała żadnych wartościowych rzeczy. Zielonooki smok pochylił głowę i odpiął broszę płaszcza pozwalając mu opaść na ziemię.
- Zaczynamy - szybciej niż strzała rzucił się na przeciwnika.

Megumi tworzyła oczy i wciągnęła gwałtownie powietrze czując przeraźliwy ból, który przenikał jej ciało. Mimowolnie zacisnęła dłonie na jakimś materiale.
Usłyszała szelest i dźwięk odsuwanego krzesła zanim dobiegł ją krzyk.
- Gumi! - czyjaś ręka zacisnęła się na jej dłoni wywołując falę bólu.
Dziewczyna skrzywiła się czując jak na chwilę popada w odmęty czerni. Gdy znowu poczuła, że ma władzę nad ciałem dostrzegła twarz zaniepokojonego Gabriela, który przycupnął na podłodze obok łużka.
- Cholera jasna - syknęła, gdy kolejna fala bólu przepłynęła przez jej ciało - Umieram.
- Nawet nie waż się mówić takich rzeczy! - w głosie jej brata zabrzmiała panika - Sam prawie ducha wyzionąłem ze strachu.
- Przepraszam - mimowolnie westchnęła, czując jak język ma wyschnięty na papier. Nie wiedziała czemu leży na brzuchu - Co się stało? - spytała zanim myśli uformowały się w spójne obrazy - Cholera! - warknęła próbując podnieść się, ale przezywający ból uniemożliwił jej to.
- Nawet nie próbuj się ruszać - Gabe wyglądał na spanikowanego - Sandro! - zawołał głośno.
Megumi skrzywiła się czując jakby ten głośny dźwięk dźgał ją.
- Ciszej - szepnęła, zanim do pomieszczenia wpadła jakaś osoba.
- Czas najwyższy - dziewczyna po głosie rozpoznała starą uzdrowicielkę - Jak się czujesz, skarbie?
- Jakby mnie koń stratował….
- To zrozumiałe. Miałaś wielkie szczęście. Obrażenia nie są zbyt poważne, szybko się wyliżesz - jej głos jednak brzmiał nieszczerze.
Powoli Megumi czuła jak odzyskuje przytomność umysłu i władzę nad ciałem. Ból zogniskował się w ręce i na plecach, tylko nie wiedziała dlaczego.
- Gabrielu - w międzyczasie Sandra zwróciła się do młodego łowcy - Możesz iść odpocząć. Teraz ja zajmę się twoją siostrą.
- Rozumiem - nie pytał o nic, ale gdy spojrzał w oczy dziewczyny widać w nich było radość i ulgę - Wybacz mi, Gumi - jego przeprosiny były przepełnione żalem, choć nie wiedziała dlaczego. Zanim zdążyła spytać wyszedł zamykając drzwi.
- Dlaczego…? - ignorując ból Megumi zebrała się w sobie i usiadła.
- Nie powinnaś wykonywać tak gwałtownych ruchów bo ci się rany otworzą - powiedziała surowym tonem kobieta.
- Nic mi nie będzie - odparła Megumi pochylając się do przodu, gdy kolejny spazm szarpał jej ciałem. Niechcący dotknęła prawej ręki owiniętej grubą warstwą sztywnych bandaży i jęknęła.
- Mówiłam? - Sandra westchnęła ciężko - Złamałaś trzy palce u prawej ręki, a na plecach masz szarpane rany. W takim stanie nie powinnaś się ruszać.
- Widziałam smoka… W mieście są te potwory…
- Wiemy - siwowłosa staruszka pokiwała głową - Łowcy wprowadzili nocne patole, a całe miasto jest w stanie gotowości.
- Ten smok - mruknęła Megumi przypominając sobie ludzką twarz bestii - Wyglądał jak człowiek.
- Znam go. To Bazyliszek. Omotał ciebie i brata.
- Rozumiem - czytała gdzieś kiedyś o takim osobniku - Ile byłam nieprzytomna?
- Cztery dni. Hipnoza smoka płynęła na czas uśpienia.
- Cztery dni… czyli do egzaminu dla przyszłych łowców zostało tylko dwa tygodnie? - poczuła, że panika przejmuje nad nią władzę - A ja mam uszkodzoną rękę! Nie uleczę jej do tego czasu.
- Megumi…
- Wiem, mogę chyba poprosić ich, by pozwolili mi wykazać się umiejętnościami jak wyzdrowieję. Powinni zrozumieć.
- Megumi… - ton głosu Sandry przerwał monolog dziewczyny. Spojrzała na nią zdziwiona.
- O co chodzi?
- Prawdę mówiąc chciałam poczekać z tą wiadomością, ale nie mam serca trzymać cię w niewiedzy. Powiedziałam ci, że te obrażenia nie są poważne, ale miałam na myśli zwykłego człowieka. Nie wiem czy kości zrosną ci się prawidłowo i czy blizny będą bardzo widoczne. Ale twoje ręce nie są dość sprawne, by utrzymać miecz, czy znieść długotrwałą walkę. Przykro mi, ale nie zostaniesz łowcą.
- Co? - słowa Sandry brzmiały jak okrutny żart - Tata ci powiedział to byś mnie przekonała do rezygnacji? A może Gabe?
-Nie, nie okłamuję cię, skarbie. Wiem, że brzmi to źle i nie zrozumiale, ale musisz mi uwierzyć na słowo. Jeśli będziesz żyć spokojnie, nie będziesz się nadwyrężać i postarasz się odpowiednio ćwiczyć ból będzie znikomy, albo żaden.  Ale nie dla ciebie ciężkie życie łowcy. Smoki są zbyt silne, abyś z nimi walczyła. Musisz znać prawdę, nawet jeśli jest bolesna.
Rozrywający ból emanujący z ran przygasł przytłoczony ciężarem cierpienia duszy.
- Ale jak to? - Megumi poczuła, że po jej twarzy spływają łzy, ale nie miała siły ich zetrzeć - To niemożliwe…. Ja miałam zostać łowcą, miałam zabić mordercę mamy i taty! Tylko to się liczyło, chciałam pomścić ich, chciałam by ten smok widział z czyjej ręki ginie! Nie zgadzam się - wrzasnęła, a jej ramiona zadygotały od szlochu - Sandro, proszę powiedz, ze jest jakiś sposób bym była w pełni zdrowa…. - przez zasłonę łez spojrzała na uzdrowicielkę.
Sandra milczała jakby bała się zburzyć jej nadzieję.
- Sandro? Powiedz coś proszę - dziewczyna wyciągnęła obolałą rękę w stronę kobiety. Wiedziała, że zachowuje się jak niespełna zmysłów, ale ta wiadomość wstrząsnęła nią.
Drzwi ponownie skrzypnęły i pojawiła się w nich głowa Charlotte. Musiała słyszeć to co mówiły obie.
- Mogę wejść? - spytała z lekką nieśmiałością spoglądając na córkę z niepokojem.
- Oczywiście, zostawię was same - uzdrowicielka wyszła tak szybko jakby bała się przebywać w jednym pomieszczeniu z Megumi.
Charlie usiadła na łóżku obok dziewczyny spoglądając na jej załzawione oczy i wykrzywione usta.
- Jeśli chcesz żebym wyszła powiedz - szepnęła głaszcząc delikatnie jej policzek.
Megumi oparła się o jej ramię i pozwoliła przytulić.
- Zostań - szepnęła czując się znowu jak dziecko, które schowało się przed smokami pod łóżkiem - Boję się.

Claus uświadomił sobie swój błąd nieco zbyt późno. Zanim zdążył się zorientować Lyon złapał go za ramię i z całej siły cisnął o skalną ścianę.
Uderzenie zamortyzowały łuski twarde jak stal, jednak i tak smok stracił na chwilę oddech. Splunął krwią i z wysiłkiem podniósł się z złością patrząc na przeciwnika, który nawet się nie osłonił. Żadne cios Bazyliszka nie dosiągł jego ciała. Zmrużone zielone oczy miały rozbawiony wyraz.
- Ile razy mam ci powtarzać, że mnie nie pokonasz. Kierują tobą emocje. W takim stanie jesteś słaby jak człowiek. Nic dziwnego, że jakaś dziewczyna obiła ci mordę.
Claus warknął gardłowo mierząc wzrokiem drugiego smoka.
- Uwielbiam to spojrzenie - prowokacja w głosie Lyona  sprawiła, że znowu zaatakował. Jego poczucie własnej wartości dostało porządnego kopniaka i musiał się zrewanżować.
Szponami drasnął jego szyję.
- Oż ty - Lyon wydawał się być zaskoczona - Nieźle - uśmiechnął się, a jego pięść wylądowała na piersi Bazyliszka posyłając go po raz kolejny na ziemię.
Claus westchnął czując jak energia go opuszcza wraz z znikającą złością. Roześmiał się choć każdy skrawek jego ciała był dokładnie obity.
- Świetna zabawa - mruknął nie podnosząc się nawet - Przypomniały mi się stare dobre czasy.
- Skończyłeś już głupcze? Doprawdy czekam na dzień w którym nareszcie zrozumiesz moją przewagę. Jestem silniejszy.
- Ale to mnie nazywają szaleńcem. Nie myśl sobie, że zawsze będziesz tak do przodu. Kiedyś to ja będę stał wyżej niż ty.
- Ojciec nigdy by na to nie pozwolił - Lyon pokręcił rozbawiony głową. Emocje związane z walką zniknęły tak szybko jak się pojawiły. Jak zawsze zresztą. Ich pojedynki kończyły się najczęściej wygraną Lyona, rzadziej remisem. Jednak Claus obiecał sobie pokonać tego smoka i nie miał zamiaru zrezygnować z wygranej.
- Skąd wiesz czego chce Ojciec? Nigdy nie uważał cię za lepszego od reszty.
- Jestem lepszy od reszty. Niemal wszyscy to zwykłe bezmyślne pionki, którymi Ojciec posługuje się do swych celów. Ja mam swoje ambicje - wypiął dumni pierś.
- Na pewno nie jesteś lepszy ode mnie - prychnął Bazyliszk z pogardą.
- Ty jesteś wariatem, życiową pomyłką. Dla ciebie nie ma żadnych kategorii.
- Dzięki, mogłem się tego po tobie spodziewać…
Lyon westchnął i usiadł na ziemi.
- Nadchodzą zmiany - mruknął poważnym tonem - Świat się zmienia. Nie wiem czy za rok, czy za sto lat, ale Ojciec osiągnie swą moc.
- Ciekawe co będzie z nami - Claus dźwignął się i usiadł z skrzyżowanymi nogami. Uśmiechnął się krzywo na myśl o nowym porządku świata - Na pewno będzie zabawa - zaśmiał się, choć w głębi duszy i on zastanawiał się nad tym faktem.
Nie wiedział jakie zmiany wprowadzi Ojciec, nie wiedział czy smoki będą ich częścią. Miał tylko nadzieję, że powróci dawny ład.
Świat w którym rządzą smoki, a ludzie są niewolnikami.
Jego uśmiech poszerzył się na myśl o powrocie do dawnej świetności.
- Będzie zabawa - powtórzył.
  • awatar Kate - Writes: A mi się właśnie wydaje, że to sam profesjonalizm. Coś naszej Misao nie można wierzyć. Czego ty chcesz kobieto od tego rozdziału?
  • awatar Zakira Luna: Mnie też rozdział się się podoba :) Cztery dni? Hm... Claus musi mieć w sobie bardzo dużo czaru... zauroczył i mnie, i mam wrażenie że nie jest to związane z żadną smoczą mocą :P Miłość od pierwszego uderzenia, buhahhaa :D
  • awatar Lisa Angels: Niektóre literówki są komiczne, ale wybaczam, bo ważne że wogóle jest. Miłość od pierwszego uderzenia, mnie powaliła. Chyba też się zakochałam XD Szkoda mi Megumi, jej życiowy cel, właśnie został zrównany z kretesem, ale mam nadzieję, że jednak się wyliże i ich wszystkich (cenzura) :D
Pokaż wszystkie (3) ›
 

sallylou
 
Rozdział III

Dni mijały powoli, a pogoda wciąż była tak kapryśna i nieprzewidywalna, że mimo zbliżającej się wiosny nie wolno było wychodzić bez grubego odzienia na ulice. Megumi pod czujnym wzrokiem matki i brata również dbała o to by nie złapać zapalenia płuc.
Jednak ciepłe odzienie było niewygodne i przeszkadzało jej, gdy wraz z Gabrielem biegała nieodśnieżoną drogą czuła się jakby dźwigała ciężki bagaż.
- Litości, zwolnij - wysapała patrząc jak starszy brat pędzi lekko przed siebie niczym wilk - Gabe!
Na dźwięk swego imienia łowca przystanął i z szerokim uśmiechem zaczekał na wymęczoną siostrę.
- Oj jednak nie trenowałaś tak jak powinnaś - rzucił wesoło, choć jego oddech też był ciężki i płytki - Z taką kondycją masz zamiar ubiegać się o pracę?
- Nie bądź wredny. Jesteś facetem i jesteś silniejszy, to niesprawiedliwe.
- Ha! Kiedy uciekasz przed szponami smoka musisz umieć biec szybko i bez ustanku przez długi czas. Nie zawsze i nie wszędzie da się zabrać wierzchowca.
- Czy uciekanie przed smokami nie jest bezsensowne? Przecież są szybsze i mają większą siłę. Trudno iść z nimi w zawody.
Gabe wyprostował się i spojrzał na nią krzywo.
- Zamiast ćwiczyć, czytałaś książki? Gumi, to same brednie i opowiastki dla dzieci.
- Więc może opowiesz mi jak jest naprawdę. Moi nauczyciele nie wykazywali się zbytnio wiedzą na ich temat. Wiem jak zabijać, ale nie wiem właściwie z czym będę walczyć.
- Ojciec by mnie zabił, gdybym zaczął ci  tym opowiadać.
- Proszę, tata o niczym się nie dowie. Muszę wiedzieć, dlaczego podaje się inną prawdę niż jest w rzeczywistości.
- Nie - Gabriel spojrzał na nią twardo - Chodźmy, stanie w miejscu to nie ćwiczenia.
Tym razem oszczędził dziewczynie mordęgi i po prostu szybko maszerowali. To dało Megumi szansę na pociągnięcie wątku.
- Boisz się - syknęła złośliwie.
- Co? - Gabe spojrzał na nią nie rozumiejąc.
- Boisz się Gildara - dodała szczerząc zęby.
Spojrzenie brata mówiło samo za siebie.
- To jest mój ojciec. To chyba oczywiste, że odczuwam respekt i ty powinnaś - odparł.
- Kulisz się przed nim jakbyś liczył mniej niż dziesięć lat. To raczej strach?
- Spójrz w jego oczy i powiedz mu, że się go nie boisz, Gumi, a wtedy przyznam ci rację.
Dziewczyna przypomniała sobie karcący wzrok Gildara i przełknęła ślinę.
- Też się go boję - mruknęła cicho spuszczając wzrok.
Śmiech jej towarzysza sprawił, że mimowolnie zaczęła chichotać.
- Skończmy ten temat, bo będę się bał wracać do domu  - mruknął łowca ocierając łzy rozbawienia - Jak mnie dogonisz to będziesz mogła nazwać mnie tchórzem - wystrzelił do przodu niczym pies myśliwski, który dostrzegł zdobycz.
Megumi otworzyła usta widząc jak szybko się oddala. Więc wcześniej nawet nie włożył wysiłku w bieganie.
- Świetnie, cudownie - mruknęła truchtając powoli po jego śladach - Zostaw młodszą siostrę na pożarcie pumom i niedźwiedziom, a co! Będę sobie spokojnie biegła, może nie zgubię się po drodze, może nic mnie nie zje… - urwała, gdy pomiędzy drzewami błysnęła para lśniących oczu.
Megumi nagle poczuła, że wcale nie jest taka zmęczona jak się jej wydawało. Nie chciała zostać sama otoczona drapieżnikami.
- Braciszku, zaczekaj - jęknęła i przyspieszyła chcąc jak najszybciej dogonić brata.
Gabriel słysząc potem o jej spotkaniu z drapieżnikiem skrzywił się. Siedział w fotelu w salonie odpoczywając po wysiłku.
- To niemożliwe. Żaden wilk, ani puma nie zapuszczają się na skraj lasu, a niedźwiedzie dawno wybito. Masz zbyt bujną wyobraźnię.
- Wiem co widziałam - dziewczyna skrzywiła się czując ból wszystkich mięśni - To musiało być jakieś zwierze.
- Cokolwiek to było muszę mu podziękować - chłopak zmrużył oczy - Dawno nie widziałem, byś tak szybko biegła.
Jego kpiące spojrzenie towarzyszyło jej przez długi czas.

Nox znajdowało się w sporym oddaleniu od reszty miast. Ze wszystkich stron otoczone było wzgórzami i lasami, przez które przeprawa była ciężka i trudna nawet w środku lata. Naturalne ukształtowanie terenu sprzyjało mieszkańcom miasta, które nigdy nie było niepokojone przez bandytów.  Smoki również nie zapuszczały się nigdy na okoliczne tereny, choć może odstraszała je siedziba łowców, którzy zawsze czujne śledzili potencjalne zagrożenia.
Megumi w pewnym sensie czuła irytację i znudzenie spokojem, który tu panował. Poczucie bezpieczeństwa zbytnio rozleniwiało ludzi, którzy nigdy na oczy nie widzieli smoków i byli pewni siły łowców. Dziewczyna również prze pewien czas myślała podobnie, ale po wykładzie, który dał jej Gildar, zaczęła rozumieć czemu jest taki oschły i szorstki w obyciu.

“- Sądzisz, że walka ze smokiem to wyrównany pojedynek? - spytał mężczyzna, kiedy próbowała wymusić na nim, by opowiedział szczegóły wypraw - Stoisz na śniegu splamionym krwią sama, mając do obrony tylko miecz, który wyślizguje się z drżących dłoni. Nie słyszysz niczego, oprócz oddechu bestii, która czai się w mroku. Jedyne co czujesz to strach. Kiedy widzisz jak umierają twoi przyjaciele, boisz się, że będziesz następna. Potwór jest cierpliwy, czeka aż zrobisz niewłaściwy ruch. To czeka cię, gdy wstąpisz w nasze szeregi. Wiesz jak smakuje strach, chcesz znowu doświadczyć takiego przerażenia?”


Doskonale zdawała sobie sprawę, że idzie na pewną śmierć, a jednak nie mogła znieść myśli, że miałaby siedzieć spokojnie w domu i uśmiechać się wiedząc, że ta kreatura, morderca jej rodziców, chodzi po świecie, zabijając kolejne niewinne istoty.
- Czego ja właściwie chcę? - mruknęła spoglądając przez okno. Panował już mrok, a ona nie mogła zasnąć dotknięta słowami ojca.
Mogła przecież żyć normalnie. Wyjść za mąż, zajmować się domem, wieść spokojne, sielskie życie mając obok siebie kochaną Charlottę i radosną Minę. Ale od początku sukcesywnie je niszczyła… Zamiast pomagać matce, zajmowała się nauką i treningami, w międzyczasie wywołując bójki z ulicznymi przybłędami. Jej reputacja spadła tak nisko, że żadna rodzina nie przyjęłaby jej do siebie, nie miała co liczyć na to, że jakikolwiek młodzieniec zainteresuje się nią. Była brzydka i w swoim zachowaniu bardziej przypominała mężczyznę, niż niewiastę. Choć miała wielu przyjaciół, czuła się samotna. Jedyne o czym marzyła to zostać łowcą i zabijać smoki A teraz, gdy niedługo miała zaprezentować swe umiejętności starszym łowcom i pokazać im, że jest gotowa walczyć, zaczęła odczuwać wątpliwości.
Nagle stuknięcie w szybę rozproszyło jej myśli. Pomyślała, że to jakiś ptak uderzył w szybę widząc światło w pomieszczeniu, ale po chwili stukot się powtórzył.
Zrezygnowana wstała  i otworzyła gwałtownie okno. W tym samym momencie coś świsnęło jej koło ucha i wpadło do pokoju uderzając o ścianę.
- Kto to? - syknęła cicho, nie chcąc obudzić rodziców.
- Gumi - usłyszała stłumiony głos brata - Idziemy do baru trochę się zabawić. Wybierasz się z nami?
- Zwariowaliście? Ojciec jak się dowie udusi cię - odparła dziewczyna mając przed oczami obraz ciężkiego miecza Gildara.
- Nie dowie się, wrócimy zanim się obudzi. Nie bądź cykorem, Gumi. Chodź, nocą można tu spotkać świetnych ludzi.
Megumi westchnęła ciężko. Rok wcześniej odrzuciła taką propozycję i szczerze tego żałowała. Musiała tym razem zaryzykować.
- Dajcie mi chwile. Już do was idę - rzuciła i pospiesznie narzuciła ubrania, które wcześniej cisnęła na łóżko. Gdy tylko zawiązała buty wychyliła się i spojrzała w dół. W ciemności nie wiedziała jak ma zejść.
Postanowiła zaufać instynktowi i krokom, które znała na pamięć. Gdy tylko stanęła na ulicy ruszyła w stronę ciemnych postaci, których sylwetki odcinały się ostro na śniegu.
- Wciąż uważam, że to wariactwo - mruknęła podchodząc do nich. Z bliska rozpoznawała twarz kilku przyjaciół brata i westchnęła. Sami nudziarze.
Mimo wszystko nic nie powiedziała, miała szczerą nadzieję, że po drodze spotka kogoś ciekawszego. Nawet towarzystwo Netta byłoby teraz miłe.
Nagle czyjaś dłoń chwyciła jej ramię w stalowy chwyt. Megumi zdziwiona spojrzała na niską blondynkę, która uczepiła się jej.
- To ty jesteś siostrą Gabe'a? Miło mi poznać, jestem Shana - młoda kobieta spojrzała z uśmiechem na nią.
- Megumi, mi również jest miło - odparła automatycznie, zaskoczona zachowaniem Shany.
- No nie rób takiej miny - jasnowłosa zaśmiała się wesoło - Słyszałam, że niedługo do nas dołączysz, więc postanowiłam się przywitać.
- Jesteś łowcą?
- Od dwóch lat - przytaknęła -  A tobie jak idzie przygotowanie do służby? Jak myślisz, na czym sprawdzą w tym roku wasze umiejętności?
- Nie mam pojęcia - przyznała Megumi - boję się o tym myśleć.
- Nie oczekuj nic łatwego. Jak ja zdawałam zostaliśmy wysłani na  miesiąc na pustynię. I weź tu przeżyj jedząc węże i jaszczurki…
- Jaszczurki - na samą myśl o tym dziewczyna poczuła mdłości.
- Upieczone, nie najgorsze - zaśmiała się Shana - Zobaczysz, czasami trzeba będzie jeść gorsze rzeczy.
Zagadywana przez nową znajomą, Megumi nawet nie zauważyła jak weszli do baru. Mijała to miejsce niemal codziennie, ale jeszcze nigdy nie była w środku. Gildar surowo zabronił swym dzieciom pałętać się po takich miejscach.

“Gdyby mnie zobaczył, umarłabym na miejscu”


W środku panował tłok mimo dość późnej pory. Kolorowe towarzystwo było głośne i wesołe. Od razu niestety dziewczyna zauważyła trzech uliczników, z którymi wdała się w ostatnią walkę. Z satysfakcją spostrzegła iż jeszcze do końca się nie wykaraskali z obrażeń. Pomachała do nich patrząc jak pienią się ze złości. Kiedy była w otoczeniu łowców mogli tylko ciskać w jej stronę przekleństwa.
- Zabaw się, ale nie pij niczego - Gabriel wychynął jak cień i spojrzał surowo na siostrę - Bo cię więcej nie zabiorę.
- Jasne - pokiwała mu głową, niezbyt słuchając co do niej mówi. Kakofonia dźwięków oszołomiła ją lekko. Spojrzała na towarzystwo brata, które jej się nawet nie przedstawiło. A raczej na puste miejsce, gdzie przed chwilą stali. Wszyscy włączając w to Shanę zniknęli zostawiając ją samą.
- Dzięki - mruknęła zirytowana, ale podniosła wysoko głowę i zaczęła się przeciskać między ludźmi.  Z westchnieniem opadła na miejsce przy wolnym stoliku. Nawet jeśli nie miała co tu robić, mogła stąd przynajmniej obserwować towarzystwo.
Po kilku minutach nad nią pojawił się jakiś cień.
- Witam panienko, czy mógłbym się dosiąść?
Megumi podniosła głowę i spojrzała na wysokiego chudzielca, który nerwowo poprawiał okulary w złotych oprawkach.
- Nie - rzuciła krótko, z miejsca tracąc zainteresowanie jego osobą.
- Ale… - chłopak zaczął znowu.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Nigdy nie lubiła się powtarzać.
- Słuchaj, idź gnębić inne dziewczyny. Nie mam ochoty na takie towarzystwo.
- Ale…
Megumi niemal zaczynała się podnosić, by pięściami pokazać chłopakowi, to czego nie rozumiał słownie, gdy nagle na ramieniu chudego natręta zacisnęła się czyjaś dłoń.
- Nie rozumiesz? Ta pani, nie życzy sobie twojej obecności -  w głosie jej wybawiciela brzmiało znudzenie. Odtrącił jednym ruchem młodzieńca, któremu upadł na podłogę.
- Dzięki - dziewczyna westchnęła z ulgą i przyjrzała się mu uważnie - To ty! - palnęła zanim się powstrzymała.
Przed sobą miała tego samego dziwaka, którego kilka dni wcześniej mijała ulicą, choć tym razem był ubrany przyzwoiciej. Jego zmętniałe miodowe oczy wpatrywały się w nią jak w przekąskę.
- Hej, smutno oka, mogę się przysiąść? - spytał wpijając uporczywe spojrzenie w jej oczy.
- Tak - odparła zaskoczona Megumi, to dziwne spojrzenie mieszało jej w głowie.
- Dziękuję - czarnowłosy mężczyzna uśmiechnął się krzywo opadając na wolne miejsce obok niej - Wybacz, prawo silniejszego - rzucił od niechcenia na młodzika, który dopiero zaczął się zbierać z ziemi. Chłopak spojrzał na niego gniewnie i poprawiając okulary zniknął w tłumie.
- Jak ci na imię? - nadąsany głos znowu skupił jej uwagę na nowym towarzyszu.
- Megumi - choć nigdy nie podawała swego imienia nieznajomym typom, teraz odpowiedziała niemal jakby to był rozkaz. Zanim jej myśli uformowały się usłyszała odpowiedź.
- Jestem Claus. Czuję się zaszczycony mogąc cię poznać - jego wesoły uśmiech nie pasował do oczu, które wydawały się być zimne, wyrachowane i bardzo stare. Jednak chwilę potem to wrażenie minęło.
Pomyślała, że lepszego towarzystwa nie znajdzie i odwzajemniła uśmiech.

Black drug_ handsome guy cartoon _4_.jpg
  • awatar xxstrawberrylovexx: Cudowne *.*
  • awatar Kate - Writes: O tak! czekałam na to! Wspaniała perspektywa na wieczór, zwłaszcza, ze mam pod ręką chipsy.
  • awatar Zakira Luna: Claus to mój bohater! Z miejsca go pokochałam :D Tajemniczy, przystojny, stanowczy i trochę brutalny... ach! *.* Rozdział ogólnie super, nadrabiam u Ciebie zaległości, nie wiem jakim cudem tak długo mnie tu nie było... No tak, nic tak nie motywuje do biegania jak świadomość że ktoś nas goni :P Trochę biegam i kiedyś, zimą, było już ciemno, ja na jakieś polnej drodze, jeden samochód zaczął za mną baaaardzo wolno jechać... a że mam bujną wyobraźnie od razu sie przelękłam - jeszcze nigdy tak szybko nie przebiegłam takiego dystansu :D No tak, logika brata: Nie powiem ci prawdy o smokach, bo boję się ojca, ale zabiorę cię w nocy do baru... jakie to prawdziwe. Shana wydała mi się sympatyczna, ale tych szczegółów o jaszczurkach mogła sobie darować :P
Pokaż wszystkie (5) ›
 

sallylou
 
Rozdział II

Po powrocie Gildara i Gabriela dom znowu zaczął tętnić życiem. Chwile, kiedy rodzina spędzała razem rekompensowały długie miesiące rozłąki. Charlotta rozkwitała i młodniała mając przy sobie swoich ukochanych mężczyzn, a i tak wesoła Jasmina śmiała się jeszcze częściej niż zazwyczaj.
Te dni sprawiały, że Megumi w wolnych chwilach siadała na parapecie i wspominała dzieciństwo. Od kiedy "rycerz" zabrał ją do swego "zamku" świat zmienił się. Dziewczyna niemal nic nie pamiętała z czasu spędzonego z prawdziwymi rodzicami, byli dla niej cieniami z przeszłości, do których wzdychała z utęsknieniem, nie mogąc ich chwycić. W głowie jawiły się jej tylko obrazy, dźwięki i zapachy. Ciepło ognia w kominku, skrzypienie drewnianej podłogi, zapach lasu, który zawsze ją otaczał. Jednak najczęściej wracały do niej ostatnie wspomnienia z domu. Krzyk matki, dziki wrzask bestii i unoszący się w powietrzu zapach dymu, który dusił. I ból, gdy pazury stwora kaleczyły jej twarz. Gildar mówił, że cudem było iż nie straciła oka. Słaba była to pociecha, kiedy straciła wszystko inne.
Teraz też uciekła od rodziny i wspięła się na dach by z góry obserwować gwarne miasto. Miała doskonały widok na sklepy i przechodniów, którzy spacerowali niespiesznie. Obserwowanie rozkrzyczanych dzieci i ich zirytowanych rodziców sprawiało jej dziwną przyjemność. Czasami wydawali się jej być odlegli jakby z zupełnie innego gatunku. Choć każdego dnia Nox mogło być zaatakowane przez smoki, jego mieszkańcy nie przejmowali się tym tak jak ona. Nie widzieli jednak twarzy smoków, tylko łowcy i niedoszłe ofiary potworów rozumiały co to znaczy spojrzeć w hipnotyzujące oczy bestii.
- Wariatko - czyjś głos zmusił ją by spojrzała w dół.
Gabriel wyciągnął do góry rękę.
- Pomożesz?
Z westchnieniem irytacji Megumi pomogła mu wejść na dach.
- Co ty robisz? -spytała, gdy otrzepywał ubranie z rozmokłego śniegu.
- Chciałbym to samo wiedzieć. Dlaczego siedzisz na zewnątrz bez płaszcza? Będziesz chora - zdjął swój nakrycie i narzucił na ramiona siostry.
- Jak jest zimno mniej boli - odparła jednak była wdzięczna za ten gest - Po co tu przyszedłeś?
- By przemówić ci do rozsądku - Gabriel przycupnął na krawędzi spoglądając na ulicę - Fajne miejsce.
- Dziękuję. Ale nie musiałeś się fatygować i tak miałam zamiar tylko chwilę tu posiedzieć. Zaraz wracam do domu.
- Nie o to mi chodzi - starszy brat posłał jej poważne spojrzenie - Czemu nie zrezygnujesz? Wiem, że trochę za późno na tego typu rozmowę, ale boję się o ciebie. Wszyscy się boimy. Walka ze smokami to katorga i szczerze żałuję, że tak byłem bezmyślny i uparty na treningach. Walczę już cztery lata, muszę pracować jeszcze ponad dwadzieścia. Nie wiem czy uda mi się dożyć chwili kiedy będę mógł przejść do stanu spoczynku. A ty nawet jeszcze nie zaczęłaś. Za dwadzieścia pięć lat będziesz po czterdziestce. To za późno by układać sobie życie i mieć rodzinę, zwłaszcza dla kobiety.
- Jesteś okropny - Megumi szturchnęła brata łokciem - Myślisz, że o tym nie wiem? Zresztą nie obchodzi mnie to. Jestem zbyt brzydka by znaleźć sobie męża. Który chciałby żonę z pokiereszowaną twarzą i sercem?
- Głupku, znowu zaczynasz? Narzekaj tak przy Minie, a mnie tego oszczędź. Żadna moja siostra nie jest paskudna, a ta twoja blizna to powód do dumy. Przeżyłaś atak smoków mając tylko cztery lata, jeśli ktokolwiek będzie wyśmiewał się z twego wyglądu powiedz mi. Z przyjemnością mu pokażę co znaczy zadrzeć z rodziną łowców.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Tęskniłam za tobą braciszku. Brakowało mi wspólnych wycieczek i treningów.
- Mi też - Gabe westchnął spoglądając w niebo. Znowu zaczynało padać - Daj mi kilka dni odpocząć, a obiecuję, że obiję ci tyłek, tak że przez miesiąc siedzieć nie będziesz mogła.
- Miło słyszeć, że nic się nie zmieniło. Zabiłeś jakiegoś smoka?
- Wiedziałem, że będziesz chciała wiedzieć. Własnoręcznie nie, ale wraz z ojcem udało nam się obezwładnić jednego i inni łowcy go dobili.
- Ciężko jest? - Megumi wyciągnęła ręce łapiąc płatki śniegu, które zaraz topiły się osiadając na skórze niczym krople rosy.
- Nie uwierzyłabyś jak to jest trudne. Nie dość, że doskonale kamuflują się udając ludzi, to ich łuski są nie do przebicia, a szpony tną metal jak papier. To gra ze śmiercią, Gumi.
- Nie nazywaj mnie tak - posłała mu wściekłe spojrzenie, które zapewne wyglądało jak u obłąkanej osoby przez obitą twarz.
- Czasami mam wrażenie, że słyszysz tylko to co chcesz usłyszeć. Wszyscy jesteśmy przeciwni twemu wstąpieniu w nasze szeregi, dlaczego nie chcesz mieć spokojnego życia?
- Dlatego, że to do mnie nie pasuję. Odnajdę mordercę rodziców i sama pomszczę ich śmierć. Chcę by ten smok widział moją twarz, gdy będzie konał.
Płatki śniegu opadały tworząc na ziemi kolejną warstwę puchu. Zdążyły niemal pokryć całą ulicę, nim Gabriel wstał i wyprostował się.
- Rozumiem twój żal. Nie będę ci się przeciwstawiał, jeśli tak bardzo tego pragniesz. Życia możesz nauczyć się tylko przez doświadczenie.
- Dziękuję, braciszku.
- Wracajmy do środka. Okropna pogoda na dworze - Gabe pomógł wstać siostrze i wspólnie wrócili do domu.

Gildar wykazywał się zbyt dużą energią jak na osobę, która wróciła z długiej wyprawy. Wyglądało na to, że spotkanie rodziny w komplecie skutecznie regenerowało siły. Jego blada twarz zarumieniła się i w świetle ognia palącego się w kominku wyglądał młodziej.
Jak za dawnych czasów zgromadzili się wszyscy razem w salonie. Megumi i Jasmine przycupnęły na podłodze, tak jakby znowu były małymi dziewczynkami, które z przestrachem i podziwem patrzyły na wielkiego pogromcę smoków. Od tego czasu dużo się nie zmieniło, Gildar wciąż zachowywał autorytet smokobójcy i poskramiacza dzieci jak go ze śmiechem nazywała Charlie..
Teraz spojrzał spokojnie na potargane czupryny syna i starszej córki wzdychając ciężko.
- Mówiłem ci Megumi, żebyś nie chodziła po dachu w zimie. Jest ślisko i niebezpiecznie.
- Powiedz, że pozwolisz mi porozmawiać z panią Steel, a moja noga nigdy już tam nie stanie - odparła dziewczyna mrużąc oczy.
- Dziecko - ton mężczyzny nie zmienił się, podobnie jak spojrzenie - Milcz.
- Ale…
- Megumi, proszę - Charlotte spojrzała błagalnie na córkę - Daj im odpocząć. Może poszłabyś do Sandry po zioła? Znowu mam migrenę.
- Jasne, czemu nie - dziewczyna westchnęła i podniosła się - Wrócę niedługo.
Wzięła kilka złotych monet i wybiegła z mieszkania, chcąc jak najszybciej zniknąć im z oczu.
To był zły pomysł. Śnieg padał gęsto, a ona miała na sobie tylko lekkie ubrania. Jednak nie wróciła po kurtkę. Palący wstyd zmusił ją by ruszyła przed siebie ignorując pogodę.
- Głupia - syknęła, a po policzkach popłynęły jej łzy - Żałosna - jęknęła zaciskając pięści.
Przed jedynym celem, który chciała osiągnąć wyrósł olbrzymi mur. Dlaczego życie nie mogło być prostsze? Nie wiedziała już czy chce zostać łowcą, by się zemścić, czy po prostu szkoda jej ludzi. Przyszłość rozmazywała się w szarą plamę. Całe dzieciństwo i lata, kiedy była nastolatką ćwiczyła pod okiem emerytowanych łowców pragnąc stać się silną i zdolną do walki ze smokami. Całymi dniami potrafiła uczyć się walki na miecze, strzelania z kuszy, czy walki wręcz. Nocami zamiast spać pochłaniała książki opowiadające o legendarnych łowcach i ich wspaniałych wyczynach. W marzeniach wyobrażała sobie jako jednego z nich, kogoś kogo imię będzie wymawiane z podziwem i czcią. Wiedziała, że to egoistyczne i głupie, ale motywowało ją to do treningów.
W przeciwieństwie do większości przyszłych łowców, którzy byli zapisywani do tak zwanego Przymierza musiała polegać na pomocy Gildara, który znalazł dla niej nauczycieli wśród starych znajomych, którzy z różnych przyczyn udali się na stan spoczynku. Może to nie były najlepsze lekcje, jednak mogła teraz próbować ubiegać się o przyjęcie do grona łowców.
O ile da sobie radę z egzaminem….
- Megumi, co ty robisz na dworze w taką pogodę? - znajomy wesoły głos przerwał jej użalanie się nad własnym losem. Wyprostowała się i otarła łzy, przynajmniej mogła wmówić każdemu, że czerwona twarz to efekt zimna, a nie słabości.
Uśmiechnęła się widząc zbliżającego się mężczyznę. Pulchny, rubaszny człowiek o czerwonej twarzy i ustach wiecznie rozciągniętych w uśmiechu pomachał do niej wesoło. Grube palto poszerzało jego i tak sporawą sylwetkę.
- Dzień dobry, Nett - westchnęła próbując zapanować nad głosem. Zanim zasłona łez zniknęła, poczuła, że na jej głowę nasuwa się futrzana czapka.
- Nigdy nie myślisz Gumie - karcący głos mężczyzny otrząsnął ją z resztek rozpaczy - Odmrozisz sobie uszy.
Megumi uśmiechnęła się.
- Dziękuję - spojrzała na niego z wdzięcznością, gdy podał jej swoje rękawice.
- Kożucha nie oddam. Nie myśl sobie - pogroził jej palcem - Dokąd zmierzasz w taką pogodę?
- Idę do zielarki, a ty dlaczego chodzisz po dworze zamiast siedzieć w pracy?
Nett wykrzywił się.
- Jestem zbyt słaby i zmęczony by pracować. Zresztą kto by chciał pijaka gdziekolwiek zatrudnić?
Dziewczynę ogarnęło współczucie. To był ten sam człowiek, który piętnaście lat temu opowiadał jej wesołe historie by nie płakała i przyciągał swoją urodą wszystkie panny z okolicy? Nałogi zniszczyły jego życie. W końcu wyrzucono go ze służby u łowców i musiał chwytać się każdej pracy.
- Jak tylko przyjmą mnie jako aktywnego łowcę zatrudnię cię jako pokojówkę - obiecała próbując zachować poważną minę.
- A będę musiał nosić spódnicę? - spytał śmiertelnie poważnym tonem Nett.
Megumi wyobraziła go sobie pląsającego z miotłą do kurzu w ręce i zaczęła się śmiać.
- Takie coś warte byłoby każdych pieniędzy? - wykrztusiła w końcu.
- Dlaczego płakałaś? - spytał całkiem szczerze uciszając jej śmiech.
Jednak widział…
- Nie ważne, nic wielkiego - wzruszyła ramionami.
- Początki są trudne - odparł jakby czytając jej w myślach - Każdy chyba w którymś momencie uświadamia sobie, że nie da rady. To instynkt samozachowawczy każde się trzymać z dala od zagrożenia.
- Naprawdę? - żaden z łowców, z którymi rozmawiała nie wspominał nic o strachu i słabościach. Wręcz przeciwnie wszyscy sprawiali wrażenie niezłomnych, niezniszczalnych wojowników.
- Wiem co mówię - Nett spojrzał w niebo. Na odsłoniętych włosach osiadał śnieg - Mogę cię odprowadzić do Sandry? Nie chciałbym, by cię gdzieś zasypał śnieg.
Megumi musiała przyznać, że towarzystwo byłego łowcy poprawiło jej samopoczucie. Wesoła paplanina Netta wyrwała ją z czarne dziury złych myśli.
W pewnym momencie zza rogu wyszła jakaś postać. Wysoki młody mężczyzna był jedynym przechodniem, który był na tyle odważny by wychylną z domu w tę pogodę. Ubrany był tak samo nieodpowiednio jak Megumi, ale widocznie mu to nie przeszkadzało. Minął ich lustrując spojrzeniem wąskich oczu, w których czaiła się drwina. Zniknął tak szybko jak się pojawił.
Dopiero po chwili dziewczyna zauważyła, że Nett umilkł.
- Coś się stało? - spytała zaniepokojona, gdy jego twarz pobladła.
Spojrzał na nią lekko zamglonym wzrokiem.
- Oczywiście, że nic. Straciłem wątek - odparł, choć w jego głosie brzmiało wahanie - O czym to ja mówiłem?
- O starej pani Anderson - podpowiedziała Megumi i mimowolnie spojrzała za siebie. Jednak tak jak przypuszczała nikogo nie było na ulicy poza nimi. Potrząsnęła głową czując się jak paranoik.
Gdy zatrzymali się przed budynkiem, w którym mieszkała Sandra, Megumi zdjęła czapkę i rękawice chcąc je oddać właścicielowi.
- Zostaw je sobie - Nett potrząsnął głową - W końcu musisz wrócić do domu jeszcze, prawda?
- Jeszcze raz dziękuję, Nett.  Postaram się kiedyś zrewanżować.
Mężczyzna wyszczerzył zęby.
- Liczę na to, Gumi.
Z uśmiechem na ustach Megumi weszła do domu zielarki, czując się jakby Nett podarował jej coś cennego.

Puste ulice sprawiały ponure wrażenie, zwłaszcza kiedy ciężkie chmury zakryły słońce. Młodzieniec wędrował niespiesznie nie przejmując się chłostającym go wiatrem, ani śniegiem. Nic nie robił sobie z tego, że cienki materiał jego spodni przemaka, a rozpięta koszula odsłania doskonale wyćwiczone ciało. Nie odczuwał zimna, choć bosymi stopami brnął przez głęboki śnieg. Jego wygląd zwracałby uwagę, gdyby nie fakt, że ludzie pozamykali się w domach chroniąc przed kapryśną aurą.
Jedynym, który zwrócił uwagę był mężczyzna spacerujący z dziewczyną. Jego spojrzenie mówiło, że widzi więcej niż większość ludzi.  Jednak nie zatrzymał go, choć w jego oczach był taki sam błysk rozpoznania jak u każdego łowcy. Wiedział kim jest.
Jednak zignorował go po chwili, gdyż jego uwagę przykuła jego towarzyszka. W pierwszej chwili myślał, że jest taka jak on, choć po chwili musiał  odrzucić tę myśl. Była tylko głupim człowiekiem, który wybrał się w największą śnieżycę nieodpowiednio ubrany.
Niemal zaśmiał się. Ludzie zawsze go zaskakiwali.
Skręcił w wąską uliczkę i na chwilę stracił orientację w terenie. Zmarszczył brwi, kiedy budynki przed jego oczami zaczęły się zamazywać.
- Kurde - syknął przyciskając dłoń do czoła - Lyon, nie rób mi tego.
Niczym cień ze ściany wychynęła postać stając przed młodym mężczyzną.
Ciemnozielone oczy o pionowych źrenicach spojrzały na niego z złością spod grzywy czarnych włosów.
- Idioto - Lyon syknął przez zaciśnięte kły - Gdzie byłeś tyle czasu.
Spojrzenie smoka wwiercało się w niego niemal zmuszając by uklęknął. Padł na ziemię nim niemy rozkaz zmusił go do tego. Wolał nie zadzierać z silniejszym od siebie.
- Nie będę przepraszał - odparł czując jak pod skóra zaczyna go piec i szczypać. Jego ciało samo reagowało na realne zagrożenie chcąc ochronić się pod pancerzem z łusek. Powstrzymał się jednak nie chcąc zhańbić bardziej swego i tak zszarganego imienia.
- Claus, nie drażnij mnie. Nie chcesz chyba skończyć jako ozdobny płaszcz dla szefa? Zamiast szlajać się po barach i pobijać swoje rekordy w chlaniu na umór zająłbyś się czymś pożytecznym skoro już tu jesteś.
- Na przykład?
Lyon oparł się o ścianę i zmrużył oczy zamyślony. Claus podniósł głowę, choć wolał nie ryzykować i nie wstał. Doskonale pamiętał jak ostre są szpony tego smoka, którego zwą Niezniszczalnym.
- Pożytku z ciebie dużego nie ma - stwierdził beznamiętnie smok - Jednak myślę, że jest coś o dałbyś radę zrobić. A raczej coś co wychodzi ci najlepiej.
Pokonując strach Claus wstał.
- Co masz na myśli?
- Chaos. Postrasz trochę mieszkańców, niech zrozumieją, że nawet w mieście pełnym łowców nie są bezpieczni.
- Jak mam to zrobić? - prychnął zapominając o szacunku do starszego smoka.
Lyon zignorował pogardliwy ton i wyszczerzył ostre zęby.
- Wymierz cios w odpowiednie miejsce, a osłabisz całe ciało. To kto będzie celem zależy od ciebie.
- Mówisz poważnie? - na ustach Clausa pojawił się dziwny grymas na kształt uśmiechu.
- Owszem. Zabaw się. Kiedyś całkiem nieźle ci to wychodziło - Lyon zniknął tak samo szybko jak się pojawił.
Drugi smok otrzepał spodnie z śniegu i wyprostował plecy. Pomyślał o błękitnych oczach dziewczyny, którą minął. Wyglądało na to, że była blisko związana z tym tłustym łowcą.
- Raz się żyje - mruknął pod nosem - Wybacz smutno oka nieznajoma, muszę przetestować na tobie, czy to będzie ten odpowiedni cios.
  • awatar Setton: Świetne! :)
  • awatar Kate - Writes: Brak rodziców głównej bohaterki to ciekawy motyw. a w dodatku ty przemieniasz to opowiadanie w taki piękny i realistyczny inny świat. O kurczę, co te smoki zamierzają zrobić?
  • awatar Zakira Luna: Uwielbiam smoki :D To cos innego, we wszechobecnej modzie ba ukazywanie tych istot jako dobrych i pomocnych...
Pokaż wszystkie (4) ›
 

sallylou
 
Rozdział I

Piętnaście lat później...


Gildar potarł zmęczone oczy. Długotrwała jazda konna powoli zaczęła dawać mu się we znaki, zwłaszcza w tak nieprzyjemną pogodę. Zima, która w tym roku nawiedziła Nox nie była najłaskawsza, a on miał już swoje lata. Trzydzieści pięć lat służby to niemało, był jednym z nielicznych którym udało się dożyć wieku pięćdziesięciu sześciu lat, będąc cały czas narażonym na ataki ze strony smoków. Przez ostatnie lata nabawił się wielu blizn, które zmuszały go do zastanowienia się czy nie warto byłoby odejść już ze służby. Każdy łowca musiał pracować minimum dwadzieścia pięć lat, a potem mógł cieszyć się pełną swobodą i rodzinnym domem. Jednak on lubił tą pracę i ciepłe słowa ludzi, którzy wdzięczni mu byli za okazaną pomoc. Dla takich chwil był gotowy narażać się na śmierć.
Spojrzał na jadącego koło niego młodego mężczyznę. Jego syn tak szybko dorósł. Z małego energicznego dzieciaka przeistoczył się w inteligentnego wojownika, który mógł mu już towarzyszyć na wyprawach.
- Nareszcie w domu - westchnął na głos, a Gabriel uśmiechnął się pod nosem.
- Mama pewnie już na nas czeka - rzucił lekko - Mam nadzieję, że ugotowała coś dobrego.
- Oby, te mierne racje źle wpływają na moje zdrowie - Gildar skinął głową.
W oddali widać było już zarysy budynków, nad którymi górował zamek łowców.
- Witamy w domu - Arthur machnął ręką na przyjaciela i uśmiechnął. Wszyscy byli w wyśmienitych nastrojach mogąc wreszcie wrócić do swych rodzin i choć chwilę odpocząć.
- Dom - Gildar posmakował tego słowa - Nareszcie.

- Jasmino, obudź tego śpiocha, bo nie daję sobie rady! - rozpaczliwy wręcz krzyk rozległ się w całym domu.
Megumi zacisnęła ręce na pościeli i nakryła głowę, chcąc uchronić się przed hałasem.
Jednak stukot kroków osoby, która wbiegała po schodach wprawił ją niemal w przerażenie.
- Pobudka! - dziarski głos sprawił, że dziewczyna zwinęła się w kłębek chroniąc pod miękką pierzyną. Jednak to na niewiele się zdało. Napastniczka złapała kołdrę i silnym szarpnięciem ściągnęła z łóżka.
- Doprawdy zachowujesz się jak dziecko - wysoka blada dziewczyna spojrzała z dezaprobatą na rozczochrane wymięte stworzenie próbujące zasłonić oczy przed słońcem wpadającym przez duże okno.
- Mino, proszę - Megumi spojrzała błagalnie na swą siostrę. Oczy kleiły się jej i wciąż była zmęczona. Jedyne o czym marzyła to znowu zanurzyć się w sennych marzeniach.
- Jest już południe - posągowa piękność miała zabójczy wzrok - Nie zapomniałaś chyba, że dziś wraca tata i Gabe?
Dziewczyna usiadła na łóżku.
- Nie, nie zapomniałam - mruknęła ponuro - Nie czuję się dość dobrze, żeby spotkać się z nimi. Zostanę dziś w pokoju.
Jasmina usiadła na pościeli obok niej.
- I co? Masz zamiar siedzieć tu dopóki nie znikną wszystkie ślady? - musnęła dłonią spuchniętą wargę siostry - Jesteś tchórzem.
- Wcale nie. Nie chcę tylko by tata się martwił. Powinien widzieć dziś same uśmiechnięte twarze - Megumi przycisnęła dłoń do obolałej twarzy -A ja nawet nie mogę wykrzywić ust.
- Obwiniać możesz o to samą siebie. Wstawaj już i ogarnij się choć trochę. Nic nie sprawi tacie większej przykrości niż ignorancja jego dziecka.
- Nie jestem jego dzieckiem - Megumi wykrzywiła się i natychmiast tego pożałowała, gdyż twarz zaczęła pulsować bólem - Idź już. Powiedz mamie, że zaraz zejdę.
Jasmina wstała z gracją i nie mówiąc już ani słowa wyszła. Widać było w jej oczach, że nie może znieść widoku swojej adoptowanej siostry w taki stanie.
Gdy zamknęła za sobą drzwi Megumi niechętnie zwlekła się z łóżka.
- O ja… - skrzywiła się, gdy jej plecy odmówiły posłuszeństwa i nie mogła się wyprostować. Zgarbiona jak stara baba poczłapała do toalety i zaciskając zęby wyprostowała się, choć kręgi trzasnęły złowróżbnie. Rozciągnęła się powoli oceniając skalę obrażeń ciała. Nie było najgorzej… Przynajmniej, dopóki nie spojrzała w lustro.
Z zwierciadła wychynął zdziwiony maszkaron patrząc krzywo na nią. Brązowe krótkie włosy zmieniły się w wronie gniazdo odsłaniając poobijane oblicze. Jedno oko ginęło pod sporą opuchlizną, która ładnie przechodziła w ciemnofioletowy siniec, a drugie wyzierało się z opalonej twarzy lśniąc jak błękitny kryształ. Kącik ust był również napuchnięty, a dolna warga rozcięta.
- Cudnie - mruknęła i próbowała się uśmiechnąć. Nie udało się jej to, gdyż jeden kącik ust w ogóle nie drgnął - Głupia idiotka - dźgnęła palcem taflę szkła jakby miało to poprawić jej wygląd.
Czuła się okropnie wiedząc, że nie ominie jej pełen zawodu wzrok Gildara. Za każdym razem, kiedy coś takiego się jej zdarzało ogarniały ją ponure myśli. Miała wrażenie, że nie spełnia wymagań, że nie jest taka jaka powinna być. Kiedy była mała za każdym razem płakała bojąc się, że jednak łowca wyrzuci ją z domu, nie chcąc mieć do czynienia z złym dzieckiem. Wiecznie ciągnące się za nią poczucie winy nie pozwalało jej cieszyć się z faktu, że w prezencie od losu dostała tak wspaniałą rodzinę. Kochana Charlotta traktowała ją jak swoją córkę, a jej mąż zawsze patrzył na nią z tkliwością jakby widział w niej coś, czego sama nie dostrzegała. Gabriel bywał złośliwy i uszczypliwy, jednak mimo wszystko nie odrzucił jej, podobnie jak Mina, która urodziła się niedługo po tym jak małżeństwo przygarnęło ją do siebie.
- Głupia - wymamrotała spoglądając na swe marne oblicze. Nie była tak piękna jak jej siostra, a na dodatek jej twarz szpeciła blizna ciągnąca się od łuku brwiowego, aż do policzka. Ślad zostawiony przez smoka.
Z użalania się nad sobą wyrwało ją bicie dzwonów. Łowcy wracali do miasta.
- O nie - jęknęła dziewczyna czując mdłości. Szybko wybiegła z łazienki i w pośpiechu zrzuciła z siebie nocną koszulę zastępując ją zwykłymi spodniami wiązanymi na kostce i za dużą bluzką. W pospiechu złapała grzebień i zaczęła siłą rozplątywać potworny gąszcz na głowie. W połowie jednak się poddała i wybiegła ze swojego pokoju niemal zeskakując z połowy schodów.
Charlotta spojrzała na nią i uniosła brew nie przerywając siekania marchewki.
- Wiem - Megumi pocałowała policzek kobiety nie mogąc znaleźć słów, by przeprosić ją za swój stan.
- Kotku, masz już dziewiętnaście lat, dlaczego postępujesz wciąż tak jakbyś miała ich dziewięć?
- Wybacz - dziewczyna pochyliła głowę - Mogę w czymś pomóc?
- Nie trzeba. Uwinęłam się ze wszystkim razem z Miną, kiedy spałaś - w jej głosie nie było słychać zawodu, ani wyrzutów. Tylko smutek, który kaleczył serce.
- Nie przejmuj się. Niedługo się mnie pozbędziesz, jak tylko zdam test będę pomagać tacie i Gabe'owi.
Pięść matki trzasnęła o stół z zadziwiającą siłą.
- Nie mów tego tak jakbyś chciała iść prosto na śmierć z uśmiechem. Myślisz jak się czuję wiedząc, że i ty będziesz narażona na niebezpieczeństwo? Mało się martwię? Każdego dnia się modlę by Gildar i Gabriel byli bezpieczni. Teraz ty wbijasz mi nóż w plecy, dlaczego?
- Doskonale wiesz - odparła cicho dziewczyna, a jej dłoń zawędrowała znowu do blizny na twarzy - Widziałam jego obrzydliwy pysk, wciąż śni mi się po nocach. Nie będę żyć normalnie dopóki wiem, że ten smok żyje. Chcę by zginął z mojej ręki.
Charlie pobladła gwałtownie słysząc te słowa.
- Nawet tak nie mów. Nie chcę byś walczyła z tymi bestiami.
- Nie powstrzymasz mnie - Megumi splotła ręce na piersi - Będę zabijać smoki, nawet jeśli łowcy mnie nie przyjmą. Nie po to tata uczył mnie walczyć, bym teraz czekała, aż te potwory przyjdą i tu. Nie chcę być bezbronna i patrzeć na śmierć osób, które kocham. Znowu.
Kobieta nie odezwała się już. Długie kasztanowe włosy zasłoniły jej piękną twarz, której nie imał czas.
Przyszła łowczyni usiadła na krześle i zaczęła wybijać nogą rytm.
- Gdzie Jasmina? - dopiero po chwili zauważyła brak siostry.
- Poszła po tatę i Gabriela. Miała zamiar wziąć cię ze sobą, ale jak cię obudziła to zmieniła zdanie. Całkiem słusznie. Wyglądasz jak ulicznica.
- Auć! To bolało - Megumi spojrzała na kobietę z wyrzutem - Nie musisz mi przypominać jak wyglądam. Wystarczy, że cały świat kpi sobie ze mnie.
- Czy ty aby nie zaczynasz użalać się nad sobą? - Charlie posłała jej lekki uśmiech.
- Nie, skądże znowu - dziewczyna spojrzała na nią zdziwiona - A zabrzmiało tak?
- Jak zawsze - ich dyskusje przerwał wesoły głos dobiegający od drzwi wejściowych.
- Zgadnijcie kto wrócił? - zawołała śpiewnie Jasmine.
Charlotta wstała gwałtownie i wybiegła, a z jej piersi wydobył się szloch ulgi.
- Tak się bałam - Megumi doskonale słyszała wymianę zdań, jednak nie wstała. Strach ścisnął jej serce i unieruchomił kończyny.

“I ty chcesz zabijać smoki" zakpiła z samej siebie "Bojąc się własnego ojca”


- Gdzie jest Meg? Znowu się włóczy po mieście? - Gildar odezwał się dość głośno, by dziewczyna go dobrze usłyszała.
- Nie jest w domu - odparła spokojnie Mina - Megumi, może byś przyszła i przywitała się?

“Nie bądź tchórzem, nie bądź tchórzem, nie bądź tchórzem”


Z ciężkim westchnieniem poczłapała za powitanie.
Spojrzenie jakim obdarzył ją Gildar mówiło samo za siebie.
- Cześć, tato - mruknęła pod nosem, faktycznie czując się jak zawstydzona dziewięciolatka - Cieszę się, że wróciliście do domu.
Łowca przeczesał siwiejące włosy. Jego poorana zmarszczkami twarz nagle rozpromieniła się w uśmiechu.
- Ilu ich było i czy oberwali bardziej niż ty? - wypalił.
- Trzech i chyba tak - odparła kompletnie nie rozumiejąc jego zachowania.
- Moja krew - poklepał ją po głowie, powodując nawrót bólu - oj, wybacz - rzucił przepraszająco widząc jej minę.
-Patrzcie kto się bił jak dzikus - Gabriel wszedł do domu i od razu skierował się w stronę swej młodszej siostry - Widzę, że nie zmieniłaś się ani odrobinę.
- Nie, proszę - jęknęła Megumi próbując się cofnąć, ale Gabe złapał ją i podrzucił do góry.
- Przytyłaś, wiesz? - wyszczerzył się złośliwie - Widzę, że jak nas nie było to tylko się obżerałaś.
- Wcale nie. To są mięśnie - podniosła ramię do góry by zaprezentować biceps.
- Błagam cię - jęknęła Charlotta chowając twarz w dłoniach, jednak obaj łowcy zaśmiali się głośno.
- Jesteście zmęczeni - Jasmina wkroczyła między nich - Obiad jest gotowy. Zjedzcie, a potem opowiecie, jak poszła wyprawa.
- Wspaniale. Umieram z głosu - Gabe od razu pobiegł do kuchni i zaczął przetrząsać garnki, Charlotta wraz z najmłodszą córką poszły zanim, by nie pochłonął wszystkiego naraz.
Megumi wciąż stała przy drzwiach naprzeciwko Gildara.
- Jesteś zły, prawda? - wykrztusiła w końcu.
Mężczyzna spojrzał na nią tym razem poważnym wzrokiem.
- Jest mi przykro, że nie posłuchałaś mnie. Obiecałaś, że nie będziesz walczyć z tymi chuliganami.
- Nie mogę znieść tych wyzwisk. Dla nich byłam i zawsze będę obcą dzikuską bez rodziny.
- To nieprawda. Nie powinnaś dawać się prowokować byle komu. Jeśli to dojdzie do uszu wyżej postawionych łowców nie masz co liczyć, że cię przyjmą. Smoki zabiłyby cię przy pierwszym ataku.
- Wiem, ale….
- Kiedy miałaś osiem lat - przerwał jej gwałtownie - kiedy poznałaś prawdę o łowcach i smokach powiedziałaś, że chcesz być taka jak ja i mi pomagać. Powiedziałaś, że ze względu na śmierć rodziców chcesz nauczyć się bronić. Wiesz co? Tamta mała dziewczynka brzmiała mądrzej od tej stojącej tu.
- Co mam zrobić? - szczera prawda bolała ją bardziej niż jakiekolwiek drwiny - Ja wciąż chcę ci pomagać.
- Chcesz się zemścić, a nie chronić bezbronnych ludzi - wypomniał jej surowo łowca - Wojownik, który troszczy się tylko o własne ego żyje i umiera samotnie. Możesz umieć walczyć, możesz być zdeterminowana i silna, ale jeśli za cel obierzesz tylko mordowanie nigdy nie będziesz szczęśliwa. A teraz wybacz jestem głodny, chciałbym odpocząć.
- Spróbuję - mruknęła pod nosem Megumi, a w jej oczach pojawiły się łzy - Jeśli ty tak mówisz dostosuję się do tego.
"Jednak zabiję tego smoka i nie powstrzymasz mnie przed tym Gildarze" dodała w myślach zaciskając pięści.

d9f17f85e921c2228d538eefb155444f.jpg
  • awatar Kate - Writes: dopiero teraz, bo miałam małe przepychanki z Pingerem, który odmówił współpracy. Nowa seria zapowiada się fantastycznie i magicznie. Kocham smoki.
  • awatar Zakira Luna: O rany, musiała mieć ciężkie dzieciństwo- wieczna niepewnosć, chęć w pasowania się w "tym powinnam być albo mnie wywala" zapowiada się ciekawie, lecę do następnego :)
  • awatar Seiti: "umieram z głosu" :D Kolejne super opko się zapowiada.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Kategorie blogów