Wpisy oznaczone tagiem "Syndrom Sztokholmski" (28)  

zakiraluna
 
Jak widać, przed chwilą wrzuciłam ostatni rozdział mojej drugiej po "Victorii" historii na Pingerze- przyszły też refleksje :)
Jestem ciekawa głównie Waszych opinii- czy bawiliście się równie dobrze co ja? Co Wam się podobało, a przy czym się nudziliście? A Wy, inni Pisarze, co byście tu zmienili?
Jeśli chodzi o mnie, tu muszę się przyznać, że "Syndrom Sztokholmski" nigdy nie miał ujrzeć światła dziennego... a jednak :) Mimo początkowych wątpliwości, cieszę się że to zrobiłam!
"Nie przeczytałam/em ale chciałabym zacząć"- nic prostszego----> kliknij w tag tego posta.
Do następnego ;)
  • awatar .Eff.: Nie przeczytałam, ale chciałabym zacząć? To jak najbardziej pasuje do mnie! ;) oczywiście zagłębię się w lekturę, jak tylko czas mi na to pozwoli,czyli przy dobrych wiatrach już pod koniec tygodnia, ach, aż nie mogę się doczekać :D Nie mogę się tylko zdecydować, czy przeczytać cały Syndrom za jednym razem, czy też dawkować sobie tę przyjemność... ;)
  • awatar Lisa Angels: Co mi się podobało... chyba największe wrażenie zrobiły na mnie pierwsze rozdziały... nie wiem dlaczego... nie chyba jednak wiem, po prostu czułam olbrzymią zmianę pomiędzy Viktorią a Syndromem. Podobał mi się zapach pomarańczy ze sklepu, gdy Creig kupował sweter, podobało mi się to że nienawidziłam Rubbiego, podobał mi się stół od bilarda i to co tam się stało XD O i oczywiście nie zapomniałam o kłótni. Co mi się nie podobało... z tym będzie ciężko. Jakoś koniec do mnie nie przemówił. Z jednej strony był strasznie smutny i emocjonalny, ale czegoś mi brakowało. Hm... jakby to powiedzieć... mam takie wewnętrzne wrażenie, że zdarzenia zdarzyły się zbyt szybko. Nie wiem jak to powiedzieć, ale czegoś mi brakowało. Po ca tym jednym uczuciem nie pamiętam więcej grzeszków, o których już bym nie wspominała :D Cieszę się, że jednak cię namówiłam i wstawiłaś Syndrom na pinga! Mam nadzieję, ba ja to wiem! Że następna opowieść będzie jeszcze lepsza. Już nie mogę się doczekać :D
  • awatar Anthromeda: Przeczytam w wolnym czasie , dopiero weszłam , więc ... ja bardzo lubię czytać i napewno to przeczytam !!!
Pokaż wszystkie (3) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 27
– Ostatnie słowa?–  Zaśmiał się szyderczo, ale ona nie odpowiedziała ani nie protestowała. Przestała płakać, już nie walczyła, zamknęła oczy i po raz pierwszy w życiu nie bała się śmierci- była gotowa stanąć z nią twarzą w twarz. Już zaczynało brakować jej powietrza, kręciło się w głowie, nie słyszała połowy tego co mówił jej Joseph,  jeszcze tylko moment...Nagle ucisk na szyi zelżał, na ciele odczuła to kilka sekund później- odruchowo nabrała powietrza i otworzyła oczy.
***
        To co zobaczył, przeraziło go, ten stary oblech leżał na Angeline całkiem nagi, ręce miał zaciśnięte na jej szyi, zdawał się być w transie, nawet nie usłyszał jak Creig sforsował zamek w drzwiach...a wcześniej jego dwóch strażników...Z okrzykiem dzikiej furii złapał starego za ramiona i zrzucił z dziewczyny, adrenalina i złość dodały mu siły, tamten zaś zupełnie nie spodziewał się tego ataku, z szokiem na twarzy wylądował na podłodze, Creiga nawet nie obchodziło to że jest nagi i jak śmiesznie teraz wygląda...zaczął kopać go z całej siły, tamten zaś zwijał się z bólu, po kilku minutach słychać było pęknięcie żeber. Ale Creig nie miał zamiaru na tym poprzestać, obrócił go na brzuch i usiadł na nim, jednocześnie podnosząc jego głowę do góry, brutalnie ciągnąc za włosy. Tamten z trudem łapał oddech, charczał i chrząkał, kiedy Creig wyciągnął z kieszeni scyzoryk. Nagle usłyszał gardłowy krzyk starego i to trochę go zadziwiło.
– Czego się śmiejesz?– Przemówił, a właściwie wykrzyczał do niego po raz pierwszy.
–  Dałeś się omotać tej małej dziwce...i zapłacisz za to. Pomszczą mnie.–  Nie powiedział już nic więcej, bo w tej chwili zimna stal zatopiła się w jego ciele. Poderżnął mu gardło.
        Głowa upadła bezwładnie, Creig puścił trupa i wstał, odwracając się do Angeline. Widząc że nawet się nie podniosła, tylko wciąż leżała natychmiast do niej podszedł.
– Angeline!- Szeptał gorączkowo gładząc ją po włosach.–  Jesteś ranna?- Dziewczyna nie odpowiadała, oczy wciąż miała mocno zaciśnięte, omiótł więc jednym spojrzeniem jej ciało, nie dostrzegł żadnych ran i wtedy zorientował się o co chodzi. Usiadł na łóżku i delikatnie wziął ją w ramiona.
– Angeline, Angeline...–  Kołysał ją delikatnie w rytm poruszania się statku.– Otwórz oczy i spójrz na mnie.–  Na chwilę przerwał i pogłaskał ją po policzku. Wykonała jego polecenie, widok cierpienia w jej oczach zmroził mu krew w żyłach- nigdy czegoś takiego nie widział. Były zupełnie puste, wyglądała, jakby utraciła wszystko...Znowu ją do siebie przytulił, jej cierpienie bolało i jego, wolałby przyjąć to wszystko na siebie, choćby podwójnie, żeby tylko nie ona...
– Już po wszystkim.–  Powiedział łamiącym się głosem. Nie wiedział że najgorsze dopiero się zaczęło...
– Dlaczego nie pozwoliłeś mi umrzeć?- Zapytała go cienkim, słabym głosem.¬– Nie mam już po co żyć...- Nie chciał tego słuchać. Mówiła to z pewnym przekonaniem, pomimo marnej siły głosu. Tulił ją do siebie mocno, bał się, że tym razem może utracić ją już na zawsze...
– Nie mów tak...nie waż się tak mówić...–  Głos drżał mu, kiedy wypowiadał te słowa.- Kocham cię rozumiesz?- Wyznał jej w końcu to, do czego tyle się zbierał.- I nie pozwolę ci odejść.
–  Nie ma miłości...– Z jej oczu znowu zaczęły płynąć łzy, pomyślał wtedy, że musi dać jej czas.. tak, czas będzie tu najlepszym lekarstwem. Owinął ją z powrotem w jasny materiał prześcieradła, wyglądała teraz jak...anioł. Jak anioł ze złamanym skrzydłem.
        Delikatnie wziął ją na ręce i wyniósł z tego nieszczęsnego jachtu, położył ją na tylnym siedzeniu samochodu, cierpiał, nie otrzymując z jej strony żadnej reakcji...po raz pierwszy jechał zgodnie z przepisami, nie przekraczał prędkości czterdziestu na godzinę, więc droga powrotna zajęła mu ponad godzinę, na szczęście nie został zatrzymany przez żadnego policjanta. Zerkał na nią na każdych światłach, tylko unoszące się i opadające ramiona utwierdzały go w przekonaniu że wciąż żyje. Cieszył się, kiedy znalazł się w końcu na swoim podjeździe- nie mógł jej przecież zawieść do jej własnego domu, w najbliższym czasie wolał mieć ją pod stałą obserwacją. Znowu wziął ją na ręce i wniósł do środka, po raz kolejny nie widząc żadnego protestu i zdecydował, że położy ją w pokoju Soni- Było blisko jego sypialni, no i pokój był bardziej...pozytywny, niż jego. Zresztą i tak stał teraz pusty...ułożył ją w miękkiej pościeli i wyciągnął z szafy swojej siostry duży podkoszulek w żyrafę- kiedy ją ubierał, czuł jakby miał w rękach lalkę, a nie żywą kobietę- wpatrywała się tępo w przestrzeń, jej twarz nie ukazywała żadnych emocji...przysunął sobie krzesło i usiadł przy niej, jakieś pół godziny później zdał sobie sprawę że zasnęła- zapewne bardziej z wycieńczenia niż chęci, ale to nieważne. On zaś nie przestawał się jej przypatrywać. Nie wiedział co dalej...nie wiedział czy ktoś będzie go ścigał za to co zrobił. Będę musiał poszukać sobie innej pracy...-Pomyślał, ale ta myśl nie przyniosła mu jakieś szczególnej przykrości. Zabił czworo ludzi- Ale dwaj sobie na to zasłużyli. Zbuntował się przeciwko swemu przybranemu ojcu...a to wszystko z miłości do tej małej, kruchej istoty. Przypomniało sobie pojęcie, jakie gdzieś kiedyś zasłyszał: Syndrom Sztokholmski...jak to było? Pojawienie się uczuć do porywacza...pomoc porywaczom...chora miłość do swego oprawcy. A jeżeli przydarzyło mu się coś zupełnie odwrotnego? Co jeżeli to on...zakochał się w swojej ofierze?
  • awatar Lisa Angels: Takie to smutne! I jak mogłaś pozwolić na taki koniec?! Co się stało z Angeline? Pozbierała się? Po czymś takim... brak mi słów... Czułam, że możesz to zrobić... ale miałam nadzieje, że tym razem przyjaciółkopatkia nie zadziałała. Jestem naprawdę pod wrażeniem różnicy poziomu pomiędzy Viktorią, a Syndromem, widać jak bardzo się rozwinęłaś. Naprawdę należą ci się brawa.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 26
        Obudziły go silne torsje targające żołądek- miał wrażenie że wszystkie jego wewnętrzne narządy zostały brutalnie poprzestawiane, w głowę zaś wbijały się miliony szpilek...W ostatniej chwili zdążył zbiec po schodach i uklęknąć przy sedesie- cała zawartość żołądka wyleciała z niego jednym haustem. W tej chwili bardzo cieszył się, że jego siostra wyjechała- co by jej powiedział? Że ma poranne mdłości?- Spuścił wodę, opłukał twarz i przyjrzał się sobie w lustrze- Nieprzytomne spojrzenie, fioletowe worki pod oczami i spory zarost, wypadałoby też udać się do fryzjera.- zupełnie nie miał na to ochoty, podobnie jak na prysznic, więc tylko powoli zszedł na dół, połknął tabletkę przeciwbólową i z obrzydzeniem spojrzał na jedzenie, jego żołądek znowu wywinął koziołka, zacisnął zęby, byleby zatrzymać resztki jego zawartości w środku. Zerknął na elektroniczny zegarek.: dziewiąta zero siedem. Wciąż miał na sobie wczorajsze ubranie, kiedy usiadł na krześle przy stole, poczuł że coś uwiera go w kieszeni. Sięgnął ręką i wyciągnął...kluczyk do celi Angeline. Zamknął ją wczoraj czy nie? Nie był w stanie sobie przypomnieć. Sięgnął po wodę i wypił niemalże całą butelkę, kiedy wreszcie dotarło do niego w pełni, że przypadkiem mógł zostawić otwartą celę. Zakrztusił się wodą. Mogła wyjść, a nawet uciec. Albo gorzej...ktoś mógł wejść do niej...- Szybko się ogarnął i nawet nie przebierając pojechał wprost do biura- tam natychmiast pognał do celi, ignorując przeraźliwy ból głowy i to co zastał zmroziło mu krew w żyłach: Drzwi otwarte, cela pusta...- Wpadł do niej z przerażeniem i rozglądał się, jakby dzięki temu mógł ją odnaleźć...nagle w drzwiach pojawił się Robby. Creig doskoczył do niego i siłą przyparł do betonowej ściany.
– Gdzie ona jest?– Zapytał brutalnie przez zaciśnięte zęby.
– Nie wiem o co ci do cholery chodzi...– Robby z trudem łapał powietrze, stało się to prawie zupełnie niemożliwe kiedy Creig wzmocnił swój uścisk.
– Gdzie?- Powtórzył, a kiedy nie otrzymał żadnej odpowiedzi powalił swojego towarzysza na ziemię i usiadł na nim okrakiem. Jego pięść zacisnęła się mocno i wymierzył Robby'emu silny cios w szczękę, drugą dłonią przytrzymując w miejscu jego ręce. Mężczyzna zaczął mamrotać coś pod nosem, Creig pochylił się lekko w jego stronę.
– ..na jachcie.- Serce Creiga na sekundę autentycznie stanęło w miejscu. Spojrzał na swoją ofiarę i znowu ogarnęła go fala dzikiej, nieokiełznanej furii, ramię ponownie wystrzeliło w powietrze i zaczął uderzać Robby'ego raz za razem, po kilku uderzeniach ręce miał ubrudzone krwią, uświadomił sobie też, że jego oponent przestał się ruszać.- Bez cienia wyrzutów sumienia wstał i wybiegł z biura, nawet nie sprawdzając czy mężczyzna pod celą jeszcze żyje. Wskoczył do samochodu i na pełnym gazie przemierzał kolejne kilometry, zmierzał do miejsca gdzie przetrzymywana była jego ukochana. Do przystani.
***
        Obudziła się w miękkiej, pachnącej pościeli- po ostatnich dniach zaniepokoiło ją to na tyle, że natychmiast odzyskała pełną świadomość. Leżała naga w niewielkiej sypialni, nie było tu okna ani telewizora, tylko jedno duże łóżko. W okolicy karku czuła nieprzyjemne mrowienie, które przy każdym gwałtowniejszym ruchu przechodziło w bolesne pulsowanie. Wstała i owinęła się jasnym, morelowym prześcieradłem. Gdzie ja jestem?- To było naturalnie pierwsze pytanie jakie przyszło jej do głowy. Rozejrzała się i dostrzegła drewniane drzwi naprzeciwko łoża- kiedy pociągnęła za klamkę okazały się zamknięte, zaś drugie przejście prowadziło do niewielkiej, ale bogato urządzonej łazienki-tęsknym wzrokiem spojrzała na prysznic, jej skóra niemal zaczęła swędzieć...Kierowana wyłącznie odruchem zamknęła za sobą drzwi i zsunęła prześcieradło z brudnego ciała. Westchnęła z rozkoszą kiedy znalazła się pod strumieniem ciepłej, oczyszczającej wody, przez chwilę stała tylko, pozwalając by spłynął z niej najgorszy bród, po czym sięgnęła po czarną tubkę pełną, jak się okazało, szamponu. Namydliła i spłukała swe długie włosy, a że nie mogła nigdzie dojrzeć mydła, zastąpił jej również żel pod prysznic. Niechętnie wyszła spod natrysku, czuła się świeża, w końcu czysta- wypłukała usta w kranie i przetarła zęby rąbkiem prześcieradła, by one również stały się nieco czystsze. Przez chwilę stała nago, kropelki wody wciąż znajdowały się na jej ciele, nie dostrzegła nigdzie ręcznika, więc owinęła się na powrót prześcieradłem, materiał natychmiast przylepił się do ciała i zaczął prześwitywać w kilku miejscach... wyszła z łazienki. Stanęła jak wryta, dostrzegając jakąś dużą postać siedzącą na łóżku i wpatrującą się w nią intensywnie.
– Widzę że nie mogłaś oprzeć się kąpieli...- Przemówił ochrypłym głosem.– To dobrze, lubię czyste kobiety.
        Mężczyzna miał co najmniej pięćdziesiąt lat i tyle samo kilogramów nadwagi. Kiedy wstał dostrzegła, że miał nie więcej niż metr siedemdziesiąt, cienkie, czarne włosy miał posklejane na spoconym czole, zaś nad nabrzmiałymi ustami pysznił się cienki wąs. Miał na sobie biały, materiałowy szlafrok, który tylko podkreślał jego tuszę. Angeline przyglądała mu się z przerażeniem, jednocześnie dochodząc do wniosku, że widzi tego osobnika pierwszy raz w życiu. Ciaśniej objęła się prześcieradłem, a on uśmiechnął się lekko.
– Kim jesteś?- Zapytała w końcu. Ostatnie co pamiętała to cela....wspominki Robby'ego...worek...mocne uderzenie w głowę. Może on mnie  uratował?– Przyszło jej do głowy, wskutek silnego uderzenia nie była jeszcze w stanie poskładać wszystkich elementów układanki w całość.
– Och, wybacz, nie przedstawiłem się.- Podszedł do niej szybko i mimo wyraźnych protestów podniósł jej małą piąstkę do ust. Wprawiło ją to raczej w obrzydzenie niż w radość.– Nazywam się Joseph Saragino.– Gwałtownie wyrwała dłoń z jego uścisku, otwierając szeroko oczy.
– To ty...– Zaczęła.
– Tak. To ja kazałem cię porwać. Ale nie osiągnęło to planowanego efektu jak widzę...– Pokręcił lekko swoją nalaną twarzą. – Rozumiesz chyba, że w obecnej sytuacji nie mogę pozwolić sobie na darowanie ci życia?- serce zaczęło jej bić jak oszalałe, nigdy nie pragnęła żyć tak bardzo jak w tej chwili.
– Chcesz mnie zabić?- Powiedziała, nie chcąc okazywać przerażenia. Jeżeli to ma naprawdę być ostatnia godzina jej życia, nie ma zamiaru skomleć jak pies. Joseph przybliżył się jeszcze bardziej i wyszeptał jej do ucha:
– Tak.- Ledwo udało jej się powstrzymać grymas obrzydzenia, czując na szyi jego obrzydliwy oddech. – Ale zanim to zrobię, poużywam sobie na całym twoim ciele...– Odsunęła się gwałtownie.
– Nie!– Wykrzyczała, ale on jej nie słuchał, tylko z dzikim popłochem chwycił ją w talii i brutalnie rzucił na łóżko, poły prześcieradła rozwiewały się w powietrzu, próbowała poderwać się z łóżka, ale on natychmiast przygniótł ją ciężarem swojego ciała, niemal wgniatał w materac. Łzy zaczęły płynąć po  policzkach, zobaczyła jak mężczyzna ściąga z siebie szlafrok i rzuca go gdzieś niedbale, jego ciało, grube i pomarszczone, wzbudziło w niej jedynie wstręt, miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje...Zerwał z niej resztki prześcieradła, w powietrzu słychać było odgłos rozdzieranego materiału, kilka sekund później Joseph brutalnie rozchylił jej nogi i wdarł się do jej wnętrza, krzyknęła przeraźliwie, czując ból, chwycił ją za pośladki i wbił w nie paznokcie, charczał i jęczał, nogi drętwiały jej pod jego ciężarem,  Angeline modliła się, by szybko skończył, każde jego pchnięcie było dla niej jak cięcie nożem-tyle że nie tylko ciała, ale i duszy...W końcu dokończył dzieła, na jego twarzy odmalowała się błoga rozkosz, ona zaś chciała jedynie by ją zabił- czuła się brudna, zbrukana, nie miała już po co żyć, to co właśnie przeżyła nie pozwoli jej normalnie funkcjonować, wiedziała o tym...Chciała by wreszcie z niej wyszedł, on zaś od momentu szczytowania nie opuścił jej ciała- zamiast tego podniósł ręce i zacisnął je mocno na szyi dziewczyny.
 

zakiraluna
 

        Angeline wciąż leżała w takiej samej pozycji, w jakiej zostawił ją Creig- czerwone od płaczu oczy piekły ją niemiłosiernie, podobnie jak policzek, ale to nie ból fizyczny był najgorszy. Nie sądziła, że ten dzień może zakończyć się tak dramatycznie. I że jej romans z Creigiem zakończy się tak boleśnie- dosłownie i w przenośni. Nagle usłyszała odgłos otwieranych drzwi, podniosła się gwałtownie.
– Creig – wyszeptała, niemalże z nadzieją w głosie, ale zamarła na widok osobnika, który wszedł do celi.
***
Robby z uśmiechem zamknął za sobą drzwi. Zerknął na dziewczynę i dostrzegł czerwony ślad na jej policzku. To chyba nie mój... – Przyszło mu do głowy, bo rana wyglądała na całkiem świeżą. Kucnął przy dziewczynie i lekko przechylił głowę.
– Czego chcesz? – zapytała zdławionym głosem, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Creig musiał być bardzo wzburzony, skoro zostawił drzwi otwarte, nie sądzisz? – nie odpowiedział na jej pytanie. Prawda jest taka, że i tak by się tu dostał, Joseph dał mu wczoraj komplet kluczy do wszystkich cel. Ale dziś okazały się niepotrzebne.
– Trochę źle zaczęliśmy swoją znajomość... – powiedział z  lekko ironią rozkładając ręce jak polityk- Gdybym wiedział, że mam do czynienia ze swoją... koleżanką z dzieciństwa, może byśmy bardziej się polubili- z satysfakcją odnotował, że zmarszczyła brwi, zupełnie nie rozumiejąc o co mu chodzi.
– Co masz na myśli? – zapytała ostrożnie, a wtedy on wyjął z kieszeni złoty łańcuszek i pomachał nim przed jej nosem. Na sekundę wybałuszyła oczy, zaraz jednak się opanowała.
– Skąd to masz? – jej głos stał się odrobinę pewniejszy. Do czego on zmierza? Bez problemu rozpoznała łańcuszek: wszystkie dzieci z sierocińca u sióstr takie miały.
– Z twojego domu – odparł bez cienia skrępowania, a ona przyjrzała mu się dziwnie. Ten wisiorek wiele dla niej znaczył, postanowiła jednak udawać nonszalancję.
– I tak ci się spodobał? To czemu mi go pokazujesz? – może on tak naprawdę nie ma pojęcia skąd pochodzi wisiorek. Spojrzał jej głęboko w oczy, przybrał poważną minę i schował medalik z powrotem do kieszeni, po czym sięgnął po coś pod koszulkę. Angeline wciągnęła głośno powietrze, czy on zamierza się rozebrać?- W jej głowie natychmiast pojawił się obraz dwóch mężczyzn którzy już kiedyś próbowali ją zgwałcić. Nagle on, nie przerywając kontaktu wzrokowego, wyciągnął coś spod rąbka koszuli przy szyj i pokazał jej... taki sam wisiorek! Spojrzała na niego, rozchylając usta ze zdziwienia, niezdolna do jakiejkolwiek reakcji, on zaś szybko schował krzyżyk z powrotem.
– Ty....ty jesteś..byłeś... – nie była w stanie wykrztusić odpowiednich słów.
– Tak – odparł po prostu– Od piątego do osiemnastego roku życia mieszkałem w bidulu – Był ciekawy jej reakcji, ona zaś pokiwała tylko głową.
– Ja byłam od urodzenia – zmarszczył brwi, trochę go to zdziwiło.
– Jaka matka oddaje noworodka do bidula? – zapytał ostro, ze znaną sobie gwałtownością.
– Jaka matka oddaje tam pięcioletnie dziecko? – zawtórowała mu. Przez ułamek sekundy zrobiło się jej go żal. Ona nie miała żadnych wspomnień, nie wiedziała jak to jest mieć rodziców, czy jakichkolwiek opiekunów. On wiedział. I stracił. Po tym co kiedyś powiedział jej Creig już mu nie zazdrościła.
– Gówniana matka – odparł lekko i rozsiadł się obok niej na pryczy, ona zaś zwinęła się w jak najmniejszą kulkę na samym brzegu. Zaśmiał się ochryple widząc to i brutalnie złapał ją za rękę, po czym przyciągnął bliżej do siebie. Z początku się przeraziła, ale już nauczyła się, że dopóki wszystko idzie po jego myśli, nie zrobi jej krzywdy.
– Co z naszym przewozem? – zapytał mimochodem, a w niej wezbrała nowa fala złości.
– Nic!– powiedziała przez zaciśnięte zęby– Nic wam nie powiem!– Spodziewała się wybuchu gniewu, tymczasem Robby patrzył na nią jakby takiej właśnie odpowiedzi się spodziewał. Na chwilę zapadła zupełna cisza.
– Pamiętasz siostrę Rebeckę?– mimowolnie w jej głowie pojawiły się wspomnienia wysokiej, otyłej siostry, chociaż nieraz dostała od niej manto, lubiła ją. Pokiwała lekko głową.
– Nie raz dostałem od niej lanie...– uśmiechnął się szyderczo. Przez następne pół godziny Angeline trochę się rozkręciła, słuchała jego wypominek, później zaczęła dorzucać własne, czuła się rozluźniona, nigdy nie miała okazji tak z kimś porozmawiać- kto zrozumie sierotę lepiej niż inna sierota?- Przed oczami stanął jej obraz Creiga. On nigdy nie zrozumie...żeby nie wiem jak się starał. Siedziała swobodnie oparta o ścianę, z lekkim uśmiechem na ustach, kiedy Robby pochylił się lekko w jej stronę, jego ręce zaś powędrowały za nią...nie protestowała, patrzyła mu tylko w oczy. Wiedziała, że teraz już niewiele może ją czekać. Co miała do stracenia?
Robby przytknął usta do jej warg, na chwilę straciła orientację, nie mogąc połapać się we własnych zmysłach, kilka sekund później mężczyzna oderwał się od niej i przetarł dłonią usta.
– No...– wykrzywił usta w uśmiechu– Już wiem co on w tobie widział. Cicha woda...– nagle na jego twarzy pojawił się groźny błysk.– Spodobasz się szefowi– otworzyła szeroko oczy i chciała wstać, poczuła, że nie może poruszyć nadgarstkami, odchyliła się lekko do tyłu..związane!
– Wybacz kochanie...– powiedział z udawanym, przepraszającym tonem.– Nie byłaby z nas dobra para.– zaczęła krzyczeć, ale wtedy on założył jej co na głowę i wszystko spowiła ciemność...mimo to nie przestawała wrzeszczeć, w pewnym momencie poczuła, że bierze ją na ręce i zaczyna gdzieś nieść.
– Zaraz przestanie się tak drzeć...– Usłyszała jakiś inny, męski głos. Creig? Nie, ten głos był wyższy. W pewnej chwili poczuła mocne uderzenie w tył głowy...przestała się wyrywać i straciła przytomność.
***
– No i po krzyku..– Powiedział Robby wkładając dziewczynę do samochodu i odwrócił się do swoich kompanów.
– Zawieźcie ją i zaraz wracajcie.– Tony i Paul pokiwali głowami i minutę później odjechali, Robby zaś chwilę popatrzył za odjeżdżającym samochodem i wrócił z powrotem do budynku.
  • awatar Lisa Angels: Wiedziałam! Po prostu wiedziałam, że kiedyś Creig wróci, a ja już gdzieś wywiozą. Ale szczerze trochę mnie zawiodła, że dała się tak wykiwać tej gnidzie.
  • awatar Panna15: Coooo??? Myślałam że on nie wróci xdd Sorki za niekomentowanie czy coś ale po prostu czasem nie miałam czasu ;/ ale zawsze czytam :* zapraszam w między czasie do siebie
  • awatar Zakira Luna: @Panna15: Kochana, ten komentarz doskonale świadczy o tym, że jednak nie czytasz ;) Gdybyś przeczytała wiedziałabyś doskonale o co chodzi- Lisa miała na myśli zupełnie coś innego... może przeczytaj ten rozdział "jeszcze raz" i powiedz mi w takim razie skąd i gdzie Creig w nim wraca, bo może to moje własne niedopatrzenie w mojej własnej historii ;)
Pokaż wszystkie (4) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 24
        W doskonałym humorze wszedł do jej celi, był pewien, że dowie się wszystkiego i Angeline w końcu będzie wolna. Wróci do domu i wreszcie będą mogli być razem, tak jak tego pragnął! Ona już na niego czekała, siedziała a kiedy zamknął za sobą drzwi wzięła głęboki wdech. Pochylił się i lekko ją pocałował. Odpowiedziała na pocałunek, ale wydawała się nieobecna, roztargniona.
– Wiem że nie lubisz tego pytania... – Uśmiechnął się, chcąc nieco rozładować atmosferę.- Ale muszę ci je zadać ostatni raz: Kiedy to się odbędzie? – Przełknęła głośno ślinę i spojrzała mu prosto w oczy. Już się nie bała.
– Nie powiem ci. – Powiedziała głośno i dobitnie kręcąc przy tym głową. Jej głos rozniósł się po małym pomieszczeniu głośniej niż kiedykolwiek. Otworzył szeroko oczy i przyjrzał jej się zszokowany.
– Co? – Wykrztusił w końcu, a ona wstała, by znaleźć się z nim na mniej więcej równej wysokości.
– Nie powiem. – Powtórzyła, a on brutalnie złapał ją za ręce.
– Żartujesz tak? O co ci chodzi? – Prawie krzyczał, ale ona pozostała niewzruszona. Wiedziała, że robi słusznie i to ją trzymało w kupie. Ja jestem jedna, ich mogą być setki- Nie dała się sprowokować.
– Nie skażę tych wszystkich kobiet na coś takiego. – Znowu pokręciła głową, a on odrzucił głowę do tyłu i wydał ryk wściekłości, jednocześnie puszczając jej ramiona, jakby właśnie się oparzył.
– A co cię oni obchodzą do jasnej cholery?! – Krzyczał zaciskając dłonie w pięści, lecz ona nie odpowiedziała, kontynuował więc swój wyrzut.
– Jesteś po prostu głupia, jeżeli w tym swoim świętoszkowatym uporze wolisz uratować jakieś tam kobiety niż wyjść stąd i być znowu wolna! Ze mną! –A więc dlatego tak się wściekał.
– To nie tak... – Próbowała mu wyjaśnić, ale on zupełnie jej nie słuchał.
– A jak?! Pieprzyłaś się ze mną, ale tak naprawdę nigdy nie miałaś zamiaru powiedzieć mi nic o tym przewozie! Dałem się nabrać na te twoje...
– Zamknij się! – Nie mogła dłużej wytrzymać, ale on jakby jej nie słuchał.
– Nie przejmuj się, dla mnie to też nic nie znaczyło! – To ją zapiekło. W jej oczach pojawiło się cierpienie. Chciała żeby on też cierpiał- zanim zdążyła się powstrzymać mocno się zamachnęła i z całej siły uderzyła go w twarz otwartą dłonią. Głośne plaśnięcie rozeszło się po pomieszczeniu, Creig nawet się nie zachwiał, odwrócił jedynie głowę, a kiedy znowu na nią spojrzał dostrzegła w nich dziką furię. Sekundę później poczuła na policzku piekący ból- oddał jej, a ona, od siły uderzenia, zachwiała się i upadła na łóżko, przykładając dłoń do piekącego policzka, po jej twarzy natychmiast popłynęły łzy. Spojrzała na swojego niedoszłego ukochanego, patrzył na swoją czerwoną dłoń, na twarzy malował się szok. Przeniósł spojrzenie na Angeline i natychmiast przy niej ukląkł, ona zaś odsunęła się na sam skraj pryczy, chcąc być jak najdalej od niego. Bała się go. Naprawdę się go bała.
– Angeline ja... – W głosie pobrzmiewała rozpacz mężczyzny zadającego ból. Wyciągnął do niej rękę, a ona wzdrygnęła się, choć jeszcze nie zdążył jej dotknąć. Ona się mnie boi –Przemknęło mu przez głowę. Nie chciał tego. Naprawdę nie chciał, ale stracił nad sobą kontrolę.
– Wybacz mi, wybacz mi na Boga... – Szeptał rozgorączkowany, patrząc na jej ból cierpiał niemalże tak samo, o ile nie bardziej, z pełną świadomością, że to on jest źródłem jej cierpienia i łez.
– Odejdź stąd.... – Powiedziała cicho, łzy wciąż płynęły po jej policzkach. – Nic wam nie powiem rozumiesz? Nic! – Wybuchła nagle. – Nienawidzę cię, jesteś taki sam jak ta twoja banda! – Wolałby żeby znowu go spoliczkowała. –Niczym się od nich nie różnisz! – Pociągnęła nosem, a on poczuł się dotknięty do żywego. Zranił ją. Wiedział o tym. Koncertowo wszystko spieprzył, zanim jeszcze na dobre się zaczęło. Wstał z klęczek i wyszedł, wiedząc że ona i tak nie zechce go więcej widzieć. W tej chwili już zupełnie nie obchodziła go ani mafia, ani ten przewóz. Chciał zapomnieć. Zapomnieć o tym wszystkim.
Wskoczył do samochodu i jeździł bez celu, nie mogąc przestać myśleć o tym co się stało, w końcu wrócił więc do domu, kiedy chciał wjechać na podjazd dostrzegł tam duży, terenowy samochód. Przestraszył się nie na żarty. Sonia!- Wyskoczył z samochodu i wpadł do środka, natychmiast się uspokajając. Przy wyjściu stało kilka osób, jego siostra zaś właśnie zakładała na plecy duży, podróżny plecak. Cholera, całkiem zapomniał o tym jej wyjeździe! Przywołał na twarz wymuszony uśmiech .
– Co ty tu robisz? Nie powinieneś być w pracy? – Sonia również się uśmiechała.
– I miałem puścić cię tak bez pożegnania? – Zapytał retorycznie i otworzył ramiona. Natychmiast w nie wpadła zupełnie nie zważając na zdziwione miny znajomych, a on zamknął ją w niedźwiedzim uścisku. Sonia nawet się nie domyślała, że w tej chwili on potrzebuje tego uścisku bardziej niż ona.
– Masz wszystko? – Wyszeptał jej do ucha, a ona pokiwała lekko głową.
– Zostawiłam ci jedzenie w lodówce, jeden pojemniczek na każdy dzień. – Mocniej ją do siebie przytulił.
– Dzięki. Dzwoń przynajmniej raz w ciągu dnia dobra? – Sonia usłyszała w głosie brata desperację i spojrzała na niego badawczo.
– Obiecuję. Wszystko okej? – Zapytała wciąż szeptem, teraz to on pokiwał głową. Nie chciał obarczać jej swoimi problemami, zwłaszcza przed wyjazdem. Wypuścił ją z objęć i poprawił wełnianą czapkę na głowie, po czym sięgnął do kurtki po portfel i wyciągnął kilka setek.
– Nie trzeba... – Powiedziała, ale on nie dawał za wygraną. Zawsze tak mówiła. – Matka zrobiła mi przelew... – Przygryzła wargę badając jego reakcję. On zaś zacisnął zęby, i wsunął jej pieniądze do kieszeni jasnej kurtki.
– Dzięki. – Powiedziała lekko przewracając oczami, a on znowu się uśmiechnął. Chociaż cierpienie rozrywało go od środka, nie mógł dać tego po sobie poznać.
– Macie jej pilnować... – Zwrócił się do jej roześmianych towarzyszy. – Bo inaczej... – Pogroził im pięścią żartobliwie. Kilka minut później drzwi się za nimi zamknęły. Został sam. Całkiem sam. Poszedł na górę i zamknął się w swojej sypialni, po czym z biurka wyciągnął nienapoczętą butelkę wódki, nie zatroszczył się nawet o kieliszki. Palący płyn spłynął mu do gardła, po kilku łykach zaczęło lekko kręcić mu się w głowie. Pił wciąż i wciąż, dążył do całkowitego zapomnienia-był dorosłym facetem, wiedział, że alkohol nie rozwiąże jego problemów. Ale jeżeli pozwoli mu zapomnieć o nich choćby na kilka chwil...dobre i to. Miał mocną głowę, po wypiciu całej butelki, wciąż był w pełni świadomości, choć pijany. Niechcący trącił puste naczynie i szkło rozbryzgało się po podłodze w drobny mak, jeden z odłamków skaleczył go w rękę, ale zupełnie tego nie zauważył. W szafie znalazł jeszcze do połowy opróżnioną butelkę koniaku, usiadł tym razem na łóżku i wypił ją w niemalże dwóch łykach,  ale to było już za dużo- w pewnym momencie butelka wypadła mu z rąk, sprężyny w łóżku głośno zaprotestowały, kiedy w końcu zapadł w głęboki sen.
  • awatar Lisa Angels: Brak mi słów. Wszystko się posypało... współczuje im obojgu, jedna decyzja, jeden niekontrolowany ruch i niczym butelka, życie rozsypuję się na miliony kawałków. Bosz. Daj do końca te rozdziały, bo ja tu nie wyrobię!
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 23
        Delikatnie gładził ją po plecach i wpatrywał się w sufit, dopóki nie wyczuł pod palcami gęsiej skórki. Wtedy sięgnął pod plecy i jedną ręką nakrył ich oboje ciemnym kocem. Podniosła lekko głowę i oparła mu na mostku tak, by móc na niego spojrzeć.
– Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. - Czuł, że musi jej to powiedzieć. Zaśmiała się lekko.
– Jeżeli chcesz mi powiedzieć że nigdy nie byłeś z kobietą, to wiedz że ci nie uwierzę...
– Nie o to mi chodziło... – Zaczął. Nigdy nie zaangażował się aż tak emocjonalnie.
– Wiem. – Przerwała mu dziewczyna, jednocześnie kładąc mu palec wskazujący na ustach. Nie przerywając kontakty wzrokowego uchylił wargi i lekko go pocałował. Zobaczył w jej oczach coś co napawało go lękiem i radością jednocześnie. Jeżeli tylko sobie tego nie wymyślił dostrzegł w nich...miłość.
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. – Wyszeptała i pocałowała go lekko, przesuwając dłoń na jego policzek. Zaskoczyła go, nie spodziewał się, że będzie pamiętać o jego urodzinach. A jednak, nie przestawała go zadziwiać. – Nie mam dla ciebie prezentu. – W jej głosie pobrzmiała nutka smutku.
– Ty jesteś najlepszym prezentem. – Zapewnił ją zgodnie z prawdą, a ona uśmiechnęła się ciepło. Przez chwilę leżeli w milczeniu, jedynie wpatrując się w siebie nawzajem.
– Musimy wstać. – Znów pogładził ją po plecach, ale ona tylko mruknęła coś pod nosem. – Mogą wrócić w każdej chwili. – Ten argument do niej przemówił, oparła się rękami o klatkę piersiową Creiga i lekko uniosła, po czym całkowicie wstała, rozglądając się za częściami swojej garderoby. Nie mógł powstrzymać się od jawnego gapienia się na jej piękne, jędrne ciało...sam ubrał się dopiero kiedy wciągała przez głowę biały sweter.

***
        W tym czasie, trzech rosłych mężczyzn wkroczyło do eleganckiego domu na Manhattanie, jeden z nich aż gwizdnął na widok otaczającego go luksusu.
– A ja muszę mieszkać w jakieś starej ruderze... – Powiedział Tony i dostrzegł na talerzu w kuchni tosty, natychmiast się na nie rzucił, nie miało dla niego znaczenia że zostały zrobione trzy dni temu. Jego brat w tym czasie odruchowo zaczął przeszukiwać szafki w salonie, mając nadzieję, że natrafi na coś cennego. Robby popatrzył na nich z politowaniem.
– Debile... – Powiedział i powoli ruszył na górę, po czym rozejrzał się w poszukiwaniu wspomnianej szafki. Tuż przy schodach dostrzegł niewielką komodę z ciemnego drewna a na niej...gruby czarny folder. Uśmiechnął się z satysfakcją i zabrał go, nie przyszło mu nawet do głowy by zajrzeć do środka. Zszedł na dół i zastał swoich towarzyszy tak jak ich zostawił. Każdy z nich miał już pełne kieszenie, kłócili się właśnie o jakąś błyskotkę, Robby wsunął teczkę pod pachę i zagwizdał na palcach. Natychmiast przerwali i spojrzeli na niego, ani na chwilę nie puszczając złotego łańcuszka.
– Idziemy. – Powiedział krótko i podszedł do nich, po czym stanowczo wyciągnął naszyjnik z ich chciwych rąk i przyjrzał mu się uważnie. Zmrużył oczy. Prosty, złoty krzyżyk dyndał na cienkim łańcuszku, odwrócił go i dostrzegł niewielkie grawerowanie. Nie musiał wytężać wzroku by je odczytać. Wiedział co na nim jest. Wiedział, bo sam nosił taki łańcuszek od kilkunastu lat.
– Wezmę to sobie. – Żaden z jego towarzyszy nie odważył się zaprotestować, kiedy schował znalezisko do kieszeni i ruszył w stronę drzwi. Wsiadł do samochodu, oczywiście zajmując miejsce kierowcy i ruszył gwałtownie, Paul zatrzasnął drzwi w ostatniej chwili. Kiedy bracia wyceniali swoje znaleziska, myśli Robby'ego powróciły do łańcuszka. Kto by pomyślał...-Jego zdaniem dziewczyna nie wyglądała jakby wyszła z bidula. Nie mógł jej pamiętać, ani znać, część dla chłopców i dziewcząt zawsze była oddzielona i jakakolwiek niesubordynacja była natychmiast karana przez na pozór kochane zakonnice. Przed oczami stanęły mu obrazy przeszłości.
        Małe mieszkanie. Matka całuje mnie po główce i mówi że niedługo wróci. Nie płacze, znowu jest pijana. Czekam na mamusię. Jestem głodny. Przychodzi jakiś duży pan w stroju policjanta i bierze mnie na ręce. Nie, zostaw mnie! Muszę czekać na mamusię...Jakaś kobieta w białym kitlu pochyla się nade mną.
– Zdrowy. – Mówi do pana w stroju policjanta. – Tylko wychudzony. – Pani kręci głową. –Jak można zostawić pięcioletnie dziecko...- Szepczą coś między sobą, ale ja nic nie słyszę. Duża pani w czarnej sukience uśmiecha się do mnie. Jest stara, na głowie ma czarny welon, a na szyi duży krzyż. Łapie mnie za rękę i mówi że wszystko będzie dobrze...
        Zatrzymał się na czerwonym świetle w ostatniej chwili, Tony i Paul szarpnęli się do przodu z przekleństwem, biżuteria latała po całym samochodzie.
– Co to odwalasz? – Naskoczył na niego Tony, ale nie odpowiedział, pozwolił im pozbierać swoje błyskotki i gwałtownie ruszył z miejsca kiedy tylko światło się zmieniło, piętnaście minut później wręczał już czarną teczkę Creigowi. Ten nic nie powiedział, pokiwał tylko lekko głową i dał im znać, by wyszli. Nagle rozległ się dziwny brzęk. Mężczyzna wychylił się za biurkiem i dostrzegł niewielką bransoletkę, przyjrzał się swoim podwładnym i złość w nim zawrzała na widok wypchanych kieszeni braci.
– Co to ma być?! – Ryknął na nich. – Mieliście tylko przynieść teczkę! Wszystko na biurko, ale już!
– No co ty... – Próbował negocjować Paul, ale przerwał pod jego zimnym spojrzeniem. Po chwili wahania obydwaj bracia podeszli i bez słowa zaczęli opróżniać spodnie. Blat zapełnił się biżuterią różnego rodzaju, kolczyki, bransoletki, nic jednak nie wydawało się szczególnie wartościowe.
– A ty?- Tony spojrzał na Robby'ego, a ten zmroził go spojrzeniem – Dawaj łańcuszek! –Dopowiedział, a Creig zmrużył oczy.
– Jaki łańcuszek? Coś ci się pochrzaniło dzieciaku... – Choć był niewiele starszy od swoich kompanów, często tak właśnie się do nich zwracał. – Zostawiłem go w tej willi... – Zwrócił się do Creiga. – Kłócili się o jakiś pozłacany łańcuszek, dasz wiarę? Prawie go rozerwali... – Creig pokręcił głową, mając już dość całej tej dyskusji i machnął na nich ręką, by w końcu wyszli. Nie mógł dostrzec chytrego uśmieszku, jaki pojawił się na twarzy Robby'ego. Otworzył teczkę i ujrzał mnóstwo szczelnie zapakowanych dokumentów, niektóre były w kopertach, inne w koszulkach, ale nie znalazł nic co byłoby luzem. I nic po angielsku. Jak niby miał określić o który list chodzi? Zamknął teczkę i z całą jej zawartością zszedł przez szyb do podziemi.
***
        Angeline czekała na niego niecierpliwie, chciała mieć to już wszystko za sobą, była tak blisko, tak blisko! Nagle usłyszała odgłos otwieranego zamka i wstała gwałtownie. Creig wkroczył do celi, mając na sobie szarą koszulkę na ramiączka- zarumieniła się, przypominając sobie koszulę którą miał na sobie wcześniej i guziki pośpieszne zamiatane pod pryczę. Wszedł, zamknął drzwi i pomachał jej przed oczami znajomą teczką. Wzięła ją od niego i usiadła, chcąc znaleźć odpowiedni dokument, poczuła jak prycza ugina się pod ciężarem i spojrzała na Creiga z uśmiechem.
– Po co temu całemu Saragino data tego przewozu? – Zapytała, kiedy Creig niewinnie bawił się jej włosami.
– Chce go przejąć... – Odparł jak gdyby nigdy nic i przesunął palcem po zakrzywieniach jej ucha. Jego dotyk nieco ją rozpraszał, jednak nie na tyle, by całkiem stracić jasność umysł.
– I co potem zrobi z tymi ludźmi? – To te kobiety o których mówił jej Creig?
– Pewnie gdzieś ich sprzeda. – Wzruszył ramionami, jakby rozmawiali o pogodzie, a jej serce stanęło w miejscu. Mocno zagryzła wargi. Droga do wolności nie wydawała jej się teraz taka prosta...
– Znalazłaś? – Zapytał jej towarzysz, a ona pokiwała głową, wyciągając dużą, białą kopertę. Odłożyła teczkę na stolik i delikatnie rozerwała pakunek z dokumentem. Cholera! – Zaklęła w duchu widząc jak krótki jest list. Jeżeli miała nadzieję grać na zwłokę, to raczej jej się to nie uda...Przeczytała go pobieżnie, był bardzo kulturalny, ze wszystkimi honorami i zawierał konkretne informacje. Przewóz miał się odbyć dwudziestego siódmego października, o dziesiątej rano. Długo nie podnosiła wzroku znad białej kartki, wiedziała, że Creig wpatruje się w nią intensywnie...co miała mu powiedzieć? Co miała zrobić?
– Jutro rano będę wszystko wiedziała. – Powiedziała mając nadzieję, że tym go przekona. Zmarszczył brwi.
– Dopiero jutro?
– To nie jest takie proste jak się wydaje – Chciała wyglądać w tej chwili jak profesjonalistka. –Zwłaszcza bez słownika. – Zdobyła się na niewielkie kłamstwo.
– Potrzebna mi jest tylko data. – Jego głos stał się chłodny, wyniosły.
– Wiem. – Uśmiechnęła się do niego z wymuszeniem – I podam ci ją. Jutro rano. – Musiała czymś odwrócić jego uwagę, pochyliła się więc lekko i musnęła jego wargi swoimi. Ku jej zaskoczeniu, przytrzymał ją kiedy chciała się odsunąć i pogłębił pocałunek, po czym szybko się od niej oderwał i wstał.
– Jutro rano. – Oddech miał równie płytki co ona, ale na szczęście kilka sekund później wyszedł i zostawił ją samą. Kiedy tylko drzwi się za nim zamknęły, załamała ręce. Co ja mam zrobić?- Szukała odpowiedzi, ale te nie chciały się pojawiać. Perspektywa opuszczenie tego okropnego miejsca była nazbyt kusząca...podobnie jak obietnice Creiga. Ale nie chciała okupywać swojej wolności cudzą. Nie chciała tego z całego serca.  Przypomniała sobie przysięgę składaną przed ministrem sprawiedliwości: "Mając świadomość znaczenia moich słów i odpowiedzialności przed prawem, przyrzekam uroczyście, że powierzone mi zadania tłumacza przysięgłego będę wykonywać sumiennie i bezstronnie, dochowując tajemnicy prawnie chronionej oraz kierując się w swoim postępowaniu uczciwością i etyką zawodową." Znalazła się w matni, w sytuacji bez wyjścia...wolnośc przeciwko sumieniu...Miała im powiedzieć? Nie!- Jej umysł protestował zaciekle.Ale czy miała inne wyjście? Co z nią zrobią, jeśli nie poda im tej daty? Każdy na moim miejscu zrobiłby wszystko, by się stąd wydostać! –Schowała dokument z powrotem do teczki i w tej chwili podjęła decyzję. Już się nie bała.
_________________________________________________________
ZBLIŻAMY SIĘ DO KOŃCA!!! :D
  • awatar Lisa Angels: Teraz już nie mogę się doczekać, w życiu nie chciałabym podejmować takiej decyzji. Z jednej strony życie, z wyrzutami sumienia, a z drugiej niewola, ba nawet śmierć. Jak życie może się różnie potoczyć. Angeline, swoją ciężką pracą i talentem udało się piąć do góry(pomimo kredytu i tak nie najgorzej jej się wiodło), a Robby... co tu dużo gadać zbir jakich mało. Ciekawe co nam przygotowałaś w związku z tym. Bo znając ciebie nie przejdzie to bez echa :D
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
– Co ty sobie myślałeś? Upiłeś mojego chłopaka? – Naskoczyła na niego, ale nawet ona nie była  w stanie zepsuć mu teraz humoru.
– Też się cieszę, że cię widzę... – Powiedział i pomachał przed nią pojedynczym butem, trzymając go za sznurówki. Sonia zrobiła się blada jak ściana.
– Co ty mu zrobiłeś? – Wyszeptała, przykładając dłoń do gardła, a on ryknął głośnym śmiechem.
– Zostawił to przypadkiem w moim samochodzie. Wiedziałaś że mieszka z matką? – Natrząsał się.
– Wiem. – Spojrzała na niego z politowaniem. – Jak większość dwudziestolatków – Zastanowił się. Może i miała rację. Zmarszczył brwi.
– No tak... – Wymamrotał i położył jej but na złożonych rękach.
– Oddaj mu to. – Poklepał ją po ręce. – I pozdrów ode mnie. – Mrugnął i ruszył po schodach, na piątym schodku znowu zatrzymał go jej głos.
– Hej! Nie powiesz mi nic więcej? – Spojrzała na niego wyczekująco.
– To porządny gość... – Odparł, sam trochę zdziwiony prawdziwością tych słów, a ona pokraśniała z radości.
– Wiedziałam! – Jej usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu, on zaś ponowił swą wędrówkę na górę, wziął szybki prysznic i położył się do łóżka. Jutro czeka go pracowity dzień... Tuż przed zaśnięciem jego myśli powróciły do Angeline, żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, że tej nocy będą śnić cudowne sny o sobie nawzajem...sny, które być może pewnego dnia staną się rzeczywistością.
        Dźwięk budzika siłą wyciągnął go z sennych marzeń, wstał, ubrał się w jeansy, czarną koszulę z długim rękawem i natychmiast ruszył do biura, uznał, że po drodze kupi coś do jedzenia dla siebie i Angeline.
        W jej celi pojawił się pół godziny później, trzymając w dłoniach dwie , dobrze zapakowane kanapki, dokupił również butelkę wody. Wszedł do celi, Angeline wyglądała, jakby właśnie na niego czekała. Przez chwilę stał niepewnie, nie bardzo wiedząc jak ma się z nią przywitać...pocałunkiem? Po snach dzisiejszej nocy miał na to ogromną ochotę, nie chciał jednak wywierać na niej żadnej presji, usiadł więc tylko koło niej, tym razem znacznie bliżej niż zwykle, ich ramiona lekko się stykał i podał dziewczynie kanapkę. Uśmiechnęła się do niego i w ciszy zaczęli jeść. Jak zwykle skończyła na długo przed nim, ale nie odezwała się ani słowem, siedziała tylko, przyglądając mu się intensywnie. Odchrząknął lekko, kiedy i jego posiłek dobiegł końca.
– Zaraz zawołam chłopaków –  Odchrząknął. Jeszcze zanim wszedł upewnił się, że jego banda już jest – A ty powiesz im, gdzie jest ta teczka.-
– Przyjdą tutaj? Wszyscy? – Dojrzał przerażenie w jej oczach, więc uniósł ramię i odruchowo objął ją w pasie, chcąc dodać jej otuchy. Nie zaprotestowała, ani nie zaczęła się wyrywać, a tego właśnie obawiał się najbardziej.
– Nie bój się. – Powiedział zdecydowanie. – Ja też tu będę. Nie pozwolę im cię tknąć choćby palcem.- Zagryzła wargi, przez chwilę toczyła wewnętrzną walkę, po czym z miną pełną wahania pokiwała głową. Uśmiechnął się pokrzepiająco i wstał.
– Zaraz wrócę.
***
        Oddychała coraz szybciej, serce tłukło się w jej piersi niczym ptak umieszczony w za ciasnej klatce. Złożyła dłonie na kolanach i palcami wystukiwała niespokojny rytm. Jej zdenerwowanie sięgnęło zenitu, kiedy drzwi zostały otwarte i mikroskopijna cela wypełniła się mężczyznami: Pierwszy był Creig, za nim cała reszta. Wstała i wyprostowała się, chcąc wyglądać na pewniejszą siebie, niż była w rzeczywistości, ale nie wiedziała na ile jej się udało. Przerażenie rosło, kiedy po kolei patrzyła w twarz swoim oprawcom. Od całej trójki nigdy nie zaznała nic innego niż krzywdy. Creig stanął najbliżej, najchętniej schowałaby się za jego plecami... Zerknął na nią i przemówił do swoich towarzyszy.
- Pójdziecie dzisiaj do domu dziewczyny. Wszyscy trzej.- Zdziwiła się lekko słysząc jak zimny i oschły był jego ton. Ale takich jak oni trzeba trzymać krótko, co do tego nie ma wątpliwości. Przyszło jej też do głowy, że umyślnie nie użył jej imienia. Nie była tylko do końca pewna dlaczego.- I przyniesiecie mi pewną teczkę. Gdzie ona jest?- Zwrócił się do Angeline, a ona wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić, lekko łamiącym się głosem.
– Na piętrze. – Odchrząknęła. – Leży na szafce przy schodach. – Powiedziała nieco głośniej.
– Wiem gdzie... – Powiedział nagle Robby i uśmiechnął się, ukazując wszystkie zęby niczym zwierzę, Angeline przeraziła się.
– To świetnie. – Odpowiedział mu arogancko Creig. – Do roboty, macie czas do południa. –Angeline była pod wrażeniem posłuchu, jaki ma Creig u tych zbirów...Niemal natychmiast wykonali jego polecenie.
– Która jest właściwie godzina? – Zapytała zaraz po ich wyjściu.
– Koło dziewiątej... – Odparł Creig i przyglądał się jej z lekko przechyloną głową. Zaczerwieniła się pod tym spojrzeniem, takim jeszcze jej nie obdarzył. Delikatnie złapał ją za łokieć i obrócił ku sobie, po czym przejechał opuszkami palców po jej przedramieniu, aż dotarł do dłoni i splótł jej place ze swoimi. Zrobiło jej się gorąco, rumieniec wykwitł na szyi i policzkach, oddech przyspieszył...Przysunęła się do niego bliżej, na tyle blisko, że biorąc wdech lekko ocierała się o niego biustem.
        Sądził że zwariuje. Ogarniała go coraz większa gorączka, jej piersi raz po raz lekko go dotykały, była na tyle blisko, że czuł na szyi jej ciepły oddech...Nagle pochylił się, złapał ją obiema rękami za policzki i wpił się w jej wargi, nie był w stanie dłużej się kontrolować. Wydał z siebie jęk, kiedy zdał sobie sprawę, że Angeline zaczęła odpowiadać na jego pocałunki z równą zapalczywością, objęła go i mocno przyciskała do siebie, chcąc jak najbardziej zmniejszyć dystans między nimi. I stali tak, spleceni w miłosnym uścisku, aż napięcie stało się zbyt wysokie, by moc ugasić je wyłącznie pocałunkami...Lekko się od niej odsunął, na tyle, że zdołał chwycić rąbek jej swetra, na sekundę oderwał się od jej ust, ale kiedy sweter już przeszedł jej głowę i wylądował na podłodze, natychmiast do niego wróciła, jej język wdarł się w jego usta, całowała go z taką pasją, jakby to był ich ostatni pocałunek. Jednocześnie mocno złapała go za klapy koszuli po obu stronach i mocno pociągnęła, guziki z brzękiem upadały na podłogę, jeden za drugim, pomógł jej trochę i wkrótce i on był bez koszuli. Nie mógł napatrzeć się na jej ciało, kiedy ona rytmicznie gładziła go po odsłoniętym torsie, po czym sięgnęła do rozporka jego spodni, kilka sekund później stał przed nią już tylko w bokserkach, atmosfera w celi stawała się coraz gorętsza, Angeline sama zsunęła swe czarne spodnie i skopała je w najbliższy kąt, a on sięgnął za jej plecy i z białego biustonosza uwolnił pełne piersi, jęk zachwytu jaki przy tym wydał wprawił ją w cudowną euforię. Nie chcąc tracić więcej czasu złapał ją za pośladki i uniósł do góry, opierając sobie na biodrach, po czym delikatnie położył na szarej pryczy. Oczy miała przymknięte, usta rozchylone, piersi unosiły się i opadały w zgodnym rytmie, kiedy on legł na niej i oparł się na przedramionach, by zbytnio nie obciążyć jej ciężarem swego ciała, pochylił się i mokrymi pocałunkami wyznaczył drogę od jej szyi, do pępka i z powrotem, ona zaś raz za razem wydawała z siebie jęki rozkoszy, wbijając mu paznokcie w plecy, w pewnej chwili zapamiętale przyciągnęła jego głowę do swojej i zaczęła namiętnie całować, ich języki tańczyły wokół siebie w zgodnym tańcu, w jej pocałunkach wyczuł taką moc i zapamiętanie, jakby od tego zależało jej życie...Zamarł nagle. A co jeśli...- Używając całej samokontroli jaka mu jeszcze pozostała, ponownie uniósł się na łokciach i spojrzał prosto w jej niebieskie, zdziwione oczy.
– Czy pragniesz tego równie mocno co ja? – Zapytał ochryple, marszcząc przy tym brwi, a ona w lot pojęła o co chodzi i uśmiechnęła się delikatnie. Wyciągnęła dłoń i pogłaskała go po policzku, wyczuwając napięte mięśnie
– Nie. – Odparła, na sekundę zobaczyła w jego oczach coś na kształt cierpienia, ale nie dała mu szansy się od siebie odsunąć. – Bardziej. – Powiedziała dobitnie, patrząc mu prosto w oczy, jakby w ten sposób chciała przejrzeć jego duszę. Wydał z siebie lekkie westchnienie ulgi i czegoś jeszcze...nie była w stanie tego określić, bo  jego usta znów opadły na jej własne wargi, niemalże je miażdżąc, ale kiedy chciała pogłębić pocałunek, lekko przygryzł jej dolną wargę i znowu się odsunął, patrząc na nią rozpalonym od pożądania wzrokiem.
– Nie sądzę. – Powiedział gardłowo i wrócił do podjętej gry miłosnej. Ich wilgotne ciała splecione w mocnym uścisku, poruszały się w zgodnym rytmie, pasując do siebie idealnie, a kiedy wydawało się jej, że jest już na skraju wytrzymania, on wydał z siebie jęk rozkoszy, i tym samym natychmiast pociągnął ją za sobą. W  momencie największego uniesienia przyciągała go do siebie jeszcze bliżej, raz za razem wyszeptując jego imię. Nie ważne gdzie się znajdowali, ani w jakich okolicznościach. Liczyli się tylko oni.
– Creig...Creig...Creig. – On zaś nie pozostawał jej dłużny, w końcu, kiedy obydwoje osiągnęli zaspokojenie opadł na nią bez sił i choć trochę przeszkadzało jej to w normalnym oddychaniu, nie miała zamiaru mu o tym mówić. W pewnym momencie podniósł głowę i spojrzał na nią nieco przytomniej, choć rysy twarzy wciąż miał rozmyte od niedawno zaznanej rozkoszy. Jakimś cudem zdołał położył się na boku i lekko pociągnął ją na siebie, lądując na plecach. Teraz to ona leżała na nim, inaczej się nie dało, łóżko było na to za wąskie, i w końcu mogła złapać oddech. Przepełniało ją uczucie takiego szczęścia, że miała wrażenie, jakby to szczęście miało za chwilę w niej eksplodować. Nie mogła znaleźć odpowiednich słów, oparła mu więc głowę na piersi i wsłuchiwała się we wciąż szybkie bicie jego serca. W miarę ono się uspokajało, ona również dochodziła do siebie.

_________________________________________________________
Aż sama boję się tego rozdziału i waszej reakcji :P
  • awatar Fanka: Codziennie wchodzę i zaglądam czy jest rozdział ; p. Kochana piszesz naprawdę bosko i już kolejnego się doczekać nie mogę ; p.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
– Creig! Wstawaj! – Sonia brutalnie nim potrząsała, machnął parę razy rękami chcąc ją odgonić, niczym natrętną muchę brzęczącą nad uchem, ale nie dawała za wygraną. Po chwili podniósł się i spojrzał na nią wilkiem.
– Co? – Głos miał wciąż zachrypnięty, z lekką nutą rozdrażnienia, ale ona zdawała się tego nie zauważać.
– Matka przyjechała! – Momentalnie się otrzeźwił, niemal wyskoczył z łóżka i lekko odsunął roletę, by spojrzeć na podjazd: Z czarnej hondy właśnie wysiadała na pozór elegancka kobieta koło pięćdziesiątki, ubrana w czarną garsonkę. Ich matka.
–  Czego ona tu chce? – Powiedział bardziej do siebie i pół sekundy później rozległo się głośne pukanie do drzwi. Creig zszedł po schodach, za nim kroczyła Sonia, sprawiała wrażenie, jakby chciała się schować. Otworzył drzwi i przyjrzał się matce zimno: Czarne, farbowane włosy miała spięte w cienki, natapirowany kok, oczy podkreślone hebanową kredką i jaskrawoczerwone usta. Przy jej uszach dyndały drobne kolczyki, pojedyncze diamenty w kształcie łezek, szyję zaś zdobił dopasowany naszyjnik. W ręku trzymała czarną, służbową teczkę. Jakby szła na pogrzeb...
– Czego chcesz? – Zapytał zimno, nie dając jej dojść do słowa. Uniosła lekko idealnie wyskubaną brew i posłała mu wrogie spojrzenie.
– Tak witasz matkę? – Zabrzmiał oschły głos. – Odsuń się, nie przyjechałam do ciebie. Chciałam zobaczyć się ze swoją córką. – Prychnął i mocniej zacisnął dłoń na klamce.
– Teraz sobie przypomniałaś że to twoja córka? – Kiedyś nie odważyłby się tak do niej powiedzieć, ale teraz nie miał już żadnych hamulców.
– W porządku Creig... – Rozległ się cichutki głos za nim. – Wpuść ją. – Niechętnie przesunął się i pozwolił matce przejść, zapach jej perfum niemalże go zadusił. Z trzaskiem zamknął drzwi i odwrócił się: Katherine Williams właśnie jawnie lustrowała ich salon Zacisnął zęby napotykając jej drwiące spojrzenie.
– Tobie się nawet nie dziwię... – Spojrzała na niego złośliwie – Ale ty Sonia, zasługujesz na coś lepszego niż ta rudera – Użył całej swojej samokontroli, by nie uderzyć jej w twarz i siłą nie wyrzucić na bruk. Tym bardziej, że jego siostra udawała, że zupełnie nie słyszy jej obelg.
– Usiądź tu, mamo... – Wskazała jej krzesło w kuchni, a tamta natychmiast zajęła wskazane miejsce. Creig uznał, że nie zostawi siostry samej, po chwili wahania zajął więc miejsce obok, zakładając dłonie na piersi, Sonia zaś zaczęła się krzątać.
– Napijesz się czegoś? – Zapytała z nadzieją w głosie, ale Katherine tylko pokręciła głową.
– Nie zostanę długo. – Odparła, a Creig nie mógł powstrzymać drobnej złośliwości.
– Co za szkoda... – Powiedział sarkastycznie, a kobieta przygwoździła go spojrzeniem.
– Naprawdę tego nie rozumiem... – Zwróciła się do Soni. – Wolisz mieszkać tu, z tym...barbarzyńcą niż ze mną i ojcem w normalnym domu. – Creig zakrztusił się teatralnie. W normalnym domu? O ich domu wszystko można było powiedzieć...ale nie to. Już bardziej normalny był dom rodziny Adamsów.
– Przypomnij sobie dlaczego... – Teraz to on patrzył na nią wrogo, Sonia nie była owocem prawego związku, została poczęta wskutek romansu matki z jej współpracownikiem...ojciec nienawidził więc małej Soni z całego serca, zaś matka miała do niej pretensje o to że w ogóle żyje. Najgorzej było kiedy Creig w wieku piętnastu lat wylądował w poprawczaku...została sama. Kiedy wyszedł i poszedł ją odwiedzić, przeraził się...była zahukana i zlękniona. Wtedy postanowił się nią zająć. Kobieta  uniosła wysoko podbródek, prezentując teraz całą swą arogancję. Sonia w końcu usiadła, znalazła się teraz naprzeciwko swojego brata, po lewej stronie matki.
– Wciąż chcesz jechać na te warsztaty? – Ostentacyjnie zignorowała Creiga i znowu zwróciła się bezpośrednio do swojej córki, tamta pokiwała głową nieśmiało. Wtedy Katherine otworzyła teczkę, wyjęła portfel i odliczyła kilka setek, następnie podając je córce. Sonia patrzyła na Creiga spanikowana, nie wiedziała jak ma zareagować, on zaś poruszył się niemal instynktownie: Wziął z rąk kobiety pieniądze, pochylił się i wrzucił jej z powrotem do otwartej teczki.
– Nie potrzebujemy twojej jałmużny. – Wycedził. Nagle bardziej niż kiedykolwiek zapragnął wykrzyczeć jej wszystko co leżało mu na sercu...wiedział jednak, że tym samym sprawiłby przykrość swojej siostrze, powstrzymał się więc. Kobieta spojrzała na niego jeszcze bardziej wrogo, nagle coś odwróciło jej uwagę, zaczęła szybko grzebać w skórzanej teczce...po kilku sekundach wyciągnęła z niej dotykowy telefon.
– Tak? – Zaczęła. – W porządku. Rozumiem, wstrzymaj się...będę za godzinę. – Rozłączyła się bez pożegnania.
– Wciąż załatwiasz sprawy rodzinne między jednym spotkaniem a drugim.... – Pokręcił głową z niesmakiem. – Nic się nie zmieniłaś. – Kobieta już otwierała usta by mu odpowiedzieć, ale niespodziewanie przerwała jej Sonia.
– Mamo, zaczekasz chwilkę? Chcę ci coś pokazać. – Uśmiechnęła się i biegiem ruszyła po schodach na górę. Zostali sami.
– W co ty sobie pogrywasz? – Zapytał cicho Creig, w końcu mógł potraktować ją tak, jak miał na to ochotę. - Myślisz że można ją kupić? Że odgrywając troskliwą mamuśkę sprawisz że do ciebie wróci?
– Wróci. – Powiedziała kobieta pewnie. – Nie ma ludzi nieprzekupnych. – Miał ochotę napluć jej prosto w twarz.
– Nie licz na to. Dopóki żyję, nie zbliżysz się do niej. – Poinformował ją lodowato.
– Zobaczymy.
– Wynoś się z mojego domu! – Dłużej nie mógł jej słuchać, nie wiedział, jak długo zdoła się kontrolować – I nigdy nie wracaj!
        Kobieta wstała i dumnym krokiem ruszyła ku wyjściu, jej obcasy postukiwały na starej podłodze. Położyła dłoń na klamce, wiedziała, że syn  nie ma zamiaru jej otworzyć, i odwróciła się lekko.
– To jeszcze nie koniec. – Nie odpowiedział, tylko zacisnął dłonie w pięści, a wtedy ona wyszła, zamykając drzwi z zadziwiającą lekkością. Odetchnął głęboko i usłyszał kroki na schodach, obrócił się i spojrzał prosto w rozczarowane oczy Soni.
– Poszła już? – Zapytała, choć doskonale znała odpowiedź. – Chciałam pokazać jej mój indeks... – Zastygła, ściskając w dłoniach mały kajecik. Chciał trochę złagodzić jej cierpienie, nie mógł na to patrzeć.
– Spieszyła się na te spotkanie... – Kłamał jak z nut. – Strasznie żałowała i kazała cię pozdrowić. – Wypowiedzenie tych słów wiele go kosztowało...ale widząc nieśmiały uśmiech na ustach Soni stwierdził, że było warto. Do głowy przyszedł mu pewien pomysł, Tak, to na pewno uszczęśliwi Sonie...i może być całkiem zabawne-Pomyślał.
– Sonia...Dałabyś mi numer do tego twojego Stewarta? Pomyślałem że zaproszę go na piwo, pogadamy sobie... – Jej twarz natychmiast się rozjaśniła, pojawił się na niej szczery, szeroki uśmiech.
– Jasne. – Zaraz jednak zmarszczyła brwi. – Nie idziesz dziś do pracy? – Creig zaklął w duchu. Powinien iść? Po wczorajszej rozmowie z Angeline i dzisiejszym poranku jakoś nie miał ochoty z nią rozmawiać...Podrzucę jej tylko jedzenie – stwierdził.
– Nie, mam dziś wolne, muszę tylko zawieźć papiery dla szefa. – Kłamstwo gładko przeszło mu przez gardło. Sonia klasnęła w dłonie.
– To wspaniale! Z tego co wiem, Stewart nie ma dzisiaj wykładów...zaraz do niego zadzwonię! – I cała w skowronkach pobiegła z powrotem na górę, Creig w tym czasie zjadł śniadanie, o mało nie obcinając sobie przy tym palca...Po chwili jego siostra zbiegła na dół.
– Chcesz kanapkę? – Zapytał, a ona pokręciła głową w zniecierpliwieniu.
– Umówiłam was na piętnastą ! – Powiedziała na prędce, wciąż cała rozładowana, a Creig jęknął. Dopiero na 15? Co ja będę robił przez cały dzień? – Odpowiedź niemal sama się nasuwała...
– Świetnie. – Powiedział jednak, kończąc ostatnią kanapkę. – Gdzie?
– W sześćdziesiątce. – Ponownie wydał z siebie jęk.
– Dlaczego akurat tam? – Zapytał niby od niechcenia.
– Bo to fajne miejsce. – Odparła po prostu, a on pokręcił głową w rozbawieniu. – Tam się poznaliśmy...a potem jeszcze okazało się, że studiujemy na tej samej uczelni! – Creig zakrztusił się. To wiele wyjaśnia – Pomyślał przypominając sobie wątłego Stewarta.
– Dzięki. – Odpowiedział i postawił pusty talerz na blacie. – Pojadę z tymi papierami, będziesz cały czas w domu?
– Myślę, że tak... – Zastanowiła się. – Pewnie później wyskoczę po jakieś zakupy, muszę się jeszcze trochę pouczyć... – Pokiwał głową i skinął jej głową na pożegnanie.
– Na razie. – Rzucił i zaczął zbierać się do wyjścia.
– Nie miałeś zabrać jakiś dokumentów? – Zawołała Sonia nieco podejrzliwie, a on natychmiast skłamał:
– Są już w samochodzie. – I wyszedł, nie chcąc się dłużej tłumaczyć.
        Jechał wolno, chciał dotrzeć do biura jak najpóźniej, nie miał dziś ochoty rozmawiać z Angeline, tym bardziej o wizycie jego matki...co miał jej powiedzieć? W jej mniemaniu powinien być wdzięczny...Podkręcił radio i zajechał do Starbucksa, gdzie kupił dużą kanapkę dla dziewczyny, po czym, wciąż nigdzie się nie spiesząc, dojechał do biura. Zamienił z nią jedynie kilka słów, zostawił kanapkę i  wyszedł, starając się nie patrzeć na jej zbolałą minę...bał się, że jeżeli by został, doszłoby między nimi do kłótni. A tego nie chciał, nie chciał już na samym początku ich...związku, jeśli można to tak nazwać, kłócić się z nią. Nie wrócił jednak do domu, reszta dnia minęła mu leniwie i długo, był tak znudzony, że niemal nie mógł doczekać spotkania się z tym Stewartem. Równo za dziesięć czwarta zajechał pod wskazany bar, chłopak już tam na niego czekał, ubrany w przydługie jeansy i beżową marynarkę. Wysiadł z samochodu i przywitał się z mężczyzną mocnym uściskiem dłoni.
– Niezły samochód. – Skomentował Stewart, tęsknym wzrokiem spoglądając na czarne porsche.
– Służbowy... – Wymamrotał Creig i dał mu znać by wszedł do baru, uczynił to samo i natychmiast uderzył go nastrój panujący w tym miejscu. Na niewielkiej scenie jakiś mężczyzna całkiem nieźle udawał Louisa Armstronga, po lewej stronie stał bar z wysokimi krzesłami, po sali zaś krzątały się kelnerki z chustkami we włosach. Bar był prawie pusty, jedynie kilka osób grało w bilard...no tak, był przecież poniedziałek...Creig spojrzał na swego towarzysza i dostrzegł, że ten przygląda mu się wyczekująco, więc pewnym krokiem ruszył w stronę baru i zajął miejsce na wysokim krześle, czekając aż wybranek jego siostry do niego dołączy. Kiedy ten wreszcie się doczłapał i niemal wspiął na siedzisko, Creig pochylił się w stronę barmana, czyszczącego właśnie jakieś szklanki.
– Dwa piwa. – Powiedział i kilka minut później przed mężczyznami pojawiły się kufle pienistego napoju.
– Gdzie poznałeś moją siostrę? – Creig postanowił zastosować swoją stałą taktykę. Na jego nieszczęście chłopak okazał się szczery.
– Tutaj. – Wychylił swój kufel już prawie do połowy, na co Creig uniósł lekko brwi i przykazał kelnerowi podać im jeszcze dwa szoty wódki. Te pojawiły się prawie natychmiast. Zapowiada się niezła zabawa... – Pomyślał Creig podsuwając kieliszek młokosowi obok siebie i jednym uchem słuchając jego paplaniny. Wciąż opowiadał o Soni, był w niej tak zadurzony, że Creigowi aż zrobiło się go żal. Przerwał mu jednak, uznał że jest coś co musi mu powiedzieć dopóki jeszcze jest trzeźwy.
– Jeżeli ją skrzywdzisz, ja skrzywdzę ciebie. – Powiedział i podsunął mu drugi kieliszek, a ten był tak zszokowany, że niemal natychmiast go wychylił. Sam Creig nie zamierzał pić, jedno piwo w zupełności wystarczy, przyda mu się teraz jasność umysłu.
– Nie ma obawy...- Wykrztusił w końcu Stewart, lekko już pijanym głosem, a Creig zaśmiał się w duchu: Jedno piwo i dwa shoty...to sobie Sonia wybrała. – Kocham ją. – Dodał i dostał pijackiej czkawki, teraz już Creig nie mógł się powstrzymać i głośno się zaśmiał. Mimo wszystko cieszył się z tego co usłyszał, nie wydawało mu się, by chłopak miał jakieś niecne zamiary...nic tak nie rozwiązuje języka jak alkohol. Creig dostrzegł obok siebie ruch i jego wzrok padł na pusty już teraz stół do bilardu, obity zielonym suknem. W jego głowie powoli zaczął rodzić się pomysł...wychylił piwo do końca i wyjął portfel by zapłacić, ale powstrzymał go Stewart.
– Zostaw... – Wybełkotał. – Ja płacę... – Jak powiedział tak zrobił, wtedy Creig poklepał go lekko po plecach i zaczął wprowadzać swój plan w życie.
– Chodź Stewart, zagramy sobie. – Stewart, ośmielony piwem i wódką, natychmiast zerwał się z krzesła i chwiejnym krokiem ruszył w stronę stołu, chwytając najbliższy stojący kij, jakby miał się go przytrzymać. Creig powoli do niego dołączył.
– Słuchaj, zabawmy się...jeśli wygrasz możesz do woli spotykać się z moją siostrą. –Zaczął i lekko zmienił ton, nadając mu chłodne brzmienie. – Ale jeśli wygram ja, nigdy więcej się do niej nie zbliżysz. – Młodzik jakby nagle wytrzeźwiał, zmrużył oczy i przyjrzał mu się przerażony.
– No co ty, to moja dziewczyna, nie będę o nią grał! – Niemalże krzyknął, a Creig po raz kolejny się uśmiechnął. Dobra odpowiedź. Nie chciał jednak tracić rezonu, powiedział więc:
– Masz jaja? – Tamten lekko pokiwał głową, wciąż spłoszony. – No to gramy!
        I grali. Po raz pierwszy w życiu Creig nie wykazał całej swej maestrii, co więcej, udawał autentycznie zdziwionego, kiedy godzinę później okazało się, że przegrał.
– No cóż wygrałeś. – Pozwoliłem ci wygrać... – cieszył się w duchu, ale nie powiedział tego na głos. Stewart zaś tak się cieszył, że jeszcze chwila, a zacząłby skakać do góry.
– Chodź,  odwiozę cię... – Po tym jak wcześniej upiłem cię za twoje własne pieniądze... –Dotoczył ledwie się już teraz trzymającego na nogach Stewarta do samochodu i posadził go na tylnym siedzeniu, modląc się, by ten nie puścił pawia.
– Gdzie mieszkasz? – Zapytał siadając za kierownicą, ale odpowiedziała mu cisza. Cisza, która kilka sekund później przerodziła się w głośne...chrapanie.
– Cholera! – Zaklął mężczyzna i wyciągnął z kieszeni telefon, po czym wybrał numer do swojej siostry. Odebrała po pierwszym sygnale.
– Halo? – W jej głosie słychać było zaniepokojenie.
– Możesz mi podać adres Stewarta? – Zapytał spokojnie, takim samym tonem jakim prosił , by podała mu kolację.
– Coś się stało? – Była przerażona. Creig wyczuł to w jej głosie i przewrócił lekko oczami.
– Nic...chciałem odwieźć go do domu, ale usnął mi na tylnym siedzeniu. – Powiedział szczerze, wiedząc że w innym wypadku Sonia miałaby przed oczami same najgorsze wizje, od morderstwa po zakopanie żywcem.
– Spiłeś go?! – Cienki, wysoki głos niemal rozerwał mu bębenki, skrzywił się i lekko odsunął telefon od ucha.- Jak mogłeś!
– Skąd miałem wiedzieć że ma taką słabą głowę? – Bronił się i w tym czasie Stewart zaczął się lekko przebudzać.
– Niedobrze mi... – Creig spojrzał na niego przerażony.
– Sonia! – Przerwał jej tyradę. – Jeżeli zaraz nie podasz mi tego adresu, twój chłoptaś obrzyga mi tylne siedzenie służbowego samochodu!
– Sam jesteś sobie winien! Mam nadzieję że to zrobi! – Co za żmija! – Pomyślał i warknął na nią.
– Sonia!
– No dobrze już dobrze... – Niechętnie podała mu adres, a wtedy on nie tracąc nawet czasu na pożegnanie, natychmiast odpalił samochód, raz po raz zerkając na swego kłopotliwego pasażera. Piętnaście minut później zatrzymał się przy niewielkim blokowisku, wysiadł i pomógł swemu kompanowi. Kiedy był już pewien, że utrzyma się na nogach, złapał go pod pachę i odprowadził pod same drzwi, które niespodziewanie otworzyła jakaś starsza kobieta...myślał że Sonia podała mu zły adres i już przeklinał ją w duchu, kiedy nagle Stewart przemówił:
– Mamo...- Niemal go puścił i użył całej swojej samokontroli, by nie zacząć się śmiać. I jeszcze mieszka z matką... –  Przekazał go zszokowanej kobiecie, skłonił się i wrócił z powrotem do samochodu. Tu już nie musiał się powstrzymywać i roześmiał się w głos, kiedy ujrzał coś na tylnym siedzeniu...Odwrócił się i sięgnął...But. Zaczął śmiać się jeszcze głośniej. To dopiero da Soni do myślenia... – Pół godziny później był już w domu, ze zniszczonym butem dyndającym mu przy nodze, gotowy stawić czoło swojej siostrze. Wszedł i doznał deja vu- już kiedyś tak na niego czekała, oparta o kanapę, z założonymi rękami, w różowej piżamie.
  • awatar Martha Blog: Świetny post ! Zapraszam do mnie
  • awatar Lisa Angels: Rozbroiło mnie to :D Jak to się mówi? Człowieka należy poznać na osobności w towarzystwie i po alkoholu. Gdyby Stewart okazał się małpą... to wizja zakopania go gdzieś w ciemnym lesie nie byłaby taka odbiegła i uważam że Creig strasznie potraktował Angeline... biedna sama siedzi w tej zatęchłej celi... nie ma co najlepsze miejsce do zaczynania poważnego związku. Po co z nią rozmawiać, niewola na pewno poprawi jej humor i uchroni ich od kłótni. Szczególnie, że jego pracodawca sam mu mówił, że zamierza ukatrupić jego "wybrankę".
  • awatar Mietka: Nice:)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

zakiraluna
 
        Do Creiga powoli zaczęła docierać cała prawda- pluł sobie w brodę, może gdyby wcześniej przedstawił jej to w taki sposób, nie straciliby tyle czasu! A tak, nie wiadomo ile dni zostało im do planowanego przewozu, trzeba działać, natychmiast!
– U ciebie w domu tak? – Zapytał zwięźle, a ona pokiwała szybko głową. – Jesteś w stanie wskazać gdzie? – Pomyślała chwilę...
– Tak. – Odpowiedziała.
– Zrobisz to? – Domyślnie zadał jej to pytanie, zawahała się tylko przez sekundę, po czym znów pokiwała głową.
– Dla mnie  i dla nas. – Słysząc te słowa wyciągnął dłoń i delikatnie pogłaskał ją po policzku.
– Powiesz mi dokładnie gdzie jest ten list, a ja wyślę po niego chłopaków. – Objaśniał jej. – Przetłumaczysz go i będziesz wolna. – Uśmiechnął się lekko, po czym odwrócił w stronę drzwi.
– Muszę już iść, mam kilka spraw do załatwienia...przyjdę później. – Mrugnął do niej i wyszedł, szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Angeline również rozpierała energia, w życiu nie przyszło jej do głowy, że może chodzić o któryś z tych dokumentów...Już niedługo! – Z tą świadomością nawet prycz na której się położyła, nie wydawała się już tak twarda jak zwykle...Położyła obie dłonie pod głową i zaczęła rozmyślać o tym, jak jej całe życie uległo zmianie w, tak naprawdę jeden dzień. Creig budził w niej bardzo silne uczucia, mimo to wciąż nie wiedziała, na ile może mu zaufać, pracował w końcu dla mafii...przeturlała się na bok, podwinęła kolana prawie pod samą brodę i nakazała sobie o tym nie myśleć. Chciał jej pomóc, to się liczyło. I uczucia , jakimi ją darzył.
        Wciąż wyrzucała sobie, ile czasu zmarnowała, zanim zdała sobie sprawę o jakie tłumaczenie chodzi. Miała nadzieję, że w czarnej teczce znajdował się ten cholerny list...naprawdę miała na to nadzieje. Patrząc czysto kalkulacyjnie, prawdopodobieństwo było bardzo duże- nie przypominała sobie tego tekstu, a dokumenty, które dostała w piątek, mają być gotowe na poniedziałek...uspokoiła się trochę, to na pewno to...to musi być to. A jeśli nie?- Pytanie pojawiło się w jej głowie zupełnie nieproszone, zmarszczyła brwi, znowu ogarnął ją niepokój...nagle przypomniała sobie swoją mantrę, z czasów kiedy jeszcze jako nastolatka bardzo dogłębnie zastanawiała się, dlaczego własna matka porzuciła ją tuż po porodzie...brzmiała ona tak: ,,Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu"- Postanowiła nie przejmować się też teraz, wolała skupić się na teraźniejszości, wolała myśleć o Creigu i o uczuciach, jakie powoli w niej kiełkowały...nigdy nie spotkała kogoś takiego jak on. Zdała sobie sprawę, że mimo wszystko zupełnie go nie zna- nie wiedziała co je na śniadanie, gdzie mieszka, czy ma rodzinę... w kwestii rodziny nie miała na myśli żony czy dzieci, chodziło jej raczej o rodziców i rodzeństwo. Jakie lubi płatki? Jest lewo czy praworęczny? Tyle chciałaby się dowiedzieć...tyle chciała mu powiedzieć, no cóż, na razie musi poczekać, by trochę zabić czas postanowiła się zdrzemnąć, usnęła widząc pod powiekami zielone, wpatrzone w nią oczy...
– Pobudka... –Jakiś niski, miły głos wyrwał ją z krainy snów, uniosła leniwie powieki i zamrugała kilka razy, chcąc przyzwyczaić się do światła. Klęczał przy niej Creig i uśmiechał się lekko. – Kolację podano. – Dodał, wskazując brodą na dwa białe pudełka znajdujące się na metalowym stoliku. Dwa? Będzie dziś z nią jadł? A może to dla niej, na dziś i na jutro? Niepewnie usiadła, wtedy on przysunął jej stolik i podał plastikowe sztućce, po czym otworzył obydwa opakowania i zajął miejsce na podłodze. Naprawdę zamierza ze mną zjeść- Przeszło jej przez głowę, ale zapach jedzenia był zbyt rozpraszający...z zapałem zabrała się do pałaszowania swojej porcji, on zaś przyglądał się jej, prawie nie czując smaku. Kilka razy próbował ją zagadnąć, ale ona tylko kiwała głową w odpowiedzi, zbyt zajęta jedzeniem, po chwili więc odpuścił i postanowił poczekać aż skończy. Jej pudełko zrobiło się puste na długo przed jego, oblizała leniwie wargi i pogładziła się po brzuchu- uśmiechnął się i w skupieniu pałaszował swoją porcję.
– Lubisz chińszczyznę? – wypalił nagle, a ona przez chwilę zastanowiła się nad odpowiedzią.
– Właściwie nie... – W ogóle nie lubiła jedzenia na mieście, zbyt często była na nie skazana, wolała więc sama przygotowywać posiłki, kiedy tylko miała na to czas. – Ale po czasie jaki tu spędziłam, mogę powiedzieć, że lubię wszystko. – Chciała zażartować, ale jemu zrzędła mina i tylko smętnie pokiwał głową.
– Który dzisiaj jest? – Zapytała chcąc zmienić temat.
– Dwudziesty trzeci października. – Odparł natychmiast, a ona lekko się zdziwiła...To by oznaczało, że jest tu dopiero...trzy dni? Zdawało jej się że minęło znacznie więcej...Na chwilę zapadło między nimi milczenie, Creig dokończył swój posiłek i razem złożył obydwa pudła.
– Opowiesz mi coś o sobie? – Zapytała niewinnie Angeline, a na jego twarzy natychmiast pojawiła się czujność. Niemalże zastrzygł uszy...
– A co być chciała wiedzieć? – Zapytał niechętnie, patrząc na nią spod na wpół przymrużonych powiek. Zadała pierwsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy.
– Ile masz lat? – Patrząc na niego, trudno było zgadnąć, on zaś, słysząc pytanie, lekko się rozluźnił,  najwyraźniej spodziewał się czego innego.
– Pojutrze będę miał trzydzieści... – Zmarszczyła brwi. Myślała że więcej.
– Ty oczywiście wiesz ile ja mam... – Odparła z lekką nutą ironii, a on uśmiechnął się kwaśno i pokiwał głową. – Masz rodzeństwo? – Uznała, że to w miarę bezpieczny temat, zwłaszcza kiedy dostrzegła ciepło, jakie rozjaśniło na chwilę twarz mężczyzny.
–  Mam siostrę. Trochę młodszą od ciebie, studiuje pedagogikę.. – Zazdrościła mu w tej chwili z całego serca. Też chciałaby mieć rodzeństwo, jakiekolwiek...tyle się nasłuchała i naczytała o tych ,,niepowtarzalnych więziach", więziach, których ona nigdy nie miała i nigdy nie będzie posiadać. Nie jestem jedyną jedynaczką na ziemi... – Ta myśl trochę ją pocieszała.
– A ty? – Zapytał nagle. Wiedział, czy tylko ją sprawdzał? Zdecydowała się odpowiedzieć zgodnie z prawdą.
– Nie. – Powiedziała krótko, sądząc że to zakończy temat, a jego uśmiech przeszedł z ciepłego w lekko kpiarski.
– Pewnie musiałaś być oczkiem w głowie swoich rodziców co? Wychuchana, wydmuchana... – Przerwał, kiedy dostrzegł ból, jaki pojawił się w oczach dziewczyny. Pomyślał wtedy, że pewnie miała ze swoimi rodzicami podobne relacje co on ze swoimi. W końcu coś ich łączyło...położył dłoń na jej małej ręce, jakby w ten sposób chciał dodać jej otuchy.
– Przepraszam. Nie wiedziałem...Jeżeli cię to pocieszy, moi też nie byli stworzeni do roli rodziców. – Spojrzała na niego uważnie. Co go spotkało? Nie mogła się nad tym dłużej zastanawiać, dziwiła się, że nie wie o jej pochodzeniu.
– Nie mam rodziców. – Powiedziała cicho.
– Odeszli? – Zapytał delikatnie, wciąż nie pojmując, a ją ogarnęło już rozdrażnienie.
– Nie! Nie umarli! Zresztą nie wiem... – Pokręciła głową, zdając sobie sprawę, że przecież tego nie może być taka pewna.
– Jak to nie wiesz? – Drążył temat, jej rozdrażnieni przeszło w jawną złość.
– Po prostu nie wiem! Matka oddała mnie zaraz po urodzeniu, a pierwsze osiemnaście lat swojego życia spędziłam w bidulu! – Prawie krzyczała., wyszarpując dłoń. – Nie masz pojęcia jak ci zazdroszczę! – Naskoczyła nagle, on jednak wciąż był zszokowany jej wyznaniem, więc dopiero po chwili odpowiedział.
– Niby czego?!
– Rodziny! Masz rodziców...masz siostrę...masz wszystko to, o czym ja mogę tylko marzyć. – Jej głos ucichł, pojawił się w nim teraz zawód i rezygnacja. – I jeszcze narzekasz... – Pokręciła głową. Zawsze ją to denerwowało. Dzieciaki, a potem dorośli narzekający na ludzi, którzy dali im życie.
– Mój ojciec mnie nienawidził, a dla matki liczyły się tylko interesy...czego tu zazdrościć? – W jego spojrzeniu pojawił się zimny błysk, przemawiał lodowato.
– Tego, że w ogóle są. – Odparła odważnie patrząc mu w oczy. – Nie masz pojęcia ile razy marzyłam, by ich mieć. Jakichkolwiek. Ale mieć. Ty tego nie zrozumiesz, jak każdy zresztą. – Pokręciła głową zrezygnowana, a on poczuł że się przed nim zamknęła.
– Posiadanie wyłącznie złych wspomnień czasem jest gorsze niż nieposiadanie żadnych. –Podniosła na niego wzrok i poczuła wyrzuty sumienia, że tak na niego naskoczyła.
– Lepiej już pójdę...trzymaj się. – I wyszedł, nie zaszczyciwszy jej nawet spojrzeniem, ani nie dając szansy na wyjaśnienia.
  • awatar Lisa Angels: A było tak pięknie i musieli się pokłócić... Ale serio z tą teczką, to było bardzo nie profesjonalne XD Dowiedzieć się, że porwali cię i przetrzymywali trzy dni, tylko dlatego, że raz się człowiek poobijał XD Aż strach się bać swojego lenistwa.
  • awatar Zakira Luna: @Lisa Angels: ku przestrodze :P
  • awatar SallyLou: No w końcu się wyjaśniła sprawa tego, czego Angeline nie wiedziała. Creig mógł od razu rozjaśnić jej sprawę, a nie zmuszać by przyznała się do czegoś czego nie zrobiła. Ciekawa jestem czy jak mu to przetłumaczy to ją wypuści. Bo czuję, że coś zacznie kombinować...
Pokaż wszystkie (3) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 19
        Wciąż nie mogła wyjść z szoku. Ten...ten...pocałował ją!  Ale nie to było najgorsze, najgorsze było to, że wtedy bardzo jej się to podobało, tak bardzo, że zanim zdążyła się opanować, sama już go całowała- nie mogła wyrzucić z głowy dotyku jego ust na swoich i delikatnych ruchów palców w jej włosach...wydawał się tak samo zszokowany jak ona. Położyła się na plecach i ułożyła dłonie na brzuchu.. Z każdym wspomnieniem jego twarzy, głosu czy pocałunku w jej brzuchu latało stado tysięcy motyli. Jeżeli wcześniej myślała, że znajduje się w złej sytuacji, to jak nazwać to co dzieje się teraz? Znajdowali się w matni bez wyjścia, wiedziała że nigdy nie będą razem. Dała się porwać namiętności. Nie tylko padła ofiarą porywaczy, ale również...zakochała się w jednym z nich. Kiedy to sobie uświadomiła, niemal załkała z bezsilności...gdyby spotkali się w innych okolicznościach, gdyby...co by było gdyby- Pokręciła głową, sprowadzając się na ziemię. Zresztą pewnie dla niego i tak to nic nie znaczyło...-Pomyślała i przyszło jej jeszcze do głowy, że być może w ten sposób chciał wyciągnąć z niej informację- uwieść, zdobyć co się chce i odejść...takich facetów spotkała w swoim życiu już nazbyt często. Potrafiłby tak zagrać?- Intuicja podpowiadała jej, że szok na jego twarzy był na to zbyt autentyczny...była tak zamyślona, że kiedy obiekt jej zainteresowania wszedł do celi, zauważyła to w ostatniej chwili. Patrzył na nią, a konkretnie na jej usta...zrobiła się czerwona na wspomnienie przyjemności, jakiej doznała kiedy ją całował...zamierzał to powtórzyć? - Na tę możliwość serce zaczęło tłuc się w  jej piersi, nie wiedziała czy ta myśl dodaje jej życia, czy też przeraża...Nagle zapragnęła przerwać to całe milczenie, zapytała więc o pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy.
– Jak ci na imię? – Chciała go o to zapytać od samego początku.
– Co? – Otrząsnął się, jakby z zamyślenia i popatrzył jej w końcu w oczu.
– Jak masz nie imię? – Powtórzyła, lekko już skruszona, a on lekko zmarszczył brwi, napięcie stało się wręcz namacalne.
– Creig. – Odpowiedział w końcu, a ona powtórzyła to imię bezdźwięcznie, sprawdzając sposób, w jaki jej usta układają się kiedy je wymawia.
        Podszedł do niej i porwał w ramiona, zaskoczona wydała głośny jęk, próbowała protestować kiedy mocno przytulił ją do szerokiej piersi, ale z każdą sekundą jej opór słabł coraz bardziej, w jego objęciach czuła się bezpieczna, to tu chciała być, to tu chciała się znajdować...od samego początku. Objęła go więc rękoma i oparła policzek na zagłębieniu w jego szyi.
– Angeline, Angeline... – Szeptał jej do ucha i przyciskał do siebie z taką siłą, że niemal brakło jej tchu. Odsunął się lekko, by móc spojrzeć jej w twarz, na jego obliczu malowało się tysiące sprzecznych emocji.
– Próbowałem z tym walczyć, ale nie mogę... – Pokręcił głową patrząc jej prosto w oczy. – Nie mogę przestać o tobie myśleć. – Podniosła dłoń i lekko przejechała nią po jego gładkim policzku, przymknął oczy napawając się jej dotykiem, wreszcie mógł to robić. – Pragnę cię.
– więc nie walcz... – Wyszeptała cicho, a on otworzył oczy i spojrzał na nią przerażony, lecz po chwili na jego twarzy pojawił się błysk dzikiej determinacji.
– Znajdziemy sposób. Angeline, jest dla nas nadzieja – Szepcze rozgorączkowany wciąż trzymając ją w ramionach – Błagam cię, powiedz mi kiedy odbędzie się ten przewóz. Powiedz a będziesz wolna. Oboje będziemy. – Odskoczyła od niego jak oparzona. A więc to jednak był podstęp! A ona głupia po raz kolejny dała się zwieść słodkim słówkom...Creig spojrzał na nią jakby wyrosła jej druga głowa, zupełnie nie rozumiał w tej chwili jej zachowania.
– Tak to sobie zaplanowałeś! Chciałeś najpierw mnie uwieść, a potem zdobyć to co chcesz! –Wykrzyczała mu, miała ochotę się rozpłakać- Tak silne było rozczarowanie, jakie ogarnęło ją w tym momencie. Rozczarowanie pomieszane ze smutkiem. Creig zdawał się dopiero w tej chwili rozumieć sens jej tyrady.
– Co? Nie! – Znowu złapał ją za ramiona i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. – Jak możesz tak myśleć? – Zirytował się, w oczach pojawił się stalowy błysk gniewu.
– Myślisz że udaję? Udowodnię ci że nie! – Pochylił się i znowu ją pocałował, tym razem mocno i brutalnie, mimo to znowu poczuła w brzuchu świergot motyli...tak duży miał na nią wpływ. Kiedy w końcu się od niej oderwał oddech miał równie urywany co ona, dopiero po kilku sekundach był w stanie mówić.
– Czy teraz mi wierzysz? – Zapytał, myślami  i wzrokiem wciąż błądząc po jej ustach, ona jednak, pomimo desperacji jaką poczuła w tym pocałunku, wciąż nie była przekonana, dostrzegł to i lekko pokręcił głową.
– A czy uwierzysz mi, kiedy powiem ci, że człowiek który zlecił twoje porwanie to Joseph Saragino? – Złamał żelazną zasadę. Podał nazwisko szefa. Miał pełną świadomość tego, że gdyby usłyszał to któryś z chłopaków, nie pożyłby długo. Angeline wciągnęła gwałtownie powietrze, wszyscy znali tego mafiosę, ale nikomu nigdy nie udało się posadzić go za kratkami...gdyby Angeline wyszła, a potem go wskazała, tym samym wydałaby wyrok śmierci na Creiga- w momencie w którym zdała sobie z tego sprawę, już wiedziała że nie została oszukana. Ale nie dało jej to takiej satysfakcji jak się spodziewała.
– Jesteś członkiem mafii? – To pytanie cudem przeszło jej przez gardło, zauważyła jak po twarzy jej towarzysza przemknął cień.
– Tak. – Odparł cicho, badając jej reakcję. – Jestem prawą ręką Josepha Saragino. – Dodał, skoro już zdecydował się powiedzieć jej prawdę, nie chciał też by dowiedziała się od kogo innego.
        Angeline przykryła twarz dłońmi i załkała lekko- w pierwszym odruchu chciał ją przytulić, nie wiedział jednak czy po tym co usłyszała, miała na to ochotę. Po chwili zabrała ręce i spojrzała na niego marszcząc czoło. To wszystko nie tak... – Pomyślała.
– Nie mogę zmienić tego kim jestem. – Powiedział lekko przepraszającym tonem. – Ale mogę sprawić, że... - Nie dokończył. Przez chwilę chciała się wycofać, chciała powiedzieć , że nie zamierza mieć z nim nic wspólnego, ale jej decyzja zmieniła się jak w kalejdoskopie. Co mam jeszcze do stracenia? – Pomyślała. – Moje życie i tak nie ma najmniejszego sensu. – Przy nim zaś czuła...coś. Nie była jeszcze w stanie dokładnie określić co, ale postanowiła spróbować. Zrobiła krok w jego stronę i lekko niepewnie położyła mu dłoń na sercu, wyczuwając pod palcami szybki, niespokojny rytm.
– W porządku. – Powiedziała lekko zachrypniętym głosem. – Co mam zrobić? – Usłyszała jak z ulgą wypuszcza powietrze i  jeżeli miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do jego szczerości, w tej chwili do końca się rozwiały.
– Powiedz mi...kiedy to się odbędzie. – Słyszała to pytanie milion razy. I nigdy nie pragnęła znać odpowiedzi tak bardzo jak w tej chwili. Ale nie znała jej. Pokręciła lekko głową i spojrzała mu w oczy.
– Creig ja... – Zaczęła, bała się powiedzieć to co mówiła mu za każdym razem – Naprawdę nie wiem. – Wydusiła w końcu i zamarła, widząc na jego twarzy groźny błysk. Delikatnie położyła mu dłonie na obydwu policzkach i stanęła na palcach, by zrównać z nim spojrzenie.
– Teraz to ty musisz mi uwierzyć... – Błagała go w myślach by to zrobił. Zamknął na chwilę oczy, po chwili otworzył je i spojrzał na nią szczerze zdziwiony.
– Jak to możliwe? – Nie był w tanie tego pojąć – Wiem że list został przekazany do centrum tłumaczeń w którym pracujesz przeszło tydzień temu. Wiem też, że do poniedziałku miałaś je wykonać. – Patrzył na nią oniemiały, a jej nagle coś zaczęło świtać...poniedziałek...Wciągnęła gwałtownie powietrze.
– Już wiem! – Niemal wykrzyczała, wciąż nie mogąc wyjść z szoku. – Creig, już wiem, dlaczego nic nie wiem! – Patrzył na nią z mieszaniną rezerwy i zdziwienia.
– Co masz na myśli? - Rozchylił usta i patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami. A ją aż rozpierała energia.
– Po prostu nie zdążyłam tego jeszcze przetłumaczyć! – Złapała się za głowę, w końcu rozumiejąc cały ten raban, Creig zaś wciąż patrzył na nią oniemiały. – Dostałam to w piątek, wciąż leży u mnie w domu! Po prostu nie zdążyłam Creig! – Teraz krzyczała już na całe gardło, ale w jej głosie nie pobrzmiewała ani jedna zła nuta.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 18
        Czekała i czekała, uparcie chodząc po niewielkiej przestrzeni, niczym rozjuszony tygrys w za małej klatce. Jednocześnie chciała by znowu do niej przyszedł, odzywało się w niej bowiem pierwotne pragnienie kontaktu z innymi, jeszcze chwila i zacznie gadać do siebie... ale z drugiej strony on żądał od niej odpowiedzi, której w żaden sposób nie mogła mu przekazać. Kiedy tak chodziła i chodziła, on w końcu się zjawił- lekkim krokiem wszedł do pomieszczenia i oparł się o drzwi, niedbale chowając ręce do kieszeni. Co dziwne, nie odzywał się. Śledził każdy jej ruch, ale nie wydobył z siebie ani jednego dźwięku. W końcu usiadła na pryczy i również zaczęła mu się przyglądać. To było gorsze niż siedzenie w samotności-uznała po dobrej chwili.
– Uprzedzając twoje pytanie... – Zaczęła chcąc przerwać nieprzyjemną ciszę – Nic sobie nie przypomniałam. – jej głos zabrzmiał arogancko i złośliwie, nie do końca tak, jak to sobie życzyła, ale przecież nie będzie go za przepraszać.
– Tak myślałem. – Odparł, a ona uniosła lekko brwi. – Dlaczego jesteś taka uparta? – Zapytał, wyciągając dłonie z kieszeni i lekko zbijając ją z tropu.
– Nie jestem uparta.. – Zaczęła się bronić – Po prostu nie wiem. – Pokręcił głową i wypuścił głośno powietrze.
– Wiesz ile razy to słyszałem? – Zaczął – Wiesz ile ludzi w tym pokoju to mówiło i ile z nich...
– Ile z nich zabiłeś? – Przerwała mu gwałtownie, odważnie patrząc w oczy. – To chciałeś powiedzieć? – Kątem oka ujrzała jak zaciska dłonie w pięści. Po chwili zbliżył się do niej, pochylił i zajrzał prosto w oczy, miała wrażenie że tym spojrzeniem lada moment spali jej duszę.
– Chcesz być następna? – Słowa, choć groźne, miały zupełnie inny wydźwięk: zawierały w sobie niemą prośbę. – Naprawdę tego chcesz?- W odpowiedzi pokręciła poważnie głową, pod spojrzeniem jego badawczych oczu nie była w stanie wyartykułować odpowiedzi.
– Niech cię szlag... – Powiedział cicho i nagle jego usta spoczęły na jej spękanych wargach. Całował ją mocno i wytrwale, pozbawiając tchu, na ułamek sekundy odsunął się, z jego gardła wydał się gardłowy pomruk, jedną rękę wplótł jej we włosy i znowu jego usta opadły na jej, niemalże je miażdżąc. Angeline, nie kontrolując samej siebie, objęła go mocno za szyję i przyciągnęła jeszcze bliżej, ich języki tańczyły wokół siebie, kiedy zaczęła odpowiadać na jego pocałunek z równą żarliwością. Nagle gwałtownie się od niej odsunął, oddech miał urywany, usta wciąż pamiętały smak jej warg...przez chwilę patrzyli na siebie, obydwoje zszokowani tym co się właśnie stało. Angeline podniosła dłoń do ust i przejechała nią po opuchniętych wargach- Niemalże w odruchu znów się ku niej pochylił, chcąc jeszcze raz jej posmakować...Co ty robisz, chłopie...-Doznał nagłego otrzeźwienia i poczuł że natychmiast musi zwiększyć dystans między nim, a dziewczyną, nie dla jej bezpieczeństwa...ale dla jego. Gwałtownie podniósł się i jeszcze szybciej wyszedł z celi- na korytarzu zatrzymał się i potarł dłonią czoło, starając się uspokoić targające nim emocje. Co to było o cholery?!- Z wściekłości zaczął raz za razem uderzać w pobliską ścianę, aż tynk się z niej sypał, a na jego kostkach pojawiły się czerwone ślady- wtedy przestał, ale uczucie duszenia nie opuściło go, uznał, że natychmiast musi się przewietrzyć, wbiegł więc na górę, a potem prosto w październikowy, dżdżysty dzień. Uniósł twarz ku niebu i głęboko wciągnął powietrze- ale kiedy tylko przypomniał sobie ten pocałunek...wszystko w nim wrzało, pragnął całować ją jeszcze i jeszcze, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że to niemożliwe. Ona była dla niego niedostępna, podobnie jak on dla niej. Była jego zakładniczką. Zakładniczką. Zakładniczką.- Powtarzał w głowie, ale to słowo nagle straciło całe znaczenie. Angeline była ucieleśnieniem jego marzeń, nawiedzała go we dnie i w nocy...na karku wciąż czuł czuły dotyk jej dłoni, usta miał przesycone jej zapachem i smakiem...wiedział że nigdy tego nie zapomni. Ona zniknie jak tylko dowie się od niej czego chce...i jego życie znów wróci do normy. Przeklinał ją. I siebie. Ją, bo kiedy niemal się na nią rzucił powinna dać mu w twarz, ale nie zrobiła tego...siebie, za to że pozwolił sobie na taką niesubordynację. Nagle poczuł, że coś mu wibruje w kieszeni, wyciągnął telefon i odebrał, nawet nie sprawdziwszy z kim ma do czynienia.
– Słucham? – Głos wciąż miał zachrypnięty.
– Creig.- Natychmiast rozpoznał głos Josepha Saragino i zmarszczył czoło. – Przyjedź do mnie, jeszcze dzisiaj.
– Będę za pół godziny. – I rozłączył się, nawet nie czekając na odpowiedź, za bardzo cieszył się, że może się czymś zająć, wrócił do biura, narzucił skórzaną kurtkę i trzy minuty później był już w samochodzie: odpalił radio najgłośniej jak się dało, miał nadzieję, że zdoła ona choć trochę zagłuszyć dręczące go myśli.
        Dziesięć minut później minął fort Hamilton i skierował się na most, po czym ruszył drogą numer dwieście siedemdziesiąt osiem . Kilka minut potem skręcił w lewo, w czterysta czterdzieści i jechał cały czas prosto, aż do samego Charleston- zajechał przed wielką willę Josepha równo o 13. Wysiadł z samochodu, wyminął kilku ochroniarzy przy drzwiach i ruszył do gabinetu bossa udając, że nie widzi tego całego przepychu wokół siebie. Zapukał i natychmiast wszedł, zupełnie nie zdziwiło go to co zobaczył: Szef właśnie wciągał ścieżkę jakiegoś narkotyku, na jego widok dokończył w pośpiechu i uśmiechnął się szeroko, ukazując klika złotych zębów.
        Joseph Saragino był niskim, otyłym mężczyzną dobiegającym pięćdziesiątki, zajmował się głównie kradzieżami, handlem żywym towarem i haraczami- nie miał żadnych uczuć, liczyły się dlań jedynie pieniądze i władza, Creig przypomniał sobie historię zasłyszaną o jego żonie: Ponoć kiedy oświadczyła mu że chce rozwodu, kazał swoim sługusom utopić ją w rzece...nie wiedział ile jest w tym prawdy, ale kiedy na niego patrzył był w stanie uwierzyć. Kiedy Joseph zajął miejsce za swoim dużym biurkiem, Creig mógł dostrzec czarne, przerzedzone włosy, zupełnie nie pasujące do cienkiego wąsika z którym się obnosił.
– Usiądź synu... – Wzdrygnął się słysząc to określenie, ale posłusznie zajął miejsce na niewielkim krześle.
– Dowiedziałeś się już czegoś? – Od razu przeszedł do rzeczy, a Creig zaklął w duchu.
– Wysłałem Robby'ego z raportem. – Próbował grać na zwłokę. Stary zapalił długie cygaro i spojrzał na niego dziwnie.
– Był u mnie. – Powiedział głęboko się zaciągając. – Ale sądziłem, że od ciebie dowiem się czegoś więcej.
– Dziewczyna jest uparta... – Powiedział siląc się na nonszalancję. – Ale to tylko kwestia czasu, kiedy zacznie mówić. – Joseph lekko pokręcił głową.
– Akurat czasu nie mamy zbyt wiele...daję ci go do piątku. Potem poszukamy informacji gdzie indziej. – Creig poczuł że robi mu się zimno.
– A co później z dziewczyną? – Ledwie powstrzymał złość, a stary uśmiechnął się obrzydliwie.
– O to się nie martw...być może sam się nią zajmę, słyszałem od Robby'ego, że jest całkiem niezła. – Zaśmiał się gardłowo, a Creiga objęła zimna furia, kiedy wyobraził sobie jak ten stary zbok dotyka jego Angeline... nie dał jednak tego po sobie poznać, wiedział, że tym samym podpisałby wyrok na siebie.
- Robby przesadza, dziewczyna jest całkiem przeciętna.- Powiedział zamiast tego, kłamiąc jak z nut. Była piękna. Oszałamiająco piękna. - Jak wiemy, Robby jest całkowicie pozbawiony dobrego smaku...- Zdecydował się na lekką kpinę, i okazało się to dobrym posunięciem, stary bowiem znowu się zaśmiał.
– To prawda, synu... – Creig cudem powstrzymał się od wzdrygnięcia. Nienawidził kiedy tak do niego mówił.
Stary wstał i Creig z ulgą wypuścił powietrze: To oznaczało koniec wizyty. Sam również wstał i podał Josephowi rękę.
– Informuj mnie na bieżąco. – Ten tylko skinął głową i wyszedł, przy wyjściu mijając się z jakimiś prostytutkami, czym prędzej wsiadł do samochodu, zdjęty obrzydzeniem. Podróż powrotna zajęła mu niemal całą godzinę, jechał znacznie wolniej, starając się też stosować do obowiązujących przepisów. Zatrzymał się przed biurem. Mam czas do piątku...- pomyślał. Zdawał sobie sprawę, że jeżeli wcześniej wydobycie z niej jakichkolwiek informacji było trudne, teraz stało się niemal cudem- choć zupełnie tego nie planował, zaangażował się uczuciowo. A gdyby tak...-Przyszedł mu do głowy szalony plan i niemal natychmiast go odegnał, ale było już za późno. Ziarno zostało zasiane.
  • awatar SallyLou: O czy mi się wydaje, czy Creig ma odwrócony syndrom sztokholmski? Miłość oprawcy do ofiary? :D Ten Joseph mnie przeraża. Myślałam, że najbardziej nie będę lubiła Robbiego, ale gość w jednej chwili zniszczył wszelkie próby polubienia go. Niech lepiej Creig trzyma go z dala od swojego aniołka.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
– Angeline! – Obudził się, gwałtownie siadając na łóżku, ściskając w dłoniach pusty koc. Przełknął głośno ślinę i potarł dłonią czoło. Co się z nim działo? Wstał i wyszedł z sypialni  z zamiarem udania się do kuchni, ale kiedy pod drzwiami swojej siostry zobaczył palące się światło, coś go zatrzymało. Delikatnie nacisnął klamkę i wszedł, Sonia nawet się nie odwróciła. Siedziała na parapecie, obejmując kolana ramionami i wypatrując czegoś w ciemności. Delikatnie zamknął za sobą drzwi i podszedł do niej, po czym, wiedziony odruchem,  delikatnie pogłaskał po głowie. Obróciła ku niemu załzawione oczy, a wtedy on otworzył ramiona w zapraszającym geście. Natychmiast zarzuciła mu ręce na szyję i po chwili zniknęła w jego braterskim, niedźwiedzim uścisku. Po chwili puścił ją i kciukiem otarł jej z policzka zbłąkaną łzę.
– Przepraszam że cię okłamałam... – Powiedziała cicho, ale wiedział że tym razem robi to szczerze.
– Przepraszam za to co powiedziałem. – Zrewanżował się, po raz pierwszy naprawdę skruszony. – Wcale tak nie uważam... – spojrzał na nią, chcąc ocenić czy mu wierzy czy nie. Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
– Wiem. – On również się uśmiechnął. – Stewart jest naprawdę w porządku... – Teatralnie przewrócił oczami a ona znów się roześmiała. – Chociaż postaraj się go poznać... –Powiedziała z nutą błagania w głosie.
– Postaram się... – Powiedział lekko drwiącym tonem, a ona pokręciła głową w rozbawieniu.- Czemu jeszcze nie śpisz?
– Matka do mnie dzwoniła. – Odparła zwięźle. To tłumaczyło wszystko. Creig natychmiast się nachmurzył.
– Czego chciała? – Zapytał ostrzej niż zamierzał.
– Dowiedzieć się co u mnie słychać...powiedziałam jej o wyjeździe. – Akurat wątpił, że ich matką kierowała prawdziwa troska, na pewno miała w tym jakiś interes...ale nie mówił tego na głos, nie chciał dodatkowo ranić swojej siostry.
– I jak zareagowała? – Zapytał zamiast tego, udając że go to interesuje.
– Właśnie dlatego nie mogę spać... – Sonia spuściła wzrok – Powiedziała mi, że powinnam zostać tutaj i skupić się na studiach, jeżeli nie chcę spędzić reszty życia jako twój ciężar... – Miał ochotę odgryźć sobie język. Najpierw jego matka powiedziała jej coś takiego, a potem on sam ją w tym utwierdził!
– Sonia. – Powiedział krótko. – Spójrz na mnie. – Nieśmiało podniosła wzrok. – Nigdy nie byłaś, ani nie będziesz dla mnie ciężarem. Dzięki tobie ten dom jako tako wygląda, i to dzięki tobie żywię się czymś innym niż chińszczyzną...Może dlatego tak nie lubię twoich chłopaków – Powiedział chcąc nieco rozluźnić atmosferę- Bo jest ryzyko, że będziesz chciała za któregoś wyjść i co ja wtedy zrobię?- Uśmiechnął się zawadiacko, a Sonia parsknęła śmiechem. Znowu pogłaskał ją po głowie
– Będziesz musiał znaleźć kogoś na moje miejsce... – Odparła zmyślnie, a jemu natychmiast przypomniał się sen, który go obudził, oczy zaszły mu mgłą, znów miał przed nimi ciemnowłosego anioła...
– Creig?
– Hm? – Otrząsnął się. – Przepraszam, jestem już śpiący. – Sonia uśmiechnęła się i zdjęła ze swojego szlafroka  wyimaginowany paproszek.
– Powiesz mi, czemu miałeś na sobie dres? – Spojrzał jej w oczy i już wiedział, że w tym jednym przypadku nie będzie w stanie jej okłamać. Wzruszył więc ramionami i rzekł.
– Chciałem pobiegać...więc przebrałem się już w biurze, żeby nie tracić czasu w domu. – Jego siostra pokiwała głową i delikatnie zeskoczyła z parapetu, z jej ust wydobyło się głośne ziewnięcie.
– Chyba już się położę... – Powiedziała, a on zrozumiał aluzję i wyszedł, pocałowawszy ją uprzednio w czoło. Kiedy wrócił do siebie nie czuł się już taki przybity, był bardziej w zgodzie z samym sobą, wyrzuty sumienia przestały go trawić...położył się więc spać, jednocześnie mając cichą nadzieję na ponowne spotkanie z ciemnowłosym aniołem.
        Usiadła i delikatnie potarła dłonią sztywny, zbolały kark, z jej gardła wydobył się cichy jęk. Czuła się jak nowonarodzona, w pełnym znaczeniu tego słowa: chciało jej się jedynie płakać, jeść i spać...Siedziała tak przez kilka minut, po czym wstała i wyciągnęła dłonie wysoko do góry, jednocześnie stając na palcach-chciała w ten sposób trochę rozciągnąć swoje zbolałe członki. W jej uszach raz za razem pobrzmiewało charakterystyczne pykanie kości i chrząstek, kiedy czuła się już nieco lepiej, usiadła z powrotem na pryczy i zaczęła dłońmi przeczesywać swoje długie, gęste, ale w tej chwili tłuste i poplątane, włosy. Tak wyglądała jej poranna toaleta...na nic innego nie mogła sobie pozwolić. Najbardziej doskwierał jej żołądek- jeżeli bazować na jej biologicznym rytmie, ostatni posiłek miała  w ustach mniej więcej dwadzieścia cztery godziny temu, i był to jedynie nieduży hot-dog była więc głodna jak wilk.. Nie wspominając już nawet o tym, że język przyklejał się jej do podniebienia...Może dzisiaj dostanie coś więcej. Modliła się, żeby tak było...do tej pory nie zdawała sobie sprawy jak bardzo dokuczliwy potrafi być głód. Kiedy już wróci do domu, nigdy więcej nie wyrzuci jedzenia na śmietnik...Jeśli wrócę- Przeszło jej przez głowę, ale natychmiast odgoniła tę myśl.
        Drzwi do celi otworzyły się i stanął w nich jej oprawca i ochroniarz jednocześnie...tym razem był ubrany w jasne jeansy i ciemnowiśniową koszulę, uwydatniającą ładne mięśnie obojczyka, zauważyła również że się ogolił-mimo wszystko wydawał jej się bardziej męski z kilkudniowym zarostem. Wszedł bez słowa, dzierżąc w dłoniach duże, białe pudełko-takie pudełko już kiedyś widziała- ostatnio nim pogardziła, teraz tylko czekała na sygnał do jedzenia.
– Będziesz dzisiaj jadła? – Zapytał bez cienia sympatii w głosie, a ona entuzjastycznie pokiwała głową. Przez chwilę zmarszczył brwi, na jego twarzy pojawiło się zdziwienie, ale już po chwili postawił przed nią parujący posiłek. Kiedy tylko podał jej sztućce, zaczęła niemal połykać kawałki mięsa, od czasu do czasu maczając je w sosie lub zajadając ryżem. Przyglądał się jej, wciąż lekko zdziwiony, a ona już po kilku minutach skończyła posiłek i oblizała wargi opierając się o ścianę, dłonie zaś oparła na wreszcie wypełnionym brzuchu.
– Widzę że zmieniłaś zdanie co do jedzenia... – Powiedział kpiarskim tonem, a ona się zaczerwieniła. Spróbuj przeżyć dzień tylko na hot-dogu to porozmawiamy... – Nie ośmieliła się powiedzieć tego na głos.
–Czy zmieniłaś je też w kwestii swoich zeznań? – Znowu spoważniał, a ona nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Cholera jasna, przecież ja nic nie wiem! – Chciała wykrzyczeć, ale powstrzymała się i tylko pokręciła głową patrząc na niego błagalnie. On zaś wzruszył ramionami i bez słowa zaczął otwierać drzwi.
– Czemu mnie chronisz? – Wypaliła nagle, chcąc zatrzymać go jak najdłużej, tylko w ten sposób mogła coś wynegocjować. Obrócił głowę i spojrzał na nią jakby postradała zmysły.
– Chronię? – Powtórzył, wyraźnie czekając na wyjaśnienia.
– Dwa razy obroniłeś mnie przed uderzeniem tego z długimi włosami...a potem przed gwałtem tych łysych. – Wzdrygnęła się, przypominając sobie to okropne wydarzenie, mężczyzna zdawał się jednak tego nie zauważać, zmarszczył brwi, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał.
– Nikt nie ma prawa dotykać tego co należy do mnie. – Obrócił się do niej całkiem, opierając się plecami o ścianę. Dopiero teraz dostrzegła fioletowe sińce pod jego oczami, najwyraźniej tej nocy nie spał najlepiej... – A ty jesteś moją zakładniczką. – Trochę nie spodobał się jej fakt, że potraktował ją jak rzecz...ale jeżeli to miało jej zapewnić ochronę przed tamtymi, niech i tak będzie.
– Wypuść mnie. – Powiedziała błagalnie, a on pokręcił głową.
– Powiedz mi prawdę. – Przymknęła oczy i wypuściła głośno powietrze. To do niczego nie prowadzi, nigdy się stąd nie wyrwie.
– Prawda jest tylko jedna: ja nic nie wiem. – Powiedziała, w jej głosie pobrzmiewała teraz nuta rozpaczy. - Więc albo mnie zabij, albo wypuść...- Jej głos nagle nabrał mocy, zawarta w nim desperacja była wręcz namacalna...
– Ostatnio często o tym wspominasz... – Zauważył złośliwie. – Nie wywołuj wilka z lasu... –Przestrzegł ją teatralnie, na co lekko się skrzywiła, i znowu zaczął zabierać się do wyjścia.- Wrócę za godzinę, by sprawdzić czy coś co się przypadkiem  nie przypomniało...-I po kilku sekundach znów była sama.
  • awatar SallyLou: Szybko się pogodzili. Jako osoba mająca brata muszę przyznać, że szybko doszli do porozumienia :)Ale w sumie mając tylko siebie nawzajem to całkiem zrozumiałe. Nie dziwię się Angeline, że szybko zmieniła stosunek do Creiga. Głód potrafi zmienić człowieka.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 

        Creig w tym czasie wrócił na górę zrezygnowany...Ile ona jeszcze zamierza go tak zwodzić? Wiedział że w końcu się ugnie, nie wiedział tylko kiedy...zerknął na zegarek, było dobrze po dziewiętnastej, w sumie mógłby już jechać do domu. Ale energia wprost go rozsadzała...siłownia? Nie, o tej porze będzie pełno ludzi. Nagle go olśniło, niemal wyskoczył z biura i wyjął z bagażnika torbę ze swoim sportowym ekwipunkiem, po czym wrócił z powrotem do budynku i przebrał się w jednej z toalet- stąd do domu miał kilka kilometrów, w ten sposób mógłby w końcu się rozładować...tylko jak jutro tu dotrze? I co będzie z samochodem? Z westchnieniem wrócił z powrotem do samochodu ale już się nie przebierał: Postanowił że najpierw odstawi auto do domu, a potem pójdzie się wybiegać...tak, to dobry plan. Zamknął biuro, zanim to zrobił przyszło mu do głowy że Angeline na pewno jest głodna...dzisiaj dostała jedynie hot-doga z rana...Co mnie obchodzą jej potrzeby...-Przyszło mu zaraz do głowy, gdyby powiedziała mu to czego chce się od niej dowiedzieć, być może byłaby już wolna. Szybko dojechał do domu i postawił samochód na podjeździe, w międzyczasie uznał, że wskoczy jeszcze do domu po butelkę wody, jego siostra miała być dopiero o dwudziestej...Przekroczył próg mieszkania i zacisnął zęby na widok tego, co zobaczył. Jego siostra Sonia, najprawdopodobniej właśnie żegnała się z tym pajacem, z którym była w McDonaldzie, namiętnie go całując. Zacisnął dłonie w pięści, użył całej swojej samokontroli by siłą ich od siebie nie oderwać a potem obydwoje wywalić na bruk. Kiedy wreszcie się od siebie oderwali, na jej ustach igrał rozmarzony, lekki uśmiech, przechyliła się lekko w ramionach swego ukochanego i jej wzrok spoczął na Creigu. Przez sekundę na jej twarzy pojawił się wyraz szoku pomieszanego z przerażeniem, zaraz jednak opanowała się, wyplątała z objęć chłopaka i spojrzała na brata dziwnie.
– Czemu masz na sobie dresy? – Zapytała a on zaklął w duchu. Po tym jak go okłamała ma jeszcze czelność zadawać mu pytania i patrzeć na niego takim wzrokiem.
– Co to za jeden? – Zapytał przygważdżając spojrzeniem wątłego chłopaka, który natychmiast zrobił się czerwony jak burak.
– Ach, to jest mój...przyjaciel. – Odpowiedziała lekko zakłopotana, ale uśmiech igrał jej na wargach. Obróciła się do tamtego.
– Stewart, poznaj... – Zaczęła, ale Creig natychmiast jej przerwał.
– Gdzieś już was widziałem... – Powiedział udając że się zastanawia, jednocześnie przyglądając się Soni z wyrzutem. – Ach tak, już pamiętam. W McDonaldzie. Masz bardzo dziwne koleżanki.- Dokończył sucho, a ona stanęła jak wryta.
– Jestem Stewart, miło mi cię poznać. – Chłopak próbował ratować całą sytuację i wyciągnął do Creiga rękę w geście powitania. Ten nie zareagował, przyglądając mu się zimno, aż w końcu chłopak sam zabrał dłoń.
– Sonia wiele mi o tobie opowiadała – Wciąż próbował, poprawiając okulary na nosie.
– Tak? – Znowu wbił spojrzenie w swoją siostrę, a ona spuściła głowę. – Szkoda że nie mogę powiedzieć tego samego. – Dodał i ruszył do kuchni. Sonia zaś w końcu odzyskała rezon.
– Dlaczego ty taki jesteś? – Oskarżała go, ale nie słuchał, wziął butelkę z wodą i wyminął ją bez słowa.
– Stój! – Krzyknęła, a ona na chwilę rzeczywiście się zatrzymał.
– O co ci chodzi? – Zapytała trochę łagodniejszym tonem.
– Nie mam ochoty teraz się z tobą kłócić, zwłaszcza przy tym... – Zatrzymał się mierząc obcego surowym spojrzeniem od stóp do głów. – Chłystku. – Dokończył, choć na usta cisnęły mu się dużo mocniejsze słowa i wyszedł, odprowadzany wściekłym wzrokiem swojej siostry i obelgami, jakie zaczęła rzucać pod jego adresem.
        Natychmiast zaczął biec, szybko i intensywnie, nie troszcząc się o żadną rozgrzewkę czy rozciąganie- nie dbał w tej chwili ani o ewentualne kontuzje, ani o własne zdrowie. Biegł i biegł, raz po raz pociągając z butelki spore łyki, napędzany dziwną energią którą chciał spalić. Czterdzieści później znowu znalazł się na podjeździe, jego płuca niemal bolały, zdawało mu się, że zaraz je wypluje- i o to chodziło. Nie miał jeszcze ochoty wchodzić do domu, gdzie prawdopodobnie czekała go kolejna konfrontacja z Sonią, więc wyjął z samochodu paczkę papierosów i zapalniczkę i usiadł na schodku przy wejściu, było już ciemno, ulice oświetlały tylko latarnie i światła w domach, odczekał aż oddech całkiem mu się unormuje, po czym wyciągnął papierosa i głęboko się zaciągnął, po kilku sekundach wypuszczając z ust kłęby dymu.
        Wypalił jednego papierosa, potem kolejnego, przy trzecim usłyszał odgłos otwieranych drzwi, odwrócił się i ujrzał swoją siostrę, otulającą się ciasno długim, rozpinanym swetrem. I nie zrobił tego co zwykle robił w takich sytuacjach: Nie zgasił papierosa, wręcz przeciwnie, palił go cały czas, jakby w ten sposób chciał jej coś udowodnić...Wyszła, zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok  niego na schodach.
– Znowu palisz? – Zapytała przerywając milczenie, kiedyś już go przyłapała, powiedział jej wtedy że to ostatni raz. Nie odpowiedział, tylko znowu głęboko się zaciągnął.
– Przepraszam że cię okłamałam...naprawdę. – Zaczęła cicho, patrząc na niego swoimi wielkimi oczyma, szukając w nich zrozumienia i litości. Ale on już wyczerpał te zasoby. Strząsnął nadmiar wypalonego tytoniu i odpowiedział, nawet na nią nie patrząc.
– Tak mi się odpłacasz? – Zapytał zimno, a ona po raz kolejny tego wieczoru, zamarła.
– Co? – Zapytała choć doskonale rozumiała co ma na myśli. Wciąż na nią nie patrzył.
– Utrzymuję cię, mieszkasz w moim domu... – Nigdy jej tego nie powiedział, ale teraz kierowało nim wyłącznie cierpienie: Czuł się zraniony, chciał by ona również to czuła... – Płacę za twoje studia...A ty śmiesz mnie okłamywać? – Jego słowa cięły jak noże, ale już nie mógł ich cofnąć. I nie chciał.
– Jesteś podły! – Powiedziała przez łzy, które zaczęły płynąć jej po policzkach – Jak możesz mówić mi coś takiego ty...
– A jak ty możesz mnie tak okłamywać? – Ryknął na nią, zupełnie ignorując fakt, że przecież znajdują się praktycznie na ulicy.
– A myślisz że dlaczego to zrobiłam? Właśnie dlatego ty tępy ośle! –Znowu na niego krzyczała, nie mógł tego znieść, więc wstał i spojrzał na nią z góry.
– Nie muszę tego słuchać. Myślałem że jesteś dojrzalsza, ale ty wciąż jesteś małą gówniarą! – Niemalże splunął, wszedł do domu i mocno zatrzasnął za sobą drzwi, nawet nie zerkając czy siostra idzie za nią, po czym od razu wskoczył pod prysznic. I po co było całe te bieganie?- Myślał stojąc pod strumieniem gorącej wody, po czym owinął się ręcznikiem i ruszył na górę do swojej sypialni. Nawet nie sprawdził, czy jego siostra weszła już do domu. Ubrany jedynie w bokserki położył się do  łóżka, ale zanim zasnął, długo przekręcał się z boku na bok, nie mogąc wyrzucić z głowy dręczących go myśli...
        Śnił. Znajdował się w dużej, przestronnej sypialni, jasne podłogi, ciemne ściany i ogromne łóżko, nakryte czerwoną kapą. Nie wiedział co tu robi, ani dlaczego się tu znalazł...usiadł na łóżku, a wtedy drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich istny anioł. Dziewczyna miała na sobie długą, białą koszulę nocno, która eksponowała szczupłe ramiona i ładny dekolt, włosy okalały jej twarz niczym ciemny welon. Gdzieś już widział tę twarz...nieznajoma pochyliła się nad nim i delikatnie popchnęła na łóżko. Odruchowo wyciągnął do niej ręce, wtedy ona zbliżyła się lekko...
– Angeline... – szeptał, ale kiedy chciał wziąć ją w ramiona, nagle rozpłynęła się w powietrzu...
  • awatar SallyLou: Creig jest wręcz zaborczy jeśli chodzi o siostrę. Powinien trochę przystopować, bo jeszcze mu zwieje z tym Stewartem ( swoją drogą uwielbiam to imię ^_^). Dlaczego ten sen tak szybko się skończył? Nie lubię tego...
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 15
***
Zmarszczyła brwi i przyjrzała mu się dziwnie: był jakiś przybity, smutny...kierowana w większej części ciekawością wzięła w ręce sporą, czarną reklamówkę. Czyżby przywiózł jej ubranie?
– Za pół godziny przyjdę cię przesłuchać. – I wyszedł, zostawiwszy ją samą. Wstała z pryczy i wysypała na nią  zawartość pakunku - wciągnęła głośno powietrze i chwyciła rzeczy w obie ręce, nie wierząc w to co widzi: Czarne spodnie, biały sweter i...bielizna? Zaczerwieniła się, wyobrażając sobie jak jeden ze zbirów Creiga kupuje jej stanik i majtki...albo co gorsza on sam! Nie chciała się nad tym dłużej zastanawiać, odłożyła spodnie i sweter na łóżko i zaczęła zakładać bieliznę: Z szokiem, pomieszanym z zadowoleniem, stwierdziła, że zarówno figi, jak i biustonosz wykończony śliczną białą tasiemką pasują idealnie. Sięgnęła po spodnie, pewna że i one, za sprawą jakieś diabelskiej sztuczki będą dobre, ale tym razem się zawiodła: Sięgały jej ledwie przed kostki, w pasie zaś były lekko za luźne, lecz nie na tyle, by miały z niej spadać...Chwyciła gruby, biały sweter z wełny i przełożyła go przez głowę: po jej ciele niemal natychmiast zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło...był trochę za duży i drapał ją w skórę, ale zupełnie się tym nie przejmowała- podwinęła jedynie rękawy. Pochyliła głowę i zaciągnęła się przyjemnym aromatem materiału, pachniał nowością i jakby...pomarańczą? Dopiero mając na sobie czyste ubrania zdała sobie sprawę jaka jest brudna: Skórę miała spoconą, głowa swędziała ją, kiedy przejechała językiem po zębach wyczuła nieprzyjemny nalot...potrzebowała prysznica. Rozpaczliwie. Zastanawiała się nad tym, kiedy usłyszała odgłos otwieranego zamka, serce zaczęło jej bić jak oszalałe, bała się, że to znowu tamci dwaj obrzydliwcy którzy próbowali ją zgwałcić...niemalże odetchnęła z ulgą kiedy ujrzała w drzwiach dobrze znaną twarz. Mężczyzna który przyniósł jej ubrania wszedł do celi i zaczął jej się dokładnie przyglądać, nie wydawał się już taki zmartwiony, z jego twarzy zniknął tamten smutny wyraz.
– Wszystko pasuje? – Dopiero po chwili zorientowała się że mówi o ubraniach.
– Rękawy są trochę za długie, a nogawki za krótkie... – Odpowiedziała zgodnie z prawdą, lekko unosząc prawą nogę. Zmarszczył brwi i usiadł koło niej, zachowując taką odległość by czuła się komfortowo.
– Zawsze kupujesz swoim zakładnikom nowe ubrania? – Zaryzykowała to stwierdzenie. Ale w innym wypadku chyba by się nie pytał prawda? Przyjrzał się jej uważnie i dopiero po chwili udzielił odpowiedzi.
– Tylko jeśli to konieczne. – Wyraźnie nawiązał do incydentu sprzed kilku godzin i Angeline mimowolnie się skrzywiła.
– Nie ma sensu przechodzić do pokoju przesłuchań. – Potarł dłonią brodę z kilkudniowym zarostem. – Załatwmy więc całą sprawę tutaj. – Dziewczyna skuliła się pod jego intensywnym spojrzeniem, w pewnym momencie wstał i stanął do niej przodem, opierając się o przeciwległą ścianę.
– Kiedy odbędzie się przewóz? – Zapytał twardo, a ona mimowolnie jęknęła. O co mu chodzi? Nie ma zielonego pojęcia o żadnym przewozie, czemu więc on w kółko się o niego pyta?
-Nie wiem.- Skuliła się i pokręciła głową, bała się że za chwilę znów zostanie ukarana za swoje słowa. Jej niepokój wzrósł kiedy poczuła na ramionach silne, męskie dłonie, otworzyła oczy i przyjrzała się mężczyźnie, on również nie odrywał od niej wzroku.
-Data.- Powtórzył, a ona w odpowiedzi pokręciła głową, próbowała wyrwać ramiona, ale trzymał ją mocno.
-Kiedy?
-Nie wiem...-Odpowiedziała i niemalże oczekiwała na ostry ból w okolicach barków...jednak nic takiego się nie stało, zamiast tego spostrzegła, że mężczyzna ukląkł przy niej, ich twarze znalazły się na jednej wysokości.
-Kiedy to się stanie?- Wyczuła od niego mocny zapach papierosów i lekko zmarszczyła nos.
-Nie wiem.- Powtarzała ciągle, za każdym razem zadawał jej to samo pytanie, na które ona wciąż podawała tę samą odpowiedź. W miarę jak rosła ilość jego pytań, jej głos stawał się coraz głośniejszy, robiła się coraz bardziej zdenerwowana, nie mogła już znieść tego całego przesłuchiwania.
– Kiedy? Kiedy to się stanie, Angeline? – On również nie pozostał obojętny, potrząsnął ją lekko,  a jej wtedy puściły wszelkie hamulce.
– Nie wiem! – Wykrzyczała mu tak głośno, jak tylko potrafiła. Nie wiem nic o żadnym cholernym przewozie, nie wiem!- Na jego twarzy znowu pojawiła się maska obojętności, puścił jej ramiona, wstał i odwrócił się z zamiarem wyjścia. Na to nie mogła pozwolić.
– Jak długo będziesz mnie tu trzymał, żądając informacji których nie mam? – Nie przestawała krzyczeć, on zaś odpowiedział jej, nawet się nie odwracając.
– Tak długo, jak ich sobie nie przypomnisz. – Otworzył drzwi.
– W takim razie możesz od razu mnie zabić!- – Wykrzyczała mu na odchodne, wtedy on zatrzymał się i odwrócił. Tego się nie spodziewała.
– Uwierz mi, być może niedługo to zrobię. – Głos miał cichy i groźny, wyszedł po chwili, a  zastygła w miejscu, kiedy słowa w pełni do niej dotarły.
        Nie mogła rozgryźć tego człowieka. Raz zachowuje się niczym jej własny rycerz, broni jej od krzywdy, przywozi jedzenie i ubrania...z drugiej strony zaś, sam nieraz sprawił jej dotkliwy ból, a dziś jeszcze zapowiedział że ją zabije. Przecież gdyby wiedziała, powiedziałaby mu...nie miała jednak pojęcia, a on uparcie wmawiał jej że jest inaczej, sugerując że go okłamuje. Zrobiłaby wszystko, byleby się stąd wyrwać, to było najgorsze co do tej pory spotkało ją w życiu, tymczasem nie miała nawet pojęcia jaki jest dzień tygodnia i ile dni tak naprawdę już tu spędziła- wydawało jej się że całą wieczność...Położyła się na łóżku, podwinęła nogi i przykryła kocem-teraz naprawdę było jej ciepło, no może poza stopami, tych właściwie wciąż nie czuła, mężczyzna który kupił jej te ubrania nie zatroszczył się o skarpetki.
        Jej myśli znów powróciły do tego skomplikowanego faceta. Uświadomiła sobie, że nie zna nawet jego imienia. Czasem patrzył na nią w taki sposób...zupełnie nie jak na swojego zakładnika ale jak na swoją...-bała się użyć słowa, jakie cisnęło się na usta. Ale nie to najbardziej ją przerażało, najgorsze było to co ona sama czuła w takich momentach...Również jego fizyczność nie ułatwiała jej zadania- gdyby spotkali się w innych okolicznościach, na pewno by ją pociągał...Pokręciła głową. Ale nie spotkaliśmy się.
        Nagle zrobiła się senna, przerwała więc swe rozmyślania, zamknęła oczy i pogrążyła się we śnie.
  • awatar malinowaaa25: To jest po prostu świetne ! Bardzo polubiłam to opowiadanie, wiec czekam na więcej ;)
  • awatar SallyLou: Ech współczuję Angeline. To dręczenie jej wydaje mi się bezowocne. Przecież skoro nie pamięta, to chyba nie ściągnie tych informacji z kosmosu... Przecież Creig musiał przesłuchiwać wcześniej wiele osób i wie kiedy one kłamią, a kiedy są szczere. No chyba, że ona faktycznie coś ukrywa...
Pokaż wszystkie (2) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 14
        Wyrzucił wypalonego do połowu papierosa i wyciągnął nowego, jednocześnie pocierając dłonią czoło. To co zrobił było...nieplanowane. Sam się tego nie spodziewał- Wzrok zhardział mu kiedy przypomniał sobie obleśne łapy Tony'ego na delikatnym ciele Angeline. A może jednak dobrze zrobił. Pierwsza reakcja zwykle jest najlepsza- po głębszym zastanowieniu nie odczuwał już wyrzutów sumienia, wręcz przeciwnie, był raczej...zadowolony z siebie. Przed tym całym incydentem obiecał sobie że wróci do dziewczyny za parę godzin- zerknął na zegarek, skrzywił się odnotowawszy że nie minęła nawet jedna z nich. Zaczął nerwowo uderzać w blat biurka, w końcu, wypaliwszy już pół paczki papierosów, wstał gwałtownie, wyjął z biurka jeden zwitek banknotów i zarzuciwszy na siebie skórzaną kurtkę wyszedł z biura, upewniwszy się uprzednio, że kluczyk do celi Angeline znajduje się głęboko w kieszeni jego spodni. Jeżeli spędzę tu jeszcze moment, zwariuję...- Powiedział do siebie, popychając duże, przezroczyste drzwi. Znalazł się na chodniku i spojrzał na swój zaparkowany samochód-już ruszył w jego stronę, ale po chwili zmienił zdanie i poszedł piechotą wzdłuż wąskiej ulicy. Uznał że uda się na nieduże zakupy-potrzebował kilku rzeczy z działów budowlanych jak sznur czy taśma izolacyjna...-wyliczał w głowie, ale kiedy mijał centrum handlowe zatrzymał się na moment. Przypomniał sobie nagą skórę Angeline okrytą jedynie szorstkim pledem...teraz nie miała już nic innego. Przeszedł przez obrotowe drzwi i jego uszu natychmiast dotarła wesoła, drażniąca melodia, zobaczył tysiące ludzi od starszych, poważnych biznesmenów, po rozwrzeszczane nastolatki. Westchnął przeciągle i ruszył naprzód, jednocześnie rozglądając się za najbliższym butikiem. Wmawiał sobie że chce kupić jej ubrania jedynie ze względów...służbowych-no bo jak miał ją przesłuchiwać? Nagą?- Zadrżał na tę myśl, ale natychmiast się otrząsnął, wchodząc do niedużego, ale dość eleganckiego sklepu- sukienki wisiały na białych, pozbawionych głów manekinach, podłoga była wyłożona ciemną boazerią, a w całym pomieszczeniu roznosił się lekki, przyjemny aromat pomarańczy. Dwie młode ekspedientki przyglądały mu się intensywnie, kiedy pewnym krokiem szedł między regałami.
        Co powinien kupić? Jego wzrok powędrował na śliczną, bladoniebieską sukienkę do ziemi, wykańczaną u dołu drobnymi diamencikami- suknia była dokładnie w kolorze jej oczu... – Creig, ty idioto, ona jest w celi! –  Przywołał się do rzeczywistości i skręcił w lewo, gdzie rząd wieszaków i kilka półek zajmowały wyłącznie spodnie. Zdecydował się na jeden fason: proste, czarne z kieszeniami po bokach i lekko zwężanymi nogawkami- były z dosyć elastycznego materiału, gdyby nie krój, mogłyby uchodzić za dresy-uznał więc że będą odpowiednie. Problem pojawił się z dobraniem odpowiedniego rozmiaru...wyjął kilka wieszaków i zaczął porównywać je ze sobą, wyobrażając sobie obłe kształty Angeline, ale to zupełnie nie ułatwiało mu zadania-podobnie jak rozmiary wypisane na metkach...
– Mogę panu w czymś pomóc? – Słodka blondynka, odziana w jasny uniform patrzyła na niego z wyuczonym, służbowym uśmiechem. W pierwszym odruchu chciał zaprotestować , zaraz jednak zmienił zdanie, pamiętając, że musi jeszcze kupić coś na górę...
– Gdyby była pani tak uprzejma. – Posłał kobiecie zawadiacki, chłopięcy uśmiech, a ta natychmiast się zaczerwieniła, zaraz jednak opanowała się, kątem oka zerkając na rudą kobietę za ladą.
– Jakiego rozmiaru pan szuka? – Odchrząknęła i zapytała.
– Właściwie nie wiem... – Odparł zgodnie z prawdą. Kobieta uśmiechnęła się ze zrozumieniem, najwyraźniej często miała z czymś takim do czynienia.
– Jakoś sobie poradzimy. Ile wzrostu ma partnerka? – Wybałuszył oczy słysząc jakiego określenia użyła...partnerka. Zaczął zastanawiać się jakby to było, gdyby naprawdę nią była... przez dobrą chwilę jego myśli znowu krążyły przy Angeline, dopiero uprzejmy głos ekspedientki przywołał go do rzeczywistości.
– Proszę pana? – Zamrugał i otrząsnął się
– Myślę że około metr siedemdziesiąt. – Odparł niepewnie, a ekspedientka pokiwała lekko głową.
– Jest raczej szczupła czy...
– Szczupła. – Przerwał jej natychmiast, akurat tego jednego był pewien. – Ale nie wychudzona- dodał, a kobieta znowu kiwnęła głową i sięgnęła po odpowiednią parę.
-Myślę, że te będą dobre.- Creig z wdzięcznością przyjął od niej spodnie, odwiesiwszy uprzednio pozostałe pary.
– Mogę w czymś jeszcze pomóc? – Zapytała dziewczyna unosząc dłonie do góry.
– Właściwie tak. – Odparł – Potrzebuję jeszcze jakiegoś swetra... – Powiedział, przypominając sobie gęsią skórkę na ciele jego zakładniczki. – Dosyć ciepłego – dodał.
– Proszę za mną. – Kobieta ruszyła przodem, przez chwilę lustrował jej kształty, ale nie wzbudziły w nim jakiegoś wielkiego zachwytu, po chwili więc podniósł wzrok na jej włosy. Zatrzymała się przy niedużych manekinach i uniosła dłoń, prezentując mu sklepowy asortyment.
– Może któryś z tych? – Creig przez chwilę oglądał kolorowe ubrania, w końcu zdecydował się na biały sweter z owczej wełny z małym, okrągłym dekoltem. W tym wypadku z rozmiarem poszło znacznie łatwiej, wybrał po prostu jeden z nich, wiedząc że nawet jeżeli okaże się za duży, nie będzie to powód do zmartwień.
– Dziękuję, to wszystko. – Odprawił wpatrzoną w niego blondynkę, znowu się do niej uśmiechając, ta zaś po raz kolejny pokiwała głową i oddaliła się w stronę kas. On również powoli zmierzał w tym kierunku, ale zatrzymał się, mijając dział z bielizną. Zastanowił się przez chwilę...po chwili wybrał grzeczny, biały komplet: biustonosz wykańczany równie białymi tasiemkami i figi, z ładną kokardką. Tęsknym wzrokiem spojrzał na czerwoną, bardziej wymyślną bieliznę...Nie, to mogłoby tylko stworzyć niepotrzebne sytuacje i niedopowiedzenia. Zdecydowanym ruchem sięgnął po jasny zestaw: tym razem nie martwił się o rozmiar, po prostu był pewien że dobrze wybrał...udał się do kasy.
– Dzień dobry. – Przywitała niska, ruda kobieta wystukując wszystkie rzeczy na kasie i pakując je do czarnej, eleganckiej torebki.
– Razem dwieście sześćdziesiąt trzy dolary i pięćdziesiąt centów. – Bez słowa wyjął cały zwitek banknotów, zdjął gumkę recepturkę, wyliczył odpowiednią ilość i podał ją  zszokowanej ekspedientce, po czym schował pieniądze z powrotem do kieszeni kurtki.
– Reszty nie trzeba... – Mrugnął, a dziewczynie niemal opadła szczęka. Zadowolony z siebie, przewiesił torbę przez ramię i wyszedł. Jego następnym przystankiem okazał się McDonald-Zobaczył z daleka szyld i, wszedł i stanął w kolejce, pamiętając, że przecież ma mnóstwo czasu. Obrócił głowę i zaczął przyglądać się ludziom wypełniającym restaurację: Cały jeden stolik zajmowała szczupła, wychudzona matka z dwojgiem małych dzieci, toczących zażartą wojnę o jakąś zabawkę, przy drugim siedział otyły, pryszczaty mężczyzna z długą brodą, zajadający burgera, zaś przy trzecim ujrzał...Otworzył usta, torba niemal wypadła mu z ręki: Przy jednym ze stolików siedziała jego siostra, trzymając za rękę jakiegoś wyrostka w okularach- chłopak co chwila pochylał się i szeptał jej coś do ucha, a ona uśmiechała się do niego zalotnie...okłamała go, miała być z koleżankami! To dlatego była taka rozmarzona zeszłego wieczoru, tu wcale nie chodziło o jakąś głupią sesję! Zalała go fala złości i smutku jednocześnie, dlaczego mu to robiła?
– Co dla pana? – Nawet nie słyszał głosu obsługującego go mężczyzny, tylko wciąż gapił się na Sonię...kilka sekund później zacisnął zęby, ale uznał, że nie będzie robił jej tu sceny, przy tych wszystkich ludziach.
– Proszę pana? Co podać? – Już drugi raz w ciągu godziny te słowa wyrwały go z zamyślenia, podniósł wzrok na szpakowatego, młodego mężczyznę i tylko pokręcił głową.
– Nic. – I wyszedł, nie oglądając się już za siebie. Stracił cały apetyt. Nagle zdał sobie sprawę, że przecież on też w kółko ją okłamuję i natychmiast zaczął się usprawiedliwiać:
        Ja robię to dla jej dobra i bezpieczeństwa...A ona zwyczajnie nie chciała mi powiedzieć. Wolała mnie okłamać.- Wmawiał sobie, że nic go to nie obchodzi, że Sonia jest dorosła i on ma gdzieś z kim się spotyka...lecz w głębi duszy czuł się zraniony. Była jedną z niewielu osób którą obdarzył uczuciem, zaufaniem i opieką...i okłamywała go. Speszony opuścił centrum handlowe, nie mając już dziś ochoty na żadne wycieczki. Powłóczystym krokiem wrócił do biura, nie ożywił się nawet kiedy stanął już przed drzwiami celi. Otworzył je i wszedł, pozostawiając uchylone. Dziewczyna siedziała na łóżku, wciąż owinięta kocem. Bez cienia uśmiechu postawił na podłodze czarne zawiniątko.
– Ubierz się. – Powiedział jednostajnym głosem, w którym nie brzmiały żadne emocje.
  • awatar SallyLou: O, Creig na zakupach... Moja zszargana i umordowana wyobraźnia nie chce współpracować. On jest dla mnie zbyt wyjątkowy, by widzieć go w takiej sytuacji. Choć z drugiej strony żyje ze swoją siostrą całkiem zwyczajnie... Agent o podwójnej tożsamości :D Już się boję o tego zalotnika Soni, jak spotka Creiga, chyba szybko się ulotni z życia dziewczyny...
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 13
– Inny? – Wydusił cicho, marszcząc brwi, dopiero wtedy obróciła głowę w jego stronę.
– Ale jesteś taki sam jak reszta tych bandytów –  Przyrównała go do tych zbirów, przyrównała go do Robby'ego! Nie wiedział dlaczego tak go to poruszyło, przecież słyszał już dużo gorsze rzeczy na swój temat... bez słowa wyszedł, nie będąc w stanie dłużej zapanować nad własnymi emocjami.
– Kurwa! – Wykrzyczał waląc pięścią w metalową ścianę, głos rozniósł się po pomieszczeniu długim echem. Zrobiło mu się trochę lepiej, napięcie nieco opuściło, postanowił na parę godzin zostawić ją samą, Wtedy na pewno nabierze pokory, tak jak z jedzeniem – Pomyślał, zamknął wszystkie rygle, kluczyk jednak pozostawił w drzwiach- nie opłacało mu się go zabierać- i niemal zadowolony z siebie ruszył do swojego gabinetu. Zasiadł w głębokim skórzanym fotelu i zapalił papierosa, sekundę później mocno się zaciągając. Z papierosem w ustach zaczął przeglądać dokumenty, które od dłuższego czasu zalegały mu w szufladzie...studiował właśnie raport z jakiegoś przejęcia, kiedy drzwi gabinetu otworzyły się i stanął w nich Robby, po czym wszedł lekkim krokiem i zajął miejsce na niewielkiej kanapie.
– Przekazałeś raport? – Zapytał Creig, przypominając sobie że tego typka musi pilnować na każdym kroku, nawet jeżeli chodzi o tak błahą sprawę. Nigdy nie wiadomo co takiemu przyjdzie do głowy. Robby tylko pokiwał w odpowiedzi.
– Saragino chce wiedzieć kiedy dowie się czegoś o przewozie. – Powiedział cicho, wyraźnie czekając na odpowiedź Creiga, ale teraz to on pokiwał jedynie głową. Nie muszę mu się tłumaczyć... – Tak się usprawiedliwiał, ale prawda była taka, że sam nie wiedział kiedy uda mu się wyciągnąć cokolwiek z tej upartej, zarozumiałej panny...
        Wymienił z Robby'm jeszcze kilka nieistotnych uwag, kiedy coś przyszło mu do głowy.
– Widziałeś się z Tony'm albo Paul'em? – Zapytał zerkając na zegarek.  Czternasta trzydzieści. A wysłał ich o jedenastej...Haracze nigdy nie zajmowały im aż tyle czasu. Robby uśmiechnął się lekko, ale odpowiedział dopiero popędzony przez swojego szefa.
– Tak...wydaje mi się że widziałem ich jak schodzili na dół... – Mówi i drapie się po brodzie jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał. – O jej, czy to nie tam przebywa nasza słodka królewna?- Zapytał udając szok i teatralnie przykładając dłoń do ust. Creig zaczął niemalże toczyć pianę.
– I mówisz mi to dopiero teraz?! – Wrzeszczy, ale natychmiast zrywa się z fotela, zostawiając niedopalonego papierosa na biurku. Odprowadzany ironicznym śmiechem Robby'ego schodzi w dół i pokonując po dwa stopnie na raz zbiega do piętra na którym znajdują się cele. A może Robby go tylko podpuścił? – Szepcze głos w jego głowie, ale nie słucha go-musi sprawdzić, musi się upewnić.  Otwiera gwałtownie drzwi i wciąga gwałtownie powietrze.
        Tony i Paul, do połowy rozebrani, koszulka Angeline rozdarta, podobnie jak bielizna plecak z haraczem leży w rogu, zupełnie zapomniany...Tony pochylony nad roztrzęsioną dziewczyną i szpecący jej coś do ucha, jednocześnie kładąc łapy na jej nagim ciele. Zalała go fala dzikiej furii, dawno nie czuł takiej nienawiści- Doskoczył do Tony'ego, odciągnął go od dziewczyny i mocno pchnął na ścianę, po chwili jego ramię wystrzeliło w powietrze i uderzało raz za razem, z głośnym chrupnięciem łamiąc mężczyźnie nos.
– Co do... – Drugi z braci doskoczył do Creiga, chcąc obronić brata, wtedy ten odwrócił się i z łatwością obezwładnił również jego- w końcu, pobitych i zakrwawionych wypchnął ich z celi mocno zamykając drzwi. Odwrócił się i spojrzał na Angeline, która, nie przestając łkać, zrobiła się cała czerwona, wstydziła się swojego ciała, skrępowane ręce nie pozwoliły jej w żaden sposób go osłonić. Bez słowa przykrył ją kocem i niemal rozerwał pętające ją więzy- przeklinał teraz sam siebie, że w ogóle je zawiązał...ale z drugiej strony co by to dało? Przecież i tak sama nie obroniłaby się przed dwoma wielkimi facetami...trzeba było zabrać ze sobą ten cholerny klucz!- Wyrzucał sobie.
– Jak mogłeś... – Angeline usiadła, tak mocno przyciskając do siebie koc, że aż zbielały jej kostki. – Przysłałeś ich tu żeby...a potem się rozmyśliłeś tak? – Przymknęła oczy, on zaś otworzył szeroko swoje własne. Jak ona może tak myśleć? Nie dałem jej powodów, by myślała o mnie inaczej.
– Nie, przysięgam! To wcale nie tak! – Ukląkł przy niej, ale ona tylko pokręciła głową, schowała twarz w dłoniach i zaniosła się głośnym płaczem. Creig zbladł nagle, uświadomiwszy sobie że przecież już mogli ją skrzywdzić...nie wiedział jak długo przebywali z nią sam na sam. Stanowczo odsunął jej dłonie od twarzy i przyjrzał się jej dokładnie.
– Angeline! – Zaczął rozgorączkowany. – Czy oni coś ci zrobili? Angeline spójrz na mnie! –Przeniósł dłonie z jej rąk na twarz i uniósł ku sobie, patrząc proste w jej niebieskie, zapłakane oczy.
– Czy zrobili coś...poza rozebraniem cię? – Nie odpowiedziała, zaczynał już tracić cierpliwość, nie mógł znieść tej niepewności. – Odpowiedz! – Powiedział trochę ostrzej niż zamierzał, ale przynajmniej przyniosło to zamierzony efekt.
– Nie zdążyli. – Powiedziała w końcu cicho, a Creig przymknął oczy i wypuścił głośno powietrze, pełny niewysłowionej ulgi. Po chwili zabrał dłonie z jej policzków i wstał, ale czuł, że jeszcze nie jest gotowy by ją opuścić. Usiadł więc koło niej na pryczy, zachowując oczywiście odpowiednią odległość, nie chciał jej już więcej dziś przerazić.
– Jak się czujesz? – Uznał to pytanie za beznadziejne, kiedy tylko wydostało się z jego ust, ale było już za późno by coś zmienić, zresztą, jakoś musiał przerwać ciszę jaka zapadła między nimi. Angeline przycisnęła koc mocniej do piersi, ale nawet na niego nie spojrzała.
– A jak mam się czuć? – Wyszeptała wciąż poruszona wydarzeniami sprzed kilku minut. Chciał jej jakoś pomóc, jakoś złagodzić ten ból, czuł się za niego odpowiedzialny...tylko że nie miał pojęcia jak ma tego dokonać.
– Przykro mi. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. – Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu zdecydował się na szczerość. Angeline spojrzała na niego w końcu i prychnęła lekko, z drwiną.
–Tobie jest przykro? – Przełknęła ślinę, a on po raz kolejny pożałował swoich słów. – Nie chcę twojego współczucia. – Powiedziała nagle, z każdym kolejnym głosem jej głos stawał się coraz twardszy, donioślejszy. – Nie chcę od ciebie nic, poza wolnością! Nic rozumiesz? –Niemalże krzyczała, ale w końcu zrezygnowana opuściła ramiona i schowała w nich głowę. A więc oficjalnie go nienawidziła...westchnął cicho, jego wzrok powędrował do plecaka wciąż stojącego przy drzwiach. Powoli wstał, zabrał go i wyszedł, tym razem zabierając kluczyk ze sobą.  Powłóczystym krokiem wrócił z powrotem do swojego gabinetu, oczywiście cała trójka już na niego czekała, haracz oznaczał dla nich...wypłatę. Paul właśnie przykładał lód do nosa swojego brata, Robby zaś przyglądał im się z zaciekawieniem, wyraźnie zawiedziony, że wszystko go ominęło. Creig zajął miejsce za biurkiem, otworzył plecak i wysypał wszystkie banknoty na biurko. Szybko poukładał je w równe stosiki, każdy po tysiąc dolarów i każdy obwiązał przezroczystą gumką. Jedno spojrzenie upewniło go że wszyscy jego podwładni zastygli w bezruchu, Jeszcze chwila i zaczną się ślinić...-pomyślał, po czym odliczył pięć tysięcy, związał je kolejną gumką, tym razem większą i mocniejszą i rzucił Robby'emu- ten natychmiast złapał zielone zawiniątko, niczym pies aportujący patyk, po czym uśmiechnął się szeroko. Creig otworzył szufladę i umieścił tam resztę pieniędzy-swoją część zabierze sobie później.
– Możecie już iść. – Powiedział, na co Robby niemal natychmiast zerwał się i wyskoczył z pomieszczenia, zaś Tony i Paul przyglądali mu się zszokowani.
– Na co czekacie? – Rzucił im zniecierpliwione spojrzenie. – Wynocha! – Już wystarczająco się na nich dzisiaj napatrzył.
– A nasza dola?- Wykrztusił w końcu Tony, wyraźnie podenerwowany.
– Nie dostaniecie ani grosza. – Odparł, nie bez satysfakcji. – To może wam się odechce głupich zabaw... – Dodał tytułem wyjaśnienia. Tony natychmiast się nastroszył.
–To przez tę zdzirę!? Nawet nic nie zdążyliśmy zrobić tej małej dziwce... – Creig zacisnął dłonie w pięści.
– Powiedz jeszcze słowo, a rozkwaszę ci nie tylko nos! – Powiedział przez zaciśnięte zęby. –Moi zakładnicy są nie do ruszenia.
– Ty sukinsynu...to też nasza forsa – Tony ruszył w jego stronę, ale Creig był szybszy: zareagował niemal instynktownie, ze wciąż otwartej szuflady wyciągnął niewielki, czarny pistolet, wstał i wycelował nim w stronę swojego podwładnego. Tamten zamarł, po pomieszczeniu rozszedł się charakterystyczny dźwięk, świadczący o tym że teraz wystarczy tylko pociągnąć za spust by...
        Paul, z natury spokojniejszy od swojego czasami zbyt porywczego brata starał się załagodzić cały konflikt. Uniósł wysoko dłonie, w geście poddania.
– Słuchajcie, uspokójmy się trochę... – Creig nie usłuchał, wciąż trzymając Tony'ego na muszce. Paul widząc to, położył bratu dłoń na ramieniu i spojrzał przepraszająco na swego pracodawcę.
– Daj spokój stary...każdy z nas ma żonę i dzieci Za  co mamy im kupić jedzenie, jeśli nie dasz nam pieniędzy? – Creig zaklął w duchu...co za tupet!
– Powinniście być wdzięczni swoim dzieciom. – Przerwał mu, ani na sekundę nie opuściwszy pistoletu. – Tylko one sprawiły, że wciąż żyjecie. W innym wypadku Robby prawdopodobnie pakowałby już was w czarne worki. – Powiedział zimno, z satysfakcją odnotował że obydwaj bracia, jak na zawołanie zbladli, słysząc jego słowa.
– Wynocha. – powtórzył, nawet nie podnosząc głosu. I bez tego wszystko zabrzmiało wystarczająco groźnie. Jako pierwszy ożywił się oczywiście Tony.
– Tak, odwrócę się a ty wtedy strzelisz mi w plecy! Czarci... – Paul klepnął go mocno w plecy, zmuszając do zaprzestania swoich wymysłów.
– Daj spokój Tony, idziemy! – Niemal popchnął brata w stronę wyjścia.
– Strzelanie w plecy  nie jest w moim stylu.. – Powiedział Creig jeszcze na sekundę zatrzymując go w miejscu. – Zabiera to co w tym najlepsze: kiedy strzelasz w plecy nie jest ci dane zobaczyć przerażenia w oczach swej ofiary...a tego, w twoim wypadku nie chciałbym przegapić- I odłożył pistolet, z powrotem zajmując miejsce za biurkiem, bracia zaś natychmiast się ulotnili, nie potrzebowali już żadnej innej zachęty...
  • awatar Sometimes it has to hurt ;3: Hey ^^ Ciekawy blog ;3 Zapraszam do mnie...miłoby mi było gdybyś zostawiła po sobie ślad ^^ Z góry bardzo dziękuję i przepraszam za spam ! MIŁEGO DNIA <33
  • awatar izzybell: Świetne opowiadanie i wogóle cały blog ♡♡ zapraszam do mnie^^
  • awatar Lisa Angels: Co za @#@#!$@!#!#! Mają żony i dzieci?! Wykastrować ich i powiesić dla przykładu za... wybacz trochę mnie poniosło, świnie jedne! Dobrze, że Creig zdążył na czas.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 12
        Creig domyślił się wszystkiego niemal natychmiast, to było zupełnie normalne, że nie chciała tu wchodzić: Z pokojem przesłuchań wiązały się prawdopodobnie najgorsze wspomnienia w całym jej życiu. Mężczyzna stanął tuż za nią i wyszeptał jej do ucha:
– Pamiętasz co powiedziałem? – Usłyszał jak dziewczyna gwałtownie przełyka ślinę, po chwili pełnej wahania weszła jednak do tego pokoju: przerażona stanęła na środku i spojrzała na niego z przestrachem, kiedy dokładnie ryglował drzwi od środka. Wyjął jedno składane krzesło i rozstawił je na środku, tuż przed Angeline.
– Siadaj. – Rozkazał cicho.
***
        Po chwili wahania dziewczyna wykonuje jego polecenie, ale niepokój nie opuszczał jej ani na chwilę, zwłaszcza kiedy Creig zaczął krążyć nad nią niczym sęp...
– Jak pewnie wiesz, Francja ogarnięta jest wojną... – Zaczął jakby byli w kawiarni, a nie w jakimś podziemnym pomieszczeniu bez okna. Angeline bez słowa pokiwała głową, zastanawiając się do czego on zmierza.
– Na pewno wiesz także o masowych wywozach kobiet i dzieci z tamtych regionów... –Ponownie odpowiada mu jedynie kiwnięciem głowy. O Francji dowiedziała się z gazety, widziała zdjęcia kobiet przewożonych w kontenerach niczym bydło, napełniło ją to grozą.
– Bardzo dobrze... – Powiedział mężczyzna wyraźnie usatysfakcjonowany. – W najbliższym czasie mają odbyć się dwa takie przewozy... – Przyjrzał się jej, jakby badając reakcję, a jej nie pozostało nic innego, jak tylko przyglądać mu się nierozumiejącym wzrokiem. Podszedł do niej i lekko się pochylił.
– I tu zaczyna się twoja rola Angeline... – Musnął jej zadarty nos palcem i uśmiechnął się łobuzersko. – Powiedz mi kiedy i którędy to się odbędzie, a wyjdziesz stąd jeszcze dziś... –Popatrzyła na niego wielkimi oczami. A skąd niby mam to wiedzieć? – To była pierwsza myśl jaka przyszła jej do głowy.
– Nie wiem o czym ty mówisz... – Zaczęła, a on lekko pokręcił głową, ale nie przestał się uśmiechać
– Znowu się nie doceniasz moja droga... – Drgnęła słysząc ten ton. – Dwa tygodnie temu dostałaś od Ambasady amerykańskiej pewien list do przetłumaczenia... – Ciągle nic nie rozumiała. – Czy to trochę odświeża ci pamięć? – Szczerze mówiąc ta informacja nie pomogła jej ani trochę...dwa tygodnie...na ogół miała dobrą pamięć, takiego listu zupełnie sobie nie przypominała...
– Nie. – Powiedziała krótko, bo ta cała sytuacja zaczęła ją trochę denerwować. Porywają ją, a potem oczekują informacji których po prostu nie ma!- Mężczyzna westchnął ciężko i znowu zaczął powolnym krokiem chodzić po  pomieszczeniu.
– Angeline...Angeline... – Powtarzał raz za razem – Coś czuję że długo u nas zabawisz... –Roześmiał się cicho, a jej złość znów podeszła do gardła, opanowała się jednak, pamiętając ostatni raz kiedy dała się ponieść emocjom.
– Nic nie wiem o żadnych przewozach... – Powiedziała spokojnie, kładąc dłonie na kolanach.
– Czy aby na pewno? Może pod wpływem odpowiedniej perswazji zmienisz zdanie? – Zapytał z lekką groźbą w głosie.
– Nie mogę powiedzieć ci czegoś, czego nie wiem... – Wyszeptała rozpaczliwie, a on znowu gardłowo się roześmiał.
– Pożyjemy, zobaczymy. – Podszedł do niej i złapał ją za przedramię. Zdziwiona podniosła wzrok, ale nie śmiała się sprzeciwiać. Ale kiedy mężczyzna poprowadził ją z powrotem do drzwi, wszystko do niej dotarło i musiała zaprotestować...wyrwała się gwałtownie, Creig początkowo myślał że zbiera się do ucieczki i krew w nim zawrzała, dziewczyna jednak zatrzymała się w miejscu, zupełnie nieruchomo, jakby wrosła z podłogę.
– Nie tak się umawialiśmy! – Zarzuciła mu groźnym tonem. – Miałeś mnie wypuścić jak już odpowiem na twoje pytania! Spojrzał na nią z mieszaniną kpiny i poirytowania.
– Masz słabą pamięć aniołku. – Jego twarz przybrała obojętny, zimny wyraz, kiedy ponownie chwycił ją pod łokieć. – Powiedziałem że wypuszczę cię, jeśli będziesz współpracować. Ale ty jesteś zbyt uparta...no cóż, może parę kolejnych nocek w celi sprawi że zmienisz decyzję. –Mocno szarpnął ją do wyjścia, lecz kiedy tylko znaleźli się w korytarzu, Angeline niespodziewanie odwróciła się w jego stronę, uniosła lekko kolano i...z całej siły kopnęła Creiga w krocze. Wydał jęk bólu i puścił ją odruchowo, składając się w pół, ta natychmiast wykorzystała sytuację i ile sił  w nogach pognała przed siebie. Wiązanka siarczystych przekleństw była ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, biegła , nie bardzo wiedząc dokąd- odruchowo wspięła się po schodach, przypominając sobie co powiedział jej wcześniej mężczyzna- że znajduje się w podziemiach firmy. Skoro w podziemiach, to gdzieś wysoko musi być wyjście na powierzchnie prawda? Dostrzegła kolejne schody i ruszyła w ich stronę, przyspieszyła słysząc za sobą odgłos kroków i głos wykrzykujący jej własne imię. Zaczęła przemierzać kolejne korytarze, szukała albo kolejnych schodów, albo wyjścia na górę...jednak nic takiego nie dostrzegła.
        Coraz bardziej spanikowana zaczęła biec na oślep, byle tylko wciąż pozostać w ruchu, nagle zabrnęła w ślepą uliczkę, zatrzymała się, niemalże odbijając się od pustej ściany. Odwróciła się natychmiast i chciała znów zaczął swój bieg, zobaczyła jednak coś, co siłą zatrzymała ją w  miejscu. Jakieś kilka metrów przed nią szedł Creig, wpatrując się w nią, jego zielone oczy miotały błyskawice, przez nozdrza wydostawały się głośne oddechy, dłonie miał mocno zaciśnięte, kiedy zbliżał się do niej coraz bardziej...ten widok ją sparaliżował, jeszcze nigdy nie widziała go z taką furią, z takim obłędem w oczach...Obróciła się z powrotem w stronę ściany i jęknęła żałośnie, znajdowała się w sytuacji bez wyjścia, była w ślepej uliczce...Rzuciła się więc w jego stronę z głośnym okrzykiem, mając nadzieję, że jakimś cudem uda jej się przebić się przez barierę, jaką stanowiło jego ciało. Oczywiście tak się nie stało, zamiast tego, para silnych rąk obięła ją najpierw w pasie, potem niżej tuż nad kolanami...mężczyzna bez trudu przerzucił ją sobie przez ramię, jej opór nie stanowił dlań żadnego problemu. Wierzgała i rzucała się,  kiedy niósł ją z powrotem do celi-wszystko na próżno, silny uścisk jego rąk na biodrach zdawał się być nie do przełamania...
– Powiedziałem ci co zrobię jeśli spróbujesz uciec... – Usłyszała z głową przy jego plecach i poczuła lodowate zimno w okolicy serca. – I zamierzam dotrzymać słowa. – Zaczęła wyrywać się jeszcze bardziej, rzucała się jak świeża ryba na patelni kiedy zaniósł ją z powrotem do chłodnej celi, brutalnie rzucił na łóżko, a sam znowu zniknął za drzwiami.
        Natychmiast podniosła się z pryczy i zaczęła walić pięściami w metalowe wrota, naiwna niczym dziecko...Po chwili drzwi same się otworzyły i stanął w nich Creig. W dłoniach dzierżył gruby, biały sznur...
***
– Nie! – Zaczęła krzyczeć jeszcze zanim jej dotknął, ale jemu nie zrobiło to żadnej różnicy-tym razem był nieugięty. Przedstawił jej swój warunek, ona się zgodziła, a potem go złamała...musi ponieść konsekwencje. Nic na tym świecie nie obejdzie się bez kary.- Z tą myślą zwinął kawałki sznura wokół prawego nadgarstka i znowu brutalnie rzucił ją na łóżko, jednocześnie siadając na niej okrakiem, by nie miała możliwości ucieczki. Zaczęła z całej siły machać rękami, po jej twarzy lały się gorące strumienie łez...
– Więcej nie będę, obiecuję! – Krzyczała zapłakanym głosem, ale on udawał że wcale go nie słyszy. – Błagam, nie rób tego! – Złapał ją za jeden nadgarstek i zaczął mocno owijać go sznurem, zupełnie nie zważając na jej płaczliwy głos, czy drugą rękę młócącą go po plecach. W końcu zawiązał mocny węzeł, zaś drugi koniec przywiązał do metalowej ramy łóżka. Z drugą ręką poszło mu znacznie szybciej, po dosłownie kilkunastu sekundach oba węzły były już gotowe, Creig wciąż na niej siedząc przyjrzał się swemu dziełu: Ręce miała uniesione, przeniósł wzrok niżej i dostrzegł ładne, okrągłe piersi, dodatkowo teraz wyeksponowane, ten widok lekko zmącił mu umysł, stał się bardziej świadomy sposobu w jaki jego własne uda, odziane jedynie w jeansy dotykają jej  nagich nóg...Przez chwilę zastanawiał się czy nie przywiązać również ich, ale po chwili stwierdził, że to nie będzie konieczne. Niechętnie podniósł się z dziewczyny i z rękami w kieszeniach stanął obok łóżka.
–Tak każę nieposłuszeństwo.. uprzedziłem cię o konsekwencjach jakie będą cię dotyczyć jeśli podejmiesz próbę ucieczki, a ty nie posłuchałaś. – Pokręcił głową w geście dezaprobaty. – Miałem cię za mądrzejszą kobietę...jak widać pomyliłem się. – Chciał wyjść, kiedy zatrzymał go jej cichy, łamiący się głos.
– Ja też się pomyliłam. – Głowę miała odwróconą do ściany, nie patrzyła na niego wypowiadając te słowa. – Myślałam że jesteś inny... – Oniemiał. Jak miał na coś takiego zareagować, do cholery?!
  • awatar SallyLou: Hm takie rozdziały uwielbiam :D Wiesz, że wcześniej byłam pewna, iż Angeline zobaczyła jakiegoś trupa? Ech zawsze muszę się pomylić... A co do Creiga, straszny brutal z niego. przecież widzi, że dziewczyna jest na granicy obłędu i raczej w takim stanie się nie kłamie. Takie traktowanie jej w niczym mu nie pomoże.
  • awatar malinowaaa25: To jest po prostu cudowne! Cóż mogę więcej rzec? Nie mogę doczekać się soboty ;)
Pokaż wszystkie (2) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 11
        Obudziło go słońce wpadające przez pozbawione zasłon okno. Z jękiem zasłonił dłonią oczy i przekręcił się na niewygodnej kanapie.
– Sonia! – Z ust mężczyzny wydobyło się głośne, markotne wołanie, czuł się zupełnie jak niedźwiedź, który wybudził się z długiego, zimowego snu... tyle że za wcześnie.
– Sonia! – Krzyknął ponownie, a kiedy odpowiedziała mu jedynie cisza, niechętnie podniósł się do pozycji siedzącej. Bolały go plecy, był cały spocony i nawet nie pamiętał kiedy zasnął...Przyłożył dłoń do lepiącego się czoła i potarł je lekko, jego palce natrafiły na niewielkie zadrapania. Gwałtownie podniósł się z kanapy i spojrzał na kuchenny zegar: Dziesiąta piętnaście. – Cholera, powinien już być w biurze! – Na lodówce dostrzegł  różową kartkę zapełnioną ładnym, symetrycznym pismem, zerwał ją i szybko przeczytał, marszcząc przy tym oczy.
Creig!
Na przyszłość wyłączaj telewizor zanim uśniesz! I te plamy od piwa...wiesz ile będę musiała to szorować? Pewnie byłeś bardzo zmęczony po pracy i to dlatego...będę dziś koło 20, wychodzę po pracy z koleżankami. Zostawiłam ci naleśniki na śniadanie.
Sonia
        Niemal gwizdnął cicho czytając jej rozprawkę... bez strzępków sumienia wyciągnął z lodówki talerz cienkich naleśników i pochłonął wszystkie, nawet ich nie podgrzewając. Potem udał się na górę, do łazienki, ale zanim wszedł pod prysznic, mignęło mu jego własne odbicie w lustrze. Zatrzymał się w pół kroku i przyjrzał się sobie uważnie. Przez środek twarzy, począwszy od czoła, a skończywszy na brodzie biegły trzy cienkie, czerwone szramy. Roześmiał się cicho, istotnie, raczej nikt nie uwierzy mu kiedy powie, że zaciął się przy goleniu...podrapał się po lekko zarośniętej  brodzie...wypadałoby się już ogolić- robił to tylko raz w tygodniu, w niedzielę. Uświadomił sobie, że niedziela wypada właśnie dziś i obiecał że zrobi to wieczorem. Rozebrał się z przepoconych dresów i wskoczył pod prysznic, humor miał już dużo lepszy.
        Po drodze do firmy zatrzymał się przy niewielkiej budce z tanim jedzeniem.... zastanawiał się chwilę, postukując w kierownicę, po chwili wysiadł i wciąż niepewny kupił hod-doga na wynos. Kilka kilometrów dalej stwierdził, że przyda mu się kawa, zatrzymał się więc przy Mc-drive i później na pełny gazie i już bez żadnych przystanków dojechał do biura.
        Z hot-dogiem i kawą wkroczył do swojego gabinetu, zastał tam, jak co dzień, swoich trzech podwładnych, czekających na jego rozkazy. Minął ich bez słowa i usiadł przy biurku.
– Wy dwaj odbierzecie dzisiaj haracze w mieście –  Powiedział wskazując braci.
– A ty – Zwrócił się do Robby'ego. – Pojedziesz do szefa z raportem. – Chciał być dzisiaj sam w biurze, co do Paula i Tony'ego nie obawiał się za bardzo, ale Robby'ego wolał mieć daleko, daleko stąd...
        Zdziwiła go potulność podwładnych- wszyscy trzej bez słowa pokiwali głowami i niemal natychmiast skierowali się do drzwi.
– Jesteś pewien, że nie będziesz potrzebował naszej pomocy? – Powiedział Robby zatrzymując się przy drzwiach. Wyraźnie nawiązywał do ran na jego twarzy...Creig wypuścił głośno powietrze i posłał mu wrogie spojrzenie. A więc wszystko w normie... – stwierdził słysząc za drzwiami głośny, gardłowy śmiech zbira.
        Wypił kawę, zabrał hot-doga i udał się do celi. Delikatnie otworzył drzwi, niepewny co zastanie, ale wszelkie obawy okazały się niepotrzebne: urzeczony spojrzał na skuloną postać pogrążoną w głębokim śnie: Przykryła się kocem po samą szyję, wystawała jedynie głowa, długie włosy rozsypały się po szarej pryczy, oczy miała delikatnie przymknięte, usta rozchylone...niemal na palcach wszedł do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Usłyszał jakiś dźwięk i myślał że Angeline po prostu się obudziła, ale kiedy się odwrócił, spostrzegł, że jedynie zmieniła pozycję: przekręciła się na plecy i wyprostowała, nogi do połowy łydek wystawały jej za łóżko. Wczorajsze jedzenie zdążyło zaschnąć na podłodze, stolik wciąż na niej leżał...pochylił się i chciał postawić go na miejsce, chociaż starał się zrobić to jak najciszej, metalowy mebel z głośnym brzękiem wylądował na podłodze. Angeline natychmiast otworzyła oczy i posłała mu leniwe, ciepłe spojrzenie...cieszył się chwilą, wiedział jak to jest: pierwsze kilka sekund po przebudzeniu to czasem najlepsza część dnia, nic się nie pamięta, nie ma żadnych smutków, ani zmartwień...przez jakieś pięć sekund.
Pięć sekund Angeline właśnie minęło.
        Gwałtownie usiadła na pryczy, wciąż owijając się ciasno kocem i spojrzała na niego przytomniej.
– Dzień dobry. –  Powiedział, bo te słowa wydały mu się odpowiednie. Nie odpowiedziała, więc wyciągnął do niej rękę z hot-dogiem, mając szczerą nadzieję, że dwa dni bez jedzenia ostatecznie rozmrożą jej upór...
– Przywiozłem ci śniadanie... –  I zastygł z wyciągniętą dłonią czekając na jej reakcję.  Zobaczył w jej oczach wewnętrzną walkę, zdawała się rwać całą wieczność, po chwili, pełna zrezygnowania, wyciągnęła dłoń i w przeciągu kilku sekund pochłonęła cały posiłek...a raczej przekąskę. Uśmiechnął się do niej zadowolony.
– Gdybym wiedział że dziś będziesz jadła przywiózłbym coś większego. – Spojrzała na niego z nienawiścią. Nagle uświadomił sobie dlaczego to zrobiła. To wcale nie głód złamał jej upór- miała w sobie tyle silnej woli, że faktycznie wolałaby umrzeć z głodu niż coś od niego przyjąć...Po prostu się go bała. Bała się, że jeżeli tym razem nie wykona jego polecenia on znowu zrobi jej krzywdę...być może gorszą niż poprzednio- mina mu zrzędła, kiedy sobie to wszystko uświadomił...
– Dzisiaj miałeś mi powiedzieć... – Usłyszał cichy, nieśmiały głos, który przywrócił go do rzeczywistości. Spojrzał na nią i zmarszczył brwi...faktycznie tak jej obiecał? Faktycznie... – pomyślał, przypominając sobie własne słowa i westchnął ciężko. Skoro tak powiedział...pokiwał lekko głową.
– Wiem...i powiem. Ale nie tutaj. –  Spojrzał w jej zszokowane oczy i natychmiast wrócił m rezon. Znowu dzierżył władzę.
        Kiedy Angeline otrząsnęła się już z pierwszego szoku, powoli wstała, odłożyła ciemny koc i lekko pokiwała głową. Creig odruchowo złapał ją pod ramię, natychmiast się skuliła i próbowała delikatnie wyplątać rękę z tego uścisku, oczywiście na próżno.
– To nie będzie konieczne... – Powiedziała cicho, zaglądając mu w oczy. Zagryzł wargę, przez chwilę ważył tę decyzję w głowie. Nawet jeżeli zacznie mu uciekać, to przecież i tak sama nie znajdzie włazu do wyjścia na powierzchnię prawda?- Przyszło mu nieoczekiwanie do głowy.
– W porządku. – Odparł i puścił jej ramię. –  Ale jeżeli zrobisz cokolwiek by spróbować uciec... – Przerwał, by nadać swoim słowom znaczenia. – Resztę swojego pobytu tutaj spędzisz przywiązana do tej pryczy- wskazał podbródkiem łóżko.- I wtedy nic ci nie pomoże...
        Na twarzy dziewczyny najpierw pojawił się szok, po chwili jednak poważnie pokiwała głową i oblizała spierzchnięte wargi.
– Zgadzam się – powiedziała tak cicho, że ledwo to usłyszał, właściwie odczytał słowa z ruchu jej warg. Mężczyzna położył dłoń na drzwiach i odwrócił się do niej.
– Jak już wyjdziemy idziesz po mojej lewej stronie, przede mną. Ręce przy ciele. – Chociaż drzwi wciąż były zamknięte, Angeline już wykonała ostatnie polecenie, prostując się przy tym.
– Dobrze – Pochwalił Creig i otworzył ciężkie drzwi. Pozwolił Angeline wyjść pierwszej i chwilę później ruszył za nią.
– Idź prosto, tak długo aż nie wydam innego polecenia – Powiedział zwięźle. Był pod wrażeniem zdyscyplinowania dziewczyny: ręce trzymała równo przy ciele, jej kroki były lekkie i miarowe, głowę trzymała wysoko i nawet się nie rozglądała. Dochodzili do metalowych schodów, Creig więc po raz kolejny wydał rozkaz.
– Wejdź po schodach i zatrzymaj się – Tak też zrobiła. Gdyby tylko moja banda była mi tak poddana i posłuszna...-pomyślał niemal tęsknie.
– Podejdź do tych drzwi. – Wskazał je palcem i dziewczyna natychmiast to zrobiła. Podążył za nią i otworzył mosiężne wrota, dając Angeline znak, by poszła przodem. Ta zrobiła krok do przodu i zamarła, gwałtownie wciągając powietrze.
  • awatar SallyLou: Po pierwsze: Znowu mi to robisz! Będę się gryzła do wtorku zastanawiając się co też ujrzała Angeline... Po drugie: To Creig nie jest szefem? byłam pewna, że to on wszystkimi rządzi... Robi się coraz ciekawiej, aczkolwiek szkoda mi tej dziewczyny. Musi okropnie cierpieć, a niczym nie zawiniła.
  • awatar TheSimsomaniaczka4: Hey bardzo fajne opowiadanie
  • awatar .paulina: fajnie piszesz :)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 10
– Gdzie się pan tak spieszy panie kierowco? –  Zapytał nonszalancko, na co Creig przewrócił oczami i mocniej zacisnął dłonie na skórzanej kierownicy. Policjant wyraźnie się oburzył, łypnął na Creiga wrogo, mrużąc swoje małe oczka i pomimo ulewy zaczął pisać coś w niedużym notesie.
– Będzie mandat, przekroczenie prędkości, plus... – Creig nie miał dziś nastroju na przepychanki z jakimś starym gliną, nacisnął więc guzik przy kierownicy i całkowicie otworzył okno. Policjant spojrzał na niego dziwnie, czegoś takiego się nie spodziewając.
– Słuchać harcerzyku... – Zaczął, na co mężczyzna zmrużył oczy jeszcze bardziej. – Wszystkie moje mandaty reguluje jeden człowiek. Wiesz jak się nazywa? Joseph Saragino. – Policjant drgnął na dźwięk tego nazwiska, w jego oczach pojawił się strach, mimo to wciąż próbował zachować resztki godności.
– To jest... obraza policjanta na służbie! Ja... – Creig natychmiast mu przerwał, uprzednio dostrzegłszy na jego lewej dłoni obrączkę. Zdecydował się na blef.
– Możemy załatwić to sami... albo z twoją żoną. – Powiedział zimno. –  Wybieraj – Twarz starego mężczyzny przybierała wszystkie kolory tęczy, Creig czekał cierpliwie, był pewien że ten człowiek nie zdecyduje się zadzierać z mafią. Nie pomylił się. Z niemałą satysfakcją odnotowuje, że mężczyzna w końcu wzdycha głośno, wyraźnie przybity i pociera czoło pomarszczoną dłonią.
– Może pan jechać...dziś skończy się na pouczeniu. – Creig uśmiecha się szeroko i arogancko kiwa głową, uśmiechając się do policjanta. Mężczyzna salutuje mu i odchodzi powolnym, zrezygnowanym krokiem, z powrotem do radiowozu.
        Creig z powrotem włączył się do ruchu, tym razem trochę bardziej zwracając uwagę na przepisy-jeżeli następnym razem trafiłby na jakiegoś obowiązkowego młodzika, postraszenie go by nie wystarczyło...nie miał też przy sobie odpowiedniej kwoty pieniędzy, by móc zaoferować łapówkę komukolwiek.
        Dwadzieścia minut później znalazł się już w domu-cicho wszedł i uśmiechnął się na to co zastał: Po całym pomieszczeniu roznosił się mocny głos Whitney Houston, jego siostra stała przy kuchni i kręcąc biodrami mieszała coś w metalowym garnku. Jedynie w kuchni paliło się ciepłe, przytłumione światło, Muszę coś z tym zrobić – Pomyślał, bo żarówka dawała tak słabe światło, że gdyby Sonia zapaliła tu kilka świec, efekt byłby taki sam. W ciemności ściągnął skórzaną kurtkę i powiesił ją na wysokim wieszaku, a kiedy siostra dostrzegła go, uśmiechnęła się szeroko, nawet na chwilę nie przerywając swojego tańca. Podszedł do niej, jego nozdrzy dobiegł intensywny, przyjemny zapach pomidorów i przypraw, sięgnął do ociekacza po długą, drewnianą łyżkę i zanurzył ją w rondelku, po czym podniósł do ust. Poczuł na języku ciepły, przepyszny sos, ale kiedy go połknął natychmiast się zakrztusił- jego siostra tym razem nieco przegięła z pieprzem... Sonia spojrzała na niego, uśmiech nie schodził jej z twarzy, a w oczach pojawiły się wesołe ogniki
– I have nothing, nothing... – Naśladowała głos piosenkarki.  – If I don't have you... –  Dokończyła kompletnie go rozbrajając. Uśmiechnął się szeroko i przeczesał palcami jej jasne włosy, po czym sięgnął przez ramię i lekko przyciszył stojące na blacie radio.
– Za ile kolacja? –  Zapytał, był już porządnie głodny. Nagle przypomniał sobie Angeline i jej ośli upór...mógł nie przewracać tego jedzenia, może gdyby zostawił ją samą zjadłaby tę cholerną chińszczyznę? Nie, jest na to zbyt dumna... –  Powiedział głos w jego głowie i to trochę złagodziło wyrzuty sumienia.
– Jak tylko ugotuję makaron, myślę że za jakieś dziesięć minut. – Odpowiedziała przedzierając się do jego myśli. Lekko pokiwał głową i poszedł na górę, by się przebrać, chociaż spędził na dworze zaledwie kilka minut, jego jeansy mocno wciągały wodę. Wciągnął stare, szare dresy, które czasem nosił na siłowni i białą koszulkę z rękawem, po czym udał się na dół i zajął miejsce przy niewielkim stole, uprzednio zapalając światła w holu i salonie, nie miał ochoty siedzieć w ciemnościach. Chwilę później Sonia postawiła przed nim duży, parujący talerz spaghetti, obok stawiając własną porcję. Usiadła i przez chwilę jedli w milczeniu, Creig był tak głodny, że nawet nie zwrócił uwagi na palenie w przełyku.
– Co ci się stało w twarz?!- Wypaliła nagle jego siostra, a on zaśmiał się w duchu, przypominając sobie paznokcie Angeline orające jego skórę...że też jego siostra zauważyła to dopiero teraz! Przez chwilę zastanawiał się co ma powiedzieć...
– Zaciąłem się przy goleniu... – Bąknął w końcu, a Sonia zmarszczyła brwi.
– Nie wygląda...powiedziałabym raczej, że jakaś panna zrobiła ci to superdługimi paznokciami, przyznaj się co jej zrobiłeś? –  Zatkało go, przez chwilę przeraził się, że o wszystkim wie, ona jednak wydawała się rozbawiona. Odetchnął, ostatnio  był zbyt przewrażliwiony...
– Nic takiego... – Odparł podejmując grę, na co Sonia zmrużyła swe orzechowe oczy i wydęła lekko wargi.
– Tak, założę się, że złamałeś jej serce... –  O mało co nie zakrztusił się jedzeniem. Zaraz jednak roześmiał się i wytarł usta serwetką.
– Opatrzyć ci to? – Pokręcił tylko głową i zabrał się z powrotem do jedzenia.
– Nie za ostre? – Zapytała go w pewnej chwili Sonia, ale on znowu pokręcił głową i dalej pałaszował. Kiedy zaspokoił pierwszy głód zwolnił trochę i przyjrzał się swojej siostrze: Nie przestawała się uśmiechać, nawet kiedy na niego nie patrzyła.
– Widzę że jesteś dziś w dobrym humorze. – Zagaił, od razu wyobrażając sobie że to za sprawą jakiegoś młokosa z uczelni. Instynktownie nienawidził każdego jej chłopaka, nawet go nie znając. To chyba normalne, każdy starszy brat ma to głęboko zakodowane w psychice...testosteron.
– Bardzo! – Odpowiada promieniejąc- Zaliczyłam sesję na piątkę!- Wyjaśnia, a Creig natychmiast się rozluźnia. Przerwał jedzenie i lekko poklepał ją po plecach, również się uśmiechając.
– To świetnie, Sonia! Jestem z ciebie dumny. –  Często jej to powtarza,  a ona czerwieni się za każdym razem.
– A jak tobie minął dzień? Jesteś dziś wcześniej. –  Zauważyła, natychmiast zmieniając temat.
– Po tej ostatniej akcji z serwerem szef wypuścił mnie wcześniej... – Zmyślił natychmiast gładko, głos nawet mu nie zadrżał kiedy kłamał jej w żywe oczy.
– Cieszę się.. – odpowiedziała dziewczyna po czym wstała, zbierając talerze i wstawiając je do zlewu.
–Zostaw, ja pozmywam. – Od czasu do czasu miał potrzebę zrehabilitowania się w jakiś sposób za te wszystkie kłamstwa którymi raczył ją każdego dnia. Sonia pokiwała lekko głową i uśmiechnęa się z wdzięcznością, po chwili zaś udała na górę.
        Creig powoli i w skupieniu umył pozasychane garnki i talerze, jakieś dwadzieścia minut później spuścił wodę ze zlewu, wyciągnął z małej lodówki butelkę piwa i położył się na kanapie. Jeszcze  nie chciało mu się spać. Po chwili zdał sobie sprawę, że nie wziął otwieracza- szybkim ruchem odkapslował butelkę o drewniany stolik. Dobrze że Sonia tego nie widzi- Pomyślał, nienawidziła kiedy to robił. Pianka lekko zalała stary mebel, natychmiast przytknął butelkę do ust, by zapobiec większym plamom. Włączył telewizor i przeleciał kilka kanałów w poszukiwaniu czegoś ciekawego...zadowolony przygłośnił, właśnie zaczynała się druga część Matrixa...
        Wypił piwo i odstawił  butelkę na podłogę, po kilkunastu minutach oczy zaczęły robić się coraz cięższe i cięższe...nawet nie zauważył, kiedy zasnął.
  • awatar SallyLou: O nie Creig moim zdaniem nieco przegiął z tym policjantem. Z kolei ten był strasznie niekonsekwentny ( czyli wypisz wymaluj normalna drogówka :) ). Sielanka w domu. Normalne życie Creiga jest fajne, choć życie z takim sekretem musi być wyczerpujące psychicznie.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 8
   Creig odwrócił się, Angeline wciąż patrzyła za Robbym, jakby obawiając się, że lada moment znowu tu wróci, jej szczupłą piąstka wciąż mocno ściskała jego rękę z zatrważającą siłą. Chyba naprawdę coś z nią nie tak...Odchrząknął delikatnie i podniósł ich złączone dłonie wysoko w górę, na wysokości głowy dziewczyny, dopiero teraz się odwróciła, ale na jej twarzy wciąż malowało się przerażenie, jakby patrzyła, ale tak naprawdę nie widziała, wzrok miała pusty. Lekko się uśmiechnął.
– Możesz już puścić. – Powiedział cicho, lekko potrząsając własną dłonią, dziewczyna zamrugała i natychmiast wyrwała dłoń, jakby się oparzyła, po czym zrobiła krok do przodu i stanęła przy jego boku, znowu spuszczając głowę, znowu przyjmując uległą, posłuszną rolę. Złapał ją pod ramię i  zaczęli iść powolnym, równym krokiem, nogi Creiga w ciężkich butach odbijały się głośnym echem od obskurnych ścian. Miał nadzieję, że po drodze nie natkną się już na żadne niespodzianki...
– Zadowolona? – Zapytał wracając do wydarzenia sprzed kilku sekund. Nie widział jej twarzy, nie był stanie dostrzec grymasu, jaki się na niej pojawił, poczuł jedynie że mięśnie jej przedramienia nieoczekiwanie się napięły. Kiedy stracił już nadzieję na jakąkolwiek odpowiedź, Angeline nieoczekiwanie przemówiła:
– Właściwie nie... – Głos miała cichy, melodyjny, a on nie do końca zrozumiał co kryło się za tymi słowami. – On uderzył mnie znacznie więcej razy. – Dodała tonem wyjaśnienia, na co Creig zacisnął zęby. Normalnie taka odpowiedź by go rozbawiła, ale teraz nie czuł nic poza złością i frustracją. Bynajmniej nie miał do niej pretensji o to że to zrobiła...
        Zatrzymał się przy czarnych, metalowych drzwiach, trochę mniejszych niż poprzednie i jedną ręką odryglował wszystkie zamki- zaczynał już mieć w tym wprawę... Następnie wprowadził Angeline do niewielkiej celi, usłyszał jak gwałtownie wciągnęła powietrze. Na każdą celę składały się dwa pomieszczenia, cela właściwa, w której mieściły się jedynie wąska, krótka prycza i niewielki metalowy stolik. Drugie pomieszczenie oddzielone było  łukiem i nie znajdowało się tam absolutnie nic oprócz obskurnej toalety...na początku Creig zastanawiał się, po o właściwie te dwa pomieszczenia są od siebie oddzielone, ale koniec końców się do tego przyzwyczaił...ściany tej akurat celi zdobiły różnorakie plamy, od wymiocin po krew, bynajmniej nie był to przyjemny widok. Dziewczyna cofnęła się zdjęta obrzydzeniem, ale napotkała jedynie twardą klatkę piersiową mężczyzny. Odwróciła się i stanęła z nim twarzą w twarz, znowu przyjęła pozę jakby szykowała się do ucieczki, jej cielęcy wzrok wyrażał niemą prośbę: pozwól mi, pozwól mi, pozwól mi...ale akurat tego nie mógł dla niej zrobić. Zamiast tego ciepłym, niemalże ojcowskim gestem złapał ją za obydwa ramiona i lekko popchnął do tyłu, pomieszczenie było tak małe, że prawie natychmiast uderzyła nogami o łóżko, ręce na przedramionach skierowały ją w dół, usiadła więc, z jej twarzy zniknęły wszelkie emocje, wyglądała i zachowywała się w tej chwili jak drewniana kukła, nie jak żywy człowiek, jedynie ogromne oczy zdradzały jej emocje.
        Creiga na chwilę rozproszył ten widok, po kilku sekundach zdjął jedną rękę z jej ramienia i palcem wskazującym podniósł jej głowę do góry- już się nie cofnęła, jak zrobiła to za pierwszym razem, tylko posłusznie spojrzała mu w oczy, wydawała się spokojna, wyczekująca...chyba wolał kiedy rzucała się na wszystkie strony. Postanowił potraktować ją nieco łagodniej niż do tej pory.
– Wiem że to nie jest pięciogwiazdkowy hotel. – starał się nadać swemu głosowi przepraszający ton –  Ani duży dom w West Village. – Liczył że na wspomnienie własnego domu coś w niej drgnie, tymczasem jej mina w żaden sposób się nie zmieniła, w twarzy dziewczyny nie poruszył się żaden mięsień, miał nadzieję że to tylko tymczasowe odrętwienie. Udał, że tego nie zauważył i kontynuował:
– Ale jeżeli tylko będziesz z nami współpracować, długo tu nie pobędziesz. – Zapewnił ją, nie do końca wiedząc czy to co jej mówi to nie puste kłamstwo. Ale co z tego? Zawsze mówił to zakładnikom i to zawsze działało.  Z zadowoleniem stwierdził, że na jego ostatnie słowa lekko się ożywiła: źrenice się rozszerzyły, a usta rozchyliły, wyraźnie oczekując na ciąg dalszy. Kiedy ten nie nastąpił, postanowiła sama przejąć inicjatywę.
– Czego ode mnie chcecie? – Nie powinien był robić jej nadziei. Nie może jej powiedzieć, jeszcze nie teraz. Dostał wyraźny rozkaz, że Angeline najpierw ma spędzić trochę czasu w celi. Nawet jeżeli dla niego nie miało to najmniejszego sensu, nie ośmielił się protestować kiedy boss go o tym poinformował. Polecenia się wykonuje, nie komentuje- sam był tego zagorzałym zwolennikiem, zwłaszcza mając pod sobą trzech bandytów, tylko w ten sposób był w stanie utrzymać ich w ryzach.
– Nie tak szybko, cierpliwości... – Odparł patrząc prosto w jej piękne, niebieskie oczy i natychmiast dostrzegł w nich błysk rozczarowania, frustracji i...szaleństwa? Może tylko mu się zdawało. Angeline objęła się ciasno ramionami i zaczęła mocno trząść na całym ciele- najpierw myślał, że to zapowiedź kolejnego wybuchu płaczu czy złości, ale szczękanie zębami i pojawiająca się gęsia skórka uświadomiły mu, że dziewczynie jest zwyczajnie zimno. Skarcił sam siebie za brak jasności umysłu.
        No tak. – Pomyślał spoglądając na jej nagie ramiona i prawie całe nogi. Znajdowali się pod ziemią w kompletnie nieogrzewanym pomieszczeniu, nie było tu żadnego koca, nic czym mogłaby się okryć- Po prostu zwykle były niepotrzebne, mafia rzadko porywa młode, szczupłe kobiety...on sam miał do czynienia jedynie z mężczyznami, dlatego nie bardzo wiedział jak ma się zachować i co robić. Tym bardziej, że dziewczyna wzbudzała w nim nowe, uśpione dotąd emocje...gwałtownie zabrał ręce z jej ramion, jakby w ten sposób chciał zbudować dystans między nimi. Chciał też jakoś odwrócić jej myśli od samej przyczyny porwania. Zaryzykował.
– Odpowiem na jedno twoje pytanie, jeżeli ty odpowiedz szczerze na jedno moje.- Wyraźnie zaskoczył dziewczynę, czegoś takiego zupełnie się nie spodziewała. Po chwili zastanowienia pokiwała głową i mocno zagryzła wargi, intensywnie zastanawiając się nad zagadnieniem. Na pytanie dlaczego się tu znajduje raczej jej nie odpowie...poruszyła więc inną, równie ważną dla niej kwestię.
– Gdzie ja jestem? – Padło w końcu, a on zastanowił się przez chwilę...powiedzieć prawdę czy skłamać? W sumie co mu szkodziło...od czasu do czasu może chyba być szczery, niedługo całkiem zapomni jak to się robi...
– W podziemiach jednej z firm. – Odparł zwięźle, a dziewczyna westchnęła przeciągle. Przypuszczał że tego akurat zdołała się domyślić Ale co go to obchodziło? Przecież powiedział prawdę. Niedopowiedzenie to nie kłamstwo. Tak ,a  paserstwo to nie kradzież.- Zażartował sam z siebie.
–Teraz moja kolej. – Przerwał monolog, zastanowił się chwilę i postanowił zapytać o najbardziej trywialną rzecz jaka przyszła mu do głowy:
– Kim jest Theresa? – A może wymyśliła to imię na poczekaniu?
– Siostrą miłosierdzia... – Odpowiedziała cicho. Teraz to on nic nie rozumiał. Co ma piernik do wiatraka? Nie zdążył jednak poruszyć tej kwestii, bo dziewczyna nieoczekiwanie przemówiła:
– Obcy facet porwał mnie z domu... – Głos lekko jej się załamuje, a usta drgają. W końcu jakaś ludzka reakcja. – Nie wiem gdzie jestem. Zostałam pobita prawie do nieprzytomności...a ty nie chcesz mi nawet powiedzieć dlaczego? – Marszczy brwi i kręci głową, otwiera usta  by powiedzieć coś jeszcze, ale nagle przerywa jej Creig.
– Powiem ci jutro. – Sam jest zaskoczony własną żarliwością...Będzie musiał trochę nagiąć swoje zasady, ale to nic...Joseph nie określił jak długo Angeline ma  być trzymana w niepewności. Z ust dziewczyny wydaje się ciche, ciężkie do zdefiniowania westchnienie. To była ulga, czy rozpacz?- Zastanawia się Creig przez chwilę, w celi zapada długa, niczym niezmącona cisza. Nagle rozlega się głośne...burczenie w brzuchu?- Mężczyzna unosi brwi i spogląda na dziewczynę z rozbawieniem, ta zaś czerwieni się po cebulki włosów.
– Głodna? – Pyta uśmiechając się łobuzersko – Przyniosę ci coś...– Obiecuje, ale teraz to Angeline przerywa jemu.
– Nie chce mi się jeść. – Ciasno obejmuje dłońmi brzuch i spuszcza wzrok, intensywnie wpatrując się w podłogę.
– Twoje ciało mówi mi co innego... – Dopiero kiedy wypowiedział te słowa zdał sobie sprawę, jak intymnie zabrzmiały. Przez sekundę pozwolił sobie na fantazję, że wcale nie rozmawiają o jedzeniu...oddech mu przyspieszył, jednak lodowaty głos dziewczyny szybko sprowadził go na ziemię.
– Moje ciało...należy tylko do mnie. – Nie wiedział kogo chciała o tym przekonać: jego czy siebie? Stwierdził, że nie będzie się z nią dłużej kłócił, po prostu przyniesie jej te cholerne jedzenie, a ona i tak je zje, kiedy tylko kobieca duma jej na to pozwoli.
– Bez wątpienia. – Powiedział więc, ale jego ton świadczył o tym, że nie do końca w to dowierza. Lekkim krokiem ruszył w stronę drzwi.
– Wrócę za jakiś czas. Będziesz tęskniła? – Nie mógł powstrzymać się od lekkiej kpiny, lubił się przedrzeźniać. Angeline podniosłą spłoszony wzrok, dokładnie tak jak się tego spodziewał, po chwili jednak zmrużyła swe piękne powieki.
– Jesteś bezczelny. – odparła przez zaciśnięte zęby, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– No proszę, zaczynamy się nawzajem poznawać... – I wyszedł zostawiwszy ją samą w maleńkim pomieszczeniu.
  • awatar Lily :): Super opowiadania! Masz talent dzieewczyno!❤ Oby tak dalej! ❤ Pozdr. Ps. Zapraszam do mnie ❤ Moze ci sie spodoba?❤
  • awatar SallyLou: Z małym poślizgiem czasowym, ale w końcu przeczytałam :D Biedna Angeline. Ta jej nowa "kwatera" chyba jest gorsza od tamtej celi, a przynajmniej na mnie zrobiła takie wrażenie. Jakby dziewczyna nie czuła się dość podle, jeszcze będzie w takich warunkach trzymana... Ale straszniejsze chyba było dla mnie jej zachowanie. Zdaje się, że biedaczka jest na granicy obłędu i wystarczy chwila, a jej psychika załamie się i to nie tak jakby chciał tego Creig. Niechże zadba o swego więźnia, bo pożytku z niej mieć nie będzie. Zresztą nie wydaje się być takim potworem by dręczyć młodą dziewczynę do utraty zmysłów. Creig zlituj się proszę....
  • awatar Panna15: Fajne opowiada. Oby tak dalej :D zapraszam do siebie na kolejną część :)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 7
        Podniosła jedną rękę do twarzy, widział napięte ścięgna przedramienia i czerwone rany na nadgarstkach. Wkrótce dłoń opadła wzdłuż ciała, a dziewczyna powoli się odwróciła. Policzki  w końcu odzyskały kolor, były w tej chwili czerwone i mokre od łez, to dosyć mocno kontrastowało z bielą reszty ciała, włosy zaś zwisały w nieładzie, kilka przednich kosmyków przykleiło się jej do czoła. Creig pozwolił sobie spojrzeć nieco niżej- jej klatka piersiowa podnosiła się i opadała, uwydatniając proporcjonalny, okrągły biust- nie mógł oderwać od niego wzroku, ten widok go hipnotyzował. Powoli, niechętnie podniósł wzrok do jej twarzy, wtedy ona oblizała spierzchnięte wargi i zaczęła przyglądać mu się z wyrzutem, kolana miała lekko ugięte, całe ciało spięte, jakby gotowała się do ucieczki. Podrapał się po brodzie...w ten sposób do niczego nie dojdą. Spojrzał na swoje przedramię, gdzie jej zęby zostawiły wyraźny ślad- użył całej swojej samokontroli by się nie roześmiać, coraz bardziej żałował, że nie miał pod ręką lusterka, by ocenić również twarz.
– Kto by pomyślał... – Powiedział pocierając się po lekko zarośniętej już brodzie. – Nie wiedziałem że jesteś taka zadziorna.- Wciąż się droczył. Nie odpowiedziała, tylko wciąż stała przy drzwiach, wciąż gotowa do biegu, śledząc każdy jego krok. Lekko się do niej zbliżył, wysoko unosząc przedramiona i pokazując jej otwarte dłonie. Natychmiast spięła się jeszcze bardziej, jej brwi złączyły się w zdziwieniu.
– Nie podchodź!- Powiedziała cichym, acz zdecydowanym tonem i zrobiła duży  krok w prawo, bliżej rogu pomieszczenia. Creig uśmiechnął się lekko i zbliżył się jeszcze bardziej. Wtedy ona rzuciła się do biegu, minęła go i stanęła naprzeciwko drzwi, przyjmując pozycję obronną. Pozwolił jej na to, uśmiechając się pod nosem. Obrócił się lekko i spojrzał na nią z politowaniem.
– Będziemy tak się ganiać cały dzień? – zapytał siląc się na nonszalancję, po chwili, nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi, wzruszył beztrosko ramionami. – Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciwko... – Postąpił kilka kroków w jej stronę, a ona uciekła w kolejny róg tego całkiem sporego pomieszczenia. Pozwolił jej na to, taka zabawa w kotka i myszkę nawet mu się podobała, ale kiedy Angeline zaliczyła już wszystkie ściany, znudziło mu się,  przecież nie mógł tego przeciągać w nieskończoność. Na chwilę przestał się uśmiechać, kiedy przemówił w jego oczach pojawił się groźny błysk.
– Zrób to jeszcze raz, a przywiążę cię z powrotem do tego krzesła. – Rzucił ostrzegawczo, wskazując palcem metalowe siedzisko i  zadowolony odnotował że dziewczyna wciągnęła gwałtownie powietrze. Znów się uśmiechnął i podszedł do niej powoli, już nie uciekała, stanęła nieruchomo, wraz z upływem jego kroków jej oddech stawał się coraz szybszy. Zbliżył się na tyle, że Angeline przytknęła plecy do betonowej ściany, jej skóra natychmiast pokryła się gęsią skórką, po trosze z zimna, po trosze z innych uczuć... Creig oparł dłonie po obu stronach jej głowy i pochylił się do przodu, jakby robił pompkę- ich twarze dzieliło teraz tylko kilka centymetrów. Patrzyła na  niego przerażona, jej ciepły, słodki oddech owionął mu twarz, poczuł się silny, władczy- uwielbiał to uczucie. Dziewczyna przymknęła oczy, a on nachylił się jeszcze niżej i zatrzymał usta tuż przy jej uchu, jednocześnie mając okazję poczuć jej zapach- dawno nie czuł czegoś tak urzekającego i podniecającego...zaciągnął się głęboko. Z jej gardła wydobył się cichy jęk...Żadna lesbijka by tak nie zareagowała... – Stwierdził w myślach.
– Bardzo dobrze. – Wyszeptał niskim, uwodzicielskim głosem i natychmiast odbił się od ściany, dokańczając swoją pompkę, przez ułamek sekundy ich ciała dotykały siebie nawzajem. Przyjrzał się dziewczynie rozbawiony: wciąż miała przymknięte oczy, oddychała teraz dużo wolniej niż wcześniej, usta rozchylone, jakby na coś czekały...
        Zaśmiał się gardłowo, wtedy ona opanowała się, gwałtownie otworzyła oczy i zamrugała kilkakrotnie, jakby wybudziła się z głębokiego snu...albo transu. Ręce miała schowane za plecami, jej wzrok miotał błyskawice.
– Kto by pomyślał... – Powtórzył swoje własne słowa, nadając im zupełnie nowego znaczenia i wyrazu. Jeśli było to możliwe, Angeline zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Przez kilka sekund patrzyła mu prosto w oczy, nagle w jej dłoni pojawił się sztylet, ten sam, którym Creig przeciął krępujące ją więzy, zamachnęła się mocno na jego głowę, na szczęście zdążył w porę się uchylić, zamachnęła się więc ponownie, ale on był już na to przygotowany, złapał ją za rękę i mocno wykręcił, jednocześnie przyciągając do siebie. Jedną ręką mocno przytrzymał ją przy sobie, stała teraz oparta o niego tyłem, próbując wyrwać się z tego morderczego uścisku, zaś w drugiej ręce wciąż ściskała sztylet z zadziwiającą siłą- Zwiększył uścisk na jej nadgarstku, wtedy ona syknęła z bólu, a nóż z głośnym brzękiem upadł na podłogę. Odrobinę już zirytowany, mocno odepchnął ją od siebie- zahaczyła biodrem o stojące krzesła i straciła równowagę, lądując na podłodze między nimi.
        Dopiero teraz poczuł na prawej  dłoni coś mokrego, uniósł ją do twarzy i zobaczył kilka kropel jasnej, rozrzedzonej krwi. Krwi, która nie należała do niego. Cholera!- Zaklął w duchu, kompletnie zapomniał o ranach na jej nadgarstkach, które, prawdopodobnie wskutek silnego ucisku, ponownie się otworzyły. Zmarszczył brwi i patrzył na swoją rękę, jakby należała do kogoś innego. Chciał żeby tak było, nie podobało mu się, że sprawił jej ból. Nie miał takiego zamiaru...Potrząsnął głową, przywołując się do rzeczywistości.
        Tutaj nie ma sentymentów, koniec końców nie wyrządził jej żadnej poważnej krzywdy... a nawet jeśli sprawił jej ból to sama się o niego prosiła! Ostrożnie podniósł z podłogi sztylet i znów schował go do kieszeni, tym razem pamiętając, by co jakiś czas upewnić się co do jego położenia. Spojrzał na skuloną postać kobiety, wciąż siedzącej na podłodze, wciąż zszokowanej...
        A to ci dopiero...– Pomyślał –  Kobieta wyjęła mi nóż z kieszeni, a ja nawet tego nie zauważyłem...– Nigdy wcześniej coś takiego mu się nie zdarzyło, zwykle był bardzo spostrzegawczy... ,,Ciekawe dlaczego"- zadrwił jakiś cichutki głos w jego głowie, ale jego też zignorował, skupiając się na chwili obecnej.
        Powoli zaczynał czuć się trochę zniecierpliwiony, znudziły mu się już te przepychanki...Zabiorę ją  do celi. – Pomyślał. Choć zwykle nie robił tego tak od razu, w tej chwili to wydało mu się dobre wyjście. Posadzi ją na pryczy, da jeść, dowie się czego chce, a potem...wypuści? Zastanawiał się nad tym przez chwilę. Zobaczymy- Powiedział sobie i podszedł do niej powoli, wyciągając lewą, nie ubrudzoną krwią rękę.
– Do trzech razy sztuka? – Starał się zażartować, ale Angeline nawet na niego nie spojrzała, tylko sama podniosła się z podłogi, zupełnie ignorując wyciągniętą do niej dłoń. Kobieca duma... – Delikatnie złapał ją pod ramię, a ona uniosła głowę i wbiła w niego przerażone spojrzenie.
– Przeniesiemy się teraz dobrze? – Zapytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi. To było pytanie retoryczne, chciał raczej...stworzyć iluzję, pozory. W tym był najlepszy, w końcu robił to nieprzerwanie od ponad dziesięciu lat, z doskonałym skutkiem. Powoli podszedł z Angeline do drzwi i otworzył je jedną ręką, uznał że puszczenie jej będzie zbyt ryzykowne, być może musiałby potem ganiać dziewczynę po całym biurze... Nie protestowała, spuściła głowę i posłusznie czekała, a kiedy Creig otworzył drzwi, grzecznie szła obok niego ze wciąż spuszczoną głową...był  nią tak zaaferowany, że nawet nie dostrzegł zbliżającej się postaci. Dostrzegła za to Angeline. Zatrzymała się gwałtownie i zmrużyła oczy, na jej twarzy pojawiła się złość jakiej jeszcze u niej nie widział. I to nie skierowana na niego. Podążył więc za jej spojrzeniem i dostrzegł Robby'ego mijającego ich w korytarzu z tym swoim złośliwym uśmieszkiem na ustach. Kurwa, jeszcze ten...– Creig wycofał  Angeline lekko za siebie, ani na chwilę jej nie puszczając, ale kiedy Robby znalazł się koło nich, świat jakby stanął w miejscu: W jednej sekundzie Angeline, wciąż przytrzymywana przez Creiga zamachnęła się wolną ręką i mocno uderzyła zbira w twarz- nie było to bynajmniej kobiecy policzek, niosący za sobą głośny plask, ale ostry cios małej, zaciśniętej pięści. Robby, równie zszokowany co Creig, złapał się za bolącą szczękę, najwyraźniej Angeline nie była w stanie sięgnąć wyżej, ale naturalnie nie miał zamiaru pozostać jej dłużny: Z niemal zwierzęcym warknięciem podniósł otwartą dłoń do góry i mocno się zamachnął. Angeline widząc to skuliła się trochę, natomiast Creig zareagował niemal instynktownie, puścił dziewczynę i w ostatniej sekundzie sparował cios Robby'ego swoim przedramieniem. Tamten zazgrzytał zębami i przez chwilę siłował się ze swoim przeciwnikiem, po czym odpuścił i zabrał rękę.
– Co ty wyprawiasz co kurwy nędzy?! – Zapytał Robby przez zaciśnięte zęby, wciąż łypiąc złym wzrokiem na Angeline. Creig, wiedziony instynktem wyciągnął rękę za siebie, i nie przerywając kontaktu wzrokowego ze swoim oponentem, wymacał drobną dłoń Angeline, po czym delikatnie, acz stanowczo pociągnął ją całą za siebie, w tej chwili zupełnie nie było jej widać- był nie tylko wyższy, ale i szerszy od drobnej kobiety. Nie puścił już jej dłoni, wciąż nie był pewien czy mu nie ucieknie, ale po chwili zdjęty szokiem stwierdził że to Angeline trzyma jego rękę, mocno wbijając mu paznokcie w dłoń! Czyżby aż tak się przestraszyła że zapomniała z kim ma do czynienia?
– To mój zakładnik. – Odparł takim samym tonem.- I nic ci do tego.- Uważnie obserwował jak na twarz tamtego wykwitł rumieniec wściekłości, jeszcze chwila, a zacząłby toczyć pianę z ust.
– Uderzyła mnie! – Wykrzyczał. – Kobieta! – Ostatnie słowo wymówił jakby było obelgą, niemalże splunął, dodatkowo rozjuszony tym, że nie miał już Angeline w zasięgu wzroku. Creig jednak nie miał zamiaru dać się sprowokować.
– Teraz jesteście kwita. – Odpowiedział zimnym, oschłym tonem. – Zmiataj stąd! –  Warknął, na co Robby zacisnął dłonie w pięści, ale już po chwili posłusznie ich wyminął, nawet nie oglądając się za siebie.
  • awatar Nurbahar ♥: Super! :*
  • awatar malinowaaa25: Z niecierpliwością czekam na kolejny! :)
  • awatar SallyLou: "-Kobieta mnie bije! - krzyknął Robby z jękiem przerażenia zasłaniając się wątłym ramieniem..." Wybacz, ale ta ostatnia scenka tak właśnie objawiła mi się w głowie :D Biedny Robby... Aniołek ma pazurki i to ostrzejsze niż sądziłam. Przez chwilę byłam pewna, że dźgnie Creiga, w końcu adrenalina i strach dodają siły. Jedak cieszę się, że się nie udało. Jego jedynego z tej bandy lubię. Pod względem psychologicznym to opowiadanie powala mnie na kolana, czekam tylko na zmianę zachowania tej dziewczyny. W końcu sam tytuł obiecuje dużo ciekawych wątków, dla osoby uwielbiającej złożoność ludzkiego umysłu ^_^
Pokaż wszystkie (5) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 6
        Powoli podszedł do dziewczyny i ukląkł przy niej- spojrzała na niego przerażona, a kiedy zobaczyła jak powoli wyciąga z kieszeni niewielki składany nóż, zaczęła niemal tańczyć na metalowym krześle, rzucała  i  wyginała się na wszystkie strony, jakby to mogło wyswobodzić ją z okowów... a on, chociaż lekko go już to drażniło, cierpliwie czekał, dopóki choć trochę się nie uspokoiła. W końcu przestała wierzgać, słyszał jedynie jej krótki, urywany oddech, więc delikatnie złapał ją za łydkę i jednym szybkim ruchem przeciął białe sznury, pozwalając im opaść swobodnie na podłogę - dziewczyna była tak zszokowana, że na jakiś czas zupełnie wstrzymała oddech. Powoli wstał, obszedł ją i przeciął węzły krępujące nadgarstki- ogarnęły go dziwne, nieznane dotąd uczucia, kiedy ujrzał na nich ciemne plamy krwi. Schował sztylet z powrotem do kieszeni i powolnym krokiem wrócił w pole jej widzenia, jednocześnie siadając na krześle. Targany różnymi uczuciami obserwował jak rozciera sobie najpierw jeden, potem drugi nadgarstek - po chwili podniosła wzrok i wbiła w niego intensywne spojrzenie ogromnych oczu. Teraz to on wstrzymał oddech, ten wzrok przeszył go na wskroś, nie był w stanie odwrócić wzroku... a może nie chciał. W końcu się opanował i przypomniał o ranie na policzku dziewczyny. Sięgnął po stojącą na podłodze butelkę i wyciągnął ją w jej stronę w zachęcającym, jak mu się wydawało, geście- w żaden sposób nie zareagowała, jedynie wciąż mu się przyglądała z tym samym przerażeniem na twarzy. Po chwili zrezygnowany zabrał naczynie i z głośnym brzękiem ustawił je z powrotem na podłodze. Wziął ręcznik pełen lodu, ale kiedy chciał jej dotknąć, natychmiast się odsunęła- mimo to czekał cierpliwie, zupełnie  nieruchomo trzymając białe zawiniątko na wyciągniętym ręku, jednocześnie dokładnej analizując ranę pod okiem. O ile się nie mylił, żadna kość nie jest złamana. Lód powoli zaczynał się topić, pierwsze zimne krople spłynęły mu po przedramieniu... kilka minut później dziewczyna delikatnie przytknęła policzek do białej materii- przez ułamek sekundy na jej twarzy gościł wyraz błogiej ulgi, potem jakby zdała sobie sprawę co się dzieje, znowu gwałtownie się odsunęła  i zaczęła przyglądać się mężczyźnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Głośno przełknęła ślinę i oblizała spękane wargi.
– Czemu tu jestem? –  Na to Creig jeszcze nie był przygotowany. Nie wiedział co ma jej powiedzieć, było na to dużo za wcześnie, nie minęły nawet przepisowe dwadzieścia cztery godziny. Postanowił więc postąpić tak, jak zawsze postępował z zakładnikami: na początek chciał sprawdzić prawdomówność dziewczyny.
– Jak się nazywasz? –  Zapadła długa, niczym niezmącona cisza.  W końcu Angeline wzięła głęboki wdech, odchrząknęła. Czy ona ma zamiar powiedzieć mi to dzisiaj?- Pomyślał lekko już rozdrażniony.
–  Theresa.– Kłamstwo. Zmarszczył brwi, ale pokiwał głową, jakby uznał to za poprawną odpowiedź, w żaden sposób nie pokazując jej jak bardzo mu się to nie podoba.
– Ile masz lat? – Ponowił próbę. Tym razem spodziewał się prawdy, przecież na podstawie wieku człowieka i tak nie za wiele można ustalić prawda?
– Dwadzieścia dwa – Szybko dokonał obliczeń... Kolejne kłamstwo wypowiedziane ochrypłym, monotonnym głosem. Wziął kilka bezgłośnych oddechów i zachował kamienną twarz.
– Jesteś zamężna? – To pytanie samo wydostało się z jego ust, zanim zdążył zastosować coś w rodzaju filtra. Przyznał przed samym sobą że chciał wiedzieć, był zwyczajnie ciekawy...ale i zaintrygowany.
– Tak. – Nastąpiła szybka odpowiedź. Creig poczuł coś na kształt...rozczarowania? Opamiętaj się chłopie, ona jest twoim zakładnikiem – przywracał sam siebie do porządku, zdał sobie sprawę, że przecież to również może być kłamstwo i w ten sposób trochę poprawił sobie humor. Szybkie spojrzenie na lewą dłoń dziewczyny upewniło go, że nie ma obrączki ani żadnego pierścionka. A może jest lesbijką? – Przyszło mu do głowy kiedy przypomniał sobie że orientacja seksualna nie została określona  w dostarczonych mu aktach.  Ale kiedy tak na nią patrzył,  nie mógł jej sobie wyobrazić w ramionach innej kobiety...
        Uśmiechnął się lekko, oparł łokcie na kolanach i pochylił w jej stronę, ignorując fakt, że natychmiast się odsunęła. Iście lesbijski odruch... – Zaśmiał się w duchu i próbował przywołać na twarz maskę zimnej obojętności. Nie udało mu się to zupełnie.
– Nie lubię kłamstwa... – Starał się by jego głos brzmiał spokojnie i zdecydowanie , tymczasem wypowiedział te słowa, jakby chciał ją uwieść. Trzy słowa wypowiedziane niskim, lekko zachrypniętym tonem o miękkim, gorącym niczym rozgrzany miód brzmieniu. Jeśli to możliwe, był w tej chwili bardziej zaskoczony od samej Angeline.
– Żądam, byście natychmiast mnie stąd wypuścili. –  Wypaliła nagle dziewczyna, jej głos stał się nieco mocniejszy, Creig ze zdziwienia uniósł wysoko brwi, nie słyszał jej jeszcze w takim wydaniu. – Przetrzymywanie mnie tutaj bez mojej zgody jest niezgodne z piątym artykułem...
– Zaraz, zaraz. – Przerwał jej gwałtownie, nie mogąc dłużej słuchać takich bredni – Nie jesteśmy w sądzie. Nie obowiązują tu takie reguły – Nie mógł się powstrzymać i roześmiał się cicho. Czy ona naprawdę myślała, że strasząc go jakimś kodeksem utoruje sobie drogę do wolności? Może naturalnie jest blondynką jak jego siostra i tylko farbuje się na brąz? – Okłamałaś mnie , a teraz jeszcze...– Pokręcił głową z udawanym oburzeniem, jakby był jej szefem i dawał właśnie reprymendę za źle wykonaną pracę.
– Wszystko o mnie wiesz... – jej oczy stały się szkliste, był w stanie dostrzec w nich dwie duże łzy napierające na dolne powieki jakby lada moment miały się z nich wydostać. Creig widząc to od razu spoważniał. Kobiety potrafią tylko płakać... – Więc po co się pytałeś? – Ponownie wbiła w niego spojrzenie swych intensywnie niebieskich oczu, patrząc w nie,  nie był w stanie zebrać myśli. Czyżby go przejrzała? Wiedziała, że one wie i zabawiła się z nim w jego własną grę? To niemożliwe –  Pomyślał – Zwykły zbieg okoliczności, ona po prostu blefuje – ta myśl trochę go pocieszyła. Celowo nie odpowiedział na jej pytanie, więc znowu zaczęła mówić.
– Wypuście mnie stąd... – Słysząc błaganie w jej głosie, zamarł. Wydawała się taka bezbronna, taka krucha...a jednak była zdolna do kłamstwa. Na szczęście w porę sobie o tym przypomniał. jeszcze chwila i rzeczywiście by ją wypuścił, osobiście otwierając drzwi. A to ci dopiero... Ale to się więcej nie powtórzy – obiecał sobie solennie- Nie da się nabrać na te zwykłe kobiece sztuczki, już nieraz dawał sobie z nimi radę...
– Jeszcze nie teraz – Pokręcił głową.– Bardzo nam się przydasz... – Dorzucił składając ręce przed sobą i oblizując lekko wargi. Jej oczy stały się jeszcze szersze.
– To jakaś potworna pomyłka, ja... – Przerwał jej ruchem dłoni i uśmiechnął się łobuzersko, jego zęby błysnęły w ostrym świetle jarzeniówek.
–  Nie doceniasz się aniołku... – Powiedział, naśladując słodki głos Robby'ego, chcąc trochę się z nią podroczyć. – Swoją drogą, twoje imię bardzo do ciebie pasuje... Angeline. – Wymawiając ostatnie słowo dokładnie obserwował jej reakcję. Drgnęła słysząc swoje prawdziwe imię, a jej skóra stała się jeszcze bardziej blada.
        Nagle szarpnęła się do przodu i zanim zdążył się zorientować, rozorała mu twarz paznokciami- poderwał się z krzesła i odruchowo złapał ją za obie ręce,  mocno przytrzymując w miejscu. Ale ona nie przestawała wierzgać, nie zdołała jednak poderwać się z krzesła, kopała więc, wyrywała się i krzyczała, po jej policzkach toczyły się strumienie gorących łez.
– Przestań do cholery! – Powiedział przez zaciśnięte zęby mocno nią potrząsając, w odpowiedzi  ugryzła go w rękę, krzyknął bardziej ze zdziwienia niż z bólu i odruchowo ją puścił. Ta natychmiast wykorzystała sytuację, chociaż początkowo zachwiała się i upadła na podłogę, sekundę później podniosła się i niczym tygrysica dopadła drzwi. Creig nie ruszył się z miejsca- właśnie na taką ewentualność dokładnie je zamknął. Zawsze albo to robił, albo po prostu nie uwalniał  swego zakładnika z krzesła. W tym wypadku chciał być delikatniejszy, chodziło przecież o kobietę. I to nie byle jaką kobietę- przeszło mu przez głowę. – Tylko o jakąś zawziętą tygrysicę...– Twarz lekko go paliła, zastanawiał się jak w tej chwili wygląda...Kiedy ona pięściami waliła w metalowe wrota, raz po raz wydając okrzyki zniecierpliwienia i przerażenia, on w końcu mógł ujrzeć ją w pełnej krasie: długie, zgrabne nogi zdawały się nie mieć końca, dodatkowo teraz wyeksponowane przez krótkie okrycie- wstrzymał oddech kiedy koszulka Angeline lekko się podwinęła i przez sekundę miał okazję dostrzec jędrne, krągłe pośladki, okryte jedynie cienką, czarną koronką- nie zdążył jednak nacieszyć się tym widokiem, bo dziewczyna nagle przestała się rzucać, obciągnęła czarny, satynowy materiał i oparła głowę o te nieszczęsne drzwi. Nie widział jej twarzy, nie widział malujących się na niej emocji, słyszał jedynie ciche kwilenie i krótki urywany oddech, ramiona dziewczyny unosiły się i opadały w szybkim, nieregularnym rytmie.
_________________________________
Rozdział jest, zgodnie z harmonogramem ;) Jakby ktoś jeszcze nie załapał:
Angeline = angel = Anioł
  • awatar Abstrakcyjny blog: Ciekaweee, jestem ciekawa co dalej :)
  • awatar Lisa Angels: Miód, cud i orzeszki :D Boskie, przeszłaś samą siebie. Biję pokłony.
  • awatar SallyLou: Można się tylko napawać tym cudem. Po raz kolejny zachwyciły mnie te opisy. Czytając to miałam wyobrażenie całej tej sceny i niemal odczuwałam emocje Angeline. Kurcze, ta dziewczyna nie zdaje sobie chyba sprawy jak działa na Creiga. Jeszcze go uwiedzie i to on będzie na jej łasce :D
Pokaż wszystkie (5) ›
 

zakiraluna
 
Rozdział 5
        Mocno zatrzasnął drzwi swojego czarnego porsche i szybkim krokiem wkroczył do biura, ignorując protesty zbolałych mięśni- choć w życiu by się do tego nie przyznał, odczuwał swego rodzaju podekscytowanie, nie mógł doczekać się przesłuchania tej dziewczyny. Zwykle miał do czynienia ze zwykłymi facetami, wystarczyło albo ich przekupić albo pobić, tutaj musiał wykazać się większą finezją, nie miał ochoty bić dziś kobiety... ostatnie, pełne monotonii miesiące znudziły go, teraz liczył na małe wyzwanie. W pomieszczeniu, które pełniło funkcję poczekalni i recepcji zarazem natknął się na Paula i Tony'ego- siedzieli przy niewielkim stoliku, grając w karty i paląc tanie papierosy, kiedy usłyszeli kroki, podnieśli swe łyse głowy i spojrzeli na niego z dziwnym wyrazem w oczach- od razu zorientował się że coś jest nie tak. Czyżby nie wykonali powierzonego im zadania? Patrzyli na niego jakby...przepraszająco? Z lękiem?- Żółte światło. Pierwszy sygnał ostrzegawczy.
– Czy dziewczyna tu jest? –  Zapytał oschle, chcąc ukryć narastające zdenerwowanie. Bracia pokiwali smętnie głowami, wyraźnie niezadowoleni- Pomarańczowe światło. Drugi sygnał ostrzegawczy. Więc o co chodzi? – Pomyślał i dopiero wtedy zdał sobie sprawę że przy stole siedzi dwóch mężczyzn, wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Zmarszczył brwi. Zatem gdzie jest trzeci?
– Gdzie jest Robby? –  Zapytał i natychmiast dostrzegł spojrzenie, jakie rzucili sobie nawzajem jego towarzysze. Trzeciego sygnału nie potrzebował. Czerwone światło.  Zaklął pod nosem i popędził do swojego gabinetu, odsunął ciężki, prążkowany dywan i przez gruby właz zszedł do piwnic- nie zamknął go nawet dokładnie, to by oznaczało stratę kilku kolejnych sekund. Kiedy zbiegał po metalowych schodach na niższe piętro, zatrzymał się nagle, zdawało mu się że coś usłyszał...wytężył słuch i sekundę później dobiegł go zduszony, damski krzyk. Taki krzyk mógł oznaczać tylko jedno. I bynajmniej nie było to zdziwienie. Przyspieszył, w końcu dopadł drzwi pokoju przesłuchań i otworzył je gwałtownie- zaklął siarczyście na widok tego co zobaczył.
        Robby stał nad wątłą, trzęsącą się postacią i właśnie zamierzał się do silnego ciosu, najwyraźniej w brzuch, jedną dłonią podtrzymywał ramię swej ofiary, drugą zaś miał zaciśniętą w pięść trzymając ją w bardzo jednoznacznym geście- powstrzymał się w ostatniej sekundzie, widząc ruch przy drzwiach i smugę jasnego światła z korytarza.  Creig wszedł powoli,  zmrużył oczy i posłał mu mordercze spojrzenie.
– Wyjdź. – Rzucił chłodno, opanowując palącą go w środku wściekłość. Chociaż bardzo miał na to ochotę, nie był na tyle głupi by ukarać go, czy choćby zrugać przy zakładniku- złamałby swoją własną, żelazną i podstawową zasadę.  Co za idiota!- pomyślał tylko. Robby zupełnie nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo utrudnił całe zadanie- a może zdawał i dlatego właśnie to zrobił? Bity zakładnik staje się albo przesadnie strachliwy, albo zaczyna nienawidzić swoich oprawców do tego stopnia, że koniec końców nie ma z nim żadnego kontaktu- oba przypadki tylko wszystko niepotrzebnie przedłużają.
        Robby przez chwilę przyglądał mu się skonsternowany ale nie odważył się zakwestionować rozkazu, po chwili pełnej wahania odsunął się od dziewczyny i wyszedł, do samego końca nie przestając wbijać w Creiga swego morderczego spojrzenia, ostentacyjnie zatrzaskując drzwi. Ten z kolei westchnął przeciągle i przyjrzał się dokładniej postaci przywiązanej do metalowego krzesła- widział nagie, długie i zgrabne nogi dziewczyny, głowę miała opuszczoną, więc resztę ciała zasłaniały ciemne, bujne włosy. Zbliżył się bezszelestnie, a kiedy wsunął jej palec pod brodę, przebijając się przez kaskadę kasztanowych kosmyków, wzdrygnęła się gwałtownie, niemal podskakując razem z krzesłem na którym siedziała i odwróciła głowę w bok. Mógł się tego spodziewać. Niepewnie zabrał rękę, a wtedy ona w końcu uniosła twarz, włosy opadły jej na ramiona odsłaniając szczupłą buzię.  Wciągnął gwałtownie powietrze, nie był zdolny do jakiejkolwiek reakcji: duże, niebieskie oczy były opuchnięte i przekrwione, ogromna czerwona rana na lewym policzku szpeciła łagodne rysy twarzy, krew spływająca z nosa zaplamiła wydatne, ładnie wykrojone usta- Anioł, w rzeczy samej...anioł cierpiący - Pomyślał przypominając sobie jej imię. Kątem oka dostrzegł, że była ubrana jedynie w czarną nocną koszulkę, sięgającą do połowy uda- biała, alabastrowa skóra pokryta była gęsią skórką. Jej twarz wykrzywił grymas cierpienia, zupełnie odruchowo zbliżył się jeszcze bardziej, na co jej oczy stały się ogromne niczym spodki. Wyraźnie się bała.
– Proszę nie... –  Wyszeptała cienkim, płaczliwym i lekko zachrypniętym głosem. Zamarł, dopiero po chwili dotarł do niego sens jej słów. Najwyraźniej spodziewała się że teraz on przyszedł ją torturować...Znowu zawrzał w nim gniew, odwrócił się gwałtownie i niemal wybiegł z pokoju, dłonie ponownie zaciskając w pięści. Na zewnątrz zastał Robby'ego, stał oparty nonszalancko o ścianę i czyścił sobie paznokcie scyzorykiem, na widok swojego szefa uśmiechnął się złośliwie, najwyraźniej na niego czekał.
– Jak tam nasza królewna? –  Zapytał swoim normalnym tonem, który wszyscy członkowie jego szajki zdążyli znienawidzić już kilka razy.
– Kto ci dał prawo bić mojego zakładnika? – Przysunął się do niego, ich twarze dzieliło teraz tylko kilka centymetrów, Robby wyprostował się dumnie, ale wciąż pozostawał niższy od Creiga o dobre dziesięć centymetrów. Temu pierwszemu zupełnie to odpowiadało, dzięki temu że nad wszystkimi górował, utwierdzał swoją pozycję i siłę.
– Nie potrzebowałem go. – Odparł arogancko i hardo patrzył mu w oczy. Tego Creig nie był w stanie zdzierżyć. To było jawne nieposłuszeństwo. Podniósł rękę i przedramieniem przyparł mężczyznę do ściany, lekko go podduszając, coś na szyi chłopaka wbiło mu się lekko w rękę, ale zupełnie tego nie zauważył, zbyt zaaferowany swoją ofiarą. Tamten był tak zszokowany, że scyzoryk wypadł mu z ręki, z głośnym brzękiem lądując na podłodze.
– Nie zapominaj gdzie jest twoje miejsce. – Powiedział Creig, ciągle go przytrzymując, oczy Robby'ego zrobiły się ogromne, wyraźnie nie spodziewał się takiego zwrotu akcji.
– Jeszcze raz złamiesz mój rozkaz, a będzie to ostatnie co zrobisz w życiu. –  Puścił go tak gwałtownie, że ten prawie upadł na zimną, betonową posadzkę, Creig natomiast, podniósł z ziemi jego sztylet, wsunął go do tylnej kieszeni spodni i nawet się nie oglądając, ruszył po metalowych schodach na górę. Nie obawiał się ataku od tyłu- wiedział że po ty co stało się kilka sekund temu Robby by się na to nie zdobył.  Już po chwili znalazł się z powrotem w swoim gabinecie gdzie sięgnął po opróżnioną do połowy butelkę whiskey stojącą na barku i kilka kostek lodu, które owinął w niewielki ręcznik znaleziony w przylegającej do gabinetu łazience.
        Po kilku minutach znów był w pokoju przesłuchań, miał już wprawę ze schodzeniem przez właz mając jednocześnie zajęte ręce, tym razem mocno zaryglował za sobą wejście – Nigdy nie wiadomo – pomyślał. Dziewczyna słysząc otwierane drzwi znów gwałtownie podskoczyła. Nie jest dobrze... – Postawił butelkę alkoholu na ziemi razem z ręcznikiem i sięgnął po niewielkie, rozkładane krzesło, stawiając je pół metra przed Angeline, nie usiadł jednak na nim od razu. Tylko by ją spłoszył, a zupełnie nie o to tym razem chodziło.
  • awatar Abstrakcyjny blog: bardzo fajne czekam na next :)
  • awatar Lisa Angels: Coraz bardziej lubię Creiga :D Jeszcze serce mi łomocze. Jak on do diaska się nalazł u tych zbirów? Przecież to anioł, a nie człowiek XD
  • awatar gość: @Lisa Angels: daj mu szansę jeszcze pokaże pazurki :P
Pokaż wszystkie (7) ›
 

zakiraluna
 
Do  domu, do jej własnego domu, w biały dzień wdzierał się jakiś mężczyzna. A właściwie już się wdarł! Wciągnęła głośno powietrze, wtedy nieznajomy spojrzał w jej stronę z dzikim błyskiem w oku. Ta twarz przeraziła ją, ostre rysy twarzy, kilkudniowy zarost i długie włosy nadawały obcemu wygląd psychopaty. Nagle mężczyzna ruszył w jej stronę, był wysoki miał co najmniej sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, jego mięśnie napinały się przy każdym kroku, dziurawa koszulka również nie dodawała uroku. Angeline jakby wrosła w podłogę, nie mogła wykonać najmniejszego ruchu, ale kiedy nieznany przybysz zahaczył biodrem o ścianę i zaklął siarczyście włączył się jej instynkt samozachowawczy- zamrugała szybko, cała krew spłynęła jej do nóg, adrenalina wyostrzyła wzrok, kiedy gwałtownie rzuciła się do biegu- usłyszała za sobą kolejne przekleństwo, następnie ciężkie kroki goniące ją po schodach. Kiedy dotarła na piętro wiedziała, że nieznajomy jest tuż za nią, więc nawet się nie zatrzymała, tylko pognała do sypialni i wtedy poczuła na włosach czyjąś zimną, dużą dłoń- wyślizgnęła się w ostatniej chwili, a biegnąc do garderoby pchnęła mocno stojące w rogu lustro, mając nadzieję, że na chwilę zatrzyma obcego. Miała rację, zatrzaskując za sobą  drzwi usłyszała zdławiony krzyk i odgłos rozbijanego szkła. Klika sekund później ujrzała poruszającą się klamkę, a kiedy to nie podziałało nieznajomy przybysz zaczął pięściami uderzać w drewniane wejście. Oddychała ciężko, jej umysł pracował na najwyższych obrotach- znajdowała się w pułapce, nie miała jak opuścić pomieszczenia- jedyna droga prowadziła przez drzwi, które akurat w tej chwili były wyłamywane przez tego barbarzyńcę. Stała i czekała na rozwój wypadku, wiedziała że nic już nie może zrobić, pozostała jej jedynie ewentualna walka wręcz z napastnikiem- dopiero kiedy psychicznie się na to przygotowywała, poczuła przeraźliwe zimno panujące w pomieszczeniu, jej skóra okryła się gęsią skórką-wciąż miała na sobie jedynie koszulkę nocną i bokserki.
        To dziwne –  pomyślała w przebłysku świadomości – Nie przypominam sobie bym otwierała tu okno.– Powoli odwróciła się i z jej gardła wydał się głośny okrzyk przerażenia. Jak mogła go wcześniej nie zauważyć ?! Stanęła twarzą w twarz z drugim mężczyzną- ten był równie wysoki, tylko łysy i nie miał tego... szaleństwa w oczach, miał za to krzywy nos i gruby złoty łańcuch na szyi- przeraziła się jeszcze bardziej. Kiedy nieznajomy wyciągnął ręce w jej stronę zaczęła walkę- mocno kopnęła go w krocze, mężczyzna zawył z bólu, ale zaraz się opanował i złapał ją w pół, przekręcając tyłem do siebie, długimi rękami przytrzymując w miejscu jej ramiona. Pokonując obrzydzenie, mocno ugryzła go w owłosioną rękę- Po raz kolejny wydał okrzyk bólu, ale jego uścisk nie zelżał ani trochę. Mimo to wciąż gryzła, rzucała się, próbowała kopać- wszystko na próżno. Kilka sekund później pierwszy włamywacz w końcu sforsował drzwi i łypnął na dziewczynę z nienawiścią.
– Co tak długo? – Wykrzyknął ten który ją trzymał do swego towarzysza- No dawaj, uśpij ją!- Angeline zaczęła wyrywać się jeszcze bardziej zaciekle, z jej oczu zaczęły płynąć strumienie łez- wtedy mężczyzna wyciągnął z kieszeni niewielkie zawiniątko, po względnie niedużym pomieszczeniu rozszedł się ostry zapach alkoholu. Powoli, jakby wydłużanie przerażenia ofiary sprawiało mu przyjemność,  podszedł do niej i mocno odchylił jej głowę, brutalnie łapiąc za włosy, po czym przyłożył jasny materiał do twarzy- jego silna dłoń niemal miażdżyła jej nos. Chlorofil zadziałał momentalnie,  opór dziewczyny zaczął powoli słabnąć, jeszcze przez chwilę wierzgała nogami i po chwili...odpłynęła.
***
– Miałeś coś zjeść! Obiecałeś! – Sonia biegała po całym domu, była już spóźniona, w biegu łapała wszystkie potrzebne rzeczy, jednocześnie susząc głowę swemu bratu, który przyglądał jej się teraz zajmując jedno z krzeseł w jadalni.
– Zjadłem. – Odparł Creig, wskazując palcem pustą i wciąż brudną miseczkę na szafce. Kończył właśnie swoje śniadanie, miał takie zakwasy po wczorajszej wizycie na siłowni, że z trudem podnosił widelec do ust.
– Pyszna sałatka – dodał, chcąc ją trochę udobruchać, zabrzmiało to tym bardziej wiarygodnie, że nie było do końca kłamstwem. Sonia tylko westchnęła ciężko i posłała mu mordercze spojrzenie, jednocześnie zapinając kurtkę.
– Jak ty sobie poradzisz kiedy wyjadę? – Pokręciła głową i nie czekając na odpowiedź wyszła, mocno zatrzaskując za sobą drzwi.
Prawie zapomniał o tym jej wyjeździe- za kilka dni wybierała się na tygodniową serię wykładów i warsztatów, razem ze znajomymi stwierdziła że bardziej opłaca im się zanocowanie na  miejscu niż codzienne dojeżdżanie prawie pięćdziesięciu kilometrów w jedną stronę. Strasznie cieszyła się na ten wyjazd, miał tam być jakiś supersławny psycholog i pedagog, ale kiedy siostra podała mu nazwisko, te niemal natychmiast wyleciało mu z głowy. Mimo wszystko, martwił się o nią- by trochę się uspokoić, osobiście sprawdził wszystko co było związane z tym wyjazdem, kiedy chciał, potrafił być bardzo dociekliwy, nie ujawniając do końca swej tożsamości. A tym razem chciał.
        Spojrzał na zegarek i zdał sobie sprawę, że ma jeszcze mnóstwo czasu- była dopiero ósma rano, jego więzień ma się pojawić w południe, więc nie ma sensu wcześniej jechać do biura, jak je po prostu nazywał. Na sekundę zwątpił w sens całej tej akcji- porwanie było jego zdaniem zbyt radykalne, sam zdecydowałby się na coś mniej czasochłonnego, ale równie skutecznego, jak szantaż czy zastraszenie. Albo po prostu przekupstwo- pieniądze potrafią zdziałać cuda- pomyślał zniesmaczony. Za pieniądze można kupić wszystko. Nie ma ludzi nieprzekupnych ani niezastąpionych- to były jego dwie główne maksymy. Kiedyś było inaczej... Potrząsnął gwałtownie głową, chcąc odegnać nieprzyjemne myśli i udał się pod prysznic. Polecenia się wykonuje... Wyszedł owinięty jedynie ręcznikiem- to był tylko jeden z minusów usytuowania łazienki na parterze, a nie na piętrze gdzie znajdowały się sypialnie- jeżeli zapomniało się naszykować ubrania wcześniej, pozostawało jedynie szybko biec na górę. Półnago. Dodatkowo łazienka była mikroskopijna, stare płytki na podłodze gdzieniegdzie popękały, zaś ściany zostały pomalowane przez Creiga na żółto zaraz po wprowadzeniu się- było to wyraźne życzenie Soni, uważała że jasny kolor nie tylko powiększy to ponure pomieszczenie, ale również uczyni je mniej przygnębiającym. Nie spierał się z nią wtedy, tak jak nie spiera się teraz o to czy efekt został osiągnięty. W sypialni na górze ubrał się w ciemne jeansy i czarną, materiałową koszulę- lubił odrobinę elegancji, musiał też tworzyć pozory, oficjalnie był przecież asystentem prezesa w firmie...przyjemne z pożytecznym. Rozłożył się na kanapie, włączył telewizję i zaczął powoli rozcierać zbolałe mięśnie ramion, jednocześnie oglądając zawody MMA. Zanim się obejrzał, komentator sportowy wskazał godzinę jedenastą- niechętnie wstał, wygładził lekko już zmiętą koszulę i wyjechał do pracy...jeśli można to tak nazwać.
***
        Pierwszy wrócił jej słuch. Gdziekolwiek się znajdowała, panowała tu głucha, niczym niezmącona cisza. Cisza głośniejsza niż jakakolwiek muzyka. Chwilę potem powróciło czucie-  dziwny, piekący ból w nadgarstkach i kostkach, język niemal przyklejony się do podniebienia, przejmujące zimno osiadające na karku i ramionach niczym szron w mroźny poranek ... Zebrawszy wszystkie siły, uchyliła ciężkie powieki, powoli podniosła głowę i zaczęła się rozglądać. Znajdowała się w dosyć dużym, brzydkim pomieszczeniu, betonowe ściany zlewały się z równie betonową podłogą, nie dostrzegła nigdzie żadnego okna, a jedynym źródłem światła był rząd ostrych jarzeniówek u sufitu, od widoku których natychmiast rozbolały ją oczy. Obróciła lekko głowę i dojrzała drzwi- czarne i ciężkie, przywodzące na myśl wrota do lochów, a także kilka metalowych, składanych krzeseł ustawionych w rogu pomieszczenia. Odruchowo chciała wstać, ale natychmiast poczuła opór- jej nogi, podobnie jak nadgarstki były skrępowane mocnym, szorstkim sznurem- misternie przymocowane do krzesła na którym siedziała. Kilka razy za nie pociągnęła, czuła że zostawiły ostre, wyraźne ślady na jej kończynach, mimo to wciąż próbowała, dopóki nie poczuła w nozdrzach zapachu własnej krwi spływającej z nadgarstków. Wtedy krzyknęła przerażona i zaniosła się głośnym płaczem. Jej strach mieszał się z bólem, tworząc zabójczą mieszankę, mieszankę, którą bardzo trudno było znieść, zwłaszcza kobiecie. Nie wiedziała gdzie jest, ani dlaczego, nie wiedziała jak ma się stąd wydostać. Nagle usłyszała za sobą głośny, męski śmiech, nieprzyjemnie rozdzierający panującą ciszę- zamarła i próbowała obrócić się w stronę  dźwięku, ale wtedy mężczyzna zrobił kilka ciężkich kroków, stanął przed nią  i patrzył z rozbawieniem. Gwałtownie wciągnęła powietrze, bez trudu go rozpoznając- to był ten łotr, ten barbarzyńca, który w biały dzień wdarł się do jej domu!  Całe jej ciało objął dygot na widok tej twarzy i żądzy mordu w oczach. Mężczyzna podszedł bliżej i założył ręce na piersi.
– To nie pomoże. – Powiedział niskim, słodkim głosem, a ona się wzdrygnęła. Kucnął przy krześle, wyciągnął prawą dłoń i zaczął palcem wskazującym wodzić po jej twarzy,  z tym samym, dzikim uśmiechem zadając morderczą pieszczotę.
– Jesteś tutaj, zdana całkowicie na moją łaskę...nie uciekniesz. – Po tych słowach zamachnął się i mocno uderzył ją w twarz, cios z echem rozszedł się po pomieszczeniu. Zacisnęła zęby i zaczęła szybciej oddychać, policzek mocno pulsował, ból zdawał się nie mieć końca, miała wrażenie że promieniuje na całe ciało. Głowa opadła  bezwładnie, broda oparła się na klatce piersiowej, wtedy oprawca mocno złapał ją za włosy z tyłu i pociągnął w dół, zmuszając do podniesienia głowy. Drugą dłonią znowu zaczął wodzić jej po twarzy, raz po raz ocierając się kciukiem o powstałą ranę, potęgując tym samym jej cierpienie.
– To za to że przede mną uciekałaś. – Kontynuował tym samym słodkim głosem , a ona przymknęła oczy. Wtedy on ponownie się zamachnął i jej policzek objęła kolejna fala bólu- tak ostry i przeszywający, zdawało jej się nawet, że usłyszała pęknięcie ... Był jak ogień, który swe źródło miał w jej kości policzkowej, tam płomień był niemalże biały, mocny i intensywny, reszta twarzy paliła się czerwonym, nieco spokojniejszym płomieniem, zaś linię włosów i szyję raz po raz lizały lekkie języki ognia.
– A to, żebyś mnie dobrze zapamiętała. Trochę się jeszcze zabawimy. –  Wciągnęła gwałtownie powietrze, nawet to spowodowało ból. Długo nie wytrzyma takich tortur...Modliła się by w końcu spłonąć. Ale nie, on nie pozwoli temu ogniowi zgasnąć, będzie go gasił a potem znów rozpalał i podsycał do granic możliwości...
_________________________________________________________
Ech, i gdzie moje postanowienie by wrzucać rozdział tygodniowo? Tak to już jest, kiedy człowiek ma napisaną całość, natychmiast chce się nią podzielić- mam nadzieję że nie macie mi tego za złe :P
  • awatar Lisa Angels: Jestem zachwycona, że go wstawiłaś. NA opisy brak mi słów, jak już wcześniej wspomniałam są cudowne. Co do fabuły, cudownie to wszystko przedstawiłaś tak realistycznie. Angela całkiem nieźle sobie poradziła, gdyby nie ten drugi... ech. Bandziory jedne!
  • awatar Panna15: Cudna część. Czekam z niecierpliwością na kolejną część :D zapraszam do siebie :)
  • awatar SallyLou: Serce mi wali jak to czytam... Ten opis wypadł tak realistycznie, że sama poczułam przerażenie Angeline. Czego te wstrętne typy od niej chcą? Wciąż mam za mało informacji by ułożyć sobie opinię na temat poszczególnych bohaterów, ale tych psycholi, którzy się włamali na pewno nie polubię. Cieszę się, że rozdziały są częściej. Czekanie na kolejne strasznie mi się dłuży :D
Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Kategorie blogów