Wpisy oznaczone tagiem "Third" (12)  

spiryt.us
 
Znalezione na bit.ly/Rpt1zz (kliknij w link, aby powiększyć ;) )
 

kciuk-pl
 
Original title: DMT: The Spirit Molecule Urywki wywiadów z trailera do filmu "DMT: Molekuła Duszy". Premiera przewidywana przed końcem 2009: (A series of int...

Link: www.kciuk.pl/Halucynogenna-Szyszynka-DMT-The-Spi…
 

webspot
 
Tumbling Wii hardware sales and analysts' comments about whether the Wii bubble is deflating have some third-party publishers re-examining and re-jiggering their strategies.

Link: www.gamasutra.com/(…)thirdparty_publishers_react_to…

#english
 

webspot
 
More than a third of species assessed by a global biodiversity study are threatened with extinction, scientists warn.

Link: news.bbc.co.uk/2/hi/science/nature/8338880.stm

#english
 

webspot
 
At a time when economists and TV pundits are still more likely to characterize the economy as "coasting along the bottom" rather than "recovering," Intel's Q3 results have rocketed past the predictions of even the most optimistic Wall Street analysts. The company's Q4 predictions are similarly rosy...

Link: hothardware.com/(…)Intels-Third-Quarter-Results-Bre…

#english
 

webspot
 
Young dinosaurs weren't Mini-Me versions of their parents. New evidence suggests dino juveniles went through dramatic physical changes during their journey to adulthood. If that's the case, many fossils of young dinosaurs (including many T.rex relatives) may have been misidentified as belonging to new species.

Link: news.nationalgeographic.com/(…)091009-dinosaur-spec…

#english
 

dilerka
 
Dla kazdego milosnika Portishead, recenzja ich najnowszej plyty "Third".
Poniewaz moj jezyk (giedki i gladki) jest za krotki na ten temat, cytuje recenzje Efiel'a
efiel.wordpress.com/(…)portishead-third-recenzja…

Stało się! Minęła jedna jedenastka, żeby druga mogła zaistnieć. Już nigdy więcej nie będziemy mogli powiedzieć “tak, ta nowa płyta kogośtam jest całkiem niezła, ale z zachwytami poczekam na trzeci album Portishead”. Święta trójca trip-hopu wreszcie przemówiła.

Przepraszam za powyższy tekst, ale po jedenastu latach wytężonego czekania, trudno uniknąć pół-religijnego podejścia. Zwłaszcza w przypadku zespołu, który jeszcze “za życia” czczony był jak bóstwo, chociaż trudno mówić o ogromnych rzeszach “wyznawców”. Całe szczęście Portishead to nie żadne bóstwo, a jedynie trójka niezwykle zdolnych ludzi, na dodatek bardzo prostolinijnych. Goeff Barrow zwykł podobno mówić, że “po prostu chce tworzyć dobrą muzykę”. Nie sposób o lepszy powód i być może również dzięki temu prostemu podejściu dwie pierwsze płyty zespołu z Bristolu były wyjątkowo dobrymi produkcjami. Chociaż zwyczajowo ich twórczość zalicza się do nurtu trip-hopowego, każdy jego szanujący się entuzjasta, zdając sobie sprawę z plastyczności tegoż stylu, czuje różnicę pomiędzy Massive Attack, Tricky i Portishead. Wynika ona rzecz jasna z indywidualnego podejścia do idei, która przecież wiąże się głównie z techniką “składania” utworów i ich specyficznym “klimatem” (z tego właśnie powodu trudno mówić, że Goldfrapp czy Moloko to zespoły trip-hopowe). Pozostaje więc ogromna przestrzeń, którą można zapełniać zgodnie z własną wizją. Jedną z najważniejszych cech odróżniających Portishead od pozostałych formacji trip-hopowych jest “ambicja” do tworzenia pięknych melodii, której zdawał się nie wykazywać ani Tricky, ani Massive (mam nadzieję, że nie zostanę posądzony o zbyteczną przesadę). Czy po jedenastu latach przerwy twórczej zostało coś z “dawnego” Portishead? To ważne pytanie, jednak ostatecznie warto chyba ustosunkować się inaczej i zadać podobne, lecz nieco odciążające nasz punkt widzenia - jaki jest dzisiejszy Portishead?

__Zasada Trzech

“Miej zawsze na uwadze zasadę Trzech. Trzy razy powróci do ciebie to co sam dajesz, a tej lekcji dobrze się wyucz. Wszak otrzymuje tylko ten kto zasłużył.” To pierwszy tekst (w wolnym tłumaczeniu) niemuzyczny, który możemy usłyszeć na “Third” (w języku portugalskim, wcale nie śpiewany przez Beth, ale recytowany przez Brazylijczyka) i tak jak cały otwierający kawałek zatytułowany “Silence” - daje do myślenia. Czy to jeszcze jest trip-hop? Zdaje się, że został już sam trip. Statyczna perkusja, powtarzające i zlewające się dźwięki gitary elektrycznej, wałkowany w kółko schemat harmoniczny wspierany przez bas i syntetyczne skrzypce..aż nagle uspokojenie i wokal. Pierwsze spostrzeżenia wiążą się z jego barwą - nie jest to już głos młodej dziewczyny, brzmi za przeproszeniem… staro. Nie zmienił się jednak sposób śpiewania. Tak naprawdę wciąż jest to ten sam rozchwiany, delikatny wokal..tylko bardziej rozchwiany i delikatniejszy. “Silence” urywa się nagle po pełnych pięciu minutach i nagle wszystko staje się jasne - to będzie zupełnie nowa muzyka. Portishead sprzed 11 lat istnieje jedynie w naszej podświadomości. Zostali tylko ludzie i ich lekko muśnięte siwizną mądre głowy.

Siłę tego chwilowego przekonania osłabia już kolejny utwór “Hunter”. Na pierwszy rzut ucha bardzo przypomina Goldfrapp. Rzut drugi jednak upewnia w przekonaniu, że mimo wszystko nadal słuchamy Portishead - melodia jest wręcz dla nich typowa. “Hunter” bowiem to piękna, choć bardzo prosta ballada o miłości opowiedziana w charakterystyczny dla Portishead sposób. Utwór jest jednocześnie napakowany nowościami. Nie znajdziemy w nim łamanych beatów, loopów z winylowych płyt, a cała tkanka instrumentacyjna zdaje się być zsyntezowana lub nagrana. Co więcej - syntetyczne brzmienia są “brzydkie”, quasi-industrialne, a co za tym idzie - apetyt na więcej rośnie… przynajmniej mój.

Kolejny utwór, podobnie jak “Silence” zaczyna się wprowadzającym w trans, monotonnym wstępem. Perkusja w “Nylon Smile” ograniczona została do przytłumionego werbla i ledwo słyszalnej grzechoteczki. Mocno modyfikowane dźwięki gitary elektrycznej i sporadycznie dopełniające “chórki” tworzą całość tkanki harmonicznej. Tym razem nie wspomaga jej żaden bas, a trzon całości stanowi oczywiście linia melodyczna wokalu - w ciągłym nerwowym napięciu, dokładnie takim do jakiego przyzwyczaiły nas poprzednie dwie płyty, z charakterystycznym, natychmiast rozwiązywanym skokiem trytonowym, który dodatkowo podkreśla nerwowość całości. Jednolitość utworu łamie jedynie lekko orientalizująca gitarowa “solówka” z nałożonym delayem, pełniącym wręcz strukturalną rolę. Dokładnie w momencie w którym nieustające napięcie zaczyna męczyć utwór po prostu się kończy, a zmęczenie o dziwo zastępuje… niedosyt.

__Stary nowy Portishead

“The Rip” to zupełnie inna bajka. Przyjemny, pulsujący dźwięk i szum, przypominający deszcz natychmiast zdejmują ze słuchacza cały bagaż nałożony przez “Nylon Smile”. Wokal znów bardzo przypomina Goldfrapp, ale w kontekście klasycznej gitary to chyba całkiem niezły pomysł. Muzyka spokojnie kołysze, przy czym zdaje się powoli przyspieszać, chociaż puls pozostaje ten sam. Stopniowo nad całością zapanowują miękko syntezowane dźwięki, układające się w opadające arpeggia rodem ze “starej, dobrej elektroniki”.

Jeśli będziemy się upierać przy poszukiwaniach “starego Portishead” na “Third” to możemy sobie od razu puścić piąty utwór z płyty - “Plastic”. Delikatna gitarka, subtelne organy i przede wszystkim perkusja - świetnie rozdysponowana zresztą - która wreszcie mogłaby pojawić się na “Dummy”. Największe wrażenie jednak znów robi to co najmniej charakterystyczne - refren. Bardzo psychedeliczny, płaczliwy, hałaśliwy, oparty na nierozwiązanym napięciu harmonicznym - po prostu kawał muzyki mocno naładowanej emocjami.

“We Carry On” to kolejny raz typowo Portisheadowa melodyka, lecz już cała reszta jest (aż) przytłaczająco obca. Wwiercający się w głowę dźwięk jakby próby nawiązania połączenia telefonicznego, szybka perkusja “raz i, raz i”, w kółko powtarzający się schemat harmoniczno-melodyczny - esencja mocnego tripu. Co więcej, wyjątkowo intensywne “We Carry On” z pewnością nie przypadkowo zostało umiejscowione tuż przed utworem “Deep Water” o wyjątkowo lekkim, wręcz żartobliwym charakterze. Półtora minutowy kawałek jest poniekąd parodią samego siebie. Muzyka będąca pastiszem wokalnej muzyki amerykańskich chórków męskich z lat pięćdziesiątych nijak ma się do introwertycznego tekstu. Mimo wszystko znów uspokaja i choć też porusza to już nie tak gwałtownie.

Inaczej sprawy mają się w utworze “Machine Gun”. Trudno o muzykę bardziej nachalnie oddziałującą na emocje. Przesterowany na różny sposób werbel przez cały utwór ostrzeliwuje słuchacza. Prócz jego “akompaniamentu” usłyszymy jeszcze tyko praktycznie samotny wokal (w “refrenowy” segment melodii wpleciono delikatne, ostrożnie formujące miniharmonię dźwięki). Gdy już wszystko zostanie odśpiewane - czas na zabawę w przetwarzanie brzmienia werbla, dzięki której wyraźna staje się jego rola harmoniczna - a nie tylko rytmiczna. Utwór kończy się instrumentalną “codą”, którą wygrywają elektroniczne “organki”. Gdy je usłyszałem dotarło do mnie z czym od początku kojarzył mi się “Machine Gun”, mianowicie ze ścieżką muzyczną filmu Terminator 2. Skojarzenie z wielu względów jest oczywiste i każdy kto wspomnianą muzykę zna - zapewne przyzna mi rację. Proszę nie zrozumieć mnie źle - nie chcę tu umniejszać wartości tego utworu. Prawda jest taka, że jestem nim wręcz zachwycony.

__Sztuka tworzenia sztuki

Po “Machine Gun” jest już “z górki”. “Small” byłaby kolejną balladą przy akompaniamencie gitary grającej rozłożone akordy gdyby nie środkowy, zdziczały fragment (trochę w stylu Massive Attack). Podkreślenie nieparzystego rytmu z akcentem na trzy “wychodzi utworowi na dobre”. I mimo, iż część pierwsza jeszcze powraca, to zakończenie i tryumf należy do drapieżcy.

Jeśli jakikolwiek utwór z “Three” miałby odnieść sukces komercyjny to chyba najprędzej byłby to “Magic Doors”. Bynajmniej nie twierdzę przy tym, że jest to kawałek łatwy i przyjemny. Po prostu odznacza się pewnymi cechami, które mogą podobać się nie tylko fanom alternatywnej elektroniki czy poszukiwaczom nietypowych brzmień. Ujmujący jest przede wszystkim refren - czytelny, akompaniowany najzwyklejszym w świecie fortepianem. Linia melodyczna całość jest łatwo wpadająca w ucho i w zasadzie nic (może prócz nużącej perkusji) nie przeszkadza w swobodnym odbiorze treści i emocji. Trudno się nim jednak prawdziwie zachwycić pamiętając to co już za nami. W kontekście pozostałych utworów “Magic Doors” zdaje się mówić zbyt mało.

Cały album zamyka świetne “Threads”, płynnie wynurzające się z poprzedniego utworu. Znów minimum środków - wokal, plumkająca coś gitara, werbel i syntetyczne skrzypce trzymające jeden wysoki dźwięk. Całość doprawia świetny “izorytmiczny” motyw kulminacyjny, podkreślany gównie poprzez rozbudowanie aparatu perkusyjnego. Przy końcu utworu motyw ten zostaje rozwinięty, a następnie stopniowo wyciszony, żeby ustąpić miejsca złowrogiemu, glisowanemu motywowi, przypominającemu wojenny sygnał grany na rogu, albo dźwięk wydawany przez trójnogi Wojny Światów. Sygnał ten to wyjątkowo wymowne zakończenie całego albumu, podkreślające jego psychedeliczność i mroczność.

Po przesłuchaniu i wstępnym przeanalizowaniu “Third” można wreszcie pokusić się o odpowiedź na pytania postawione na początku. Czy trzeci album Portishead jest inny, nowy? Ewidentnie. Co prawda gdzieniegdzie można doszukać się podobieństw, łączących wszystkie trzy płyty, ale nie czarujmy się - mamy do czynienia z czymś zupełnie oryginalnym. “Third” ma chyba więcej cech wspólnych z muzyką Stiny Nordenstam czy Goldfrapp niż “dawnym” Portishead. Co prawda szukanie podobieństw samo się narzuca, jednak w przypadku tego albumu rzeczywiście lepiej podejść do niego jak do tworu z innego już świata muzycznego niż Bristol lat dziewięćdziesiątych. Trzeci album Portishead to tak naprawde pierwszy album nowej formacji, dzieło ludzi których zmęczyła zabawa w robienie “dobrej muzyki” i postanowili stworzyć dzieło sztuki. Czy się udało? Trudno powiedzieć. “Third” jest trudny, wymagający skupienia oraz dużej samoświadomości emocjonalnej i estetycznej. Jednoczesnie nie jest to muzyka, która zachwyca “pozytywnym” pięknem, ale raczej przytłacza różnymi emocjami… raczej negatywnymi. Nie zapominajmy jednak, żę sztuka powinna dostarczać nam doznań wszelakiego rodzaju, a przekaz którym posługuje się dojrzały Portishead jest wyjątkowo intensywny. Już chociażby z tego względu “Third” jest albumem, którego nie wolno zlekceważyć, a w niejednym domu z pewnością zagości na bardzo wysokiej półce.

__
efiel


Od siebie dodam, ze slucham plytki z nabozenstwem :)

Mam do tej kapelki taki sentyment...ehhhh...przy ich pierwszej plycie mialam swoje pierwsze tripy ;)

BTW czy ktos z Was widzial ich film???
  • awatar Paolcia :): Cześć! Założyłam bloga o Pojedynkach Gwiazd! :) Pierwszy pojedynek już gotowy! Mam nadzieję, że zagłosujesz! :)
  • awatar M0dlishka: yh...teraz portishead? filmu nie widzialam-muzyka na pozycji nr 1, w kolejce z anouk...love it. pozdrawiam :D
  • awatar Dilerka: Wyprodukowali bodajze z pierwsza plyta film (dlugasny teledysk) czarno-bialy, w tytule mial cos o zabijaniu martwego czlowieka, hmmmm....
Pokaż wszystkie (4) ›
 

nana
 
nana: 29 kwietnia, po 10 latach od wydania ostatniej (koncertowej zresztą) płyty, ukaże się nowy album Portishead pod tytułem "Third".

Wróci neurotyczna Beth, niepokojące dźwięki Geoffa Barrowa oraz brzmienie prosto z postindustrialnego miasta tuż po tym, jak ludzie odkryli, że niewiele mogą sobie już dać.

Zostaje kilka chwytających za serce piosenek do nikogo, opowiadania o emocjonalnej katastrofie i śpiew prosto z bańki mydlanej.

A tymczasem słucham starych nagrań.


"Only You", Portishead "Portishead", 1997 rok, GO!Beat Records


Jedna z ulubionych:

"Roads", Portishead "Dummy", 1995 rok, GO!Beat Records



"Wandering Star", Portishead "Dummy", 1995 rok, GO!Beat Records
 

 

Kategorie blogów