Wpisy oznaczone tagiem "Weganizm" (640)  

hononey
 
Po pierwsze chciałabym Wam oznajmić, że moja maszyna do pisania wreszcie do mnie dotarła. Potrzebuje małych napraw, ale głęboko wierzę, że wszystko uda mi się sprawnie załatwić.

Po drugie, odwiedziła mnie wczoraj koleżanka której nie widziałam blisko 2 lata. W wakacje razem pracowałyśmy jako opieka na obozach dla nastolatków. Bardzo przyjemna praca, tylko przysłowiowo nie było kiedy się podrapać więc nigdy nie miałyśmy czasu żeby po prostu usiąść, pogadać i się zrelaksować. Pracuje w moim mieście, 10 minut drogi pieszo od mojego domu, więc jeszcze lepiej. No ale od początku...

Stwierdziłam (jako chujowa pani domu), że zaproszenie koleżanki na obiad/herbatę to dobry pretekst, żeby wysprzątać całą chatę. Tak więc od samego rana uwijałam się w pocie czoła (dosłownie). Udało mi się wysprzątać wszystko oprócz kafelek w łazience, okien i framug... bo na to już nie było czasu, lol. Dla zainteresowanych powiem, że nawet moją obrzydliwą, żółtą wannę udało mi się wyszorować (żółta jest naturalnie). Koleżanka pracę kończyła o 16.30 a ledwo po 17 byłyśmy w domu.

Ugotwałam nam zupę z batatów i nie mogła się nią najeść. Ugotowałam zupę z groszku ale na nią już miejsca nie miała. Były ciastka, była herbata, po prostu było miło. O 19 przyjechała po nią mama odebrać, bo w innym mieście mieszka. Mamę też zaprosiłam do domu i siedziały kolejną godzinę. Wyszły niedługo po 20stej.

A właśnie a propos znajomych... D opiekuje się teraz niepełnosprawnym wujkiem kilka nocy w tygodniu dopóki jego babcia jest w szpitalu i nie będzie miała operacji. Więc przyszedł do domu przed 12 i już rozmawiał z kolegą. Powiedziałam mu tylko żeby tamtemu nie mówił, żeby nie przychodził. Mój na to że tylko na jedną fajkę i tamten spada. No to ja, że zawsze jest mówione że tylko jedna fajka a potem wygonić nie można. Powiedziałam, że nie będą mi się cały czas po domu kręcić, kiedy ja próbuję sprzątnąć. Zwłaszcza, że wczoraj padało, w kuchni białe posadzki i wracając z ogrodu zostawia się błotniste ślady. Tamten przyszedł, powiedziałam że mi nie przeszkadza sam fakt, że jest tylko żeby się nie kręcili bo chcę sprzątać. D nawet pomógł mi odkurzyć pokoje na piętrze, wymienił karton spod żwirka dla kotów i kilka innych rzeczy. Przed 15stą kolega poszedł do domu i sobie przez neta grali na komputerach. Ja za to miałam okazję żeby ogarnąć łazienkę. Potem jak już wiecie, pojechałam odebrać koleżankę, obiad zjedzony i wróciła z Mamą do domu...

Ja za to ogarnęłam duży pokój, naczynia do zmywarki (takie tam duperele) i wreszcie mogłam wyciągnąć nogi przed siebie z herbatą w ręku. Siedzę, odpoczywam, cieszę się pożądkiem w domu póki jest i D schodzi na dół a było już po 21szej. Pyta się czy kolega może przyjść...

O ŻESZ KU*WA JEGO MANIA!!!

Byłam bardzo miła i powiedziałam D, że nie ponieważ jest za późno i pora, żeby kolega nauczył się zasad i granic przyzwoitości. Powiedziałam mu bardzo kulturalnie, że nawet koleżanka moja wiedziała o której jest pora żeby wracać do domu (mimo, że w głębi bardzo chciałam, żeby dłużej została) i że to nie jest pora na odwiedziny. D przyznał mi po raz pierwszy rację i nawet sam stwierdził, że kolega go trochę wkurza, bo kolega wie, że D "musi" się najpierw mnie zapytać czy tamten może przyjść i wie co odpowiem, więc automatycznie stawia D w niezręcznej sytuacji i nas poróżnia. Powiedziałam D, że jeśli tamten chce przyjść i odebrać to co zostawił przez przypadek to niech przyjdzie i już go nie ma, ale na fajkę nie zostanie.

D do mnie, że na fajkę też chciał zostać. Powiedziałam mu spokojnie, że nie. Poprosił mnie, że to ostatni raz "Just this once". Zgodziłam się, bo powiedziałam mu że tylko dlatego że mnie prosi ale pora żeby tamten się nauczył. D napisał do tamtego że jak chce to niech przychodzi ale od razu, bo pocałuje klamkę. D się naczekał, w końcu powiedział że idzie sam zapalić a jak tamten przyjdzie to niech od razu idzie do ogrodu, bo już sam był wkurzony. Akurat kolega przyszedł jak z D rozmawiałam i sama otworzyłam mu drzwi... Ah, jaka to była radość. Otworzyłam drzwi i prosto z mostu mu powiedziałam, że to nie jest godzina (21:40) na odwiedziny i pora żeby się nauczył, kiedy jest odpowiedni czas na odwiedziny, tym bardziej że już u nas dzisiaj był. Wie gdzie ma swój dom, a jeśli mu się nie podoba to może przychodzić kiedy ja pracuję i mnie nie ma. D się na mnie spojrzał z wielkimi oczami a ja kulturalnie powiedziałam, że byłam bardzo miła i szczera. Mój powiedział tamtemu, żeby zabierał po co przyszedł, zwijał fajkę i szedł do ogródka. Wyszedł zaraz przed 22gą.

Skończyło się pierdolenie moje Kochane. Kolega D bardzo nas poróżnia i wpierdala się gdzie nie potrzeba. Przez to że spędza cały czas z moim, mój już potem nie ma chęci spędzać czasu ze mną, bo tamtem mu cały czas truje. Jestem bardziej stanowcza jeśli chodzi o kolegę. Zawsze może przychodzić, kiedy ja pracuję i nie będzie żadnego problemu.

To tyle na dzisiaj Kochane. Próbuję się powstrzymać przed naprawą maszyny do pisania, bo wiem że jak usiądę i ją rozbiorę to całą noc będę naprawiała a jutro przecież do pracy. Kocham <3
 

hononey
 
I jak zwykle nie mam o czym gadać, ale mam chęć pozbyć się tego natłoku z głowy. Zwłaszcza przed spaniem, żeby z czystym umysłem iść do łóżka.

Dzisiaj miałam sen ale napisane jest po Angielsku, bo napisałam do Tracey. Dla ciekawskich, zawsze jest tłumacz (wybaczcie, na prawdę nie mam ochoty tłumaczyć).

“I had such a realistic/conscious dream this morning and you've asked me to let you know when I get one so I thought I'd describe you this one. First of all my train/travelling/flying dreams have finally stopped and I feel so relieved. So here's the dream: it starts with with me and my dad watching a video clip on old TV (colour TV but the old heavy ones) of some sort of a song that sounded like linkin park/U2. The guys were singing/playing music in front of a big pyramid. The singer was in the middle and there was a golden projection of a goddess/cleopatra behind him (a massive one) by his sides, there were the band members who were playing the music and there was a projection of two massive golden snakes on each side of cleopatra (the circumference of a snake was taller than the guys that were playing). So one second I'm watching it, the other second I'm actually inside of a clip (I wasn't sucked in, I just changed my surroundings). The guys are still playing and I'm with my dad. There was a panic on the set (pyramid behind us and lots of green grass everywhere, town could be seen in distance) because the longer they played, a strong storm was getting closer to us. Out of nowhere the rain started pouring down and I actually felt really wet and the thunderbolts started hitting the ground right in front of me. Like literally few feet away from us. I stayed close by the pyramid, my back were touching it and I was getting wet but I figured that the angels are protecting me so I might only get wet. My dad said that people are running away to get to town and there's a red double decker bus waiting to transport people. He started running with other people expecting me to follow him but I took the shorter route and ended up being first on the bus. My dad was looking for me as the crowd was coming down but I started shouting his name from the bus and he realised what happened. He came to the bus and it was supposed to take us to a safe location (a car park building - important - was just next to this bus, but to enter, you'd have wiggle through some sort of a hole on the wall). So the bus took us around the town (it didn't stop or anything, it was just driving us to the safe spot). We ended up being dropped off at the mentioned car park. Everyone went out in their own direction. Aim was to go to the top of it and go outside on the meadow that would lead outside of the town. We started going up the car park but realised despite so many people being there before, it was getting now dead quiet. We started getting worried. We (me and my dad) were almost at the top when a woman in front of us told us we needed to be quiet. She was waiting before a dark place that was not lighted in any way and the stairs were leading to higher levels.  She told us to be quiet because there's a single alien somewhere there and it's dangerous (I felt it was something like out of the Alien movie) and if he'd hear us, we'd be attacked. I realised I didn't have continue this dream and so I woke up but when I fell back asleep, the dream went back to where it left off. A wolf jumped out from the dark (and not an alien as the woman ahead of us was trying warn us) and it started speaking to me. The woman disappeared (must've ran away) and I felt my dad was still behind me. The wolf started talking to me and it showed me images. As he was speaking, he showed me an image of a large LCD screen on a shopping centre that was bright white and then the focus moved to a small family pack of wolves that were running down steep roofs on buildings and he said "You've made our race almost extinct, not we're going after you". I didn't feel fear or anything during the dream. I woke up quite refreshed. And the funniest thing that happened today is that all of the "reference points" from the dream have happened today. I was in the kitchen, playing music from YouTube on shuffle and one after another, a song with title "Wolf" played and straight after that a song about "Thunder" and thunderbolts. Then I went to David's room and he was playing a game that had a pyramid in it. So many synchronicities today!”



Poza tym udało mi się wylicytować moją maszynę do pisania! Nie wiem co jest w niej do naprawy, ale jestem bardzo podekscytowana. Nie wiem gdzie mnie to zabierze, ale czuję, że gdzieś zaprowadzi (zdjęcie na dole).

W zeszłym tygodniu stwierdziłam, że w poniedziałki będę sobie pozwalała na jedzenie czego chcę. Obojętnie czy ma gluten czy nie (w moim przypadku jest zakazany), obojętnie ile tłuszczu... o ile jest wegańskie. Po prostu chcę zjeść coś po ludzku bez odmawiania sobię. Więc zamiast w poniedziałki stereotypowo przechodzić na jakieś diety, u mnie poniedziałek jest fat monday i po prostu aż nie mogę się doczekać poniedziałków. O! Co prawda nie za bardzo mi to wychodziło przez ostatni tydzień, bo każdego dnia coś podjadałam niewskazanego w moim przypadku, ale wiecie co? Nie stresuję się. Wiem, że z czasem się przyzwyczaję i po prostu wpadnę w rutynę. W tym tygodniu padło na... burgery!!! Od czasu kiedy łaziłam z Pandzią po Wawie, miałam wielką chęć na burgery. Na POŻĄDNE burgery a nie to angielskie pośmiewisko (myślą, że jak włożą w bułkę kawałek sałaty i jakieś warzywne gówno bez smaku, to mogą to sprzedać za 7 funa, jakiś żart). No więc kupiłam specjalne ciemne bułki z sezamem, sos mango z curry, ketchup i sos BBQ. Do tego sałata liściasta i pomidory a jako główny składnik kupiłam burgery z Lindy McCartney (jedno opakowanie Pulled Pork i jedno opakowanie oryginalnych). Oryginalne zrobiłam z sosem BBQ, a Pulled Pork z sosem curry. Dałam jednego burgera dla i oficjalnie nazwał mnie A* burger maker (najlepszą burgerowiczką). Się ucieszyłam na maksa i pycha też były. Coś czuję, że w przyszłym tygodniu też chyba pójdą na menu. A nie, w przyszłym tygodniu jedziemy z D do Sheffield odwiedzić jego Babcię w szpitalu. Ja załatwiłam bilety do Sheffield, a on ma postawić jedzenie. Zobaczymy jak to będzie.

Przed chwilą leciała piosenka: "If it's meant to be, it will be, baby just let let it be..." i zdałam sobie sprawę, że jeżeli w tym życiu mam być ze swoją drugą połówką, to tak się stanie. Z D na razie jestem pogodzona i stara się jak może i są tego na prawdę ciekawe efekty. Żyję po prostu chwilą, ale jak się sprawy spierniczą znowu to odchodzę i nie ma już przeproś. I właśnie będąc teraz z D, dając mu ostatnią szansę, bałam się że zaprzepaszczę szansę na poznanie kolesia o którym mówiła mi Tracey. Ale ostatnio zaczęłam o siebie dbać, mieć lepsze myśli i cały czas mam synchronizację ze wszystkim (przede wszystkim to co się działo w śnie, widziałam dzisiaj na żywo no i powtarzające się cyferki na zegarze = 12:34, 11:11, 22:44, itd.) więc dzięki temu wiem, że co by się nie miało dziać, Wszechświat has my back i jeśli będę podążała za intuicją, to się nie zgubię. Dziękuję Wszechświecie. <3

19.02.2018 _ poniedziałek
 

hononey
 
Dzisiaj napiszę odnośnie kilku tematów, które od jakiegoś czasu długo we mnie siedzą.

Chciałabym zacząć od tego, że planuję kupić sobie maszynę do pisania. Jeszcze nie wiem po co i dlaczego ale jestem zafascynowana czcionką maszyny i po prostu mnie one kręcą. Pamiętam, jak byłam mała i chodziłam z Tatą do sąsiadów na dole i Pani E miała maszynę do pisania. Zawsze siadałam i stukałam w klawisze. Ah, to były czasy... Tak więc na razie na ebay'u się rozglądam, ale myślę, że coś z tego wyjdzie i w jakimś kierunku się uda (tylko jeszcze nie wiem gdzie).

Ogółem byłam wczoraj w Asdzie i kupiłam sobie 3 organiczne herbaty - jedna zielona, druga z imbirem a trzecia na spanie. Każda kosztowała Ł2.50 za 20 torebek... I ostatnio jeszcze myślałam, że to fortuna wydać tyle kasy na herbaty i to jeszcze za tak mało torebek, ale... No właśnie ALE! Kiedy idę do COSTY z PP (podopieczna z pracy), pojedyncza herbata kosztuje Ł2.10 więc kupując sama dla siebie 20 torebek za podobną cenę, na prawdę nie przepłacam (mimo, że przy kasie serce trochę szybciej bije). Tak więc stwierdziłam, że I will treat myself to some tea.

No właśnie a propos pieniędzy. Zauważyłam, że kiedy się zdrowo odżywiam to wydaję mniej kasy niż kiedy kupuję mięso-podobne gotowce wegańskie. Wiem, Ameryki nie odkryłam. Nie pamiętam czy Wam pokazywałam, ale byłam na zakupach którejś soboty i nakupowałam rzeczy pod koniec miesiąca bo mi kasy zostało. Nie lubię wydawać kasy, ale jak już robię zakupy, to już wtedy na maksa. Właśnie wtedy zrozumiałam, że jeżeli będę się zdrowo odżywiać, wydam mniej kasy przez 30 dni i pod koniec miesiąca mogę zaszaleć, więc sytuacja win - win.

Z Karolkiem dzisiaj byłam w lesie znowu. Muszę Wam powiedzieć, że jestem na prawdę dumna z postępów. Co raz więcej kica. Ba! Kiedy się czegoś boi, to teraz staje na dwóch łapkach i "Mama, podnieś bo się boję". Ale jakbym w domu chciała go podnieść, to nie, bo największa kara, lol. Dzisiaj jak stanął na tych swoich dwóch puszystych łapkach, to jedną rękę włożyłam mu pod żebra, drugą pod dupkę i pełnia szczęścia. Jakbym w domu chciała tak zrobić to największa kara jaka może być, haha. Ba, tylko bym mu rękę włożyła koło brzucha i już by za sofą był.

Dzisiaj to tyle na razie. Staram się żyć chwilą póki mogę. Na szczęście w pracy mam trochę lżej, już nie pracuję jak wół. Wiem, że to oznacza mniej kasy ale wolę mieć więcej czasu dla siebie i przychodzić do pracy szczęśliwa niż pracować jak wół i jedynym pocieszeniem jest kasa.

Na sam koniec, żeby humor poprawić, zdjęcie Karolka z naszej wyprawy do lasu. Kocham <3

18.02.2018 _ Niedziela
 

hononey
 
Niestety z tamtym wpisem się nie uporałam, z racji pracy. Tekst dla Siostry przetlumaczony więc na razie mam wolność. Z wyjątkiem tego że Babcia D miała zawał serca i wieczorem chodzimy do niej w odwiedziny (o tym kiedy indziej).

Wracając do tematu z poprzedniego wpisu, z Tatą była kompletna jadka przez telefon. Jechałam rowerem do domu i darłam się w słuchawki. Mnie się oberwało za to że chciałam dobrze.

Jeszcze tak a propos Tata wierzy, że to że "dostałam w dupę" jako dziecko "kilka razy" zrobiło mi dobrze i teraz mam "twardą dupę" jako dorosła osoba. Chcecie znać prawdę? Wcale tak nie jest. Wcale nie czuję jakbym mogła walczyć o swoje. Jedynie zamieniam się w lwicę jeśli ktoś/coś chciał/chce skrzywdzić Bunię czy Karolka. Bunię uratowałam kiedyś przed Owczarkiem Niemieckim i Rotwailerem, ale o tym też kiedy indziej. Wracając do tematu, jestem po prostu bojaźliwym człowiekiem przez to jak zostałam wychowana. Dla innych skok ze spadochronu przyprawia im dreszy i wyrzuty adrenaliny. Dla mnie postawienie się komuś, sprawia że cała drętwieje, a serce wali mi jak oszołom.

Próbowałam się kilka razy postawić ojcu już przedtem kiedy jeszcze z nimi mieszkałam ale z marnymi skutkami. Chociaż tyle, że Mama starała się to widzieć z mojej perspektywy (sama miała problemy ze swoim tatą w dzieciństwie) więc też potrafiła ryknąć na ojca, żeby już mi dał spokój. Nawet kiedy wreszcie zaczęłam zarabiać swoją kasę i sama kupowałam własne jedzenie, dalej były wyrzuty bo przecież elektryki używam. Więc do momentu kiedy mieszkałam z rodzicami, wszystko szło pod dyrektywę taty. Wystarczyło, że był wkurzony jak grał na xbox'ie, potem go nosiło i mi się obrywało z jakiś błahostek.  

Najlepsze było jak przed świętami trzeba było sprzątać. Zawsze to samo. Powiedziałam Mamie, żeby powiedziała mi co robić i ja posprzątam tylko nie wiem co, ale jak mi powie to ma załatwione. Wiadomo, Mama wie co trzeba zrobić koło domu. Tylko potem tata się wtrącał i było: "Nie będziesz robiła tego, tylko to" no to ja "Dlaczego?" a on "Bo ja tak mówię". Najlepsze było to, że Tata mimo wyniesienia kilku rzeczy praktycznie nic nie robił, a ja byłam mielona obowiązkami między tym co Tata powiedział a Mama. Do tego jeszcze warto zauważyć, że w okresy świateczne mieliśmy zadawane wypracowania naukowe, itd więc na prawdę zależało mi na czasie. Więc w ostatnie święta przed przeprowadzką było na prawdę ciekawie. Mówię do Mamy, Mama mów co mam robić i zrobię. Mama mówi, żebym się za coś wzięła. Potem do kuchni wchodzę, Mama w kuchni i Tata do mnie czemu nic nie robię. A ja mówię, że przygotowywuję rzeczy do sprzątania. Do mnie, że nie będę tego robiła tylko mam się wziąc za coś innego. W końcu Mama do niego kulturalnie powiedziała, żeby się nie odzywał bo ma dla mnie listę rzeczy do zrobienia, robię wszystko o co mnie prosi i zapytała się czy zrobił to o co go wcześniej prosiła. Nic nie odpowiedział. Wyszedł z kuchni, poszedł do garażu a potem się skończyło jak zwykle tak samo - siedział przed xbox'em.

Nie zrozumcie mnie źle, na moim tacie można na prawdę polegać - ostatnio był chory. Miał ciężką grypę. Potrzebowałam przewieźć ciężki sejf z pracy ale nie miałam jak. Tata się obudził i przyjechał po mnie do pracy i odwiózł a potem poszedł spać u siebie w domu.

Tata mnie zawsze bronił w szkole, jeśli ktoś mi dokuczał, ale w tym problem. Ja nigdy nie mogłam uderzyć pierwsza i nie chciałam się bronić bo wiem że potem miałabym tłumaczenie u ojca. Do tego jeśli bym skłamała, że ktoś pierwszy udeżył, dostałabym jeszcze większe lanie w domu. Po prostu nigdy nie czułam się bezpiecznie sama z sobą. I na prawdę bałam się czasami własnego taty. Skąd mogę wiedzieć, kiedy się na mnie wścieknie? Jedyna osoba (oprócz Mamy) którą kochasz od urodzenia jest jednocześnie bogiem (bo tak widzimy rodziców jako dzieci) i katem. Jak można się czuć bezpiecznie przy takiej osobie? Nawet jak "dostałam w dupę" (jak to lubi mój tata mówić) jak już mnie przestało boleć, szłam z płaczem do taty i go przepraszałam bo czułam się winna? Ale czy na prawdę to ja powinnam czuć się winna? Co ja mogę wiedzieć jako dziecko?

Miałam może 8 lat? Popsułam przez przypadek stary automatyczny ołówek ojca (automatyczny - taki co się gruby grafit wkładało do środka). Chciałam zobaczyć czy uda mi się tą "paszczą" łapiącą grafit, podnieść gumkę do wycierania ale gumka była za twarda i niestety pręty się wygięły. Nie zrobiłam przecież tego celowo, jedynie byłam ciekawa. Po prostu bawiłam się przy kolorowaniu. Nawet nie wiecie jaki wpierdol dostałam od ojca. Nie mogłam usiąść bo mnie aż tak bolało. Za głupi ołówek...

Historii jest wiele na prawdę, a dzięki sytuacji która miała miejsce kilka dni temu wreszcie mogłam z siebie wyrzucić poczucie winy, że nie byłam wystarczająco dobrą córką.

Na razie to tyle. Kiedy poczuję potrzebę wyrzucienia z siebie więcej, na pewno jeszcze nie raz o tym napiszę. Na razie to tyle, a ja kładę się spać. Kocham <3
  • awatar ωαℓ ѕιę тσ נєѕт мóנ śωιαт ! <3 נ: Musisz walczyć o swoje, w dzisiejszych czasach tylko tak można do czegoś dojść, pamiętaj.!
  • awatar Bad Bunny: Twój ojciec był tyranem i nie ma co go usprawiedliwiać. To, jakie on miał dzieciństwo nie powinno mieć żadnego wpływu na Twoje wychowanie. On to się po prostu nadaje do terapeuty ze swoim zachowaniem i tyle. To jest chore, że my ludzie mamy bardzo częste dendencje do powielania złych nawyków naszych rodziców. Trzymaj się i nie daj się! A już na pewno unikaj powielania wzorca.
  • awatar .Miss Independent.: z moim ojcem tez się dogadać nie mogłam. Miałam z nim mnóstwo spin i problemów. Teraz im mniej go widzę to mniej kłótni,. Z tym że ja się stawiam i tu był zawsze problem.
Pokaż wszystkie (5) ›
 

hononey
 
Pinger działa jak chce, ale ja zdecydowałam, że i tak będę pisała - tylko nie było kiedy czasu, bo... no właśnie bo D cały czas za mną chodzi i spędza każdą możliwą chwilę. Przytula, buzi daje. Krótko mówiąc wie jak bardzo sprawę spierdolił. Ba, wracam teraz do domu i chata ogarnięta i mogę dla nas obiad robić. Zostało mi jakieś 30 minut zanim będę musiała jedzenie szykować do pracy więc postaram się jak najszybciej napisać co mogę. D i tak teraz śpi a ja już po solarium i zakupach.

No więc jak rzeczy mają się z D. Niedawno mieliśmy kolejną rozmowę. D się mnie zapytał czy nadal chcę się wyprowadzić, powiedziałam że tak. Znowu się popłakał (w sumie to mu się nie dziwię i nie uważam, żeby czyiś płacz był oznaką słabości, ale o tym kiedy indziej bo na serio nie mam czasu). Następnego dnia chodził za mną cały czas i błagał mnie o kolejną szansę, ale stanowczo mówiłam, że nie bo to i tak niczego by nie zmieniło. Praktycznie połowa dnia spędzona dosłownie w ten sposób. Oboje płakaliśmy, chociaż ja bardziej dlatego, że czułam empatycznie przez co on przechodził.

Pytał się mnie dlaczego nie chcę mu dać ostatniej szansy. Powiedziałam, że nie chcę go jeszcze bardziej torturować, narobić mu nadzieji kiedy on się będzie starał a potem mu jeszcze powiedzieć, że i tak chcę się wyprowadzić. W końcu przed samym moim wyjściem (nie pamiętam dokąd szłam) powiedział, że jeżeli będę chciała się wyprowadzić jak skończy się umowa, to mam zielone światło ale niech mu chociaż pozwolę sobie pokazać jak może być, ostatnia szansa. Powiedziałam, że się zastanowię bo pasowało mi to, że dałby mi odejść. Od tamtego czasu nie odstępuje mi na krok a kolegi nie widziałam już chyba z tydzień w domu!

Ale ten wpis nie o tym. W sumie to nawet nie wiem czy uda mi się to wszystko spisać w tak krótkim czasie - zostało mi 17 minut do zbiernia się do pracy. Ten wpis będzie o tym jak bardzo kochamy naszych rodziców będąc dziećmi i jak bardzo chcemy im dogodzić nie rozumiejąc, że to nie nasz obowiązek.

Wczoraj wracałam z pracy i zadzwoniłam do Taty, jak zawsze żeby pogadać. Między nami jest dobrze, bo ja mieszkam na swoim i mogę się sama utrzymywać i nikt już mi niczego nie żyga. W wielkim skrócie mój Tata miał na prawdę ciężkie dzieciństwo i nadal walczy z demonami. Ja ogółem w jego sprawy się nie wtrącam, chyba że wiem że jakoś mogę mu pomóc. Tata ma rodzeństwo i każdy wie, że w rodzeństwie nie zawsze jest kolorowo. Jeśli Ciocia/Wujek się mnie pyta co u Taty kiedy jestem w Polsce, grzecznie odpowiadam, że to nie są moje sprawy i sami wiedzą jak się skontaktować z Tatą. Nie było żadnego problemu, aż do wczoraj. Ciocia poprosiła mnie o przesłanie życzeń urodzinowych Tacie ponieważ nie mogła się z nim skontaktować wcześniej (mniejsza o szegóły). Napisałam, że prześlę myśląc, że Tata się ucieszy, że jednak ktoś o nim pamięta. W końcu to nie były jakieś potajemne sprawy, tylko najzwyklejsze urodzinowe życzenia.

Więc rozmawiam wczoraj z Tatą przez telefon jadąc z pracy i rozmowa przeszła w jadkę, ale to dosłowną. Jeszcze nigdy się tak z Tatą nie pokłóciłam. BA! Wreszcie mu część rzeczy powiedziałam, za które mam żal aż do dzisiejszego dnia. Ogółem poszło o to, że przekazałam Tacie życzenia urodzinowe a powinnam Cioci powiedzieć, żeby sama mu je przekazała? Chciałam zrobić dobrze, ale jak zwykle to ja jestem winna wszystkiemu. Poczułam się jak zwykle jak śmieć bo mojemu Tacie nigdy nie można było dogodzić jako małe dziecko. Zawsze coś było ze mną źle. Nie takie pismo - trzeba było przepisywać zeszyty od początku. W wakacje nie mogłam wyjść na dwór się bawić, tylko musiałam przepisywać streszcznia filmów z tele tygodnia, żeby mózg mi nie rozleniwił pod czas wakacji. Tata zawsze mi powtarzał - "Chcesz być inna? To bądź inna w nauce". Nigdy nie mogłam robić jak chciałam, wszystko było pod dyrektywę ojca. No i żeby nie było, byłam lana po dupie - lub mniej kontrowersyjnie - karcona, bo jak mówi, nigdy nie dostałam za nic, zawsze był powód (Tata potrafił dostać za to, że potrafił zapytać się swojego taty żeby mu pomógł z lekcjami). Więc jak możecie się domyśleć, poczucie własnej wartości spada. Nigdy nie czułam się, że mogę stanąć we własnej obronie w szkole bo osoba którą najbardziej kochałam (Mamę też kocham, żeby nie było) tak bardzo mnie zraniła emocjonalnie/psychicznie.

Jednak nie zdążę tego wszystkiego napisać - jutro postram się dokończyć, ale jutro bierze priorytet tłumaczenie dla Siostry także jeszcze zobaczymy. <3

12.02.2018 _ poniedziałek
  • awatar Ach2017: Po pierwsze to się cieszę, że dałaś wreszcie znak co porabiasz. Zastanawiałam się co się z Tobą dzieje, czy to Ty nie masz czasu czy to pinger tak nawala. :/ Po drugie z kolegą D. to chyba cud? Przepraszam Cię za moją uszczypliwość, ale D. jako facet powinien być stanowczy w ochranianiu domowego ogniska. Rozumiem, że jest empatyczny i może mieć gorsze dni, no ale nie codziennie! 3. Kiedy kończy Wam się ta umowa o wynajem? Po czwarte zachowanie Twojego Taty jest szokujące i teraz i gdy byłaś mała. Przepisywanie streszczeń jeśli chodzi o pracę mózgu to bezsens. Rozumiem gdyby miało to na celu wygląd pisma, to ok, ale myślenie?! :/
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Dzisiaj nie wiem o czym pisać. Szczerze.

Znudziło mi się spisywanie dnia, dzień po dniu. Więc stwierdziłam, że łatwiej mi po prostu będzie napisać jakąś rozkminę. Od razu uprzedzam, że nie mam żadnych zahamowań, jeśli chodzi o sprawy prywatne więc musicie się uzbroić w cierpliwość z moim charakterem, albo po prostu już teraz sobie darować nie tracąc czasu na moje wypociny, lol.

Otóż wkurzyłam się na D. I to teraz na maksa. Nigdy nie pisałam o tym wcześniej, ale mam wysokie libido. Był okres, że będąc młodszą nie mogłam spać po nocach (co było mega wkurzające) i bynajmniej ignorowanie zachcianek nic nie przynosiło. Nigdy się z żadnym nie puszczałam, byłam "czysta" do momentu aż poznałam D i stał się moim partnerem. Wracając do tematu. Mimo pełnoletności o tematach intymnych (mimo buzujących hormonów) myślałam jak zakonnica, że to grzech i komu takie rzeczy w ogóle potrzebne. Do momentu, kiedy aż za namową koleżanki obejżałam film dokumentalny o kobietach które oddają się przyjemności i po prostu wreszcie zrozumiałam, że nie ma w tym nic złego.

Więc zanim miałam chłopaka, używałam sobie wibratora żeby wreszcie wyrzucić z siebie natłoczoną frustrację. Wreszcie zaczęłam lepiej sypiać a wszystko było robione z umiarem. Poznałam D i (w) poszedł w odstawkę, ale z racji faktu, że będąc już w związku widzieliśmy się tylko raz na tydzień, to i (w) się czasami przydał. W końcu przenieśliśmy się z D do własnego mieszkania. Pierwsze dwa miesiące były jak w niebie ale sprawy intymne powoli zaczęły gasnąć. D już nie chciał się wcześniej kłaść spać, więc sprawy łóżkowe przeszły na poranek. Po jakimś czasie nawet z samego rana były problemy (nie z jego "sprzętem", tylko z chrapiącym właścicielem owego "sprzętu") więc budziłam się sama, aż praktycznie sprawy łóżkowe stanęły w miejscu. Prosiłam go tyle razy (czasami nawet płakłam z tęsknoty), żeby poszedł wcześniej spać albo obudził się rano. Cały czas, że zmęczony, że po co i tak dalej. Więc wróciłam do (w). Znowu dałam ujście frustracji, a D mógł się zająć swoją jedyną miłością - elektryką.

No ale jak wiecie, z D zerwałam i mimo że on liczy na to, że "kryzys da się zażegnać" to ja na prawdę nie widzę w tym żadnej przyszłości. D za to zrobił się bardzo uczuciowy. Kiedy ja się budzę rano, on również. Całuje mnie po policzku, w czoło - jak nigdy. Szkoda, że nie robił tego wcześniej bo we mnie już coś umarło i nie robi na mnie to żadnego wrażenia mimo że widzę jak bardzo się stara i mi go szkoda. Mimo zerwania z D, hormony nadal we mnie buzują, frustracja okresowo wzrasta i z pomocą przychodzi (w), żeby się pozbyć tego wkurzającego libido. Pytacie czemu wkurzona jestem na D? Otóż wyłamał mi pręty przy bateriach w (w)! I zrobił to tak po kryjomu, że myśli, że jestem na tyle głupia, że po prostu pomyślę że się zepsuł. Chyba ma nadzieję, że przez to się na niego rzucę wygłodniała... Teraz dopiero zobaczy jak potrafię chodzić wkurwiona. Niedość, że frustracja to sam (w) był drogi...
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

SPROSTOWANIE: D nie popsuł mi go, były jednak tylko dwa pręty przy bateriach. Nawet się go pytałam, wiem że nie umie kłamać i jest za bardzo honorowy. Jednak mi go nie popsuł ale wpis zostawiam, jedynie dlatego że w prawdzimym pamiętniku tego nie dałoby się wykreślić.
 

hononey
 
Pinger warjuje i zauważyłam, że nie tylko mi się te wpisy nie pokazują. Mniejsza o to.

Piszę teraz bo muszę z siebie wypuścić złość. Z resztą zaraz same będziecie wkurzone. No więc na koniec każdego miesiąca dostaję wypłatę (powiedzmy teraz jest styczeń). Z tej wypłaty biorę swoją część kasy na wynajem mieszkania (z D płacimy na pół) i sobie grzecznie moja połówka leży w szafce dopóki nie przyjdzie termin spłaty - czyli w tym przypadku koniec lutego (zawsze przecież mogłaby leżeć ta połówka w banku, ale chce mieć świadomość, że kasa jest już odłożona). Okay, mam nadzieję że nadal mnie rozumiecie.

Za to D ma płacone co tydzień i to jeszcze do ręki, więc dopóki pinda w biurze (której się tam nie chce pracować) nie zrobi mu wypłaty (wypełni formularzy, itp) to pieniędzy nie dostaje. Miał mieć wypłacone dzisiaj... Poszedł i pocałował klamkę - no żesz kur... Tak więc moja połówka pieniędzy która miała iść na wynajem za luty, musiała zostać zużyta na ten miesiąc mimo, że już za ten miesiąc zapłaciłam. Ale to jeszcze nie najgorsze...

D pali zioło - nie wiem czy wcześniej pisałam, ale mniejsza o to. Za jedną porcję płaci 10 funtów - to dużo biorąc pod uwagę, że koleś który mu ją dostarcza przychodzi prawie codziennie, żeby mu ją dostarczyć i do tego jeszcze dochodzi koszt tytoniu. Na tydzień zarabia jakieś 150 funtów. Za kasę którą zarobi, zazwyczaj od razu kupuje sprzęt, żeby móc zbudować wzmacniacz nad którym pracuje. Jedzenia praktycznie żadnego nie je, z wyjątkiem jakichś pizz, słodyczy i red bull'a. Przestałam już mu dawno gotować o czym pisałam wcześniej. Więc co robi D? Bierze kasę z mojej połówki na wynajem i kupuje za nią zioło. Nie apelowałam do niego, żeby przestał bo przecież jeśli hajs się zgadza pod koniec miesiąca to co mnie to obchodzi? Aż do dzisiaj...

Dzisiaj jest środa i ostatni dzień miesiąca. D dzwoni do mnie z pracy, że biuro zamknięte, nikogo nie ma, cisza w budynku. Mówię mu, że w takim razie może wziąć moją połówkę za następny miesiąc i zapłacić razem z połówką z obecnego. I D do mnie z niepewnością w głosie, że jeszcze będzie potrzebował 160 funtów! bo liczył, że będzie miał dziś wypłatę... No ręce mi się załamują normalnie. Ale uczę się na błędach i tak jak wcześniej się zastanawiałam, tak teraz na prawdę chcę się wyprowadzić. Nie mogę polegać na tak niezorganizowanym człowieku! Kasę ma mi jutro oddać, ale dłużej już tego nie zniosę. Czuję się dosłownie jak skarbonka.

Jeszczy bym zrozumiała, gdybym kasę dostawała za ziewanie, za zmienianie jakiś wyimaginowanych cyferek na giełdzie, itp. Ale ja kurwa w tej pracy zapierdalam! I w domu tak samo jest. Na prawdę zasługuję na kogoś odpowiedzialniejszego...
  • awatar szachimatONA: daj spokój jak facet pali zioło to dupa nie facet i nawet "d" się zgadza. Porządni faceci nie palą zioła ani papierosów bo zamiast puszczać kasę z dymem wolą kobiecie kupić róże albo dziecko zabrać na łyżwy. Olej go. Jeszcze nie myśli przyszłościowo. nie trać czasu na niego. Wiem co mówię ;) Mężatka :)
  • awatar Ach2017: Zdecydowanie zasługujesz na kogoś lepszego! Zioło? Fuuj. Kompletna nie odpowiedzialność. :/
  • awatar Ach2017: Odpowiadając na Twój komentarz o karmieniu kotów - moje koty jesli chodzi o karmy suche jedzą jednobarwne brązowe "kamyczki", kolorowych (czyli farbowanych) nie kupuję. Cenowo wygląda to tak, za karmę kolorową (kitcat) w necie za kg chcą ok. 9zł, za te karmy, które moje koty jedzą chcą gdzieś ok 35 zł za kg. Preferuję karmy suche z dużą ilością mięcha z ptactwa lub zwierzątek wodnych oraz warzywami, owocami i przyprawami. Bez zbóż. :)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

hononey
 
Pinger zjadł mi wpis więc dodaję jeszcze raz... Jak tamten się pojawi to ten usunę. Całe szczęście, że przed dodaniem zawsze robię KOPIUJ <3

Po pierwsze to chciałabym podziękować za otuchę od osób które skomentowały. Nie robię tego w ramach podbudowania ego, tylko na prawdę miło mi, że są osoby którym chce się skrobnąć kilka miłych słów od siebie, żeby podbudować drugą osobę. Dziękuję <3

A u mnie co się dzieje? Jak napisałam wczoraj, zmęczenie i przepracowanie wreszcie ze mnie wyszło. Czuję się, że wreszcie odzyskałam czas dla siebie. Każde poranki wyglądają mniej więcej tak samo. Robienie soków / sprzątanie / gotowanie. Dzisiaj stwierdziłam, że poleżę dłużej i obowiązki zostawię na potem. Po prostu chciałam się wyleniwić w łóżku. Tracey do mnie napisała (ta od kontaktu ze zwięrzętami) i popisaliśmy trochę o Karolku. Najciekawsze - jednak mi się nie wydawało, że Karolek pozuje do zdjęć. On na prawdę to robi! LOL.

Więc zajęłam się domem, nigdzie nie wychodziłam. Soki zrobione, wypite. Zupa ugotowana (por, ziemniaki, marchew + przyprawy) więc nie muszę się bawić w gotowanie jutro. W ogóle to znalazłam zaje aplikacje na telefon. Nazywa się FreePrints (działa tylko w UK). Na miesiąc dostajesz limit na 45 zdjęć darmowych z telefonu, zaznaczasz które chcesz i płacisz tylko za przesyłkę. Kupiłam album i zdjęcia Karolka już w nim są. Jeśli mieszkacie w UK i chcecie użyć apki to przy rejestracji wpiszcie JGORSKA8 to dostaniecie 5 zdjęć więcej na miesiąc przez pół roku. Na prawdę opłaca się bo wysyłka kosztuje jedynie 4 funy a wydrukowanie kilku zdjęć w Bootsie to już koszt ok 6 funtów.

Co poza tym? Nie ma dużo do opowiadania. Teraz choróbsko złapało D mimo że się zażekał, że nie dostanie. Na razie między nami jest okay, stara się jak może ale jak już pisałam z mojej strony czuję się jakby był obcą osobą.

Skoro do pisania dużo nie ma dzisiaj, to chciałabym napisać, że mój stosunek do jedzenia się wreszcie zmienił. Pomyśleć, że kiedyś myślałam że głodowanie jest okay, wyobrażałam sobie że wmuszam jedzenie bo już nie mogę a dzisiaj cieszę się każdym kęsem! Dzięki przeczytaniu książek Anthonego, wreszcie dowiedziałam się powodu AZS i innych chorób. Wreszcie rozumiem skąd się biorą uzależnienia od słonego / słodkiego / tłustego / itp i wiem co jeść, żeby mnie nie brało. Wreszcie zaczynam odżywać!

Najlepsze (w sumie to zabrzmi trochę jak najgorsze) jest to, że wiedziałam dokładnie co jeść po śmierci Buni (mojego psa z którym się wychowałam), tak żeby nie dopadł mnie ani stres pourazowy ani depresja. Dzięki temu teraz nie jest ze mną tak źle. Co prawda Tracey dużo pomogła, więc było łatwiej.

Przeczytałam Wasze wpisy, teraz idę komentować. Kocham <3
 

hononey
 
14.01.2018 _ niedziela .... Ostatni wpis skończyłam na tym, że powiedziałam D, że chcę się wyprowadzić. Stałam w kuchni, on stał w drzwiach w progu. Oboje staliśmy w ciszy. Nie wiedział co powiedzieć. Pomiędzy słowami leciały mi łzy. Powiedziałam, że jestem szczera i podjęłam decyzję. Oczy zaczęły mu się czerwienić. Poszedł do dużego pokoju, usiadł na sofie i zaczął płakać. Zaczęłam się szykować do rodziców, bo Dziadki jeszcze w Anglii i miałam brać Karolka ze sobą. Zapytał się czy muszę iść, powiedział że nie chce żebym odchodziła, żebym została. Powiedziałam, że już wcześniej im powiedziałam że będę. Ogółem był płacz z mojej strony i jego strony, prosił żebym została ale szczerze mi się nie chciało. Chciałam jechać do domu rodziców. Powiedział, że czuje się jakbym już nigdy nie miała wrócić. Powiedziałam, że wrócę. Powiedziałam, że to głupie ale jeśli chce to mogę się do niego przytulić jeśli to coś da. Kiedy wychodziłam niepewnie się do mnie przytulił, bojąc się że go odtrącę i zaczął płakać a ja razem z nim. Pojechałam do rodziców z Karolkiem. Karolek grzecznie siedział między Babcią a Mamą na sofie, dopóki nie zaczęłam płakać przez D (bo powiedział, że pakuje swoje rzeczy bo i tak nie ma już to po co mieszkać). Posiedziałam jeszcze trochę u rodziców ale potem zaczęłam się zbierać. Czułam się taka pusta w środku. Po przyjściu do domu, pakował swoje rzeczy a mi dosłownie leciało z oczu. Poszłam spać do łóżka, ale i tak buczałam. Wziełam Karolka do siebie żeby miał dostęp do kuwety i płakałam w łóżku. D przyszedł i wreszcie mieliśmy normalną rozmowę. Powiedział, że on tego po prostu nie rozumie. Dla niego wszystko było z nienacka i jednego dnia wszystko okay a drugiego chcę się wyprowadzać. Ogółem zaczął opowiadać jak bardzo mnie kocha i jak próbuje rozśmieszyć i że to wszystko co robi jest dla nas. Byłam tak wymęczona płaczem, że nie mogłam spać. Zasnęłam koło 2 w nocy a obudziłam koło 7. D spał na sofie. Powiedział, że nie ma już łóżka...

Ogółem te kilka dni było okropnych. Byłam tak wymęczona płaczem, że po prostu nie miałam siły więcej płakać. Raz próbował na mnie winę zwalić, było też że do gardeł sobie raz skoczyliśmy.

Stanęło na tym, że on chce spróbować jeszcze raz. Przez kilka dni był na prawdę uczuciowy, tulił mnie całą w łóżku na krok nie odstępował, tylko... No właśnie, tylko że we mnie już coś umarło. Ja już tego nie czuję. Tyle razy go prosiłam, tyle czekałam i płakałam, że po prostu to już we mnie umarło. Do tego dochodzą obowiązki. Jak mogłabym zostawić z nim dziecko? Jak mielibyśmy się utrzymywać z mojej pensji? (on ledwo co zarabia - co prawda ma chłop łeb bo buduje własny sprzęt do sprzedaży ale czuje się jak skarbonka dla niego).

No więc tak wygląda sytuacja. D mnie przytula, próbuje całować w usta ale automatycznie głowa mi się odkręca i nastawiam policzek. Raz nawet widziałam jak w łóżku płakał bo nie chciałam zostać dłużej (czuł się odtrącony i od tamtej pory już się nie przytula). Szkoda mi, na prawdę mi go szkoda ale ja chcę czegoś innego od życia. Potrzebuję zamieszkać sama i wreszie zadecydować o wszystkim w moim życiu. Być swoją własną skarbonką.

Co poza tym? Zabookowałam bilety do Polski na sierpień (19 - 30 Sierpnia). Kilka dni spędzę z Pandzią w Wawie, potem do Radomia do Dziadków, ślub siostry ciotecznej, air show. Potem jeszcze kilka dni w Radomiu i z powrotem do Anglii. Nie chcę zostawać dłużej, wolę na maksa spędzić czas i wrócić do Karolka niż się nudzić.

Do tego dopadła mnie grypa - tak gdzieś środa/czwartek. W czwartek do pracy, w piątek na prawdę ciężko było, 38 stopni. Zwolniłam się, chorobowe na weekend wstawione. W sobotę calutki dzień przeleżałam w łóżku - nie miałam siły na nic. Dopiero pod wieczór wreszcie odżyłam. Co brałam? Nic, tylko starałam się zdrowo odżywiać (smoothie, zupy + suplementy) Wieczorem sprzątnęłam co mogłam. W niedzielę pojechałam z rodzicami nad morze do Cleethorpes (moje ulubione miejsce) i wzięłam Karolka. Niestety Karolek nie pobiegał, bo teraz plaża jest otwarta dla psów... Poczekamy do maja. W Cleethorpes otworzyli wreszcie knajpę wegańską bio/organiczną zaraz przy plaży! No już lepiej się nie da. A przepraszam, do knajpy zwierzęta mogą wchodzić jak u siebie! Już nie jestem skazana na same frytki! No żyć, nie umierać.

Na razie tyle. Z Siostrą znowu gramy partyjki w makao na Kurniku. Teraz jeszcze wciągnęła w to swojego narzeczonego, haha.

Trzymajcie się Kochane. <3

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Nie wiem czemu ale pinger zjadł mi wpisy wczoraj. Żaden się nie pokazuje na mojej stronie mimo dodania. Tutaj macie link:

60# _ posłuchaj intuicji...
hononey.pinger.pl/m/27892452

61# _ nie daj sobą pomiatać, tylko dlatego, że jesteś do tego przyzwyczajona...
hononey.pinger.pl/m/27892911
  • awatar Ach2017: Przykro mi Skarbie, że tak ciężko znosisz rozstanie. :* Życzę Ci zdrowia!
  • awatar Nolciak: No sytuacja, nie do pozazdroszczenia. Siły, życzę!
  • awatar Poicele: Przykra sprawa, ale BĄDŹ SILNA. Nie poddaj się, nie wahaj. Dasz radę!
Pokaż wszystkie (9) ›
 

hononey
 
Stwierdziłam, że skoro taka długa przerwa z wiadomych powodów, będę pisała pod kolejnym numerem (zamiat 57 + tyle ile mnie nie było). Postaram się jak najwięcej napisać z tego co pamiętam ale dużo tego nie ma więc najprawdopodobniej będę tylko więszke akcje.

29.12.2017 _ piątek (ten dzień jeszcze jakoś napisałam w telefonie) Wstałam rano ale nie mogłam się ogarnąć. Nakarmiłam koty, zrobiłam soki ale na smoothie już nie miałam siły ale musli zjadłam. Po drodze do pracy zgubiłam zapięcie do roweru... Shit. (dzisiaj tj. 17.01.18 kupiłam nowy, lepszy i tańszy). W pracy szybko pogadałam z koleżanką. Z racji, że śnieg padał nigdzie nie mogłam wyjść z PP więc siedziałyśmy w domu i oglądałyśmy filmy. Czas szybko zleciał i następna osoba przyszła godzinę wcześniej na zmianę żeby mnie zmienić. Tego dnia zjadłam 2 paczki chipsów i ziemniaki. W domu jeszcze lepiej, bo zjadłam kolejne cztery... Potem pojechałam na solarium a w drodze powrotnej poszłam po zakupy do Aldiego płacąc 6.66, lol. Kolega został aż (albo tylko do) 23.00. D miał iść do Babci ale nie poszedł.

30.12.2017 _ sobota Koleżanka zachorowała i musiałam za nią robić tą zmianę (z soboty na niedzielę). No żesz kurr... Nie chciałam pracować w sylwestra i dlatego specjalnie zgłosiłam się żeby pracować w święta, żeby Sylwestra mieć wolnego. Od samego rana wzięłam się za porządki i robiłam sobie soki do picia. Wysprzątałam wreszcie kibel do czystości - nigdy taki biały nie był. Toaleta miała być do zrobienia dla D ale potem on stwierdził, że tej toalecie nic nie było. Nawet nie chcę pisać Wam jego definicji czystości... Pojechałam na miasto kupić jedzenie dla kotów D, żeby starczyło na 4 tygodnie. Nie wiem jak się zabrałam z tym, ale jakimś cudem wróciłam do domu. Przy okazji jakaś kobieta widząc ile mam jedzenia dla kotów, zapytała czy lubię a ja powiedziałam szczerze że nienawidzę ale należą do mojego chłopaka więc mu pomagam. Opowiedziała mi o kocie którego musi oddać. No więc wróciłam do domu, ogarnęłam się i do pracy. To był na prawdę spokojny wieczór. Lekarz miał przyjść do jednego PP ale było już po 22 więc kładłam się spać myśląc, że nie przyjdzie. 22.30 słyszę pukanie no i wtedy się zaczęło... Lekarz przyszedł, musiałam wysyłać o północy PP do szpitala, całą noc dzwonienie do szpitala, uspokajanie go przez telefon... Po prostu noc nieprzespana ale w całej sytuacji załapałam dodatkowe punkty u nowej menadżerki więc się opłacało.

31.12.2017 _ niedziela Pracę skończyłam po 14 a miałam kończyć o 11. Przez ten incydent skończyłam tak późno. Przyjechałam do domu zmordowana, kolegi nie było - o dziwo i był tylko D. Dokładnie nie pamiętam wszystkiego, ale pamiętam że tego dnia dużo rozmawialiśmy. O 18 leżałam już w łóżku, a D stał w sypialni i gadaliśmy. Martwił się, bo do pracy chcieli go zaciągnąć na ostatnią chwilę i wreszcie mu powiedziałam, żeby dał sobie spokój. Że go używają i nie szanują i że gdyby to było takie ważne to dostałby wiadomość i kilka osób próbowałoby się dodzwonić. Uspokoił się trochę. Nieprzytomna przysnęłam i obudziłam się o 22. D powiedział, że kolega próbował się do niego dodzwonić żeby przyjść ale go zignorował (szok). Potem o północy obudziły mnie fajerwerki i D stał w drzwiach więc mu życzyłam wszystkiego najlepszego. D poszedł spać ale nie wiem o której. Ja zaraz potem zasnęłam.

1.01.2018 _ poniedziałek Z tego co wiem kolega tego dnia przyszedł już o 12.30 po południu a poszedł przed północą... Pamiętam że tego dnia chyba pojechałam do rodziców i spędzić trochę czasu z Dziadkami. Oczywiście Karolka wzięłam ze sobą.

Więcej nie pamiętam za dobrze. Ogółem kolega przychodził jak chciał bo mógł i nikt mu nie powiedział NIE WOLNO. Chodzę regularnie na solarium ze względu na skórę i wit D3 ale nie będę ściemniać - opaliłam się delikatnie. Chodzę co drugi dzień na 4 minuty. Powodem dla którego nie mogłam pisać było właśnie dlatego, że cały czas robię oprócz swoich zmian, zmiany koleżanki która jest na chorobowym. Wbrew pozorom to na prawdę dużo roboty i rzadko kiedy miałam okazję wejść na kompa. W zeszłą niedzielę złożyłam papiery do spłódzielni. Jeszcze tylko brakuje informacji od Landlorda, ale po nie idę jutro żeby mi wypełnił.

Więc zacznijmy od ostatnich dni które pamiętam dobrze...

12.01.2018 _ piątek Byłam po pracy, siedziałam na górze. Dzień wcześniej prosiłam D, żeby łóżko pościelał, bo już tak śmierdziało potem że nie dało się wytrzymać więc wrzuciłam do pralki i miał pościelać łóżko. D z kolegą u siebie w pokoju. Praktycznie cały dzień w domu patrząc w laptopa, kiedy może wymienić kryptowalutę. Jedynie musiał iść spotkać się z innym kolegą, żeby kase mu oddał. Zimno mi było, więc poprosiłam D żeby mi zrobił herbatę, no ale że on gra to spoko. Mogę chwilę poczekać. Zrobił mi tą herbatę, dokładnie tak jak lubię i zrobiło mi się miło, bo na prawdę od czasu nowego roku tak jakby nowy człowiek się w nim obudził. Po prostu mi było tak miło. Wrócił do pokoju i powiedziałam, że niedługo będziemy łóżko ścielać (razem szybciej) i będę kładła się spać. W końcu mówię, że pora spać, idę do niego do pokoju, siedzi na fotelu, dalej gra na komórce, kolega obok i przytulam się do D na fotelu i mówię, że pora na ścielanie. A on do mnie z wyrzutami, że dlaczego on musi w tym uczestniczyć (mimo, że mu mówiłam) i cały czas do niego mówię zrób to, zrób tamto (chodziło mu o herbatę) i nie ma nawet 5 minut dla siebie (mimo że grał na komórce z kolegą). Powiedziałam okay i wyszłam. Tak mi się przykro zrobiło. On za mną, że mi pomoże bo potem będę robić mu wyrzuty sumienia, że nie pomaga mi. Mówię mu, że go nie potrzebuję, że zrobię sama. On do mnie, że pomoże (od niechcenia) a ja powiedziałam, że niech sobie idzie. Sama sobie zrobię. Pościelałam łóżko i leżałam po cichu płacząc. Zabrałam Karolka do pokoju, żeby miał dojście do kuwety i zamknęłam drzwi od sypialni. Kolega nie wiem o której poszedł. D wchodząc do łóżka później chciał się we mnie wtulić ale ja już miałam dość i się odsunęłam na swoją połówkę więc ten się odwrócił. Zasnęłam.

13.01.2018 _ sobota Rano po prostu było cicho. Nie rozmawialiśmy. Stwierdziłam, że skoro mam go błagać o pomoc to ja się tak nie bawię. Przestawiłam kosze na śmieci i inne sprawy. D prawie nosiło, taki był wkurzony. Rano piję teraz same soki - aloes, woda + sok z cytryny + pomarańcze, sok z selera, sok z buraka + jabłko + woda, sok z marchewki (jeszcze myślę o soku z ogórka). Broń boże się nie odchudzam na siłe, jakoś samej mi tak przyszło z tymi sokami. Skóra do tego jak szybko zaczęła się goić i opuchlizna z twarzy znikła wreszcie. Pojechałam do pracy, po drodze pogadałam z Mamą. W pracy doszłam do wniosku, że dalej nie mogę tego ciągnąć i będę musiała zerwać z D. Nie dzowniłam do niego (zazwyczaj dzwonię tak po 21 kiedy już wzięłam prysznic). Mniej więcej o tej godzinie wysłał mi serduszko ale nie odpisałam. Potem wysłał mi zdjęcie przesyłki z Amazona. Też nic nie odpisałam. Po prostu chciałam poczekać z rozmową do następnego dnia. Poszłam spać, ale byłam spokojna.

14.01.2018 _ niedziela W pracy szybko zleciało (niestety). Koło 12.00 wysłał mi wiadomość Okay. W sensie, że rozumie że mam focha na niego i ma to konkretnie w dupie. Odpisałam że jestem zajęta w pracy i w domu porozmawiamy. Wróciłam do domu i był wysprzątany na tip top. Destylarka była wypełniona na maxa wodą tak jak prosiłam od kilku dni. Nie było się do czego przyczepić, widać było że mu zależy. D zszedł na dół, nawet kolegi nie było i powiedział niepewnie Hello. Poszłam do kuchni, żeby napić się wody. Poszedł za mną. I mu powiedziałam, że chcę się wyprowadzić i mieszkać sama. Że tyle razy już prosiłam żeby kolega szedł do domu wcześniej, albo żeby w domu coś zrobił. Że jestem już po prostu tym wszystkim zmęczona.

Na więcej nie mam siły. Postaram się dopisać następnym razem. Na koniec Karolek jedzący smoothie. <3

  • awatar Ach2017: Przykro mi, że D tak Cię traktuje. :(
  • awatar ms moth: Im więcej piszesz o D. tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jest jak mój... Zero pomocy, nawet przy drobiazgach, które zajmują dosłownie 5 minut, bo po co, lepiej poświęcić to na granie na telefonie i narzekać potem, że nie ma się na nic czasu, prośby w jego stronę, z których i tak nic sobie nie robi, zero zaangażowania w domu, eh... Doskonale Cię rozumiem, też jestem tym zmęczona i po prostu mam dość. Bo co jak co, ale to bardzo denerwuje, a do tego jak tak długo trwa i nie ma żadnej poprawy (albo tylko chwilowa) to szału można dostać. Trzymaj się, czekam na dalszy ciąg. PS: Dobrze, że masz Karolka <3
  • awatar pingeromania22: Axg problemy z facetami którzy na Nas nie zasługują ;( super się Ciebie czyta ;*
Pokaż wszystkie (5) ›
 

hononey
 
Obudziłam się o 8. Śniły mi się konkretne pierdoły, szkoda pisać. Czytałam coś na iPadzie, D spał obok - nawet nie spał w sumie. Przytuliłam się do niego. Proszę, żeby się odwrócił, bo chcę się przytulić i widzieć jego twarz a on do mnie "Po co?" z pretensjami. Powiedziałam, że nie ważne. Zaczęłam się ubierać i tylko oglądał.

Nakrarmiłam koty, wytuliłam Karolka. Wypiłam soki i zabrałam się za sprzątanie chaty. D też wyczuł o co chodzi i odkurzył. Wypiłam smoothie. Dzwoni telefon. Julia znowu na chorobowe przeszła i Diane się pyta czy przyjdę na weekend do pracy. No mówię, że tak mimo, że 30 na 31 i Sylwester. Ale podobno rodzice mają przyjechać po PP o 11 i mogę do domu wracać, ale i tak będę miała płacone do 16. I to jeszcze podwójnie dlatego, że to są specjalne holiday'e.

Jeszcze się mnie zapytała czy firma mi nie zalega z godzinami i powiedziałam, że sprawdzę. Okazało się, że menadżerka znowu mi zalega z godzinami. Tym razem 40 godzin za Listopad. Ahh... Wdech i wydech. Ugotowałam zupę z batatów. Posiedziałam na laptopie i potem jeszcze ugotowałam dwa ziemniaki.

Na koncie zostało mi trochę kasy i stwierdziłam, że je wypłacę i schowam do skarbonki. Poszłam do bankomatu. Mieszkam w trochę głupiej dzielnicy więc miałam stracha. Poszłam do TESCO bo tam bankomat jest cały czas. Zaczepia mnie bezdomny, że chce kilka groszy na herbatę. Mówię, że nie mam bo mam tylko kartę a kasy ze sobą nie noszę. Do tego na nodze miał wielką ranę od wstrzykiwania sobie narkotywków (tak, ja nazywam rzeczy po imieniu). Szkoda mi go było, bo na prawdę dzisiaj zimno było ale kurna już tyle razy pomogłam bezdomnym i nie nawidzę czuć się wykorzystywana, zwłaszcza że nie wiem na co je konkretnie wyda. Poszłam do TESCO, przeprosiłam ochroniarza, że nie chcę walić stereotypów i żeby miał na mnie oko przy bankomacie. Bankomat nie działa...

Wróciłam do domu (nie chciałam, żeby tamten szedł za mną) i miałam po rower iść ale stwierdziłam, że za szybko zmarznę. Rzadko chodzę na spacery, to poszłam na spacer. Nadal nie wiem jak udało mi się do domu wrócić bez rabunku, ale nawet policja koło mnie przejeżdżała (dziękuję Wszechświecie) i nawet zwolniła. Doszłam do domu, napisałam pingera i zaraz kładę się spać bo jutro do pracy od 9 do 16... <3

28.12.2017 _ czwartek
  • awatar Ach2017: To miałaś nieprzyjemne przeżycie. :/ Współczuję!
  • awatar ms moth: Ta sytuacja z D. z przytulaniem - znowu tak jak z moim D., ale za to to że Twój widział jak sprzątasz i sam się wziął za odkurzanie - u mojego D. nie do pomyślenia! Jego trzeba prosić się i MOŻE po tygodniu to zrobi. xD Btw dziękuję za miłe słowa ostatnio u mnie pod wpisem. Powiem Ci, że u Ciebie też coraz bardziej mi się podoba. <3
  • awatar Ach2017: Gdzie się podziałaś? :)
Pokaż wszystkie (5) ›
 

hononey
 
Okay, stwierdziłam że będę spisywała sny na pingerze. Jeśli Was nie interesuje to spoko - rozumiem. Zawsze możecie przeskoczyć do następnego akapitu. Spisuję sny dlatego, że od kiedy zaczęłam to robić sny stają się bardziej realne, mają więcej szczegółów. Myślę, że może być ciekawie.

Pierwszy był taki, że nagle siedzę w szkole podobnej do tej w naszym świecie. Siedzę koło kolegi i z tego co zrozumiałam dopiero się dostałam do tej klasy. Dostałam jakieś etui na małe urządzenie (coś w rodzaju małego komputerka), które miałam oderać po lekcji. To była lekcja była angielskiego. Miałam przed sobą ćwiczeniówkę - w połowie wypełnioną przez samą siebie. Okazało się, że kiedyś sama próbowałam prowadzić lekcję, ale mi się nie udało. Teraz sama miałam się uczyć. Jakimś cudem komputerek miałam już w etui i po wpisaniu informacji drukował przezroczyste naklejki z tekstem i autoamtycznie tłumaczył na inne języki. Po lekcji miałam zostać oprowadzona po całym "uniwersytecie/budynku". Lekcja się skończyła, weszłam na dziwną platformę która była antygrawitacyjna i spokojnie mnie wiozła przez budynek, przez recepcję aż na zewnątrz. Teraz focus przeszedł na jakiegoś kolesia ciemnej karnacji z dredami, który wyglądał trochę jak Heimdall z Thor'a (w sumie to możemy go tak nazwać na potrzeby snu). Miał w telefonie kamerę ustawioną na cały akademik i rozmawiał z kimś o mnie. Ktoś zapytał czy rozpoznałam się z miejscem. Heimdall odpowiedział, że właśnie platforma mnie wywiozła poza budynek i nagle spostrzegł mumię idącą w kierunku mojego pokoju w akademiku (chciałabym tylko zaznaczyć, że nigdy nie mieszkałam w akademikach, więc sen tym bardziej dziwny). Pobiegł w kierunku tego pokoju. Jakimś cudem ja wróciłam na plan i jedynym sposobem żeby zabić mumię, było wypuszczenie karaluchów/chrząszczy, które te mumie zamieniały w proch jednocześnie same ginęły. Przybiegłam do Heimdall'a, wypuściłam karaluchy, zjadły mumię i został tylko jeden chrząszcz. Heimdall się na mnie patrzy i za chwilę się okazuje, że nie ma już robali a skądś idzie cała grupa mumii. Jakimś sposobem się ich pozbyliśmy i skończyłam u niego w pokoju (wiem, dwuznaczne). Nie pamiętam dokładnie, ale on też chyba jakoś zginął. Więcej z tego snu nie pamiętam.

Potem był drugi. Była jakaś mała wyspa niedaleko poza stałym lądem. Była tam jakaś fabryka i dziewczyna miała wysłać wiadomość do swojej siostry która była na stałym lądzie. Ja również byłam na stałym lądzie, na plaży ze znajomymi i było ciepło. Był najpiękniejszy zachód słońca jaki kiedykolwiek widziałam i za każdym razem kiedy próbowałam zrobić zdjęcie, ktoś mnie tykał łokciem i wszystko wychodziło rozmazane. Siostra wysłała wiadomość w szklanej butelce ale wiadomość nie doszła na czas i przez to wybuchła bomba atomowa na tej wyspie. Wtedy zrobiło się ciemno, ja ze znajomymi w szoku ale z jakiegoś powodu chmura się zatrzymała, nie szła do góry jak po wybuchu tylko tak jakby ktoś ją zatrzymał. Nagle pojawiło się cudowne różowe światło koło chmury po wybuchu. Nikt nie wiedział o co chodzi. Wybuch praktycznie nie miał jakiegokolwiek wpływu na wyspę a różowe światło zaczęło się do nas przybliżać. Okazało się, że to statek kosmiczny i odleciał w niebo. Zadzwoniłam do mamy żeby jej o tym powiedzieć i niedługo potem się obudziłam.
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

Okay, no więc wstałam rano, soki wypiłam ale nie chciało mi się smoothie robić i zjadłam musli (wiem nie powinnam, bo od tego psuje mi się skóra ale byłam na serio głodna). Ogółem wiele nie zrobiłam rano. Chciałam iść na solarium i pojechać po zakupy do Aldiego. Stwierdziłam, że obiecałam Karolkowi, że pojedziemy do jego lasu a była 14 (niedługo miało się ściemniać) więc spakowałam Karolka i pojechaliśmy.

Karolek zadowolony, udało mi się zrobić kilka zdjęć (nawet nagranie) ale tak mi zmarzł, że kiedy wskoczył na ręce to aż się trząsł. Zawinęłam go w kocyk, włożyłam do plecaka i wróciliśmy do domu. Jezu, jak ja zmarzłam! Karolek cały i zdrowy. Poczekałam aż mi zrobiło się cieplej i pojechałam na solarium na 3 min (tam to dopiero mnie rozgrzało!) a wracając zahaczyłam o Aldiego. Muszę się pochwalić bo kupiłam tylko to co potrzebne. Przechodziłam obok zamrarzarki z udawanymi nuggetsami i kiełbaskami i nie kupiłam!!! Jezu jaka jestem z siebie dumna! Wróciłam do domu i zjadłam ciastka od Babci D i trochę czekoladek wegańskich. Oj za słodko mi było...

A co potem? Nie za wiele. Kolega codziennie przychodzi więc nie ma już sensu nawet tego pisać bo to oczywista oczywistość. Poszłam do łóżka koło 20 ale znowu nie mogłam zasnąć. Byłam tak wkurzona na D za ten pseudo-związek w trójkącie, że nie mogłam spać. Na sam koniec zdjęcia Karolka z naszej krótkiej wycieczki. <3

27.12.2018 _ środa

26177540_1654301217924187_1626365316_o.jpg

26142655_1654301211257521_776791498_o.jpg

  • awatar absolutelynot: Ze ja dopiero zalapalam, ze Karolek to krolik...
  • awatar Ach2017: @absolutelynot: U mnie też długo trwało, zanim odgadłam, że to królik. :D
  • awatar Ach2017: @hononey: Następnym razem skorzystam z Twojej podpowiedzi, by ominąć czytanie snu. Robaki brrr! :/
Pokaż wszystkie (5) ›
 

hononey
 
No więc poniedziałek. W poniedziałek wstałam w sam raz żeby zająć się PP. Zrobiłam śniadanie dla PP, zjadłam trochę zupy z selera i nerkowców, ogarnęłam dom i powiedziałam PP, żeby zabrała mnie gdzie chce sama iść (ona nie komunikuje się werbalnie, ale wszystko rozumie). Zabrała mnie na ciastko i kawę (czyt. ona jadła to ciastko i kawę), a ja w tym czasie próbowałam odpisywać komentarze na pingerze.

Po jakiejś godzinie, wróciłyśmy do domu, ogarnęłam chatę, przyprawiłam zupę z batatów i zjadłam. Przed 16 przyszła znajoma, wróciła z chorobowego, ale stwierdziła, że jeszcze będzie potrzebowała kilku dni (kurna, no...). Z jednej stronu super bo mogę za nią pracować (bo ktoś musi pokryć zmiany) ale z drugiej to cały czas zapierdzielam jak bury osioł.

Po drodze do domu zahaczyłam o sklepy spożywcze (zależało mi na przecenionych sałatkach dla Karolka). Kupiłam 3 pęki bazylii świeżej po 10 pensów (p) i główkę kapusty za 10p. Potem zajechałam do Tesco, dokupiłam co mogłam i były po przecenie moje ulubione wege kiełbaski (udajcie, że tego nie napisałam). I tak, zjadłam je w domu...

Po powrocie do domu zaczęło mi się strasznie nudzić. W sumie to nawet nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Większość by narzekała bo nudy, ale mi tak dobrze było. Praktycznie od czasu kiedy przyleciałam z Polski cały czas w pracy jestem (z wyjątkiem kiedy miałam urlop) i już czasami nie wyrabiałam. Także takie nudy dobrze mi zrobiły. Wytuliłam Karolka za wszystkie czasy. Koło 19 zrobiłam się senna, poszłam do łóżka. Karolek do mnie po raz pierwszy przyszedł do łóżka i położył się kołomnie. Do tego jeszcze przewrócił się na bok (flopped) zrelaksowany i po prostu myślałam że się rozryczę ze szczęścia.

Niestety przed spaniem wypiłam zieloną herbatę i za nic nie mogłam zasnąć... Może dopiero o 23 ale potem D wszedł do łóżka i znowu mnie obudził. <3

25.12.2017 _ wtorek
Pokaż wszystkie (2) ›
 

hononey
 
Znowu mam dziwne sny... Teraz mi się śniło że byłam w jakimś sanatorium  (mniejsza o to co się działo). Potem z Mamą przeszłyśmy przez fabrykę na zewnątrz i była... (Zgadnijcie) tak. Stacja kolejowa [facepalm]. Stoimy z Mamą, zimno tak że tory zamarzły (centralnie lód na torach) i jedzie jakiś pociąg, rozwala lód na torach ale w końcu się wykoleił. Koniec snu... Zaczynają mnie wkurzać te sny.

Ogarnęłam się rano, nakarmiłam koty, sok potem smoothie (tylko połowa), podpompowałam opony w przyczepce do rowera i pojechałam do Taty odebrać rower. Opony w rowerze tez ogarnęłam i wróciłam do domu. Wypiłam resztę smoothie i wyczyściłam rower. Rower czysty no to na solarium. Dupa, zamknięte. Wróciłam, wypiłam resztę smoothie i wstawiłam obiad. Na obiad był Ryż brązowy z chilli z puszki. Popisałam na pingerze.

W międzyczasie D próbował żyć między jednym a drugim światem. Między chrapaniem a stękaniem w łóżku leciał do toalety puszczać pawie. W końcu wstał i poszedł do babci na święta. Nie wyglądał za dobrze ani się też z tego powodu nie cieszył (sama nie lubię świąt). Poszedł a ja niedługo potem pojechałam do pracy.

W pracy spokój i nawet trochę nudno. Zadzwoniłam do D żeby życzyć jego babci wesołych świąt ale chyba dawała dobra minę do złej gry bo jakoś nie czułam żeby specjalnie była miła. D już czuł się lepiej.

A propos, Diane znowu mi depła na odcisk, mimo że niczego nie zrobiłam - w sumie to sama sobie winna. Trudno się mówi. Ale jak słowo daję, wszystko się na niej zwróci. Tracey co prawda mówiła mnie że za jakiś czas czeka mnie zmiana pracy i sama czuje że praca już nie przynosi tyle radości co kiedyś ale myślę że dopiero sprawy się rozkręcają. Najpierw czeka mnie wyprowadzka od D.

PP poszła spać dość wcześnie, ja potem prysznic i w końcu zasnęłam. <3

25.12.2017 _ poniedziałek
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
...Z góry przepraszam jeśli wpis nie ma sensu, ale pisze przy stole na phonie i wszyscy się przekrzykują więc nawet nie słyszę własnych myśli.

Miałam dzisiaj dziwny sen (możecie przeskoczyć do następnego paragrafu jeśli Was nie obchodzi). Podróżowałam i jakimś cudem udało mi się wejść przez pomnik do podziemia. Trafiłam do dziwnego miejsca które było prowadzone przez kolesia (nazwijmy go boss) który sterował wszystkimi którzy tam przebywali. To było w podziemiach i przez podziemia przechodziły tory. Zapytałam się o pociąg żeby z tamtąd wyjechać ale powiedział, że tory tylko tędy lecą i pociąg rozpędzony już się tu nie zatrzymuje. Pociąg jeździ tylko co 4 dni. Podobno miało tam być jakiś remont i po remoncie miał się zatrzymywać. Więc praktycznie tam utknęłam, próbuje szukać wyjścia, co jakiś czas pociąg przejeżdża. Przez pomnik przeszedł również mój przyjaciel przyprowadzony tam przez psa. Ucieszyłam się że go zobaczyłam, ale zaczęło nam coś śmierdzieć. Słychać po szynach jak pociąg jechał i ludzie zaczynają kłaść się na torach wzdłuż żeby popełnić samobójstwa. Ja nowa więc nie rozumiałam o co chodzić. Ludzi nie zabiło ale nagle całe podziemie ruszyło i się okazało że to środek wielkiego pociągu. Nikt się nie skapnął więc stwierdziłam że po cichu pójdę do toalety która miała przezroczyste drzwi. Chciałam po cichu ale boss mnie zauważył i nasłał na mnie swoich gogusiów. W ostatnim momencie zamknęły się drzwi i zaczęli we mnie strzelać z broni. Pociąg już w pełnym ruchu i próbuje się przez okno wygramolić na górę pociągu. Biegnę po dachu, za mną gogusie z bossem i jakimś cudem przed nami wielkie wzniesienie. Skaczę z pociągu do przodu i wyrzuca mnie (bardziej lecę niż spadam) na to wzgórze. Okazuje się że to jakieś obwody małego miasta, dzieci skończyły szkołę, idą razem z rodzicami. Uciekam przed gogusiami, razem ze mną ludzie z pociągu i biegniemy. Niektórzy postrzeleni, przede mną boss idzie, udaje że kuleje żeby uciec i się schować. Jakimś cudem ja miałam broń i postrzeliłam go w prawą łydkę żeby już kulał na prawdę. Nie chciałam go zastrzelić żeby nie odpowiadać za zabicie. Biegnę, ludzie ze mną biegną i dobiegliśmy do komisariatu policji. Wchodzimy do komisariatu, policja (wszyscy) mają lunch, wszyscy weseli, jedzą sobie. Próbuję jednego poprosić o pomoc. Koleś niechętnie podchodzi do stolika w kafetrii, mówię mu o sytuacji a on do mnie konkretnie że nic z tym nie zrobią. Ja w szok, wracam do grupy osób którzy przeżyli a policjant wzywa następnego świadka żeby powiedzieć mu to samo co mi. Wszyscy totalnie bezradni i wkurzeni. Wychodzę z komisariatu. Boss za mną idzie i mówi żebym wróciła. Ja mówię że nie chce i nie wrócę. Mówi do mnie przez przezroczyste drzwi od wejścia a ja próbuje z całej siły je przytrzymać zamknięte bo broniły mnie przed jego bronią. Mówi że zabije mojego przyjaciela. Mówię że i tak nie otworze drzwi. Wziął przyjaciela, zabił na moich oczach, odwróciłam wzrok. Dalej powiedziałam że nie otworze. On do mnie ze w takim razie że zabije recepcjonistę. Ja mówię do niego ze i tak nie otworze. Strzelił w recepcjonistę ale nie trafił, odbiło się od metalowego obicia i zabiło bossa rykoszetem. Uciekłam i się obudziłam. Chyba wiem o czym był ten sen... Wszechświat mnie popycha coraz mocniej żebym wyprowadziła się od D.

Wstałam po 7. Poszłam nakarmić koty, ogarnęłam się. Napiłam się soków i doszło do mnie olśnienie. Przecież jeśli najem się w domu, nie będę musiała dużo jeść na świętach. Czemu tego wcześniej nie pomyślałam... Zjadłam w domu ryż brązowy z jedzeniem z puszki - mniam. Ogarnęłam co mogłam, wycalowalam Karolka. Ba, nawet go wzięłam na ręce i przytulałam. Potem się rozwalił na podłodze jak bagietka.

Pojechałam na miasto bo mama mnie poprosiła żebym kupiła numerki na tort. Przed sklepem stał facet bezdomny sprzedający gazety z psem który spokojnie leżał na kocyku. Rozryczałam się jak bóbr. Weszłam do sklepu po numerki i próbowałam się powstrzymać. Pomyślałam o Buni i jak bardzo ją kochałam i nie mogłam się pogodzić że w święta ktoś z psem nie ma domu. Wyszłam i dałam mu wszystkie drobne z portfela. Jeszcze nie czułam że zrobiłam cokolwiek. Poszłam do sklepu, kupiłam karme dla psów i piłki do zabawy. Dałam mu, podziękował. Widzieli to inni ludzie i też dodali swoją kasę. Nie mówię tego żeby się pochwalić. Piszę żeby to z siebie wyrzucić i żeby pokazać że pomagając komuś, powielamy dobro. Gdybym nie dała karmy, inni ludzie by się się dorzucili. Nie bierzcie mi za złe, nie chodzę wszędzie i bezdomnym kasę rzucam, ale ten pies tak podobny był do Buni i po prostu mnie rozwaliło od środka.

Poszłam do sklepu, kupiłam dla D wycieraczkę z Rick And Morty "Get Shwifty". Poszłam kupić ściereczki antybakteryjne i pojechałam do domu rodziców. Siebie ogarnęłam, mamie włosy wyprostowałam i niedługo potem D przyszedł. Mama piła, D pił, Tata pił, Dziadek pił, Babcia piła. Tylko nie ja - nie lubię. Jak się skończyło? Mama z D przegadali całą wigilię. Dziadek z Tatą się pokłócili i pogodzili i wreszcie się przeprosili za te 25 lat (mniejszao to jaka sytuacja). A co ja robiłam? Zjadłam (o tym za chwilę) i pisałam pingera. Wypiłam trzy herbaty z pokrzywy, zjadłam sałatkę z kapusty pekińskiej, ziemniaki, trochę zupy z selera i może 15 pierogów (gotowanych - nie były smażone). To tej pory to były najzdrowsze święta jakie kiedykolwiek miałam.

Dobra, zaczęło się zbliżać do 21 i mówię do D że niedługo będziemy się zbierać. Do tej pory krzyczał a nie rozmawiał z moją Mamą, lol. Poszedł do toalety, wrócił przygaszony no i go wzięło... Tata powiedział, żebym pożyczyła samochód bo na piechotę nie dojdzie. Mama dała siatkę dla D na drogę no i się przydała bo D puścił takiego pawia w samochodzie, że musiałam okna otwierać. Miałam z niego bekę bo jedziemy i nie mógł zrozumieć dlaczego jedziemy samochodem rodziców do naszego domu a nie na odwrót. Potem przy wyjściu do naszego domu zaczął gadać że ciastka to jedna wielka ściema i kłamstwa. Nawet nie wiedziałam o co chodziło ale miałam ubaw.

Wieczór na prawdę był miły z rodzicami. Wreszcie czułam się jakbym była w związku ale wiecie co było najgorsze? Że on jeszcze z kolegą pisał o której będzie w domu żeby tamten przyszedł... Mimo że wieczór udany, to nie mogę zapominać o sobie w tym wszystkim. Przyszedł do domu, ostatkiem sił zadzwonił do kolegi że dzisiaj nie da rady bo jest za bardzo wstawiony. Poszedł na górę, rozebrał się i spać. Ja jeszcze koty nakarmiłam, zmieniłam Karolkowi toaletę. Poszłam do łóżka, posiedziałam na phonie, jeszcze Francuz próbował do mnie dzwonić. Potem D się obudził i zaczął coś mamrotać i znowu miałam ubaw. Nagrałam żeby nie było, lol. I tyle. Mam nadzieję że Wam święta się udały chociaż w Polsce chyba obchodzi się wszystkie dni? Mniejsza o to. Wesołych świąt Kochane. <3

24.12.2017 _ niedziela
 

hononey
 
Wczoraj położyłam się spać i nagle mnie wzięły myśli na temat Buni. Miałam wrażenie że jest przy mnie (to uczucie kiedy macie wrażenie że nie jesteście sami w pokoju). Już przysypiałam i coś ciężkiego jakby wskoczyło na łóżko? Pierwsza myśl, Karolek na łóżko wskoczył, ale przecież jestem w pracy... Więc na bank wiem, że to była Bunia.

Przed pójściem spać PP, powiedziałam jej że może wstawać do toalety na siku ile może i mnie nie obudzi. Tym razem dodałam tylko że jeśli poczułaby się źle, to może mnie obudzić. No i to był błąd... Obudziła mnie o 4 rano bo zmoczyła łóżko. A już tak ładnie jej szło. Pomogłam jej zmienić pościel, położyłam spać i sama wróciłam do pokoju. Stwierdziłam że skoro już przed 5tą to nie ma sensu zasypiać no ale mnie wzięło.

Obudziłam się w sam raz żeby wszystkimi się zająć. Czas w pracy trochę się ciągnął bo pod wieczór nie jadłam żadnych chipsów ale za to zjadłam zupę z batatów która miała zostać na dzisiaj. Na szczęście wzięłam jeszcze zwykłe ziemniaki. Dostałam do tego jeszcze okresu dzień przed. Bolał mnie brzuch, głowa i było mi trochę niedobrze. Zjadłam 2 paczki chipsów (tak, wiem...) ale potem mi już lepiej było. Skończyłam pracę i wróciłam do domu.

W domu D mnie przywitał, przytulił dał buzi. Mówię do niego żeby dzisiaj poszedł do sklepu kupić jedzenie dla kotów bo rano już nie będzie a on że kupi rano. Tłumaczę mu że mam dość kotów łażenia za mną dopraszając się o jedzenie bo on się kładzie o 3 nad ranem, wstaje przed 12 i ma wszystko w dupie. Powiedział że kupi dzisiaj, ale to raczej było na odwal się.

Wypiłam sok cytrusowy (wiecie, cytryna, Pomarańcze, herbata itd) i zebrałam się na solarium. Musiałam chwilę poczekać ale w końcu poszłam na 4 minuty. Myślę że następnym razem tylko 3 minuty wystarczą. W końcu i tak nie idę na opaleniznę tylko na skórę i witaminę D3.

Wyszłam z solarium i głos w głowie próbował mnie namówić na coś niezdrowego i tłustego z Aliego (po drodze do domu). Grzecznie odmówiłam i wróciłam do domu. Miałam taka ochotę na smoothie z mango i bananów... Prawie bym zrobiła ale stwierdziłam że za długo z tym zejdzie. Pisząc to zdałam sobie sprawę że mogłam zrobić mleko z bananów ale za późno. Zjadłam musli owocowe z mlekiem ryżowym. Zrobiło mi się tak słodko że juz nie mogłam. Stwierdziłam że jeszcze curry z puszki pójdzie z płatkami owsianymi. Dało radę. Głód zaspokojony.

Miałam zrobić scratch Book dla rodziców ale stwierdziłam że nie da się zrobić tego na szybko więc nici z prezentu. Przed spaniem Poprosiłam D żeby na pewno poszedł po karmę dla kotów.  Powiedział że rano (znowu taka sama sytuacja). Mówię do niego ze to nie on musi się z nimi ujadać od samego rana (z resztą wiecie o której ja wstaję, a o której D) tylko ja i będą chciały żebym je nakramiła, na co D do mnie żebym je ignorowała. Ja mówię, że jakbym zaadoptowała psa i pies chciałby na dwór a ja byłabym w łóżku, to co, też mu łatwoby ingonorwac? Powiedział że to inna sytuacja. Poszłam do pokoju spać. D powiedział że chce mu się red bulla i dlatego idzie do sklepu a nie że go Poprosiłam (szkoda gadać...).

To na tyle Kochane. Jutro wigilia. Nie planuje się najeść jak to bywało co roku. Tym razem gotuje zupy - lepsze trawienie a Mama zrobi surówkę z warzyw i ot cała wigilia dla wegan. Buziaki. <3
  • awatar ms moth: Twój D. ma podobne zachowania do mojego D... Faceci, poprosić ich o coś :P
  • awatar Ach2017: Jak to głos w głowie? Jesteś chora na schizofrenię?
  • awatar hononey: @Ach2017: Haha, miałam tu na myśli natarczywe myśli xD nie mam schizofrenii, lol xD
Pokaż wszystkie (3) ›
 

hononey
 
W pracy jestem aktualnie i stwierdziłam że z ostatnio napiętym (znowu) grafikiem nie dam rady potem doganiać poprzednich wpisów. Z góry przepraszam za autokorektę, czasami wali błędy.

Obudziłam się o 5.30 ale przez to że zjadłam udawane nuggetsy przed spaniem, nie czułam się wyspana. Pospałam do 8, poleżałam chwilę w łóżku i poszłam siebie ogarniać. D nie kupił poprzedniego dnia jedzenia dla kotów więc od samego rana działały mi konkretnie na nerwy bo myślały że je nakarmię - tak powietrzem. Suchego nie chciały więc chyba nie takie głodne?

Zrobiłam sok z cytryny + 3 pomarańczy + herbata z dzikiej róży i hibiskusa. Wypiłam i stwierdziłam, że jednak muszę kupić babci D jakiś prezent na święta mimo że mnie nie będzie na imprezie (to jest najbliższa rodzina D). Spakowałam Karolka do plecaka - coraz łatwiej mi go schować do plecaka. Pojechaliśmy na miasto.

Kupiłam Babci ładnie zapakowane ciastka. Potem pojechałam do Body Shop i kupiłam mały zestaw pielęgnacyjny. Jeszcze okazało się że mam kupon do wykorzystania więc za prezent zapłaciłam tylko funta (dziękuję Wszechświecie). Wróciliśmy do domu, Karolek od razu toaletę zaliczył a jak się rozpakowałam. D dalej w łóżku, zacząl się zbierać wreszcie. Miałam zrobić smoothie na pierwszy posiłek ale blender był brudny a rękawiczki mokre i mnie ręce bolały więc odpuściłam. Ugotowałam ryż + chili z puszki.

Chciałam ogarnąć dom zanim musiałam iść do pracy. Zaczęłam D poganiać do roboty. Udało mi się wymyć podłogi w kuchni i łazience. Jeszcze tylko toaleta została ale nie wiem gdzie wsiąknelo husteczki antybakteryjne. D jeszcze udało mi się poprosić żeby wymienił toaletę kotom więc dom praktycznie lśni jak na warunki w których mieszkamy.

Udało mi się zjeść jeszcze curry warzywne + płatki owsiane przed wyjściem (nie miałam co ugotować na szybko do curry a płatki były bez glutenu). Spakowałam się do pracy i pojechałam.

Nie zrozumcie mnie źle. D to na prawdę fajny facet. Jest czuły ale tylko wtedy kiedy on ma humor i tylko wtedy kiedy ma dla mnie czas a zazwyczaj (zawsze) jest czymś zajęty. Przytulnie i buziaki są tylko jeśli mijamy się w przejściu bo on wraca do siebie do pokoju i to całe nasze spędzanie czasu. Kolega D też się przyczynia do niszczenia tego związku. Myślę że może gdyby tak codziennie nie przychodził to D więcej by się otworzył ale że wszystkie swoje potrzeby połączenia się z drugą osobą spełnia z kolegą, dla mnie zostają okruchy. Kolegi D nie było ostatnio wieczorem i myślałam że ktoś mi chłopaka podmienił. D nawet dał mi swoją kurtkę żebym nie marzła u siebie w pokoju. To było takie miłe... Ale przecież okruchami się nie najesz.

Przyjechałam do pracy wiedząc że Diane właśnie kończy zmianę. Powiem tak (omijając szczegóły) - niedługo wszystko się na niej cudownie odbije. I nawet nic nie powiem. Będziemy mieli niedługo nowego menadżera domu. Zapowiada się ciekawie.

Ogarnęłam wszystko w pracy, dostałam okresu (tak!) i jaki plan na jutro? Będę w pracy aż do 16. Po pracy do domu, ogarnąć się i idę na solarium na 4 minutki (skora wygląda trochę lepiej po solarium), a potem może uda mi się prezent na rocznicę rodziców zrobić ale jeszcze zobaczymy.

Na razie cieszę się że opuchlizna z palców mi zeszła i tylko rany zostały do zagojenia. Skóra się goi, dom sprzątnięty, Karolek szczęśliwy i wybiegany. Na dzisiaj tyle, kocham. <3

22.12.2017 _ piątek
  • awatar Help Me :'(: Powodzenia! Nie sądzę by tkwienie w tym związku było dla Ciebie dobre :/ lecz to wszystko zależy od Ciebie nie mówię ze masz od niego odejść nie mówię też ze powinnaś przy nim zostać bo to twoja decyzja! trzymaj się :)
  • awatar Ach2017: Szczerze pisząc tobym Twojego D. utopiła w szklance wody za sposób traktowania kotów! :/ Przykro mi to było czytać. Nie możesz Mu wspomnieć, albo kartkę zostawić, że nie mają co jeść? :/ :/
  • awatar Ach2017: Dopiszę: Już mniej bym Go utopiła w tej szklane. :) Przeczytałam Twoją odpowiedź o kotach. Dziękuję.
Pokaż wszystkie (6) ›
 

hononey
 
Dobre odżywianie zrobiło swoje. Obudziłam się dzisiaj sama, wyspana o 5 rano. Poleżałam w łóżku aż do 6. Przeglądałam internet na phonie, ale też nie mogłam odpuścić, żeby wyjść z łóżka. Wiem, to głupie... D sobie spał obok mnie. Mogłam go poprzytulać ile chciałam bez żadnych kłotni, bez jego gadania o procesorach i fizykach i równaniach. Po prostu ja i on i moment. W takich momentach na prawdę trudno mi przetrawić fakt, że chcę zamieszkać sama z Karolkiem. Przytulona jestem do niego, próbuję zapamiętać ten moment z całej siły i nagle głos/myśl w mojej głowie się pojawiła: "A teraz sobie wyobraź sobie jakbyś się czuła przy mężczyźnie którego na prawdę kochasz i który kocha Cię równie mocno". Leżałam jeszcze tak przez chwilę, ale nie mogłam wyjść z podziwu myśli którą przed chwilą miałam.

W łóżku doszło do mnie, że jajniki ostatnio mi warjują i tak jak pisałam ostatni okres miałam w ciągu 20 dni a teraz jest już dzień 25 (tak jak powinno być) i cisza. Ogarnęłam się, nakarmiłam koty, wypiłam sok z cytryny + herbata z dzikiej róży i hibiskus. Poszłam do sklepu. Wynik testu ciążowego negatywny. Ufff... Przynajmniej już nie mam się czym teraz martwić. Mogę się skupić na sobie.

Zdecydowałam, że wycisnę sok z selera. Dawno nie piłam, udało mi się tylko 0.5L i zmuliło mnie trochę - ale to dobrze. To znaczy, że pomaga. Kuchnię sprzątnęłam, zgłodniałam i zrobiłam sobie smoothie. Smoothie też nie dało mi się dużo wypić/zjeść.

Pojechałam na miasto. Najpierw po nerkowce - ile ja się nastałam w kolejce (wkurzyłam się trochę, bo smoothie ma określony czas trawienia i dawania energii, więc martwiłam się że wrócę do domu wygłodniała). Potem pojechałam kupić coś dla Babci. Poszłam do Body Shop - tam sprzedają etyczne, naturalne kosmetyki. Kupiłam dla Babci takie kosemtyki z miodem i migdałami.

A właśnie, związane z tematem. Nie opowiadałam Wam, ale poszłam niedawno do apteki szukając kremu tłustego, żebym wreszcie mogła normalnie ruszać dłońmi. Idę do apteki (mieszkam w Anglii) i mówię do aptekarki, że potrzebuję tłusty krem. Po wymianie zdań powiedziała, że mi nie sprzeda, żebym najpierw poszła do lekarza i niech on zadecyduje. Nie obraziłam się, stwierdziłam że Wszechświat próbuje mnie gdzieś ponieść i dlatego mi odmówiono tego kremu. No więc, dzisiaj jestem w Body Shop i co? Znalazłam tester kremu z konopii - jest cudowny. Co prawda śmierdzi trochę jak krem po goleniu, ale dawno nie było mi tak dobrze po tłustym kremie. Wrócę do tego co napisałam kiedyś - jeśli cały czas spotykacie jakieś przeszkody, to trzeba je porzucić i czekać na właściwy moment, a się pojawi.

Wyszłam ze sklepu, pojechałam do innego kupić dla Dziadka prezent na święta. Chciałam mu kupić jakiś alkohol bo lubi, ale nie mogłam. Wyglądam poniżej 18 lat (nie ściemniam) i bez dowodu nie sprzedadzą, a że ukradli mi portmonetkę w marcu ze wszystkimi dokumentami, to przepadło też prawo jazdy, którego z powrotem nie wyrabiałam. Szkoda mi też było brać paszportu, więc Dziadek będzie musiał się obejść smakiem. Kupiłam mu za to ciastka, bo serio nie wiedziałam co.

Po drodze do domu zajechałam do Aldiego na ostatnie zakupy przed świętami. Jak ja zgłodniałam... Kupiłam dwa opakowania udawanych kawałków kurczaka - trochę jak nuggetsy, mrorzonkę (soczewica z sosem tahini i warzywami) i warzywa/owoce + coś dla Karolka i D. Musiałam zjeść batona z daktyli bo już nie wyrabiałam. Odeszłam od kasy z wózkiem i zakupami, zjadłam batona na spokojnie i dopiero zabrałam się za pakowanie.

Nie wiem jak dojechałam z zakupami do domu na rowerze, ale cieszyłam się, że jednak na rowerze. W domu od razu wypiłam resztę smoothie. Tak potrzebowałam tej energii, że jak Tata zadzwonił to mu powiedziałam, żeby on gadał a ja będę piła, lol. Odgrzałam mrorzonkę z Aldiego, dodałam brązowego ryżu z lodówki i zjadłam. Miałam to gdzieś, że surowe i gotowane razem. Po prostu byłam wygłodniała, a jeszcze czekało mnie sprzątanie dużego pokoju.

Kiedy jadłam "obiad", poszłam do pokoju D. Myślałam, że może uda mi się jakoś spędzić ten czas razem, ale on cały czas tylko o polityce napierdalał. Nie mogę, po prostu nie mogę już dłużej... D poszedł do pracy a ja wzięłam się za duży pokój - chciałam skończyć zanim zrobi się ciemno. Udało się.

Włożyłam udawane nuggetsy do piekarnika i poszłam szukać filmu na necie. Znalazłam film, kolega D przyszedł - no bo przecież dom bez niego taki pusty (sarkazm). Zjadłam "nuggetsy" i zabrałam laptopa na górę, żeby Karolek ze mną pooglądał. Karolek ucieszony, zrelaksowany rozwalił się na całej długości i oglądał ze mną.

Teraz piszę pingera i piję następne 500ml soku z selera. Niedługo kładę się spać. Menadżerka do mnie dzwoniła dzisiaj, żebym pracowała z soboty na niedzielę. Chciała mnie trochę wmanipulować, że załatwi kogoś żeby pracował z piątku na sobotę i zrobię tą zmianę o którą mnie prosi, ale powiedziałam, że zawsze kiedy mogę to pomagam, ale tym razem nie da rady bo mam Wigilię z rodziną. Do mnie z tekstem, że skończę o 11 rano, a ja do niej że nie da rady bo jadę do mamy wcześniej pomagać z gotowaniem. Wysłałam jej smsa, żeby przeprosić że nie dam rady i rozumiem jej ciężką pozycję i co się okazało? Że zmiana już pokryta... Czyli jednak świat się nie zawali jak Jola się postawi. Dobra, to tyle. Kocham. <3

Ps. Zapomniałam dodać najważniejszego. Poszłam dzisiaj na solarium - ze względu na skórę i witaminę D3. Mam nadzieję że coś pomoże. Tylko 4 minutki co 2 dzień więc powinno być spoko. Tak dobrze się czułam jak wyszłam z solarium. Fajnie o siebie zadbać czasami.
  • awatar absolutelynot: Jak najszybciej sie wydostaniesz z tej sytuacji z D. tym lepiej dla Ciebie! Nie warto niszczyc sobie zdrowia i psychiki na to.
  • awatar absolutelynot: Co do moich herbat, zielona lisciasta z dodatkiem wycisnietej cytryny! Wszyscy mowia jak bardzo zielona pomaga na trawienie a ja taka przyzwyczajona, ze juz nic nie daje.
  • awatar Help Me :'(: Kochana to musisz isc sobie wyrobić nowy dowód:* Nie fajne to mieszkanie z D :/
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Jedzenie tego wszystkiego wczoraj pod wieczór dało się we znaki i o 3 w nocy obudziła mnie wątroba - ah, bidulka.

Obudziłam się o 8 ale wstałam o 10. Tak mi dobrze było wreszcie po prostu poleżeć bo nigdzie nie trzeba było iść, ani praca, ani do Mamy. Po prostu tylko ja i to co sama chcę robić.

Stwierdziłam, że skoro wczoraj tyle pojadłam to dzisiaj dam sobie trochę odpocząć. Z samego rana sok z cytryną. Zachciało mi się sprzątać. Po 10 kolega już przyszedł do D, mimo że ten w łóżku spał. Rozumiecie? Jeśli ja chcę obudzić własnego chłopaka z rana, żeby z czymś mi pomógł to nie wolno, ale jeśli kolega przychodzi to trzeba wstać jak najszybciej... Odechciewa mi się związków. Zaczynam tracić w ogóle wiarę w szczęśliwy związek.

Zaczęłam dom ogarniać. Zgłodniałam i zrobiłam smoothie. Wypiłam połowę i ugotowałam zupę ze słodkich ziemniaków, żeby była na potem po sprzątaniu (gotowane jedzenie mnie rozleniwia, ale też daje mi ten rodzaj komfortu po pracy przez cały dzień).

Wybaczcie Kochane, że to mówię publicznie, ale nienawidzę kotów. Żadnego nie skrzywdzę. Nawet jeśli mogę to nakarmię jakiegoś, pogłaskam obcego jeśli się da, ale sama nigdy w życiu nie będę mieć kota. D nie kupił im jedzenia i musiałam dzielić saszetkę na 3 koty. Dorzuciłam im trochę suchej karmy, żeby było bardziej sycące. CAŁY DZIEŃ KOTY ZA MNĄ CHODZIŁY I MIAUCZAŁY A MOGŁY MIEĆ SUCHEJ ILE CHCIAŁY. MYŚLAŁAM, ŻE ZACZNĘ ODPRAWIAĆ JAKIEŚ EGZORCYZMY BO JUŻ NIE WYTRZYMYWAŁAM. Jedną wypuściłam na dwór, zmarzła trochę, dała mi spokój. Drugiego zamknęłam w klatce. Jak zrozumiał o co chodzi to też mi dał spokój. Trzecia najwięcej rozumiała, ale dawno nie byłam taka wkurzona. Po przeprowadzce będzie tylko Karolek i ja. Żadnych innych zwierzaków.

Dobra, sprzątnęłam ile mogłam. Jutro zostanie mi podłoga w kuchni i łazience, duży pokój do ogarnięcia i toaleta.

Co dzisiaj zjadłam? Sok z cytryny 1L, sok z aloesu, 2L smoothie, 2L zupy ze słodkich ziemniaków i chyba tyle. Nie czuję się głodna ani że czegoś mi się chce. Zobaczymy jak jutro... Mam zamiar piec kasztany. <3

A no i zapomniałam. D poszedł do pracy koło 16. Razem z nim kolega. Już się nacieszyłam wolnością jak wrócił z pracy D i o 21.10 puka kolega do drzwi. Otwieram drzwi i mu mówię, że nie chcę być niemiła, ale czy nie uważa że jest za późno na odwiedziny. Na co on że nie będzie długo. Ta... jasne. Jest już prawie 22... Nienawidzę go. Za to że zniszczył mój związek z D. Za to że się cały czas wpierdala. I na D też jestem wkurwiona, że nie umie mu powiedzieć nie. Pora ztąd wypierdalać. Niedługo chyba będę składała papiery do spłudzielni. Mam dość tego pseudo-trójkątnego związku.

20.12.2017 _ środa
  • awatar Help Me :'(: Dalej myślisz nad wyprowadzka ? Ja bym nie wytrzymała z tym kolegą jeszcze .. Jakby ciągle przesiadywal i to jeszcze nocami to bym chyba sie spakowala i spierdzielala .. A ty siw nie przejmuj poznasz kogoś kto Ci uświadomi, że ten związek nie byl dobry:) ZASŁUGUJESZ NA COŚ WIĘCEJ- NA COŚ LEPSZEGO:*!
  • awatar Ach2017: Czy ten Twój D. to w ogóle bawi się ze swoimi kotami?
  • awatar absolutelynot: Powiem Ci szczerze, ze ja jestem tak samo to kotów nastawiona jak i Ty! Współczuje sytuacji z D.
Pokaż wszystkie (9) ›
 

hononey
 
Dzień zaczął się od przypomnienia dlaczego związek w którym jestem nie ma dłuższego sensu... Wysłałam Mamie takiego smsa:

“Sytuacja sprzed chwili. Jest 8.58. Mówię do D dzień dobry. Oboje w lozku. On do mnie też ale odwrócony plecami. Mówię żeby się odwrócił bo chce się poprzytulać. A on już stęka bo musi iść do pracy i nie ma czasu. Marudzi ale w końcu przekręca się na plecy. Mówi że do pracy musi iść a ma na 9.30 tam być no to mu mówię żeby szedł (mnie już gardło boli od powstrzymywania łez) a on do mnie ze chciał iść tylko go Poprosiłam żeby się odwrócił (nosz kur...). Wychodzę łóżka, idę do toalety, wracam. Zabieram rzeczy do ubrania. Jest 9.21 a ten dalej w łóżku. Niech się kurwa Pierdoli. Mam Już go tak w chuju że niech sobie żyje jak chce. Może mnie w dupe pocałować. JesCze się mnie zapytał o co mi chodzi. Niech sobie znajdzie kurwa jakąś larwę co będzie z niego sączyła jakieś marne grosze i niech mnie mocno w dupe pocaluje bo ja się nie dam tak traktować.”



No więc to tak z samego rana, ale potem było już tylko lepiej. D poszedł do pracy, więc mimo głupiego humoru miałam go z głowy. Wypiłam rano sok z cytryny + pomarańczy z herbatą z dzikiej róży i hibiskusa (taka mega dawka naturalnej wit C). Mi za to zachciało się sprzątać. Skóre mam w takim stanie, że mogę wykonywać więcej czynności i tak bardzo mi się nie sączy z niej płyn. Wiedziałam, że jeśli zjem coś gotowanego to zaraz się rozleniwię dlatego pilam same soki rano, żeby ogarnąć się z pracą.

Stwierdziłam, że ofiarą sprzątania padnie nasza sypiania. Zaraz po wyjściu D, wrzuciłam całą pościel do pralki a między czasie ogarnęłam sypianię. Ba... Wzięłam nawet szczotkę z szufelką i całe futerko (kocie/królicze) wyciągnęłam z dywanu. Zajęło mi jakiś czas ale byłam z siebie dumna. Śmiać mi się chciało z Karolka bo robił mi inspekcję i wszystko co mu się nie podobało. Zresztą na dole wkleję filmik jeśli mi się uda.

Dobra dom ogarnięty, ugotowałam ryż brązowy + jedzenie z puszki. Spakowałam Karolka i pojechaliśmy na miasto kupić kasztany - mmm... pychota. Potem z miasta do domu rodziców, bo Mama miała urodziny. Mama nie lubi drogich prezentów więc kupiłam jej ciastka które były ładnie zapakowane. Mama ucieszona, Tata zamówił Mamie kwiaty na urodziny. Zaniosłam Karolka na górę do małego pokoju i tam sobie siedział grzecznie.

Dziadek poprosił, żebym pomogła mu podetnąć włosy. Nigdy fryzjerką nie byłam, ale jeszcze nikomu źle nie podcięłam. No więc zaczęło się szukanie golarki Taty... W wielkim skrócie mówiąc i omijając szczegóły - cieszę się, że tam już nie wrócę. Wolę jakoś zaoszczędzić kasę niż tam wracać na miesiąc. Mimo że z D mam przesrane... to w domu miałabym jeszcze gorzej. Tym bardziej, że teraz już nie boję się postawić komuś - no z wyjątkiem D, bo z nim to nawet nie ma sensu. Znajdzie sobie jakiś powód dlaczego ma rację i weź z takim gadaj.

Dobra, Dziadek obstrzyżony. Babcia z Mamą siedzą na dole a z Dziadkiem zdecydowaliśmy, że zostaniemy na górze. Otworzyliśmy drzwi od pokoju w którym Dziadki tymczasowo śpią (bo wracają do Polski pod koniec stycznia) i pogadałam z Dziadkiem o starych polakach. Tak nawiasem to jest pokój w którym ja kiedyś spałam jak mieszkałam z rodzicami. Karolek się rozbrykał i biegał po całym pokoju. Nawet lustra się nie przeraził.

Mama zawołała Dziadka na obiad i wreszcie ja mogłam swój wstawiać. Karolek został na górze a ja zeszłam na dół. Pogadaliśmy, obiad się ugotował i zjadłam ryż z jedzeniem puszki po raz drugi. Zatęskniło mi się za Karolkiem i go wzięłam na dół. Był taki wyluzowany, że nawet w koszyku zaczął się myć. Puściłam Go żeby sobie pobiegał po kuchni. Gary zmyte, wszyscy najedzeni, poszliśmy do dużego pokoju.

Dziadek ogląda jakieś filmy na jednej sofie a ja z Babcia i Mamą na drugiej. Karolek w koszyku i zaczął sobie wychodzić na oparcie. Ubaw miałam bo po raz pierwszy taki wyluzowany był. Babcia cały dzień na niego cmokała (dalej myśli, że króliki mają mentalność psów). W końcu doszło do tego, że Karolek do niej poszedł, żeby po Babci zejść na podłogę (ubaw mieliśmy). Potem na Babcię wskoczył, z Mamą w szok ale Babcia chciała go przytulić i czar prysł (hahaha). W końcu Karolek się rozwalił pod stołem i taki zrelaksowany sobie leżał orzełek oglądając TV.

Zaczęłam się o niego martwić, bo stół zasłaniał twarz a Karolek od czasu przyjazdu nie był w toalecie (mimo, że wzięłam ze sobą). Ruszył się na całe szczęście. Mi się zrobiło trochę miejsca w żołądku to poszłam dojeść ziemniaki z kuchni. Mama jeszcze powiedziała, że marchewka jest. Powinnam była sobie odpuścić, ale cóż... Człowiek uczy się na błedach. Jak zjadłam to nie mogłam się ruszyć...

Dobra, była 19.30 mówię do Mamy, że muszę się zbierać. Powoli zaczęłam się ogarniać i tu wielkie zaskoczenie bo chyba nawet Karolkowi było nudo i nie miał większych sprzeciwów żeby wejść do plecaka.

Wróciliśmy do domu, Karolek od razu do toalety poleciał a ja ogarnęłam siebie - raczej próbowałam, bo czułam się jak beczka. Poprosiłam D, żeby pomógł mi zaścielić łóżko bo pościel wyschła. Mieliśmy ubaw z D ścieląc łóżko - dlaczego nie może być więcej takich momentów w naszym związku? Dlaczego wszystko musi się sprowadzać do jego priorytetów i kolegi? Po ścielaniu zachciało mi się spać. Nie miałam już siły na pisanie pingera.

Na samym końcu Karolek. Jak siedział na oparciu sofy, jak leżał pod ławą i oglądał filmy i nagranie jak mi robi inspekcję w pokoju. <3

19.12.2017 _ wtorek




25637002_1647186898635619_597127128_o.jpg
 

hononey
 
Okay, tego dnia chciałam iść na miasto załatwić sprawy przed pracą. Ogarnęłam się rano, wypiłam sok z pomarańczy, zrobiłam smoothie. Wypiłam połowę (1L) a resztę zostawiłam sobie kiedy wrócę. D dalej spał w łóżku.

Miałam iść na piechotę ale było przed 12stą (więc trochę późno) dlatego stwierdziłam, że chociaż zaoszczędzę czasu jadąc rowerem. Dla D zrobiłam kanapki, spakowałam Karolka w plecak i pojechaliśmy na miasto. Rower zostawiłam przez galerią i poszliśmy do Bergensa kupić jabłka (sprzedają Polskie jabłka po funcie - na prawdę się opłaca). Potem mieliśmy iść na pocztę do miasta, ale okazało się że przenieśli ją do galeri - wnerw mnie wziął. Z powrotem do galerii - poszłam wysłać paczkę dla Tracey. Ten kubek z Peter Rabbit, co Wam wcześniej pokazywałam.

Było już tak gorąco, że nie wyrabiałam. Kolejka taka długa. Stałam dobre 20 minut. Paczka wysłana, dotrze po nowym roku. Zeszliśmy na dół, poszłam do Sainsburego kupić sobie puszki z jedzeniem o którym wspominałam kilka wpisów wcześniej (curry, dhal i chili). Całe szczęście, że zdecydowałam się jechać na rowerze bo bym tego do domu nie doniosła.

Wróciłam do domu, lało się ze mnie... Ugotowałam ryż, podgrzałam jedzenie z puszki, posiedziałam na iPadzie i do pracy.

W pracy... był bardzo ciekawy dzień (możecie to ominąć, bo muszę się wyżyć i mieć zapisane gdzieś jak przebiegała rozmowa, gdyby ktoś się mnie pytał w pracy o rozmowę). Znowu pracowałam z Diane. Ja od 16 do 20 a ona od 15.30 do 9.30 następnego dnia. Tym razem nie dałam sobie na głowę wejść.

--> Pytałam się jej kilka razy czy bierze ze sobą dwie PP na imprezę w innym domu. Powiedziała, że tak i to jeszcze na kilka tygodni przed tą właśnie zmianą.
--> Nawet sama mi mówiła, że jeśli miałaby wybierać między jedną a drugą to wzięłaby tą drugą ze względu, że w tym drugim domu jest inny PP który bardzo ją lubi - no spoko.
--> Nawet się mnie pytała wcześniej (kilka tygodni wcześniej) czy pojadę - powiedziałam, że nie dlatego że są finanse do zrobienia, trzeci PP niedługo wróci do domu i trzeba będzie mu pomóc z gotowaniem i ogarnąć chatę.
--> Jeszcze sama się mnie pytała, czy chcę jechać na imprezę czy wolę zostać i ona zrobi finanse. Powiedziałam, że niech sobie jedzie a ja się zajmę domem.
--> Tym bardziej, że impreza kończyła się o 21 a ja pracę kończę o 20. Przecież mogła mi powiedzieć, żebym przyszła na 17 a nie 16 i zostałabym do 21. Ale jeśli przyszłam o 16 to mogę zostać tylko do 20 bo tak mam w umowie. Musiałabym prosić menadżerkę o dodatkową godzinę a menadżerkę mamy nieosiągalną.
--> A na imprezie do czego bym się przydała? Nawet jeżeli wróciłabym wcześniej to i tak musiałabym zostać, żeby pilnować jednej PP u niej w domu i czekać aż Diane przyjedzie z drugą.

Więc ona do mnie oburzona a ja do niej mówię, że nie pojadę, bo nigdy nie było o tym mowy. Wygarnęłam jej wszystko co sama mi powiedziała wcześniej tak jak Wam napisałam i wyboraźcie sobie jej szok i oburzenie, że się postawiłam. Cisza była w domu na jakieś dobre 10 minut. Ale to jeszcze nie koniec...

Wzięłam się za prasowanie i słyszę jak Diane rozmawia z drugą pracownicą przez telefon od nas z domu. Zadzwoniła z powodu (mniejsza jakiego) no i ja prasuje i słyszę jak przyciszonym głosem mówi do drugiej, że bierze dziewczyny na imprezę ale Jola powiedziała, że nie chce jechać i zostanie w domu, żeby robić finanse. No tak się wkurwiłam... Więc idę na przedpokój (ona siedziała u góry w pokoju personelu) i mówię, że nie to że nie chcę jechać, tylko to wcześniej nie było uzgadniane i jest co w domu robić. Koleżanka musiała jeszcze jakieś pytanie jej zadać ale tej już głupio było odpowiedzieć bo tym swoim powiedziała "oh, i don't know". Dobra, prasuję dalej. Schodzi na dół jakby nigdy nic, serce wali mi ze złości i nerwów i mówię do niej, że na prawdę nie chcę sobie robić z niej wrogów ale nie podoba mi się to że obgaduje mnie za moimi plecami. Ona do mnie z tekstem, że nie obgadywała bo druga ją zapytała, czy bierze dziewczyny na imprezę więc powiedziała, tak jak Wam napisałam. I do mnie, że gdyby ta druga się mnie zapytała czy jadą na imprezę to bym odpowiedziała, że Diane je zabiera a ja zostaję robić papiery. Miałam jej powiedzieć że istnieje wielka różnica między "powiedziała, że nie chce jechać...", a "musi zostać żeby zająć się domem", ale miałam na końcu języku i nie wiedziałam, jak dobrać w słowa.

Gdybym z nią pojechała, to potem bym słuchała jak ona biedna została do niewiadomo której w nocy na nogach z tym całym bajzelem na głowie i że w ogóle po co ja pojechałam na imprezę.

To nie pierwsza jej taka akcja. Kiedyś pracowałam od 9 do 16 ale Diane powiedziała, że się zajmie obydwoma PP i jak chcę do mogę iść do domu (czytajcie między wierszami - ja mam wszystko pod kontrolą, Ty już w sumie nie masz co robić więc jedź do domu). Problem jest tylko taki, że umowę mam na 20h tygodniowo. Jeśli zrobię 16h to 4h zabierają mi z przyszłego miesiąca (bo co miesiąc mamy płacone tyle samo, chyba że mniej pracujemy - lub więcej). Więc mówię do niej, że nie mogę jechać bo godziny a i tak jest coś do roboty. No to ta idzie na podwórko bo gadała z pracowanicą o której już Wam wspominałam i zaczyna jej gadać (że niby miałam tego nie słyszeć), że jak jedna PP poszła do domu, to ona też musiała iść i nie rozumie czemu ja jeszcze jestem bo przecież ona trzyma rękę na pulsie. Wchodzi do domu jakby nigdy nic. Diane poszła do domu bo skończyła pracę o 15, ja do 16. Przychodzi pracownica o której wspominałam, gadka szmatka i do mnie z tekstem co ja dzisiaj robiłam... Nosz kur... Więc jej wymieniłam, że pozbierałam liście, umyłam podłogę, wywiesiłam pranie, wyprasowałam... Ale przecież tamta ma wszystko na pulsie, co nie?

Wracając do dnia obecnego, poniedziałku. Aptetka przywiozła tego dnia leki, wszystkie zalogowałam do papierów oprócz paracetamolu bo przywieźli 86 zamiast 100. Dzownię do Diane ale nie odbiera. Godzina 19.30 oddzwania z imprezy. Tłumaczę co się stało, no spoko, udajemy że kłotni nie było chociaż na bank słowo poszło w świat. I ona do mnie z tekstem od niechcenia - no to możesz się już zawijać do domu (jej się wydaje, że ja nic nigdy nie robię). A ja do niej wywaliłam jej całą ewangelię tego co trzeba jeszcze zrobić zanim wyjdę. Cisza w telefonie. Życzę jej udanej imprezy. Dobra skończyłam pracę dwudziesta dziesięć. O 20.22 wyjeżdżam zpod domu, spakowana, zawinięta w 3 warstwy ubrań (bo rowerem do domu jadę) i Diane wychodzi z samochodu i szok na twarzy co ja jeszcze robię... Noż kur...

Wróciłam do domu, nawet nie słuchałam muzyki po drodze bo musiałam ochłonąć. Poszłam do dużego pokoju, D zszedł na dół, opowiedział czemu on jest wkurzony. Ja opowiedziałam mu swoją historię a potem wzięłam się za pisanie niedzieli na pingerze. Karolka utulałam i tyle. <3

18.12.2018 _ poniedziałek
 

hononey
 
W niedzielę ogarnęłam się z rana, sok wypiłam ale smoothie nie dało rady. Od kiedy budzę się późno przez D po prostu rano nie da się we mnie nic wepchnąć.

Przyjechałam do pracy. Pogadałam z poprzednią menadżerką która zmieniła pracę i teraz czasami pomaga nam dorywczo jako personel. Posiedziała godzinę i potem poszłam ubierać PP. Ale PP stwierdziła, że nigdzie nie chciała wychodzić tego dnia. No dobra. Cały dzień spędziłyśmy w domu. W pracy zjadłam ziemniaki, trochę ryżu i pieczonych ziemniaków.

Po pracy od razu do domu, spakowałam się, spakowałam Karolka i poszliśmy do rodziców. Po drodze słuchałam nowej piosenki Eda Sheerana w wykonaniu Andrei Boccelli. No to stwierdziłam, że chce mi się posłuchać Time To Say Goodbye i po prostu się rozryczałam. Doszło do mnie, że mój związek z D nie przetrwa i będę musiała pozwolić sobie od niego odejść. No centralnie całą drogę buczałam.

Przyszłam do domu rodziców. Dałam Mamie i Tacie prezenty ze Szkocji. Karolka wypuściłam do małego pokoju na piętrze i zaczął sobie hasać. Babcia poszła na górę przekonana, że jest zaklinaczem zwierząt i je wszystkie kochają xD Karolek jak stał wryty, tak stał i dopiero jak Babcia poszła to zaczął niuchać o co biega.

Ja poszłam umyć włosy, zeszłam na dół, pogadałam z Mamą - biedny Dziadek oglądał TV i cały czas musiał przez nas podgłaszać. A właśnie, od rodziców na święta dostałam Power Bank więc wreszcie mam spokój. Do tego jeszcze sobie kabelki zamówiłam do ładowania bo mój ledwo żywy.

Wysuszyłam włosy i powiedziałam Tacie że może już mnie zawieźć do domu z Karolkiem. Pojechaliśmy do mnie, jeszcze Tacie powiedziałam, że jestem dumna, że takiego mam (zawsze lepiej powiedzieć, niż żałować że się nie powiedziało). Wróciłam do domu, Karolek od razu poszedł zaliczyć toaletę.

Zeszłam na dół, zapytać się mojego czy chce zupy (bo stali z kolegą w ogordzie i palili) no i mój że tak. Patrzę się do góry i mówię, że gwiazdy i że dawno nie widziałam, bo chumry, bo wszędzie światło w mieście itp a kolega najlepszy! Zaczął mi rozcierać plecy przy D, zostawił rękę na plecach i mi opowiada o gwiazdozbiorach - myślałam, że padnę! Na dodatek, mówię że idę do środka zupę mojemu robić a kolega do D że D jeszcze nie dopalił to kolega wróci ze mną bo on już skończył. Prawie mnie prowadził za plecy. No. Szczena. Mi. Opadła. Znowu. Za jakąś minutę D wszedł ale gadaliśmy normalnie bo w sumie to nawet nie ma o czym gadać, odgrzałam mu tą zupę i poszłam spać. <3

17.12.2017 _ niedziela
  • awatar tyle.: chyba jest coś na rzeczy z tym kolegą jak to się czyta.. wydaje mi się, że on chcę coś więcej od ciebie :) może to pora skończyć naprawdę związek bez przyszłości i pomyśleć o kimś innym lub odpocząć.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Obudziłam się w pracy po 8. Napisałam Tracey o moich dziwnych snach - ten o tej kobiecie, która opowiadała mi o moich czakrach i je odblokowała. I drugi o którym zaraz napiszę. Chciałabym tylko wspomnieć, że właśnie od czasu tego pierwszego zaczęłam dostawać te dziwne sny, w których praktycznie czułam sie jakbym na prawdę była.

No więc do rzeczy. Śniło mi się że poszłam na parking - każdy miał Smart Car (samochód sam sterował, autopilot, itp). Sen dział się w przyszłości za jakieś 10 - 20 lat. Wszystkim sterowała sztuczna inteligencja i z jakiegoś powodu była wkurzona, że koleś przy biurku na recepcji pozwolił mi przejść przez barierki bez legitymowania się. Każdy czekał na swój samochód, ale sztuczna inteligencja (SI) nie chciała im wydać (były porostawiane jak towar na półkach). Miałam się wziąc  za mycie samochodu ale ktoś mi odradził. Wziął się za to inny koleś no i SI wkurzyła się na maksa, tym bardziej, że koleś na legitymacji miał zdjęcie żetona i wykałaczki z kawałkiem mięsa. Nie wiem co się działo z kolesiem i całą resztą, ale poszłam na górę na poczekalnię i poznałam kolesia który był Azjatą. Gadka szmatka i mówi, że ich rasa potrafi żyć nawet do 300 lat (miałam wrażenie, że jest częścią innej cywilizacji pozaziemskiej). Stwierdziłam, że nie mam po co czekać na auto skoro i tak go na razie nie dostanę. Zeszłam na dół i odwróciłam się... Wszyscy byli zarżnięci. Wszędzie były nagie ciała (nie było krwi) i z jakiegoś powodu było skupienie (focus) na męskie genitalia, które w danym momencie produkowały nasienie. Wszyscy byli dosłownie martwi i jak wywniskowałam mordercą była SI. W tym momencie podchodzi do mnie dusza/esencja Azjaty z którym rozmawiałam i mówi do mnie, że zasłonił mnie dymem, żeby SI mnie nie widziała. Obudziłam się zaraz po tym. Nie czułam strachu ani nic. Po prostu nawet nie wiedziałam jak to wytłumaczyć.

No więc Tracey mi wytłumaczyła, że kobieta z pierwszego snu była jakąś wyższą która została wysłana żeby mi pomóc. Tracey poczuła jak wielka ciemna chmura strachu odchodzi ode mnie i wreszcie mogę "łatwiej oddychać" - w sensie być sobą. Czuć się lepiej z samą sobą. Powiedziała, że ten sen był prawdziwy i pozbyłam się dużej ilości strachu z podświadomości.

Jeśli chodzi o drugi sen, czasami kiedy duże ilości strachu są uwalnianie, jakieś resztki/niedopałki są spalane w dziwnych snach. Mój był taki, że maszyny i SI po prostu się zbuntują i ludzkość wyginie a zwłaszcza mężczyźni (brak ochrony - brak potomka). Powiedziała, że nie ma się czym martwić i że to bardzo dobrze, że tyle uwalniam z siebie.

Opowiedziałam Tracey też o nieustających snach o podróżowaniu w pociągach i busach. I o moim "koszmarze", że siedzę w samolocie i samolot próbuje startować i się wzbić, leci przez chwilę i znowu ląduje. I znowu się wzbija na chwilę i znowu ląduje i tak dalej. Powiedziała, że sny z pociągiem/busem/podróżowaniem cały czas mi przypominają, że pora się wreszcie wyprowadzić i mówią mi: JUST DO IT NOW! A jeśli chodzi o samolot, to cały czas próbuję rozłożyć skrzyła i trwa to moment i potem znowu wracam na ziemię (The traveling dreams mean its past time to move out now. The plane means it’s time to spread you wings and fly but you’re not getting anywhere. You start then you stop again. Your dreams are telling you. JUST DO IT ALREADY). Powiedziała, że to normalne, że czuję się zmęczona po takich snach bo uwalniam dużo energii którą trzymałam w sobie za długo.

Dobra, koniec gadki o snach. W pracy wypiłam herbatę z szałwi, zjadłam ziemniaki, pieczone ziemniaki. Praktycznie nic dzisiaj nie robiłam. Taka zmęczona w pracy, że szok. Wróciłam do domu (po drodze małe zakupy dla siebie i Karolka - o tej godzinie są przeceny na warzywa), zjadłam chili z wczoraj z ryżem, musiałam zjeść te je*ane 6 paczek czipsów (trzeba zacząć pić sok z selera regularnie znowu) i wypiłam zieloną herbatę.

Kot D stłukł mi mój ulubiony kubek ze Starbucks'a. Ukochany kubek, ale dobra chuj. Jeszcze D na mnie zwalił winę bo zostwiłam na brzegu i teraz musi to sprzątać... Przynajmniej wiedział, że przeskrobał bo mieszkanie było sprzątnięte po powrocie z pracy.

Wreszcie udało mi się nadrobić wsztstkie moje wpisy - tak. Był moment, że miałam dość pingera ale znowu zatęskniłam. Brakuje mi tego no i moje decyzje nie są najlepsze jeśli chodzi o odżywianie, dlatego chciałam nadrobić. Jutro znowu praca od 10 do 16. Wieczorem po pracy raczej nie będę szła do rodziców bo się zasiedzę a zależy mi żeby ogarnąć pingera i chcę wziąć Karolka na pocztę w poniedziałek przed pracą - ostatni raz na "wycieczce" był w czwartek więc trochę się bida zasiedziała.

Zgadnijcie, jest u mnie 22:20 i w domu jest 3 domowników - tak, specjalnie tak napisałam. Kolega jeszcze nie poszedł. W ogóle do D musiał iść do pracy znowu i kolega został, żeby na niego poczekać ale nie było nic wspominane na temat poprzedniej rozmowy. Odpowiadając na poprzednie komentarze - nie przepadam za kolegą - jest milszy od D i się dogadujemy ale w sumie to tylko tyle. Co prawda Tracey mi powiedziała, że moją bratnią duszą jest koleś z niebieskimi oczami i blond włosy (i podobno jest aktualnie w związku), ale nie chciałabym żeby to był kolega D (tak wygląda). Dlaczego? Bo nawet jeśli nie chcę mieszkać z D z powodu jego charakteru i zachowania, to nie chcę mu wbijać noża w plecy zdradzając go z jego najlepszym przyjacielem, prawie rodziną. To już byłby cios poniżej pasa.

Jaki plan na jutro? Spisać cały dzień, wyrzucić z siebie co mogę i ogarnąć Wasze wpisy i komentarze jak obiecałam. <3

16.12.2017 _ sobota
  • awatar tyle.: sny dziwne były, nie powiem :) ale nie każdy sen oznacza coś.. Jeśli chodzi o czekanie współlokatora, jeśli zdarza się to nagminnie to nie tolerowałabym tego wcale.
  • awatar Ach2017: Zgadzam się z Twoją koleżanką Tracey, co do snów o podróżowaniu. :) Ten sen o sztucznej inteligencji traktuję bardziej przyziemnie. Wg mnie, uogólniając mocno (na podstawie tego co piszesz o sobie + sen) w Twojej przyszłości (SI) nie ma miejsca na związek z D. (stąd odmowa wydania samochodu z autopilotem, teraz lecisz na autopilocie w związku), SI zabiła mężczyzn - Ci dwaj (D. i jego koleś) nie będą istnieć w Twojej przyszłości. Focus na nasienie to nacisk na rozsądek (biały kolor = rozsądek) moim zdaniem, przy rozstaniu z tymi dwoma. Azjaty nie rozumiem ani liczby, głównie z tego powodu, że nie miałam pojęcia, że powtarzające się cyfry mogą mieć znaczenie i stanowić ostrzeżenie/przepowiednię ze strony Wszechświata/Aniołów. Dowiedziałam się tego dopiero z Twojego bloga. Przedtem (działo się to podczas Depresji) byłam przekonana, że to jakiś objaw mózgu opanowanego przez Depresję. :/
  • awatar hononey: @Ach2017: jeśli chodzi o sen ze sztuczną inteligencją to rozumiem z jakiego punktu patrzysz i dziękuję za Twój wkład. Jeśli chodzi o liczby, to wszystko jest związane z prawem przyciągania. Jeśli robisz to co kochasz, to znaczy że podążasz ścieżką którą sobie wyznaczyłaś zanim przyszłaś na ziemię. Kiedy robisz to co kochasz, wytwarzasz wibrację która przyciąga do Ciebie synchronizacje i "przypadki" i nagle życie staje się łatwiejsze.
Pokaż wszystkie (7) ›
 

 

Kategorie blogów