Wpisy oznaczone tagiem "be beauty" (397)  

indira
 
Indira: Wstałam rano, zrobiłam herbatę, przejrzałam wydarzenia na fb i zdecydowałam się iść na spacer po Starym Mieście z parką nowych, nieznanych mi wcześniej przewodników, więc umalowałam się! i poszłam, i było przefajnie, i na pewno będę z nimi chadzać.
 

indira
 
Indira: Wypełzłam z łóżka, pojechałam do Blue City, no i diabli mnie zanieśli do TK Maxx, gdzie nabyłam szampon z ziarnami kakaowca pachnący czekoladą, szampon baobabowy, a także sos jalapeno, ponadto spędziłam godzinę w alejce z patelniami bez powodzenia usiłując znaleźć idealną do jajecznicy.

W Rossmannie coś mi strzeliło do łba i kupiłam fluid z Bielendy, a na stoisku Inglota cień, z którego nie jestem do końca zadowolona, chyba chciałam coś innego, noale.

Wróciłam, zdecydowanie za bardzo przypiekłam pizzę, chyba mogę odpocząć.
 

indira
 
Indira: W trakcie tego ekscytującego piąteczku zrobiłam dwa! prania, zjadłam pizzę z Biedronki, a potem znienacka wyjęłam paletkę Inglota i palcem namiziałam na powieki złoty cień drobinkowy, no i teraz chcę więcej cieni z Inglota.
 

indira
 
Indira: Bardzo służy mi bursztynowy szampon.
  • awatar mąka krupczatka: Cieszę się :)
  • awatar MalusCorporis: Ten z jantaru? Nigdy do nie spróbowałam chociaż słyszałam o nim tyle dobrego. Np i podobno wcierka to święty Graal dla tych którym wypadają włosy
  • awatar Indira: @MalusCorporis: Tak, z Jantaru. Mam wersję w białej butelce, chociaż nie wiem właściwie, czym one się różnią. Z wcierki nie korzystałam, ale też słyszałam dużo dobrego, może pora wypróbować!
Pokaż wszystkie (3) ›
 

indira
 
Indira: No więc pojechałam hen daleko na północ, młociński centrumik handlowy okazał się bardzo przyjemny, jasny, obszerny, niezbyt zatłoczony.
Primark najwyraźniej nie jest mi pisany, o 10:45 zobaczyłam kolejkę i zwątpiłam. Kiedyś pewnie będę musiała ją odstać, ale no nie dziś.
TK Maxx ubogi, za to Natura bogato zaopatrzona - miłe zaskoczenie, bo Natura ma raczej tendencję do niedoborów towaru. Korzystając z okazji, bo rzadko tam bywam, nabyłam tonik z witaminą C i hydrożel z tej samej serii od Sorayi, hydrożel Aqua Shot też od Sorayi oraz krem z jadem żmii. Kusiło mnie jeszcze parę rzeczy, ale zdołałam się pohamować, brawo ja.
No a potem wracałam do domu dwie i pół godziny, bo w mieście odbywały się demonstracje, przemarsze, narodowe czytania i diabli wiedzą co jeszcze, no i w ogólnym końcu świata autobusy jeździły tak, że szybciej byłoby piechotą.
W autobusie jeden pan w papierowej koronie z Burger Kinga oznajmiwszy, że to on wywołał pandemię kilkakrotnie splunął na podłogę, po czym kulturalnie wytarł wszystko chusteczką.

Gdybym miała jedno życzenie, to chciałabym, żeby ludzie zaczęli się regularnie i porządnie myć, prać ubrania i używać dezodorantów.
  • awatar Paulin: Ooo,planuję wycieczkę do tego primarka, smuteczek że kolejki
  • awatar Sorbet z Malin: zazdro, jak bede kiedys w Warszawie moze minie szal i koronawirus to musze zajrzec. chociazby dla dodatkow bo pewnie w nic i tak sie nie zmieszcze.
  • awatar Indira: @Sorbet z Malin: Zmieścisz się, to irlandzki sklep, oni rozumieją, że kobiety mają różne rozmiary i fasony. Poza tym znacznie bliżej niż do Warszawy masz do Primarka berlińskiego :)
Pokaż wszystkie (6) ›
 

indira
 
Indira: No więc mentalnie nie jestem chyba gotowa na krem za 100 zł, nawet jeśli koreański, więc kupiłam Miya z witaminami.
I za 10 zł bluzkę w kolorze musztardy, która jest kapkę za mała, noale 10 zł.
 

indira
 
Indira: Ha, LOT mi oddał kasę za Petersburg. Po pracy polezę do Kontigo, są promocje na kosmetyki koreańskie.
 

indira
 
Indira: Przyszła wypłata. Kupiłam trzy książki, cztery olejki i szampon do włosów - planowałam sam jeden olejek, ale trzeba było dobić do 40 zł, żeby dostawa była za darmo (pocieszam się, że u mnie produkty do włosów schodzą) , i te czarne adidasy, które planowałam kupić już przed urlopem.
 

indira
 
Indira: Nie wiem, co się dzieje, ale włosy (nawet grzywka!) wytrzymują dwa dni bez mycia. Czyli myję je rano, potem jest noc, a potem znowu rano i nie muszę ich myć!
Cuda i dziwy.
 

indira
 
Indira: Zdenkowałam dziś rano jeden z dwóch kupionych rok temu niebieskich kremów Neutrogeny. Jeśli trafi się dobra promocja, to chyba kupię jeszcze raz, ale najpierw zużyję drugi.
 

indira
 
Indira: W sobotę zupełnie bez sensu polazłam do Rossmanna i nie zdołałam się oprzeć dwóm kosmetykom z Biotanique: maska ze ślimaka i żel-krem aloesowy. O ile smarowidło aloesowe nie może równać się z żelem od Holiki, o tyle maskę bardzo polubiłam - nie jest tłusta, ładnie pachnie i dobrze się wchłania. Czy poczyni jakieś ulepszenia na pysku? Dowiemy się w następnym odcinku.
 

indira
 
Indira: Byłam tak ciekawa żelu do kadłuba, że nawet zwyczajowo nie odstawiłam go na półkę, tylko użyłam od razu, no i teraz pachnę czymś, co kojarzy mi się z dzieciństwem i mydłem, czymś pudrowym i słodkim, i czystym praniem, i świeżą pościelą, i jakby perfumami?
Za moich lar dziecięcych nikt nie używał ani aloesu ani niczego innego, co zawarte jest w składzie tego żelu.
A może?
  • awatar pushthebutton: O! Co to za żel? Bo opis zapachu brzmi bosko :) na po wieczornym prysznicu :)
  • awatar Indira: @pushthebutton: To jest żel pod prysznic All about aloe z Kontigo :) zwykły żel aloesowy też jest, ale nie kupowałam, bo mam jeszcze ten z Holika Holika.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

indira
 
Indira: Wiedziałam, że wizyta w Sadybie jest złym pomysłem, noale polazłam i tak, więc mam żel do mycia człowieka i szampon aloesowy, bo była promocja, a ja lubię aloes; pomarańczowo-browniową pomadkę do ust. Pomadki mam dwie i na samą myśl o ich smaku jest mi źle na duszy i żołądku. Ta jest ok, chociaż nie czuć czekolady.

Na stoisku rybnym nabyłam moją ukochaną wędzoną makrelę, no i jest różnica między tą, miękką i pachnącą, a tą z plastiku z Biedronki.

Mam też mrożoną fasolkę i chyba jutro na obiad będzie czerwone curry.
 

indira
 
Indira: Dochodzę do wniosku, że żel aloesowy i jakiś przyjemny olejek mogą zastąpić każde smarowidło do pyska i reszty człowieka.
 

indira
 
Indira: Umówiłam się do kosmetyczki :D
 

indira
 
Indira: Za namową mojej siostry bardzo zainteresowanej moimi nowymi pędzelkami postanowiłam za jednym razem wypróbować i pędzelki, i cienie z Kobo kupione w drodze powrotnej z Cieszyna.
No więc bardziej od Kobo sypie się tylko Sleek. Z próby makijażu zrobiło mi się generalne sprzątanie stanowiska kosmetycznego, no i pełny demakijaż pyska w całej gamie smug w odcieniach nude.

Tak że tego. Pędzelki bardzo spoko, zadowolona jestem :)
 

indira
 
Indira: Polazłam do Rossmanna po mokre chusteczki, kupiłam różany tonik (pachnie jak różana guma do żucia) i aloesowy żel do pyska z Biotanique, a także mój ulubiony olejek z konopi od Bielendy.
Na szczęście chusteczki też.
 

indira
 
Indira: Niech to minie jak najszybciej, bo szampony kupione w Kownie są na wykończeniu i muszę jechać po nowe.
 

indira
 
Indira: Wstaję rano w dzień pączka i wiadomo, idę na dworzec. Jadę z nowym, niedawno kupionym plecakiem, jest większy niż ten z Decathlonu, po spakowaniu zostało mi w nim sporo miejsca. Na Centralnym lukrowany koniec świata, wiec przy okazji kanapek na drogę kupuję dwa pączki. Znajduję swój peron, pociąg, wagon, przedział i miejsce - pani zajmująca miejsce obok mojego jest zdziwiona, że zamierzam usiąść na siedzeniu, na którym leży jej bagaż podręczny, a także, że kilkukrotnie odsuwam jej kurtkę, którą ona wiesza tak, że nachodzi na moje miejsce. Przedział ma nieskładalny stolik z nogą, co niestety zajmuje sporo przestrzeni. Usiłuję umieścić plecak pod nogami, ale nijak nie chce się zmieścić, więc strasznie fajny pan siedzący naprzeciwko traci w końcu cierpliwość i tonem nieznoszącym sprzeciwu proponuje umieszczenie plecaka na półce. Trochę zażenowana się zgadzam, po czym dosłownie po chwili proszę go o zdjęcie plecaka z powrotem, bo został tam bilet, słuchawki i woda. Nie jestem przyzwyczajona do bagażu podręcznego znajdującego się nie pod ręką. Zakładam słuchawki i... ach, kupno bezprzewodowych było dobrą decyzją. Jak to w podróży, trochę gapię się w okno, a trochę bardziej na pana z przeciwka - jest tak bardzo w moim typie, że głowa mała. Wysoki, szczupły, w granatowej koszuli, ma grzebieniem nietknięte ciemne włosy i jasne oczy. Drugi pan jest rudy i bez przerwy uśmiecha się do telefonu, a trzeci ma zaczes na pożyczkę i na zmianę gra w coś na telefonie i rozwiązuje tradycyjne, papierowe sudoku. Mój pan wysiada w Katowicach - mam cichą nadzieję, że może spotkam go w pociągu powrotnym, no ale wiadomo. Kapkę zdenerwowana dojeżdżam do Bohumina, chociaż Kuba upewnia mnie, że mój wagon na pewno nie jedzie dalej do Pragi ani tym bardziej do Budapesztu. W Bohuminie jako takim nie ma dla mnie nic interesującego oprócz DMu, gdzie kupuję używany od czterech lat olejek do włosów, jakiś inny balsam z tej serii, aloesową pomadkę oraz olejek żożobowy szerokiego zastosowania. Chętnie nabyłabym również chusteczki higieniczne, ale sprzedawanie ich na paczki jest passe, obecnie sprzedaje się je tylko na wagony. Po czesku! kupuję bilet do Czeskiego Cieszyna. Pierwsze zdjęcie wysyłam mamie z mostu na Olzie, mama mi zazdrości, pogoda jest piękna, chłodno, ale słońce całkiem grzeje. Spacerkiem wzdłuż rzeki idę w kierunku starówki, znajduję rzeczkę wartko płynącą pod samymi domami, wspinam się po schodach, potem wspinam się wąskimi uliczkami, cholerne kamienie brukowe, samochodów jest masa, nigdzie nie ma żadnego zakazu wjazdu, wreszcie znajduję swój hotel. Plecak nie jest ciężki, ja nie jestem zmęczona, więc tylko udziałowi opatrzności oraz konieczności skorzystania z łazienki zawdzięczam to, że do recepcji dotarłam przed 17. Okazuje się bowiem, że pani recepcjonistka w czwartek pracuje tylko do 17:00, a potem goście hotelowi wchodzą na kod domofonowy.

Jestem bardzo głodna, od porannej kanapki nic nie jadłam, idę szukać obiadu. Mieszkam dwa kroki od rynku z kolorowymi kamienicami, jestem zachwycona i cykam zdjęcia, dawno nie byłam w tak kiczowato fotogenicznymi miejscu. Spaceruje mi się do tego stopnia przyjemnie, że nawet posiłek schodzi na dalszy plan. Oczywiście nigdzie nie jest płasko, wszędzie do góry albo w dół. Zaliczam ileś tam sklepów z butami i torebkami, kilka rzeczy mi się podoba, ale nie chcę kupować impulsywnie, więc zakupy odkładam do piątku. Google maps twierdzi, że co krok powinna być gdzieś jakaś knajpeczka, ale mapy chyba nie nadążają z aktualizacjami - lokale są albo zamknięte czasowo z okazji braku sezonu, albo zamknięte na stałe, albo otwarte, ale totalnie odpychające. Kawiarni jest kilka, ale z jedzeniem tak sobie. Znajduję w końcu restaurację Pod Merkurym, gdzie za 10 zł dostaję spory talerz najbardziej wodnistego rosołu na świecie. Nie szkodzi, ważne, że jest prosto z garnka i rozgrzewa, bo zmarznięta jestem okrutnie. Burgerów już nie ma, więc zamawiam spaghetti po bolońsku, które jest tylko trochę lepsze niż to z Kamieńca Podolskiego. W międzyczasie się ściemnia, więc idę na spacer Cieszyn by night, ale jednak jest poza sezonem i jestem trochę rozczarowana nikłością podświetleń. Zmęczona wracam do pokoju, gdzie dobrowolnie oglądam Ukrytą prawdę, a potem powtórki Goggleboxa :)

Pokój jest czysty, chociaż idiotycznie umeblowany, przy łóżku nie ma żadnego kontaktu, z tego powodu lampka nocna stoi na biurku, zamiast na nocnej szafce. Problem rozwiązuję dość prosto - przestawiam łóżko. Idę się rozgrzać pod prysznic - kabina prysznicowa jest tak wąska, że cycki muszę przekładać po jednym, inaczej się nie zmieszczę. W pokoju jest lodowato, marznę zanim docieram pod kołdrę. Okoliczny kościół przez całą dobę wydzwania godziny.

Wstaję rano, schodzę na śniadanie - oprócz bufetu dostaję także świeżo smażoną jajecznicę, bardzo jest smaczna, a ja jestem jedyną jedzącą w całej restauracji.

W ogóle to leje jak z cebra, więc wracam pod kołdrę z nadzieją, że w końcu przestanie. Tak się dzieje, więc ruszam na poszukiwania cieszyńskiej rotundy. Po drodze zaliczam sklep z butami, które do tej pory oglądałam tylko w necie, wiec grożę pani ekspedientce, że jeszcze tam wrócę po południu. Zamiast na wzgórze idę jeszcze na szybki spacer wzdłuż rzeki, potem zwiedzam niezbyt interesujący Czeski Cieszyn, trafiam do kolejnej drogerii, której nie ma u nas, gdzie nabywam mieszankę różnych olejków w postaci maści i błyszczyk Dermacolu. Paczki chusteczek nadal nie udaje mi się nabyć.

Wracam na polską stronę, włażę na cholerne wzgórze, znajduję rotundę, znajduję taras widokowy, skąd mimo pochmurnej pogody widać Beskid Śląski i w ogóle wszystko. W Wieży Piastowskiej kupuję bilet do rotundy za 4 zł. Pani wręcza mi bilet razem z wielkim kluczem i poleceniem, żebym drzwi otworzyła sobie sama, mam frajdę jak rzadko kiedy. W środku jest kościół niezwykle prosty w wystroju. Oddaję klucz, a potem robię zdjęcie z rotundą i banknotem dwudziestozłotowym. Wysyłam je mamie, mama zazdrości. Mam chęć iść na kawę do pałacowej kawiarni, ale jest za wcześnie, zamknięta. Wracam do sklepu z butami, mierzę chyba z osiem par sandałów, z których dobre są jedne, a których oczywiście nie ma w moim rozmiarze. W poszukiwaniu miejsca na obiad oglądam torebki, ale żadna nie podoba mi się na tyle, żeby kupić. Głód zagania mnie do wczorajszej restauracji. Znowu zamawiam rosół, porcja jest mniejsza, ale ma trochę więcej smaku. Dostaję też dobrego burgera, więc wychodzę najedzona. Idę jeszcze na spacer, odkrywam sklep z biżuterią, gdzie znajduję piękną bransoletkę - czarny drucik z ciemnozielonymi kryształkami. Jest śliczna, niestety za ciasna, a reszta rzeczy w sklepie tandetna albo nie warta swej ceny.

Od dłuższego czasu bardzo boli mnie noga, więc wracam do pokoju. Wychodzę na kolację z nadzieją, że może zamkowa kawiarnia będzie otwarta - być może jest, ale jestem tchórzem i boję się przejść koło ludzi stojących przed drzwiami, więc rezygnuję. Wracam na taras widokowy, ale mimo kombinowania z ustawieniami nie umiem robić zdjęć nocą, więc wracam na Rynek. W necie sprawdzam ceny restauracji wyglądającej na dość luksusową - oczywiście mogę zjeść danie za 60 zł, ale mają też pizzę, więc wchodzę, a pan kelner prowadzi mnie na zadaszony dziedzińczyk z krużgankami. Jest pięknie. Zamawiam pizzę, na szczęście nie jest droga. Ma dobre ciasto i pyszny sos pomidorowy, ale ser jest słony i podłego gatunku, a pomidory tak blade, że wcale nie pachną, nawet na ciepło.

Następnego dnia rano doprowadzam pokój do porządku, łóżko wraca na swoje miejsce, a ja nawet nie jem przydziałowego śniadania, bo wydają od 7:30, a ja pociąg mam o 8:04. Co prawda google maps twierdzi, że piechotą na dworzec jest osiem minut, ale ja i moja Reisefieber nie ufamy mapom, więc wychodzimy dużo wcześniej.

Na dworzec rzeczywiście docieram w kilka minut. Kasy zamknięte, więc usiłuję kupić bilet w biletomacie, tymczasem mimo posiadania opcji zakupu biletów kolejowych ten biletomat sprzedaje tylko bilety komunikacji miejskiej. W końcu dostrzegam kartkę z informacją o automacie znajdującym się na zewnątrz, tam trzy razy usiłuję zapłacić zbliżeniowo, na co automat nie ma ochoty, więc w końcu płacę zwyczajnie, a automat przy kwocie 19 zł żąda ode mnie pinu.

Kilkukrotnie podejmuję również próby kupienia picia w automacie. Naprawdę, kupowałam różne rzeczy w różnych automatach, umiem to robić, tymczasem ten odmawia współpracy. Pan ochroniarz kolejowy nawet go dla mnie resetuje, ale to nie pomaga i do Katowic jadę o suchym pysku. Pociąg już jest podstawiony, niefortunnie siadam przy samym wejściu i wszyscy wchodzący pytają o konduktora. Konduktor jak konduktor, zapewne jest z przodu albo z tyłu pociągu, bo to dwukierunkowy szynobus, ale ta prosta konkluzja jest ludziom niedostępna. Przesiadam się i ruszamy do Katowic. Wypogodziło się, widoki są piękne, więc cieszę się podróżą. Oczywiście widoki na miejskie tereny przykolejowe nie są takie piękne, noale. W Katowicach piździ jak jasna cholera, noga boli, więc rezygnuję z szybkiego spaceru, zostaję w Galerii Katowickiej, gdzie w C&A kupuję biało-żółto-granatowy sweter przeceniony ze 100 na 50 zł. Idę na śniadanie i herbatę, a już przy wyjściu na perony zachodzę jeszcze do Natury, do której w Warszawie mi bardzo nie po drodze i kupuję Kobo Nude za -40%. Są prześliczne i bardzo gładkie.

Na peronie okazuje się, że pociąg jest opóźniony o kwadrans. W napięciu czekam na komunikaty o zwiększającym się opóźnieniu, ale nie. Mój wagon pierwszej klasy niczym nie różni się od wagonu klasy drugiej, oprócz ceny, wiadomo. W przedziale jestem ja i dwoje państwa, co oznacza, że są cztery wolne miejsca, w tym dwa przy oknie, a jednak system kupowania biletów nie pozwolił mi żadnego z nich kupić, tylko wmusił mi środek. Czekam do Zachodniej, bo może tam się ktoś na te miejsca dosiądzie, ale nie. Na jednym z wolnych miejsc nielegalnie siedzi dziewczyna bez miejscówki. Po kontroli okazuje się, że ma bilet na klasę drugą. Konduktorka mówi jej, że zaraz wróci i zaprowadzi ją na jakieś wolne miejsce, ale nie pojawia się. Dziewczyna w ogóle nie czai idei pierwszej klasy, więc jej wyjaśniam, ale nie robi to na niej wrażenia. Patrzę na nią całą podróż. Jest bardzo szczupła, dość drogo ubrana i trochę zrobiona. Obstawiam powiększone piersi, bo bardzo są sztywne i w ogóle nie skaczą w rytmie jazdy, ale najwięcej uwagi przyciągają usta - bardzo mocno wypełnione i pokryte rankami i schodzącym naskórkiem, który dziewczyna ciągle skubie zębami.

Uff, Centralny, 501, zakupy, prysznic, herbata, kocyk :)
  • awatar muu.: kurczę, zazdroszczę, od dawna chcę się tam wybrać!
Pokaż wszystkie (1) ›
 

indira
 
Indira: Wypełzłam z domu w nadziei, że może zdarzy się cud i kupię ładną, czarną spódnicę, więc kupiłam kolczyki (9 zł z 42 zł), bransoletkę (12 zł z 52 zł), odżywkę do włosów Ziai (11 zł) i skarpetki z flamingami (15 zł).
  • awatar vill.: ile spódnic mierzyłaś? :)
  • awatar Indira: @vill.: Żadnej :D Myślisz, że w moim rozmiarze to jest tak o, że wchodzisz do sklepu i coś mierzysz? :) W ogóle długiej, czarnej spódnicy bez udziwnień nie widziałam żadnej. Jedna plisowana do pół łydki była fajna i w dobrej cenie, no ale mnie było za dużo.
  • awatar Aurora1122: A może będziesz sobie szyła? Jak nigdzie nie ma tego co sobie wymyślę, to z pomocą przychodzi krawcowa :)
Pokaż wszystkie (8) ›
 

indira
 
Indira: Wypełzłam rano z łóżka celem udania się do sklepu marki Wojas i ponownego obejrzenia butów. Okazało się, że moje buty już nie są przecenione. Swoją drogą, emocjonalnie dużo kosztowało mnie samo wejście do Wojasa; pocieszenie stanowił pan ekspedient, bardzo młody i śliczny, który wyglądał na bardziej przerażonego mną niż ja nim.

W Ikei znalazłam zaparzacz do herbaty, o którym myślę od jakiegoś czasu, ale go nie kupiłam, nie wiem w sumie dlaczego.

Polazłam do Kiabi, kupiłam trzy pary skarpetek, trzy pary stópek z brokatem i złote kolczyki z dość dużymi kryształkami Svarovskiego przecenione z 40 zł na 12 zł.
Nie kupiłam natomiast żadnych majtek, które były moim głównym celem.
Łącznie 40 zł.

Oczywiście kolczyki, na które poluję od dawna bez zmian w każdym sklepie kosztują 30 zł. Nie są mi niezbędne - kiedyś w Rossmannie za 12 zł kupiłam z niebieskimi kryształkami i uparłam się mieć białe w tej samej cenie. Taka sprawa ambicjonalna.

Swoją drogą, czy produkty Accessories można kupić gdzieś bez pośrednictwa sklepów?

Doczekawszy się wreszcie promocji na cienie sypkie Mystik nabyłam cha-chę za 9.90 zł.

Przy samiutkim wyjściu dopadł mnie Inglot i jakoś tak wyszło, że kupiłam pasujący do mojego 465 jaśniejszy 461, no i wiadomo, musiałam kupić paletkę.
35 zł.

Potem, upadłszy na głowę, polazłam do Biedronki na Dolnej, gdzie zawsze, ale to zawsze kłębią się straszne tłumy, nabyłam kilka zbędnych w sumie i mogących poczekać do wtorku produktów spożywczych, no i kolejki do wszystkich kas były takie, że spóźniłam się na skoki.

A teraz leżę i debatuję, czy maszynę do nagazowywania wody kupić już teraz, czy poczekać do wypłaty, żebym myślała, że mniej wydałam.
 

indira
 
Indira: Kupioną niedawno matową szminkę w płynie Catrice oddałam mojej siostrze, która wygląda w niej jeszcze lepiej niż ja, a w zamian kupiłam sobie bordową - 13 zł. Noszenie jej wymaga jednak pełnego makijażu, noszona saute wygląda cokolwiek przesadnie.

Polazłam do Rossmanna z nadzieją na jakieś sensowne kolczyki w promocji, no i kupiłam pięć par takich samych, tylko z różnymi kolorami kryształków. 24 zł.

Przyszły też dwie pary spodni z allegro. Letnie kuloty są kapkę za duże, ale to sobie zrobię zaszewki, a dżinsy są za szerokie w pasie, a za wąskie w łydce, więc zwracam.

W TK Maxx mama kupiła mi elegancką srebrną bluzkę, która doskonale nada się na studniówkę. 59 zł z 290 zł.

W Reserved za 9.99 zł nabyłam trzypak skarpetek, które na długość może i są dobre, ale nigdy się o tym nie przekonam, bo w gumce są za wąskie i nie przechodzą mi przez podbicie.

W CCC przymierzyłam buty, czarne, sportowe w stylu, na niewielkiej, ukrytej koturnie, no i jednak jest różnica między butami za 80 zł a 380 zł.
  • awatar Mothylarnia: A eyeliner+szminka, ewentualnie tusz do rzęs? Klasyczny minimalizm
  • awatar Indira: @Mothylarnia: No, to moja wersja full makeup :D
  • awatar Mothylarnia: @Indira: mój najskąpszy minimalizm (tzw. "jak zaśpię") nawet nie zakłada kreski, za to musi być jakiś lekki podkład albo krem do ryjka.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

indira
 
Indira: Kupiłam też bazę Lovely, dwa tusze Eveline, dwa cienie Inglot - przepiękny taupe z drobinkami i totalnie skrzące złoto, chociaż w świetle przy stoisku wyglądało na beż, tonik i odżywkę do włosów z Ziai.

A przed chwilą na publio osiem książek za 9.99 za sztukę.

Dawno tyle pieniędzy nie wydałam.
 

indira
 
Indira: No więc moja siostra pokazała mi dziś swoje zasoby makijażowe. Spróbowałam kilku eyelinerów, gdy wtem! mazak Eveline zaskoczył i zrobiłam dokładnie taką kreskę o jaką mi chodzi.
Jutro idziemy kupić.
  • awatar Szkotka: Mogę info jaki to konkretny eyeliner?
  • awatar Indira: @Szkotka: Eveline art eyeliner? Cały czarny, tylko z napisem.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Kategorie blogów