Wpisy oznaczone tagiem "bogowie" (65)  

czytajnas
 
Magazyn o tematyce historycznej. W każdym numerze prezentowane są ciekawe wydarzenia i postaci historyczne. Wśród autorów tytułu znalazły się takie nazwiska jak: Bogusław Wołoszański, Tomasz Łubieński, Antony Beevor, Timothy Snyder, Simon Sebag Montefiore oraz dziennikarze tygodnika Newsweek Polska.


Najnowsze e-wydanie:
www.nexto.pl/(…)newsweek_polska_historia_p36276.xml…

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Więcej gazet i czasopism znajdziesz tutaj:
masz24.pl/gazety-i-czasopisma-cyfrowe-wydania.html
--------------------------------------------------------------------------------------------------
 

minirecenzje
 
Oparta na faktach opowieść o kardiologu Zbigniewie Relidze, jego walce o klinikę i życia ludzkie. Film bardzo dobry, niemniej tradycyjnie, jak to w nowym polskim filmie, słaby dźwięk – często trzeba mocno się skupiać, by zrozumieć, co mówią bohaterowie. W roli głównej Tomasz Kot.

Ocena: 8/10.
 

seiti1008
 
Nie umiem napisać tego lepiej.

Młode serca wplątane w wir przeznaczenia

Ciemność i wilgoć pomieszana z odorem zakrzepłej krwi, rozchodziły się w krętych korytarzach podziemi. Ruch i nikłe światło pochodni w jednej z cel zaburzały posępny obraz lochów, a może i uwypuklały jego mrok?
Energiczne szorowanie przerywało bezgłos. Czasem, gdy tarcie ustawało, słychać było urywany oddech i krople wody uderzające o kamienną posadzkę. Blada łuna światła padała na zmęczoną twarz kobiety. Na niegdyś pięknych licach malowały się oznaki czasu i niedożywienia. Chude, żylaste dłonie drżały, trzymając namydloną szczotkę. Po skroniach spływał pot, a spierzchnięte, rozchylone wargi łapczywie łapały powietrze. Nogi z trudem wytrzymywały przycup. Wychudzoną ręką otarła czoło. Mętnym spojrzeniem przejechała po podłodze. Rozlana krew skrzepła, a mimo to pachniała kusząco. Przygryzła wargę, a cienka skóra pękła od naporu wysuniętego kła. Szybko oblizała kropelkę własnej posoki. Słodki smak podrażnił tylko jej kubki smakowe. Poczuła ssący głód. Kiedy ostatni raz jadła? To było tydzień temu, a może dwa? Nie pamiętała. Świat wirował, a w głowie miała tylko myśl, aby się posilić. Uklękła i z wahaniem przybliżyła swą twarz do chłodnej posadzki. Krew pachniała smakowicie. Wysunęła język, by po chwili unieść głowę. Zacisnęła dłonie w pięści. Jej usta drżały. Resztki jej dumy szeptały „to upokarzające”, ale głód był silniejszy. Raptownie nachyliła się nad czerwoną kałużą. Zlizała gęstą ciecz. Przymknęła oczy, rozkoszując się skradzionym łykiem. Krew była nadpsuta, ale smak przestał się liczyć. Nie mogła wybrzydzać.
Zachłannie zanurzyła usta i siorpała krew, którą miała zmyć. Szybko poczuła nasycenie. Jej skurczony żołądek nie mógł przyjąć zbyt wiele. Wyprostowała się, zakrywając usta dłonią. Mokrymi oczami wpatrywała się w czerwień przed sobą. Ponownie sięgnęła dna.
- Dostojna bogini żywiąca się odpadkami. – podskoczyła, gdy usłyszała chropowaty i kpiący głos. Serce jej załomotało. Nakrył ją. Bała się spojrzeć na mężczyznę patrzącego na nią z góry. Skuliła się, oczekując kary.
Odgłos kroków pogłębiał jej lęk. Trzęsła się jak osika, kiedy zatrzymał się przy niej.
- Naprawdę, co mój syn sobie myśli. Co poczniemy bez twych usług, gdy zdechniesz z głodu? Znaj mą łaskę, w końcu należy ci się zapłata za sprowadzenie do nas tak użytecznej broni. Nie obchodzi mnie jak posprzątasz lochy, możesz je nawet wylizać jak teraz. Po prostu mają się błyszczeć. Wiesz, że nie znoszę brudu.
- T-Tak, miłościwy panie. – pokłoniła się, nie ośmielając zerknąć w jego stronę.
- Zaczęło się. Jeśli się spisze, może nawet zacznę cię traktować jak żywą istotę. Ba, jeśli nasz plan się powiedzie, zmienię swój stosunek do ciebie i będziesz nawet moją synową. – zaśmiał się.
- Nie jestem godna takiej łaski. – odrzekła, trwając w służalczym pokłonie.
Przeklinała dzień, w którym przyprowadziła do zamku niewinnego chłopca. Chciała mu pomóc, wyrwać ze szponów depresji, a sprowadziła na niego nieszczęście. Nie mogła wyrzucić z pamięci tortur, jakim poddawała go panienka. Obrazy jego cierpienia wżarły się w najgłębsze zakamarki jej umysłu. Była zbyt słaba, by mu pomóc. A pokrótce jego oczy straciły blask. Z obojętnością znosił wszystko, czego doświadczał. Tylko chęć zemsty budziła w jego oczach ogień nienawiści, który starzec obok niej podsycał umiejętnie. Nienawidziła ich, nienawidziła siebie. Często uważała, że zasłużyła sobie na swój los, bo zniszczyła beztroski uśmiech dziecka.
Zapiekły ją oczy. Wzięła wdech i mocno zamknęła powieki.
- Dokończę czyszczenie. Panicz Nova chciał się posilić. – odparła i na czterech minęła starego boga, który zaśmiał się gromko, a potem znikł z kolejnym przesunięciem się wskazówki zegara.
Kobieta wróciła do sprzątania szarych kamieni, które przyjęły w swym istnieniu morze szkarłatu. Pucołowata gładką powierzchnię, szlochając. Łzy zmieszały się z krwią.

Szum wiatru grał swą pradawną pieśń, muskając delikatnie drobne listki; tańczył w złotych, kręconych puklach. Płatki poderwanego do lotu kwiecia towarzyszyły mu w balecie i odbijały się w iskrzących się oczętach dziewczęcia. Azuma z zapartym tchem oglądała spektakl przyrody. Śpiew drzew, który był możliwy dzięki wiatrowi, łączył się z świergotem ptaków i tworzył przecudną operę. Stała oczarowana z zadartą ku niebu głową. Chwila błahej codzienności, wyryła się w jej pamięci, tworząc piękne wspomnienie.
Lykku oparł się o drzewo i ze skrzyżowanymi rękoma, przyglądał się swojej młodszej siostrze. Była jak nimfa z bajek – mistyczna, piękna i wpisana w krajobraz urodziwej przyrody. Patrząc na nią w tamtej chwili, nie pomyślałby, że w jej żyłach płynie krew demona. Była wnuczką Natury i to widział przed sobą.
Otulił ją czułym spojrzeniem, a jego usta ułożyły się w tkliwym uśmiechu.
- Jestem w szoku. – usłyszał – Jesteś zdolny do takiego wyrazu twarzy. Toć to niemożliwe. Czy jestem właśnie świadkiem cudu? – padły drwiące słowa.
Skrzywił się i obrzucił intruza nieprzychylnym spojrzeniem.
- Czy wujek uczy cię nie tylko walki, ale i ostrzy twój język? – spytał, łypiąc na dziewczynkę przystającą przy nim.
Elayaa uśmiechnęła się chytrze.
- Jestem córką swoich rodziców! – rzuciła dumnie, wypinając pierś.
- W to nie wątpię. – prychnął – Choć do legendarnych ripost twej matki jeszcze daleka droga.
- Poczekaj kilka lat, zgniotę cię, miłościwy panie. – machnęła ręką, kłaniając się.
Zaśmiał się, przenosząc wzrok na siostrę, która z zamkniętymi oczami dotrzymywała kroku niewidzialnemu partnerowi.
- Jest taka urocza! – zapiała Eli. – Chce się ją schrupać.
- To moja siostra, znajdź sobie własną. – syknął zazdrosny i posłał kuzynce zaborcze spojrzenie.
- Sknera. Nie mam rodzeństwa, podziel się nią. – nadęła się.
- To moje maleń… - urwał i przeniósł wzrok w kierunku Azumy.
Śpiew ptaków przerodził się w przestraszony pisk, a szum wiatru zakłócił łopot ich skrzydeł. Poderwane do lotu ptactwo przysłoniło czyste niebo. Krucha dziewczynka zamarła od naporu przeszywającego spojrzenia. Jej serce wybiło niespokojny rytm, który doszedł do uszu jej brata. Lykku zmarszczył groźnie brwi. Jeden fałszywy ruch młodzieńca przed nimi, a miał zamiar doskoczyć mu do gardła. Źle mu z oczu patrzył. W złotych źrenicach czaiło się coś niedobrego, a jego aura nasączona była niegodziwymi zamiarami.
Ciało Elayii spięło się; nogi lekko ugięły się, a korpus pochylił do przodu – była gotowa do ataku.
- Jego energia… - zaczęła powoli, nie spuszczając jasnowłosego z oczu – czuję w niej chęć mordu, okrucieństwo… zło.- szepnęła.
Młody panicz uważnie wysłuchał jej spostrzeżeń. Czuł to samo. Przygryzł wargę, podejmując decyzję. Znikł, a Eli z przerażeniem zerknęła na miejsce, w którym stał jeszcze przed momentem. Przeniosła oczy na Azumę, przed którą pojawił się syn Latisa. Zasłonił ją, stając między nią a Blanem. Przełknęła ślinę i z walącym sercem przyglądała się rozwojowi sytuacji.
Młody bóg dzielnie stawił czoła zimnemu wzrokowi nastoletniego chłopaka.
- Panie, przestraszyłeś mą siostrę. Proszę, nie rób tak więcej. Moja siostrzyczka jest delikatną istotką, która może przestraszyć się tak nagłym pojawieniem się i – zamilkł na chwilę i zmrużył oczy – wgapianiem się w nią tak okropnym spojrzeniem.
- Och, mam okropne spojrzenie? – zachichotał, nachylając się nad Lykku. – Mam nie tylko okropne spojrzenie, ale i duszę. – wyszczerzył kły.
Po kręgosłupie dziecka Śmierci przebiegł impuls, który powalił go na ziemię. Upadł na kolana. Z przerażeniem odkrył, że nie mógł się ruszyć. Widział jak ręce Blana sięgają jego siostry.
- Nie… - poczuł rosnącą rozpacz.
Kątem oka dostrzegł ruch za sobą. Powietrze pękło, a z pęknięcia wyskoczyła Eli, kopiąc nastolatka w twarz. Głowa Blana odskoczyła w bok, a w jego oczach wymalowała się furia.
- Zapomniałem o tej irytującej umiejętności. – warknął, odwracając się ku rozeźlonej dziewczynce.
Córa Asaylena klasnęła w dłonie, prostując się, a następnie kucnęła i dotknęła ziemi. Z gleby uformowały się grudki, których części połączyły się i stworzyły kamienne pociski. Ściana z kulek ziemi runęła na Blana. On jednak zaśmiał się głośno i wyciągniętą dłonią zatrzymał kamienną lawinę.
- Zbyt mała siła bojowa. – ryknął. – Może nie wiesz, ale w naturze mam władanie ziemią! – zamachnął się, a wokół jego ręki zatańczyły ziarenka piasku, który ruszył na zaskoczoną Elayeę.
Dziewczynka szybko pojęła, że ćwiczenia to nie to samo, co prawdziwa walka. Tu nikt się nie wstrzymywał i atakował, żeby zabić. I ona musiała walczyć z takim zamysłem.
Uskoczyła, unikając rzeki piachu, która uderzyła o podłoże. Będąc w locie, zerknęła na Azumę, która zdążyła skryć się za drzewem. Odetchnęła z ulgą. Przez chwilę zapomniała o kuzynce. Zrugała się w myśli za swoją bezmyślność. Musiała odciągnąć go od niej. Przywołała wyrwę, która pojawiła się natychmiastowo. Zanurzyła się w palecie przenikających się kolorów, lecz nim niecodzienne przejście się domknęło, poczuła jak coś owija się wokół jej szyi. Dotknęła chłodnego metalu i obróciła się za siebie. Silne szarpnięcie wyrwało ją z bezpiecznego pęknięcia w przestrzeni. Plecami upadła na piasek. Była w niemałych tarapatach. Nim do głowy przyszedł jej jakiekolwiek pomysł, ziarenka piachu przybrały kształt ostrzy i przebiły jej młode ciało. Łańcuch splótł ją, uniemożliwiając choćby kiwnięcie palcem.  Zawyła z bólu, patrząc na mozolnie przesuwające się chmury, które w milczeniu przypatrywały się rozgrywającej się tragedii. Na niebiosach panował spokój.
- „Zestawienie dwóch chwil…” – pomyślała.
Dałaby dużo, żeby w tamtej chwili móc być niewielkim obłoczkiem na niebie. Zderzyła się z rzeczywistością szybciej, niżby chciała. Nie była przygotowana na bój o życie, nie tylko swoje. Prawdziwa walka była gorsza od koszmaru. Jej krew wsiąkała w złoty piasek, barwiąc go na czerwono. Do jej oszołomionego umysłu dotarł przeraźliwy krzyk jej kuzyna. Nadziana na piaskowe włócznie, odwróciła głowę. Jej nadzieja umarła. W jej kierunku zmierzały dziwne błotne kulki. Nie wiedziała, co potrafią, ale jej instynkt wył. Śmierć uśmiechnęła się do niej zalotnie.
Zamglonymi oczami spojrzała na Lykku bladego jak ściana. Wydawało jej się, że nawet osiwiał z przestrachu. Zamrugała, a łzy spłynęły po jej policzku. Czuła na sobie oddech niebytu. Przeniosła wzrok na błoto, które było już tuż tuż. Nie rozumiała, czemu czas zwalniał i widziała wszystko w zwolnionym tempie, ale w ułamku tej sekundy, dostrzegła jak błoto staje się bryłą lodu i spada z hukiem na ziemię. Zdumiona patrzyła jak kolejne kule zmieniają się w bezużyteczny lód. Zamrugała z niedowierzania. Dopiero powiew chłodu ją otrzeźwił. Powoli skierowała wzrok ku wstającemu młodziutkiemu bogowi. Oniemiała.
Czarne pasma stały się białe jak śnieg, a jego skóra niemal przezroczysta.
- Zabiję cię!!! – Lykku wrzasną targany furią – Nie daruję ci tego, co zrobiłeś Eli!!
- Dorosłe słowa z ust dziecka. – odparł kpiąco Blan.
Uważnie przyglądał się ciału chłopaka. Jego technika została wyparta przez niesamowity chłód. Szybko zorientował się, że jakiekolwiek bezpośrednie starcie z chłopakiem z rodu Śmierci przypłaci odmrożeniem, a być może i zamrożeniem na wieki. Musiał zabić go na dystans. Cmoknął niezadowolony. Miał coraz mniej czasu.
- „Niebawem potworki zorientują się, że ustawiłem barierę. Być może poczują energię tych młokosów. Oby Cesarzowa nie wróciła. Pozostaje mi wyprowadzić chłopaczka z równowagi. Z umysłem zamroczonym gniewem nie będzie myślał logicznie.” – uśmiechnął się.
Piach zawirował tworząc miecz, który zawisł w powietrzu nad Eli. Inne skierowały swe ostrza ku Lykku.
- Zobaczymy, na jakim jesteś poziomie. – odparł, uwalniając broń.
Wszystkie miecze runęły zmrożone, a syn Latisa znikł niczym śnieg w promieniach słońca.
Piaskowe włócznie i łańcuch roztrzaskały się od powiewu zera absolutnego. Eli poczuła przeszywające zimno w swoich ranach. Niepodtrzymywana, runęła prosto w ramiona młodego boga. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w jego stężałe rysy. Powinna być bryłką lodu w momencie, gdy ją dotknął, ale nie była. Czuła ciepło jego rąk. Zdawała sobie sprawę, jak wielki był to wysiłek dla niego, żeby jej nie zamrozić.
- Lykku… - szepnęła.
- Nie pozwolę by zranił cię bardziej. – syknął. – Wybacz, że pozwoliłem, abyś cierpiała. – rzucił, nie patrząc na nią. Łypał spode łba na zadowolonego z siebie Blana. Coś czaiło się za tym pewnym siebie uśmieszkiem.
- Brawo, masz jedną, ale zapomnieliście o niej. – wskazał w kierunku Azumy.
Oboje przenieśli szybko wzrok na małą dziewczynkę. Wokół niej tańczyły błotne kulki. Lykku wyszczerzył kły. Szybko postawił Eli na ziemi i nakazał jej postawić barierę, a sam rzucił się siostrze na ratunek. Zrozpaczony, nie zauważył jak dosięgnął go łańcuch. Poczuł tylko mocny uścisk na nadgarstku i wyparowującą z niego energię. Obrzucił metal zaskoczonym spojrzeniem. Jego włosy wróciły do kruczoczarnej barwy, a na policzki wróciły rumieńce.
- Nie…
Zwątpienie zagościło w jego sercu. Spojrzał na dygoczącą Azumę, która z przerażenia nie śmiała pisnąć półsłówka. Patrzyła tylko błagalnie na niego. Widział jedynie jej wzrok w tumanach kurzu, gdy błotne kulki wybuchły i poderwały w powietrze glebę i piach. Stał i patrzył bezradnie na swoją małą siostrę, dopóki maziowata kula nie dotknęła jego brzucha. Plazma wżarła się w jego trzewia, lecz nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nawet upadając, patrzył na Azumę bezgłośnie zalewającą się łzami.
Nim upadł na ziemię, przez jego umysł przeleciało milion myśli. Mógł inaczej to rozegrać, być może by się udało. A może walka ze starszym bogiem z góry była skazana na fiasko? Może, gdyby była tu Nishi… może, gdyby bardziej skupił się na Azumie… może, gdyby miał doświadczenie, nie popełniłby tak kardynalnego błędu… Gdyby. Pozostało mu odgrywanie w wyobraźni innych scenariuszów przebiegu walki i żal do samego siebie. Obraz blond loczków rozmywał się, a on tracił przytomność. Koszmary zachichotały sadystycznie.
Elayaa przeklinała paraliżujący ból. Nie dała rady nawet utrzymać bariery. Była zbyt słaba, żeby użyć czegokolwiek. Jej kuzyn stracił przytomność, a Blan chwycił struchlałą Azumę.
- „Czemu ona, po co mu Azuma…?” – przemknęło jej przez myśl, ale powód nie by ważny. Najważniejsze było powstrzymanie Blana de Shiro.
Musiała coś zrobić. Wykonała Herkulesowy wysiłek, aby zgromadzić ostałe się jej siły i zmusić się do wstania. Świat wirował jej przed oczami. Krok przyszedł dziewczynce z wielkim trudem. Wyciągnęła drżącą dłoń, ale postać chłopaka była zamazana. Potrząsnęła głową i próbowała wymierzyć w swój cel. Chciała postawić wszystko na jedną kartę. Drżała, ledwo stojąc, tylko w jej oczach odbijała się determinacja. Jeden strzał, nie pragnęła niczego więcej. Zebrała energię na czubkach palców, którą zamierzała zebrać w jeden pocisk. Zacisnęła dłoń, którą spowiła czarna aura. Wyszczerzyła ząbki, chcąc posłać cały swój gniew ku Blanowi, lecz atak wyparował na jej oczach. Zdruzgotana, pozbawiona wszelkiej nadziei, wgapiała się w swoje trzęsące się palce.
- Leżeć, bachorze. – usłyszała nim poczuła zimne ostrze miecza. Spojrzała na swoją klatkę piersiową. Wystawał z niej fragment zakrwawionego stychu. Zakasłała, krztusząc się swoją krwią. – Czemu się bawisz z tymi gnojkami? – kobiecy głos zwrócił się do Blana.
- Nie możesz ich zabić, bo to momentalnie przywoła Cesarzową. – upomniał swoją znajomą.
To były ostatnie słowa, jakie Eli usłyszała. Jej oczy zamknęły się powoli, a jej oprawca wysunął z niej swój miecz. Upadła na zbrukaną krwią ziemie.

Metaliczna woń splugawionej krwi niosła się wraz z wiatrem. Uderzyła w Nishi ze zdwojoną siłą. Dziewczynka zatrzymała się raptownie, gdy tylko roztrzaskała barierę, którą ktoś odważył się postawić na terenie Internatu. Zapach, indywidualny dla każdego, zmroził drobne ciałko bogini. Utkwiła wzrokiem gdzieś przed sobą.
- Nishi? – zatroskany Reyon pomachał ręką jej przed twarzą. – Hej! – czuł rosnące zaniepokojenie. Dusząca woń krwi i zachowanie jego narzeczonej sugerowało, że wydarzył się kolejny dramat. Upewnił się w owym przekonaniu, kiedy tęczówki dziewczynki zmieniły się we wspomnienie przeszłości.
- „Czemu…?” Zgniotę go!!!- warknęła, obnażając kły. – Udekoruję jego flakami choinkę!!!
- Nishi! – chłopak złapał ją za rękę. – Nie… - urwał, gdy łypnęła na niego srogo. Przeszły go ciarki i puścił jej nadgarstek. To był pierwszy raz, gdy widział ją naprawdę wściekłą. Myślał, że doświadczył jej gniewu wcześniej, ale tamte oczy były niewinne. Obecne znały smak mordu. Drapieżnik ruszył na polowanie. Patrzył jak jej plecy znikają mu z oczu. Stał tak dłuższą chwilę, walcząc ze swoimi odczuciami. Uśmiech wypełzł na jego usta. Jego mała Nishi była coraz piękniejsza. Zachichotał i znikł z podmuchem wiatru.
Aicsha przymknęła okiennice. Zatrzymała dłoń na klamce i zasępiła się. Kai wyparował; nie czuła jego obecności w Cesarstwie. Zastanawiała się, co mu wpadło do głowy. Rozważała, czy słusznie postąpiła wspominając mu o Kaydii. Ponoć odesłał ją do domu. Bała się jego sprawiedliwości, choć sama chciała rozszarpać ją na strzępy. Kai nie mógł ponownie zanurzyć się w ciemności; nie mógł zmarnować wysiłku YuLee. Westchnęła i spojrzała na chmury, które przypominały rozbrykane owieczki. Nagle zrobiło się jej niedobrze. Zakryła usta dłonią i zgięła się wpół. Znała ten zapach – krew jej bliskich wymieszana z JEGO wonią. Kły wysunęły się jej spod warg mimowolnie.
- Coś ty odpierdolił.- syknęła, otwierając okno na oścież. Dotknęła dłonią parapetu i odbiła się od podłogi, wyskakując.
Stopy Arcyksiężniczki ledwo muskały ziemię, gdy gnała, co tchu w płucach. W powietrzu czuć było pozostałości zmieszanej energii i woń posoki. Ścisnęło ją w dołku. Przyspieszyła.
Jej nogi zwolniły i zatrzymała się, wodząc zszokowanymi oczami po zastałym krajobrazie. Kałuże z krwi lśniły w słońcu, zupełnie jak jezioro w oddali. Ciała jej bliskich leżały w bezruchu, poddając się blaskowi z rąk Reyona.
- Co tu się stało?! – ryknęła, podbiegając do chłopaka.
- Nie wiem, ale Nishi…
Zbladła. Przesunęła wzrokiem po nieprzytomnej buźce Eli, na której malował się spokój. Rany się zamykały. Zatrzymała spojrzenie na skrzywionych rysach Lykku. Cierpiał. Oddech Ai przyspieszył, zalała ją panika.
- Co z moją siostrą?! – doskoczyła do Reyona i złapała go za poły mundurka.
- Pobiegła za nim. On… - urwał, biorąc wdech – prawdopodobnie zabrał Azumę. Nishi poczuła jej zapach i ruszyła bez namysłu. Nie dała się powstrzymać…
Puściła go i zerknęła w kierunku, w którym wibrowała aura jej małej siostrzyczki. Zaklęła siarczyście. Zaskoczony chłopiec popatrzył na przyszłą władczynię, ale nic nie powiedział. Dziewczyna spojrzała w niebo i zagwizdała. Z niebios sfrunął orzeł i wylądował jej na ramieniu.
- Natychmiast powiadom medyka. – poleciła, a ptak załomotał skrzydłami i wzbił się ku firmamentowi. – Zajmij się nimi do tego czasu, proszę.
- Oczywiście. – Reyon kiwnął głową i przywołał skrytą moc. – Uważaj, Arcyksiężniczko. Coś tu jest nie tak.
- Owszem. – rzuciła przez ramię. – „Blan… mieli racje, co do ciebie. Szkoda, lubiłam cię.”
  • awatar Lisa Angels: ... jak mogłaś! ;( Azuma, Lykku, Eli! Mam nadzieję, że przyszykowała dla Blana wyjątkowe tortury. Już nie mogę się doczekać, aż dorwie go Ai i Nichi! Buhahahah!
  • awatar Lisa Angels: *Nishi
  • awatar Kate - Writes: Ale dlaczego?! Żądam innego obrotu spraw!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

seiti1008
 
Po zawirowaniach mojej weny, jakoś wyskrobałam kolejny rozdział. Cudem, bo wena nie współpracuje.

Zgliszcza duszy

Na czarnej toni nieba skrzyły się osamotnione gwiazdy. Ich władca był nieobecny i nie wskazywał drogi wędrowcom i zagubionym duszom. Noc była ciemniejsza niż zwykle, idealna dla podłych spisków zła.
W półmroku komnaty ledwo było widać zarys mebli, jedynie pokaźne łoże było oświetlone słabym światłem świec ustawionych w kręgu. Ogarki wytężały swe siły, aby zajaśnieć pośród mroku. Ich ciepły blask padał na dwie sylwetki w erotycznym uścisku. Mięśnie naprężały się i rozluźniały, ciała wiły się w bordowej pościeli. Poduszka spadła na dywan z wilczej skóry, tuż przy poskakujących świecach, lecz upojone swym magnetyzmem osoby, zdawały się tego nie zauważyć.
Chłopak błądził szaleńczo językiem po gładkiej skórze dziewczyny. Zatrzymał się na stojącym sutku i przygryzł go delikatnie. Językiem robił mokre kółeczka i ssał naprzemiennie. Niewiasta odchyliła głowę i wsunęła dłonie w jego długie pasma. Wilgotnymi wargami dosięgnął zagłębienia jej szyi, które parokrotnie pocałował, a po chwili wysunął kły i wgryzł się w nie. Jęknęła przeciągle i przywarła mocniej do jego twardego ciała. Krew była gorzka, a jej posmak długo zostawał na języku. Nie była słodyczą, do której przywykł pijąc posokę Arcyksiężniczki. Rozpieściła go swym delikatnym smakiem i teraz miał problem z przełknięciem cierpkiej krwi swojej kochanki. Oderwał się od dziewoi i otarł usta. Nie był to najpyszniejszy posiłek w jego życiu. Uśmiechnął się prowokacyjnie i wpił w rozchylone wargi niewiasty pod sobą. Całował ją zachłannie, bawił się jej językiem domagającym się pieszczot. Spragniony kobiecych wdzięków, posiadł ją jednym pchnięciem. Zawyła z rozkoszy, drapiąc jego plecy i robiąc na nich krwisty ślad. Jego biodra poruszały się rytmicznie, zbliżając ich do obopólnego spełnienia. Jego penis zadrżał i uwolnił mleczny i gęsty płyn. Dziewczyna poczuła ciepło rozchodzące się w podbrzuszu. Wygięła się, krzycząc jego imię.
- Blan!! – opadła na zmiętolone prześcieradło. – Tęskniłam. – szepnęła z uwodzicielskim uśmiechem i przejechała palcem po jego dolnej wardze. – Jak pomyślę, że robiłeś to z córką Cesarzowej, to gniecie mnie tutaj. – wskazała kciukiem swoją pierś.
- Zazdrość nie pasuje do ciebie. – odparł, kładąc się obok niej.
- Czemu? Zawsze byłam zazdrosna o ciebie, jesteś moim ulubieńcem. – oblizała się, wodząc pożądliwie po jego nagim torsie.
- Którą kreseczką jestem dzisiaj? – zapytał chłodno.
- Masz mnie za taką rozpustnicę?! – obruszyła się. – Jesteś drugi. – dodała ciszej.
- Heh. – parsknął.
- Dobrze wiesz, że po przebudzeniu jestem zbyt… - urwała, przywołując na usta swawolny grymas – mokra. – dokończyła i położyła mu głowę na brzuchu. Palcem zakreślała serduszka na jego piersi.
Blan w milczeniu przyglądał się jej szarym oczom, w których czaiło się obłąkanie.
- Kiedy skończysz swoją misję? – spytała w końcu. – Chcę cię mieć wyłącznie dla siebie.
- Powoli do przodu, panienko. – odparł sucho. – Małymi kroczkami zbliżam się do celu. – jego oczy ściemniały.
- Zabiłeś zwykłą dziewuchę, zabiłeś półboga, czy to nie kolej na NIĄ. – uśmiechnęła się od ucha do ucha, majtając radośnie nogami.
- T-Tak. – rzucił niepewnie. – Czas na Aicshę.
Pisnęła ze szczęścia.
- Tylko pamiętaj, że musisz najpierw napić się krwi kogoś z genami śmierci. Och, napij się jej, to ją dodatkowo osłabi. – klasnęła entuzjastycznie w dłonie.
- Nie, pani. Ai mnie unika od dłuższego czasu. Nie mam sposobności by sięgnąć po jej krew. – wyjaśnił, a dziewczyna wydęła usta w niezadowoleniu.
- Więc musisz wgryźć się w szyjkę jej siostruni. – oznajmiła.
Blan wzdrygnął się i skrzywił.
- To raczej niemożliwe… - odparł, czując ciarki na plecach.
- Chyba nie boisz się niespełna dziesięcioletniej dziewuszki? – zamrugała.
- To nie jest zwyczaje dziewczę. Zabiłaby mnie bez mrugnięcia, jeśli poczułaby się zagrożona z mojej strony. Nishi odpada. – rzucił stanowczo.
- Więc…?
- Ród z krwią Śmierci to nie tylko dzieciaki Cesarzowej. – uśmiechnął się chytrze, a dziewczyna zaśmiała się gardłowo.
- Mój kochany Blan. – nachyliła się nad nim i cmoknęła go w usta.
- Lavinne. – zmysłowo szepnął jej imię.

Przyjemne ciepło w sercu przepadło; szeroki uśmiech szczęścia przepadł; miłość przepadała. Kimże był bez YuLee? Dawnym sobą. Zimnym i bez serca wojownikiem, skrytym za murem wokół swojej duszy. Obwarowanie powstało dość szybko. Od nowin Ai, cegiełka do cegiełki i odnowił barierę wokół siebie.
Kai szedł żwawo, a za nim ciągnął się skrzący podmuch. Jego sylwetka emanowała wyładowaniami elektrycznymi, nad którymi ledwo panował. Zatrzymał się przed drzwiami do szpitala. Przymknął oczy i wziął kilka głębokich wdechów. Spokój, tak bardzo chciał go zachować. Nie, musiał go zachować. Obiecał coś Cesarzowej i miał zamiar dotrzymać słowa.
Żadnych kłopotów w Akademii – z tą myślą, sięgnął po klamkę.
Od silnego naporu klamka odskoczyła, a ciężkie skrzydło uchyliło się. Kaydia obróciła głowę i przywołała na swej twarzy tragiczny grymas. Po mistrzostwu odgrywała rolę pokrzywdzonego biedactwa. Gdyby nie przejrzał na oczy, mógłby jej uwierzyć. Od kiedy mamiła go tą znakomitą grą aktorską, której nie powstydziłby się zdobywca Oskara? Iloma kłamstwami go uraczyła i kim była naprawdę dziewczyna wijąca się w szpitalnym łóżku? Zapewne pytania te pozostaną bez odpowiedzi.
Kącik jego ust uniósł się lekko i nadał jego rysom kpiący wyraz. Nim ruszył w jej stronę, prychnął pogardliwie i włożył kamienną maskę. Zaciskając pięści, podszedł do kuzynki.
- Kai – zawyła rozpaczliwie, wyciągając ostałą się dłoń ku niemu. Stanął przed nią, ignorując ją. Taksował ją lodowato. – zobacz, co mi zrobiła! – rozpłakała się. – Jestem teraz wybrakowana!
- „Byłaś już wcześniej, brakowało ci serca.”- pomyślał gorzko.
Powoli przesunął wzrokiem po jej dygoczącej od udawanego szlochu sylwetce. Szkliste oczy wyczekiwały współczucia. Dolna warga drżała od złudnych emocji. Scena godna najwybitniejszego aktora, lecz on nie dał się więcej nabrać. To był koniec teatru Kaydii. Jedyne, co czuł do dziewczyny w szpitalnej pościeli była nienawiść. Nie czuł więzi rodzinnej, zobowiązania czy opiekuńczości; nie starał się jej zrozumieć. W jego duszy grała tylko czysta nienawiść. Odruchowo zacisnął szczęki. Toczyła się w nim burza, którą musiał powstrzymać. Nie mógł okazać swego gniewu. Nie teraz. Tylko myśl o rychłym jej ukaraniu, powstrzymała go przed skręceniem jej karku tu i teraz.
- Wracasz do domu. – oznajmił.
- Co?! – uniosła głowę i zdumiona zerknęła na niego. – Czemu…
Przerwał jej ruchem dłoni.
- Powiedziałem, że wracasz. Jeszcze dzisiaj. Szykuj się. Powóz będzie czekał przy bramie do królestwa. – rzucił, obracając się na pięcie.
- Czemu nie mogę wrócić przez przejście wprost do mojego pokoju?
- Bo zawirowania energii dalej trwają. Nasz dom jest zniszczony przez wojnę i niestabilny. – wycedził, nie spoglądając na nią. – Masz być gotowa za godzinę.
- Kai…! - krzyknęła za nim.
Gdy zniknął za drzwiami, uderzyła pięścią w pościel. Jej brwi zmarszczyły się gniewnie. Wymyślony przez nią scenariusz nie zakładał takiego zachowania. Miał ją przytulić, a ona miała zasiać w jego sercu niechęć do Aicshy. Cmoknęła niezadowolona. Co poszło nie tak? Wiedziała, że musi grać słodką, być może Kai jest tak wzburzony jej poturbowaniem, że nie mógł utrzymać złości na wodzy. Czyżby odsyłał ją, bo się o nią troszczy i nie chce by ponownie spotkała ją krzywda? Uczepiła się tej tezy.
Na jej usta wypełzł uśmiech zadowolenia. Jeśli będzie musiała, to rozegra to kartami, jakie dostała. Zsunęła nogi na podłogę i przeczesała włosy.
- Ach, panienko, powinnaś jeszcze leżeć. – zaoponował wchodzący Yo.
- Muszę się spakować, nie martw się, zajmą się mną moi osobiści medycy. Z pewnością zwrócą mi rękę. – odparła arogancko i skierowała się do wyjścia.
Yo odprowadził ją wzrokiem. Zdumiony wpatrywał się w plecy dziewczyny, która wyszła z jego laboratorium jak gdyby nigdy nic. Była w lepszej kondycji niż sądził. Choć jednego był pewny – przez ułamek sekundy widział w jej oczach przerażenie. Gdy się ocknęła i nie wiedziała gdzie się znajduje, była zmrożona strachem, a jej usta wymówiły tylko „Aicsha, nie.”
Wiercił jeszcze przez moment zatrzaśnięte drzwi. Przeszły go ciarki. Nowe pokolenie bogów było przytłaczająco niejednoznaczne. Jaką barwę nosiła ta dziewczyna? Miał przeczucie, że zbliżyła się niebezpiecznie do czerni.
Wzdrygnął się i sięgnął po jej kartę. Przejechał wzrokiem po literkach i szybkim ruchem wyrwał papier i zgniótł go.
- To już nie będzie potrzebne. – rzucił pomięty dokument do kosza.

Grube gałęzie drzew przysłaniały chmury pełzające po niebie. Rośliny powoli odzyskiwały swoje piękno, które odebrała im wojna. Deszcz zmył z ziemi krew poległych, ugasił hulający ogień i pchnął serca mieszkańców ku nowej nadziei. Przyszłość łagodziła ból przeszłości. Ziemie odżywały, a serca ludności powoli zapominali o cierpieniu, jakie niosły stoczone boje.
Kaydia wychyliła głowę za okno. Wzrokiem przeszukała konary drzew, z których dochodził świergot ptaków.
- Ptactwo wróciło. Królestwo się odradza. – szepnęła do siebie, a na jej ustach przebiegł nikły uśmiech, który szybko odszedł w zapomnienie. Jej usta nie wiedziały jak szczerze się uśmiechać. Zapomniały.
Kiedy straciła swoją niewinność? Chyba w momencie odkrycia swojego gorącego uczucia do kuzyna. Dziecinne zauroczenie przerodziło się bez jej zgody w miłość- ogień palący ją od środka; ogień, który zniszczył jej duszę. Z dawnej Kaydii pozostały tylko zgliszcza. Ten niszczący ogień miłości pchał ją do przekraczania granic. Nikt nie stanie jej na drodze do upragnionego szczęścia z Kai’em - YuLee, jej ojciec, Aicsha czy nawet sam Kai. Chłopak musiał tylko zrozumieć, że jej miłość do niego była niewyobrażalna i niezamknięta w ramki definicji.
Zacisnęła dłoń na drzwiczkach karety.
Jej ojciec. Pochłonięta zbliżaniem się do ukochanego, czy zadbała należycie o swojego ojczulka. Co jeśli ktoś udał się do ich rodzinnej rezydencji i odkrył prawdę? Pozbyła się stamtąd służby wmawiając innym, że takie jest życzenie podstarzałego boga, który ciężko znosił porażki. Oznajmiła, że jej zdołowany ojciec zachował jedynie zaufanego sługę i zabronił zbliżać się komukolwiek do swej posiadłości, nawet jej, ale czy to wystarczyło, żeby nikt nie zajrzał do członka rodziny królewskiej?
Szybko potrząsnęła głową.
- „Gdyby ktoś go odwiedził, Kai by o tym wiedział, a ja byłabym w ciemnej dupie.” – zastanawiała się, nerwowo przygryzając wargę. – „Muszę odegrać scenkę, która wyda śmierć tego głupca. Pojadę tam, dręczona myślą o jego stanie i wtedy zastanę skamieniałe zwłoki ojczulka. Popadnę w histerię i zamknę się w komnacie na trzy dni. Tak, trzy dni powinny być wystarczające. Odmówię wszelkich posiłków. Ach, dobrze, że krew mam schowaną w skrytce w barku. Jeszcze czego, miałabym głodować przez tego typa, który niechlubnie był moim rodzicem.” – prychnęła i wróciwszy do rzeczywistości, odkryła, że kareta zatrzymała się pośrodku lasu. – Czemu stoimy? – krzyknęła do woźnicy. Nie dostawszy odpowiedzi, wychyliła się. Powożącego nie było na swoim stanowisku. Jej serce załomotało. Czyżby zaatakowali ich rebelianci, którzy nie zgadzali się z zaręczynami? Była bogiem, jakże by śmieli. Z wymalowanym gniewem na buźce wysiadła z powozu. Zręcznie poradziła sobie z długą i falbaniastą suknią, która mogłaby być problemem przy schodkach do karety, lecz Kaydia poradziła sobie sprawnie i już po chwili jej pantofelki wbiły się w miękki mech.
- Całkiem nieźle sobie radzisz bez rączki. – usłyszała uszczypliwy komentarz.
Zmroziło ją. Powoli uniosła głowę i skierowała oczy ku pobliskiemu drzewu.
- K-Kai… - wydukała. Nic nie rozumiała. Rozpaczliwie szukała wyjaśnienia jego obecności tutaj, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
- Och, widząc po twojej minie nie masz bladego pojęcia, czemu cię zatrzymałem, a raczej zwabiłem. – jego głos był srogi i nieprzyjemny.
Cofnęła się, nie spuszczając z niego wzroku.
- Moja droga kuzyneczko, chcę wiedzieć jedno – jak zabiłaś YuLee? Jak jej dusza znalazła się w wisiorku?
Naszyjnik. Dotknęła swojej piersi. Wisiorka nie było na jej szyi. Czemu nie zauważyła jego zniknięcia? Jej plan miał skazę…
- O czym mówisz? Jaką duszę tego demona? – zaperzyła się. Musiała grać rozdanymi kartami. Miała wspólnika, a on był potrzebny jej do czarnej roboty i by mogła zwalić na niego winę. To był plan awaryjny. – Dostałam ten naszyjnik od Blana, tuż przed jego wyjazdem. – oznajmiła.
- Och. – Kai wymownie uniósł brew. – Blan. – szorstko wymówił jego imię.
- Tak, to było na pożegnanie. Prezent na zakończenie naszego… - spuściła wzrok – wiesz, że romansowaliśmy po tym jak mnie odtrąciłeś.
- Chyba znaczenie wcześniej. – syknął. – Niezłe musisz mieć libido, że zaspokajałaś nas obu.
- Kai! – obruszyła się jego sarkastycznym tonem. – Jak możesz tak do mnie mówić, to zniewaga!
- Twoje kłamstwa nie znieważały mnie? Ponoć mnie kochasz. – taksował ją zimno.
- Kocham!! – wrzasnęła panicznie. Nie miał prawa podważać jej uczuć, nie po tym, co zrobiła dla ich szczęścia. – Tyle… zrobiłam… a ty wątpisz w moje uczucie!
- Na przykład zabiłaś wujka? – spytał, wyszczerzając kły.
- Co… - grunt usuwał się jej spod nóg. – „Skąd wie?” – zadarła głowę i zdumiona wlepiała się w jego kamienną twarz. Jego rysy nie układały się w żadne odzwierciedlenie emocji. Był jak kamienny posąg, który chłodno patrzy na swoich obserwatorów. Przełknęła ślinę – to był Kai, jakiego znała z wojny. Chłopak bez duszy. Była w tarapatach. – O czym mówisz? Mój ojciec… nie żyje?! – musiała odegrać rolę zatroskanej córeczki dużo wcześniej. – O czym mówisz, Kai!?! – w jej oczach stanęły łzy.
- Doprawdy, jesteś niesamowicie uzdolniona. Minęłaś się z powołaniem.- zakpił – Wracam z waszej posiadłości. Wiesz, Ai napisała liścik i musiałem go dostarczyć twojemu ojcu, a tam klops. Staruch stał się kamieniem! – roześmiał się. – Zupełnie jak rzeźba!
- K-Kai… - przerażona jego chichotem, cofnęła się o kilka kroków, aż pod palcami wyczuła ścianę karety. Gorączkowo rozważała możliwe scenariusze i drogi ucieczki.
- Nieładnie Kaydia, nieładnie. Zamordować swojego ojca. – pogroził jej palcem. – Cóż, oszczędziłaś mi roboty. – zeskoczył z gałęzi i lekko wylądował przed nią.
Pisnęła z przestrachu i zamknęła na chwilę oczy. Zrobił dwa duże kroki i dzieliło go od niej kilkanaście centymetrów. Wyprostował się, górując nad nią. Czuła jego oddech; wyładowania elektryczne kąsały ją boleśnie, a oczy wwiercały się w nią powodując palpitacje.
- Zastanawiające. Nie posiadasz takich umiejętności. Jesteś wyśmienitą manipulatorką i aktorką, ale nie masz takiej siły bojowej. – przesunął analitycznie po jej postaci. – Więc to Blan zabił wuja. Interesujące. Czemu Cesarzowa nic nie czuła? – walnął pięścią w karetę, a ta odleciała na kilka metrów i uderzając w drzewa, rozsypała się jak domek z kart. Kaydia skuliła się i upadła na ziemię. – Czemu?! – ostrzej ponowił pytanie.
- Bo… bo Blan zamknął jego duszę w ciele, które zmieniło się w kamień nie do przeniknięcia! – wyjaśniła jednym tchem. – Dusza nie udała się do Nicości. Nie opuściła ciała, dlatego ród Śmierci nic nie wyczuł.
- Ou, kozackie. – oblizał usta.
- Ale… to prawda, że zabił go na moją prośbę, jednak… mój ojciec zabił dziadka!! – uniosła lekko zapłakaną twarz.
Chłopak pozostał niewzruszony. Nie obchodziło go, czy jej łzy są prawdziwe. Ona była winna śmierci Yu i nie da się omamić innej wersji.
- Jak zabił dziadka? – zapytał sucho.
- Specjalną mieszanką ziół. Najemnicy mu ją sprowadzili. Na czarnym rynku chodziła za bajeczną kwotę dwóch litrów boskiej krwi i miliona ghut. Ojciec bez mrugnięcia okiem zapłacił. W tym była i moja krew… - załkała, dociskając rękę do piersi. – Za moją krew zabił dziadka! – strużka słonych kropel ściekła jej po brodzie. – Zabił go, bo wyznaczył ciebie na króla. Mój ojciec uważał, że to ja powinnam zasiadać na tronie, ale nie zgodził się na nasze zaręczyny…
- Więc go zabiłaś.
- Wiesz ile lat nosiłam w sobie rosnący żal?! Wiedziałam, że to on zabił dziadka, ale nie mogłam nic zrobić… ta bezradność… - wybuchła szlochem.
- Wzruszające. – odparł lodowato przeszywając jej serce.
- Kai… - załkała żałośnie.
- Po trupach do celu, co? Zakończyłaś wojnę naszymi zaręczynami, powinienem być wdzięczny? Do tego wystarczyła śmierć wujka. Związałaś mnie swoimi żądzami. Zakułaś w kajdany! To jest miłość?! To chore! Miłość nie jest egoistyczna, idiotko! To, co czujesz to obsesja z niemożności dostania tego, czego chcesz! Nie ma nic wspólnego z uczuciem Yu!! – warknął.
- Yu, Yu, Yu!! A ja? Patrzyłam jak mi cię zabiera… - otarła mokre lica i hardo spojrzała na kuzyna. – Nienawidziłam jej, ale moje ręce są czyste.
- Owszem, bo za ciebie zabił ją twój kochanek!! – zaśmiał się głośno.
- Oszczerstwa! – trwała przy swoim.
- Blan nie miał powodu, żeby ją zabijać. To nie było jego widzimisię. Zabił ją, bo ty mu kazałaś.
- Mylisz się. Blanowi nie można od tak rozkazywać! – uniosła się jej pierś falowała niespokojnie, a usta wymawiały sekrety, które miały pozostać ukryte. Spadała w odmęty prawdy. Prawdy, która ją pochłaniała.
- Czyli on też miał z tego korzyści? – spytał sam siebie.
Kaydia zatkała sobie usta. Zamotała się i straciła swoją aktorską maskę. Pogubiła się od nagromadzonych emocji i nie miała pojęcia, którą ścieżką iść, aby się wywinąć z tej sytuacji. Zerknęła na potężnego boga. Stał w zamyśleniu, to była jej szansa. Poderwała się i ruszyła przed siebie. Wyciągnęła swą jedyną rękę i przywołała przejście. Jasne światło rozdarło powietrze. Była o krok od ucieczki, ale poczuła jego palce zaciskające się jej na głowie. Obrócił głowę dziewczyny w swoją stronę. Krzyk uwiązł Kaydii w gardle, a nogi ugięły i gdyby nie trzymał ją za głowę, upadłaby jak długa. Wpatrywała się w oczy czarne jak toń nocy; w tęczówki koloru krwi, którą na jej polecenie przelano. Łypały na nią oczyska starożytnych bogów.
- Zaskoczona? – zaszydził. – Wiesz, mam dług do spłacenia i polecenie do wykonania. „Żyj, Kai”, tak mi powiedziała. Miałem powstać i powstałem silniejszy. Zbliżyłem się do boga doskonałego, bo tak mogłem przetrwać. Niespodziewanie twój ojciec podarował mi morderczy trening, dzięki któremu sięgnąłem po odległe życzenie. – wyszczerzył się w krwiożerczym uśmiechu. – Masz ostatnią szansę na wyjaśnienie jak zginęła YuLee.
Zacisnęła nogi, czując ciepło spływające jej po udach. Rozpłakała się, nie mogąc nawet skryć czerwonych wypieków za murem z rąk.
- Nie wiem… naprawdę nie wiem… dostałam tylko ten wisiorek. Przyrzekam! Nie wiem, jak ją zabił… proszę, przestań już, proszę…
- Rozumiem, chyba poważnie nie wiesz. Zatem… - spojrzał w jej zapłakane i przestraszone oczy, w których zatliła się iskierka nadziei. -… żegnaj.
- Co… - wydukała, nim jego wzmożony uścisk zmiażdżył jej czaszkę. W ostatniej chwili pomyślała:
- „Kocham cię. Chciałabym cię nie kochać, bo to niewoliło i mnie. Miłość do ciebie już dawno mnie zabiła. Dziadku… wybacz.”- nastała ciemność, wszechobecna i zimna.
Trzask kości rozbrzmiał w cichym lesie. Jej urodziwe lica zmieniły kształt w bliżej nieokreśloną miazgę, a mózg wypłynął, brudząc jego dłoń. Umarła nie cierpiąc długo. Odeszła, nie odpowiadając na pytanie kołaczące się gdzieś w głowie jej kuzyna- czy jej łzy i szloch po dziadku były prawdziwe? Nie ważne, ta myśl i tak została złamana.
Puścił pozostałość po jej głowie. Ciało upadło na leśne poszycie. Chłopak strząsnął z palców śliską maź i spojrzał niewzruszony na zwłoki kuzynki. Chwilę przyglądał się jak ziemia barwi się posoką, a tkanki błyszczą w promieniu słońca, któremu udało się przedostać przez gąszcz gałęzi nad jego głową. Na jego usta wypełzł półuśmieszek, kiedy ciemne macki oplotły niekompletną postać dziewczyny i wciągnęły ją w mroczną otchłań niebytu. Uniósł głowę ku niebu i przymknął oczy. Wziął głęboki, oczyszczający wdech. Opuszczając głowę, wypuścił powietrze.
- Muszę zadać to pytanie: jak długo tu jesteś? – obrócił się w lewo i spoczął wzrokiem na zarysie męskiej sylwetki.
- Od momentu jak opuściłeś Cesarstwo.
- Ho ho, niezły jesteś skoro dopiero teraz cię poczułem. Twoja sława nie jest banialukami. – podparł się pod boki i srogo wbił się w mężczyznę, wychodzącego z ukrycia.
- Bogowie weszli na nowy poziom, więc i ja, jako najemnik, również muszę dotrzymać im kroku. – odparł.
- Myślałem, że nie jesteś już najemnikiem, a bogiem. – rzucił, a powietrze nasyciło się iskrami.
- Ciężko się pozbyć swojej istoty. Dorosłem, jako najemnik, bycie bogiem mam w pakiecie Premium. – przeczesał długie pukle ciemnych włosów i sprawnie związał je w kitkę. – Rozumiem, że moja siostra wie, o tym. – wskazał na miejsce, w którym do niedawna leżała kuzynka chłopaka.
Kai po dłuższej chwili ciszy, odrzekł:
- Wie, jest Cesarzową. Ale nie wiem, czy ty powinieneś to wiedzieć. –przesunął ręką w powietrzu, podkreślając całokształt sytuacji. – Zwłaszcza to. – pokazał swoje ciemne oczy zalane szkarłatem.
- Sekrecik się rypnął, co? – Asaylen zachichotał.
- Jak widać. Ktoś nie powinien szpiegować innych, bo może zapłacić za ciekawość sporą cenę. - uniósł wargi, odsłaniając kły.
Iru nie pozostał mu dłużny. Odpiął guzik i zsunął z siebie czarny płaszcz ze smoczej skóry.
- Myślisz, gówniarzu, że możesz bez konsekwencji wymawiać groźby pod moim adresem?- napiął mięśnie, które płynnie zatańczyły pod skórą. Przeciągnął się jak pantera, gotowa wyruszyć na polowanie.
- Cenisz swoje umiejętności, ale one ci nie wystarczą, nauczycielu. – przywołał na usta złośliwy grymas.
- To ty przeceniasz swoją moc starożytnych. Jestem najemnikiem, bogiem i bratem mojej siostry, do tego mam doświadczenie w polowaniu na bogów. Jestem Assassinem! – krzyknął, a jego tęczówki zalała czerwień.
- Cóż, mogę mieć problem, bo jesteś bratem Cesarzowej i…- nie dokończył, bo zimne ostrze nacięło delikatną skórę jego szyi. Kai zamrugał zdezorientowany. Kątem oka dostrzegł twarz mężczyzny.
- Niespodzianka, młodziaku.
  • awatar ognisty-podmuch: Jestem pod wrażeniem... zatkalo mnie gdy Iru sie pojawil, a z drugiej strony pomyslalam ze Aslyen w ten sposob chce dostac mozliwosc poprzez walke z Kai'em aby stac sie starozytnym lub chocby pozbyc sie frustracji..... hesuuuuuu..... wiiiii
  • awatar Lisa Angels: Ooooo, Kai vas Asaylen?! Chcę to przeczytać! Koniecznie, już, teraz, natychmiast! Wreszcie Kaydia zapłaciła za swoje, strasznie jej nie lubiłam... I moja kochana Nishi jak zwykle spisała się na medal... ale powiem ci, że zaskoczyłaś mnie tym, że Kai osiągnął moc starożytnych, nie spodziewałam się tego. Więc mam nadzieję, że już niedługo zobaczę piękny nowy rozdział :D
  • awatar Kate - Writes: Okey, chyba coś zrozumiałam nie tak, albo przegapiłam, bo niewiele rozumiem. Gratulacje dla Nishi... A taką mocą starożytnych to i ja bym nie pogardziła.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

seiti1008
 
„Odwaga to pokonanie własnego strachu”

Skrzydło potężnych drzwi zaskrzypiało złowieszczo, ukazując wnętrze gabinetu. Jasne, oślepiające światło zmusiło młodych bogów do przymknięcia powiek. Zamrugali, żeby przyzwyczaić się do jasności. Z poblasku słońca za oknem, wyłoniła się postać Cesarzowej. Jej słoneczne oczy przeszły nieprzyjemnym chłodem, który padł na blade lica jej pierworodnej córki. Aicsha poczuła jak serce podchodzi jej do gardła. Z trudem przełknęła ślinę. Dygocząc, skłoniła się matce. Gdy uniosła głowę z powitalnego ukłonu, dostrzegła znajomą sylwetkę siedzącą na skraju biurka władczyni. Krew odpłynęła jej z twarzy, a serce stanęło. Świadkiem jej łajania miał być jej starszy brat, który nigdy nie przysporzył Cesarzowej tylu kłopotów. Co sobie pomyśli o niej?
Królewicz uważnie przyglądał się strachowi wymalowanymi na jej ślicznych, młodych licach. Weszła niepewna, w pierwszej chwili nawet go nie zobaczyła. Na myśl o jej przerażeniu ścisnęło go w dołku. Nie mógł patrzeć jak jego mała siostrzyczka trzęsła się jak osika. Pragnął ją mocno przytulić i uchronić przed gniewem matki, ale wiedział, że Ai musi stawić czoła konsekwencjom, a ich rodzicielka chce dla niej jak najlepiej. Jego zadaniem było pozostanie chłodnym i niedostępnym. Przeniósł wzrok na chłopaczynę za Arcyksiężniczką. Chudy, strachliwy, ze wzrokiem wbitym w dół nie zrobił na nim dobrego pierwszego wrażenia. Fizjonomia młodego boga pasowała do opisu, jaki przedstawił mu Sayen. Byakku zacisnął mocniej szczękę. Przed sobą miał narzeczonego swojej młodszej siostry. Gniew w nim wzbierał, nie było go tylko chwilkę, a Aicsha dorobiła się narzeczonego, na którego przystała Cesarzowa. Był pewny, że upadli na głowy. Ukradkiem powiódł spojrzeniem na stężałe rysy matki. Co ta kobieta sobie myślała? Wziął głęboki wdech i ponownie wpatrywał się w następczynię tronu.
Arcyksiężniczka spuściła głowę i podeszła bliżej. Nie ośmieliła się zerknąć na Byakku. Mężczyzna taksował ją zimnym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem.
Faini wmurowało w podłogę. Nie potrafił się ruszyć z miejsca. Atmosfera był ciężka i odbierała mu oddech. Drżał. Splótł mocno palce, a wzrok wbił w kraniec czerwonego dywanu, który kończył się tuż przed nim i odsłaniał lśniący, zadbany parkiet.
- Aicsha – rozbrzmiał lodowaty głos Asimy, od którego narzeczeństwo dostało gęsiej skórki. Ai skuliła się i mocno zamknęła oczy. Bała się. – co należy do obowiązków Przewodniczącej? Czy uczniowie nie wybrali cię, bo ci ufają? – pytanie retoryczne przestrzeliło łomoczące serce dziewczyny. Sparaliżowana, nie mogła wydukać słowa. – Atakując ucznia, kim by nie był i czego by nie zrobił, zawiodłaś tych, którzy ci zaufali. Masz ochraniać, masz dawać poczucie bezpieczeństwa. Takie sprawy załatwia się inaczej, Ai. – powiedziała nieco łagodniej, a młoda bogini podniosła zaskoczony wzrok na boginię. Jej pytające oczy zmusiły Asimę do wyjaśnień. – Wpierw informujesz mnie o swoich podejrzeniach. Możesz zaprosić delikwenta na przesłuchanie, powiadamiając wcześniej jej rodzinę o przyczynie. Tu możesz sobie troszkę pofolgować, ale nie tak, by trzeba było ją wynosić. Brak współpracy efektuje zawieszeniem w prawach ucznia. – uśmiechnęła się przeciągle, a w bursztynie zatańczyły diabelskie chochliki. – Rozumiesz? Dyplomacja. – Cesarzowa rozsiadła się wygodniej.
Aicsha zrozumiała przekaz. Pozbawić wroga ochrony, a potem sprać go na kwaśnie jabłko. Na jej twarzy malował się nieśmiały uśmiech. Zapamięta tę lekcję.
- A teraz – Asima przeniosła wzrok na skulonego Faini – powiedz mi, do diabła, jak uszedłeś Ogniowi Śmierci. – przeszyła go na wskroś.
Chłopak niepewnie podniósł głowę. Rozbieganymi oczami przesuwał po pomieszczeniu. W panice szukał wyjaśnienia. Cesarzowa bacznie przyjrzała się jego dezorientacji i ciężko westchnęła. Nie miał cienia podejrzeń jak dokonał tego niesamowitego wyczynu, co trochę ją zawiodło. Widziała w nim ogromny potencjał, ale chłopak nie miał bladego pojęcia jak go wykorzystać. Przesunęła analitycznym wzrokiem po jego chudej postaci. Przyglądając się jego aurze, wpadła na rozwiązanie zagwozdki, przed jaką ją postawił. Prychnęła, odchylając głowę do tyłu. Chwilę przyjrzała się sufitowi i ponownie wwierciła się w Faini.
- Zrobimy tak – zaczęła sucho – zostaniesz moim uczniem. – oznajmiła.
Aicsha w popłochu obróciła się i wbiła oniemiałe spojrzenie w narzeczonego, który stał wryty z wytrzeszczonymi oczami.
- A-Ale… ja… mój ród… my nie specjalizujemy się w walce! – rzucił przerażony.
- Wiem. – dostał szybką odpowiedź.
Zbity z pantałyku, gorączkowo szukał innego argumentu, który uchroniłby go przed morderczym treningiem z władczynią. W panice nie mógł uchwycić z gonitwy myśli nic sensownego. Zerknął na wgapiającą się w niego Ai. Była piekielnie zazdrosna i jej chęć mordu czuł każdą komórką ciała. Ramiona mu opadły bezradnie. Jak miał odmówić samej Cesarzowej? Jak delikatnie podziękować za taką szansę?
Przeszły go dreszcze. Teraz dopiero zauważył niechętną minę brata Aicshy. Świdrował go, jakby chciał wedrzeć się do jego duszy i pochłonąć ją bez ostrzeżenia.
Cesarzowa wystukała palcami rytm zniecierpliwienia.
- Faini, daję ci dzień na zastanowienie się. Przemyśl to. – odparła z naciskiem.
- Tak…- wydukał, czując, że nie ma wyjścia niż tylko przystać na propozycję Cesarzowej.
- Jesteście wolni. – oświadczyła Asima.
Młodzi bogowie kiwnęli głowami i czym prędzej zeszli jej z oczu. Gdy tylko drzwi się zamknęły, Byakku uniósł wymownie brew.
- Trening? Chcesz to chuchro trenować? Oszalałaś?!
Cesarzowa roześmiała się. Jej synek wykazywał jawną niechęć do Faini, a jego postawa na „nie” przypominała jej Latisa, który zawsze miał jakieś „ale” do jej wybranków. Zaborczość starszego brata, pomyślała i zachichotała.
- Posłuchaj – zaczęła, poważniejąc – ten chłopak zatrzymał ogień, którego nie da się powstrzymać bez uszczerbku na zdrowiu. To chuchro, jak go nazwałeś, cofnęło czas.
Królewiczowi zrzedła mina. Był oszołomiony nowinkami matki.
- Żartujesz…
- Widzisz, jakie ma możliwości? Pomyśl, co się stanie jak nad nimi nie zapanuje. Musi kontrolować swoją moc, bez tego stanie się zagrożeniem. Szkoda by było chłopaka zabijać. – oparła głowę o rękę. – Nauczę go wszystkiego. – radośnie wyszczebiotała.
- Znając ciebie, masz jeszcze jakiś ukryty powód. – Byakku uważnie się jej przyjrzał.
Wyszczerzyła się zniewalająco.
- Owszem, mam. – przeciągnęła się. – Czemu korzystasz z wyrwy?
- Bo jestem tak zajebiście zdolny, że nauczyłem się techniki ciotki?
- A czemu mogłeś się jej nauczyć? Czemu Mili ma takiego asa w rękawie, wiesz? – kontynuowała grę.
Zamyślił się na chwilę. Nigdy nie zastanawiał się, czemu jego ciotka- półbóg - ma tak zaawansowaną umiejętność. Przeniósł wzrok na Cesarzową i próbował wyczytać coś z jej twarzy, ale bogini uśmiechnęła się szelmowsko.
- Powinnam zostawić cię w takim stanie? Dręczącej ciekawości „dlaczego”. – zachichotała.
- Mamo, nie igraj ze mną! – upomniał Asimę lekko obrażony.
- W naszych żyłach płynie krew boga czasu i przestrzeni. – wyjaśniła, odkładając droczenie się z nim na inną okazję.
- Czas i przestrzeń? – powtórzył, a wszystko ułożyło się w jedną całość. – Chcesz uczyć go i samej podpatrywać! Ty lisico!
- Chyba nie powinieneś tak zwracać się do własnej matki. – upomniała go z figlarnym grymasem.
Aicsha zbiegała po schodach, by jak najszybciej wprowadzić swój plan w życie. Rozstała się z Faini na rozdrożu korytarza – on skręcił ku ogrodowi, by móc pospacerować i ochłonąć po spotkaniu z Cesarzową, a ona skierowała się do głównego hallu, żeby, czym prędzej znaleźć się w Akademii. Szła z mrokiem wykutym w sercu. Mocno ściągnięte brwi i usta ułożone w wąską linię z szybkim żołnierskim chodem powodowały ucieczkę służby, która stojąc przy ścianie kłaniała się nisko. Zamyślona dziewczyna nawet nie widziała posyłanych jej grzeczności, ujrzała dopiero rosłego chłopaka o śniadej cerze i przeszywającym spojrzeniu. Przystanęła na chwilę i przejechała pobieżnie po jego niewyraźnej minie, nie zmieniając swojego wyrazu twarzy, ruszyła ku niemu. Mijając go, rzuciła:
- Ona pachniała YuLee.
Zaskoczony Kai obrócił się za nią, lecz Arcyksiężniczka nie pokwapiła się, aby wyjaśnić swoje słowa. Skręciła i znikła mu z oczu. Chłopak sposępniał i lodowato powiódł wzrokiem ku ślimakowi ze schodów, który prowadził do laboratorium pałacowego medyka.

Faini stał z zadartą ku górze głową i przypatrywał się liściom szumiącym na wietrze. Sam czuł się owym listkiem, który powiewał w stronę narzuconą przez wiatr. Zawsze mówiono mu, co ma robić. Jego pasje były tłamszone. Wmawiano mu, że nie po to się urodził. A po co, skoro nie mógł być tym, kim chciał? Z góry wybrano mu tożsamość, umiejętności i przyszłość. Pojawienie się Ai było jak uderzenie pioruna – nieprzewidywalne i zmieniające jego otoczenie. Ona zmieniła wszystko, a teraz jej matka dawała mu szansę na zmianę ciążącego na nim brzemienia. Wyobraził sobie minę swej rodzicielki, gdy słyszy jak moc Oczu Wizji mająca dać jej profity, zostaje przekuta na potęgę mogącą zmiatać istnienia. Zemdlałaby. Uśmiechnął się sam do siebie.
Mógłby stać się silnym wiatrem, a nie ulegającym mu liściem. Przyjrzał się małemu listkowi, który został zerwany przez zryw wiatru. Zatańczył, zawirował, a potem upadł na ziemię. On też by tak skończył.
Zacisnął pieść. Propozycja Cesarzowej wcale nie była taka zła, jak początkowo sądził. Uśmiechnął się szeroko i obrócił się, lecz po chwili jego rysy stężały. Przed nim stał Byakku. Wyprostowany, z dumnie wypiętą piersią górował nad tchórzliwym niedoszłym kapłanem. Faini skulił się mimowolnie, jak słabszy samiec uznający wyższość tego dominującego. Przez myśl mu nie przeszło, żeby rzucać wyzwanie Królewiczowi. Uciekł pospiesznie wzrokiem, zastanawiając się, czegóż to może chcieć od niego syn Cesarzowej.
Byakku lustrował go zaczepnie. Bacznie analizował każdy skrawek jego ciała, by ostatecznie prychnąć kpiąco.
- „Cofnąć czas, też mi coś. To niemożliwe z takim wątłym ciałkiem. Nawet mały wilk nie byłby syty po posiłku z niego.” – Królewicz drwił w myśli. – Ej, ty – syknął – słyszałem, że jesteś narzeczonym mojej małej siostrzyczki.
- „Nie takiej małej.” – poprawił go, nie mając odwagi na wypowiedzenie zdania na głos. – T-Tak. – przytaknął cicho.
- Słyszałem też – podszedł bliżej, a Faini zamarł. – że lubisz chłopców. – chłopak zadrżał, czując jego miarowy oddech na sobie. Zwątpił czy to ze strachu czy fascynacji jego bliskością. Przełknął ślinę i spojrzał niepewnie w jego lodowate oko, które błyszczało złowróżbnie.
- T-Tak. – wyjąkał.
-  Czemu zatem, czuję od ciebie wyraźny zapach mojej siostrzyczki? – wycedził Byakku.
Faini odrętwiał. Wlepiał się w mężczyznę przed sobą jak łania pochwycona w sidła myśliwego. Milion myśli przeleciało mu przez głowę. Co miał odpowiedzieć? Prawdę? I wydać na siebie wyrok śmierci? Wybrał pierwszą lepszą wymówkę.
- My… ona lubi się przytulać, a po ostatnich wydarzeniach…
- Kłamstwo niezbyt dobrze ci wychodzi. – przerwał mu i nachylił bardziej. – Czemu, do licha, geje nie są wierni swojej naturze, tylko ulegają kobietom z tego rodu! – warknął bardziej do siebie niż do niego.
Chłopak zapadł się w sobie. Bał się odezwać czy wykonać jakiś ruch. Stał zamrożony i czekał aż wybuch królewicza przeminie.
Oko Byakku jarzyło się czerwienią, a kły wystawały spod warg. Chodził w kółko jak zniecierpliwiony lew, co chwila łypiąc ze złością na niego. Faini czuł jakby ważyły się jego losy.
- Nawet zabić cię nie mogę! – huknął w końcu z bezradności. – Posłuchaj no, skoro lubujesz się w facetach, to się ich trzymaj, a nie dajesz się zaciągnąć do łóżka dziewczynie! Co z ciebie za gej, masz w ogóle jakąś gejowską dumę?! – wrzasnął na niego, aż młody bóg podskoczył.
Przerażony pokiwał głową przecząco.
- No kurwa – Byakku zawrócił, bo gotów był mu przywalić. Zatrzymał się kilka metrów od narzeczonego Ai i zerknął na niego przez ramię. – nie wiesz, co powinieneś powiedzieć w takiej sytuacji, co nie? „Tak, panie Byakku, na swą dumę geja, nie tknę więcej pańskiej siostry!” – fuknął Królewicz, olśniewając zdumionego Faini.
- Ach. – wymsknęło mu się.
- Nie „achuj”, tylko przysięgnij, że to narzeczeństwo będzie tylko teoretyczne!
- Ale Aicsha ma bogate doświadczenie i może mnie wiele nau… - zakrył usta dłonią. Czy właśnie dolał oliwy do ognia?
Zerknął na boga, który właśnie zmieniał barwy jak kameleon – od różowej po odcień głębokiej, buraczanej czerwieni. Wybuch miał nastąpić za 3 … 2… 1…
- Co wy wyprawiacie? Byakuś czemu jesteś napęczniały jak rozdymka? – rozległ się nieznany dla Faini kobiecy głos.
Królewicz wypuścił z siebie powietrze, spoglądając spode łba na młodszego boga.
- Zacieśniamy więzy, ciociu. – przyszły Władca Ciemności uśmiechnął się promiennie do Sophi.
- Och, doprawdy. Ja już znam zacieśnianie więzów chłopów z tego rodu. – podparła się pod boki i zmrużyła oczy. – Zostaw narzeczonego Ai w spokoju. – upomniała go – Ten związek ma aprobatę Cesarzowej, więc się odstosunkuj od chłopaka.
Byakku cmoknął z niezadowoleniem, a Faini odetchnął z ulgą. Wybawienie objawiło się pod postacią miłej blondynki. Z wdzięcznością posłał jej szczenięce spojrzenie. Sophia uśmiechnęła się serdecznie. Przeniosła oczy na niezadowolonego boga, skrzyżowała ręce na piersi i kontynuowała musztrę.
- Tak, tak. – odparł Byakku, przewracając oczami. Zatrzymał spojrzenie na narzeczonym Ai i posłał mu wrogi półuśmieszek, po czym obrócił się na pięcie i rozmył się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie czarny pył.
- Co za zazdrośnik, chyba jest nawet gorszy od Latisa. – podsumował demon. – Nie przejmuj się, mój drogi. Zaakceptuje cię. Daj mu tylko czas. – podeszła do niego i ujęła go pod ramię. – Co powiesz na uspokajającą melisę? Nie odmówisz tak uroczej niewieście jak ja, prawda? – spytała z naciskiem, mocniej chwytając jego ramię.
Faini czuł się jak w uścisku imadła. Pozwolił zawlec się do kuchni, gdzie został posadzony i ugoszczony wbrew swej woli.
- „Członkowie tej rodziny są przerażający.” – pomyślał, wkładając ciastko do ust, które podsunęła mu Sophia szczerząca się natarczywie.

Drobna rączka przejechała po chłodnym murze. Zza szarego kamienia, z którego zbudowane były podziemia, wychyliła się blond czupryna. Zniecierpliwiona przeskakiwała z nóżki na nóżkę. Na jej młodej buźce malowało się napięcie. Rozglądała się nerwowo po ciemnych zaułkach.
- Szybciej, szybciej. – poganiała cichutko.
Przygryzła wargę, czując szczyt podenerwowania. Jej paluszki zacisnęły się na rogu ściany. Ile jeszcze miała czekać? Jeszcze moment, jeszcze chwila i ktoś ją nakryje. A znając jej charakter, wysnuje wnioski, iż przyszła zamordować z zimną krwią dziewuchę leżącą w laboratorium lekarza. Dużo by się nie pomylił, aczkolwiek Nishi posiadała zdrowy rozsądek i nie wkradła się do szpitala osobiście, żeby nie rozszarpać boginki, która śmiała wpędzić jej siostrę w kłopoty.
Zmarszczyła brwi, wlepiając się w szparę między kamieniami. Gdy myślała, że nie wytrzyma, z dziury wyłoniła się mordka czarnego szczura. Pisnął coś do dziewczynki i schował się ponownie w szparze. Nishi kucnęła i wystawiła rękę. Szczur pojawił się po chwili, a w pyszczku trzymał przegryziony łańcuszek. Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko i podrapała zwierza za uszkiem.
- Dobra robota. – szepnęła i wzięła od niego srebrny łańcuszek.
Uniosła go, a kamień błysnął czernią. Przyjrzała mu się uważnie. Gdy go widziała na szyi Kaydii miał kolor malachitu, lecz teraz dominowała w nim czarna barwa. To był zły znak. Wstała pospiesznie, ale zamarła. Kroki. Ktoś szedł w jej stronę żwawym chodem. Serce podskoczyło jej do gardła. Dostrzegła zarys sylwetki, od razu ją rozpoznała. Kai.
Niewiele myśląc, schroniła się we własnym cieniu. Kontury mroku szybko pochłonęły jej małe ciałko. Zapadła się w ciemności, czekając aż chłopak przejdzie. Kurczowo docisnęła naszyjnik do piersi. Nie mogła go zgubić, nie odnalazłaby go we wszechobecnym mrocznym bezmiarze. Nasłuchiwała sygnału od szczura, który został na warcie.
Kai przemierzał zaciemniony korytarz. W głowie huczały mu słowa Aicshy. Nie wyjaśniła ich, ale domyślał się, że jego narzeczona i kuzynka w jednym przyłożyła rękę do śmierci jego ukochanej. Poczuł nieprzyjemne uczucie – poczucie winy. Arcyksiężniczka go uprzedzała, ale zaślepiony nie dostrzegał, że rani innych. Nie widział też mrocznej duszy Kaydii. Nie spodziewał się, że może być zdolna do zabicia kogoś. Sposób śmierci YuLee był zastanawiający. Ktoś zabrał jej duszę. Wątpił, czy jego narzeczona posiadała takie zdolności. Musiała mieć wspólnika. Od razu przed oczami stanął mu Blan. Wyszczerzył kły i przyspieszył. Nagle zatrzymał się. Odwrócił głowę. W ciemności dojrzał szczura, który spokojnie mył sobie łapki. Zwierz spojrzał na niego i spłoszony schował się w szczelinie nieopodal. Kai ściągnął brwi i z kołaczącą się myślą po głowie, ruszył dalej.
Różowy nosek wychwytywał woń z powietrza. Szczur wystawił łepek z dziury i rozejrzał się. Pisnął zgodnie z rozkazem i wybiegł na środek korytarza. Z ciemnej kałuży na posadzce wyłoniła się głowa Nishi, która przejechała szybko oczami po otoczeniu. Wyskoczyła z cienia, a szczur nie tracąc chwili wskoczył jej na ramię. Nie zatrzymując się, czym prędzej pognała na górę, mocno trzymając ciemniejący wisiorek.
Aicsha kręciła się niespokojnie po pokoiku przewodnczącej jak zamknięty w ciasnej klatce uwięziony zwierz. Nerwowo gryzła paznokieć. Napisała już powiadomienie dla jej rodziny, ale jak miała wyjaśnić im swój atak na nią? Jak wytłumaczyć jej odrąbaną rękę? Nie była to mała bójka, tylko jednostronny akt przemocy. Zawyła rozpaczliwie, klapiąc na krześle.
Może powinna poprosić Kai’a o pomoc? Podniosła się raptownie, uradowana swoim genialnym pomysłem. Wtem do pomieszczenia wbiegła Nishi. Nerwowo krzyknęła jej imię. Ai przechyliła głowę, pytająco wodząc po strapionej twarzyczce siostry.
- Nishi, co się stało?
- To! – pokazała wisiorek, a starsza Arcyksiężniczka natychmiast poczuła znajomy zapach. YuLee. – skąd to masz? – ostro spytała.
- Kaydia to miała. – wyjaśniła, kładąc naszyjnik na blacie biurka. – Pospiesz się, musisz uwolnić jej duszę nim umrze!
Bogini zamrugała, spoglądając na niemalże czarny kamień. Im dłużej się w niego wpatrywała, tym energia Yu stawała się wyrazistsza.
- YuLee… - przejechała opuszkami palców po kamyku.
- Pospiesz się, bo jej dusza przepadnie!! – Nishi ponaglała rozpaczliwie.
- Co… jak… ja? Masz większe umiejętności…
- To ty powinnaś zrobić, była twoją przyjaciółką, prawda?! – dziewczynka nie chciała dać za wygraną. Owszem, mogła bez problemu uwolnić duszę demona, ale to było zadanie jej siostry. Ai potrafiła to zrobić, ale jej brak pewności siebie przysłaniał jej wachlarz umiejętności, jakie miała. Mała bogini nie zamierzała odpuścić, choćby to oznaczało zniszczenie duszy Yu. Zawzięcie wwiercała się w drżącą siostrę. - Ai, kamień robi się coraz bardziej czarny! – wywoływała presję na przyszłej cesarzowej.
Aicsha dygotała. Spojrzała na swoje trzęsące dłonie. Nie da rady uwolnić duszy. Była za słaba. Zacisnęła mocno powieki.
Strach. Niechęć do siebie. Poczucie winy. Wszystko zlewało się w jedno i ją paraliżowało. Otworzyła oczy i zerknęła na wisiorek. Przed oczami stanął jej ciepły uśmiech demona i błyszczące radością oczy. Nie mogła jej zawieść, nie dziewczynę, która mocno w nią wierzyła.
W jej ręku pojawiła się rękojeść kosy. Złote ostrze zalśniło i wbiło się w czarny kamień. Oczy Arcyksiężniczki przeszły z bursztynu do czerwienia, a z szkarłatu do głębokiej czerni. Jej sylwetkę otoczyła hebanowa aura, która buchała groźnie we wszystkie strony. Nishi z uśmiechem satysfakcji cofnęła się o kilka kroków. Z ekscytacją wpatrywała się jak czerń wycofuje się z wisiorka, odsłaniając szmaragdowy odcień zieleni.
Ai zmarszczyła srogo brwi, dociskając mocniej kosę do naszyjnika. Kamień rozłupał się wpół i uwolnił jasne światełko, które z trudem uniosło się w powietrzu. Aicsha rzuciła kosę, która znikła nim uderzyła o podłogę. Padła na kolana i ujęła w dłonie zmarniałą duszę demona. Ze szklistych oczu polały się łzy. Głośno zawyła, nie mogąc już dłużej skrywać swojego bólu.
- Przepraszam, że dałam ci umrzeć!! – krzyknęła, kuląc się i przyciskając światełko do siebie.
Poczuła ciepły dotyk na ramieniu. Obróciła się i ujrzała słoneczne, współczujące oczy matki.
- Mamo… - szepnęła przy kolejnej fali szlochu.
Asima kucnęła obok niej. Czułym spojrzeniem otuliła jej rozpaczającą postać. Wyciągnęła rękę i pogłaskała córkę po głowie.
- Odwaga to pokonanie własnego strachu; pewność siebie to wiara we własne umiejętności. Nie wątp w swoją krew. – przeniosła dłoń na jej policzek, po którym delikatnie ją pogładziła – Masz w sobie pokłady możliwości, ale wątpisz w nie. Nie wolno ci tego robić. YuLee uratowałaś, dałaś radę, ale teraz musisz ją odesłać do Krainy Nieba. Jest zbyt słaba, by dłużej pozostać w tym świecie.
Słowa matki były plastrem na jej jątrzącą się ranę. Zapamięta je i rozważy, gdy ból po Yu zelżeje.
- Nie mogę jej wskrzesić, prawda? – pociągła nosem, wpatrując się w słaby blask duszy.
- Nie. Jest za bardzo osłabiona, mogłaby…
- Przepaść na zawsze. Jej jestestwo by wybuchło i po YuLee nic by nie zostało. – wtrąciła się najmłodsza z pociech Cesarzowej.
Asima łypnęła na Nishi upominająco. Dziewczynka zniweczyła jej starania ubrania tego w delikatne słowa. Mała boginka w odpowiedzi uśmiechnęła się niewinnie.
- Rozumiem. – odrzekła spokojniej Ai. – Żegnaj, Yu… - wypuściła duszę, która zamigała słabo i uniosła się, znikając boginiom z oczu.
Aicsha poczuła jak zalewają ją kolejne spazmy rozpaczy. Serducho chciało jej pęknąć, ale mimo to czuła ulgę, że dusza jej przyjaciółki może spocząć w pokoju.
- Już dobrze, Ai. – Asima przytuliła córkę i głaskała uspokajająco. Przeniosła wzrok na drzwi.
Kai osunął się po ścianie. Schował twarz w dłoniach i tłamsił swój szloch. Łzy spływały mu potokami po policzkach. Niektóre słone krople zwalniały na bruździe wyrzeźbionej w jego skórze.
Gdy tylko poczuł wibrującą energię Aicshy, przełożył oczekiwanie na Yo, który miał mu opisać stan Kaydii i zjawił się tu – przed drzwiami do pokoju rady uczniowskiej. Zastał boginię epatującą mocą śmierci, kiedy już zniszczyła wisiorek, a dusza jego ukochanej delikatnie pofrunęła ku górze. Zmroziło go. Nie był w stanie wyjść ze swojego ukrycia; nie był w stanie pożegnać Yu. Już tego żałował, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa i mógł jedynie spoglądać, jak demon odchodzi do zaświatów. Był tak oszołomiony, że nie zastanawiał się skąd się wziął naszyjnik, dopiero głos Cesarzowej, który rozbrzmiał mu w głowie wyjaśnił mu wszystko.
Poderwał się i dociskając plecy do ściany, zerknął w kierunku władczyni. Ich myśli przeniknęły się. Serce chłopaka zabiło w rytmie żałobnej rozpaczy, by po zasłyszeniu o sednie sprawy, przejść w rytm pożerającej nienawiści.
- „Załatwię to, Cesarzowo, bez narażania dobrego imienia Akademii, obiecuję.”- rzekł do Asimy.
Władczyni łypnęła na niego przeszywająco. Rozumiała jego uczucia, lecz czy pochwalała plan? Był młody, a jego ręce plamiła krew; jego dusza zanurzała się w smolistym mroku, po którym trzeba było stąpać ostrożnie, inaczej mogło cię wchłonąć bezpowrotnie.
- „Igrasz z własną duszą. Pamiętaj, aby móc się wynurzyć. W przeciwnym razie ci tego nie wybaczę. Ani ja, ani Aicsha. Twoja rodzina i rób, co uważasz za słuszne, ale granica jest cienka. Uważaj.”
Wziął do serca jej słowa. Wszakże ona najlepiej wiedziała, co to znaczy korzystać z mocy swej własnej ciemności.
Otarł ostatnią słoną kroplę z brody i podążył wymazać grzechy swego rodu.
  • awatar Lisa Angels: "- Nawet zabić cię nie mogę! – huknął w końcu z bezradności. – Posłuchaj no, skoro lubujesz się w facetach, to się ich trzymaj, a nie dajesz się zaciągnąć do łóżka dziewczynie! Co z ciebie za gej, masz w ogóle jakąś gejowską dumę?! – wrzasnął na niego, aż młody bóg podskoczył." w tym momencie padłam ze śmiechu XD a dobił mnie tekst, że Ai może go jeszcze sporo nauczyć Hahahaha, mistrzostwo. Uwielbiam naszego księcia :D Taka smutna końcówka :( Ale przynajmniej mogą ja spotkać w Niebie, gdzie Asima rozwaliła bramę XD Lecę do kolejnego rozdziału :D
  • awatar Kate - Writes: Kocham twoje rozdziały, głownie dlatego, ze mi humor poprawiają. Lecę czytać dalej.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

malezycie
 
Wczoraj skończyłam czytać tę książkę i postanowiłam opisać ją jak najszybciej, ponieważ pamiętam teraz dużo więcej rzeczy, na których mogę oprzeć swoją opnię.

Nie jest to pierwsza książka Ricka Riordana, którą miałam przyjemność przeczytać. Jestem w posiadaniu całej serii, pt.: "Percy Jackson i bogowie olimpijscy", z której chyba najbardziej zasłynął ten autor. Natomist po nabyciu "Kronik Rodu Kane" i "Olimpijskich Herosów" jestem fanką nie tylko Percy'ego, ale również samego pisarza. Z tego powodu, kiedy dowiedziałam się, że wychodzi kolejna jego książka, tym razem o mitologii nordyckiej, stwierdziłam, że na pewno ją kupię.

miecz-lata-magnus-chase-i-bogowie-asgardu-b-iext35836433.jpg

Nie mogę w tej recenzji nie zwrócić uwagę na przepiękną, barwną okładkę. Podoba mi się sam projekt, jak również dobór kolorów.

Chociaż przysłowie mówi, aby nie oceniać książki po okładce, to tutaj jest wręcz odwrotnie. Fabuła książki jest równie magiczna, co oprawa. Jak we wszystkich seriach Ricka Riordana, jest tu wiele tajemnic, akcji i zabawnych komentarzy głównego bohatera. Ta mieszanka sprawia, że czytelnik się nie nudzi. Także dużym plusem są oryginalni, niewyidealizowani bohaterowie, którzy łatwo zapadają w pamięć.

Według mnie mitologia nordycka może być dość ciężkim orzechem do zgryzienia w książkach młodzieżowych. O ile o bogach greckim i egipskich uczymy się przynajmniej trochę w szkole, o tyle o skandynawskich prawie w ogóle nie ma wzmianek w podręcznikach, więc informacje trzeba czerpać na własną rękę. Przed przeczytaniem "Miecza Lata" moja wiedza na ten temat również była bardzo niewielka, ograniczałam się do postaw, dlatego trochę bałam się, że książka będzie dla mnie zbyt ciężka, nieciekawa. Jednak bardzo się pomyliłam. Autorowi świetnie poszło wplecenie całego nordyckiego uniwersum w rzeczywistość. W rezultacie wyszło nietypowe połączenie, które nie tylko jest interesujące dla czytelnika, ale także w pewien sposób uczy.

Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o genialnym poczuciu humoru pisarza. Uwielbiam czytać jego serie również z tego względu, ponieważ są jednymi z nielicznych, przy których się śmieję. Zabawne komentarze bohatera, sarkazm i wiele śmiesznych sytuacji sprawia, że nawet cięższe tematy stają się przyjemniejsze i łatwiejsze do przeczytania.

Usatysfakcjonowała mnie grubość książki i jej treść, mimo że spodziewałam się czegoś o wiele bardziej przytłaczającego. Jestem bardzo zadowolona z zakupu i mam nadzieję, że szybko wyjdzie następna część.
Moja ocena: 6,5/7
  • awatar ForveDura: Lubię książki Ricka, zapowiada się ciekawie, więc chyba po to sięgnę. O ile starczy mi czasu xD
  • awatar 星FairyBlue: Wielbię Herosów i zastanawiałam się, czy seria o Asgardzide też będzie tak fajna^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

seiti1008
 
Myślę, że czas zacząć wymagać skupienia i uchwycenia wszelkich szczegółów. Diabeł w końcu w nich tkwi. ;)

Zapach, ślad wskazujący zło

Złota gwiazda rozkwitała na przejrzystym niebie. Powoli zbliżała się do momentu swej największej chwały. Czas mijał leniwie – ptactwo kąpało się w słonecznych promieniach, a wiatr delikatnie muskał ich piórka oraz wyginał roślinność w spokojnym tańcu. Promyk górującego słońca wdarł się przez szparę w murze z zasłon i mignął na zezłoszczonych licach dystyngowanej pani. Błysnął na blond pasmach upiętych w szczelny kok i znikł tak szybko jak się pojawił, gdy kotary zostały mocniej naciągnięte.
Asima szybkim szarpnięciem poprawiła ciężkie, szkarłatne zasłony i ponownie usiadła w swoim wysłużonym fotelu. Siedzisko zaczynało tracić formę od nadmiernej eksploatacji. Władczyni potrafiła przesiedzieć przy biurku całe dnie, zupełnie jak automat zaprogramowany na ciężką harówkę bez wytchnienia, mając w poważaniu możliwość przegrzania.
Obrzuciła niechętnym spojrzeniem stos papierzysk ułożonych po swojej prawej stronie. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek ta góra zmaleje. Im ciężej pracowała, tym więcej kartek przybywało. Piętrzące się dokumenty nie były jej jedynym problemem, to był tylko szczyt ukrytej góry lodowej, a ona była Titaniciem zmierzającym prosto na lodowe ostrze. Zaginięcie uczennicy wywołało popłoch wśród rodziców, którzy domagali się zapewnień o bezpieczeństwie ich pociech i okolicznościach wyparowania dziewczyny, zalewając Cesarzową listami i wysłannikami, lecz piekło rozpętało się po śmierci YuLee. Zaniepokojone rodziny zjawiały się osobiście i żądały natychmiastowej audiencji u władczyni. Dochodziło południe, a Asima miała już za sobą kilka spotkań z rozchwianymi emocjonalnie rodzicami kilku uczniów, których powrót do szkoły po przerwie stawał pod znakiem zapytania. JEśłi czegoś nie wymyśli, nie ujmie sprawcy i nie rozwiąże tych spraw, dobre imię Akademii zostanie bezpowrotnie zszargane, a ona straci uczniów. Ta myśl odbierała jej sen. Usadowiła się wygodniej i poprawiła przydługie pasma, zarzucając je na plecy. Wyprostowała się, przenosząc wzrok na twarze swoich gości.
Asima hardo wytrzymywała wiercące spojrzenie niebieskich, chłodnych od złości, oczu eleganckiej blondynki. Kobieta nerwowo gładziła swoją koronkową, dopasowaną suknię. Jej oburzenie szukało ujścia, czekała na okazję, by móc wybuchnąć. Dla odmiany towarzyszący jej dżentelmen zachowywał stoicki spokój. Cierpliwie czekał, aż Cesarzowa zabierze głos. Starał się uspokoić podenerwowaną małżonkę, delikatnym muśnięciem jej dłoni, lecz kobieta szybko i ostentacyjnie zabrała rękę. Zacisnęła ją w pięść, gotowa naskoczyć na Asimę.
Cesarzowa widząc grymas, w którym ułożyły się klasyczne rysy jej gościa, wzięła głęboki wdech i łagodnie zaczęła:
- Czym mogę pomóc, państwo de Lieovin?
- Czym?! – warknęła obruszona. – Najpierw zaginięcie, a teraz śmierć jednego z uczniów! Jak to wyjaśnisz?! Ta szkoła w ogóle nie jest bezpieczna! – atakowała – Miklei, mówiłam, że Nikasha powinna iść do szkoły dla panienek, a nie do… - urwała, czując na sobie lodowate spojrzenie Cesarzowej, które jednoznacznie ostrzegało o przekroczeniu granicy, zza której nie będzie już powrotu. Wzrokowy przekaz, by ważyła słowa, powstrzymał potok słów uniesionej kobiety. Blondynka zamilkła, walcząc z nagłym poczuciem zagrożenia.
- Sprawa jest ciężka. Obawiam się, że zaginięcie i śmierć są ze sobą powiązane, ale ktoś działa bardzo rozważnie nie pozostawiając śladu. Proszę mi wierzyć – rzuciła z naciskiem – że nie pozwolę nikogo więcej skrzywdzić, a sprawcę surowo ukarzę.
Pani de Lieovin wzdrygnęła się, gdy w oczach władczyni ujrzała przebłysk grozy.
- Wierzę w twe słowa, pani. – odezwał się mężczyzna. – Zdaję się, że ktoś bardzo pragnie ci zaszkodzić, mimo tej wiedzy pragnę bezpieczeństwa mojej córki.
- To zrozumiałe. Zamierzam odesłać uczniów do ich domów, dopóki nie dorwę sprawcy.
- Mam nadzieję, że złapiesz go w przeciągu przerwy, inaczej…
- Nie biorę innej możliwości pod uwagę. Akademia nie będzie mieć opóźnienia. Proszę zabrać Nikę. Każę ją zawołać. – wstała i szybkim krokiem obeszła krzesła. W myśli już pisała scenariusz śmierci oprawcy YuLee. Podeszła do drzwi i przywołała czekającego Io. Mężczyzna kiwnął głową i obrócił się na pięcie, by bez zwłoki wykonać polecenie swej pani.
Miklei podał rękę żonie i pomógł jej wstać. Dalej trzymając jej dłoń, ruszył w kierunku wyjścia.
- Czekamy, zatem na pomyślne wieści. Do widzenia, Cesarzowo. – pochylił lekko głowę i wyprowadził małżonkę, nie czekając na odzew pani tych ziem.
Przeszedłszy kilka kroków, puścił blondynkę. Posłał jej rugające spojrzenie.
- Czyś ty kobieto na łeb upadła?! – syknął – Mówiłem ci, nie awanturuj się. – dodał, ściszając głos.
- Powinna usłyszeć, co nieco. Nie rozumiem, czemu nie pozwoliłeś mi wyrazić mojego niepokoju. – naburmuszyła się.
- Anabelli, kobieta, z którą chciałaś igrać, nie jest jakąś tam pierwszą lepszą monarchinią.
- Tak, tak. To Cesarzowa. – przewróciła oczami.
Mąż posłał jej bardzo poważne spojrzenie, od którego dostała ciarek. Przełknęła ślinę.
- Wiem, że oprócz przyjęć i życia towarzyskiego, a także planowania życia naszej córce, niewiele cię interesuje, ale powinnaś wykazać się wiedzą na temat Cesarzowej. – patrzył jej prosto w oczy, a w niej zaczęła rosnąć irytacja.
Wiedziała, kim jest kobieta, u której nauki pobiera jej latorośl. Słyszała masę plotek i stworzyła sobie obraz Asimy. Musiała z niechęcią przyznać, że jest ładniejsza niż sobie wyobrażała i prowadzi dysputy zacięcie i przemyślanie, a w jej oczach czai się coś nieodgadnionego, ale jest taką samą boginią jak ona. Nie była gorsza od niej. Podparła się za boki i uniosła głowę.
- Czemu masz lęki? – spytała z pogardą. – To kobieta taka jak ja. Jesteś silnym mężczyzną, czemu miałbyś… - przerwała, gdy wybuchł głośnym śmiechem – Co cię tak bawi?
- TY poważnie nie wiesz. Kochanie, w jakim ty świecie żyjesz? – ledwo zapanował nad swoim rozbawieniem. – Ta kobietka to istny potwór. Mogłaby cię zabić bez mrugnięcia okiem, a ty umarłabyś, nawet o tym nie wiedząc. To nie nasza liga. Jesteśmy bogami, ale ona dawno nas przewyższyła. Nie zastanawiałaś się skąd taki popyt na tę Akademię? Rody chcą znać sekret takiej mocy i liczą, że ich pociechy uszczkną coś z tej niesamowitej potęgi Cesarzowej. Ona ma więcej wrogów niż my rodziny, to było do przewidzenia, że coś podobnego jak to się wydarzy. Ciekaw jestem jak to rozwiąże. Nie kryję również, że liczę na pokaz jej potęgi.
- Gadasz jakbyś był oczarowany! – prychnęła, krzyżując ręce na piersi.
- Owszem, jestem. Ciężko było mi zapanować nad zdenerwowaniem. – przeczesał brązowe pasma włosów. – Z trudem byłem w stanie wydusić z siebie takie słowa, dlatego szybko wyszliśmy. Nie chciałem dać się przejrzeć. – pokazał żonie język.
- Doprawdy… - zamrugała z niedowierzaniem – Och. – dostrzegła swą dawno nie widzianą córkę – Nikasha. – uśmiechnęła się, lecz mina szybko jej zrzedła, gdy ujrzała towarzysza swojego jedynego dziecka. – Czy to nie…
- Van di Keer. – dokończył mężczyzna, surowo łypiąc na chłopaka.
- Czemu, do licha, są razem? – Anabelli zaniepokoiła się i zatrwożona utkwiła wzrok w małżonku, jakby on znał odpowiedź.
- Nikasha Anne! – zawołał ją donoście, a w jego głosie słychać było wściekłość.
Nika obróciła się zaskoczona.
- Mama? Tata?
- Wracamy do domu. – oznajmił srogo i z prędkością błyskawicy przemierzył dzielącą ich odległość. Złapał zdezorientowaną dziewczynę za przegub dłoni i przyciągnął ku sobie.
- Co? Czemu? Nie mogę! Muszę zostać przy Ai!! – oponowała.
- Nie ma mowy. – zawiesił głos, taksując oniemiałego Vana. – Tu jest niebezpiecznie. – odwrócił głowę i pociągnął Nikę za sobą. Onieśmielony chłopak nie zdążył nawet wydukać słowa powitania. Zorientował się, że fama poszła w świat i był uważany za okropną osobę; wyrodnego syna; zabójcę ojca. Nikt nie szukał drugiego dna tej tragedii – prawdziwej przyczyny tego desperackiego kroku. Zerknął nieśmiało na matkę Nici. Kobieta nie spojrzała na niego, lecz dostrzegł w jej oczach odrazę.
Blondynka szerokim łukiem ominęła chłopaka i podbiegła do córki.
- Zakazuję ci się z nim zadawać. – szepnęła.
- Co? Co z wami? Niby czemu?
- To morderca. Zabił swojego ojca. Masz trzymać się od niego z daleka.
- „Heh, trochę na to za późno.” – pomyślała i powiodła czułym spojrzeniem ku zasmuconemu chłopakowi. Puściła mu oczko, które trochę poprawiło mu humor. Odczytała z jego ust ciche słowa i uśmiechnęła się szeroko.

Aicsha tępo wpatrywała się w górę warzyw. Widelcem gniotła usmażone mięso, rozdzielała jego włókna i zbierała na kupkę znajdującą się pośrodku talerza. Dania nie tknęła, żołądek dalej miała ściśnięty.
Jej pamięć odtwarzała trupią twarz przyjaciółki, zgarbionego Kai’a, który starał się ukryć przed nią swoje łzy; krzywe spojrzenia uczniów, których znaczenia nie rozumiała. Obwiniali ją za śmierć demona czy kpili z jej nieudolności? Wszystko jedno, jaki był powód – bolało. Jej pierś płonęła nieokiełznanym ogniem poczucia winy. Sprawca był pod nosem, lecz ona nie potrafiła go wyśledzić. Zabrał duszę niewinnej niewiasty, jakby chciał wymazać jej istnienie. To było okrutne.
Zamrugała, czując pieczenie oczu. Zacisnęła mocno szczękę, nie chcąc rozpłakać się publicznie. Rozejrzała się dookoła. Większość uczniów wyjechała do swoich domów, lecz pozostali mieli ją na językach. Była pewna, że zawdzięcza to Kaydii. Podburzyła ich, siejąc swoje wymysły.
Ai spuściła wzrok.
Faini przyglądał się jej ze współczuciem. Wstał, żeby usiąść obok niej i ją przytulić, gdy nagle dziewczyna poderwała się jak poparzona. Jak burza wybiegła z jadalni. Nie czekając ani chwili, podążył za nią.
Arcyksiężniczka gnała na złamanie karku. Serce waliło jej jak młotem, ręce trzęsły się, a nogi pędziły przed siebie. Delikatna woń unosiła się w powietrzu. Subtelny zapach kwiatów, słodkiego uśmiechu i serdecznego serca, który stanowiły istnienie YuLee, był wyraźnie wyczuwalny przez jej powonienie. W pierwszej chwili pomyślała, że oszalała, ale zapach był zbyt silny jak na wymysł jej udręczonego umysłu. Jednym susem zeskoczyła ze schodów i wpadła wprost na narzeczoną współlokatora. Dziewczyny runęły na posadzkę. Kaydia ostro zmierzyła znielubioną Ai.
- Co ty, idiotko, wyprawiasz?! Nie wypada przewodniczącej biegać po korytarzach, czy nie upominasz uczniów, gdy to robią?! – warknęła.
Aischa wpatrywała się z nią z niedowierzaniem. Nachyliła się nad nią i zaciągnęła jej zapachem.
- Czemu pachniesz YuLee…? – zlustrowała ją czerwienią.
- Że co? Straciłaś zmysły z tej rozpaczy? – prychnęła, zrzucając ją z siebie. Wstała i otrzepała się. – Czemu mam pachnieć jakimś podrzędnym demonem, co?
- Co właśnie powiedziałaś? – Ai warknęła przez zęby. Podniosła się i łypnęła na Kaydię spode łba. – Chyba się przesłyszałam. – uniosła wargi, obnażając kły.
Obraziła zmarłą; obraziła jej przyjaciółkę. Obraziła biedną i cierpiącą przez całe swe życie dziewczynę, której  niedane było szczęśliwe zakończenie.
Badum, badum.
Słyszała jak jej serce wybija głośny rytm, a krew uderza jej do głowy. Z duszy Ai zaczęła wyciekać ciemność. Kapała powoli, kropla do kropli.
- Nie, dobrze usłyszałaś. Nie capię jakimś dennym demonem. Ach, nie, mieszańcem, nawet nie demonem. – zachichotała.
Kolejna porcja zniesławienia. YuLee chciała tylko poznać smak szczęścia w tym wiecznym smutku.
Krople mroku kapały coraz szybciej, a Aicsha – Mroczna Księżniczka- stała po kostki w kałuży nienawiści. Ciemność zawirowała i przykleiła się do jej duszy.
- Wiesz, że nieszczęścia można spotkać za każdym rogiem? Chyba nie chcesz, żeby i ciebie napotkało, co? – wściekłość zalała jej zmysły, przestała trzeźwo myśleć. Jedyne, czego pragnęła, to zmieść dziewuszysko przed sobą z powierzchni ziemi. Słyszała słodki podszept swego mrocznego „ja”.
- Już trzęsę portkami. – zadrwiła narzeczona Kai’a.
Nim zdążyła mrugnąć, Arcyksiężniczka zaatakowała ją od dołu. Widziała jedynie jej obłąkane spojrzenie i płonący ogień Śmierci. Potem był już tylko ból. Ból, który pożerał wszystko inne – myśli, uczucia i jej rękę. Wgapiała się w swoją płonącą dłoń. Nie docierało do niej, że czarne płomienie pożerają jej tkanki, jak wygłodniałe hieny. Widok jak z koszmaru, nie mógł być prawdziwy. To nie mogła być część jej.
Wrzasnęła dopiero, gdy z oczu znikły jej palce. Upadła na kolana, krzycząc histerycznie.
- M-Moja ręka!!!!! Ugr.. – zadławiła się łzami.
Aicsha uśmiechnęła się. Kończyna znikająca w mrocznych ozorach dawała jej satysfakcję i spełnienie. Zaśmiała się głośno. Urzeczywistniła swoją wizję. Patrzenie na cierpiącą Kaydię był przyjemnością, a jej krzyk wybitną symfonią dla jej uszu.
- Boli? Zasłużyłaś. Nie masz prawa nią pachnieć! – krzyknęła, a jej kły błysnęły chciwie.
Pstryknęła palcami. Jej dłoń spowiła zabójcza technika. Chwilkę pobawiła się czarnym ognikiem i z szerokim uśmiechem sadysty, zbliżyła go do płaczącej Kaydii.
- Zdychaj!
Ręka Aicshy zawisła tuż przed jej przerażoną ofiarą. Arcyksiężniczka zamrugała, przenosząc wzrok na intruza, który śmiał jej przeszkadzać. Zamarła, gdy ujrzała zawiedzioną twarzyczkę Faini. Jego chwyt był pewny i mocny, a oczy rozczarowane. Odwrócił głowę, obrzucając smutnym wzrokiem nieszczęśnicę wijącą się z bólu. Zmarszczył boleśnie brwi i biorąc głęboki wdech, lewą ręką wyjął zza paska sztylet, który mu przydzielono. Jednym szybkim ruchem odciął w łokciu rękę Kaydii. Niewiasta zawyła i upadła na podłogę. Krew trysnęła naokoło, ochlapując nogawki mundurka chłopaka. Faini odwrócił wzrok. Żołądek podszedł mu do gardła. Powtarzał sobie, że to było konieczne.
- Przypiecz to. – cichutko rzucił do tarzającej się dziewuchy. – Bo się wykrwawisz.
Kaydia złapała oddech i w akcie desperacji przyłożyła swą rozżarzoną lewą dłoń do kikuta. Poczuła nieziemski ból i swąd palonego ciała, a potem zobaczyła ciemność.
Faini spojrzał na niezadowoloną minę narzeczonej. Była wściekła za przerwanie jej uciechy.
- Ten ogień spali i ciebie, Ai. Twoją duszę… - szepnął.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się, a bursztyn zalało przerażenie.
- Jak na razie to spala ciebie… - wyjąkała, wpatrując się w zajętą ogniem dłoń chłopaka. Była tak zaślepiona gniewem, że przestała kontrolować niebezpieczną technikę, która teraz miała zebrać swoje żniwo.
Lawendowe tęczówki zjaśniały, jak włosy od letniego słońca. Zrobił się bledszy niż zwykle.
Ai była na granicy rozpaczy, wyrwała rękę z uścisku i w panice była gotowa odciąć część kończyny chłopaka. Zamachnęła się, wysuwając ostre jak brzytwa szpony. Wprawiła rękę w  ruch, gdy ogień niespodziewanie zgasł. Zatrzymała się gwałtownie. Oniemiała, wytężyła wzrok. Przeniosła spojrzenie na Faini, który był równie zaskoczony. Jego dłoń pozostała nienaruszona. Ai przechyliła głowę, przyglądając się niepoparzonej skórze.
- Jak to? Powinno cię spopielić? Co żeś zrobił? – zerknęła na niego. Miała mieszane odczucia – radość, że nic mu nie jest i awersję, że powstrzymał zazwyczaj niepowstrzymane bez żadnego uszczerbku na zdrowiu.
- Ja… ja nie wiem. Poczułem, że muszę to zatrzymać. Zrobiło mi się słabo, potem gorąco, a potem… - zerknął na Ai. – Nie wiem jak…
- To chyba może poczekać. – wydukała, patrząc nad narzeczonym. Chłopak odwrócił się i napotkał stężałą twarz Latisa. – Chyba mam przekichane. – stwierdziła.
Latis zmroził uczniaków wzrokiem, lecz nie wypowiedział żadnego słowa. Gestem wskazał im drogę, a oni posłusznie skierowali się we wskazanym kierunku. Aicsha wiedziała, że jej wuj jest na granicy furii i z trudem panuje nad sobą. Spuściła głowę i ruszyła, choć nogi miała jak z waty, szła równo i jednym tempem. Serce podchodziło jej do gardła z każdym kolejnym krokiem zbliżającym ją do celu – gabinetu matki. Otrzeźwiała i wiedziała, jakich problemów przysporzyła rodzicielce. Posłała ukradkowe spojrzenie Faini. Był kredo-biały, choć to nie on narozrabiał.
Korytarze wyciągnęły się jakby liczyły kilometry; ścieżka, na której straży stały postawne drzewa, nie miała końca, a pałac stał się olbrzymi i zawiły jak labirynt. Minuty były godzinami. Narzeczeństwo było u kresu wytrzymałości; nerwy zżerały ich od środka. W duchu błagali, by być na miejscu, a gdy się tam znaleźli przeklinali to pragnienie.
Zatrzymali się przed drzwiami. Ai zbladła i wyglądała niemalże jak przezroczysta zjawa. Strach zakłócił jej tok myślowy i utknęła na obrazie rozwścieczonej matki. Nie rozważała, jaką karę dostanie, struchlała na myśl o zawiedzeniu władczyni- dołożeniu jej problemów i rozczarowaniu jej swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem. Rolą przewodniczącej byłą ochrona uczniów, a nie ich atakowanie. Zapadła się w sobie. Śmierć nacisnął klamkę i otworzył przed nimi drzwi. Milcząc, zlustrował siostrzenicę z dezaprobatą. Obrócił się na pięcie, pozostawiając ich na pastwę Cesarzowej.
Nishi, schowana za rogiem jednej ze ścian, obserwowała jak Asana udziela pierwszej pomocy nieprzytomnej Kaydii. Dziewczynka zacisnęła drobne paluszki na zimnym tynku, który pękł i stworzył brzydką pajęczynę na murze. Wierciła nastolatkę z morderczymi intencjami; kawałek po kawałku lustrowała z niechęcią jej sylwetkę. Jej siostra miała rację, pachniała YuLee. Tylko dlaczego? Prześwietlała swoim przenikliwym wzrokiem postać narzeczonej Kai’a, niczego nie znajdując, aż ostatecznie uwagę dziecka przyciągnął niebanalny wisiorek. Kamień w odcieniu malachitu miał w sobie coś tajemniczego.
Nishi zmrużyła oczy. Syknęła pod nosem, kiedy asystentka medyka zabrała dziewczynę.
- Kaydia… - warknęła młodsza Arcyksiężniczka.

Szare i przygnębiające chmury rozeszły się. Prześwity odsłaniały nieskazitelny błękit, a jasne promienie padły na nieurodzajną ziemię, która od dawien dawna nie czuła ciepłych promyków.
Eivian zadarła wysoko głowę, a jej usta ułożyły się w szerokim, promiennym uśmiechu. Oczy lśniły zachwytem i radością.
- Piękny, taki nieboskłon pragnęłam ujrzeć. Jest taki jak ty… - ścisnęła mocniej słoik, przeniosła czuły wzrok na pływające oko i pogłaskała szkło.
- Dalej żeś niespełna rozumu. – podskoczyła, prawie upuszczając słój. Dygoczącymi dłońmi docisnęła swój skarb do piersi. Odwróciła się powoli ku znajomemu głosowi.
- N-Nova… - wydukała, zaglądając w szare, jak zebrane chmury nad jej głową, tęczówki mężczyzny. Przełknęła ślinę.
Był sporo wyższy od niej i górował w zniszczonym otoczeniu. Biała koszula ze srebrnym surdutem kontrastowała z jego włosami. Wyraźnie zarysowana szczęka, prosty nos i umięśniona sylwetka czyniły go przystojnym mężczyzną, lecz Vivi wiedziała, co to za ziółko. Musiała zmusić się by spojrzeć mu w oczy.
Kolor, potocznie uznawany za pospolity i monotonny, nabierał głębi przy plugawym sercu. Wpatrywał się w nią zagadkowo; jego myśli były dla niej nieosiągalne. Poczuła ciarki na plecach. Zebranie się w sobie zajęło jej chwilę. Wzięła wdech i szybko wysyczała:
- Czego chcesz?
- To tak mnie witasz, Vivi? – podszedł bliżej. – Trochę to niewdzięczne. – odparł, przyglądając się niebu. – Napracowałaś się, żeby odwzorować to. – wskazał na oko.
Kobieta zasłoniła słoik przed jego spojrzeniem, jakby nie chciała, by splugawił jej skarb. Roześmiał się.
- Wariatka. – podsumował, nie przestając się zaśmiewać.
- Czego tu szukasz? Teraz to ziemie Cesarzowej, więc wyja… - urwała nagle, gdy przeszył ją mrocznym łypnięciem.
- Cesarzowa. Heh. Więc teraz jesteś jej pieseczkiem? – poprawił swoje długie, czarne pasma, które spływały na jego muskularne i potężne ciało.
- Dokładnie. Ród le Mouvois odbuduje się pod skrzydłami Cesarzowej Asimy. Ze śmiercią ojca ustał nasz alians. – odparła, marszcząc srogo brwi.
- Cóż i tak jesteś bezużyteczna, ale… - zrobił krok ku niej.
Eivian cofnęła się, tłamszona jego energią.
Gdyby tylko był tu Byakku, pomyślała.
  • awatar Lisa Angels: Czy powinnam kojarzyć tego Novę? Bo tak się składa, że go nie kojarzę... ech. Kaydia zadarła ze złą osobą, ale czuje, że Blan jej przy tym pomógł. Cudo, jak zawsze czekam na kolejny rozdział :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

seiti1008
 
Krótkie, ale intensywne. Nie wiem jak się nazywam po nim.

Opadające maski.

Blada poświata srebrnego rogala tliła się na granacie nocnego nieboskłonu. Gwiazdy migotały swym spokojnym, niezachwianym blaskiem. Pozorna cisza ogarnęła Cesarstwo, lecz huragan trwał w jego duszy – Asimie.
Burza niepokoju, pioruny strachu i wylewające się emocje z przepełnionej po brzegi jej serca, hulały w jej wnętrzu.
Wyszła z laboratorium na trzęsących się nogach. Stawiała kroki, wiedząc, że kolejny będzie ostatnim. Dopadła do ściany. Przywarła policzkiem do muru, którego chłód przyniósł lekkie orzeźwienie. Oddychała płytko i szybko, jakby jej płuca zapadły się niczym u chorego na odmę; ból w klatce chciał ją rozsadzić, jak po wbiciu zatrutego ostrza. Obróciła się i oparła plecami o przyjemne źródło zimna. Nie miała sił stać. Zjechała bezwładnie w dół. Nie widziała otoczenia, wszystko zamazały płynące potokiem łzy. Jej dolna warga drgała w spazmach rozstrojenia i strachu. Skuliła się i głośno rozpłakała.
Woń śmierci i zgaszony płomyk życia, zmusiły Mili do szybkiego biegu. Zatrzymała się wpół kroku za ostatnim zakrętem, tuż przed laboratorium. Wmurowało ją. Otworzyła szeroko oczy, a usta rozchyliły się w osłupieniu. Asima- dostojna monarchini; potężna bogi przyprawiająca ją o ciarki, siedziała zupełnie jak bezradny, porzucony szczeniak, którego pisk rozpaczy słychać w oddali. Mili przymknęła oczy. W jej umyśle zarysowały się aury osób obecnych za drzwiami. Wszystko nabrało sensu. Otwarła powieki i bez namysłu czy wahania podeszła do swej kuzynki. Jej szloch wbijał się w duszę kobiety, jak żądło pszczoły. Stanęła obok jednej z najpotężniejszych istot we wszechświecie, które swym okrucieństwem pisały swą legendę, a teraz owy przerażający potwór płakał prawdziwymi łzami bezsilnej i zatroskanej matki.
- Twoja maska władcy opadła… - szepnęła, klękając. – Płacz. – otuliła ją ramieniem, a Asima natychmiast się w nią wtuliła i zawyła. Mili łagodnie pogładziła ją po plecach.
Te plecy, te barki nosiły, na co dzień wielki ciężar. Tak, ta drobna kobieta była filarem Imperium; opoką i strażnikiem jej mieszkańców; dumą i wzorem dla jej dzieci. Gdzie w tym wszystkim były jej uczucia i emocje? Zamknięte na cztery spusty w jej sercu i schowane pod maską Cesarzowej, uwolniły się od ciosu losu.
Szloch Asimy nie ustępował. Wzruszona Mili przytuliła ją mocniej, jak starsza siostra pocieszająca swe młodsze rodzeństwo; nie potrzebowały słów, miały dotyk przynoszący wsparcie i ulgę.
Latis obserwujący lament swej siostry, zadarł głowę i oparł ją o ścianę. Wziął głęboki wdech. Musiał ochłonąć i uspokoić swoje serce walące jak oszalałe. Zrobiło mu się słabo, gdy poczuł odchodzącą duszę Aicshy. Nie pamiętał jak dotarł przed laboratorium; nogi same go tu przyniosły, a potem ujrzał obraz wyjącej z bólu siostry. Wszystko w nim zamarło – serce, oddech, a nawet płynąca krew. Stał odrętwiały i tylko patrzył na kapiące łzy swojej siostrzyczki. Gdyby nie osiągnięcie przez Asimę niemożliwego, Ai znikła by z tego świata.
Rozluźnił ramiona i odwrócił głowę w stronę ciemnego korytarza. Dostrzegł Airena dygoczącego od targających nim emocji. Szedł ku niemu. Sztywno i powoli. Demoniczny fiolet płonął przestrachem. Gdy miał go ominąć, Latis zatrzymał go, wyciągając przed niego rękę. Król spojrzał na niego z wyrzutem.
- Nie idź teraz. – odparł cicho. – Nie przerywaj tej sceny, dopóki się nie uspokoi. Sam również musisz się opanować, inaczej nie wyciszysz jej krzyczącej duszy.
Airen nic nie odpowiedział, powiódł jedynie mętnym spojrzeniem ku ukochanej zamkniętej w kołysce z ramion Bogumili.
Latis zmarszczył cierpiętniczo brwi. Ich widok był bolesny. Przyjrzał się aroganckiemu Królowi, ociekającego mroczną aurą, która w obecnej chwili się rozmyła. Spuścił wzrok i westchnął. Rodzic będzie trząsł się ze strachu, niezależnie od posiadanej potęgi.
- Airen! – krzyknął, gdy mężczyzna runął na podłogę. – Nic ci nie jest?!
- Nie – wymamrotał – tylko nogi się pode mną ugięły. Od dawna nie czułem tak silnego przerażenia. Moja mała córeczka… - przedramieniem przejechał po twarzy, ocierając słone krople.
- Airen… - położył mu dłoń na ramieniu. – Wstawaj, durniu. Jeszcze moja siostra cię zobaczy.
Król zaśmiał się cierpko i z trudem podniósł się z kamiennej posadzki. Spojrzał na Cesarzową.
- Och. – odparł, gdy Mili odskoczyła od władczyni w popłochu. – Chyba ktoś przejął rolę starszego brata. – zadrwił, wróciwszy do siebie. Ukradkiem zerknął na gotującego się ze złości Arcyksięcia.
- Jak on…! – pieklił się.
Iru wyłonił się znikąd i przywarł całym sobą do chlipiącej siostry. Asima schowała twarz w jego torsie i objęła go drżącymi rękami. Asaylen szeptał jej do ucha uspokajające słowa, pragnąc zabrać od niej strach. Tuląc ją w swym mocnym uścisku, zerknął na zawstydzoną Mili, która uciekała wzrokiem i szukała okazji by czmychnąć. Jego natarczywy wzrok zmusił ją, aby choć na ułamek sekundy spojrzała mu w oczy. Wdzięczny bursztyn błyszczał czułością, a jego usta ułożyły się w słowa: „Dziękuję. Kocham cię.”
Kobieta spłonęła rumieńcem. Z prędkością błyskawicy obróciła się na pięcie i wskoczyła w swoją ulubioną wyrwę.
Asaylen z rozżaleniem wpatrywał się w miejsce, w którym jeszcze stała przed chwilą. Jego usta ułożyły się w grymasie przygnębienia, lecz szybko go wymazał i przywdział maskę czułości i braterskiej miłości. Odsunął Asimę na odległość ramion. Patrzyła na niego wielkimi, zaszklonymi oczami. Otarł spływającą łzę z jej poczerwieniałego policzka.
- Już dobrze. Żyje, dzięki twojej ambicji samodoskonalenia. Twoja potęga otuliła ją twą opieką. – łagodnie odparł, ujmując jej twarz.
Cesarzowa milczała, wpatrywała się tylko w swego bliźniaka. Wybuch płaczu, wszystkie wydarzenia i wskrzeszenie boga, zmęczyły ją. Czuła się jak piórko na wietrze – bez sił by się mu przeciwstawić, zdana na los wietrznych zawirowań.
- Myślę, że musisz odpocząć. – usłyszała głos, który był plastrem na jej rozpaczające serce. Zerknęła przez ramię Iru i blado się uśmiechnęła.
- Tak. – cichutko przytaknęła, pozwalając Airenowi porwać się w ramiona. Chwycił ją w pasie i uniósł, biorąc na ręce. Oparła głowę o jego ramię. Jego zapach był uspokajający. Ciepło jego muskularnego ciała dawało jej poczucie bezpieczeństwa, a stanowczy, głęboki głos wyciszał jej umysł. W jego ramionach troski bledły. Wtuliła się w niego ufnie, powierzając mu się całkowicie.

Ai opierała się plecami o zagłówek łóżka. Podciągnęła nogi pod brodę, kątem oka zerkając na Kai’a siedzącego na podłodze ze wzrokiem wbitym w sufit. Czuła się jak zbity i zakopany żywcem, bezradny stary pies, którego pozbyto się, bo nie wypełniał już swojej roli i nie strzegł swego podwórka. Ból w jej piersi narastał.
- Przepraszam. – przerwała ciążącą jej ciszę cichutkim słowem skruchy.
Chłopak spojrzał na nią pytająco.
- Za co? – przełykając łzy, zmusił odrętwiałe usta do zadania pytania.
- Ja… chciałam żebyście byli szczęśliwi. – odrzekła ze ściśniętym gardłem. – Zawiodłam… ją… i ciebie! – załkała, nie mogąc już stłamsić rozpaczy swojej duszy. – Jestem taka słaba! – zacisnęła mocno oczy, nie chcąc patrzeć na własną żałość.
- Nikt nie mógł jej pomóc. Nikt nie zauważył… to ja ją zawiodłem. Nie potrafiłem ochronić ukochanej. Nie zdawałem sobie sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa. Pomimo swej mocy, nie uchroniłem jej… - tępo patrzył przed siebie, nie zawieszając wzroku na niczym.
Coś dręczyło Arcyksiężniczkę; coś, co wydarzyło się, gdy szła oparta o Kai’a przez zgromadzony tłum uczniów, którzy nie zdążyli wyjechać do swych domów. Wieści rozchodziły się szybciej, aniżeli plaga robactwa. Widziała ich wzrok spoczywający na niej, ledwo rozpoznawała ich twarze. Dostrzegła jedynie zarys Kaydii, która żywo gestykulowała i krzyczała. Nie słyszała słów, wszystkie dźwięki dochodziły do niej jak przez wodę. Odnotowała jedynie wściekłość Dziecka Wojny, który, zaskakując wszystkich, wymierzył kuzynce siarczysty policzek, a potem bez słowa zaprowadził ją do pokoju. Nie miała sił, by wtedy zapytać się o powód, lecz zachowanie chłopaka zapadło jej w pamięć.
- Kai, czemu wzburzyłeś się przy Kaydii?
Obrócił się ku niej zaskoczony. Zamrugał nerwowo, rozważając możliwe wyjścia, aby ominąć poruszony przez nią temat, lecz czy to miało sens? Nie słyszała tych wszystkich zarzutów pod swoim adresem, ale czy i tak ich nie zasłyszy od „życzliwych” osób? Powinna je znać, by móc przygotować się na ponowne oskarżenia. Wziął głęboki wdech.
- Zarzuciła ci, że… to w twoich żyłach płynie linia Śmierci i… - urwał, gdy ujrzał w jej cierpiących oczach, jak poranione już serce zamiera i roztrzaskuję się od kolejnego ciosu.
Nic nie powiedziała, spuściła tylko głowę i wpatrywała się matowym bursztynem w palce swoich stóp.
Ścisnęło go w dołku, gdy schowała czuprynę za barierą z rąk i podciągniętych nóg. Buczała, chcąc powstrzymać wybuch donośnego płaczu. Nie mógł znieść tego widoku. Podszedł do niej na czworakach, klęknął, mocno szarpiąc i rozrywając jej zaporę z kończyn. Złapał ją za podbródek i zmusił do popatrzenia na siebie. Księżycowe srebro było chłodne, jak Władca Nocy, który nie był w stanie rozgrzać ziem pod sobą.
- Ty… umarłaś. A ona śmie wymyślać teorię, że to ty zabiłaś YuLee. Kiedy cię znalazłem, moje serce stanęło. Kiedy umarłaś mój świat runął. Stracić dwie ważne dla siebie osoby w ciągu jednego dnia, to zbyt wiele, nawet dla mnie. – głos mu zadrżał. – Na szczęście twoja matka cię wyrwała z ramion Nicości.
- Moja mama… - wzdrygnęła się – Cesarzowa potrafi… wskrzeszać… bogów. – oniemiała wpatrywała się w nieporuszoną twarz chłopaka. Uśmiechnęła się kpiąco i boleśnie zmarszczyła brwi. – Nigdy jej nie dorównam.
- Cesarzowa…
- Tak, nie każe mi. Mam być jej następczynią, wszyscy oczekują podobnego dobrobytu i bezpieczeństwa, jakie ona zapewnia. Nie mogę być gorsza, ale z taką mocą… - skrzywiła się, gardząc samą sobą. – Wiesz, zazdroszczę mojej siostrze. Nie ma pęta tronu i jest silna. Silniejsza ode mnie. To ona powinna być następczynią mamy. Ja nawet nie mam ochoty na bycie władcą! – potrząsnęła energicznie głową i pozwoliła płynąć łzom. – Nie czuję się na siłach! – pochyliła głowę. – Zawsze się wściekam, gdy ktoś mnie do niej porównuje, ale to ja się porównuję się do niej na każdym kroku. Ścinając włosy odgrodziłam się od niej, staram się nie używać JEJ mocy, bo nie umiem sobie poradzić z jej cieniem, jaki mnie zasłania! Ona… ona nic nie zrobiła, żebym tak się czuła, lecz wystarczy jej jestestwo, aby odebrać mi pewność siebie. Ona ciągle brnie naprzód i staje się doskonałością, a ja? Krew z jej krwi? Cuchnę żałością, której nie umiem zwalczyć. Teraz zawiodłam, używając techniki, której ona sama nadużywała! Jeszcze mnie uratowała! Co ona sobie o mnie myśli? Zapewne jak jej lędźwie mogły wydać na świat taką marną imitację boga! – pociągnęła nosem, chlipiąc.
- Duszę Yu skradziono, nie mogłaś jej pomóc…
- Cesarzowa by nie dopuściła do tego, gdyby to była ona…
Kai ciężko westchnął.
- Ai. Musisz porozmawiać z matką, bo moje słowa nie rozwieją twoich chmur.
Wyciągnął ku niej swoją dłoń i położył ją na jej potarganych włosach.
- „Rozsypałaś się, jak domek z kart. Sama musisz je poskładać od nowa. Wybacz YuLee, ale zdaje się, że nie mogę się załamać.”

Ciemność ustępowała z rozległego nieba i wpuszczała nań promienie wstającej gwiazdy. Pomarańczowa łuna przedarła się przez korony i gałęzie drzew, padając na zmęczonej twarzy chłopaka. Zmrużył oczy i zasłonił je ręką przed niespodziewanym poblaskiem słońca.
Już poranek, pomyślał.
Przejechał wzrokiem po wstającej przyrodzie. Świergot ptaków, które radośnie się nawoływały z oddali; plusk dochodzący z pobliskiego stawu, gdzie harcowały ryby; pijąca rosę biedronka, to wszystko straciło swój urok. Nawet dostojna czerwień liści oprószona miłością potężnego Władcy Nieba, była nijaka i bez polotu. Nie potrafił się odnaleźć w wydarzeniach zeszłego dnia. Słowa w jego głowie nie chciały zamilknąć i co rusz, od nowa płynęły jak niechciana powódź, która zalewa domostwa. Złapał się za głowę i skulił, błagając by wizja ustała i przestała go zadręczać. Jego prośby na próżno były wypowiadane. Słowa rozbrzmiewały na nowo.
Dziecię skażone egoizmem potęgi,
Ugniatające się od swego przeznaczenia.
marzącym wzrokiem podążające za
widmem szczęścia i rozpadające się
na atomy, pragnące powrócić do obiegu życia.
Ginące od rapsodii zazdrości.
Z oczami wpatrzonymi w uczucie czułości,
wydające ostatnie tchnienie.
Żegnaj, duszo czysta.
Gdy po raz kolejny nawiedziła go przepowiednia YuLee, padł na kolana i zawył z rozpaczy. Uderzył pięścią w wilgotną ziemię. Gdyby tylko się nie bał; gdyby tylko nie był tchórzem i potrafił czytać lepiej ze swych wizji, mógłby uratować tę dziewczynę. Zginęła, bo milczał. Nikomu nie powiedział o słowach jej przyszłości. Nikomu. Poczucie winy zżerało go po kawałeczku, upijając się jego cierpieniem.
Słona kropla skapnęła na jego dygoczącą dłoń.
Co pomyśli o nim Ai? Czy Kai mu wybaczy? Jak spojrzy w swoje odbicie w gładkiej tafli lustra?
Obrócił się za siebie, kiedy dobiegł do jego uszu nieznany dźwięk. Nie potrafił określić jego źródła. Hałas przypominał rozrywanie materiału, który drgał niespokojnie. Poderwał się na równe nogi, szukając miejsca, z którego dobiegał swoisty pogłos. Rozejrzał się wkoło i dostrzegł rysę w powietrzu.
Mili nie mogła usiedzieć w miejscu. Sen również nie był dany kobiecie. Jej zdradliwe serce dalej waliło jak oszalałe, a niesforny umysł dalej podsuwał jej różnorakie obrazy Iru – jego uśmiech, błyszczące czułością oczy i wilgotne, spragnionej jej usta. Zawyła ze złości, nie mogąc się uwolnić od jego klątwy. Energicznie machnęła ręką i przeskoczyła do kolejnej wyrwy. Wysunęła się z rozdarcia w przestrzeni i stanęła w poświacie wchodzącego na tron słońca. Skrzywiła się. Zamrugała parokrotnie, by pozbyć się z oczu świetlnych chochlików. Powiodła spojrzeniem w bok i ujrzała oniemiałego chłopca. Jego czarne włosy lśniły, zupełnie jak hebanowe pióra kruka. Oczy przywodziły na myśl pole lawendy skąpane w poblasku chylącego się ku końcowi dnia.
- Kim jesteś? – spytał zatrwożony.
- He? Ja? Kim ty jesteś, chłopaczku? – podparła się za boki i uważniej przyjrzała młokosowi.
Wodziła wzrokiem po jego wątłej sylwetce, gdy nagły ból głowy ściął ją z nóg. Gdyby głowa jej eksplodowała, ból byłby mniejszy od tego odczuwanego w tym momencie. Upadła głucho na ściółkę z oczami wbitymi w młodzieńca. Nieznajomy dlań chłopak zgiął się wpół i upadł na ziemię. Wił się przeraźliwie. Mili poczuła zalewające ją uczucia.
Strach, wręcz niewyobrażalny lęk. Zagubienie. Niezrozumienie. Samotność. Pragnienie miłości. Osaczenie. Żal. Gniew. Nienawiść do własnej osoby.
Wszystko tak intensywne, że zabrakło jej tchu. Dusiła się od otaczających ją emocji. Zrozumiała, że ich źródłem był młodzik przed nią. Kim było to nieszczęśliwe dziecko? Dłużej nie potrafił wstrzymać goryczy doznań. Wrzasnęła, podrywając okoliczne ptaki do lotu.
Zapadał się. Bagno czasu wciągało go, nie bacząc na jego sprzeciw. Błotna maź zaklejała mu usta i zsyłała na niego mrok. Wszechobecna ciemność- zimna i bezwzględna. Czuł, że zamarza, a w otępionym umyśle pojawiły się nachalne obrazy. Kobieta, którą spotkał przed chwilą, przewijała się w każdej scenie. Jej ból był namacalny. Krzyknął, przy kolejnej okrutnej scenie. Gdy złapał oddech, jego usta ułożyły się w potoku słów.
Miłość prawdziwa dała życie kruszynie czasu.
Kapryśność bogów zabrała jej skrzydła
i rzuciła ku szponom ciemności.
Blask Słońca ogrzał zimne lica,
dając energię do życia.
Pąk niewinnego kwiecia
Otulił światłem cierpiącą duszę.
Najsilniejsze z uczuć dało powód,
by płuca zmuszać do kolejnych wdechów.
Oblubienica boska kochająca życie.
Wypowiedział i odetchnął, wracając do siebie. Obrzucił wykończonymi oczami klęczącą niewiastę. Ona również odzyskała władzę nad sobą. Patrzyli na siebie w ciszy. Zdezorientowani, ale rozumiejący się wzajemnie.
- „Rezonans?” hej, chopaczku, kim, kurwa, jesteś? – warknęła Mili. Ledwo udało się jej podnieść z ziemi. Cały czas kręciło się jej w głowie.
Speszył się, słysząc przekleństwo. Uciekł wzrokiem i wlepił go w trawę koło siebie.
- Faini de Nabii. – odrzekł.
Oczy kobiety rozszerzyły się.
- Więc to ty jesteś narzeczonym Aicshy. Posiadacz Oczu Wizji. – zmarszczyła czoło. – „Zdecydowanie muszę typa unikać. Nigdy więcej nie chcę czuć tych uczuć. Nigdy.” – przeszły ją ciarki na samą myśl o ponownym zjednoczeniu.
- A pani?
- Bogumila de Mundus. Zapamiętaj i schodź mi z drogi. – rzuciła przez ramię, otwierając swoje osobliwe przejście.
- Och. Niech pani poczeka! Mam kilka pytań do pani! – zerwał się, lecz Mili nie miała zamiaru wysłuchiwać głupich pytań jakiegoś młokosa. Dała susa i znikła mu z oczu.
Faini zatrzymał się zrezygnowany.
- Chciałem tylko zapytać, czy ma pani coś wspólnego z bogami czasu…
Zamyślony usiadł na trawie i zadarł głowę do góry. Ptaki szybowały nad drzewami, zajęte swymi codziennymi troskami. Błaha codzienność, tego mu brak było. To był pierwszy raz, kiedy doznał tak intensywnej wizji. Wszystko było nazbyt realne i przytłaczające. Co poczuła owa kobieta? Jego oczy przeszył posępny błysk. Bogumila musiała mieć w sobie moc boga czasu, rywala jego rodu. Powiadali, że ród starożytnych bogów władających czasem i przestrzenią wymarł, a on jest jedynym potomkiem bogów pałających się panowaniem nad czasem, lecz dzisiaj przekonał się, że są na tym świecie osoby, w których płynie krew zapomnianych mistrzów.
- De Mundus powiedziała. Czy to znaczy, że w Ai też?
Jak na zawołanie, przed jego obliczem pojawiła się wymęczona Arcyksiężniczka.
- Ai! – bez zastanowienia podbiegł do niej i mocno przytulił.
- Faini… - zarzuciła mu ręce na szyję.
- Powinnaś odpocząć. – docisnął ją do siebie.
- Nie mogę. Pozwól mi zostać tak… na zawsze. – szepnęła, czując jak napięcie puszcza jej ciało. – Zostańmy tu po kres swych dni.
- Chciałbym… - zaciągnął się jej zapachem, w którym jeszcze krążył odór śmierci. Pociągnął ją za sobą na zielona trawę. Ułożyła głowę na jego kolanach i pozwoliła powiekom opaść.
- Gdy się zbudzisz, muszę ci coś powiedzieć. – nachylił się nad nią i pocałował ją w czoło. W odpowiedzi dostał tylko niesłyszalne „dobrze”.
  • awatar Kate - Writes: Zagłosujesz na mój kolaż w konkursie? Numer 4 jestem. Proooszę. swiat.wedlug.pati.pinger.pl/m/27212329
  • awatar Kate - Writes: Opowiadanie pierwszorzędne, jak zawsze.
  • awatar SallyLou: Omg ( nienawidzę tego zwrotu, ale to pierwsze co mi przyszło do głowy ). Z tą intensywnością to nie przesadzałaś. Przerażenie Airena odczułam niemal tak jakbym sama w tym uczestniczyła. Szczerze to nie spodziewałam się po nim aż tak emocjonalnej reakcji. I jeszcze jedno: wow! Faini jest bardziej kozacki niż przypuszczałam. Ale chyba z Bogusią się nie polubią zbytnio. PS: Chcę więcej Asimy i Airena. Kocham ten mroczny duet tak bardzo!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

seiti1008
 
Kilka godzin pracy, ale jest. Udało się.

„Niewinność zabrana przez mrok, sprowadziła Czarnego Anioła.”

Gęsta mgła rozlała się po ziemiach śmierci jak wykipiałe mleko. Wysokie drzewa tonęły w mlecznej drodze, a nieskazitelny błękit nieba przysłoniła przyziemna chmura, która opadała ciężko na ziemię. Dusze zniknęły w zamglonym krajobrazie.
Gdzie się podziały?
Asima wytężyła wzrok, sięgając dalej niż to możliwe. Jej sokoli wzrok dostrzegł górę, a na jej zboczach kwatery. Czy to schronienie dla mieszkańców Krainy Nieba? Przesunęła spojrzeniem po rozległych ziemiach rodu de Death, których widok rozciągał się z tarasu jej pokoju. Niepokojący pejzaż wyrył się w jej pamięci. Zaciągnęła się wilgotnym powietrzem, przymykając słoneczne oczy. Piękno tej krainy wdarło się do jej serca. Uśmiechnęła się lekko, podnosząc powieki. Odludne ziemie kryły w sobie wiele tajemnic, zaskakując ją na każdym kroku. Przeszedł ją dreszcz podniecenia, a w oczach wymalowała się ekscytacja. Gdyby tylko mogła zostać tutaj dłużej…
Potrząsnęła głową, przywołując się do porządku.  Nie mogła, wakacje musiała odłożyć na bliżej nieokreślony termin.
Do uszu władczyni dobiegło ciche pukanie. Nie obracając się, rzekła:
- Coś się stało, Nishi?
Dziewczynka potrząsnęła głową.
- Śniadanie gotowe. – oznajmiła. – Dobrze ci się spało, mamusiu? – zapytała, podchodząc do Cesarzowej.
- Dość przyjemnie. – odparła Asima i przeciągnęła się leniwie, jak stary kocur. – Podoba ci się ta kraina?
- Bardzo! – Nishi energicznie odpowiedziała. Asima uśmiechnęła się czule, widząc jej radosne oczka. – Czuję się tu wspaniale. Powietrze ma przyjemny zapach, energia tego miejsca jest pokrzepiająca, a widoki zapierają dech w moich piersiach! Chcę tu zamieszkać! – rzuciła jednym tchem.
Cesarzowa roześmiała się i pogłaskała córkę po głowie.
- Tak, też bym chciała. – odrzekła nostalgicznie, spoglądając na krajobraz przed sobą.
- Mamo, jak przejdziesz na emeryturę, to przeprowadzisz się tu? – spytała z nadzieją w oczach. – Mogę z tobą? – wielkimi oczkami wierciła rodzicielkę, czekając na pozytywną odpowiedź.
- Nishi, ale ja nie wybieram się w najbliższym czasie na emeryturę…
- Ee, czemu? Aicsha jest już prawie dorosła, można by tak na nią zrzucić obowiązki władcy i przenieść się tu. – oparła brodę o barierkę tarasu, a w jej oczach czaił się ozór mroku.
- Mam zostawić władanie Cesarstwem takiemu głupiutkiemu młokosowi? Nawet nie odnalazła siebie we własnym sercu, jak mam powierzyć jej los milionów?
- No wiem. – mruknęła z niezadowoleniem dziewczynka. – Pospiesz się, Ai, i znajdź swoją drogę…
- Chodźmy na śniadanie jestem strasznie głodna. – ujęła drobną dłoń Arcyksiężniczki i skierowała się w stronę drzwi.
- Zakładam, mamo, iż to przez to, że poszalałaś wczoraj i rozwaliłaś im bramę. – słusznie zaważyła.
Cesarzowa skrzywiła się.
- Nie mów o tym wujkowi Latisowi, dobrze? Nie chcemy, żeby zabierał mamie czas na prawienie zbędnych morałów, prawda? – rzuciła z wymuszonym grymasem, mającym przypominać uśmiech.
- Nie chcesz słuchać reprymendy?
- Mój braciszek potrafi paplać godzinami. Słabo mi jak o tym pomyślę. – Asima wzdrygnęła się.
- To może następnym razem trzeba się zastanowić, co się… - urwała od ostrego spojrzenia matki. – Już milczę… - szepnęła i zamknęła za sobą drzwi.
Cesarzowa z córką zasiadły przed suto zastawionym stołem. Asima przełknęła ślinkę, widząc rozmaitości, jakie przygotowano na jej cześć. Wszystko pachniało apetycznie, a jej żołądek domagał się strawy najszybciej jak to możliwe, że rozważała porzucenie etykiety i rzucenie się na smakowite dania. Zmarszczyła brwi i uspokajała swój burczący brzuch. Zerknęła na gospodarzy. Pitolili jakieś modły, słowa dziękczynne czy jeszcze coś innego. Bogini nie słuchała, myślała tylko o kuszącym żarełku przed sobą.
- „Skończta już to pierdzielenie, ja chce jeść! Może nie zauważą jak wezmę troszeczkę.” – ukradkiem spojrzała na ich poważne twarze i zamknięte oczy. Wyciągnęła rękę ku nodze jakiegoś ptaka. Oblizała usta, już czując jego smak.
- Mamo. – usłyszała cichy, acz upominający głosik córki.
- „Szlag, zapomniałam o tej Pani Praworządnej, wychowałam potwora.” Taak? – zamrugała niewinnie.
- Chyba nie chciałaś… - Nishi teatralnie zakryła usta dłonią.
- Och, nie. Skądże. Odganiałam muchę. Słuchaj modlitwy. – szeptem poleciła.
- Ale… - Asima uciszyła ją, przykładając palec do ust. – „Chciałaś to zwinąć!” – oburzona Nishi zmarszczyła brwi i co chwila spoglądała na skupioną matkę. Przynajmniej taką udającą.
Kapłanka wymówiła ostatnią dziękczynną frazę i zapraszającym gestem wskazała jedzenie.
- „No w końcu!” – Asima ucieszyła się w duchu, nakładając sobie sporą ilość pożywienia.
Wprawiony w osłupienie Mikashe bacznie przypatrywał się władczyni.
- Sporo pochłaniasz, pani. – rzucił drobną uszczypliwość.
- To przez zgniecenie waszej bramy. – odparła nim włożyła widelec do ust.
Mężczyzna prychnął, z niezadowoleniem odwracając od niej wzrok. Napotkał rugające spojrzenie siostry. Przewrócił oczami i niemo przeprosił.
Asima odłożyła sztućce, gdy nasyciła się do pełna. Wzięła do dłoni kielich pełen krwi i upiła łyk. Ciepła krew rozchodziła się po jej języku, a pragnienie gasło. Delektując się pyszną posoką, zadała niewygodne pytanie.
- Kapłanko, nie odpowiedziałaś mi jeszcze, czy wprowadziliście w życie moją reformę. – odstawiła kielich i spojrzała stanowczo na kobietę, która widocznie zbladła.
- Ymm… Emm… - Nakee nie potrafiła wytrzymać wzroku władczyni. Bała się odpowiedzieć.
- Czemu – wtrącił się wojownik – mamy cię słuchać? Nie jesteś naszym władcą. Jesteś boczną linią. – syknął.
Cesarzowa przeniosła spokojny wzrok na córkę.
- Nishi, smakowało ci?
- T-Tak… - szybko odparła, czując całą sobą czarną energię wokół rodzicielki. Szykowały się kłopoty.
- Możesz w takim razie odejść od stołu.
- Tak. – mała bogini pospiesznie wstała.
- Och, tylko weź ze sobą kubek z krwią. Musisz się porządnie odżywiać.
Dziewczynka szybko obróciła się wokół własnej osi i chwyciła szkło.
Asima odprowadziła swoją latorośl wzrokiem i gdy ta znikła za drzwiami, uniosła głowę i popatrzyła chłodno na Mikashe.
Mężczyznę zalał zimny pot. Czuł dreszcze biegnące mu wzdłuż kręgosłupa. Strach. Sparaliżował go strach od samego jej spojrzenia. Okropne uczucie odebrało mu możliwość ruchu. Pierwszy raz zaczął żałować swych słów. Serce podskoczyło mu do gardła, kiedy pojawiła się tuż przed nim w pełnej krasie.
Kucała na stole i nachylała się ku jego kredowej twarzy. Hebanowe skrzydła zadrżały w powietrzu, dodając jej animuszu. Czarne, jak noc bez księżyca, oczy wpatrywały się żądne jego duszy. Szkarłat szklił się jak krew, którą przed chwilą spożywał. Oczy potwora; oczy starożytnych, które znał tylko z ksiąg, pragnęły pozbawić go tchu. Ostre i ogromne kły wysunęły się z jej kształtnych ust. Miał mętlik w głowie – bał się i pożądał jej jednocześnie. Była piękna i niebezpieczna. Budziła w nim lęk, ale mimo to był nią oczarowany. Jak to możliwe, że tak szybko pożarła jego duszę? Z przestrachem, lecz nie potrafił oderwać od niej wzroku.
- Jestem Asima de Death, Cesarzowa Animalii, Królowa Ciemności. Jestem władcą Śmierci. – pochyliła się nad nim i szepnęła mu do ucha - Być może nie wiesz, ale mogę zabrać twą duszę do niebytu i pozbawić cię nieśmiertelności, dlatego waż słowa, jakie wypowiadasz do osoby mnie podobnej. Chyba nie chcesz zniknąć z tego świata, prawda? To by była wielka strata. – przejechała palcem po jego rozchylonych ustach.
Mikashe poczuł uderzenie gorąca, a potem zimny dreszcz.
Asima wstała i jak gdyby nic wróciła na swoje miejsce. Zasiadłszy ponownie do stołu, ujęła nóżkę kielicha i zamieszała pozostałą krwią.
- Więc Nakee, co z moją reformą? – zwilżyła usta płynną czerwienią.
- Rozpocznę przygotowania. – z trudem zmusiła się do wydania z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Rzuciła ukradkowe spojrzenie bratu, który dalej trwał w osłupieniu.

Jasne promienie porannego słońca wdzierały się do pałacu przez duże okno korytarza i padały na zamyśloną twarz kobiety. Świetlne chochliki tańczyły na jej licach, lecz niewiasta zdawała się ich nie dostrzegać. Stała zamrożona z ręką wiszącą nad klamką. Miała ją nacisnąć, gdy dywagacje ponownie porwały ją w najgłębsze odmęty jej umysłu. Była w szoku.
Otrzeźwiała dopiero, kiedy skrzydło ciężkich drzwi uchyliło się przed nią, a w progu stanął sam Airen. Król zlustrował ją od góry do dołu.
- Długo tak jeszcze będziesz tu sterczeć, zanim uraczysz mnie swą obecnością? – warknął, podpierając się pod boki.
- Och, tak. Miałam wchodzić. – odparła nieprzytomnie i zupełnie nie w swoim stylu.
Bóg wytrzeszczył oczy.
- Dobrze się czujesz? Masz gorączkę? – dotknął dłonią jej czoła, upewniając się, że nie płonie z gorąca. Nie cofnęła się, ani nie ofukała go. Zamrugał niepewny, co do jej stanu.
- Mam raport. – wymamrotała, wymijając go i wchodząc do środka.
- Asima mnie ukatrupi jak coś się jej stało. – padł na niego blady strach. – Mili, ale wszystko w porządku? – poleciał za nią i odsunął jej krzesło. – Siadaj proszę. – wyszczerzył się życzliwie.
Kobieta klapnęła na siedzisku i tępy wzrok skierowała za okno.
- Mili… - nieśmiało zaczął. – więc, czegoś się dowiedziałaś?
- Em, taa. Nie ma vetaritu na czarnym rynku. Nikt o im nic nie wie. Tu masz szczegóły. Wyjęła z kieszeni pomiętą kartkę i wręczyła ją Królowi.
- Nie ma? – powtórzył zeźlony i zaskoczony. Otworzył zgięty pergamin.
Airen przyjrzał się niedbałemu skrawkowi papieru i niedowierzał własnym oczom. Mili zawsze oddawała zadbane raporty, a nie strzępki jak psu z gardła wyciągnięte. Co się jej stało? Już przed oczami miał widok Asimy z kosą.
- Mili… - zawył.
- Pójdę już. – wstała i doczłapała się do drzwi.
Uciekła przerażona, by Iru nie spętał jej i nie wymusił odpowiedzi. Skąd mu przyszedł do głowy taki chory pomysł? Bogumila miałaby zostać żoną? Dobre sobie. Nie taki był plan, wszystko się pogmatwało. Chciała się zabawić, popatrzeć jak się wścieka, a zamiast tego podała mu się na srebrnej tacy, jak jakiś masochistyczny kurczak lisowi! Tak, to czwany lis. Omamił ją.
Zacisnęła dłonie w pięści. Powinna go wyśmiać; parsknąć śmiechem mu w twarz, a nie pozwolić swemu sercu mocniej zabić. Część jej pragnęła tej stabilizacji i bycia czyjąś. Posmutniała, a jej ręce bezwładnie zawisły.
- … Mili!! – usłyszała donośny głos kuzynki. Podniosła głowę i ujrzała zirytowaną Cesarzową. – Wołam cię i wołam. W jakim świecie utknęłaś?!
- „Twojego brata, który rozpierdolił mój.” – pomyślała. – Czego znowu chcesz?
Asima uśmiechnęła się chytrze, a Mili pożałowała pytania.

Odsłonięta delikatna skóra błyszczała zalana morzem światła. Śpiąca dziewczyna poruszyła się nieznacznie, a koc zsunął się z jej krągłości. Faini uśmiechnął się i sięgnął niesforne okrycie. Narzucił je na gołe ciało Arcyksiężniczki. Skuszony aksamitem kobiecych atrybutów, przejechał palcem po kuszących krągłościach jej bioder. Jego dobry nastrój wyparował, gdy wpadł w pułapkę swoich wizji.
Krew. Ocean krwi stykał się z ciemnością. Czarne skrzydła tonęły w odmętach posoki. Bezgłośna śmierć. Szlachetna śmierć.
Oderwał drżącą dłoń od Ai, a jego usta wyszeptały w transie:
Cień tłamszący słoneczny promień.
Czerń pożerająca go żywcem.
Niewinność zabrana przez mrok,
Sprowadziła Czarnego Anioła.
Ostatnie tchnienie ukochanego serca…
Odsunął się od dziewczyny i przywarł plecami do zimnej ściany. Jego słowa oznaczały jedno, coś czego nie chciał do siebie dopuścić. Zamknął oczy, starając się uspokoić oddech.
- „Spokojnie, wdech i wydech. Przyszłość ulega zmianie od wyborów. Spokojnie.”
Serce waliło mu jak młotem, a ręce dalej dygotały. Pierwszy raz od dłuższego czasu był tak wstrząśnięty tym, co ujrzał. W tej chwili nienawidził swojej spuścizny. Czuł całym sobą ból umierania; niewypowiedziane życzenia; żałowane decyzje; gorycz szlachetności.
Skulił się, skrywając twarz w dłoniach.
- „Błagam, niech to minie, błagam!” – wznosił litościwe prośby do losu.
- Faini! – dobiegł go zatrwożony głos wypowiadający jego imię.
Wychylił się zza zasłony swych dłoni. Aicsha już zamykała go w swoich ramionach. Była ciepła. Jej serce wybijało spokojny rytm życia. Żyła. Przymknął oczy i wtulił się w nią. Poddał się kojącemu uczuciu.
- Ai…
- Już dobrze? Miałeś koszmary? To tylko sny. – odrzekła łagodnie, głaszcząc go po miękkich włosach.
- Mary? Czy to były mary senne? – oparł czoło o jej ramię, odsuwając swoje ciało od źródła ukojenia.
- Z pewnością. – obdarzyła go szczerym i promiennym uśmiechem.
Pragnął wierzyć jej słowom.
Z lękiem w sercu patrzył jak się ubiera. Nie mógł pozbyć się złych przeczuć i mrocznej wizji ze swojej głowy.
Aicsha oparła się o zamknięte drzwi. Ściśniętą dłoń przyłożyła do piersi. Była zaniepokojona stanem narzeczonego. Cierpiał. Widział coś, co sprawiło mu niesamowity ból. Zalała ją fala złości. Czemu te przeklęte wizje nie znikną? Czemu wkradają się do jego umysłu i sprawiają mu ból? Czy nie miały przepaść bez śladu, jeśli straci swoje dziewictwo? Czemu jego ród prawił takie bezsensowne frazesy?
Uderzyła pięścią w ścianę, a skruszały tynk spadł na podłogę. Arcyksiężniczka zaklęła, zerkając na sporą dziurę. Ruchem dłoni przywróciła ścianie jej dawny wygląd.
Z ciężarem w duszy zrobiła kilka kroków i zatrzymała się przed swoim pokojem. Wziąwszy głęboki wdech, zapukała. Była gotowa na widok YuLee w ramionach Kai’a. Była, lecz gdy drzwi uchyliły się i pokazały skrywany widok, poczuła bolesne ukłucie. Chciała się go wyrzec, ale przywarło do niej, jak rzep do kudłatego ogona; nie mogła się w z niego wyplątać.
- Śpicie? – spytała cichutko.
Chłopak pokręcił głową. Yu wyrwała się z objęć boga. Zawstydzona, z licami muśniętymi rumieńcami, usiadła i gorączkowo zastanawiała się, jak powinna się zachować. Co mogła pomyśleć sobie o niej Arcyksiężniczka?
Wstydliwie posłała Ai dyskretne spojrzenie. Przyszła władczyni miała na ustach uśmiech, a jej ciepłe oczy starały się nie zawisać na nich. Demon poderwał się.
- Ja… ja już muszę iść. – rzuciła pospiesznie.
- Co?! – Kai mruknął zawiedziony.
- Muszę zrobić coś… coś ważnego.
Ai obserwowała jej onieśmieloną minę. Złapała dziewczynę za przegub dłoni.
- Odprowadzę cię. A ty- rzuciła do chłopaka – ogarnij się.
Szły w ciszy. Niezręczny bezgłos doskwierał im obu. Ai westchnęła.
- YuLee, jesteś jego dziewczyną i nie musisz się wstydzić waszych czułości.
- Ale…! To takie nie na miejscu… - poczuła palące wykwity na policzkach.
- To symbol zakochanych. Cieszę się, że Kai jest szczęśliwy. Skruszyłaś jego skorupę. – chwyciła jej kruchą rączkę. Jej chude palce i anemiczny kościec ginęły w jej dłoni. Yu była jak skorupa jajka. Krucha, ale w odpowiednich okolicznościach potrafiąca unieść niewyobrażalny ciężar. Niosła z Kai’em jego grzechy. Mocniej ścisnęła jej zimne paluszki. – Moje serce się raduje, gdy patrzę jak się uśmiechasz. Ty, jak nikt inny zasługuje na słodycz życia.
- Panienko… - oczy demona zaszły łzami i rzuciła się otwarte ramiona bogini.
Ai starała się zamknąć niegodziwe uczucia w niezniszczalnym pudełku w głębi swojej duszy. Ta słaba istota pragnęła miłości. Czy ona, córka Cesarzowej, nie wyrzekła się tego zgubnego uczucia? Nie miała prawa do zazdrości.
- Yu, masz strasznie zimne ręce.
- Och. – dziewczyna odsunęła się od Ai i schowała dłonie za plecy.
- Dobrze się czujesz?
- To chyba od nadmiaru wydarzeń. – uśmiechnęła się zakłopotana. – Położę się.
- Koniecznie. Zajrzę do ciebie później. – złapała za klamkę i otworzyła przed nią drzwi. – Wypocznij.
Kątem oka widziała jak kładzie się do łóżka. Delikatnie zamknęła skrzydło i wróciła do siebie.
Po przekroczeniu progu pokoju ujrzała współlokatora owiniętego w ręcznik. Mały skrawek materiału okalał jego wąskie biodra. Szybko odwróciła głowę.
- Ohoho, co to księżniczka jakaś wstydliwa się zrobiła. – zaśmiał się, odchodząc do niej od tyłu. Wzdrygnęła się. – Pachniesz Faini. – rzucił chrapliwym głosem.
Przeszły ją ciarki, a oczy pociemniały. Był tuż obok, a jednak był nieosiągalny.
- Należysz do innej, nie powinnam, zatem patrzeć. – syknęła. – Nic ci do tego, kim pachnę.
- Udała ci się nocka, co? –ciągnął dalej.
- Zazdrościsz? – cofnęła się i dopiero obróciła ku niemu. - Ty chyba również nie próżnowałeś, o ile ci stanął po takiej ilości alkoholu. – warknęła złośliwie.
- Byle trunek nie pokona mojej jurności. – odparł z dumą. – A tak poważnie, to nie tknąłem Yu. – wyjaśnił z maślanym wzrokiem.
Jego rozmarzona i przepełniona miłością twarz zirytowała Ai, a nieprzyjemne ściśnięcie w żołądku pogłębiło jej stan.
- Och, więc w końcu którąś szanujesz. – fuknęła, gardząc samą sobą.
- Ai… - wyczuł jej urażony ton. – Jesteś moją przyjaciółką. – podkreślił – Szanuję cię. Zabawy chyba oboje chcieliśmy…
- Starczy. – przerwała mu. – Po co gadać o przeszłości? Nie szanowałeś dziewczyn, nie wyprzesz się tego. „Tak, tak jest prościej, schować się za zasłoną z innych. Pozostawić niewypowiedziane uczucia w spokoju.” Cieszę się, że to się zmieniło i nie przeleciałeś mojej słodkiej Yu.
- Ach. Chodziło ci… nieważne. Idź się umyć, bo rozsiewasz zapach Oczu Wizji. – przeszedł obok niej i podszedł do szafy.
- A co przeszkadza ci to? – odparła niby radośnie, ale cieszyła się, że nie widzi jej zza drzwi mebla.
Nie usłyszała już odpowiedzi. Popędziła ku prysznicowi i odkręciła chłodną wodę, która miała zmyć jej łzy.
Zegar odmierzał kolejne minuty, a potem godziny. Niepowstrzymany czas parł do przodu, ku nieznanej przyszłości.
Starsza Arcyksiężniczka szła szybkim krokiem, przemierzając kolejne metry rozległego Internatu. Jej nerwowe i niespokojne ruchy przybliżały ją do celu. Niepokój gościł w jej serduchu, gdy YuLee nie pojawiła się na śniadaniu. Lękała się, że dziewczynie zaszkodził wczorajszy alkohol i pochorowała się. Nakręciła się bardziej, gdy przypomniała sobie jej lodowate ręce. Z chodu przeszła do biegu, o mało co nie wpadając na Ryuugę.
- Ai, uważaj! – upomniał ją, gdy musnęła go. Ominęła go bez zatrzymywania się i pognała dalej. -  Dokąd tak pędzisz?
- Wybacz. – rzuciła tylko.
Im bliżej była pokoju przyjaciółki, tym większą obawę odczuwała. Doskoczyła do klamki i pchnęła drzwi.
Demon leżał na łóżku. Jej głowa spoczywała na poduszce, a ręce leżały tuż obok niej. Spała w najprzyjemniejszej pozycji, jakby tuliła się do Kai’a czyli na brzuchu, a nogę położoną miała na kołdrze.. Może się jej śnił?
- Yu, źle się czujesz? – spytała i stanęła raptownie. Czuła to. Czuła odór śmierci unoszący się z ciała dziewczyny. – YuLee…
Podeszła do łoża na trzęsących się nogach. Wielkimi i przerażonymi oczami wodziła po nieruchomym ciałku. Dygoczącą ręką dotknęła dziewczyny. Była zimna, blada i sztywna. Zadarta koszulka ukazywała plamy opadowe na brzuchu. Dopiero teraz dostrzegła jej zmętniałe oczy i sino-brunatne usta, które jeszcze dzisiejszego poranka składały pocałunki i szeroko się uśmiechały.
- YuLee!!! – wrzasnęła, przywołując kosę.
Srebrne ostrze zalśniło w półmroku panującym w pokoju. Przecięło powietrze i zanurzyło się w ciele zmarłej.
- Wskrzeszenie! – Ai wrzasnęła na całe gardło. – Wskrzeszenie! – powtarzała raz za razem.
Dusza nie powracała do ciała. Bezradna bogini powtarzała rytuał parokrotnie, tracąc siły. W końcu nic nie widziała przez łzy. Za entym wbiciem kosy w drobne ciałko, powstrzymały ją czyjeś ręce. Silne szarpnięcie oderwało ją od martwej YuLee. Zatoczyli się pod ścianę.
- Puszczaj, Ryuuga!! Puszczaj!! – miotała się, zmuszając chłopaka do klęknięcia. Pociągnął ją za sobą, chcąc przygwoździć ją swoim ciężarem do podłogi
- Przestań!! – polecił, lecz go nie słuchała. Ledwo był w stanie ją utrzymać. – Ai, przestań!
Nagle osunęła się w jego ramiona. Zadarł głowę do góry i napotkał bursztynowe poważne oczy.
- Zabierz ją stąd. – Cesarzowa poleciła, a on bez namysłu wziął ją na ręce i wyniósł na korytarz.
Asima lustrowała nieżywą YuLee. Koło niej pojawił się Latis, który badawczo przyglądał się zmarłej.
- Interesujące. – przejechał zaciekawiony palcami po swojej brodzie.
- Interesujące?! – powtórzyła władczyni. – Ktoś nam zajumał duszę sprzed nosa i dla ciebie to interesujące?
- No właśnie. Ja, Śmierć, nie poczułem jej odejścia. –wskazał na YuLee. – Ty chyba też nie. – rzucił przez ramię.
- Poczułam dopiero nieudaną próbę wskrzeszenia. – przyznała z niechęcią.
- Nieudaną, bo jak sama stwierdziłaś, jej duszy nie ma w zaświatach. Nie można przywrócić jej życia. I obawiam się, że jak jej duszyczka nie zjawi się w zaświatach to przepadnie bezpowrotnie, jakby nie istniała.
- Co wy macie na myśli? – usłyszeli za sobą ostry ton.
- Wyjdź, Kai. - Asima rozkazała, lecz chłopak za nic wziął jej polecenie i zrobił kilka kroków ku nieżywej ukochanej.
- Yu… Yu… YuLee!!!! – jego głos rozniósł się echem.
- Kurwa, przecież mówię, że masz wyjść! – Cesarzowa uniosła się i postawiła barierę miedzy nim a nią.
- Wpuść mnie do niej! Wpuść!! – upadł na kolana. – Błagam, Cesarzowo!
- Nie pozwolę, żebyś ją zobaczył… martwą. Nie tego by chciała. – oschle warknęła, zaciemniając zaporę.
Jej drobna sylwetka ginęła w zapadającej ciemności.
- YuLee!!! Nie zostawiaj mnie! Błagam… zróbcie coś, do licha, jesteście bogami śmierci… Cesarzowo!!
Mgła przysłoniła mu nawet ciemność, w której znikła Yu. Potok łez spływał mu po skrzywionej bólem twarzy. Jego nowy świat runął, a on spadał bez woli ratunku.
Przestał szlochać po jakimś czasie. Siedział jedynie oparty o ścianę i tępo patrzył przed siebie. Patrzył, ale nie widział.
- Jeszcze tu siedzisz? – syknęła Asima, wychodząca z bariery.
Obrócił głowę ku niej i spojrzał na nią pustym srebrem. Cesarzowa cmoknęła i podeszła do niego. Złapała go za koszulę i uniosła.
- Nie po to zwracałam ci życie, byś pokazywał mi taką twarz. – wyszczerzyła kły.
- Możesz je zabrać z powrotem, pani.
W bogini zawrzało. Rzuciła nim jak szmacianą lalką. Uderzył o ścianę i osunął się na podłogę.
- Dobry pomysł. – wycedziła. – Niestety moja córka może nie podzielać mojego zdania. – prychnęła, rozmywając się w powietrzu.
Kai powiódł wzrokiem na miejsce, gdzie leżała YuLee. Nie było jej. Domyślił się, że została zabrana przez Latisa, a Cesarzowa specjalnie wyszła przez barierę. To była jej troska.
Poczuł przypływ bólu. Zamknął oczy i skrył twarz w kołysce z rąk i kolan.
Czas mijał, nie przynosząc ukojenia.
Nie wiedział ile spędził w pozycji rozpaczy. Kiedy próbował wstać, miał odrętwiałe kończyny. Odczekał chwilę, aż wróci mu krążenie i powlókł się do pokoju.
Z trudem otwarł drzwi. Zobaczył zarys sylwetki Aicshy.
- „Ai… próbowałaś ja ocalić…Ai…” Płaczesz? – cicho spytał, widząc jej drgające ciało. Ponownie zabolało go serce. – Ai.
Robiąc krok ku niej poczuł metaliczną i słodką woń. Posoka. Krew zaszumiała mu w głowie, a serce prawie wyskoczyło z piersi. Doskoczył do bogini, a jego oczom ukazał się widok przyjaciółki skąpanej w czerwonym morzu. Jej ciało poskakiwało od drgawek, a z ust, oczu i nosa tryskała krew. Przewrócone oczy dopełniały agonalnego stanu.
- Aicsha!!! – przerażony chwycił ją na ręce i rozpostarł skrzydła.- Nie, nie, nie!! Tylko nie ty, nie jednego dnia…- wyskoczył przez otwarte okno i wzbił się ku ciemnemu niebu.
W kilka chwil znalazł się w laboratorium Yo, który omal nie zemdlał widząc Arcyksiężniczkę w kiepskim stanie.
- Szybko, tu! – pokazał na stół operacyjny.
Chłopak posłusznie umieścił dziewczynę we wskazanym miejscu. Gdy tylko jej głowa dotknęła chłodnego blatu, jej drgawki ustały, a ręka zawisła bezwładnie z brzegu stołu. Słoneczne oczy po matce straciły swój blask, odbijały tylko wizerunek przerażonego Kai’a. Yo zatoczył się do tyłu i wpatrywał się w umarłą. Nie mógł się ruszyć.
- Ai? Ai!!!
Asima zatrzymała się przy wejściu. Brakowało jej tchu, a serce jej zamarło w momencie uświadomienia sobie utraty swojego skarbu.
- Aicsha. – głos władczyni drżał. – Aicsha!!
Dziecko Wojny nie zdążyło się obrócić w kierunku Cesarzowej, gdy ta znalazła się tuż przed nim. Wielka kosa z dwoma ostrzami przecinała tkanki Ai, a złota łuna otuliła jej ciało.
- Wskrzeszenie. – usłyszał desperacką próbę Asimy uchronienia córki przed śmiercią.
W tej chwili nawet złowróżbne oczy starożytnych nosiły piętno przestrachu i rozpaczy. Wszystko trwało kilka sekund, a jemu wydawało się wiecznością. Nie wiedział czy oddychał i czy biło mu serce, gdy wpatrywał się w rytuał. Poczuł powietrze w płucach dopiero, kiedy powieki Ai drgnęły. Całe napięcie ustąpiło, a on upadł głucho na podłogę.
Cesarzowa, nie skrywając łez, przytuliła odzyskaną córkę.
  • awatar ognisty-podmuch: Cudowne wspaniałe wręcz powalajace... Ty to ale jesteś... Wierce się jak dzdzownica w ziemi... Pisaj dalej czekam wiernie na więcej moje słońce
  • awatar Lisa Angels: Bosz...ty to chcesz mnie przyprawić o zawał serca! Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie czas na YuLee, ale co się stało Ai? No chyba nie próbowała popełnić samobójstwa. Lubisz się znęcać nad swoimi bohaterami. Biedny Kai. Teraz to koniecznie musisz napisać kolejny rozdział! Nie torturuj nas i napisz coś dla nas.
  • awatar SallyLou: Wygłodniała Asima podbiła moje serce :D Biednej Nishi musiało być strasznie wstyd. Ale jak zwykle zwrot o 180 stopni i końcówka mnie zaskoczyła. Biedna YuLee. Nie chciałam jej śmierci. A przynajmniej nie byłam na to psychicznie gotowa. I Ai... Co się stało tej biedaczce. Można umrzeć z szoku? To wyglądało jak jakiś wstrząs. Dobrze, że chociaż ją udało się odzyskać.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

seiti1008
 
Komunia Marcina już za tydzień, czasu coraz mniej również na pisanie. Rozdział miał być dłuższy, ale wyszło jak zawsze.

Cisza przed burzą

Niewyspany Airen powłóczył nogami, starając się dotrzeć do celu – kuchni. Kawa, mocne espresso, powinno postawić go na nogi. Spędził całą noc ślęcząc nad papierami. Analizował z uwagą każde zdanie; każdy raport, a jego wycieńczony umysł próbował odtworzyć wydarzenia, w których zaginął transport vetaritu. Jego utrata generowała ogromne koszta, to był cios dla gospodarki Zjednoczonych Galaktyk.
Przetarł spuchnięte, podkrążone oczy. W duchu liczył na dobre wieści od Mili. Ciężko westchnął i pchnął ciężkie skrzydło. Drzwi zaskrzypiały, a bóg przystanął przechylając głowę. Jego pytające spojrzenie wychwyciła Asima, siedząca na stopniu prowadzącym do tronu. Uśmiechnęła się ciepło na powitanie.
Airen otworzył usta, chcąc zadać pytanie, lecz zaniechał pomysłu, nie wiedząc jak je sformułować.
Władczyni trzymała w dłoniach coś na kształt duszy o złotym poblasku. Świecąca kuleczka pulsowała, jak gdyby wypowiadała słowa; opowiadała niesamowitą historię swojego życia.
Król podszedł bliżej, nie spuszczając z oczu jaśniejącej materii.
- To dusza lwa. – Asima wyjaśniła, ubiegając jego pytanie.
- Czemu jest złota? – spytał, przenosząc wzrok na twarz kobiety.
Jej oczy błyszczały, odbijając złotą łunę duszy. Jej spojrzenie miało wymalowaną czułość i melancholię.
- Czemu, pytasz. Taki kolor mają dusze zwierząt. Może, dlatego, że to moje skarby? – spojrzała na niego, uśmiechając się perliście, choć jej wzrok skrywał ból. Mężczyzna lekko zatoczył się, czując że miękną mu nogi. Wyglądała uroczo i niewinnie, a to ostatnimi czasy rzadko się zdarzało. Była silna i twarda, a jej aura budowała mur wokół niej, lecz teraz sprawiała wrażenie jakby potrzebowała jego silnych ramion. Bez wahania doskoczył do niej i mocno przytulił.
Asima zamrugała zaskoczona, prawie wypuszczając z rąk duszę lwa. Zamykając mocniej w dłoniach jasne światełko, ufnie wtuliła się w kochające ramiona Airena. Potrzebowała tego.
- Kłusownik zabił pięknego i dostojnego lwa, moją chlubę na ziemi. Ostatnio poczynania ludzi bardzo mnie niepokoją. Wiesz, że moja dusza połączona jest z ziemską naturą? Zdobywając siłę, uodporniłam się nieco na ich przewinienia, ale… bywają dni, że bardzo boli mnie dusza… - położyła głowę na jego ramieniu.
Król kojąco pogłaskał ją po plecach.
- Wiem, w takie dni będę cię tulił, jak teraz. – mocniej docisnął ją do swojego ciała. – Kocham cię. – szepnął.
- Wiem. – odparła radośniej. Uniosła do twarzy złotą kulkę. – Co powinnam zrobić? Hmm, może twojego oprawcę powinien dopaść jakiś kataklizm? Tsunami? Trzęsienie ziemi, a może trąba powietrzna?
Airen wypuścił ją z objęć, ciesząc się, że wróciła do siebie.
- Myślę, że wybierzesz najbardziej okrutną formę kary. – wstał, otrzepując spodnie.
- Oczywiście! A ty – zwróciła się do lwiej duszy – powrócisz na ziemię w innym wcieleniu. – oznajmiła zadowolona.
- Och. – krzyknął zdziwiony. – Reinkarnacja?
- Dokładnie. Zwierzęta mogą odrodzić się od razu, ludzie po upływie wieku. Ciekawe czy Kraina Nieba dostosowała się do moich wytycznych. – zastanawiała się na głos. – Chyba muszę ich odwiedzić. – wstała energicznie.
Król zerknął na nią z zazdrością. Gdyby on tryskał taką energią, mógłby przesłuchać kilku wątpliwych osobników i wydusić z nich prawdę.
- Jak patrzę na ciebie jeszcze bardziej czuję się zmęczony, idę po kawę. – rzucił przez ramię, machając na odchodne. Wiedział, że zapewne go nie słyszała. Stała skupiona i mamrotała coś pod nosem. Przewrócił oczami i wyszedł, zostawiając Cesarzową z rytuałem reinkarnacji.
Asima uśmiechnęła się z nostalgią na widok ogromnej złotej bramy. Ścisnęła mocniej drobną rączkę Nishi. Dziewczynka zerknęła ukradkowo ciekawskim wzrokiem na łagodną twarz matki. Coś czaiło się w niezwykłych oczach jej rodzicielki, lecz ona nie potrafiła zidentyfikować owej emocji.
Czy to była tęsknota? Ale za czym?
Nishi przechyliła głowę, a na jej czole pojawiła się lwia bruzda. Intensywnie rozmyślała nad uczuciami swej tajemniczej matki. Z zadumy wyrwało ją lekkie szarpnięcie. Spojrzała na Cesarzową. Czuły uśmiech Asimy rozgrzał jej serduszko.
- Chodźmy. Pokażę ci piękny świat. – oznajmiła Cesarzowa, przymykając oczy.
Boski kamień rozbłysnął. Dziecko dostało wypieków na policzkach od podekscytowania. Z walącym sercem wyczekiwała zapierającego dech w piersi pejzażu. Brama do Krainy Nieba zadrżała niepewnie. Asima szybko zasłoniła córkę, odbijając niespodziewany atak. Groźnie łypnęła na złote skrzydła spowite niebieskimi błyskawicami. Władczyni warknęła przeciągle, wysuwając ogromne kły.
- Mnie nie wpuszczą?! Mnie?! Jeszcze zobaczymy! Nishi, bariera ochronna! – poleciła, przywołując siłę przodków.
Dziewczynka cofnęła się o kilka kroków. Szybkim ruchem niewielkich rączek przywołała silną barykadę, w której się skryła.
Schody wijące się pośród rozciągającego się nieba, zatrzęsły się przygniecione potęgą starożytnego boga. Czarna aura otaczała rozwścieczoną Asimę. Kobieta wyciągnęła rękę przed siebie, napinając palce. Pioruny broniące wejścia uderzały w nią, traktując ją jak intruza. Cesarzowa bez wysiłku unicestwiała nieskuteczne ataki. Oblizała usta i skupiając energię w ręce, dokonała destrukcji zamkniętej bramy. Huk rozniósł się po całej krainie. Zbudził lęk u wszystkich mieszkańców. Cesarzowa powolnym krokiem wkroczyła do Nieba. Jej ciało stawiało opór kolejnemu zabezpieczeniu -  barierze. Pogardliwy uśmieszek wypełzł na jej usta, a zapora rozleciała się jak popiół ze strawionego ogniem drewna.
Nishi uśmiechnęła się szeroko, a jej oczęta rozbłysły podziwem. Szybko podbiegła do majestatycznie stąpającej matki.
W mgnieniu oka przed nimi pojawił się gotowy do walki Strażnik. Skierował swój miecz w stronę intruzów.
- Stać! Ani kroku dalej, demony! – ostro rzucił.
- Demony? – prychnęła Asima – Oślepłeś przez te lata, Mikashe? – spytała ironicznie mężczyznę przed sobą.
Mikashe wyprostował się, bacznie taksując sylwetkę bogini.
- Cesarzowa? – zamrugał zaskoczony. – Czemuż to zawdzięczamy ten zaszczyt? Co się stało, że wspaniałą bogini raczyła przybyć w nasze skromne progi?
- Sarkastyczny jak zawsze. – odbiła piłeczkę. – Inspekcja, drogi panie. – wyszczerzyła białe ząbki.
- A nie chęć siania zamieszania i strachu? Zobacz, przeraziłaś wszystkie dusze tym swoim… - zagestykulował dłonią, szukając odpowiedniego słowa. - … wtargnięciem, żeby nie rzec napadem.
- Faktycznie, zapomniałam, że dzierżę tytuł Królowej Demonów. Mała niedogodność, ale już ją pokonałam, więc skoro weszłam bez większych przeszkód, zaprowadź mnie proszę do kapłanki.
- Niedogodność? Rozjebałaś nam bramę! – uniósł się.
- Wyrażaj się przy dziecku. – upomniała go srogo.
Mężczyzna dopiero co spostrzegł małą blondyneczkę, która w ciszy przyglądała się ich wymianie zdań. Była ślicznym dzieckiem – proste włosy spływały jej na ramiona, a fioletowe oczy zimno rejestrowały otaczający ją świat. Urodą dorównywała matce. Zerknął na Asimę. Nie zmieniła się zbytnio od ich ostatniego spotkania, nie licząc przytłaczającej energii, którą emanowała.
- I co ja mam teraz począć. Nie mogę wpuścić Władcy Demonów, ale z drugiej strony płynie w tobie krew de Death.- rozwodził się nad sytuacją, w którą wpędziła go kłopotliwa niewiasta stojąca naprzeciw niego.
- Bracie, cóż to za zamieszanie? – usłyszeli melodyjny głos.
- Ucieleśnienie problemów postanowiło nas odwiedzić. – odparł.
- Och! – kapłanka zasłoniła usta ręką. – Pani! – pospiesznie się skłoniła.
- I to jest prawidłowa reakcja. – Asima uśmiechnęła się z wyższością, wbijając szpilę Mikashy. Mężczyzna ostro ją zmierzył.
- Komu się kłaniasz, głupia. To Władca Ciemności! – warknął na siostrę.
- To Cesarzowa, baranie jeden! – odgryzła się Nakee.
- Ale…
- Wasza Wysokość, wybacz te wszystkie problemy. – kapłanka przerwała bratu i uniżenie podeszła do Asimy. – Puść w niepamięć zachowanie tego zaściankowego Strażnika. Jest taki konserwatywny i ma taki zamknięty umysł, że aż mi go szkoda. Wybacz mu tę sytuację. Proszę, tędy. – wskazała
Cesarzowej drogę do niebiańskiego pałacu.
Rozbawiona Cesarzowa obrzuciła Mikashę górującym spojrzeniem.
- Zastanowię się. Powinnam go ukarać za brak szacunku? – głośno rozważała, a w jej oczach dało się ujrzeć przebłysk okrucieństwa.
Strażnik zadrżał, wychwytując subtelną groźbę. Skrzywił się buńczucznie.
- Rób, co chcesz, o pani. Przyjmę twą decyzję z pokorą. – odrzekł, nieznacznie pochylając głowę.
Asima pojawiła się tuż przed nim. Czuł ciężar jej aury – przytłaczający, niebezpieczny i bezwzględny poblask bijący z jej ciała. Jej delikatna dłoń ujęła jego podbródek i zmusiła go do spojrzenia w słoneczne oczy. Przebiegł go dreszcz, gdy wpatrywała się w niego, a on nie potrafił odgadnąć jej zamiarów. Mikashę porażało jej zabójcze piękno. Niezaprzeczalna atrakcyjność bogini mieszała mu w głowie, a intuicja wojownika wrzeszczała „uważaj, uciekaj! zagrożenie!” przełknął głośno ślinkę w oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń. Zamarł, gdy nachyliła się nad nim. Widział dokładnie jej gęste, czarne rzęsy i błyszczące, ponętne usta; czuł jej oddech na swojej twarzy. Zapomniał jak się oddycha.
- Żartowałam. – rzuciła z chytrym uśmieszkiem.
Wyprostowała się, nie spuszczając go z oczu. Triumfowała.
Zawrzało w nim; był wściekły – na nią i na siebie, że uległ jej czarowi. Rugając się w myśli, obrócił się na pięcie i skierował ku pałacowi.
Nakee stłamsiła ochotę parsknięcia śmiechem. Asima utarła jej zarozumiałemu bratu nosa, prezentując przy tym niezwykłą broń kobiecą – wykorzystywanie swych atrybutów, by manipulować płcią brzydką. Z kamienną miną podeszła do władczyni.
- Chodźmy, pani. Niebawem pora obiadu, czy życzysz sobie coś szczególnego?
- Nie. – odparła, rozglądając się po ogrodzie. Wzięła głęboki wdech i sięgnęła pamięcią do dnia, gdy pierwszy raz ujrzała tę wspaniałą krainę. – „Ciekawe, gdzie jesteś babciu.” – przesuwając wzrokiem po ciekawskich duszach, ruszyła za kapłanką.
Nishi przymknęła rozdziawione usteczka. Chłonęła widok matki jak gąbka wodę.
- „Więc tak się mami facetów. Muszę zapamiętać. Powinnam robić notatki?”
- Nishi. – Asima przywołała zamyśloną córę.
- Idę! – pobiegła ku Cesarzowej.

Rozbrzmiał ostatni dzwonek. Z klas wylało się morze uradowanych uczniów. Przerwa zimowa, wyczekana i upragniona, rozpoczęła się wraz z donośnym brzęczeniem dzwonka. Na zmęczonych twarzach uczniów malowało się szczęście. Napisali ostatnie egzaminy i mogli cieszyć się wolnymi dniami. Niektórzy planowali powrót do domów, inni wyjeżdżali na małe wakacje, a jeszcze inni zostawali w Akademii.
Ai szła powoli i obserwowała wszechobecną radość. Pomasowała nasadę nosa – w końcu będzie mogła odpocząć. Krótka przerwa przyda się jej wykończonemu ciału.
- Ai! – Nika doskoczyła do niej, łapiąc ją w stalowy uścisk swoich dłoni. – Imprezka o osiemnastej u mnie w pokoju. Czekam, kochanie na ciebie o siedemnastej. – puściła do niej oczko.
Arcyksiężniczka przechyliła pytająco głowę.
- Musimy się odstawić. – wyjaśniła.
- Po jakiego grzyba? Pewnie będą ci co zawsze, więc… och. – doznała olśnienia. – Rozumiem. – uśmiechnęła się chytrze. – „Van.”
- Nie wiem, coś sobie ubździła i, nie jestem pewna czy chcę wiedzieć, ale jeśli to cię przekona do porządnego odpicowania, to myśl sobie, co chcesz. – Nika ostrożnie oznajmiła.
- Dobrze. Będziesz porażała wdziękiem i pięknem. Dziewczęta i chłopcy padną do twych stóp. – Ai obiecała ze skrytą przekorą. – „Zaliczysz Vana.” – dodała w duchu.
Arcyksiężniczka niechętnie stawiła się u przyjaciółki. Skrzywiła się w grymasie znużenia. Wiedziała, co ją czeka. Nika była wybredna, zwłaszcza jeśli zależało jej na olśnieniu innych. Mogła obsypać ją złotem, a i tak by marudziła i znalazła wydumane mankamenty.
Ciężko westchnęła, przeklinając swój los. Zapukała donośnie, by mieć pewność, że dziewczyna w amoku upiększania ją usłyszy. Usłyszała nerwowe „proszę”. Wypuściła powietrze z płuc, nabrała pewności, że wraz z otwarciem drzwi czekają ją kłopoty.
- Rozwal mur przed sobą. – szepnęła dodając sobie otuchy i nacisnęła klamkę.
Jej oczom ukazał się widok pobojowiska. Przez chwilę myślała, że ktoś się włamał i szukał czegoś bardzo dokładnie i powyrzucał wszystko z szafy i komody. Góra ubrań piętrzyła się na łóżku; buty walały się po podłodze; bielizna była wszędzie – na podłodze, łóżku, komodzie i lampce nocnej. Ai przesunęła oniemiałym wzrokiem po innych meblach. Biurko zastawione było różnorakimi kosmetykami, a w pościeli współlokatora Niki świeciły się błyskotki. Aicsha stanęła osłupiała, nie mogąc wydukać żadnego słowa.
Jak, u licha, jej przyjaciółka upchała to wszystko w tak mało pojemnej szafie?
- Ai!! – blondynka zawyła żałośnie. – Moje włosy… - wypełzła zdruzgotana z łazienki.
Nieporadne loki zmieniły się w siano, które sterczało we wszystkie strony świata.
- O matko. Coś ty zrobiła?! – Ai przeraziła się.
- Nie wiem… - Nika klapnęła zrezygnowana na podłodze.
- Przecież umiesz robić niesamowite fryzury, jakim cudem… - Ai nie miała pojęcia jak naprawić katastrofę na głowie załamanej bogini.
- Innym, nie sobie! – załkała. – Co ja teraz zrobię?!
- Pod wodę, szybko. – Arcyksiężniczka chwyciła ją za rękę i pociągnęła za sobą do łazienki.
Czterdzieści pięć minut później Ai odłożyła błyszczyk, którym pociągnęła zmysłowe usta Niki. Zakończyłą ostatnie szlify. Podparła się za boki i z dumą wodziła wzrokiem po swoim dziele. Jasnowłosa bogini wstała, przeglądając się w lustrze.
Złote pasma były gładkie i spływały na jej ciało. Przeczesała palcami proste kosmyki.
- W prostych wyglądasz genialnie. – oznajmiła córka władczyni.
Nika przytaknęła, powstrzymując wzruszenie. Zafascynowana spojrzała na swoje lica. Jasne, zielone tęczówki błyszczały w kontraście z czernią oprawioną ceglanym cieniem. Wytuszowane czarną, mocno nasyconą maskarą, rzęsy przypominały skrzydła motyla. Usta nabrały kuszącego różowego blasku. Uwodziły i rozbudzały wyobraźnię. Poczuła się piękna jak nigdy dotąd.
- Wspaniale, Ai… - odrzekła, łamiącym się głosem.
- Teraz załóż to. – młoda bogini uśmiechnęła się promiennie i podała jej purpurową sukienkę.
Nika rozpromieniała i szybko przywdziała ciuszek wybrany przez następczynie tronu.
Obróciła się wkoło, prezentując Ai swój niebagatelny wygląd.
- Cudownie! – Arcyksiężniczka klasnęła z aprobatą w dłonie. – Pięknie!
- Dzięki. – Nika wyszczerzyła perliste ząbki. Zerknęła na zegarek i zamarła. – Ai, nie zdążymy ciebie naszykować!
- Mnie? Ale ja nie muszę…
- Chcesz się pokazać w rozciągniętym, szarym swetrze i spranych dżinsach? Po moim trupie!
- W dziesięć minut chcesz mnie przemienić w miss? Powodzenia. Nika, dzisiaj ty błyszczysz. – ujęła jej dłoń. – Lepiej posprzątajmy ten bałagan. Nie ma nawet gdzie siedzieć.
- Ale…
- Do sprzątania marsz!- poleciła z uśmiechem.
Młode boginie uprzątnęły galimatias odzieży w kilka minut, zdążyły ustawić przekąski, gdy pojawili się pierwsi goście. Van nieśmiało wychylił się zza drzwi. Wmurowało go w podłogę, kiedy przed jego oczami stanęła Nika. Wysoka, smukła i apetyczna. Zrobiło mu się gorąco i gdyby nie stojący za nim Kai, osunąłby się na posadzkę. Dziecko Wojny lekko popchnęło zauroczonego chłopaka do wewnątrz. Van zatoczył się i speszony szybko usiadł na najbliższym miejscu. Nie śmiał wprost patrzeć na dziewczynę, która zawładnęła jego sercem. Zerkał na nią ukradkowo, starając się by nikt go na tym nie przyłapał.
Kai roześmiał się w duchu. Żal mu było kamrata, zastanawiał się czy kiedykolwiek zdobędzie się na odwagę i wyzna uczucia tej zimnej jak głaz dziewczynie. Miłość nie wybiera, ale jak tak nieśmiała osoba mogła zadurzyć się w lodowatej królowej miłującej kobiece ciałka? Zagadka.
Usiadł obok podekscytowanej YuLee i ujął jej drobną dłoń. Dziewczyna uśmiechnęła się zniewalająco i zacisnęła palce na jego szorstkiej i dużej ręce. Chłopak odwzajemnił uśmiech i spojrzał na swoją współlokatorkę. Ai krzątała się przy niewielkim stoliku, na którym powstał szwedzki bufet. Kolorowe pyszności kusiły zapachem i apetycznym wyglądem. Koreczki z pomidorem, mozzarellą i listkami bazylii, mini tortille z żółtym serem i warzywami, przekąski na jeden kęs z dynią, kiełbaskami i serem pleśniowym spowodowały u Kai’a cieknącą ślinkę. Przełknął ją, nie mogąc się doczekać spałaszowania ustawionego jedzonka.
Skąd one wytrzasnęły takie przekąski?
Jego wzrok zawisł na Aicshy. Pomimo zwyczajności swojego stroju i rozpuszczonych włosów wyglądała olśniewająco. Arcyksiężniczce nie potrzebne były błyskotki i ozdobne suknie, wystarczyło, że zdobił ją szeroki uśmiech. A w tamtej chwili uśmiechała się radośnie; bił od niej blask, który potrafił zawładnąć każdym mężczyzną. Kai szybko przywołał się do porządku i odwrócił od niej swój wzrok. Zerknął na Ryuugę, który pojawił się niewiadomo kiedy. Chłopak wpatrywał się w Arcyksiężniczkę i gdyby mógł pożarłby ją wzrokiem. Kai uśmiechnął się pod nosem.
- „Możesz się ślinić i tak nie dostaniesz tego kawałka tortu.” – z satysfakcją upił łyk soku pomarańczowego, dalej obserwując blondyna, który nagle skrzywił się z niesmakiem. Dziecko Wojny szybko podążył za spojrzeniem Ryuugi, które spoczywało na zakłopotanym Faini. Właściciel Oczu Wizji zbierał ostrą reprymendę od swojej narzeczonej. Zmrużył oczy, starając się usłyszeć za co biedak zbierał ochrzan. Usłyszał tylko imię „Blan” i od razu domyślił się, że Aicsha dowiedziała się o ich utarczce.
- „Trzymaj się, Faini, trzymaj.” – wsparł towarzysza w duchu.
- Kai- usłyszał słodki głosik ukochanej – chcesz coś?
- Taak. – mruknął jak zadowolony kot i wymienił pożądane dania.
Odprowadził YuLee rozmarzonym wzrokiem.
- Wydajecie się szczęśliwi. – Faini zagaił, usiadłszy obok niego.
- Tak, w końcu czuję, że żyję. Bycie zakochanym jest najlepsze. – wyszczerzył się w szczerym uśmiechu.
- Hm, gdy miłość jest odwzajemniona, a szczęście trwa… - chłopak zmarszczył boleśnie brwi i spuścił głowę. Wahał się. Zacisnął palce na swojej białej koszuli. Czy powinien mówić to, co ujrzał? Słowa rozbrzmiewały mu echem w głowie, powodując u niego narastający niepokój. Jego oddech przyspieszył, serce zaczęło walić mu w piersi, był o krok od paniki.
- Faini. – głos Ai –kojący i delikatny, przegonił nadchodzący atak histerii. – Wszystko w porządku? Źle się poczułeś? – kucnęła przed nim.
Spojrzał na jej łagodną i zatrwożoną twarz. Utonął w głębi jej oczu.
- T-Tak. – wydukał. – Nie martw się, nic mi nie jest.
- Przyniosę ci soku.
- Mnie też możesz. – Kai uniósł szklankę.
- Nóżek nie masz? Rusz tyłek i sobie nalej. – odparła i obróciła się na pięcie.
- Co za… ej, a jemu to nalejesz! – krzyknął za nią.
- On jest moim narzeczonym i muszę o niego dbać. – rzuciła i pokazała bogowi język.
Nika wparowała do pokoju z uśmiechem od ucha do ucha. Zadowolona z siebie, podbiegła do małego stoliczka, przy którym wszyscy siedzieli, i postawiła na nim przezroczystą butelkę. Ai zapiała z oburzenia.
- Jako przewodnicząca samorządu powinnam to skonfiskować!
- Och, Aiciu daj spokój. Należy nam się, prawda? – zamrugała do reszty, która siedziała jak zaklęta.
- Jesteście nieletni! – oburzyła się Aicsha.
- Ty też. – zauważyła blondynka.
- A kto powiedział, że będę pić?!
- Twoja matka słynie ze sporego spustu… - wytknęła Nika.
- Nie jestem moją matką! – prychnęła.
- Udaj, że nie widzisz. Każdy zdecyduje za siebie. – podsumowała.
- To… Kai, co ty robisz! – warknęła na chłopaka, który odkręcił butelkę i wlał do szklanki trochę wódki.
- Piję. Nie chciałaś mi soku nalać, więc napiję się tego. – przystawił szkło do ust. – Wyluzuj. Nie raz mnie raczono alkoholem, gdy chciano mi podziękować.
- Jesteś zdemoralizowany! Trzymaj łapy z daleka od mojej słodkiej Yu! – Arcyksiężniczka syknęła, siadając między nim a demonem. Kai zrobił kwaśną miną, a zarumieniona dziewczyna zachichotała.
Alkohol rozkręcił imprezę. Muzyka grała ciut za głośno, a młodzież szalała w jej rytmie, nie bacząc na ciszę w Internacie.
Aicsha wystukiwała palcami rytm obruszenia. Czekała jak tylko wpadnie do pokoju jakiś nauczyciel i zmyje jej głowę.
 Z politowaniem przyglądała się pijackim wybrykom swoich przyjaciół. Byli głośni jak kotka w rui. Ich dobre humory zaczynały ją irytować. Zamiast się bawić, stała na straży ich bezpieczeństwa. Vanowi zabrała sztylet Niki, którym chciał pokazać wszystkim jak szybko można wbijać ostrze między palce. Kai’owi surowo zabroniła zabrać Yu na przelot nad jeziorem. Ryuudze trzymała włosy, gdy zwracał sedesowi zawartość swojego żołądka, a Nice tłumaczyła, że nie może publicznie się rozebrać. Była wykończona. Westchnęła z dezaprobatą i dokończyła sok.
- Ai, rozluźnij się. – Faini dosiadł się do niej, lecz napotkał mrożące krew spojrzenie dziewczyny.
- Nawet ty! Nie wierzę!
- To tylko jeden drink. Kai mało mi nalał wódki. – zaczął się tłumaczyć.
- O wódkę za dużo. – naindyczyła się. – Idiota jeden, narzeczonego mi spija. Pokażę mu najszybszą drogę na księżyc. – warknęła.
- Nie spróbujesz, bo twoja matka bije rekordy w spożywaniu alkoholu, prawda? Nie chcesz być postrzegana jak ona. Nie chcesz być identyczną kropelką.
- No proszę, wypił i już mi psychoanalizę robi! – syknęła, przewracając oczami.
- Alkohol tak ma, dodaje nam odwagi albo rozwiązuje język. Może sama się napij i idź pogadaj z matką. – odgryzł się, wlewając sobie trunku do szklanki.
Arcyksiężniczka patrzyła z rosnącym przerażeniem na zapełniające się szkło. Napełniwszy szklankę do połowy, uniósł ją i wzniósł toast.
- Twoje zdrowie. – cmoknął ją w policzek i wychylił całą szklaneczkę.
Zdumiona następczyni tronu wgapiała się w swojego narzeczonego, który jednym duszkiem wypił całkiem sporą ilość wódki, nie skrzywiwszy się nawet.
- Szczęka ci opadła, co.– otarł kąciki ust. – Też mam stronę, o której nikt nie wie. – wstał i porwał ją do tańca. Nie opierała się długo. Zrelaksowała się w jego ramionach.
*****************************
Wszystko po nadrabiam, obiecuję, ale jak wszystko się uspokoi.
  • awatar ognisty-podmuch: Faini uwielbiam... AI i jej ta strona statecznej przewodniczqcej nie lamiacej zasad.... Heh kocham cie Sei mój skarbie
  • awatar Lisa Angels: Faini mój mistrz <3 uwielbiam go, niby ciamaida, niby takie ciepłe kluchy, a taki kochany i mądry i ma to coś. Akcja w niebie bezcenna, nie ma to jak nie chcieć wpóścić własnego władcy do raju xp i tekst Nishi, mała nie potrzebujesz notatek, masz to we krwi :D
  • awatar SallyLou: Asima w Niebie, rządząca się jak u siebie. No genialnie :D Kai i Faini, koledzy od kieliszka? Nie jestem zbytnio zaskoczona, aczkolwiek dziwne, że Ai aż tak zdenerwowana. Czyżby alkoholizmu nie odziedziczyła po Asimie? :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

seiti1008
 
Po długiej nieobecności, wracam z małym rozdzialikiem. Specjalne podziękowania dla Usi, która zawsze mi nakreśli swoją postać. :*

Serce wojownika

Delikatny wiatr swym cichym szeptem poruszał nieznacznie liśćmi dostojnych drzew. Potężne konary rzucały długi cień, zanurzając się w oddechu następującej nocy. W cieniu drzew  siedział wojownik, który mętne spojrzenie utkwił w znikającym słońcu. Zgniatał go ciężar w sercu, którego nie potrafił udźwignąć. Ciężar tak wielki, że męska hartowana tragediami dusza nie była wstanie go unieść i odrzucić. Rozczarowanie, gorycz i niemożność pogodzenia się z absurdalną, jego zdaniem, decyzją jego jedynej siostry, rysowały w nim skazę.
Sfrustrowany zacisnął palce wokół szyjki butelki. Łapiąc ciężko powietrze, starał się uspokoić wybuch gniewu. Niewiele myśląc, wychylił jednym haustem pozostały na dnie trunek. Skrzywił się od wlanych w siebie procentów. Otarłszy usta, dostrzegł wiercące ją z dezaprobatą spojrzenie spochmurniałego błękitu. Kobieta skrzyżowała gniewnie ręce na piersi i zmierzyła ostro wojaka.
- Co? – spytał, nie mogąc wytrzymać rugającego wzroku.
- Wyłoiłeś całą butelkę! – uniosła się.
- Zaraz sięgnę po kolejną. – wyszczerzył sarkastycznie ząbki.
- To chyba nie zapasy Cesarzowej, co? – zmarszczyła brwi, przyglądając się etykiecie.
Sayen uniósł pustą butlę i zerknął na tłusty i elegancki nadruk.
- Nie zbiednieje. – oznajmił
- Czyli podwędziłeś ją swej pani! Toż to karygodne! Wiesz, że Cesarzowa skarbi sobie swoje zapasy, a ty…
- A ja się nimi pocieszam. – przeciągnął się i ułożył nonszalancko na trawie. – Zły ja. – skarcił się uderzając lekko palcami jednej dłoni w przegub drugiej.
- Sayen! To do ciebie niepodobne!
- Najwidoczniej mnie nie znasz, Carol. – syknął.
Kobieta westchnęła z rezygnacją. Przejechała czule po jego zaciętej twarzy.
- To coś z Kat, nieprawdaż? – zapytała i usiadła obok niego.
- Poddała się. – wyszeptał, spuszczając głowę.
Półbogini otworzyła szeroko oczy. Rozpaczliwie szukała słów pocieszenia, lecz miała pustkę w głowie. Rozumiała decyzję Kat.
- Ona mogła umrzeć. Nie zginęła tylko dzięki Nishi i Cesarzowej.
- Dlatego powinna trwać w swym obowiązku i nie porzucać Asimy! – obruszył się.
- Czy lęk przed śmiercią jest czymś złym? Ona nie jest taka jak ty, jest kobietą i jej pragnienia są inne niż twoje. My, gdy jesteśmy gotowe chcemy mieć dzieci, rodzinę, chcemy być kochane. – łagodnie tłumaczyła.
- Moja siostra to wojownik! Wojownik liczy się ze śmiercią; wojownik jest gotowy umrzeć dla swego pana; wojownik idzie ścieżką samotności! – pieklił się.
- I taką ścieżką kroczyła, lecz w obliczu śmierci mogła zrozumieć, że pragnie czegoś więcej. – Carol nie poddawała się, za punkt honoru obrała wytłumaczenie temu zaborczemu gościowi rozsądnej decyzji Generała.
- Więcej? Ona uległa ojcu! To on jej wmówił, że powinna tak uczynić, bo chce mieć spadkobierców. – warknął.
- Być może zrozumiała, że to dobra decyzja dla niej.
- Bzdura! Będzie tęsknić za wolnością jaką daje walka; będzie tęsknić za brzdękiem miecza i zapachem krwi i potu. To wojownik!
- Wojownik, który jest niesprawny! – huknęła zirytowana już twardogłowością Sayena. – Nie pomyślałeś, że czuje się bezużyteczna w armii wspaniałej Cesarzowej?! Myślisz, że nie czuje presji bycia wojownikiem kogoś takiego jak Cesarzowa?! Z pewnością jest dozgonnie wdzięczna za uratowanie życia i nie chce nim więcej ryzykować! Wybrała drogę, która nie zagrozi jej istnieniu. Twoja siostra chce żyć, a ty nie masz prawa ganić tego pragnienia! Każdy ma prawo do życia. Zamiast się bulwersować, odłóż swój egoizm i ją wesprzyj! Dodaj jej otuchy, by mogła odzyskać chociaż częściową sprawność i pozwól jej żyć jak chce!
Generał wpatrywał się w nią lekko zszokowany jej uniesionym tonem. Nakrzyczała na niego. Spokojna, radosna i życzliwa Carol nakrzyczała na niego, stawiając go do pionu. Jej argumenty zmusiły go do przemyślenia całej sytuacji. Miała rację, zachował się jak egoista, który nawet nie chciał zrozumieć swojej własnej siostry. Westchnął, wypuszczając z siebie ciężko powietrze. Spojrzał na zeźloną kobietę, której pierś niespokojnie falowała.
- Jesteś niesamowita. Piękna, mądra i umiesz wyłożyć kawę na ławę. – odrzekł, przyglądając się jej zaskoczonej buźce.
Zarumieniła się po same uszy nagłą i niezrozumiałą dlań zmianą toru rozmowy. Zatkało ją i wymamrotała jedynie ciche „dziękuję”.
Rozbawiony jej reakcją Sayen, postanowił iść krok dalej. Jej urocze lica, które rumieniły się od jego słów jak jabłka w słońcu, kusiły go by igrać z jej wdziękiem.
Uśmiechnął się szelmowsko, a ją przebiegły ciarki. Wstał i otrzepał się. Zajrzał w jej przepiękne oczy, lecz ona przełknęła głośno ślinę i odskoczyła niczym łania od wygłodniałego wilka.
- Cieszę się, że zrozumiałeś, że byłam pomocna, ja chyba pójdę… bo… - kręciło się jej w głowie.
Generał złapał ją za rękę i sinym szarpnięciem przyciągnął do siebie.
- Nie podziękowałem jeszcze. – wyszeptał ochryple.
Carol zastygła w bezruchu. Czas się zatrzymał, a ona utknęła w niemocy z walącym mocno sercem. Była przerażona myślą, że w nagłej ciszy słychać tylko bicie jej poruszonego i zakochanego serduszka.
Sayen ujął jej twarz w dłonie. Łagodnie pogładził jej policzek.
- Dziękuję ci, że jesteś moim głosem rozsądku. Dziękuję, że uniosłaś ze mną ten ciężar w mojej duszy i pomogłaś mi go odrzucić hen daleko.
- Ja… - świat zaczął wirować, a jej ciało płonęło. Wszystko uspokoiło się, gdy jego usta musnęły jej gorące wargi. Zalała ją fala namiętności i spełnienia. Poddała się jego pocałunkom.
Wojownik delektował się słodyczą zamkniętej w swych ramionach niewiasty, gdy poczuł zimny powiew przebiegający mu wzdłuż kręgosłupa. Oderwał się od rozanielonej Carol i rozejrzał dookoła.
- Sayen? – zamrugała nerwowo.
Mężczyzna znał to złowrogie spojrzenie i wiedział, że z owym osobnikiem lepiej nie zadzierać.
- Więc tak kończy służbę Główny Generał Cesarskiej Armii. – usłyszeli drwiący głos, a potem ujrzeli smukłą, acz dobrze zbudowaną sylwetkę.
- Wasza Wysokość. – Carol pokłoniła się, czując palące wykwity.
- Powinnaś już wracać. – odparł twardo.
- Tak. – posłusznie odparła, i rzuciwszy ukradkowe spojrzenie Sayenowi, pobiegła ku pałacowym murom.
Sayen mierzył się z górującym nad nim bogiem.
- Carolindes nie jest byle jaką dziewką, z którą możesz się zabawiać. To dla mnie cenna przyjaciółka. – wycedził przez zęby.
- Wiem, Airen. Nie traktuje jej lekko jak przygody. Nie mam zamiaru jej skrzywdzić. Ona dla mnie również jest ważna.
- Och, powinienem podskoczyć z radości, że odstosunkowałeś się od mojej lubej? – Król prychnął sarkastycznie.
- O co ci chodzi, psie ogrodnika? – Sayen wydął usta w złośliwym uśmieszku.
- To groźba: skrzywdzisz Carol a doznasz straszliwych mąk. – odwzajemnił uśmieszek i minął wojownika.
Sayen odprowadził wzrokiem ginącego za drzewami Airena.
- Przecież wiem. – szepnął.

Poblask zachodzącego słońca odbijał się od ścian i oślepiał siedzących przy biurku uczniów. Aicsha zasłoniła twarz ręką, próbując dojrzeć litery. W ciszy słychać było tylko skrobanie pióra o papier. Bogowie pilnie przyswajali wiedzę potrzebną do zdania zbliżających się egzaminów.
Kai odłożył pięknie zdobione pióro i przeciągnął się. Spojrzał na zapisaną kartkę.
- Wiesz – przerwał obopólne milczenie – chce porozmawiać z Kaydią.
- Hę? – Ai podniosła wzrok. Zamurowało ją to, co usłyszała.
- Czuje się winny względem obu. Muszę rozwiązać tę sytuację. Powiem Kaydii, że zakochałem się w innej i chcę zerwania zaręczyn. Tak będzie lepiej dla nas obojga. – oznajmił.
Arcyksiężniczka odchyliła się na krześle, lustrując chłopaka siedzącego niedaleko niej. Zastanawiała się czy w świecie ludzi cegła nie spadła mu na głowę. Zamierzał zerwać zaręczyny, od których zależał pokój w jego królestwie. Czy było to rozsądne? Nawet ona nie wykazałaby się taką nieodpowiedzialnością względem poddanych. Miłość była egoistyczna i mieszała zmysły.
- Sądząc po twojej minie, nie jesteś za. – zmarszczył smutnie brwi.
- Owszem. Uważam to za głupotę. Przemyślałeś konsekwencje?
- Mam trwać w czymś, w czym będę nieszczęśliwy? Nie mam prawa do szczęścia? – zapytał rozgoryczony. – Zabijałem w imię mego narodu, czy to nie wystarczające brzemię, które niosę dla mojego kraju? Bycie królem ma mi odebrać prawo do miłości?
- Moja odpowiedź ci się nie spodoba, bo mam inną definicję władcy doskonałego. – odrzekła, chcąc ukrócić niewygodną dyskusję.
Próbowała zwalczyć kiełkujące uczucie, z którego nie była zadowolona. Uświadomiła sobie różnicę w miejscach w sercu Kai’a. YuLee siedziała na piedestale. Dla niej był gotów na wojnę. A ona? Musiała zadowolić się byciem kochanką. Bolało. Szybko stłamsiła ukłucie zazdrości – to była przeszłość. Kai należał do Yu. Powtarzała to sobie w myśli, aż jej serce nie zaakceptowało tego faktu. Zajrzała w cierpiące srebro.
- Dążę do czegoś innego niż ty, Kai. Jestem gotowa poświęcić swoje pragnienia dla ludu, który przekaże mi matka. Miłość dla mnie jest mniej ważna niż dobrobyt Animalijczyków; niż uśmiechy i spokojne życie poddanych. Nie zmarnuję poświęcenia mej matki. Nigdy. – odparła stanowczo.
- Zatem nie kochałaś.
- „Kocham, idioto.” Szlachetna miłość do ludu jest mym celem, nie ta próżna i egoistyczna. Władca musi być odpowiedzialny. Dzierżysz w swych dłoniach losy innych, nie zapominaj o tym. Jeśli i tak wybierasz miłość do kobiety, to nie powinieneś być królem.
- Swemu ludowi oddałem swoją niewinność! Nie chce poświęcać tego uczucia, bo Yu jest wyjątkowa i zasługuje na bycie na pierwszym planie, a nie na ukradkowe spotkania.
Ai zacisnęła kły, które wysunęły się niezależnie od jej woli. Krew w niej wrzała. Przymknęła oczy, by skryć czerwień tęczówek. Wzięła kilka wdechów i uspokoiwszy się, odparła:
- Myślisz, że Kaydia przyjmie to spokojnie? A twój wuj? Rozpętasz piekło, z którego dopiero co uciekłeś.
- Zawsze mogę skrócić wujaszka o głowę. – uniósł wargi, obnażając kły. Jego oczy płonęły determinacją. Ai odpuściła jałową dyskusję.
- Żeby ci się to nie odbiło czkawką. Genialny plan – poćwiartować wujaszka. Powodzenia. – syknęła i wróciła do czytania. Pogawędka z Dzieckiem Wojny wybiła ją z rytmu i zabiła jej skupienie. Nie wiedziała, co czyta. Zamknęła książkę. Wodzenie po literkach bez zrozumienia było bezcelowe. Wstała z krzesła, i nie patrząc w stronę chłopaka, ruszyła ku łazience. Letni prysznic powinien ugasić jej wzburzone serce.
Stojąc pod chłodnym strumieniem skierowała swe myśli jak najdalej od Kai’a. Rozmyślała o niewyjaśnionej sprawie Asdy. Dziewczyna przepadła bez śladu. Nie mieli żadnego tropu i utknęli w martwym punkcie. Asdę uznano za zaginioną i rozesłano międzygalaktyczne zawiadomienie o jej zniknięciu. Tylko tyle. Arcyksiężniczka poczuła znienawidzoną bezsilność.
Przeniosła wzrok na wirującą wodę w odpływie i mimowolnie pomyślała o chłopaku za drzwiami.
Była szczęśliwa, gdy wrócił, choć się zmienił. Był zimny jak skała, o pustym sercu. Chciała swą dobrocią obudzić w nim jego stare „ja”, ale śmierć jej babki zabiła w niej niewinność. Nie była w stanie przebudzić Kai’a. Nie mroczna Ai. Odrzucała miłość, była pewna, że nie umiała kochać, a mimo to jej serce zabiło dla niego. Nim to sobie uświadomiła, on należał już do YuLee, której dobrość skruszyła jego skorupę. Nastała era cierpienia i niechęci do samej siebie. Ponownie odrzuciła miłość. Chciała kroczyć ścieżką władcy doskonałego.
Zaczesała włosy do tyłu.
Tak, to cel, na którym powinna się skupić. Kai obrał swoją drogę, a ona nie może kierować jego życiem. Miała jedynie nadzieję, że jego decyzja nie napisze czarnego scenariusza.
Zakręciła kurek i sięgnęła po ręcznik, który otulił szczelnie jej ciało.
Podjęła decyzję: wyjdzie za Faini, będzie żyć dla ludu, a miłość Kai’a i YuLee nie będzie solą w jej oku. Zabije ten zalążek miłości. Nie potrzebowała tak zgubnego uczucia.
Uśmiechnęła się zadziornie do swojego odbicia. Czuła się odświeżona.

Ostrożne stąpanie Mili zagłuszało wszechobecną ciszę panującą w niegdyś tętniącej życiem osadzie. Zaniedbane domostwa rozpadały się na jej oczach, a dzika zwierzyna uciekała w popłochu nieprzyzwyczajona do obecności dwunożnych istot. Kobieta rozglądała się z nostalgią po miejscu, które kiedyś bywało jej domem. Brak ludności musiał być dla Iru przytłaczający, lecz ona czuła się swobodnie. Natura pochłaniająca to, co stworzyli, dawała jej poczucie wolności. Poślubiona samotności czerpała przyjemność z zjednoczenia się z przyrodą. Przystanęła i nabrała w płuca rześkiego powietrza. Poczuła niezwykłą lekkość; była jak piórko unoszące się na wietrze. Na jej usta wypełzł uśmiech zadowolenia.
Radość czerpaną z chwili przysłoniły jej wątpliwości, co do zleconego zadania. Coś było na rzeczy. Pociągnęła swoje kontakty za języki, lecz nikt nie wiedział nic o vetaricie, a to oznaczało, że nie było go na czarnym rynku. Co więc się z nim stało? Cóż, nie był to jej problem, tylko Airena. Nie miała powodu, aby zaprzątać tym sobie głowy; miała poważniejszą zagwozdkę siedzącą przed nią na starym drzewie. Iru wyróżniał się na tle przytłoczonego życiem starej sosny długowiecznej, na którego gałęziach nie gościły już igły. Bóg spoczywał oparty o jasny pień. Wydawał się nieobecny. Mili skrzywiła się, wiedząc, że czeka ją nie lada wyzwanie. Czuł ją, była tego pewna, ale nawet nie drgnął.
- Słyszałam, że trenujesz, ale ty się najzwyczajniej w świecie lenisz! Przyszłam zobaczyć jak kozaczysz i co widzę? Lenia patentowanego! Co za rozczarowanie… - prychnęła, przykuwając jego uwagę.
- Zatem możesz iść i zostawić mnie samego. – odwarknął.
- Och. – syknęła. – „Najwidoczniej nie chce pomocy, nic tu po mnie.” – zaperzyła się. – Skoro tak chcesz. – zrobiła zwrot, lecz zatrzymała się i obróciła. – Jednak uważam, że ktoś powinien cię walnąć i z przyjemnością będę to ja. – zlustrowała go chłodno.
- Mili, nie mam ochoty na twoje gierki.
- Ponoć mnie kochasz, ale jakoś nie cieszysz się z mojego widoku. Powinnam być zła? Powinnam sprać to twoje zastygłe cielsko?
Asaylen powiódł ku niej mętnym spojrzeniem. Z daleka widział jej wściekłe czarne oczy.
- To nie tak… sam muszę uporać się z… poczuciem winy.
- Więc może jednak walka. – zaproponowała, a on nie wiedział, co jest celem owego sparingu – wyrzucenie z siebie jej gniewu czy chwilowe zapomnienie dla niego.
- Próbowałem, to tylko chwilowe…
- A kto tu mówi o tobie? – weszła mu w słowo – Jak patrzę na twoją markotną gębę, to rzygać mi się chce. Muszę sobie ulżyć obijając tę paskudną twarzyczkę.
Obrzucił ją z niesmakiem.
- Jeśli przysłała cię moja siostra, to niezbyt trafnie wybrała osobę do pocieszania. Kiepsko ci idzie jakbyś nie zdawała sobie z tego sprawy.
- Dzięki za tę bezużyteczną informację. Sturlaj się w otchłań depresji, co mnie to. – uciekła wzrokiem i skrzyżowała ręce na piersi. – Ja tylko wracałam z zadania i zaszłam tutaj. – skłamała.
Zaśmiał się cicho.
- Jakaś ty niedostępna i nieczuła. – wiercił ją przeszywająco.
- Chyba przeszło ci złe samopoczucie, znam ten lubieżny wzrok. – zauważyła, krzywiąc się.
- To nostalgiczne miejsce. Ma w sobie sporo wspomnień, również takich o twoim ciele i krzyku rozkoszy. Właśnie mi się przypomniało to i owo.
- Idę sobie. – oznajmiła bez emocji, ignorując jego perwersyjne zaczepki.
- Mili, czy nie tęsknisz za życiem tutaj?
Zatrzymała się i odwróciła. Byli tak różni, a jednak podobni.
- To były dobre czasy. Walczyłam cały czas, o każdy dzień swego życia. Teraźniejsze życie jest…
-… monotonne. Braki mi dreszczyku adrenaliny, niebezpiecznych zadań i beztroski. Kiedy go ujrzałem i poznałem jego marzenie, coś we mnie drgnęło. Dostrzegłem jak bardzo odrętwiałem tym rutynowym życiem. Zapragnąłem poczuć się jak kiedyś i to mnie zaślepiło. Wiedziałem, że jest niebezpieczny, ale nie skojarzyłem tego, co powinienem i moja mała siostrzenica… - urwał, gdy jego ból w piersi urósł i odebrał mu mowę.
- Również bym chciała poczuć ten dawny posmak, ale nie jestem już tamtą Mili, a ty tamtym Iru. Nie ma sensu obwiniać się. To głupie. Nishi pokazała na co ją stać i co jest w stanie zrobić dla ważnych dla niej osób. Wyszło jej to na dobre. Klasa ją uwielbia. Nie martwiłabym się o nią, pamiętaj czyja to córka. A tamten chłoptaś, cóż, nie obwiniaj się za głupotę innych. To jego decyzje go do tego zaprowadziły.
Iru uważnie słuchał każdego słowa. Być może nie zdawała sobie sprawy, ale jej lekkie podejście i dystans do tego wydarzenia, podbudował go. Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz kobieta ubiegła go.
- Co prawda Kat ma się niezbyt dobrze, słyszałam, że jej stan jest ciężki, ale z pewnością są i tego jakieś plusy.
Spuścił głowę, jakby uszło z niego powietrze.
- Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tak mawiała Karin. „Poczucie winy zniknie, jak zrobisz coś dla innych.”- zacytowała.
- Zakładam, że to nie twoje słowa. – przeczesał włosy i uśmiechnął się perliście.
Kilkanaście minut później dał się przekonać na małą potyczkę. Ich płynne ruchy przypominały taniec aniżeli zacięty bój. Przewidywali swoje ruchy, niczym stare małżeństwo swoje słowa. Ich oddechy i szelest trawy wprawionej w ruch od stawianych nań kroków, przypomniały puszczonemu w niepamięć miejscu lata, gdy takie sparingi toczono każdego dnia, o każdej porze. Czas cofnął się o parę lat, a obecność pary byłych najemników rozświetliła zapomnianą osadę. Byli dumą upadłej wioski.
Asaylen świetnie się bawił. Pozwalał jej czasem na prowadzenie, trzymając swą moc na wodzy. Wielokrotnie miał okazję ją powalić, ale nie chciał przedwcześnie kończyć zabawy. Mili robiła się coraz bardziej zacięta. Zrobił unik i w mgnieniu oka zszedł na ziemię i podhaczył zaskoczoną kobietę. Po prostu znikł jej z oczu.  Dojrzała go, gdy było za późno. Nim upadła głucho na ziemię, dopadł ją i złapał za nadgarstki. Upadli razem. Przygniótł ją swoim ciężarem. Uśmiechnął się zawadiacko.
- Podoba mi się ta pozycja. – mocniej docisnął swoje uda do jej.
- Nie wątpię. – odparła, próbując się wydostać z jego stalowego uścisku. Na próżno.
- Szarpiąc się tylko… - oblizał usta, a Mili zdrętwiała, gdy poczuła twarde wybrzuszenie.
- Zboczeniec. – prychnęła.
- Ty tak na mnie działasz. – przejechał po jej twarzy zamglonym i pociemniałym spojrzeniem. Miała zarumienione policzki, które kontrastowały z jasną cerą. Białe włosy układały się w nieładzie, a rozchylone usta brały łapczywie oddech. Miękkie i soczyste wargi kusiły swoją apetycznością. Jak mógł dłużej się jej opierać? Nachylił się i wpił w nie bezkarnie.
Początkowo smakował jej zachłannie, bojąc się, że ucieknie jak mgliste marzenie senne. Dopiero, kiedy odpowiedziała na jego pieszczoty, uspokoił się i składał na jej ustach delikatne pocałunki, od których dostawała spazmów rozkoszy. Jęczała, wsuwając palce w jego włosy i dociskając mocniej do siebie.
- Iru…- szepnęła ochrypłym, zmysłowym głosem.
Na dźwięk swojego imienia oszalał z pożądania. Jednym silnym ruchem zerwał z niej top i podążył zachłanną ręką pod spodenki. Pieścił ją energicznie. Mili odchyliła głowę i wygięła się w łuk. Zobaczywszy jej gładką skórę i jędrne, nabrzmiałe piersi, proszące się o dotyk, zsunął jej dolną część garderoby i dopiął rozporek, uwalniając prężącego się członka. Wszedł w nią jednym, gwałtownym ruchem. Mili uniosła biodra. Poruszali się dziko i nienasycenie. Jedną ręką oparł się ziemię, a drugą ujął jej pośladek, który zacisnął. Kobieta zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła do siebie. Namiętny pocałunek rozbuchał bardziej ich żądzę. Gładziła jego plecy, czując napływającą falę rozkoszy. Wbiła w jego skórę paznokcie i krzyknęła. Iru schował twarz w jej piersiach. Chwila spełnienia była już blisko. Jej urywany oddech, a potem krzyk, dudniły mu w uszach. Cicho jęknął i opadł z sił. Wtulił się w nią mocno, nie chcąc nigdy wypuścić ze swych objęć.
- Mili, kocham cię. – spojrzał jej w oczy. – Wyjdź za mnie.
  • awatar ognisty-podmuch: Dla takich rozkoszy jak to uchyle ci nieba :-*
  • awatar Lisa Angels: Kwestia panowania, jest zawsze trudna, wydawałoby się, że jako król można robić co się chcę, ale tak jak powiedziała Ai, jako władca, człowiek musi się poświęcić dla narodu, dla kraju. Współczuję jej, ale z pewnością będzie dobrą władczynią :D
  • awatar Kate - Writes: Ojej, nie zauważyłam tego rozdziału. Piękny. a najlepsza końcówka.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

seiti1008
 
Zrozumiawszy uczucia


Wskazówki zegara mozolnie wędrowały po tarczy, wybijając kolejne godziny. Czas wlókł się, jakby przemierzał setki czasoprzestrzeni nim przesunął sekundnik do przodu. Znudzona młodzież nie mogła znaleźć sobie miejsca; jedni wystukiwali palcami tylko sobie znany rytm, inni legli na ławkach, starając się nie usnąć, a kolejni odpływali w świat fantazji. Tylko niewielka grupka słuchała uważnie nauczycieli i skrupulatnie robiąc notatki.
Aicsha oparła głowę o rękę i oddała się kontemplacji. Nie potrafiła przestać myśleć o młodszej siostrze; cały czas miała przed oczami obraz dziewczynki oblanej krwią. Jej puste oczy dotknęły nastoletnią boginię do żywego. Czy aby na pewno dziecko uporało się ze stworzonym przez siebie demonem? Czy tylko grała przed otoczeniem? Nazbyt dobrze znała siłę podszeptów ciemności, ich oddech na karku, który przypominał o drzemiącym w sercu złu; mroczne wizje zalewające umysł w przypływie wściekłości. Najgorsza z tego wszystkiego była dzika radość z odbierania komuś żywota, która płonęła podsycana złudnie postrzeganą sprawiedliwością. Skoro ten ktoś zabił, zagroził ważnym osobom, więc zatem twój gniew jest uzasadniony, a czyny wybaczone, lecz to była tylko zemsta. Zemsta, która strawi bez reszty słabą duszę. Jej słodki smak mamił. Wiedziała o tym, potrafiła się zatracić w tym przyjemnym i błogim posmaku. Ulegała, była słaba, i to doprowadzało ją do szału. Często zastanawiała się gdzie podziała się dziewczynka, jaką była. Kiedy i gdzie ją zatraciła? Być może jej siostra jest silniejsza i uporała się z demonem. Musiała to sprawdzić.
Tuż po usłyszanym dzwonku wybiegła z sali. Przemierzyła swoje piętro, przepychając się przez rozgardiasz i tłum stłoczonych w wąskim przejściu uczniów. Zbiegła po schodach, zeskakując z czterech ostatnich i wbiegła na korytarz przynależny najmłodszym. Rozejrzała się, łapiąc ciężko oddech. Ruszyła w lewo, nie przestając szukać swej siostry. W końcu ją dostrzegła – stała przy ścianie, splatając nerwowo dłonie przed sobą. Uważnie słuchała wypowiedzi otaczających ją dzieciaków, czekając na dobrą okazję, by wypowiedzieć swoje zdanie. Ai rozczuliła się widząc nieśmiałą stronę oschłej Nishi. Młodsza Arcyksiężniczka ździebko zmieszana nagłym rozkwitem swych kontaktów towarzyskich i brakiem umiejętności konwersacji, często wodziła oczami po towarzyszach gorączkowo szukając w myśli odpowiednich słów. Przenosząc tak wzrok z jednego ucznia na drugiego, dojrzała wpatrzoną w siebie Ai, której oczka rozbłysły wzruszeniem. Nishi przełknęła ślinę, nie chciała by jej siostra była świadkiem jej zakłopotania. Przeprosiła nowych kolegów. Pojawienie się starszej siostry było nieoczekiwanym wybrnięciem z sytuacji, która weszła na nieznane jej tory – literaturę dziecięcą. Nishi nie miała bladego pojęcia o przygodach małego kotka zwanego Miauczuś, gustowała w dojrzalszych książkach, które z pewnością przyprawiłyby większość dzieciaków o histeryczny płacz i schowanie się za spódnicą swych nianiek. Doznała nieziemskiej ulgi, gdy wypowiedziała:
-„ Przepraszam, siostra mnie woła.”
Odchodząc z szerokim, acz sztucznym uśmiechem, dziękowała w myśli Ai za wybawienie.
- Coś się stało?
- Chcę z tobą porozmawiać. Możemy iść gdzieś w bardziej spokojne miejsce?
Nishi przytaknęła, prowadząc starszą boginię do wewnętrznego ogrodu.
Weszły do oszklonej kopuły. Powietrze przesączone było przyjemnym i słodkim zapachem kwiatów. Pomimo nastania zimnych dni, tutejsze rośliny kwitły w najlepsze, nie przejmując się porą roku. Ogród mienił się kolorami, przebijając pięknem nawet tęcze. Widok zapierał dech w piersiach – żółte i czerwone spirale przenikały się wzajemnie tworząc piękny wzór pośród zielonej trawy; fioletowe, białe i pomarańczowe kwiecie przypominało rysunek wybuchającego gejzeru. Piwonie otulały niewielki wodospad, który spływał do sztucznego stawu. Przy oczku wdzięczyły się narcyzy, hiacynty i szafirki.
Ai zaciągnęła się wonią zieleniaka. Rozluźniła się, jak gdyby jej ciało natarto olejkami. Uśmiechnęła się błogo, zapominając na chwilę o wadze rozmowy przed sobą. Dopiero stukot bucików Nishi przywołał ją do rzeczywistości. Obróciła się w stronę dziewczynki powoli stąpającej po kamiennej alejce. Przystanęła przy altance i wzięła głęboki wdech. Usiadła na białej, drewnianej ławeczce. Spojrzała na siostrę, klepiąc zachęcająco deseczki obok siebie. Nishi bez słowa usiadła na wskazanym miejscu. Wpatrywała się w nastolatkę, chcąc wyczytać z jej twarzy powód rozmowy.
- Nie wierć mnie tak, stresujesz mnie. – odparła z walącym sercem Aicsha.
- Wybacz, miłościwa pani. – burknęła. – Więc? Jaki problem sprowadza cię do mnie? – założyła nogę na nogę, oplatając kolano dłońmi.
Ai zamrugała. Mała dziewczynka wyglądała jak psychoanalityk gotowy do sesji z pacjentem.
- Chciałam z tobą porozmawiać o tym, co się stało. – odrzekła, czując ucisk w żołądku.
- O tym bogu? Nie musisz się martwić. Rozmawiałam z mamą i Reyonem. – rzuciła z kamienną miną, obserwując jak na twarzy jej siostry maluje się rozczarowanie. Ai spuściła głowę.
- Kiedy zabiłam tamte osoby, byłam na siebie zła. Chyba zawiodłam samą siebie. Kiedy byłam mała, mówiłam, że można walczyć inaczej nie sięgając po miecz, a kilka lat później sama dzierżyłam ostrze swej nienawiści skierowane ku innym. – przymknęła boleśnie powieki, po czym otworzyła oczy, spoglądając na dziewczynkę.
Nishi przesuwała wzrokiem po pięknych, barwnych roślinach.
- Uległaś swojej ciemności. – rzuciła, nie patrząc na nastoletnią boginię. – Uległaś gniewowi. Zabicie ich było przyjemne, prawda? – odwróciła się ku zaskoczonej Ai. Wierciła ją przeszywającym wzrokiem, a młoda kobieta czułą jakby wdzierała się do jej duszy i odczytywała skrzętnie skrywane sekrety.
- Tak, to było przyjemne. – przytaknęła z dozą ostrożności.
- Dlatego jesteś zła na siebie. – wytknęła jej prawdę, do której nie chciała się przyznać.- Ja zaakceptowałam siebie. Taką jaką jestem, z całym pakunkiem złości i gniewu w sobie. Dlatego mam wybór, siostro. Następnym razem opanuję swoje emocje i będę patrzeć racjonalnie, a ty dalej będziesz ulegać gniewowi. – wyjaśniła, majtając nogami i dalej wodząc oczami po ogrodzie.
Aicsha zaniemówiła, wlepiała się w dziecko przed sobą, zastanawiając się jak w tak młodym wieku może aż tyle wiedzieć. Przerażała ją. Przesunęła się i podparła drżącą ręką. Ciężko oddychała, jakby ktoś położył jej głaz na piersi. Czym był owy głaz, który jej ciążył na sercu?
- Czemu nie mogę opanować ciemności? – pokrótce spytała, wiercąc podłogę altanki.
- Bo się boisz.
- Boję? Czego? – rzuciła Nishi pytające spojrzenie. Dziecko uśmiechnęło się lekko.
- Sama musisz to odkryć, ale to strach niepozwana ci iść dalej. – zeskoczyła z ławki. – Jak widzisz, ze mną w porządku. Pokonasz swoje zmory, boś mą siostrą. – uśmiechnęła się promiennie i wybiegła z altany, dając spore susy po kamiennej alejce i zostawiając następczynie tronu ze swoimi myślami.
Ai patrzyła na płynącą wartko wodę.
- „Skoro uległam ciemności, to co z moją matką? Też jej uległa? Wspaniałą Cesarzową rządzi ciemność w jej sercu? Nie, to niemożliwe. Więc? Och.” – podniosła się – „Ona nie zabija z zaślepienia gniewem; ona zabija, bo to sprawia jej przyjemność. Lubi niszczyć tych złych… niee, ten obraz jest niewłaściwy, czyni z mej matki psychopatę.”- zmarszczyła nos zdegustowana własnymi insynuacjami. Zrobiła kilka kroków i przystanęła. – A co jeśli ja również lubię odbierać czyjś żywot? Nie, nie jestem taka jak ona! – zacisnęła zęby i klapnęła na stopniu prowadzącym do altanki.
Uspokoiwszy oddech, zamyśliła się. Rozmyślała o dzieciństwie. Jej pamięć odświeżyła ciepłe promienie słońca i zielone pola i złote łany ze zbożem. Zapach świeżego chleba pieczonego przez dziadka. Wesołe uśmiechy przyjaciół, a także dzień, w którym spotkała boga. Od Byakku biła siła. Była oczarowała. Po chwili przyszły wspomnienia, o których wolała nie pamiętać. Śmierć dziadka, poparzenia, strach przed bogami, zaginięcie matki, rozstanie rodziców… poderwała się, przełykając łzy. Potrząsnęła głową, pragnąc sięgnąć tych dobrych i miłych wspominków. Przeszukanie przeszłości nie przyniosło oczekiwanych skutków; nie znalazła odpowiedzi na dręczące ją pytanie: kiedy się zmieniła? Potarła nasadę nosa i  zerwała się. Szybkim krokiem opuściła ogród. Maszerowała korytarzem i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że hol był opustoszały. Zatrzymała się, rozglądając naokoło. Zmarszczyła brwi, odszukując zegar. Zamarła, wytrzeszczając oczy. Zegar pokazywał szesnastą dwadzieścia trzy.
- O w mordę! – uświadomiła sobie, że spędziła na rozmyślaniach więcej czasu, niż zakładała. Opuściła zajęcia i obiad, o czym przypomniało jej głośne burczenie w brzuchu. – Dałam się pochłonąć. – rzuciła z dezaprobatą.
- Ai, gdzieś zaginęła? Wszędzie cię szukałem. – dobiegł ją życzliwy głos narzeczonego. Poczuła dziwną ulgę. Ciepło, które zamazywało wszelkie troski. Uśmiechnęła się do niego czule.
- Straciłam poczucie czasu. – potarła kark.
- W pokoju mam czekoladę, chcesz? – zaproponował, dostrzegając w jej bursztynowych oczach smutek.
- Z przyjemnością przyjmuję twoją propozycję. – wyszczerzyła się i z ochotą podążyła za nim, podając mu dłoń, którą Faini delikatnie ujął.
Ai przekraczając próg pokoju młodego boga, rzuciła się na sprężyste łóżko. Materac zafalował, a ona wyciągnęła się z pomrukiem zadowolenia. Faini roześmiał się i wyjął z szafki tabliczkę czekolady. Zasiadł obok niej i podał jej brązową rozkosz. Oderwała kostkę i szybko włożyła go do ust.
- Mmm, pychotka!
- Tylko nie zjedz całej, bo pójdzie ci w biodra. – rzucił, kładąc się na wznak.
- Zaostrzył ci się dowcip. Nie wierzę, spędziłeś tu tylko tyle czasu i już rzucasz złośliwościami! Niebywałe! Nie przebywaj zbytnio z Kai’em, dobrze?
- Już ci lepiej. – zauważył.
Jej dobry humor wyparował. Zapadła się w sobie.
- Czy nie miałaś pogadać z Nishi? – poderwał się do siadu z troską otulając ją spojrzeniem.
- Rozmawiałam. Z nią wszystko dobrze, ale dała mi do myślenia. Ośmioletnia dziewczynka zbiła mnie z pantałyku, dasz wiarę.
- To… niezwykłe dziecko. – stwierdził ostrożnie.
- Powiedziała, że się boję. Nie wiem, co miała na myśli.
- Hmm, lękasz się wielu rzeczy.
- E? – popatrzyła na niego, jakby dostała obuchem. Czemu wszyscy wokół wiedzieli o niej więcej niż ona sama?
- Boisz się miłości, a jednocześnie jej pragniesz. To tylko przykład, jesteś pełna sprzeczności. – oznajmił.
- Nie boję się miłości! – ostro zaprzeczyła. – Po prostu się nie zakochałam.
- Zakochałaś. Zauważyłem to, gdy wrócili. Twoje oczy zalśniły. Kochasz Kai’a. – bezpardonowo wymówił, to czego nie chciała dopuścić do siebie.
- Nie! – podniosła się i zaczęła krążyć po pokoju. – Nie kocham go! Uroiłeś sobie to!
- Więc czemu się wściekasz?
Zatrzymała się raptownie, szukając wymówki.
- Bo nie chcę, żebyś wygadywał bzdury, jeszcze Kai się dowie i…
- Pozna prawdę? Ai, nie ma sensu kłamać. Przestań okłamywać samą siebie. To bezsensu.
- On… - jej głos zadrżał i posępniał. – już kocha i jest szczęśliwy. To najważniejsze. – uśmiechnęła się smutno.
Widząc jej cierpienie, nie śmiał wspomnieć o chłopcu, który nieśmiało zaproponował mu spotkanie. Była jego narzeczoną i nie mógł jej opuścić. W tym momencie musiał dokonać ciężkiego wyboru. Zawdzięczał jej wolność i musiał być lojalny. Ona nie chciała być sama, więc życie miłosne musiał odłożyć na półkę i wesprzeć dziewczynę, która ugrzęzła w bagnie własnych uczuć. Ta zagubiona dziewczyna go potrzebowała.
- Chodź. – rozłożył ręce. Ai wahała się przez ułamek sekundy, po czym ufnie wsunęła się w jego ramiona.
- Chcesz to zrobić? – spytała prowokująco.
- Sama tego nie chcesz. Chcesz się poprzytulać i czuć czyjąś bliskość. – pogłaskał ją po głowie.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
- Tajemnica. – uśmiechnął się szeroko.
Wybiła północ, gdy Faini snuł się po ciemnym korytarzu Internatu. Nikły poblask świec umieszczonych w złotych lampionach wskazywał mu drogę na piętro niżej. Zszedł ostrożnie po schodach zwodniczych w ciemnościach i skręcił w prawo. Wziął głęboki wdech, zatrzymując się przed olchowymi drzwiami. Zdobywając się na odwagę, nieśmiało zapukał. Przestępował z nogi na nogę, czując rosnące zdenerwowanie. Jego serce węszyło już słodką woń szczęścia oraz możliwość zakochania, lecz brutalna rzeczywistość odsunęła od niego zalążek miłosnych endorfin. Nie mógł  oddać się własnemu szczęściu, wiedząc iż jego narzeczona boryka się ze złamanym sercem i problemami z postrzeganiem samej siebie. Nie mógł znieść myśli, że spędza samotnie dnie, a on uśmiecha się do miłego chłopca z klasy niżej. Musiał mu odmówić i zostać u jej boku, dopóki nierozkwitanie jak róża Nostalgie. Ai była pączkiem niedojrzałego różanego krzewu, a on chciał podziwiać jej niebanalne piękno – duże kwiaty, których obrzeża kremowych płatków zabarwionych czerwienią. Musiał ją pielęgnować, by nie zmarniała. Taką miał powinność. Zawdzięczał jej wolność; to ona zniszczyła wiążące go okowy przeznaczenia.
Drzwi uchyliły się i stanął w nich zaspany chłopaczek. Potarł oczy, które zaszły mu mglą i ziewnął przeciągle. Wytrzeszczył się, gdy ujrzał wyraźniej twarz osobnika zakłócającego mu spokojny sen. Cofnął się nieznacznie, rumieniąc się po same uszy. W panice wodził oczami po swojej fiołkowej piżamce w białe gwiazdki.  Przygryzł wargę i zerknął zawstydzony na boga.
Faini uśmiechnął się życzliwie, taksując rozczochrane brązowe kosmki do ramion. Zakłopotane niebieskie oczy błądziły po jego licach.
- Ym, wybacz, że cię niepokoję o tak później porze, ale mówiłeś… żebym przyszedł, gdy będę miał już odpowiedź na twoje pytanie.
- Ach. – spuścił głowę w napięciu oczekując słów boga.
- Masz na imię Teis, prawda? – chłopak przytaknął. – Teis, jestem zaszczycony, że poprosiłeś mnie o randkę. To wiele dla mnie znaczy, lecz mam narzeczoną, która mnie potrzebuje. To zły moment na schadzki. Arcyksiężniczka nie może zostać sama…
- Rozumiem. – zacisnął nerwowo rąbek koszuli – Ośmieliłem się prosić o spotkanie z narzeczonym Jej Wysokości, to bezczelność z mojej strony, lecz chciałem być uczciwy z moimi uczuciami.
- Sprawiłeś mi radość. – Faini uśmiechnął się promiennie, a nastolatek poczerwieniał mocniej i wbił wzrok w mało oświetloną podłogę swojego pokoju.
- Dziękuję, że nie zignorowałeś mojego wyznania i dałeś mi odpowiedź, nawet jeśli jest odmowna. – smutno się wyszczerzył i skłonił.
- Wybacz, w innych okolicznościach… - szepnął – Dobranoc. – pomachał flegmatycznie i odwrócił się na pięcie.
Wypuścił powietrze z płuc, które trzymał od dłuższej chwili. Ruszył przed siebie, lecz zatrzymały go słowa nasączone niechęcią.
- Proszę, proszę jaki wierny Ai narzeczony. – znał ten kpiący głos.
- Nazywasz się Blan, dobrze pamiętam? – spytał, obracając się w stronę ostro go mierzącego boga. Jego oczy lśniły enigmatycznie, wzbudzając niepokój Faini.
- Och, zapamiętałeś me imię, jestem zaszczycony. – szydził. - Ai ci o mnie opowiadała, że moje imię zapadło ci w pamięć? – Blan podszedł do niego, górując nad nim. Wiercił go zacięcie, nie pojmując jak mizerny chłopaczek mógł zostać narzeczonym córki Cesarzowej. Jego propozycja została bezwzględnie odrzucona. – Opowiadała ci o naszych wspólnych nocach? – szepnął mu do ucha. – O namiętności nas łączącej?
Faini zmrużył gniewnie oczy.
- Zamierzasz publicznie mówić o romansie z Arcyksiężniczką? Chcesz zaszkodzić jej dobremu imieniu?
- Kto wie. Plotki szybko powstają i jeszcze szybciej się rozchodzą. – uniósł triumfalnie głowę.
- Chyba się przesłyszałem. – dobiegł ich lodowaty ton postaci wychodzącej z mroku korytarza i ciskającej gromy.
Blan znał tę złowieszczą energię. Dziecko Wojny przeszkodziło mu w jego małym spisku. Cmoknął z niezadowoleniem, lekceważąc srogie spojrzenie Kai’a.
- Zamierzasz zaszkodzić Aicshy? – syknął, łypiąc spode łba na jasnowłosego boga.
Nim Blan zdążył otworzyć usta i wypowiedzieć sarkastyczny komentarz, usłyszał słowa, które zmroziły mu krew w żyłach.
„Oczy tęskne za niespełnioną miłością,
Wybierające ścieżkę zniszczenia…”
Zarówno nikczemny Blan, jak i groźny Kai spojrzeli zaskoczeni na narzeczonego cesarskiej córy. Jego stanowcze lawendowe oczy piorunowały wzrokiem jasnowłosego chłopaka, który wyraźnie zamarł. Znał znaczenie tych słów i to one poruszyły jego zimne serce. Wlepiał się w chuchro przed sobą, które trzymało w swych dłoniach potężną broń. Nie wiedział, czy Faini odkrył znaczenie tego zdania i wolał nie ryzykować. Jedynym logicznym wyjściem była ucieczka.
- Majaczysz, chłoptasiu? – prychnął.
- Kim ona była? Kim była kobieta, którą tak kochałeś? – zapytał właściciel Oczu Wizji. Nie miał bladego pojęcia, co mogą oznaczać słowa przepowiedni, ale po reakcji boga wywnioskował, że trafił w czuły punkt. Postawił wszystko na jedną kartę. – Ścieżka zła… interesujące. Może naświetlisz nam sytuacje. – rzucił z naciskiem.
- Bredzisz! Nie wiem o czym mówisz. Skąd w ogóle te słowa… och, czyżbyś jednak nie stracił swojego daru?
- Niespodzianka. Dalej mogę czytać z wszystkich jak z otwartej księgi, więc lepiej miej się na baczności. – jego oczy pojaśniały, a Blan cofnął się o krok, prawie wpadając w oszołomionego Kai’a.
- Twoja rodzina… - Blan chciał złapać się brzytwy.
- Śmiało, donieś im. Kapłanem już nie zostanę, Ai wprowadziła mnie w dorosłość. – wyszczerzył kły.
- Co…
- „A to frywolne babsko! Już go przeleciała?! No nie wierzę! Spuścić z oka jej nie mogę!” – Dziecko Wojny piekliło się w myśli. – Szach mat. – oznajmił, widząc jak rywal chudego i mizernego boga zaciska ze złości szczękę, a na jego skroni pojawiła się pulsująca żyłka. Zdecydowanie zachowa urazę do narzeczonego byłej już kochanki.
Blan zmarszczył brwi i wycofał się spokojnie. Na odchodne wyszczerzył się chytrze.
- Dobra robota. – zapiał Kai, poklepując Faini po plecach. Dopiero, gdy go dotknął zauważył, że dygocze. – Żartujesz…
- Byłem przerażony. – poczuł jak uginają się pod nim nogi. – Ale nie mogłem pozwolić, aby groził Ai…
Wojownik uśmiechnął się.
- Jesteś dobrym narzeczonym. – odparł. – A tak w ogóle, to jesteś… tym kim myślę? – przechylił pytająco głowę.
- Chyba tak. – odrzekł brunet z wahaniem.
Było już grubo po północy, kiedy Kai wpadł do pokoju. Zastał Ai suszącą włosy. Zamrugała zdziwiona na jego widok.
- Jesteś w końcu! – krzyknął rugająco od progu.
- To chyba moja kwestia. – rzuciła, odkładając ręcznik na poręcz łóżka.
- Jakim cudem przygruchałaś sobie właściciela Oczu Wizji?! Wiedziałem, że de Nabii coś mi mówi! Jak mogłaś zbezcześcić ciało kapłana!
- Chciałam go uratować, on wcale nie chciał zostać kapłanem. – nastroszyła się.
- Okey, a jak go przeleciałaś? Zdradź mi tajemnice, jak bałamuci się geja? – skrzyżował ręce na piersi, gniewnie ją lustrując.
- A co cię to obchodzi. To mój narzeczony. Zajmij się Yu, dobra? – skrzywiła się od złości i niezrozumienia dziwnych pretensji współlokatora.
- Ai, lepiej nie bzykaj kogo popadnie, bo ci to tylko zaszkodzi. – upomniał ją.
- Och, mam być jak nieskazitelna Cesarzowa? – zakpiła, kładąc się na łóżku.
- Aicsha… - chłopak smutno otulił ją wzrokiem.

Złota gwiazda górowała na błękitnym, acz chłodnym niebie. Roślinność znieruchomiała od przymrozków, a dzieciaki marudziły znacznie częściej niż dotychczas. Wszyscy przyzwyczajeni do ciepłego klimatu Cesarstwa psioczyli na nagłe ochłodzenie.
Mili potarła ramiona. Ubrała się nazbyt lekko jak na temperaturę poniżej zera. Rozważała czy niespodziewana zmiana pogody zwiastuje zlodowacenie serca władczyni tych ziem. Idąc żwawo, chciała się rozgrzać. Wróciła pamięcią do dni, które przeminęły i doszła do wniosku, że stateczny tryb życia nie służy jej przystosowaniu do panujących za oknem warunków. Który najemnik dygotałby z zimna? Żaden.
Przejechała zmęczonym wzrokiem po markotnych uczniach. Miała już serdecznie dosyć nadgodzin, które na nią spłynęły dzięki nieobecności ojca jej dziecka i niedomaganiu Kat. Co Asima by bez niej zrobiła. Sama musiałaby zakasać rękawy i użerać się z bandą rozwrzeszczanych bachorów. Szkoda, że szkoła nie praktykowała kar cielesnych, niektórym przydałoby się ostre lanie. Choć i tak miała szczęście, że uczniowie ją lubili i szanowali, nie chciałaby skończyć jak pan Ryuio – na tabletkach uspokajających jej autorstwa.
Westchnęła, litując się nad własnym losem i planując rychłe wakacje.
- „Trzeba iść do „pańci kuzyneczki”” – krzywiła się, zastanawiając się czegoż to znowu chce od niej Cesarzowa.
Rozejrzawszy się, otworzyła swą ukochaną wyrwę i wskoczyła w nią jak królik do nory.
Powietrze zadrżało, przykuwając uwagę bogów ślęczących nad składem papierów. Spojrzeli po sobie, gdy z pęknięcia wyskoczyła zadowolona Bogumila.
- Wolałabym, abyś używała drzwi. – Asima zwróciła jej uwagę, nie wyściubiając nosa zza dokumentów.
Mili zignorowała przytyk i przeciągnęła się niczym kot.
- Czego chcesz? – spytała bez zbędnych ceregieli.
Airen wyprostował się słysząc pytanie. Zerknął na wyczekującą odpowiedzi kobietę.
- Tak właściwie to ja mam zadanko dla ciebie. Tylko ty możesz się tak sprytnie zakamuflować i je wykonać. – uśmiechnął się po dżentelmeńsku, łaskocząc jej ego.
Mili przewróciła oczami, choć uważnie słuchała pochwalnych słów.
- Więc? O co chodzi?
- Chcę byś poszukała na czarnym rynku vetaritu.
- Co? Po jakiego czorta? – zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc czemu główny dostawca kryształu, chce go szukać na nielegalnych szlakach. – Przecież u ciebie w królestwie się go wydobywa. Czy nie tam są lwie części złoży?
- Owszem, ale… - podał jej kartkę. Mili szybko przesunęła wzrokiem po literkach i wydała z siebie krótkie „och”.
- Ciekawe. – wtrąciła się Asima. – Po co komu kryształ służący za ochronny amulet. Jest dość pospolity.
- To główna gałąź przemysłu mojego królestwa, będzie źle jak ten transport się nie znajdzie.
- Więc sądzicie, że ktoś go zwinął i znajduje się na czarnym rynku? – Mili upewniła się w swych przypuszczeniach.
- Według raportu dokonano kradzieży, chcę abyś to sprawdziła. – Król z mrocznym błyskiem spoczął wzrokiem na byłej najemniczce.
- Ach, czyli powątpiewasz tę wersję. – przebiegł ją dreszcz od jego wściekłego spojrzenia. – „Biada temu, kto mu podwędził kryształki.”
- Mamy swoich podejrzanych. – wyjaśniła Cesarzowa, uśmiechając się cwanie. – A jeszcze coś. Iru trenuje, ale martwię się o niego. Znał sprawcę napadu na uczniów. Mogłabyś w drodze powrotnej do niego zajrzeć?
- A co ja niańka? Umie o siebie zadbać. – prychnęła, przeklinając go w myślach. Nie będzie jej dane odpocząć.
- Mili, proszę. – zatroskany głos kuzynki poruszył w jej sercu strunę, którą wielokrotnie pragnęła zerwać.
- Jak szukanie waszej zguby nie zajmie mi wieków, to luknę, co z tym idiotą. – obiecała, czując głęboko w duszy niepokój.

Zapach czystości i leków drażnił nozdrza Sayena. Nie przepadał za sterylnymi szpitalami, za jego jasnymi ścianami i widokiem chorych. Trzymał spoconymi dłońmi bukiecik kwiatów, które poleciła mu zabrać Carol. Spojrzał na nie z niechęcią. Przełożył je do drugiej ręki, a mokrą dłoń wytarł o spodnie. Przesunął wzrokiem po zamkniętych salach. Gdzieś tutaj, według pielęgniarki, leżała jego siostra.
Posmutniał przypominając sobie bezradność Yo i stan Kat. Po ciężkiej decyzji dla medyka, odesłano ją do kliniki Nusyi. Mina bogini również była nietęga, lecz on uparcie trzymał się nadziei. Cały czas powtarzał sobie słowa: będzie dobrze.
Ujrzał pokój z numerem siedem i ruszył w jego kierunku z duszą na ramieniu. Niepewnie nacisnął klamkę, bojąc się widoku jaki mu się ukaże.
Kat siedziała oparta o podniesione szpitalne łóżko. Wpatrywała się w czerwień zachodzącego słońca rozlaną po niebie. Poblask pomarańczowego słońca odbijał się w jej pustych oczach. Zazwyczaj skrzyły się pogodą ducha, lecz teraz zgaszone utkwiły gdzieś w krajobrazie rozciągającym się za oknem kliniki.
- Siostro? – postanowił ujawnić swoją obecność, bo zdawało mu się, iż nie zauważyła jak wszedł.
- Ta czerwień jest jak ocean krwi, który wisi nad nami. – odrzekła, nie opuszając oczu z nieboskłonu. – Może runąć na nas w każdej chwili. Zalać nas… jest nieobliczalny jak bogowie.
- O czym ty mówisz? – wytrzeszczył się i przełknął ślinę, zaniepokojony jej słowami.
- O niczym szczególnym. – odparła.
- Jak się czujesz? – zapytał, podchodząc do stolika przy łóżku. Wyjął zwiędłe kwiaty, które musiała dostać od innego gościa i wsadził bukiet, który przyniósł.
- Są piękne, podziękuj Carol. – rzuciła, nawet nie patrząc na kolorowe kwiaty.
Sayen znieruchomiał. Wlepiał się tylko bolesnym wzrokiem w swoją młodszą siostrę.
- Kat…
- Nie mogę ruszyć ręką, możliwe, że nigdy nią nie ruszę. – oznajmiła chłodno.
- Co…? - poczuł palące łzy cisnące mu się do oczu.
- Nie będę w pełni sprawna. Muszę z rezygnować z bycia Generałem i nauczycielem. Myślę, że powinnam wyjść za mąż i urodzić dzieci. – dalej wodziła oczami po nieosiągalnym niebie.
W mężczyźnie zawrzało; gotował się z wściekłości. Była ranna, poważnie ranna, ale to nie powód by zaniechać dotychczasowego życia.
- Po prostu uciekasz! Napotkałaś trudną przeszkodę i podkulasz ogon i zwiewasz, bo nie umiesz jej przeskoczyć! Asima mawia, by przeszkodę w takim razie rozwalić! A ty uciekasz!
- Nie mogę ruszyć ręką!! – obróciła się w stronę brata z łzami w oczach.
- Jest jeszcze rehabilitacja! Ale ty nawet nie spróbowałaś! Od razu się poddajesz! – pieklił się, nie mogąc pogodzić się z decyzją siostry.
- Już rozmawiałam z ojcem. – odrzekła spokojniej, wiercąc białą pościel.
- No tak, oczywiście – ojciec! – warknął. – Przecież on nie powie nic innego, bo chce mieć wnuki.
- Sayen, może to już znak. Pora na założenie rodziny…
- A może i nie. – syknął, krążąc nerwowo po sali. – Co na to Asima?
- Asima i Asima, Sayen czas zacząć żyć dla siebie. – zrugała go wzrokiem.
- Chyba dla ojca. – odparł, ostro mierząc siostrę. Zacisnął zęby i skierował się do drzwi. – Jestem rozczarowany, że się poddajesz… - rzucił przez ramię.
  • awatar ognisty-podmuch: I LOVE YOU <3
  • awatar Lisa Angels: "Aicsha oprała głowę o rękę i oddała się kontemplacji." Hahahaha OPRAŁA XD "Niski bez słowa usiadła na wskazanym miejscu" Ach ten wstrętny word..."- Zaostrzył ci dowcip."A po co się? " Byłą jego narzeczoną i nie mógł jej opuścić."Ach te ogonki, lubią się wkradać nieproszone "o on chciał podziwiać jej niebanalne piękno" Ooooooooo, a nie aaaaaaaaa? XD Taki komentarz z bykami :D Podoba mi się, jest długi i ciekawy. I Nishi poucza Ai... do czego to doszło XD Wszyscy moi ulubieńcy dziś mieli okazję się pokazać. Fani, taki słodziak i rozwaliła mnie rozmowa Ai z Kai'em. Jak przeleciała geja? Proste, geny mamusi XD
  • awatar Seiti: Świetnie, że ktoś to wyłapał, ja już nic nie widziałam. Sęk w tym, że mała gnida vel Mikołaj mi tekst z worda skasowała i kopiowałam z gygy i oszalało. Zaraz poprawię
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

seiti1008
 
Dzieci - suma swych rodziców

Granat nieboskłonu pokrywały gęste chmury, które pięły się ku niebu, niczym strzeliste wieżyczki. Kowadło nadchodzących chmur widać było z daleka, pomimo braku promieni słońca. Srebrna tarcza księżyca cudem przedostała się przez zapowiedź nadciągającej burzy. Swym nikłym światłem oświetlał brzeg jeziora. Tafla wody niczym lustro odbijała poblask Nocnego Króla, nadając nocy mistyczny wygląd.
Nishi przystanęła przy drzewie, które zadomowiło się przy skraju jeziora i nachylało się życzliwie ku powierzchni wody, jakby chciało podziwiać swe niezaprzeczalne piękno. Dziewczyna przyłożyła drobną rączkę do szorstkiej kory, zerkając na swe odbicie. Widziała długie blond włosy i chłodne fioletowe tęczówki, które doskonale potrafiły tuszować cierpienie. Jej oczy nie były zwierciadłem jej duszy, coś poszło nie tak i jej kamienna maska przywarła do jej buźki. Myślała, że opadła, gdy zapłakała, lecz ona nieznacznie pękła i po chwili znów skryła jej prawdziwe oblicze. Czuła smutek, lecz nie potrafiła go wyrazić. Zacisnęła usta, dalej obserwując dziecko w tafli jeziora. Patrzyła uważnie, z rosnącą złością, gdy jasne włosy pokryła czerwień, a oczy sięgnęły po symbol starożytnych bogów. Usta jej lustrzanego sobowtóra wydęły się w uśmiechu, ukazując kły spragnione krwi. Zlękła się i cofnęła. Jej pierś falowała, a oddech przyspieszył.
- Nishi – usłyszała za sobą zmartwiony głos Reyona – co ty tu robisz o tej godzinie? – słyszała jego zbliżające się kroki. Przymknęła oczy i uspokoiła oddech. Gdy chłopiec stanął obok niej, uspokoiła się wystarczająco, by nie dawać mu powodu do trosk.
- Nie mogłam spać. – oznajmiła cichutko, patrząc na horyzont.
- Rozumiem. – spojrzał na nią ukradkiem, bojąc się pokazać swoje cierpiące spojrzenie. Serce mu krwawiło, gdy pomyślał, co przechodzi. Targała nim bezsilność, której nie mógł znieść. Wziął głęboki wdech i złapał jej rączkę. Zaskoczona odwróciła się ku niemu i z rosnącym szokiem przyglądała się jego dalszym poczynaniom. Reyon ukląkł przed nią, mocno ściskając jej dłoń. Z determinacją i stanowczością zajrzał w jej zdumione oczy.
- Nishi, ochronię cię.
- E? – przechyliła głowę.
- Zabiorę twój ból, nigdy więcej nie pozwolę ci go poczuć! – zmarszczył boleśnie brwi – Nigdy! Stanę się twoimi rękoma, twoim ostrzem, które nie pozwoli więcej zbrukać twych małych dłoni; nigdy nie pozwolę, by twe serce drżało w przestrachu przed grzechem! Zabiorę twe wszystkie grzechy! Ochronię cię… przysięgam!
Nishi nie mogła otrząsnąć się z szoku. Wlepiała się w narzeczonego, niczym Azuma w zagmatwane opisy technik walki.
- Chcesz zabijać dla mnie? – spytała oszołomiona jego przysięgą. Przytaknął, jakby obiecał kupić jej szczeniaczka. Czy zdawał sobie sprawę z wagi swych słów? – Jestem zaszczycona… - wydukała zmieszana. – Ale… nie mogę na to przystać. Czy wiesz, jaki to ciężar? Czy wiesz, ile waży grzech?! – zacisnęła zęby. – Czemu z taką łatwością obiecujesz pozbawiać innych życia?! – krzyknęła, nie rozumiejąc; krzyknęła uwalniając się z pęt chłodnej maski. W jej oczach zaszkliły się łzy.
- Nishi. – wstał i ujął jej twarzyczkę. Pogładził kciukami jej gładkie i lekko zaczerwienione policzki. – Jestem twoim narzeczonym, muszę cię chronić. Jestem bogiem. Jestem synem swego ojca. Może to po części, dlatego, że dorastałem wśród osób, które kpiły z żywota innych, ale zdaję sobie sprawę, kim jestem. Jestem istotą łaknącą krwi. Me serce ma dwie strony, które w pełni akceptuje. Czerpię przyjemność z widoku krwi. Lubię jej smak. Taki jestem.
Arcyksiężniczka otworzyła szeroko oczy.
- Akceptujesz przywary bogów… mam zaakceptować przyjemność, którą czułam, gdy go zabijałam? – skuliła się, czując ból w piersi.
- Nie musisz. Ja zrobię to za ciebie. – szarpnął ją i mocno przytulił.
W głowie Nishi kłębiły się różne, sprzeczne myśli. Jakaś cząstka niej chciała iść na łatwiznę i przystać na pomysł Reyona. Prowadziła dialog z samą sobą.
- „Co powinnam zrobić? Nie mogę zrzucić na kogoś swojego grzechu. Reyon jest jak mama… ona też… jeśli pozwolę im się chronić, jeśli zabiorą ten ciężar i ból, to ucieknę i będę uciekać już zawsze. Wtedy nie będę mogła na siebie patrzeć…” Reyon. – wyswobodziła się z jego kojącego uścisku i spojrzała w jego różnorakie oczy. – Wybieram drogę wojownika. Doceniam twe słowa, ale moje grzechy muszę nieść sama. Sama muszę pokochać to, kim jestem. Nie jestem byle kim. Jestem sumą moich rodziców. – uśmiechnęła się ciepło, a chłopak poczuł jak miękną mu nogi.
Wpatrywał się w nią maślanymi oczkami, żałując, że nie wziął aparatu, by uwiecznić jej najpiękniejszy na świecie uśmiech. Miał ochotę schrupać ją całą.
Uśmiech Nishi znikł i zastąpił go grymas politowania.
- Co.. co? Czemu?- zamrugał, czując na sobie jej ostry wzrok.
- Ty… ty sobie wyobrażałeś jakieś brzydkie rzeczy! Czy to już ten wiek? Więc Azuma miała rację, że chłopcy w pewnym wieku mają bardzo brzydkie myśli. Masz zakaz używania mojego wyobrażenia do takich celów! – syknęła.
- Co… ja tylko… jak to się stało?! – poczochrał swoje włosy i po chwili pobiegł za zbulwersowaną dziewczynką, która obróciła się na pięcie i skierowała się ku pałacowi.
W oddali, w konarach drzew, Eli odetchnęła z ulgą, kładąc dłoń na swej piersi. Przyjemne uczucie spadku troski wymalowało się na jej twarzy. Nishi sobie poradziła. Uśmiechnęła się na tę myśl.
- Szpiegujesz. – podskoczyła do góry, słysząc zimny ton lodowego królewicza.
- Lykku, poprawiłeś się w skradaniu. Nie wyczułam cię. – serce dalej jej waliło jak oszalałe.
- Nie wiem, czy mogę uznać to za komplement. – otaksował ją od góry do dołu, poddając w wątpliwość jej umiejętności. Elayaa prychnęła w odpowiedzi i przewróciła oczami, spodziewając się arogancji.
- Myśl, co chcesz, ale kiedyś skopię ci dupsko. – cicho zagroziła. – Nie szpieguję. Sprawdzałam, co z Nishi. A ty? – wymownie uniosła brew.
- Ja? – zmieszał się na moment. – Widziałem jak Reyon wychodzi, martwiłem się i chciałem sprawdzić czy wszystko w porządku.
- Z Nishi jest dobrze. – uśmiechnęła się czule, zerkając na ginącą na horyzoncie dziewczynkę z towarzyszącym jej chłopcem, który gęsto się tłumaczył. – Podziwiam ją…
- To nasza powinność – ochrona ważnych osób. – odrzekł, spoglądając w to samo miejsce, co jego kuzynka.
- Też byś tak zrobił?
- Oczywiście. Uprzedzę kolejne pytanie: tak, ciebie również bym ochronił, nawet, jeśli musiałbym kogoś pozbawić łba. Jesteś moją rodziną, czy mi się to podoba czy nie.
- Co… ja wcale… ej, co to ma znaczyć?! – naindyczyła się.
Lykku zaśmiał się złośliwie, pokazując jej język. Eli zawrzała.
- Złość piękności szkodzi. – zakpił.
- Jak będziesz taki dla dziewczyn, to żadna nie będzie cię chciała! – odgryzła się.
- Spokojnie, jestem taki tylko dla ciebie! – odparł wrednie.
- Ty…
Zerwał się szkwał. Silny wiatr zwiastował rychłą ulewę. Lykku spojrzał na ciemniejące bardziej niebo.
- Lepiej wracajmy, zanim zmokniemy.
Eli przytaknęła z niechęcią i zeskoczyła z drzewa. Zadarła głowę do góry. Poczuła rześkie, naelektryzowane powietrze. Burza wisiała w powietrzu. Następca Śmierci tupnął ponaglająco nogą, na co dziewczynka zmarszczyła nos i ruszyła przed siebie.

Krople kapały z drzew i ginęły w powstałych kałużach, które odzwierciedlały wchodzące słońce. Delikatne promienie przedzierały się przez resztki pozostałych chmur, rozganiając je skutecznie.
Gwar, stukot i brzęczenie poranka unosił się w licznie zapełnionej jadalni. Przyjemny zapach świeżo upieczonego chleba docierał do nozdrzy głodnych uczniów, którzy wiercili się niespokojnie, nie mogąc doczekać się posiłku. Tylko Aicsha siedziała jak zamrożona i nie drgnęła, gdy Faini postawił przed nią talerz z owsianką i dwie smakowicie wyglądające kanapki. Kiwnęła lekko głową w podzięce i dalej wlepiała się w blat stołu. Młody bóg westchnął i usiadł obok niej.
- Z twoją siostrą jest w porządku. – rzucił, patrząc na rozpromienioną dziewczynkę, która siedziała w towarzystwie swojej klasy. – Powiedziałbym, że nigdy nie było lepiej.
Ai mruknęła i odsuwając od siebie śniadanie, położyła głowę na stole.
- Wspaniała Cesarzowa spisała się. – rzuciła sarkastycznie.
- Czy nie taka powinna być rola matki? – Faini łypnął na nią protekcjonalnie.
- Ta. – odparła, prostując się.
- Aicsha, czy twoja matka wymaga od ciebie tego, czego ty wymagasz od siebie?
- Aleś to zagmatwał. – skrzywiła się. – Czuję presję jej potęgi. – rzuciła od niechcenia.
- Złości cię to, że Cesarzowa osiągnęła tak wiele i dalej się rozwija, a ty nie możesz jej dogonić. Czy nie pamiętasz mojej wizji? Wszystko w swoim czasie. Rozwijaj się w swoim tempie. Nikt nie każe ci, być taką jak ona. Jesteś nie w sosie, bo chciałaś wesprzeć swoją siostrę, ale twoja matka to zrobiła. Ai, nie możesz konkurować z matką. Pogadaj z Nishi, o tym, co sama przeszłaś, ale nie musisz jej matkować, bądź siostrą. – włożył do ust pachnący chleb.
- Masz rację… czemu, ty zawsze masz rację? To irytujące! – udała oburzenie, w duchu dziękując mu za rozsądne słowa i obiektywizm.
- Co jest irytujące? – zapytała dosiadająca się Nika.
- On. - Arcyksiężniczka wskazała na narzeczonego.
- Okey, w małżeńskie sprzeczki się nie wcinam. – odparła, biorąc łyk zielonej herbaty.
- Och, widzę, że przeszłaś na dietę. – Van palnął bez namysłu, usadawiając się obok Faini.
- Zabiję go. Mord o poranku dobrze mi zrobi. – wycedziła Nika, przeszywając chłopaka lodowatym spojrzeniem.
- Ale jesz same sałatki i popijasz je zieloną herbatą. Co to niby ma być, jak nie dietka. – zamrugał. – Cóż, nie uważam, że powinnaś drastycznie chudnąć, ale zrzucenie dwóch kilo na pewno będzie korzystne dla twojej figury.
Młoda bogini skamieniała. Powoli trawiła słowa chłopaka. Uniosła brwi, a jej usta wydęły się w mrocznym półuśmieszku. Powieka zaczęła jej latać.
- Powinnaś więcej wysiłku wkładać w…
- Van, milcz. – upomniał go Faini. – Chcesz żyć? To zamknij się!
- Co? Czemu?
- On wie o kobietach jeszcze mniej niż ja. – Faini zwrócił się do zaśmiewającej się do rozpuku Ai, która przytaknęła prawie spadając z krzesła.
- Ale wam wesoło.
- Brakowało mi tego.
Dobiegł ich męski i kobiecy głos. Obrócili się.
- Kai i YuLee, wróciliście! – oznajmił wesoło Van.
Arcyksiężniczka wychyliła się przez oparcie i napotkała złośliwy uśmieszek współlokatora. Straciła równowagę i legła z hukiem na podłodze.
- Nic ci nie jest? – doskoczył z troską do niej de Nabii. Pomógł jej wstać i postawił krzesło, kątem oka przyglądając się rosłemu mężczyźnie. Był uosobieniem kobiecej fantazji – ciemna karnacja podkreślała jego jasne i intrygujące oczy; odpięta koszula opinała doskonale wyrzeźbione ciało. Wyglądał jakby urwał się z babskiego snu. Ich spojrzenia spotkały się. Kai pytająco spojrzał na Ai.
- Ach, to jest Faini de Nabii, mój narzeczony. To Kai i YuLee. – przedstawiła ich sobie, obserwując jak na twarzy pary maluje się szok.
- Miło mi. – właściciel Oczu Wizji skłonił się uprzejmie, jednocześnie walcząc z silny objawieniem przyszłości.
- Jak? Nie było nas dwa tygodnie, a ty… - przeniósł wzrok na mało imponującego chłopaczka. – podrywasz… - brakowało mu odpowiedniego słowa, które nie urazi nowego kolegi.
- Gratulacje, panienko. – demon ze szczerą radością uścisnął dłoń bogini. Jej promienny uśmiech, uspokoił wzburzenie Dziecka Wojny.
- Gratulacje. – burknął. – Ale jak do tego doszło?
- Powiedzmy, że to chęć niesienia pomocy i brak wyobraźni w przewidywaniu konsekwencji. – wtrąciła się rozbawiona Nika.
- To wiele wyjaśnia. – odparł Kai, który ciężko pojmował zaistniałą sytuację.

Zimna głębia ciemności rozpościerała się w nieznane. Czy miała swój kres czy była nieskończona? Tylko jej twórca wiedział, gdzie granice cmentarzyska się kończą. W ogromie czerni rozbrzmiał wrzask protestu.
- Jestem pewna, popierdoliło cię do reszty! – pieklił się wzburzony byt. – Znasz to?! – wyciągnęła środkowy palec.
- Widzę, że się dokształciłaś. Co ty jej dajesz do czytania, że nauczyła się takich obscenicznych gestów? – Asima z kończącą się wyrozumiałością zwróciła się do dziadka.
- Absolutnie nic. Nie wiem, skąd się nauczyła. – westchnął zrezygnowany Vinse.
- Przestań marudzić i dawaj dusze! – wycedziła rozzłoszczona bogini.
- Wal się! Sama w samotności oddaj się samogwałtowi! Nie dam jej! – prychnęła, obracając głowę i wysuwając lekko podbródek.
- Dziadku, jeden powód, dla którego miałabym nie poddać jej eksterminacji. – Cesarzowa ostro zmierzyła Nicość.
- Za dużo zachodu z tworzeniem nowego? – odparł niepewnie.
- Mam wywlec jego duszę z ciebie? Zapewniam, że dołożę wszelkich starań, abyś poznała nowy poziom bólu. – władczyni splotła palce i wyprostowała ręce, szykując je do wyciągnięcia z ciała nieposłusznego bytu potrzebnej jej duszyczki.
- Zżarłam go! Był smaczny, ci z ciemnością w sercu są wyjątkowo apetyczni, nie oddam go, bo kapryśna boginka tak mi każe! – skrzyżowała ręce, obracając się na pięcie i prychając pod nosem.
Asima powoli wypuściła powietrze, przymykając powieki. Jej oddech spowolnił, lecz jej oczy przybrały morderczy wyraz. Złapała jasne pukle bytu, który doprowadzał ją do szewskiej pasji, i wygięła jej ciało w łuk. Nicość robiąc prawie mostek, wlepiała się zaskoczona w swoją panią. Cesarzowa nie żartowała, daleko jej było do tego. Była poważna i zagniewana. W zwolnionym tempie widziała jak dłoń władczyni zbliża się do jej trzewi i przedostaje się przez jej tkanki. Zawyła, czując jak dłoń bogini grzebie w jej wnętrzu, szukając duszy nieszczęśnika. Odnalazłszy małą, jasną kulę przypominającą bawiące się, stłamszone świetliki, wyjęła ją z ciała Nicości.
Cesarzowa uśmiechnęła się złowróżbnie, przyglądając się trzymanej w dłoni duszy. Istota będąca cmentarzyskiem upadła na powierzchnię oka. Jej pierś falowała w urywanym oddechu. Lustrowała Asimę nienawistnie, życząc jej silnego krwotoku po wykonaniu techniki wskrzeszającej. Zacisnęła usta w wąską linię i podniosła się obrażona. Kątem oka obserwowała jak bogini przywołuje ciało mężczyzny zakatrupionego przez jej córkę. Zwłoki unosiły się tuż przed nią. Nicość przeszedł dreszcz, gdy dojrzała mimikę kobiety. W bursztynie malował się czysty sadyzm; jej źrenice tętniły pragnieniem zadawania nieznośnego bólu, a usta wydęły się w uśmieszku radości, na myśl o szykującej się zabawie. Była pewna, że niedługo z powrotem pochłonie jego duszę, być może jeszcze smaczniejszą. Asima szykowała mu cały wachlarz wyśmienitych tortur, po którym poziom jego nienawiści zdecydowanie wzrośnie, a on sam nabierze głębi smaku. Mimowolnie się oblizała i poczuła ekscytacje. Rozmarzyła się. Otarła lecącą ślinkę i powiodła zaciekawionym spojrzeniem na Cesarzową zamierzającą przywrócić do życia niegodziwca.
Oślepiający blask rozproszył ciemność wiecznego grobowca. Światełko miało powrócić na swe miejsce, gdy rytuał powrotu do życia przerwała mała Arcyksiężniczka.
- Mamo, nie rób tego. – poprosiła dziewczynka, unoszących się na rozpostartych skrzydłach. Wylądowała zgrabnie obok oniemiałego przodka, który przyglądał się jej szeroko otwartymi oczami i nie dowierzał w jej obecność w stworzonej przez siebie przestrzeni.
Nishi podeszła do zszokowanej matki, łapiąc jej przedramię.
- Mamusiu, jestem gotowa nieść ten grzech. Nie musisz ponownie zabarwiać swego serca mrokiem. Ja… zaakceptowałam się taką, jaką jestem. Jestem sumą swoich rodziców. Jestem z tego dumna. Obiecuję chronić, to, co dla mnie ważne, choćby me ręce zanurzały się nieskończenie wiele razy w szkarłacie. Jestem na to gotowa. – uśmiechnęła się.
Asima przyjrzała się jej z czułością. Odważna i dojrzała decyzja jej córki była dla niej chlubą. Pogodziła się z własnym instynktem i czynami. Cesarzowa uśmiechnęła się ciepło, a poblask techniki rozproszył się. Ujęła twarzyczkę córki i pogłaskała ją delikatnie. Tłuszcząc łzy wzruszenia, przyciągnęła dziecko do siebie i zamknęła w matczynych ramionach. Nishi czując ulgę, wtuliła się w silne ciało matki.
Dusza Ikol’a powróciła do oszołomionego bytu. Nicość wlepiając się w dziewczynkę, połknęła z powrotem migoczące światło. Nie mogła przestać gapić się na małą Nishi. Zadawała sobie pytanie: jak to małe dziewczę się tu dostało?  Potrzeba niezwykłej potęgi, by otworzyć wrota do jej domostwa, a nieopierzony podlotek pojawił się tu znikąd, od tak sobie.
Potwór powił potwora gorszego od siebie, pomyślała lustrując Arcyksiężniczkę.
Zerknęła na Vinse, który ukradkiem chlipał rozczulony uroczą scenką. Nicość uniosła brew w geście politowania, prychając z pobłażaniem.
Cesarzowa głaszcząc swą latorośl po plecach, przeniosła wzrok na wiecznie niezadowolony i markotny twór jej dziadka.
- Nishi – obróciła dziewczynkę ku Nicości – będzie twoją panią, moja droga. – wydęła się chytrze.
- Co?! – chóralne zdziwienie obu zatrzęsło ciszą.
  • awatar Martwica Serca`: Kochana! Kiedy Ty ją w końcu wydasz lub gdzieś wyślesz. Nie powinna tutaj cichaczem jedynie spoczywać na blogu!
  • awatar Lisa Angels: Zdecydowanie zgadzam się z Marwicą Serca :D Anle jestem pod wrażeniem Nishi, póki co to chyba jedyna... no poza swoim starszym bratem osoba, która nie dała się pochłonąć całkowicie mrocznej żądzy. Moja cudowna dziewczynka :D Wyobrażam sobie minę Kaia XD A to się zdziwił, ciekawe jak będzie wyglądała ich późniejsza rozmowa :D
  • awatar Lovely Mess: Jestem pod wrażeniem :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

seiti1008
 
Zamordujecie mnie.

Ciemność płynąca w żyłach cz. I

Ciemne niebo bez gwiazd zlewało się z połaciami zniszczonej ziemi, na której błyszczał jedynie żar płynącej lawy. Uschnięte konary chybotały na niepewnej glebie, która rozpadała się od licznych wstrząsów niestabilnego jadra planety. Martwe lasy ginęły w rozpadlinach wypełnionych magmą. Powietrze stało się trujące, a morza zmieniły się w żrącą mieszaninę odpadów. Planeta była u schyłku swojego istnienia.
Byakku potarł senne oko, zawisając wzrokiem na krajobrazie nędzy i rozpaczy. Przyglądał się upadkowi zubożałej potęgi. Już wcześniej te ziemie były ponure i mało zachęcające, lecz teraz osiągnęły nowy poziom czarnej rozpaczy. Agonia trawiła wszystko wokół niego. Wiedział, że czeka go nie lada wyzwanie. Westchnął, przeciągając się. Smętny widok nie był jego jedynym problemem. Skrzywił się, gdy z oceanu niezebranych myśli wypłynęła na wierzch ta niechciana. Wykrzywił twarz w minie pełnej dezaprobaty dla samego siebie. Lekko obrócił głowę w stronę nawarzonego piwa leżącego na łóżku za nim. Jak on się w to wpakował? Bynajmniej, nie zamierzał słodzić i prawić oklepanych frazesów. Postawi sprawę jasno i przyrzeknie samemu sobie, że nigdy więcej to się nie powtórzy. Zadręczała go myśl, jak potoczyły się wydarzenia, że skończyło się to właśnie tak. Mignęła mu migawka z wcześniejszych wydarzeń. Pamiętał przytłaczający głód. Głód, którego nie sposób było  zaspokoić, choćby wypił hektolitry krwi. Nieznośne pragnienie i ona, obiecująca zaspokojenie. Pokusa i obietnica. Podała mu się na srebrnej tacy, a on pchany przez nasilone boskie żądze uległ jej jak głupek. Miała rację, jej krew w pełni go nasyciła, ale jak udało się jej zaciągnąć go do łóżka? Jeden pocałunek. Jeden jedyny wystarczył, żeby wybuchło w nim pożądanie. Nie potrafił z nim wygrać, a może nie chciał?
- „Co za podstępna kobieta.” – żachnął się, wodząc po nagiej kobieciej sylwetce spoczywającej w pomiętej pościeli. – „Musi być z siebie piekielnie zadowolona.” – skwitował, podchodząc do łoża. – Wstawaj, Śpiąca Królewno. Czas się brać za robotę.
Kobieta uniosła głowę.
- Już ranek? – spytała, pobieżnie przesuwając wzrokiem po pomieszczeniu. Gołe mury emanowały chłodem, którego ledwo tlący się ogień w prowizorycznym kominku nie dawał rady przepędzić.
- Ciężko stwierdzić. – odparł Byakku, zerkając za okno. – Dzień i noc wyglądają tu tak samo.
- Nie wyspałam się. – stęknęła, opadając na puchatą poduszkę. – Nie pozwoliłeś mi się wyspać. – oblizała usta układające się w zawadiacki uśmiech.
Królewicz cmoknął z niezadowoleniem.
- Wstawaj natychmiast. Bierzemy się za robotę. Chcę to skończyć jak najszybciej. – prychnął, ściągając z niej kołdrę.
Niechętnie usiadła, nie kryjąc odsłoniętej kobiecości. Rozanielona spojrzała w uwodzicielski blady błękit. Upajała się chwilą; upijała wspomnieniami zeszłej nocy; chłonęła ślady jego obecności – zapach, głos, widok. Mały okruszek szczęścia chciała zamknąć w swej pamięci na wieczność. Spuściła głowę i uśmiechnęła się smutno.
Bóg wzdrygnął się.
- Wyjaśnijmy coś sobie. - zaczął ostrym tonem. – To była…
- …chwila słabości. Rozumiem. Byłam narzędziem. – dokończyła - Zresztą sama tego chciałam, dobrze mi idzie bycie narzędziem. – cierpko zauważyła.
Wstała i narzuciła na siebie płachtę leżącą obok łóżka.
Byakku otworzył usta, lecz zrugał sam siebie za chęć bycia miłym. Musi być chłodny, aby zachować dystans. Wziął głęboki wdech.
- Dobrze, że się rozumiemy, Eivian.
Bogini rozejrzała się po tymczasowym domostwie, któremu daleko było do pokaźnego zamczyska, i w pośpiechu starała się zlokalizować swoją garderobę. Dostrzegła kremową bluzkę rzuconą obok krzesła stojącego przy małym, drewnianym stoliku. Jej bose stopy szybko uderzyły w drewnianą posadzkę i w mgnieniu oka znalazła się przy swojej zgubie. Podniosła ją, pechowo, razem ze ściereczką zakrywającą jej skarb.
Królewicz uniósł brwi.
- Czy to moje oko? – zapytał, przyglądając się słojowi.
Vivi zamarła, przesuwając wzrok po podłodze i zatrzymując się na słoiku.
- Szlag… - szepnęła.
Byakku przechylił głowę i z politowaniem otaksował kobietę.
- Wiesz, że jesteś ostro popierdolona?
- To oczywiste, biorąc pod uwagę moją rodzinkę. Chcesz je z powrotem? – spytała niepewnie, odwracając się ku niemu. Z miną zbitego psa wyczekiwała odpowiedzi.
Po dłuższym namyśle, rzucił:
- Na co mi ono. Mam sobie je przykleić i liczyć, że się na coś przyda? Za długo je… przechowywałaś. – zacisnął zęby, wymawiając ostatnie słowo.
- Więc mogę je zatrzymać? –zacisnęła dłonie, z nadzieją wiercąc go wzrokiem.
- Rób, co chcesz. – odparł obojętnie. – Przez to czuję się jakbym narkomanowi dostarczał dragów. – prychnął, odwracając się w stronę wyjścia. – Masz pięć minut. – syknął, nie odwracając się.
- Tak! – radośnie przytaknęła, rzucając się na słoik. Docisnęła go do piersi z szerokim uśmiechem na ustach.
Królewicz wodził nieobecnym wzrokiem po obrazku wyciętym z najgorszych ludzkich wyobrażeń piekła. Zapach zmieszanych związków drażnił go. Zakasłał, przeklinając w myślach grzebalstwo Eivian.
- Gdzie ta kobieta?! – krzyknął w pustą przestrzeń. – Naćpała się tym okiem, czy jak?! – skierował swe kroki ku małej chatce, gdy w drzwiach pojawiła się bogini. – W końcu. – przewrócił oczami. – Pięć minut to już minęło jakiś czas temu. – zrugał ją.
- Wybacz, troszkę odpłynęłam…
- Nie chce wiedzieć co robiłaś z moim okiem. To odrażające. Jeśli robisz z nim lubieżne rzeczy, to chce je z powrotem. – zagroził zniesmaczony.
- To…! – zarumieniła się. – Nie tak… ja je tylko trzymam, jako…
Uniósł dłoń w geście protestu.
- Nie chce znać szczegółów. Bierzmy się do pracy. – polecił.
Vivi zgodziła się, starając się zakryć rumieńce.
Jasnowłosa bogini stanęła na pobliskiej skale. Zerknęła na boga, który rozsypał sokół siebie ziemię z Cesarstwa.
- Zaczynaj. – rzucił.
Kobieta zamknęła oczy. Jej umysł pogrążył się w najwyższym skupieniu, łącząc się z ginącą planetą.
- Połączyłam się. – zakomunikowała.
Blado- błękitne oko zaszło czernią, a z wysypanej ziemi uformowały się czarne pnącza, które wbiły się w ciało boga, stając się z nim jednością.
- To będzie bolało, Eivian, cholernie bolało. – wydął usta w sadystycznym uśmiechu i bez wahania przebił boginię jednym z pnączy wychodzących z jego ciała.
Eivian wrzasnęła, a echo jej bólu rozniosło się po okolicy. Moc rodu de Mundus była wtłaczana w jej ciało; ich wola przejmowała kontrolę nad każdą cząstką jej jestestwa; Byakku z pomocą genów matki, zawładnął krainą jej przodków. Zjednoczeni, rozpoczęli odbudowę. Ze zgliszczy miał powstać jeden z najwspanialszych światów.

Pomarańczowe słońce powoli udawało się na spoczynek, rozlewając na niebie łunę czerwieni, która obijała się na spokojnej tafli jeziora. Na liściach drzew tańczyły miedziane świetlne chochliki, od których Asaylen zmrużył oczy. Zachód słońca w dolinie, w której spędził większość życia przyprawił go o dziwną nostalgię. Usiadł na pagórku i wpatrywał się w rozciągającym się przed nim krajobraz. Widok opuszczonej ziemi ścisnął mu serce. Niegdyś tętniąca gwarem wioska, teraz stała pusta i porośnięta mchem. Chatki i większe domy podupadły; ścieżki zarosły. Najemnicy przestali istnieć, jak i miejsce przed oczami Iru. Zaciągnął się rześkim powietrzem i przymknął oczy, wracając do czasów świetności nacji zabójców. Tęskno mu było do polowań na bogów; do widoku przelanej krwi; do mroku we własnej duszy, który dawał mu siłę. Kim stał się siedząc u siostry na garnuszku? Zardzewiał. Nauka nierozgarniętej młodzieży nie posuwała go ku ulepszeniu samego siebie i w rezultacie jego własna siostra wraz ze szwagrem pozostawili go daleko w tyle. Zacisnął kły na wspomnienie ciarek jakie przebiegły mu po plecach od samego ich spojrzenia. Stali się bestiami, niezwyciężonymi bestiami. Jego duma nie mogła znieść ich rozwoju i zmieniła się w zazdrość. Musiał coś z tym zrobić. Wstał gwałtownie i otrzepawszy się z ziemi i liści, ruszył do dawnej siedziby najemników.
Gdy znalazł się przed swoją dawną chatką, skrzywił się zniechęcony. Jego dawny dom wyglądał jak po uderzeniu meteorytu – połowa w ogóle nie istniała, a druga ledwo się trzymała, nadgnita.
- To kwestię dachu nad głową mam za sobą. – podsumował. – Pozostaje mi poszukać innego lokum, albo zadowolę się spaniem pod chmurką. – westchnął, wybierając pierwszą opcję.
Murowane budowle dzielnie się trzymały i gdyby je uprzątnąć całkiem wygodnie się prezentowały. Iru uśmiechnął się pod nosem, wybierając mocny budynek, który znał na wylot. Jego uśmiech znikł po przekroczeniu progu. Najeżył się, szczerząc kły. Jego wzrok utkwił w ścianie tuż przy rozwidleniu korytarzy. Przechylił głowę, robiąc unik przed lecącym w jego kierunku ostrzem. Kolejne sprawnie przechwycił i odrzucił właścicielowi. Ciemna sylwetka uskoczyła i wylądowała tuż przed nim.
- Ktoś ty? – spytał, przyglądając się odzianej w czarną skórę postaci.
Krótkie brązowe włosy były mocno zaczesane do tyłu, a bezwzględne oczy epatowały złowrogim błyskiem. Dobrze umięśnione ciało przybrało nonszalancką pozę, jak gdyby stojącym przed nim bóg był żadnym wyzwaniem. W Asaylenie zawrzało.
- Pytam coś za jeden i czego szukasz w tej wiosce. – warknął.
- Nie muszę się tłumaczyć z obecności na bezpańskiej ziemi. – wycedził nieznajomy, bawiąc się kunai’ami.
- Owszem musisz, bezczelny młokosie. To był mój dom i pragnę wiedzieć, co w nim robi taki znajdek jak ty. – odgryzł się Assassin.
- Och. – oczy chłopaka zalśniły. – Więc jesteś ocalałym najemnikiem! Wooow!
Nagły wybuch entuzjazmu u młodziaka zbił Iru z pantałyku. Wlepiał się w niego jak sroka w gnat, a gdy chłopak podbiegł do niego i uścisnął mu dłoń, omal oczy nie wyszły mu z orbit.
- Yyy?
- To zaszczyt. Nie sądziłem, że spotkam prawdziwego najemnika! Ale jestem szczęściarzem! – gorączkował się.
- Kimże ty jesteś? – Asaylen sprowadził go na ziemię.
- Ja? – wskazał na siebie – Cóż, Ikol de Fuua. Jestem bogiem. – spuścił głowę jakby wyznawał właśnie swe najgorsze grzechy.
- Tyle widzę, chodziło mi o twój ród. Czemu tu jesteś? Lepiej wracaj do domu, twoi rodzice pewnie się martwią. – podparł się pod boki.
- Moi rodzice? – zaśmiał się głośno – Wyzionęli ducha!
- „I to go tak śmieszy?” Przykro mi. – odparł bez cienia współczucia, bacznie obserwując młodzieńca.
Ikol machnął ręką, jakby śmierć jego rodziców była trywialną sprawą. W głowie Iru zapaliła się czerwona lampka. Zdecydowanie musiał uważać na młodego boga przed sobą.
- Czego tu szukasz?
- Ach, zawsze mnie fascynowali najemnicy. Chciałbym, aby ta nacja się odrodziła. To moje marzenie i jestem tu, żeby je spełnić. – odrzekł.
Assassin lustrował jego chłodne zielone oczy, w których dostrzegł znajomy cień - nieokiełznany mrok. Zaniepokojony rozważał szybkie usunięcie młokosa, lecz czy miał ku temu dobry powód? Intuicja go nie zawodziła, ale wszystko pozostawało w sferze domysłów. Młody jeszcze niczego nie popełnił, więc był niewinny.
- „Poczekam aż mój szósty zmysł przybierze realną formę, a wtedy…” – uśmiechnął się diabolicznie.

Kat z rosnącą migreną stała przed klasą Nishi. Latorośle bogów przyprawiały ją o chroniczne bóle głowy. Sprawiały masę problemów, a głównym odbiorcą ich knowań była druga Arcyksiężniczka. Zerknęła na Nishi stojącą obok niej, na środku klasy. Dziewczynka przesuwała lodowatym wzrokiem po twarzach nieprzychylnych jej dzieci.
Kat potarła skroń i przeszła do rzeczy.
- Cesarzową zmartwiły ostatnie wydarzenia i prawdę mówiąc, chciała odwołać waszą wycieczkę…
- Wycieczka się odbędzie. – wtrąciła się mała bogini, przenosząc oczy na nauczycielkę.
- T-Tak, Nishi przekonała matkę, ale gwarantuję wam, że jeszcze jeden podobny incydent, a winne mu osoby zostaną wydalone ze szkoły i oskarżone o narażanie córki monarchy na uszczerbek na zdrowiu. Rody oprawców będą mieć przekichane. – zagroziła Generał, patrząc jak na klasę pada blady strach.
Arcyksiężniczka posmutniała, spuszczając głowę.
- „Kolejny powód by mnie nienawidzić…” – zauważyła.
Dwa dni później stała z plecakiem przed jedną z karet. Spojrzała na wylosowany numerek. Dwójka przypominała dostojnego łabędzia. Czy mogła wziąć to za dobry znak? Uśmiechnęła się, spoglądając na dwa czarne rumaki. Konie parsknęły i tupnęły zadziornie, a uśmiech Nishi stał się szerszy.
- E?! Co to ma być?! Czemu ona tu jest?!
Arcyksiężniczka obróciła się z gasnącym uśmiechem. Ujrzała rude pukle Evana i blond kosmki Dereka, który jeszcze nie doszedł do siebie.
- „Czy może być gorzej?” – spytała samą siebie.
Jej dwóch zdeklarowanych wrogów razem z nią w jednym powozie, czy kareta wytrzyma nasilenie tak ciężkiej atmosfery?
Chłopcy zmierzyli ją zaciekle. Derek zacisnął palce na swoim brzuchu. Gdy tylko mała bogini była w zasięgu jego wzroku, jego trzewia wywracały się do góry nogami. Evan skrzywił się, kamuflując lęk, jaki budziła w nim stojąca naprzeciwko dziewczynka. Z trudem opanował drżenie rąk. Przywdział na młodą buźkę maskę szyderczości.
- Kopnął nas zaszczyt. Możemy podróżować w jednej karecie ze szlachetną Arcyksiężniczką. Dzięki za twą łaskę, miłościwa pani. – skłonił się teatralnie, posyłając jej kpiące spojrzenie.
Nishi ostentacyjnie ziewnęła, udając, że wydurniający się chłopiec nie istnieje. Zatrzymała fioletowe oczy na milczącym blondynie.
- Jesteś pewny, że powinieneś jechać? Moi bliscy nie byli zbyt delikatni. – zagadnęła.
Derek uciekł wzrokiem, mocniej zaciskając dłoń na brzuchu.
- Nic mi nie jest. Długo czekałem na wycieczkę do Wodnej Dzielnicy. – odparł sucho.
- Phi, co za udawana troska. Pewnie cię cieszysz, że sprali biednego Dereka. – prychnął rudowłosy chłopiec, podpierając się za boki i wyniośle unosząc głowę.
Skulił się, gdy napotkał lodowate oczy bogini zwrócone na swoją osobę. Nie wypowiedziała żadnego słowa, ani nie wykorzystała swej mocy, lecz on poczuł przeszywający chłód. Obrócił się do niej plecami. Podciągnął rękaw mundurka i potarł stojące dęba włoski.
- „Przeklęta…” – syknął w myśli. Zerknął na przyjaciela. Milczał i nie spoglądał na bestię w spódniczce.
- Musimy zaczekać. – oznajmiła Nishi. – Jeszcze dwie osoby. – powiodła wzrokiem ku karecie stojącej za ich powozem. Usłyszała pisk przerażenia. – Przestańcie się wygłupiać. Musimy wyruszać. – skierowała swe słowa do dwóch chowających się dziewczyn.
Wyszły z ukrycia, trzymając się za ręce. Przełknęły ślinę i ruszyły ku trójce klasowych kolegów. Przerażała je atmosfera wokół nieprzyjaznych sobie bogów.
Druga Arcyksiężniczka rozpoznała struchlałe uczennice. Dwie trzpiotki, które stały przed nią na nauce latania – Ann i Yura. Rzuciła okiem na zniecierpliwionego woźnicę.
- Wsiadajmy w końcu. – odparła, unosząc rąbek spódniczki i sprawnie wskakując do powozu. Zajęła miejsce przy oknie, pragnąc by podziwianie pejzażu za oknem odgrodziło ją od koszmarnego towarzystwa.
Podróż wlekła się niemiłosiernie. Minuty stawały się godzinami, a godziny całymi dniami. Tylko Ann i Yura szeptały do siebie, od czasu do czasu rzucały okiem na poważne trio naprzeciw siebie. Evan z ulgą rozsiadł się obok blondyna i spoglądał w okno. Derek siedział sparaliżowany przy małej bogini. Starał się rozluźnić swoje sztywne ciało, lecz myśl o potworze siedzącym tuż koło niego przyprawiała go o dreszcze. Ukradkowo zerkał na jej spokojne lica. Widział delikatne rumieńce i długie rzęsy okalające niesamowite fioletowe tęczówki. Jej kształtne usta były zaróżowione, a cera jasna. Wyglądała jak porcelanowa laleczka, które kolekcjonowała jego matka. Ale ona w przeciwieństwie do nich nie była zimna. Spojrzał w miejsce, gdzie stykały się ich ciała. Czuł ciepło. Teraz dopiero zauważył, że jest niższa od niego i dość niepozorna. Wydawała się być delikatną dziewczynką. Któżby pomyślał, że te drobne rączki dzierżą atrybut Śmierci i władają niszczycielską potęgą. Próbował przypomnieć sobie powód swojej nienawiści, ale miał pustkę w głowie.
-„ To nie jest zabawne, czemu jej dokuczam i ją nienawidzę?” – gorączkowo się zastanawiał. Popatrzył na jej anielską twarz. Jej powieki opadały zmęczone. Głowa oparła się o zimną szybę. Zasnęła. Wychylił się zaciekawiony i wlepił w nią wścibskie spojrzenie. Reszta spojrzała na niego pytająco.
- Śpi. – oznajmił.
Rudowłosy chłopak głośno wypuścił powietrze z płuc.
- W końcu można się zrelaksować. – przeciągnął się.
- Zamknij japę, durniu. Obudzisz ją. – zrugał go Derek.
- P-Przepraszam. – wydukał zaskoczony.
Blondyn zmarszczył brwi i oparł się o zagłówek, krzyżując ręce na piersi.
- Ej, powiedzcie mi… za co my jej nie lubimy?
Dziewczęta spojrzały na siebie. Evan przewrócił oczami.
- Jak to za co. Głupie pytanie, Dereczku. – odparł uczeń. – To potwór. Nikt w naszym wieku nie potrafi tak walczyć! To machina do zabijania. Niestabilna!
- Powiedziałem ci, żebyś nie krzyczał. – zmierzył go ostro. – Tylko tyle?
- Jak to „tylko tyle”?! – obruszył się.
- Krzyknij jeszcze raz, a dam ci w mordę. – zagroził mu. – Dręczymy ją tylko dlatego, że posiada potężną moc? Jakby się nad tym zastanowić nigdy nikomu nic nie zrobiła, choć posiada czystą potęgę. Mogła nas zrównać z ziemią, ale dzielnie wytrzymywała wszystko, co jej zgotowaliśmy. Nie możemy mówić tu o niestabilności. Czy nasza niechęć nie jest po prostu zazdrością? – spojrzał na śpiącą Nishi, która wydawała się coraz bardziej urocza.
- Czyś ty… za mocno cię sprali? Postradałeś zmysły?! – krzyknął Evan, podnosząc się z miejsca, lecz silna fanga w nos sprowadziła go z powrotem na miejsce.
- Uprzedzałem cię. – warknął Derek, patrząc jak jego towarzysz zalewa się krwią.
- Złamałeś mi nos, debilu! – wrzasnął, próbując zatamować krwotok.
Powieki Arcyksiężniczki drgnęły. Otworzyła oczy i rozejrzała się po wnętrzu karety.
- Czemu on krwawi? – spytała, mrugając z niedowierzaniem.
- Bo nie chciał uciszyć ryja. – syknął blondyn.
- Przyłożyłeś mu?! – łypnęła z dezaprobatą na Dereka i pospiesznie wyjęła chusteczkę, którą podała wijącemu się z bólu chłopcu.
Evan niechętnie przyjął pomoc i dostawił białą chustę do nosa. Nieskazitelna biel nasiąkłą szkarłatem. Derek uważnie obserwował zaskoczoną Nishi.
- Widzicie. – odrzekł.
Mała bogini próbowała się odnaleźć w sytuacji.
- „Co u się wydarzyło, do licha?!”
Resztę podróży Nishi obserwowała towarzystwo. Dziewczyny zrobiły się strasznie ciche, a chłopcy nie odezwali się do siebie słowem. Evan obraził się ostentacyjnie i wyraźnie czekał na przeprosiny, lecz Derek ani myślał wyrażać żalu za zmasakrowanie mu nosa. Bogini wyczytała to z jego butnej miny. Zachodziła w głowę, co przegapiła.
Ożywienie nastąpiło dopiero, gdy przekroczyli Bramę i jechali drogą pośród kosmosu. Wszyscy podziwiali piękno Wszechświata. Podekscytowany blondyn nachylił się w stronę Nishi, jakby jej jestestwo w ogóle mu nie przeszkadzało. Szturchnął ją niechcący, kiedy kareta podskoczyła na nierówności.
- Przepraszam. – szybko odparł, powodując wytrzeszcz u zszokowanej Nishi.
- Nie szkodzi. – odrzekła wryta w podłogę. – „Co mu się stało? O nie, za mocno mu przyłożyli. A jak to nieodwracalne zmiany w mózgu i Cesarstwo będzie mieć kłopoty?” – panikowała.
- To niesamowite. Piękne, nie? – Derek szepnął.
- Ym? „To do mnie?” Tak, masz rację. – rzuciła pospiesznie.
- Zawsze korzystałem z przejść, nigdy nie widziałem Drogi. – zwierzył się, obdarzając ją szerokim uśmiechem.
Mimowolnie odwzajemniła uśmiech. Promienny i perlisty, który przestrzelił młode serduszko. Derek spłonął rumieńcem i szybko wrócił na swoje miejsce.
Arcyksiężniczka przyjrzała mu się uważniej.
- „Czy on się rumieni jak dziewczynka?” – zachichotała.
Wrota Dzielnicy Wody rozpostarły się i powozy wjechały na ziemie podległe Cesarstwu. Bajeczny widok mórz rozciągał się od Bramy. Słońce grzało przyjemnie, a nieskazitelnie czysta woda zachęcała do figli. Urzeczone dzieci nie zauważyły, że od dłuższej chwili, w cieniu drzew czaił się mrok. Błysk kłów i czerwonych ślepi miał sprowadzić na klasę nieszczęście.
  • awatar Kate - Writes: Eee... Mój biedny mózg.
  • awatar SallyLou: Mój cudny niesamowity Byakku i ta straszliwa Vivi w jednym łóżku. Ok rozumiem, że ona się zmieniła i jest teraz dobra, no ale fakt, że wciąż przechowuje w słoiczku jego oko nieco mnie przeraża. Trochę jej zostało z dawnej osobowości jak widać i mimo wszystko na miejscu Byakku trzymałabym ją na odległość jeszcze przez długi czas. No, przestraszyłaś mnie tym początkiem. Byłam prawie pewna, że ukatrupisz któregoś z moich ukochanych bohaterów ( moja nieufność nie zna granic, wybacz proszę ). A tak ogółem ubóstwiam twoje opisy. Nigdzie indziej nie umiem znaleźć tak doskonałych obrazów które idealnie odzwierciedlają cudny klimat twojego opka. I ty chciałaś przestać pisać! ( będę Ci to wypominać przez wieki ) PS: Pojawi się w najbliższym czasie "Droga..."? Brakuje mi Luiz ^_^
  • awatar Lisa Angels: Wiesz, to zabawne bo znów uświadomiłam sobie ciekawą rzecz dotyczącą twojego opka: Kat zawsze mi się kojarzyło z kotem, a dzisiaj, czytam Kat i moja myśl, kurde, czyżby kogoś skazali na śmierć? XD Nishi trzymaj tak dalej, już drugi adorator na horyzoncie :D Vivi... no jakby to ująć, jakby oddała to oko to nie byłaby taka zła :P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

seiti1008
 
Wschód i zachód – dziecięca miłość

Pierzaste, białe ławice zbudowane z kryształków lodu płynęły spokojnie po nieboskłonie. Ziąb pokrył ziemie Cesarstwa, zupełnie jakby stado lodowych smoków zionęło swym niebezpiecznym polarnym oddechem.
Reyon zatrząsł się, pocierając ramiona. Był przemarznięty do szpiku kości. Chuchnął, obserwując parę wydobywającą się z jego ust. Przeszył go dreszcz i ukradkiem zerknął na swojego towarzysza. Jego kompan chłodnym spojrzeniem taksował otoczenie, bez jakichkolwiek oznak odczuwania chłodu. Chłopak skrzywił się.
- Nie jest ci zimno? – zagadnął w końcu, bacznie go lustrując.
- Nie. – odparł, patrząc przed siebie. – Przypominam ci, czyim jestem dzieckiem.
- Ach, no tak. Zimnokrwisty jesteś. – Reyon odrzekł z nutką sarkazmu.
- Chciałeś dodać „drań”, co? Jeszcze nie, pozostaję na razie dzieckiem. – zaśmiał się krótko.
- Twoja przyszłość mieni się oziębłością. – rzucił, rozkładając teatralnie ręce.
- Laski lecą na takich. – Lykku wyprostował się i łypnął zadziornie na kolegę.
- Mnie interesuje tylko Ni… - urwał, wlepiając różnorakie oczy w budynek wychylający się zza drzew.
Lykku powiódł spojrzeniem w kierunku, w który wpatrywał się jasnowłosy bóg. Zamarł.
Dziewczynki spadały niczym kamień rzucony w wodę. Nishi szamotała się zaciekle, a Azuma rozpaczliwie pragnęła pochwycić kuzynkę. Ich dłonie nie mogły się odnaleźć, lecz czy ich splecione palce mogły coś zmienić?
Młodzi bogowie wpatrywali się w dramat rozgrywający się na ich oczach, czując jak ich serca naprzemiennie przyspieszają i zatrzymują się.
- Czemu nie leci…? – Reyon szepnął z trudem.
- Azuma… - Lykku zbladł – Ona nie ma skrzydeł… - poczuł jak miękną mu nogi.
Obaj, wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia i przełykając strach, ruszyli co tchu w płucach, by uratować uczennice nie lada w opałach. Czysto krwista bogini miała szansę wyjść z tego z kilkoma złamaniami, ale jej mała krewniaczka mogła skończyć dużo gorzej. Z mrocznymi myślami, które przerażały, biegli, pokonując kolejne przeszkody z powalonych konarów i gęstych krzewów. Zdeterminowani chłopcy rozważali wbicie się w powietrze, kiedy wybiegną z zalesionego terenu. Lecz, gdy las przeminął, a ich stopy stanęły na małej polanie, nagle zatrzymali się jak wryci. Czas zwolnił, pozwalając wszystkim dookoła uchwycić niezwykły moment.
Rozwiane, kręcone włosy zalśniły w towarzystwie białych piór, a podarty mundurek zatrzepotał na wietrze. Drobne rączki chwyciły zaskoczoną Arcyksiężniczkę, zamykając ją w drobnych ramionach.
- Jak anioł zstępujący z niebios, ten z książki mamy… - wydukał następca Śmierci.
Postrzępiona, goła skóra była jak ziemia wydająca na świat nowy pęd. Zarodek zmienił się w siewkę, skryte skrzydła Azumy wykiełkowały.
Załopotała mocniej skrzydłami, odsłaniając przed światem swą demoniczną stronę. Z pleców małej siostry Lykku wystawały dwa niepasujące do siebie skrzydła. Jedno- ubarwione białymi piórkami, a drugie skórzane jakby wycięte z ciała mieszkańca Królestwa Ciemności.
Oniemieli gapie wlepiali się w dziewczynkę walczącą z wiatrem i kurczowo trzymającą Nishi. Dzielnie stawiała opór swoim słabościom. Strach zastąpiła odwagą i miłością. Nikt nie miał prawa zagrażać jej przyjaciółce. Zmarszczyła nos, wytężając się bardziej. Arcyksiężniczka robiła się cięższa z każdą sekundą. Zerknęła na trzymaną kuzynkę. Fioletowe oczy zalało wzruszenie, a usta zazwyczaj nie wyrażające emocji, wykrzywiły się od cichego kwilenia. Nishi mocniej zacisnęła palce na dłoni Azumy i uśmiechnęła się promiennie przez łzy. Mężna blondyneczka obdarzona czułym uśmiechem swej przyjaciółki, wytężyła się bardziej i ze wszystkich sił sprzeciwiła się silnemu podmuchowi. Za kilka metrów będą bezpieczne…
Uczniowie w ciszy przyglądali się dwóm dziewczynkom, które, mimo różnic, łączyła silna więź. Bogowie wypuścili głośno powietrze, czując ulgę. Niespodziewanie ich serca załomotały mocniej, gdy Azuma zachwiała się i z niewielkiej już wysokości, runęła w dół. Boskie dzieci upadły głucho, robiąc kilka fikołków.
Arcyksiężniczka sprawnie podniosła się po umiejętnie zamortyzowanym upadku. Obróciła się w stronę leżącej w bezruchu wybawicielki. Podbiegła do niej i ujęła za barki. Odgarnęła przylepione do jej twarzy kosmki loków.
- Azuma!!! – fioletowe oczy zaszkliły się.
Brwi córeczki Latisa zmarszczyły się, a powieki drgnęły.
- Nic mi nie jest. – odparła cicho.
- Azuma… - Nishi wtuliła się w kuzynkę. Po chwili poczuła delikatny dotyk na zmierzwionych włosach.
- Cieszę się, że udało mi się cię złapać. – szepnęła, pociągając nosem. – Oni… oni… - wybuchła płaczem.
- Cii. – bezradna Nishi próbowała uspokoić roztrzęsioną kruszynkę, lecz jej kuzynka zanosiła się coraz mocniej.
Kat odzyskawszy oddech i władzę nad kończynami, podeszła, lekko dygocząc, do swoich podopiecznych. Uklękła i pogłaskała łagodnie po obolałych pleckach płaczącą dziewczynkę.
- Dobrze się spisałaś. – pochwaliła ją, lecz w odpowiedzi dostała głośniejsze chlipnięcie.
- Ja ją wezmę. – usłyszały głos młodego boga. – Przy mnie uspokoi się szybciej. – Lykku kucnął przy siostrze i jednym, silnym ruchem chwycił ją i uniósł.
- Chodźmy do Yo. – poleciła Kat, idąc za rodzeństwem. – Nishi, chodź szybko. – rzuciła przez ramię.
Arcyksiężniczka przytaknęła i spojrzała na kamienną twarz narzeczonego, który uważnie badał każdy skrawek jej posiniaczonego ciała. Przeszedł ją dreszcz od jego lodowatego spojrzenia. Nic nie mówiąc, podążyła za nauczycielką.
Reyon zacisnął zęby, zauważywszy jej posklejane skrzydła. Zadarł głowę i przeszył wrogim łypnięciem dwóch chłopców stojących na dachu. Uczniowie wzdrygnęli się, szybko odnajdując panicznym spojrzeniem mózg całego planu. Derek cmoknął z niezadowoleniem, skupiając na sobie morderczy wzrok przebudzonego boga. Reyon uśmiechnął się mrocznie, oddając swe serce gniewowi.

W ciemności, pośród wilgoci podziemia, tańczyły zawieszone ogniki. Podskakiwały w okręgu w takt podziemnego wiatru, tworząc wymyślny żyrandol. Oświetlały słabym blaskiem bezwzględną twarz Reyona pochylającego się nad struchlałym chłopcem. Ów chłopiec grał niezlęknionego, lecz w środku dygotał jak osika. Chciał dumnie stanąć twarzą w twarz z narzeczonym drugiej Arcyksiężniczki, ale jego wyobraźnia nie mogła przewidzieć poziomu strachu jaki wywoływał stojący przed nim bóg. Różnorakie oczy tliły się nienawiścią, a spragnione kły wystawały zza warg. Taksował go chłodno, od stóp po głowę. Nierozważny młodzik nie chciał wiedzieć, co za myśli kłębią się w umyśle groźnego narzeczonego jego „koleżanki” z klasy. Był takim samym potworem jak ona. Prychnął pogardliwie, zbierając się do kupy.
Podparł się o kamienną ścianę i nonszalancko przeczesał włosy.
- Czego chcesz? Ta wilgoć popsuje moją fryzurę. Streszczaj się zatem. – odparł zuchwale, starając się wytrzymać przeszywające spojrzenie Reyona.
Rozgniewany bóg parsknął śmiechem, który rozniósł się echem po piwnicy Akademii.
- Uwierz mi, że na twoim miejscu nie martwiłbym się fryzurą. – odrzekł złowróżbnie. – Czy powinienem się zająć najpierw? Brzuchem? Nogami? – wyliczał, podchodząc bliżej i zaganiając źródło swojej wściekłości w kozi róg - Najchętniej twoją pyskatą buźką! – warknął, łapiąc go za policzki i mocno je ściskając. Przystawił swoją twarz do jego i obnażył kły.
Derek czuł jego oddech na swojej skórze. Przełknął z trudem ślinę. Według scenariusza w swoim wyobrażeniu, wyrywa się i rzuca ostry komentarz, ale rzeczywistość znacznie różniła się od jego wymysłów. Stał sparaliżowany strachem, czując wyraźną różnicę w rozmiarach mocy.
- Reyon, nie po twarzy. Nie chcemy, żeby został ślad. – usłyszeli za sobą chłodny głos Lykku.
- Święte słowa, co ja bym bez siebie zrobił, drogi kamracie? Uległbym złości i zdarł mu ten uśmieszek z gęby, razem z całą skórą, robiąc z tego skalp. Piękna maska by powstała. – oblizał zębiska.
- To prawda, ale musimy zadowolić się zwykłym spuszczeniem mu wpierdolu. – następca Śmierci zaśmiał się krótko, podchodząc do przerażonego Dereka.
Chłopca zalały mocne ciosy i kopniaki, po których osunął się w kałużę własnej krwi. Półprzytomny, zerknął na swoich oprawców szukających sprawiedliwości. Patrzyli na niego z wyższością i pogardą. W ich chłodnych spojrzeniach wymalowana była chęć mordu. Derek dziękował w duchu za kajdany, które uniemożliwiały im spełnienie wizji zrodzonej z ich furii.
- Zbliż się do Nishi jeszcze raz, a przysięgam, że nic mnie nie powstrzyma przed unicestwieniem twojego żywota. – Reyon rzucił na odchodne i skierował się ku wyjściu.
Lykku odprowadził go wzrokiem, po czym nachylił się nad pobitym uczniem.
- Masz fart, że wyszły z tego bez większego szwanku, inaczej zabiłbym cię na miejscu. Zapamiętaj to sobie, nie igraj z naszym rodem i naszymi uczuciami. – syknął przez zaciśnięte kły. Wyprostował się, posyłając Derekowi nieprzyjazne spojrzenie. Powolnym krokiem podążył za przyjacielem.
Zakrwawiony uczeń oparł głowę o chłodne mury. Zastanawiał się jak się w to wpakował. Jego plan był idealny. Gdyby tylko przewidział, że Azuma się wtrąci. Dlaczego to zrobiła? Powinna jej nienawidzić najbardziej z całej klasy. Doskonała Nishi, geniusz i oziębła dziewucha powinna być dla niej solą w oku. Czemu więc rzuciła się za nią, narażając własne zdrowie? Nie rozumiał tego.
Dotknął bolącego brzucha. Zapamięta ten ból i odda go z nawiązką Nishi. Uśmiechnął się na samą myśl o wyżyciu się na niej.
- Uśmiechasz się pomimo bólu? – dobiegł go słodki głosik. Z cienia wyszła Azuma, głaszcząc swoją zabandażowaną rękę.
- Och… - zdumiał się. – Co tu robisz? – w popłochu starał się wstać.
- Mocno cię pobili? – spytała, zbliżając się. Trzymaną w dłoni chusteczką otarła z jego twarzy krew, którą wykasłał przy kolejnych fangach w trzewia. – Masz siniaki? – podniosła jego koszulę i przyjrzała się ciemnym wybroczynom.
- Azuma… nie chciałem, żeby coś ci się stało. – wydukał, płonąc rumieńcem.
- Chciałeś tylko skrzywdzić Nishi, prawda? – pogłaskała go po policzku.
- T-Tak… - odpowiedział zauroczony.
Uśmiechnęła się zniewalająco, patrząc w jego błogie oczęta. Chustą zabarwioną w szkarłacie przejechała po jego zabrudzonych wargach. Urzeczony jej troską dał się ponieść jej dobroci. Azuma uśmiechnęła się słodko i bez wahania wepchnęła mu materiał do ust. Szarpnęła go za włosy i zniżyła się ku jego osłupiałej twarzy. Błękitne oczy dziewczynki zmieniły barwę na krwistoczerwoną, a tęczówki przybrały koci kształt.
- Masz czelność mówić mi, że nie chciałeś mnie skrzywdzić?! Ale moją kuzynkę już tak?! Płynie w nas krew tych samych bogów, palancie! To moja siostra! Moja przyjaciółka! To Arcyksiężniczka!! To, co zrobili ci chłopcy, to nic…- szepnęła mu do ucha. Poczuwszy jak przechodzą go ciarki, wbiła w niego swoje drobne ząbki. Upiła kilka łyków i odsunęła się od odrętwiałego szokiem Dereka. Wytarła wierzchem dłoni ściekającą krew. – Zagrozisz Nishi a cię wyssę. Jestem w trzech czwartych bogiem.- poprawiła włosy, wstając. – Bądź już grzecznym chłopaczkiem, dobrze? – pomachała mu na dowidzenia i pobiegła w głąb podziemia.
Zatrzymała się, ciężko dysząc. Drżała na całym ciele. Upadła na kolana.
- Co ja właśnie zrobiłam? – spytała samą siebie. – Widziałaś to, Nishi? – obróciła głowę w stronę małej bogini, opierającej się o ścianę.
- Widziałam. – odrzekła chłodno. – Powinnam was wszystkich zganić za atak na ucznia. Cesarzowa wyraźnie tego zabroniła.
- Ale… - skrzywiła się od tłumionego szlochu. – Oni… nie mogą ci tego robić?! Jesteś Arcyksiężniczką! – rozpłakała się.
- Właśnie dlatego to zniosę. Jestem silna. Nie ma potrzeby byście sprzeciwiali się poleceniom mojej matki. – zrobiła krok ku kuzynce.
- Zrobiliby ci krzywdę! – huknęła.
- Nie tak łatwo mi ją zrobić. Przetrwałam starcie z Reyonem, pamiętasz? – kucnęła obok Azumy.
- Ale… - Nishi otarła jej łzy.
- Pachniesz krwią, Azuma.
- Nie wiem, co mi się stało. – załkała, a jej ramiona nerwowo podskoczyły. – Czułam straszny gniew. Świat mi zaszedł czerwienią i nim się zorientowałam, gryzłam go.
- To część ciebie, którą musisz zaakceptować i opanować. „Wiem to z własnej autopsji.” – pogłaskała bujne loczki przyjaciółki. – Już dobrze, chodźmy stąd, bo dostaniesz siana na głowie.
- Co? Sugerujesz, że zostanę stodołą?! – obruszyła się Azuma.
- Głupiutka jak zawsze. – stwierdziła cicho Arcyksiężniczka.

Białe pasma targał wiatr – zimny i porywisty. Elayaa zakryła ręką twarz. od nagłego podmuchu ledwo łapała oddech. W duchu przeklinała pogodę dzisiejszego dnia. Zmarszczyła brwi i skoczyła na kolejną gałąź. Dała kolejne susy i znalazła się przed bramą Akademii. Spojrzała na mosiężne pręty. Czekała ją spora reprymenda od Sayena. Zawaliła poranne zajęcia przez zmęczenie. Ziewnęła, przypominając sobie morderczy trening Airena z dnia poprzedniego. Król powinien wystawić jej zwolnienie, wszakże to przez niego nie mogła zwlec się z łóżka. Na myśl o ciepłej, puchatej kołderce zapragnęła odwrócić się na pięcie i pognać z powrotem do pałacu.
Pobożne życzenia, pomyślała.
Skrzywiła się z niechęcią. Nadszedł czas na stawienie czoła rozgniewanemu Generałowi. Cóż, za karę mógł przygotować dla spóźnialskiej uczennicy?
Zrobiła krok, lecz zatrzymała się wpół, gdy dojrzała kątem oka sylwetkę swojego ojca.
- Tata? Co on tu robi o tej porze?
Zmrużyła oczy, wytężając wzrok. Czarny, skórzany płaszcz łopotał na wietrze, a skórzany strój zakrywał jego całe ciało. W jednej ręce trzymał spory tobołek.
- Tato!! – krzyknęła za nim.
Iru odwrócił się, prawie wpadając na pojawiającą się przed nim Eli. Dziewczynka zachwiała się, ale nie upadła dzięki ramionom ojca.
- „Co za szybkość. Airen znacznie poprawił jej sprawność.” – zauważył.
- Idziesz gdzieś? – spytała z nadzieją, że jej przypuszczenia są błędne.
- Tak. – przytaknął.
- Długo cię nie będzie? – nadąsała się.
- To zależy. Zakładam, że z miesiąc…
- Ile?! Gdzie ty idziesz, tato?! – oburzyła się.
- Do byłej wioski najemników. Muszę potrenować, Eli. – pogłaskał córkę po głowie.
- E? – przechyliła głowę niczym szczeniaczek, próbujący rozszyfrować niezrozumiałość sytuacji.
- Tak w ogóle, to czy ty nie powinnaś być w klasie? – podejrzliwie przyjrzał się swej latorośli, która  natychmiastowo zdębiała.
- Ym… Em… He he. To ja już idę. Miłego treningu, tatusiu! – rzuciła i pognała w te pędy.
- Zawaliła lekcje. – stwierdził, patrząc jak przeskakuje przez ogrodzenie.
******************************************
Nishi znaczy zachód a Azuma wschód.

Czasu brak, chęci brak, ale jakoś ogarnęłam to opko.
  • awatar Art et la Vie: Świetnie się czyta, ale mogę coś powiedzieć? Otóż czytając tego typu opowiadania lubię wyobrażać sobie nie tylko to, co czynią bohaterowie ale także miejsca w którym dzieje się dana akcja, dlatego strasznie podobają mi się opisy typu "W ciemności, pośród wilgoci podziemia, tańczyły zawieszone ogniki" lub "Pierzaste, białe ławice zbudowane z kryształków lodu płynęły spokojnie po nieboskłonie". Jesteś w tym dobra i poproszę więcej takich opisów :D Mam nadzieję że znajdziesz i czas i chęci na pisanie kolejnych rozdziałów. Pozdrawiam :)
  • awatar Lisa Angels: Azuma mnie zaskoczyła tym aktem agresji, nie spodziewałam się, że będzie miała ten pierwiastek zła w swoich żyłach, a jednak... jak widać było to nieuniknione. A Iru zrobił się zazdrosny XD Trenować? No tak, jak to możliwe, by siostra i ba... mąż siostry byli silniejsi od niego. :D Mam nadzieję, że poprawi swoje umiejętności(Może jakby ćwiczył z Eleyą to by mu to szło tak szybko jak jej :D ) Nie poddawaj się! I zaszczyć nas kolejnym rozdziałem :D
  • awatar Kate - Writes: Mhm... Nowy rozdzialik? Po pierwsze; dlaczego jakoś? Ten rozdział jest absolutnie genialny. Po drugie; wybuch Azumy zaskakujący aczkolwiek jak najbardziej na swoim miejscu. Po trzecie; o mistrzyni przecudownych opisów. Naucz mnie, sługę twojego tworzyć taką atmosferę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

seiti1008
 
Niewielki to był wysiłek z mej strony, więc nie wyszło jak powinno, ale chyba wena coś mi przymiera, albo zardzewiała. Trzeba kontynuować, bo zastanę się do reszty. Przeżyjecie, a jak nie, to nie czytajcie.

Kuszący podszept słodyczy

Zgrzyt suwaka zwiastował zakończenie pakowania. Faini westchnął ciężko, stawiając walizkę na podłodze i samemu siadając po raz ostatni na miękkim łóżku. Rozejrzał się po swojej komnacie. Białe ściany ze złotymi zdobnymi ornamentami przez lata doprowadzały go do abominacji. Miał dość wszechobecnego zestawienia bieli i złota. Jego matka uwielbiała jasne kolory, którymi wymalowała wszystkie ściany w pałacu. Żywe barwy nie zagościły nawet w dziecięcym pokoju bratanka Faini, co dla boga było już lekkim przegięciem. Królowa kazała wytapetować pokoik wnuka srebrną tapetą z wytłoczonymi płatkami śniegu. Nie spotkało się to z aprobatą jego brata, lecz cóż mógł uczynić następca tronu? Jak na razie nie miał nic do powiedzenia. Tak samo jak i on, nie tylko w doborze koloru ścian, ale również względem swojego życia.
Jego kąciki ust drgnęły na wspomnienie szerokiego uśmiechu bogi, która spadła mu z nieba i zerwała kajdany, w które zakuli go rodzice. Wdzięczność jaką odczuwał mogła wypełnić cały wielgachny pałac, w którym przyszło mu egzystować. Dokładnie, wiódł żywot marionetki, lecz za sprawą pięknej Ai, mógł zacząć dokonywać własnych wyborów z dala od wścibskich spojrzeń królewskiej pary. Przebiegłym planem zerwała nici sterowania, dając mu wolną wolę. Co prawda żadne z nich nie przewidziało, iż zawzięta królowa będzie żądała zaślubin przez ratujący wybryk Arcyksiężniczki, lecz Faini był zdeterminowany by opuścić rodzinny dom. Usamodzielni się, zyska pewność siebie i wtedy stawi opór matce, zrywając zaręczyny.
Dłońmi klepnął swoje policzki, zmuszając się do stawienia czoła ryczącej bestii. Jego rodzicielka urządzała sceny od momentu niefortunnego dlań pocałunku. Za wszelką cenę chciała wyrobić w swym synu poczucie winy. Faini uodpornił się na jej manipulację, był zbyt podekscytowany wizją nowego życia, by ulec jej udawanej rozpaczy.
Spojrzał w lustro. Jego odbicie było inne niż do tej pory. Wyprostował się dumnie prężąc pierś, a jego twarz rozjaśniła się od uśmiechu. Kiedyś stałby zgarbiony i przygnębiony zmartwieniem jakie przysporzył matce. Jeden promyk Słońca rozproszył czarne chmury zbierające się nad jego sercem. Spotkanie Aicshy odmieniło go.
Przeczesał długie pasma i chwycił swój bagaż. Obrócił się wodząc ostatni raz po komnacie w jakiej przyszło mu spędzić długie lata. Pokaźne łoże stało na środku, oczywiście przykryte atłasowym srebrem. Kremowe meble stały w jednym rzędzie po lewo od drzwi, zaś po prawo ustawiono fotele ze złotym obiciem, które towarzyszyły niewielkiemu szklanemu stolikowi. Obok kącika wypoczynkowego piętrzył się wielki regał z książkami, który na szczęście dla Faini, został wyposażony w szafkę z zamkiem. Niedoszły kapłan używał go do sekretnego przechowywania swoich projektów i ubiorów, które potajemnie szył. Pomieszczenie było wypełnione różnymi wspomnieniami- głównie złymi, ale w galimatiasie przeżytych chwil znalazłyby się i te dobre, gdy oddawał się swej pasji. Te mury były świadkiem jego słabości; wysłuchiwały jego żali i zamykały w sobie jego negatywne emocje z dala od świata. Czy będzie tęsknił? Nie sądził.
Przymknął oczy, biorąc głęboki wdech.
- Żegnaj. – chwycił klamkę i przekroczył próg, ruszając ku nowemu przeznaczeniu.
Zaraz za drzwiami wpadł na swojego starszego brata. Wysoki i doskonale umięśniony mężczyzna kręcił się pod komnatą brata jak nieśmiały nastolatek, chcący wyznać swe uczucia najpiękniejszej z niewiast. Zbladł nieznacznie, gdy ujrzał chłopaka dzierżącego szept przyszłości. Uciekł wzrokiem, nie będąc gotowym na pożegnalne spotkanie z bratem. Nerwowo poprawił swoje czarne półdługie kosmki, które wpadały mu do niebieskich oczu. Przystojne rysy stężały od stresu.
Faini stał przyglądając się z zaciekawieniem następcy tronu.
- Coś się stało, Poulo? – spytał z troską.
- Ym… nie! Nie… to znaczy. – zmieszał się. – Ja… nigdy nie potrafiłem się wstawić za tobą, choć uważałem, że rodzice nie powinni zarządzać twoim życiem. Oszaleli, gdy okazało się, że odziedziczyłeś Oczy. Pragnęli chwały dla rodu i profitów. Wykorzystywali cię, zapominając o twoim zdaniu, a ja nie umiałem im tego przypomnieć. Czuję się współwinny twojego losu… - spuścił głowę.
- Ależ mój los jest genialny. – uśmiechnął się perliście.
Poulo uniósł głowę, zerkając zaskoczony na brata.
- Dzięki Ai, nie muszę dłużej tu siedzieć i słuchać rodziców. Nie muszę zaglądać w przyszłość, nie muszę już cierpieć. Uwolniła mnie. Co było, to było, bracie. Nie mam ci za złe braku twojego wstawiennictwa, sam nie możesz przeforsować swojego zdania, więc wątpię abyś coś wskórał. Tu potrzeba było tupnięcia osoby z zewnątrz. Nieugiętej i bezczelnej, która dostaje to czego chce. – puścił oczko do królewicza.
- Ale… będziesz szczęśliwy? Uwikłali was w narzeczeństwo, a ty… no wiesz… - omijał słowo, które nie mogło mu przejść przez gardło.
- Lubię mężczyzn. – wypowiedział hańbiące słowa za brata – To nieznaczący szczegół. Poulo, będę wolny! – w jego oczach zaskrzyła się radość. – Moja orientacja przy tym fakcie jest nieistotna. A kto wie, może i Ai mnie oczaruje? Do tej pory podkochiwałem się w nauczycielach, służących, lecz to wszystko było platonicznym uczuciem. Miłość gdzieś tam czeka na mnie, na zewnątrz.
- Dojrzałeś, Faini. – bóg uśmiechnął się rzewnie. – „Szkoda, że to nie rodzina pchnęła cię ku dojrzałości, lecz obca dziewczyna.” Bezpiecznej drogi i radosnego nowego życia, braciszku. – podszedł do niego i uściskał go mocno. – Powodzenia. – szepnął.
Młody bóg nie drgnął, gdy otoczyły go potężne ramiona. Jego brat nigdy nie wykazał takiej czułości względem niego. Nie miał pojęcia, że obwiniał się za swoją nieudolność. Pokrzepiająco pogładził szerokie plecy następcy tronu. Ai przyniosła ulgę im obu.
- Dzięki. Trzymaj się, a powodzenie przyda się bardziej tobie, żeby wytrzymać pod jednym dachem z tymi wariatami. – zaśmiał się, wysuwając się ze sztywnych objęć boga. Przez moment zdawało mu się, że w oczach mężczyzny zaszkliły się łzy. Chciał przyjrzeć się uważniej twarzy boga, ale Poulo odwrócił się.
- Chyba cię wołają. – oznajmił.
- Chyba tak. Na razie. – pomachał mu i zbiegł schodami do przedsionka, w którym czekał woźnica gotowy zawieść go do nowego domu.

Strumień letniej wody spływał na zmrożone drobne ciałko. Krople rozmywały się na gładkiej, bladej skórze. Kasztanowe pasma ściemniały nasączone wodą i przywarły do wypukłości i linii sylwetki dziewczyny, tworząc opinający kostium.
YuLee wgapiała się w wirującą wodę znikającą w odpływie. Gorączkowo szukała wyjścia z sytuacji. Miała spać w jednym łóżku z Kai’em- bogiem, następcą tronu, wojownikiem i jak mniemała wyrafinowanym kochankiem. Zdawała sobie sprawę, iż nie będzie wstanie się sprzeciwić, jeśli spojrzy na nią tymi swoimi uwodzicielskimi, zamglonymi oczętami. Po chwilowym wahaniu, doszła do wniosku, że nie miałaby nic przeciwko takiemu obrotowi sprawy, i to właśnie stanowiło problem.
Oparła głowę o ścianę kabiny.
- „Jak mam mu się pokazać w piżamie w misie?! Nie wpadłam na to, że będziemy dzielić ten sam pokój, ba, łóżko! Co mam zrobić?! Co zrobiłaby Ai?” – jej mięśnie napięły się, a mina zrzedła. – „Aicsha wyszłaby nago!” – złapała się za głowę. – „Nie mogę tak zrobić! Nie mam na tyle odwagi! Nie znam Kai’a tak dobrze i czy by nie wziął tego za próbę uwiedzenia? Nie, uznałby mnie za frywolną dziewuchę, co czyha na jego ogórka w gaciach! Co mam zrobić?! Ratunku…”
Jej rozpaczliwe dywagacje przerwało mocne pukanie do drzwi. Obróciła się przerażona. Serce jej zamarło, gdy umysł podsunął myśl, iż bóg za chwilę naciśnie klamkę. Kto wie jakie miał zwyczaje z Arcyksiężniczką, a nie tak łatwo pozbyć się przyzwyczajeń.
- YuLee, wszystko w porządku? Siedzisz już w łazience od godziny…
- „Godziny?!” Wszystko dobrze, po prostu zamyśliłam się. – odrzekła zgodnie z prawdą.
- Już się martwiłem, że zemdlałaś. – rzucił, odchodząc.
Dziewczyna wbijała wzrok w drzwi. Kai się o nią troszczył. Traktował ją zgoła inaczej, niż choćby Aicshę. Zalała ją fala ciepła, które umiejscowiło się w jej sercu. Nie miało znaczenia w czym wyjdzie, on się nie zaśmieje szyderczo. Uśmiechnęła się szczęśliwa i sięgnęła po puchowy, żółty ręcznik. Wyszedłszy z łazienki, miała przed sobą drzwi do sypialni. Przystanęła, nerwowo skubiąc brzeg żółciutkiej piżamki w jasnobrązowe, uśmiechnięte misie. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, co mogła poradzić na swoje uwielbienie do misi?  Miała słabość do nocnego wdzianka z ich wizerunkiem i nie potrafiła go nie zabrać w podróż. Będzie sobą, choćby miała zostać wyśmiana.
Spokojnie, powtarzała, nie będzie się śmiał.
Pełnymi odwagi krokami wkroczyła do zdobnej sypialni. Jej męstwo wyparowało w momencie przekroczenia progu. Zastygła w pół kroku, zamykając oczy. Czekała na wybuch śmiechu. Czekała i czekała, lecz gromki śmiech nie zadudnił jej w uszach. Podniosła powieki. Ujrzała zawiniątko skulone w wielkim łożu. Poczuła ulgę, która przesadnie rozluźniła jej ciało i zachwiała się na chwilę.
- „Uff.” – położyła dłoń na klatce piersiowej, wypuszczając głośno powietrze. Podeszła bliżej, badawczo spoglądając na zrelaksowaną twarz chłopaka. – „Jest taki przystojny…” – rozmarzyła się, przypominając sobie wcześniejszy gorący pocałunek. Zapiekły ją policzki. Szybko wskoczyła pod kołdrę, układając się przy brzegu.
Kai dziękował jej w duchu za ostrożność. Udawał śpiącego królewicza, nie chcąc stawać twarzą w twarz z jej urokiem. Ukradkowo przyjrzał się YuLee. Misi się nie spodziewał, ale jakiś niewyjaśnionym trafem, dodawały jej czaru. Wyglądała słodko, przebijając słodyczą miód. Ścisnęło go w podbrzuszu, gdy się poruszyła, szukając wygodnej pozycji do snu.
- „To będzie długa i ciężka noc. – pomyślał. – O ile w ogóle zasnę z podniesionym sztandarem pożądania.” – ścisnął mocniej powieki, chcąc zmusić się do snu.
Noc minęła szybko, gdy w końcu zażenowaną parę dopadł sen.
Nabuzowany Kai wiercił się niespokojnie, gdy dostatek wrażeń namieszał mu w głowie. W marzeniach sennych przewijała się YuLee naprzemiennie z roznegliżowaną Aicshą. Obie kusiły go słodkim flirtem. Miotał się nie wiedząc, którą wybrać. Seksowną, zdecydowaną Ai czy nieśmiałą i uroczą YuLee? Ostatecznie wyobraźnia poszła z nim na kompromis i doznał najlepszego erotycznego snu w całym swoim życiu, z nimi dwoma w roli głównej.
Obudził się z błogim uśmiechem.
- „To był lepszy trójkącik niż w rzeczywistości.” – podsumował swoje marzenie senne. – „Surrealistyczny na dodatek.”
Obrócił się w stronę dziewczyny. Oddychała spokojnie, a jej kuszące usteczka rozchyliły się prowokująco. Kai przygryzł wargę, walcząc z przemożną ochotą zatopienia się w nich. Przeniósł wzrok niżej. Trochę zbyt obszerna piżama w misie, odsłaniała ściśniętą pierś demona. Mlecznobiała skóra jak u porcelanowej lalki zachęcała do głaskania i składania na niej pocałunków. Rozanielonym wzrokiem wpatrywał się w odsłonięty kawałek ciała, gdy spostrzegł wbijającego się w niego misia, który znajdował się przy guzikach. Było coś niepokojącego w tym uśmiechniętym obrazie pluszaka. A może mu się zdawało?
- „Misiek strażnik cnoty.” – syknął do siebie.
Im dłużej przypatrywał się wyszytemu ulubieńcowi dzieci, tym bardziej przekonywał się, że z tą piżamą jest coś nie tak. Nim uznał, że zwariował, YuLee zdążyła się przebudzić.
Wybałuszyła oczy, napotykając oczy chłopaka.
- „O nie, patrzy się na mnie. Gapi się na misie! Umrę, chce umrzeć!” – poczerwieniała i chciała szybko zakryć się kołdrą, lecz Kai przytrzymał jej rękę.
- Masz ciekawą piżamę. – zaczął.
- „Niee! Wiedziałam, wyśmieje mnie!! Cesarzowo, trzęsienie ziemi, potrzebuję trzęsienia ziemi, które odwróci jego uwagę od misiów!” – błagała.
- Skąd ją masz? – spytał podejrzliwie.
- Piżamę? Od Cesarzowej, dostałam ją jakiś czas temu i od razu się w niej zakochałam. – wyjaśniła.
- Ouu, Cesarzowa, tak. „Wiedziałem, że coś jest nie tak z tym ciuchem! Tylko, co dokładnie.” – zmrużył oczy, wpatrując się w misia. – Co powiesz na zakupy? Skoro już tu jesteśmy uszczknijmy coś z ludzkiej mody. – zaproponował z szerokim uśmiechem, kątem oka posyłając piżamie podstępne spojrzenie.
- Wiem, że ta piżama jest dziecinna… - odparła zasmucona.
- Co? Nie o to chodzi. Do twarzy ci w niej, ale… mam wrażenie jakby te miśki mnie obserwowały.
- Ach, rozumiem. – odetchnęła. – Więc… może… pomożesz mi z wyborem innej piżamy? – spytała nieśmiało.
- Oczywiście. – pogłaskał ją po policzku, narażając się miśkom.
Po sutym śniadaniu, które im zaserwowano, i w którego w skład wchodziły: gama warzyw, tworząca wachlarz kolorów; paleta serów i wędlin w towarzystwie świeżego, jeszcze ciepłego, pieczywa; świeżo wyciskany sok pomarańczowy bądź pomidorowy; a na deser naleśniki z truskawkami polane czekoladą.
YuLee patrzyła na słodki deser ze ściekającą ślinką. Już czuła ich smak, ale widmo dodatkowych kilogramów odebrał jej apetyt. Dopiero gorące zapewnienia Kai’a, iż powinna przybrać z dwa kilo, by wyglądać ponętniej, przekonały ją do skosztowania przysmaku. Pochłonęła go w mgnieniu oka, wywołując na twarz boga rozczulony uśmiech.
Po pierwszym i najważniejszym posiłku w ciągu dnia, wybrali się zwiedzać miasto. Szli dudniącymi ulicami zatłoczonego miasta, przedzierając się przez samochodowe korki, które utworzyły się jak, co rano. Trzymali się mocno za ręce, używając wygodnej dla nich, acz niepotrzebnej, wymówki o zapobieganiu zgubieniu się któregoś z nich w ulicznym tłoku. Podziwiając stare i odrestaurowane kamienice, doszli do ogromnego zajmującego kilka parceli, centrum handlowego o wdzięcznej nazwie „Pokusa”.
Bóg zaśmiał się w duchu z trafnej nazwy. Pokusa otaczała go zewsząd, a ta największa ściskała jego dłoń, idąc obok.
Rozglądając się po różnorakich sklepach upchanych obok siebie i powodujących zawrót głowy u nieprzyzwyczajonych do takiego widoku osób, dostrzegli niewielki butik z damską odzieżą. Kai pociągnął niepewną dziewczynę w jego kierunku. Od wejścia zaatakowały ich przeróżne ubrania. Bóg zamarł, czując się przytłoczony ilością fatałaszków, które aż krzyczały „przymierz mnie, weź mnie, kup mnie.” Ekspedientka wyłoniła się znikąd. Od razu dopadła biednego i zagubionego młodzieńca, który nie wiedział jak ma stawić opór doświadczonej sprzedawczyni. Z przerażeniem rozglądał się za YuLee, która gdzieś wyparowała. Wlepiał się kobietę, wpychającą mu „idealny prezent dla dziewczyny, z którego również on sam będzie zadowolony, do tego tylko dzisiaj o pięćdziesiąt procent taniej.” Spojrzał na wciśnięty mu w ręce pakunek. Ujrzał na zdjęciu wyginającą się kobietę w czerwonej frywolnej bieliźnie. Przełknął głośno ślinę.
- Kai. – usłyszał słodki głosik swojej towarzyszki, która była jego wybawieniem.
- Pani wybaczy, dziewczyna mnie woła. – zwrócił się do ekspedientki, oddając jej kusą bieliznę – Już idę.
Szybko pobiegł do przebieralni, skąd dochodził głos YuLee.
- Uratowałaś mnie. – rzucił.
Jedna z kotar w przymierzalni odsunęła się i odsłoniła widok, na który nie był gotowy. Doznał miliona uczuć naraz, które doprowadziły do wypuklenia w jego spodniach.
  • awatar SallyLou: Przerwanie w tym miejscu to grzech.... Uh zapomniałam już jak często zawiłe są relacje bohaterów w CC. Chyba będę kibicować YuLee i Kaiowi. Choć podejrzewam, że wmiesza się jeszcze Aicsha...
  • awatar Kate - Writes: Otóż absolutnie zgadzam się z przedmówcą. Jak mogłaś teraz przerwać? A z twoją weną to co jest niby nie tak? Rozdział był fantastyczny.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

seiti1008
 
W przelocie CC, tak na szybko sklecone, więc gomen.

Konsekwencje

Śmiertelne gwiazdy lśniły całą swą mocą, by sprostać srebrnej tarczy księżyca odsłaniającego swą krasę. Granatowe niebo jaśniało nadzwyczajnie od co miesięcznego spektaklu, zupełnie jakby pieśń gwiazd chciała przywitać nowo narodzonego boga.
Wykończona Ricatta tuliła w swych ramionach noworodka, który kwilił cichutko, domagając się jedzenia. Pot spływał jej z czoła i mieszał się ze łzami szczęścia. Uchyliła rąbek kocyka, chcą pokazać niewinną twarzyczkę dziecka kuzynce. Asima nachyliła się lekko w kierunku zawiniątka i uśmiechając się z rozrzewnieniem, przełknęła cisnące jej się do oczu skroplone uczucia.
- Masz synka. – odrzekła, łamiącym się głosem. – Gratulacje, Rica. – uściskała boginię.
- Mój wyczekany promyk nadziei urodzony w pełnię księżyca. Nazwę cię Taibou. – pogłaskała dziecię po łysej główce.
- Śliczne imię pełne znaczeń. Lepiej wpuszczę Palne, bo gotów jeszcze się obrazić. – zaśmiała się władczyni.
- Sam nie chciał być przy porodzie. – obruszyła się świeżo upieczona matka. – Wpierdziela surowe mięso różnych nacji, a nie może znieść porodu. Doprawdy to śmieszne. – naindyczyła się.
- Cóż, Airen też spitolił przy porodzie Nishi. – odparła, kładąc ręce na biodrach. – Poród przerasta nawet krwiożercze bestie. – podsumowała, po czym obie wybuchły śmiechem.
- Asima, przepraszam za zachowanie Palne. – Rica spuściła wzrok.
Cesarzowa zawisła spojrzeniem na zmartwionych licach kobiety.
- Nie ubodło mnie to w żaden sposób. – zapewniła. – Palne musiał sobie uświadomić, co najlepszego narobił, idąc do Airena. Stał się moim wybawcą. – po rysach Asimy przebiegł kpiący grymas. – Musiał jakoś odreagować swoją złość na siebie.
- Taa, jestem pewna, że gdybyś umarła spróbowałby odzyskać Airena. Zostawiłby mnie…
- Strzelił sobie w stopę. – pogłaskała Ricę po zwilżonych potem włosach. – Ale żyję i nie zamierzam umierać, nigdy. – uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Dopilnuję, żeby trwał przy was. A ty spróbuj zarazić go swoją miłością, nie jesteś mu obojętna. Widzę to w jego sercu, więc masz szansę być kochana. A teraz – wyprostowała się – idę po tatusia.
Stukot jej obcasów zwiastował otworzenie nie tylko drzwi przed Palne, ale również odkrycie przed nim nowego świata. Świata, w którym nie był sam; świata, który nadał mu nową rolę, rolę ojca.
Z szerokim uśmiechem rozpostarła drzwi.
- Masz syna. – oświadczyła, patrząc jak w jego oczach rozpalała się nowa iskra – Gratulacje. – rzekła czule.
- T-Tak… dzięki… - odparł, przełykając głośno ślinę i z mocno bijącym sercem zaglądając do środka pomieszczenia, gdzie nowonarodzone dziecię przyszło na świat.
- No idź żesz w końcu. – Airen popchnął go w stronę laboratorium.
Bóg drżąc niepewnie wszedł do środka.
- Wyglądał jakby sam był nowonarodzoną sarną, która pierwszy raz wstała. – podsumował Król.
- Ty nie wyglądałeś lepiej, gdy Nishi się urodziła. To takie nostalgiczne. – zaśmiała się.
- Hę? Co masz na myśli? – obruszył się.
- Zaglądałeś do środka, bojąc się przekroczyć próg. – zadrwiła, przewracając oczami.
- Bałem się, że ją obudzę i się rozpłacze! – wyjaśniła, pokrywając się czerwoną barwą zażenowania.
- Tak, tak, oczywiście. – rzuciła przez ramię. – Idziesz?
- Chce zobaczyć młodego. – uśmiechnął się zadziornie.
- Och, jasne… jest śliczny. – ruszyła w swoją stronę, markotniejąc.
Odgłos wybijany przez jej pantofle rozchodził się rytmicznym echem po korytarzach pałacu. Zapomniawszy swego celu, błądziła nieobecna po swych włościach.
Dziki powiew nocnego wiatru przykuł jej uwagę. Zatrzymała się, wodząc nieprzytomnym spojrzeniem bursztynów po granacie przyozdobionym milionami diamentów. Przeszła parę kroków i zasiadła na stopniu prowadzącym do ogrodu zanurzonym w mroku. Jej mętniejące serce zawyło w bezgłośnym krzyku wątpliwości. Kuzynka zasiała w niej ziarno zwątpienia. Nigdy nie rozmyślała nad potrzebami Airena, była pewna jego pożądania. Co jeśli skrywa swą tęsknotę? Co jeśli ulegnie pokusie?
Zacisnęła mocno palce na sukience.
Ileż to razy słyszała beztrosko wypowiadane zapewnienia o miłości? Składane deklaracje nijak się miały do pokus i rządzy, które rywalizowały z miłością do niej. Za każdym razem jej serce zostawało przeszyte rozczarowaniem. Była zbyt dumna i pewna, nie tyle urody, co swego charakteru, iż nie dała się dopaść podszeptom, które chciały obniżyć jej wartość w jej własnych oczach. Zniosła wszystkie ciosy, przekuwając je w siłę i umacniając w sobie pogardę dla psutych słów, prawdziwą wartość niosły czyny. Czy Airen nie udowodnił jej swojej miłości? Był gotów zniszczyć Nicość, byle ją odzyskać. Zawdzięczała mu życie. Lecz czy miłość wygra z przywarami męskiej populacji? Czy zapanuje nad pożądaniem? Co miała znaczyć dwuznaczna sytuacja, w której go zastała z Palne?
Skryła twarz w dłoniach. W piersi czuła pulsującą bombę negatywnych uczuć. Zastanawiała się, czy potrafiłaby przełknąć kolejną fangę uderzającą ją w serce. Jej serce rozpadłoby się jak stłuczone lustro, uwalniając krążącą w niej ciemność, którą z trudem trzymała na wodzy. Nie chciała ponownie wchodzić do czarnej rzeki niosącej nienawiść, gniew i śmierć.
- „Co zrobię jeśli on… wybaczę? Rica, rozbiłaś moje zaufanie.” – zapiekły ją oczy.
- Asima? Co ci się stało?! – dobiegł ją zatroskany głos ukochanego. Poczuła jego ciepłą dłoń odgarniającą jej włosy z twarzy. Schował za jej ucho niesforne pasmo i zwrócił jej zasmucone lica ku sobie. – Kochanie?
Jego tęczówki przypominający fioletowy hiacynt mówiący „kochaj mnie bardziej”, wpatrywały się w nią ze zmartwieniem.
- „Czy te oczy nie nabiorą barwy fioletowego cyklamenu? Kwiatu oznaczającego ostateczne rozstanie…” – skrzywiła się boleśnie, a z jej zachmurzonych oczu popłynęły łzy.
- Czemu płaczesz? – z przestrachem zamknął ją w ramionach.
- Tęsknisz… za Palne? Za ciałem tak innym od mojego? Dalej pożądasz… - wychlipała.
- Co? – odsunął ją od siebie, wiercąc z politowaniem. Otarł jej łzy. – O czym ty bredzisz?
- Coś zaszło między wami. – uciekła wzrokiem, w którym zaszkliły się kolejne bolesne uczucia.
- Nic nie zaszło! – zapewnił. – Pamiętasz, kocham ciebie.
- I co z tego. – spojrzała nań twardo – Wiesz ile razy słyszałam te słowa? Wiesz ile razy po nich dowiadywałam się, że miłość nie powstrzymała pożądania?! Te słowa straciły swą moc! – wybuchła. – Wiem, że mnie kochasz. Wiem! Ale to nie uspokaja mojego nieufnego serca! – pogłaskała go po policzku. – Przeszłość jest nadal żywa, twoje seksualne ekscesy nadal bolą… ilekroć cię widziałam… - urwała, łkając.
Przytulił ją i głaszcząc po włosach, rzekł:
- Urodziłem się dla ciebie, a ty dla mnie. Jesteś jedynym światłem, które rozprasza moją ciemność. Bez blasku Słońca jestem czernią nad czernie. Żyję dla twego czarującego uśmiechu. Chcę być jedynym odbiciem w twoich oczach, i sam chcę patrzeć tylko na ciebie. Jesteś moją prawdziwą miłością, nie pierwszą, lecz prawdziwą. Kocham cię i jestem zazdrosny o zmarłego, jestem zazdrosny o twe pokątne zerknięcia na „papugę”, choć wiem, że to twoja gra, by mnie zezłościć. Uwielbiam, gdy masz w oczach figlarne ogniki; ubóstwiam twoją śpiącą twarz, na której wyryty jest spokój, kiedy się wtulasz we mnie; kocham grację, którą posiadasz nawet podczas walki; miłuję twoje oczy, które wielokrotnie zmagały się z cierpieniem, twego ducha walki, szlachetność i miłość, którą obdarzasz ważne dla ciebie osoby. Dotykając i całując innych chciałem cię zranić, wyplenić ze swej głowy, lecz nikomu nie udało się sprawić bym o tobie zapomniał. Zawsze miałem przed oczami ciebie. To nie było w porządku wobec moich partnerów, ale moje serce wołało ciebie, Asima. – nachylił się nad nią i delikatnie musnął jej drżące wargi. – Nie tęsknię za męskim ciałem. Jesteś wszystkim czego potrzebuję. Kto normalny szukałby zamienników po skosztowaniu doskonałości? – uśmiechnął się perliście, po czym zachłannie wpił się w jej usta.
Ich namiętnym chwilom przyglądał się Assassin, którego zaniepokoiła przygnębiona twarz siostry. Skrył się na drzewie w ciemności nocy. Odetchnął z ulgą po słowach Króla.
- „Nie ma, i żyli długo i szczęśliwie, rzeczywistość taka nie jest. Nawet prawdziwa miłość musi pokonać kłody, rzucane przez los.” – pomyślał z refleksją.
Miał czmychnąć niezauważenie, zostawiając gruchająca parkę w spokoju, gdy padło na niego nieodgadnione, ukradkowe spojrzenie Airena. Iru sparaliżowało.
- „Niemożliwe! Używam techniki najemników, to niemożliwe, żeby mnie wyczuł. Rozumiem Asima, ale i on? Kim wyście się stali? Jak daleko w tyle zostałem?” – zacisnął kły.
Król przeniósł wzrok na ukochaną, która pociągnęła go za sobą. Asaylen wyparował i zaskoczył z koron drzew po drugiej stronie ogrodu. Przepełniał go gorzki smak porażki. Powziął decyzję – musiał dogonić dwójkę utalentowanych bogów.
Cesarzowa i Król trzymali swoje ręce, idąc ku komnatom. Ich splecione palce były jak nierozerwalny łańcuch. Asima spuściła głowę, czując wykwity po niespodziewanym wyznaniu, które oczyściło jej duszę z chmur powątpiewania. Wiedziała, że wpatruje się w nią z łomoczącym sercem, którego bicie słyszała aż stąd. Uśmiechnęła się do siebie, przyspieszając kroku.
- Cesarzowo! – głos Io nerwowo ją nawoływał. Obrócili się.
- Coś się stało?- spytała, widząc jego bladą twarz.
- Ym… cóż, tak myślę. – podał jej kopertę. – To od rodu de Nabii…
Zaciekawiona władczyni otworzyła kopertę i wyjęła plik kartek. Uniosła brwi i zaczęła czytać. W miarę pochłaniania kolejnych zdań, jej radosny nastrój wyparował, a zastąpił go ponury grymas. Oderwała wzrok od literek.
- Natychmiast zawołajcie Aicshę. – rozkazała przez zaciśnięte zęby. – Proszę. – podała list zaintrygowanemu bogowi. – Powstrzymaj mnie przed ukatrupienie jej. – syknęła.

Ostre światło lampki padało na twarz Arcyksiężniczki. Ai przekładała kolejną kartkę starej książki z baśniami. Wzięła wdech i głośno, i wyraźnie odczytała kolejne zdanie, przenosząc wpatrzone w nią twarzyczki do krainy fantazji.
Nishi zmarszczyła butnie brwi, słuchając zakończenia baśni.
- Bzura! – prychnęła niezadowolona. – Książę nie pocałował Śnieżki, tylko sługa się potknął i z jej ust wypadł kawałek zatrutego jabłka.
- Nishi! – upomniała ją Azuma. – Ty zawsze musisz psuć romantyczne momenty! I jeszcze robisz z nich krwawą rzeź! Czy ty umiesz zniszczyć każdą baśń?! Ty wstrętna ropucho! – blondyneczka zagotowała się z wściekłości.
- Ja?! Takie są fakty! Ropucho? Przeglądałaś się czasem w lustrze? – odgryzła się.
- Ropucha, nie jesteś nawet smukłą żabką, którą mógłby pocałować książę, tylko obślizgłą ropuchą z brodawkami! – wrzasnęła, nadymając się jak takifugu.
- Na co mi pocałunek księcia, mam Reyona! – odwarknęła, unosząc wysoko głowę.
- Zuchwała ropucha!
- Odszczekaj to niewydarzony pudlu!
Skoczyły sobie do gardeł, turlając się po podłodze. Aicshę zamurowało. Z lekkim rozbawieniem patrzyła jak dziewczynki ciągną się za włosy.
- Ej, przestańcie. – zaczęła, lecz została zignorowana. Zmrużyła gniewnie oczy. – Natychmiast przestańcie! Czy tak się zachowują panienki?!
Znieruchomiały, wlepiając się w Ai.
- Ty chyba nie powinnaś prawić nam kazań. – zauważyła Nishi, odsuwając się od kuzynki i siadając w siadzie klęcznym. – Sama się sprzeczasz z Kai’em… - przewróciła wymownie oczami.
- Chcesz się bić, mała? – zlustrowała ją rozbawiona.
Donośne pukanie przywołało dziewczęta do porządku.
- Proszę.
- Aicsha. – Io nisko się skłonił.
- „Już wiedzą…” – skrzywiła się, wyobrażając sobie wściekłość matki. – Cesarzowa wzywa, tak. – przytaknął. – Dziewczynki, zdaje się, że musicie wracać do pałacu. Zbyt szybko nie powtórzymy tego uroczego wieczorku. – uśmiechnęła się blado, przeczuwając srogość kary.
- Spsociłaś coś, Ai? – zapytała zaniepokojona Azuma.
- Można tak powiedzieć. – pogłaskała ją po burzy loków.
Kwadrans później, Arcyksiężniczka stała przed gabinetem władczyni. Czuła wibracje aury matki, powiedzieć, iż Cesarzowa była wściekła, było tuszowaniem rozmiaru jej szału. Z gęsia skórką nacisnęła klamkę i przywołała na usta uśmiech.
- Wzywałaś? – spytała, wchodząc.
- Moja droga córko – zaczęła Asima – możesz mi powiedzieć, co to jest? – pomachała jej gęsto zapisanymi kartkami.
- List? – wyszczerzyła się głupkowato.
- Mina ci zrzednie, a język się stępi, gdy usłyszysz nowinki. – wycedziła.
Airen stał tyłem do nich, wpatrywał się w krajobraz za oknem. Ai rozważała, które z nich jest bardziej rozjuszone.
- Tak, to jest list, dwudziestoośmiostronicowy. Wypełniony zażaleniami do twojej osoby, opisujący twoje nieodpowiednie zachowanie i niedopuszczalny czyn. – ostro podkreśliła ostatnie słowo. – Co ci strzeliło do łba, żeby całować następcę Oczu Wizji?!
- Też byś tak postąpiła. Chcieli zakuć go w swoje ambicje, nie wysłuchując jego pragnień. – naburmuszyła się.
- Z pewnością pocałowałabym go na oczach wszystkich i… - posłała jej miażdżące spojrzenie – wkopała się w zaręczyny.
- Co? – wybałuszyła oczy.
- Żądają waszych zaręczyn. Skoro posłałaś w niebyt jego kapłaństwo, chcą abyś wzięła za to odpowiedzialność i wyszła za niego. Pod tym warunkiem przyślą go do Akademii, aby spełniał swe marzenia, o które tak walczyłaś.
- Ale… ale… ty jesteś przeciwna aranżowanym ślubom! – łapała się ostatniej deski ratunku.
- Owszem, ale uważam, że powinnaś wypić piwo, którego nawarzyłaś. Gratulacje, Ai. – skrzyżowała ręce na piersi.
Dziewczyna zbladła i runęła na krzesło. Była załatwiona na cacy.
- Tato? – błagalnie zwróciła się do ojca. – Pozwolisz, żeby twoja córeczka miała narzeczonego? – zrobiła słodkie oczka.
- Tak. Wywołałaś niemały skandal. Robisz, co ci się żywnie podoba. To dobra nauczka. – odparł, nie odwracając się.
- Ale… ale on nawet dziewczyn nie lubi! – poderwała się.
- Och. – Asima uśmiechnęła się  złośliwie. – Tym lepiej.
Ai z powrotem klapnęła na siedzisko.
- Co na to Faini?
- Wątpię, aby miał coś do powiedzenia w tej kwestii. Zjawi się tu rano, zajmij się swoim narzeczonym odpowiednio.
Aicsha wyszła od matki odrętwiała. Wpadła jak śliwka w kompot. Jak się wykpi w przyszłości od małżeństwa? Będzie skazana na podobny żywot, co jej ciotka?
- Szlag… - wymamrotała pod nosem, snując czarny scenariusz swego dalszego żywota.
  • awatar Lisa Angels: Buchahahahahahah wiedziałam! Hahahaha! Faini masz moje błogosławieństwo. Hahahaha co ty masz do tego by łączyć swoje bohaterki z gejami? No nie mogę :D Jesteś moim mistrzem!
  • awatar SallyLou: Wow 28 stron listu składający się tylko z zażaleń? Ai przyszalała, albo ktoś lekko wyolbrzymił całą tą sytuację :D To wyznanie Airena wyszło bosko. Na miejscu Asimy zaraz odzyskałabym pełne zaufanie ^_^
  • awatar Seiti: Lisa to chyba w myśl powiedzenia, że historia lubi się powtarzać. Skapnęłam się jak to wymyśliłam. Misao, to wyolbrzymienie zdecydowanie. Ale nieźle to sobie rodzinka wymyśliła. :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

seiti1008
 
Zmieniwszy przeznaczenie uzyskujemy nowe rozwidlenia ścieżki

Ciepły blask rzędów kinkietów oświetlał twarze zaproszonych gości. Aicsha stała pośród niewinnej bieli ścian, które przy suficie zdobiły misternie wykonane rzeźby pnączy. W narastającym oczekiwaniu, wodziła oczami po sali, której wcześniej nie miała okazji się przyjrzeć. Jej nos z trudem przywykł do duszącego zapachu unoszącego się w pomieszczeniu, by odciągnąć myśli od niedogodności zajęła się podziwianiem wystroju. Jej wzrok padł na fresk na sklepieniu. Piękne malowidło przedstawiało mężczyznę odzianego w jasne szaty. Jego oczy zasłaniał kawałek materiału. Długie blond włosy spływały delikatnie na jego ciało jak strumyk powolnie spływający z gór. Jego dłonie zwrócone do odbiorcy. Gdy bogini przyjrzała się uważniej, ujrzała krwawą gwiazdę namalowaną na spodzie dłoni. Wokół niego klęczały cztery niewiasty, z błaganie wbitym w niego wzrokiem. Ai zmarszczyła brwi, próbując odgadnąć znaczenie fresku. Jej zamyślenie zostało rozwiane przez głos władcy. Członkowie rodu de Nabii stanęli na półpiętrze, górując nad zebranym tłumem.
- Dziękuję wszystkim, którzy zjawili się na naszym balu. Balu mającym być zakończeniem doczesnego życia naszego syna. – Arcyksiężniczka zdrętwiała, wytrzeszczając oczy. – Równocześnie będącego początkiem nowej drogi życia! – dumnie zakomunikował, wskazując na chłopaka stojącego tuż obok niego.
Delikatne rysy chłopca wyrażały przygnębienie, niespotykane oczy tliły się przygniatającym smutkiem bez cienia chęci walki. Faini pozornie pogodził się ze swym losem, tylko cichy szept jego serca wyrażał nadzieję na zmianę przeznaczenia, jaki wybrali mu rodzice. Ten cichy głosik potajemnie krzyczał na jego twarzy. Wystąpił przed siebie i z bolesnym uśmiechem skłonił się swym gościom.
- Faini, od dziś, będzie pełnił rolę kapłana. Od dziś przepowie wam waszą przyszłość! – głosem tryskającym radością, królowa zareklamowała swego syna. – Nasz dzielny syn będzie kroczył ścieżką kapłańską, daleką od ulotności ziemskich uciech, obdarowany darem widzenia przyszłości i powierzony Oczom Wizji, służyć wam będzie swymi słowami. – piała uradowana.
Aicsha zacisnęła zęby. Wierciła wzrokiem przybitego chłopaka, który stał obok rodziców ze spuszczoną głową. Jej krew wrzała, nie godząc się na przywłaszczenie jego życia.
Do pomieszczenia schludnie ubrani kelnerzy wnieśli szampana, którym gawiedź miała uczcić nowego kapłana. Bogini spiorunowała ostrym wzrokiem sługę państwa. W jej bursztynowych oczach czaiła się wściekłość. Mężczyzna zadrżał i nisko się skłonił, sprawnie odczytując odmowę wzniesienia toastu. Uniżenie wycofał się.
Królewska rodzina zeszła do swych gości. Matka Faini szybko wychwyciła młodą twarzyczkę Arcyksiężniczki. Pociągła męża i syna w jej kierunku.
- Przyszła cesarzowa! – rzuciła z szerokim uśmiechem, ujmując dłoń dziewczyny – To wspaniale, że zaszczyciłaś nas swą obecnością, ale czemu twoi rodzice nie pojawili się z tobą? – zatrzepotała rzęsami, wyraźnie dotknięta do żywego nieobecnością władców.
- Chyba pomyśleli, iż to będzie doskonały sprawdzian dla mnie, jako połączenia dwóch Wszechświatów. – wyjaśniła, wysilając się na uprzejmość.
- Och. – wyjęła zdobny wachlarz, którym szybko pomachała. – Rzeczywiście jesteś idealnym delegatem. – skryła pół twarzy za zasłoną, jakby chciała zatuszować swój sarkazm i złość. – Baw się zatem dobrze i opowiedz o naszej gościnności rodzicom.
- Tak. – dygnęła nieznacznie, zerkając na zmieszanego chłopaka, który błądził gdzieś nieobecnym wzrokiem.
- To jest kapłan Oczu Wizji. – przedstawiła swoją latorośl, pękając z dumy.
- Poznaliśmy się. – Ai uśmiechnęła się złośliwie.
- Och. – pisnęła, marszcząc z niezadowoleniem nos.
- Przez przypadek. – dodała. – Ach, czy powinnam uiścić opłatę za wizję, jaką mi przewidziano? – spytała kąśliwie.
- Faini! – matka huknęła na chłopca.
- Tak? – wrócił do rzeczywistości.
- Przepowiedziałeś coś Arcyksiężniczce? – zapytała z naciskiem.
- T-Tak… gdy tylko ją ujrzałem, w mojej głowie pojawiły się obrazy, które ułożyły się w słowa…
- Mówiłam, abyś się powstrzymywał. – warknęła, ciągle wachlując swoją zaczerwienione od gniewu lica.
- Daj spokój, kochanie. Wiesz, że czasami to silniejsze od niego, zwłaszcza gdy wizja jest silna. – wtrącił się król.
- Wybaczam ci, dziecko, ale oby to się nie powtórzyło. – odparła nadąsana.
Ai całą swą siłą woli powstrzymywała szkarłat cisnący się jej do oczu. Z przyjemnością posłałaby tej kobiecie zacną fangę, patrząc jak jej pomarszczona gęba zalewa się krwią.
- Wracając do pytania… czy mam uiścić opłatę? – uśmiechnęła się słodko.
- Nie. – rzekła szorstko królowa. – Chodźmy, musimy się przywitać z innymi. – odwróciła się na pięcie.
Król pokłonił się Ai, a Faini lekko się uśmiechnął. Bogini złapała go za rękę.
- Spotkamy się na tarasie. – oznajmiła, ściszonym głosem.
- D-Dobrze. – przytaknął niepewnie, zerkając na matkę.
Aicsha wdychała z ulgą rześkie powietrze nocy. Słaby wietrzyk podrygiwał jej włosami, które uwolniła z niewygodnego upięcia.
- Czemu się im nie sprzeciwisz? – zwróciła się do wchodzącego chłopaka.
Faini dołączył do niej i oparł się o barierkę. Powiódł wzrokiem w ciemność rozlaną po ogrodzie.
- Takie jest moje przeznaczenie. Czy ty walczysz ze swoim?
Zabił jej ćwieka. Czy walczyła ze swoją powinnością? Z oczekiwaniami innych?
- Chyba moje nie unieszczęśliwia mnie tak bardzo jak ciebie twoje. – rzuciła po krótkim namyśle.
Jaśniejące oczy,
nie mogące wyrwać się
z przeznaczenia Niebios (…)
Wyrecytował część swych słów.
- To oznacza, iż nie możesz sprzeciwić się swojemu dziedzictwu.
- Moje ciało ogrzewa wspaniałe Słońce; piecze tak mocno, że na mojej delikatnej skórze pojawiają się bolesne bąble. – zasępiła się. – To jest mój problem, a nie moje dziedzictwo.
- Boisz się, że nie sprostasz oczekiwaniom?
- Tak.
- Chciałbym uwolnić się od tych wizji, często widzę straszne rzeczy, po których nie mogę się otrząsnąć. Na tym balu miałem trzy wizje, z czego dwie były makabryczne. Do tej pory trzęsą mi się ręce. – zacisnął dłonie na swoich ramionach i skulił się.
- Jakie jest życie kapłana? – spytała, spoglądając w jego zasmucone, lawendowe oczy.
- Niesie ze sobą obrazy, od których nie można uciec. To życie w czystości ducha i ciała. Pozbawione miłości. – odpowiedział z goryczą.
- Nie wolno ci kochać? – wyprostowała się, rozwodząc nad niedolą chłopaka.
- Nie. Obawiają się, że to może zakłócić wizje, że może pozbawić mnie Oczu Wizji. – wyjaśnił.
- Obawiają, ale to potwierdzone?
- Boją się sprawdzać takie rzeczy. – zauważył cierpko. – Co jakiś czas w moim rodzie rodzi się dziecko obdarzone tą mocą. – spojrzał na swoje ręce. – Tym przekleństwem odbierającym marzenia.
- Nawet się nie całowałeś? – zamrugała.
- Nie. Kiedyś… zakochałem się w swoim nauczycielu. Szybko się go pozbyli, gdy tylko padł cień podejrzenia, że coś do niego czuję. Był zagrożeniem dla mnie. – zmarkotniał bardziej.
- Ach, ty z takich. – podsumowała, odwracając wzrok. – Czyli lubisz innych chłopców. – obróciła się uśmiechając szeroko.
- Ym, tak myślę. Jestem izolowany od innych, więc…
- Rozumiem. A co chciałbyś robić, gdybyś mógł wyrwać się ze szponów rodziców? – jej czułe oczy otuliły jego zmarzniętą smutkiem postać. Poczuł ciepło w sercu. Zastanawiał się, czy to jego nadzieja urosła?
- Uwielbiam projektować. – odparł entuzjastycznie.
- Oo. – zatkało ją.
- Masz piękną suknię. – uśmiechnął się pierwszy raz, powodując na policzkach Ai czerwone wykwity.
- Dzięki. – zawstydziła się.
- Idealnie podkreśla twoje wymiary klepsydry.
- Klepsydry? – powtórzyła.
- Masz metr sześćdziesiąt dziewięć, ważysz pięćdziesiąt dwa kilogramy, a w biodrach masz dziewięćdziesiąt centymetrów, w talii sześćdziesiąt jeden, a w biuście dziewięćdziesiąt cztery centymetry a pod… - zakryła mu usta dłonią, czując się jakby stała przed nim naga.
- Zrozumiałam, masz niesamowite oczy! – rzuciła gorączkowo. – Chciałbyś… iść do naszej Akademii?
Jego oczy zalśniły, lecz po chwili sposępniały.
- To niemożliwe.
- A jeśli cię uwolnię, rozpoczniesz naukę w cesarskiej szkole? – spytała z podstępnymi chochlikami tańczącymi w bursztynie.
- Tak. – blado się uśmiechnął.
Nim przyjęcie dobiegło końca, w długiej kolejce ustawiły się osoby, pragnące poznać swą przyszłość. Faini siedział na prostym, białym krześle i w boleściach zaglądał do przyszłości kolejnego ciekawskiego boga. Ai w oszołomieniu patrzyła jak jego oczy za każdym razem przybierają barwę pastelowego wrzosu, a na skroniach pojawiają się pulsujące żyły. Jej kolej była niebawem.
Wytrzymaj jeszcze chwilę, pomyślała, robiąc krok naprzód.
Po kilku minutach stanęła twarzą w twarz z kapłanem.
- Ech, ty już dostałaś swoją wizję. – oburzyła się matka chłopaka.
- Tak. – uśmiechnęła się perliście. – Chciałam jednak za nią zapłacić.
Stanęła na podeście, na którym siedział zaskoczony Faini. Złapała go za rękę i szarpnęła ku sobie. Spotkali się wpół drodze, gdy jej gorące i wilgotne usta wbiły się w jego uchylone wargi. Czuł jej spokojny oddech na policzku i miękkość jej ponętnych ust. Sprawny język wsunął się między jego odrętwiałe labia oris, kusząco tańcząc z jego niewinnością. Gorący i namiętny pocałunek Arcyksiężniczki zmienił jego przeznaczenie. W martwej ciszy dokonała się zmiana drogi kapłana.
Oderwała się od niego, szepcząc mu do ucha:
- Od teraz nic nie widzisz, żadnych rąbków przyszłości, rozumiesz?
- Tak. – odparł prawie bezgłośnie. Powoli docierało do niego znaczenie sytuacji.
Członkowie rodu de Nabii zaniemówili. Królowa krzyknęła z rozpaczą, po czym osunęła się w ramiona męża. Król, łapiąc żonę, niedowierzająco spoglądał na odchodzącą Aicshę, która z satysfakcją opuszczała bal. Goście zamarli w afonii, gapiąc się na młodą boginię. Ostatecznie przenieśli wzrok na kapłana pozbawionego swej mocy.
Faini dotknął swoich rozgrzanych warg i uśmiechnął się z wdzięcznością.

Asima stała, wpatrując się w swoje wodne odbicie. Wodziła spojrzeniem po swoich pasmach spiętych w wytworny kok, który zwieńczała złota tiara i przesuwała stopniowo wzrok po rozkloszowanej, eleganckiej sukni. Blado różowy tiul przykrywała delikatna kwiatowa, czarna koronka. Chłodny wiatr musnął jej odkrytą skórę. Cesarzowa potarła odsłonięte przedramiona, przestępując z nogi na nogę. Jej cieliste czółenka odbiły się w sadzawce.
- Czemu nie weszłaś do środka. – Airen otulił ją ramieniem.
- Czekałam na ciebie. – uśmiechnęła się, pozwalając się wprowadzić po kilkunastu stopniach, prowadzących na wzniesienie nad oczkiem.
Weszli na mostek. Asima zerknęła jeszcze raz na sadzawkę, w której rechotały żaby, skacząc po liściach wodnych lilii.
- To z pewnością ręka Rici. – skwitowała.
- Palne nie bawiłby się w oczka wodne. – zaśmiał się.
Kamienną ścieżką dotarli pod drzwi dworku. Piaskowe ściany i szary dach ze strzelistymi wykończeniami wpasował się w krajobraz różnorodnych drzew. Airen chwycił mosiężną kołatkę w kształcie łba tygrysa.
- Tygrys jest impulsywny, nieprzewidywalny, hojny i uczuciowy. Symbolizuje odwagę, szybkość, potęgę i piękno. „Pan ziemi”. – zauważyła bogini. – Czy to nie mówi wiele o Palne? – zaśmiała się złośliwie.
- Być może. Proszę, bądź grzeczna, ze względu na twoją brzemienną kuzynkę. – Airen błagalnie ujął koniuszki jej palców.
- Nie zamierzam przysparzać problemów swemu wybawcy. – oznajmiła.
Donośne pukanie sprowadziło służącą. Dziewka otwarła potężne skrzydło, skłoniwszy się bez słowa wprowadziła ich do przedsionka. W hallu pojawił się Palne z przeszczęśliwą Ricattą. Bogini rzuciła się w ramiona Asimy.
- Tak się martwiłam o ciebie! Jesteś tak beztrosko głupia, że to aż zatrważające! – zrugała ją, pozostając w jej uścisku
- Dzięki…
- To nie był komplement! – zaperzyła się Rica.
- Wiem. – władczyni uśmiechnęła się promiennie, powodując u kuzynki przyspieszony puls.
- Tędy. – pan domu przerwał uroczą scenkę.
Wprowadził gości do surowo urządzonej jadalni. Na środku stał mocny stół i krzesła z dziwacznymi zdobieniami i czerwonym obiciem.
- Siadajcie, proszę. – wskazał im miejsca.
Asimę usadził naprzeciw siebie, Airena po jej prawicy, a Ricę po swojej. Porcelanowa zastawa lśniła w blasku ściennych lamp. Dwie służące krzątały się po sali, przynosząc parujące potrawy. Gdy postawiły wielki, zakryty, półmisek, skłoniły się i stanęły przy ścianie.
Palne z chytrym uśmieszkiem podniósł pokrywkę. Na talerzu piętrzyły się kawałki surowego mięsa.
Airen skrzywił się.
- Palne! – Ricatta huknęła rozeźlona na małżonka. – Co to ma być?! – warknęła z zaciśniętymi zębami.
- Gospodarz musi ugościć swych gości najlepszymi frykasami. – spokojnie odparł, przyglądając się Cesarzowej.
- W rzeczy samej. – Asima uśmiechnęła się prowokująco.
Nachyliła się nad stołem i widelcem sięgnęła kawałek krwistego mięsa. Obróciła go, bacznie mu się przyglądając.
- Czy to jeden z twych niewolników? – zagaiła.
- Gdzieżby tam. Nie mam już niewolników, aczkolwiek dobrze kombinujesz. To mięso pewnego młodzieńca, który nie spełnił oczekiwań swojego pana. Mój przyjaciel mi podarował smakowite kąski. – rozsiadł się wygodniej, ciekawy reakcji bogini.
- To forma dominacji. – oświadczyła. – Dominujesz nad tymi biedakami, którzy kończą na twoim talerzu. Władasz ich życiem. To przyjemne uczucie, nieprawdaż? I tak wiele mówiące o tobie. – wsadziła ociekający posoką kawałek do ust.
Nie bawiła się w etykietę, która nakazywała jeść z zamkniętymi ustami. Przeżuwała mięso z wysuniętymi kłami jak dzikie zwierzę, a krew ściekała jej po brodzie. Przymknęła oczy, delektując się smakiem.
- Wyczuwam strach. Bał się śmierci. – otworzyła czarne jak smoła oczy z bursztynową obwódką.
Airen ciężko westchnął. Bogowie zamarli, topiąc się w starożytnych oczach.
Król odwrócił się w stronę zszokowanego przyjaciela.
- Nie igraj z nią, nie staraj się jej upokorzyć, bo pokona cię własną bronią. – ostrzegł go.
Mężczyzna nie mógł przestać wpatrywać się w piękno potęgi, którą miał przed sobą. Narastającą ciszę przerwała Rica.
- Powinniśmy zjeść pieczeń. – zaśmiała się nerwowo. – Mamy świetnego kucharza! – zapewniła, starając się znieść iskrzącą atmosferę.
- Podasz mi ziemniaki? – Asima złagodniała, a jej oczy powróciły do normalności.
Ciężarna bogini szybko podała jej warzywa.
- To już niebawem. – Airen starał się zmienić tor rozmowy.
- Tak, w sumie już na dniach. – odparła Rica, gładząc swój wielki brzuch.
Ricatta i Airen starali się unikać drażliwych tematów i kontrolować kierunek rozmowy, by zapobiec ewentualnym spięciom pomiędzy, nie darzącymi się sympatią, dwójką bogów.

Rica podała kuzynce filiżankę herbaty. Bogini przyjęła ją  i życzliwie podziękowała. Ciężarna zasiadła naprzeciw niej, w wygodnym fotelu. Z ulgą się oparła.
- Niemiłosiernie boli mnie krzyż nie mówiąc już o sporym osłabieniu. Ciąża to jakaś tragedia dla mojego ciała. – pomasowała kark.
- Już niedługo. – upiła łyk.
- Nie wiem jak mam ci podziękować za ten dar. – położyła rękę na swym łonie. – Kiedy po naszej decyzji o posiadaniu dziecka, zmusiliśmy się do seksu i okazało się, że nie zaszłam w ciążę, byłam zrozpaczona. Dzięki metodzie In vitro z ludzkiego świata zostanę matką. – poczuła jak łzy napływają jej do oczu, szybko je otarła.
- Yo był bardzo rad, że mógł wam pomóc. Widziałam błysk szaleństwa w jego oczach. – roześmiała się.
- Czyli mi się nie wydawało. – zawtórowała jej, lecz po chwili jej twarzyczka spochmurniała. – Ten jeden raz, gdy połączyliśmy się, był okropny. Żadne z nas nie było szczęśliwe. On… wyobrażał sobie Airena. – zacisnęła palce na uchwycie filiżanki. – To dziecko jest owocem naszej chęci kochania i bycia kochanym. To pragnienie jest jedynym, co nas łączy. Palne stara się być mi wierny, wśród służby są tylko kobiety. Bardzo się stara, ale przez to cierpi. To przykre, że nie mogę… - łza spłynęła jej na rękę.
- Zakochałaś się w nim. – Asima odstawiła filiżankę i ujęła dłoń kuzynki.
- Kocham Sayena. – zaprzeczyła.
- Nie, trzymasz się tego uczucia jak koła ratunkowego, bo nie chcesz utonąć w kolejnej beznadziejnej miłości. Powinnam powstrzymać ten ślub. – Cesarzowa zmarszczyła boleśnie brwi.
Rica pokręciła głową.
- Nie ma co płakać nad tym, co już się wydarzyło. To nie tak, że jestem nieszczęśliwa. Nieszczęśliwa jestem tylko w miłości. – zapłakana spojrzała na zmartwioną władczynię. Asima starła jej łzę, płynącą po jej zaczerwienionym policzku. – Nie zastanawiałaś się, czy Airen nie tęskni za- uciekła wzrokiem – za seksem z mężczyznami?
- Ym, nie. Nigdy nad tym nie myślałam… - odparła z poczuciem niepokoju.
- Cóż, Airen cię kocha, więc pewnie nie męczy się tak jak Palne. – pociągła nosem. – Zmieńmy temat. – blado się uśmiechnęła przez łzy.
- Dobrze… tak więc… rodzisz. – oznajmiła ze spokojem.
- Co? – Rica wytrzeszczyła oczy – po czym tak wnioskujesz?
- Po zmianach hormonalnych w twoim organizmie i – wskazała na podłogę – plamie na dywanie.
- O matulu! – zgięła się wpół, gdy ujrzała mokre ślady.
- Usiądź i oddychaj. Idę po Palne i pójdziemy do Yo. – wybiegła z pokoju.
Z prędkością światła znalazła się w niewielkim saloniku. Dopadła klamki i pchnęła drzwi. Szybko odgoniła zmrożenie.
- Nie chce wam przerywać romantycznych chwil, ale Rica rodzi. – spiorunowała dwójkę bogów.
Palne, który przyszpilił Króla do ściany i nachylał się nad nim podejrzanie, szybko odskoczył od boga i pognał na złamanie karku do pokoiku na piętrze.
- To nie tak jak myślisz. – zaczął Airen.
- Jaasne. – syknęła.
  • awatar Lisa Angels: Popieram decyzję Ai, a ta cała sytuacja Rity i Palne wyszła ci genialnie. Mam nadzieję, że im się w końcu ułoży.
  • awatar SallyLou: O niegrzeczny Król... Współczuję Ricatcie i Palne tego małżeństwa. Przykre, że jest im tak ciężko. Ten Faini zaczyna mi się podobać. Czekam na rozwój zdarzeń :D
  • awatar Kate - Writes: A ten z obrazka to kto to?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

seiti1008
 
Lawendowe słowa przyszłości

Delikatne promyki słońca rozjaśniały krajobraz, przeganiając panującą ciemność, w której tliły się samotnie gwiazdy.
Cesarska kareta mknęła niepostrzeżenie po krętej ścieżce obcych ziem, chowając w swym wnętrzu parę milczących bogów.
Airen wilkiem spoglądał na zamyśloną Asimę, która przesuwała wzrokiem po nieznanych obrazach rozciągających się przed nimi. Intrygowało go o czym rozmyślała, czy roztrząsała wewnątrz siebie zdarzenie w ogrodzie? Czy upajała się słodyczą skradzionego całusa?
Zacisnął zęby, mrużąc groźnie oczy, które z ledwością sprostały wytężonemu wpatrywaniu się w kobietę. Krążące w jego żyłach procenty dały o sobie znać, rozmywając mu świat. Wszystko stawało się nieostre, a myśli krążyły w otępionym umyśle, dopisując sobie własną drogę i mijały się z prawdą bogini siedzącej naprzeciw niego.
Zsunął się z siedzenia i padł na kolana. Na czworakach podszedł do Asimy, która patrzyła na niego jak na największego idiotę świata. Położył głowę na jej kolanach.
Cesarzowa zawahała się i cofnęła rękę, która wyrwała się mimowolnie, chcąc pogłaskać jego buntujące się kosmyki włosów.
- Czemu dałaś się pocałować? – spytał, łapiąc ją za nadgarstki. – Czemu, no?! – warknął, przewracając ją na siedzisko i przygniatając ją swoim ciężarem.
- Jesteś pijany. – zauważyła ze spokojem.
- A i owszem! Jestem! – odparły wręcz dumny ze swojego stanu. – To twoja wina! – wzmocnił uścisk.
- Moja? – obruszyła się.
- Tak, dałaś mu się pocałować! Jesteś tylko moja i nie wolno ci dawać się całować innym! – zjeżył się.
- W gwoli ścisłości – nie jestem twoja. Śmierć zerwała naszą przysięgę. – cierpko wspomniała, próbując się uwolnić ze stalowego uścisku.
Wyprostował się, puszczając jej zaczerwienione dłonie. Zamachnął się, chcąc uderzyć w ścianę karety, aby zwrócić na siebie uwagę woźnicy.
- Oszalałeś! – powstrzymała go, łapiąc go za ramię. – Nie wyjdę za ciebie!
- Co…? – spojrzał na nią jak zranione, urocze zwierzątko.
- To nie jest odpowiedni czas na to! – sprostowała. – Nawet porządnie mi się nie oświadczyłeś. – obrażona uciekła wzrokiem.
- E? muszę mówić coś tak żenującego jeszcze raz? – zawył z niezadowoleniem.
- Że- żenującego?! Tym bardziej chce ładnych oświadczyn! – zaperzyła się, krzyżując ręce na piersi.
- Upierdliwość. – przewrócił oczami.
- A tak poza tym – łypnęła na niego spode łba – czemu tak ci śpieszno do zbędnej formalności?
- Bo światu potrzeba mocnych kajdan, aby wiedzieli o tym, iż należysz do mnie, i tylko do mnie! – odparł krzepko.
Asima prychnęła pod nosem i zrzuciła go z siebie. Wylądował z hukiem na podłodze powozu. Syknął, masując swoje plecy. Zmierzył ją ostro, klękając.
- Wyjdź za mnie, bo jak nie to pochłonie cię mój mrok, zamykając na wieczność. Wtedy będziesz poza pożądliwym wzrokiem innych, tylko moja! – zaśmiał się złowieszczo, budząc na twarzy bogini politowanie.
- Wytrzeźwiej. – rzuciła, wstrząśnięta jego rosnącą głupotą.
Im dłużej z nim dyskutowała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że alkohol mu nie służył i podsuwał do głowy denne pomysły. Z drugiej strony, czuła zaniepokojenie.
- Powinieneś się leczyć. Twoja miłość podchodzi pod obsesję. – złośliwie mu wytknęła swoje wnioski.
- Dopiero teraz to zauważyłaś? – uśmiechnął się zuchwale. – Tak, mam obsesję na twoim punkcie i zabiję każdego, kto zbytnio się zbliży do ciebie. – podwinął jej suknie.
Cesarzowa zadrżała. Poczuła niewolące ciarki na całym ciele. Opuszkami palców sunął po wewnętrznej stronie jej uda. Powoli zmierzając ku swemu celowi. Delikatnie rozsunął czerwony materiał majteczek i zagłębił palce w jej kobiecości.
- Przestań. – szepnęła zmysłowo.
- Co za kłamliwie zdradzieckie usta. Oszukujesz samą siebie; swe pragnienia. – smolisty cień związał jej ręce nad głową. – Twoje słowa zdradzają ciało, którego zachowanie jest odzwierciedleniem twojej prawdziwej woli. – polizał ją po łechtaczce. – Jesteś już całkiem mokra jak na sprzeciw. – uśmiechnął się złośliwie, z satysfakcją patrząc na jej zaczerwieniałe lica, na których wyryło się pożądanie. – Przyznaj się, że to lubisz. Ty – wielka Cesarzowa, górująca nad męską populacją, uwielbiasz, kiedy dominuję nad tobą, tylko wtedy możesz się czuć jak prawdziwa kobieta, niewinna i bezbronna. – pieścił ją, wkładając i wyjmując po kolej swoje palce.
- Wal się! – wrzasnęła, zawstydzona.
- Z łatwością możesz się uwolnić, ale tego nie robisz, bo ci się to podoba. Chcesz, abym cię niewolił całym sobą. Moim pożądaniem, moją miłością. – podniósł się i nachylił nad nią. Przysuną się do jej rumianej twarzy. Jej przyspieszony oddech zawierał w sobie nutę ponaglenia i chęci spełnienia. – Widzisz. Jedynie twoje ciało mówi prawdę.
- Zamknij się już i mnie pocałuj. – szepnęła błagalnie.
Zaśmiał się krótko i bez dalszych ceregieli wpił się w jej spragnione wargi.

Blask bramy rozświetlił osamotniony zaułek, którym nikt nie chadzał. Obskurne i ciemne miejsca ludzie woleli omijać, czując podświadomie czyhające w mroku niebezpieczeństwo.
Kai przyciągnął do siebie drobną dziewczynę, która zachwiała się od niespodziewanego szarpnięcia. Przed upadkiem ochroniły ją silne ramiona towarzysza. Poczuła jak ciepło rozchodzi się po jej policzkach. Spaliwszy buraka, szepnęła lakoniczne „dziękuję”, stając o własnych siłach. Wyprostowała się, rozglądając. Chłopak wyprzedził ją i stojąc na skraju ciemności i światła, przywołał ją machnięciem ręki. Serce łomotało jej w piersi, pragnęła ujrzeć nieznany świat. Nogi same zaprowadziły ją ku blasku ludzkich domostw.
Zmrużyła oczy. Po chwili powoli je otworzyła, zaniemówiwszy, gdy zalały ją obrazy przechodzące jej najśmielsze oczekiwania.
Stała na kamiennej kostce, która rozbrzmiewała melodią różnorakich kroków, tworząc niepowtarzalną pieśń. Przed nią i obok niej, rozciągały się stare kamienice. Niektóre zamienione były w przytulne sklepiki, które nieustannie kusiły przechodniów swą zawartością. Zerknęła przez ramię i ujrzawszy pomarańczową łunę rozchodzącą się w uliczce, zamarła omamiona pięknem zachodzącego słońca. Poblask odbijał się od sklepowych witryn i okiennic mocnych budowli, malując w umyśle demona mistyczny pejzaż.
- Jak tu pięknie… - wydukała, nie odrywając wzroku od miasta.
- Masz rację, ale – wskazał palcem ku niebu – popatrz tam.
YuLee zadarła głowę i pisnęła z zachwytu. Za starymi kamienicami piętrzyły się nowoczesne wieżowce sięgające niebios. W oszklonych budynkach odbijała się postać czerwonego słońca, zalewając miasto ciepłym światłem piękna.
Jej oczy błyszczały, odbijając zapierający dech w piersiach widok.
- Kai! – spojrzała na niego – Dziękuję, że mnie tu zabrałeś. Dzięki tobie zobaczyłam inny, piękny świat. Dziękuję. – rozrzewnionym wzrokiem otuliła jego zauroczoną twarz.
Bóg przełknął ślinę, czując jak zapada się w czarujących oczach dziewczyny. Była szczęśliwa, uśmiechała się szeroko, zapominając o swej niemocy, którą nękała ją przez całe życie. Słodko- gorzki posmak chwili rozlał się w jego sercu.
- „Jeśli tylko uraczysz mnie tak pięknym i szczerym uśmiechem, sprowadzę do twych stóp cały świat. Cieszę się, że mogłem pokazać ci coś, co sprawiło ci taką radość; cieszę się, że przybycie tutaj odegnało choć na chwilę cierpienie wyryte w twoim sercu. Cierpienie, które skrywasz za codziennym uśmiechem. Chce zabrać od ciebie ten ból, dlatego podaruję ci wspaniałe chwile.” Chodźmy się zameldować w hotelu. Niebawem mamy zaplanowaną kolację w hotelowej restauracji. – chwycił jej dłoń.
- Tak! – rzuciła entuzjastycznie, dorównując mu kroku. – Ale, paniczu, skąd wiesz gdzie iść?
- Heh, Cesarzowa dostarczyła mi potrzebnych danych. – wyjaśnił, dziękując jej w duchu za dostarczenie informacji, dzięki którym mógł zabłysnąć w oczach dziewoi.
- Och, a czy to daleko? – dopytała, rozkoszując się atmosferą miasta.
- Nie. To tam. – pokazał wysoki budynek przed nimi z napisem „Royal”.
Wszystkie formalności poszły jak z płatka. Przemiła obsługa zaprowadziła ich do zarezerwowanego pokoju. Młody mężczyzna wręczył Kai’owi klucz i otworzył przed nimi białe drzwi otoczone złotą ramówką. Złota klamka przekręcając się, uchyliła przed nimi zawartość, która skrywała przed oczami zwykłych śmiertelników.
Salon był jasny, z piaskowymi ścianami, które współgrały ze złotymi bibelotami znajdującymi się w pomieszczeniu. Na środku pokoju stał niewysoki szklany stolik z wyrzeźbionymi starannie nóżkami, obok niego stała strojna kanapa koloru miodu ze jedwabnymi poduszkami zaścielającymi siedzisko. Za nią dumnie prężyła się potężna dębowa szafa, na której stała spora mosiężna rzeźba pary, szepczącej sobie do ucha czułe słówka. Na wprost drzwi wisiał okrągły obraz, oprawiony w złotą ramę. Dwa fotele stały naprzeciwko siebie, tuż obok lśniącego czystością stolika.
- Zaraz obsługa przyniesie szampana. – skłonił się i odszedł nim do oniemiałej dwójki dotarło, iż są nieletni i Cesarzowa nie będzie szczęśliwa jeśli się dowie, że spożywali alkohol.
- Kaai… - załkała przerażona.
- Najwyżej go nie wypijemy. – oznajmił – „Choć mam przemożną ochotę obalić całą butelkę. Za dużo wrażeń.” – przeszedł przez salon szukając sypialni. Mając do wyboru dwoje drzwi, wybrał te po lewej stronie. Nacisnął klamkę, stając w progu. Zaniemówił.
- „Podstępna kobieta, chce wystawić mnie na jakąś próbę? Czy Cesarzowa ma nowe hobby? Jak mam przetrwać…?” YuLee.- niepewnie zawołał demona.
Dziewczyna stanęła obok niego. Jej oczy rozszerzyły się, a na policzki zawitał bordowy rumieniec. Kai mógłby przysiąc, iż widział wir w jej oczach zwiastujący rychłe omdlenie.
Wystrój był podobny do salonu – ściany przypominały pustynię Sahary. Podłoga zakryta była beżowym dywanem z ciemniejszym wzorkiem przypominającym cierniste pnącza. Przy ścianie po prawej stało ogromne, iście królewskie, łoże ze złotymi zdobieniami na wezgłowiu i przyczółku. Złoto otulało brązową ramę niczym drogi klejnot. Materac był szeroki i znacząco podwyższał wysokość łóżka, na którym ułożone były po dwie poduchy na każdej ze stron obszernego łoża. Za zagłówkiem powieszone było szerokie lustro, które obejmowało sobą dwa nocne stoliki.
Kai i YuLee spojrzeli na siebie. Dziewczyna nie była wstanie wymówić żadnego słowa. Czuła, że zawstydzenie zetnie ją z nóg.
Kai’owi zrobiło się gorąco na samą myśl o dzieleniu z ukochaną małżeńskiego łoża, i to tej nocy.
- To… to… może to pomyłka? – odparł z trudem.
- Wątpię. – pisnęła przerażona.
- Ja… mogę spać na kanapie. – zapewnił pospiesznie.
- Nie ma mowy. – zaparła się. – Nie mogę pozwolić, aby panicz spał na kanapie! – uniosła się. - Sama tam będę spać.
- Nie ma mowy! Jakim byłbym mężczyzną jeśli pozwoliłbym dziewczynie spać na kanapie.
- To mamy pat, panie. – zmarszczyła brwi.
- Jeśli ci nie przeszkadza spanie ze mną… - pochylił głowę. – Dzieckiem Wojny…
- Oczywiście, że nie przeszkadza. Ale jak mógłbyś chcieć spać z marnym demonem… - odparła smutno.
- Och, a widzisz tu gdzieś takiego? Myślałem, że mam spać ze słodką YuLee, a nie marnym demonem. – ujął pasmo jej włosów i zajrzał w zamglone szczęściem oczy.
- Paniczu… - wpadła w sidła jego magnetyzmu.
Przysunął się do niej na niebezpieczną odległość. Głos rozsądku przegrał z silnym i ponaglającym uczuciem. Wystarczyło, że się nachyli i skradnie niewinny kwiat. Jej usta kusząco się rozchyliły. Jej oczy wyczekująco wpatrywały się w niego. Odległość między nimi skracała się z każdą sekundą, która zdawała się być bolesną wiecznością. Zatrzymał się, gdy ich usta subtelnie się musnęły. Wargi go paliły i czuł przyjemne mrowienie. Przymknął oczy, decydując się na zuchwalszy ruch. Jej usta były miękkie i gorące od wezbranych uczuć. Scałował jej niewinność jak motyl słodki nektar. Kalał jej niedoświadczone wargi swym nachalnym pożądaniem. Spokojne dotknięcia zmieniły się w gwałtowne i namiętne pocałunki, przed którymi nie było ucieczki.
YuLee po raz pierwszy doświadczyła smaku chłopaka. W intensywnym doznaniu zatraciła swą nieśmiałość i uległa jego uczuciom, które ją zalały. Pragnęła więcej i mocniej, aż do utraty tchu. Burzliwy pocałunek wzmagał na silę, powodując u niej zawroty głowy. Pijana zmysłowością, osunęła się na podłogę. Ciężko dysząc, spojrzała w srebro, mieniące się jej obliczem.
- Paniczu…
- Kai, po prostu, Kai. – poprawił ją.

Aicsha mierzyła zimno swoją sylwetkę w lustrzanym odbiciu. Niechętnie wygładziła szyfonową suknię. Poprawiła dekolt w kształcie serca, który podkreślał jej dwa atrybuty. Przejechała palcami po strojnym perłowym zdobieniu z lewej strony talii. Musiała przyznać przed sobą samą, że całkiem nieźle się prezentowała w bladym różu. Ujęła w palce koronkę wystającą z rozcięcia, które odsłaniało jej zgrabną nogę.
- Gdyby ojciec to zobaczył, padłby na zawał. – stwierdziła, uważniej przyglądając się eleganckiej i zmysłowej dziewczynie, która stała przed nią. – Jak ja dałam się w to wrobić? – westchnęła, przywołując w pamięci scenę sprzed kilku godzin.
Rankiem matka wezwała ją do swojego gabinetu i obwieściła, iż odbywa się dziś bal w rezydencji rodu de Nabii, zapowiedziany ze sporym wyprzedzeniem, o którym oczywiście Cesarzowa zapomniała i poszła na urodzinowe przyjęcie jakiegoś mężczyzny. Odmowa nie wchodziła w rachubę z powodu podwójnego zaproszenia Cesarzowej i Króla, tak więc jej matka wpadła na genialny pomysł wysłania zastępstwa, które jednoczyło dwa wszechświaty, a ten pomysł nosił jej imię.
- Gdyby nie balowali tak długo mogliby iść. Co mnie obchodzi wasz brak snu. Dobrze wiem, co robiliście w karecie. – piekliła się, zakładając buty na niebotycznym obcasie. – Komu w drogę, temu czas.
W przeciągu godziny dotarła pod wskazany adres. Wysiadła z powozu i skierowała się w stronę rozpostartych wrót zamku. Przy wejściu powitał ją kamerdyner, który nisko się skłonił i kazał podążać za sobą. Tłum przeszkadzał bogini w rozglądaniu się, więc znudzona posłusznie szła za mężczyzną, podziwiając jedynie jego szerokie barki.
Weszli do przestronnej sali, która zapełniona była eleganckimi strojami i pachniała zmieszanymi ze sobą perfumami. Ai zemdliło. Ogłuszona intensywnym zapachem, uciekła ku schodom, po których wbiegła bez zastanowienia. Ujrzawszy otwarty taras na półpiętrze wbiegła na niego, łapiąc świeże powietrze. Po kilku wdechach odetchnęła z ulgą. Nie udusiła się, ale jak wytrwa na balu przez kilka godzin? Pytanie za sto punktów.
Spojrzała na odległe gwiazdy i srebrnego rogala.
- „Ciekawe jak się bawią…” – zasępiła się.
Gdy Słońce zajdzie
za horyzontem,
a noc będzie stawiała
swe pierwsze kroki,
zjawi się Dziecię Słońca
skąpane w blasku Nocy.
Jaśniejące oczy,
nie mogące wyrwać się
z przeznaczenia Niebios,
otulą swym spojrzeniem
skołatane serca.
Usłyszała za sobą melodyjny głos wypowiadający niezrozumiałe dlań słowa.
- Słucham? – obróciła się i ujrzała młodzieńca o czarnych, jak jej, włosach i hipnotyzujących lawendowych oczach, na które nie sposób było nie zwrócić uwagi.
- Aicsha von Yami, córka Cesarzowej. – odparł nieznajomy.
- Kim jesteś? – zmarszczyła wrogo brwi.
- Och, przepraszam. Jestem Faini de Nabii. To bal – zawiesił głos – na moją cześć.
- Wybacz. – pokłoniła się pokornie. – Nie chciałam być niemiła.
Zaśmiał się serdecznie.
- To moja wina, wyparowałem tak ni z gruszki ni pietruszki. – zmieszał się nieznacznie.
- Tak właściwie, to co to było? Było piękne i w dziwny sposób poruszyło moje serce. – dotknęła swej piersi, tłamsząc dziwne uczucie w nim zrodzone.
- Możesz to uznać za przepowiednię. – uśmiechnął się życzliwie.
- Przepowiednie? – powtórzyła, badawczo przyglądając się jego oczom. – Czy ty… nie widzisz?
Roześmiał się, opierając o barierkę.
- Każdy tak myśli, ale widzę doskonale, więcej niżbym chciał. – odparł, a Aicsha wyczuła w jego głosie przeraźliwy smutek.
**************
Sorry za błędy, ledwo skończyłam.
  • awatar Lisa Angels: Piękne, podoba mi się fragment z Arienem, gdy mówi o dominacji na Cesarzową i że dzięki temu czuje się kobietą. Coś w tym jest. Silne kobiety, często czują się mało kobiece, przez swoją pozycję. Ogólnie cały rozdział bardzo mi się podobał. Scena Kai i YuLee była taka słodka, a Faini zaintrygował mnie, jak ja uwielbiam tajemnice!
  • awatar Seiti: Co do sceny YuLee i Kai'a, wiesz ile mang shoujo musiałam przeczytać, żeby załapać taką słodycz? Mnóstwo. Aż się dziwię, że to wyszło spod moich paluszków.
  • awatar Abstrakcyjny blog: Fajne, podoba mi się ten początek (sorki, nie przeczytałam całego, tylko fragmenty)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

seiti1008
 
Żyję, mam sporo na głowie. Jakoś udało mi się sklecić rozdział, ale uprzedzam, że chyba wyszłam z jako takiej wprawy.Obiecuję po nadrabiać wszystko, gdy tylko będę mieć więcej czasu.

Tajemnica skryta w uwięzionym sercu
Kai wiercił się niespokojnie w łóżku. Tej nocy wyjątkowo nie mógł zmrużyć oka, kołdra wydawała się palić jego odsłonięte ciało, a minuty dłużyć w nieskończoność. Poderwał się do siadu i przeczesał włosy. Odwrócił głowę w stronę okna. Nocny granat rozjaśniała jasna, promienista łuna. Blask wstającego słońca rozpędzał ciemność, by świt mógł zagościć na rozległych ziemiach.
Urzeczony chłopak przyglądał się w ciszy wychylającemu się znad horyzontu słońcu. Od dawna nie widział wschodu potężnej gwiazdy, więc niesamowity obraz wyrył się w jego pamięci. Postanowił zachować tę pozornie zwyczajną chwilę, gdzieś głęboko w swym umyśle; wstał nowy dzień, a on cieszył się na niego niezmiernie. Uśmiechnął się sam do siebie, odrzucając ciepłą pościel na bok. Powoli zsunął nogi. Wstał i podszedł do okna, które niespiesznie otworzył. Uderzył go miły i chłodny podmuch porannego wiatru, który zatańczył w jego potarganych włosach, szarpiąc je i tworząc większy nieład. Kai zamknął oczy, upajając się swoją własną ekscytacją. Jego odrętwiałe serce waliło  teraz jak oszalałe. Zamrożone emocje kiełkowały na nowo. Nowy początek był na wyciągnięcie ręki. Nowy okres, w którym mógł kochać, rozpocznie się dzisiaj. Słodki uśmiech YuLee od dzisiaj miał mieć na wyłączność. Pragnął jej uczucia i przyrzekł sobie, że nie pozwoli, by ktoś zakłócił jego spokój i odebrał mu radosne chwilę z ukochaną dziewczyną. Miał szatański plan rozkochania jej w sobie i spełni go, choćby musiał zakneblować i związać wszystkie dziewczyny na świecie. Zerknął przez ramię na śpiącą Ai.
- „Powinienem zacząć od niej… jeszcze nagada jej jakiś głupot, żeby trzymała się ode mnie z dala.” – stanął przed łóżkiem Arcyksiężniczki. Uważnie przyglądał się jej łagodnej i uroczej buźce. Delikatne rysy przyprawiały mężczyzn o sny nasycone erotyzmem; pełne wargi kusiły i burzyły spokój chłopięcych serc, a zrozpaczeni adoratorzy zabiegali choćby o jedno spojrzenie hipnotyzujących oczu, które odpoczywały w tej chwili otulone gęstym szalem z długich rzęs. Niezaprzeczalnie budziła pożądanie. Żachnął się, iż patrząc na jej niewinną stronę ma ochotę sięgnąć jej ust. Bogini władała straszliwą sztuką femme fatal, a jemu jako mężczyźnie ciężko było się oprzeć jej wdziękom, lecz miał swoje postanowienia.  – Wiem, że chcesz dobra YuLee, ale nie skrzywdzę jej, obiecuję. To nie jest dziewczyna jak inne, to nie są relacje jak… z tobą. – pogłaskał pasmo jej włosów układające się na poduszce. – Pozwól mi kochać… - wymówił błagalnie do śpiącej dziewczyny, po czym szybko potrząsnął głową i skierował swe kroki ku łazience.
Aicsha uniosła powieki i z niezrozumiałym dla niej ściśnięciem w dołku, wbiła wzrok w ścianę.
- „Nie pozwalam ci kochać? Rozumiem… uwiązałam cię naszą relacją…” – przez jej twarz przeszedł bolesny grymas, który pospiesznie zakryła rękoma. – Pożądanie nie powinno niszczyć miłości… - szepnęła w pusty pokój.
Kilka długich godzin później, podenerwowany Kai oczekiwał zjawienia się swojej towarzyszki. Dreptał niespokojnie w miejscu, co chwila zerkając na duży zegar wiszący w pałacowym salonie.
- Kobiety lubią się spóźniać. – usłyszał słowa wyszeptane wprost do ucha. Obrócił się i napotkał roześmiane bursztynowe oczy Arcyksiężniczki. – Założę się, że się nerwowo pakuje i zagubiła się w rzeczach „do zabrania” i „zostawienia”.
Chłopak ciężko westchnął, po raz kolejny spoglądając na tykające wskazówki. Cesarzowa zjawi się za pięć minut, a nie wypada, aby kazać czekać władczyni. Zaczynał się niecierpliwić. Po chwili drzwi rozpostarły się i stanęła w nich Nika dźwigająca ciężką torbę drobnej dziewczyny stojącej za nią. YuLee podbiegła do Kai’a i skłoniła mu się nisko. Uciekała wzrokiem, rumieniąc się jak jabłko od słońca. Splotła ręce przed sobą, a przepraszający wzrok schowała za murem z gęstych rzęs, które zasłaniały niezwykłe oczy wbite w podłogę.
- Bardzo przepraszam… - skuliła się, mówiąc łamliwym głosem. – prawie się spóźniłam… a to… - Kai wyciągnął rękę i pogłaskał jej spięte nad karkiem włosy.
- Nic się nie stało. Jesteś na czas, Cesarzowej jeszcze nie ma, ale następnym razem musisz ogarnąć się wcześniej, dobrze? – otulił ją czułym spojrzeniem, powodując intensywniejsze wypieki na jej policzkach.
Ai i Nika spojrzały porozumiewawczo po sobie.
- Gotowi. – do pomieszczenia wparadowała Asima.
- Tak. – odparli jednocześnie.
- Dajcie mi chwilkę. – bogini odwróciła się do nich i wyciągnęła rękę, która rozjaśniała złotą poświatą.
- Kai… - Aicsha chwyciła go za rękę. – Trzymaj swojego sekskalibura w spodniach, dobrze? Ona jest niewinna, obchodź się z nią ostrożnie. Chyba nie chcesz jej spłoszyć? – uśmiechnęła się.
Zaskoczony chłopak tylko przytaknął i podszedł do wołającej go władczyni. Arcyksiężniczka zlokalizowała zmieszanego demona i w mgnieniu oka pochwyciła ją i pociągnęła za sobą w drugi kąt pokoju.
- Ja… przepraszam… ja nie chcę ci odbijać… - miotała się ze ściśniętym gardłem.
- O czym ty mówisz, YuLee. Mnie i Kai’a nie łączy takie uczucie.
- Ale wy… no…
- Sypialiśmy ze sobą i tyle. To mój przyjaciel, dlatego powierzam go tobie, dobrze? Dbaj o niego. – potarła jej czerwoną twarz, uśmiechając się szeroko. – Możesz go kochać bez przeszkód. – odparła ściszonym głosem.
- Tak! – dziewczyna odrzekła przez łzy szczęścia.
Obie spojrzały w stronę chłopaka, który bez dyskusji pozwalał Cesarzowej pieczętować swoje boskie moce. Patrzyły jak jego boski znak znika, a jego usta układają się w grymasie zadowolenia.
- Gotowe. – oznajmiła Asima, otwierając przejście do ludzkiego świata.
- Chodź! – Kai wyciągnął rękę do dziewczyny.
YuLee z rozrzewnieniem, chwyciła ufnie jego dłoń, którą mocno zacisnął. Pociągnął ją za sobą w jasne światło.
- Bawcie się dobrze! – Cesarzowa krzyknęła za nimi.
- Mamo, myślisz, że będzie dobrze? – Ai z niepokojem spoglądała na zamykającą się bramę.
- Będzie. Jest zapieczętowany i zakochany. – wypaliła, podpierając się pod boki. Odwróciła się na pięcie, muskając czuprynę córki. – Chyba straciłaś „zabaweczkę”, Ai. – wyszczerzyła się złośliwie.
- Co…? – młoda bogini uniosła brew.
- Pospiesz się i znajdź sobie chłopaka. Frustracja seksualna jeszcze zamroczy ci umysł. – zaśmiała się, zamykając za sobą drzwi.
- Jak tobie. – wycedziła, wiedząc, że bogini już jej nie słyszy.
- Twoja mama była w świetnym humorze. – zauważyła Nika.
- W nadzwyczaj dobrym. – prychnęła. – Chodźmy na lekcje.

Cisza unosiła się w saloniku na najniższym piętrze pałacu. Emanowała pozornym spokojem, lecz była wywołana zawziętym bojem dwóch braci. Krople potu spływały po ich czołach, które ocierali, co kilka minut. Ich napięte twarze wpatrywały się z rosnącym napięciem w szachownicę. Latis wypuścił głośno powietrze i poczochrał nerwowo, potargane już włosy, które straciły swą nieskazitelną formę od ciągłego wsuwania  w nie dłoni. Niesforne blond kosmyki sterczały we wszystkie strony, tworząc na głowie Arcyksięcia fryzurę przypominającą gniazdo srok.
- Szlag by to! Znowu pat! – huknął, rozeźlony. Spoglądał na zagonionego w kozi róg swojego króla stojącego na C2. Po lewo stał pionek, a poniżej goniec. Inne pola wokół niego szachowane były przez figury Iru – dwa skoczki stały na A4 i D4, goniec na A3, wieża na G2 i niebezpieczna królowa na D5. Nie widział rozwiązania i zrezygnowany westchnął.
- Beznadziejnie nam to idzie. Kolejny remis do kolekcji… - jojczał Iru.
Z obu uleciało powietrze i wyglądali jak przebite baloniki, które osunęły się na stół.
- Niezmiernie doceniam wasze starania w rozwoju waszej ostatniej szarej komórki, która teraz odpowiada za wasze lędźwie, ale… - usłyszeli ostry głos siostry. Obrócili się w jej kierunku. Asima stała w progu ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i wściekłym spojrzeniem Słońca. Zerknęli na siebie. - …byłabym bardziej rada, gdybyście zaczęli ćwiczyć i rozwijać waszą moc, abym mogła was nazwać braćmi. – podeszła do stolika i chwyciła zapomnianego gońca Latisa, stawiając go z hukiem na  D2, pomiędzy uwięzionego białego króla i gońca z tego samego obozu, blokując szachowanie królowej czarnych i odsłaniając możliwość ucieczki króla białych (na miejsce laufra). Przeszła do ruchu czarnych Iru i zbiła gońca Latisa. – Szach mat, wygrałby Iru. – oznajmiła. - Myślenie pozostawcie władcy. Zajmijcie się swoim rozwojem – łypnęła na braci czerwonymi ślipiami na tle absorbującej czerni.
Latis zamarł, wpatrując się w nieznane oblicze ukochanej siostry, a Iru uciekł wzrokiem jak małe dziecko ganione przez matkę, z której zdaniem się nie zgadzał.
- Żeby mogli nazywać nas Rodzeństwem de Death. – syknęła i obróciła się na pięcie. Powolnym krokiem ruszyła ku drzwiom. – Potrzebuję waszej siły, dogońcie mnie, małe króliczki. – rzuciła przez ramię, posyłając im wredny uśmieszek, który miał ugodzić ich ego i zmusić do pogoni. Prychnęła dosadnie i kpiąco pod nosem, naciskając klamkę. Zostawiła ich oniemiałych z galimatiasem przeróżnych uczuć.
- To było ostre. – Asaylen rzucił z obojętnością w głosie. Spojrzał na zasępionego Latisa. – Zostawiła nas daleko w tyle. – wstał i przeciągnął się. – Cóż, powinniśmy ćwiczyć to, co nam bardziej wychodzi… walkę! – wyszczerzył się entuzjastycznie.
Arcyksiążę spuścił głowę. Utkwił wzrokiem na swoich splecionych palcach.
- Im większą moc zdobywa, tym bardziej się ode mnie oddala. – podsumował ze smutkiem.
Asima żwawym tempem dotarła do swojej komnaty. Weszła do środka i oparła się o skrzydło.
- „Nie wierzę, że grali sobie w szachy! I to jeszcze tak nieudolnie! Bystrością nie grzeszą!” – piekliła się. – „Lepiej dla wszystkich by było, gdyby zajęli się walką, a nie hańbili szachistów.” – warknęła w myśli, podchodząc do szafy.
Wyjęła z niej czarną sukienkę i powiesiła ją na drzwiach od potężnego mebla, skrywającego w sobie mnóstwo szykownych sukni i zadziornych sukienek. Uśmiechnęła się do siebie, gdy przesuwała wzrokiem po kreacji, którą uznała za trafny wybór. Jej ponętne usteczka uniosły się w chytrym grymasie. Zaśmiała się podstępnie, nie mogąc powstrzymać ekscytacji zakręciła się w kółko, po czym spoglądając na zegar i szybko rozplanowując czas, ruszyła do łazienki.
Przygotowania zajęły jej kilka godzin, gdyż niespiesznie raczyła się relaksującymi zabiegami. Odświeżona i odprężona nacisnęła klamkę i stanęła jak wryta. Przy szafie stał Airen i lustrował wściekle jej strój. Widziała jak jego wnerwienie osiąga niebezpieczny poziom. Był u kresu wytrzymałości. Poczuła przyjemną satysfakcję.
- Wpatrujesz się w nią jak sroka w gnat. – rzuciła od niechcenia, podchodząc do szuflady z bielizną.
- To nie jest sukienka. – odparł, powstrzymując się od wybuchu. – To są skrawki materiału! – wskazał na dwa pasma tkaniny, które miały spocząć na szyi jego ukochanej. Krzyżowały się tuż przed piersiami i z ledwością były w stanie zasłonić atrybuty jakiejkolwiek kobiety. – Toć to ci sutki zasłoni, a gdzie reszta piersi?!
- Przesadzasz. Zasłoni więcej. – grzebała w poszukiwaniu umyślonej bielizny.
- To… to.. to nie dość, ze ledwo zasłania piersi, to jeszcze niemalże całkowicie odsłania brzuch i plecy! Po moim trupie pójdziesz w tak wulgarnej kiecce na przyjęcie! – krzyknął, dając upust swojej złości.
Asima zaprzestała poszukiwań i odwróciła się twarzą do niego.
- Przecież nie jestem damą, nie muszę zważać na swój strój. – zripostowała.
- Ty… - zacisnął usta w wąską kreskę. – Nie pójdziesz w tym. – oznajmił przez zaciśnięte zęby.
Z jego pleców wyrosły czarne niczym bezksiężycowa noc cienie, które swoimi ostrymi brzegami sięgnęły nieprzyzwoitej sukienki, tnąc ją na strzępy.
Asima uniosła brew, chłodno taksując Airena. Król zadarł podbródek, mierząc ją surowo.
- Następna niech lepiej cię zakrywa. I lepiej, żeby przypominała golf. – rzucił, przechodząc obok kucającej władczyni.
- Skoro tego chcesz… - odpowiedziała, gdy wyszedł. Na jej ustach błąkał się triumfalny półuśmieszek.    
Późne popołudnie zmieniło się we wczesny wieczór. Tykające wskazówki wielkiego zegara, przybliżały ustalony czas rozpoczęcia przyjęcia.
Airen kręcił się niespokojnie w przedsionku przy głównym wejściu. Oczekiwanie na Asime doprowadzało go do szewskiej pasji. W głowie kłębiła mu się jedna myśl – co też na siebie włoży. W pośpiechu obmyślał plan pozbawienia życia irytującej „papugi”, gdyby przypadkiem zbytnio się zbliżył do Cesarzowej. Usłyszał chrząknięcie na górze schodów. Szybko spojrzał na stojącą półpiętrze boginię. Wytrzeszczył oczy. Czuł podniecenie i zazdrość jednocześnie. Zrozumiał, że wpadł w jej pułapkę.
Skórzany stanik przykryty był czarną, fantazyjną koronką, która na szyi tworzyła coś na kształt golfu. Subtelne ażurowe wzory pokrywały jej ręce i brzuch, by na biodrach przejść w skórzaną spódnicę.
Jeden zero dla niej, pomyślał.
Asima poprawiła spięte w kok włosy i zawirowała wokół własnej osi. Z błyskiem złośliwości w oku, patrzyła jak twarz Króla przybiera bordową barwę. Subtelna koronka zakrywała jedynie jej ramiona. Na odkrytych plecach przechodził jedynie pas od biustonosza, z którym połączone było misterne koronkowe zdobienie z połyskującymi diamencikami, które znikało na szyi, pod zapięciem prowizorycznego golfu.
Jej zęby zalśniły w szerokim uśmiechu.
- Wyglądasz seksownie. – odparła kokieteryjnie, lustrując jego dopasowany frak, idealnie podkreślający jego muskularne ciało, które napięte było od targanego nim gniewu. – Idziemy? – spytała, trzepocząc wytuszowanymi rzęsami.
- Lisica. – fuknął, łapiąc ją pod ramię.

Cesarzowa ukradkiem wodziła oczami po wytwornym pałacu, urządzonym w przepychu. Właściciele tychże włości uwielbiali błyskotki, które spotykała na każdym kroku. Airen pchnął szklane drzwi prowadzące do Sali balowej, w której tłumnie zgromadzili się zaproszeni przez Lupo goście. Od progu przywitała ich podstarzała para. Kobieta ubrana była gustownie i dość skromnie. Zadowoliła się długą, balową suknią w kolorze kremowym. Na jej piersi spoczywał pokaźny naszyjnik mieniący się zielonym blaskiem szmaragdów. Mężczyzna nosił klasyczny, czarny garnitur z muchą. Oboje rozpromienili się na ich widok.
- Król… i Cesarzowa. – kobieta dygnęła, pochylając głowę. – Witaj, wspaniały Królu w naszych skromnych progach.
- Witaj, szanowna pani. – odwzajemnił uprzejmość. – To Deonizja, matka Lupo. – przedstawił boginię swojej towarzyszce.
- Och, miło mi poznać. – Asima skłoniła się, chwytając rąbek sukni.
- Cesarzowa jest piękna, zupełnie tak jak mówią plotki. – zachwycił się bóg, gładząc swoją przystrzyżoną brodę.
- Dziękuję. – uśmiechnęła się zniewalająco, powodując głębokie rumieńce na policzkach ojca jubilata.
- Lu…po – matka zawahała się, spoglądając na męża – niebawem się pojawi. Dziękujemy za zaszczycenie nas twym przybyciem, pani, na pięćdziesiąte urodziny naszego… dziecka. – dygnęła ponownie, wskazując przestronną salę.
Airen ujął jej dłoń i pociągnął za sobą. Kelner wręczył im po niezwykle przybranym kieliszku szampana i znikł tak szybo jak się pojawił.
- Spory tłum. – zauważyła.
- Taa. – wyzerował zawartość szampanki, nie mogąc pogodzić się z myślą, iż kolorowy przebieraniec będzie pożerał wzrokiem jego ukochaną.
- Znasz ich wszystkich?
- Większość. – odparł, zabierając z pobliskiego stołu butelkę wina. Napełniwszy kielich i upił łyk. – To w większości głowy potężnych rodów.
- Aha. – rzuciła, uważnie przyglądając się wchodzącej kobiecie.
Chabrowa suknia z jednym ramiączkiem, które przyozdobione było kwiatami tego samego koloru i przepasana w talii, wyróżniała się pośród tłumu. Czarne włosy kobiety układały się na jej ramionach subtelnymi falami. Asima zmrużyła oczy i po chwili stłamsiła piśnięcie. Szturchnęła Airena, pokazując mu niewiastę w oddali.
- Patrz! – rozkazała.
Król powiódł spojrzeniem za jej wskazaniem. Wybałuszył oczy, powstrzymując parsknięcie śmiechu. Nim otrząsnął się z szoku, kobieta znalazła się przy nich.
- Cesarzowa Asima! – brunetka zamknęła zaskoczoną boginię w ramionach.
- Ymmm… yyy… Lupo…? – wydukała.
- Tak. – przytaknął, odsuwając się od niej na długość ramion.
- Nie miałem pojęcia, że jesteś transwestytą. – Król zaakcentował swoją obecność.
- Ty… co tutaj robisz? Trzeba mieć zaproszenie, żeby…
- Ależ je mam. – rozbawiony Airen pomachał mu przed nosem kopertą.
- Nie zapraszałem cię… mama, tata… - ostro zmierzył rodziców, którzy stanęli obok, widząc narastającą atmosferę.
- Nie mogliśmy nie zaprosić tak ważnej persony. – Deonizja zaczęła niepewnie. – To król.
Lupo prychnął z niezadowoleniem, odwracając obrażony głowę w drugą stronę.
- W sumie nieważne, grunt, że mam u swego boku Cesarzową. – zapiał, chwytając Asimę za rękę.
Zmieszana bogini wlepiała w niego zamrożone bursztyny. Wyglądał odmiennie. Jako kobieta wykazywał się niezwykłym gustem i elegancją, a jako mężczyzna był porażką modową. Zastanawiała się nad tym paradoksem.
- Nie bardzo rozumiem… - zaczęła.
- Och, chodzi ci o to. – uśmiechnął się perliście. – Bo widzisz, kocham cię miłością lesbijską.
- Co…?
Airen wybuchł gromkim śmiechem. Śmiał się, płacząc. Oczy wszystkich zwróciły się na nich, a rozmowy ucichły.
Lupo zganił go wzrokiem pełnym pobłażania. Rozejrzał się po sali.
- Chodźmy, pani, wyjaśnię ci wszystko w zaciszu mego pięknego ogrodu. – złapał jej nadgarstek i wyprowadził z oszklonej sali.
Nocne niebo rozciągało się nad zadbanymi drzewami i krzewami. Gwiazdy migotały w oddali, ciekawsko spoglądając na obszary pod sobą.
Asima gorączkowo starała się pojąć sytuację, gdy bóg zatrzymał się. Zajrzał jej w oczy, ujmując dłoń.
- Cesarzowo, jak już wspomniałem kocham cię miłością lesbijską. Jestem kobietą uwięzioną w tym obrzydliwym ciele, lecz dzięki przychylności swego tragicznego losu, dzięki temu brzydactwu, mogę legalnie cię poślubić. – jego oczy zabłysły, a Asima przełknęła głośno ślinę.
- Wybacz… - wysunęła dłoń z jego uścisku. – ale nie gustuję w kobietach.
Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Była prawdziwie zaskoczona. Teraz mogła śmiało stwierdzić, że widziała już wszystko. Lupo był ciekawą i barwną postacią; intrygował ją. Jego gesty i słowa podsycały jej ciekawość; chciała ujrzeć jego reakcję na swoją odpowiedź.
- Czy zatem mógłbyś pozostać mężczyzną? – rozpoczęła grę.
- Mężczyzną? Tym bezguściem, które poznałaś? Jestem elegancką kobietą!
- Ale mnie kobiety nie interesują. – ściszyła zmysłowo głos – nie pociągają, nie pragnę ich.
Lupo poczuł przyjemne ciarki, biegnące wzdłuż kręgosłupa.
- Nie przyjmiesz mych oświadczyn? – spytał, podejmując rękawicę.
- Nie. Nie kochasz mnie. Jesteś mną zauroczony, ale to nie miłość.
- Jeszcze nie. Lecz bądź pewna, że przybierze na swej intensywności. Ty również się we mnie zakochasz, w kobiecie zwanej Lupita. – wyszeptał złowieszcze słowa, nachylając się nad nią.
Cesarzowa zamarła, czując jego kwiatowy zapach, który nijak pasował do mężczyzn. Jego oddech smyrgał ją po policzku. Zajrzała w zdeterminowane ciemne oczy Lupity. Odbijało się w nich zdecydowanie i czaiło pożądanie. Nim do głowy wpadła jej myśl, aby się odsunąć na bezpieczną odległość, zdążył on sięgnąć jej rozchylonych ust.
Ciało Airena zalała furia. Początkowo się śmiał z odkrycia tożsamości „papugi”, następnie odczuł niepokój, gdy zabrał ze sobą Asime. Lekko się zdenerwował, kiedy zaczęli flirtować skryci pod nocnym niebem, w objęciach zielonego ogrodu. Teraz miał ochotę zniszczyć całe to królestwo, tak dla pewności, iż przebieraniec, aby na pewno wyzionie ducha. Mroczna aura dotarła do zmysłów Lupity, która uniosła przymknięte powieki, odszukując w ciemności jarzące się ślepia bestii. Ich spojrzenia natarły na siebie.
Bóg oderwał się od Cesarzowej i szepnął jej coś do ucha. Ukrytemu Airenowi posłał drwiący uśmiech i skierował swe kroki z powrotem do sali.
Król, wcześniej robiąc kilka wdechów, podszedł do stojącej w bezruchu ukochanej.
- Spodziewałem się, że go poćwiartujesz, ewentualnie zarobi prawy sierpowy, ale twój brak reakcji zupełnie mnie zdziwił. – wychylił się, żeby dojrzeć jej twarz.
Palce zatrzymała na swoich napuchniętych wargach, a pociemniałe, nieobecne oczy wbijała gdzieś przed siebie. Upojona namiętnością zignorowała słowa Króla.
- Asima?
- Och… to ty. Coś mówiłeś?
- Tak. – syknął.
- Wybacz. – zrobiła krok, zataczając się. Runęła na ziemię.
- Co ci jest? – zapytał zmartwiony i wkurzony.
- Mnie? Mam zawroty głowy. – oznajmiła spokojnie. - To geniusz… geniusz pocałunków. Nawet ty tak nie umiesz. – odrzekła, godząc w jego dumę.
  • awatar Kate - Writes: Nie mam siły. Dopiero co wróciłam, może twoje opowiadanie coś pomoże. Zapraszam na pierwszy rozdział fanfiction Władcy.
  • awatar Lisa Angels: Już się przestraszyłam, że coś się stało, bo przeważnie mówisz kiedy cię nie będzie przez jakiś czas, a że mi się strasznie dłużą dni, to miałam wrażenie, że cię pół roku nie było i się stęskniłam z Asimą.Rozbroiłaś mnie. Szczena mi opadła i chichrałam się bez opanowania. Nie wierze, nie dość, że transwestyta, to jeszcze mistrz pocałunków. Buhahahahahah. Och Lupo/Lupino XD Biedny Arien, dostanie żółci z tej zazdrości. Hahahahaha, historia bezcenna. A tak wogóle mam złe przeczucia co do wyjazdu Kaia i YuLee. To może się źle skończyć. A cesarzowa, jak widać znalazła sobie nową zabawkę. XD Uwielbiam cię i twoje pomysły. Czysty geniusz :D
  • awatar SallyLou: Lupo... jednak nie tylko jego gust jest oryginalny. Papuga grabi sobie u Airena, oj czuję, że Królowi skończy się cierpliwość i polecą barwne piórka ;D ( nie wiem czemu, ale w połowie rozdziału byłam niemal pewna, że porzuci plany wobec Cesarzowej i rzuci się na Airena... wypaczenie jakieś ). Stęskniłam się za Twoimi opowiadaniami. Czas straszne mi się dłużył bez nich...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Kategorie blogów