Wpisy oznaczone tagiem "choroba" (1000)  

jamniczek-pl
 
Ten palec cię nauczy
że zwierząt się nie tuczy.
A utucz tylko swoje
- wsadzę ci go w skronie.

Ból permanentny,
zwierz z cierpienia padnięty,
a ty mu żarcie wciąż wciskasz,
włożę ci palec do pyska.

Jak ma biec po piłkę
ty mały skurwysynku
spróbuj jeszcze raz
wsadzę ci go w twarz.

Kochasz przyjaciela?
Weźże go na spacer
nie? Śmierć już puka
tym palcem się postukaj.

A jeśli nie dociera
zostanę proktologiem
obyś trafił na mnie
poczujesz, kto twym wrogiem

i wejdę tym paluchem
a on ci wyjdzie uchem,
chuju.

grubezwierze.jpg
Wikistrony:
 

jamniczek-pl
 
Ta sałatka była chyba trochę przeterminowana. :|

rozwol_nie_nie.jpg
 

jamniczek-pl
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

jamniczek-pl
 
Ciepła. Dobra.

Flegma zacznie mi chyba z dupy wyłazić.

“Nie wiem jak Wy, ale ja bawię się świetnie.”


grypaczykur.jpg
 

jamniczek-pl
 
...zaatakować moje lewe ucho.
To przygłuchawe.

Tak, że teraz pije szampana z(reszą) organizmu. Udało się zająć dolną i górną część układu oddechowego, to teraz - brzdęk! - zatkajmy jej całkiem to ucho.

PS Dodaję obrazek dla ludzi, którzy (ku)mają *czarne* poczucie humoru.
7lat_czarnyhumor.jpg
 

jamniczek-pl
 
Pani laryngolog podczas badania ni z tego ni z owego zapytała mnie, co znaczy znak na mojej szyi. Pielęgniarka, która akurat weszła do gabinetu też zerknęła. Spekulowały, cóż to może być.

Kiedy bolało mnie ucho Pani doktór podczas dłubania powiedziała do niego "Grzeczne/dobre uszko". I dalej dłubała.

A jak tak sobie dłubała, niespodziewanie postukała w moją skroń. I pytała o fryzurę. Między innymi czy coś się za nią kryje, czy po prostu lubię. Później powiedziała o swoim synu i jego włosach.

Rozmawiałyśmy dość długo.

Powiedziała mi co, jak i z czym. Bardzo spoko kobieta z doświadczeniem. Podczas rejestracji uprzedzono mnie, że najpewniej będę musiała poczekać i być cierpliwą.


I czułam się w miarę w porządku, zjadłam "suchą" bułkę, zapiłam pewnym płynem z witaminami.

Ale później szło coraz gorzej. Na dworze ciepło a mi chłodnawo. Myślałam, że kaszel może być po fajkach. Ale siedział drugi dzień i się coś jakby "odrywało". Zaczęły mnie boleć mięśnie. Nie szłam, pełzłam. O pewnej godzinie chce mi się jeść - nie chciało mi się. Ale w ulubionym barze wciągnęłam zupę.

Jakiekolwiek leki przeciwbólowe itd. biorę może raz na rok. Wzięłam.

Dobranoc ssaki płetwonogie.
 

jamniczek-pl
 
Podczas poprzedniego rezonansu odcinka lędźwiowego, przy użyciu innego sprzętu, wyglądało to tak:

Zobaczyłam w co się, dosłownie, pakuję, i mówię do kobiety:
- Dobrze, spróbujmy. Ale boję się. Mam klaustrofobię.
- Rozumiem. Spróbujemy?
- Tak...
- Uchylę (to nie była tuba, do której się wjeżdżało. Takie "drzwi" od góry) na tyle, na ile mogę. Gdyby cokolwiek się działo proszę mi dać znać.
- Dobrze, dziękuję pani bardzo.

Położyłam się, kobieta mnie zasłania, ja już czuję że jest nieciekawie.

- Chyba nie dam rady.
- Czyli nie robimy?
- Wie pani co, spróbuję wytrzymać.

Odsłoniła mnie na tyle, że nie czułam się mocno zamknięta. W pewnym momencie nawet poczułam swego rodzaju odprężenie.

Poza tym cały czas widziałam tę kobietę za szybą.
W każdym momencie mogłam dać znać, że coś nie halo.

Dzisiaj mężczyzna po prostu zniknął, a kiedy mnie wsuwało do "tuby" źle się czułam.


Poszłam do pani w rejestracji, bardzo miła. Nie mogła mnie z jakichś przyczyn umówić na kolejne spotkanie z lekarzem, wyjaśniłam co i jak, dała mi namiary kiedy mój doktor przyjmuje. Mam przyjechać i powiedzieć jak wygląda sprawa.

Jeżeli uda mi się dostać poza kolejką to chyba tylko w drzwiach zamienię dwa słowa.

Nie wiem co dalej.
 

jamniczek-pl
 
Byłam dziś na rezonansie magnetycznym kolana.

To się udało zrobić (mam nadzieję, wyniki za 2 tygodnie), ale wspomniałam... Szło mniej więcej tak:
- Jest pani w ciąży? (specjalnie wcześniej miałam wypełnioną ankietę, gdzie wyraźnie było zaznaczone, że nie a chłopak/no, "pan" , tę ankietę wziął ode mnie przed badaniem)
Ja zdziwiona - Nie.
- Proszę się tu położyć...
- Wie pan, jest tak. Mam ogromną klaustrofobię.
- A tam, coś pani nie wierzę.
- Naprawdę.
- Będzie pani miała głowę na zewnątrz.
- Tak się domyślałam, dziękuję. Chodzi o to, że mam mieć również rezonans kręgosłupa lędźwiowego. I również chciałabym, aby głowa pozostała na zewnątrz.
- Nie ma takiej możliwości.
- Rozmawiałam z lekarzem, powiedział, żebym spytała, poprosiła, żeby głowa była na zewnątrz.
- Proszę pani, będzie pani cała umieszczona w środku.
- Czy naprawdę...
- To nie jest moje widzimisię. Nie ma innej możliwości.
- Rozumiem. Dziękuję.

I tak podczas bycia z głową i klatką piersiową poza "tubą" czułam dyskomfort.

Po wyjściu z gabinetu odwołałam rezonans kręgosłupa, żeby nie blokować komuś kolejki.

PS Dobrze, że ten mężczyzna nie ma klaustrofobii - albo ja o tym nie wiem - tak, oczywiście.
Ale, że machnął na to ręką i sobie poszedł bez słowa a ja nie wiedziałam co zrobić, gdybym nie wytrzymała nawet w takim ułożeniu...
 

jamniczek-pl
 
Przy okazji wizyty w celu zrobienia przez mojego Pana Doktora kiretażu jednej kieszeni, którą powinnam robić co pół roku, ale jakoś zawsze "coś" to się odwleka (z mojej strony), wyszło, że są dwa zęby, a dokładniej trzy, do obejrzenia. Myślałam, że dwa. Źle zrozumiałam.

Pierwszej się obawiałam, ponieważ coś tam się mogło pogłębić w kości przez to, że nie stawiłam się za pół roku a z poślizgiem. Ale wszystko poszło szybko i sprawnie i jeżeli byłyby zmiany to bym o tym została poinformowana.

Krzywe, ale zadbane. Nie wiem na ile moja dbałość o zęby ma wspólnego z możliwością... idźmy dalej.

Przy drugiej wizycie obawiałam się, że przy otwarciu przez piątkę (do) szóstki czy jakoś tak może wyjść wszystko. Zęby nie bolą, ale nie muszą żeby się okazało, że coś złego się dzieje.
zeby.jpg

To informacja dla osób, które nie pojawiają się u stomatologa minimum raz na rok.
Lepiej wyczyścić i zalepić coś, o czym się nie miało pojęcia, niż za jakiś czas lecieć na leczenie kanałowe itp.

Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.

Na swoją kolej czeka niepozorne coś tam w ostatnim zębie. Żebym ja z tym "niepozorne" nie wykrakała.

To tyle odnośnie zębisk.

Dobrego piątku urwipołcie!
 

jamniczek-pl
 
Kobieta w rejestracji miała silne nerwy, bardzo silne.

Gdy podeszłam i zaczęłyśmy rozmawiać, w pewnym momencie... zaczęła się śmiać.

Śmiała się bez przerwy, nerwy puściły albo właśnie już nie mogła więcej znieść i wylała to z siebie. Ja żem to, niechcący, uczyniła.
Nie rozumiałam, o co tej Pani chodzi a ta Pani nie rozumiała, o co mi chodzi.

Niespecjalnie przecież wprowadziłam ją w taki stan.

Na początku, kiedy zaczęła się śmiać spojrzałam na kolejkę za mną i powiedziałam: "Całe życie z wariatami". ;)

A wcześniej, kiedy spytałam - mają najnowszy sprzęt, poprzednio mogłam mieć odchyloną "pokrywę" a teraz jest inny i można podobno głowę zostawić na zewnątrz - czy z tą głową na zewnątrz to ja mogę bo mam klaustrofobię to ta Pani, że mam się skierować do pacjentów czekających, może któryś mnie przepuści i się dowiem.
Ja na to: "Nie, nie, proszę mnie zapisać."
Przecież nie wrócę na koniec kolejki.
Zaczyna zapisywać.
Ja głośno: "Najwyżej umrę". ;)
 

jamniczek-pl
 
Kolano kolanem, ale powiedziałam o tym nieszczęsnym kręgosłupie. Że nadal rypie, pomimo kilku fizjoterapii.

Dostałam skierowanie na MRI kręgosłupa, drugie. I kolana.

No to idę do szpitala obok, patrzę, kolejka jakbyśmy mogli sobie zrobić prywatnie zdjęcia różnego rodzaju za friko tego samego dnia.

Kobieta, która mnie wpuściła, mówi:
- Fajna fryzurka!
- Dziękuję!
- Jestem fryzjerką.
- Naprawdę? Łoach! :)

Fajna babka nawiasem mówiąc.

Przeczekałam swoje w kolejce, dochodzę do rejestracji.
 

jamniczek-pl
 
Byłam u swojego ortopedy, którego ostatni raz widziałam dwa lata temu.

Cały czas kręci się sprawa wokół kręgosłupa, ale kiedy byłam wcześniej, w 2018, mówiłam, że boli mnie kolano. Nic nie wykrył.

Któregoś dnia nie mogłam zejść po schodach, dokuśtykałam do miejsca, w którym byłam wolontaRIUSZką.

Żeby nie przedłużać. Przemiła Pani Doktor, która nie raz mi pomogła, zleciła RTG. Okazało się, że coś tam się dzieje.
Pan doktor zrobił USG - nic nie wykryło.

Ja natomiast nic z tego nie rozumiem. (ciąg dalszy po dłuższej przerwie.)
 

jamniczek-pl
 
Z tym kuniem żartuję* (w sensie "jak kuń" ; to, co się dzieje jest straszne), ale co mam zrobić, siąść i zapłakać nad zasranym losem w tym pięknym kraju? (O tym za jakąś chwilę, jeżeli dotrwasz.)

Wyniki badań rezonansu kręgosłupa z maja 2019, w sporym uproszczeniu: "Pogłębiona lordoza kręgosłupa lędźwiowego. Małe centralne wypukliny krążków (...) Zaznaczone zmiany zwyrodnieniowe."

A ja, zamiast pójść dwa-trzy razy na zakupy poszłam raz a porządnie.
Przedwczoraj.

Wczoraj robiłam kolejne zakupy i kiedy byłam w Carrefourze myślałam, że siądę na podłodze, albo się na niej położę, i niech się dzieje. Rypało mnie ostro.

Na takie zabiegi jak fonofereza, krioterapia czy trebert czeka się krócej niż na ćwiczenia rehabilitacyjne - NFZ.  Na pierwsze kilka miesięcy, na drugie dłużej, bo też kilka miesięcy dodając jeszcze kilka. ;>

Byłam trzykrotnie i jestem niezmiernie wdzięczna ludziom, którzy pracują tam, gdzie pracują.  

bol_kregoslupa1.jpg


Dlaczego w naszym kraju nawet 40-letnie, 50-letnie osoby, nie pisząc o starszych, mają problemy nie tylko z bólem, ale i czasem dziwnie się poruszają? Bo w tym kraju panuje burdel na kółkach (wózka inwalidzkiego - nie gniewajcie się będący na nim, to mój czarny humor. :) ) Ponieważ są kolejki do specjalistów jak stąd do Poznania albo Puerto Rico.

Nie będę owijać w ciepłe koce: wszystko jest popierdolone.

I mówią, że pieniądze szczęścia nie dają.

Z jednej strony to prawda. Możesz spać na pieniądzach, ale mieć taką depresję, takie problemy psychiczne, że sam/a ze sobą nie wytrzymasz. (Tutaj ukłon w stronę dobrych psychoterapeutów i psychiatrów - wiele osób dzięki Wam wyszło z odmętów cierpienia. Ale nie każdy na Was trafi. I nie każdemu przyjdzie doczekać jeżeli nie ma kasy. Bądźmy szczerzy. I to nie jest Wasza wina.)

Z drugiej strony: pieniądze dają szczęście. Można za nie opłacić prywatne wizyty u specjalistów i nie stać w korkach. Można iść bez kolejki, chodzić często, masaże, srasaże, ćwiczenia pod okiem fachowca i wychodzenie na prostą. Kręgosłupa.

Psychiki.

Kolejki do psychiatrów i psychoterapeutów na NFZ... Oddzielny temat.

psycho.jpg


Wczoraj spoglądałam na młodą dziewczynę, która grała w coś na smartfonie podczas oczekiwania na tramwaj. Była mocno zgarbiona.
Teraz ma to w dupie, ale - mam nadzieję, że nie - za dwadzieścia lat będzie kwiczyć.


*na przykład www.rp.pl/(…)190829957-Morskie-Oko-Ludzie-ciagneli-…
kon.jpg
 

pajabier4444
 
Nie chciałam tam iść, bo wiedziałam, że się do tego nie nadaję zdrowotnie i się tam nie zalogowałam.
Pan profesor jednak tak mnie namawiał, że poszłam w drugim naborze.
Egzamin poszedł mi bardzo dobrze - to taka czysta formalność, m.in. sprawdzanie słuchu (miałam powtórzyć dźwięki, zagrane przez osobę egzaminującą), zaśpiewanie jakiejś piosenki, ewentualnie zagranie jakiegoś utworu na fortepianie, jeśli ktoś potrafił.
Zagrałam preludium deszczowe Chopina.
Powiem tyle, że ci, co podchodzili do tego egzaminu, w ogóle sobie to zlewali.
Ci, co umieli grać, to robili to tak chaotycznie, że ja po prostu nie wierzyłam, a ja tak się denerwowałam..
W ogóle bardzo mnie chwalili po tym egzaminie, że wreszcie usłyszeli normalną muzykę (chodziło o granie oczywiście).
No i dostałam się tam.
Moja nauka miała wyglądać w ten sposób, że raz w miesiącu miałam jeździć tam na zajęcia. Miałam dostawać maile z materiałami do zajęć.
Nic z tego nie wyszło, bo nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia.
W październiku tam pojechałam i nawet nie poszłam na zajęcia, bo jazda tak mnie wymęczyła.
Przez pół roku byłam jednak tam zapisana i pobierałam stypedium.
Powiem, że było mi bardzo głupio z tego tytułu.
Co zaś tyczy się maili, to tylko dwie wykładowczynie podsyłały mi materiały, a reszta chyba nie miała czasu, więc i tak byłoby strasznie trudno nawet, jak byłabym zdrowa.
I tak zakończyła się moja ,przygoda" ze studiowaniem, bo po  pół roku po prostu zrezygnowałam.
  • awatar gość: ty ty to się chwalisz czy żalisz?
  • awatar gość: Pisz dalej. Zainteresowała mnie twoja historia. Jaki to był kierunek studiów?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

stylowki24
 
Przed Wami druga część naszej nowej serii, dotyczącej zaburzeń psychicznych. Tym razem bierzemy na tapetę chorobę afektywną jedno- i dwubiegunową.

www.dlanastolatek.pl/choroba-afektywna-jedno-i-d…

Bez-nazwy-1-kopia2.jpg
 

pajabier4444
 
Poszło mi wtedy bardzo dobrze, ale, co wcześniej się nadenerwowałam...
Powód był jeden - źle się czułam, a to jest zawsze taka złośliwość losu, że człowiek akurat wtedy się źle czuje, jak ma coś zrobić.
Ostatnie lekcje u profesora Mizery (zdecydowałam się wymienić jego nazwisko, bo, jak wsadzę filmik z dyplomu, to tam będzie ono wspomniane), były nie za bardzo udane.
Sam profesor chyba się też denerwował, bo w dniu koncertu powiedział, że chyba nie przyjedzie, bo go bardzo boli głowa.
Przyjechał w rezultacie, bo łyknął 2 ibupromy i mu przeszło.
Przed dyplomem pan profesor zasugerował, że, jeśli jest taka możliwość,to żebym sobie poćwiczyła na tym fortepianie, na którym grałam, co zresztą zrobiłam.
Denerwowałam się też dlatego, że na koncert mieli przyjść moi znajomi, a właśnie wśród znajomych człowiek najbardziej boi się skompromitować.
Już lepiej byłoby obcym grać.
Nadszedł dzień koncertu.
Pamiętam, że rano zjadłam gofry z dżemem i wypiłan kawę doktora Jacobsa, bo wtedy wiedziałam, że, jak zjem coś ,cięższego", to mi może granie nie pójść (właśnie przed egzaminem z form bardzo dużo zjadłam i to był powód złego myślenia i złej oceny).
Mama chciała zabrać mnie do fryzjera, ale odstąpiła od tego zamiaru, bo babcia wsiadła na nią, że zgłupiała, żeby mnie jeszcze ciągać po fryzjerach i denerwować. Miała rację.
Nadeszła godzina koncertu - 17.00.
Byłam zdenerwowana, ale skupiona.
Myślałam tylko o tym pięknym fortepianie, na którym gram, bo on naprawdę miał przepiękny dźwięk.
Grałam następujący program:
1. Preludium i fugę C-mol Johana Sebastiana Bacha ze zbioru das Voltemperierte Clavier z tomu 1.
2. Etiudę F-mol F. Chopina bez opusu.
3. Etiudę G-mol Maurycego Moszkowskiego.
4. Sonatę C-mol patetyczną Beethovena - 2. i 3. część.
5. Deszczowe preludium F. Chopina
6. Arabeskę E-dur Claude Debussy'ego.
Koncert trwał prawie godzinę.
Najbardziej bałam się etiudy Moszkowskiego i po niej zrobiłam przerwę, bo poczułam się zmęczona.
Miałam taką możliwość. Nawet profesor przed koncertem mi powiedział, żebym wstała, jeśli będę chciała przerwać grę.
Poczułam wielką ulgę, gdy skończyłam, ale, niestety, ,nie wiedziałam, jak się nazywam".
Jak ludzie mi gratulowali, to byłam, jak półprzytomna, nawet to do mnie nie docierało.
Chciałam iść do domu.
Dopiero na drugi dzień doszło do mnie, że zdałam i to bardzo dobrze.
 

pajabier4444
 
Pojechałam do Gdańska z mamą i z babcią i z mamy partnerem, obecnie już mężem - Sławkiem.
Spędziliśmy tam bodajże tydzień czasu.
Oczywiście do Gdańska zabraliśmy ozonator, który zakupiłam w internecie :).
Przez te parę dni było po prostu super, bo chodziłam z mamusią i ze Sławkiem na plażę, dużo spacerowałam, zwłaszcza ze Sławkiem, bo to on jest z tych, co lubią chodzić, a mama z tych leniwych, co lubią siedzieć na tyłku :D.
Tam poprawiła mi się kondycja, dlatego mile to wspominam, bo miałam siłę spacerować i sprawiało mi to przyjemność.
Poza tym, kiedy chodziliśmy z mamusią i ze Sławkiem na plażę, spotykaliśmy się też z mamusi znajomymi, którzy też tam przyjeżdżali, więc ogólnie było bardzo wesoło.
Uwielbiam takie chwile, kiedy mogę cieszyć się pięknem przyrody i spacerować, i słuchać różnych odgłosów otoczenia, wdychać różne zapachy i, zwyczajnie... być...
Minus był taki, że niestety babcia nie była wtedy na plaży, bo siedziała w domu u rodziny i gotowała mi różne rzeczy do jedzenia :(, no i ozonowała.
Siedzenie tam nie należało do przyjemności, bo w tym domu jest straszny bałagan, brudno i nie był jeszcze wtedy remontowany od czasów wczesnej komuny /.
No ale - nie można mieć wszystkiego :(.
Tak, czy inaczej, jest to jedno z moich miłych wspomnień tamtego okresu - 2015 rok - koniec lipca.
 

pajabier4444
 
Oczywiście potem nie obyło się bez przeszkód - chudłam i przybywałam na wadze na przemian, były okresy, że czułam się wyczerpana. Źle też reagowałam na wszystkie pokarmy, które jadłam (zgagi, bóle brzucha, zaparcia).
w tym czasie tak, jak mówiłam, trochę ratowały mnie kroplówki. Po nich też przechodziły mi dolegliwości gastryczne.
Doszłam do wniosku, że mogę reagować źle na chemię w pożywieniu i zaczęłam szukać metod, oczyszczania żywności z pestycydów.
Najlepszą z nich wydawał mi się ozonator, więc kupiłam go na allegro i to, jak się później okazało, pozwoliło mi przetrwać te najgorsze chwile, bo, rzeczywiście okazało się, że reagowałam źle na chemię, bo po ozonowaniu jedzenia było trochę lepiej, ale nie poprawiło się na tyle, żebym mogła funkcjonować.
Cały czas szukałam w internecie różnych, naturalnych metod leczenia.
Nie wiem, jak to się stało, że trafiłam na metodę detoksykacji doktora Jonasza i preparaty Joalis.
Ściągnęłam sobie książkę z internetu o tej metodzie i zaczęłam czytać o tej metodzie - o zatruciach konkretnych obiegów czynnościowych organizmu, o ogniskach bakteryjnych, wirusowych, grzybiczych, emocjonalnych i toksycznych substancjach chemicznych, które nas zatruwają i powodują zaburzenia nietylko na poziomie fizycznym, ale i emocjonalnym w zależności, w jakim obiegu czynnościowym narządów się znajdują.
Bardzo mnie to wtedy zainteresowało, bo to było nieco inne myślenie niż to, z którym się do tej pory zetknęłam.
Jednak dopiero dzisiaj w pełni rozumiem, o co tutaj chodzi.
Powiem tyle, że, jak czytałam tą książkę, to wydawało mi się, że mam wszystkie możliwe toksyny i to w całym organizmie, ale zaraz potem pomyślałam sobie, że to przecież niemożliwe.
Dziś jednak wiem, że to jest prawda, ale dopiero od niedawna mam tę świadomość.
Znalazłam więc numer do Gdańska, gdzie tą metodą leczono, porozmawiałam o tym z mamą i z babcią i potem, chyba w lipcu, pojechaliśmy tam na wizytę.
Nie było problemu, bo mam rodzinę w Gdańsku.
Wtedy, kiedy miałam wizytę, był 2015 rok.
 

pajabier4444
 
Czytałam o 14.20, a raczej miałam czytać o tej godzinie, ale w rezultacie czytałyśmy z panią Renatą o wpół do czwartej, tak mniej więcej.
Oczywiście przyjechałam z mamą wcześniej.


Nie czułam się najlepiej, bo ze mną w ciągu dnia jest bardzo różnie.
Zareagowałam chyba negatywnie na mamy perfumy i papierosy i poczułam się zmęczona.
Właśnie odkryłam niedawno, że to zaburza mi percepcję otoczenia.
Tak więc nie było do końca fajnie z tego powodu i musiałam się bardzo skupiać, żeby wiedzieć, co się dzieje.
Mimo tego posłuchałam sobie trochę moją ulubioną sztukę :D.
Nadeszła wreszcie chwila naszego czytania.
Poszło ono bardzo dobrze, ale ja się zmęczyłam, bo, jak Marjusz (ja go znam, bo miałam z nim do czynienia jeszcze przed studiami, kiedy to przygotowywałam się do egzaminów na Akademię Muzyczną ze śpiewu), trzymał mi mikrofon, czułam się trochę spięta, bo bałam się, że zahaczę o niego ręką i będzie to słychać :) i bolał mnie kręgosłup. Niewygodnie mi się z tego powodu czytało.
Mimo wszystko jestem zadowolona, że wzięłam udział w tym wydarzeniu. Sama tego chciałam :D i nie żałuję, a, jak sama będę sobie regulować swój tryb życia, to wszystko będzie ok. :).
Kiedyś nie miałam takiej możliwości, bo myślałam, że inni wiedzą, co jest dla mnie najlepsze i to w dużej mierze przyczyniło się też do ostatecznego pogorszenia mojego stanu zdrowia :) /.
Muszę nauczyć się żyć od nowa, aby powoli, małymi krokami dążyć do tego, żeby prowadzić normalne życie i cieszyć się z tego.
 

pajabier4444
 
Słyszałam niejednokrotnie o diagnostyce całego organizmu, czyli o biorezonansie, więc weszłam w Internet i zaczęłam czytać i szukać ośrodków, w których robiliby takie badania.
Pierwsze, co mi wyskoczyło w googlach, było centrum diagnostyki organizmu Revitum w Warszawie.
Oczywiście wszystko sobie poczytałam o tej metodzie, łącznie z opiniami, do których podeszłam wtedy (a był to rok 2014), bardzo sceptycznie, bo przecież każda taka firma będzie dążyła do tego, żeby określić siebie w samych superlatywach, ale nie miałam nic do stracenia, bo już i tak moje zdrowie zostało baaardzo nadwyrężone, delikatnie mówiąc.
Chciałam więc spróbować umówić się na wizytę i zobaczyć, co z tego wyniknie.
Na wizytę umówiła mnie wtedy babcia, no i 9 września pojechaliśmy do Warszawy.
Wtedy ledwie żyłam i, powiem szczerze, że obawiałam się tej wizyty, bo nie wiedziałam, co mnie czeka. Teoretycznie oczywiście wiedziałam, bo wszystko miałam obczytane, ale w praktyce, jeśli człowiek ma do czynienia z ,nowościami", to się ich po prostu boi.
Poza tym bałam się też, czy nie będą to wydane pieniądze na marne, czy w ogóle tam mi pomogą.
Trafiłam jednak na bardzo fajną panią, która, oczywiście zrobiła mi wspomniane wyżej badanie i wszystko dokładnie wytłumaczyła, co dalej.
Sama wizyta trwała 45 min. łącznie z badaniem, konsultacją.
W badaniu wyszło mi wiele obciążeń, m.in. dużo metali ciężkich, pasożyty, duża alergia, nietolerancja glutenu i kazeiny, dużo grzybów w jelitach - wszystko, co możliwe.
W tym miejscu pragnę wytłumaczyć sceptykom, którzy uważają, że wszystkim to wychodzi, że, oczywiście, jest to prawda, bo my przecież jesteśmy wszyscy narażeni na różnego rodzaju toksyny i nie jest to dla nas niestety obojętne, ale różni ludzie, w różnym czasie i z różnym nasileniem, reagują na tego rodzaju obciążenia, więc trudno powiedzieć, u kogo i kiedy i jaką chorobę one spowodują i, w jakim czasie to się stanie.
Trzeba brać też pod uwagę indywidualne predyspozycje każdego człowieka do określonych chorób, każdy ma indywidualny próg wrażliwości na dane obciążenia.
Nasze organizmy do pewnego momentu rekompensują sobie nasze błędy i obojętnie, czy to są toksyny, czy zła dieta, czy cokolwiek innego.
Przecież organizm musi za wszelką cenę utrzymać nas przy życiu, on nigdy nie działa przeciwko nam.
Wracając zaś do wizyty, to, oczywiście musiałam wykluczyć gluten, mleko i cukier ze swojej diety i dostałam też różne suplementy m.in. sok z aloesu i już nie pamiętam, co jeszcze.
Wiem tylko, że były to też jakieś witaminy, aaaa i jeszcze młody jęczmień.
Niestety ta wizyta wtedy nie wystarczyła i trzeba było dalej drążyć temat, ale o tym później napiszę w kolejnych wpisach.
Dostałam też zalecenia, żeby jeść orzechy, a na zaparcia, które wtedy miałam, miałam zalecone zmielony słonecznik wraz z siemieniem lnianym, ale tego potem nie tolerowałam.
Pod koniec wspomnianej wizyty pani dała mi swój telefon, żeby, w razie czego, dzwonić do niej, z czego potem skorzystałam.
Z perspektywy czasu wiem, że ten aparat był bardzo prymitywny i pokazywał ogólnie obciążenia, a nie to, jaki konkretnie jest problem i gdzie jest umiejscowiony.
Nawiasem mówiąc, to ta pani była zdziwiona, że wyszły mi wszystkie obciążenia, jakie były możliwe i, że tyle narządów nie funkcjonuje prawidłowo (właściwie wszystko było wtedy zaburzone).

Słyszałam niejednokrotnie o diagnostyce całego organizmu, czyli o biorezonansie, więc weszłam w Internet i zaczęłam czytać i szukać ośrodków, w których robiliby takie badania.
Pierwsze, co mi wyskoczyło w googlach, było centrum diagnostyki organizmu Revitum w Warszawie.
Oczywiście wszystko sobie poczytałam o tej metodzie, łącznie z opiniami, do których podeszłam wtedy (a był to rok 2014), bardzo sceptycznie, bo przecież każda taka firma będzie dążyła do tego, żeby określić siebie w samych superlatywach, ale nie miałam nic do stracenia, bo już i tak moje zdrowie zostało baaardzo nadwyrężone, delikatnie mówiąc.
Chciałam więc spróbować umówić się na wizytę i zobaczyć, co z tego wyniknie.
Na wizytę umówiła mnie wtedy babcia, no i 9 września pojechaliśmy do Warszawy.
Wtedy ledwie żyłam i, powiem szczerze, że obawiałam się tej wizyty, bo nie wiedziałam, co mnie czeka. Teoretycznie oczywiście wiedziałam, bo wszystko miałam obczytane, ale w praktyce, jeśli człowiek ma do czynienia z ,nowościami", to się ich po prostu boi.
Poza tym bałam się też, czy nie będą to wydane pieniądze na marne, czy w ogóle tam mi pomogą.
Trafiłam jednak na bardzo fajną panią, która, oczywiście zrobiła mi wspomniane wyżej badanie i wszystko dokładnie wytłumaczyła, co dalej.
Sama wizyta trwała 45 min. łącznie z badaniem, konsultacją.
W badaniu wyszło mi wiele obciążeń, m.in. dużo metali ciężkich, pasożyty, duża alergia, nietolerancja glutenu i kazeiny, dużo grzybów w jelitach - wszystko, co możliwe.
W tym miejscu pragnę wytłumaczyć sceptykom, którzy uważają, że wszystkim to wychodzi, że, oczywiście, jest to prawda, bo my przecież jesteśmy wszyscy narażeni na różnego rodzaju toksyny i nie jest to dla nas niestety obojętne, ale różni ludzie, w różnym czasie i z różnym nasileniem, reagują na tego rodzaju obciążenia, więc trudno powiedzieć, u kogo i kiedy i jaką chorobę one spowodują i, w jakim czasie to się stanie.
Trzeba brać też pod uwagę indywidualne predyspozycje każdego człowieka do określonych chorób, każdy ma indywidualny próg wrażliwości na dane obciążenia.
Nasze organizmy do pewnego momentu rekompensują sobie nasze błędy i obojętnie, czy to są toksyny, czy zła dieta, czy cokolwiek innego.
Przecież organizm musi za wszelką cenę utrzymać nas przy życiu, on nigdy nie działa przeciwko nam.
Wracając zaś do wizyty, to, oczywiście musiałam wykluczyć gluten, mleko i cukier ze swojej diety i dostałam też różne suplementy m.in. sok z aloesu i już nie pamiętam, co jeszcze.
Wiem tylko, że były to też jakieś witaminy, aaaa i jeszcze młody jęczmień.
Niestety ta wizyta wtedy nie wystarczyła i trzeba było dalej drążyć temat, ale o tym później napiszę w kolejnych wpisach.
Dostałam też zalecenia, żeby jeść orzechy, a na zaparcia, które wtedy miałam, miałam zalecone zmielony słonecznik wraz z siemieniem lnianym, ale tego potem nie tolerowałam.
Pod koniec wspomnianej wizyty pani dała mi swój telefon, żeby, w razie czego, dzwonić do niej, z czego potem skorzystałam.
Z perspektywy czasu wiem, że ten aparat był bardzo prymitywny i pokazywał ogólnie obciążenia, a nie to, jaki konkretnie jest problem i gdzie jest umiejscowiony.
Nawiasem mówiąc, to ta pani była zdziwiona, że wyszły mi wszystkie obciążenia, jakie były możliwe i, że tyle narządów nie funkcjonuje prawidłowo (właściwie wszystko było wtedy zaburzone).
I na tym na razie kończę, a potem napiszę, jak dalej wyglądała sytuacja z dietą i z moim dalszym samopoczuciem, bo wcale nie było tak prosto i nadal nie jest, ale o tym napiszę dalej. Nie chcę zanadto wyprzedzać faktów, bo chcę nadać trochę pikanterii mojej relacji :D.
 

pajabier4444
 
Wspominałam też tam wcześniej, że podejrzewałam u siebie budzenie kundalini.
Teraz wyrobiłam sobie na ten temat pewno opinię - wtedy, kiedy pisałam tego bloga, rzeczywiście budziła mi się energia, ale to tylko dlatego, że wszyscy podnosimy swoje wibracje, bo ziemia je podnosi.
Ja swoje wibracje już dawno musiałam podnieść i to dużo szybciej, bo choroba mnie do tego zmusiła i nadal zmusza - podnosi moją świadomość.
Te objawy, które wtedy miałam związane były jednak z chorobą, bo u mnie cała energetyka była wtedy do kitu i nadal jest, ale się powoli poprawia.
Podsumowując - tak jak wszyscy na tej planecie, tak i ja doświadczam duchowego przebudzenia, ale nie jest to masywne przebudzenie kundalini, co bardzo mnie cieszy.
 

pajabier4444
 
Po studiach zapadłam już totalnie na zdrowiu, ale wcześniej też chorowałam.
Prawdę mówiąc, to od urodzenia byłam chora.
Ci, co czytali wcześniej mojego bloga wiedzą, że jestem wcześniakiem, że mam retinopatię wcześniaczą i z tego powodu nie widzę, że łapałam ciągłe infekcje, że miałam 5 operacji, w tym ostatnia, w liceum z powodu wady wrodzonej (zawinięcie trzustki wokół dwónastnicy).
Otóż, wracając do meritum, jak już wcześniej mówiłam, totalnie się rozłożyłam po studiach - zaczęłam z powrotem tracić wagę, choć wcześniej też wiele nie ważyłam, po przy wzroście 160 cm., miałam maksymalnie 43 kg.
Tylko od klasy I. do II gimnazjum ważyłam 50-52 kg, a tak praktycznie zawsze byłam za chuda.
Poza tym, już po studiach totalnie rozłożyłam się, cały czas leżałam w łóżku, bo nie miałam na nic siły i odczuwałam dolegliwości gastryczne (zaparcia, zgagi, nudności, uczucie przelewania w brzuchu, bóle w prawym podżebrzu, wzdęcia, w ogóle też bóle całego brzucha).
W nocy często się wybudzałam między godz. 1.00, a 3.00 albo bardzo źle sypiałam, bardzo niespokojnie.
Przez całe życie, jak i potem    po studiach, miałam stany lękowe, stany depresyjne, byłam bardzo nerwowa, wręcz nadwrażliwa emocjonalnie.
Można to przeczytać we wcześniejszych moich wpisach, jaki miałam stan.
Prawdę mówiąc, jeszcze teraz też mam takie momenty, ale jest to najczęściej związane albo z nietolerancjami jakiegoś pokarmu, z zatruciami chemią (mam nadwrażliwość na substancje chemiczne), złymi reakcjami na dodatki do żywności, z różnymi infekcjami itd.
Powiem szczerze, że nigdy bym nie pomyślała, że w jednym człowieku może być tyle różnych chorób i toksyn i, że tyle jest w stanie wytrzymać i to przez tyle lat.
Otóż, jak po studiach już totalnie zapadłam na zdrowiu, to najpierw mama z babcią zadecydowały, że zrobią mi prywatnie rezonans magnetyczny brzucha, czy jest wszystko ok. po operacji, którą miałam w liceum.
Tam nic takiego nie wyszło, tylko stan zapalny jelit, cysta na wątrobie 4 mm., no i oczywiście ta trzustka obrączkowata, że miałam operację.
Co się działo dalej, napiszę niedługo.
 

pajabier4444
 
Gwoli przypomnienia - w 2014 r. obroniłam pracę licencjacką na kierunku pedagogika opiekuńczo-wychowawcza z arteterapią i miałam potem rozpocząć przygotowania do dyplomu w szkole muzycznej II stopnia.
Miałam na to 3 lata, bo pełną edukację ukończyłam w sumie na 3. klasie.
Do szkoły muzycznej chodziłam również przez 1 semestr IV klasy, ale był on nie zaliczony, bo nie przystąpiłam do egzaminu z powodu złego stanu zdrowia, więc liczyło się, że 3 lata miałam skończone.
Dyplom miałam zdawać w Łodzi eksternistycznie.
W rezultacie tylko 3 egzaminy tam zdawałam (kształcenie słuchu, formy muzyczne i harmonię), bo jakoś zawsze z innymi egzaminami zwlekali.
Wreszcie w ostatnim roku (2016-2017), przeniosłam się do prywatnej szkoły muzycznej w Białymstoku i tam kończyłam dyplom, ale o tym szerzej później.
Równolegle posypało mi się zdrowie - po studiach byłam zupełnie do niczego, miałam duże problemy z jelitami, nie miałam na nic siły i chudłam.
Wtedy to też rozpoczął się wątek z medycyną naturalną, dietami, m.in. bezglutenową, bezmleczną, bezcukrową itd.
Szczerze mówiąc, dużo tego było i nadal jest.
W ogóle dużo tu mam do opisywania różnych wątków z mojego życia. Nie starczy ich na 1 wpis, a tyle pragnę napisać, bo bardzo dużo mam do powiedzenia.

Nabrałam bardzo dużego doświadczenia życiowego w ciągu tych 6 lat.
Bardzo dużo się działo i dzieję.
 

pajabier4444
 
Bardzo się zmieniłam i wszystko u mnie też się zmieniło.
Przecież minęło aż 6 lat, odkąd pisałam na tym blogu.
Po skończonych studiach dalej zmagałam się z chorobą, w międzyczasie zdałam dyplom z fortepianu, a potem, co trwa obecnie już chyba ponad 3 lata - choroba ostatecznie wyłączyła mnie z dalszego funkcjonowania. Teraz zajmuję się tylko leczeniem, bo inaczej się nie da, o czym będzie dalej.
Ale moje życie nie kręci się tylko wokół choroby., pomimo, że ona zajmuje w nim właściwie centralne miejsce.
Muszę się pochwalić, że uczę się gotować i to z powodzeniem, jestem na diecie optymalnej - tak naprawdę to od 3 miesięcy, chociaż jeszcze wcześniej też próbowałam.
Obecnie też zmagam się z tym, żeby być bardziej asertywną, bo tego mi zawsze brakowało, ale jest teraz lepiej.
Zajmuję się równ.ież babcią, bo ona też choruje. Szczerze mówiąc, to obie się wspieramy.
Tak w dużym skrócie wyglądało moje 6 lat.
  • awatar gość: Jak tam na DO?
  • awatar pajabier4444: Naprawdę super. Zmieniła mi się osobowość - nie jestem taka strachliwa, jak kiedyś, lepiej myślę i w ogóle mogę się teraz dopiero leczyć, a wcześniej nie było jak, bo widocznie organizm nie miał siły. I jem 2 razy dziennie i głodna nie chodzę.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Kategorie blogów