Wpisy oznaczone tagiem "eseje" (10)  

banzajpl
 
Teksty popularnego Ksiela zawsze mają charakter. Są błyskotliwe, inspirujące, krwiste. Nic dziwnego, że kolejny zbiór jego esejów jest niemałym wydarzeniem na rodzimym rynku książkowym...
www.kultura.banzaj.pl/Stefan-Kisielewski-Materii…
 

ebook-dokument
 
Autor: Susan Sontag  

Sontag bezlitośnie tropi hipokryzję Zachodu i stosowanie podwójnych standardów w pokazywaniu nieszczęścia, bólu i śmierci. Zastanawia się nad rolą fotografii w kształtowaniu tak zwanej zbiorowej pamięci i stosunku do historii. W centrum rozważań stawia tym razem nie fotografa, lecz widza, który musi określić swoją postawę wobec widoku czyjegoś cierpienia; żadne spojrzenie nie jest niewinne.


Szczegóły publikacji:
czytajnas.nextore.pl/(…)przeciw_interpretacji_i_inn…

Więcej ebooków z działu "dokument, literatura faktu, reportaże", znajdziesz tutaj:
masz24.pl/ebooki-dokument-literatura-faktu-repor…
oraz tutaj:
czytajnas.nextore.pl/(…)dokument_literatura_faktu_r…

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Załóż konto w Nexto i oszczędzaj nawet do 80%.
czytajnas.nextore.pl/nexpressopremium.xml#lp_premium
--------------------------------------------------------------------------------------------------
Przeciw interpretacji i inne eseje - ebook.jpg
 

banzajpl
 
Tegoroczna nagroda Nike została przyznana Markowi Bieńczykowi za zbiór esejów pt. "Książka twarzy". Tym samym jury w składzie Marek Beylin, Przemysław Czapliński, Jan Gondowicz...
www.kultura.banzaj.pl/Ksiazka-twarzy-Marka-Bienc…
 

ebook-dokument
 
Autor: Jurij Andruchowycz  Andrzej Stasiuk  

Esej Środkowowschodnie rewizje Jurija Andruchowycza przełożyła Lidia Stefanowska.

Czym jest dzisiaj Europa Środkowa? Czy istnieje czy też jest tylko mitem? O swojej Europie opowiadają dwaj autorzy: ukraiński i polski.

Andruchowycz i Stasiuk są u siebie - w swojej Galicji, w Stanisławowie i Wołowcu, w swojej Mitteleuropie. I, jak przystało na mężczyzn czterdziestoletnich, już nie pięknych, choć może jeszcze nie do końca szpetnych, znajdują tu piękno: nieefektowne, trudne, dojrzałe. Prawdziwe.
K.M. "Rzeczpospolita"

Są to teksty w swoim gatunku znakomite. Odkąd razem z Oświeceniem przeminęły poematy, wykładające w eleganckich dwuwierszach sekrety budowy wszechświata albo sztuki sadzenia grochu, esej pozostał jedynym gatunkiem, który sytuuje się na pograniczu nauki i poezji, z pierwszej czerpiąc erudycję, od drugiej zaś zapożyczając odwagę nieoczekiwanych zestawień. Szkice o Mojej Europie spełniają ten warunek z naddatkiem; co więcej, jak przystało na dobre eseje, można z nich 'wycinać' zdania godne podniesienia do rangi aforyzmu, jak choćby: 'Jeśli miałbym wymyślić dla Europy Środkowej jakiś herb, to w jednym z jego pól umieściłbym półmrok, a w innym - pustkę'.
Jeśli Dwa eseje powstały 'na zamówienie' - tym lepiej; marzyłbym sobie, by ich autorzy podjęli się opracowywania kolejnych tematów, widząc już oczyma duszy biblioteczkę traktującą o tlenie, nowych środkach przekazu czy reformie oświaty. Nie byłyby to z pewnością próby w manierze Bouvarda i Pécucheta. Liczyłbym raczej na widoczny w omawianych esejach rozmach polihistorów: następców jońskich filozofów natury, renesansowych myślicieli, angielskich poetów metafizycznych, których talent pozwala na rozważanie struktury materii, poznawanie Kabały, doradzanie Księciu i smakowanie trunków.
Wojciech Stanisławski, "Latarnik"

Książka ukazała się w Niemczech, w Chorwacji, we Francji, na Ukrainie i Węgrzech, w Rumunii i Hiszpanii.

Szczegóły publikacji:
www.nexto.pl/(…)moja_europa__dwa_eseje_o_europie_zw…

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Więcej ebooków z działu "dokument, literatura faktu, reportaże" znajdziesz tutaj:
masz24.pl/ebooki-dokument-literatura-faktu-repor…
--------------------------------------------------------------------------------------------------
 

audiobooki-mp3
 
Eseje historyczne Pawła Jasienicy to - według słów samego autora - "swobodne literackie opowiadanie" o dziejach Polski w okresie formowania się jej państwowości. Oglądamy tu losy kraju i narodu, który - rządzony przez przedstawicieli jednego rodu królewskiego - zdobywa sobie poczesne miejsce na mapie Europy. Jasienica wysuwa na plan pierwszy dzieje dynastii, sugestywnie ukazując zmagania, osiągnięcia i koleje życia piastowskich władców Polski. Autor sugestywnie ukazuje osiągnięcia i koleje życia Piastów, nie skąpiąc opisów namiętności i słabości, wielkoduszności, ale i okrucieństwa. Przedstawiona przez Jasienicę wizja narodzin i rozwoju Polski, a także pasja, klarowność wywodu oraz styl sprawiają, że to fascynująca uczta dla każdego słuchacza.

Lektor: Karol Stępkowski

Audiobook do pobrania na stronie:
epartnerzy.com/audiobooki/polska_piastow_p12293.xml

 

czytelnica
 
„Siedzimy obie na progu,
Gadamy o dzieciach i wnukach
Zanurzamy się z rozkoszą
W naszą babskość.”
                       
„Dwie baby”,
Anna Świrszczyńska,
z tomiku „Jestem baba”


„Mężczyźni w ogóle nie piszą o mojej książce. Nie piszą, bo nie czytają, odrzuca ich na sam widok, to takie kobiece, więc chyba pisane dla kobiet, my, mężczyźni, sami sobie piszemy i sami sobie czytamy, i nie potrzebujemy czytać tego, co piszą kobiety. Pomyśleć, że myśmy przez wieki czytały, co oni piszą, i dalej to robimy…”

Hanna Samson,
„Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu”

   Prowadzę gospodarstwo wybitnie „kawalerskie”. I za nic w świecie nie chciałabym zostać nazwana starą panną. Lubię za to modnie brzmiące określenie „singielka”. Nic to, że w moim wieku właściwie trudno byłoby mi nawet myśleć o zamążpójściu. Chodzi o słowa. O określenie kategorii. O klasyfikację, jaką zapewnia bycie nazwanym, nawet jeśli we własnych oczach nie do końca na taką, a nie inną nazwę, zasługujemy. Już owo „KAWALERSKIE gospodarstwo” brzmi przecież podejrzanie, budzi pewną refleksję stylistyczną. Nie jestem kawalerem. Jestem panną. Pełnowartościową kobietą z krwi, kości i biustu.       I wcale nie wyklucza się to z nieopisanym bałaganem, niepojętą nieskładnością i brakiem organizacji, które są nieodłącznym udziałem mojego jednoosobowego, domowego ogniska. Z tym, że „panieńskie gospodarstwo” jakoś do mnie nie przemawia. Nie wyraża całego niezorganizowania, braku tych wszystkich niezbędnych produktów żywnościowych, omija brudne skarpetki na stole. Ma w sobie pewną, podświadomą, czystość, jasność, ułożenie. Wzbudza pewien niepokój. Bo może, jako panna, wcale nie powinnam się ociągać? Może powinnam przestać szerokim łukiem omijać wszelkie prace porządkowe i sprawić, żeby rozdźwięk między podprogowym przekazem słowa „panieńskie” (nieskazitelne, niewinne, idealne), a moim prywatnym „panieństwem” zmniejszał się aż do zatarcia? Czy jako panna mam prawo podszywać się pod „kawalera”? I, przede wszystkim, co zrobić z tą nazwą? Jakie ja mam w końcu to gospodarstwo? I czy, o zgrozo, nie zahaczam teraz przypadkiem o szowinizm językowy? Bo przecież to nie ja nadałam słowu „panieński” taki a nie inny oddźwięk.
   Przez wieki mężczyźni wyraźnie określali, jakich „panien” oczekują od świata,          a świat, w całości podporządkowany ich woli, posłusznie produkował takie właśnie „panny” - porządne, schludne, zorganizowane, wzorcowe przyszłe żony. W końcu: „Matka Polka to dojrzałe stadium grzecznej dziewczynki”1, najprawdopodobniej tak samo, jak Matka Dunka, czy Matka Toskanka (pochodzenie jest tu rzeczą mniejszą). Dobrze kwalifikuje ją Agnieszka Osiecka jako jednego z naszych narodowych potworów2, straszącego po literaturze, zaczajonego na brzegach publicystyki. Jako istotę tak wzorcową, że seks uprawia tylko po to, aby, w poświęceniu, z powstańcami płodzić powstańców, z patriotami – patriotów, z mężami stanu – reformatorów politycznych, nie służąc tym samym do niczego, poza zasilaniem męskiej populacji kolejnymi szeregami Kordianów, Gustawów czy, pozostawiając na uboczu fantazję, Kościuszków. Jest przedmiotem dumy oraz uwielbienia, ale nie jako żywa istota, tylko jako posąg, lub, sprawny w działaniu, epokowy wynalazek. Nie przeżywa niepewności moralnych, nie dla niej marzenia o osobistym szczęściu. Idealnie potrafi się oddawać. Daleko jej do pani Bovary. Została wyhodowana w posłuszeństwie, wymyślona do spełniania konkretnych zadań. Tylko taka ma prawo pojawiać się na kartach książek, czytanych przez coraz to nowe pokolenia kobiet. Książek z których, chcąc nie chcąc, czytelniczki coś w siebie biorą, jakiś kształt, cel, sens.
   Trudno pozbyć się wrażenia, że jest to zamysłem  autorów. Propagowanie wzoru. Bez miejsca na samookreślenie, samonazwanie. Mężczyźni chcą Matek dla swoich dzieci, chcą więc grzecznych dziewczynek. „Panienek”, które potrafią z wprawą prowadzić swoje małe, zabawkowe, „panieńskie” gospodarstwa, jakich pełno w sklepach dla dzieci, chociaż podobno na pudełkach powoli zaczynają pojawiać się też chłopcy, co dziwi, zważywszy, że do zestawów nie zaczęto jeszcze dodawać zimnego piwa, co „młodym parom” znacznie utrudnia pewne sprawy męsko-damskie, ewentualnie męsko-telewizyjne.
   Idąc dalej, wyraźnie wynika z tego, że choćbym nie wiem jak się starała, i nie udowadniała swojej „panieńskości”, choćbym wszystko w pokoju obsypała różem                  i uśmiechniętymi kwiatkami, to, niestety, dopóki nie wezmę się do generalnych porządków, i tak pozostanie on, wraz z lodówką, szafką nad umywalką oraz szparą za łóżkiem, świetnym studium poglądowym o tym, jak „nie powinien wyglądać panieński pokój”, jeśli nie chce być posądzany o bycie „kawalerskim”. Jedyny pozostawiony mi teraz wybór, a zaznaczam, że nie brałam żadnego udziału w określaniu możliwych opcji, bowiem przez wieki sfera twórcza kultury była zdominowana przez mężczyzn właśnie, to zdecydować, którą schematyzację wolę: życiową czy językową. Zdecydowanie odpada dopasowanie się do schematu życiowego: nie zamierzam ani zmieniać płci, ani wieloletnich przyzwyczajeń gospodarskich oraz perspektyw przyszłościowych. Pozostaje mi podanie ręki frazeologii, w myśl której już zawsze egzystować będę jako pełen uroku osobistego, roztrzepany „kawaler”, w najlepsze zagnieżdżony w naszej zbiorowej podświadomości. Moja płeć pozostanie na drugim planie, nie burząc ustalonych kanonów nazywania. Tylko czemu? Czemu nie potrafię jednym ruchem zmienić, nawet własnych, utartych skojarzeń? Ponieważ, niestety, ja także przeczytałam już to i owo.  
   Był taki czas w polskiej literaturze, kiedy kobieta powoli, bardzo ostrożnie wymykała się spod władzy ojca i męża, ewentualnie brata. Czas samodzielnych Konopnickich czy Orzeszkowych, czas biadolenia nad grobami kilku nieszczęsnych „Mart”3, bicia się w mentalne piersi, obiecywania zbiorowej poprawy w archetypach. Minęła epoka, przeszła wojna. Ciotka zbeształa Różę4 za bieganie po parku, jak gdyby nic się nie zmieniło. Dziewczętom przecież „nie wypada”. Umarła w samotności biedna, szalona, genialna Berta5. Ojciec nie wypuścił jej z domu. Siostra uciekła. Ona nie miała siły. Bała się ojca. Ojciec w szale potrafił zabić służącego. Ojciec był wszędzie, wiedział wszystko. Jak Bóg. Może Berta zwyczajnie nie słyszała jeszcze o Konopnickiej? Ani Schopenhauer, ani Strindberg nie powiedzieli jej o zmianach, które nadeszły. Garborg6, jeśli nawet coś tłumaczył, to zbyt skrajnie, jak na tamtą epokę. Nie rozumiał, że wartości jednej strony nie podnosi się przez dyskredytację drugiej, lecz przez podkreślenie zalet pierwszej. Docenianie przez zaprzeczenie, tak jak wszystko, co zawiera przeczenia, o czym od dawna naucza psychologia oraz pedagogika, nie potrafi zmieścić w sobie dostatecznie pozytywnego przekazu. Zdanie „Mężczyzna NIE JEST TAK DOBRY jak kobieta”, wcale nie dowartościowuje kobiety. Ono po równi umniejsza obu szalom tej wagi. Zdanie zbudowane poprawnie, czego uczy siedmiolatków i siedmiolatki już moja rodzicielka, brzmi „Kobieta JEST  LEPSZA OD mężczyzny”, na co znowu odruchowo buntuje się każdy, choć trochę prawdziwie, równościowy umysł. Dlatego przegrał Garborg.
   „Kobieta JEST RÓWNIE DOBRA, jak mężczyzna”. I, co bardzo ważne, nie musi się wcale do mężczyzny upodabniać. George Sand w męskim stroju, paląca cygara, klnąca, wdająca się w skandaliczne romanse. Ile w niej było prawdy, a ile chęci udowodnienia, że można, że wolno jej żyć dokładnie tak, jak gentelmanom w zadymionych salonach                         z tabliczką „Paniom wstęp wzbroniony”. A, przede wszystkim, że wolno jej tak pisać. Maria Komornicka, vel Piotr Włast Odmieniec, oszalała w świecie męskich form, ryzykantka Andrew Norton.7 Wszystkie one czuły, że wśród mężczyzn szanse mają tylko mężczyźni, że, jak pisze Samson, mężczyźni czytają tylko to, co piszą mężczyźni, a jeśli mężczyźni czegoś nie czytają, jeśli nie zainteresują się czymś męscy krytycy, to bliżej jest temu do nieistnienia, niż do istnienia. Że, żeby się równouprawnić, trzeba się zbliżyć, przynajmniej z nazwy, do tych, którzy mają możliwości. I znowu kluczowe jest tu określenie, imię. Sygnatura. Dobre, znaczy sygnowane męskim imieniem i nazwiskiem. Poślednie – podpisane przez kobietę.
   To mężczyźni określili pierwotne kanony, nadal są naczelnymi ich sędziami. Ja sama łapię się czasem na takim podziale. Stwierdzam, że lubię „męską poezję”, przeciwstawiając ją poezji „żeńskiej”. Dziwić może, że do tej „męskiej” zaliczam Szymborską oraz Osiecką. Ważne, że, będąc kobietą, nazwałam kiedyś „menstruacyjnymi” Pawlikowską-Jasnorzewską oraz Poświatowską. Użyłam wrażenia związanego z biologią kobiecego ciała, jak pewnego rodzaju obelgi. Poddałam się „męskim” kryteriom,              w których, żeby pisać dobrą, „wartościową” poezję, trzeba pisać o „ważnych, męskich sprawach”, jak filozofia, egzystencja, polityka, przemiany społeczne, psychologia. Trzeba unikać czułości, brania „na serio” „kobiecej strony” miłości, osamotnienia, bólu rozstania.    Z tej specyficznej, cywilizacyjnej choroby wielu młodych feministek, odrzucających kobiecość, by stworzyć sobie „szansę”, by stać się wystarczająco „silną” i zdolną do „męskiej rywalizacji”, wyleczyły mnie dwie niezwykle odległe sobie postaci: Anna Świrszczyńska, poetka oraz Yennefer z Vengerbergu, członkini Rady Czarodziejów          w świecie Andrzeja Sapkowskiego.
   Pierwsza z nich, to naturalizm w najczystszej, a właściwie „najbrudniejszej” jego postaci. Korciło mnie, żeby napisać „kobiecy naturalizm”, ale nie. Bo to jest właśnie naturalizm człowieczy. Człowieczy naturalizm ciała kobiety, kobiety ciężarnej, kobiety bitej, kobiety rodzącej, której Świrszczyńska poświęca cały utwór, wyszczególniając wszystkie wycia, każdą rozstępującą się kość.8 To jest ta strona życia „człowieka”, o której zapominamy, utożsamiając go z mężczyzną. Zapominamy, że to człowiek rodzi, bywa słabszy lub silniejszy, ma pod koniec życia, niczym Florentynka Tokarczukowej9, o tyle mniej zębów, ile urodził dzieci i o tyle więcej niepotrzebnej skóry na brzuchu. I to jest napisane do wszystkich. To jest poezja o człowieku, poruszająca problemy człowieka. Tak jak poezja Wojaczka, choć miejscami ociekająca spermą, nigdy nie jest nazywana męską, lecz naturalistyczną, obrazoburczą. Czytałam i zrozumiałam, że dumną można być nie tylko z tego, że się jest lepszym od kolegów w matematyce, dziedzinie męskiej, że się zna na pamięć wielu męskich filozofów, bo to tylko połowa ludzkości, i tylko połowa bycia    w pełni człowiekiem. Druga połowa, to pogodzenie się ze sobą, z pragnieniem bycia piękną, z zamiłowaniem do wielu rzeczy nazwanych przez „tych wielkich” nieważnymi. Zaakceptowanie swojej „babskości”, razem z dziećmi, wnukami. I, choć nie wiadomo, ile zajmie to naszej kulturze, podzielenie się tym z mężczyznami. W końcu, tworzyłyśmy naszą „babskość” tak samo długo jak oni „męską kulturę”. Włożyłyśmy w nią cały nasz potencjał. I musimy pamiętać, że jest ona wartościowa. I że to mężczyzna, który jej nie akceptuje, nie jest człowiekiem na wszystkich frontach.
   Poezja Świrszczyńskiej ma w sobie jeszcze jedną, charakterystyczną cechę – odśrodkowy, wszechogarniający smutek, aurę beznadziejności, która udziela się czytającemu już od pierwszego wersu. Nawet euforię miłosną tonuje pewien niepokój, jakaś niepewność. W tomiku, który trzymam w ręce mało znalazłam wierszy prawdziwie ciepłych, cichych, dobrych10, rozpływają się w morzu niewiary oraz bezsilności. Większość zamieszczonych utworów, mówi o sferze cielesnej relacji międzyludzkich. Mało jest takich dzieł w polskiej literaturze, głoszących wszem i wobec, że kobieta jest „stworzeniem seksualnym”, nieprzerwanie zniżanym do roli obiektu, cierpiącego, bezwolnego, przyjmującego w siebie naczynia dla żądzy partnerów, którzy za nic mają jej potrzeby, uczucia, chęci. Że kobieta, tak jak mężczyzna, chce czerpać ze zbliżenia przyjemność, którą zabija obowiązkowość, brutalność, roszczeniowa polityka drugiej strony. Przytłaczająca atmosfera tego zbioru wynika prawdopodobnie z niewiary. „Jest źle – mówi Świrszczyńska, pokazując ciężarną zmywającą z progu wymiociny pijanego męża – Ale nie ma żadnej szansy na zmianę. A przynajmniej ja jej nie widzę”. Poetka nie nawołuje do walki. Podejrzewam, że nie widzi w sobie siły, że nie widzi żadnej siły, zdolnej naprawić cokolwiek. Stara się tylko wytłumaczyć, że nie ma się czego wstydzić, że powinno się krzyczeć, głośno i uparcie, co się dzieje. Opracowuje nowy  „język bólu”. Bo to też ma swoją wartość, jest wkładem Polek w rzeczywistość.        
   Yennefer usprawiedliwiła moją chęć podobania się, patrzenia w lustro, zachwycania, przyciągania spojrzeń. Wskazuje na istnienie całkowicie innego końca tego kija, którym społeczeństwo zbija naturalne popędy płci pięknej, tym razem nakazującego wstydzić się nie „brzydkiej” fizjologii oraz „grzesznej” chuci, plamiącej wyznawczynie Dziewicy Maryi, czy „codziennych nieporozumień”, ale wybierać między „kobiecą” estetyką a „męską” inteligencją. Kobiety zapierające dech w piersiach, wywołujące poruszenie na sali rzadko kiedy były obdarzane przez autorów także błyskotliwym umysłem. Jak choćby w „Lalce” Prusa. Utarło się, że to, co piękne, musi być puste            w środku, naiwne, bezradne. Inteligentne, samowystarczalne, przedsiębiorcze muszą być tylko te przedstawicielki „drugiej płci”11, które, z powodu swojego wyglądu, nie mają szansy na znalezienie opiekuńczego małżonka.
   Tego samego uczy mnie kino popularne, reklamy: dbanie o wygląd przystoi tylko kobietom o niskim ilorazie inteligencji. Dobre studentki, panie profesor (nie: profesorki, bo to ponoć brzmi niepoważnie, do czego jeszcze przejdziemy), pisarki, wszelkie pracownice umysłowe są zazwyczaj stylizowane na mało interesujące, nieatrakcyjne, pozbawione seksualności. Wręcz nie wypada im troszczyć się o sprawy tak przyziemne i błahe, jak szminka, czy fryzura. Cytując znajomego nauczyciela matematyki: „Jeśli dziewuchy                             z humanistycznych mogą zawsze mieć przy sobie błyszczyk, czemu każda z was nie trzyma zawsze w kieszeni cyrkla i linijki?”12. Nie ma wątpliwości, jak ocenia on wartość intelektualną kobiet nadmiernie zabiegających o urodę. Przekonania takie pokutują           w wielu środowiskach. Nie tylko ja widzę ten podział:
„Yenlla błysnęła złowrogo jednym okiem czarnym, a drugim zielonym i rozczochrała sobie buntowniczo krótką czuprynę w kolorze siano-blond.
    - O nie. Nigdzie z tobą nie pójdę, dopóki tak wyglądasz. (…)
   - Jak wyglądam?
    - Koszmarnie.
    - Świetnie, chcę zrobić dobre wrażenie.
    - Sądziłem, że mają cię raczej słuchać, niż oglądać i stąd ta szopka.
    - Owszem. Właśnie sobie to zapewniam, jeżeli jeszcze nie zdążyłeś zauważyć. (…)
Nagle jej krótkie, nastroszone, beżowe włosy zaczęły się wydłużać, ciemnieć, aż w końcu spłynęły wijącą się, hebanową kaskadą na plecy aż do samej talii. Dziwne, kolorowe oczy nabrały głębokiej, błękitnej barwy, a workowata, bezkształtna szata zaczęła się tu i ówdzie wypełniać i interesująco zaokrąglać. (…)
- Musiałam się stworzyć na nowo. Nie mogłabym studiować, wyglądając tak, jak wyglądam... a raczej wszystko szłoby mi bardzo łatwo i szybko, nie musiałabym pisać prac ani niczego zaliczać i w ogóle, ale to by było nieuczciwe. Ech! - Westchnęła filozoficznie. – (…) nikt nie chce uczyć pięknych kobiet...”13 – tak opisuje swoje szanse na poważne traktowanie najpiękniejsza dziewczyna świata, stworzona przez znajomą z Internetu studentkę filologii polskiej. Aby móc się doktoryzować, uniknąć nagabywania przez profesorów, mierzyć się z normalnymi, standardowymi wymaganiami, musi zrezygnować                     z olśniewającego wyglądu. Musi upewnić wykładowców, że jest wystarczająco brzydka, by być wartościową uczennicą.
   Nieskromnie uważam się za dość rozgarniętą, czym wielokrotnie zdarzało mi się   w przeszłości tłumaczyć źle dobrane kolory, nieobcięte paznokcie, przetłuszczone włosy. Jako intelektualistka mogłam sobie przecież pozwolić na zaniedbanie tego, co nie świadczy w żadnym razie o mojej wysokiej wartości. Dopiero niedawno, wiele bardziej inteligentna ode mnie pani z Vengerbergu pokazała mi, że nie muszę rezygnować                z podkreślania mojej kobiecości. Bo kobiecość nie wyklucza się z myśleniem. Jest częścią człowieczeństwa tak bezmyślnego, jak rozumnego. Wielu autorów nadal zapomina o tym, kreując swoje postacie. Świetnym przykładem mogą być bohaterki płockiego musicalu młodzieżowego „Drogi życia”14: pustogłowa piękność, która, oszpecona w wypadku, odkrywa wreszcie wartość uczuć i jej przyjaciółka, budująco rozsądna, acz mało pociągająca. Ten nieuczciwy podział krzywdzi kobiety prawdopodobnie w nie mniejszym stopniu niż słynne stwierdzenie, że „przemoc domowa”, już z nazwy, powinna się odbywać tylko w domu, i wszystkim postronnym nic do tego. Może mniej boli, ale równie mocno upokarza.        
   Kolejnym wartym zaznaczenia problemem wielopłaszczyznowym, tak natury leksykalnej, jak i społecznej, który, choć widoczny bardziej np. w języku angielskim, istnieje również i u nas, jest problem słówka man, utożsamiającego „mężczyznę”,              z „człowiekiem”. Objawia się to choćby, dla przykładu, w prostym, katolickim wyznaniu wiary, „…spowiadam się Bogu wszechmogącemu (…), że bardzo zgrzeszyłem, myślą…”itd. Popełniają sprzeniewierzenie wszystkie kobiety, które, z dobrą intencją nadania wyznaniu bardziej osobistego, wewnętrznego charakteru, mówią „zgrzeszyłam”, zamiast „zgrzeszyłem”. Jest to bowiem, jak się ostatnio dowiedziałam, wyznanie wiary człowieka. Czemu człowiek nie może wypowiadać się w rodzaju żeńskim już mnie nie uświadomiono. Tak oto czysto techniczna kwestia zaimka „ten”, stosowanego dla dwóch słów, jednego o szerszym, drugiego o węższym znaczeniu, automatycznie zawęża myślenie o wyrazie bardziej pojemnym. Koleżanka opisała mi ostatnio, jak została poważnie skarcona przez znajomą, do której podczas dyskusji powiedziała „Człowieku, uspokój się!”. „Jaki człowieku?” padła odpowiedź „Jestem kobietą, nie widać?” Może jestem przewrażliwiona, ale z psychologicznego punktu widzenia, w słownikach powinny pojawić się poprawki, i to bardzo istotne poprawki. Bo jeśli chcemy, żeby wszyscy bez wyjątku byli pewni, że, bez żadnych wątpliwości, pełnoprawnie, kobieta jest człowiekiem, zapis: „człowiek m III,…”15 powinien zniknąć. Powinien zostać zastąpiony przez inny, mniej poprawny gramatycznie, ale za to nie wywołujący z lasu grubych dowcipów, „człowiek m ż …”itd. Zdecydowanie czas porzucić nauki Arystotelesa, choć zapewniają wygodne trwanie w wielowiekowej, „męskiej formie”, pozostawiając kobiecie nieciekawą, domową codzienność „materii”. Ile lat zajmie skierowanie na bezstronne tory znaczenia słowa „człowiek”? Które pokolenie XXI w. związek „pierwszy człowiek” przestanie kojarzyć automatycznie z „mężczyzna”? Może to, które w szkole zostanie zapoznane         z judaistyczną historię Lilith, co z żadnym żebrem nie miała nic wspólnego i zdecydowanie odmawiała „zwracania swych pragnień ku mężowi”.
   Innymi przykładami owej „technicznej” nierówności płci są kodeksy, statuty, prawa, np. Prawa Harcerskie. Przytoczmy fragment:
1.Harcerz sumiennie spełnia swoje obowiązki wynikające z Przyrzeczenia Harcerskiego.
7.Harcerz jest karny i posłuszny rodzicom oraz wszystkim swoim przełożonym.
10. Harcerz jest czysty w myśli, w mowie i uczynkach; nie pali tytoniu i nie pije napojów alkoholowych.
W sumie, bardzo ładne, dobre i, ogólnie, godne pochwały . Tylko, co z harcerką? Czyżby pozostawała ona zwolniona ze wszystkich tych obowiązków, czyżby nie obejmowały jej zakazy oraz nakazy? Zarówno ZHP, jak i ZHR stosują podział na płci, wyraźnie przejawiający się w stroju, formach: „druhny” i „druhowie”. Nie dążą więc do odebrania dziewczętom świadomości płciowej, lub całkowitego zrównania w określeniu „druhowie”, stosowanym bez względu na płeć. Dziewczęta, „jak Bóg przykazał”, noszą spódniczki za kolanko, ich mundurki mają inny kolor. I, mimo że zadbano o ich odrębność we wszystkich tych, jakże istotnych kwestiach, ktoś zapomniał o koedukacyjnym charakterze organizacji, spisując wyżej cytowany kodeks. Podobnie ma się rzecz z nauczycielkami, które, stanowiąc większość w swoim zawodzie, w nieskończoność i na próżno mogą szukać w statutach czy rozporządzeniach żeńskich form. np.: „§ 7  1. Nauczyciele mogą organizować wycieczki przedmiotowe oraz…”16 Nauczyciele. Ani słowa o nauczycielkach. Najprężniejsza wyszukiwarka internetowa Google uparcie poprawia „procent zatrudnienia nauczycielek” na „ procent zatrudnienia nauczycieli”, jak gdyby był to jakiś błąd, równy napisaniu „żółty” przez „u” i „rz”. I choć ja, moja mama, moje koleżanki i jej koleżanki zgodnie wpisujemy żeńskie formy w rubryce „zawód” książki ewidencyjnej czytelni lub biblioteki, wiele z całą pewnością waha się przy poważniejszych dokumentach, podczas gdy całe mnóstwo błahych, jak formularze rejestracyjne portali internetowych, w ogóle formy żeńskiej nie uwzględnia! Nie szukając daleko, przyjrzyjmy się portalowi Onet.pl, na którym zakładałam niedawno konto pocztowe, a dokładniej, rubrykom danych osobowych, wypełnianych obowiązkowo na wstępie. „Emeryt/rencista; kierownik/menager; student/uczeń; bezrobotny…” itd. – z czego, przynajmniej logicznie, wynika, że albo wszystkie wymienione zawody mogą być wykonywane tylko przez mężczyzn, albo że na Onecie nie ma miejsca dla kobiet, albo że… jestem uczniem, a nie uczennicą. Podobnie klasyfikują mnie autorzy zgody na wycieczkę szkolną. Owszem, rodzic pozwala na wyjazd syna/córki, jednak, bez względu na płeć jest on/ona uczniem takiej a takiej klasy. Widać, twórcom dokumentu nie chciało się stosować więcej ukośników, lub uznali to za sprawę nieistotną, wręcz marginalną, którą nikt nie powinien się zajmować. Takie lekceważenie jest zjawiskiem niezwykle powszechnym.
   Przykładem nagminnego pomijania zmian zachodzących w stosunkach społecznych, a szczególnie ekonomicznych oraz zawodowych, postępujących szybciej niż przekształcenia zbiorowej świadomości, są nieszczęsne nazwy zawodów w rodzaju żeńskim, mniej dzisiaj od nauczycielek, czy harcerek popularnych. Autorka znalezionego w Internecie artykułu17 radzi, niezwykle autorytarnie, kierować się w tej kwestii intuicją stylistyczną, natychmiast także wyjaśnia, które intuicyjne wybory są poprawne, które niepoprawne, oraz według jakich, z góry ustalonych, schematów ma się nasza intuicja na tym polu kierować. Otóż, pani Agnieszka Pietrzyk, niewątpliwie znawczyni problemu,      w swoim stronicowym tekście, zdanie po zdaniu sugeruje czytelnikowi, że panie nie są wystarczająco poważne, aby zajmować wyższe stanowiska, i że zdobywszy już takowe, powinny raczej podszywać się pod mężczyzn, niż obnosić się niesmacznie ze swoją kobiecością, przynajmniej z nazwy, gdyż mogą przez to nie tylko wzbudzić śmieszność, ale i ugodzić w prestiż własnej pozycji. Publicystka bez zahamowań sugeruje, że każdemu już na myśl, o użyciu tak „zabawnej” formy jak „rektorka” powinno się ścisnąć gardło. Powtórzyłam to słowo na głos kilkanaście razy. Moje gardło nie zareagowało. Podobnie nie czułam żadnych rewelacji emisyjnych przy „filolożce” czy „psycholożce”, choć, przemyślawszy sprawę, sama złapałam się na określaniu kobiety, czuwającej nad zdrowiem psychicznym uczniów, „psychologiem szkolnym”, a nie „szkolną psycholożką”. Czy jest to jednak powód, aby formę tę uznać za nieprzydatną, lub komiczną, by odsunąć ją na margines środowisk skrajne feministycznych?
   Język to twór żywy, bez przerwy ulegający transformacji wedle pierwotnego życzenia, „aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”, cały czas uzupełniany o olbrzymie rzesze wyrazów mniej lub bardziej potrzebnych, popularyzowanych jednak przez subkultury, grupy etniczne, emigrantów, poliglotów. To zbiór możliwości formułowania i przekazywania myśli, a im jest bogatszy, tym pełniejszą, ciekawszą, obfitującą w znaczenia kulturę może stworzyć posługujący się nim naród. Czemu niby, często odgórnie narzucane, klauzule braku powagi, miały by ograniczać język polski w jego ciągłym rozwoju, dążeniu do jak największej różnorodności stylistycznej?    I co, w takim razie, powiedzieć o takich słowach, jak „nastolatek”, „Internet” lub „esemesować”? Dwa ostanie są tworem ostatniego dwudziestolecia. Bez wątpienia wzbogaciły one język, pomogły uściślić intencje mówiącego. Pojawiły się w odpowiedzi na rosnące społeczne zapotrzebowanie konkretyzowania zjawisk. Nikt już dziś nie uważa ich za komiczne, wydumane, niezręczne językowo. Były potrzebne. Były odpowiedzią na nowe zjawiska. Taką samą odpowiedzią są „profesorka”, „dyrektorka”, zaadaptowana do współczesnego znaczenia „sędzina”. Będzie niedługo także „żołnierka”. Poszukiwacze lepiej oddających zamysł wyrazów rozprawią się jakoś z problemem „marynarza” i „marynarki”, jak poradzili sobie już z większymi wyzwaniami, kiedy w epoce oświecenia podjęto walkę z makaronizacją polszczyzny. Wszystko znowu rozbija się o nazwy. Ruch w słownictwie jest czymś nie do powstrzymania.
   Dziewiętnastego września 2008 roku pojawiła się na polskim rynku muzycznym najnowsza płyta Marii Peszek „Maria Awaria”. Osiemnastego września „Przekrój” opublikował wywiad z artystką. Piotr Najsztub: „Wszyscy szepcą, że ta nowa płyta jest przełamaniem tabu kobiecej erotyki, w właściwie tabu jej języka”18. Zainteresowałam się. Bądź co bądź, sprawy kobiecego „półświatka tych walczących” przyciągały mnie zawsze. Może i tym razem wydarzyło się coś naprawdę nowego, przełomowego? Jakoś przebrnęłam przez artykuł. Rozczarował mnie. Pozostawił niejasne przeczucie, że mam do czynienie ze współczesnym emigrantem, który, dopłynąwszy na własnoręcznie zmontowanym stateczku do brzegów Ameryki, obdzwania natychmiast wszystkie europejskie stacje telewizyjne oraz radiowe z wiadomością, że oto odnalazł Nowy Świat. Ale nie tylko. W pewien sposób ugodził w moją równouprawnioną samoocenę. „..lubię siebie jako kobietę. To daje mi szereg możliwości, których mężczyźni nie mają. (…) Brak umiejętności logicznego myślenia, to jest super, to mi pomaga. Myślę, że mężczyźni są upośledzeni pod tym względem.”. Przeraziłam się. Pospiesznie upewniłam się w lustrze, że jestem kobietą, po czym, także pospiesznie, wywiodłam kilka matematycznych twierdzeń za pomocą dowodu indukcyjnego. Udało się. Myślałam logicznie. Czemu więc Maria Peszek zarzuca mi, jako przedstawicielce płci, odgórną nielogiczność? Czy tabu przełamuje się przez utwierdzanie ciasnych stereotypów? „…mężczyźni nie mają tak dalece rozwiniętej emocjonalności, posuniętej do granic histerii…” Cóż… „Trzecia cecha, którą my mamy, a wy nie, to pewien rodzaj poczucia humoru na swój temat…” W pewien sposób mnie to załamało. Inteligentna, znana, świadoma córka TAKIEGO ojca, wychowana w atmosferze ciągłej stymulacji umysłowej, publicznie wydaje sądy na temat własnej płci, posługując się utartymi schematami. Po cichu złożyłam najgłębsze wyrazy współczucia minister Środzie.
   Miałam nadzieję, że Peszek uratują piosenki. Obrazoburcze teksty, które ponoć mają zrewolucjonizować pojmowanie kobiecej seksualności, pokazać prawdę o „języku erotyki” funkcjonującym między współczesnymi Polkami. Nadzieja okazała się przysłowiową matką głupich. Jestem, co stwierdzam po raz kolejny, kobietą. Młodą kobietą, która zdążyła już odkryć, skąd się biorą dzieci, a nawet odrobinę więcej. Po przeczytaniu tekstów z „Marii Awarii” chciało mi się śmiać. Owym nowatorstwem           w kobiecych słowniczkach, tak bezpruderyjnie ogłoszonym na antenie, miał być stary, dobry wzwód, wysłużone z lekka łono, dramatyczny krok. Kilkakrotnie pojawiło się angielskie, pieprzne fuck. Poczułam się zawiedziona. Często rozmawiam z koleżankami    o seksie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że poruszamy ten temat nie rzadziej niż nasi rówieśnicy. Penetrujemy go równie jak oni dogłębnie, i, co najistotniejsze, używając tego samego języka. Częściej zdarza nam się kogoś „po męsku” „przelecieć” lub „jebać się z nim”, niż subtelnie się „kochać”. Więcej z nas fantazjuje podczas nudnych lekcji o „porządnym rżnięciu” niż „uprawianiu miłości”. Dawno już odkryłyśmy „zielone wybrzeże”. Za Świrszczyńską śmiało wyznajemy uwielbienie dla nagości, piękna naszych ud, drogocennych, erotycznych skarbów19. Maria Peszek spóźniła się w tym senesie, co najmniej, o pokolenie. Gdyby nagrała płytę za czasów młodości mojej mamy, pewnie wywołałaby prawdziwy skandal. Potwierdza to eksperyment socjologiczny, jaki wykonałam, od niechcenia opowiadając rodzicielce o „wzwodach”, „dziurkach” i „chcicy”. Była zszokowana.
   Język dzisiejszych nastolatków, moich znajomych, nie różni się wiele, bez względu na płeć obfituje w bezpośrednie, mało eufemistyczne wyrażenia. Potrafimy o „tych sprawach” mówić dosadnie, bez tabu. Poradziliśmy sobie bez samozwańczego Kolumba, jakoś przeżyjemy jego nagłe pojawienie się. Jest niegroźny, jak wszyscy jemu podobni fantaści. W końcu, domy wariatów są pełne Koperników i Curie-Skłodowskich.
   Wszystko rozbija się więc o nazywanie. Nazywanie jest zasadniczym procesem. Nazywanie pomaga oswajać świat. Nazywanie czyni go zrozumiałym, bezpiecznym. Przez wieki kobiety i mężczyźni żyli, jak pośród dzisiejszych Indian ekwadorskich20, praktycznie w dwóch rzeczywistościach. Odmiennie postępował u nich także proces nazywania. Wykształciły się, całkiem nieformalnie, poza jednym, japońskim wyjątkiem, gdzie powstały nawet odrębne, oficjalne, przypisane do płci alfabety, dwa systemy lingwistyczne. Ten podział pokutuje po dziś dzień, choć w coraz łagodniejszej formie. Gorzej niż na młodzieńca posługującego się horrendalnymi liczbami wulgaryzmów patrzy się niekiedy na młodą kobietę, która poważyła się publicznie uciec do podkreślenia przekazu wypowiedzi przekleństwem. O wielu rzeczach jeszcze do niedawna, nie wypadało mówić „panienkom”, ani przy „panienkach”. Mężczyźni, jako „klasa rządząca”, posiadali ponadto prawo do nazywania, a co za tym idzie, określania funkcji kobiet, ich roli społecznej, gospodarczej, pozycji w rodzinie, kulturze, sztuce. To oni głownie zbudowali cały kanon nazw, funkcjonujących we wszystkich dziedzinach życia, poza gospodarstwem domowym.
   Można to sobie uświadomić bez trudu. Stosunkowo szybko zatarły się różnice       w mowie między oboma płciami, udało się przeforsować kilka nowych, potrzebnych kobietom określeń, nie budzą już oburzenia ani „menstruacje”, ani „waginy”, kobieca fizjologia cieszyć się może bogatym, adekwatnym zbiorem określeń, zastępujących potocyzmy oraz wulgaryzmy. Przyczyniły się do tego, między innymi, Zofia Nałkowska, choćby przez wydanie opowiadania – opisu „tego dnia”, Anna Świrszczyńska, Hanna Samson. Gorzej jest z psychiką. Użytkowanie języka nie polega tylko na składaniu jednoznacznych cząstek w logiczne całości zdań. To także odczytywanie niuansów, metafor, ukrytych sensów, nacechowania emocjonalnego słów, odczytywanie intencji mówiącego, rozbudzanie całej palety skojarzeń. Na tym polu najwięcej jest ciągle wypaczeń, jeśli chodzi o równouprawnienie płci. Głownie w tych ramach poruszają się ci, którzy jeszcze starają się dowieść, że różnice między pozycją społeczną kobiet i mężczyzn, są bezsprzeczną, niepodważalną dyktaturą naturalną i nie da się ich zatrzeć, a dowodów na to usiłują szukać w polszczyźnie. Zagłębiają się w archetypach, dowodzą panskojarzeń jednakich dla każdego człowieka. Zapominają, że, zanim postawi mu się pytanie, ów człowiek przechodzi przez tryby machiny, zwanej kulturą, jest przez nią oswajany                             z powszechnie przyjętym myśleniem, dominującym w danych czasach światopoglądem.   A, do niedawna, kształtowanie owego myślenia i światopoglądu, było zarezerwowane      w większości dla panów. Trudno więc dziwić się, że także kobiety poruszają się po życiu częstokroć według, krzywdzących dla nich, męskich reguł. Podejrzewam, że prawdopodobnie dopiero wnuczki moich wnuczek, bez żadnych schematycznych skojarzeń, będą mogły same ustalać sposoby działania swoich prywatnych, „panieńskich gospodarstw”.
 

epartnerzy
 
Eseje historyczne Pawła Jasienicy to - według słów samego autora - "swobodne literackie opowiadanie" o dziejach Polski w okresie formowania się jej państwowości. Oglądamy tu losy kraju i narodu, który - rządzony przez przedstawicieli jednego rodu królewskiego - zdobywa sobie poczesne miejsce na mapie Europy. Jasienica wysuwa na plan pierwszy dzieje dynastii, sugestywnie ukazując zmagania, osiągnięcia i koleje życia piastowskich władców Polski. Autor sugestywnie ukazuje osiągnięcia i koleje życia Piastów, nie skąpiąc opisów namiętności i słabości, wielkoduszności, ale i okrucieństwa. Przedstawiona przez Jasienicę wizja narodzin i rozwoju Polski, a także pasja, klarowność wywodu oraz styl sprawiają, że to fascynująca uczta dla każdego słuchacza. Patron medialny - Radio PiN.

Długość nagrania: 15:05:00
Lektor: Karol Stępkowski

link do publikacji darmowy fragment:
epartnerzy.com/(…)polska_piastow___audiobook_p12293…

**********
Salon Cyfrowych Publikacji ePartnerzy.com - zapewnia Ci GWARANCJĘ 100% SATYSFAKCJI, a także gwarancję najniższej ceny
 

em89
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

Kategorie blogów