Wpisy oznaczone tagiem "historia moja" (20)  

bulba2009
 
  117.wpis do e-pamiętnika
  ------------------------
 ( Przypominam , że nie jest to takie tam pisanie ale to co tu piszę jest częścią mego życia. Jest po prostu moim pamiętnikiem a raczej dziennikiem moich dni. Całość jest gdzieś w innym miejscu a tu zamieszczam tylko niektóre i czasem dość obszerne wątki. Tam na właściwym miejscu jest opis dni minionych dokładny i co dzień nowy wpis staram się zamieszczać. Skoro nie daję rady konkretnego wpisu danego dnia zamieścić to znajduje się on już w pierwszy dzień dostępu do internetu. Z powodów oczywistych nie po drodze mi z tym wszystkim i dlatego wpisy tu zamieszczane są coraz rzadsze i aż nadejdzie dzień kiedy znikną całkiem.Takie jest życie , nie da się dwa razy opowiadać tego samego a kopiować  nie lubię. Jednak swoje konto pozostawię tu , choćby tylko po to aby dowiadywać się co u Was słychać. )
Czerwiec i lipiec to miesiące kolejnych nowości.
================================================
Już w czerwcu znalazł się nam kuzyn . Kuzyn ze Stanów,który obecnie pomieszkuje w Norwegii w Sarpsborg . Wycieczka do Norwegii też się bardzo udała. Jednak te ogromne różnice w stanie posiadania. Osobiście w Polsce czuję się dobrze sytuowanym gościem a tam do pięt klasie średniej nie dorastam. Norwegowie są przerażająco bogaci (w końcu to druga po Luksemburgu gospodarka Europejska. Norwegia wydobywa ropę i gaz a u nich na stacjach benzynowych paliwo kosztuje 13,50 zł za litr oczywiście po przeliczeniu. Paczka popularnych papierosów to kolejne 90,-zł a najtańsza gorzałka za butelkę 0,7 l to wydatek ponad 200,- zł. Jednak nikt nie pyta Króla i jak tu żyć ? Oni po prostu tak dobrze zarabiają. A jak chcą poszaleć z alkoholem i  papierochami to jadą do tanich krajów (Polska, Litwa czy Czechy). Dlatego tak pełno u nas pijanych Wikingów choć tam w Norwegii żadnego pijanego nie widziałem.
Tych pięknych krajobrazów też nikt im nie zabierze a fiordy biją wszystko na głowę. Latem na ich plażach pełno opalających się ludzi a i o dziwo sporo kąpiących się. Temperatura powietrza jest wprawdzie (latem) w pobliżu 25 - 28 st.C. lecz ocean jest ciepły i temperatura wody dochodzi nawet do 28 st.C. No i co mimo, że są tak daleko na północ od nas i tak mają cieplej. Zimą w tym roku gdzie u nas temperatura spadała nawet poniżej -30 st. C. tam ledwo 15 do 20. Wszystko przez ten ciepły prąd zatokowy opływający całą zachodnią Europę.
 Kolejna informacja - będę dziadkiem !!!!!
 =========================================
W lipcu zaraz po powrocie z Norwegii odbyła się narada rodzinna. Dzieciaki oznajmili nam , że w listopadzie (pod koniec) możemy się spodziewać nowego lokatora. Ma to być synek lub córeczka. Nie chcą wiedzieć i płeć ich dzieciątka jest dla nich obojętna. W sumie dla nas też, aby tylko było zdrowe. Tu nasuwa się pytanie dlaczego tak późno o tym nas poinformowali , chcieli wszystko pobadać i otrzymać pozytywne opinie od wszystkich możliwych lekarzy. Ostatnie zaaferowanie nasze naszym nowym kuzynem dla dzieciaków było dodatkowym plusem, bo nasze myśli biegały z kuzynem i dla niego. Potem ta wycieczka a oni spokojnie hodowali to małe Zareciątko na chwałę babci i dziadka.
  Ot i się porobiło a życie i tak biegnie.
  • awatar gość: Wujek Wes bedzie dziadkiem?! I jak sie z tym czujesz? :-)
  • awatar Dejotka: no i doczekałeś się, Wes! :-) gratulacje!
  • awatar doll_divine: Zatem rodzinka się powiększa! Tam kuzyn, tu dzieciątko :d Gratuluję Wes. Kolejny promyk słońca w Twoim życiu :):*
Pokaż wszystkie (8) ›
 

bulba2009
 
116. wpis do e-pamiętnika
 -------------------------
Jedni mają wakacje a ja miałem włóczęgę
=======================================
    po północnej Europie.
    =====================

Najpierw o "EURO - KOKO". Otóż na tę imprezę do naszego kraju przyjechało wielu ludzi a przy okazji i do nas trafił nasz daleki kuzyn. Kuzyn znalazł nas w sieci i jeszcze przed EURO nawiązaliśmy kontakt. Jest to potomek w prostej linii mego dziadka ze strony mamci. Cała rodziną dziadka (prócz niego) wyjechała do Stanów zaraz po I wojnie światowej, tam się doskonale zaaklimatyzowali i tworzą liczny klan Zaretów z kilkoma bocznymi liniami. Podobno jest ich tam blisko 600 osób i zamieszkują w wielu stanach jednak w raczej w tych wschodnich (nad Atlantykiem). Nasz stary nowy kuzyn mieszka w Norwegii wraz z żoną od kilkunastu lat a zajmuje się bezpieczeństwem na platformach wiertniczych. Kuzyn ma na imię Ron a nazwisko Golom (kiedyś nazywali się Gołombek) jest młodszy odemnie o pięć lat. Jest żonaty i ma dwie córki, obie mężatki i mieszkają w USA.
Jednak z niego taki kibic jak ze mnie, zamiast na mecze to po Polsce śmigaliśmy i musiałem mu pokazywać wszystko co chciał zobaczyć. Byliśmy w Krakowie i Wieliczce , byliśmy w Warszawie i Sulejówku. Oczywiście Wrocław i Katowice trzeba było zobaczyć a potem odwiedziliśmy brata w Bielsku-Białej i naszą rodzinę w Zgorzelcu i Bogatyni. Potem był Poznań i Szamotuły oraz Janowiec. Oczywiście był i Szczecin, Kołobrzeg i Koszalin. Nie byłbym sobą gdybym jemu nie pokazał mojego ulubionego regionu Kaszub a więc zaczęliśmy od Sławna, Bytowa, Tucholi, Kościerzyny i tak przez prawie tydzień byliśmy w naszej polskiej Szwajcarii Kaszubskiej. Trójmiasto , Elbląg i Malbork też w dwa dni udało się na szybko zobaczyć. Przyszła kolej na Warmię i Mazury oraz Podlasie. Kuzyn był zachwycony całym naszym krajem . Podobało mu się wszystko i nawet pogoda dopisywała. Ja płaciłem za paliwo i jedzonko a kuzyniak opłacał noclegi i bilety wstępu. Tak od początku ustaliliśmy więc nie było żadnego patrzenia na ręce przy płaceniu, każdy wiedział za co musi kasą ruszyć. Zresztą przelicznik jest dosyć prosty bo za jedną złotówkę ma się dwie korony, dla uproszczenia.
Wycieczka udała się bardzo.  W zamian za blisko dwa tygodnie w Polsce pojechaliśmy do Norwegii. Jednak o tym w kolejnym wpisie..
Pokaż wszystkie (1) ›
 

bulba2009
 
82 wpis do e-pamiętnika
-----------------------
Okulista.
=========
Kolejna wizyta u mojej okulistki skończyła się smutkiem. Jaskra jest. W obu oczach i na dodatek zaawansowana. Leczenie polega na wstrzymywaniu choroby i poprzez podawanie kropelek do obu oczu. Na pocieszenie pani doktór powiedziała , że z tym można żyć , troszkę życie choroba utrudnia jednak nie możliwości przeprowadzenia operacji , bo to i tak nic nie da. Mogę nawet nie widzieć wcale ale to jeszcze długo czasu i musiałbym się nie leczyć. Trudno tak jest z chorobami dziedzicznymi. Nie musi się zachorować lecz jak się już zachoruje to ma się wszystko co ona z sobą niesie.

  Wielkanoc - bardzo dawno temu...
  ================================
 W tamtym czasie cała nasza rodzina po kądzieli i mieczu (tylko niektórzy) spotykała się na te Świąteczne dni w Olsztynie. Tam wówczas mieszkało wujostwo a raczej stryj i stryjenka oraz babcia moja ze strony ojca.  Do nich dojeżdżali z Warszawy moi dziadkowie po kądzieli wraz jedna z córek z synem. W tamte święta było tak samo , było miło świątecznie, pogoda wspaniała a my wówczas dzieciaki mieliśmy frajdę szukając koszyków zostawionych przez zajączka. Jako najstarszy z dzieciaków miałem za zadanie młodych pilnować. W zasadzie nic dzieciakom nie groziło , bo teren był ogrodzony ale jak trzeba to trzeba. Wszystkie koszyki dzieciaki poszukały i trzeba było do domu wracać na obiad , bo babcie już w gong biły.
Jak wróciliśmy to atmosfera w domu była jakaś taka nie świąteczna. Mężczyźni przy stolach siedzieli a żadnej kobiety z nimi nie było. Wprawdzie siedział ktoś przy nich ale jakiś taki obcy pan. Pan był źle ubrany i nawet można by powiedzieć , że był brudny. Pan palił jakieś takie śmierdzące papierosy w gazecie zawijane. Potem się okazało , że to nasz daleki wujek a dla mego ojca i jego siostry bardzo daleki kuzyn. Ten gość wielkanocny był synem dalekiego kuzyna mojej babci ze strony ojca.
W zasadzie na tym można by opowiadanie zakończyć gdyby nie to co po latach o tej rodzinie (mojej ale bardzo , bardzo dalekiej) dowiedziałem. Otóż ojciec tego nowego wujka zaraz po wojnie wstąpił do szkoły kadetów , potem był na szkole oficerskiej , potem wstąpił do KBW i oddelegowali go na południe a tam służył w jednostkach specjalnych. Podobno doszedł do stopnia podpułkownika a także podobno był wyjątkową świnią. Razem z UB rozpracowywali Ukraińców i Uemków czyli tamtejszą ludność. Brał łapówki, bił osobiście nie tylko mężczyzn ale i kobiety i dzieci. Podpalał ich domostwa, może nie osobiście ale z jego rozkazu. Kontakty z nim zostały zerwane wcześniej , bo jego ojciec też był nie za ciekawym człowiekiem. Tylko to , że syn był już oficerem KBW ojciec jego uniknął więzienia za to w czasie okupacji robił. W końcu nie wytrzymał psychicznie i się powiesił. Podobno awans na porucznika nasz daleki wujek dostał w dniu pogrzebu swego ojca.
Ten nasz krewny ożenił się z dziewczyną z Krosna czy Jasła. Miał z nią dwoje dzieci. Jedno z nich zmarło w drodze ze szkoły , ktoś przejechał je furą z kartoflami. Nawet nie wiem czy to był chłopiec czy dziewczynka. Drugie dziecko trafiło do SP (taka organizacja młodzieżowa dla PZPR). I to właśnie był ten wujek , nowy wujek . Po kilku latach został drużynowym a potem działał w ZMP i potem w PZPR. Swoją karierę skończył w Brodnicy jako I-szy sekretarz partii , tam robili jakieś przekręty z terenami przy jeziorze i trafił do więzienia. Wtedy kiedy przyszedł do nas to chyba zaraz po kryminale.
 Mam tylko nadzieję , że w te Święta nie przybędzie do nas jakiś daleki wujek, bo kto wie ilu jeszcze dalekich wujków mamy.
Nigdy nie dowiedzieliśmy się po co on przyjechał, jednak wtedy nawet na obiad nie został.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

bulba2009
 
  74.  wpis do e-pamiętnika
  -------------------------

 Pogrzeb czyli - ostatnia przysługa.
 ===================================
Zmarła ostatnia osoba nosząca nazwisko rodowe, to była ostatnia osoba z rodziny w drugim pokoleniu licząc. Ciocia moja to była siostrą mego ojca. Młodszą siostrą. Dożyła do 88 roku z tym , że ostatnie trzy lata tylko wegetowała. Żyła ale jej nie było , zachorowała na chorobę starców czyli na alchajmera . Córka jej robiła wszystko aby jej ulżyć w tym cierpieniu. Starość jet paskudna. Kuzynka moja wraz ze swoim mężem robili wszystko aby do ostatnich dni czuła się dobrze. Miała wszystko co potrzeba do życia, niczego jej nie brakowało. Mimo choroby wszyscy ją kochali i cierpliwi byli, bardzo cierpliwi byli.
Pogrzeb odbył się na dużym parafialnym cmentarzu, gdzie miała postawioną kryptę zwaną inaczej katakumbą rodzinną. Jest tam jeszcze troszkę miejsca a więc starczy i dla kuzynki i kuzyna oraz ich rodzin.
 Pogrzeb był dość szybki i mimo że uczestniczyło w nim dwóch biskupów i kilku księży to nadzwyczaj szybko oficjele tę sprawę załatwili. Potem zabrał głos prezydent Olsztyna (Gromowicz) oraz kilku oficerów ze straży pożarnej. Ciotka moja to była żoną komendanta straży pożarnej w Olsztynie. Potem konselacja czyli wolny czas na wspominki. Potem powrót  do domu, odległość nie za duża , bo raptem 120 kilometrów, więc w niecałe dwie godzinki już w domku.
Dzień jak dzień, troszkę przykry , troszkę smutny jednak jak każdy dzień kiedyś się kończy i dobrze że tak jest.
 

bulba2009
 
III

Lipiec 1980  -  październik 1981
Farba drukarska , papier ofsetowy i wódka
czyli  nielegalny import i eksport

      Ten rejs miał być pierwszym i ostatnim rejsem w ogóle nie związanym z rybołówstwem. Jak do tego doszło to trzeba opisać i opowiedzieć w miarę dokładnie , choć minęło już sporo lat od tamtej pory to jednak same fakty są w pamięci . Może tylko nazwiska i imiona ludzi biorących w tych zdarzeniach udział zatarły się w pamięci i dla dobra sprawy nawet gdy je pamiętam to wolę zapomnieć aby w razie czegoś nie robić ludziom niepotrzebnych kłopotów.
      Zaczęło się to w pewien sztormowy dzień latem 1980 roku. Kuter nasz powrócił z łowiska prawie bez ryby z powodu sztormu , wiało z nord-ostu nie dużo , bo zaledwie 5-7 ale morze hulało mocno bo fale szły przez całą zatokę Fińską i cały północny Bałtyk , fali więc było aż za dużo. Bujało jak korkiem w wannie a to   jest cecha tych letnich sztormów krótkie i ostre. Mieliśmy jakieś dwa , trzy dni odpoczynku. Po rozładunku tej ryby którą mieliśmy na pokładzie, uzupełniliśmy opakowania, pobraliśmy lód kruszony, zacumowaliśmy kuter w basenie postojowym i co było robić a było jeszcze długo do trzeciej kiedy to normalni ludzie idą do domu , padło hasło
     -  A może ,by tak na wódeczkę – powiedział bosman Adaś
-    A czemu , by nie – i to już był  chór głosów prawie z każdej strony okrętu
  Cóż było robić, hasło to jakby obowiązek, trzeba było wykonać. Zgodnie jak nigdy postanowiliśmy najpierw iść do Barki na dobrą rybkę z frytkami i cóś do tego a potem się zobaczy. Jak się postanowiło tak się zrobiło , wylądowaliśmy w Barce. Ludzi było tu tyle co kot napłakał , zajęte były tylko dwa stoliki więc siedliśmy na tak zwanej małe sali aby nikt nam nie przeszkadzał. No i zaczęło się . Obiadek do tego flaszeczka, potem wzięliśmy śledzie w śmietanie i do tego wódeczkę, następnie kawka i do tego gorzałka.
      - DOŚĆ zmieniamy lokal – motorek też ma coś w tym zakresie do powiedzenia Grześ bardzo lubił zmieniać lokale a my nie mieliśmy nic przeciwko
takiemu obrotowi sprawy , nam też już się tu nudziło.                                                        
      - Idziemy do Solnego – powiedziałem.
    Do Solnego jednak był kawał drogi ,więc pojechaliśmy taryfą. Tu też pustki. Nawet nie było na kim oka zawiesić , w restauracji hotelowej jakiś dwóch gości znęca się nad obiadem , w barku cztery panie ,chyba kuracjuszki piją kawkę i jedzą ciacho, daleko w tyle siedzi jakiś samotnik no i nasza czwórka . Siedliśmy w głębokich fotelach troszkę na uboczu . Zdzichu wyprzedził wszystkich , bo już u kelnerki zamówił po szaszłyku i flaszkę wraz z  popychaczem.
       - O kurcze chyba za duże tempo – powiedziałem
       - Co się martwisz i tak mamy co najmniej dwa dni wolnego – powiedział Grzechu – a tak w ogóle nie chce mi się dziś do domu bo ostatnio trochę  przesadziłem i stara jest na mnie zła i nie gada
       - To idź z nią do lekarza może ma coś z gardłem jak nie mówi – to już Adaś ze swoimi ludowymi mądrościami- a tak ogólnie jest dopiero druga i do ósmowego komunikatu jeszcze sporo czasu
       - Idziemy - powiedział Zdzicho trzymając kieliszek do toastu.
    Poszliśmy i ten i kilka następnych. Zrobiło się troszkę nie tak , wódeczka zaczęła działać , zaczęło się łazikowanie i dobijanie samotnicze , a to jeden a to drugi lądował w barku i wbijał w siebie kolejne „nity” . Ja też , taka dola.
    W pewnej chwili, gdy byłem sam przy stoliku, dosiadł się do mnie jakiś gość. Już chciałem odpędzić to zjawisko od naszego stolika ,lecz on zagadał całkiem po ludzku.
       - Bardzo pana przepraszam –mówi ten gość-że tak wtargnąłem w pańskie towarzystwo, ale mam do pana sprawę. Słyszę , że panowie pływają a ja chciałbym o tym pogadać w ciszy i spokoju , oczywiście o ile nie jestem zbyt nachalny proponuję abyśmy poszli do pokoju hotelowego i tam pogadamy w spokoju.
    Ocho! Jest źle! Już w głowie rożne myśli zaczęły chodzić, a może to podpuszczanie przez WOP, lub jakiś inny wywiad. Troszkę się przestraszyłem ale alkohol robił swoje , co ja nie dam rady , a jak nie ja to kto. Myśli, myśli, rozum mówił jedno a ciekawość drugie.
     - Dobra możemy iść tylko na krótko, bo kumple będą się wściekać jak za długo mnie nie będzie –powiedziałem.
  --  ciąg dalszy może nawet tu puszczę ---
 

bulba2009
 
  9. wpis do e-pamiętnika
  -----------------------

Kolenda.
========
Nawiedził nas dziś sam proboszcz. Proboszcz z parafii do której należy Szczęście moje. Jak mnie zobaczył to przypomniał sobie o ostatniej kolędzie na której troszkę się pospieraliśmy. Z tym , że troszkę to brzmi troszeczkę za lekko i na dodatek za delikatnie. Tym razem nie prowokował mnie, a nawet chwalił moje postępowanie w sprawie ślubu naszych dzieciaków. Posiedział prawie godzinkę, kawusię wypił, ciacho zjadł (kościelny też). Rozmowa przebiegała jak na raucie dyplomatycznym, o nic drażliwego nie zahaczaliśmy w sumie rozmawialiśmy o wszystkim czyli o niczym. Troszkę wspominaliśmy lata minione, oraz o adopcji Córci. Troszkę o problemach naszej Róży i o jej zamieszkaniu na stałe w naszym mieście.Nie było tradycyjnych pytań o radio "Maryja" ani o to jaką gazetę czytamy i czy TV Trwam się nam podoba. Nic , tylko kultura. Ucieszył się , że pani Maria jest jego nową parafianką i z tego ,że Róże widuje w jego kościele. Potem wziął kopertę , pożegnał się i poszli do sąsiadów.
 Jak organizowaliśmy ślub naszych dzieciaków tośmy sobie wiele wyjaśnili i być może był to dobry kierunek do dalszych kontaktów.
  Potem zjedliśmy obiad , dziewczyny i Kacper poszli do salonu popatrzeć na WŚOPS a ja poszedłem poćwiczyć ucho na pięterko. Już prawie zasypiałem a tu w drzwiach stanęła Córcia w bardzo krótkiej sukieneczce z kucykami na głowie. Dygnęła , ukłoniła się i piskliwym głosikiem powiedziała :
 - Tatku czy pamiętasz ? i zaraz zaczęła recytować ,
 "Poszła żabka po wodę
   do zimnego zdroju,
  za nią bociek , człap człap
  nie dał jej spokoju.
  Żabko , żabo gdzie mieszkasz
  to cię odprowadzę
  i pod twoim okienkiem
  czerwoną różę zasadzę,
  jak czerwona przekwitnie
  zasadzę różową a jak ona
  przekwitnie będziesz moją żoną."
Taki wierszyk  z ust starej baby , nie dość , że po studiach to już mężatki. Jednak przypomniałem sobie jak dawno , dawno temu  gdy miała cztery lub pięć lat po powrocie z przedszkola powiedziała taki wierszyk. Jednak wierszyk wtedy kończyła słowami, czy ty tatku się ze mną ożenisz. Niestety słowa nie dotrzymałem !!! Myślę, że dzisiejsze przypominanie rodzinnych historii i jej na pamięć co nieco przyszło i stąd ten strój i wierszyk. Kochana dziewucha.
 

bulba2009
 
  8. wpis do e-pamiętnika
  ------------------------

Zabawa była przednia.
======================
 Wiecie co ? Nie lubię sztuczności, na tym balu dla ludzi przedsiębiorczych , było kilka osób, które za wszelką cenę chcą być pierwszymi. Niestety jak co roku takie sprawki się zdarzają. Tak było rok temu jak i dwa , trzy lata temu a i wcześniej również. Jakoś ślad po takich gościach ginie prawie zaraz po zabawie. Jednak nieraz bywa o wiele gorzej , bo ci wybrańcy narodu chcą być na świeczniku o dużo więcej czasu. Znam ich to , dno społeczne, oni widzą tylko kasę, dużą kasę przed sobą i bez żadnych skrupułów dążą do celu. Niestety coś im się z celownikiem popieprzyło i nie zawsze trafiają w cel a nawet ich pocisk błądzi w otchłani przez długi czas a potem dumnie dupnie w błoto. Jednak pocieszam się , że to tylko jednostki.
Zabawa była wspaniała. Mieliśmy stolik nr. 3 a więc lekkie uznanie dla dorobku było. Nie mam zamiaru partycypować wyżej , bo i po co. Nie wybieram się do władz żadnych, wolę z tylnego siedzenia co nieco podreperować. Wprawdzie o nowym synu muszę myśleć jednak on ma tyle wiagry w sobie , że bez mojej pomocy sam da sobie radę. A jakbym nawet chciał coś zdziałać w jego imieniu to i tak nie byłoby fer , bo on o niczym nie wie. Oczywiście były dyplomy jak przystało na wieczór dla miejscowego biznesu przystało, oczywiście nasze osiedle dostało specjale wyróżnienie z UE za doskonałe wykorzystanie środków wspomagających małe przedsięwzięcia. Na dodatek dostaliśmy zwolnienie z kolejnej raty kredytu (to już drugie zwolnienie - a to jest całkiem niezła kasa).
Potem takie pierdu, pierdu, każdy się chwalił tym co zrobił a jak jeszcze nie zrobił to tym co kiedyś zrobi. Nic o konkretach. Każdy chce być lepszy od Boga a Bóg jest jeden i od niego nie ma mocniejszych. Niektórym to już bycie w takim towarzystwie już pokręciło we łbie, i na raz stali się tacy ważni jak stójkowy za caratu. Ogólnie nie lubię tu być, jednak dla dobra wszystkich i ja się dokładam do naszej WOŚP , bo w końcu to jest najważniejszy cel tego spotkania.
Przyjechaliśmy wszyscy naszym autkiem, żeby do domu szybko wrócić. Nie piłem ani kieliszka poza lampką białego winka na dzień dobry. Fochów też starałem się nie pokazywać, jednak niejednemu bogackiemu dopiekłem do pięt. Kacper mnie hamował jak mógł , a jak już nie mógł to udawał , że nie wie o co chodzi.
 Z ludźmi normalnymi rozmawiałem jak rodzice przykazali, byłem grzeczny i spolegliwy. Takich lubię , oni od lat starają się budować coś dobrego wokół siebie i nie tylko. To zamożni ale dobrzy ludzie i u nich zawsze znajdzie się miejsce dla biedaka. Takich lubię a nienawidzę tych gnoi co to z wyzysku żyją, wprawdzie dają zatrudnienie dla całej masy ludzi lecz wszystko na umowach powszechnie zwanych 'śmieciem'.
 Jednak mimo wszystko tradycja , że w Trzech Króli spotyka się cała szarża z naszego miasta to jest niezły sposób na wszystko zło. Niektórzy dzięki temu staną się lepsi a tych niepoprawialnych na kolejny raz się nie zaprasza, i już. Taki mamy cel. W końcu sam jestem wśród tych , którzy ich dopuszczą do grona , naszego grona.
  • awatar Wes, kocury i rodzinka: @Pandorcia: Nie bogaczom ale idiotom. Bogactwo nie jest nam dane tak ad hoc ale dlatego by się nim dzielić. Już dawno , dawno temu , ludzie majętni mieli obowiązek obdarowywania biednych.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

bulba2009
 
 4. wpis do e-pamiętnika
 --------------------------
Dzieciaki znowu nas zaskakują !
===============================
  W sumie jest cicho i spokojnie i nic ciekawego się teraz u nas nie dzieje. Jednak poprzednie słowa nic nie znaczą skoro ma się Córcię z lekkim ADHD a i jej mąż też jest nadpobudliwy.
  Najpierw Córcia przyszła do mnie i ni z gruszki ni z pietruszki zaczęła mówić o Szczęściu moim. Pytała o to jak się poznaliśmy, już kiedyś jej o tym opowiadałem. Drążyła temat dość długo, pytała o mój pobyt na emigracji (zarobkowej) i o tych przyjazdach na urlopy. Musiałem jej też przypomnieć (znaną jej) historię o adopcji malutkiej Nadziei.
 Naraz zapytała wprost - Tatku czy ja mogę cioci mówić mamo?.  Tak szczerze troszkę mnie to zatkało, bo nigdy nie było mowy o tym jak ma się do nas zwracać. Do mnie  słowo wujek było używane tylko na początku a potem po którymś powrocie z przedszkola był tato i tak jest do dziś. Natomiast do Szczęścia mego zawsze zwracała się per ciocia. Nam to nie przeszkadzało, jednak dziewczyny miały z sobą doskonały kontakt. I naraz to pytanie.  Powiedziałem małej aby poszła do Szczęścia mego i sama zapytała. No i poszła. Za godzinę lub półtorej obie przyszły do mnie , spłakane jakby ktoś umarł. A to tylko mama się urodziła , nie dosłownie ale słownie. Z cioci zrobiła się mama, mamcia, mamusia. Tak Córci się to słowo podobało , że teraz wymawia je z pietyzmem i czcią. Zawsze powiadałem mojej ślubnej , że jeszcze się doczeka takiego dnia który zapadnie jej na bardzo długie lata w pamięci.
 Na dodatek przed chwilką był u mnie Kacper i oznajmił , zapytał czy oznajmił mi , że nie lubi się do mnie zwracać po imieniu , bo go to krępuje i od dnia dzisiejszego będzie mówił mi Tato.
Nie wiem , czy to razem ustalili. Wiem, że na pewno Kacper pytał dlaczego do ciociu nie mówi mamo. A może to tak już ma być. Nie miałem syna a teraz mam. Nie dość , że mam Córcię to jeszcze synek doszedł a Szczęście moje jednego dnia została mamą dla córki i syna. Szczęście trzeba mieć, my je mamy.
Pokaż wszystkie (5) ›
 

bulba2009
 
 3. wpis do e-pamiętnika
 ------------------------
Koniec odwiedzin. Cisza, spokój.
=================================
 Wczoraj pożegnaliśmy ostatnich naszych gości. Wszyscy się do własnych domów porozjeżdżali. Trzeba było złożyć stół i na strych pozanosić zbędne krzesła. Teraz jakoś tak pusto a jednocześnie cicho.Lubię gościć w naszym domu rodzinkę i krewnych jednak ich pobyt przez blisko dwa tygodnie , to jednak sporo.
 Nasza Mamcia pozostanie u nas jeszcze kilka dni a potem odwieziemy ją do jej mieszkania. Wprawdzie już dawno chciała być u siebie, jednak stale jest pod kontrolą okulisty i nie wolno jej pracować. To znaczy może robić wszystko na siedząco a schylać się nie wolno jej pod żadnym pozorem. Kobitka męczy się z tym, bo zawsze lubiła pomagać w domowych obowiązkach. Jeszcze kilkanaście dni i oczy się zagoją a potem to powolutku może podejmować niektóre prace domowe. Mimo wszystko dzielnie znosi te niedogodności i robi dobrą minkę do wszystkiego. Najważniejsze jest to , że operacja się powiodła i teraz widzi prawie doskonale. Powoli zaczyna sięgać po książki i swoje ulubione krzyżówki. Pojutrze będziemy przerabiać nasze ostatnie dynie, więc Mamcia cieszy się na to , że wreszcie i dla niej nie zabraknie pracy.
Pusty stół.
============
 Przez blisko dwa tygodnie przy naszym stole zasiadało do posiłków blisko trzydzieści osób a teraz tylko siedem. Jest pusto i jakby mniej gwarno.
 Dzieciaki postanowiły , że będą mieszkać u nas a Kacpra mieszkanie w jego kamiennicy pójdzie do wynajmu. Teraz zajmowali dwa pokoje ale dajemy im jeszcze jeden taki do pracy i do wszystkiego. W końcu i tak stoją puste i czekają na jakieś wydarzenie rodzinne. Nareszcie nie będą puste a dzieciaki poczują się o wiele swobodniej.
 

bulba2009
 
 2. wpis do e-pamiętnika
 -----------------------
Ślub.
=====
 Już Wam pokazałem zdjęcia i więcej nie będzie. No może kiedyś wrócę do innych fotek ale na razie stop. Jak moje Szczęście zobaczyło fotki to zaraz za myszę złapało i chciało kasować. Jednak wytłumaczyłem jej na logikę i w/g rachunku prawdopodobieństwa. Jest jedna szansa na 580.000, że ktoś może ich poznać. Jednak jak ktoś ich pozna to już wie o wszystkim. Nie ma co twarzy zakrywać ani wagi maskować, niech będzie jak jest. W sumie nie jesteśmy żadnymi przestępcami aby swoje twarze ukrywać, a nawet jak tak to i tak w telewizorach nas pokazywać będą. Jest jak jest i niech tak pozostanie.
 Już Wam pisałem , że miałem okazję podglądać Córcię jak się sposobiła do ślubu. Nawet przed orkiestrę wyszedłem i opisałem w jakim stroju wystąpi. O jakże ja nie znam kobitek. Tamta sukienka w której ją wtedy widziałem to było wdzianko na bal tradycyjnie organizowany w dniu 6 stycznia każdego roku w naszym klubie. Córcia wystąpiła na swoim ślubie w sukni o której nawet nie słyszałem a Kacper to już w ogóle nawet o tym słyszeć nie chciał.
Za świadka Córci mojej robotę odwalała jej koleżanka. Razem do ogólniaka chodziły potem razem na jednym wydziale studiowały a teraz obie w jednej szkole pracują. Jakby to powiedziała niewierna_ja , moja najkumpela.
 Za świadka Kacpra robił jego kuzyn , diabelnie do niego podobny choć troszkę młodszy. To jedyny krewny jakiego Kacper ma.
 Był nasz pastor oraz proboszcz. Z uwagi na to , że proboszcz nie chciał być ujmowany przez aparat więc nie ma jego zdjęć. Nasz pastor , wspaniale wszystko poprowadził a potem razem ze swoją żoną był na przyjęciu u nas.
 W kościele było ciepło jak prawie latem. Wprawdzie kościelny podłączył nagrzewnicę ale na dworze było + 14 a więc jak chłodnym wieczorkiem w lecie.
 Wydaje mi się , że wszystko odbyło się godnie i ciekawie. Dwóch księży i to różnych wyznań jednak o takich samych korzeniach to nawet w naszych regionach ciekawostka społeczna. W każdym razie kościół był pełen
  • awatar Nortus & Potworna spółka: na zdjęciach wyszła bardo ładnie i wcale nie grubo. fakt, że nie każdy lubi swoje zdjęcia w necie oglądać ale z takiej okazji to spokojnie może być. gorzej gdyby to były fotki policyjne :D albo gdyby zabiła męża :D :D
  • awatar Wes, kocury i rodzinka: Brutusie i ty. Męża zabić to według koranu cierpienia wszelkie doświadczyć w drugim życiu. Myślę , że Szczęście moje nie nosi się z takim zamiarem.Choć powiem Tobie po cichu, niepewność raz zasiana owocuje pięknie. Nortusie wycofaj to, albo pozostaw dla potomnych. Pozdrawiam Xylię . Wes.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @Wesley van der Zaret: no dobra, darujemy nowemu mężusiowi życie :D
Pokaż wszystkie (3) ›
 

bulba2009
 
434 wpis do e-pamiętnika
 ----------------------
Dziś Święto  , Święto Państwowe.
=============================
Czytam wszystko na ten temat. Oglądam wszystko na ten temat. No i dochodzę do wniosku, że dnia 11 listopada w Polsce nic ważnego się nie stało , więc dlaczego ten dzień jest dniem świątecznym i na dodatek ustawowo dniem święta narodowego. Wprawdzie tego dnia została podpisana kapitulacja Niemiec  i zakończyła się tego dnia (formalnie) I-sza wojna światowa. Jednak w naszym świeżo wyswobodzonym kraju nic się nie zdarzyło.
W lipcu 1918 roku powstała Rada regencyjna i na dodatek w Lublinie. Wprawdzie działała kilka dni jednak to byłby dobry dzień na dzień świąteczny. Jednak myślę, że za bardzo by ten dzień kojarzył się z dniem 22 lipca 1944 kiedy to powstał PKWN (nie mylić z Polskim Koniakiem Wytwarzanym Nocą). Osobiście jako już wiekowy człek a żyjący w kraju nad Wisłą , tamto święto było dla nas młodych wówczas , było naprawdę dniem radości i zabawy. Tego dnia nie musieliśmy iść na pochód ani na procesję. Tego dnia szło się nad Wisłę , bo tam w pobliżu spichrzów stały stragany i bez problemu można było kupić parówkę z bułką (za 50 groszy) oraz lemoniadę z butelki z takim śmiesznym zamknięciem. Były też lizaki, baloniki jakieś występy zespołów ludowych a wieczorem zabawa na dechach. To było piękne święto a na dodatek normalnie , bo latem. Tu trzeba przypomnieć , że w każdym normalnym kraju święto narodowe jest latem tak jest w Kanadzie, Stanach, Francji, Anglii, Szwecji i wielu, wielu innych normalnych krajach. A u nas to musi być w pochmurny listopadowy dzień i na dodatek jest to dzień czczenia poległych.
Czy my Polacy nie potrafimy się radować i cieszyć, czy zawsze musimy nad grobami stać i ze smutkiem patrzyć na nasze osiągnięcia. A może to już ten typ tak ma.
 

bulba2009
 
426 wpis do e-pamiętnika
 ------------------------
 Miało być inaczej a wyszło jak zawsze.
 ======================================

 Pojechaliśmy na groby naszych bliskich. Najpierw do Kołobrzegu na grób mojej córki. Od kolegów wiem , że była żona żyje i ma się całkiem nieźle. To znaczy od zabawy do zabawy , od jednego kochanka do drugiego i tak przez te ponad trzydzieści lat. Żadnych zmartwień i tylko zabawa i flirty. Jak to dobrze , że to już nie moja żona. Jednak na grób własnego dziecka mogłaby czasem zaglądnąć, niestety występy jej w tym przeszkadzają. Grób był w strasznym stanie. Stare znicze, pousychane kwiatki i pełno liści i brudu na samym grobie jak i wokół. Wzięliśmy się do roboty w godzinę już było przejrzyście i nawet ładnie. Piętnaście lat temu pochowałem ją i od tego czasu co rok dwa razy odwiedzam jej grób. Raz w jej urodziny a drugi raz w te listopadowe święto. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się aby tej tradycji nie dopilnować.
Drugim miejscem które odwiedziliśmy był grób rodziców Córci mojej. To była wielka tragedia. Młode małżeństwo z dzieckiem jechało maluszkiem a najechał na nich wojskowy samochód z pijanym sierżantem za kierownicą. Zginęli oboje w jednej minucie a Córcia moja (wtedy niespełna roczne dziecko) trafiło do Domu Dziecka. Tam poznaliśmy się i pokochali na wszystko dobro tego świata. Adopcja a raczej wszelkie z nią związane sprawy trwały ponad rok. Nigdy nie ukrywaliśmy przed nią faktu adopcji a zawsze jak tylko mamy chęć odwiedzamy grób jej rodziców jednak na te święta to już koniecznie. W tym roku Córcia bierze ślub z Kacprem a w przyszłym roku 15 maj skończy trzydziestkę z tego 28 lat z nami. Dziwne to czasy jej rodzice też pochodzili z Domu Dziecka i żadnej rodziny nie mieli. Kacper jest też dzieckiem wychowywanym przez ciotkę swoją, bo matka jego zmarła jak on miał 13 lat a ojca to wcale nie znał. Być może dlatego tak bardzo lubi ten nasz domek i wszystko to co się w nim dzieje.
Trzecia wizyta to groby moich przodków. Holendrów , którzy wyrzuceni ze swego rodzinnego kraju zostali przyjęci przez króla Polski i dostali na własność tereny po obu stronach dolnej Wisły i na Żuławach . Tu na naszym tradycyjnym cmentarzu dzięki władzom wiejskim groby są zadbane a teren zawsze oczyszczony z chwastów. Miło tu pobyć i posłuchać śpiewu ptactwa i rechotania żab. Tu jestem raz w miesiącu - przynajmniej raz w miesiącu.
  • awatar roma...: Napisz coś o Mennonitach. Będąc na wakacjach na Żuławach ( dawno to było ) trochę słyszałam, dużo dobrego ale i ... złego. Tylko prawdy obiektywnej jakoś się nie dowiedziałam.
  • awatar Wes, kocury i rodzinka: @roma...: Już pisałem o historii mojej rodziny, która z dalekiego kraju z powodów religijnych została wydalona i przybyła do kraju nad Wisłą na zaproszenie ówcześnie panującego Króla czy raczej namiestnika . Było to 1827 roku i była to kolejna już tura wydalonych. Zaglądnij do mego bloga t5am znajdziesz odpowiedź na Twoje pytania. Pozdrawiam.
  • awatar roma...: Czytałam i trochę znam historię Olędrów, bo interesuje mnie problem Ślązaków, volksdeutschów, więc natrafiłam i na informacje o Żuławach i ludziach tam zamieszkujących. Będąc na wycieczce dopytywałam przewodniczki. Propaganda sprawiła, że o moich ziomkach nie myśli się zbyt dobrze, choć prawda nie jest tak jednoznaczna. A o Olędrach "mówi" się że więźniów obozów koncentracyjnych zmuszali do niewolniczej pracy. Dlaczego po wojnie zostali wysiedleni z Żuław? I ta sprawa mnie interesuje. Jaka jest prawda.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

bulba2009
 
 To nie jest wpis do e-pamiętnika.
 =================================

 Było to dawno temu, bardzo dawno. Był rok 1979, maj. Dziadek mój leżał wtedy w szpitalu. Był bardzo chory. Miał raka z przerzutami. Leżał na oddziele intensywnej terapii w szpitalu Akademickim w Warszawie. Ja wówczas mieszkałem w Kołobrzegu. Po którejś rozmowie telefonicznej z panem profesorem a jednocześnie ordynatorem tego oddziału, postanowiłem wziąć urlop i pojechać do mego dziadziusia. Wiedziałem , że nic mu nie pomogę ale zapewne moja osobą go ucieszy. Wsiadłem w swojego maluszka i pojechałem. Najpierw zajechałem do Sulejówka gdzie dziadek mieszkał. Tu po przywitaniu z babcią i pradziadkiem, troszkę się odświeżyłem i zaraz w dalszą drogę do Warszawy.
 Na oddział trafiłem już po południu. Jednak jeszcze pan ordynator jeszcze był i zaprosił mnie na rozmowę. Stan dziadka był beznadziejny. Ordynator powiedział, że jak dziadek pożyje tydzień lub dwa tygodnie to długo. Tak w zasadzie można się liczyć na jego odejście z każdą chwilką. Troszkę czasu musiało po tej rozmowie minąć, bo nie chciałem z łzami w oczach iść do dziadka.
 Jak wszedłem do sali i go zobaczyłem to jakby serce mi stanęło w miejscu. Wyglądał bardzo źle, jakby zmalał, bardzo schudł, cera jego była blado sina, oczy miał bardzo zapadnięte. Żal mi się dziadka zrobiło bardzo, zawsze taki dziarski i wszędzie go pełno było a teraz taki cichutki i spokojny. Ucieszył się bardzo na mój widok, nawet poweselał troszkę na twarzy. Długo rozmawialiśmy o wszystkim, jednak najwięcej o tym co zrobi jak wyjdzie ze szpitala i jak mu minie ta choroba. Bidulek nie zdawał sobie sprawy ze stanu swego zdrowia, ja jednak nawet malutkim słowem nie prostowałem jego wypowiedzianych myśli. Po pewnej chwili dziadek poprosił mnie o to bym poszedł do restauracji i przyniósł mu golonkę pieczoną i ćwiartkę wódki. Obiecałem , że tak zrobię. Dziadek zasnął ze zmęczenia a ja jeszcze chwilkę posiedziałem, popatrzyłem na tę obolałą twarz najukochańszej dla mnie osoby. Jak wychodziłem z oddziału to na korytarzu spotkałem ordynatora. Zapytałem go wprost czy mogę wypełnić prośbę dziadka. Pan profesor odpowiedział , że mogę i niech staruszek się choć na chwilkę ucieszy.
 Na drugi dzień jak już dojechałem do Warszawy, to najpierw poszukałem knajpki, potem kupiłem golonkę, musztardę i chrzan, bułkę wodną i poprosiłem o ćwiartkę dobrej białej wódki w butelce z korkiem. Pan kelner wcale nie był zdziwiony i dość szybko mi wszystko podał. Zadowolenie z wiktuałów dostarczonych dziadkowi sprowadziło na jego oblicze zadowolenie i radość. Dziadek pojadł kilka kęsów golonki sowicie musztardą i chrzanem posmarowane, potem wypił naparstek wódki i zasnął. Twarz jego jakby rumieńców nabrała a na ustach miał uśmiech, a może to ja tylko tak go postrzegałem. Posiedziałem z dziadziusiem do wieczorka. Na drugi dzień też byłem z nim cały czas. Pojechałem do Sulejówka przespać się i odpocząć. Rankiem był telefon z Warszawy dziadek odszedł w nocy.
 Wczoraj była rocznica jego śmierci i dlatego to wspomnienie. Dumny jestem z siebie za to ,że zdążyłem się z nim pożegnać.
 

bulba2009
 
 To nie jest wpis do e-pamiętnika
 ------------------------------------
 
 Teraz dopiero dokładnie wydało się co i jak? Jutro jest 30 marzec a dzień to szczególny. W każdym razie szczególny w naszym domu. Tego dnia jest nasze święto , to dzień naszego poznania. Ale po kolei -
 "Był rok 1980, już po ostrej zimie szło na wisnę piękną wiosnę. Kołobrzeg, molo, słońce operuje już dość mocno. Kuracjusze siedzą na ławeczkach z twarzami pokierowanymi ku promykom słońca. Wszyscy starają się jak najwięcej luksów złapać na swoje twarze. Ja łażę po plaży z fotopstrykiem i staram się złapać jakieś najładniejsze ujęcie mew fruwających nad plażą. Jestem bardzo świeżo po rozwodzie, o niczym nie marzę tylko o tym aby mieć święty spokój , tylko tego po wielu rozprawach rozwodowych potrzeba mi najbardziej. Po latach szczęśliwego małżeństwa (tak mi się zdawało) pozostałem sam. Tak właściwie to na własne życzenie. Pływanie i utrzymywanie rodziny to już na dzień dobry jest w konflikcie z sobą. Można być dobry rybakiem lecz wtedy jest się za mało w domu a młoda żonka coś od życia potrzebuje. No cóż stało się i już się nie odstanie.
  Łażę więc tak , podglądam ptaszyska , czasem pstryknę jakąś fotkę. Niestety nie mam jeszcze tego upragnionego zdjęcia. Właśnie skończył mi się film w aparacie , więc siadłem na ławce i wymieniłem kasetę. Wtedy zobaczyłem to zjawisko. Siedziało naprzeciwko, samotne  z buzią jak wszyscy do słońca skierowaną. Młoda , czy ja wiem czy ładna, mi się podobała, chudzina taka, bladziutka. Pamiętam najbardziej jej nogi, piękne długie, zgrabne i ręce, ręce pianistki z wyraźnymi długimi palcami i ładnym korpusem dłoni. Nawet pomalowana nie była, tylko lekko rzęsy miała zaznaczone i lekki cień nad oczyma. Piękne krucze włosy i ten warkocz, gruby , bardzo gustownie zapleciony nie na trzy ale na cztery plecionki. Oceniłem pracę nad warkoczem jako rybak liny na okręcie. Fachowa robota, trudna praca, na trzy to łatwizna dla każdego morszczacha ale na cztery to już mistrzostwo zaplatania lin. Pamiętam , że zrobiłem z ukrycia zdjęcie. Popatrzyłem jeszcze kilka chwil i jako smutny gość nie umiejący nawiązywać kontaktów z obcymi osobami. Wstałem i powoli poszedłem dalej szczęścia wśród ptactwa szukać.
 Wieczorem byłem zaproszony do jednego z uzdrowisk aby razem z kolegą na spotkaniu przy kawie opowiedzieć ludziom o pracy rybaka morskiego. Spotkanie miało być w klubokawiarni po 20-tej. Sanatorium należało do Kuratorium oświaty a jako kuracjusze byli sami nauczyciele. Przyszliśmy punktualnie, kaowiec, przedstawił nas i pokrótce  opowiedział a raczej z kartki przeczytał kto my i zacz. Troszkę o naszej karierze zawodowej, troszkę o tym i owym. Potem my opowiadaliśmy o naszej pracy ja o sprawach nawigacji i połowów morskich , kolega o pracy mechanika i motorzysty na traulerze.
 Jakież było moje zdziwienie gdy na sali , tak jakoś z boczku zobaczyłem 'mój kruczy warkocz'. Teraz już ta pani nie była mi obca , już nawet i zagadać potrafiłem. Potem poprosiłem panią na kawę. Potem łaziliśmy po pustej już plaży. Zmarzliśmy okropnie ale żadne nie chciało się rozstać. Dopiero nad ranem w restauracji na dworcu PKP pijąc herbatę bez cukru i bez cytryny w szklankach troszkę się rozgrzeliśmy. "
 I tak jesteśmy z sobą dalej i też gadamy czasem do rana , wprawdzie jako , że czasy się zmieniły nasza herbata jest słodzona i z cytrynką ale zawsze od tamtego dnia razem. 30 marca to najpiękniejszy nasz dzień.
  • awatar Do jutra: alez piekne , zazdroszcze Twojej zonie takiej milosci do niej :-)
  • awatar penelop...a: jak ty to opisujesz, po prostu pięknie :) nigdy nie wiadomo kiedy nas spotka szczęście, albo kiedy Szczęście stanie na naszej drodze :)
  • awatar Nortus & Potworna spółka: serdecznie pozdrawiam, chociaż poczytam później.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

bulba2009
 
 277 wpis do e-pamiętnika
 ------------------------
 Dzisiejszy dzień jako niby dzień zakochanych  , każe mi się cofnąć o kilkanaście lat. Jest 6 grudzień dzień (dziś zwany Mikołjakami) , każde dziecko zostaje zaproszone przez Radę Zakładową bo Dziadek Mróz będzie rozdawał słodycze. Jako dziecko z humorkami , bardzo mi ten gościu nie pasował. Tym bardziej , że czekałem na Mikołaja co to pod choinkę prezenty (zamówione przynosi). A tu jakiś tam Dziadek Mróz skąd się to indywiduum wzięło. Mój dziadziuś jako człowiek obyty towarzysko wytłumaczył mi to po cichutku - "od ruska to barachło się przywlokło". Wprawdzie jako młodziutki mężczyzna wszystkich słów wypowiedzianych wówczas przez dziadka nie rozumiałem ale do dziś dnia je pamiętam i nawet pamiętam tembr głosu dziadziusia a słowa dopiero po latach do mnie dotarły. To było święto przywleczone ze wschodu a raczej z sojuza. Nigdy tego święta nie lubiłem , natomiast u nas w domu na 6 grudnia to  już poprzedniego dnia wieczorem odbywało się pastowanie i glancowanie butów , potem były wystawiane przed drzwi i rano zawsze w nich a to parę cukierków, jakieś jabłko czy rózga się znalazło. Tego Mikołaja to nawet lubiłem ale Dziadka Mroza za żadne skarby pojąć nie mogłem skąd to indywiduum do nas przyszło.
  Za moich młodych lat było święto w czerwcu, już nie pamiętam jak się ono nazywało ale tradycje tego dnia sięgały daleko daleko w przeszłość. Już starzy Słowianie je obchodzili i była to wówczas tak zwana "Noc Kupały". Dzień zrównania dnia i nocy , był dniem miłości i dniem zakochanych. Ten dzień skutecznie był tępiony przez kościół jako święto pogan a przecież poganie to nasza tradycja a kościół dopiero był potem. Ten dzień za moich młodych lat był dniem wesołym i pełnym radości. Tego dnia było już ciepło, słonecznie i można było się na wolnym powietrzu pobawić a i po zmierzchu pospacerować z upatrzoną zdobyczą (czytaj dziewczyną). To był piękny dzień.
  Teraz jest dzień zakochanych (14 luty) to właśnie dziś przypada jego data. Ten dzień jest nową świecką tradycją. Nie ma nowej świeckiej tradycji - tradycja jest tradycją i nikt nie ma prawa ustanawiać nowej tradycji. Tradycja to tradycja a zwyczaje to całkiem inna sprawa. Można zwyczajowo świecić jakiś dowolny dzień ale to nie jest tradycja. Ten dzień przywędrował do nas w latach 90-tych u.w. z Wysp Brytyjskich i Stanów Zjednoczonych. Przywędrował do nas jako dzień handlowca, bo po okresie świąt grudniowych aż do świąt Wielkiej Nocy był ogromny zastój w handlu więc przebiegli handlowcy sami stworzyli takie święto aby podnieść obroty w swych sklepikach. Tego dnia też nie lubię.
 Lubię natomiast wyśmiewane przez wiele osób święto z dnia 8 marca. Międzynarodowy Dzień Kobiet , tego dnia zawsze wszystkie bliskie znajome mi kobiety odwiedzam z tradycyjnym tulipanem i jakimiś czekoladkami. Jednak i do tego dnia mam pewne zastrzeżenia , dzień ten jako dzień kobiet nijak się sprawdza. Wszak po ulicach chodzą w większości panowie (pod dobrą datą) z resztkami jakiś wiechci pod pachą ale za to z buteleczką i popitką.
  Osobiście uważam, że każdy powinien święcić to co uzna za stosowne. Ja na przykład tak ad hoc czasem wpadam do domu a to z jakimiś kwiatkami dla jedne czy drugiej kobitki a zdarza się też, że ni z tego ni z owego zapraszam moje Szczęści na lody czy jakieś wielkie ciacho a Córcię to bardzo często wyciągam do pizzerii . No cóż każdy świętuje to co lubi.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: każdego dnia można złożyć komuś wyraz uznania czy przyjaźni. a święta to tylko preteksty.
  • awatar krzyslav: Nie zaszkodzi jeden pretekst wiecej zeby swojej kobiecie kwiatka kupic ale przymusu i ja nie znoszę
Pokaż wszystkie (2) ›
 

bulba2009
 
 Jak już w zeszłym tygodniu zaplanowaliśmy , po raz kolejny z Córcią wzięliśmy się za porządkowanie zdjęć. Teraz przyszła kolej na zdjęcia moje. Jak zwykle na podłogę poszły kartony wypełnione po brzegi zdjęciami tym razem z moich zbiorów. Rozkładaliśmy , dzieliliśmy i składaliśmy numerując i opisując w notesie każde zdjęcie. Każde nie możliwe do opisania powróciło z powrotem do kartonu bez opisu.
 Córcia była zdziwiona , że i ja byłem w wojsku. Przy okazji musiałem jej opowiedzieć tą całą historię, a ciekawa jest nad podziw. Kilkadziesiąt zdjęć z okrętów , gdzie głownie występują moi znajomi i okręt a ja jestem z przeciwnej strony obiektywu. Jakże żałuję , że nie pozwalałem dotknąć nikomu swego aparatu, przez to tak mało zdjęć z moją osobą jest. Natomiast twarze niektórych kolegów z okresu wojska czy początkowych lat pływania już nie do odtworzenia , po prostu pamięć już wykasowała te dane. Jednak skoro są na zdjęciach to kiedyś musieli dla mnie stanowić zapewne choć w niewielkim lub większym stopniu jakąś nić przyjaźni. Czas jest jednak nieubłagany i człowiek który był nawet kolegą przez pół roku teraz po latach nawet w pamięci jego nazwisko zostało zresetowane.
  • awatar madleine: uwielbiam biało- czarne zdjęcia mojego ojca z wojska. I Zwłaszcza te z przepustek jak nosił moją matkę na rękach :)
  • awatar nomadka: Początek przygody "życiem człowieka dorosłego zwanej"! Masz co wspominać, spisuj póki jeszcze całkiem nie wyblednie to co jest w pamięci. Łapię sie na tym, że stres, zabieganie, niepokój wymywają jakby bezpowrotnie nawet to co było kiedyś ważne, cenne... Teraz wiem, że warto łapać te wszystkie chwile na bieżąco, zamykać je w słowa :).
Pokaż wszystkie (2) ›
 

bulba2009
 
to nie jest wpis do e-pamiętnika
--------------------------------

 Każdy człowiek ma swoje miłości wielkie i te małe. Każdy człowiek lubi być kochany i szanowany. Z tym szacunkiem to jest bardzo różnie, sami chcemy być szanowani a innych nie zawsze szanujemy. Jednak z miłością jest całkiem inaczej. Każdy przechodzi wiele miłości i jak już ktoś napisał - każda miłość jest pierwsza najgorętsza i najszczersza.
 Jest kilka rodzajów miłości. Miłość dziecka do rodziców - to jest coś dane nam na wieki , na całe życie. Już od urodzenia się dziecka a nawet przed urodzeniem tworzy się między rodzicami a dzieckiem bardzo silna więź, zwana miłością. Ta miłość trwa najdłużej , bo całe nasze życie. Nawet gdy rodzice odejdą na łąkę Pana, to ta miłość jeszcze trwa a nawet się wzmacnia. Kochamy wszyscy naszych rodziców a matkę szczególnie. Niestety i tu trafiają się złe miłości bywa , że dorośli ludzie dają życie potomstwu a nic po za tym. Czasem nawet dochodzi do pozostawiania dzieci bez opieki a nawet znęcania się nad nimi. Bywa też niestety , że to dzieci zachowują się niegodnie w stosunku do swoich rodziców.  Niestety na takie sytuacje nie ma żadnego lekarstwa.
 Kolejna miłość to miłość do kobiety, żony , kochanki czy po prostu przyjaciółki. Tu to z tymi miłościami się dopiero dzieje. To jakoś tak samo przychodzi do człowieka i trwa raz krótko innym razem długo. Każdy dorosły człowiek oprócz tych prawdziwych miłości do płci przeciwnej przeżył całe masy. Trzeba też dodać te niespełnione miłości , miłości platoniczne. To już całkiem inna bajka , nigdy się nie dowiemy jak by to było, bo to miłości niespełnione.
 Jednak największą miłością to jest chyba miłość dziadków do wnucząt. Tu wszystko jest piękne i cudne. Wnuki kochają swych dziadków miłością czystą i nieskalaną. Dziadkowie natomiast robią wszystko to co nie robili dla swych dzieci. Dziadkowie rozpieszczają wnuki a wnuki uwielbiają dziadków właśnie za to.
 No i co która miłość jest lepsza. Każda jest inna ale równie ważna dla nas wszystkich. Każdy człowiek musi kochać i musi być kochany, bo takie jest życie.
 

bulba2009
 
 to nie jest wpis do e-pamiętnika
                                  to jest życie
 --------------------------------
                                  -------------
 Taka mnie pustka jakaś naszła i smutek przeogromny. Przeżyło się co nieco, widziało się też sporo. Pragnienia młodości nie wszystkie zostały zrealizowane. Było wiele w moim życiu dobra ale i zło się trafiało.
 Wszyscy z domu wybyli i tylko ja i kot w tych kątach pozostaliśmy. Szczęście moje poszło drzeć pierze do kumpelki a aby się lepiej darło to nalewkę z pigwy z sobą zabrała. Córcia pojechała do Bydgoszczy do Opery a z kim , ano z Heniem co to jeszcze niedawno Piniem był. Podobno na występ Laskowika & Malickiego. Oboje wyglądali jakby jechali na pogrzeb jakiegoś rabina oboje na czarno ona w czarnej garsonce i białej bluzeczce a on w grafitowym garniturze i białej koszuli z jedwabnym krawatem w jakimś tam ciemnym kolorze. Nawet jak tak na nich patrzyłem to mi się podobali, ładną parę stanowią. Nie wiem dalej co i jak z nimi. Lubię tego Pinia ale czy to jest to? A niech tam , niech dzieje się to ma się dziać. Nie chcę się wtrącać ani udzielać dobrych rad Córci, zresztą nigdy tego nie robiłem. Choć korci mnie nie raz ale z własnego doświadczenia wiem , że jak rodzice jedno to dziecko zrobi całkiem odwrotnie. Wiem , że Szczęście moje też rad żadnych nie udziela. Nie , udziela ale nie tych co to na dalszym życiu mogą zaważyć.
 Tak w sumie ten wpis miał być o miłości. Miałem tu napisać "traktat o miłości" a wyszło jak zawsze. Niestety jeszcze raz dziś wejdę i koniecznie muszę o miłości napisać. Przecież tyle jej w moim życiu było a i jeszcze jest.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

bulba2009
 
 Jak dziś po obchodzie naszej hacjendy do domku powróciłem to zobaczyłem coś dziwnego. Na samiutkim środku naszej jadalni siedziała Córcia w kucki a dookoła niej same zdjęcia walały się. Dzieciak był tak zajęty, że nie spostrzegł nawet, że stoję w drzwiach i przyglądam się jej poczynaniom.
 Nie wcale nie była zaskoczona. Wcale nie była zdziwiona. Dziewczynisko siedzi na środku w kucki czyli po turecku a dookoła setki zdjęć. Okazuje się , że korzystając z wolnego postanowiła posegregować i poukładać zdjęcia. Niestety sama sobie z tym nie poradzi , po prostu nie zna tych twarzy. To koniecznie musimy zrobić wszyscy razem. Na razie to tylko wybraliśmy zdjęcia gdzie Córcia jest sama - to będzie pierwszy karton. Wszystko zostanie dokładnie opisane i zabezpieczone. Ustaliliśmy , że zawsze we wtorek będziemy z tym robić porządki. Na dziś na razie koniec.
  • awatar penelop...a: i żadna setka cyfrowych zdjęć nie ma takiego uroku jak te wspomnienia na już poblakłych fotografiach :)
  • awatar Wes, kocury i rodzinka: Oj tak święta prawda !
  • awatar penelop...a: a jakie fajne później było oglądanie wywołanych zdjęć, z których zwykle połowa ,,nie wyszła'' :)
Pokaż wszystkie (7) ›
 

bulba2009
 
 To nie jest wpis do e-pamiętnika
 --------------------------------
 Takie jest życie. Se la vie.
 
 Było to w dniu mojej promocji. Właśnie skończyłem edukację w Państwowej Szkole Morskiej. Oczywiście na promocji na pierwszy stopień porucznika żeglugi małej rybołówstwa morskiego byli wszyscy moi krewni. Tata, mama, bracia, wuj z ciotką, a i ten najważniejszy dla mnie mój dziadek. To dzięki niemu i tylko dzięki niemu tu się dostałem, tu studiowałem i tu skończyłem studia. Studia skończyłem z piątą lokatą. Nawigator połowowy. Zdobyłem zawód o którym zawsze marzyłem . Defilada. Potem wręczenie prezentów. Jako piąty w klasyfikacji student od uczelni dostałem trzy piękne książki "Nawigacja Morska" Majsnera, "Biologia Morza Bałtyckiego" Demela, i "Locję północno-wschodniego Atlantyku". Od rodziców i braci dostałem prawdziwy worek marynarski ze skóry , a wuj z ciotką dali mi sporą kopertę(koperta była niewielka ale zawartość duża). A dziadek , ten mój kochany dziadziuś nie dał mi nic, tylko zaprosił na bok i zadał pytanie. Wes co chcesz ode mnie mieszkanie czy samochód. Odpowiedziałem , po co mi mieszkanie jak i tak za parę dni w morze idę, a jeśli chodzi o samochód to wolałbym motor , takiego "junaka" na przykład. Potem była zabawa, tańce , wszyscy zaproszeni bawili się prawie do rana. Potem był ogromny kac i kilka dni na otrzeźwienie. Wszyscy krewni pojechali do swych domów ostał się tylko mój dziadek. Dziadek wynajął w hotelu pokój i siedział w Gdyni nie wiem po co. Po kilku dniach dowiedziałem się od dyżurnego na kompanii, że jestem koniecznie do rektoratu wzywany i to natychmiast. Pobiegłem, mimo iż już nie student ale osoba zakwaterowana w domu kadeta. A tu wraz z rektorem siedzi mój dziadek i palą cygara . Dymu narobili tyle jakby czworo ich paliło. Otóż mój dziadziuś kupił mi mieszkanie w Gdańsku-Wrzeszczu na ul. Dworcowej i motocykl "junak" z boczną przyczepką, a teraz czekali z rektorem na przyjazd notariusza aby wszystko spisał i dokumentem państwowym poświadczył. Jakim ja był szczęśliwym człowiekiem tego dnia. Nie dość , że skończyłem taką szkołę jaką sobie wymarzyłem, to jeszcze dostałem mieszkanie , i na dodatek motocykl. Pan rektor jeszcze potem niejednokrotnie mi pomagał w mym morskim życiu i zawsze interesował się moim losem. Pan rektor jednak miał to do siebie, że każdy student musiał a i chciał pisać do niego o sobie i zawsze popychał swych byłych studentów do zdobywania kolejnych wyższych dyplomów. Nie na darmo mówiliśmy na naszego komendanta szkoły -Tato.
 

 

Kategorie blogów