Wpisy oznaczone tagiem "ii wojna" (33)  

meridari
 
Nadeszła pora… na lody Koral! XD
Dam dam dam…..
Żarcik
Szkoła mnie dobija robi takie * łup, łup łup* że później nic nie robię tylko biorę coś smacznego do jedzenia i picia, kocyk i książunię. Takie relaksowanko. No ale książki nie byle jakie! Ja smakosz książek, nie wezmę byle badyle! Odkryłam wspaniały, cudowny dział historyczny w bibliotece.
Na razie wypożyczyłam ,,Przez lata wojny” , ,,Rudy Tomek” i ,,Chłopcy ze starówki”
Wszystkie świetne :D
Teraz zapraszam na zdjęcia z Rudym :D
Bohaterem jest figurka mojej siostry :D Bo trzeba się rozwijać kreatywnie!
Bonia ,,Ruda" ,,Tosia" i ,,Piegowata"
Ps Vika wie o co chodzi ;D
rudy 003.JPG
  • awatar locus: bardzo ciekawe
  • awatar Piegowata~: Ojej. Pamiętam jak przeżywałam przygody chłopaków i Szarika, gdy rodzice puszczali mi odcinki na kasecie!
  • awatar gość: Haha, świetny czołg! :D
Pokaż wszystkie (4) ›
 

kciuk-pl
 
- Jak cię dorwiemy, to zrobimy z ciebie abażur - krzyczeli za dorastającym w Nowym Jorku małym Markiem Jacobsonem dzieci włoskiego pochodzenia.

Link: www.kciuk.pl/Szokujaca-tajemnica-Holokaustu-za-k…
 

kciuk-pl
 
Rocznica największego w historii niemieckiego obozu Auschwitz buntu więźniów mija w niedzielę. 7 października

Link: www.kciuk.pl/Rocznica-buntu-Sonderkommando-w-obo…
 

kciuk-pl
 
W skład załogi Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte wchodzili specjalnie dobierani ze względu na warunki psychofizyczne żołnierze

Link: www.kciuk.pl/Na-Westerplatte-sluzyli-specjalnie-…
 

kciuk-pl
 
Ponad 9 milionów marek wydano na zakup fałszywych dzienników Hitlera - bardzo ciekawa historia fałszerstwa.

Link: www.kciuk.pl/Jak-zbic-kase-na-Hitlerze-oraz-kole…
 

kciuk-pl
 
Tekst o Fińskim snajperze z czasów II Wojny Światowej - Simo Häyhä.

Link: www.kciuk.pl/Czlowiek-zwany-Biala-Smierc-a3096
 

nortus
 


Szczątki Adolfa Hitlera zostały spalone w latach 70. i wrzucone do rzeki na terenie Niemiec. Jak podała amerykańska telewizja CNN, powołując się na wywiad, którego generał Wasilij Kristoforow udzielił agencji Interfax - stało się tak z rozkazu ówczesnego szefa KGB, Jurija Andropowa.

Taką wersję zdarzeń, po raz pierwszy w historii, wyjawił szef archiwów FSB.Tym samym, oficjalnie wiadomo już, co stało się ze szczątkami nazistowskiego przywódcy III Rzeszy.
Do tej pory jego szczątki uznawano za "zaginione"

Spadkobiercy byłego KGB, czyli rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa, wyjawiła cały łańcuch zdarzeń, który doprowadził do przeniesienia ciała
Hitlera. Z wywiadu, którego generał Wasilij Kristoforow udzielił agencji Interfax, dowiadujemy się między innymi tego, że Jurij Andropow nakazał przeprowadzić tajną operację, podczas której zniszczono szczątki Hitlera,
jego żony Ewy Braun, a także szefa nazistowskiej propagandy Josepha Goebbelsa i całej jego rodziny.
Jak przyznał Kristoforow, bezpośrednią
motywacją dla Andropowa była obawa, że szczątki nazistowskiego przywódcy staną się miejscem kultu dla grup neonazistowskich.

Całej operacji nadano kryptonim "Archiwa". Została ona przeprowadzona przez grupę specjalnych
agentów KGB w Magdeburgu, na terenie byłego NRD. To tam, 21 lutego 1946 roku, pochowano ciała nazistowskich przywódców wraz z ich rodzinami.

Po zakończeniu operacji, 4 kwietnia 1970 roku, sporządzono dwa raporty. Pierwszy dotyczył otwarcia grobów i ekshumacji zwłok, a w drugim
opisano fizyczne obrażenia, jakich doznali przed śmiercią.

Zdaniem gen. Kristoforowa, szczątki nazistów zostały spalone w mieście Shoenebeck, położonym 11 kilometrów od Magdeburga. Następnie wrzucono je do rzeki Bederitz.

Według rosyjskiego generała, ciało Hitlera i Ewy Braun armia sowiecka odnalazła 5 maja, w leju po bombie, niedaleko bunkra w Berlinie. Trzy dni
wcześniej, w ogrodzie przed Kancelarią Rzeszy, sowieci odnaleźli zwłoki Goebbelsa i jego żony. Następnego dnia znaleziono zwłoki ich dzieci.

Jak wykazały późniejsze badania historyków, Hitler zmarł na wskutek samobójczego postrzału i zatrucia cyjankiem. Stało się to 30 kwietnia 1945
roku, w momencie gdy Armia Czerwona weszła do Berlina.Ciało Hitlera zostało pierwotnie pochowane
w lesie, niedaleko miasta Rathenau. Dopiero osiem
miesięcy później, potajemnie przeniesiono je do kontrolowanej przez Rosjan bazy wojskowej w Magdeburgu. Kiedy w marcu 1970 roku sowieci opuścili miasto, baza przeszła w ręce cywilnych władz NRD.
To właśnie wówczas Andropow, konsultując się z najważniejszymi członkami partii, podjął plan
operacji "Archiwa". To, co pozostało ze szczątków Hitlera, to fragmenty czaszki i szczęki nazistowskiego przywódcy. Aktualnie znajdują się one w Rosji i jak przyznał Kristoforow, nie ma żadnych wątpliwości,co do tego,że są autentyczne. Żadne inne fragmenty ciała niemieckiego dyktatora nie zostały zachowane.

Komentując liczne doniesienia medialne mówiące o dwójce amerykańskich badaczy z uniwersytetu w Connecticut, którzy wyrażali wątpliwości co do
autentyczności czaszki Hitlera, Kristoforov powiedział: "Amerykanie nie wystąpili o pozwolenia badania próbek DNA do Archiwów FSB. Nawet jeśli jednak rzeczywiście badali nasze fragmenty, nie mieli nic, z czym mogliby
porównać DNA."
  • awatar Xerkses: ciekawe czy naprawdę dowiemy się prawdy bo ja ostatnio czytałem ze się ukrywał w Argentynie...
  • awatar Nortus & Potworna spółka: @Xerkses: raczej nie możliwe. pamiętaj, że gdy wojna się skończyła on już był starym i zniszczonym człowiekiem. był wodzem kraju przegranego i miał na tyle honoru by popełnić samobójstwo. żaden kraj na świecie nie chroniłby go.
  • awatar Xerkses: @Nortus & Xylia: mozliwe ze nie ale tez pamiętajmy ze nie wszędzie się skończyła tego samego czasu... jak mi się uda go znaleźć to dodam ten artykuł
Pokaż wszystkie (5) ›
 

nortus
 
Dom Adolfa Hitlera na sprzedaż. Każdy może go kupić za 2 miliony funtów.

Władze austriackiego miasteczka boją się, że skrajna prawica go kupi i przekształci w miejsce kultu wodza III Rzeszy.

Adolf Hitler urodził się 20 kwietnia 1889 roku na pierwszym piętrze kamienicy w austriackim Braunau-am-Inn.Jego matka Klara i ojciec Alois wynajmowali
pokoje nad barem przez trzy lata. W 1892 roku przenieśli się do Linzu.

Gelinde Pommer, obecna właściciel, chce sprzedać budynek. Samorząd miasteczka zapowiada, że nie dopuści do transakcji, bo neonaziści mogą
przekształcić kamienicę w miejsce pamięci dyktatora - pisze "Daily Mail".

Władze miasteczka nie chcą się zgodzić z sugestiami niektórych historyków, żeby dom zamienić w muzeum. -Wtedy wszyscy przyjeżdżaliby do Braunau tylko po to, żeby obejrzeć "Muzeum Hitlera"- oburza się burmistrz Gerhard Skiba.

Władze Braunau-am-Inn sprawdzają prawne formy zablokowania transakcji. - Wydaje się jednak, że jedynym wyjściem będzie zakup kamienicy przez
samorząd. Mam nadzieję, że pieniądze znajdzie austriacki rząd, bo sami nie jesteśmy zgromadzić takiej kwoty - mówi Skiba.



To fotki domu i plan miasta zaznaczyłem na nim miejsce domu.Faktycznie do Niemiec nie miał daleko
- Niemcy są tuż za rzeką.
  • awatar Nortus & Potworna spółka: tak mnie naszły teraz wątpliwości: czy jeżeli Lenin lub Stalin urodził się w Polsce to jego dom rodzinny został by zachowany? Szczerze mówiąc, znając nienawiść Polaków, wątpię. pewnie zostałby zrównany z ziemią. A w Niemczech stoi do dzisiaj w Berlinie dom Goebbelsa, Donitza i kilku innych, nawet po wojnie zostały restaurowane. W Braunau jak widać stoi dom Adiego i nawet jest oznaczony. Berghof też stoi i nawet tam teraz wybudowali restaurację z hotelem.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

nortus
 

Tysiące dokumentów z inwigilacji polskiego rządu emigracyjnego dostała od swojej rumuńskiej odpowiedniczki ABW. - To sensacyjne materiały - mówią historycy.

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego już trzy lata temu poprosiła Rumuńską Służbę Informacyjną o odtajnienie materiałów dotyczących polskich władz,
które we wrześniu 1939 wyemigrowały do Rumunii. Dostała je teraz, na mikrofilmach. Skopiowała na płyty CD i przekazała Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku.

To pierwszy tak duży i cenny zbiór,jaki otrzyma-
liśmy - mówi Tomasz Żuroch-Piechowski, rzecznik muzeum. - Materiał jest unikatowy, bo przez blisko siedemdziesiąt lat był utajniony i nigdzie niepublikowany.

18 września 1939 r.,po agresji wojsk radzieckich, prezydent Ignacy Mościcki wraz z rządem i tysią-
cami Polaków wyjechał do Rumunii. Stamtąd władze chciały dostać się do Francji, co gwarantowała umowa między Polską a Rumunią. Ale po przekrocze-
niu granicy Polacy zostali rozdzielni i wywiezie-
ni pociągami w różne miejsca. Prezydent Mościcki znalazł się w miejscowości Bicaz, naczelny wódz Edward Śmigły-Rydz - w Craiovej, a rząd - w Slanicu. Zostali internowani i nie mogli się kontaktować. Rumunia zrobiła to pod presją Niemiec i ZSRR. Ale zatrzymanie polskich władz było na rękę także Francji i antysanacyjnej opozycji, która wkrótce utworzyła nowy polski rząd w Paryżu.

Z dokumentów wynika, że Polacy zatrzymani w Rumunii przez całą wojnę i długo po niej byli pod stałą obserwacją rumuńskich służb specjalnych. Securitate dopiero w 1963 r. zdecydowała się umieścić materiały w swoim tajnym archiwum. Są tam m.in. zdjęcia polskich oficerów, marszałka Śmigłego-Rydza, ministra Józefa Becka zrobione przez rumuńskich agentów. Dużą część archiwum stanowią agenturalne donosy i raporty oraz korespondencja między internowanymi a polskimi politykami w innych krajach, którą przechwytywały rumuńskie służby. Znalazły się tam także prywatne pamiętniki Polaków. A oprócz tego zapiski komisarza policji rumuńskiej na temat działań podjętych w celu udaremnienia ucieczki Józefa Becka.

Pełna inwigilacja - mówi historyk Muzeum II Wojny, który bada dokumenty. - Rumuńscy agenci mieli dostęp do wielu polskich dokumentów, wycią-
gali informacje od służby polskich notabli, którą opłacali.Materiał pokazuje dramatyczną atmosferę, jaka panowała wśród polskich władz po wybuchu wojny. Ich bezradność, naiwność, a także to, że byli sterowani przez tajne służby. Rzuca nowe światło na okoliczności powstania rządu generała Władysława Sikorskiego.

Dokumenty są sporządzone w językach: rumuńskim, francuskim, niemieckim, polskim i rosyjskim. - Muzeum wyda publikację na ich temat, nie zamykamy ich w szafie, będą dostępne dla wszystkich historyków - mówi Żuroch-Piechowski.

Siedziba Muzeum II Wojny Światowej ma stanąć w Gdańsku za cztery lata. Instytucja już dziś zbiera i wydaje materiały dotyczące wojny.
 

nortus
 

Guardian: Mussolini był agentem i brał za to duże pieniądze

Faszystowski dyktator Włoch Benito Mussolini był przez krótki czas agentem brytyjskiego wywiadu i otrzymywał ze swe usługi równowartość 6 000
dzisiejszych funtów tygodniowo - pisze dzisiejszy dziennik "Guardian".

W 1917 r. 34-letni wówczas dziennikarz Benito Mussolini został zwerbowany przez wywiad MI5, by lobbować na rzecz pozostania Włoch u boku aliantów w I wojnie światowej - pisze dziennik, powołując się na historyka z uniwersytetu
w Cambridge Petera Martlanda.

Dostawał równowartość 6000 funtów tygodniowo

- Najmniej pewnym sojusznikiem podczas wojny po wycofaniu się z konfliktu rewolucyjnej Rosji były w tym czasie Włochy. Mussoliniemu od jesieni 1917
co najmniej przez rok płacono 100 funtów tygod-niowo, czyli równowartość 6 000 dzisiejszych funtów, by uczestniczył w prowojennej kampanii - powiedział Martland.

Wypłaty zatwierdzał sir Samuel Hoare, brytyjski deputowany i pracownik MI5 w Rzymie. Wspomina on o tym w swoich wspomnieniach z 1954 r. Na szczegóły dotyczące płatności Martland natrafił jednak dopiero badając dokumenty Hoare'a.

Przyszły Duce był kobieciarzem

Mussolini nie tylko publikował prowojenne teksty w swoim piśmie "Il Popolo d'Italia", ale także napisał, że może zlecić weteranom armii włoskiej
pobicie propokojowych demonstrantów w Mediolanie.

- To było dużo pieniędzy dla człowieka, który pracował wtedy jako dziennikarz, ale wobec 4 mln funtów,jakie Wielka Brytania codziennie wydawała
na wojnę, to nic - twierdzi Martland i dodaje - Nie mam na to dowodów, ale podejrzewam, że Mussolini, który był znanym kobieciarzem,
znaczną część tej sumy przeznaczał na kochanki.
 

nortus
 
Władze Jasła chcą wyciąć i spalić 67-letni dąb, tylko dlatego, że został posadzony podczas II wojny światowej na cześć Adolfa Hitlera - pisze "Dziennik". Niektórzy mieszkańcy nie godzą się na to i zapowiadają protest.

Burmistrz Maria Kurowska jest jednak stanowcza i ma pomysł jak zagospodarować miejsce,które zosta-nie po starym dębie. W jego miejsce zamierza postawić nowy dąb tym razem poświęcony ofiarom Katynia.

Część mieszkańców Jasła nie zamierza zgodzić się na ścięcie wiekowego drzewa. Jednym z obrońców dębu jest Kazimierz Polak, który był świadkiem jego sadzenia. To właśnie on stał się mimowolnym sprawcą zamieszania przypominając historię dębu na jednym ze spotkań Towarzystwa Miłośników Jasła.Dąb miał pochodzić z rodzinnej miejscowości Adolfa Hitlera (Baunau am Inn) i został posadzony 20 kwietnia 1942 r.
---
To nie lepiej przemianować go na Dąb Katyński (wg pani burmistrz) lub Papieski i nie niszczyć żywej
roślinki tylko dlatego że ktoś nie słusznie ją sobie nazwał.
Erika Steinbach chyba jednak ma rację.  Powodem wypędzeń była nie wojna (ona była pretekstem) ale nienawiść do Niemców.A teraz mścić się na drzewach i to 65 lat po wojnie?
 

nortus
 
(autor: Piotr Szyliński Gazeta Wyborcza)

Obraz zachowany w pamięci: dwa holowniki holują wrak betonowego statku.Sam kadłub,bez nadbudówki. Na wraku mężczyzna w marynarskiej czapce siedzi w
drewnianym fotelu. Obok niego Lord. Mężczyzna to Eugeniusz Wasilewski, kapitan szczecińskiego portu. Lord to jego pies, owczarek alzacki. Natomiast wrak to poniemiecki betonowy tankowiec. Dziś już unikat.

Jest koniec lat 50. Holowniki ciągną wrak na jezioro Dąbie. Za chwilę osiądzie na płyciźnie przy Inoujściu, w północnej części jeziora.
Pozostanie tam już na zawsze.

Na całym polskim wybrzeżu są tylko dwa poniemiec-kie betonowe wraki:
ten koło Inoujścia oraz drugi, zatopiony na Bałtyku niedaleko Wisełki. W każdym razie o tych dwóch wiadomo. Był jeszcze jeden, na plaży pod Darłowem, ale 30 lat temu został wysadzony.
Skąd się tutaj wzięły?
Gdzie i kiedy zostały zbudowane? W jaki sposób? Komu i do czego służyły?
Do przewozu benzyny syntetycznej

Szczecinianie najlepiej kojarzą wystający nad powierzchnię wody wrak na Dąbiu. Żeglarze nieraz brali udział w regatach wokół betonowca albo do niego i z powrotem. Zarośnięty, zabrudzony przez ptaki, bez nadbudówki, wypatroszony z wszelkich sprzętów,latem niemal ginie w gęstym trzcinowisku

Zimą jest jednak doskonale widoczny. Kiedyś były plany, aby zrobić z niego baseny na wodzie. Ładownie doskonale nadawałyby się do tego. Skończyło się na niczym.

Jak tutaj trafił?
Wszystko wskazuje na to, że to "Ulrich Finster-walde", niewielki tankowiec o wyporności 2947 ton (90 m długości, 15 szerokości, 6,5 zanurzenia), należący w czasie wojny do szczecińskiego armatora
Lubberl & Reederei. Wspomina o nim Przemysław Federowicz w artykule "Betonowe statki" ("Odkrywca", 6/2001).

Według niego statek został zbudowany w 1941 r. i służył m.in. do transportu benzyny syntetycznej z fabryki w Policach. 20 marca 1945 r. podczas
radzieckiego nalotu na szczeciński port został poważnie uszkodzony. Niemcy próbowali jeszcze wykorzystać go do zablokowania toru wodnego, ale nie do końca im się powiodło.

- Czasu mieli niewiele. - Nie wiem, czy zerwał im się hol, ale statek osiadł na skraju toru wodnego niedaleko Inoujścia [między jeziorem Dąbie a Zalewem - red.]. Pamiętam, że przy niższym stanie wody nad powierzchnię wystawały jego fragmenty.

Zróbmy z niego basen

Leżał w tym miejscu przez ponad dziesięć lat. Choć nie blokował toru i był oznaczony pławami, stwarzał duże zagrożenie dla mijających się jednostek.
Dlatego na przełomie lat 50. i 60. zapadła decyzja o podniesieniu go z dna i odholowaniu. - Podniesiony został za pomocą zbiorników, które wypełnione wodą opuszczono na dno i przymocowano do kadłuba - opowiada Zbigniew Poniecki, niegdyś szef nawigacji w Urzędzie Morskim, gdzie pracował od 1946 r. - Zbiorniki, z których następnie wypompowano wodę i wpuszczono powietrze, uniosły kadłub. Pamiętam nazwę statku: "Finsterwalde".
Operacją holowania wraku dowodził sam ówczesny kapitan portu szczecińskiego Eugeniusz Wasilewski (zmarł w 1984 r.), kapitan żeglugi wielkiej, kapitan szczecińskiego portu w latach 1958-1960, pisarz, legenda marynistyki.
-Do dziś mam przed oczami ten widok:dwa holowniki ciągną wrak betonowca - wspomina Poniecki. - Na betonowcu w drewnianym foteliku siedzi kapitan
Wasilewski. Na głowie czapka marynarska. Obok, również siedzi, owczarek alzacki, jego pies. Pies wabił się Lord. Zawsze był przy kapitanie, razem
pływali. Był ważniejszy od całej załogi. Wrak miał być odholowany na jezioro Dąbie. Nie udało się jednak dotrzeć z nim w pierwotnie planowane miejsce.
Prawdopodobnie zaczął nabierać wody. - Wtedy chodziło już tylko o to, aby zwodować go jak najbliżej brzegu - dodaje Sankowski. Dlatego ostatecznie osiadł koło Inoujścia na głębokości trzech metrów. - Gdy powstał pomysł basenów, były nawet próby załatania go betonem, ale nieskutecz-ne - twierdzi Wojciech Piskorz-Nałęcki, właściciel
prywatnej firmy, od lat związany z przemysłem stoczniowym. Na ostateczne usunięcie wraku zawsze brakowało pieniędzy.

Częściowa blokada toru

"Ulrich Finsterwalde" miał bliźniaczą jednostkę -"Karl Finsterwalde". Losy "Karla" potoczyły się niemal identycznie jak "Ulricha". Również należał do Lubberl & Reederei, również obsługiwał m.in. fabrykę benzyny w Policach,także został ostatecz-nie zbombardowany - dokładnie osiem dni przed
"Ulrichem". Tylko że nie w Szczecinie, ale w Świnoujściu. "Feralny dla niego dzień 12 marca 1945 r. zastał go przy nabrzeżu półwyspu Kosa w
Świnoujściu" - pisze w "Betonowych statkach" Federowicz. I dalej: "Około godz. 12 nad portem pojawiło się 650 amerykańskich latających fortec B-17 i B-24.W wyniku bombardowania na dnie kanałów
portowych spoczęło wiele statków i okrętów. Był wśród nich także "Karl Finsterwalde". Według
Federowicza Rosjanie, gdy weszli do portu,postano-wili wykorzystać wrak do blokady toru wodnego do Szczecina. Podnieśli go z dna i 30 kwietnia zatopili w zakolu kanału Piastowskiego. Nie na długo. Zaraz po wojnie został odholowany kilometr dalej i osadzony niedaleko przystani Karsiborskiej

- Pracowałem w biurze konstrukcyjnym stoczni - opowiada. - Stocznia wysłała mnie do Świnoujścia, abym zinwentaryzował to, co pozostało z wraków, a może być przydatne w produkcji. I tam koło Karsi-borza stanąłem na betonowym wraku niedużego tankowca. Spisałem będące na jego wyposażeniu wszelkie zawory i rurociągi, które później trafiły do stoczni.

Dopiero w latach 60. "Karl Finsterwalde" został odholowany na Zatokę Pomorską i zatopiony w rejo-nie Świdniej Kępy koło Wisełki na głębokości 10m. Przy niskim stanie morza wystaje nad owierzchnię. Gdy rok temu ekipa szczecińskiej telewizji robiła reportaż o betonowcu, rozstawiła na nim nawet
statyw z kamerą.


Za doki i pochylnie wystarczał dół

Betonowe statki Niemcy budowali, jeszcze zanim powstała stocznia w Darłowie.Próby, często jednak nieudane, podejmowali już w latach 20. I nie tylko oni.

Zaawansowane prace prowadzili też Rosjanie. Dziś można jedynie podejrzewać, w których miejscach pod Szczecinem mogły powstać betonowce. Do ich budowy nie potrzebne były bowiem ani stoczniowe doki, ani pochylnie.

- Najważniejszy był odpowiednio położony nad wodą kawałek ziemi i ręce do pracy. Dużo rąk.
Wystarczyło wykopać dół poniżej lustra wody oddzielony od niej groblą.W nim formowano kadłub, następnie zalewano i wyprowadzano na szeroką wodę. Dół zasypywano i wszystko wracało do pierwotnego wyglądu.

Po co zatem stocznia w Darłowie? Jak była jej rola? - Jej rola polegała na tym, że właśnie w Darłowie i równocześnie kilku innych miejscach Niemcy podjęli próbę uprzemysłowienia betonowców -- Postanowili zrobić coś, czego wcześniej nie próbowali: produkować je seryjnie.

Do korzystania z betonu zmusiły Niemców coraz większe kłopoty ze stalą,którą niemal w całości pożerał przemysł zbrojeniowy.Wojna w Europie trwa-ła uż bowiem od blisko trzech lat i nie zanosiło się na rychły koniec.Jednak budowa jednego statku z betonu potrafiła ciągnąć się nawet ponad rok. Zbyt długo. Stocznia miała to przyspieszyć. I tak w 1942 r. w Darłowie powstały dwa suche doki z pochylniami.

Dlaczego właśnie w Darłowie? - Podejrzewam, że zdecydowały trzy czynniki -mówi Piskorz-Nałęcki. -Po pierwsze odpowiednie ukształtowanie terenu. Po drugie znajdujący się tam obóz jeniecki, a więc nieograniczony dostęp do taniej siły roboczej. Po trzecie zalegające w pobliżu złoża piasku.

Wesele na betonowcu

W Darłowie miało powstać sześć jednostek: dwa tankowce i cztery frachtowce.
Prawdopodobnie zwodowane zostały tylko cztery jednostki. Tak naprawdę jednak nie ma pewności, co się z nimi stało. - Problem ze stocznią w Darłowie jest taki, że w archiwach niemieckich pozostało na jej temat mało informacji - mówi Przemysław Federowicz,autor cytowanej publikacji, znawca tematu, współpracownik magazynu "Okręty wojenne". - Sam, zajmując się marynistyką i mając dostęp do wielu źródeł zachodnich, natrafiłem tylko kilka razy na wzmiankę o niej.
Całe archiwum stoczni (plany, zlecenia budowy itd.), jeśli nie zostało ewakuowane, to zostało zniszczone w 1945 r. Podobnie jak sama stocznia,
wysadzona przez Niemców, a później do reszty splądrowana przez Rosjan.
Pewne jest, że jeszcze na początku lat 70. na plaży w Bobolinie pod Darłowem częściowo wkopany w piasek leżał wrak betonowca. Leszek Lichański z
Bobolina, gdy w czerwcu 1972 r. brał ślub, wraz z gośćmi weselnymi dobrze się na nim bawił.
- O świcie, gdy już robiło się jasno, poszliśmy z orkiestrą na plażę - wspomina Lichański.Orkiestra rozstawiła się na betonowcu, chyba ze 20 gości na nim tańczyło. Znałem go na wylot. Jako chłopak z kolegami wiele razy pływaliśmy w jego lukach ładowniczych. Czy ten statek powstał właśnie w
Darłowie? Leszek Walkiewicz z Darłowa, który na stronie internetowej www.pomorze.gcl.pl opisuje ciekawostki związane z miastem, jest przekonany,
że tak. Całkiem możliwe, że tak było, dowodów jednak brak. I już o nie trudno - w połowie lat 70. wrak został wysadzony. Tworzące się wokół niego zawirowania wody niszczyły wydmy. Czasami jeszcze można natknąć się na fragmenty prętów zbrojeniowych.

Jedyne w Polsce

Na obszarze obecnego Zachodniopomorskiego zarówno przed wojną,jak i w jej trakcie betonowych stat-ków było sporo. Po zakończeniu walk pozostało po nich niemało wraków.Przemysław Federowicz wymienia
choćby dwie kolejne jednostki. Jedna jeszcze w 1949 r. miała zalegać na terenie świnoujskiej
stoczni remontowej.Co ciekawe-była niekompletna.  Wiem o niej z relacji naocznych świadków - mówi Federowicz. - Na pewno nie była ukończona. Być
może była to jednostka ewakuowana z Darłowa lub z zachodu. Druga, motorowy transportowiec o nazwie "Dagobert", od 1944 r. pływała między Świnoujściem a Szczecinem. Co się z nią stało - nie wiadomo. Pewne jest, że dziś w Polsce
znamy tylko te dwa wraki: z jeziora Dąbie i Bałtyku koło Wisełki.
- W niemieckich rejestrach zatopień wymieniane są tylko te dwie jednostki: "Karl" i "Ulrich Finsterwalde". Nie można jednak wykluczyć
istnienia innych. Literatury na ten temat brak.

okretywojenne.pl/pefu/html/pl_wyborcza1.htm
 

nortus
 


Betonowiec - statek o kadłubie zbudowanym z betonu. Konstrukcje tego rodzaju były budowane w czasie II wojny światowej przez m.in. Niemców.


Historia
W czerwcu 1942 roku został utworzony na terenie Trzeciej Rzeszy specjalny komitet, który miał za zadanie zająć się budową tego typu statków. Nosił on nazwę "Sonderausschuss Betonschiffbau" ( dos-łownie: "specjalny wydział - budownictwo statków betonowych"). Jego szefem został mianowany wybitny inżynier Urlich Finsterwalder.

Okręty betonowe budowano głównie w stoczni w Darłowie, z racji ograniczeń wojennych co do użycia stali. Kadłub jednego z nich - "Urlich
Finsterwalder" - znajduje się na Jeziorze Dąbie w okolicach Inoujścia,
drugi - "Karl Finsterwalder" - na dnie Morza Bałtyckiego w okolicach Wisełki,
a trzeci z okolic Darłowa został wysadzony w powietrze na początku lat siedemdziesiątych.

Były to tankowce przewożące benzynę syntetyczną z
fabryki benzyny syntetycznej w Policach do Świnoujścia. Zastosowany do ich budowy beton wynikał z braku stali. Statki o betonowych kadłubach z tych samych przyczyn budowano także w USA zarówno podczas I jak i II wojny światowej.

Niektóre z nich do tej pory wykorzystywane są jako pływające falochrony.

O tym, że tego typu jednostki powstawały nie tylko nad polskim morzem świadczy ten fragment oryginalnego tekstu: "Budowa betonowych statków w
Niemczech była przedsięwzięciem doraźnym. Powstały
dwa tankowce o wyporności po 3000 ton - zostały one stracone. Ponadto: 1000-tonowy w Wiedniu,
nieukończone jednostki 700-tonowe oraz 750-tonowe barki - które były ciężkie, jednak niezbyt wytrzymałe. 3400 tonowy tankowiec bałtycki (...) i 3700-tonowy frachtowiec (...).

Poza tym powstały m. in. nad Wezerą, w Paryżu 700-tonowe jednostki (np. statek typu Tauberta)oraz większe, około 3400-tonowe tankowce oceaniczne w
Ruegenwalde i Warnie.
 

nortus
 
Mija 70. rocznica tzw.kindertransportów.W Gdańsku odsłonięto pomnik upamiętniający wywiezienie żydowskich dzieci z hitlerowskiego Danzig.

Pomnik autorstwa izraelskiego rzeźbiarza Franka Meislera stanął w centrum Gdańska.Pięcioro dzieci z walizkami tęsknie spogląda w stronę gdańskiego dworca - tak widział to izraelski rzeźbiarz Frank Meisler, urodzony w Gdańsku, autor pomnika. Wyjechał w ostatnim "kindertransporcie"

- Opuściłem Gdańsk będąc dzieckiem, powracam dzisiaj w jesieni życia -mówił wyraźnie wzruszony Meisler odsłaniając pomnik. - Zatoczyłem pełen krąg wspomnień i emocji trudnych do wyrażenia.
Rzeźba stanęła w centrum miasta, w pobliżu dworca PKP. - To przywracanie pamięci dla Gdańszczan i dla nas Polaków - mówi prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. - Ludzie bez pamięci błądzą i
popełniają błędy.

Dzięki "kindertransportom" uratowano ok. 10tysięcy
żydowskich dzieci. - Te które miały najwięcej szczęścia trafiały do swoich rodzin w Wielkiej Brytanii, inne najczęściej do domów dziecka - mówi Mieczysław Abramowicz z gdańskiej gminy żydowskiej. - Chłopcy bardzo często byli potem żołnierzami brytyjskiej armii i walczyli z Niemcami na wszystkich frontach.

Dzieci z "kindertransportów" w większości nie spotkały już swoich rodziców. - Taki był żydowski los w czasie wojny - dodaje Abramowicz. - Ci którzy zostali tutaj zginęli.

W Europie stoją już dwa pomniki zatytułowane
"Pociągi życia, pociągi śmierci" - po jednym w Berlinie i Londynie, który był ostatnim przystankiem w podróży żydowskich dzieci.

Gdański pomnik poświęcony Kindertransportom pow-stał w Izraelu. Jego twórcą jest Frank Meisler, który urodził się w Gdańsku i był uczestnikiem jednego z dziecięcych transportów. Wykonana z brązu rzeźba przedstawia pięcioro dzieci w różnym wieku stojących na peronie tuż przed odjazdem pociągu.
Pierwszy pomnik upamiętniający akcję Kindertrans-portów powstał w 2006r w Londynie. Wzniesiono go z inicjatywy organizacji Jewish Care pod patrona-tem księcia Karola.Pomnik stanął obok stacji kole-jowej Liverpool Street Station,która stanowiła punkt docelowy Kindertransportów. Przedstawia grupę żydowskich dzieci z podręcznym bagażem oraz szynę kolejową symbolizującą podróż w nieznane.
Drugi pomnik z tego cyklu odsłonięto jesienią 2008 r w Berlinie przy dworcu Friedrichstrasse. Jego symbolika jest nieco inna, na co musiała wpłynąć bliskość bunkra Hitlera i innych obiektów związanych z nazistowską przeszłością. Berliński pomnik nosi tytuł Züge in das Leben - Züge in den Tod (Pociągi do życia - pociągi do śmierci) i pokazuje dwie grupy dzieci na torach: mniejsza grupa została ocalona dzięki Kindertransportom, większa pojechała do hitlerowskich obozów zagłady.
Gdański pomnik stanowi zamknięcie całego cyklu. O ile Londyn był stacją końcową całej akcji Kinder-transportów, Gdańsk - miasto, z którego wyjechał Frank Meisler - symbolizować będzie wszystkie miejscowości, z których wyruszyły transporty. Zgodnie z zamysłem autora, dzieci przedstawione na gdańskim pomniku to te same postaci, które wysiadają z pociągu na Liverpool Street Station w Londynie. W Gdańsku tematem jest przede wszystkim odjazd,pożegnanie z miejscem urodzenia i rozstanie
- najczęściej już na zawsze - z rodzinami.

Dodatkowo gdański pomnik symbolizować ma całkowitą
zagładę społeczności żydowskiej Gdańska, społecz-ności, która stanowiła istotną część żywej tkanki tego miasta i integralny element gdańskiej histo-rii,ekonomii i kultury.Nazistowskie prześladowa-nia i pogromy, wygnania, deportacje i masowe morderstwa w tragiczny sposób zamknęły bogatą historię Żydów w Gdańsku.
  • awatar liv: Ten ostatni pomnik stoi również na dworcu zachodnim w Wiedniu :)
  • awatar gość: piekny i poruszajacy
  • awatar Sagitarius: Ładny pomnik. Dobrze, że jest.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

nortus
 
Unikatowe militaria z czasów II wojny zasilą zbiory powstającego Muzeum Techniki i Komunikacji w Szczecinie.

Do znanej już wieży czołgu dołączyło działo 75mm, które brało udział w walkach o miasto w 1945r. A jest jeszcze armata

To co ma być jednym z hitów szczecińskiego Muzeum Techniki i Komunikacji zostało zaprezentowane w czwartek przez zaangażowanych w sprawę hobbystów i
muzealników.


Niemieckie przeciwpancerne działo forteczne kalibru 75 mm znalezione zostało niemal rok temu na terenie 5. Pułku Inżynieryjnego w Szczecinie-Podjuchach.

Broń była zasypana ziemią. Żołnierze powiadomili o odkryciu wojewódzkiego konserwatora zabytków. Nie od razu było jednak pewne,że zabytek zostanie w Szczecinie. Chrapkę na niego miały inne muzea. Na szczęście, dzięki zaangażowaniu WKZ, szczeciń-skich muzealników oraz hobbystów po wielomiesięcz-nych zabiegach poniemiecka broń została w Szczecinie. Jest już w jednostce w miejscowości Czarne w naszym regionie, gdzie zostanie poddana
renowacji.

- To prawdziwy rarytas - mówił Aleksander Ostasz, redaktor naczelny magazynu Nurkowanie i zarazem pasjonat historii, który pomagał w identyfikacji
działa.
- Do tej pory znany był tylko jeden zachowany egzemplarz tej broni,który znajduje się w niemiec-kim muzeum wojskowym w Dreźnie.

"Ów [szczeciński - red.] zabytek stanowi unikalny zapis wojennych dziejów miasta, a także jest bezcennym obiektem historii techniki wojskowej" -
napisał w swojej opinii dr inż. Bogusław Perzyk, rzeczoznawca ministra kultury.

Działo było jednym z 36 tego typu, które na pewno brały udział w walkach o Szczecin w marcu i kwietniu 1945 roku. Broń wsparta była na solidnym
trójnogu. Ten niestety nie ocalał. Co ciekawe tego typu działo widać w akcji na wojennej, hitle-rowskiej kronice filmowej pokazującej walki o Dąbie.

- Planujemy ekspozycję militariów na skwerze przed zajezdnią - zapowiedział dyrektor muzeum.

Obok ujawnionej wczoraj "siedemdziesięciopiątki" w muzeum znajdzie się odkryta w 2001 roku koło Dziewoklicza wieża z czołgu Pantera. Wsparta na
konstrukcji z drewna była elementem fortyfikacji broniących miasto od strony południowej.Z wojen-nych dokumentów wynika, że w Szczecinie było jeszcze jedno takie stanowisko. Wieża jest już wyremontowana (także przez żołnierzy z batalionu remontowego).Udało się nawet wyprostować uszkodzo-ną w czasie wojny lufę.

- Nie możemy już teraz tej wieży wyeksponować, ponieważ ze względu na jej ogromną wartość musi znajdować się na terenie strzeżonym - wyjaśniał
dyrektor Horoszko.

Oprócz działa i wieży do muzeum może trafić także odkryta w 2006 r w krzakach niedaleko motocrossu armata 47 mm umocowana w żelbetowej osłonie.
Ta przeciwpancerna broń wykorzystywana była w przy budowie słynnego Wału Atlantyckiego. To również rzadko już spotykana rzecz.

Opisując te trzy eksponaty w opinii dla szczeciń-skich muzealników Bogusław Perzyk napisał:
"Kolekcja stanowi ewenement na skalę nie ogólno-polską i nie europejską, ale światową".

Muzeum Techniki i Komunikacji przy ul. Niemierzyń-skiej ma zostać otwarte w połowie 2010 roku. Oprócz militariów lwią część eksponatów stanowi kolekcja polskich pojazdów i pokaźny zbiór tramwajów oraz autobusów.
 

nortus
 
Nalot na Szczecin, 20/21 kwietnia 1943 r.


Kiedy w styczniu 1943 r. podczas spotkania Churchilla i Roosevelta w Casablance ustalono wytyczne do prowadzenia wojny powietrznej i
systematycznego bombardowania niemieckich miast, sposób i skuteczność alianckich nalotów przybrała na sile. Dotychczasowe naloty nie odznaczały
się ani perfekcją, ani skutecznością. Także w Szczecinie straty podczas nalotów w 1940 i 1941r. można uznać za znikome.

Pierwszy poważny atak na miasto po konferencji w Casablance nastąpił w nocy 20/21 kwietnia (w nocy z wtorku na środę przed Wielkanocą) 1943 r.

Alarm lotniczy ogłoszono 45 minut po północy, a odwołano o 3.45. W bombardowaniu wzięło udział 339 bombowców. Właśnie z tego nalotu posiadamy
nagranie angielskich pilotów. Liczba zabitych według jednych źródeł obejmowała 586 osób, według innych-400 osób,w tym 89 dzieci i 30 policjantów. 300 osób zostało ciężko rannych, 300- zaginionych w zasypanych piwnicach,a ponad 25 000 osób zostało
bez dachu nad głową.Całkowitemu zniszczeniu uległo
300 budynków, ciężko zniszczonych zostało 407, średnio i lekko - 2843.

Uroczystości żałobne za poległych miały miejsce na Skagerrakplatz [plac A. Mickiewicza].

Ostatni prezydent policji w Szczecinie, C.Grundey,
relacjonuje w swym dzienniku przebieg i sytuację po ciężkich nalotach.Jest to historyczny dokument o szczególnym znaczeniu,sporządzony przez człowie-ka, który znalazł się w samym centrum wydarzeń. Jego raport ma dla nas nieocenione znaczenie.

Do swojego mieszkania w Berlinie dotarłem w nocy z 20 na 21 kwietnia 1943 r., gdy został odwołany niespodziewanie krótki alarm lotniczy. Zupełnie
nie przeczuwając, jakie zdarzenia rozegrają w ciągu następnych godzin,zostałem brutalnie obu-dzony przez referenta Ministerstwa Spraw Wewnę-trznych około 6 nad ranem, który zwięźle oznajmił:
"Właśnie zakończył się bardzo ciężki nalot na Szczecin. Ma pan natychmiast objąć tam posadę miejscowego szefa obrony powietrznej w charakterze
prezydenta policji. Jak szybko może pan tam wyjechać?".

Po chwili namysłu odparłem, że natychmiast gdy przekażę swoje berlińskie obowiązki swoim podwładnym, ale w każdym razie będę w Szczecinie
około południa. Prosiłem, by jedynie wcześniej mnie tam zapowiedziano.
Przekazanie obowiązków odbyło się zupełnie gładko, wróciłem tylko na chwilę do mojego domu, gdzie tymczasem spakowano mi niezbędne rzeczy i około 10 rano opuściłem ciężarówką Berlin.

Kiedy przeszłość zostawiłem za sobą, myśli spieszyły ku przyszłości a ciężarówka tego wspa-niałego wiosennego popołudnia podążała autostradą,
trzymałem na kolanach plan Szczecina, by mniej więcej zorientować się lokalnych warunkach. Jako berlińczyk znałem wprawdzie Szczecin z wcześniej-szych beztroskich czasów, kiedy to czując w powietrzu powiew morza,urlopowy wypad luksusowymi parowcami do nadbałtyckich kurortów rozpoczynało
się spod Hakenterrasse [Wały Chrobrego]. Samego miasta jednak nie znałem zbyt dobrze.

Osiągnęliśmy już autostradę na wysokości Eberswalde, kiedy na niebie ukazała się dziwna chmura. Siedzący koło mnie kierowca sądził, że należy się liczyć z ewentualnym deszczem. Jednak im dalej się posuwaliśmy, tym chmura stawała się większa i ciemniejsza. Dopiero na wysokości Prenzlau można się było przekonać, że to wysokie na setki metrów szaro-biało-czarne dymy i opary pożarów, unoszące się nad Szczecinem, które silnie kontrastowały z czystym błękitem nieba. Im bardziej się zbliżaliśmy, tym bardziej widoczne
były nawet całe słupy ognia jako przedsmak tego, co nas tam prawdopodobnie czekało.

Z autostrady zjechaliśmy w Kolbitzow [Kołbaskowo] W dzielnicy Scheune [Gumieńce] natrafiliśmy na pierwsze poważniejsze zniszczenia.Po obu stronach ulicy na ocalonych rzeczach bezradnie siedzieli ludzie - na sofach, krzesłach, stołach, które bezładnie, w najwyższym pośpiechu zdołali wynieść
ze swoich zbombardowanych gospodarstw. Cały ten dobytek pilnowany był przez starsze dzieci i dziadków, podczas gdy dorośli troszczyli się o niezbędne sprawy i przyszłe noclegi.

Gdy wjechaliśmy do miasta, wokół nas roztaczał się makabryczny obraz zniszczeń przy Barnimstraße [al. Piastów]. Przy Galgwiese [ul. Dąbrowskiego]
widać było wciąż tlące się ruiny płonących domów a ich mieszkańcy w bezsilnym zwątpieniu próbowali ratować resztki swojego dobytku.Wkrótce przejazd przez Barnimstraße zagrodziły rozrzucone siłą wybuchu wagony tramwaju, rozerwana trakcja elek-tryczna i rozwinięte węże strażackie, tak że
trzeba było szukać objazdu. Pełne dymu i sadzą powietrze było nieznośnie gorące. Przez Friedrich-straße [ul. Narutowicza], Linsingenstraße [ul.
Potulicka], Lindenstraße [al. 3 Maja], dotarliśmy do Paradeplatz [al. Niepodległości], gdzie sytuacja była o wiele lepsza i około południa
zatrzymaliśmy się przed Polizeipräsidium [Prezydium Policji przy ul. Małopolskiej]. Potrącany przez zdenerwowanych i przestraszonych ludzi, którzy koczowali na korytarzach i przej-ściach, z podręczną walizką przekroczyłem swój nowy pokój służbowy.

Głównym celem nalotu były przemysłowe, południowe dzielnice miasta.
Bomby jednak spadały także w innych dzielnicach wyrządzając czasami duże szkody. Z racji tego, że samotnie stojące ściany elewacji stanowiły
zagrożenie dla przechodniów, podjęto decyzję, by je w ciągu najbliższych tygodni wyburzyć tak, że miejsce trafienia bomby przypominało jedynie wielką hałdę gruzu.

www.sedina.pl stamtąd też pochodzą zdjęcia.
  • awatar Paryzanka: Bardzo ciekawe informacje, dlaczego o tym nie wiedziałam ?
Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Kategorie blogów