Wpisy oznaczone tagiem "martwi" (18)  

ebook-kryminaly
 
Autor: Katarzyna Bonda  

Profiler policyjny musi rozwikłać zagadkę śmierci śmieciowego barona, którego ciało znaleziono w jednej z katowickich kamienic. Wszystkie poszlaki wskazują na biznesowe porachunki, ale Hubert Meyer czuje, że sprawa może mieć związek z morderstwem sprzed 17 lat.


Szczegóły publikacji:
czytajnas.nextore.pl/(…)tylko_martwi_nie_klamia_p91…

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Więcej ebooków z działu "kryminał, sensacja, thriller", znajdziesz tutaj:
masz24.pl/ebooki-kryminal-sensacja-thriller.html
--------------------------------------------------------------------------------------------------
 

firstdayinnewlife
 
Cofnąłem się do Mikiego, a tam było ich nagle tak dużo! On zbliżył się pod drzwi. Szło ich na nas 6, po trzech dla każdego. Każdy z nich wyglądał jak by się tam kiedyś uczył. Z jednym chyba ktoś walczył, bo miał wbity ołówek w ramię. Wszyscy przemienili się na wskutek ugryzienia. Jeden miał ślad na szyi, drugi na ręce, a jeszcze inny rozdartą koszulę i ugryzienie na ramieniu. Zakrwawione postacie szły powoli w naszą stronę. Mikiemu zszedł uśmiech z twarzy, lecz nadal było widać iskrę w jego oczach. Opuścił swoją siekierę na ziemie. Nie spuszczając wzroku z bestii podniósł powoli łopatę. Bez gwałtownych ruchów wstał i uniósł ją nad głowę. Lewą nogę wysunął troszkę do przodu i wziął zamach. Po kilku sekundach łopata leciała ostrzem w grupę umarłych. Leciała jak oszczep i wbiła się prosto w brzuch najbliższego,  powalając go. On nadal się ruszał, ale to zdecydowanie go spowolniło. Teraz najbliższy był po prawej stronie. Oznaczało to, że kolejny trup należał do mnie. Mikołaj już spokojnie pochylił się po swoją zakrwawioną siekierę.  Razem z przypływem energii, która przepłynęła przez moje ciało poczułem niepodobną do mnie odwagę. Tego dnia najwidoczniej coś się we mnie zmieniło. Zmężniałem i stałem się odważniejszy. Zrobiłem dwa kroki w przód i wziąłem zamach od boku toporkiem, aby ugodzić umarlaka w skroń i wtedy usłyszałem odgłos drzwi za moimi plecami. Wbiłem go jednym, płynnym ruchem w czaszkę umarłego i szarpnąłem go w moją stronę. Trup runął na twarz, przede mną.
 

firstdayinnewlife
 
Przestałem się nad tym zastanawiać i wyszedłem za nim na zewnątrz. Widać było, że coś poszło schodami w dół zostawiając ślady krwi. Nie zastanawialiśmy się co to było, tylko ruszyliśmy w stronę naszej sali. Było pusto, ale i tak szliśmy ostrożnie. Narzędzia od czasu do czasu puknęły o siebie. Torba na szczęścia mocno tłumiła dźwięk. Teraz tylko niech Adam otworzy nam drzwi. Spoceni z nerwów przyspieszyliśmy kroku. Widać było, że w stronę naszej sali szła jakaś postać z otwartą raną. Były nowe ślady krwi, które nie świadczyły nic dobrego…  Jakieś narzędzie ocierało mój bok, to chyba była łopata. Przyspieszyliśmy kroku bo jakaś postać pojawiła się za nami. Dochodziliśmy już do drzwi i zobaczyłem trupa w korytarzu prowadzącym do magazynu. Na razie nas nie widział. Adam nadal nie otwierał drzwi. Umarły za naszymi plecami był już coraz bliżej. Miki uderzał nerwowo pięścią w drzwi, a ja już miałem do niego podejść, gdy wszystkie narzędzia z hukiem wylądowały na posadzce. Torba przetarła się i rozerwała. Zagarnąłem narzędzia pod drzwi. Nie mogliśmy ich wtedy stracić. Umarły po lewej się odwrócił i szedł ku nam, a ten za nami przyspieszył. Mikołaj ruszył naprzeciw pierwszemu umarłemu. On był coraz bliżej, a ten przy magazynie ruszył ku nam. Ja miałem najwidoczniej się nim zająć. Podszedłem w jego stronę i straciłem Mikiego z oczu. Był on w drugim korytarzu. W duszy błagałem, żeby Adam otworzył już te cholerne drzwi! Miki mnie zawołał, więc jednym susem doskoczyłem do zmarłego i płynnym ruchem rozpłatałem toporkiem jego czaszkę. Krew bryznęła na moją twarz. Zesztywniał i upadł na ziemię. Poczułem dziwny przypływ energii. Patrząc na martwą postać leżącą na ziemi, która drga od konwulsyjnych skurczów mięśni we własnej krwi. Ten widok napawał mnie zachwytem. Jeszcze parę dni wcześniej nie mógł bym uwierzyć, że będę musiał zabić, aby ratować siebie i najbliższych…
 

firstdayinnewlife
 
Wracając do Mikiego, cały czas kucał przede mną i patrzył czy wracam do siebie. Szturchnął mnie w nogę i zapytał czy ze mną jest już wszystko dobrze. Kiwnąłem głową, a on wstał.
-Musimy się stąd wydostać. Na szczęście mamy tutaj do tego odpowiedni sprzęt.- powiedział biorąc wiszącą na ścianie siekierę i obracając ją w rękach.
-Chcesz z nimi walczyć?- zapytałem
On podał mi rękę, aby pomóc mi wstać i powiedział z uśmiechem na ustach:
- Jeżeli ty też znajdziesz sobie broń to nie będzie żadnego problemu.
W końcu coś dla niego. Miki uwielbiał grać na komputerze w wszelakie gry, w których mogłeś zabić. Teraz mógł się przekonać jak to jest. Tylko jak te bestie się zachowają? W grach zabijało się tylko ludzi, albo kosmitów. Musieliśmy spróbować, ale najpierw zapakowaliśmy do torby wszelkiego rodzaju młotki, łopaty i inne narzędzia, którymi moglibyśmy roztrzaskać głowy umarlakom. Przeszukaliśmy całą salę i wypełniliśmy torbę.  Założyłem ją na ramię, była trochę ciężka, ale w razie czego dałbym radę biec. W prawej ręce miałem mały toporek, a w lewej młotek. Tym razem Mikołaj był z przodu. Mi było się ciężej ruszać z tą torbą i jednak miałem zajęte obie ręce. Chwycił ławkę i pewnym ruchem przesunął ją od drzwi. Nie musieliśmy czekać, aż drzwi się otworzą, bo umarły napierający na drzwi od razu wpadł do środka upadając na twarz. Ja wtedy odskoczyłem do tyłu, a Mikołaj wyszedł zza drzwi i  pewnym ruchem wbił mu ostrze siekiery w głowę. Krew bryzgnęła w moją stronę. Zrobił to z taką łatwością. Nawet się nie zastanawiał czy to coś będzie cokolwiek czuło.
 

firstdayinnewlife
 
Wszystko nagle zwolniło. Klamka powoli opadła, a drzwi się uchyliły i w końcu pod moim ciężarem się otwarły. Upadłem na podłogę do niewielkiego pomieszczenia. Przymknąłem oczy i usłyszałem tąpnięcie przy moim uchu. Nagle coś ciągnęło mnie za ręce. Po kilku sekundach - chociaż nie wiem ile tak leżałem na ziemi, zaczęło robić mi się lepiej. Siedziałem oparty o szafkę, a Mikołaj kucał wpatrzony we mnie.Byliśmy w małym kantorku z szarymi, obdartymi ścianami. Niewiele światła wpadało przez małe okno, w którym z zewnątrz były kraty. Niewielkie biurko poniszczone od wbijania gwoździ, przy nim krzesło obrotowe bez jednego kółka. Na ścianie wieszaki na narzędzia. Jeszcze była tam wysoka szafa z zamkiem na klucz, ale była lekko uchylona i wystawała z niej jakaś część ubrania, prawdopodobnie kawałek płaszcza przeciwdeszczowego. W tamtym pomieszczeniu były również takie rzeczy jak miotły, wiaderka, czy rozsypane po podłodze jakieś śrubki. Musiał to być jakiś warsztat czy pomieszczenie konserwatora budynku. Na szczęście nikogo tam nie było, nikogo poza nami i przynajmniej jedną bestią za drzwiami. Musiałem na moment stracić przytomność, bo umarły był już pod drzwiami, które były zastawione ławką szkolną. Musiał to zrobić Mikołaj, bo ja nie byłem wtedy wstanie zrobić cokolwiek.

PS. Wpis krótki, wiem ,ale jutro będą, aż dwie części!
 

firstdayinnewlife
 
Przeprowadziłem wtedy szybki monolog w mojej głowie i zrobiłem krok do przodu. Wskazałem Mikiemu, który stał za mną schody w dół. Szybko, ale bardzo ostrożnie zeszliśmy na dół. Schodziłem już ze schodów gdy mojemu przyjacielowi zostały ostatnie dwa stopnie. Wtedy zrobiłem największy błąd tamtego dnia. Obróciłem się nie myśląc o tym, że on cały czas trzyma mnie za ramię. Mój obrót pociągnął go i noga osunęła mu się na schodach. Na szczęście się nie przewrócił, ale uderzenie o podłogę jego stopy wywołało głośne tupnięcie. Puste korytarze szkoły pogorszyły to wszystko i dodały jeszcze głośniejsze echo. Znów zatrzymaliśmy się w bezruchu. Usłyszeliśmy tylko chrząknięcie z góry i odgłos jakby się ktoś krztusił. Wtedy ruszyliśmy biegiem do przodu. Za daleko nie pobiegliśmy, po 10 metrach w ciemności natrafiliśmy na stalowe, masywne i sporych rozmiarów drzwi. Takie same jak te do magazynu. Możliwe, że to było właśnie drugie wejście. Szybko wziąłem Mikiego za rękę i pobiegłem spowrotem licząc na to, że jeszcze nic nie przywlekło się do korytarza, który był jedną drogą naszego powrotu. No było jeszcze wejście do góry, ale ta krew… To najzwyczajniej było zbyt niebezpieczne. Krew już spłynęła po schodach na posadzkę, na której robiła się powoli kałuża. Z naprzeciwka szedł „naszym” korytarzem jeden z trupów, a co najlepsze z góry też usłyszeliśmy człapanie! Zacząłem się pocić z nerwów, kolana mi się uginały i chciałem się czegoś schwycić. Poręcz była już zakrwawiona, ale zobaczyłem drzwi parę kroków ode mnie. Obraz powoli mi się zamazywał, chciałem usiąść, położyć się. Zrobiłem kilka kroków w przód i chwyciłem się klamki opierając się o nią. Moje ruchy wydawały się takie powolne i ospałe.
  • awatar Meet with culture: Dlaczego w tak dobrym momencie musiałeś skończyć ! Naprawdę świetnie piszesz i nie mogę doczekać się kolejnego wpisu.
  • awatar Zombie Story: @Meet with culture: Trzymam w napięciu!
  • awatar gość: Musiał zakończyć byś zajrzał do następnej części ;P
Pokaż wszystkie (3) ›
 

firstdayinnewlife
 
Miki zrobił krok do przodu, ale ja go zawróciłem. Pamiętam, że przykucnęliśmy w tamtym miejscu i myśleliśmy co mamy zrobić. Postanowiliśmy, że przeszukamy budynek i chcąc nie chcąc będziemy musieli walczyć z tymi potworami. Pewnie się zastanawiacie, jak chcieliśmy z nimi walczyć mając w ręku tylko nożyczki. Otóż Mikołaja zainteresowaniem, wręcz można powiedzieć, że pasją była straż pożarna. Znał bardzo dobrze owe struktury, techniki i wszelkie inne ciekawe rzeczy związane z tą organizacją. Wiedział, że gdzieś na drodze ewakuacyjnej powinna być siekiera i gaśnica strażacka. To drugie w tamtym momencie było nam nieco mniej potrzebne. Skupiliśmy się na siekierze. Poruszaliśmy się bardzo ostrożnie. Mikołaj trzymał cały czas rękę na moim ramieniu i szedł za mną. Oglądał się za nas czy czasem nie widać, żadnego niebezpieczeństwa. Moim zadaniem było iść bezpiecznym korytarzem do przodu szukając oznakowań drogi ewakuacyjnej. Doszliśmy do końca korytarza. Przed nami były schody do góry i w dół, a z drugiej strony wąski korytarz, którym przyszliśmy. Znów usłyszeliśmy te warczenie. Odgłos dochodził zza naszych pleców. Odwróciłem się, ale nic tam nie było. Miki w tym czasie patrzył z miejsca czy nie ma nic do góry. Nie wchodził na schody bo mieliśmy trzymać się blisko siebie. Warczenie wydawało się coraz głośniejsze. Wtem z góry zaczęło coś kapać. Bardzo gęsty czerwony płyn. To była krew. Staliśmy w bezruchu, coś jakby nas zahipnotyzowało. Tam na górze jakaś krwiożercza bestia właśnie zabiła kogoś. Oby to nie był Michael. Musieliśmy się wyrwać z transu, w który wciągnął nas strach przed śmiercią, ale nie potrafiliśmy...
 

firstdayinnewlife
 
Obróciłem się spoglądając jeszcze raz na Julię, ale Adam zamknął już za nami pomieszczenie. Co by nie patrzeć Mikrego brat miał równie trudne zadanie co my dwaj. Musiał pilnować tej grupy ocalałych i nie dopuścić do wybuchu paniki między nimi. Martwy, który przywlekł się tutaj za Weroniką musiał gdzieś odejść. Nie wiedzieliśmy gdzie iść. W prawo, czy w lewo? Powiedziałem Mikiemu, że powinniśmy iść prosto, bo tam są ślady krwi, które mogą nas do czegoś doprowadzić. Byliśmy na drodze ewakuacyjnej, tak wywnioskowałem patrząc na znaki prowadzące do wyjścia. Wszędzie było pełno krwi. Na podłodze ślad ciągnięcia krwawiącego ciała, na ścianach rozmazane odciski dłoni i do tego ta cisza… Zatrzymałem się po kilkunastu metrach podnosząc dłoń do góry. Mój przyjaciel wiedział, że to jest znak aby się zatrzymać. W bezruchu nasłuchiwałem, on robił to samo. Usłyszeliśmy ciche kroki i warczenie zza narożnika. Szybko przylegliśmy do ściany kontynuując słuchanie. Ociężałym krokiem coś kierowało się w naszą stronę. Miało uszkodzoną nogę, bo słychać było, że utyka i jedną kończynę bardziej ciągnie po ziemi. Mieliśmy zacząć uciekać spowrotem do naszej sali, gdy nagle usłyszeliśmy przerażający krzyk, przepełniony bólem.Odgłos dochodził z jakiegoś wyższego piętra budynku. To nas uratowało. Postać zawróciła i kroki powoli ucichły. Serce łomotało mi w piersi. Mikołaj zamarł pod ścianą szeroko otwierając oczy, które były skierowane na mnie. Wtedy zdałem sobie powagę sytuacji. Do góry mogli być jeszcze jacyś ocaleni...
 

firstdayinnewlife
 
Mikołaj rozejrzał się po sali i rzeczywiście nie było Czarnego. Wtedy on rzucił do mnie, że musimy iść zobaczyć czy nie ma go gdzieś w szkole i czy nie potrzebuje pomocy. Co mi wtedy przyszło do głowy, żeby się zgodzić? Nie wiem, czy to przez obecność Julki, czy przez to, że w młodości chciałem być bohaterem, no nie wiem. Bynajmniej przygotowania do wyjścia długo nie trwały. Musieliśmy się zabezpieczyć, gdybyśmy mieli walczyć.  Za wiele po tej sali nie mogliśmy oczekiwać. Miki wygrzebał gdzieś nożyczki, a ja nic nie mogłem znaleźć, czym mógł bym walczyć, więc wypakowałem resztę prowiantu z torby i zarzuciłem ją przez ramię. Wyjaśniłem, że może nam się przydać na wypadek gdybyśmy znaleźli coś przydatnego. To był genialny pomysł, ale o tym opowiem wam później. Najpierw skupmy się na szukaniu Czarnego.
Zostawiliśmy Adamowi mój zegarek, po to żeby kontrolował drzwi co dwie minuty, na wypadek gdybyśmy mieli szybko wrócić. Miki przyłożył ucho do cienkich, drewnianych drzwi i chwilę nasłuchiwał. Dał znak ręką, że możemy wyjść. Pocałowałem moją ukochaną i wyszliśmy. Za drzwiami nikogo nie było. Naprzeciwko nas był pusty i długi korytarz. Szeroki może na dwa metry. Po lewej stronie ustawione były niewielkie, metalowe szafki szkolne, a naprzeciw nich co jakiś czas drzwi do wszelakich pomieszczeń. Ściany miały kolor zieleni, jak w większości szkół. Ten kolor miał podobno uspokajać, ale na pewno nie w takiej sytuacji. Na poszarzałym suficie były w szeregach lampy. Stare jarzeniowe żarówki, po dwie obok siebie. Wszystkie były zgaszone tylko jedna na końcu korytarza od czasu do czasu mrugała. Korytarz na lewo od nas wyglądał nieco inaczej. Tutaj ściany również były zielone, ale bardziej wyblakłe. Spowodowane to musiało być tym, że na prawej ścianie były duże okna, przez które wpadało światło. Naprzeciw nich były drzwi i miejsca na plakaty lokalnych zespołów. Większość z nich leżała już na ziemi, a te które wisiały zostały do połowy zerwane i zwisały na ścianach. Korytarz miał około trzydziestu metrów długości, nieco węższy niż ten przednimi. Pamiętam, że na końcu schodziło się kilkoma stopniami do magazynu, który był wtedy zamknięty. Tamto miejsce było by dla nas świetnym schronieniem, zwłaszcza że mielibyśmy tam zapas jedzenia i picia, ale nie mogliśmy tracić wtedy czasu na siłowanie się z drzwiami, żeby tam wejść. Potężne, okratowane drzwi i tak wydawały się nie do pokonania. Nie mogliśmy zapomnieć o tym, że Czarny mógł nas potrzebować.
 

firstdayinnewlife
 
- Kto jej na to pozwolił? Przecież to było idiotyczne.- Krzyknąłem. Ruszyłem uchylić drzwi i zobaczyć czy jej tam nie ma.
Zobaczyłem ślady krwi i gdy podniosłem wzrok, Weronikę biegnącą w stronę naszej sali, a za nią jednego utykającego trupa. Otwarłem szybko drzwi i wpuściłem ja. Ona wpadła do pomieszczenia, a ja zaraz po tym zamknąłem drzwi opierając się o nie, aby to bydle nie mogło wejść do środka. Miki ruszył od razu do biurka i pchając je z Adamem zastawili drzwi. Przykładając ucho do drzwi można było usłyszeć ciche warczenie i cierpiące skomlenie w innej części budynku. Weronika usiadła i chowając się w swoich dłoniach cicho płakała. Julka przytuliła ją do siebie i zaczęła pytać co się stało, ale ta dziewczyna byłą tak przerażona, że choćby chciała coś powiedzieć to i tak nie dała by rady. Obróciłem głowę stronę Mikrego i kiwnąłem mu, że ma do niej podejść. Nie wiem czy chciał to zrobić, ale przewrócił oczyma i przytulił się do niej. Ona od razu schowała się w jego ramionach i troszkę się uspokoiła. Można było z nią rozmawiać. Podszedłem i przykucnąłem.
-Co tam widziałaś, że tak płaczesz?- zapytałem.
-Ehee, ehe, było ich kilku…-
-Co widziałaś?!- ciągnąłem nieco surowszym tonem.
-Były tam te dwie bestie. Jedna szła daleko korytarzem, a druga zaraz obok mnie jak wyszłam z łazienki. Ja byłam tylko po wodę, a ona mnie zaatakowała…- odpowiedziała dygocząc
-Mhmm. Rozumiem, a dlaczego odsunęłaś biurko i nikomu nic nie powiedziałaś?- kontynuowałem.
-Julka wiedziała, a biurko było już odsunięte. Czarny bardzo wcześnie rano gdy wszyscy spali, mówił, że wychodzi. Gadał coś o rodzicach i o tym, że nie może ich zostawić.-odparowała.
-Czarny?! Cholera, gdzie jest ten głupek.- Wykrzyknąłem. Moje zachowanie było idiotyczne, wręcz bardzo idiotyczne, bo wszyscy skupili swój wzrok na nas i zaczęli się niepokoić.
 

firstdayinnewlife
 
Spałem bardzo niespokojnie. Obojętnie jaki szmer mnie budził. Postanowiłem posiedzieć trochę i pomyśleć nad tym co powinniśmy zrobić dalej. W końcu jedzenia mogło by nam starczyć na jeszcze tylko jeden dzień. Usiadłem na parapecie delikatnie przesuwając pocichł ławkę opartą o okno, tak abym mógł jednym okiem wiedzieć co dzieje się za oknem, ale z zewnątrz nikt by mnie nie zauważył. Widziałem cały czas ten sam obraz. W ciemności wyglądające jak cienie, zakrwawione postacie ociężale poruszające się po ulicach i boisku przy szkole. Martwiło mnie to, że są tak blisko szkoły. Jednak niewielka grupa nastolatków, która się strasznie boi mogła by zginąć w starciu nawet z 3 umarłymi. Wystarczyła by jedna spanikowana osoba, która popchnęła by kogoś do przodu i już jest po nas. Panika i strach ogarniał nas wszystkich, a w razie takiego niebezpieczeństwa było tylko gorzej. Siedziałem długo, zmęczenie powaliło mnie tuż pod oknem. Nawet nie wiedziałem kiedy zasnąłem.  Gdy wcześniej budził mnie nawet czyiś zaspany ruch. Teraz nawet Mikołaj nie mógł mnie dobudzić. Wstałem jako ostatni. Wszyscy już zjedli, a Miki zostawił dla mnie bułkę i trochę konserwy. Była to jakaś ohydna szynka, ale z głodu nawet to wepchnąłem sobie do gardła.  Nauczycielka nadal obłąkana siedziała w koncie. Nawet nie wiem czy ona w ogóle spała. Chciałem podejść do okna i zobaczyć co dzieje się na dworze, gdy zobaczyłem, że biurko, które zastawiało drzwi jest odsunięte. Podbiegłem do Mikiego, aby go zapytać kto to zrobił, a on powiedział tylko, ze od rana tak jest. Julka wtedy mu przerwała i wyjaśniła, że Weronika poszła do łazienki jakiś czas temu i nadal nie wróciła.
 

firstdayinnewlife
 
   Reszta dnia minęła dość spokojnie porównując do poprzedniej części. Pamiętam, że wtedy studenci wypatrywali przez okno ocalałych ludzi. Drzwi mieliśmy zabarykadowane od środka. Mogliśmy się czuć bezpiecznie, ale mimo tego starałem się zachowywać czujność. Nie mogłem się na niczym skupić. Cały czas myślałem tylko o niej. Siedzieliśmy opierając się o ścianę. Obejmowałem Julkę ręką. Opowiadała mi o osobach które jeszcze przebywały z nami. Najbardziej przykuwała moją uwagę czarnoskóra osoba. Miał na imię Michael, ale wszyscy mówili na niego „Czarny”. Chyba się domyślacie dla czego? Dochodziła godzina 20. Zaczęło robić się ciemno. Prąd w szkole jeszcze był, ale na dworze nie zapaliły się żadne światła. Mikołaj podszedł do nas i usiadł. Zaraz po nim przyszedł Adam przyprowadzając tego egoistę. Zapytałem co dalej zrobimy, czy zostaniemy tutaj na jakiś czas. Mikołaj przypomniał mi o naszych rodzicach, o celu do którego musieliśmy się dostać. Wstał i wziął nasze torby. Dał wszystkim coś do jedzenia. Już w tamtym momencie było widać, że wszyscy zaczęli traktować nas na poważnie, a nie jak kolejnych, nic nie wartych ocalałych. Powoli staraliśmy się zdobyć autorytet, ale wtedy jeszcze tak o tym nie myśleliśmy. Gdy Mikołaj rozdzielał jedzenie Adam opowiedział mi czego dowiedział się od Czarnego o trupach. Mówił, że reagują na dźwięk, co zresztą zauważyliśmy już z Mikim ratując go. Wspomniał też o tym jak można je zabijać. Wtedy przypomniała mi się sytuacja ze szpitala, jak wbiłem ostrze w głowę tej bestii, a ona znieruchomiała. Dowiedzieliśmy się też, że trupy żywią się mięsem i że osoby które zostaną zranione lub zabite przez zarażonych, zmieniają się w nieumyślne kreatury. Mikołaj resztę wieczoru spędził z pewną dziewczyną. Julka powiedziała mi, że to jest Weronika, jej przyjaciółka z Lubonia. Robiło się już naprawdę późno. Mikołaj kazał przesunąć ławki od strony okien i zrobić swego rodzaju zaporę, która nie tylko zasłaniała okna aby nikt z zewnątrz nas nie zauważył, ale również dlatego abyśmy my nie widzieli rzezi która działa się za murami budynku, no i gdyby coś chciało się dostać od tamtej strony.  Ludzie, których widzieliśmy za oknami uciekali, zazwyczaj wpadając na martwych, którzy bez litośnie rozszarpywali ich i powoli pożerali żywcem. Najpierw dobierali się do tętnicy szyjnej, żeby człowiek przestał się ruszać, a potem rodzierali brzuch…
Drzwi były zablokowane biurkiem nauczycielki, ale tylko do połowy na wszelki wypadek gdybyśmy mieli uciekać. Wracając do nauczycielki, nie wiem co ona tam robiła. Na nic się nam nie przydawała w tych momentach. Wpadła w jakąś paranoję i siedział w miejscu przez cały czas naszego pobytu, patrząc się w sufit. Robiło mi się jej żal. Wszyscy kładli się już spać, kładąc na ziemi książki i zeszyty, żeby chociaż trochę izolować ciepło. Leżałem przy ścianie. Obok mnie Julka potem Weronika, Miki, i Adam. Reszta osób położyli się również w grupach rozrzuconych po całej klasie. Cały czas byłem przytulony do Julii. Już nie chciałem jej stracić. Wszyscy zasnęli…
 

firstdayinnewlife
 
Dalsza część ;)

Naszą misją było dostać się do szkoły. Miki potrzebował wtedy szybkiego auta, na wypadek gdyby martwi mieliby go w jakiś sposób złapać. Wokół nas stały jakieś samochody ale to nie było to. Obok Julki szkoły była bogata dzielnica, w której musiało znajdować się coś lepszego. Nie myliłem się.  Mikiemu aż usta się otwarły na widok połyskującego czarnego jaguara. Wyszliśmy z naszego wozu rozglądając się czy jest bezpiecznie. Czarne cudo stało na podjeździe przed ogromnym domem. W środku był chyba martwy, bo zasłony były zbryzgane krwią. Ktoś tam zginął. To auto nie było już potrzebne właścicielowi. Niestety było zamknięte. Szkoda było to robić, ale nie było innego wyjścia. Łokciem wybiłem szybę od strony kierowcy. „Szlak! Jak my to odpalimy bez kluczyków?” – wrzasnął Miki. Coś zahałasowało z tyłu posiadłości. Musieliśmy się spieszyć. Adam z szyderczym uśmiechem odepchnął mikiego i wsiadł do auta. Wyciągnął mały wiśniowy scyzoryk i schował się pod deskę rozdzielczą. Po kilku chwilach jaguar zawarczał . „Jak ten głupek to zrobił?!” pomyślałem. Adaś nadal z szyderczym uśmiechem, stał już koło nas na prostych nogach pokazując Mikiemu, że ma wsiadać. Widać było, że mój przyjaciel też był zdziwiony. Władował się do auta i zamknął drzwi. Dałem mu mój zegarek mówiąc  jak ma wejść do szkoły Julki i za ile ma wracać. Wsiedliśmy do Auta. Adam siedział z tyłu trzymając torby. Jeżeli akcja miałaby się udać to i tak mielibyśmy mało czasu na zabranie czegokolwiek. Miki miał jechać przede mną. Wycofał czarną bestie i zawrócił. Cudownie mruczała, a gdy przyśpieszał robiła się coraz głośniejsza. Tak, to było idealne auto do tamtej misji. Podjechaliśmy do głównej ulicy. On zatrzymał auto obok nas. Pozdrowił nas uśmiechem i z piskiem opon ruszył w stronę szkoły. Ryk auta zwrócił uwagę trupów. Poruszali się powoli za nim. Zaczął trąbić co zwróciło na niego uwagę wszystkich. Mnóstwo potworów biegło wtedy za nim. Bałem się o niego, ale nie mogłem już nic zrobić. Teraz ważniejsza była dla mnie moja Julia. Podjechaliśmy cicho do szkoły.
-Kurwa! Drzwi są zabarykadowane.- powiedział do mnie Adam, jakbym tego wcale nie zobaczył. W tym samym momencie jakaś postać w budynku pokazała nam palcem, że mamy się kierować w lewo. Objechaliśmy od tamtej strony budynek. Było pusto. Brak żadnej postaci, ani żywej, ani martwej. Ta sama postać pojawiła się w oknie. Wybiegliśmy porzucając auto za nami i kierowaliśmy się do tego okna. Adam dźwigał torby co go znacznie spowalniało. Wrzuciliśmy je przez okno, a potem sami staraliśmy się wejść. Podsadziłem tego barana i sam się za nim wciągnąłem na górę. Postać, która nam otworzyła okno była czarnoskóra. Zatrzasnęła okno i kazała nam biec za sobą. Powiedziałem, że się stąd nie ruszę, póki mój przyjaciel nie wróci. Zignorował mnie. Skurwysyn dbał tylko o siebie! Adam pobiegł do drzwi szkoły. Miał wskazać Mikiemu drogę tak jak zrobił to czarnoskóry. Po niecałych dwóch minutach. Mikołaj zdyszany podbiegł do okna. Dlaczego nie był w wozie?! Opowiedział mi, że bezpieczniej było wyskoczyć z głośnego auta, które zwracało na siebie uwagę i przybiec tutaj. Zgodziłem się z nim, to był dobry pomysł. Nasz plan się udał. Byliśmy w budynku. Teraz tylko odnaleźć Julkę…
Adam dołączył do nas i zaczęliśmy penetrować budynek szkoły. Najpierw skierowaliśmy się w kierunku gdzie pobiegł ten samolubny idiota. Sprawdzaliśmy sale lekcyjne, toalety, szatnie. Wszystko było puste. Martwiłem się coraz bardziej.  Sala numer dziewięć była zamknięta. Zapukaliśmy i nasłuchiwaliśmy czy ktoś tam jest. Martwych najwidoczniej tam nie było, bo nic z wnętrza sali nie było słychać. Adam powiedział, że szkoda tracić czasu pod tą salą i kazał nam iść dalej. Po kilku krokach ktoś otworzył salę. Błyskawicznie się odwróciliśmy i ujrzeliśmy postać, która wpuściła nas do budynku. Pokazał nam ręką, że mamy podejść. Ostrożnie skierowaliśmy się w jego kierunku i weszliśmy do klasy. Tam była większa grupa osób. Odnaleźliśmy grupę studentów. Była tam Julka. Podbiegłem, uściskałem ją i pocałowałem. Mikołaj przewrócił oczami i odwrócił się od nas. Rozmawiał z nauczycielką, a Adam z czarnym. Ogarnęło mnie wtedy nieograniczone uczucie szczęścia. Tak mocno ją kochałem. Zresztą moje uczucie do Julii nie zmieniło się, aż do dzisiaj. Okropnie mocno ją przytulałem…
 

firstdayinnewlife
 
Łapcie początek. To narazie tyle. Czekam na komentarze z oceną i krytyką  

Był piękny słoneczny dzień. Martwych nie było w pobliżu kilometra od Fallsdale. Nasi ludzie cały czas oczyszczali tereny z ciał. Od dłuższego czasu nie było już tak cudownie i spokojnie. Przechodziłem koło domu mojej córki Leny, gdy wybiegł mój kochany wnuk Antek. Podbiegły do mnie spokojnie i powiedział z oburzeniem:
-Tato nadal nie chce mi powiedzieć jak powstało Fallsdale … Dziadku, opowiesz mi?-
Spojrzałem na jego bladą twarz i błękitne oczy. Nie mogłem odmówić takiemu kochanemu dziecku. W końcu chłopak miał już 15 lat.
-Antoni, jak mógłbym ci odmówić, drogi chłopcze? Poszukaj Jasia, Nicolaia i Claudii. Przyprowadź ich na arenę za 10 minut. Opowiem wam pewną historię.
Nie zdążyłem mrugnąć, a Antek już szukał ich pośpiesznie. Powoli ruszyłem w stronę areny. W końcu miałem już swoje lata. Usiadłem delikatnie na ławce i czekałem, wspominając stare czasy. Dzieci radośnie do mnie podbiegł, siadając w półkolu naprzeciw mnie. W ich oczach było widać zaciekawienie. Bardzo chciały usłyszeć jedną z moich historii.
-Antek powiedział wam co będziemy robić? Opowiem wam historię, jak się tutaj znalazłem, jak powstało to miejsce…-
Był chyba 23 maja, 16 dzień choroby, jeżeli można to tak nazwać. Nie wiem. Straciłem już poczucie czasu. Wtedy zabrałem się za opisywanie naszych dni. Zostało nas tylko sześcioro. Ja, Julia, Wojtek, Mikołaj, jego brat Adam, i przyjaciółka Julii. Nie znałem jej za dobrze. Była bardzo nieśmiała, miała na imię Weronika. Kierowaliśmy się na południe. W górach podobno nie było jeszcze martwych. Wszyscy mieliśmy taką nadzieję. Nasze rodziny już tam były. Wyruszyły niezwłocznie gdy dowiedzieliśmy się, że choroba dotarła do Poznania, a to wszystko przez cholernych emigrantów którzy przywieźli ją ze stanów. Wszyscy już spali. Miałem wtedy warte. Siedziałem oparty o drzewo. Julia leżała na moich kolanach. Delikatnie przeczesywałem palcami jej włosy. Tak słodko spała. W prawej ręce cały czas miałem broń. W tych czasach nie mogliśmy się z nią rozstawać. Zaraz, zaraz miałem wam opowiedzieć wszystko od początku, czy tak? Więc wróćmy do początku, do dnia w którym się to zaczęło.-
   Byłem wtedy w szkole. Poznań, nienawidziłem tego miasta. Codziennie tam byłem. Znałem je już bardzo dobrze. Był wtorek, zajęcia kończyłem około 16. Zmęczeni po dwóch godzinach biegania za piłką wychodziliśmy z Mikołajem ze szkoły. Na ulicach było bardzo pusto. Słychać było syreny policyjne w oddali. Mikołaj założył kurtkę. Zeszliśmy po schodach na ulicę Śniadeckich. Nad targami unosił się gęsty dym, a ludzi nigdzie nie było. Nagle zobaczyliśmy mężczyznę wychodzącego z bramy targów. Utykał na prawą nogę. Jego koszula była cała od krwi, tak jak twarz. Przestraszeni nie wiedzieliśmy co mamy zrobić. Szedł w naszą stronę. Za nim wyszło kilku innych. Poszli w innym kierunku. Mikołaj zawołał do niego pytając czy nic mu nie jest, a on tak jakby zawarczał i delikatnie przyspieszył. Z jego oczu, nosa, uszu i ust zaczęła płynąć krew. Obaj zadaliśmy sobie pytanie: „Jak on może jeszcze żyć?”. Odłożyliśmy torby, żeby mu pomóc. W szkołach bardzo dużo uczyli nas pierwszej pomocy, lecz takie coś widzieliśmy pierwszy raz. Ostrożnie podszedłem do niego, a on rzucił się na mnie. Zawołałem Mikołaja…
-I co się stało?!-
-Antoś, nie przerywaj mi to się dowiesz.-
Zaciekawienie tych małych urwisów cały czas rosło. Czyżbym był, aż tak dobrym gawędziarzem? Kontynuowałem moją opowieść.
–Mikołaj szybko odepchnął mężczyznę na bok, a ja na czworakach oddaliłem się od napastnika. Nie zdążyłem wstać na nogi, a Mikołaj walczył z tym czymś. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy co to jest. Uderzył go mocno w brzuch. Mężczyzna nawet nie mrugnął z bólu. Okropnie mnie to zdziwiło, bo mój przyjaciel nie był przeciętnym chłopakiem. Sporty walki trenował już od małego. Był mocno umięśniony jak na nasz wiek. Zresztą możecie sami się przekonać.-
Wskazałem palcem na mojego wiernego przyjaciela. Już trochę siwy, ale nadal dumnie wyprostowany zmierzał w naszym kierunku. Bez słowa usiadł obok mnie na ławce. On też chętnie chciał wspomnieć stare czasy.
–Gdy Mikołaj przewrócił napastnika doszliśmy do wniosku, że trzeba będzie wiać. Zabraliśmy w pośpiechu nasze torby i pobiegliśmy na tramwaj. To co zobaczyliśmy za rogiem ciężko będzie opisać. Na parkingu szkoły leżały ludzkie ciała. Ludzie, których znałem, których widziałem na korytarzu szkoły. Naprzeciwko nas przy samochodzie leżała kobieta. Była młoda i piękna. Przy niej klęczał młody mężczyzna. Myśleliśmy, że klęczał pomagając jej. Kiedy podeszliśmy do niego widać było rozdarty brzuch kobiety. Mężczyzna spojrzał w naszym kierunku trzymając coś w zakrwawionych rękach. Twarz miał umazaną krwią i żuł coś w buzi. Jego oczy zapamiętałem najbardziej. Były takie puste, takie ślepe. Mikołaj zaczął biec. Nie zastanawiając się ruszyłem za nim. Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Dobiegliśmy do przystanku. Serce łomotało w mojej piersi. Ulica była pusta. Tramwaje nie jeździły. Mikołaj zadzwonił do rodziców zapytać co się stało. Ja zrobiłem to samo. Linia była zajęta. Dzwoniłem kilka razy i cały czas nic. Mikołajowi zerwało się połączenie. Na szczęście przekazał swoim rodzicom, że mają zebrać się z moimi rodzicami i dwoma samochodami pojechać do jego ciotki w góry. Sygnały w telefonach ucichły. Nie zdążyłem nawet zadzwonić do Julii. Tak bardzo się o nią martwiłem. Zobaczyliśmy jak mężczyzna za nami wynosi ze sklepu przy ulicy Matejki torby z jedzeniem. Zatrzymaliśmy go, a on tylko w panice krzyczał, że apokalipsa nadeszła. W sklepie za ladą leżała martwa dziewczyna. Na identyfikatorze miała napisane Emilia. Wyglądała na zmasakrowaną, jakby coś wyżarło jej wnętrzności z brzucha. Pogryzione, ręce i szyja. Kiedy ja zastanawiałem się nad tym co się stało tej dziewczynie Mikołaj wyrzucił wszystkie książki i rzeczy ze swojej torby. Gdy się odwróciłem on już miał w niej konserwy i kilka bochenków chleba. Chciałem zrobić to samo, ale on mnie powstrzymał.-
Zerknąłem kącikiem oczu na Mikołaja. Na jego dumnej twarzy pojawił się skromny uśmiech.
– Kazał mi opróżnić wszystko z torby i zabrać ją ze sobą. W tamtej chwili darzyłem go ogromnym szacunkiem i w duchu dziękowałem, że to właśnie on teraz był przy mnie. W takiej sytuacji zachowywał się tak dojrzale i odpowiedzialnie. Myślał patrząc już w przyszłość.–
W tym momencie mój przyjaciel poklepał mnie po ramieniu i wstał. Uśmiechnął się do tej zachwyconej gromady i poszedł w stronę swojego domu. Nie lubił słuchać o sobie, o tym jak go chwalę. Opowiadałem dalej.
–Dobiegliśmy szybko do szpitala. Musieliśmy zapewnić sobie trochę leków i bandaży. Spojrzałem na ulicę z której wybiegliśmy gdy kierowaliśmy się na tramwaj. Strach sparaliżował moje ciało. Kobieta, która wcześniej leżała przy szkole. Stała na nogach i do tego szła w naszą stronę. Zszokowany nie mogłem się ruszyć. Mikołaj przystanął i zawołał za mną. Jego krzyk wyrwał mnie z transu. Wbiegliśmy do szpitala. Było pusto i cicho. Na ziemi były ślady krwi, tak jakby ktoś ciągnął czyjeś ciało. Czułem, że mój przyjaciel też się boi. Obaj drżeliśmy ze strachu, tyle że on był bardziej opanowany. Ruszyliśmy na pierwsze piętro. Nikogo nie było. Sama cisza była przerażająca. Naprzeciwko nas drzwi z napisem „pomieszczenie sanitarne”. Powoli i ostrożnie kierowaliśmy się do tego pomieszczenia. Mikołaj miał cały czas zaciśnięte pięści. Przed nami wyczołgała się kreatura podobna do poprzednich. Niby człowiek ale miał ucięte nogi w kolanach i urwaną dolną część szczęki. Jednym susem przeskoczyliśmy nad nim i wpadliśmy do pomieszczenia. Zacząłem pakować leki i bandaże do mojej torby. Miki trzymał drzwi w ręku zaciskając skalpel. Torba była prawie pełna, gdy coś uderzyło w drzwi. Podał mi skalpel i kazał biec jak najszybciej do wyjścia. Coś napierało na drzwi. Gdy je otworzyliśmy pół martwa postać wpadła do środka. Wbiłem jej bez zastanowienia skalpel w głowę. Przestała się ruszać. Mikołaj spojrzał na mnie przerażony. Teraz to ja wybiegłem pierwszy i zawołałem go za sobą. Staliśmy przed szpitalem myśląc co zrobimy dalej. Pół martwej kobiety nie było już w pobliżu. Niewiadomo dlaczego pobiegliśmy znów w stronę szkoły. Samochód przy którym leżała dziewczyna nadal tam stał. Otwarte drzwi i kluczyki w środku. Wsiedliśmy rzucając torby na tylne siedzenia. Ja kierowałem, co według mnie było głupie. Cały czas się bałem, a Mikołaj przecież był taki opanowany. Pojechaliśmy po Julkę. Nie mogło się jej coś stać. Spojrzałem na zegarek. Ona miała jeszcze zajęcia. Oby nic jej nie było.
W czasie drogi kilka razy wybiegł nam ktoś martwy na drogę.
Dziesięć minut później byliśmy już na grochowskiej. Jechaliśmy powoli. Wszędzie człapały się powoli te kreatury. Minęliśmy przewrócony tramwaj, wokół którego leżały ciała jeszcze ludzi, do których już dobierali się martwi. Ci ludzie mieli barwy Lecha, no tak wtedy był mecz, jakiś ważny mecz. Niewiadomo dlaczego zwolniliśmy jeszcze bardziej. Widzieliśmy jak już nieliczni ludzie uciekali przed bez emocjonalnymi potworami, swojego rodzaju bestiami, które wygłodzone zostały wypuszczone z klatki. Żywi próbowali chować się, w porzuconych samochodach, kioskach, sklepach… Nigdzie nie było schronienia, jednak miałem nadzieje, że Julce nic nie jest. Ja to wiedziałem…
Trzysta metrów dalej Miki wrzasnął na mnie, że mam się zatrzymać. Przestraszony wdusiłem hamulec w podłogę i samochód stanął niemal natychmiast. Zobaczyłem jego brata. Z szalikiem w ręku i plecakiem na plecach uciekał przed dwoma martwymi. Wbiegł na przystanek autobusowy. Schował się za wiatą myśląc, że te bezmózgie poczwary go nie zobaczą. Nadal szły w jego kierunku. Mikołaj otworzył drzwi, ja zatrąbiłem. Martwi jak na zawołanie odwróciły się do nas i zaczęły iść w naszym kierunku. Adam poczuł się bezpieczniej. Miki pokazał mu, że ma biec wzdłuż drogi. Ruszył na złamanie karku przed siebie. Nie wiedział dokąd biegnie i jak długo będzie musiał biec. On po prostu chciał żyć. Adrenalina w jego ciele dodała mu dodatkowej siły. Przebiegł spory kawał. Odwrócił się i czekał na nas. My w tym czasie zamknęliśmy się w samochodzie. Przeraził nas widok martwych, ale nie tych dwóch, którzy gonili Adama. Wszyscy martwi w okolicy szli w naszym kierunku. Dlaczego tak było? Czy to przez dźwięk klaksonu? Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że reagują na dźwięk, ale zaczynałem się tego domyślać. Gdy podeszli wystarczająco blisko, żeby nie dogonić Adama, ale na tyle daleko, żeby nas nie sięgnąć ruszyłem do przodu. Dwieście metrów dalej stał Adam. Wpadł szybko do auta na tylną kanapę. Ciężko dyszał. Miki się uśmiechnął i znów zaczął wydzierać się na swojego brata. Jego brat był geniuszem. Nie znam drugiej takiej osoby, która z taką łatwością przyswajała by wiedzę i radziła sobie ze wszelkiej maści elektroniką. Byłem strasznie dumny z naszej akcji ratunkowej. Iskra nadziei błysnęła w mojej głowie. Mamy szansę, przeżyjemy.
    Do Julki szkoły zostało tylko kilka minut. Dojechaliśmy do przystanku tramwajowego na ulicy Grochowskiej. W pobliżu nas nie było martwych, ale za to pod szkołą było ich mnóstwo. Epidemia pewnie wybuchła również wśród uczniów wychodzących z zajęć. Martwiłem się coraz bardziej. Zatrzymałem samochód. Nie dalibyśmy rady wejść do szkoły. Zbyt niebezpieczna akcja. Trzeba było coś wymyślić. Wokół nas nie było nic poza zostawionymi samochodami. Sprawdziliśmy co mamy przy sobie. Torba z lekami, druga z jedzeniem i Adama plecak, a w nim trąbka kibica, kanapki… Miałem genialny plan! Sam siebie zaskoczyłem swoim geniuszem. Mikołaj musiał teraz wykazać się niezmierną odwagą. Musiałby odciągnąć uwagę martwych i ściągnąć ją na siebie, gdy ja i Adam weszlibyśmy do szkoły. Nie wiedziałem czy mój pomysł wypali bo nie byłem pewien co do tego, czy nieUMARLI reagują na dźwięk. Plan był taki: Mikołaj musiał zabrać jeden z samochodów i jeździć z trąbką trąbiąc ile się da i zwracając na siebie uwagę.
 

firstdayinnewlife
 
Siema wszystkim!  
Moje "coś" co będę tutaj prowadził będzie dotyczyło mojego opowiadania/histori o umarlakach. Zobaczymy jak mi to pójdzie. ;P Chcę, abyście komentowali jak wam się podoba, co można by zmienić, jakie macie ciekawe pomysły itd.  

Zaraz wrzuczę początek.
Trzymajcie się! ;)
 

kciuk-pl
 
Rodzina polskich bezrobotnych w Niemczech martwi się, że ich syn za dużo się uczy. Do akcji wkracza "Polska Niania"

Link: www.kciuk.pl/Polska-Superniania-w-Niemczech-a45020
 

webspot
 
Elvis żyje! - Te słowa słyszeliśmy tysiące razy. Najbardziej wierni fani króla rock'n'rolla nie mogąc pogodzić się ze śmiercią ich idola, od dekad już...

Link: www.joemonster.org/(…)Teorie_spiskowe_Elvis_i_2Pac_…

#polska #rozrywka
 

 

Kategorie blogów