Wpisy oznaczone tagiem "melodia" (38)  

xdpedia
 
www.xdpedia.com/(…)wspolnie_spedzony_czas_staje_sie…
O ile rozmowa jest tekstem, o tyle śmiech jest muzyką, sprawiającą, że wspólnie spędzony czas staje się melodią, której można słuchać w kółko i nigdy nie straci uroku.
 

orionblues
 
na podstawie regionalnych donosicieli pogodowych ustaliłem,
że możemy być zadowoleni z aury kwietniowej, jest wręcz!
fantastycznie!, smutek kaczystów jednak pozostał na dłużej,
ale to nie nasze pierze, to smoleńska mgła Macierewicza,
ich poddusza ciągle, taką mają prognozę na wiele lat grozy,

a my tymczasem poszperamy w starych nutkach przyjaznych,
i czułych, kto z Nas nie nuci sobie czasem zapomnianych,
już taktów z uroczych chwil życia?, jest tego sporo,
nawet nie uzurpuję sobie praw do znania ich wszystkich,
to nie możliwe, ale jest parę takich uniwersalnych,

wręcz wspaniałych,,,,,

pozdro,,,,

Malcolm McLaren & Catherine Deneuve - Paris Paris
 

Dalida & Alain Delon - Paroles, paroles
 

niepokornytv
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

zorena
 
No hejka! :D Nareszcie wakacje, nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę. Może opowiem wam jak odbywało się moje zakończenie roku. Przyjechałam gimbusem(autobusem szkolny jakby ktoś nie zakumał) pod szkołę i zastanawiałam się z koleżankami, gdzie mamy iść, w końcu poszliśmy wszyscy na aule, gdzie miała się odbyć akademia. Dyrektor oczywiście przynudzał na temat bezpieczeństwa w czasie wakacji, ale potem zaczął rozdawać świadectwa z czerwonym paskiem, nagrody i dyplomy za konkursy. Otrzymałam do dyrektora świadectwo z paskiem (średnia 4.86) i nagrodę za zajęcie II miejsca w konkursie z biologi. Po akademii rozeszliśmy
się do klas, gdzie wychowawczyni rozdała pozostałym osobą świadectwa. Musiałam jeszcze porozdawać czekoladki nauczycielom w podzięce za rok nauki i mogłam w spokoju iść na autobus. Jak zwykle założyłam słuchawki i za pomocą muzyki odcięłam się od świata. Do domu wróciłam wcześnie więc zjadłam jeszcze śniadanie. No, więc tak wyglądało moje zakończenie, jestem ciekaw jak było u was. W wakacje planuje napisać nowe opowiadanie, które wstawie po zakończeniu 1 części "Wilczego Piętna" (planuje zrobić 2 części) jestem jeszcze na etapie wymyślania fabuły i wyglądu oraz charakteru postaci i już prawie wszystko mam gotowe tylko trzeba zacząć pisać. No to co? Proszę, oto taka pozytywna nuta na rozpoczęcie WAKACJI!!!! :D

Chociaż teraz myślę, że do klimaciku wakacji bardziej nadaje się inna piosenka. No to łapcie drugą nutę!!!


Życzę udanych wakacji! ;)
 

zorena
 
Zorena: Proszę, mam dla was taką piosenkę na zakończenie dnia. Mimo iż wykonuje ją metalowy zespół można się przy niej wyciszyć i pomyśleć. Serdecznie zapraszam do posłuchania.
 

ringiding
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga
Leszcz <3:

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

dtr81
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga
Berenica:

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

inisee
 

ChomikImage (1).jpg



Czasami zastanawiam się ile człowiek jest w stanie znieść,
ile ciężaru unieść na swych barkach,
zanim upadnie.
Ile cierpień pot­rafi wziąć na siebie jego serce,
zanim w samotności pęknie,
jak pęka szyba osłabiona nową rysą,
zostawiając ból,
bo przecież odgłos pękającego serca,
to najsmutniejsza melodia świata.
 

kciuk-pl
 
Przypadkowe osoby posłużyły do nagrania tego klipu. Fajnie wyszło

Link: www.kciuk.pl/Super-Mario-zagrane-przez-ludzi-a128831
 

mowier
 
Długo oczekiwana przeze mnie, pierwsza zakupiona z mojej własnej kieszeni, oryginalna płyta Justyny Steczkowskiej o tytule jakże prostym, a jakże pomysłowym "XV".
Co to w ogóle za projekt? Piękna podróż poprzez artystyczne życie piosenkarki, które trwało już piętnaście lat! Skoro nawiązywano do przeszłości, to musiały być wspomnienia. I oto pojawiły się największe hity Justyny, spowite nową szatą aranżacyjną oraz utwory (w dużo mniejszej liczbie) całkowicie nowe w repertuarze artystki.
Cały album jest dwupłytowy, a całkowity zestaw utworów nie był przypadkowy. Pierwsza płyta zwana "X" charakteryzuje się brzmieniami zdecydowanie mocniejszymi, zaś druga o tytule "V" pokazała większość liryczność wokalistki.
Płyta "X"
Zdecydowanym akcentem zaskakująco dobrym tego krążka jest utwór "Tatuuj mnie". Wielka siła, jakiej nabrał aranż, te ciężkie brzmienia i zachrypnięte głosy w tle, powodują u mnie dreszcze. Świetny pomysł na spowolnienie utworu, a nadanie mu nowego, świeżego charakteru sprawił, że jest on u mnie na topie, jeśli chodzi o piosenki Steczkowskiej. Z kolei dużo mniej zadowolony jestem z utworów "Za karę" oraz "Boskie Buenos". Zostały one bardzo rozciągnięte poprzez przerwy liczne instrumentalne i spowolnienie wyśpiewywanego tekstu. Ciekawym rozwiązaniem jest piosenka o tytule "Na koniec świata". Słysząc pierwszy raz jej początek, myślę sobie: "W ogóle nie zmieniona... Hmm...", gdy gwałtownie instrumenty się przeistaczają, iż jedynie początek został zaciągnięty ze starej wersji utworu. Tę część albumu oceniam na 4+ :)
Płyta "V"
Początek krążka w postaci "Marii Magdaleny" kompletnie mnie zawiódł. Tekst nieumiejętnie wpleciony w muzykę. Tak jakby na siłę. Niebrzmiąca piosnka, która odpycha od słuchania dalszej części płyty, jednak nie poddając się, przełączam na dalsze numerki i co słyszę? Przeskakuję najbliższe utwory, które mnie nie zachwyciły ponad to i zwracam uwagę na cyferkę cztery. Tutaj lekkie zatrzymanie. Utwór "Sanktuarium". Niezwykłe użycie nowej technologii dźwiękowej, do zrealizowania świetnej muzyki. Pierwsze dwie minuty i czterdzieści sekund, to liryczna zwrotka, po czym następuje punkt kulminacyjny w postaci refrenu. Dlaczego uważam to za piękne? W tej części piosenki jeden fragment muzycznie jest tak naprawdę powtarzany w kółko, jednakże utwór się nie nudzi! Ciągle jest świeży! To jak dla mnie największy sukces Justyny. Następnie słychać w ciekawych rytmach zaczynającą się słynną "Dziewczynę szamana", jednakowoż spowolnienie na frazach śpiewanych mnie zawiodło. Brak utrzymania tego ciekawego narastania. Po tym następuje "Zazdroszczę ci", który jest chyba najmniej odnowionym utworem, zaś wersja "Modlitwy" grana na organach, zdecydowanie przypadła mi do gustu. Ten krążek otrzymuje ode mnie ocenę 5.
W sumie album spisał się bardzo dobrze. Życzę powodzenia pani Justynie w następnych projektach, by były równie dobre.

A oto "Sanktuarium", czyli nowy SINGIEL Justyny Steczkowskiej z albumu "XV". Miłego słuchania!



Wspominałem o autorskim tekście. Zgadza się! Otóż miałem dzisiaj wenę i coś napisałem. Osobiście jestem z tego dumny, ale chciałbym prosić was o interpretacje, które umieszczajcie w komentarzach. Powodzenia!

“Facet z parasolem”



Facet z parasolem siedzi na ławce
i poddaje się tej starej gadce,
że mu pies na ucho nadepnął za młodu,
a nie czuje teraz pragnienia ani głodu.

Z oddali słychać rytm starej piosenki,
która teraz brzmi jak udawane jęki.
Z byle czego było dużo podniety,
zaś efekt jaki był? Widać, niestety...

Gdzie te stare są melodie,
które zajmowały podium?
Jak znów stworzyć wielkie dzieła,
by szczyt piosnka osiągnęła?
Nowoczesna technologia!
Dla każdego fajnologia.
Jak więc coś pięknego stworzyć,
by znów sztuka mogła ożyć?
 

tuwim
 
nienawidzę zimy! czekam na wiosnę, lato, a potem jesień...

“Melodia”



Wczesna jesień - oto moja pora.
Siwy ranek - kolor mego wzroku.
Siedzę w miłej kawiarni jak w obłoku,
Mógłbym tak do wieczora.

Za oknami tyle pośpiechu,
Ale ja nie wiem i nie słyszę,
I zamilkły w jesiennym uśmiechu,
Zapatrzeniem dalekim się kołyszę.

Tak najlepiej: siąść w cukierni rankiem
I patrzeć, jak ulica chodzi.
W takie ranki jest się kochankiem,
I smutniej człowiekowi, i młodziej.

Od miłości, od czułych wspomnień
Dzień zacząłem senny i pusty.
Z twoich słów, nie pisanych do mnie
Wiersz układam uśmiechniętymi usty.

A to wszystko razem jest melodią,
I melodii chwile są rade.
Cudzoziemka w palcie kraciastym
Śpiewnie, ślicznie zamawia "szokolade".

Jaka wiotka, matowa kobieta!
Jak nas mało na świecie! Jak mało!
I jakimi perfumami zawiało!
I jaki poeta!...


kawiarenek czar....jpg
 

ft-stories
 

    - Dobrze wziąć kąpiel po tym zatęchłym pociągu – stwierdziła Cana, wychodząc z łazienki w samym ręczniku.
    - Nie był taki zły – zbagatelizowała Levy. Skończyła właśnie układać ostatnie książki na półkach i dołączyła do pozostałych dziewcząt, które usiadły na futrzastym dywanie.
    - Więc spędziłaś te lata, przez które mnie nie było, w Edolas? – upewniła się Lou. – Musiało być wam wszystkim ciężko – zadumała się. – I tyle nowych twarzy. Lucy, Wendy, Charle, Juvia… I ten Gajeel… - urwała na chwilę i spojrzała na niebieskowłosą. – Dziwnie się na ciebie patrzy.
    - C-co masz na myśli? – oburzyła się dziewczyna, czerwona na policzkach. – T-to nieprawda!
    - Dalej… Leo okazał się gwiezdnym duchem… Hm. Trochę się pozmieniało.
    - Lou, już wszystko wiesz – zniecierpliwiła się Cana. – Teraz twoja kolej, żeby opowiadać. Czemu jesteś taka poturbowana? Nie mów, że…
    - Spadłam ze schodów – przerwała jej „wiewióra”. Roześmiała się z zażenowaniem. – Trzeba mieć szczęście, co?
    Lisanna zmarszczyła brwi. Te blizny wyglądały raczej jak po szponach, ale może miała je już wcześniej. Lepiej jej nie wypytywać, jeszcze przywoła jakieś złe wspomnienia.
    - Ale co robiłaś przez cały ten czas? I zmieniłaś trochę swój styl. – Uniosła porozumiewawczo brwi szatynka. – To z powodu chłopaka? Hmm?
    Lou nie dała się wytrącić z równowagi i machnęła ręką.
    - Nie, przegrałam zakład z przyjacielem i teraz on zarządza moją szafą. – Ignorując zaskoczone miny towarzyszek, kontynuowała: - Matki szukałam w najróżniejszych miejscach. Byłam w tylu zakątkach świata… Czasami miałam ją już na wyciągnięcie ręki, już niemal ją znajdowałam, ale zawsze coś się stawało – mogły to być awarie pociągu albo złodziej, ale wciąż mi uciekała, jakby wiedziała, że jej szukam i utrudniała mi pościg. W końcu pomyślałam, że może ona wcale nie chce, bym ją znalazła. I wtedy zdecydowałam, że wracam z powrotem do Fairy Tail.
    Dziewczyny chwilę milczały. W głowach wciąż odbijało im się słowo „przyjaciel” i dopiero co usłyszana historia. Lou wyciągnęła coś z kieszeni spodni. Maluteńka pozytywka, mieszcząca się w pięści. Mieniła się barwami turkusu i szmaragdu, a złote zdobienia połyskiwały delikatnie w świetle pokojowych lampek. Z boku przyczepiony był jakiś łańcuszek. Rozległo się pełne zachwytu westchnięcie.
    - To jedyna rzecz mojej matki, którą udało mi się zachować. Na łańcuszku jest fotografia jej i mojego ojca. – Nacisnęła delikatnie sprzączkę, z wnętrza popłynęła śliczna melodyjka (
), a dwie figurki kobiety i mężczyzny splecione w tańcu zaczęły się powoli obracać.
    Po pięciu minutach ciszy, którą mącił tylko czysty dźwięk pozytywki, urządząnko samo się zamknęło, a Lou schowała je z powrotem do kieszeni.
    - Pójdę już do pokoju ogarnąć swoje rzeczy, bo Juvia miała do mnie dołączyć. – Machnęła im na pożegnanie i jeszcze nim drzwi się za nią zatrzasnęły, dodała: - Widzimy się jutro!

    - Emm, Juvia? Jesteś tu? – zawołała Lou, wchodząc do pokoju.
    Na ziemi leżała otworzona walizka, ale ciuchy leżały w niej poskładane, najwyraźniej jeszcze nie zaczęła się rozpakowywać. Ruda usłyszała jakieś hałasy z łazienki. Drzwi były lekko uchylone, więc zapukała i weszła do środka. Nikogo nie zobaczyła. Z wody w wannie jeszcze unosiła się para. Dziewczyna zmarszczyła zdziwiona brwi.
    - Juvia? – krzyknęła raz jeszcze.
    Nagle wota się zakotłowała i wylała za krawędź. Lou dostrzegła czyjeś oczy wlepione w nią pytającym spojrzeniem. Wrzasnęła, wystraszona śmiertelnie i upadła, potykając się o zawinięty dywanik. Przed nią stała, owinięta w ręcznik, Juvia.
    - Oh, Juvia przeprasza. Nic ci nie jest? – spytała zmartwiona.
    - Nie, to ja przepraszam – wydukała zażenowana Lou. – Weszłam ci do łazienki i jeszcze narobiłam hałasu. Choć słyszałam o twojej magii, to i tak duże zaskoczenie.
    - Um, nie szkodzi.
    Zapadło takie milczenie, że słychać było bzykającą muchę, odbijającą się z oślim uporem o żarówkę.
    - To ja pójdę sprzątać.
    - Um.


    - Cana-san, Cana-san! – Juvia potrząsnęła dziewczyną niezbyt delikatnie.
    - Czego? – mruknęła szatynka, odtrącając ją i dając do zrozumienia, że nie śpi.
    - Lou nie ma i Juvia się martwi.
    - Jak to: nie ma?

    - Słychać jakieś hałasy z dołu – szepnęła Lisanna, przyciśnięta plecami do ściany. Nastąpiła delikatnie na schodek, ale ten nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
    - To z kuchni – przytaknęła Levy.
    Dziewczyny zaczęły cichutko skradać się na dół.
    - Co robicie? – spytał Gajeel głośno.
    Wszystkie jednocześnie podskoczyły i syknęły na niego ze złością.
    - Szukamy Lou.
    - Na dole chyba coś się dzieje.
    Smoczy zabójca zmarszczył brwi i bez skrupułów zszedł na parter.
    - A nie pomyślałyście, że może po prostu zgłodniała i zeszła do kuchni, żeby coś zjeść?
    - No nie wiem. Słyszałam piski. – Levy zadrżała lekko.
    - Myszy.
    Niebieskowłosa spiorunowała go wzrokiem i stanęło obok niego.
    - Skoro tak boicie się wejść, ja to zrobię.
    Chłopak nacisnął klamkę i stanął jak wryty.
    - Boris, nie! Zostaw! Boriiiis! – Głos Lou dobiegł aż do Cany, stojącej jeszcze na pierwszym piętrze. – Wiedziałam, że z tobą nie zrobię tego ciasta! Zostaw tę śmietanę!
    - Eee, Lou skąpiradło!
    Levy wcisnęła się pod ramię towarzysza i jej oczom ukazał się bardzo dziwny widok.
    Lou, w fartuszku, biała od mąki i śmietany na twarzy, machała ubijaczką, wyraźnie kogoś besztając. Tym „kimś” był bardzo nietypowo wyglądający chłopak – miał ciemnoróżowe włosy i kocie uszy ze złotymi kolczykami, ubrany na czarno. Kucał na środku blatu, a palce miał ubabrane śmietanką.
    Lisanna, Juvia i Cana też wcisnęły swoje głowy i jednocześnie wykrzyknęły:
    - LOU??!!
    Dziewczyna podskoczyła, wystraszona, aż upuściła trzymany w dłoni przedmiot, który upadł z brzdękiem na podłogę. Nieznajomy spojrzał wielkimi, złotymi oczami na przybyszów i podsumował to krótkim „Ups”.
    - T-to nie tak, jak myślicie!
    - Ja właściwie nie wiem co mam o tym myśleć – mruknęła zdezorientowana białowłosa.
    - Juvia też chce upiec ciasto z Gray-sama – szepnęła magiczka wody.
    - Dlaczego ją obejmujesz? – Obcy wskazał palcem na Gajeel’a. – Jesteście parą?
    Wszyscy skierowali na niego i na Levy wzrok. Faktycznie to wyglądało, jakby ją obejmował. Wybuchli śmiechem. Smoczy Zabójca zrobił krok do przodu, wyzwalając się z plątaniny kończyn.
    - Kozaczysz, kotku?! – warknął, starając się ukryć zmieszanie.
    Ruda rzuciła w „kotka” ścierką, nim zdążył palnąć coś głupiego.
    - To Boris, mój przyjaciel. Błagam, nie mówcie nic mistrzowi! – Złożyła błagalnie ręce. – Wiem, że nie pozwolił nikomu spoza Fairy Tail tu przebywać.
    - Ale jakim cudem go wcześniej nie widzieliśmy? – spytała Cana. – W szafie go ukrywałaś czy co?
    Boris zeskoczył zręcznie na podłogę i stanął wyprostowany. Lisanna mogła obiektywnie stwierdzić, że był wysportowany, umięśniony i przystojny. Nawet w zwykłej czarnej koszulce i ciemnych dżinasch.
    A za nim kiwał się ogon. Dziewczynie opadła szczęka. Kiedy natomiast chłopak zmienił się w dużego kocura, takiego prawdziwego zwierzaka na czterech nogach, była całkiem zdezorientowana. Sama używała magii transformacji, a jej brat przejęcia ciała, ale nie widziała jeszcze nikogo, kto miałby cechy zwierzęcia na stałe!
    - Kawaii! – zawołała Levy i podbiegła, by go pogłaskać. Kot zamruczał z rozkoszą i przekrzywił na bok łepek.
    - Pamiętaj, że to wciąż Boris – upomniała ją Lou z nietęgą miną.
    Przed nimi znów stanął człowiek.
    - Gniewasz się, Lou?
    - Czemu miałabym się gniewać?
    - Wiesz, dam ci się też pogłaskać, jak chcesz.
    - Co? Czemu miałabym chcieć? Twoje futro potem zostaje na każdym milimetrze kwadratowym mojego ubrania!
    - Wcale nie – odparł, nachylając się do niej. – Są czyste jak łza. Lou kłamczucha.
    Ruda zacisnęła usta i zwróciła się z powrotem do towarzyszy:
    - Możecie zamknąć drzwi? Wszystko wam wytłumaczę, tylko nie mówcie nic mistrzowi.
    - Czego mają mi nie mówić?
    Makarov utorował sobie przejście do kuchni i wszedł do środka w całej swej chwale (w szlafroku w kaczuszki, kapciach z różowymi króliczkami i nocnej czapce). Zlustrował wzrokiem nieznajomego, podszedł do niego i odwrócił się przodem do swoich podopiecznych, którzy wstrzymywali oddechy, nie wiedząc, jak zareaguje.
    - On nie należy do naszej gildii, prawda?
    Chwycił Boris’a za ogon, aż ten się wyprostował i ledwo powstrzymał od jęku. Mimowolnie zmienił się w kota i chciał dać nogę, ale staruszek pochwycił go w ramiona i zaczął tulić i głaskać.
    - Jaki uroczy kotecek, puci puci, sierściuchu ty mały!
    Wszyscy zdębieli.

    … Tak została odkryta miłość mistrza Makarova do kotów.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Kategorie blogów