Wpisy oznaczone tagiem "moje refleksje" (1000)  

deergirl
 
Dzisiejszy dzień zaczął się koszmarnie... Dzisiaj były konsultacje, na których grupa musiała poprawić wejściówkę z nauk pomocniczych (nikt jej nie zaliczył), był to ostatni termin, więc trzeba było przyjść. Ogólnie to zaspałam, biegłam na tramwaj, ale i tak już byłam spóźniona, w tramwaju uczyłam się definicji na tę wejściówkę, a tu nagle komunikat, że trzeba opuścić pojazd... Był wypadek, autobus zderzył się z osobówką. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przebiegłam taki dystans. Myślałam, że wypluję płuca i inne wnętrzności. Chcę wejść do sali - drzwi zamknięte. Pytam się grupy w jakiej sali są i ktoś odpisał, że konsultacje się w sumie skończyły, a pan doktor poszedł do dziekanatu... No myślałam, że się popłaczę. Na szczęście wrócił i udało mi się to napisać, niestety nie zaliczyłam, ale grunt, że pan doktor widział, jak się staram: "Proszę pani, mamy cały semestr na to". Tssaaa dzięki za pocieszenie.
Ja się doktora W. przeraźliwie boję, roztacza wokół siebie aurę pogardy i czystego zła. Czuję się jak mały robak, gdy jesteśmy w jednym pomieszczeniu. Jego ironiczny uśmieszek, za każdym razem, mam ochotę zetrzeć papierem ściernym. Ja ja gościa nienawidzę... w sumie on nienawidzi wszystkich kobiet, więc nie jest to uczucie jednostronne. On będzie mnie prześladował w koszmarach przez kolejne 10 lat.
4cc5d04fe94059bf22fc09941ac1349f.jpg
  • awatar What's up Megg: Miałam takiego nauczyciela historii w liceum. Dziś mam 34 lata i nadal śni mi się po nocach... :/
  • awatar Gusia: Za 10 lat będziesz ten czas wspominała z sentymentem ;-)
  • awatar Amfitryta: Czasem myślę że studia ktoś wymyślił po to żeby nas gonić
Pokaż wszystkie (3) ›
 

deergirl
 
Na moje parszywe samopoczucie chyba wywołane jest przez pogodę... szaro, zimno, smutno, ciemno - jak w mojej głowie. Biorę tabletki już trzeci tydzień i nadal nie czuję żadnych zmian (przynajmniej już mnie nie boli głowa). Mimo, że biorę co noc Aminotryptylinę, wybudzam się. Biorę już 50 mg, a to już spora dawka, która powinna uśpić dorosłego mężczyznę..., ale nie mnie. Oczywiście nic nie ma sensu, mam dość i chcę się zabić, przynajmniej tu bez zmian. Chujowo, ale stabilnie.
Dzisiaj nie idę na zajęcia, nie mam na to siły, a są tylko nieobowiązkowe wykłady, więc bez wyrzutów mogę sobie odpuścić. Chodzę na nie od początku, więc chyba jeden dzień nie zrobi tu różnicy. A i tak idę do pracy na 16 na trzy godziny... Super. Może pozwoli mi przyjść wcześniej, bym nie spędziła całego dnia w łóżku. Znowu nie opuszczam mojej strefy komfortu, a ponoć to źle. Czuję się coraz gorzej, znowu mało rzeczy mnie cieszy, nie mam na nic ochoty.
Muszę przyznać, ze gdyby nie M. to w ogóle  nic bym nie robiła. Niesamowite, że ma siłę mnie wspierać i jest taki cierpliwy. Wie, kiedy trzeba mnie uspokoić, kiedy pocieszyć i kiedy wrzasnąć, bym się ogarnęła. Jestem mu za to wdzięczna. Najchętniej nigdzie bym nie wychodziła, została w domu, leżała w łóżku. Wszystko jest mi obojętne, tylko jakoś znajduję siłę, by chodzić na zajęcia. Ale nie jest to łatwe, czasami przegrywam z samą sobą...
572e8ee15c20020f7368b3ce0b8abb4c.jpg
 

deergirl
 
Nie poszłam dzisiaj na zajęcia. Dlaczego? Bo znowu jestem chora... Wydaje mi się, że zatrułam się wczorajszą pizzą, bo czuję się paskudnie, chyba za dużo jej zjadłam. No to dzisiaj dzień opierdalania. M. poszedł coś kupić do jedzenia, kochany <3.
antler_boy_by_eledona-davvdkv.png
 

deergirl
 
Oto rozpoczął się kolejny chujowy dzień. Znowu muszę gnać do pracy i doradzać głupim dzieciakom, co mają kupić i spławiać ludzi, którzy myślą, że komiksiarnia sprzedaje zabawki... Super. Grunt, że nie będę musiała niczego sprzątać, bo jest piątek. Przeraża mnie nadchodzący poniedziałek - zajęcia. Te studia wyniszczają mnie psychicznie, już mam pierwszą niezaliczoną wejściówkę (pieprzone nauki pomocnicze!) i mam miesiąc na jej poprawę, ale nie mam pojęcia czego się spodziewać. A chuj tam, jakoś trzeba to załatwić. Znowu zaczęłam brać tabletki, głowa boli cały dzień, już czuję jak zaczynają mi się trząść ręce, jakbym miała jakiś zespół odstawienia  czy coś. Mam coraz mniej siły, znowu nie śpię w nocy, a jeśli już zasypiam, to mam koszmary. Nawet na jedzenie nie mam ochoty, najadam się jedną bułką, a czasami w ogóle nie chcę nic jeść. Może w końcu zamkną mnie w szpitalu i będzie spokój. Rzucę studia i zacznę pisać książkę. Marny plan, ale jakiś jest,
c09a9580aca027da4ab8fb459c3b4db5.jpg
  • awatar Amfitryta: Wierz mi, nie chciałabyś zostać zamknięta w szpitalu. Jeśli chcesz rzucić studia i pisać książkę to to po prostu zrób.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

deergirl
 
Obejrzałam film "Ratując pana Banksa" i muszę przyznać, że poprawiło mi to humor. Już od dawna zbierałam się, by to obejrzeć, ale jakoś nigdy nie miałam ochoty... aż do dziś.
cec4dc6ffc3e9bfb54f597f529c6871d.jpg

Film bardzo mi się spodobał, po prostu niesamowicie urzekła mnie historia, choć spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że film skupi się na konflikcie Disney'a i Travers, ale jednak głównie na Disney'u, a było odwrotnie! Zaskoczyło mnie to, ale po seansie stwierdzam, że był to bardzo dobry pomysł. Emma Thomson stworzyła niesamowitą kreację autorki przygód Mary Poppins, zachwyciła mnie jej gra aktorska.
0f274460e4a48ce37e60f54454745916.jpg

Jako, że jestem wielką fanką bajek Disney'a (tych starszych i tych młodszych), musiałam obejrzeć ten film. Czytałam biografie Walta Disney'a, i uważam go za niesamowitego człowieka, wręcz rewolucjonistę, stworzył wielkie imperium, które trwa do dziś. Tym bardziej cieszę się, że obejrzałam film.
0d05cd864ec201b7b85a396bf15d2d67.jpg
 

deergirl
 
Dzisiaj jestem wkur***na! Zajęcia miałam na 8 rano, a skoro mieszkam daleko, to oczywiście muszę wcześnie wstawać. Budzik zadzwonił o 6:30, a ja załamana ogarnęłam się i poszłam na autobus, który miał odjechać punkt 7:19.
Niestety w mojej okolicy autobusy lubią jeździć jak chcą i kiedy chcą, ale dzisiaj to już było przegięcie. Patrzę, że autobus stoi, a odjazd dopiero za dwie minuty, ale dobra, może autobusom wolno stać prawie na środku ulicy! Weszłam i po kilku minutach zorientowałam się, że powinien już odjechać, ale nadal uparcie stoi, więc wyszłam, bo to pewnie nie ten. Nadjeżdża mój autobus (oczywiście spóźniony) i tu najzabawniejsza część historii... nie zatrzymał się. Po prostu odjechał w pizdu mając wyjebane na mnie i na dwie dziewczyny, które chyba spieszyły się do szkoły. Następnie dowiaduję się, że autobus, który stoi odjeżdża za 20 minut... Nosz kurwa mać, nie było szans bym zdążyła na zajęcia. Niesamowicie wkurzona wróciłam do domu, bo co ja mogę zrobić? Na szczęście mam łacinę i mogę przyjść na 10 i odbyć zajęcia z drugą grupą.
Ale i tak jestem wściekła, co to ma znaczyć, że autobus stoi sobie na przystanku (nie, to nie był końcowy), a drugi po prostu sobie odjeżdża! No dla mnie to jest nie do pomyślenia i złożę skargę, bo ci kierowcy mają coraz bardziej wyjebane, z tego co ostatnio zauważyłam. Rozumiem, że autobus może się spóźnić kilka minut, no bądźmy ludźmi, ale nie może się spóźniać ZA KAŻDYM razem... Przez to nie zdążyłam na zajęcia, które są obowiązkowe. No szanujmy się.
fee9de58c57e460316813fb43e1f5bea.jpg
  • awatar Piotrdivine: To nie Warszawa - że metro co 3 minuty odjeżdża.
  • awatar despacito: Kurcze, rozumiem Cię bardzo dobrze. Sama wstawałam o 5:50 żeby zdążyć na 8 do szkoły ( w szkole byłam 7:20 i siedziałam na korytarzu jak ta lampa xd
Pokaż wszystkie (2) ›
 

deergirl
 
Byłam u psychiatry pierwszy raz od bardzo dawna... no. Nawet nie wiecie, jak mi się nie chciało tam iść. Znowu te same bzdety "znajdź przyjaciół", "jesteś nieszczęśliwa", "wymagasz zbyt wiele od ludzi" bla bla bla... I co z tego? Nie chce się z nikim zaprzyjaźniać, bo nie widzę w tym sensu, nie lubię ludzi, nie dogaduję się z 90 % osób, których spotykam i dawno się już z tym pogodziłam. Jak ktoś mi się spodoba, to go lubię, jak nie, to nie będę się zmuszać. Proste.
Pani doktor zaproponowała mi dołączenie do grupy terapeutycznej lub iść na spotkanie rozwoju osobistego.
1. Raz byłam na spotkaniu grupy terapeutycznej i to nie miało żadnego sensu. Grupa liczyła sobie kilkanaście osób i nikt się nie odzywał. Padało jakieś pytanie od terapeuty i nikt nie reagował. A że ja nienawidzę ciszy i marnowania czasu, gadałam praktycznie cały czas i ewentualnie ktoś ośmielony moją wypowiedzią się dołączał. Aha, i jeden typ stwierdził, że powinnam się zabić, także tego - bardzo miłe towarzystwo.
2. Rozwój osobisty? Serio? Wiem, że jestem do tego uprzedzona i sprowadzam to do gównianego coachingu typu "To Ferrari tylko czeka, byś do niego wsiadł. Musisz tylko chcieć! Kto ci zabrał marzenia do chuja?" etc. Wiem, że to krzywdzące, ale nic nie poradzę na moje wewnętrzne uprzedzenia. Jeśli ktoś mi powie, że aby wyjść z depresji trzeba... wyjść z depresji to to chyba mija się z celem. Takiego coach'a mam już w pracy w postaci kierowniczki, więc chyba ten punkt mam zaliczony.
Znowu będę musiała brać leki, które jedyne, co robią, to tłumią moje negatywne emocje i sztucznie uzupełniają deficyt serotoniny. Świetnie, znowu będę na zewnątrz szczęśliwa, a w środku nadal będę miała wszystko w dupie.
832633785d5a0942b23653c306bfc285.jpg
 

deergirl
 
Dzisiaj nie poszłam na zajęcia, wstałam o 10 i nie wstawałam z łóżka. M. wczoraj miał do mnie nie przychodzić, ale jak mu powiedziałam, że jestem chora i źle się czuję to od razu przyjechał z pracy. Kupił mi pączki i ciastka, jest taki kochany. Obejrzeliśmy jakiś serial, a później dobrze się mną zajął. Dzięki temu czuję się bardzo dobrze, jestem taka odprężona. Może do końca dnia już będę miała dobry humor? Byłoby fajnie.
Zaraz M. jedzie do pracy, więc do 16 będę zupełnie sama. Nawet dziś nie wchodzę na Facebook'a, bo nie chce by ktokolwiek zniszczył mi humor.
512770ffa5b2d049d3cfd5c519061417.jpg
 

deergirl
 
No i jestem chora, po prostu zajebiście, a jutro mam oczywiście same ćwiczenia... Błagam, niech już będzie ten koniec świata i przynajmniej będzie już spokój...
1e80c2a35905503398dce742080d1374.jpg
 

deergirl
 
W zasadzie nie wiem, na czym polega moja obecna egzystencja. Nie widzę sensu w niczym i mówię to nie po to, by się użalać, tylko tak jest naprawdę. Robię bezużyteczne, w moim mniemaniu, rzeczy i nie mam pojęcie dokąd to wszystko zmierza. Studia są dla mnie czymś, co muszę przeżyć i tyle. Dla mnie to strata czasu i marnowanie życia, skoro na wykładach gadają pierdoły, a na sesji będzie coś zupełnie innego, to czy nie łatwiej by było dać mi materiały, a ja bym spokojnie studiowała w domu. Wszyscy byliby szczęśliwi (a ja chyba najbardziej). Chodzę też do pracy, ale nie wiem po co. Pieniędzy nie potrzebuję, bo niby na co? Mama dostała awans w pracy i podwyżkę, czyli sama na siebie nie muszę zarabiać. Wyprowadzam się dopiero w przyszłym roku. Już nawet się nie przykładam, dostaję z zjeby nawet jak wszystko robię dobrze, więc teraz w sumie olewam i nadal dostaję zjeby, ale przynajmniej zasłużone. Nic mi się nie chce. Znowu popadam w stan zupełnego wyłączenia z życia. Wstaję, bo muszę, robię to bezwiednie, automatycznie. Każą mi to chodzę na wykłady, każą mi to chodzę do pracy, ale daję z siebie niezbędne minimum. Nie mam już na nic siły. Chcę jedynie spokoju.
Niedługo idę do psychiatry, ale co ja mam jej powiedzieć? Jak powiem jej prawdę o tym, jak się czuję zamknie mnie w psychiatryku na trzy miesiące i tyle. Co to niby da? Przepisze mi te głupie tabletki, które jedyne, co robią, to tłumią moje prawdziwe uczucie i sztucznie podwyższają poziom serotoniny, której po prostu nie mam, bo może mój organizm jej nie potrzebuje? Kto wie, może to po prostu część mojej natury, którą trzeba zaakceptować, bo walka z nią chyba nie ma sensu. Jestem zwykłą maszyną, która wykonuje to, co ma wykonać. Czy mi to pasuje? Nie, ale nie narzekam, bo to jest mój sposób na przetrwanie. Jak zaczynam myśleć, nie mogę spać, jeść, czuję ból wszędzie i nie mogę nic zrobić. Jestem bezsilna. A tak mam złudną kontrolę nad wszystkim, i chyba to mi wystarcza.
fb49beaf5440b91cf8eb03af14a922d2.jpg
 

deergirl
 
Nie spałam całą noc... przespałam może godzinę i się przebudziłam, bo miałam koszmar. Niby nie było tam nic strasznego, ale po przebudzeniu potwornie się czegoś bałam. No właśnie... czegoś. Już wieczorem odczuwałam dziwny niepokój - serce mi waliło jak młotem, oddychałam szybko, byłam cała napięta. A nie było ku temu powodu. Wczoraj skończyły mi się leki na sen, a mama zapomniała załatwić receptę - to tylko dowodzi, że nadal nie umiem zasnąć bez leków, gorzej... bez nich dostaję jakichś dziwnych lęków. Jestem jak chodzące zombie, wory pod oczami sięgają policzków, jestem blada jak śmierć i wszystko mnie boli. Nie zapowiada się dobry dzień w pracy. Dzisiaj pierwszy raz od dawna mam zmianę z kierowniczką, jak wiecie z poprzedniego posta, nasze relacje są ostatnio napięte. Mi się już nie chce nawet udawać, że wszystko jest ok, nie zależy mi już na tej pracy. W każdej chwili mogę odejść (vivat umowa zlecenie!) i to zrobię, jeśli posunie się za daleko. Nie uśmiecha mi się dziś iść do pracy z wiadomych względów, ale może jak wypiję energetyka to będzie lepiej. Nie chcę tego robić, bo to nie zdrowo, ale nie mam wyjścia - kawa mi nie pomoże. W środku pracy idę na zajęcia z analizy i interpretacji dzieła, są to ćwiczenia, a ja nie mam siły nawet wstać. Jeśli ktoś dziś mi powie coś "motywującego" typu: uśmiechnij się! albo myśli pozytywnie! puszczę wiązankę, o jakiej nawet raperom się nie śniło. Odmeldowuje się...
9ce5799eee4d4117d6592f05789c8366.jpg
 

deergirl
 
Moi czytelnicy wiedzą, że bywam porywcza, wyolbrzymiam pewne rzeczy i zdarza mi się zbyt dramatyzować. Zwykle po jakimś czasie, po przemyśleniu całej sytuacji, się uspokajam, rozumiem swój błąd i akceptuję rzeczywistość. Tylko nawet moja wewnętrzna wyrozumiałość ma swoje granice, a moje zaraz będę przekroczone przez... kierowniczkę.
Tak, kierowniczka za bardzo przeciąga strunę, a mnie kończy się cierpliwość. Nie tak dawno pisałam, że wypełniałam błędnie raport, byłam przez to na siebie bardzo zła i nie chciałam dalej tam pracować, bo uważałam, że sprawiam więcej kłopotu niż pożytku. Jednak już prawidłowo wypełniam raport i swojej pracy nie mam już nic do zarzucenia. Zajmuję się swoją robotą, wypełniam moje obowiązki i staram się jak mogę, by wszystko było dobrze. Mimo wszystko jestem też człowiekiem i już daję sobie mały margines błędu jaki mogę popełnić, bo nie jestem pieprzonym robotem, by robić wszystko idealnie pod linijkę. Błędy zdarzają się wszystkim. A jeśli ktoś nie potrafi tego zrozumieć to już nie mój problem.
Może to trochę wyglądać na psioczenie o swojej szefowej, że jest taka, taka i taka, czepia się, wkurwia mnie ble ble ble. Może i jest w tym dużo prawdy, ale chcę się wyżalić mojemu komputerowi i obnażyć bolesną prawdę o kierowniczce. S. to do Ciebie, chociaż wiem, że tego nie przeczytasz, ale przynajmniej wąska grupka osób dowie się jaka jesteś naprawdę.
Już od jakiegoś czasu kierowniczka czepia się dosłownie pierdół, które można łatwo poprawić, a rolą kierownika jest wyłapywać błędy, wskazać je pracownikom. Można na początku się powściekać, ale jest to pokaz emocji i dowód, że się nad nimi nie panuje - nie jest to dobra cecha dla kierownika. Panna S. nie tłumaczy nam jak mamy coś poprawić, jeśli zrobimy coś źle, ona ma pretensje, twierdzi, że nic nie robimy i wylewa wiadro pomyj. Taki powinien być kierownik?
Przywołam sytuację z wczoraj: kierowniczka ogólnie w weekendy ma wolne, więc byłam tylko ja z koleżanką i robiłyśmy to, co zwykle: sprzątałyśmy sklep, obsługiwałyśmy klientów, wypełniałyśmy podstawowe obowiązki jak dokładanie komiksów na półkę, robienie przypinek itd. Wszystko zrobiłyśmy, co miałyśmy zrobić, klientów nie było, czyli miałyśmy wolne, więc sobie czytałyśmy, trwało to może 40 minut, bo nagle dostałyśmy wiadomość od szefa wszystkich szefów, że mamy policzyć wszystkie mangi małego wydawnictwa. Spoko, zadzwoniłyśmy do kierowniczki, by nam podała szczegóły jak mamy to zrobić (bo ona nigdy nas nie dopuszczała do systemu). Odebrała telefon i stwierdziła, że sama to zrobi. Skoro tak to obie wróciłyśmy do opieprzania się, bo nie mamy nic do roboty. Została godzina do zamknięcia sklepu, a tym razem to ona do nas dzwoni. Daje nam zadanie, że mamy policzyć WSZYSTKIE komiksy dwóch dużych wydawnictw + tego małego, co miałyśmy zrobić na początku i się rozłączyła. Tego było od chuja, dużo tytułów i miałyśmy je wszystkie policzyć, wszystkie jakie mamy w sklepie czyli również magazyn. Wkurwione na maksa, że teraz musimy to robić (bo kurwa nie mogła nam powiedzieć wcześniej, że mamy to zrobić, najlepiej dać takie zadanie godzinę przed zamknięciem) no to zabrałyśmy się za liczenie. Problem był, gdy zobaczyłyśmy system, z którym żadna z nas nie miała wcześniej do czynienia, poza tym okazało się, że są w nim błędy np.: mamy 14 tomów jakiegoś komiksu, a w systemie jest ich tylko 10 etc. Dzwoniłyśmy do niej co mamy z tym fantem zrobić, ale nie odpierała, więc stwierdziłyśmy, że zrobimy według systemu. No kurwa, co miałyśmy zrobić, nie jesteśmy jebanymi informatykami, by poprawić te błędy. Jakoś się z tym uporałyśmy w tą godzinę, ale faktycznie się spieszyłyśmy, bo trzeba było to zrobić na już i koniec! Wysłałyśmy jej wszystko i zebrałyśmy się do zamknięcia dnia, policzenia pieniędzy i takich tam pierdół. Zadowolone z siebie zamknęłyśmy sklepi i do domu. Nie minęło 30 minut jak dostałyśmy wiadomość: "Jak zwykle zrobiłyście po chuju, były trzy błędy! Nigdy nie można na was liczyć." Wyłapała trzy jebane błędy... TRZY! Nie dziesięć, nie pięćdziesiąt - trzy kurwa błędy. I od razu oczywiście, że sobie olałyśmy, zrobiłyśmy byle jak. Nieważne, że dała nam na policzenie połowy jebanego sklepu GODZINĘ i kazała obsłużyć program, którego nigdy nam nie pozwalała tknąć nawet palcem. ZROBIŁYŚMY TO PO CHUJU! Zjechała nas jak bure suki i jesteśmy złe i niedobre, a ona musiała "wszystko" za nas poprawić (czyli te trzy błędy, które nie były naszą winą, tylko systemu, ale dobra). No szlag nas jasny trafił. 1. To nie jest sprawiedliwe, 2. Mogła sama to zrobić jak zawsze, skoro my wszystko robiłyśmy źle, 3. To nie było zwykłe "opieprzenie" nas tylko upokorzenie na forum... Więc mogłam się trochę wściec, ale dzisiaj szala goryczy się przelała:
Wszystkie z nas (poza kierowniczką) studiują, więc grafik trzeba dopasować do naszych potrzeb (uczelnie etc.). S. poprosiła nas o spisanie swojego planu, nawet przygotowała własny Excel (który notabene był chujowo zrobiony, bo nie pozwalał mi wpisać godzin, w jakie mogę przyjść do sklepu). Napisałam jej mój plan zajęć, i dla mnie logiczne było, że skoro ma mój plan zajęć, to nie muszę jej co tydzień pisać, kiedy mogę, a kiedy nie... ma wszystko napisane, a nawet gdyby się coś zmieniło to bym przecież napisała. Dlatego w tym tygodniu nie napisałam jej mojej dyspozycyjności, bo przecież cały czas ją miała. Z resztą, miała dużo czasu, by się upomnieć o to, że mam napisać jej plan (no kurwa nie wiedziałam, że za każdym jebanym razem muszę jej pisać to samo). Wysłała grafik, a ja patrzę, że mam tylko dwa dni (znowu weekend), a przecież czwartki i piątki mam wolne, więc grzecznie zapytałam: dlaczego mam tylko dwa dni. Napisała, że taką dałam dyspozycyjność. Ja zdębiałam. Przecież miała mój plan. Pytam o co chodzi, a ona mi odpisała, że "nie napisałam jej dyspozycyjności i tak jest, gdy nie dba się o swoje interesy". No chuj mnie strzelił, napisałam jej mój cały plan, i co tydzień mam jej pisać to samo? A z tym tekstem "trzeba dbać o swoje interesy" to już przegięła, poczułam się jak pies, a nie jak jej koleżanka (którą ponoć jestem). Skoro jej "nie wysłałam" dyspozycyjności to dlaczego mi wpisała ten weekend? Przecież nie napisałam nic, czyli w jej rozumowaniu nie powinnam pracować w weekend. Kurwa jak jej wygodnie tak robi, nie liczy się wgl z innymi. A wiecie czemu dała mi ten weekend? BO NIE MIAŁA KIM GO OBSTAWIĆ! Gdybyśmy mieli pięciu pracowników, mogłaby mnie nie wpisać w grafik, ale są nas tylko 3 i byłoby to niemożliwe beze mnie. Nie pozwolę się tak traktować. Jak do tej pory tolerowałam jej fochy, bo mi aż tak nie szkodziły (np.: upokarzanie mnie na forum pracowniczym), ale skoro teraz wkroczyły pieniądze (jeden dzień mojej pracy to 90 zł) to już miarka się przebrała, to nie była zwykła złośliwość, ona chciała mnie pozbawić pieniędzy. Jak ja mam to interpretować? To jest koleżanka? Gówno  nie koleżanka, gówno nie kierownik! Ale czego ja się spodziewam po zwykłym magistrze muzyki? Że będzie potrafiła zarządzać kadrą? Bez żadnego doświadczenia z ludźmi? No śmiech na sali, ona nie ma pojęcia jak powinny wyglądać relacje z pracownikami i jak JEJ praca ma wyglądać. Wszystko opiera na pretensji i krytyce, a od siebie nie daje nic, nie pomoże, nie wytłumaczy. Opierdalać to byle debil potrafi, a bycie kierownikiem to coś więcej i skoro tego nie rozumie to czas byśmy się pożegnały. Szkoda, lubię moją pracę, ale nie wytrzymam więcej upokorzeń, fałszu i pretensji. Bo nikt nie zauważy, że tylko ja składam koszulki, układam breloczki i magazyny, nawet kable myję, by nie mogła się do czegoś przyczepić. A jak popełnię jakiś błąd, to od razu cała moja praca jest "po chuju" i nie można na mnie liczyć. Moja depresja pogłębiła się ostatnio właśnie przez to napięcie w pracy. Podziękuję.
cf226b44613ec1b162b1745e20822936.jpg
 

deergirl
 
Rozpoczął się rok akademicki, a razem z nim moja tułaczka po świecie studiów. Byłam już na kilku wykładach i ćwiczeniach, dzisiaj tak się potoczyło, że miałam wolne. Jestem już pełnoprawną studentką...
Jak na razie jest gorzej niż myślałam, nie ogarniam po prostu nic. Każdy wykładowca ma na nas wyjebane po całości, snują opowieści, rzucają tysiącem anegdot, mówią o wszystkim i o niczym... i weź tu człowieku notuj. Dla mnie był to pierwszy szok - mam robić notatki, ale nie mam pojęcia co mam zanotować, co jest ważne, a co nie. Nie wiem. Nie ogarniam. Nic.
Jeśli chodzi o moją grupę to nie mam co narzekać, nikt mi nie zawraca niczym głowy, zgodnie się ignorujemy i jest mi to na rękę. Ambitniejsze studentki stwierdziły, że wszystko, co trzeba przygotować i co przeczytać będą podawać na grupie - ja nie narzekam, jest to bardzo miłe i pomocne, może nawet ja czasem wrzucę bezinteresownie notatki, zobaczymy. Ale jak na razie i tak nikt nic nie ogarnia, więc nie mamy pojęcie co robić. Oby się to jakoś ustabilizowało, bo sesja już w styczniu.
Najgorsze jest zapierdalanie w tą i z powrotem - dosłownie muszę jeździć po całym mieście, a dojazdy to jest jakaś masakra. Gdyby nie mój tata, nie byłabym w stanie dotrzeć na zajęcia, bo nie miałam pojęcia jak tam dojechać (na szczęście teraz już wiem). Na dojazd i znalezienie sali czasem mam tylko 20 minut... dobrze, ze chociaż jest to na filozofię, to da się jakoś wślizgnąć. No cóż, jakoś to będzie. Szczerze, to po pierwszym dniu się totalnie załamałam. To był szok i nie wiedziałam co mam dalej robić. Gdy się już trochę uspokoiłam, stwierdziłam, że jakoś muszę sobie dać radę. Bo jak nie ja to kto?
832633785d5a0942b23653c306bfc285.jpg
  • awatar Lady Catherine Brown: Ja też zaczęłam właśnie studia i trochę trudno jest się odnaleźć z początku, a o wykładach nie wspomnę na których sam człowiek nie wie tak jak i Ty co powinien zanotować ale na szczęście mam już swoją grupkę koleżanek i kolegów więc nie jestem w tym osamotniona ;-) życzę powodzenia :-) damy radę :-*
  • awatar poukladana: dam ci rade... przeszukaj chomika, serio. wpisz np nazwe przedmiotu i nazwisko wykladowcy. nie dziala? nazwa przedmiotu i nazwa uniwersytetu (najlepiej skrot). zaoszczedzisz sobie mnostwo pracy :) wiekszosc wykladowcow jest taka, ze pytania na egzaminach padaja takie same od lat (na chomiku sa rowniez pytania na egzaminy), egzaminy opieraja sie glownie na tym, co prowadzacy zawarl w prezentacji. nie przejmuj sie tak sesja. studenci lubia uzywac frazy 'co tam matura, zobaczysz co to sesja' - to takie klasowki :) ok, musisz sie nauczyc z calego semestru, ale badz na wszystkich zajeciach, staraj sie uwazac (czasem to bardzo trudne) i masz o wiele mniej nauki przed sesja. glowa do gory, trzymam za ciebie kciuki!
Pokaż wszystkie (2) ›
 

deergirl
 
Zdenerwował mnie jeden z komentujących, dlatego chcę się odwołać do jego wypowiedzi niskich lotów. Albowiem "gość" przyczepił się mojego posta, na którym są *uwaga* *uwaga* KOBIECE PIERSI! O nie! Co za kontrowersja i obrzydliwość. Przecież kobiety są wstrętne, fuj, ohyda, TO JEST OBLEŚNE! A ja wrzucając takie obrazy i zdjęcia wzbudzam u wszystkich odruch wymiotny. FUJ!
1aa6026556d5374bf884f4961f2684e9.jpg

No dobra, trochę się uspokoiłam, więc kontynuujmy. Ktoś napisał, że się "szmacę". W sumie nie wiem o co chodzi, bo przecież nie wrzucam moich zdjęć w negliżu... jeślibyście chcieli to spoko (uwaga, sarkazm, uwaga, sarkazm). Pomińmy fakt, że ta osoba założyła z góry, ze jestem sama (widać, że zrobiłeś/aś kiepski research odnośnie mojej osoby), a nie kryję się z tym, że mam chłopaka i nie, nie ślinię się do niczyich zdjęć - ani z kobietami ani z mężczyznami. Podziwiam je, a to różnica. Co prawda każdy ma swój gust i może widzieć to inaczej, ale w mojej opinii zdjęcia, które tu wrzucam są piękne. Po prostu. Ludzkie ciało jest piękne, fascynujące, intrygujące, inspirujące i mogę tak wymieniać długo. Nie lubię wulgarności, dlatego moje zdjęcia takie nie są, nie są obsceniczne i niesmaczne. Chyba nie muszę mówić, że ciało jest jednym z najczęściej pokazywanych motywów w sztuce. HALO! Leonardo da Vinci, Michał Anioł, Jean-Honore Fragonard? Mówi to coś komuś? Nie jestem w stanie zrozumieć obrzydzenia spowodowane nagością. Mam swoją teorię na temat takich osób: prawiczki lub żelazne dziewice, które nagiego, ludzkiego ciała nigdy nie widziały. Nie mają pojęcia o zmysłowości, miłości i przywiązaniu. Są mocno ograniczone, a ich ciasne umysły nie są wstanie pojąć, co sztuka ma im do przekazania, bo dla nich jest to obrzydliwe. Czemu szkodzą nagie, białe piersi? Albo krągłe odkryte biodra? Nagie ramiona i kostki? Dla mnie ludzie są piękni, ich ciała są piękne, artyści od wieków chcą jak najdokładniej oddać piękno ciała, oddać z niego jak najwięcej w swoim dziele.
Mądrzy, wrażliwi ludzie zrozumieją i nie muszę im tłumaczyć tak oczywistych rzeczy - bo to jest najbardziej oczywiste na świecie! Jak omawiacie na języku polskim ekstazę Świętej Teresy to zakrywacie oczy? Brzydzi was to? Czego jak czego, ale nie mogę pojąć obrzydzenia ludzkim ciałem. Jak jesteście w łazience nadzy nie patrzycie w lustro? Zasłaniacie się przed samym sobą? Myjecie się nie dotykając własnego ciała? To jest jakiś absurd. Nie powiem, dotknął mnie przytyk, że "się szmacę", bo wiele mi można zarzucić, ale na pewno nie to. Jestem jednostką wrażliwą, kocham swoje ciało i je akceptuję. Ty tego nie potrafisz? Bo jeśli tak, to jesteś nieszczęśliwą osobą i jest mi ciebie żal. No cóż, niektórych umysłów nie da się otworzyć, a klapki zostaną na ich oczach do końca życia. A ja nie zaprzestanę wstawiania pięknych obrazów i zdjęć tylko dlatego, że jakiś umysłowy neandertalczyk uważa, że to obrzydliwe.
0f1cc8492daa9943fce4e23108ff7589.jpg

6b6508417f39efbea81ecfcb1a4123af.jpg

55d665bb5ee33282a39c793e453d4ec7.jpg

5594d3e50fec0fb0c02c22cd6f57da2d.jpg

b0af3c049378e8037edfe40565a70ce9.jpg

6dbc1eeee411b95f6a8364904900d820.jpg
 

deergirl
 
Na moje nieszczęście mama pokazała mi coś, co doprowadzi mnie do bankructwa, a mianowicie - Scrapbooking.
e5cd8d815f6ee15d2573a3c2f688a43a.jpg

Scrapbooking polega na własnoręcznym ozdabianiu o prowadzeniu albumów, zeszytów, plannerów, pamiętników, kalendarzy etc.
Jest to szczególnie popularne w Stanach i stało się to swojego rodzaju modą na prowadzenie takiego albumu o swoich podróżach, przeżyciach, przepisach i tak dalej. Można stworzyć naprawdę śliczne rzeczy używając papieru, serwetek, wycinków z gazet czy szablonów. Są nawet sklepy internetowe, które zajmują się właśnie tą dziedziną.
d05c531429eec58c0ce82c4b5562d2dd.jpg

W zasadzie ogranicza nas wyobraźnie, znalazłam z miliard różnych pomysłów i patentów na ozdabianie swoich zeszytów. Ja w ten sposób mam zamiar prowadzić moją aktówkę na studiach. Już nawet mam zakupione szablony i serwetki, na początku bez szaleństw, ale już w to wsiąknęłam. Od zawsze lubiłam takie zajęcia, prowadziłam nawet coś na kształt scrapooking w gimnazjum, bo miałam segregatory wypełnione zdjęciami i wycinkami z gazet. Fajna sprawa.
22093669_1069545783148661_1705662659_n.jpg

22054426_1069546163148623_937495928_n.jpg

22091736_1069549336481639_303101707_n.jpg

22054238_1069555083147731_908830332_n.jpg
  • awatar poukladana: ja zakochalam sie w bullet journal, widze powiazanie :)
Pokaż wszystkie (1) ›
 

deergirl
 
Dzisiaj odbyło się spotkanie organizacyjne mojego kierunku. Muszę przyznać, że wczoraj mocno się stresowałam, po prostu bałam się tam iść. No ale wiadomo, trzeba. M. pojechał ze mną i pokazał gdzie mam iść, poszedł sobie i zostałam sama ze zgrają przyszłych studentów. Zawsze, gdy znajdujemy się w nowym środowisku, każdy próbuje "wybadać" pozostałych członków społeczności. Ja tego nienawidzę, nienawidzę tych oceniających spojrzeń, obcinania mnie z góry na dół świdrującym wzrokiem. Zauważyłam, że głównie laski mają do tego tendencje. Oczywiście ja nie jestem aniołkiem i także spoglądałam na innych. Od razu mówię - ja jestem złym człowiekiem, czasami wykazuję zachowania wręcz mizantropijne. Mam brzydki nawyk wyrabiania sobie opinii na czyjś temat oceniając jego zewnętrzną powłokę (ten, kto tak nie robi, niech pierwszy rzuci kamieniem). To jest okropne, niesprawiedliwe i okrutne, ale nic na to nie poradzę, zwłaszcza że w większości przypadków moja opinia się zgadza. Niestety.
Na roku mam około 30 osób, większość to płeć piękna (w końcu human), chłopców mamy chyba sześciu. Same laski, które (mimowolnie) podzieliłam na typy (wiem, wiem szufladkowanie jest złe i krzywdzące): pierwszy to oczywiście tępe dzidy (ach, czym by był ten świat bez nich), wśród których znajdują się tzw. przeze mnie "zbyt-pewne siebie". Drugi typ to ciche myszki, które boją się własnego cienia i w sumie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Ostatnim typem wymyślonym przeze mnie są ekscentryczki - swój unikalny (momentami powiedziałabym dziwny, ale to nic złego) styl, wydają się mieć swój świat i nie chcą się wychylać. Te typy podzieliłabym jeszcze na podkategorie, ale to muszę je trochę więcej poobserwować, to są moje wrażenia wstępne.
Już wybraliśmy starostę grupy i na szczęście ktoś z nieprzymuszonej się zgłosił (dziewczyna z różowymi włosami, która chce zwracać na siebie uwagę, ale jest zakompleksiona i niepewna, tak przynajmniej sądzę).
Pan wicedyrektor wytłumaczył nam jak działa studencka społeczność i opisał z jakże wielkim zaangażowaniem, niektóre przedmioty. Człowiek bardzo miły i pocieszny, ale nieogarnięty, tłumaczył się, że on tego nie miał robić bla bla bla, sorry, ale ja wymagam bardzo dużo od wicedyrektora wydziału filologicznego. Tłumaczył nam pewne sprawy jak gimbazie: ubiór, nie spóźnianie się, jedzenie na wykładach (to chyba logiczne, że niewolno) i bzdetach, które się tłumaczy już w podstawówce, jak mówienie "dzień dobry" i "do widzenia".
Już widzę jak moja grupa jest ogarnięta, gdyby nie ja, połowa musiałaby naginać do dziekanatu, by otrzymać ślubowanie zamiast podpisać od razu, bo jakiś geniusz zamiast podać dalej kartki, po prostu oddał je na biurko... pominięto aż trzy rzędy ludzi! No kurde. Nikt nic nie powiedział. Wszyscy siedzieli cicho, a że ja jestem leniuszkiem i nie uśmiechało mi się iść do dziekanatu, bo jakiś debil nie podał głupiego pliku kartek, to powiedziałam głośno "Tutaj nie dotarły kartki, czy możemy je również podpisać?". Wszyscy patrzą się na mnie jak na wariata - ludzie drodzy, boicie się odezwać czy jak? I już oficjalnie znamy największego przygłupa grupy: ta nagroda idzie do pana, który myślał, że wszystkie ślubowania były te same, więc podpisał cudzy papier... Nieważne, że na górze było napisane: Paulina Coś tam Coś tam, a wicedyrektor mówi wyraźnie, że trzeba znaleźć swoje nazwisko. Przez tego typa jedna z dziewczyn musi iść do dziekanatu po nowe ślubowanie. Gratulacje, stary!
No cóż, nie spodziewałam się zbyt wiele, mam nadzieję, że moje pierwsze wrażenia są złudne i będą to fajni ludzie.
Właśnie kierowniczka nas opierdala na Facebook'u za jakieś pierdoły. To już się staje nudne, ja nie mam nic sobie do zarzucenia i nie jest moją winą, że ktoś coś zrobił źle. Za co mnie się obrywa? "Powinnyście po sobie sprawdzać" - nie, to ty masz po nas sprawdzać, ja mam swoją robotę i nara, ty jesteś kierownikiem, a nie ja, a to, że zatrudniłaś nierozgarniętą laskę to już nie moja wina. No opierdalać to se każdy może, ale nikt uwagi nie zwróci, że ogarnęłam burdel w exelach, nikt nie zobaczy, że codziennie układam breloczki i koszulki (tylko ja, reszta ma to w dupie), że segreguję zdjęcia w komputerze, myję półki z magazynami (nikt tego nie robi) i je układam. Tego nikt nie zauważy. Jest to bardzo frustrujące.
6b5e84ae3aaff5b7d9d7eeaa5a600364.jpg
  • awatar poukladana: Doskonale cie rozumiem, rok temu przezywalam to samo... I tez oceniam ludzi i jezeli ktos mi sie nie spodoba, nie chce z nim gadac :D
Pokaż wszystkie (1) ›
 

deergirl
 
Tak, zostały jeszcze dwa dni do spotkania organizacyjnego mojego wydziału. Jak ja się boję, co tam będzie, z jakimi ludźmi będę studiować i jacy będą wykładowcy. Stres zżera mnie coraz bardziej. Dopiero teraz do mnie dociera, ze idę na studia. Rzeczywistość uderzyła mnie w twarz i potrząsnęła, wrzeszcząc "Obudź się suko, to już studia!".
Wczoraj przyszła już do mnie aktówka na notatki, to chyba był ten pierwszy porządny cios. Dżizas, ja nie chcę T^T.
Jednak skoro tylu tępaków radzi sobie na studiach, to ja mam nie dać rady? Głupia nie jestem, mój kierunek mnie interesuje (poza jebaną literaturą śródziemnomorską, kto to kurwa wymyślił??), będę trzymać moje notatki w ogromnej aktówce, którą będę ozdabiać (w następnym poście powiem o tym coś więcej). W sumie to jestem stworzona do studiowania - mam ambicje, mam cel, wiem, czego chcę. Jakoś sobie poradzę. No muszę.
A tak poza tym to zaraz muszę przejść się do Empika po paczkę z prezentem dla M. Kupiłam mu płytę, którą bardzo chciał, a nie było już jej w sklepach. To prezent z okazji dnia chłopaka, niech ma. Ale będzie miał minę, w ogóle się tego nie spodziewa ^^.
4aa90a21daacdcc6845fd5bdb94c34c8.jpg
 

deergirl
 
Dzisiaj jest idealny dzień na opierdalanie się, ale niestety obiecałam, że przyjdę do dziewczyn obejrzeć film u jednej z nich w domu (w sumie to akademiku). Tak mi się nie chce... a jeszcze muszę coś kupić do jedzenia, bo w sumie wypada. Może kupie nawet szampana, o którego pytała Iza, nie wiem, zastanowię się nad tym...
Na rodzinnym obiedzie było całkiem sympatycznie, odczuwało się napiętą atmosferę, ale dało się przeżyć. Więc nie jest tak źle.  
c4731c7d1fa6eb3eb9b2dadc706ec54a.jpg
 

deergirl
 
Dzisiaj nie chce mi się nic. Mam oficjalną przerwę od życia, do nikogo się nie odzywam, z nikim nie piszę, Facebook jest wyłączony. Nic mi się nie chce. Brak leków daję się we znaki coraz bardziej, a ja ciągle mówię mamie by nie umawiała mnie do psychiatry. Mówić to se mogę, na szczęście pani doktor jeszcze do końca września jest na wakacjach, więc nie muszę na razie do niej iść. I dobrze, bo w sumie nie mam nic do powiedzenia.
M. zaczął już pracę, więc nie będziemy spędzać każdej chwili non stop. W końcu! Mam czas dla siebie i go nie ma i nie patrzy mi w monitor. W ogóle to jestem zdziwiona, że jeszcze nikt nie dowiedział się o tym blogu. Nawet specjalnie go nie ukrywam - wystarczyłoby tylko wejść w moją historię przeglądarki i ma się wszystko podane na tacy. To chyba właśnie zasługa tego, że nawet nie staram się tego ukryć. Ludzie jakoś potrafią wyczuć, że ktoś coś przed nimi ukrywa, bo właśnie... to ukrywa. Nazwę to paradoksem tajemnicy.
Coraz bliżej rodzinny obiad, a ja powoli zaczynam mieć wszystko w dupie. Już mnie nie interesuje co będzie, czego nie będzie, kto przyjdzie, kto nie przyjdzie. Dadzą mi nowy komputer, ja ładnie podziękuję i tyle. Jeśli będę się nudzić albo nie spodoba mi się atmosfera po prostu wyjdę - nie chce mi się męczyć. Bo i po co?
Dzisiaj dostałam mail od mojej uczelni dotyczący spotkania organizacyjnego dla pierwszego roku. 28 września godzina 11: 00 na ulicy Piastów. Pójdę sama. Przyjść z mamą to największa siara, a chłopak też nie jest mi tam do szczęścia potrzebny. Zobaczymy jak to będzie. Do tego dowiedziałam się o kierunku, który miał być dopiero w przyszłym roku... jest w tym. Dzięki US za info! Mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno i mogę się zapisać. Byłoby fajnie, bo bardzo zależy mi na pisarstwie, a ich informacje są tak łatwo dostępne i ogarnięte, że dowiedziałam się o tym dopiero teraz. A przecież szukałam informacji na stronie... i nic! Była nawet notka w lipcu, że pisarstwo będzie otwierane w przyszłym roku. Ech... oby było jeszcze miejsce.
b52702f2e35758110870803bdb7ceb2e.jpg
 

deergirl
 
Muszę przyznać, że nie jestem zbyt rodzinną osobą, razem z rodzicami raczej się nie angażujemy w "dalsze" życie rodzinne. Nie wiem dlaczego. Najważniejsza jest dla nas najbliższa rodzina, a reszta nas po prostu nie interesuje. Gorzej zaczyna być kiedy ta najbliższa rodzina się od nas izoluje i "odcina się od zdjęcia". Tak teraz robi mój wujek (brat mojej mamy).
Już od jakiegoś czasu nasze relacje z nim się pogorszyły, a wina jest po obu stronach. Jednak za każdym razem udawało się ten konflikt załagodzić, ale tym razem już nie. Mama z wujkiem przez ostatnie lata kłócili się bardziej niż zwykle, a ostatni rok to już apogeum. Ale to co się stało wczoraj przechodzi jakiekolwiek pojęcie. Wujek ze swoją dziewczyną (do niej jeszcze wrócimy) przyjechali do nas po rzeczy babci, które u nas zostawiła. Dla nas to normalne, że jak się spotykamy to rozmawiamy, pijemy herbatę... nawet te pół godziny gadania o byle czym powinna być normą, no bo w końcu jesteśmy rodziną. Tak to chyba powinno być. Jednak wujek wziął rzeczy stwierdził, że idą do znajomych i wyszedł. Tak po prostu. Żadnego "co tam u was?" albo "jak tam". Nic. Mama najpierw była zszokowana, po prostu patrzyła się na drzwi z dobrą minutę. Następnie po prostu usiadła i załamała ręce. Było jej po prostu przykro, że jej własny brat tak ją traktuje. Pytała się tylko "za co on mnie tak nienawidzi?", "co mu zrobiłam?". Nie wiedziałam co odpowiedzieć. To jej rodzony brat. Jedyny. Nawet ja nie spodziewałam się po nim czegoś takiego.
Wszystko zaczęło się od jego dziewczyny, od początku za nią nie przepadaliśmy, ale ją akceptowaliśmy. Mama się nawet nią zajmowała podczas nieobecność wujka (jest mechanikiem okrętowym i pływa dwa tygodnie na dwa tygodnie). Karolina (tfu..) po prostu popadała w depresję, gdy go nie było, a moja mama ją odwiedzała, chodziły razem na zakupy i spędzały wspólnie czas. Ja tez się czasami do nich dołączałam. Ale z dniem kiedy wujek wracał z rejsu Karolina zmieniała się o 180 stopni. Robiła się z niej wielka pańcia, której nie byliśmy godnie, by z nią przebywać. Ignorowała nas i miała po prostu w dupie i tak wkoło Macieju to samo. Jest też strasznie zazdrosna o mnie. Jestem chrześnicą wujka i jedynym dzieckiem w rodzinie (on nie ma dzieci), więc jestem dla niego bardzo ważna, to chyba zrozumiałe, jestem rozpieszczoną księżniczką w rodzinie, ale Karolinie się to nie podoba. Za każdym razem gdy wujek mi coś kupił, nieważne co i nieważne z jakiej okazji - ona łapała focha. Po prostu cały czas siedziała naburmuszona, bo jej chłopak kupuje coś swojej siostrzenicy. To jest śmieszne. Dlatego wujek nie robi mi niespodzianek, nie daje "kieszonkowego", bo jego dziewczyna tego nie akceptuje. To przez nią tak ogranicza kontakty z rodziną. Nawet do własnej mamy (mojej babci) nie jeździ tak często jak kiedyś, bo jej się to nie podoba. To jest chore. I jest mi po prostu przykro. I żal mi mamy, bo widzę jak to przeżywa. No kurde to jest jej brat.
W środę jest obiad rodzinny z okazji mojej zdanej matury i rozpoczęcia studiów i już czuję tą napiętą atmosferę. Oczywiście zaprosiliśmy wujka i jego (tfu..) dziewczynę, ale nie będzie to miły obiadek przy rosołku. Jest to szokujące jak kobieta może zmienić faceta... po prostu nie do poznania, to już nie jest ten sam facet. Babcia opowiadała jak razem z nią przyjechali do niej i jedli obiad. Babcia powiedziała, że jej przykro, że jej syn i córka się kłócą i się nie dogadują. Wiecie co ona powiedziała? "Ale to nie jest pani sprawa". To jest cytat, babcię po prostu zatkało. Jak to nie jej sprawa skoro to są jej własne dzieci!?? Wyobrażacie sobie tak powiedzieć to matki waszego chłopaka. Bez pardonu.
No cóż... zapowiada się ciekawy obiadek rodzinny. Będzie płacz i zgrzytanie zębów.
a0d04c3f5dd9a8a96376a7edfbcea190.jpg
  • awatar Amfitryta: Wujek kiedyś przejrzy na oczy ... spokojnie ..
  • awatar LonelyDeer: @Amfitryta: Tylko żeby nie za późno :/
Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Kategorie blogów