Wpisy oznaczone tagiem "moje refleksje" (1000)  

deergirl
 
No trochę mnie tu nie było, ale wyjaśnienie jest banalne i oczywiste - nie chciało mi się, nie miałam siły i chciałam umrzeć. To tyle jeśli chodzi o moją depresję, postępuje w szybkim tempie, bo... czemu nie.
Święta, święta i po, jak co roku tyle przygotowań, a wszystko to można sobie w dupę wsadzić, bo to i tak były tylko trzy dni, do których przygotowywaliśmy się jak na 3-miesięczną apokalipsę zombie lub wojnę atomową. Nienawidzę świąt. Nienawidzę ich co roku i co roku muszę to przeżyć, jak grypę. Kolacja jak kolacja, jedzonko dobre, chociaż babci barszcz nie wyszedł w tym roku. Znowu musiałam jechać do miejsca, którego nienawidzę najbardziej na świecie. Mam wrażenie, że mój organizm reaguje na to miasto wręcz alergicznie, bo nie miałam siły się nawet ruszyć z pokoju. Nic mi się nie chciało, leżałam, gapiąc się uparcie w sufit, bo nawet nie miałam siły się przekręcić na bok. I oczywiście mój zjebany mózg musiał wkręcać sobie różne fazy i nie mogłam tego wyłączyć. To były katusze, które sama sobie zadawałam i nie mogłam przestać. Wspomnienia doganiały mnie za każdym razem, gdy myślałam, że choć na chwilę mam spokój. Ci ludzie, to miasto, te plotki, te kłamstwa, ten gniew, ta miłość. Wszystko wróciło ze zdwojoną siłą, a moja mała główka i słaba psychika nie podołały temu. Bałam się zostać sama na dłużej, bo mogłam sobie coś zrobić, po prostu czułam, że nie mogę sobie ufać. Nikomu bym nie życzyła tego stanu, bo nienawidzę siebie jeszcze bardziej.
Mama postanowiła, że wracam na psychoterapię... znowu. Tym razem do kogoś innego, i tym razem chciałabym, by był to facet. Mam wrażenie, że męski umysł jest w stanie bardziej mi pomóc, o ile cokolwiek może mi pomóc. Tabletki przestały działać, więc muszę iść do psychiatry po nowe lub zwiększyć dawkę. Może znowu uda mi się zapomnieć o mojej chorobie i powrócić do mojej idealnej pętli "nicnieczucia", bo wtedy było chyba najlepiej.
5cb2bbd610081b30673e83a2a7091035.jpg
 

deergirl
 
No trochę mnie tu nie było, ale wyjaśnienie jest banalne i oczywiste - nie chciało mi się, nie miałam siły i chciałam umrzeć. To tyle jeśli chodzi o moją depresję, postępuje w szybkim tempie, bo... czemu nie.
Święta, święta i po, jak co roku tyle przygotowań, a wszystko to można sobie w dupę wsadzić, bo to i tak były tylko trzy dni, do których przygotowywaliśmy się jak na 3-miesięczną apokalipsę zombie lub wojnę atomową. Nienawidzę świąt. Nienawidzę ich co roku i co roku muszę to przeżyć, jak grypę. Kolacja jak kolacja, jedzonko dobre, chociaż babci barszcz nie wyszedł w tym roku. Znowu musiałam jechać do miejsca, którego nienawidzę najbardziej na świecie. Mam wrażenie, że mój organizm reaguje na to miasto wręcz alergicznie, bo nie miałam siły się nawet ruszyć z pokoju. Nic mi się nie chciało, leżałam, gapiąc się uparcie w sufit, bo nawet nie miałam siły się przekręcić na bok. I oczywiście mój zjebany mózg musiał wkręcać sobie różne fazy i nie mogłam tego wyłączyć. To były katusze, które sama sobie zadawałam i nie mogłam przestać. Wspomnienia doganiały mnie za każdym razem, gdy myślałam, że choć na chwilę mam spokój. Ci ludzie, to miasto, te plotki, te kłamstwa, ten gniew, ta miłość. Wszystko wróciło ze zdwojoną siłą, a moja mała główka i słaba psychika nie podołały temu. Bałam się zostać sama na dłużej, bo mogłam sobie coś zrobić, po prostu czułam, że nie mogę sobie ufać. Nikomu bym nie życzyła tego stanu, bo nienawidzę siebie jeszcze bardziej.
Mama postanowiła, że wracam na psychoterapię... znowu. Tym razem do kogoś innego, i tym razem chciałabym, by był to facet. Mam wrażenie, że męski umysł jest w stanie bardziej mi pomóc, o ile cokolwiek może mi pomóc. Tabletki przestały działać, więc muszę iść do psychiatry po nowe lub zwiększyć dawkę. Może znowu uda mi się zapomnieć o mojej chorobie i powrócić do mojej idealnej pętli "nicnieczucia", bo wtedy było chyba najlepiej.
5cb2bbd610081b30673e83a2a7091035.jpg
 

deergirl
 
Jednak nie ma to jak rodzina. Rodzice wspierają mnie w mojej sytuacji, nawet na chwilę we mnie nie zwątpili. Wspierali mnie w decyzji rzucenia pracy, nawet tata powiedział, że mam odejść, a on rzadko się udziela, wszystko pozostawia mamie. Jednak, gdy dzieje się coś poważnego, ktoś mnie skrzywdził, upokorzył, zawsze mogę na niego liczyć. Sam powiedział, że nie mogę dać się tak traktować i dobrze postąpiłam.
M. też stanął na wysokości zadania. Wspiera mnie całym sobą, kupuje słodycze, by mi poprawić humor, rozśmiesza mnie. Nawet ogląda ze mną "Brzydulę". Zawsze oglądam tez serial, gdy dzieje się coś, co mnie niszczy i sprawia, że nie mam ochoty żyć. Tak było po obu moich zerwaniach, po plotkach na mój temat w gimnazjum, kiedy wszyscy się ode mnie odwrócili. Zawsze oglądałam "Brzydulę", jakoś dodawało mi to otuchy. Teraz jestem już na 40 odcinku, a M. uparcie ze mną ogląda. Kochany jest.
Tata uważa, że powinnam zacząć się ruszać, ćwiczyć coś.  Twierdzi, że poprawi to mój stan i wyjdę z depresji. Mam do wyboru albo powrót na rurę albo judo. Nie wiem, czy mi się uda, tak dawno nic ze sobą nie robiłam, a już bieg do autobusu sprawia, że mam mini zawał. Z drugiej strony wszyscy psycholodzy i terapeuci mówią, że ruch pomaga. Tylko czy będę miała w sobie tyle siły, by się przemóc i iść na takie zajęcia? Nie wiem.
I tak największe podziękowania należą się mojej mamie. Ona w tym wszystkim jest dzielna i stara się, by było mi lepiej. Kierowniczka i moje byłe koleżanki z pracy niesamowicie ją wkurzyły (żeby nie powiedzieć wkurwiły) i chce bronić mojego honoru. Ma zamiar tam pójść i powiedzieć kierowniczce, co o niej myśli. A moje mama nie hamuje się w słowach, mówi jak jest. Chce też walczyć o mangi, które mi się należą, bo mnie się nawet tego nie udało wywalczyć. Może zadzwoni też do szefa wszystkich szefów, by mu powiedzieć prawdę? Byłoby fajnie, bo mnie i tak by nie wysłuchał. Strach pomyśleć, co ona na mnie nagadała.
Nadal czuję się źle i beznadziejnie. Chciałabym zostać w pokoju i nigdzie nie wychodzić. Mam już dość bycia ofiarą tych wszystkich gier, manipulacji i perfidii. Niech ludzie uprawiają swój ulubiony sport, ale ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Bo zawsze przegrywam.  
a213ae5099ea05df5a4953f3877b3258.jpg
 

deergirl
 
Za każdym jebanym razem, jak poznaję jakąś dziewczynę, otwieram się na nią i chcę być od razu jej przyjaciółką. To jest u mnie tak podświadome, że nawet tego nie zauważam. A raczej zauważam, kiedy jest już za późno.
Nie wiem czemu tak jest. Może to nasze zachowane pierwotne instynkty? Może kobiety sobie to wypracowały na przestrzeni epok w walce o mężczyzn i uznanie? A może po prostu mamy taką naturę... Kobiety to suki.
Nie dla mężczyzn, ale dla innych kobiet. Tylko one grają w jakieś gierki, manipulacje, przekręcanie i wdają się w małe wojny z innymi przedstawicielkami swojej płci.
Ja za każdym razem daję się nabrać i zapominam o tych umiejętnościach, albo mam nadzieję, że osoba, którą poznałam, jest jednak inna. Ach ja naiwna, jak zwykle.
Nie wiem, czy czytając to wiesz, o co chodzi, więc przybliżę Tobie moją sytuację sprzed kilku wpisów.
1) zwolniłam się z pracy, bo miałam dość kierowniczki, która czepiała się o wszystko, a ostatnio zaczęła się na mnie drzeć przez telefon, kląć wyzywać itd.
2) Moja "koleżanka" z pracy również miała tego dość i chciała się zwalniać razem ze mną. Nawet wydrukowała swoje wypowiedzenie.
3) Ja wręczyłam swoje wypowiedzenie, Iza tego nie zrobiła. Ale przez cały czas wiedziała, jaka jest kierowniczka - miałyśmy się wspierać, miała dać mi moje mangi, na które sobie zapracowałam.
4) Dzień później zadzwonił do mnie szef wszystkich szefów i zapytał mnie, dlaczego odeszłam. Powiedziałam mu o wszystkim, rozmowa trwała 15 minut. Obiecał, że coś z tym zrobi, a we mnie zakiełkowała nadzieja, że wrócę do pracy.
Szkoda tylko, że świat nie jest taki piękny, a ludzie to kurwy... Wyobraź sobie, że kierowniczka nakłamała na mój temat i wszyscy jej uwierzyli. Twierdzi, że się na mnie nie darła przez ten telefon. Ba!To Ja się na nią wydarłam! Do tego "schowałam" 50 zł z kasy, by zrobić im na złość i by Iza miała zapłacić. Bo ja taka złośliwa jestem. Było tego więcej, ale nawet nie chciałam dopytywać. Dziewczyny odwróciły się ode mnie, wierzą w pełni tej fałszywej kurwie, a ja nie dość, że chciałam je oszukać, to jeszcze chciałam "zmanipulować Izę", by zrezygnowała z pracy. Boję się, co ona nagadała szefowi... co on sobie teraz o mnie myśli.
Tylko kobiety posuwają się do takich wyrachowanych i perfidnych sztuczek. Mają to we krwi. Szkoda, że ja nie mam tego genu i to zawsze ja jestem ofiarą tych gierek, bo jak coś mi się nie podoba, to o tym mówię. Nie dam sobie włazić na głowę, nigdy nie będę znosić upokorzeń. I to nie spodobało się kierowniczce - nie jestem uległa, a ona właśnie taki zespół chce zbudować. Myślałam, że Iza ma taki sam charakter jak ja, ale jednak jest słaba i jest miękką fają (tak nazwała ją moja mama). Teraz ja jestem ta najgorsza, najlepszy temat do dyskutowania i wieszania psów.
Ja tylko się zastanawiam, jak Anna może patrzeć w lustro...
e724c05683202c36dc97dc79fb9f4fa3.jpg
  • awatar Bad Bunny: Wiesz co, na Twoim miejscu też bym się przejęła (bo mam charakter taki jak Ty - nie daję sobie wchodzić na głowę, ale też traktuję ludzi fair i nie wbijam i noża w plecy), a z drugiej strony miałabym to wszystko w dupie. Przecież już tam nie pracujesz, to miej w nosie tych ludzi. Każdy powinien mieć swój rozum, a jeżeli dziewczyny ślepo wierzą w te historie to już jest ich problem. Szkoda czasu na takich ludzi.
  • awatar LonelyDeer: @Bad Bunny: Wiem, chyba potrzebuję trochę czasu, by mieć do tego dystans :/. I tak nigdy ich nie zrozumiem. Dziękuję za ten komentarz, podniósł mnie na duchu ^^
  • awatar Bad Bunny: Nie ma za co @LonelyDeer :) Poza tym jeszcze prawda jest taka, że szuje życiowe nigdy się nie przejmują innymi, a samych siebie wychwalają pod niebiosa. A niestety Ci mądrzy zawsze stawiają w znak zapytania swoje czyny, pomimo, że to własnie oni robią dobrze. Takie już to życie jest pokręcone :)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

deergirl
 
Wczoraj stało się coś... niespodziewanego. Albowiem zadzwonił do mnie szef wszystkich szefów sieci komiksiarni (z której dwa dni temu się zwolniłam)- Ponczek. Patrzę o 20, a dzwoni do mnie jakiś nieznany numer. Nie było to dla mnie zaskoczenie, mam nowy telefon i zapisane w nim dwa kontakty. Odbieram i rzucam niechętnie "Tak, słucham", i nagle słyszę gruby, dobrze znany mi głos "Cześć, O... słuchaj, dzwonię, bo dowiedziałem się, że odeszłaś i nie ukrywam, że mnie to zdziwiło, bo przecież jeszcze w piątek rozmawialiśmy i pomogłem ci z tym raportem. Chciałbym znać powód tego". Ja stanęłam na baczność. Nie wierzyłam własnym uszom: dlaczego szef dzwoni do mnie? Serio tak się przejął moją sprawą? Na początku powiedziałam, że kierownictwo mi nie odpowiadało, a on ciągnął mnie za język, więc opowiedziałam mu wszystko po kolei - to, że kierowniczka mnie zwyzywała, przeklinała, groziła ciągłym zwolnieniem, po prostu wszystko powiedziałam, co mnie skłoniło do odejścia. Był miły, wysłuchał mnie do końca, nie przerwał mi ani razu. Powiedział, że jest zszokowany tym, co mówię  i coś z tym zrobi. Poprosił mnie o numer do Izy, bo chce usłyszeć także jej wersję. Dałam. Napisałam do niej, by ją uprzedzić, że szefo zadzwoni. Niestety jest już wtorek , godzina 18:55 i Iza mi pisze, że nie dzwoni... nawet nie wiem co powiedzieć. Narobiłam sobie złudnej nadziei, że tam wrócę. Był promyczek nadziei, że ją zwolni albo chociaż tak opierdoli, że sama złoży swoją rezygnację. A mnie znowu przyjmą. Wiem, że to głupie, ale ta optymistyczna część mnie (której nienawidzę) naopowiadała mi bajek, że tak będzie. A rzeczywistość jest inna i czuję tylko rozczarowanie. I na co mi to było? Nie wiem. Tak jest zawsze, a ja nigdy się nie uczę... Musiałam uruchomić moją barierę ochronną: apatia. Wyłączyłam emocje, nie czuję nic. Nic mi się także nie chce. Idzie mi to coraz lepiej, kiedyś bym zamknęła się w pokoju i płakała cały dzień i pisała komu popadnie, że rzuciłam pracę... a teraz? Nie robię nic. Nie czuję nic. Jest stabilnie.
f0c4fe60f5bc872804fc4d8bd271444d.jpg
 

deergirl
 
Rzuciłam wczoraj pracę.
To, co zaczęła kierowniczka odwalać przechodzi ludzkie pojęcie. Chciała wyrzucić koleżankę bo ta nie przyszła na naszą imprezę w sklepie. Później zaczęła jej ubliżać, porównując ją do jej matki, która miała problemy z alkoholem. Nawet nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Ostatnio miała permanentnego focha. Wszystko jej nie pasowało, co robiłyśmy. Opierdalała mnie za to, że wypakowałam, sprawdziłam i spisałam dostawę i tylko ZMARNOWAŁAM CZAS. Nieważne, że miałam wokół siebie ponad 300 tytułów do policzenia, a jeden tytuł to średnio 10-15 tomów. Nie chciałam się pomylić w tym wszystkim, bym potem nie musiała wysłuchiwać, że "robię coś po chuju". Ale to, co odjebała przedwczoraj przelało szalę goryczy.
Nie będę się zagłębiać w szczegóły, więc w skrócie: wpisałam zły numer w system i wyszło, że jesteśmy na minusie 100 zł. Zadzwoniłam do niej, ona połączyła się z naszym pracowniczym laptopem i zauważyła ten błąd. Zaczęła się na mnie wydzierać, kląć, wyzywać. Później stwierdziła, że wszystkie raporty z grudnia są źle. I w kasie brakuje 50 zł. Później zadzwonił do mnie szef wszystkich szefów i powiedział, że mi pomoże i mam się nie martwić. Doszliśmy do tego, dlaczego brakowało tych pieniędzy... kierowniczka usunęła z tabelki "karta podarunkowa" kwotę właśnie na 50 zł. Od początku tej pracy wpisywałam te karty do tej rubryczki i jakoś zawsze było dobrze. Teraz nagle tego nie robimy... A najlepsze na koniec. Cały dzień koleżanka obsługiwała kasę, i kierowniczka każe jej oddać te pieniądze... Choć ja i sam szef mówił, że to jest za kartę podarunkową. Kierowniczka nie powiedziała mu, że Iza ma zapłacić, bo pewnie zorientowała się, że popełniła błąd, ale chciała, by wyszło na jej. Bo tak.
Od dwóch miesięcy mówiłam sobie, że będzie lepiej, że to święta ją stresują i tak dalej. No ale bez przesady, mój dzień pracy zależał od humoru kierowniki, która widoczne ma problemy emocjonalne i sobie z nimi nie radzi.
Nawet moja mama (a zna się bardzo dobrze na ludziach) powiedziała, że jest niezrównoważona i niesamowicie skupiona na sobie. Kierowniczka cały czas powtarza jaka  jest pokrzywdzona, biedna, że ma najgorzej na świecie itd. Ona nie pogada o tym pół godziny... ona cały dzień, przez cały czas pierdoliła o tym, jak jest jej ciężko ble ble ble. Nawet nie wiecie jak czasami musiałam się ugryźć w język, by nie powiedzieć: "Świat ma ciebie i twoje problemy w dupie". Ja rozumiem, ze wypadają jej włosy, ale nie przesadzajmy, to nie jest śmiertelna choroba. A ona dramatyzuje jakby miała zaraz umrzeć, albo do koca życia być warzywem przykutym do łóżka... A jak Iza miała jakiś problem natury zdrowotnej, albo Ewelinie zdechł pies, albo jak ja gorzej się czułam to słyszałyśmy jedno: No, ale ja mam gorzej, nie przesadzajcie, nie macie tak źle (Cytat dosłowny). No nie da się z nią wytrzymać.
A po tym jak mnie zwyzywała jak psa, powiedziałam sobie dość. Koniec z tym szarpaniem się z nią, tłumaczeniami i znoszeniem jej fochów i ciągłych lamentów. Wezwała mnie i Izę pół godziny przed otwarciem sklepu i wygłosiła nam tyradę pt.: "Wszystko robicie źle, oszukujecie, przekręcacie historie, nie wykonujecie moich poleceń". Powiedziała, że jeszcze raz zrobimy coś nie tak (czyli np. krzywo postawimy szczotkę), to nas zwolni. Chciała kontynuować swój monolog, ale jej przerwałam, bo po 15 minutach już mi się nie chciało jej słuchać. Wyjęłam pięknie napisane wypowiedzenie i jej wręczyłam. Przeczytała i tylko rzuciła "Możesz wyjść". I tak zrobiłam. Miałam na początku wyrzuty sumienia i zaczęłam myśleć, że faktycznie robiłam wszystko źle... ale mama mnie wyprowadziła z tego błędu, nieraz widziała jak pracuję, a te śmieszne "zasady" kierowniczki są bez sensu, bo ciągle ulegają zmianom, w zależności od jej humoru. Cała rodzina i M. mnie wsparli i sami mnie namawiali, bym rzuciła tę robotę. I dobrze zrobiłam.
Teraz czekam na odpowiedź od "Świata Książki", bo wysłałam wczoraj CV. Pewnie odezwą się po świętach...
2b646699639f79364e08b9f7ab65ce0b.jpg
 

deergirl
 
Ostatnimi czasy nie nie tryskam szczęściem i energią, ale też nie płaczę całymi dniami leżąc w łóżku i wpieprzając chipsy. Wszystko jest mi obojętne, już nawet się nie przejmuję profesorem, który nic mi nie zaliczył... a w dupie z nim. Przynajmniej dziś przyszły moje książki, które zamówiłam na Taniaksiazka.pl. Jak ja kocham ten sklep i ich promocje, upolowałam nawet fajne rzeczy. Co tu dużo gadać, czas czytać!

24474720_1121251794644726_300633248_o.jpg
 

deergirl
 
Minął już trzeci dzień grudnia, co jedynie mi przypomina, o nieubłaganie zbliżających się świętach... Jak ja ich nienawidzę, ludzie dostają jakiegoś pierdolca, zewsząd bombardują cię tymi choinkami, mikołajami, radością, szczęściem i ogólnie rzyganie tęczą. Już nie mówię nawet o tej całej "magii świąt", bo nie odczuwam jej już od podstawówki... Nienawidzę świąt. Jedyne, co jest fajne w ten dzień to jedzenie i prezenty, no może jeszcze świąteczne piosenki, ale zwykle w połowie grudnia już zbiera mi się na mdłości po pierwszych nutach.
Moje święta nigdy nie były w pełni rodzinne, bo rodzice często mieli dyżury 24 grudnia i ich po prostu nie było. Pamiętam jedne święta, gdzie mama i tata mieli dyżury na 20, zjedliśmy kolacje o 18, a oni już musieli jechać. Nie było tak źle, miałam dużo jedzenia, mogłam się nacieszyć prezentami... no ale trochę smutno.
W tym roku jedziemy do Świnoujścia do babci. Jak ja nienawidzę tego miejsca, chyba nieraz się tu wypowiadałam na ten temat, więc nie będę go poruszała.
Ale żeby nie było, że tylko narzekam, to dowiedziałam się, że już mi się skończyły wykłady z antyku w poniedziałki i zamiast kończyć o 17, kończę o 13:30. To mi się podoba, chociaż bardzo lubiłam te zajęcia. Wykładał profesor zwyczajny, co budziło ogromny respekt. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli z nim wykłady.
A druga dobra wiadomość dotyczy tatuaży, albowiem mój salon tatuażu urządza zbiórkę pieniędzy dla chorego chłopca, który wymaga operacji w Stanach, a u nas groziłoby mu amputowanie nogi, a w najlepszym wypadku wózek inwalidzki (jakby ktoś chciał przekazać symboliczną kwotę, na Lucka to zapraszam: www.siepomaga.pl/lucek). Z tej okazji jutro wszyscy tatuażyści będą robić małe tatuaże z 40%-ową zniżką. Ja sobie zrobię rybkę na nadgarstku. Skoro mogę komuś pomóc robiąc sobie tatuaż, to oczywiście to zrobię. Dodatkowo przekazałam Luckowi 20 zł na konto. Wiem, że to nic, ale każda kwota się liczy. Jest to piękny gest.
8f49462045f94a66ea7cb04167e8fe35.jpg
 

deergirl
 
Ostatni czas był dla mnie dość ciężki, dosłownie nie miałam na nic czasu. Nawet na myślenie. Moje życie wygląda jak idealna koło: praca.dom.studia.praca.dom.studia.praca.dom.studia.
Oszaleję.
Na szczęście w tym tygodniu udało mi się z tego wyrwać na dwa dni, bo pojechaliśmy z M. do Warszawy na koncert Nothing but Thieves. Było świetnie i nie chodzi mi o sam koncert, po prostu Warszawa jest piękna, ogromna, nie pamiętam, kiedy tam byłam ostatni raz, ale było to dawno temu. Jestem tym miastem zachwycona, aż jestem dumna, że mój kraj ma taką stolicę. Moja mama zarezerwowała nam pokój w hotelu obok Progresji (tam grali NbT), wielkie małżeńskie łoże, własna łazienka, świeże ręczniki. Było świetnie.
24068180_1117170415052864_2405704514641447790_n.jpg

Teraz znowu jestem w tym smutnym jak pizda mieście i znowu znajduję się w mojej pętli codzienności. Od jakiegoś czasu zachowuję się jak robot, nie czuję nic, robię zwoje i jakoś te dni lecą. A w środku pustka. Jeśli te studia mnie nie wykończą, to sama siebie chyba wykończę. Chcę świętego spokoju.
c604737ff809a06ed8cff8bd6f3c50da.jpg
 

deergirl
 
Dzisiejszy dzień zaczął się koszmarnie... Dzisiaj były konsultacje, na których grupa musiała poprawić wejściówkę z nauk pomocniczych (nikt jej nie zaliczył), był to ostatni termin, więc trzeba było przyjść. Ogólnie to zaspałam, biegłam na tramwaj, ale i tak już byłam spóźniona, w tramwaju uczyłam się definicji na tę wejściówkę, a tu nagle komunikat, że trzeba opuścić pojazd... Był wypadek, autobus zderzył się z osobówką. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przebiegłam taki dystans. Myślałam, że wypluję płuca i inne wnętrzności. Chcę wejść do sali - drzwi zamknięte. Pytam się grupy w jakiej sali są i ktoś odpisał, że konsultacje się w sumie skończyły, a pan doktor poszedł do dziekanatu... No myślałam, że się popłaczę. Na szczęście wrócił i udało mi się to napisać, niestety nie zaliczyłam, ale grunt, że pan doktor widział, jak się staram: "Proszę pani, mamy cały semestr na to". Tssaaa dzięki za pocieszenie.
Ja się doktora W. przeraźliwie boję, roztacza wokół siebie aurę pogardy i czystego zła. Czuję się jak mały robak, gdy jesteśmy w jednym pomieszczeniu. Jego ironiczny uśmieszek, za każdym razem, mam ochotę zetrzeć papierem ściernym. Ja ja gościa nienawidzę... w sumie on nienawidzi wszystkich kobiet, więc nie jest to uczucie jednostronne. On będzie mnie prześladował w koszmarach przez kolejne 10 lat.
4cc5d04fe94059bf22fc09941ac1349f.jpg
  • awatar What's up Megg: Miałam takiego nauczyciela historii w liceum. Dziś mam 34 lata i nadal śni mi się po nocach... :/
  • awatar Gusia: Za 10 lat będziesz ten czas wspominała z sentymentem ;-)
  • awatar Amfitryta: Czasem myślę że studia ktoś wymyślił po to żeby nas gonić
Pokaż wszystkie (3) ›
 

deergirl
 
Na moje parszywe samopoczucie chyba wywołane jest przez pogodę... szaro, zimno, smutno, ciemno - jak w mojej głowie. Biorę tabletki już trzeci tydzień i nadal nie czuję żadnych zmian (przynajmniej już mnie nie boli głowa). Mimo, że biorę co noc Aminotryptylinę, wybudzam się. Biorę już 50 mg, a to już spora dawka, która powinna uśpić dorosłego mężczyznę..., ale nie mnie. Oczywiście nic nie ma sensu, mam dość i chcę się zabić, przynajmniej tu bez zmian. Chujowo, ale stabilnie.
Dzisiaj nie idę na zajęcia, nie mam na to siły, a są tylko nieobowiązkowe wykłady, więc bez wyrzutów mogę sobie odpuścić. Chodzę na nie od początku, więc chyba jeden dzień nie zrobi tu różnicy. A i tak idę do pracy na 16 na trzy godziny... Super. Może pozwoli mi przyjść wcześniej, bym nie spędziła całego dnia w łóżku. Znowu nie opuszczam mojej strefy komfortu, a ponoć to źle. Czuję się coraz gorzej, znowu mało rzeczy mnie cieszy, nie mam na nic ochoty.
Muszę przyznać, ze gdyby nie M. to w ogóle  nic bym nie robiła. Niesamowite, że ma siłę mnie wspierać i jest taki cierpliwy. Wie, kiedy trzeba mnie uspokoić, kiedy pocieszyć i kiedy wrzasnąć, bym się ogarnęła. Jestem mu za to wdzięczna. Najchętniej nigdzie bym nie wychodziła, została w domu, leżała w łóżku. Wszystko jest mi obojętne, tylko jakoś znajduję siłę, by chodzić na zajęcia. Ale nie jest to łatwe, czasami przegrywam z samą sobą...
572e8ee15c20020f7368b3ce0b8abb4c.jpg
 

deergirl
 
Nie poszłam dzisiaj na zajęcia. Dlaczego? Bo znowu jestem chora... Wydaje mi się, że zatrułam się wczorajszą pizzą, bo czuję się paskudnie, chyba za dużo jej zjadłam. No to dzisiaj dzień opierdalania. M. poszedł coś kupić do jedzenia, kochany <3.
antler_boy_by_eledona-davvdkv.png
 

deergirl
 
Oto rozpoczął się kolejny chujowy dzień. Znowu muszę gnać do pracy i doradzać głupim dzieciakom, co mają kupić i spławiać ludzi, którzy myślą, że komiksiarnia sprzedaje zabawki... Super. Grunt, że nie będę musiała niczego sprzątać, bo jest piątek. Przeraża mnie nadchodzący poniedziałek - zajęcia. Te studia wyniszczają mnie psychicznie, już mam pierwszą niezaliczoną wejściówkę (pieprzone nauki pomocnicze!) i mam miesiąc na jej poprawę, ale nie mam pojęcia czego się spodziewać. A chuj tam, jakoś trzeba to załatwić. Znowu zaczęłam brać tabletki, głowa boli cały dzień, już czuję jak zaczynają mi się trząść ręce, jakbym miała jakiś zespół odstawienia  czy coś. Mam coraz mniej siły, znowu nie śpię w nocy, a jeśli już zasypiam, to mam koszmary. Nawet na jedzenie nie mam ochoty, najadam się jedną bułką, a czasami w ogóle nie chcę nic jeść. Może w końcu zamkną mnie w szpitalu i będzie spokój. Rzucę studia i zacznę pisać książkę. Marny plan, ale jakiś jest,
c09a9580aca027da4ab8fb459c3b4db5.jpg
  • awatar Amfitryta: Wierz mi, nie chciałabyś zostać zamknięta w szpitalu. Jeśli chcesz rzucić studia i pisać książkę to to po prostu zrób.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

deergirl
 
Obejrzałam film "Ratując pana Banksa" i muszę przyznać, że poprawiło mi to humor. Już od dawna zbierałam się, by to obejrzeć, ale jakoś nigdy nie miałam ochoty... aż do dziś.
cec4dc6ffc3e9bfb54f597f529c6871d.jpg

Film bardzo mi się spodobał, po prostu niesamowicie urzekła mnie historia, choć spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że film skupi się na konflikcie Disney'a i Travers, ale jednak głównie na Disney'u, a było odwrotnie! Zaskoczyło mnie to, ale po seansie stwierdzam, że był to bardzo dobry pomysł. Emma Thomson stworzyła niesamowitą kreację autorki przygód Mary Poppins, zachwyciła mnie jej gra aktorska.
0f274460e4a48ce37e60f54454745916.jpg

Jako, że jestem wielką fanką bajek Disney'a (tych starszych i tych młodszych), musiałam obejrzeć ten film. Czytałam biografie Walta Disney'a, i uważam go za niesamowitego człowieka, wręcz rewolucjonistę, stworzył wielkie imperium, które trwa do dziś. Tym bardziej cieszę się, że obejrzałam film.
0d05cd864ec201b7b85a396bf15d2d67.jpg
 

deergirl
 
Dzisiaj jestem wkur***na! Zajęcia miałam na 8 rano, a skoro mieszkam daleko, to oczywiście muszę wcześnie wstawać. Budzik zadzwonił o 6:30, a ja załamana ogarnęłam się i poszłam na autobus, który miał odjechać punkt 7:19.
Niestety w mojej okolicy autobusy lubią jeździć jak chcą i kiedy chcą, ale dzisiaj to już było przegięcie. Patrzę, że autobus stoi, a odjazd dopiero za dwie minuty, ale dobra, może autobusom wolno stać prawie na środku ulicy! Weszłam i po kilku minutach zorientowałam się, że powinien już odjechać, ale nadal uparcie stoi, więc wyszłam, bo to pewnie nie ten. Nadjeżdża mój autobus (oczywiście spóźniony) i tu najzabawniejsza część historii... nie zatrzymał się. Po prostu odjechał w pizdu mając wyjebane na mnie i na dwie dziewczyny, które chyba spieszyły się do szkoły. Następnie dowiaduję się, że autobus, który stoi odjeżdża za 20 minut... Nosz kurwa mać, nie było szans bym zdążyła na zajęcia. Niesamowicie wkurzona wróciłam do domu, bo co ja mogę zrobić? Na szczęście mam łacinę i mogę przyjść na 10 i odbyć zajęcia z drugą grupą.
Ale i tak jestem wściekła, co to ma znaczyć, że autobus stoi sobie na przystanku (nie, to nie był końcowy), a drugi po prostu sobie odjeżdża! No dla mnie to jest nie do pomyślenia i złożę skargę, bo ci kierowcy mają coraz bardziej wyjebane, z tego co ostatnio zauważyłam. Rozumiem, że autobus może się spóźnić kilka minut, no bądźmy ludźmi, ale nie może się spóźniać ZA KAŻDYM razem... Przez to nie zdążyłam na zajęcia, które są obowiązkowe. No szanujmy się.
fee9de58c57e460316813fb43e1f5bea.jpg
  • awatar Piotrdivine: To nie Warszawa - że metro co 3 minuty odjeżdża.
  • awatar despacito: Kurcze, rozumiem Cię bardzo dobrze. Sama wstawałam o 5:50 żeby zdążyć na 8 do szkoły ( w szkole byłam 7:20 i siedziałam na korytarzu jak ta lampa xd
Pokaż wszystkie (2) ›
 

deergirl
 
Byłam u psychiatry pierwszy raz od bardzo dawna... no. Nawet nie wiecie, jak mi się nie chciało tam iść. Znowu te same bzdety "znajdź przyjaciół", "jesteś nieszczęśliwa", "wymagasz zbyt wiele od ludzi" bla bla bla... I co z tego? Nie chce się z nikim zaprzyjaźniać, bo nie widzę w tym sensu, nie lubię ludzi, nie dogaduję się z 90 % osób, których spotykam i dawno się już z tym pogodziłam. Jak ktoś mi się spodoba, to go lubię, jak nie, to nie będę się zmuszać. Proste.
Pani doktor zaproponowała mi dołączenie do grupy terapeutycznej lub iść na spotkanie rozwoju osobistego.
1. Raz byłam na spotkaniu grupy terapeutycznej i to nie miało żadnego sensu. Grupa liczyła sobie kilkanaście osób i nikt się nie odzywał. Padało jakieś pytanie od terapeuty i nikt nie reagował. A że ja nienawidzę ciszy i marnowania czasu, gadałam praktycznie cały czas i ewentualnie ktoś ośmielony moją wypowiedzią się dołączał. Aha, i jeden typ stwierdził, że powinnam się zabić, także tego - bardzo miłe towarzystwo.
2. Rozwój osobisty? Serio? Wiem, że jestem do tego uprzedzona i sprowadzam to do gównianego coachingu typu "To Ferrari tylko czeka, byś do niego wsiadł. Musisz tylko chcieć! Kto ci zabrał marzenia do chuja?" etc. Wiem, że to krzywdzące, ale nic nie poradzę na moje wewnętrzne uprzedzenia. Jeśli ktoś mi powie, że aby wyjść z depresji trzeba... wyjść z depresji to to chyba mija się z celem. Takiego coach'a mam już w pracy w postaci kierowniczki, więc chyba ten punkt mam zaliczony.
Znowu będę musiała brać leki, które jedyne, co robią, to tłumią moje negatywne emocje i sztucznie uzupełniają deficyt serotoniny. Świetnie, znowu będę na zewnątrz szczęśliwa, a w środku nadal będę miała wszystko w dupie.
832633785d5a0942b23653c306bfc285.jpg
 

deergirl
 
Dzisiaj nie poszłam na zajęcia, wstałam o 10 i nie wstawałam z łóżka. M. wczoraj miał do mnie nie przychodzić, ale jak mu powiedziałam, że jestem chora i źle się czuję to od razu przyjechał z pracy. Kupił mi pączki i ciastka, jest taki kochany. Obejrzeliśmy jakiś serial, a później dobrze się mną zajął. Dzięki temu czuję się bardzo dobrze, jestem taka odprężona. Może do końca dnia już będę miała dobry humor? Byłoby fajnie.
Zaraz M. jedzie do pracy, więc do 16 będę zupełnie sama. Nawet dziś nie wchodzę na Facebook'a, bo nie chce by ktokolwiek zniszczył mi humor.
512770ffa5b2d049d3cfd5c519061417.jpg
 

deergirl
 
No i jestem chora, po prostu zajebiście, a jutro mam oczywiście same ćwiczenia... Błagam, niech już będzie ten koniec świata i przynajmniej będzie już spokój...
1e80c2a35905503398dce742080d1374.jpg
 

deergirl
 
W zasadzie nie wiem, na czym polega moja obecna egzystencja. Nie widzę sensu w niczym i mówię to nie po to, by się użalać, tylko tak jest naprawdę. Robię bezużyteczne, w moim mniemaniu, rzeczy i nie mam pojęcie dokąd to wszystko zmierza. Studia są dla mnie czymś, co muszę przeżyć i tyle. Dla mnie to strata czasu i marnowanie życia, skoro na wykładach gadają pierdoły, a na sesji będzie coś zupełnie innego, to czy nie łatwiej by było dać mi materiały, a ja bym spokojnie studiowała w domu. Wszyscy byliby szczęśliwi (a ja chyba najbardziej). Chodzę też do pracy, ale nie wiem po co. Pieniędzy nie potrzebuję, bo niby na co? Mama dostała awans w pracy i podwyżkę, czyli sama na siebie nie muszę zarabiać. Wyprowadzam się dopiero w przyszłym roku. Już nawet się nie przykładam, dostaję z zjeby nawet jak wszystko robię dobrze, więc teraz w sumie olewam i nadal dostaję zjeby, ale przynajmniej zasłużone. Nic mi się nie chce. Znowu popadam w stan zupełnego wyłączenia z życia. Wstaję, bo muszę, robię to bezwiednie, automatycznie. Każą mi to chodzę na wykłady, każą mi to chodzę do pracy, ale daję z siebie niezbędne minimum. Nie mam już na nic siły. Chcę jedynie spokoju.
Niedługo idę do psychiatry, ale co ja mam jej powiedzieć? Jak powiem jej prawdę o tym, jak się czuję zamknie mnie w psychiatryku na trzy miesiące i tyle. Co to niby da? Przepisze mi te głupie tabletki, które jedyne, co robią, to tłumią moje prawdziwe uczucie i sztucznie podwyższają poziom serotoniny, której po prostu nie mam, bo może mój organizm jej nie potrzebuje? Kto wie, może to po prostu część mojej natury, którą trzeba zaakceptować, bo walka z nią chyba nie ma sensu. Jestem zwykłą maszyną, która wykonuje to, co ma wykonać. Czy mi to pasuje? Nie, ale nie narzekam, bo to jest mój sposób na przetrwanie. Jak zaczynam myśleć, nie mogę spać, jeść, czuję ból wszędzie i nie mogę nic zrobić. Jestem bezsilna. A tak mam złudną kontrolę nad wszystkim, i chyba to mi wystarcza.
fb49beaf5440b91cf8eb03af14a922d2.jpg
 

deergirl
 
Nie spałam całą noc... przespałam może godzinę i się przebudziłam, bo miałam koszmar. Niby nie było tam nic strasznego, ale po przebudzeniu potwornie się czegoś bałam. No właśnie... czegoś. Już wieczorem odczuwałam dziwny niepokój - serce mi waliło jak młotem, oddychałam szybko, byłam cała napięta. A nie było ku temu powodu. Wczoraj skończyły mi się leki na sen, a mama zapomniała załatwić receptę - to tylko dowodzi, że nadal nie umiem zasnąć bez leków, gorzej... bez nich dostaję jakichś dziwnych lęków. Jestem jak chodzące zombie, wory pod oczami sięgają policzków, jestem blada jak śmierć i wszystko mnie boli. Nie zapowiada się dobry dzień w pracy. Dzisiaj pierwszy raz od dawna mam zmianę z kierowniczką, jak wiecie z poprzedniego posta, nasze relacje są ostatnio napięte. Mi się już nie chce nawet udawać, że wszystko jest ok, nie zależy mi już na tej pracy. W każdej chwili mogę odejść (vivat umowa zlecenie!) i to zrobię, jeśli posunie się za daleko. Nie uśmiecha mi się dziś iść do pracy z wiadomych względów, ale może jak wypiję energetyka to będzie lepiej. Nie chcę tego robić, bo to nie zdrowo, ale nie mam wyjścia - kawa mi nie pomoże. W środku pracy idę na zajęcia z analizy i interpretacji dzieła, są to ćwiczenia, a ja nie mam siły nawet wstać. Jeśli ktoś dziś mi powie coś "motywującego" typu: uśmiechnij się! albo myśli pozytywnie! puszczę wiązankę, o jakiej nawet raperom się nie śniło. Odmeldowuje się...
9ce5799eee4d4117d6592f05789c8366.jpg
 

deergirl
 
Moi czytelnicy wiedzą, że bywam porywcza, wyolbrzymiam pewne rzeczy i zdarza mi się zbyt dramatyzować. Zwykle po jakimś czasie, po przemyśleniu całej sytuacji, się uspokajam, rozumiem swój błąd i akceptuję rzeczywistość. Tylko nawet moja wewnętrzna wyrozumiałość ma swoje granice, a moje zaraz będę przekroczone przez... kierowniczkę.
Tak, kierowniczka za bardzo przeciąga strunę, a mnie kończy się cierpliwość. Nie tak dawno pisałam, że wypełniałam błędnie raport, byłam przez to na siebie bardzo zła i nie chciałam dalej tam pracować, bo uważałam, że sprawiam więcej kłopotu niż pożytku. Jednak już prawidłowo wypełniam raport i swojej pracy nie mam już nic do zarzucenia. Zajmuję się swoją robotą, wypełniam moje obowiązki i staram się jak mogę, by wszystko było dobrze. Mimo wszystko jestem też człowiekiem i już daję sobie mały margines błędu jaki mogę popełnić, bo nie jestem pieprzonym robotem, by robić wszystko idealnie pod linijkę. Błędy zdarzają się wszystkim. A jeśli ktoś nie potrafi tego zrozumieć to już nie mój problem.
Może to trochę wyglądać na psioczenie o swojej szefowej, że jest taka, taka i taka, czepia się, wkurwia mnie ble ble ble. Może i jest w tym dużo prawdy, ale chcę się wyżalić mojemu komputerowi i obnażyć bolesną prawdę o kierowniczce. S. to do Ciebie, chociaż wiem, że tego nie przeczytasz, ale przynajmniej wąska grupka osób dowie się jaka jesteś naprawdę.
Już od jakiegoś czasu kierowniczka czepia się dosłownie pierdół, które można łatwo poprawić, a rolą kierownika jest wyłapywać błędy, wskazać je pracownikom. Można na początku się powściekać, ale jest to pokaz emocji i dowód, że się nad nimi nie panuje - nie jest to dobra cecha dla kierownika. Panna S. nie tłumaczy nam jak mamy coś poprawić, jeśli zrobimy coś źle, ona ma pretensje, twierdzi, że nic nie robimy i wylewa wiadro pomyj. Taki powinien być kierownik?
Przywołam sytuację z wczoraj: kierowniczka ogólnie w weekendy ma wolne, więc byłam tylko ja z koleżanką i robiłyśmy to, co zwykle: sprzątałyśmy sklep, obsługiwałyśmy klientów, wypełniałyśmy podstawowe obowiązki jak dokładanie komiksów na półkę, robienie przypinek itd. Wszystko zrobiłyśmy, co miałyśmy zrobić, klientów nie było, czyli miałyśmy wolne, więc sobie czytałyśmy, trwało to może 40 minut, bo nagle dostałyśmy wiadomość od szefa wszystkich szefów, że mamy policzyć wszystkie mangi małego wydawnictwa. Spoko, zadzwoniłyśmy do kierowniczki, by nam podała szczegóły jak mamy to zrobić (bo ona nigdy nas nie dopuszczała do systemu). Odebrała telefon i stwierdziła, że sama to zrobi. Skoro tak to obie wróciłyśmy do opieprzania się, bo nie mamy nic do roboty. Została godzina do zamknięcia sklepu, a tym razem to ona do nas dzwoni. Daje nam zadanie, że mamy policzyć WSZYSTKIE komiksy dwóch dużych wydawnictw + tego małego, co miałyśmy zrobić na początku i się rozłączyła. Tego było od chuja, dużo tytułów i miałyśmy je wszystkie policzyć, wszystkie jakie mamy w sklepie czyli również magazyn. Wkurwione na maksa, że teraz musimy to robić (bo kurwa nie mogła nam powiedzieć wcześniej, że mamy to zrobić, najlepiej dać takie zadanie godzinę przed zamknięciem) no to zabrałyśmy się za liczenie. Problem był, gdy zobaczyłyśmy system, z którym żadna z nas nie miała wcześniej do czynienia, poza tym okazało się, że są w nim błędy np.: mamy 14 tomów jakiegoś komiksu, a w systemie jest ich tylko 10 etc. Dzwoniłyśmy do niej co mamy z tym fantem zrobić, ale nie odpierała, więc stwierdziłyśmy, że zrobimy według systemu. No kurwa, co miałyśmy zrobić, nie jesteśmy jebanymi informatykami, by poprawić te błędy. Jakoś się z tym uporałyśmy w tą godzinę, ale faktycznie się spieszyłyśmy, bo trzeba było to zrobić na już i koniec! Wysłałyśmy jej wszystko i zebrałyśmy się do zamknięcia dnia, policzenia pieniędzy i takich tam pierdół. Zadowolone z siebie zamknęłyśmy sklepi i do domu. Nie minęło 30 minut jak dostałyśmy wiadomość: "Jak zwykle zrobiłyście po chuju, były trzy błędy! Nigdy nie można na was liczyć." Wyłapała trzy jebane błędy... TRZY! Nie dziesięć, nie pięćdziesiąt - trzy kurwa błędy. I od razu oczywiście, że sobie olałyśmy, zrobiłyśmy byle jak. Nieważne, że dała nam na policzenie połowy jebanego sklepu GODZINĘ i kazała obsłużyć program, którego nigdy nam nie pozwalała tknąć nawet palcem. ZROBIŁYŚMY TO PO CHUJU! Zjechała nas jak bure suki i jesteśmy złe i niedobre, a ona musiała "wszystko" za nas poprawić (czyli te trzy błędy, które nie były naszą winą, tylko systemu, ale dobra). No szlag nas jasny trafił. 1. To nie jest sprawiedliwe, 2. Mogła sama to zrobić jak zawsze, skoro my wszystko robiłyśmy źle, 3. To nie było zwykłe "opieprzenie" nas tylko upokorzenie na forum... Więc mogłam się trochę wściec, ale dzisiaj szala goryczy się przelała:
Wszystkie z nas (poza kierowniczką) studiują, więc grafik trzeba dopasować do naszych potrzeb (uczelnie etc.). S. poprosiła nas o spisanie swojego planu, nawet przygotowała własny Excel (który notabene był chujowo zrobiony, bo nie pozwalał mi wpisać godzin, w jakie mogę przyjść do sklepu). Napisałam jej mój plan zajęć, i dla mnie logiczne było, że skoro ma mój plan zajęć, to nie muszę jej co tydzień pisać, kiedy mogę, a kiedy nie... ma wszystko napisane, a nawet gdyby się coś zmieniło to bym przecież napisała. Dlatego w tym tygodniu nie napisałam jej mojej dyspozycyjności, bo przecież cały czas ją miała. Z resztą, miała dużo czasu, by się upomnieć o to, że mam napisać jej plan (no kurwa nie wiedziałam, że za każdym jebanym razem muszę jej pisać to samo). Wysłała grafik, a ja patrzę, że mam tylko dwa dni (znowu weekend), a przecież czwartki i piątki mam wolne, więc grzecznie zapytałam: dlaczego mam tylko dwa dni. Napisała, że taką dałam dyspozycyjność. Ja zdębiałam. Przecież miała mój plan. Pytam o co chodzi, a ona mi odpisała, że "nie napisałam jej dyspozycyjności i tak jest, gdy nie dba się o swoje interesy". No chuj mnie strzelił, napisałam jej mój cały plan, i co tydzień mam jej pisać to samo? A z tym tekstem "trzeba dbać o swoje interesy" to już przegięła, poczułam się jak pies, a nie jak jej koleżanka (którą ponoć jestem). Skoro jej "nie wysłałam" dyspozycyjności to dlaczego mi wpisała ten weekend? Przecież nie napisałam nic, czyli w jej rozumowaniu nie powinnam pracować w weekend. Kurwa jak jej wygodnie tak robi, nie liczy się wgl z innymi. A wiecie czemu dała mi ten weekend? BO NIE MIAŁA KIM GO OBSTAWIĆ! Gdybyśmy mieli pięciu pracowników, mogłaby mnie nie wpisać w grafik, ale są nas tylko 3 i byłoby to niemożliwe beze mnie. Nie pozwolę się tak traktować. Jak do tej pory tolerowałam jej fochy, bo mi aż tak nie szkodziły (np.: upokarzanie mnie na forum pracowniczym), ale skoro teraz wkroczyły pieniądze (jeden dzień mojej pracy to 90 zł) to już miarka się przebrała, to nie była zwykła złośliwość, ona chciała mnie pozbawić pieniędzy. Jak ja mam to interpretować? To jest koleżanka? Gówno  nie koleżanka, gówno nie kierownik! Ale czego ja się spodziewam po zwykłym magistrze muzyki? Że będzie potrafiła zarządzać kadrą? Bez żadnego doświadczenia z ludźmi? No śmiech na sali, ona nie ma pojęcia jak powinny wyglądać relacje z pracownikami i jak JEJ praca ma wyglądać. Wszystko opiera na pretensji i krytyce, a od siebie nie daje nic, nie pomoże, nie wytłumaczy. Opierdalać to byle debil potrafi, a bycie kierownikiem to coś więcej i skoro tego nie rozumie to czas byśmy się pożegnały. Szkoda, lubię moją pracę, ale nie wytrzymam więcej upokorzeń, fałszu i pretensji. Bo nikt nie zauważy, że tylko ja składam koszulki, układam breloczki i magazyny, nawet kable myję, by nie mogła się do czegoś przyczepić. A jak popełnię jakiś błąd, to od razu cała moja praca jest "po chuju" i nie można na mnie liczyć. Moja depresja pogłębiła się ostatnio właśnie przez to napięcie w pracy. Podziękuję.
cf226b44613ec1b162b1745e20822936.jpg
 

 

Kategorie blogów