Wpisy oznaczone tagiem "morskie" (86)  

pakamera.pl
 
Ceramiczne, lekko  nieregularne  kolczyki w formie  sztyftow, recznie  wykonane z delikatnej kami.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-mini-hokku-6mm…
 

pakamera.pl
 
Efektowne kolczyki w  formie sztyftow,  recznie wykonane z  delikatnej  czekoladowobrazowej  glin.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-misiaczki-nr19…
 

pakamera.pl
 
Ceramiczne  kolczyki w formie  sztyftow, recznie  wykonane z  delikatnej  czekoladowobrazowej  gl.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-piaskowe-serca…
 

pakamera.pl
 
Ceramiczne okragle  kolczyki w formie  sztyftow, recznie  wykonane z  delikatnej  gliny kamionkow.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-komety-9mm-nr1…
 

pakamera.pl
 
Ceramiczne okragle  kolczyki w formie  sztyftow, recznie  wykonane z  delikatnej  gliny kamionkow.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-teczowe-nr1825…
 

pakamera.pl
 
Oryginalne i  efektowne ceramiczne  kolczyki w formie  gronek, recznie  wykonane z mocno  spieczo.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-algowe-listki-…
 

pakamera.pl
 
Okragle, lekko  nieregularne  ceramiczne kolczyki  w formie sztyftow,  recznie wykonane z  delika.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-owocowe-6mm-nr…
 

pakamera.pl
 
Ceramiczne, lekko  nieregularne  kolczyki w formie  sztyftow, recznie  wykonane z  delikatnej gli.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-shell-nr1808035.htm
 

pakamera.pl
 
Okragle, lekko  nieregularne  ceramiczne kolczyki  w formie sztyftow,  recznie wykonane z  delika.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-owocowe-9mm-nr…
 

pakamera.pl
 
Ceramiczne kolczyki  w formie sztyftow,  recznie wykonane z  delikatnej  czekoladowobrazowej  gli.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-plazowe-6mm-nr…
 

pakamera.pl
 
Ceramiczne okragle  kolczyki w formie  sztyftow, recznie  wykonane z  delikatnej  czekoladowobraz.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-owocowe-nr1734…
 

pakamera.pl
 
Oryginalne i  efektowne ceramiczne  kolczyki w formie  gronek, recznie  wykonane z mocno  spieczo.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-algowe-listki-…
 

pakamera.pl
 
Ceramiczne okragle  kolczyki w formie  sztyftow, recznie  wykonane z  delikatnej  czekoladowobraz.... Wiecej zdjec tutaj www.pakamera.pl/kolczyki-ceramika-mini-wegielki-…
 

livli5
 
- Legenda głosi, że mury tego zamku miały zaszczyt widzieć czasy, gdy życie na Sagarze było marzeniem dla nie jednego człowieka. - Zygmunt ściszył głos, jakby sięgał pamięcią do odległych czasów. - Podobnież przebiegał tu główny szlak morski, który zostawiał część swojej fortuny na naszej wyspie, a sprawą tego całego dobrobytu miała być najpiękniejsza kobieta na ziemi. Właścicielka wyspy uwielbiona przez swoich poddanych i jednocześnie najpotężniejsza wiedźma, jaką miał okazję widzieć świat. Zapewne domyślacie się, że takie bogactwo w rękach kobiety, nie ważne kim by była, było niedorzeczne. Każdego dnia przypływali do niej ludzie z całego świata, mając nadzieje, że to właśnie ich obdarzy uczuciem, a zarazem całym swym majątkiem. Jednak ona była niewzruszona na liczne zaloty. Jej serce było z kamienia, którymi zwykła się otaczać... przynajmniej do czasu, aż na wyspie pojawił się marynarz taki jak wy. Człowiek, którego sprowadziło samo morze... jednak wiedźcie, że ocean jest istotą o paskudnym poczuciu humoru...

Rok 1756 Sagara

Pierwszy raz słysząc o wiedźmie z Sagary głośno się roześmiał. W końcu wszyscy dobrze wiedzieli, że wiedźmy nie istnieją, a sam fakt, że ktoś mógł tak nazwać wysoko postawioną kobietę, wydawał mu się wręcz niestosownym. Jednak nie minęło dużo czasu, gdy przekonał się, że nie tylko Nikola nazywała tak swoją panią. Cała wyspa bez skrupułów szemrała o jej pięknie, mającym zniewalać męskie serca, o czarach, jakie dzieją się w zamku, aż wreszcie, o bogactwie, jakie kryły jego mury. Mimo to mieszkańcy wyspy w niepojęty dla niego sposób kochali swoją panią. Wręcz wznosili ją ku niebiosom za dobrobyt, jaki panował za jej rządów.

Chłopak nie raz zastanawiał się, jaka jest w rzeczywistości, ale pomimo spędzonego tu czasu nie miał okazji nawet ujrzeć jej cienia. Od momentu, gdy morze wyrzuciło go na brzeg minął miesiąc. Na początku opiekowała się nim Nikola, gdyby nie ta dobroduszna dziewczyna, zapewne wykrwawiłby się na tej plaży, a gdy już w miarę doszedł do siebie, zatrudnił się na zamku, by zarobić na podróż powrotną. Tak utknął na tej wyspie, nie chcąc się przyznać, że spodobało mu się takie życie i z chęcią zostałby tu na dłużej... a przynajmniej do chwili, gdy na własne oczy nie ujrzy osławionej wiedźmy.

Ten moment przyszedł szybciej niż kiedykolwiek przypuszczał. Pierwszy raz spotkał ją, gdy szukał Nikoli, by przekazać jej, że dostawca żywności do zamkowej kuchni chce z nią rozmawiać. Wyszedł właśnie z korytarza dla służby, gdy dostrzegł idącego ku sobie lamparta. Przerażony zastygł w bezruchu. Wielki kot wyglądał jak jubilerskie dzieło sztuki, pobudzone do życia. Chłopak przylgnął do wciąż otwartych drzwi, zastanawiając się nad możliwą ucieczką i wtedy dostrzegł ją. Szła parę kroków za lampartem, szeleszcząc wieloma warstwami swojej jedwabnej sukni.

Czy była piękna? Gdyby ktokolwiek go o to w tej chwili spytał, odpowiedziałby, że ujrzał żywe bóstwo stąpające po ziemi. Lecz, gdyby ktoś zapytał, jak wyglądała, wtedy nie mógłby odrzec wiele. Opisałby suknie wydającą się pochodzić z dalekich azjatyckich krain. Mówiłby o hebanowych włosach lekko spływających spod zasłaniającego oczy materiału ozdobionym piórami, kwiatami i złotymi dzwonkami. Jednak to, co utkwiło mu w pamięci to nie suknia, a usta... delikatne, z ledwo zauważalnym uśmiechem, gdy wraz ze swoim srebrnym towarzyszem minęła go tak, jakby była duchem, którego nikt nie miał prawa dostrzec.

Jak można zakochać się w kobiecie widząc jedynie jej usta? On też się zastanawiał, a jednak jej obraz nie przestawał nawiedzać go w snach, a wkrótce i na jawie. Teraz już wiedział, czemu zwą ją wiedźmą, bo sam niechybnie uległ jej urokowi.

Mijały dni, a jego zaczęła trawić tęsknota, zastanawiał się, co musiałby zrobić, by ukochana zwróciłaby na niego swoją uwagę. By chodź raz móc usłyszeć jej zapewne słowiczy głos. Nie raz wieczorami zgadywał jakiego koloru mogą być jej oczy. Może były oliwkowe, a może błękitne jak ocean. Jednak ostatecznie stwierdzał, że kobieta, taka jak ona musi mieć oczy złote, jak dzwonki lekko podskakujące koło jej włosów. Coraz częściej przyłapywał się także na szukaniu jej wzrokiem, jakby istniał chociaż cień możliwości, by mogła się przechadzać wśród zwykłych mieszkańców.

Myślał o niej w każdej chwili i zastanawiał się, co mogłoby wywołać na jej twarzy uśmiech i wtedy przypomniał sobie srebrnego lamparta. A gdyby... zerwał się z miejsca i wybiegł z pokoju, zostawiając zaskoczoną Nikole, z którą jeszcze chwilę temu jadł obiad. Niemal biegiem skierował się do miejscowego jubilera. Pospiesznie rozejrzał się po wszelkiego rodzaju pierścionkach, naszyjnikach, bransoletach, jednak jego oczy nie natrafiły na to, czego szukał.

- Panie, czy wyrabiacie figury zwierząt? - zapytał handlarza, a ten uśmiechnął się szeroko i z wyraźną uległością wyciągnął spod lady nieduże pudełko.

- U nas wszystko się znajdzie, oto moja perełka, największe dzieło sprowadzone z odległych krajów. Skrzydła motyla wykonane są ze szczerego srebra, a kamienie w jego skrzydłach, to najprawdziwsze szmaragdy. Taka okazja nigdy więcej się panu nie trafi. A to wszystko tylko za trzysta pistoli.

- Trzysta pistoli?! Człowieku toż to cała fortuna!

Urażony handlarz zamknął pudełko i powolnym ruchem schował je z powrotem pod ladę.

- Jak za drogo, to niech pan czego innego sobie poszuka.

Chłopak zacisnął ze złości pięści i wyszedł ze sklepu, przeklinając zachłanność handlarzy. Jednak wiedział, że ten motyl, mógłby być kluczem do serca jego ukochanej. A jak... zatrzymał się nagle na tę myśl i skarcił samego siebie o taką głupotę. Zdał sobie bowiem sprawę, że gdyby wiedźma chciała tego motyla, to bez problemu dałaby handlarzowi te trzysta pistoli i najzwyczajniej go kupiła. Wściekły, a zarazem smutny ruszył z powrotem do swojej kwatery, gdyż uświadomił sobie, że nie może zaofiarować jej nic, czego sama by nie zdobyła.

e9ab25ed59de3f77df438ca81d0abee5.jpg
  • awatar SallyLou: Och historia bardziej intrygująca i bajeczna niż sądziłam. Spodziewałam się nieco innej wersji, choć to pewnie jeszcze nie koniec i czymś nas zaskoczysz :D Pani zamku przypomina mi barwnego rajskiego ptaka, którego wszyscy widzą patrząc tylko na ozdabiające go pióra. Zastanawiam się jaka ona jest i czy ten zakochany w niej chłopak zdobędzie w jej oczach uznanie.
  • awatar Kate - Writes: Ooo.... Coraz bardziej mi się podoba. Akcja robi się coraz bardziej zawiła, takie lubię!
  • awatar Seiti: "By chodź", a nie "choć"? Piękna historia. Twój styl tutaj wznosi się na wyżyny. :*
Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 
Gilbert z niechęcią szedł przez kolejny korytarz, prowadzony przez malowidła ścienne i własne odbicia w powieszonych w nim lustrach. Mimowolnie krople potu osiadły mu na karku. Czuł się jak intruz, złodziej przyłapany na gorącym uczynku. Nie pomagały mu nawet zapewnienia kapitana, że gospodarz tego miejsca nie ma nic przeciwko by udali się do jego kucharza. Wręcz sam zachęcał ich, by odwiedzili Zygmunta. Mimo to chłopak czuł, że nie pasuje do tego miejsca i najchętniej pozostałby razem z Wiktorem. Chociaż i ta myśl nie była dla niego przyjemna. W końcu ten człowiek z kamienną twarzą zamknął drzwi przed nosem swojemu pracodawcy, gdy ten starał się nakłonić go do wyjścia. Wściekłość kapitana zdradzała jedynie czerwona twarz. Mężczyzna potarł swoją brodę i stwierdził, że i tak nie będzie im potrzebny, jednak obaj z Ryśkiem wiedzieli, że miał ochotę w tej chwili ukatrupić Wiktora własnymi rękami.

Skręcając w kolejny korytarz, Gilbert spojrzał na rudego marynarza, który wydawał się śmiertelnie obrażony faktem, że nikt mu nie wierzył. Idąc, rzucał wszystkim obrazom i rzeźbom podejrzliwe spojrzenia, jakby starał się przyłapać je na gorącym uczynku. Jednak za każdym razem, gdy nic się nie działo, przez jego twarz przelatywał wyraz zwątpienia, po czym potrząsał głową i znów wpatrywał się w swoją kolejną ofiarę.

Chłopak odetchnął z ulgą dopiero w chwili, gdy opuścili zamek i skierowali się do kuchni. Z zaskoczeniem stwierdził, że w pobliżu nie ma ani żywej duszy. Co wydało mu się nie naturalne ze względu, że było późne popołudnie. Słońce z trudem starało się przedrzeć przez mgłę, czającą się nad miastem, ale to nie mógł być powód, by wyludnić całe miasto. Gilbert skarcił się za bycie przewrażliwionym i przyrzekł sobie, że da sobie spokój w szukaniu dziury w całym.

Weszli do kuchni i z ulgą stwierdzili, że Zygmunt zdążył posprzątać po gotowaniu i teraz na spokojnie mogliby porozmawiać, czekając, aż obiad skończy się gotować. Mężczyzna zachwycony przywitał się z nimi, jakby znał ich od wieków.

- Słuchy mnie doszły, że jesteście z Polski! — niemal zagruchał, a jego oczy zaczęły się błyszczeć z ekscytacji — Było tak od razu! Moja babka była Polką i to ona nauczyła mnie gotować, ach te czasy... nikt nie robił takich flaków jak ona. - rozmarzył się, całkowicie zapominając o swoich gościach.

- Muszę przyznać, że wasza kaszanka, też była wyborna! Człowiek przez chwilę poczuł się jak w domu!

- Panie Stanisławie — Zygmunt niemal miał łzy szczęścia w oczach i gdyby nie obecność dwóch widzów, pewnie z radością by go uściskał.

~*~

- Przepraszam — Gilbert odchrząknął, zwracając na siebie uwagę, tym samym przerywając kolejny mało stosowny temat o kobietach — Jeśli mogę spytać, ale zastanawiam się, czy zawsze tutaj jest tak pusto?

Kucharz przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się ile może im powiedzieć, po czym uśmiechnął się, mrużąc nieznacznie oczy.

- No tak! Po tylu latach człowiek zapomina, że to może wydać się dziwne. - pokiwał głową, jakby sam sobie potakiwał. - Bo widzicie — spoważniał i popatrzył zebranym w oczy — Ta wyspa jest przeklęta...

- Wiedziałem! - Rysiek zerwał się ze stołka, na co kucharz roześmiał się wniebogłosy.

- Naprawdę w to uwierzyłeś? - złapał się za brzuch, nie mogąc opanować śmiechu. Jednak marynarze nie podzielali jego rozbawienia, widząc to, jego uśmiech lekko przygasł. - Owszem krążą legendy o klątwie mieszkającej tu wiedźmy, ale nikt normalny nie bierze jej na poważnie. Chociaż może to tak wyglądać na pierwszy rzut oka. Bo w końcu legendy zawierają ziarno prawdy.

- Opowiesz nam ją? - zapytał podekscytowany Gilbert, nie mogąc spokojnie usiedzieć.

- A chcesz posłuchać?

Chłopak z entuzjazmem pokiwał głową.

- Niech będzie, ale ostrzegam, że po usłyszeniu jej możesz zacząć bać się własnego cienia.

- On już to robi! - zaśmiał się kapitan. Gilbert już miał zaprzeczyć, ale dostrzegł, że wyraz kucharza się zmienił. Twarz na chwilę spoważniała. Półmrok pomieszczenia tworzył idealny nastrój do opowieści, a cicho skrzeczący ogień wydawał się obrazować wypowiadane przez Zygmunta słowa.
  • awatar Kate - Writes: To dawaj legendę teraz, bom ciekawa.
  • awatar SallyLou: Ou, Zygmunt z Polski. I już rozumiem jego wyrafinowaną kuchnię :D Powinnam się oburzyć. Rozdział za krótki. Takie fajne budowanie napięcia i...nic. Muszę czekać, a ciekawi mnie ta klątwa ciążąca nad wyspą.
  • awatar Seiti: Nie lepiej pasuje- podejrzliwe spojrzenia? Super klimat, pozazdrościć mi tylko pozostaje. Mnie w życiu coś takiego nie wyjdzie... :(
Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 
youtu.be/QR28G204z5k

Pomieszczenie wypełniło się donośnym śmiechem trójki mężczyzn.

- To łgarstwo!

- Oj, każdy tak mówi, nie wyprzesz się – Kapitan wyszczerzył się z satysfakcją. – Kto jak kto, ale akurat ciebie nigdy z żadną babą nie widziałem. Przez bite pięć lat! Toż to niesłychane! Albo nie możesz, albo jesteś w jakiejś na zbój zakochany. Pewnie jakaś arystokratka zrujnowała ci życie i ze złamanym sercem trafiłeś na moją Cudowną.

Wiktor posłał mu wrogie spojrzenie i bez słowa opuścił pomieszczenie. Marynarze popatrzyli po sobie i na powrót wybuchnęli śmiechem. Jeszcze przez dwie godziny żartowali, wymyślając powody, dla których ktoś pochodzenia Wiktora mógł się znaleźć na łodzi przewozowej. Nie przeszkadzało im, że niektóre ocierały się wręcz o absurd, ważne było dla nich, że choć na chwilę mogli odpłynąć w zapomnienie.

- Rysiek, a ty?

- Ja? Co tu dużo gadać. Praca jak praca, a chlebem się nie gardzi. W domu mam parę gęb do wykarmienia.

- To ty masz żonę?! - Gilbert zaskoczony wybałuszył na niego oczy.

- Coś taki zdziwiony. Mam. Czasem zrzędzi, że mnie w chałupie nie ma, ale widząc ją raz na dwa miechy, to i jej gadka jest miła dla ucha. Tylko trochę żal, że dzieciaki rzadko widzę. No, ale ktoś musi ich wyżywić, a nigdzie indziej mnie nie chcieli...

Chłopak słysząc to zmarkotniał, uświadamiając sobie, że prawdopodobnie, tylko na niego nikt nie czeka.

~*~

Gilbert wpatrywał się w malunek kryształowych drzew na suficie. Pomimo zmęczenia nie mógł zmrużyć oka. Za każdym razem, gdy był bliski zaśnięcia, przed oczami stawała mu pozbawiona twarzy i wnętrzności postać. Zrywał się wtedy z łóżka ze skórą zroszoną potem. Strach potęgował fakt, że wiedział, kim jest trup z jego snu. Powieki ciążyły mu niemiłosiernie, a gdy w końcu po raz kolejny opadły, nie miał już siły wyrwać się z objęć koszmaru.

~*~

Znajdował się w kryształowym ogrodzie. Piękne szklane drzewa pod wpływem promieni słonecznych skrzyły się niczym diamenty. Lekka mgła wisiała nad nim, dopełniając bajkowy obraz. Z zapartym tchem podziwiał misterne liście, muszące być dziełem jakiegoś wielkiego mistrza. Nagle coś ruszyło się za drzewami. Gilbert z ciekawością zrobił krok naprzód i wtedy ze zdziwieniem dostrzegł, że posadzka pod jego stopami pokryta jest wodą. Cienka tafla odbijała jego przerażoną twarz, gdy dostrzegł po jej drugiej stronie świecące się oczy lamparta.

Odskoczył gwałtownie, wpadając na kryształowe drzewo, które pod jego dotykiem rozsypało się w drobny pył, niszcząc całą iluzję ogrodu. Teraz została już tylko bezkresna woda oceanu i on, stający na jej tafli. Serce podeszło mu do gardła, wszędzie pływały ludzkie szczątki. Przerażony nie śmiał nawet drgnąć, bojąc się, że choćby najmniejszy ruch zabierze go do czeluści piekieł.

Całą siłą woli próbował zamknąć oczy, jednakże nie był w stanie. Jego wzrok samoistnie powędrował za siebie. Po wodzie kroczył stworzony z kamieni szlachetnych lampart śnieżny. Jego silne łapy tworzyły kręgi na wodzie, a wytworzone przez nie fale oczyszczały wodę z krwi. Kot otrząsnął się, a jego szlachetna powłoka zmieniła się w pył. Został jedynie srebrny szkielet i szmaragdowe oczy. Kości z każdym krokiem deformowały się, przestawiały, układając się na ludzkie podobieństwo. Pył zatańczył wokół szkieletu, oblepiając go na powrót namiastką skóry. Z przerażeniem patrzył, jak przed nim uformował jego sobowtór. Zjawa uśmiechnęła się z szaleństwem w oczach. W tym momencie stracił grunt pod nogami, a woda wyciągnęła ku niemu swoje żądne krwi ręce.

~*~

- To prawda! Widziałem na własne oczy, jak ta cholerna rzeźba się ruszała!

- Rysiek, nie histeryzuj, to niemożliwe — Kapitan sceptycznie spojrzał na rudego mężczyznę. - To na pewno był sen.

- Wiem, co widziałem! Ten zamek jest przeklęty!

- Tak, tak, niech ci będzie — machnął ręką i wyprzedził go, ucinając niedorzeczną gadaninę marynarza.

Gilbert przełknął głośno ślinę, nie chciał się przyznać, ale gdzieś wewnątrz wierzył, że marynarz mówił prawdę. Bo w końcu sam nie mógł się oprzeć wrażeniu, że wszystko w tym domu mu się przygląda. Zwłaszcza że na każdym kroku stały lustra, tak jakby ślepy gospodarz, mógłby zrobić z nich jakikolwiek użytek.
  • awatar SallyLou: Robi się coraz groźniej. Sama nie jestem pewna, czy to co widzą marynarze to prawda, czy może złudzenie wywołane "pożywnym" posiłkiem. Przerażają mnie takie domy, które wydają się być świadome. Może to moja nadwrażliwość wywołana namiętnym zaczytywaniem się w horrory różnej maści, ale mam wrażenie, że pan Leonard w pewien sposób jest zjednoczony z swoim domem i te lustra umożliwiają mu obserwowanie wszystkiego w zamku. Albo po prostu mam zbyt bujną wyobraźnię :)
Pokaż wszystkie (1) ›
 

livli5
 

- Witam was drodzy panowie na mojej wyspie. Nazywam się Leonard Gabriel Sagara. Edward zapoznał mnie z waszą sprawą, ale znając jego osąd, chciałbym nabyć własny. Jednak na wstępie proszę was o miłe towarzystwo przy posiłku. Po tym przejdziemy do interesów.

Marynarze z niepokojem przystali na propozycję, mimo wszystko nie mogąc się oprzeć wizji ciepłego posiłku. W chwili, gdy mężczyźni zajęli wolne miejsca, drzwi jadalni stanęły otworem, a do pomieszczenia weszło trzech kelnerów. Dopiero, po udekorowaniu stołu niesionymi przez siebie potrawami, opuścili lustrzaną salę, a pan wyspy wyprostował się na krześle, zdradzając wreszcie jakiekolwiek oznaki życia. Podniósł swoją chorobliwie bladą dłoń, na co stojący za nim sługa posłusznie zrobił krok do przodu...

- Dziś kucharz przygotował czarną polewkę, wątróbkę w sosie śmietanowym oraz smażoną kaszankę.

- Doprawdy, cóż ten Zygmunt nie wymyśli, co było ostatnim razem? Móżdżek...

- Z jajecznicą — podpowiedział sługa, nakładając zupę do srebrnego talerza.

- Ach tak... móżdżek z jajecznicą i flaki... zaczyna mnie zadziwiać ta polska kuchnia Edwardzie. Toż to muszą być barbarzyńcy, skoro nie obrzydza ich fakt tworzenia takich przepisów, a wy moi mili goście, co o tym sądzicie?

Marynarze wbili swoje zaskoczone spojrzenia w potrawy, a następnie w pana zamku. Kapitan przełknął ślinę, zastanawiając się nad odpowiedzią, jednak ku zaskoczeniu reszty odezwał się Wiktor.

- Pan wybaczy, ale nie mogę się zgodzić. Jako rodowity Polak nie czuję się w najmniejszym stopniu barbarzyńcą, a obraza mych dań narodowych jest niczym szyderstwo z mojego pochodzenia.

Zapadła pełna napięcia cisza. Nie tylko Leonard zdumiał się, zdziwieni również byli jego towarzysze, którzy nie mogli uwierzyć, że można tak wykwintnie posługiwać się językiem.

Po pomieszczeniu rozniósł się głęboki śmiech pana zamku.

- Ach, Edwardzie, jakże ty potrafisz się mylić do ludzi! Nie chciałem panów w żadnym stopniu urazić, gdyż nie wiedziałem z kim mam do czynienia. A uwierzcie panowie, że z czasem człowiek zapomina o pewnych sprawach. - umilkł na chwilę. Po czym wskazał swoim kościstym pacem twarz — Moje oczy nie widzą od wielu lat i pomimo wielkich chęci posiadania własnego osądu, taki stary człowiek, jak ja musi się wbrew własnej woli opierać na innych. Więc panie...

- Wiktor... Wiktor Duch. - przedstawił się marynarz z powagą godną wysoko urodzonego człowieka.

- Panie Wiktorze, jeszcze raz proszę mi wybaczyć moje niestosowne zachowanie. Mój kucharz, Zygmunt chwali sobie waszą rodzimą kuchnię, pomimo jej ekstrawagancji... Bo przyzna pan, że jest ekstrawagancka.

- Równie bardzo, jak żabie udka, czy inne potrawy. - stwierdził niewzruszony, nakładając sobie talerz czerniny. Jego towarzysze po chwili namysłu postanowili pozostawić swój los w jego rękach, a sami bez żadnych skrupułów wypełnić swoje puste żołądki jeszcze ciepłą kaszanką.

Gilbert cieszył się, że pan zamku jest niewidomy, gdyż widok głodnych marynarzy, pozbawionych znajomości etykiety, był przekomiczny, Mężczyźni bezowocnie starali się zachować jakiekolwiek pozory przed bacznie łypiącym na nich Edwardem. Szczękanie sztuców o siebie roznosiło się po pomieszczeniu, pogłębiając bruzdę niezadowolenia na czole starca.

W chwili, gdy mężczyźni zaspokoili pierwszy głód, Wiktor postanowił wrócić do rozmowy.

- Waści kucharz wspomniał, że pan będzie mógł nam pomóc w powrocie do ojczyzny, a przynajmniej do europy.

Leonard pokiwał głową strapiony.

- Owszem, jednakże morscy handlarze przypływają do nas raz na miesiąc... Edwardzie, kiedy przypada najbliższy termin?

- Powinni się zjawić za półtora tygodnia. - odparł beznamiętnie, mordując wzrokiem przybyszy.

- A więc za półtora tygodnia... do tej pory chciałbym was ugościć u siebie. Z chęcią porozmawiam z panem, panie Wiktorze o pańskiej ojczyźnie. A teraz zapewne jesteście zmęczeni, Edward zaprowadzi was do pokoi gościnnych.

~*~

- Widzieliście? Tam było tyle srebra, że spokojnie do końca życia, by nam starczyło.

- Chyba nie chciałeś ich ukraść...

Gilbert spojrzał sceptycznie na Ryśka, którego oczy świeciły się, podczas oglądania wartościowych rzeczy zdobiących pokój.

- Zaraz ukraść... myślisz, że temu ślepcowi są potrzebne? Ma całą wyspę na własność. - stwierdził z zazdrością.

Gilbert westchnął z rezygnacją i spojrzał na Wiktora, który przypatrywał się zawzięcie swojemu odbiciu w wiszącym na ścianie lustrze.

- Co arystokrata robi na morzu?

Wiktor drgnął i nie odwracając się, spojrzał na chłopaka.

- A co dzieciak robi na morzu?

Gilbert z czerwieniał i skulił się nieznacznie pod złowrogim spojrzeniem oszpeconego mężczyzny. W pierwszej chwili chciał się wycofać, jednak widząc, że Wiktor nadal czeka na odpowiedź, zebrał się w sobie.

- Szukam wolności.

Zapadła głucha cisza, teraz oczy wszystkich utkwione były w chłopaku.

- Chłopcze... wolność nie istnieje, to mrzonka, która nie ma prawa bytu. Dopóki stąpasz po świecie, nie znajdziesz wolności.

- A to niby dlaczego?- zapytał oburzony.

- Bo podlegasz wszystkiemu, co żyje, ludziom, zwierzętom, naturze. Zawsze będziesz skazany na ich łaskę. Jednak to, co najbardziej zniewala człowieka, to on sam.

- Wiktor skończ tę swoją filozofię, bo młokosa nam wykończysz. - przerwał mu kapitan — Widzisz młokosie, Wiktor pływa ze mną od pięciu wiosen i może małomówny chłop z niego, ale gadane, co mu trza przyznać, ma. W końcu jakieś tam arystokratyczne pochodzenie ma. - ściszył głos dramatycznie.

- Kapitanie!

- Jak przyszedł z poharataną gębą na mój statek i tym jego wielkopańskim językiem, tom ja wiedział, że uciekinier i, mimo że do dziś się wypiera, ja wiem swoje.

- Kapitanie, niech pan przestanie opowiadać te bzdury, bo mnie kiedyś przez kapitana zamkną.

- A wiesz młokosie, że...

W tym momencie Wiktor załamany ukrył twarz w dłoni.
  • awatar SallyLou: Wybornymi potrawami raczy kucharz swojego pana :) Padłam, kiedy przeczytałam o móżdżku z jajecznicą i polskich potrawach w jednym zdaniu. Aż przepisu poszukam... Tak swoją drogą podziwiam tych biednych gości. Głowy nie dam bo nie pamiętam dokładnie w jakich latach dzieje się akcja, no ale wątpię czy marynarze często jadali takie frykasy jak czarna polewka i kaszanka. Zwłaszcza Gilbert. Także smacznego im życzę :D
  • awatar Kate - Writes: Hmm... Byłam przekonana, że całe to przepyszne żarcie będzie zatrute. No trudno... Pisz dalej, co chcę wiedzieć co z Wiktorem.
  • awatar Seiti: Zjadłabym wątróbkę i kaszankę... mniam <ślinka do pasa> Krwawe dania im serwuje. :D Kaszanka z człowieka brzmi ekstrawagancko XD Jstem zaniepokojona twoim opko, budzi we mnie jakieś mroczne pokłady wyobraźni.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 
youtu.be/QR28G204z5k

W sali, gdzie ślepiec z widzącym się zamieni,
Tam twe przeznaczenie się odmieni.
Czarne schody pną się ku jemu,
byś pokłon oddał panu memu.
Na ucztę koniecznie przyjść musisz,
Inaczej z braku tlenu się udusisz,
Musisz czarcich potraw skosztować,
By zbyt wcześnie nie zwariować.

~*~

Cisza ciążyła im na sercach, jednakże wroga postawa starca nie zachęcała do zaczęcia rozmowy. W milczeniu wspinali się ścieżką ku zamkowi, mając nadzieję, że przynajmniej w nim przywita ich ktoś sympatyczniejszy. Ktoś, kto przynajmniej powie im, gdzie dokładnie są.

Gilbert przekraczając bramę zamczyska, przełknął głośno ślinę. Spodziewał się ujrzeć tętniące życiem, pomimo nocy, miasto, jednak tu słabe światła lamp rzucały przerażające cienie na stojące wzdłuż drogi budynki. Nagle drzwi jednego z nich stanęły otworem. Ciepłe światło zalało aleję, a na spotkanie wyszedł im rosły mężczyzna. Wzrok Gilberta spoczął na trzymanym przez niego nożu. Klinga rozbłysła niepokojąco.

- Edwardzie, stary gburze, już wró... - mężczyzna urwał, przyglądając się swoimi małymi oczkami stojącym za starcem marynarzom. Uniósł nóż i wskazał na nich czubkiem ostrza — Skąd wytrzasnąłeś ten obraz nędzy i rozpaczy? -zadrwił, ukazując brak prawego kła.

- A grom ich wie! Do pana ich prowadzę, on się nimi zajmie. - wymruczał niezadowolony. - Mówią, że rozbitkowie, ale ja takich łotrów znam! - zmierzył ich swoimi pożółkłymi oczami. - Pilnuj ich. - burknął, po czym zniknął w budynku, z którego wyszedł jego rozmówca.

Zapadła pełna napięcia cisza. Mężczyzna przez chwilę stał w bezruchu, po czym uśmiechnął się i wytarł brudną dłoń o swój fartuch.

- Tak... Witajcie w Sagarze! Biedaczki, morze dało w kość, tak? Sztorm was tak urządził? A tak w ogóle to Zygmunt jestem, najlepszy kucharz na wyspie.

Kapitan uścisnął wyciągniętą w swoim kierunku dłoń.

- Stanisław, a to moja załoga. Wiktor, Ryszard, a ten przerażony młokos to Gilbert, miał pecha, to jego pierwszy rejs, a łódź szlag trafił.

Kucharz pokiwał ze współczuciem głową, po czym nagle otrząsnął się i zaprosił ich do środka. Po przekroczeniu progu natychmiast uderzył ich zapach gotowanego mięsa i licznych przypraw. Na stole stojącym pośrodku pokoju, leżały surowe, starannie ułożone porcje mięsa.

- Wybaczcie, ale właśnie miałem marynować. Siadajcie. Poczęstowałbym was, ale dopiero, co wstawiłem. - Wskazał na kocioł z gotującym się posiłkiem.

Kapitan zajął miejsce na krześle najdalej stołu. Gilbert z Ryśkiem popatrzyli z niesmakiem na surowe mięso, ale widząc naglące spojrzenie kapitana, wreszcie zajęli wolne miejsca. Jedynie Wiktor oparł się o ścianę i uważnie obserwował pomieszczenie.

- No to opowiadajcie, jaki diabeł was na morze posłał?

- Interesy. Przewozy przez morze robimy, czy to ludzie, czy rzeczy. W chałupie jeszcze kuter rybacki prowadzi brat mój i taki interes sobie razem kręcimy. Dopóki Cudownej szlag nie trafił! Toż to całe życie na niej pływałem! Przeklęte wieloryby! Wyobraża pan sobie? Czterdzieści sześć lat... Czterdzieści sześć lat, a tu takie coś! Pół załogi straciłem, rekiny ich zżarły.

- Rekiny powiadasz... - Kucharz zamyślony spojrzał w okno i pokiwał twierdząco głową. W dłoni obracał nóż, jakby szykował się do wypatroszenia czegoś. - Oj tak... to wstrętne bestie.

Marynarze spojrzeli po sobie zaniepokojeni. Gilbert spuścił wzrok na leżące przed nim mięso, jednak zamiast niego przed oczami stanął mu obraz rozszarpanego Jana. W jednej chwili zzieleniał. Rysiek odsunął się od niego i odchrząknął, zwracając na siebie uwagę Zygmunta.

- Nie rozmawiajmy o tym. Czy na tę waszą wyspę, której nie ma na mapie, przypływają jakieś statki, które mogłyby nas stąd zabrać?

- A no tak... Nie ma na mapie? To może nic nie wartą mapę macie. Pan Sagary to bardzo życzliwy człowiek, jako jedyny może wam tutaj pomóc, mnie statki nie interesują, ja tu tylko gotuję. - Wzruszył ramionami i zajrzał do kotła. W tej chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich czerwony ze złości lub od chodzenia po schodach starzec.

- Pan prosi do siebie. - wysyczał, jakby właśnie z jego ust wyszło największe bluźnierstwo.

~*~

Dziwnie się czuli stojąc przed drzwiami prowadzącymi do jadalni. Pomimo zachwytu zamkiem, czuli się jak obcy, łotrzy, którzy nigdy nie mieli prawa tam wejść. Jedno z drewnianych skrzydeł otworzyło się, ukazując salę pełną luster. Na środku pomieszczenia stał stół zastawiony srebrną zastawą, a przy nim siedział blady, wątły mężczyzna. Zamglonymi oczami wpatrywał się w jakiś nieokreślony punkt.

- To ty, Edwardzie?

- Tak panie, wprowadzić ich?

- Owszem, niech usiądą. Mam nadzieje, że dotrzymają mi towarzystwa przy śniadaniu.
  • awatar Seiti: Nie wiem czemu, ale surowe mięso przywołało mi w głowie obraz jak biedaków kucharz patroszy i podaje na kolacje... Zygmunt, Ryszard, Stanisław... cóż za staromodne imiona nadajesz. :D
  • awatar SallyLou: Taa kucharz wie coś czego nie wie załoga. I jeszcze to mięsko. Aż jestem ciekawa co z posiłku wyniknie :) Pan zamku wzbudza zainteresowanie. Ciekawa jestem czy to marynarze to będą dla niego goście, czy przystawki.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

livli5
 

Szukasz kamratów swych?
Chcesz uratować ich?
Me łzy spełnią twe marzenie,
Tobie także zadam cierpienie.

Krocz ścieżką ku górze,
Tam znajdziesz w chmurze,
Czarci zamek pełen chwały,
I wolności piękne bramy.


Gilbert jeszcze nigdy nie cieszył się tak bardzo, czując stały grunt pod nogami. Zresztą nie on jeden, cała załoga jak jeden mąż przyparła do zimnego piasku, jakby chcieli go z radości ucałować. W tej chwili nie liczyło się nic poza tym, że już nie byli skazani na mącące myśli dryfowanie.

- Jesteśmy uratowani – westchnął Rysiek, wypowiadając na głos myśli pozostałych.

Gilbert rozejrzał się, jednak wszechobecna mgła ukrywała w swoich czeluściach, otaczający ich teren. Samotna lampa z trudem oświetlała wyciągniętą na brzeg łódź. Chłopak z uwagą wsłuchał się w otoczenie, mając nadzieję usłyszeć jakieś ludzkie głosy. Jednakże jedyne, co uchwyciło jego ucho poza własnym oddechem, to szum rozbijających się o brzeg fal. Ten odgłos zmroził mu krew w żyłach i podsunął makabryczny obraz ludzkich szczątek. Włosy zjeżyły mu się na całym ciele. Potrząsnął szybko głową, by wyrzucić straszne myśli. Podświadomie wypierał się tego zdarzenia i wmawiał sobie, że to był zwykły koszmar.

- A tak właściwie, to gdzie my jesteśmy? - zapytał przenosząc wzrok na swoich kamratów.

- A czy to ważne? Grunt, że na lądzie.

- Młokos ma rację, trza to sprawdzić. Leć do łodzi i przynieś mapę. – Kapitan pogonił Gilberta, a sam usiadł ze stęknięciem na zimnym piasku. – I weź lampę! – dodał po chwili namysłu. Chłopak skrzywił się, ale mimo to, bez słowa sprzeciwu wykonał polecenie.

Kapitan rozłożył ją na piasku i pulchnym palcem wskazał punkt na środku Oceanu.

- Mniej więcej tutaj zatonęła Cudowna... - zamilkł na chwilę, po czym przetarł twarz dłonią i zaczął palcem rysować wokół tego punktu nieduże koła. Jednak z każdym kolejnym ruchem jego palec zwalniał, by znów się zatrzymać. Kapitan ponownie przyjrzał się mapie.

- Stawiam, że jesteśmy tu!

Wskazał na niedużą wyspę znacznie oddaloną od zatonięcia statku. Gilbert i Rysiek spojrzeli zaciekawieni mu przez ramię, ale żaden nie okazał większego entuzjazmu. Może dlatego, że sam kapitan nie wyglądał na przekonanego. Wskazana przez niego wyspa była zdecydowanie za daleko, by przemierzyć taki dystans w jedną noc.

Wiktor nawet nie ruszył się z miejsca, typowo dla siebie usunął się w cień i nasłuchiwał ich rozmowy. W pewnej chwili, gwałtownie wstał i podszedł do stojącej na piasku lampy. Nie zważając na zdziwione spojrzenia kamratów zakrył ją swoim płaszczem.

- Co do... - Kapitan nie zdążył przekląć, gdyż dostrzegł zbliżające się w ich kierunku światło, które bujało się w mlecznej chmurze jak zabłąkany ognik. Po zdarzeniach na morzu, nikt nie śmiał nawet drgnąć. Płomień falował, podskakiwał i z każdą chwilą przybliżał się do nich. A wraz z nim dźwięki niezdarnego chodu. Marynarze wstrzymali oddech.

- ... wstrętne... ohydne... niewdzięczne... mątwy... starego do takiej roboty wysyłać... nie pasuje... nie pasuje! Marnotrawstwo... kanalie... wybredne gnidy... - chrapliwy głos odbijał się od nabrzeżnych skał. - Gdzie to... ach, tutaj.

Rozległ się plusk, jakby ktoś wylewał w wiadra pomyje, po czym, kroki znów zaczęły się przybliżać. Rysiek nagle zerwał się z ziemi i podszedł do migoczącego światełka. Wiktor starał się go powstrzymać jednak ten się wyszarpnął zwracając na siebie uwagę przechodnia.

- Kto tu jest?!  - zapytał starzec podejrzanie podnosząc lampę w kierunku marynarza. - Odejdź! Nie ma tu nic po tobie! - wrzasnął cofając się o krok i wykrzywiając pomarszczoną twarz.

- Spokojnie, potrzebujemy pomocy, nasz statek zatonął...

- A, co mnie to! - warknął, nie dając skończyć Ryśkowi, który zrobił się w jednej chwili czerwony. Raz spróbował być miły.

- A to, że jak nas nie zaprowadzisz do najbliższego miasta, to porachujemy ci kości!

Staruszek splunął i cofnął się o kolejne dwa kroki, w dłoniach trzymając wiadro i lampę, jakby mogły go ochronić.

- Rysiek!  - warknął na niego kapitan wchodząc w pole widzenia staruszka. - Proszę nam wybaczyć, nie mieliśmy nic złego na myśli. Wie się, na morze nie ma rady. Moja Cudowna poszła na dno... Wieloryb rozwalił kadłub. Pan rozumie... straciliśmy część załogi...

Starzec spojrzał podejrzanie na czwórkę marynarzy i po chwili namysłu splunął mamrocząc przekleństwa pod nosem.

- Chodźcie, pan się wami zajmie.  

Marynarze spojrzeli po sobie, następnie wzięli wszystkie swoje rzeczy z łodzi i ruszyli po kamiennych schodach za wciąż mamroczącym pod nosem starcem. Mgła z każdym pokonanym przez nich stopniem rozrzedzała się, aż w końcu mogli ujrzeć cel swojej podróży. Olbrzymie, czarne zamczysko, stojące dumnie na wzgórzu, do którego prowadziły równie czarne schody.

Gilbert z zachwytem i jednocześnie trwogą przyglądał się upiornemu, a jednocześnie fascynującemu krajobrazowi. Do jego umysłu wkradła się myśl, że wygląda jak szpiczasta góra położona nad brzegiem morza - jak pałac morskiego boga.
  • awatar Kate - Writes: Myślałam, że z miejsca ich pożre. Co z tego, że to tylko staruszek, z takimi nigdy nic nie wiadomo. Spodziewam się, ze będzie chciał ich zarżnąć piłą motorową. Czekam na ciąg dalszy z rosnąca niecierpliwością.
  • awatar Seiti: Zwodniczy śpiew dusze pochłonął, morze ukochane zbrukane krwią. Ocaleni na brzegu, lecz czy bezpieczni? młahahaha
  • awatar SallyLou: Dziwny staruch i mroczny zamek... A w nim hrabia Dracula zapewne :) Twoje opisy są nieziemskie. Momentalnie wczuwa się człowiek w klimat.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 


Ukrzyżuję sumienie
Zabiorę z mych ramion cierpienie
Konaj w morza głębinie
Dopóki cię nie zabiję

~*~

- Wyciągajcie! Cholera by to! Szybciej!

Cała trójka z całej siły pociągnęła za sznur. Strach stał się już czymś niemal namacalnym. Ich ręce trzęsły się przy każdym ruchu.

- Szlag!

Wyciągnęli całą linę, ale jej koniec był urwany, jakby coś odgryzło przywiązanego do niej Eryka.

- Odpływamy stąd i to już! Wiosła w ręce. – kapitan sam wziął jedno z nich i zaczął nim wymachiwać. Rysiek nie czekał na drugi rozkaz i momentalnie dołączył do swojego kapitana.

- A Eryk?

Kapitan spojrzał na Gilberta jak na chorego psychicznie.

- Gdzie Eryk?! W piekle! Tak kończą ci, co nie słuchają rozkazów. Widziałeś linę? Teraz Eryk dołączył do staruszka i Janka! Jeśli nie chcesz skończyć jak oni to do wioseł! – Gilbert patrzył na niego oniemiały i chwilę później dołączył do wiosłującego rudzielca. Pełną napięcia ciszę przerywały jedynie ciche przekleństwa rzucane przez kapitana. Płynęli na oślep. Zżerani od środka przez sumienie i strach nawet nie pomyśleli o użyciu kompasu. Chcieli uciec jak najdalej od przeklętego miejsca, jednak pieśń oceanu towarzyszyła im mącąc zmysły i nie pozwalając na chwilę wytchnienia.

- To coś cały czas za nami płynie! – warknął Rysiek z wściekłością.

- To wiosłuj szybciej!

- Sam se wiosłuj! Ręce mi opadają! A czemu on nic nie robi? - wskazał z wyrzutem na siedzącego za nim mężczyznę. - Bierz za wiosło, albo wypad stąd. - warknął groźnie mrużąc oczy.

Gilbert odruchowo zapadł się w sobie, gdy spojrzenia tych dwojga się spotkały. Czuł się w potrzasku. Wokół była woda, a w łodzi paradoksalnie wcale nie było bezpieczniej. Nagle wszyscy zamarli.    

Coś otarło się o łódź, Gilbert z głośno bijącym sercem wyjrzał zza burty i zamarł. Żołądek podjechał mu do gardła. Zakrył usta i z krzykiem cofnął się na drugi skraj łodzi. Woda była czerwona od pływających w wodzie szczątek. Ciało mężczyzny zaczepiło się o łódź. Bezoka twarz pozbawiona skóry, patrzyła się pustymi oczodołami w niebo. Świeże tkanki pływały wokół. Klatka piersiowa trupa stała otworem, pokazując gołe żebra i wypłukiwane przez wodę organy. Kapitan zbladł i całą siłą woli podszedł bliżej. Przeżegnał się zamaszyście rozpoznając po ubraniu Jana Bareta. Ścisnął mocniej wiosło. Zawahał się przez chwilę, po czym odepchnął drewnianym końcem zwłoki marynarza. Nagle poczuł jak coś chwyta kij. Widząc na jego rękojeści ludzką rękę z okrzykiem przerażenia puścił wiosło, które z cichym pluskiem zniknęło pod wodą. Był niemal pewny, że trup nie był do końca martwy. Zdając sobie z tego sprawę, zaczął zaprzeczać sam sobie. Przecież to nie możliwe, by ktoś w takim stanie mógł jeszcze żyć. Więc, skąd ta ręka? Z ściśniętym sercem usiał i otarł spocone czoło.

- Szaleństwo... szaleństwo... wariactwo... - powtarzał szukając jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia. Jego pijany umysł szukał czegoś co pozwoliłoby mu zachować zdrowe zmysły i wtedy do niego dotarło. – Ścierwo... nigdy więcej nie tknę alkoholu – mruknął do siebie i spojrzał na wymiotującego Gilberta i bladego jak papier Ryśka, nawet zwykle beznamiętna twarz Wiktora teraz wyrażała coś pomiędzy niesmakiem, a lękiem. Sam natomiast był chorobliwie czerwony, oczy miał przekrwione, a w słabym świetle lampy, cienie wydawały się być robactwem, przemykającym po jego twarzy.

Coś musiało go rozszarpać i doskonale zdawali sobie sprawę, że ta bestia nie poprzestanie na jednej ofierze. Zdrowy rozsądek podpowiadał, co spotkało ich pozostałych kompanów i nakazywał jak najszybciej opuścić to miejsce. Jednak pogoda na morzu jest kapryśna. Z każdą chwilą niebo wydawało się zniżać, tak jakby płynęli wśród chmur. Mgła otoczyła ich ze wszystkich stron, a woda sączyła do ich uszu upiorny odgłos fal.

Trwoga zaczęła szeptać im przeróżne mroczne myśli. Strach ogarnął ich po same czubki włosów. Coś szarpnęło łodzią, a w powietrzu rozniósł się upiorny dźwięk skrobania o drewniany kadłub. Czwórka marynarzy wstrzymała oddech, gotowa na spotkanie z potworem. Mgła rozrzedziła się na tyle, by ukazać piaszczystą plażę lądu.
  • awatar SallyLou: Wow, dlaczego mi nigdy taki horror nie wyszedł? Czytając to czułam taką samą niepewność o losy bohaterów, jak przy książkach Kinga. Jestem ciekawa, czy uda im się dotrzeć na brzeg.
  • awatar Seiti: Jak ja kocham taki klimat. :D więcej, więcej, więcej! Skojarzyło mi się z "Białym kłem", gdy wilki podążały za zaprzęgiem.
  • awatar Kate - Writes: Ciekawa jestem czy faktycznie nigdy więcej nie tknie alkoholu. Będę wspierać duchowo.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 
youtu.be/QR28G204z5k
Ciągnij długi sznur,
Życia jedwabną nić,
Aż napotkasz mur,
Który zabroni śnić.

Zdrada winą twą,
Sąd rolą mą,

Zapłatą dla morza,
Jest dla duszy obroża.


- Szykować łodzie ratunkowe, do cholery! Mają być w gotowości, bo jak nie, to nas rekiny pożrą! - głos kapitana niósł się nad gwarem zdezorientowanych marynarzy - Cholerne wieloryby, że akurat teraz musiały się napatoczyć. Ładujcie prowiant, do diaska! Szybciej!

Gilbert podbiegł do kapitana, który wydawał się wytrzeźwieć w ciągu jego nieobecności. Dwoje marynarzy, którzy wcześniej go minęli, podbiegli do kapitana.

- Woda zbyt szybko napływa, odcięliśmy dolny pokład, ale... nie damy rady zatrzymać wody.

- Idziemy na dno... - dodał Janek, poprawiając nerwowo czapkę na głowie.

Twarz kapitana z czerwonej przybrała kolor papieru.

- Matuniu... Najbliższa wyspa jest około dnia stąd... Sprawdzicie kurs, zabierzcie do łodzi kompas i mapę. Zajmie nam to dużo więcej czasu, ale może przeżyjemy. – przetarł twarz dłonią, z niepokojem spoglądając na horyzont.

Marynarze zajęli wszystkie miejsca w łodzi ratunkowej. Siedmiu mężczyzn z bólem patrzyło jak statek zostaje pożerany centymetr po centymetrze, przez czarną otchłań oceanu. Ciemności rozświetlał jedynie słaby blask lampy, a oni widząc bezkres wody, zdali sobie sprawę z zimna morskich nocy. Cisza, pełna niedowierzania i żalu, świadczyła o niespokojnych myślach rozbitków. Gilbert, nie mógł opanować drżenia rąk. Nerwowo przyglądał się towarzyszom, którzy podobnie do niego nie mogli wydusić z siebie słowa. Jego wzrok padł na siedzącego na drugim krańcu łodzi przerażającego mężczyznę. Jako jedyny z kamienną twarzą przyglądał się wodzie. Gilberta przeszedł dreszcz. Mieli szczęście, że wyszli z tej sytuacji żywi. W końcu nie raz słyszał o katastrofach na morzu i były o wiele straszniejsze, od powolnego tonięcia statku, jakie ich spotkało. Jednak przerażające spojrzenie mężczyzny, sprawiło, że chłopak czuł się jakby coś jeszcze czekało na nich podczas tej podróży. Coś, czego z pewnością nie chciał doświadczyć.  

- I co robimy? – zapytał Eryk ocierając z czołakrople potu. Kapitan spojrzał na zakryte chmurami niebo.

- Czekamy do rana. Potem wyruszymy, niech się wszyscy prześpią, dwie osoby niech będą na warcie. W razie gdyby coś płynęło, wtedy wiecie co rozbić. Młokosie, ty... - łódź zatrzęsła się gwałtownie. W ostatniej chwili, Gilbert złapał ramię kapitana, chroniąc go przez wypadnięciem za burtę. – Co to u diabła było?!

- Cholera, orki?! – warknął Rysiek trzymając się kurczowo łodzi.

- Nie to coś innego, chyba rekin. – mruknął stary marynarz. Wpatrując się w wodę. – Duży, ale nie zrobi nam krzywdy, dopóki siedzimy w... Słyszycie to?

Wszyscy zaniepokojeniu spojrzeli na wodę. Z ciemności dobiegło ich uszu nucenie. Cicha melodia przerodziła się w niezrozumiały, kobiecy śpiew. Słodkie, a zarazem pełne smutku dźwięki niosły się echem ze wszystkich stron, mrożąc serca.

- Co do cholery?

Stary marynarz wstał. Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Jedynie spojrzał z wdzięcznością na towarzyszy.

- Woda lubi pożerać słuchaczy jej szeptów. – oparł się o bok łodzi i wpadł do wody. Gilbert widział jak ten miły człowiek, znika za kadłubem. Usłyszał plusk.

- Człowiek za burtą!

Wszyscy poderwali się, by pomóc staremu kompanowi, ale pomimo rzuconych lin, mężczyzna nie wypłynął.

~*~

Minęła godzina, a poczciwy marynarz zniknął bez śladu. Nawoływania nie pomogły.

- Może rekiny go zjadły?

- Było by słychać, rekiny strasznie hałasują podczas żeru.

- Pewne jest, że jest już martwy.

- A może...?

- Nie bądź głupcem, woda jest zimna, a on miał już swoje lata.

- Ale co mu odbiło?

- Zamknąć się, tępaki! – huknął kapitan, zirytowany ich zachowaniem. Nie mógł sobie darować straty członka załogi, nie mówiąc już o szoku utraty statku. Szukali go bez skutecznie. Nie rozumiał zachowania starego przyjaciela. Do tego ta niepokojąca muzyka na środku morza. Wiedział, że to jedynie szum fal obijających się o łódź, ale mimo to nie mógł się oprzeć wrażeniu, że to kobiecy śpiew.

- Kapitanie coś ruszyło się w wodzie!

Mężczyzna poderwał się i wytężył wzrok, coś płynęło w ich kierunku. Marynarze zaniemówili widząc w wodzie ludzki kształt.

- Pomóżcie mu, to pewnie staruszek! – Janek rzucił linę.

Mężczyzna chwycił mocno jej drugi koniec, gotowy wciągnąć towarzysza na łódź. Postać złapała sznur i zanurzyła się gwałtownie wciągając go pod wodę. Marynarz z trudem starał się złapać powietrze.

- Janek, nic ci nie jest? Zaraz cię wycią...

- Aaa...! – wrzask urwał się w w chwili, gdy mężczyzna zniknął pod wodą.

- Janek?! Janek!

- Eryk! Nie pomożesz mu tak! – Kapitan złapał go za kołnierz, powstrzymując go przed skokiem.

- Zostaw mnie! - Wyszarpnął się i z całej siły uderzył kapitana w twarz. Mężczyzna, boleśnie uderzył o burtę, aż łódź się zatrzęsła. Eryk przewiązał się w pasie liną, a drugi koniec przywiązał do pokładu. – Jak szarpnę, to nas wyciągniecie.

Spojrzał na czarne lustro, na którym unosiła się czapka jego kamrata. Przełknął ślinę zmawiając ostatnią modlitwę i zanurkował. Zimna woda otuliła go, a zimno przeszyło aż do kości. Rozejrzał się, ale z braku światła widział jedynie parę metrów wokół siebie. Coś mignęło w polu jego widzenia. Najpierw zobaczył pionową płetwę, jak u olbrzymiego rekina, tyle, że ten rekin miał ręce. Te wielkie spięte błoną łapy przytrzymywały Jana, a bestia olbrzymią szczęką pożerała go kęs po kęsie. Mężczyzna z przerażenia wypuścił z płuc powietrze. Monstrum oderwało się od uczty i spojrzało na niego ludzkimi oczami.
  • awatar Kate - Writes: Rekiny to jedne z moich ulubionych zwierząt pływających.
  • awatar Kate - Writes: Ale zeżre go do końca, czy nie?
  • awatar gość: Przerażająca historia
Pokaż wszystkie (5) ›
 

livli5
 


Kochasz mnie? Czeka cię bolesna śmierć,
Lubisz mnie? Ze smakiem w całości pożrę cię,
Nienawidzisz mnie? Zaraz cię z radością zjem,
Zdradzasz mnie? Brutalnie topię cię,
Boisz się? Wieczność lękaj się mnie!

~*~

- Nie obijać się, szczury lądowe! Rysiek nie śpij, tylko bierz się za robotę! To nie rejs wycieczkowy, tylko moja łódź, do cholery! – Krzyk kapitana niósł się echem w nocnej głuszy. – Widzisz młokosie. Jak się jest kapitanem to trzeba mieć autorydet... atoryded... cholera!

- Autorytet? – Gilbert mruknął, odsuwając się od lekko spitego kapitana. Jeszcze parę godzin temu, poszedłby za tym człowiekiem w ogień. Teraz najchętniej uciekłby, gdzie pieprz rośnie.

- O, autorytet! – klepnął chłopaka po plecach, na co ten skrzywił się z bólu. - Trza umieć do roboty zagonić! Wstrętna zdzira z tego morza wiesz, młokosie? Zlekceważysz ją, a cię pożre żywcem. Już wolałbym bachora. – zaciągnął kolejny łyk z butelki.

– Trzymaj młody, za cichy jesteś! – szkło w jego dłoni zabrzęczało niepokojąco. Gilbert już chciał odmówić, ale widząc nieznoszący sprzeciwu wzrok pijanego kapitana, pociągnął spory łyk. Czując smak oleju lnianego z alkoholem, miał ochotę wszystko zwrócić na pokład. Cudem przełknął i oddał butelkę, obiecując sobie unikać tego specyfiku do końca życia.

- Ale dzieciuch z ciebie młokosie. Pić nie umiesz, świat schodzi na psy, ale nie bój żaby, do końca rejsu zrobim z ciebie swego chłopa. W końcu od morza nie uciekniesz. Ta zdzira, jest jak żona. Straszna, zrzędliwa i po dłuższym czasie ma jej się dość, ale tylko ona da ci jedzenie i kochanie za darmo. Takie jest morze. Widzisz młokosie, my marynarze mamy dwie żonki, jak jedna nam wejdzie pod skórę to idziemy do drugiej. – roześmiał się wniebogłosy, rozlewając trochę trunku na pokład. – Nigdy nie wiemy, która nas pierwsza wykończy! – zarechotał jeszcze głośniej, z własnego żartu, aż śmiech przerodził się w duszący kaszel. Z trudem złapał oddech, a jego twarz poczerwieniała od braku tlenu. Zaciągnął się morskim powietrzem i przekrwionymi oczami spojrzał na pracującą załogę. – Rysiek! Co ja ci mówiłem?! – wstał chwiejnie i ruszył w stronę rudego marynarza w średnim wieku.

Gilbert musiał przyznać, że lata na morzu nauczyły tego człowieka zachowywać równowagę przy największych wiatrach, nawet tych urojonych. Szybko doszedł do wniosku, że kapitan nie tylko równowagę ma dobrą, ale i spust, więc widząc jedyną taką okazję, szybko ulotnił się w stronę swojej kajuty.

- Ej, Gil, a ty gdzie? – młody mężczyzna zaśmiał się, poprawiając swoją białą czapkę i szczerząc wszystkie zęby. Gilbert skrzywił się widząc pomiędzy nimi pozostałości po kolacji. Marynarz oparł się o trzymany w dłoniach mop i uśmiechnął się jeszcze szerzej, widząc zakłopotanie chłopaka.

- Ja muszę... - mruknął, szukając wymówki do szybkiej ucieczki, nie miał zamiaru pozwalać sobie na powtórkę z rozrywki. Już miał palnąć pierwszą lepszą bajeczkę, gdy podszedł do nich o głowę wyższy od ich dwójki blondyn.

- Janek, daj mu spokój. Znasz kapitana, jeśli nie ucieknie teraz, to zostanie zapity na śmierć.

Gilbert wzdrygnął się odruchowo, był wstanie uwierzyć mu na słowo.

- E tam, przesadzasz – machnął ręką na przyjaciela. – Nie mamy tyle flaszek na pokładzie, a co Eryczku, wolisz zająć jego miejsce?

- Ja ci dam Eryczka!

Gilbert stał oniemiały, jakby nogi wrosły mu w pokład. Przed nim dwójka niewiele od niego starszych mężczyzn, wyglądających na nie więcej niż trzydzieści lat, właśnie toczyła bój na kije. Janek dzielnie bronił się swoim mopem, a Eryk niczym profesjonalista atakował wiosłem od łodzi ratunkowej, którą pochwycił, jak najwyższej jakości szable.

- A masz, ty szczurze lądowy! – Zamachnął się tak, że Gilbert musiał się odsunąć, by nie dostać ociekającym wodą, mopem.

- Oż, ty! Już nie żyjesz! Ty... ty, karaluchu! – Eryk sparował cios i sam zaatakował, próbując zachować powagę. Gilbert musiał przyznać, że niezbyt mu to wychodziło, bo zamiast wyrazu śmiertelnie obrażonego człowieka, wyglądał jakby za chwilę miał wybuchnąć śmiechem.

-Dzieci... - mruknął, przechodzący obok nich stary marynarz. Podniósł wiadro z brudną wodą i wkroczył miedzy zabawowiczów. - Koniec zabawy, bo poczujecie smak brudu pokładowego.

- Spokojnie staruszku! Po co te groźby, już wracamy do roboty. – Janek uniósł na znak poddania swój mop, a Eryk odłożył wiosło na miejsce. Starzec podszedł do niego i trzepnął go w potylicę głowy, z naburmuszoną miną.

- Au! A to, za co?

- Za kozaczenie i pustkę w łepetynie. Wiesz, co to jest?

- No, łódź ratunkowa, staruszku.

- A teraz wyobraź sobie, że jesteś na niej sam, na morzu i nie masz wiosła przez twoje głupie zabawy. – zgromił go spojrzeniem i trzasnął jeszcze raz, tylko tym razem w plecy. – A skoro chodź tyle do ciebie dotarło, to do roboty, a nie dziecinady odstawiacie.

Gilbert, czując, że jeśli teraz się nie ulotni, to i on dostanie reprymendę, ewakuował się sprzed ich wzroku. Dotarł do schodów, gdy z spod pokładu wyszedł czarnowłosy mężczyzna. Chłopak na jego widok zamarł, a po plecach przeszły mu dreszcze. Człowiek ten miał niezwykły na swój sposób wygląd. Ciemne włosy, oraz broda wydawały się, nie być strzyżone od paru miesięcy. Umięśniona sylwetka przytłaczała swoją siłą, ale nie to budziło w chłopaku niepokój. Gilbert wstrzymał powietrze, gdy dostrzegł, że twarz mężczyzny pokryta jest wieloma bliznami. Spuścił wzrok i poczekał, aż ten przerażający człowiek, go minie. Dopiero, gdy oddalił się, mógł z ulgą wypuścić powietrze.

Z niejakim zawodem uświadomił sobie, że nie tak wyobrażał sobie tę podróż. Miała to być wyprawa pełna wolności, a jak na razie z każdej strony czuł się przytłoczony na swój sposób. Westchnął zrezygnowany i marząc jedynie o ciepłym łóżku, albo przynajmniej hamaku pragnął pogrążyć się w krainie snów.

Zszedł pod pokład, gdy nagle grunt uciekł mu spod nóg. Z hukiem uderzył o drewniany pokład statku. Jęknął ocierając poobijane miejsca. Do jego uszu dotarł wrzask dochodzący z pokładu. Wiele głosów, niezrozumiale przekrzykiwało siebie nawzajem. Jego serce załomotało szybciej, a rozum podsuwał wszystkie straszne historie o rozbitych statkach, o pożartych przez rekiny marynarzach i innych równie nieciekawych sytuacjach. Gilbert podniósł się niemal natychmiast i pobiegł z powrotem na górę. Pokład był w totalnym chaosie. Dwóch marynarzy minęło go o mały włos nie tratując. Wszędzie biegali ludzie krzycząc do siebie jakieś polecenia.
  • awatar Kate - Writes: Dla czegoś takiego warto rzucić polski na bok. Uwielbiam opowiadania w tej tematyce, jesteś moim bogiem.
  • awatar Kate - Writes: "Już nie żyjesz!" xD
  • awatar (NIE)Przyjaciółki: Hej! Weszłam zobaczyć co tam na twoim blogu słychać i widzę, że zaczęłaś nowe opowiadanie. Świetnie się je czyta! Teraz będę musiała kilka razy myśleć nad rozdziałami do AS. Powodzenia w pisaniu :D
Pokaż wszystkie (5) ›
 

livli5
 


Wiatr niósł cichą pieśń po morza toni. Melodia powtarzana przez ptaki, nad bezkresem wody, stawała się częścią jej fal, nosząc niezrozumiałe słowa przepełnione samotnością. Stary rybak potrząsnął ramieniem o połowę młodszego od niego mężczyzny, wyrywając go z zamyślenia.

- Nie słuchaj, bo woda lubi pożerać tych co słuchają jej szeptów – Uśmiechnął się życzliwie i powrócił do swoich obowiązków.

Gilbert jeszcze raz spojrzał na bezkres wody z nieodgadnionym spojrzeniem. Wrażenie, że coś go woła, zniknęło, ale zapierający dech w piersiach widok nadal upajał jego oczy. Potrząsnął głową z rosnącym uśmiechem i spojrzał na łódź, która właśnie w tej chwili otwierała mu drogę do całkiem nowego świata. Odetchnął morskim powietrzem, rozkoszując się dźwiękiem uderzających o statek fal. Słońce malowało niebo na podobieństwo tęczy, a woda niczym lustro odbijała cudowny pejzaż.

- Piękne, nieprawdaż? Tyle lat pływam po tych wodach, a nigdy nie widziałem nic piękniejszego.

Gilbert spojrzał na pooraną zmarszczkami twarz kapitana i bezgłośnie przytaknął. Bladoniebieskie oczy pałały dumą i mądrością, gdy patrzył na zachód słońca. Nic dziwnego, że to właśnie on pełnił najważniejszą funkcję na całym statku. Gilbert podążył za jego wzrokiem, niczym ślepiec za przewodnikiem. Złota kula na nieboskłonie z gracją dotknęła swojego odbicia, a woda pod jej naporem zafalowała. Twarz kapitana spochmurniała, a oczy wydawały się widzieć więcej niż oczy sokoła.

- Coś się stało?

Kapitan przez chwilę milczał, drapiąc się po starannie przyciętej brodzie. Następnie pokręcił głową, ze śmiechem klepiąc młodzika po plecach.

- Ma się te swoje lata, wzrok już nie ten sam. Trza uważać na orki, bo wydawało mi się, że jakąś widziałem.

Gilbert zmarszczył brwi. Był pewny, że nie widział, żadnej żywej istoty, ale nie śmiał tego powiedzieć na głos. W odpowiedzi tylko pokiwał głową nieprzekonany i spojrzał jak słońce zostaje powoli pożerane przez ocean. W głowie jak echo usłyszał słowa starego marynarza. W piersi serce obiło się gwałtowniej o żebra, a szum fal sączył mu do uszu szept oceanu.

87ab51df08241f176b7e340dd9ba2102.jpg
  • awatar Kate - Writes: Och... Zapowiada się cudowna seria. Kontynuuj proszę, bardzo proszę.
  • awatar Seiti: Czy tego nie było już? To coś poprawionego? Jakbym już to czytała.
  • awatar Lisa Angels: To nie jest nic poprawionego, to moje najświeższe opowiadanie, owszem kiedyś napisałam one-shota na temat syren, ale to będzie całkowicie co innego :D
Pokaż wszystkie (6) ›
 

 

Kategorie blogów