Wpisy oznaczone tagiem "movie_art" (62)  

piglatin
 
Jeśli Susanne Kaysen miała borderline, to na pewno nie w tym filmie. Mentalność gimnazjalisty pozwoli dryfować po tych psychologicznych mieliznach przez dwie godziny pod warunkiem, że się naprawdę kocha Angelinę. Jeśli zdało się już do liceum dla nieopóźnionych w rozwoju umysłowym, Angelina niestety nie pomoże. Chyba, że jesteśmy w nastroju na opowieść o krnąbrnym dziewczęciu, które odpierdala krzywe akcje, bo nie ma pomysłu na hobby, ale troskliwi lekarze i przytulny szpital pomogą się ogarnąć. No i potrafimy znieść pozbawioną mimiki Winonę w roli właściwie nie wiadomo czego, bo na pewno nie pacjentki cierpiącej na pograniczne zaburzenia osobowości. Przy okazji, jest to jedyny znany w historii przypadek remisji borderline w ciągu roku hospitalizacji. Poza tym, szerze, Angelinie w blondzie nie do twarzy.
  • awatar dysydent: Co to za prywatne wpisy. Chcemy wiedzieć, chcemy wiedzieć!
  • awatar piglatin: Odkryłam, że blog świetnie się sprawdza jako taki, proszę ja was, pamiętniczek. Jak uznam, że się przedawniło, zawsze mogę upublicznić ;)
Pokaż wszystkie (2) ›
 

piglatin
 
Terapeutka Ally McBeal kazała jej wybrać theme song, który jej osobiste imaginacyjne dziwki nucą, pstrykając palcami i beztrosko tańcząc w tercecie w chwilach konfuzji, udręki i innych stanów niepożądanych. Nie posiadam ani jednej osobistej dziwki, ale za to, nieprzymuszona przez własną terapeutkę, postanowiłam wybierać sobie Theme Song of the Week. Nie, żeby miało pomóc. Ale też niczego bardziej już nie zepsuje.

  • awatar ponurnik: ;)
  • awatar adu: ja to od dawna praktykuje. pamietam nawet rozne piosenki z roznych okresow. teraz mam jedna z soundtracku z dziewczyny z tatuazem.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

piglatin
 
Zapomniałam napisać, że Houston zmarła, o czym nikt przecież nie wiedział, więc spieszę z informacją: no zmarło jej się, biedaczce, we will always love her i najpewniej na dniach jebnę se 'Bodyguarda', bo strasznie mnie kręcił Costner w dzieciństwie, a przechodzę teraz w terapii okres retraumatyzacji seksualnej (żarcioch). But anyway, dla podniesienia ogólnej atmosfery wesołości powinnam teraz wrzucić fotę Mariah Carey i jebnąć piosenkę Toni Braxton, ale wszystkie zabawne demoty już na ten temat zmontowano, więc jebnę se swoją ulubioną chyba piosenkę Łytni, jakkolwiek niestety nie będzie to nic oryginalnego. Miałabym do niej nawet dedykację, no ale już, k., nie bądźmy śmieszni...

  • awatar adu: costner nigdy mnie nie krecil, ale mysle, ze jako dziewczynka mala mialam slabosc do whitney nie tylko dla jej glosu:)
  • awatar adu: ciekawe, obejrzałam teledysk i kiedys wydawala mi sie ladniejsza, ale moze robilo na mnie wrazenie, jak siedziala na tym krzesle :O
  • awatar adu: to tylko moda dziala na jej niekorzysc, w teledysku it's not right but it's ok wyglada pieknie ♥
Pokaż wszystkie (9) ›
 

piglatin
 
Od jakiegoś czasu miałam się wybrać, w końcu się wybrałam. Trailer zapowiadał się obiecująco, Natalię kocham, do komedii romantycznych żywię pewne ciepłe uczucia, więc trochę sobie naobiecywałam. Zgodnie z zasadą unikania lektury recenzji w ogólności, przed samodzielnym przetrawieniem ich przedmiotu szczególnie, nie czytałam pretensjonalnych wypocin krytyków gdzieś tak do 30 minut przed wyjściem do kina. Rzuciłam jednak okiem i naczytałam się rzeczy strasznych. Zarysowała się przede mną wizja 40-minutowej podróży środkami komunikacji miejskiej, do tego z przesiadką, odbyta po to tylko, by dwadzieścia złotych pochłonięte przez przepastne trzewia multipleksu zmarniały za wtórny, usypiający i nie dość zabawny moralitet. Wniosek z tej historii jest następujący: NIGDY, KURWA, NIE CZYTAJCIE JEBANYCH RECENZJI JEBANYCH, KURWA, KRYTYKÓW, TYLKO, KURWA, IDŹCIE NA FILM. Kurwa. Bardzo, proszę was, dobry kawałek komediowy. Bardzo zgrabne i wcale nie tak usypiające dialogi. Rozsądnie, psychologicznie umotywowane postaci i scenariusz. Zbilansowane i odpowiednio dawkowane porcje sprawnie wywoływanych wzruszeń i rechotów. Dobrze zagrane, elegancko wyreżyserowane, żadnych przesadnie tkliwych dłużyzn i żadnego epatowania mądrościami z chińskiego ciasteczka o Prawdziwej Miłości etc. Krytycy lubią sobie pojeździć, bo na czymś muszą. Inna rzecz, że zajeżdżanie komedii romantycznej za to, że nie okazała się sequelem "Siódmej Pieczęci", jest głównie jednak wkurwiające i kiepskie świadectwo wystawia zblazowanej gawiedzi intelektualnych onanistów witrynowych, którzy między 8 a 16 plwają potoczyście na wszystko, co nie dostało nalepki choćby jednego egzotycznego festiwalu o niemożliwej do wymówienia nazwie, a wieczorem na lapku oglądają po raz 17-ty "Pracującą dziewczynę". Wracając jednak do 'No strings attached' (błyskotliwe jak kurwa zawsze polskie tłumaczenie tytułu: "Sex Story"), polecam z nieskalanym sumieniem, idźcie, przekonajcie się, a jak się wam nie spodoba, pocałujcie się w d. :D Nie no, żarcik, możecie oczywiście napisać tutaj, że wam się nie podobało i spierdoliłam wam wieczór ;) Ja już zasysam do powtórnego oglądania. Enjoy.

  • awatar ada: "sex story" to jest po polsku?:O
  • awatar piglatin: Seriously, powinna istnieć jakaś coroczna nagroda za mistrza wśród bezdennie durnych tłumaczeń tytułów na polski.
  • awatar a.: czemus mi nie odpisala na maila, he?
Pokaż wszystkie (4) ›
 

piglatin
 
Ostatnie odcinki drugiego sezonu IT za mną.
Idzie wiosna, która nie będzie trwała wiecznie.
Nie chodzi o to, żeby wreszcie dokądś dotrzeć, ale o to, żeby mieć dokąd zmierzać.



- You were so angry when you've got here.
- I'm still angry.
- Yes, but now you can talk about it. When I first met you, you couldn't acknowledge that anything could hurt you.
- Now everything hurts me. The rain hurts me and I feel like I have no skin.
- You've learn so much about yourself. About acceptance, about trust, about not needing to be perfect all the time. I know it's hard to see that now, but the great thing about self-knowledge is that once you have it, you have it. And you can't help but put it into use.
 

piglatin
 
'And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
Shall be lifted - nevermore!'

 

piglatin
 
Mad Hatter: Would you like a little more tea?
Alice: Well, I haven't had any yet, so I can't very well take more.
March Hare: Ah, you mean you can't very well take less.
Mad Hatter: Yes. You can always take more than nothing.



Caterpillar: Who are you?
Alice: Why, I hardly know, sir. I've changed so much since this morning, you see.
C: No, I do not C, explain yourself.
A: I'm afraid I can't explain myself, you see, because I'm not myself, you know.
C: I do not know.
A: I can't put it any more clearly, sir, because it isn't clear to me.



Alice: I was just wondering if you could help me find my way.
Cheshire Cat: Well that depends on where you want to get to.
A: Oh, it really doesn't matter, as long as...
ChC: Then it really doesn't matter which way you go.

A: But I don't want to go among mad people.
ChC: Oh, you can't help that. Most everyone's mad here.



Well, when one seems lost, I suppose it's good advice to stay where you are until someone finds you. But who'd ever think to look for me here? Good advice. If I listened earlier, I wouldn't be here. But that's just the trouble with me. I give myself a very good advice, but I very seldom follow it.



I give myself very good advice, but I very seldom follow it.
That explains the trouble that I'm always in.
Be patient is very good advice, but the waiting makes me curious.
And I'd love the change, should something strange begin.
Well I went along my merry way, and I never stopped to reason.
I should have know there'd be a price to pay someday.
I give myself very good advice, but I very seldom follow it.
Will I ever learn to do the things I should?
 

piglatin
 
It's in the inside, bitches.

I feeeel good, a poniżej garść wersji - oryginalna i kilka fantazyjnych, wciągajcie wiosnę, life's short!

Wersja na lekki poślizg i drżące kolanka:


Wersja animacyjno-geriatryczna:


Wersja dydaktyczna, moduł: kurs tańca mistrzowskiego:


Wersja spontaniczna niekoordynowana. Spoiler alert: ROZKURWIA!:
 

piglatin
 
Wkrótce rozpiszę się szerzej na temat tego serialu, bo to jeden z tych, co wykręcają mi jajniki dookoła małego palca lewej stopy. Nie wiem, jak działa ten montażowy, scenariuszowy, aktorski i reżyserski majstersztyk na widzów, którzy o terapii słyszeli, podobnież jak Robert Janowski, w gazecie, ale element empatycznego współodczuwania z postaciami pacjentów gra tu dla mnie rolę zasadniczą. Mnie na łopatki rozkłada wątek i postać Sophie. Rzadko miewam uczucie, że oglądam siebie na ekranie, ale to jeden z tych rzadkich a bezcennych przypadków.

What does your instinct tell you?
I don't have any instinct.
What does your heart tell you?
I don't have the heart.

 

piglatin
 
W sowim module egzystencji między godziną późnonocną a wczesnoranną dysk śpiącego obok służy urozmaiceniu bezsenności. Padło na 'Never let me go', ekranizację (adaptację? kurs z doktorem Syską nie naświetlił sprawy) powieści Kazuro Ishiguro, tego, co to napisał 'Okruchy dnia' zekranizo... zadapto... wyreżyserowane kurwa potem przez Ivory'ego (oglądałam w liceum, znudził mnie wysoce). 'N. L. M. G' w reżyserii Marka Romanka (ten z kolei nic ważnego poza tym nie wyreżyserował) robi wrażenie naprędce skleconego filmowego streszczenia powieści (dla jasności - nie czytałam powieści, ale wrażenie nie sługa) i właściwie gdyby nie fakt, że jest to film smutny w trzy chuje i posępnie depresyjny w conajmniej piętnaście, pewnie nie zrobiłby na mnie wrażenia. Ale zrobił, bo historia jest jednak sprytna, a całość przy akompaniamencie rzewnej nuty autorstwa Rachel Portman prowadzona tak, żeby na pewno rozmiękczyć delikwenta przed srebrnym ekranem aka matrycą Asusa. Cała trójka gra dobrze, chociaż nieco jakby beznamiętnie. Powieść, która, wnoszę, jest zdecydowanie lepsza od filmu, idzie na listę 'do', all in all, it was a good, although short night.
----------------------------------------------------------------------------------------------

After all we all complete. Maybe none of use really understand what we've lived through, or feel we've had enough time.

 

piglatin
 
It'll be easy-peasy-lemon-squeezy.
No, it won't. It'll be difficult-difficult-lemon-difficult.

Wszelkie sufity rozkurwiają dialogi suto inkrustowane soczystymi przekleństwami o wysokiej wartości literackiej, przegląd akcentów wyspiarskich attached.

Must see, you F, star, star, CUNTS!

 

piglatin
 
Miałam ostatnio przyjemność multipleksową popatrzeć obie na Kroniki Narnii część trzecią w 3D. Przyjemność niespodziewaną, bo to był mój pierwszy raz (i od razu w 3D), do tego w szafie, znaczy za szafą, czyli w plenerach pokrytych wykurwistymi połaciami śniegu. Wieść krytyczno-recenzencka głosi, że ten film jest średnio słaby, ale chuj z tym, bo siedzenie w goglach, za to bez butów (zdjęłam po 5 godzinach bezustannych zakupów w galerii handlowej, popołudnie spod znaku oh-so-middle-class) i gapienie się na ładną i kolorową bajkę w trójwymiarze podobało mi się wystarczająco, żeby sobie w domu pierdolnąć część pierwszą. Jedynka jest lepsza, nawet bez trójwymiaru i nawet, jeśli występują tam gadające bobry w zbrojach. Poza tym, że "Narnia" to Ewangelia, mają tam fajnego fauna, granego przez fajnego Jamesa McAvoya i właściwie już od tej sceny (5:20 do końca) zaczął mnie klimat urzekać:

 

Dzieciaki potrafią się również świetnie bawić w gwałconego, znajdują Wielkie Dildo, a faun chce bzyknąć starszego brata Lucy:
 

Poza tym chyba znowu walnę sobie Sherlocka, bo to jest wielkie w chuj odkrycie, które poszerzyło listę moich favów:



Natomiast konkurs na gigantyczną wprost kurwa porażkę filmową wygrał film pete 'Catfish', boring fake document, unnecessary piece of shit, zło, ściek i ściema, boredom, boredom i boredom. Ja jestem konsekwentną widzką, jak oglądam, to od początku do końca, nie siorbię colą w trakcie i trzymam siku do końca. Jak pauzuję na herbatę, to znaczy, że jest średnio, jak na facebooka, to znaczy, że słabo, ale jak przeskakuję do przodu o całe sekwencje, tak jak w przypadku tego gówna, to znaczy, że peudokurwatwórcy, którym się zdaje, że warto marnować dwie godziny życia niewinnych ludzi na serwowanie im kurwa objawień w rodzaju "Ludzie w internecie, w tym również na facebooku, niekoniecznie są tymi, za których się podają", powinni zostać odstrzeleni przez Ligę Obrońców Josepha Fritzla, który uprzednio wsadzi ich na 15 lat do piwnicy i będzie gwałcił systematycznie aż do całkowitego wytrząśnięcia pustych mózgów. Trailer ku-kurwa-przestrodze:

 

W życiu jak we filmach, ktoś nam robi dobrze, więc ktoś inny musi nam coś obowiązkowo spierdolić.
 

piglatin
 
Skorośmy przy Rachel MacAdams, dokładamy do niej jeszcze Ryana Goslinga i otrzymujemy tandetne, jakkolwiek nie tak znowu skrycie przeze mnie uwielbiane romansidło pete 'The Notebook' na podstawie koszmarnie złej pono książki jakieś pisarzydliny pokroju Daniel Styl or worse. Jeden z tych filmów, co to je w kółko, w zapętleniu nawet mogę.

Now, to make the long story short.

12-go było tak:

So, I promised I'd take care of this, and I did.

16-go było tak:

So, he asked me to dance with him and more, and I said yes, 'cause even if he's a terrible singer, I like the song. And more.

Potem było tak:

I tak:
 
So we finally both got in the water, because that's what we do - if he jumps, I jump.

I wreszcie poszło tak:


Because that's what we do. We fight. I tell him when he's being an arrogant son of a bitch and he tells me when I'm a pain in the ass. Which we are 99% of the time.
So, it's not gonna be easy. It's gonna be really hard. But still, there's also as much fun as we can make out of every moment and as long as we want it, we can work at this day by day.
So, we're just waitin' for the next chapter now.
 

piglatin
 
I'm fuckin' totally in lesbians with that movie. Nie mogło być inaczej, jest Jude, jest Robert i jest Rachel, można ślinić podbródek przez dwie bite godziny, onanizować się na wiele sposobów i znowu ślinić. Nienawidzę szczerze zespołu rozległego upośledzenia muzycznego Avril Lavigne, a tu ktoś zmontował takie coś, co się ładnie komponuje wespół ze zdjęciami z tego kurewsko wprost zajebistego filmu, które ilustrują przebieg zajebistego równie kurewsko wątku miłosnego Holmesa i Irene:

 

piglatin
 
Pisałam już, że Scott Pilgrim dooobry, a co ciekawe, bo rzadko mi się zdarza, dupę urywa mi powoli, po kawałku, niepostrzeżenie wręcz, żadnego spektakularnego rozrywania odbytów kinematograficznymi szrapnelami, po prostu niektóre dialogi zaczynają się robić epickie i wchodzą mi na stałe do słownika konwersacyjnych wytrychów. Tagline tego filmu to, swoją drogą: 'An epic of epic epicness' :D I tam tak cały czas:



 

piglatin
 
No to obejrzałam sobie 'The Beach', bo mi zostało polecone i bo przymierzam się do '127 Hours', więc nadrabiam zaległości Boyle'owe (jeszcze tylko Slumdog i jakieś pięć innych filmów brytola i nadrobione, ha). No więc dupy to nie urywa, Leonardo jest dobry, ale on zawsze jest dobry, Tilda też, ale ona zawsze też, Carlyle akurat jest taki sobie, bo jedzie na charakterystycznej manierze psychola z północnym akcentem, co akurat w tym przypadku nie rzuca na kolana (bo w 'Trainspotting' rzucało twarzą prosto w jego fujarę, taki był dobry). Ten film jest quite pointless, ale to nie znaczy, że zły, to znaczy, że ch. wi, o co w nim chodzi i po co powstał. Jeśli to ma być metafora, alegoria albo inne pojęcie z podręcznika do poetyki profesora Kulawika, która poucza o ulotności szczęścia, to słabo. Jeśli to jest przypowieść o tym, że bezwzględna pogoń za przyjemnością kończy się upadkiem człowieczym, to jeszcze słabiej. Jeśli to opowieść o tym, że szczęście nosimy w sobie, to Paulo Coelho postanawia żyć wiecznie. Ja z zasady nie lubię takiego pierdolenia o niewiadomoczym, ale akurat to pierdolenie zdało mi się całkiem strawne, przyjemne oku i uchu (ścieżka jest sympatyczna, jest Moby, Faithless, Chemical Brothers, nawet sobie poszukam do zassania). Nie widzę sensu wrzucać trailera, bo ścieżka do filmu jest ciekawsza od filmu, więc niech będzie Moby ('Porcelain' z albumu 'Play'):

 

piglatin
 
Nie widziałam wszystkich filmów Winterbottoma (sugestia znajomego: "Wolałbym przez cały dzień patrzeć jak schnie farba na ścianie aniżeli jeszcze raz obejrzeć '9 Songs' "), ale to i tak jest na pewno najlepszy film Winterbottoma. Sufitowy rozkurwiacz, jeden z tych, co to je mogę w te i nazad, piękna, łzawa ścieżka autorstwa Adriana Johnstona, piękna, utalentowana Kate Winslet, piękny (no tak, tak), utalentowany i łzawy Christopher Eccleston, piękny, bezpretensjonalny scenariusz na podstawie chujowej jak zeszłoroczny barszczyk wigilijny powieści Thomasa Hardy'ego, wszystko piękne i oszczędnie, niełzawo wyreżyserowane.

Doskonałe tło pod histeryczny szloch bez krępacji:
 

Jedna z najlepszych w tym filmie sekwencji, dla odmiany niełzawa i dialog błyskotliwy, a urokliwie sfilmowany (ok, and meaningful):

- Do I irritate you?
- No.
- Even though I'm always trying to prove how much cleverer than you I am.
- You are.
- Don't say that!
- Why not?
- Because it's not the sort of thing you should admit to!
- Why not if it's true?

 

piglatin
 
Przebieg zapalenia płuc: 42 godziny bezsenności, 15 godzin śpiączki. W perspektywie: Karpowicz (nudy), "The Fountain" (zaciekawostka) Aronofsky'ego i "Panic Room" (mniej entuzjastyczna zaciekawostka) Finchera (końcówka roku w barwach awansujących do pierwszej 30-stki moich ulubionych reżyserów), w tle: ścieżka z Social Network (jeśli ktoś jeszcze nie zassał i nie zapętlił, ten nigdy nie może być w niebie, no, chyba, że dotknął ziemi chociaż raz, powiedzmy tak: c.wrzuta.pl/wi77/211d2e9300234b3345af1ae4/0/pijak), w sieci: krzesło w kształcie i kolorze FLAMINGA!

 

piglatin
 
Okurwajasnamać, właśnie skończyłam oglądać Black Swan.

...

Nic więcej teraz nie napiszę, bo jeszcze mi się ręce trzęsą i nie wiem, gdzie mi wypadła żuchwa.

KURWA!
 

piglatin
 
Straszliwa żałość stała się moim udziałem wczorajszego wieczoru i z początkiem dnia dzisiejszego - zafundowałam sobie dwie i pół godziny wtórnego rozmemłańca spod znaku kina dla znudzonych atrakcjami. Jeśli w piętnastej minucie filmu zaczynam robić manicure, nie będzie dobrze. Rozłożyłam badziewie w czasie, żeby nie dać się zamordować nudą (wypadałoby napisać, że rozłożyłam, żeby z nudów nie usnąć, ale w dalszym ciągu doświadczam uroków bezsenności, więc być może mniej ta mizeria by mnie zirytowała, gdybym po prostu z nudów zapadła w śpiączkę). Nic się nie dzieje, same dłużyzny, w kategorii pomysłów na oryginalną narrację zwiedzamy pustynię błędowską, w ch. mamy, i to bardzo głęboko schowane, zainteresowanie tym, kto zabił, intryga dostała katatonii i ślini się w pozycji jaskółki, idziemy robić herbatę, siku, sprawdzamy fejsbuka i znowu siku. Gyllenhall, Ruffalo i Downey Jr ładnie grają, ale postaci są papierowe, a dialogów mogłoby wcale nie być, takie są byle jakie. Nie jestem fanatyczką Finchera, ale zarobił u mnie punktów za Social Network, więc wybaczam mu to hurtowo razem z Benjaminem Buttonem, którego, o, zgrozo, przy Zodiacu ma się ochotę nazwać niezłym. Jeśli kto nie cierpi na natręctwo, które przypadło mi w udziale, a które polega na przymusie oglądania każdej bez wyjątku produkcji każdego bez wyjątku reżysera, któremu kiedykolwiek przydarzyło się zrobić cokolwiek przyzwoitego, i jeśli do tego nie doskwiera komu druga, trująca mi zdrowie i czas wolny przypadłość, która polega z kolei na przymusie kończenia wszystkiego, czego się obejrzeć podjęło - proszę absolutnie nie odpalać tego kinematograficznego gluta, którego dystrybutorzy zapomnieli obetrzeć Fincherowi z nosa, zanim obsmarkał nim kilkaset tysięcy kumatych osób. Trailer wrzucam poglądowo, jeśli ktoś na jego podstawie uzna, że warto sobie to jednak zapodać, to znaczy, że nie zalicza się do pomienionych kilkuset tysięcy.  

 

piglatin
 
Dobra, bardzo dobra, świetna ścieżka do Sociala. U mnie już w zapętleniu.

 

piglatin
 
Z cyklu: filmy chwytające za organy rozrodcze. Co ciekawe, film ten przy pierwszym podejściu zrobił na mnie wrażenie porządnego, bez jednakowoż szału macicznego. Coś jednak zrobił, bo już następnego dnia wykonałam drugie podejście, żeby tym razem uznać, że "porządny" nie oddaje, bowiem jest to kawałek kina naprawdę znakomity. Fani Davida nie będą rozczarowani, ale zachwyceni zapewne tym bardziej nie. Niewiele tu Fincherowskiego rozmachu i to akurat poczytuję tej produkcji za duży plus (nie, żebym uważała, że efekciarstwo stanowi esencjonalny element rozpoznawalności tego reżysera :P , po prostu akurat Dave nie figuruje w czołówce moich ulubionych twórców współczesnego kina). Rzecz została wyreżyserowana precyzyjnie, ale nienachalnie, podobnież rzecz ma się z grą aktorską, nienarzucającą się, ale dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach: rewelacyjne trzy główne role męskie - Jesse Eisenberg, Andrew Garfield, Justin Timberlake (tak jest, wszyscy kochamy Justina), doskonała kreacja Armmiego Hammera, który wcielił się w balansujące na granicy karykatury, ale przekonująco żywe i poruszające postaci bliźniaków Winklevoss i świetna, stonowana i mocna jednocześnie rola Rooney Mara jako Ericy, byłej (od 3 minuty, 42 sekundy) dziewczyny Marka. Scenariusz Aarona Sorkina (na podstawie, jasna sprawa, 'The Accidental Billionaires' Bena Mezricha /aż przeczytam/) funduje (jak to, sprawa niemniej jasna, scenariusz) wyśrubowany poziom całości: intryga rozwija się we właściwym tempie, równoległa temporalna narracja pozwala utrzymać stałe zainteresowanie przez dwie godziny, do tego dialogi nieprzegadane, a treściwe, błyskotliwe, a nie efekciarskie. Muzykę zrobił Trent Reznor do spółki z Atticusem Rossem, więc komentarz jest zbędny (ale co tam: ścieżka roziwania sufity). Sam miód właściwie czyli. Oczywiście muszę się do czegoś przypierdolić i robię to z czystym jak wydzielina kanalika łzowego sumieniem: tagline jest słaby :P Ale ja nie o tym. Jest to historia o mężczyznach, opowiadana przez mężczyzn z perspektywy bardzo męskiej - jedyną kobietą, której nie sposób jednoznacznie przyporządkować do kategorii umysłowo niedomagających gałociągów, jest ex głównego bohatera, która zresztą opuszcza piaskownicę z emblematem "Zuckerberg" z przyczyn całkiem feministycznych. Grana przez Rashidę Jones obrończyni w procesie Zuckerberga też pod kategorię nie podpada, ale żadna z pań intelektem na ekranie nie morduje. Obie panie posiadają jednak (kobiecą przecie! o, ironio) psychologiczną intuicję, która pozwala pierwszej z nich  zdiagnozować nieszczęsnego NERDa w dwóch celnych werbalnych ciosach, drugiej zaś wypowiedzieć na koniec sam (!spoiler alert!) kluczową frazę: 'You're not an asshole. You're just tryin' so hard to be'. Poza wszystkim bowiem jest to przecież, rzecz jaśniejsza niźli słońce, opowieść o małym chłopcu, który cierpi ambicjonalne katusze i koi niezaleczone kompleksy, oddając spektakularne strzały w kolana swoje i tych, na których naprawdę mu zależy.
Polecam i zalecam, żeby nie poprzestawać na jednorazowym seansie. Warto bez dwóch zdań.

 

piglatin
 
Obskoczenie dwóch wigilii z zapaleniem płuc to prawdziwy fun, z drugiej strony moja lodówka już dawno nie była tak wypchana żarciem nieodpowiednim na żadną porę dnia (no, chyba że grzybowa z sernikiem i uszkami na drugie śniadanie). Poza tym dostałam 'Huśtawkę oddechu' Muller, szalik z haenemu (vivlahipsterstajl), pęk fosforyzujących patyczków (pałeczek?) i dwa chińskie balony (wtf???). W sumie narzekać nie mam na co, rodzina na saksach, a Wigilii nie przesiedziałam przed kompem. Ale dość wzruszeń, coś dla fanów świątecznej atmosfery, tej prawdziwie soczystej, wprost z corocznej reklamy coca-coli:

Jak przetrwać święta, kiedy wolne miejsce dla zbłąkanego gościa chce zająć wesoła kompania koneserów mózgu na ostro:



Mikołaj w tym roku nie przyjdzie:



Wszyscy kochamy Justina:



I bonus dla miłośników bobrów i wszelkich innych wynaturzeń:

www.divx.nl/divx_video.aspx…

No, to niech te święta udadzą Wam się lepiej, niż koleżce poniżej:
 

 

Kategorie blogów