Wpisy oznaczone tagiem "o sobie" (271)  

nulini
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

nulini
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

greengirl
 
Ostatnio rzadko tu zaglądam, a i to głównie po to by się wyżalić. Być może ktoś ma mi to za złe- jeśli tak to przepraszam- ale dzięki temu czuję się lepiej i łatwiej znieść mi moją szarą, nędzną rzeczywistość.

Z wycieczki wróciłam smutna. Nie żeby się nie udała, wręcz przeciwnie, było cudownie!! I właśnie dlatego wróciłam smutna. Wcale nie chciałam wracać. Tam jest zupełnie inne życie. Widoki dookoła są piękne, a ludzie mili i uśmiechnięci. Dla mnie to coś nowego, bo tutaj niewiele osób się uśmiecha i wszyscy głównie narzekają i mają pretensje. Za rok zamierzam pojechać tam jeszcze raz. Zaczęłam nawet rozważać czy by się w ogóle nie przenieść gdzieś za granicę... Mam już trochę powyżej uszu mojego życia tutaj. Potrzebuję jednak sporej motywacji, bo to skok na głęboką wodę. Musiałabym wszystko zostawić, prawdopodobnie z mężem włącznie... To bardzo poważna i trudna decyzja. Dużo myślenia.

Nasz wyjazd pociągnął za sobą jeszcze inne skutki. Kolega mojego męża, ten obrażalski o byle gówno, znów się obraził. Poszło o urodziny innego kolegi, które... miały być świętowane w naszym mieszkaniu!! Nie mam pojęcia kto wpadł na ten pomysł, prawdopodobnie sam R solenizant, a pozostali to podchwycili. R oczywiście ma gdzie urządzać imprezy, bo jego wujek jest za granicą i dał mu klucze od swojego mieszkania. Tym bardziej to dla mnie dziwne, no ale pewnie liczył na to, że ja zabiorę się za gotowanie, upiekę jakiegoś kurczaka czy coś, a potem jeszcze rzecz jasna posprzątam po wszystkich. A w życiu! Na ostatniej imprezie pan Obrażalski bez przerwy narzekał na jedzenie, które przygotowałam, więc obiecałam sobie, że więcej niczego nie ugotuję i albo niech przynoszą swoje, albo marsz do restauracji. Mój mąż o tym pamiętał, więc nie dał kolegom jednoznacznej odpowiedzi. Powiedział, że musi o tym ze mną porozmawiać. Ale nie porozmawiał, bo wyjechaliśmy. Dla Obrażalskiego nie miało to jednak znaczenia. On się napalił na imprezę, a gdy okazało się, że jej nie będzie, to się obraził i już drugi tydzień nie chce nigdzie wyjść z domu. A wścieka się tym bardziej, że jego fochy na nikim już nie robią wrażenia. Nikt go nie prosi i nie błaga.

No i impreza chyba będzie jutro. Właśnie się dowiedziałam, że mąż wszystkich pozapraszał. R prawdopodobnie przyjdzie z dziewczyną- dzisiaj ma potwierdzić, a Obrażalski z K przyjdzie na pewno. Ciekawi mnie co ze sobą przyniosą, bo ja gotować nie zamierzam... ;p
 

greengirl
 
Dobra, jutro jadę... ;)
 

greengirl
 
Wkrótce wyjeżdżamy z mężem za granicę i szukamy zastępczego lokum dla naszego kota. Świnka idzie do hotelu dla zwierząt, ponieważ nikt nawet nie wie, że ją mamy. Taka przyjemność będzie nas kosztować 203 zł za tydzień pobytu, ale przynajmniej będę pewna, że ktoś się nią porządnie zajmie. Z kotem to inna sprawa. Zaofiarował się przygarnąć go nasz znajomy, który opiekował się nim już dwukrotnie i z wielkim entuzjazmem przyjął wieść, że kot znów u niego zamieszka. My również się ucieszyliśmy, ponieważ stać nas tylko na wysłanie jednego zwierzaka do hotelu. Niestety znajomy nagle się rozmyślił. Coś mu musiała jego dziewczyna nagadać. Najpierw powiedział, że wyjeżdżają na kilka dni, a potem nagle, że nie będzie miał czasu z nim siedzieć, bo dużo pracuje. No cóż, wcześniej też pracował, a kot całe dnie przesypia, no ale dobra. Wkurzyliśmy się z mężem oboje. Nie dlatego, że nie wziął kota, ale dlatego, że kłamał, a przecież za prawdę byśmy go nie zjedli. Ale niech mu będzie. Przynajmniej przez dłuższy czas się nie pojawi, żeby pożyczyć pieniądze. Nie lubię takich ludzi.

No i druga sprawa, która dziwi mnie strasznie. Większość naszych znajomych śmieje się, że mamy kota. Ja naprawdę nie wiem, o co im chodzi? Ani nie rozpowiadam o nim na prawo i lewo, ani nie wstawiam bez przerwy jego zdjęć na fb, a każdy się zbija. Głównie jest to wina owego znajomego, który naszego kota nie chciał wziąć, bo w pracy u mojego męża to on na wszystkie strony kłapie o nim jakby należał do niego. A już to, że chcemy komuś go oddać na wyjazd... No zbita niesamowita. "Szukają domku dla kotka". Co w tym śmiesznego? Mam go zostawić w domu na tak długi czas, żeby zdechł z głodu czy wyrzucić na śmietnik? A już najbardziej to się ten znajomy dopytuje "jak tam kotek?", "co u kotka?" i wszyscy to słyszą, śmieją się i robią to samo.

Jest to właściwie główny powód, dla którego nikt nie wie o śwince morskiej. Świnka ponoć śmierdzi. Wszyscy tak twierdzą, nawet ci, którzy świnki nie mieli i podejrzewam, że moje tłumaczenia na nic by się tutaj zdały. Prawda jest jednak taka, że świnka śmierdzi i owszem, ale jak się u niej nie sprząta i o nią nie dba. Poza tym wolę sobie darować pytania: a co zrobiliście z kotem?, a na co wam tyle zwierząt?, a kot jej nie zje...

A potem się dziwią, że ktoś jest niemiły, zamknięty w sobie i woli siedzieć w domu niż gdziekolwiek wyjść.


Co do kota, weźmie go do siebie kuzyn męża. Oczywiście też się śmiał, że szukamy kogoś do opieki... Już mi się odechciało tych wakacji... A moje plany by rzucić wszystko i zwiać stąd coraz bardziej zaczynają mi się podobać.
  • awatar zabije_grubasa: 200 zł za tydzień?! W cenie masowanie łapek i szamponik do futerka, tak? :D
  • awatar Greenie: @zabije_grubasa: pewnie nie, ale na pewno wyżywienie i opieka weterynaryjna
Pokaż wszystkie (2) ›
 

greengirl
 
Wczoraj pojechaliśmy nad jezioro. Mój mąż chciał zabrać kolegów, ale jeden nie odbierał telefonu, a drugi zaczął marudzić...

Najpierw oznajmił, że pojedzie, ale taksówką. Nie spodobał nam się ten pomysł, bo nad jezioro kawałek drogi i nawet gdybyśmy się złożyli, to wyszłoby z tego kilka biletów autobusowych. 3 złote to nie majątek, a w sklepie bilet nawet za 2.20

W takim wypadku kolega oznajmił, że się zastanowi czy pojedzie i zaczął wymyślać, że coś źle się czuje i powie nam za godzinę. W ten sposób godzin minęło trzy, a on dalej nie wiedział czy pojedzie. Na koniec zapytał jeszcze czy taksówką pojedziemy, a gdy się dowiedział, że nie, to oznajmił, że nie jedzie wcale. No jak nie to nie. Najwyraźniej myślał, że będziemy go prosić i pójdziemy mu na rękę. Pojechaliśmy sami. Po jakichś dwóch godzinach go ruszyło... Namyślił się i przyjeżdża. Wziął taksówkę idiota. Zapłacił 40 zł i cały czas jęczał ile to pieniędzy musiał wydać na przyjazd.

No niektórym to można pogratulować rozumu.
 

greengirl
 
No i się nacieszyłam powrotem do zdrowia! Dziś rano wstałam z bólem prawego policzka... zatoki! W ciągu dnia zaliczyłam długi spacer, ale wlokłam się jak na ścięcie. W ogóle nie miałam siły. W dodatku pod nosem robi mi się opryszczka... To już jest szczyt wszystkiego! Kumulacja nieszczęść jak w totku!! Zamiast planować urlop to ja się zastanawiam czy gdziekolwiek się z domu ruszę! Życie się na mnie uwzięło :/
Pokaż wszystkie (1) ›
 

greengirl
 
Nie ćwiczyłam cztery dni. Z nosa albo mi się lało, albo był zatkany. Do tego kaszel, okres i ogólne osłabienie organizmu. Dziś już poczułam się lepiej i z samego rana zabrałam się za cardio. Było ciężko. Były momenty, w których nie dawałam rady podnieść nogi i bardzo często popijałam wodę, ponieważ zasychało mi w gardle i zaczynał się kaszel. Jednak dałam radę! Potem oczywiście plułam, bo z gardła zaczęło mi się wszystko odrywać. Odzyskałam także trochę swojego węchu. Bardzo mnie to cieszy, bo teraz przynajmniej czuję, że na śniadanie jem banana, a na obiad ryż z sosem pomidorowym, a nie tylko coś słodkiego i coś słonego, co rozpoznaję wyłącznie po wyglądzie.

Pamiętam, że kiedy jadłam mięso chorowałam bardzo rzadko, raz lub dwa razy do roku, ale trzymało mnie to o wiele dłużej jak teraz. Nawet przez tydzień nie czułam smaku jedzonych potraw a i później węch wracał mi powoli. Katar miałam przez dwa do trzech tygodni. Bardzo często towarzyszył mu również kaszel. Teraz po dwóch dniach zaczynam odczuwać zapachy, a jedzenie znów mi smakuje! Jest więc pewna różnica w reakcji organizmu na przeziębienie teraz a kiedyś- zdrowieję szybciej :)

A skoro już mowa o jedzeniu to mam przepis na coś bardzo dobrego! Postaram się na dniach to przyrządzić to podrzucę Wam i przepis i zdjęcia. Mój chłop był zachwycony- no ja trochę mniej, bo już chora byłam- więc i większości z Was coś takiego powinno przypaść do smaku.

Miłego weekendu :*
 

greengirl
 
Właśnie się dowiedziałam, że teściowa zaczęła dysponować naszym mieszkaniem. Przyjechała do niej bratanica z chłopakiem, a ona do nich, że nie muszą dzisiaj wracać do domu, posiedzą sobie u niej, a potem przyjadą się do nas przespać... Mój mąż nie zaprotestował, bo mu było głupio, ale powiedział, żeby najpierw zadzwonili jakby co czy jesteśmy w domu, a co ta jego matka ponakręca dalej to nie mam zielonego pojęcia. W każdym razie gdyby się czepiała, to zamierzam jej to wypomnieć, bo sama nie raz powtarzała, że cudzym mieszkaniem się nie dysponuje.

Na razie nikt jeszcze nie dzwonił. Umówiliśmy się, że telefonów nie odbieramy, a ja drzwi od mieszkania nie otwieram. Oni mieli w planach jechać do domu, więc albo niech jadą, albo nocują u kochanej cioteczki.

Jak nic nóż mi się w kieszeni otwiera na takie zachowanie. Ogólnie nie przepadam za częstymi wizytami w moim domu, po prostu taka już jestem, ale nie wygonię jak ktoś przyjdzie (chyba, że ktoś jest natrętny i przyłazi zbyt często, wtedy nie potrafię ukryć swojej niechęci). Niemniej jednak wpychanie mi do domu na nocleg właściwie swoich gości, to już jest gruba przesada. W dodatku teściowa posiada dwa dodatkowe tapczany i ma trzy pokoje. Mogłaby spokojnie przenocować więcej osób jakby chciała, ale z jakiegoś powodu nie chce.

Sobie poczyna na tej swojej emeryturce! Nudzi jej się i chyba marzy o tym by dostać ode mnie wpierdziel...

A co jest w tym wszystkim najgorsze? Że ona i tak niczego nie zrozumie. Rozpłacze się, obrazi i będzie miała mi za złe, że ją obraziłam. Będzie przepraszać za to, że żyje i mówić jak mało jest już potrzebna. Może jeszcze naśle na mnie swoją matkę i jakąś ciotkę... I to ja będę ta zła. Bo ona jest stara i biedna i wszystko jej się należy, a ja muszę sobie na to zapracować. Muszę się zestarzeć i wtedy mogę być dla innych taką samą suką jaką ona jest.
  • awatar LadiesMoto: Nie przejmuj się takimi zachowaniami, udawaj że lata ci to wszystko koło dupci i się odczepi! Współczuję... :/
  • awatar Greenie: @Motocyklistkaaa: nie odczepi się, to nie ten typ człowieka. Ona będzie łazić i truć mi dupę, ponieważ jestem jej rodziną. A podejście do rodziny to ma takie, że choćby ją zwyzywać to ona się nie obrazi na zbyt długo, bo to RODZINA.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

greengirl
 
Jestem chora :/
Z nosa mi się leje i bez przerwy kaszlę. Nawet nie ma mowy o ćwiczeniach! Ta bezczynność sprawia, że trafia mnie szlag. Ani się pochylić, ani nic, bo zaraz gardło pali i się duszę... I to w środku lata! Nie wiem gdzie ja się tak załatwiłam. Pewnie jak siedziałam w przeciągu gdy było tak strasznie gorąco... W dodatku coś mi się w ustach zrobiło i nie mogę jeść. Coś mi się wydaje, że będę jechać na samych zupkach i kefirkach do końca tygodnia. No i jeszcze teściowa... Ona też jest chora- ma zapalenie oskrzeli i złamała sobie palec u nogi :|

Wczoraj- afera. Napisała do mnie na fb, żeby do niej przyjechać. Odpisałam po godzinie, ponieważ dopiero wtedy się zalogowałam. Troszkę się zdziwiłam, że nie zadzwoniła, ale dobra, niech jej będzie i tak. Wieczorem mąż do niej pojechał, a ona z pretensjami. Rozładował jej się telefon. Po włączeniu go nie wiedziała jaki ma pin i wpisywała co popadnie, potem tak samo z kodem puk i sobie zupełnie wszystko poblokowała. Na drugim telefonie z kolei nie miała środków, a ze stacjonarnego dzwonić jej było szkoda, bo drogo. Wysłała więc sąsiadkę po kartę i zadzwoniła na wieś, żeby stamtąd zadzwonili do jej syna, bo ona nie wie co się dzieje... Zupełnie jakby wczoraj dostał pracę i jej o tym zapomniał powiedzieć... Od pięciu lat pracuje w jednym i tym samym miejscu, a ona tylko raz pomyślała, że nie odbiera, bo pewnie jest w pracy. Do mnie nie zadzwoniła- też dziwne, bo zazwyczaj dzwoni- i siedziała tak gryząc pazury, wymyślając i płacząc.

Wieczorem miała pretensje o to, że jej na wiadomość nie odpisałam. Najwyraźniej według niej powinnam siedzieć na fb od rana do nocy i czekać aż coś napisze. Potem, że nikt jej nie odwiedza i wszyscy o niej zapomnieli- a dzień wcześniej powiedziała, żeby do niej nie przyjeżdżać, bo jest chora i nie chce pozarażać.

No i teraz mąż pojechał załatwiać jej z tym telefonem. Wnerwił się strasznie, bo za każdym razem gdy ma wolny dzień, to ona sobie wymyśla załatwianie różnych spraw i tego wolnego jakby nie było. Powiedział jej o tym, to zaczęła nawijać o tym, że jest już stara i sobie nie radzi. Niestety w jej przypadku to nie wiek nie pozwala jej sobie radzić, ale ona sama, bo dopóki mieszkała z synem, to on załatwiał wszystkie jej sprawy, gotował obiady, dzwonił gdzie trzeba i woził. A teraz? Rok po naszym ślubie dopiero do niej dotarło, że mleko i bułeczki może kupić u siebie w sklepiku pod blokiem i korona jej przez to z głowy nie spadnie, a po tabletki przeciwbólowe nie musi jechać w drugi koniec miasta, bo też ma aptekę pod nosem.

Nawet sobie nie wyobrażacie jakie o te zakupy były kiedyś awantury! Potrafiła napisać na kilka minut przed dziesiątą (w nocy), że jej się wszystko (nagle) skończyło i ona nie będzie miała co jeść na śniadanie, więc jej trzeba natychmiast wszystko kupić. Oczywiście od razu wysłała długachną listę zakupów na najbliższy tydzień. A właściwie to w odwrotnej kolejności, bo najpierw przesłała listę, a dopiero po smsie, że zakupy zrobimy jej rano zaczęła sapać, że z głodu będzie umierać, że nie tak syna wychowywała, że wstyd jej za niego... A potem jak rozpieszczony bachor za telefon i do mamusi na skargę, a mamusia (czyli babcia) do wnusia z pretensjami, jak on matkę traktuje. I weź tu człowieku bądź zdrowy, weź miej dobry humor. Ona potrafi rozbeczeć się i nawymyślać komuś- najwyraźniej to lubi- a potem bez przepraszania udawać, że nic się nie stało. No może jej nic się nie stało, ale ludzie też mają uczucia i nie zawsze są w stanie machnąć na to ręką, dlatego ja już swojemu mężowi powiedziałam, że ona mnie drażni i nie przepadam za jej towarzystwem. Jeszcze trochę i jej to powiem. Kwestia czasu.

A tymczasem chciałam pojechać sobie nad jezioro. Oczywiście nie pływać, bo oprócz kataru mam dodatkowo okres, ale po prostu posiedzieć i pooddychać świeżym powietrzem. Podczas choroby coś takiego zawsze mi pomaga, bo kiszenie się w domu tylko przedłuża te męki. Ale nie pojadę, bo "kochana" teściowa pewnikiem wręczyła mężowi jeszcze jakieś inne sprawunki i znów pół dnia będzie wszystko załatwiał. A ona ma w zwyczaju czekać ze wszystkim do ostatniej chwili. Dziwne, że do lekarza nie trzeba za nią chodzić, ale podejrzewam, że gdyby wizyty domowe nie były tak drogie, to lekarz przychodziłby do niej. Szkoda tylko, że ona panicznie boi się płacić przelewem, bo bym jej podrzuciła linka sklepu gdzie mogłaby robić zakupy i kurier przynosiłby jej wszystko pod same drzwi...
  • awatar zabije_grubasa: Z rodziną najlepiej się wychodzi na zdjęciach... ;) Jest sporo sieciówek, które dostarczają zakupy i płaci się przy odbiorze, ale zawsze o te 10% drożej niż w sklepie stacjonarnym :)
  • awatar Greenie: @zabije_grubasa: i właśnie przez to, że o tyle drożej, to jej się opłaca bardziej w sklepie i w dodatku darmowy transport
Pokaż wszystkie (2) ›
 

greengirl
 
Dzisiaj moja "ukochana" teściowa wraca ze wsi. Wczoraj mieliśmy po nią jechać, ale się szczęśliwie rozmyśliła. Być może wujek dał jej porządnie popalić, bo on także na dłuższą metę nie jest w stanie jej znieść. Całe szczęście jedziemy po nią dopiero późnym wieczorem, więc się guzdrać nie powinna i jest większe prawdopodobieństwo, że podczas jazdy nie będzie bez przerwy nawijać. Wieczorem jest zazwyczaj zbyt zmęczona, a gdy jest ciemno, to nie czepia się nawet, że za szybko jedziemy. Może sobie wreszcie radia posłucham, bo niestety nie mam w domu, a jak ją wieziemy to słuchania nie ma. Jak już się teściowa nie ma czego przyczepić, to wyłapuje coś z wiadomości i nawija, a jak nie ma pomysłu, to każe radio wyłączyć. Tylko się później dziwi, że nic nie wiemy, bo przecież "wszędzie o tym mówią". Nie raz już ją prosiłam, że chciałabym posłuchać, na co ona, że tam nie ma niczego ciekawego i nawija dalej. Totalna olewka po prostu, więc jak o coś mnie pyta to udaję, że nie słyszę, bo się skupiam na radiu. Się obraża wtedy, że już nie ważne, albo że powtarzać nie będzie... No tak straszliwie mi przykro, że nie okaże mi łaski i nie powtórzy! Ojoj, chyba będę płakać! :)

W niedzielę złapałam strasznego doła. Z resztą pisałam o tym w poprzednim poście. Mąż chciał mnie zabrać nad jezioro, ale nie pojechałam. Zamiast tego przez godzinę ryczałam i rozbolała mnie głowa. Ćwiczyć poćwiczyłam, głównie z przyzwyczajenia. Cieszę się, że mój organizm na stres nie reaguje już ssaniem w żołądku tylko właśnie tym, ale to już nie było to samo...

Naprawdę zaczynam czuć się niepotrzebna i ciągle oceniania przez innych, a co za tym idzie, rzadko wychodzę z domu, by przypadkiem nie usłyszeć czegoś przykrego. Najgorsze są pytania o pracę... Już sobie z tym nie radzę. Postanowiłam sobie, że pójdę do szkoły- źle, bo powinnam znaleźć pracę, bo już jestem za stara na naukę... I jak się tak nasłucham od tych wszystkich ludzi, to chciałabym stąd uciec. W nikim, jak się okazuje, nie mam wsparcia, nie mam z kim porozmawiać. Przed wakacjami wiedziałam jaki kierunek wybrać, obecnie na samą myśl, że będę się musiała uczyć robi mi się niedobrze. Nie wiem już co chcę robić. Nie mam pojęcia. Nie mam celu w życiu. Niewiele rzeczy mnie cieszy i na niewiele mam ochotę. Gdyby mi ktoś dał teraz 1000 zł, to prawdopodobnie bym je schowała, bo nie wiedziałabym na co wydać. Niby potrzebuję kilku ciuchów, ale nie mam ochoty na latanie po sklepach i pewnie nie wiedziałabym co wybrać... Już nawet o niczym specjalnie nie marzę :/


człowiek.jpg


Od ostatniej niedzieli wiodę naprawdę smutny żywot. Nie wiem po co robię cokolwiek, skoro to nie ma sensu. Czasami czepiam się czegoś i robię to, ale cały czas chce mi się płakać. Nie nadaję się do niczego- wiem, że nie i nie muszę wychodzić z domu po to, by to usłyszeć- ja to wiem.

A tego radia pewnie i tak nie kupię...
  • awatar zabije_grubasa: Nigdy nie jest za późno na podnoszenie kwalifikacji. :) Oceny innych są często cenne - nawet jeśli są specjalnie hiperbolizowane, żeby nam dopiec. Najważniejsze to ugruntować sobie priorytet we własnej opinii, a cudzymi się tylko posiłkować. :) Mam nadzieję, że szybko uda Ci się wziąć się w garść.
Pokaż wszystkie (1) ›
 

greengirl
 
Hejka!
Dawno mnie tu nie było, ale prawda jest taka, że nie miałam specjalnie o czym pisać. A tak w ogóle to są wakacje i zauważyłam, że wiele osób również przestało się udzielać, więc może nikt nie zauważył...

Niestety nie mam dobrych wieści o sobie. Od czasu jak zaczęły się te straszne upały, najczęściej wstaję rano z bólem i zawrotami głowy, co uniemożliwia mi wykonanie porannego cardio, więc moje wyzwanie leży i kwiczy. Niestety. W dodatku waga znów polazła w górę: 67,7 kg. Po prostu porażka totalna! Jeszcze trochę i wrócę do wagi z początku roku!

Dziś rano się załamałam. Naprawdę nie mam już siły, a powoli także ochoty na robienie czegokolwiek. Cały mój wysiłek na nic i jeszcze we wtorek usłyszałam jakie to mam grube nogi i cellulit... No nie ma to jak wsparcie rodziny! Od kilku lat walczę- bezskutecznie. Co mi po mięśniach ukrytych pod warstwą tłuszczu? Tyle tylko, że dodają na wadze. A teraz jeszcze ta pogoda i przybieranie na wadze właściwie z powietrza. Schudnięcie tych kilku kilo zajęło mi kilka miesięcy, a wróciły w ciągu jednego tylko, więc naprawdę czarno to widzę. Co roku obiecuję sobie, że w te wakacje się uda i się nie udaje. Za rok... cóż, za rok jak znów się nie uda, to albo odsysanie tłuszczu, albo po prostu będę trupem, bo jak mam się męczyć kolejne 20-30 lat z odchudzaniem a i tak umrzeć niezadowolona ze swojego wyglądu, to równie dobrze może mnie już nie być za rok. Mam tego po prostu serdecznie DOŚĆ!!

I nie piszcie mi, żebym się nie poddawała i że będzie dobrze. Ja wiem, że nie będzie. Tak samo z pracą jak i z odchudzaniem i byciem fit. Gdyby miało być dobrze- byłoby już dawno. Nie wyleguję się w łóżku i nie marzę, tylko działam, ale ileż można? Po tylu latach należy mi się coś więcej niż ciągłe rozczarowania i brak chęci do życia. Po prostu nienawidzę swojego ciała, bo nic nie da się z nim zrobić. Ile bym nie pracowała to i tak gówno z tego. Już nie umiem się nie przejmować. Po tylu latach pracy nad sobą jestem po prostu jednym wielkim pośmiewiskiem!

Idę sobie... poćwiczyć
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Ja bym na twoim miejscu olała wagę, a zaczęła zwracać uwagę, na to co widać. Niektórzy tak mają, że schodzi im pare centymetrów dzięki diecie i ćwiczeniom, inni muszą trochę bardziej się w to zaangażować. Zostań na razie przy diecie i naturalnym ruchu. Zamiast jezdzić autem do miasta idź na nogach lub zajedź rowerem. Niekoniecznie na tej saunie,ale pod wieczór.Małymi kroczkami,a do celu
  • awatar Greenie: @Za jakie grzechy,dobry Boże!?: widać coraz bardziej odstającą oponkę i ocierające o siebie uda. Na szczęście jeszcze ich sobie nie obtarłam, ale przeszkadza gdy chodzę, bo jedna noga zaczepia o drugą i hamuje... Do miasta chodzę, bo nie mam roweru. I niestety, ale te małe kroczki to ja robię w miejscu, nie do przodu, bo tyle co ich zrobiłam to się powinnam przesunąć o ten kawałek dalej :/
  • awatar zabije_grubasa: Napisz na pw, pomogę Ci na pewno. :)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

czytajnas
 
CHIP to najdłużej wydawany w Polsce miesięcznik o tematyce komputerowej i technologii IT. Zawartość każdego numeru tworzą liczne artykuły o najnowszych technologiach, ich zastosowaniach i wpływie na nasze życie. CHIP publikuje rzetelne, pogłębione testy wszelkiego rodzaju urządzeń komputerowych, w tym notebooków, smartfonów, i tabletów, a także opisy akcesoriów i urządzeń peryferyjnych oraz fachowe porady w zakresie wyboru sprzętu lub problemów, z jakimi mogą spotkać się czytelnicy. Magazyn zawiera też opinie o polskich i zagranicznych wydarzeniach związanych z nowymi technologiami. Magazyn CHIP stawia sobie za cel dostarczenie czytelnikom niebanalnej wiedzy, interesującej rozrywki, ciekawych tematów do przemyśleń oraz służenie pomocą przy wyborze urządzeń, oprogramowania, gadżetów i akcesoriów.



Najnowsze e-wydanie:
www.nexto.pl/e-prasa/chip_p90840.xml?pid=154355

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Więcej gazet i czasopism znajdziesz tutaj:
masz24.pl/gazety-i-czasopisma-cyfrowe-wydania.html
--------------------------------------------------------------------------------------------------
 

greengirl
 
Wstałam zmotywowana! Chociaż "wstałam" to nieodpowiednie słowo, bo tak właściwie to po prostu wyskoczyłam z łóżka i zaraz pognałam ćwiczyć, a przedtem zrobiłam sobie pomiary "tu i ówdzie":

Łydka: 32 cm
Udo: 57 cm
Pupa: 96 cm
Pas: 86 cm
Talia: 67 cm
Biceps: 29 cm

Waga: 65,1 kg

I tak wygląda mój pakiet startowy obecnego wyzwania. Zamierzam zbić sobie znów kilka centymetrów, bo wiem, że się da. Dla porównania mogę podać swoje wymiary z zeszłego roku, bo znalazłam:

Udo: 61 cm
Pupa: 107 cm
Pas: 99 cm
Biceps: 32 cm

A więc jak widać sporo poszło, najwięcej w tyłku i w pasie. W łapie przybyło, bo mięśnie, a w udzie spadło najmniej... Ale ja zawsze miałam wielkie uda, przy których moje łydki wyglądały jak patyczki. Się mogę tylko pochwalić, że mam figurę J.Lo

jennifer-lopez-leaving-the-gym-in-west-hollywood_2.jpg

I jakoś mi to nie przeszkadza :)

A teraz treningi. Rano wszystko z Mel B:

Rozgrzewka
15 minutowy trening cardio
Ćwiczenia rozluźniające

Potem śniadanie:

koktajl.jpg

Koktajl z mleka, banana i kilku orzechów nerkowca.

Właśnie układam trening nr. 2...
 

greengirl
 
Jak sobie rano nie poćwiczę, to jestem jakaś przygaszona i nawet gdy mi burczy w brzuchu, to nie chce mi się jeść...

Dawać już ten poniedziałek!! :)

Jutro pierwszy, a zarazem kolejny dzień męczarni. Po prostu nie mogę się doczekać, żeby dać sobie wycisk, po którym padnę i wstanę dopiero na następny dzień.

Dzisiaj już od trzech osób słyszałam, że schudłam. Jakoś im nie wierzę. Sami kłamcy w moim otoczeniu się obracają. Tak naprawdę to wszystkim tym osobom przeszkadza, że nie jem mięsa i szukają u mnie różnych schorzeń. A ja blada jestem zawsze, gdy boli mnie głowa, gdy jestem straszliwie głodna lub po prostu pada na mnie dzienne światło, ponieważ tylko przy sztucznym lub w cieniu widać, że w ogóle się opaliłam. Taki mam po prostu dziwny odcień skóry. Ale przecież łatwiej wmawiać mi anemię...

A teraz idę na kolejny spacer, bo chyba oszaleję przed tym komputerem.

m0.png

Pa :*
Pokaż wszystkie (2) ›
 

greengirl
 
Mój dzisiejszy poranny trening to tragedia! Nie miałam kompletnie siły na to by cokolwiek robić. Próbowałam oczywiście, ale jak się w pewnym momencie przewróciłam na podłogę, to zdałam sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. W dodatku to moja wina, bo wczoraj byle jak jadłam- w sensie- za mało i chcąc nie chcąc będę swój trening musiała przełożyć na później. Nie ma mowy żebym usiadła na dupie i czekała do jutra.

Planuję także zakupić więcej lunchboxów i nosić je ze sobą wszędzie, bo prawda jest taka, że w moim mieście jest mało miejsc gdzie można zjeść coś zdrowego- wszędzie tylko kebaby ociekające pomarańczowym tłuszczem, frytki, gofry i lody. Musiałam zjeść frytki, bo w barze, w którym siedzieliśmy serwowali jeszcze okropną pizzę i różne rodzaje mięsa...

Waga stoi i 4 cm w pasie mam więcej. Nie wiem od czego mi się tak zrobiło...

Ale jest i dobra wiadomość. Mój mąż postanowił dziś ze mną poćwiczyć! Ciekawe czy dotrzyma obietnicy...
  • awatar zabije_grubasa: Mierzenie się w pasie to prawdziwa sztuka. Kiedy u mnie dzienna różnica wyniosła 4 cm zacząłem się nad tym zastanawiać... :D Lepiej wspomóc się tutaj drugą osobą, bo mierząc siebie podświadomie bedziemy starali się oszukiwać. :)
Pokaż wszystkie (1) ›
 

greengirl
 
Dziękuję Wam za wsparcie, dziś już czuję się lepiej :*

Opuchlizna w większości zeszła, pozostało tylko uczucie zmęczenia i nadmiar wody w organizmie. Na wadze mam już równo 65 kg, więc wczoraj musiałam coś wypocić, no i dzisiaj zlałam się jak świnia podczas ćwiczeń także na pewno też mi jakieś "wody odeszły" i waga na koniec tygodnia wyjdzie mniejsza. Tak więc do boju! Do następnego okresu mam czas by znów coś zrzucić :)

A teraz fotki z kolejnym fragmentem mojego ciała, tym razem pokażę swój brzuch:

1.jpg

Nie wiem czy widać, ale mokra jestem. Fotkę trzasnęłam w trakcie treningu.

2.jpg

Nie wiem co o tym sądzicie, ale ja tam powoli zaczynam być zadowolona z tego jak ta część ciała wgląda. Dla porównania mam focię z lutego tego roku:

3.jpg

Także różnica jest. Jak widać ćwiczenia zaczynają mi wyszczuplać boki i podkreślać środek brzucha. Na razie wszystko ukryte pod tłuszczykiem, więc wygląd to ma taki o sobie, ale z czasem uda mi się z na tym ściernisku stworzyć prawdziwe San Francisco :)

No to co? To do dzieła moi Drodzy! Nie ma obijania! W następne wakacje Nasze ciałka będą już nie do poznania!!

page2.jpg
  • awatar Wypijmy ! ^^: Świetny blog ;3 Zapraszam do mnie na nowy wpis + Miłego dnia ! ^^
  • awatar Bïtchïnamï: Powodzenia i wytrwałości! ^^
  • awatar patipat: Motywacja najważniejsza ja również zaczynam swoją przygodę z odchudzaniem i ćwiczeniami :) zapraszam ! :)
Pokaż wszystkie (5) ›
 

greengirl
 
Hej!
Przez ostatnich kilka dni się nie odzywałam, ale to dlatego, że nie miałam zbyt wiele mądrego do napisania. Teraz w sumie też nie mam, ale to szczegół! :)

W niedzielę miałam przepisową przerwę od ćwiczeń, a w poniedziałek przerwę z konieczności, ponieważ przed okresem zawsze źle się czuję. Już w niedzielę bolał mnie brzuch, a w poniedziałek spuchłam jak balon i miałam wrażenie, że jak zechcę robić jakieś brzuszki albo coś, to po prostu pęknę. Żadne tabletki nie działały: przeciwbólowe zlikwidowały wyłącznie ból głowy, a reszta czyli brzuch oraz dolny odcinek pleców bolały. Nie miałam też ochoty jeść. Biorę już te tabletki, które mi przepisała ginekolożka. Mam nadzieję, że pomogą...

Trochę się zaczynam martwić o moje wyniki badań. Wczoraj brzuch tak mi napuchł, że spodnie przestały mi spadać. No i się martwię... Przytyć, przytyłam. Zamiast 64,3 kg mam już z powrotem 65,5 kg, ale to pewnie woda, która się zatrzymała. W sumie i tak dobrze, bo do niedawna to miałam skoki 2 kg, więc tragedii nie ma. Gorzej jednak, że tak spuchłam i nic nie zadziałało. Coś się jednak musi u mnie dziać z tym jajnikiem. Aż się boję iść do lekarza, żeby zobaczyć wyniki badań...

I do tego teściowa mnie jeszcze wkurwiła wczoraj. Dzisiaj ciąg dalszy...
  • awatar Wypijmy ! ^^: Ojoj współczuję ;3 Zapraszam do mnie jestem nowa ^^
  • awatar Catkin ☆: Współczuję : ( Mam nadzieję jednak, że wyniki nie będą złe :( Trzymaj się :*
Pokaż wszystkie (2) ›
 

greengirl
 
Dziś już po treningu i po ważeniu. W sumie to nie wiedziałam co mam dzisiaj ćwiczyć, ale wpadłam na pomysł, że długość treningu będzie zależała od mojej wagi. Tak więc jeśli przytyłam, to będę ćwiczyła dłużej, a jeśli schudłam, to krócej.

Podsumowując mój miniony tydzień, w trakcie którego znalazło się miejsce dla dwóch pizz, zapiekanki oraz lodów, byłam niemal pewna, że przytyłam, albo waga stoi. W dodatku zbliża mi się okres, więc i zatrzymanie wody w organizmie mogło mieć w tym swój udział. Ale nie! Stanęłam na wadze i... 64,3 kg czyli 0,5 kg w dół :)

Wynikające z tego postanowienie już mam: jeść pizzę raz na cztery miesiące. W tym roku zjadłam już trzy na przełomie dwóch tygodni więc kolejna pizza dopiero w styczniu 2016 roku. I spoko, wytrzymam, w zeszłym roku nie jadłam pizzy wcale i przeżyłam. Doszłam po prostu do wniosku, że na pewno schudłabym więcej, gdyby nie to, że dałam się namówić teściowej, a ona tak wymyśla jak się nudzi i po prostu nudę zajada. Nie umie też się z nikim spotkać i niczego nie zjeść. Nawet jak samochodem jedzie to bywa, że tych 40 minut nie jest w stanie wytrzymać.

Aha, no i niestety, ale będę się z nią musiała dzisiaj spotkać, bo trzeba ją na wieś zawieźć. Miałam szczerą ochotę nie jechać, ale od razu z tej wsi wybieramy się na wycieczkę z mężem, więc nie ma sensu żeby po mnie tyle kilometrów wracał. No i przy okazji dowiedziałam się od mojego Miśka, że jego mamuśka nie jest zadowolona z moich zakupów... Czaicie? Nie podoba jej się szlafrok, który sobie kupiłam, bo ona myślała, że wybiorę ten, który według niej jest ładniejszy i jest zawiedziona, że nie kupiłam sobie nowej bluzki chociaż wie, że w zeszłym tygodniu w mojej szafie pojawiło się aż siedem nowych. Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem gdy sobie coś kupię, to ona wyciąga pieniądze i mówi do mojego męża "masz, kup jej coś ładnego". Rozumiem, że mój styl ubierania może jej się nie podobać, ale takie zachowanie to już przesada i mnie po prostu obraża. Tak samo kupowanie przez nią ubrań dla mnie. I to się jeszcze zarzeka, że sobie kupiła, ale okazało się za ciasne... Ale mało tego, bo to co ona kupuje wcale mi się nie podoba. I mówię jej, że to nie jest w moim typie, to za tydzień jak już mój mąż zapomni o sprawie, to mu wciska i on mi to przynosi. Na początku tego roku wywaliłam z szafy pół reklamówki bluzek od niej, których nigdy nie nosiłam i ani moje siostry, ani nawet mama tego nie chciały. Tak więc to już niekoniecznie sprawa mojego braku gustu.

A teraz idę się pakować. Mam nadzieję, że wyjazd będę mogła zaliczyć do udanych :)

Papa :*
 

greengirl
 
Dziś mam już lepszy humor. Wczoraj ćwiczyłam i dzisiaj z samego rana też, więc złość na teściową mi przeszła (a przynajmniej na razie, bo do tej pory jeszcze niczego nie wymyśliła).
Wczoraj byłam tak zła, że zapomniałam napisać o tym, jak to w ciągu dwóch tygodni teściowa zmieniła zdanie o wegetarianizmie... Ta kobieta jest wręcz przerażająca! Najpierw się naśmiewa, straszy nie wiadomo czym, a potem nagle zmienia zdanie. Bankowo musiała z kimś o tym rozmawiać, ponieważ od trzech tygodni nie ma internetu. A wystarczyło porozmawiać ze mną... Cóż, najwyraźniej w dalszym ciągu traktuje mnie jak gówniarę, która o życiu kompletnie nic nie wie.

I jeszcze słówko do ωαℓ ѕιę тσ נєѕт мóנ śωιαт !: z moją teściową porozmawiać się nie da. Ona wszystko bierze do siebie. Nie wiem czy robi to celowo, czy jest po prostu głupia, ale nawet nie rozumie co się do niej mówi. Choćbym nie wiem jak delikatnych słów użyła, to ona się potrafi rozbeczeć, bo usłyszała coś zupełnie innego i już zaczyna o śmierci i o tym, że nie jest nikomu potrzebna. A z synem jeszcze gorzej, bo jemu z kolei potrafi nawypominać ile to dla niego zrobiła, jakim jest złym synem i jeszcze z płaczem całą rodzinę obdzwania, a tamci potem do nas i jeszcze się od nich trzeba nasłuchać. Życie z moją teściową, nawet na dużą odległość nie byłoby proste. I nie, nie miałam pojęcia, że ona taka jest. Zanim wyszłam za jej syna to była to równa babka i chwaliłam się przed koleżanką, że będę miała normalną teściową. Najwyraźniej tylko udawała normalną.

A tak poza tym to wczoraj byłam też trochę zestresowana i z innego powodu. Chodzi o moje badania krwi. Dostałam skierowanie na test CA-125. Czyli pani doktor uznała, że skoro boli jajnik i gołym okiem nic nie widać, to warto sprawdzić mój antygen nowotworowy... Nie żebym zaraz miała mieć raka. Czytałam o tym i podwyższony wskaźnik może być z całkiem innego powodu. No i cieszę się, że w ogóle dostałam takie skierowanie, bo mój wcześniejszy lekarz stwierdził, że skoro jajnik był kiedyś przeziębiony, to "on już zawsze będzie trochę pobolewał". I mnie naprawdę długo tak "pobolewał", bo przecież tak miało być. A teraz wystarczy go zruszyć, żeby bolał przez kilka dni jak podczas okresu, gdzie boli cała dolna część pleców... Tak więc raczej wątpię by to było normalne. Uwaga więc na lekarzy, bo taką "diagnozę" wystawił mi gość, do którego poszłam prywatnie!

Teraz muszę tylko poczekać na usg, albo na kasę i pójść prywatnie...

W ogóle staram się o tym nie myśleć. Od nadmiaru myślenia człowiek popada w paranoję (moja teściowa tak ma), wypadają włosy i w ogóle... Czegokolwiek teraz nie zrobię i tak nie mam wpływu na wyniki badań czy zdjęcie usg, więc po co się martwić na zapas!
 

greengirl
 
Z samego rana zameldowałam się na badaniu krwi. Potem było szybkie śniadanie i wyjazd po godzinie dziewiątej do teściowej, która zamarzyła sobie jednego dnia pozałatwiać wszystkie swoje sprawy... No i się zaczęło!

Najpierw do MOPRu ją zawieź. Godzinę czekała zanim ją facet łaskawie przyjął. W tym czasie my pojechaliśmy do banku po pieniądze. Byliśmy w dwóch, bo w jednym była duża kolejka. Potem pojechaliśmy na rynek i kupiliśmy sobie ciuchy i jeszcze mąż puścił kupon. Następnie, już razem z teściową, pojechaliśmy kupić jej laptop. Szybko poszło, bo ona się na tym nie zna. A że żadne z nas nie wiedziało jak zrobić kopię zapasową systemu, to poprosiła o to pana sprzedawcę. Za dwie godziny laptop miał być do odebrania.

Następnie odwiedziliśmy Jysk. Tu teściowa spędziła bite półtorej godziny! Ten sklep nie jest duży, nie było tłumów przy kasie, a ona kupiła tylko kołdrę i trzy ręczniki!! My w tym czasie obskoczyliśmy z nudów kilka sklepów i nudziliśmy się dalej w samochodzie, a ona na sam koniec jeszcze się zastanawiała czy ten ręcznik, co go wzięła jest ładny i czy w ogóle potrzebuje aż trzech, bo może dwa wystarczą... Potem jeszcze poleciała apteki i do CCC, gdzie spędziła kolejną godzinę. W tym czasie zawieźliśmy jej kołdrę i ręczniki do domu- z nudów oczywiście, bo już nam sklepów do zwiedzania zbrakło. Po upływie godziny teściowa wylazła z CCC i przez pół drogi narzekała, jakie to sobie okropne buty kupiła. A zaraz po tym zaciągnęła nas na pizzę. Z resztą nie mieliśmy specjalnego wyboru, bo była już piętnasta, a my od śniadania o suchym pysku.

W pizzeri zaczęła narzekać na pizzę, że niedobra, że ser się nie ciągnie, że tłusta, że rozmoknięta, że ser zbyt blady, że za słona, że nie wiadomo po co pomidory do niej dali, bo powinni je położyć już po tym jak się pizza upiecze a nie przed... I wszystko jej było nie tak. A na koniec oznajmiła na cały głos, że więcej nie zamierza tam przychodzić. Aż wstyd mi się zrobiło...

No i pojechaliśmy po laptopa. Okazało się, że do odebrania był już po pół godziny od zakupu, ale teściowa się pomyliła i zły numer facetowi do siebie dała. Potem oczywiście jej wszystko w domu podłącz a zakupy zanieś. Sama z kolei zasiadła sobie na ławeczce, bo musiała poplotkować z sąsiadkami.

Dopiero po siedemnastej ruszyliśmy do domu. Żadne z nas nie miało już humoru. Nawet teraz nie potrafię się cieszyć na widok nowych rzeczy taka jestem zmęczona. Dodam, że nie fizycznie, ale psychicznie. Nie mogłam nawet z mężem w samochodzie porozmawiać, bo bez przerwy się wtrącała i nas uciszała.

Niestety to nie był koniec. Jak tylko teściówka wróciła z ploteczek do domu, to włączyła sobie laptopa. W ciągu godziny aż trzy razy dzwoniła i robiła z siebie idiotkę zadając kretyńskie pytania. Kretyńskie mówię, bo na co dzień to chodzi i obnosi się z tym, że "już dawno wyszła z epoki kamienia łupanego", a nie wiedziała gdzie jest instrukcja obsługi- musiała o nią zapytać, żeby się dowiedzieć, że w pudełku od laptopa. Nie wiedziała też jak podłączyć głośniki oraz... jak wyłączyć urządzenie!! Na sam koniec kazała jeszcze zadzwonić do multimediów, żeby do niej przyszli i jej podłączyli internet... My żebyśmy to załatwili. No gdybym nie wiedziała, że to po prostu leniwa prukwa, to stawiałabym na jakąś chorobę starczą lub zespół downa. To na cholerę jej dwa telefony komórkowe i jeszcze stacjonarny?! Już niedługo to będzie taka leniwa, że sobie sama dupy nie podetrze, tylko będzie dzwonić, żeby do niej przyjechać.

I tak mi ta idiotka dzisiaj humor zepsuła, że nie mam ochoty przez najbliższy tydzień wychodzić gdziekolwiek, a jej przynajmniej przez miesiąc nie chcę oglądać. Zakupy mnie już nie cieszą, a do ćwiczeń to mnie chyba tylko złość zmotywuje, bo inaczej nawet filmu z mężem nie obejrzę i pójdę spać, tak strasznie mam już dosyć tego dnia i chcę by wreszcie dobiegł końca! :<
  • awatar ωαℓ ѕιę тσ נєѕт мóנ śωιαт !: Z ciekawością przeczytałam ten wpis. Byłam ciekawa co jeszcze wymyśli :P No powiem Ci,że masz bardzo marudną tą teściową! Nic jej nie pasuje! serio! na prawdę ileż można narzekać? Hehe sama nie może zadzownić zeby jej internet podłączyli czemu? Pogadaj z mężem może on z nią pogada , bo niedługo ei serio będziecie robić za nią a ona będzie leżeć / siedzieć i pachnieć :P powodzenia kochana :* trening najlepszy na zły humor :)
  • awatar Greenie: @ωαℓ ѕιę тσ נєѕт мóנ śωιαт !: ona jest bardzo marudna i leniwa. Nigdy się jednak nie przyzna. Woli powiedzieć, że się już w życiu narobiła i czeka na gotowe. Nawet sobie sama nie gotuje! Jak do niej idziemy, to nigdy na głodnego, bo zawsze chce zamawiać pizzę. A wczoraj jeszcze jęczała, że przytyła 7 kg...
Pokaż wszystkie (2) ›
 

greengirl
 
Dzisiaj cardio było, a jutro nie będzie... Nie będzie, bo mam sobie zrobić badania krwi z rana, a znając życie to się nastoję w kolejce, potem zgłodnieję i znów na ćwiczenia nie starczy mi siły. Co gorsza, wczoraj nie ćwiczyłam wcale i w dodatku walnęłam się w nogę drzwiami od samochodu. Łydka mi spuchła. Było dobrze dopóki nie wpadłam na pomysł, że trzeba ją czymś posmarować, żeby opuchlizna zeszła... Nie bolało mocno, teraz boli, więc wszystkie ćwiczenia, które są wykonywane w pozycji leżącej na boku odpadają :/

Obecnie gotuję obiad, bo dzisiaj też się naczekałam w kolejce, a nie miałam przy sobie drugiego śniadania, bo myślałam, że szybko zleci. Niestety nie. Pani doktor przyjęła kilka pacjentek poza kolejką, ale okazała się miłą babką, więc wybaczam :)

A teraz odpowiem na pytania, ponieważ zostałam nominowana przez zalmicie.pinger.pl/

1. Jak spędziłaś do tej pory wakacje?
Przed komputerem. Nudzę się niesamowicie.

2. Masz jakieś zwierzątka?
Mam dwa: kota i świnkę morską.

3. Podróż marzeń?
Na pewno gdzieś daleko. Właściwie to im więcej uda mi się zwiedzić, tym lepiej.

4. Ile ważysz?
Aktualnie: 64,8 kg- aktualizacja w sobotę.

5. Ostatni zakup?
Oprócz żarcia... pasta do zębów!

6. Plany na resztę wakacji?
Jeśli dostanę staż- to czeka mnie praca, a jeśli nie, jadę z mężem za granicę.

7. Ulubiona potrawa?
Purre ziemniaczane i wszystko z pomidorem: sałatka z pomidorem, sos pomidorowy, sok...

8. Ulubiona kuchnia?
Do niedawna azjatycka, a obecnie moja własna :)

9. Masz kogoś?
Owszem.

10. Lubisz szpinak?
Lubię, ale pod warunkiem, że zrobię go sobie sama.

“W tej nominacji, osoba nominowana ma odpowiedzieć na 10 pytań i nominować kolejne 10 blogów. Najlepiej takich, które są mało lub średnio popularne. Uczestnicy powinni powiadomić osoby przez siebie nominowane w wiadomości prywatnej. Piszecie własne pytania. Nie nominujemy osób, które nominowały nas.”



No i tutaj pojawia się problem, bo nie wiem kogo nominować. Wszyscy już się w to bawili, albo się bawić nie chcą... Więc nie nominuję nikogo konkretnego. Jeśli macie ochotę możecie nominować się sami. Będzie mi miło jeśli ktoś odważy się odpowiedzieć na moje 10 pytań:

1. Co było pierwsze, jajko czy kura?
2. Dlaczego tak uważasz? (odnośnie odpowiedzi na pierwsze pytanie).
3. Potrafisz cieszyć się z małych rzeczy?
4. Co do tej pory udało Ci się osiągnąć w życiu?
5. Jakie masz hobby?
6. Czy lubisz szybką jazdę samochodem? (obojętnie czy jako pasażer czy kierowca).
7. Czy jesteś od czegoś uzależniony/a?
8. Jaki jest Twój ulubiony zapach?
9. Co lub kto nadaje sens Twojemu życiu?
10. Jakie masz plany na przyszłość?

Odpowiedzi na pytania możecie umieszczać pod tym postem lub też na swoich blogach :)
 

greengirl
 
Dzisiaj porannego cardio nie będzie... :/

Wstałam co prawda bardzo wcześnie (świnkowy budzik zadziałał za minutę szósta, a w telefonie o siódmej), ale musiałam pojechać do lekarza. Do rejestracji oczywiście nie ma mowy by się dodzwonić, więc najlepiej pojawić się tam osobiście i najlepiej z samego rana, to zaraz potem lekarz przyjmie- a przynajmniej tak to sobie zaplanowałam.
Godzina 7:27 wchodzę do środka, a tam szok! Tłum ludzi jak nigdy, w rejestracji aż dwie kobity uwijają się jak w ukropie, w tle telefon dzwoni... Sobie myślę, pewnie postoję, ale mnie przyjmie... No nie, nie przyjmie, bo już nie ma wolnych miejsc. Załapałam się za to do ostatniej dziesiątki na wizytę na jutro.

Wracając do domu zastanawiałam się czy dam radę poćwiczyć jeszcze przed śniadaniem? Okazało się, że nie. Zbyt wiele czasu minęło od mojej pobudki i zaczęło mnie nieprzyjemnie ssać w żołądku. Samo wejście na trzecie piętro spowodowało u mnie lekkie zawroty głowy, więc trening siłą rzeczy musi zostać przełożony na później. Jutro mam dopiero na pomiędzy 10-12, więc korzystając ze świnkowego budzika powinnam się z ćwiczeniami spokojnie wyrobić :)

1345365973_uy0r6d_600.jpg
 

greengirl
 
Wczoraj, gdy odwiedzałam mamę, spotkałam swoją dawną koleżankę i jakoś tak mnie naleciało na napisanie postu o swoim braku szczęścia jeśli chodzi o przyjaźń.

Na samym początku mojemu szczęściu w przyjaźni stała... babcia. To ona miała u nas w domu najwięcej do powiedzenia i wszystkie moje koleżanki jej przeszkadzały. Przeszkadzało jej nawet to, że moja mama wychodząc z moją młodszą siostrą na dwór ucinała sobie pogawędkę z inną mamą, która także wyszła z dzieckiem i babcia z tego powodu potrafiła zrobić awanturę przy wszystkich. Dopóki żyła, moja mama nie miała żadnych znajomych. Jak się zorientowałam, to samo mogło czekać w przyszłości i mnie, więc postanowiłam gadki mojej babci ignorować.

W moim bloku większość dzieciaków to byli chłopcy. Była jedna dziewczyna w moim wieku, ale ona wolała swoje koleżanki z klasy ode mnie, więc nawet zbyt często jej na podwórku nie było. Bawiłam się więc z młodszą od siebie H, a potem w szkole zaprzyjaźniłam się z B. Niestety dla B byłam tylko zastępstwem za M, która z powodu kłótni z inną koleżanką przeniosła się do równoległej klasy. Potem B zaczęła przyjaźnić się z A, a ja poznałam J. Z początku przyjaźniła się ona z inną dziewczyną, ale w pewnym momencie się pożarły, no i tą jedyną przyjaciółką zostałam ja. Nasza przyjaźń trwała jakieś cztery lata. W pewnym momencie zaczęło mi przeszkadzać, że J zmienia się na gorsze. Próbowała między innymi zniszczyć związek dziewczyny, której nienawidziła z czystej złośliwości tylko. Później od B dowiedziałam się, że gdy nie ma mnie w pobliżu to jestem obgadywana przez nią na prawo i lewo. A w sylwestra zaczęła podrywać chłopaka, który mi się podobał udając, że jej o tym nie mówiłam i jednocześnie startowała do tego, który podobał się B. Wtedy podjęłam decyzję, że muszę się od niej uwolnić. Niestety nie potrafiłam. Zawsze byłam tą szarą myszką, która nie ma wiele do powiedzenia i cierpi na brak pewności siebie...

Los się jednak do mnie uśmiechnął. Wcześniej miałyśmy wraz z J chodzić do tego samego liceum, a ona nagle, ni stąd ni zowąd zmieniła plany. Przyszło jej to zupełnie naturalnie, chociaż wcześniej umawiałyśmy się inaczej. Więc i ja zmieniłam plany, złożyłam papiery do innej szkoły. J dostała się do wymarzonego liceum, jednak jej matka w ostatniej chwili zmieniła zdanie i powiedziała, że szkoła jest za daleko i nie pozwala jej tam chodzić. Z podkulonym ogonem J wróciła do naszej starej szkoły i zaczęła planować jak to będzie fajnie, że będziemy w tym samym miejscu... Wtedy jej powiedziałam, że nie będziemy. Była w szoku. Ale jak to? Przecież się umawiałyśmy. I wtedy jej powiedziałam, że umowę złamała pierwsza. Wściekła się i zaczęła mnie olewać. To był koniec.

W liceum przyjaciółki nie miałam, ale znów zaczęłam kolegować się H i znów byłam zastępstwem za kogoś innego. Potem na horyzoncie pojawiła się D. Znałam ją już wcześniej, ale to była straszna kłamczucha i jakoś specjalnie nikt nie chciał się z nią zadawać. Teraz się jednak trochę zmieniła i przynajmniej w wakacje miałam z kim spędzać czas. W roku szkolnym od czasu do czasu odzywała się do mnie H, zazwyczaj po kłótni ze swoją ukochaną S, bo oprócz niej nikogo nie miała, a gdy się godziły, to nie chciało jej się nawet odwoływać spotkania ze mną i nie raz czekałam na nią w domu jak głupia. W wakacje z kolei przyjeżdżała do niej K z Warszawy, więc jak nie S to K. Raz tylko do mnie z nią przyszła, gdy okazało się, że wyrobiłam sobie dowód. Chciały żeby im kupić piwo. Odmówiłam. Potem w razie co, to ja miałabym problemy.

Z D kolegowałam się dosyć krótko. Wcześniej widywałam ją w wakacje, a potem przeprowadziła się do dziadków żeby chodzić do liceum. Czasami się spotykałyśmy. Wszystko zmieniło się na krótko przed świętami, gdy ktoś podrzucił nam pod drzwi szczeniaka i okazało się, że to była D. Od tamtej pory przestała się do mnie odzywać, a gdy przechodziła obok, odwracała głowę. To ją spotkałam wczoraj. Gapiła się na mnie i gdyby nie oparcie ławki, to by chyba przodem do mnie siadła, tak wykręciła głowę. Może liczyła na to, że się przyznam, ale ja zrobiłam to samo co ona. Odeszłam.

No i była jeszcze jedna przyjaciółka, ostatnia, a po niej to już mi się w ogóle odechciało przyjaźnić z kimkolwiek. To była A, moja nowa sąsiadka. Wszystko było w jak najlepszym porządku, dopóki nie zerwała z chłopakiem, który był moim kolegą ze studiów. Wtedy zaczęła mi zabraniać chodzić na imprezy ze znajomymi, bo jak on tam będzie, to ona nie pójdzie, a skoro ona nie może, to ja też. A jak się rozkręciła, to już czepiała się wszystkiego, bo chciała mieć mnie tylko dla siebie. W końcu nie potrafiłyśmy już rozmawiać nie kłócąc się, więc sobie darowałam. Ileż można tłumaczyć się bez przerwy ze wszystkiego?

Obecnie mam w sumie tylko jedną koleżankę, która jest przeciwieństwem tych wszystkich powyżej. No i uważam, że jedna i porządna jest lepsza, jak tłum wariatek i świrusek.
  • awatar głosy w mojej głowie: Potwierzam ostatnie zdanie ;) Też kiedyś miałam masę pseudo "przyjaciółek", które albo się ze mną przyjaźniły dopóki robiłam to, czego ode mnie oczekiwały, albo byłam świetnym zastępstwem za kogoś :) Całe szczęście w pierwszej gimnazjum poznałam E i nasza przyjaźń trwa już nieprzerwanie 6 rok :)
  • awatar imażdzin.: No faktycznie nie masz szczęścia ale w,sumie wcale się nie dziwię. Świat idzie do przodu, czas leci, ludzie się zmieniają. Chcą dożyć do tego co jest cool, być fajnym za wszelką cenę. Ja tez miałam kilka przejść, trochę przecierpialam ale takie doświadczenia tylko nas umacniają i nie pozwalają tak szybko zaufać ludziom. Życie..
Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Kategorie blogów