Wpisy oznaczone tagiem "omawiamy" (54)  

pingerowyklubksiazki
 

"Najnowsza powieść Stephena Kinga „Dallas ’63” odwołuje się do klasycznego motywu literatury fantastycznej, czyli podróży w czasie. Korzystając z tajemniczego portalu, główny bohater opowieści cofa się do 1958 roku i podejmuje próbę powstrzymania zamachu na prezydenta Johna F. Kennedy'ego.

„Dallas ’63” to hołd złożony prostszym czasom i poruszająca opowieść pełna gwałtownie narastającego suspensu, to Stephen King w swoim najlepszym epickim wydaniu."

Dallas.63.jpg


Kiedy ponad trzy lata temu, za sprawą PKK poznawałam książki Stephena Kinga, nie przypuszczałam jeszcze, że stanie się on jednym z moich ulubionych autorów. Może nie mam do niego takiego sentymentu jak do ukochanego Johna Irvinga, (bo Kinga jednak znam o wiele krócej), ale pod względem genialności literackiej mogę tych panów postawić na równi. „Dallas ’63” udowodniło jak doskonałym twórcą charakterów i fabuły jest King, oraz że swoją koronę może nosić z dumą i całkowicie zasłużenie.

Jak wiadomo z opisu, mamy do czynienia z podrożą w czasie.
Jake przechodzi do 1958 przez portal w Al’s Diner. Zadanie ma jedno: zapobiec śmierci Johna F. Kennedy’ego w 1963 roku. W tym celu prowadzi obserwację mordercy, sprawdza, czy wszystkie znane dotychczas fakty się zgadzają, rozważa teorie spiskowe powstałe już po śmierci prezydenta. Wszystko to, by nie popełnić błędu, by nie sprzątnąć niewłaściwej osoby. Przyznam, że słabo znam historię Ameryki, ale to zupełnie nie przeszkadzało, bo autor doskonale opisał najważniejsze elementy, bez zanudzania.

„Dallas ’63” to z jednej strony pochwała prostszego życia, braku potrzeby zamykania drzwi na klucz, nieznajomości Internetu i telefonów komórkowych. Z drugiej: nieświadomość, co do szkodliwości np. nikotyny, czy problem segregacji rasowej, której główny bohater nie potrafił zaakceptować, a w pewien sposób musiał, by dostosować się do otoczenia.

Ale to nie wszystko. Powieść ma mnóstwo wątków pobocznych, które cieszą równie mocno jak wątek główny. Jake nie próżnuje przez te 5 lat, które zmierzają ku zamachowi na JFK. Zamieszkuje w niewielkim miasteczku, podejmuje pracę nauczyciela, jednocześnie pisze książkę i prowadzi obserwacje w Dallas. Poznaje ciekawych ludzi, zaprzyjaźnia się, a nawet zakochuje. To nie jest zwykła powieść fantastyczna, na to zawiera zbyt wiele innych elementów. To jednocześnie książka obyczajowa, historyczna, sensacyjna i kryminalna. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Mimo swojej objętości czyta się bez znudzenia i z wielkim zaciekawieniem. To najlepsza powieść o podróży w czasie, jaką czytałam. Bardzo, bardzo polecam, jak dla mnie – mistrzostwo J

Moja ocena wg. skali lubimyczytac.pl: 9/10 czyli wybitna

Lolanta

***

Moja znajomość z panem Kingiem zaczęła się już kilka dobrych lat temu i wiem, że można się od niego spodziewać powieści życia, czyli takiej, po lekturze której zastanawiałam się dlaczego nie sięgnęłam po nią wcześniej, jak i dość nudnawej powieści, która broni się tylko dobrym rzemiosłem autora.

Czytało mi się dobrze, ale długo. Długo, bo w e-booku, w ulubionej bibliotece ktoś zawsze sprzątnął mi ją sprzed nosa. Taką objętość nie dało się jednak połknąć w dwa wieczory, dodatkowo wciąż czytam na laptopie, bo odkładam kupno Kindle’a.

Trochę się obawiałam tej objętości. Facet przenosi się w czasie i próbuje zapobiec zabójstwu prezydenta Kennedy’ego i co? King opisze nam to krok po kroku? Czy może okaże się, że to horror, a sam prezydent jest jakimś rodzajem zombie, który jednak należy zabić?

I tu zaskoczenie, bo ta powieść była trochę inna, niż przyzwyczaił mnie do tego autor. Oczywiście, tak jak w każdej, każdy szczegół jest dopracowany, postacie rozpisane genialnie i nie ma tam przypadkowych bohaterów, czy nudnych i niepotrzebnych opisów. Wszystko jest na swoim miejscu. Kolejnym plusem jest sama fabuła – można by pomyśleć, że porywając się na taką tematykę może temu nie sprostać, ale wyszło mu to wyśmienicie. Bohater powieści, Jake Epping aka George Amberson, cofa się w czasie do roku 1958 i ma aż 5 lat, które musi tam spędzić, zanim dojdzie do wydarzeń, którym musi zapobiec. Poznaje ten świat od podszewki – segregacja rasowa, domy nie zamykane na klucz, brak telefonów komórkowych, to jedne z niewielu rzeczy, z którymi się zetknął.

Oprócz fantastycznej powieści przygodowej o podróży w czasie, mamy tutaj także trochę kryminału i szczyptę romansu, dzięki któremu wszystko nabrało nowego wymiaru – Dallas ’63 to nie tylko walka dobra ze złem, ale także podążanie za swoim marzeniem, miłości i zdolności do poświęceń w jej imieniu.

King w ciekawy sposób wplótł w powieść efekt motyla, wszystko miało tutaj swoje konsekwencje i choć bohater myślał, że przeszłość pozostaje bez wpływu przez jego wycieczki w czasie, to jednak po czasie okazało się, że się mylił.

Kolejny raz autor umiejscawia po części swoją powieść w Derry. Jeśli nie czytaliście „To”, to w pewnym momencie nie załapiecie momentu spotkania George’a Ambersona z tym mrocznym miastem.

Cóż mogę więcej powiedzieć? Ta powieść ma w sobie wszystko, czego oczekuję od powieści, dodatkowo ma, według mnie, najlepsze zakończenie ze wszystkich powieści Kinga, które przeczytałam. Idealnie nadaje się na ekranizacje i okazuje się, że już za rok trafi na mały ekran – podobno w rolę głównego bohatera w serialu wcieli się James Franco (nie, nie, nie, nie widzi mi się to!).

Mój czytelniczy świat byłby bardzo ubogi bez Stephena Kinga :)

miss attitude
 

pingerowyklubksiazki
 
W roku 1982 Haruki Murakami sprzedał jazzowy bar i poświęcił się pisaniu, a chcąc utrzymać się w formie, zaczął biegać. Po roku treningów przebiegł samodzielnie z Aten do Maratonu. Od tamtej pory zaliczył dziesiątki maratonów i kilka triatlonów, pisząc między wyczynami kilkanaście cieszących się ogromnym uznaniem książek. O czym mówię rozważa wpływ biegania na swoje życie i przede wszystkim na pisarstwo. Książka ta jest po części rejestrem treningów, dziennikiem intymnym, pamiętnikiem z podróży, a po części wspomnieniami. Obejmuje czteromiesięczny okres przygotowań do Maratonu Nowojorskiego z roku 2005. Świat Murakamiego oglądany przez soczewkę biegania jest na zmianę zabawny i otrzeźwiający, radosny i filozoficznie zadumany, ale nade wszystko odkrywczy – zarówno dla tych, którzy biegają i nie czytają i dla tych, którzy czytają i nie biegają.
/opis z lubimyczytac.pl/


10415282.jpg



“Nie jestem człowiekiem. Jestem maszyną. Niczego nie czuję. Po prostu zmierzam naprzód. Powtarzam to niczym mantrę.”



Ze wszystkich propozycji PKK to książka, której najbardziej nie miałam ochoty czytać. Podczas głosowania w kategorii biografia/autobiografia/pamiętnik miałam wielką nadzieję, że akurat ta pozycja odpadnie i zajmiemy się czymś zupełnie innych. A że stało się inaczej, a ja obiecałam sobie czytać wszystkie książki z naszej listy, już na kilka tygodni przed terminem zabrałam się za czytanie. Najwyżej będę czytać po parę stron dziennie – myślałam – aż dotrę do końca. W końcu to niecałe 200 stron.

Dlaczego takie nastawienie? Haruki Murakami wydaje się być porządnym facetem i dobrze pisze (przeczytałam tylko dwie części „1Q84”), ale nie jestem nim na tyle zainteresowana, żeby zaraz czytać jego autobiografię. A tym bardziej tematyczną, dotyczącą biegania. „(…)chcę przedstawić w niej zebrane przeze mnie przemyślenia, dotyczące tego, czym dla mnie, jako człowieka, jest bieganie. To książka, w której tylko rozważam różne sprawy i głośno myślę.” Serio? Boszsz, jakie to nudne – kłębiło mi się w głowie. Może to jakiś żal przeze mnie przemawia, że ja sama nie mogę biegać, a kiedyś przecież lubiłam. Może to taka zwykła ludzka zazdrość kazała mi myśleć, że to będzie kiepska książka i nie warto się za nią zabierać.

Jednak w miarę czytania coraz bardziej się wciągałam.

Choć dla wielu z Was, tak jak i dla mnie, tematyka może wydać się nudna, nie zrażajcie się, bo to całkiem przystępnie napisana książka i jak się okazuje, wcale nie taka nudna ;) Autor opisuje w niej swoje zmagania na polu sportowym, o książkach pisząc tak, jakby wychodziły spod piora bez największego problemu. To sport, zmuszanie się do codziennego treningu i pokonywanie kolejnych kilometrów sprawia mu najwięcej trudności. Ale też przynosi największą satysfakcję i napędza do życia, czy podejmowania kolejnych wyzwań.

Przez cały czas w trakcie czytania towarzyszył mi podziw dla tego człowieka, dla jego wytrwałości i konsekwencji czynów. Tego, że się nie poddaje tak łatwo, co może być inspiracja dla niejednego czytelnika. Samodyscyplina i pokonywanie własnych słabości nie jest mocna stroną wielu z nas, ale Murakami udowadnia, że tylko dzięki systematycznością uda nam się ją rozwinąć.

“O czym myślę, biegnąc? Zazwyczaj zadają mi to pytanie Ludzie, którzy nigdy nie biegali na długich dystansach. Zawsze zastanawiam się nad nim głęboko. O czym dokładnie myślę, kiedy biegnę? Nie mam zielonego pojęcia. Kiedy jest zimno, chyba myślę o tym, że jest mi zimno. I o tym, że jest mi gorąco w gorące dni. Kiedy jestem smutny, myślę trochę o smutku. Kiedy jestem wesół, myślę trochę o radości. Jak już wspomniałem wcześniej, wracają też do mnie przypadkowe wspomnienia. A bardzo rzadko – tak rzadko, że szkoda o tym mówić wpadam na pomysł, który wykorzystuję w powieści. Mówiąc szczerze, kiedy biegnę, nie myślę o niczym wartym zapamiętania.”



Po co ten tytuł? Przecież podważa go w tym cytacie? Może to tylko zwykła przekora.

“Biegnąc, nic nie robię, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi stówy, biegnę po to, żeby osiągnąć pustkę. Ale jak można się spodziewać, w takiej pustce myśli kryją się naturalnie. To oczywiste. W ludzkim umyśle nie może istnieć całkowita pustka. Emocje ludzkie nie są wystarczająco silne ani zintegrowane, żeby dać sobie radę z prawdziwą nicością. Chodzi mi o to, że myśli i idee, które wpływają na moje emocje, gdy biegnę, są podporządkowane pustce. Ponieważ brakuje im treści, są przypadkowymi myślami gromadzącymi się wokół pustki znajdującej się w środku.”



Jak na mój gust i tę pustkę myślową, którą deklaruje autor, było trochę za dużo filozofowania, ale ogólnie, ta niewielkich rozmiarów książeczka, nie była wcale tak mało interesująca, jak mi się początkowo wydawało. Murakami potrafi umotywować nie tylko biegaczy, ale należy przeczytać do końca, żeby w pełni zrozumieć analogię między bieganiem, a pisaniem ;)

Moja ocena: 6/10 (dobra)
Lolanta


Jest to moje pierwsze spotkanie z Haruki Murakami. Zawsze sądziłam jednak, że będzie to Norwegian Wood, a nie książka o bieganiu, skoro biegania nienawidzę. Podeszłam do tej lektury trochę sceptycznie, no bo hello, nudzą mnie krótkie artykuły na temat zbawienności biegania nawet na rozwój żuczków gnojowników, a tutaj cała książka?

Ten japoński pisarz ujął mnie swoimi przemyśleniami. Miałam wrażenie, że mówi i myśli, jak ja, chociaż nigdy nie przebiegłam maratonu i biegać „byłam” raz i to dawno.

“To, że jestem mną i nikim innym, jest jednym z moich największych walorów. Emocjonalne rany są ceną, którą płaci się za bycie niezależnym.”



Ta książka sama w sobie była taka prosta i orzeźwiająca, dziwiłam się wręcz, że sama nie wpadłam na pewne myśli, że czaiły się we mnie, czułam je na końcu języka, ale nie umiałam tych myśli nazwać. A Murakami umiał. Zawsze będę podziwiała ludzi, którzy codziennie próbują pokonać własne słabości, walczą z codziennością i robią to w przekonujący, szczery sposób.

“Być może w ustach osoby w moim wieku zabrzmi to trochę głupio, ale chcę, żeby wszystko było jasne: należę do ludzi, którzy lubią być sami. Podkreślę to raz jeszcze: jestem osobą, która nie cierpi z powodu samotności. Godzina lub dwie codziennego samotnego biegania, podczas którego z nikim nie rozmawiam, oraz kolejne cztery czy pięć godzin samotnego siedzenia za biurkiem nie są dla mnie ani trudne, ani nużące. Mam taką skłonność od najwcześniejszych lat, kiedy – mając wybór – znacznie bardziej wolałem czytać samotnie książki albo słuchać w skupieniu muzyki, niż spotykać się z innymi. Zawsze mam mnóstwo pomysłów na to, co mogę robić sam.”



Spostrzegawcze, inteligentne, ale zarazem proste postrzeganie świata jest czymś, co ujęło mnie u tego japońskiego pisarza. Z pewnością sięgnę po inne tytuły i nie żałuję, że na pierwszy ogień poszła książka o przewrotnym tytule.

“Ludzie niekiedy szydzą z trenujących codziennie, twierdząc, że niektórzy są gotowi zrobić wszystko, byle tylko przedłużyć sobie życie. Moim zdaniem część z nas biega wcale nie dlatego, że chce żyć dłużej, ale dlatego, żeby przeżyć życie najpełniej. Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle.”



Miss Attitude
  • awatar hairlovelo: Tego autora czytałam "Na południe od granicy, na zachód od słońca" i też przypadła mi do gustu aczkolwiek trochę zwariowana :)
  • awatar Illusion: Próbowałam przeczytać, ale trochę mnie zanudzała, więc odpuściłam.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

"Leonard Peacock kończy osiemnaście lat. Z tej okazji szykuje prezenty dla przyjaciół, goli głowę na łyso i zabiera do szkoły pistolet… Tego dnia zamierza rozliczyć się z przeszłością i dorosłymi, którzy go nie rozumieją. W świecie Leonarda nie ma miejsca na kompromisy, wszystko jest albo czarne, albo białe. Jak w starych filmach z Humphreyem Bogartem... Pif-paf!

“Wybacz mi, Leonardzie" to jedna z trzech powieści młodzieżowych Matthew Quicka. To książka o szukaniu zrozumienia i buncie przeciwko zasadom, którymi kierują się dorośli.”



wybacz-mi-leonardzie-b-iext26439082.jpg


Zanim zabrałam się za Wybacz mi Leonardzie, jedenastą pozycję z listy PKK na rok 2015, zdążyłam wcześniej przeczytać dwie inne książki tego autora: Poradnik pozytywnego myślenia oraz Niezbędnik obserwatorów gwiazd. Kiedy pierwsza skierowana jest do dorosłych, odbiorcą drugiej z nich jest młodzież. Co łączy te dwie pozycje, to emocjonalne problemy bohaterów, mocno ocierające się o chorobę psychiczną. W Wybacz mi, Leonardzie również można zaobserwować taką tendencję i muszę przyznać, że jest to mocna strona prozy Matthew Quicka. Ma on szeroką wiedzę na temat psychologii człowieka i potrafi ją odpowiednio wykorzystać w swoich powieściach.

“Ciekawe, czy rzeczywiście tylko ja to zauważyłem, a jeśli tak, co to o mnie mówi. Czy oznacza to, że jestem dziwny? (Albo dziwniejszy, niż mi się wydawało?) A może po prostu spostrzegawczy?”



Tym razem mamy do czynienia z osiemnastolatkiem, który postanawia zabić kolegę, a potem siebie. Nie od razu dowiadujemy się, dlaczego. Książka napisana jest w narracji pierwszoosobowej, co pozwala odbierać ją bardziej osobiście, jak pamiętnik chłopca. Leonard Peacock stopniowo, krok po kroku opowiada, co wydarzyło się w jego życiu, doprowadzając go to takiej rozsypki. Jego wypowiedzi charakteryzują częste i długie przypisy. Te dygresje ze strony Leonarda, czasem mogą wybijać z rytmu, ale bywają też zabawne, więc warto czytać je na bieżąco. Tym bardziej, że ich treść ma spore znaczenie dla całości.

Autor kładzie nacisk na inność, ale nie sugeruje prób dopasowania się do identycznych kopii ludzkich amerykańskiego społeczeństwa. Mimo problemów psychicznych, jakie powoduje inność, proponuje by ją zaakceptować i cieszyć się z niej.

“Podczas jednej z rozmów po lekcji Herr Silverman powiedział mi, że kiedy jakiś człowiek sprzeciwia się zastanemu porządkowi i zaczyna więcej wymagać od siebie, to nawet jeśli swoim postępowaniem przynosi korzyści innym, ludzie mają mu to za złe, głównie dlatego, że brakuje im siły, aby pójść w jego ślady.”



Wydaje mi się, że młodzi czytelnicy bardziej docenią tę książkę niż ja, bo łatwiej będzie im się w niej odnaleźć. To jedna z ciekawszych powieści, których adresatem jest młodzież, jakie ostatnio czytałam. Matthew Quick nie boi się trudnych tematów i niewygodnych pytań. Dobrze napisana, interesująca.

Moja ocena: 6/10 (dobra)

Lolanta


***

“Ludzie płacą za to, co robią, a w jeszcze większym stopniu za to, czym się stali. A płacą za to w bardzo prosty sposób – pozostałym życiem.”



Jest to moja trzecia książka Matthew Quicka, po "Poradniku pozytywnego myślenia" i "Niezbędniku obserwatorów gwiazd" i zarazem, moim zdaniem, najsłabsza z nich.

Nie ukrywam, że pewne przemyślenia Leonarda - głównego bohatera, który pewnego dnia wyrusza do szkoły, by zabić swojego kolegę i siebie samego, po drodze wręczając niektórym prezenty - były mi bliskie i rozumiałam motywy, które nim kierowały. Choć nie byłam outsiderem w takim wymiarze, w jakim Peacock, to niektóre opisy poruszyły moją czuła strunę.

Ale czy ta książka rzeczywiście powinna być kierowana do młodzieży? Czegoś mi w niej brakowało. Powód krucjaty Leonarda był opisany po macoszemu, trochę na siłę. Nie podobał mi się też przekaz, który w pewnym momencie wybrzmiewał z tej książki - nie musisz się dostosować, pierdol to, najwyżej przyjdziesz do szkoły z pistoletem!

Listy z przyszłości byłyby ciekawym zabiegiem, gdyby nie były tak futurystyczne - a może to ja, nie lubiąca takich klimatów, nie za bardzo potrafiłam się w to wczuć. Opisane było to raczej dezorientująco - nie wiedziałam, czy to rzeczywiście opis przyszłości, sen, czy fantazja.

Leonard Peacock jest dziwny, zamknięty w sobie, opuszczony przez matkę i balansujący na granicy zdrowego rozsądku, rozpaczy i szaleństwa.

“Zdaniem Herr Silvermana o pronazistowskie sympatie oskarżano również Walta Disneya, który  rzeczywiście chodził na spotkania nazistów, umieszczał antysemickie obrazy w swoich kreskówkach i przyłączył się do grupy, która dyskryminowała Żydów w branży rozrywkowej. Walt Disney! Trudno uwierzyć, jak wielu ludzi ma skrycie poglądy rasistowskie. Miliony poczciwych dzieciaków z całego świata przyjeżdżają do parków rozrywki Walta Disneya i znakomicie się bawią z całą rodziną – a wszystko to odbywa się według zamysłu sympatyka nazistów. Dlaczego prawie nikt o tym nie mówi? Herr Silverman twierdzi, że Disney chciał stworzyć utopię tak pociągającą, tak przekonującą, że nikt nie odważyłby się jej oprzeć. „Kogo wam to przypomina?”, spytał Herr Silverman, a my rozumieliśmy, że odpowiedź brzmi: Hitlera. Kilkoro uczniów miało za złe Herr Silvermanowi tego rodzaju porównania. Lori Sleeper zaprotestowała: „Dlaczego próbuje pan zniszczyć nasze dzieciństwo?”. Na co on odparł: „Wolałabyś nie wiedzieć, że Walta Disneya często oskarża się o sympatie nazistowskie?”. Lori Sleeper zawołała: „TAK!”, czym wprawiła mnie w lekkie przygnębienie, ponieważ widziałem, że naprawdę tak myśli. Chowanie głowy w piasek to niezwykle popularna strategia w mojej szkole. Można odnieść wrażenie, że nawet gdyby parki rozrywki Disneya zasilano energią generowaną przez niewolników sprowadzanych potajemnie z Afryki, ludzi skutych łańcuchami i zmuszonych do napędzania stacjonarnych rowerów podłączonych do generatorów prądu, ludzi chłostanych, zamykanych na noc w klatkach i niedożywionych – mieszkańcy Ameryki nadal przywoziliby swoje dzieci do Disneylandów. Dopóki nie musieliby oglądać na własne oczy chłostanych niewolników. Wystarczy ukryć okropieństwa, a większość Amerykanów przejdzie nad tym do porządku dziennego. Przygnębiające.”



Książki Matthew Quicka przyciągają mnie swoimi ciekawymi okładkami. Zostaję przy nich dla interesującej, innej treści. Nie tylko dla młodzieży.

miss attitude
 

pingerowyklubksiazki
 
Anna Karenina wiedzie dostatnie, stabilne i nieco nudne życie u boku dużo starszego męża. Piękna młoda kobieta spełnia się jako matka, ale nie stroni też od przyjęć, jest uwielbiana na petersburskich salonach. Spokój znika wraz z pojawieniem się hrabiego Wrońskiego, który wprowadza w życie Anny namiętność, jakiej nigdy nie zaznała. I zniszczenie, którego nie da się cofnąć. To ponadczasowa powieść o uczuciu, które od początku było skazane na potępienie. Uczuciu, dla którego Anna poświęciła wszystko.

lubimyczytac.pl/ksiazka/152298/anna-karenina


anna-karenina-b-iext22345867.jpg


Lolanta:
Zanim zabrałam się za czytanie, najbardziej obawiałam się, że będzie za dużo o polityce. Na początku powieści prawie tego nie było, były za to całkiem przyjemne i zabawne rozmowy. Znalazło się nawet kilka „złotych myśli”. Więcej można było się dowiedzieć o obyczajach carskiej Rosji, uszczknąć trochę historii… polityka była, ale nie przytłaczała. Na początku. Bo druga połowa tak była nią przesączona, na dodatek okraszona filozoficznymi dywagacjami bohaterów, że książka zaczęła mnie mocno nużyc. Ostatnie strony już tylko kartkowałam, zatrzymując się, przy co ciekawszych zagadnieniach. Lubię grube książki. Lubię wsiąknąć w powieść, czerpać z niej całymi garściami, ale musi to być powieść, w której dużo się dzieje, lub też zawiera wyjątkowo interesujące mnie zagadnienia, inaczej po pewnym czasie zaczynam się nudzić.

I choć na początku książka bardzo mi się podobała, z biegiem traciła na atrakcyjności przytłaczając mnie tematyką, której zwyczajnie nie lubię. Jeśli chodzi o sama fabułę, jest ona niespieszna, ale interesująca. Przedstawia życie Anny, jej troski i dylematy wynikłe ze związku z Wrońskim. Pokazuje jak ciężko odnaleźć się w towarzystwie kobiecie „wyklętej”, która opuściła męża i została zmuszona do zostawienia mu dziecka. Nie mnie ją oceniać, jej czyny, jej myśli, jej miłość. Czytanie o losach Anny to była jednocześnie przyjemność kunsztu pisarskiego i męka z powodu tego, co jej się przydarzyło. Bo Tołstoj o miłości pisze tak, że człowiek bezwiednie się uśmiecha w niejakim błogostanie uczuć przezywanych przez bohatera. Ale jednocześnie, gdy postacią targają gniew, czy zazdrość, podobnie odczuwa je czytelnik.

Moja ocena według skali lubimyczytac.pl: 6-7/10, czyli waham się między dobra, a bardzo dobra :)


Miss Attitude:
Stosunek do klasycznej literatury mam ambiwalentny. Bo z jednej strony chcę poznać te wszystkie historie, których nie wypada nie znać, zwłaszcza zaczytując się w książkach odkąd się tę umiejętność nabyło. A z drugiej – żadna jakoś mnie nie porywa, może chwilowo, a już na pewno nie na tyle, bym sięgała po nią co jakiś czas albo określiła ją mianem ulubionej.

Najpierw zaskoczenie – to nie jest romans, to przekrój rosyjskiego społeczeństwa, jej polityki i podłoża historycznego. Opisane są wszystkie stany społeczne, ich zawody. Młode kobiety, starsi mężczyźni, wojskowi, arystokracja, chłopi, bezdzietni, ciężarne, wierni mężowie, niewierne żony. Każdy może się z kimś zidentyfikować.

Historia Kareniny to pretekst, żeby zawrzeć w niej swoje poglądy, nakreślić jakiś przekrój społeczny, obyczajowy, pokazać spektrum postaw moralnych wokół tej historii. A sama historia? Zestawiona z miłością Kitty i Lewina daje nam dwie drogi, którymi możemy podążyć – rzucenia się w wir namiętnej miłości (czy naprawdę miłości?), która prędzej czy później nas spali albo długo dojrzewającej miłości, która wymaga wyrzeczeń, rozwija się powoli, ale gwarantuje bezpieczeństwo i stabilizację.

Trochę razi i bulwersuje ten ostracyzm Anny, podczas gdy Wroński wciąż cieszył się atencją,  chociaż dobrze wiem, żebył wynikiem hipokryzji elit tamtych czasów. Jednakże sama postać Anny nie przypadła mi do gustu – na początku taka silna i zdecydowana, pod wpływem miłości stała się słaba, nieracjonalna. Znowu bohaterka klasycznej powieści mnie denerwowała, chyba zrobię sobie przerwę :).

Wiele rzeczy było zbędnych, jak krytyka ustroju feudalnego. No błagam.. To ostatnia rzecz, jakiej spodziewałam się w klasycznej historii miłosnej!

Każda z postaci jest jednak wyrazista, dobrze zbudowana, odnosi się wrażenie, że ma swój cel w tej historii i odkryjemy go z czasem.

Największą wartością tej książki jest jej doskonały język i panorama życia XIX-wiecznej Rosji. Z pewnością nie jest nią ta historia miłosna, choć muszę przyznać, że Tołstoj był prawdziwym psychologiem i znawcą kobiet.

Cóż, szukam dalej idealnej dla siebie historii miłosnej, chyba nie odnajdę jej jednak w klasyce :)
  • awatar frytki z majonezem.: Dobra książka,ale szału nie ma :) Zgadzam się ;)
  • awatar valentine72: przeczytałam całą jednym tchem-autor idealnie pokazał upadek kobiety,która przez lekkomyślność wyszła poza ramy
  • awatar anul4e: Ksiazka mnie troche przytloczyla. Jezyk byl przekpiekny, Tolstoj swietnie potrafi "malowac" bohaterow, krajobrazy. Opisy byly tak szczegolowe, ze do twj pory pamietam jak opisywal wasik Anny. Natomiast nie jkrywam na pierwszym tomie ksiazka by sie mogla skonczyc.
Pokaż wszystkie (13) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

"Czy wraz z tragedią na Broad Peak kończy się w Polsce himalaizm, jaki znaliśmy dotychczas?
Autorzy próbują odpowiedzieć na to pytanie, analizując krok po kroku najważniejsze wydarzenia podczas polskiej wyprawy na Broad Peak w 2013 roku. Przeprowadzają dramatyczne rozmowy ze świadkami wydarzeń, przyjaciółmi tragicznie zmarłych i ich rodzinami. Dokonują wiwisekcji etyki polskiego himalaizmu. Piszą też o granicach pasji, zastanawiają się, czy wspinaczka jest hymnem wolności, czy też raczej najwyższe góry powinniśmy nazywać Himalajami egoizmu?"

279121-352x500.jpg


Na naszą propozycje do czytelników bloga o wysunięciu własnej kategorii książek na listę PKK, koleżanka Obietyw-NIEJ zaproponowała książki „górskie”. To jej pasja, a ja lubię poznawać nowe zagadnienia, więc zgodziłam się w sumie nawet ochoczo: będzie okazja do poszerzenia horyzontów.

Niestety, okazało się, że moje horyzonty są już tak zatwardziale i wąskie, że przesunięć się nie chcą nawet odrobinkę. „Broad Peak. Niebo i piekło” kupiłam z myślą – oto i nowe zainteresowanie, będę ciekawsza, kiedy powiem, że lubię góry ;) Ale ja góry, owszem, lubię, ale raz na kilka lat wystarczy mi po nich połazić, a potem mogę zapomnieć. A jeszcze w zimie? Zapomnij! Nikt mnie zimą nie wyciągnie na niebezpieczny trakt.

Mimo moich wielkich chęci „Broad Peak” nudził mnie niemal od pierwszej strony, a nawał nazwisk, które kompletnie nic mi nie mówiły (noo, może poza Jerzym Kukuczką i Wandą Rutkowską) przytłoczył. Były to dla mnie informacje kompletnie bezwartościowe i nic nie wnoszące, bo i tak żadnego z tych nazwisk nie zapamiętałam. Historia polskiego himalaizmu zimowego również wydała mi się mało interesująca, a relacje świadków, przeżycia rodzin jakby wyrwane z kontekstu. Książka jest mało spójna, a ja lubię, kiedy jest w miarę porządek. Pierwsze strony były zbyt chaotyczne, raz wspomniano taką wyprawę, innym razem zupełnie inną. Dla kogoś, kto kompletnie nie interesuje się tematem i nie ma zielonego pojęcia o górach jest to niezrozumiale i nieciekawe.

W tym temacie jestem ignorantką, wiem bardzo niewiele, nie ciągnie mnie do tego świata i nie rozumiem pasji narażania życia swojego i innych, żeby zdobyć jakiś szczyt. Tym razem nie będę oceniać książki według skali gwiazdkowej z lubimyczytac.pl, bo jej nie skończyłam i taka ocena może być krzywdząca, skoro zupełnie nie potrafię docenić treści w niej zawartych. Według mnie to pozycja tylko dla miłośników gór, lub też ludzi bardziej otwartych na tego typu książki.

Szkoda :(

Lolanta


***


Dwa lata po tragicznych wydarzeniach z Broad Peak, które przeżywała cała Polska, a w szczególności środowisko himalaistów i internauci wyżywający się na forach dyskusyjnych, sięgam po książkę opisującą je dokładnie i jestem zaskoczona.

Jestem zaskoczona, że jest to pozycja tak dokładna, rzetelna i nie zanudzająca detalami. Przecież wszyscy wiemy, co tam się stało. Do znudzenia, choć to brutalnie brzmi biorąc pod uwagę śmierć dwóch osób, wałkowano temat, wywiady z wszystkimi osobami związanymi ze sprawą, nabijano oglądalność reportażami i dywagacjami „co by było gdyby”.

A ta pozycja jest świeża, rzetelna, bardzo wzruszająca. Do gór mam stosunek osobisty, ale to, w jaki sposób został opisany m.in. Maciej Berbeka wycisnął mi łzy z oczu . Książka ta jest bezstronna, obiektywna i nie oceniająca żadnej z podjętych „na górze” decyzji. Poznajemy każdego z uczestników wyprawy, /najmniej, a prawie wcale, Artura Małka, który nie zgodził się na rozmowę z autorami – Bartkiem Dobrochem i Przemysławem Wilczyńskim/, co doprowadziło ich na szczyt Broad Peaku, ich historię, rozmowy z bliskim, wspomnienia z tego tragicznego dnia.

Nie sposób ocenić postępowania uczestników wyprawy, ale książkę już mogę – jest napisana z rozwagą, pozwala choć trochę zrozumieć ludzi, którzy zginęli spełniając swoje marzenie. Wielkim plusem jest także rzetelne dziennikarstwo autorów, którzy starali się nie żerować na tragedii.

Świetna pozycja dla osób, które chcą poznać szerzej historię polskiego himalaizmu, zagłębić temat niegdysiejszej etyki wspinania się i porównać, czym różniły się wyprawy z lat 80-tych, a te dzisiejsze. Czy ta książka to próba odpowiedzi jaki jest sens himalaizmu? W pewnym sensie tak, ale jesteśmy tylko obserwatorami, którzy siedzą w ciepłym domu i prawdopodobnie nigdy nie będą musieli zmierzyć się z odmrożeniami, hipotermią czy wielkim zmęczeniem, które nie pozwala dalej iść.

„Góry nie znoszą gadulstwa.„

miss attitude
 

pingerowyklubksiazki
 

“Bohaterem powieści jest mężczyzna cierpiący na bezsenność, Ralph Roberts. Im krócej sypia, tym dziwniej postrzega świat i ludzi wydaje mu się, ze zaczyna widzieć ich aury, a także tajemnicze istoty towarzyszące zgonom jego znajomych i przyjaciół. Tymczasem miasto jest rozrywane społecznymi zamieszkami spowodowanymi powstaniem szpitala, centrum opieki, w którym dokonuje się m.in. zabiegów aborcji. Inspirują je zrzeszeni w Pro-Life obrońcy życia nie narodzonych dzieci. Na czele ruchu stoi człowiek obłąkany, sadysta skazany za znęcanie się nad własną rodziną. Planuje on zamach na centrum i zgładzenie przebywających tam ludzi. Jest wśród nich chłopiec, w którego rękach spoczywa los wszechświata. Tylko Ralph dzięki swoim niezwykłym zdolnościom postrzegania może ich ocalić…”


lubimyczytac.pl/ksiazka/171717/bezsennosc

352x500-1.jpg


Uwielbiam Kinga, bo jest co uwielbiać. Potrafi podać najbardziej niewiarygodną historię w taki sposób, że jestem skłonna w to uwierzyć, ba!, zakochać się w bohaterach i z zapartym tchem śledzić ich losy. Dlatego ciężko mi przyznać, że ta książka jest dla mnie jedną z najsłabszych, jakie przeczytałam tego autora. Po jej przeczytaniu jestem skłonna uwierzyć w głosy ludzi, którzy twierdzą, że King jest zwyczajnie cholernie dobrym rzemieślnikiem. Bo tak, widać ogrom pracy przy tej książce, ale im głębiej, tym bardziej traci sens. Jest to ponad 600 stron historii, która nie porywa. Nie wiem, w którą stronę chciał iść King – czy miał być to horror (bo nie przestraszył w ŻADNYM momencie), czy thriller? Czekałam, aż historia nabierze rozpędu, ale snuła się, tak jak bohater – była nudna, a jej tytuł jest przekorny, no naprawdę mnie uśpiła. Recenzja krótka, ale nie mam nic więcej do dodania..
Miss Attitude

„Bezsenność” zaczęłam czytać akurat w krótkim okresie, kiedy sama miałam problemy ze spaniem. Przewracanie się z boku na bok i brak snu tym bardziej skłaniały mnie do sięgnięcia po tę książkę i pewnie bym to zrobiła, nawet gdyby nie była liście PKK. Trochę się początkowo obawiałam, bo Miss Attitude mnie wyprzedziła i już zdążyła oznajmić, że wyjątkowo ta książka to raczej lek na bezsenność. A ona uwielbia Kinga! Zmartwiłam się, ale cóż, jedna książka, wiele opinii, trzeba przekonać się samemu. Myślę, że dla kogoś, kto nigdy nie miał problemów ze snem i ich nie rozumie, ta książka rzeczywiście może być trochę, (hmmm, aż mi dziwnie, że to mówię o Kingu), nudna. Początek jest niespieszny, główną postacią jest stary człowiek, czyli mało atrakcyjny z punktu widzenia czytelnika, bohater. Ralphowi zmarła żona, a on w ponad miesiąc od jej śmierci zaczął mieć problemy ze snem. A dokładniej to z budzeniem się. Codziennie o kilka minut wcześniej. Dzień w dzień. Albo raczej noc w noc. I zaczyna widzieć aury…
Trudno jest mi określić w jednoznaczny sposób tę powieść, bo jednocześnie mi się podobała i nie podobała. Chociaż… nie jednak z naciskiem na podobała. Dlaczego takie mieszane uczucia? Jak na mój gust było zbyt wiele powtórzeń tych samych aspektów, jakby King przestał wierzyć w swoich czytelników i postanowił powtarzać im do znudzenia pewne rzeczy aż zrozumieją, o co mu chodzi. Kiedy już wszystko mniej więcej staje się jasne, on dla pewności po raz kolejny tłumaczy jak to jest z tymi aurami, że są takie kolorowe. Przez te właśnie powtórzenia książka momentami nużyła, bo nikt nie chce czytać wciąż tego samego tylko ubranego w trochę inne słowa.

Z drugiej jednak strony, widać było, że autor bawi się „Bezsennością”. Dodaje coraz to nowsze, charakterystyczne dla niektórych jego powieści kosmiczne watki. Ja akurat nie jestem fanką tych jego „ufoków” (i nie, nie mam tu na myśli zielonych ludków), ale momentami zabawnie było za ich pomocą śledzić, jaką ścieżką biegnie umysł mistrza. Np. to jak nadaje swoim postaciom właściwości superbohaterów – odmładza ich i uposaża w umiejętności karate pochodzenia kosmicznego. W sumie… ciekawie by było zobaczyć „Bezsenność” jako komiks.
Moja ocena: 6/10 (dobra)
Ciekawa jestem, jak wy odebraliście „Bezsenność”.
Lolanta

pingerowyklubksiazki.wordpress.com/(…)stephen-king-…
  • awatar Garret: W zasadzie to miałem podobne odczucia, ciągnęło się trochę i nużyło. Za to podobało mi się Dallas 63 czy Dreamcatcher. Ostatnio czytałem kontynuację Dr Sen i przyznam, że trzymało w napięciu, taka kontynuacja Lśnienia :)
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Garret: Taa? O to ja muszę przeczytać. Ciekawa jestem tej kontynuacji. Dallas jest u nas na klubowej liście ustawiony na 12 września, a Dreamcatcher też chyba gdzieś tam czeka u mnie na półce ;) Bezsenność na pewno najbardziej zachwyci tych, którzy lubią tę właśnie kosmiczność u Kinga. Lolanta
  • awatar Garret: @Pingerowy Klub Książki: Albo dla tych, co poszukują leku na sen :]
Pokaż wszystkie (9) ›
 

pingerowyklubksiazki
 
"Książka – legenda, której niesłabnącą popularność przyniosła doskonała ekranizacja oraz niezapomniana postać głównej bohaterki, która nie ma sobie równych w całej historii literatury.
Rok 1861. Czas wojny secesyjnej – Ameryka przechodzi głębokie wewnętrzne przemiany, które na zawsze zmienią jej obraz. Świat Południa, wielkich plantacji, możnych panów i czarnoskórych niewolników odchodzi w zapomnienie, pochłaniany przez industrialną, nastawioną na przemysł rzeczywistość. Scarlett O’Hara, córka zamożnego plantatora bawełny z Georgii, ma zaledwie szesnaście lat, jednak jej duma, upór i energia wydają się nie znać granic. Kiedy jej ukochany Ashley Wilkes zaręcza się z inną kobietą, Melanią, dziewczyna na złość jemu i sobie wychodzi za mąż za jej brata. Jej małżeństwo nie trwa jednak długo, małżonek rychło umiera, zaś Scarlett sama musi dać sobie radę z przytłaczającą rzeczywistością. Życie południowców staje się nieustającą walką o byt. Dziewczyny nie interesuje wojna, nie interesuje jej polityka, ale to właśnie one wywrą niezatarte piętno na jej życiu… Małżeństwo dla pieniędzy, upadek dawnych wartości, wreszcie czająca się tuż obok miłość, którą tak trudno dostrzec w ciężkiej codzienności sprawiają, że Scarlett jest w gruncie rzeczy osobą nieszczęśliwą. Mądrość i wiedza o tym, co najcenniejsze, przychodzą jednak wraz z doświadczeniem."

352x500.jpg


Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell to jedna z moich ulubionych książek, więc nie spodziewajcie się ode mnie ani słowa krytyki. Kocham w niej wszystko: postacie, fabułę, humor, wojnę… Tak! Nawet wojnę w niej kocham. Margaret Mitchell napisała, według mnie, książkę doskonalą, w której nie śmiałabym skrytykować nawet jednym słowem.

To jedna z najpiękniejszych, najcudowniejszych powieści, z masą wyrazistych postaci, charakterów nie do podrobienia. Mamy tu dramat, komedię, historię i romans. Choć jest to bardziej literatura kobieca, to i panowie znajdą tu coś dla siebie, (choć nie wiem, czy ilość romansowych scen na grubość trzech tomów przedłoży się na cierpliwość mężczyzn ;))

Chyba najbardziej z całej książki lubiłam utarczki słowne Retta i Scarlett – a zapewniam, że tych było tam wiele. Tych dwoje pasowało do siebie jak przysłowiowe dwie polówki jabłka. Margaret Mitchell stworzyła postacie doskonałe, niemal jak żywe. Ich relacje opisane były szczegółowo i zabawnie, a pod koniec niestety, również dramatycznie.

Przeminęło z wiatrem jest jak stary przyjaciel, do którego powraca się po latach i odkrywa się, że nadal potraficie cudnie spędzać razem czas. To literatura, która według mnie wyznacza standardy pisania i powinna znajdować się w biblioteczce KAŻDEGO domu.

Moja ocena: 10/10 [arcydzieło!]

Lolanta


***

Do tej pory zabierałam się do klasyki jak pies do jeża. Były „Wichrowe wzgórza”, była „Nana”, była „Rozważna i romantyczna”..I żadna z tych książek mnie nie porwała. Owszem, potrafiłam dostrzec jej walory w każdej postaci, ale żeby czytać ją z wypiekami i zaliczyć do ulubionych pozycji? To nie. Przyznam, że „Przeminęło z wiatrem” ratuje moją klasyczną półkę.

Tłumaczenie jest trochę archaiczne i trąci myszką, ale ma to swój niezaprzeczalny urok. To, co jednak podobało mi się najbardziej, to obraz Południa, koniec ery dumnych plantatorów, wojna secesyjna (cały czas miałam przed oczami obrazy z serialu „Północ-Południe” z Patrickiem Swayze), opis zmian.

I główna bohaterka, której miałam ochotę strzelić z liścia jakieś pięćdziesiąt razy. Co za durne babsko, co za głupia dziewucha! Gdybym miała wskazać bohatera literackiego, którego najmniej lubię, to zdecydowanie byłaby Scarlett. Dojrzewała na kartach powieści, owszem, ale już, już, gdy myślałam, że zmiany idą ku dobremu, to robiła coś, co niwelowało całą moją sympatię. Była odważna, bezkompromisowa, walczyła o przetrwanie jak nikt inny, ale nie zmienia to faktu, że była próżna, nie zasługiwała na miłość tylu osób i  cieszyłam się z zakończenia. Wiem, jak mogłam!

Rett.. Och, Rett to jest mężczyzna z krwi i kości. Cyniczny, ale inteligentny, o dobrym sercu – takiemu facetowi oddałabym serce, ciało i duszę. Szczerze mówiąc bardzo przypomina mi mojego towarzysza życia :)

Przede mną jeszcze seans – ekranizacja. Mam nadzieję, że także wywoła we mnie sporo emocji, a to jest przecież wyznacznikiem dobrej lektury – kiedy gwałtownie poruszy strunę :) Myślę, że nie muszę nikomu tej pozycji polecać.

Moja ocena: 9/10 (wybitna)

miss attitude


Wpis na wordpress: pingerowyklubksiazki.wordpress.com/(…)margaret-mitc…
  • awatar Bafka: To ja jestem jakas dziwna, bo mnie ta ksiazka strasznie nudzila. Co prawda czytalam ja kilka lat temu, wiec moze jakbym przeczytala teraz mogloby byc calkiem inaczej. Ale jakos nie kusi mnie by czytac to jeszcze raz.
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Bafka: Właśnie widziałam na lubimyczytac.pl Twoją niską ocenę tej książki i bardzo się zdziwiłam, bo dla mnie jest to powieść doskonała. Ale przecież nie wszystko wszystkim musi się podobać :) Lolanta
  • awatar jackstraw: powiem jedno: kocham! choć ekranizacja mnie zawiodła :-(
Pokaż wszystkie (13) ›
 

pingerowyklubksiazki
 
"Lincoln Rhyme to jeden z najwybitniejszych kryminalistyków na świecie. Od czasu tragicznego wypadku jest sparaliżowany od szyi w dół. Przykuty do łóżka planuje samobójstwo, gdy od swojego dawnego partnera z policji otrzymuje propozycję, której nie może odrzucić...

Kolekcjoner Kości - morderca i porywacz mający obsesję na punkcie starego Nowego Jorku - zostawia wskazówki, które tylko Lincoln Rhyme może odszyfrować. W wyznaczonym czasie, dzielącym od śmierci kolejne ofiary, Lincoln Rhyme i Amelia Sachs - policjantka, która jest jego rękami i nogami - starają się znaleźć miejsca ukrycia porwanych, korzystając ze wskazówek podrzuconych przez Kolekcjonera Kości.

Powoli kryminalistyk zawęża krąg poszukiwań wokół porywacza. Jednak okazuje się, że Kolekcjoner Kości ma swoje plany i zaciska pętlę wokół Lincolna Rhyme'a..."

372558-352x500.jpg

pingerowyklubksiazki.wordpress.com/(…)jeffery-deave…
facebook.com/pingerowyklubksiazki/

Kolekcjoner kości Jeffery Deaver z 1997 – to nie książka dla małych dziewczynek. To nie jest też powieść dla osób, które wolą spokojne i romantyczne książki. To coś raczej dla lubujących się w tekstach o krwi i brutalnych mordach. Dla kogoś, kto lubi się bać i nie ucieknie z krzykiem przy pierwszym ugotowanym ludzkim ciele.

Tylko nie mówcie, że nie ostrzegałam!

Zwykła patrolowa policjantka znajduje wystający z ziemi obrany od kości palec ręki. Na palcu, a właściwie na tym, co z niego zostało, znajduje się pierścionek. Palec należy do pogrzebanego w glebie mężczyzny. Tego samego dnia on i kobieta, do której należy pierścionek wsiedli do taksówki i od tamtej pory nikt ich więcej nie widział. Aż do momentu odnalezienia wystających gołych kości palca… Nadal nie wiadomo, gdzie jest kobieta…

Jeffery Deaver nie bawi się w żadne wstępy i opisy. Od razu przechodzi do rzeczy. Akcja zaskakuje od pierwszego rozdziału i nie pozwala odetchnąć, aż do końca. I to jakiego końca!!!

Autor „złapał mnie” mnie na główne postacie. Tak! Wreszcie coś oryginalnego, zamiast wiejących nudą policjantów alkoholików. Lincoln Rhyme, od którego imienia pochodzi nazwa cyklu, to były kryminalistyk, obecnie przykuty do łóżka, wymagający całodobowej opieki wykwalifikowanego pielęgniarza. Jest sparaliżowany od szyi w dół, stracił chęć do życia. Nowojorska policja włącza go do śledztwa, bo jak się pewnie domyślacie, nikt nie ma takiej tęgiej głowy do kryminalnych zagadek, jak właśnie Lincoln. Właściwie, to tylko ona jeszcze działa jak należy…

Kolekcjoner kości to początku do końca rozwiązywanie zagadki. Jeśli lubicie krzyżówki, odkrywanie tajemnic krok po kroku, to pewnie Wam się spodoba. Tylko pamiętajcie, że Was ostrzegałam przed drastycznymi szczegółami.
Więcej tutaj: lolantaczyta.wordpress.com/(…)kolekcjoner-kosci-jef…

Moja ocena w skali z lubimyczytać.pl, (od 1 do 10 gwiazdek) to 8!, czyli rewelacyjna!

Lolanta


***

Książkę przeczytałam jednym tchem lata temu, a w pamięci utrwalił mi się dzięki ekranizacji z Denzelem Washingtonem jako Lincolnem Rhymem i Angeliną Jolie jako Amelią Sachs. Potwierdzeniem tego, że jest to świetna pozycja jest fakt, że przeczytałam ją drugi raz tak, jakbym od nowa odkrywała intrygę i śledziła fascynującą relację, która połączyła sparaliżowanego geniusza kryminalistyki i nieopierzoną policjantkę.

Historia rozgrywa się w Nowym Jorku zaledwie przez trzy dni. Brutalny szaleniec porywa i morduje mieszkańców tego miasta, zostawiając wszędzie wskazówki, które może rozszyfrować tylko Lincoln Rhyme. Pierwszą ofiarę odkrywa ostatniego dnia patrolowej służby Amelia Sachs, która imponuje Lincolnowi przytomnością umysłu i działaniami na miejscu zbrodni. Zostaje w ten sposób wciągnięta w sprawę trochę wbrew sobie – dociera tam, gdzie genialny kryminalistyk nie może dotrzeć. Podobna przeszłość i charaktery przyciągają ich ku sobie, tworząc subtelne napięcie, które podkręca ich relację. Autor nie przesadza jednak z wątkami pobocznymi i nie rozbudował wątków osobistych bohaterów, skupiając się na szalonym tempie śledztwa.

To, co zwróciło moją uwagę, to obszerna wiedza z dziedziny kryminalistyki, którą przekazuje nam Deaver w przystępny sposób. Jest tutaj opis technik oraz akcesoriów, którymi posługują się śledczy, odkrywamy razem z nimi kolejne wskazówki, które pozostawił morderca i czujemy się tak, jakbyśmy tam byli i razem z Amelią wskakiwali do tunelu, by zdążyć z pomocą. Powieść nie jest jednak brutalna, nie ma w tej pozycji opisów morderczych praktyk, a jedynie bardzo głęboka psychologia postaci, co ekscytuje i wciąga w ten sposób, który nie pozwoli nam oderwać się od pozycji, dopóki nie dowiemy się, jak skończy się ta gra.

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że to jeden z najlepszych thrillerów, jakie w życiu przeczytałam, a przeczytałam ich dużo. Ba! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to jeden z najlepszych thrillerów, jakie powstały. Mamy tutaj wszystko, co pozwala mi wywyższać tak tę książkę – nie ma długich i nudnych opisów śledztwa, niepotrzebnego i rozbijającego fabułę wątku miłosnego, wszystko jest spójne, a każda wskazówka prowadzi nas do następnego etapu śledztwa. Narracja jest płynna, a historia przemyślana i zgłębiona do cna. Według mnie powieść jest napisana w sposób spektakularny, a i  ekranizacja niczym jej nie ustępuje.

miss attitude
  • awatar myyysz: Widziałam film, ale po Twojej recenzji muszę przeczytać książkę! Lubię krew! Dużo krwi! ;)
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @myyysz: Może nie jest aż tak dużo krwi, bo metody zabijania są różne, ale jest dość mocno :) Lolanta
  • awatar Pollyanne: Film oglądałam lata temu i w gruncie rzeczy niewiele z niego pamiętałam (poza tym, że wówczas bardzo mi się podobał!), więc książkę zaczynałam właściwie z czystym umysłem, bez ugruntowanych wcześniej opinii. Kiedy ją kończyłam, opinia była gotowa i podobna do Waszej: to naprawdę bardzo, bardzo udany thriller! Podoba mi się w nim to, że poza zagadką kryminalną, mamy tu też interesujący z psychologicznego punktu widzenia wgląd w umysły Amelii i Lincolna. Zwłaszcza sytuacja tego ostatniego podnosi ważką kwestię eutanazji i nie zostawiła mnie obojętną. Jest to też opowieść o innych rzeczach: uprzedzeniach, poczuciu winy... Wszystko to tworzy gęsty, smakowity sos, którym polana jest sama zagadka. A ta ostatnia jest doprawdy najwyższego sortu :) Genialna odmiana po tych wszystkich serialach typu CSI, gdzie niesamowita technologia ułatwia pracę policjanta. Tutaj gros odpowiedzialności spoczywa na umiejętnościach kojarzenia faktów, sherlockowskiej dedukcji i czasem też intuicji.
Pokaż wszystkie (8) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

“Miasteczko Holton Mills w amerykańskim stanie New Hampshire. Nadchodzi koniec lata i wakacji. Zbliża się upalny długi weekend z okazji Święta Pracy. 13-letni samotnik Henry spędza czas głównie na oglądaniu telewizji, czytaniu i fantazjach. Jego jedynym towarzystwem jest rozedrgana emocjonalnie, od lat rozwiedziona z jego ojcem matka. Nagle we czwartek przed świątecznym weekendem, podczas banalnej wizyty w supermarkecie, wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni: pewien tajemniczy ranny mężczyzna prosi Henry'ego o udzielenie mu pomocy. Pięć kolejnych dni będzie w życiu Henry'ego największą lekcją, jaką może dać życie; chłopiec pozna dojmujący ból zazdrości i konsekwencje zdrady, zrozumie, że dobro tych, których kochamy, jest ważniejsze od naszego własnego - oraz że na prawdziwą miłość warto zaczekać.”



joyce-maynard-dlugi-wrzesniowy-weekend-labor-day-cover-okladka.jpg



Joyce Maynard, amerykańska autorka znana miedzy innymi ze swojego związku z  J.D. Salingerem, napisała książkę niezwykłą. Magiczną, choć magii tu nie uświadczysz. Ciepłą, choć zamiast opowieści o szczęśliwym dzieciństwie, mamy smutne historie dotyczące rozbitej rodziny. Więc, co takiego spodobało mi się w „Długi wrześniowy weekend”?  
Henry ma 13 lat, mieszka z mamą i chomikiem Joe. Adele, jego matka to ekscentryczka, nie ma przyjaciół, nie chodzi już na randki. Praktycznie nie wychodzi z domu. Jak już musi iść do sklepu, czy do banku, wiezie tam syna i czeka w samochodzie, aż ten załatwi sprawunki. Chłopak nie jest lubiany w szkole. Dla innych dzieciaków mógłby nie istnieć. I on o tym dobrze wie. To, że wkroczył wiek dojrzewania płciowego wcale nie pomoże mu odnaleźć się w środowisku rówieśników.
Kluczem do zrozumienia zarówno Henry’ego oraz jego matki jest Frank. Poznali go podczas jednej z wypraw do sklepu i pozwolili mu zamieszkać u siebie na ten długi wrześniowy weekend, kiedy przypada amerykańskie święto pracy. Poprzez pierwszoosobowa narrację Harrego, będzie nam dane poznać, co kształtowało chłopca przez te wszystkie lata i jaki wpływ na jego przyszłość będzie miało poznanie Franka. Autorka niezwykle dokładnie opisała wewnętrzne skargi nastolatka, wpływy, jakie wywierają na nim inni ludzie, wierność matce, której stronę, zawsze obiera, nawet, jeśli nie jest pewien, czy ta ma rację.
Powieść była dla mnie sporym zaskoczeniem. Po doświadczeniu z „Wodą dla słoni” Sary Gruen bałam się, że to będą kolejne flaki z olejem. Ale nie. Wciągnęła mnie momentalnie. Urzekła mnie naiwność bohaterów, niewiarygodność wydarzeń, a nawet tego, co niezbyt rozgarnięta matka opowiadała chłopcu. To był dla mnie inny świat, który chłonęłam z każdą stroną.
(Po więcej zapraszam tutaj: lolantaczyta.wordpress.com/(…)dlugi-wrzesniowy-week…)

Lolanta

***

Powieść udowadniająca, że jedna chwila i przypadkowe spotkanie może zmienić życie wielu osób. Tak było w przypadku Adele i jej syna Franka, gdy wybrali się na zwyczajne zakupy do marketu.  Małe amerykańskie miasteczko, dni poprzedzające długi, wrześniowy weekend z okazji Święta Pracy. 13-letni Henry jest nieśmiałym, zdystansowanym i wyobcowanym chłopcem, który zaczyna intensywnie dojrzewać. Mieszka z matką, Adele, która po rozwodzie z jego ojcem, wielu poronieniach i urodzenia martwego dziecka, popada w depresję i swoje wychodzenie z domu ogranicza do niezbędnego minimum, nawet pracę wykonując przez telefon, siedząc w kuchni.

„Po tym poranku wiedziała, że musi skończyć z wychodzeniem na świat. Nie chciała już więcej kochać się ze swoim mężem. Nie chciała rodzić kolejnych martwych dzieci. Nie zależało jej nawet na tańcu. Jedynym bezpiecznym miejscem był dom.”

W markecie spotykają tajemniczego mężczyznę, który przedstawia im się i prosi o pomoc. Adele z synem udzielają schronienia i pomocy zbiegłemu więźniowi, którego intensywnie poszukuje policja i telewizja. 5 dni, jakie spędzają z Frankiem, to zaskakujące i najszczęśliwsze dni ich życia, które niosą ze sobą życiowe lekcje.  Frank ukazuje im świat na nowo,  zmienia ich życie. Jego pojawienie się sprawiło, że młody Henry przestał być odpowiedzialny za szczęście matki, a nowo odkryty seks był mimowolnym sposobem na uwięzienie Franka przy Adele. Dowodem na to, że rodzina ta nie funkcjonowała do tej pory najlepiej był fakt, że przez cały ten okres nie sprawdzili nawet, za co odsiadywał karę ich nowy przyjaciel. Czuli wobec niego lojalność i czekali, aż sam im to opowie.

Uczucia Henry'ego zaczynają się jednak zmieniać, między innymi pod wpływem nowej koleżanki, która uświadamia mu kilka spraw, które prowadzą do dosyć przewidywalnego końca.

Powieść została sfilmowana, w roli Adele wystąpiła Kate Winslet, a Franka - Josh Brolin.

miss attitude
  • awatar Pingerowy Klub Książki: O widzisz, ja nie wspomniałam o motywie z wewnętrznym zakazem oglądania wiadomości i czytania gazet, bo Frankowi może być przykro, jak zobaczy, ze o nim czytają :) Love it! Takie bardzo dziecinne myślenie, nawet jak na trzynastolatka. L.
  • awatar Bafka: Pisalam o swoich wrazeniach po przeczytaniu ksiazki tu: smakoszka.pinger.pl/m/23161984 Byla ciekawa, momentami nawet niezwykle urzekajaca, ale mnie osobiscie nie porwala jakos tak bardzo. Mimo wszystko brakowalo mi w niej czegos, nie wiem sama czego.
  • awatar Bafka: @Pingerowy Klub Książki: A wiesz Lola, tak sobie ostatnio przypomnialam wiele roznych historii z mojego wlasnego zycia i "bardzo dziecinne myslenie, nawet jak na trzynastolatka" mialam przynajmniej do 20tki, a nawet i teraz. Choc w innych kwestiach niz w ksiazce oczywiscie. Ale ogolnie mysle sobie, ze to nie zalezy od tego ile sie ma lat i na ile sie jest doroslym, ale chyba bardziej od tego, na ile sie chce zachowac taki troche iddylyczny swiat naszych wyobrazen, ktory zwykle okazuje sie tak roznic od rzeczywistosci.
Pokaż wszystkie (15) ›
 

pingerowyklubksiazki
 
"Porywająca opowieść o niezwykłej miłości i wielkiej przygodzie, która na zawsze odmieniła życie wszystkich bohaterów. Jacob Jankowski to żywiołowy student weterynarii, jego świat przewartościowuje wiadomość o śmierci rodziców. Pod wpływem impulsu rzuca studia i przyłącza się do wędrownego cyrku, który staje się dla niego zarówno zbawieniem, jak i piekłem na ziemi. Z determinacją próbuje odnaleźć się w tym pełnym skrajnych emocji świecie, sytuację komplikuje jednak uczucie do pięknej Marleny, żony charyzmatycznego tresera Augusta.
Woda dla słoni to mądra, wzruszająca i zabawna powieść, barwni bohaterowie i porywająca narracja wciągają bez reszty."
Opis z: lubimyczytac.pl/ksiazka/98518/woda-dla-sloni

download.jpg



O „Wodzie dla słoni” usłyszałam pierwszy raz kilka lat temu, gdy na ekrany kin wchodziła jej ekranizacja z Robertem Pattinsonem w roli polskiego studenta weterynarii, Jacoba Jankowskiego i Reese Whiterspoon w roli Marleny, żony tresera Augusta i gwiazdy pokazu cyrkowego. Zwiastun nie zainteresował mnie jednak na tyle, by obejrzeć film, a nadal hołduję zasadzie, że jeśli istnieje książka, to najpierw sięgnę po nią, żeby nie psuć sobie obrazu.

Tylko krótki zwiastun wystarczył, by bohaterowie i tak mieli twarze aktorów ich odgrywających. W wyobrażeniu sobie scen i miejsc pomogły mi zdjęcia, które znajdowały się w książce. Wrażenie było niesamowite i przypomniały mi się wszystkie filmy, jakie kiedykolwiek obejrzałam o cyrku, a także moje osobiste wyprawy, kiedy miałam 8 lat i wchodziłam do niego za darmo.

Mimo tego, że tematyka cyrku nie jest powszechna i mało kto może pochwalić się takimi przeżyciami, jak Jacob Jankowsi, to Sara Gruen stworzyła takie postacie, że ich historie wydają nam się prawdziwe, wcale nie przerysowane (nawet jeśli coś wydaje nam się takie, to kilka chwil w wyszukiwarce google może nam potwierdzić, że i takie rzeczy zdarzały się w historii cyrku, o czym wspomina sama autorka na końcu książki).

Podobał mi się styl pisania autorki, pokazała duże poczucie humoru i niektóre dialogi były mistrzowskie. Historia toczy się powoli, zmierza ku wydarzeniom, które komplikują wszystko i po których już nic nie będzie takie samo. Czytelnik spodziewa się tego, ale i tak jest zaskoczony rozwojem wypadków.

Jedyny bohater, z którym się zżyłam, to 93 letni Jacob Jankowski. Jako młody weterynarz i pracownik cyrku nie wywoływywał we mnie zbyt wielkich emocji, mimo tragedii, która go spotkała i szalonych uczuć, jakie nim targały przez cały ten okres. Uśmiech radości wzbudzała także Rosie, czyli słonica, która pozwoliła zakochanym na happy end. Bardzo podobało mi się natomiast zakończenie, bo szybciej spodziewałabym się śmierci Jacoba jako zgrabnego zakończenia tej historii. Okazało się jednak, że autorka pozostawiła tę furtkę otwartą..

miss attitude

                            ***

Strony mi się dłużyły, wydarzenia wlekły. Byłam wściekła na to, jak traktowane są zwierzęta. To się aż ciężko czytało, bo serce boli. Ja tam żadnej miłości nie widziałam, ani tym bardziej słonia. Gdzie ten słoń, do jasnej ciasnej?!
Pojawił się. Na 160 stronie! Ale warto było na niego czekać. Jednym krótkim wejściem książka nabiera kolorów. Słoń jest elementem kluczowym, rozjaśniającym całość i można go pokochać od pierwszej strony, na której ma swoje wielkie wejście.
Bardziej od wspomnień z młodości podobały mi się aktualne wydarzenia. Życie Jacoba w domu opieki zainteresowało mnie pewnie trochę z tego względu, że przez lata pracowałam w takim domu i potrafię sobie wyobrazić, jak czuje się człowiek zamknięty na stare lata w bezdusznej instytucji. Choć my, opiekuni, staraliśmy się uprzyjemnić podopiecznym życie, traktować ich indywidualnie i z szacunkiem, nie zawsze się to udawało, co prowadziło do obustronnej frustracji. To samo spotyka Jacoba, który stara się nauczyć żyć inaczej, zaprzyjaźnić z sympatyczną pielęgniarka, która jako jedyna nie traktuje go jak rozkapryszonego dzieciaka.
Generalnie, było dobrze, ale zachwycać na pewno się nie będę. A polecać?... raczej młodym osobom, które lubią ten typ literatury.
(więcej tutaj--> lolantaczyta.wordpress.com/(…)water-for-elephants-s…)

Lolanta


Miłego walentynkowania ;)

retro-piękny-projekt-serca-na-walentynki_23-2147486798.jpg
  • awatar Bafka: No ja jakos zaczelam czytac i nie moge skonczyc. Pewnie kiedys doczytam (bo zawsze doczytuje ksiazki do konca) ale generalnie mnie nudzi ta lektura. Jakas taka ona dla mnie hmmmm nie wiem, no nie porwala mnie nic a nic.
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Bafka: Ja ja dosyć długo męczyłam, bo tez mnie nie porwała. Skończyłam z westchnieniem ulgi ;) L.
  • awatar Pollyanne: Książka wpadła mi w ręce jakieś dwa lata temu, więc nie pamiętam jej szczegółowo - ale pamiętam, w jakim szoku byłam spodziewając się mdłego romansidła, kiedy okazało się, że powieść jest lekka, dowcipna, momentami przewrotna i po prostu bardzo przyjemna w odbiorze! Pewnie kiedyś do niej wrócę :)
Pokaż wszystkie (4) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

“Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna", Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji. W swojej najnowszej książce Joanna Bator nawiązuje do konwencji powieści gotyckiej. Nie po to jednak, by bawić czytelnika: w tym, co niesamowite, często ukryta jest prawda o nas, której na co dzień nie chcemy pamiętać.”



203739-352x500.jpg


Niektórzy pisarze mają talent do pisania opowieści, które wciągają ludzi bez reszty. Nie sposób jest się od nich oderwać, każde kolejne zdanie wciąga, nie pozwala przestać czytać. To jak magiczna sztuczka, która przyciąga, to stad właśnie biorą się powtarzane, co chwilę słowa „Jeszcze tylko jeden rozdział/strona”, a potem okazuje się, że czytaliśmy do 3-ej w nocy. Taki właśnie talent posiadła Joanna Bator, laureatka Nagrody Literackiej Nike za powieść „Ciemno, prawie noc”. Kto już przeczytał tę książkę, zapewne nie będzie zdziwiony decyzją jury.
Zepsucie zgnilizna, ohyda, skupione tylko na sobie, zazdrosne, zaściankowe, krótkowzroczne – tak Bator przedstawia społeczeństwo polskie. Smutne, ale w wielu miejscach kraju niestety prawdziwe. Dzieci z biednych, często alkoholowych rodzin – zaniedbane, niekochane, pozostawione same sobie, za którymi nikt nie będzie tęsknił, kiedy znikną. Takich jak te opisane przez autorkę jest, wiele. Owszem, istnieją próby ratowania ich, ale najczęściej to i tak niewiele daje.
„Ciemno, prawie noc” to książka brutalna, choć nie ma w niej wiele krwi i drastycznych szczegółów. Jest bowiem bardziej brutalna dla duszy niż dla oczu wyobraźni. Gryzie nas i boli, bo odnajdujemy w niej ziarnko siebie, sąsiadów, ludzi, których znamy. Tylko ziarnko, ledwo kiełkujące, z którego niekoniecznie rozwinie się w monstrualną rosiczkę, pożerającą małe dzieci, ale nadal niebezpieczne, jeśli pozwolić mu rosnąć. Dlatego trzymamy je w cieniu, nie podlewamy, nie nawozimy. Chcemy, żeby zniknęło. Chcemy o nim zapomnieć, zakopać pod kamieniami, tam, gdzie nie będzie miało możliwości zapuszczenia korzeni. Ale nie da o sobie zapomnieć, jeśli go nie zniszczymy drastycznymi środkami. To ziarnko to ignorancja.
Trudno czasem się do niej przyznać, prawda?
To książka, która boli.
Więcej na ten temat na lolantaczyta.wordpress.pl

Lolanta

***

Wiedziałam, że to będzie coś dobrego, ale zazwyczaj długo bronię się przed popularnymi lub nagradzanymi pozycjami, tutaj nie mogłam dłużej oponować, skoro pojawiło się na liście Pingerowego Klubu Książki.

Bator zabiera nas do listopadowego Wałbrzycha, który jawi jej się jako smutne, szare i niebezpieczne miejsce. W tajemniczych okolicznościach znikają małe dzieci, a i tytułowa bohaterka, Alicja, musi zmierzyć się ze swoją przeszłością - poznać ją, przepracować, wybiegać.

Z jednej strony mamy tutaj wątek katolicki, który miesza się z niewyjaśnioną magią pod postacią kocich matek, szarlatana, w którego wierzy całe miasto, wygrzebywane kości, wszechobecną biedę i mocne poczucie krzywdy. Czytając doświadczałam masę emocji - czasem śmiech, uśmiech politowania, odrazę, czy złość. Bardzo dużo bohaterów, wiele wątków i te wszystkie kryminalne momenty bardzo skojarzyły mi się z niektórymi książkami Chmielewskiej - choć tutaj język jest ładniejszy, bardziej poetycki, poważny, Bator operuje różnymi środkami, żeby oddać istotę dialogów, dopasowuje język do bohaterów (nie podobał mi się jednak wątek rozmów z chatu - nic nie wnosząca do tekstu nuda).

Książka ta to taka opowieść o walce dobra ze złem, rzeczywistość w Wałbrzychu miesza się z fantazją, a przygotowując się do walki trzeba być gotowym na poniesienie klęski i ofiary. Refleksja, jaka nasuwa mi się po tej lekturze jest taka, że nie ma skutecznego antidotum na zło, smutek i brzydotę, ale rzeczy te ubrane w piękne słowa są do strawienia na kilka wieczorów.

miss attitude

***

O książce pisała też u nas Earie - pingerowyklubksiazki.pinger.pl/m/22027482
  • awatar jackstraw: oczywiście nie zdążyłam :(
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @jackstraw: nic nie stoi na przeszkodzie, zeby przeczytac pozniej :) Bo naprawde warto. Moze uda ci sie z "Woda za sloni" Sary Gruen - juz na walentynki :) Lolanta
  • awatar jackstraw: @Pingerowy Klub Książki: kupiłam e-booka i zaczęłam czytać, ale dotarłam do może 5 strony :(
Pokaż wszystkie (9) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

“Lolita - najgłośniejsza powieść Nabokova, jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, jest opisem seksualnej obsesji czterdziestoletniego mężczyzny na punkcie dwunastoletniej dziewczynki Dolores. Powieść przetłumaczono na kilkadziesiąt języków, wydawano ją w atmosferze kontrowersji i protestów, a autora pomawiano o pornografię i pedofilię. Obecnie uznawana jest za jedno z arcydzieł literatury światowej.”



lolita-b-iext8831946.jpg



„Lolito, światłości mego życia, żagwio mych lędźwi. Grzechu mój, moja duszo. Lo-li-to: koniuszek języka robi trzy kroki po podniebieniu, przy trzecim stuka w zęby. Lo. Li. To. Na imię miała Lo, po prostu Lo, z samego rana, i metr czterdzieści siedem w jednej skarpetce. W spodniach była Lolą. W szkole - Dolly. W rubrykach - Dolores. Lecz w moich ramionach zawsze była Lolitą.”

“Lolitę” czytałam parę lat temu, a teraz, tylko dla
odświeżenia poczytałam kilka pierwszych stron. Tematyka, jak wiadomo jest dość kontrowersyjna – dojrzały mężczyzną ugania się za młodziutką panienką. Niektórych, właśnie to przyciąga jak magnes. Jeśli kogoś nie zniesmaczy temat i zechce przeczytać, zapewniam, że warto. Choćby dla samego stylu pisania Nabokova. Mi osobiście bardzo podobał się styl i język pierwszoosobowej narracji. Kwieciste, długaśne zdania nadawały wypowiedziom specyficzny klimat i swoisty, łatwy w identyfikacji charakter. Czyta się dość szybko i łatwo, bo i wydarzenia mają ciekawa dynamikę, zawiera elementy kryminału, wiec nie sposób się nudzić. To też powieść drogi, Humbert i tytułowa Lolita jeżdżą samochodem po Ameryce. Ale oczywiście motywem dominujący, jest tutaj miłość.

Lolanta (zbieżność pseudonimów zupełnie przypadkowa ;))

***

Nie sposób napisać czegoś nowego o książce, o której napisano już praktycznie wszystko. Na pierwszy plan wysuwa się piękny język, jakim operuje Nabokov, konstrukcja, porównania, odniesienia do innych dzieł. Przyznam jednak, że po jakimś czasie potrafi to zmęczyć i znudzić. Tematyka jest kontrowersyjna, ale już na początku należy sobie uświadomić, że książka jest fikcją literacką. Jeśli ktoś krępuje się czytać o seksie, to nie jest pozycja dla niego. Jeśli dodamy do tego fakt, że obiektem seksualnym jest tutaj 12 letnia dziewczynka, to potrafi nieźle namącić w czasie czytania. Nabokov igra z czytelnikiem, sprawia, że z dozą sympatii kibicujemy Humbertowi, który tak pięknie mówi o miłości! Potem przychodzi jednak otrzeźwienie, że o to mamy 12 letnie dziecko i 40 letniego faceta, którego obsesyjnie podnieca dziecko. Plus za narrację, za wielowymiarowość tej powieści i język.

miss attitude
  • awatar anul4e: Pamietam moj zachwyt jezykiem Nabokova i rumieniec zawstydzenia. Mialam 17lat kiedy czytalam po raz pierwszy. Utkwila mi w pamieci bardzo, choc pod koniec bylam zmeczona stylem pisania.
  • awatar miss attitude: Właśnie mnie też ten język trochę zmęczył. Piękny, owszem, ale po jakimś czasie miałam dość tej górnolotności.
  • awatar anul4e: @miss attitude: dokladnie to samo uczucie mialam przy "stu latach samotnosci", a Marquezowi duzo wiecej wybacze ;)
Pokaż wszystkie (19) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

“W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy i starzy bogowie. Zbuntowani władcy na szczęście pokonali szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain, lecz obalony władca pozostawił po sobie potomstwo, równie szalone jak on sam. Tron objął Robert - najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron...”



gra_o_tron-zysk_i_s-ka-ebook-cov.jpg


Szczerze mówiąc, nie wiem, co jeszcze mogę napisać o tej książce, żeby nie powtarzać się po tysiącach fanów rozmiłowanych w serii “Pieśń Lodu i Ognia”, więc macie tu po prostu kolejny hymn pochwalny ;) Czyta się cudownie! Pan Martin miał świetny pomysł na fabułę, a do tego z pewnością potrafił go jak najlepiej sprzedać (i nie mam tu na myśli serialu ;)) Czytając możemy się spodziewać krwawej jatki, romantycznej miłości i zupełnie wyzutego z romantyzmu seksu. Intrygi, o jakich nie śniło się naszym politykom, zdrady, zaskakujące zwroty akcji i niestety, to, z czego autor już zasłynął: śmierć ukochanych bohaterów, (choć wiedząc to, i tak automatycznie przywiązujesz się do swoich ulubionych postaci). Nie ma co gadać po próżności, kto jeszcze nie czytał, powinien zmierzyć się z pierwszym wspaniale grubaśnym tomem serii. Nie będziecie żałować :)
Lolanta

***

Sceptycznie podchodziłam do tej lektury, bo nie przepadam za fantastyką, a i oglądałam pierwszy sezon serialu, a hołduję zasadzie "Najpierw książka, potem film/serial". Z jednej strony czuć, że jest to coś wielkiego, część ogromnej historii i pozycja, która już na zawsze pozostanie w kanonie tych najlepszych, ale z drugiej niektóre fragmenty niesamowicie mnie nudziły. Nie wspominając o tym, że bohaterowie giną tak często i gęsto, że największym błędem jest przywiązanie się do bohatera - polecam więc poznawanie ich losów z chłodnym okiem i dystansem.
Chapeau bas dla Martina za mistrzowskie wykreowanie tylu postaci, wymyślenie tylu intryg, historii, powiązań, romansów, opisów bitew i pomysłów na śmierć bohaterów.
Kończąc pierwszą część od razu sięgnęłam po drugą, choć wiedziałam, że to nie lektura na jedno popołudnie.
Polecam i ja, laik w dziedzinie fantastyki.

miss attitude

***

Z ciekawostek: www.buzzfeed.com/(…)49-things-you-never-knew-about-…

Trailer serialu:
  • awatar Marihøne: Lubię fantastykę i po wielu zachwytach nad serią zaczęłam czytać. I nie wiem czemu, ale w połowie drugiego tomu się poddałam. Nie dałam rady czytać dalej. Coś mi nie podeszło. A wszyscy się podniecają całą serią, serialem. Nie rusza mnie rto. Do serialu też podeszła,m dwa razy i to nie to.
  • awatar miss attitude: @Marihøne: serial porzuciłam na drugim sezonie, a książkę po trzecim tomie. Może kiedyś wrócę, ale nie pali mi się :) Zwłaszcza, że Martin wciąż pisze kolejną część.
  • awatar Pollyanne: Nie jestem zbytnią fanką serialu, ale książki... o, to coś całkiem innego :) Jestem fanką fantastyki i ta saga również jest jedną z moich ulubionych. Podobnie jak Lolanta nie wiem za bardzo co tu napisać, bo jak na parę tysięcy dotychczas wydanych stron błędów/wad wyłapałam naprawdę niewiele, a opowieść jest zdumiewająco spójna i dobrze skonstruowana. Drobiazg, który pojawia się niczym trzepot skrzydeł motyla w tomie pierwszym potrafi wrócić w tomie piątym jako huragan, a czytelnika po raz setny zdumiewa jego nikła spostrzegawczość - przecież to było takie oczywiste! Jak można było tego nie zauważyć? Martin bawi się nami tak, jak swoimi postaciami. Nie ma szacunku ani dla naszych uczuć do bohaterów, ani dla naszych przewidywań co do dalszego ciągu książki ani nawet do konwencjonalnej chronologii (akcja tomów 4. i 5. rozgrywa się w tym samym czasie, jednak rozdzielono je dla uniknięcia wydania książki o objętości trzech tysięcy stron i nieprzeniknionym gąszczu intryg). Lubię to! :)
Pokaż wszystkie (9) ›
 

pingerowyklubksiazki
 
Wyjątkowo nie miałam ochoty na czytanie „Dziennika Geniusza” Salvador Dali. Bo każdy geniusz to szaleniec i wiedziałam, czego właściwie mogłam się spodziewać: narcyzmu, chorej wyobraźni, narcyzmu, eksperymentowania z seksem, narcyzmu, ekskrementów dla podkreślenia swojej niezwykłej osobowości (gównianej?), narcyzmu, pragnienia szokowania, wywołania obrzydzenia.
lubimyczytac.pl/ksiazka/210350/dziennik-geniusza
Zaczęłam czytać, bo książka była na liście PKK na rok 2014. I kto wie, może nawet na nią zgłosowałam, moje „zapotrzebowanie” na lekturę bardzo się zmienia, co kilka miesięcy.

dali.jpg

“Moja płodna i jakże elastyczna wyobraźnia zawsze miała dostęp do najdoskonalszych technik badawczych, które jedynie spotęgowały me wrodzone wariactwo. Tak więc otoczony ze wszystkich stron surrealistami, każdego ranka zachodziłem w głowę, co by tu zrobić, aby zaakceptowano ideę lub obraz mimo ich całkowitej sprzeczności z „surrealistycznym gustem”. Wszystko, co wnosiłem, kłóciło się z ich oczekiwaniami. Nie podobały im się skojarzenia analne! Chytrze podsuwałem im tedy całe masy odbytów, inteligentnie zakamuflowanych, najchętniej zaś odbyty makiaweliczne. Jeżeli tworzyłem przedmiot surrealistyczny, w którym nie pojawiało się żadne tego typu skojarzenie, symbolika tego przedmiotu odpowiadała dokładnie funkcji odbytu. Tak więc czystemu i biernemu automatyzmowi przeciwstawiałem dynamiczne koncepcje swojej słynnej metody paranoiczno-krytycznej.”

Gdybym dorwała „Dziennik geniusza” tak z 5, może nawet 10 lat temu, zapewne karmiłabym się tymi wszystkimi szokującymi szczegółami, smakowała szaleństwo i geniusz artysty. Ale chyba już dawno z tego wyrosłam, więc książka nie zrobiła na mnie innego wrażenia poza znudzeniem.
To, że ktoś 50 razy podkreśli, że coś jest surrealistyczne, wcale się takim nie stanie.
Lubię obrazy Dalego, choć ich symboliki wolałabym jednak nie zgłębiać, ale ona sam wydaje mi się zwykłym świrem i pozerem. Nie lubię tego typu przerysowanych postaci, a jeśli chciałabym posłuchać kilku szokujących rzeczy, zadzwoniłabym do kuzyna, który może mnie uraczyć podobnymi tekstami. Bo każdy geniusz to szaleniec i odwrotnie.
Według mnie, „Dziennik Geniusza” to książka TYLKO dla fanów Dalego. Ja nie dałam mu rady…

Lolanta
  • awatar Bafka: Dlatego ja wolałam ją sobie odpuścic.
  • awatar miss attitude: @Bafka: ja też.
  • awatar Mataret: Właśnie się z nią męczę - ale raczej nie dam rady, zacięłam się po kilkudziesięciu stronach i od tej pory męczę jedną, góra dwie kartki dziennie...
Pokaż wszystkie (5) ›
 

pingerowyklubksiazki
 
dziecko rosemary.jpg

lubimyczytac.pl/ksiazka/236422/dziecko-rosemary
Rosemary i Guy Woodhouse, młode małżeństwo kupują mieszkanie w wieżowcu w Nowym Yorku. Budynek nie ma zbyt dobrej reputacji, ale para uwielbia nowe miejsce i ignoruje ostrzeżenia przyjaciela. Do czasu, kiedy ten ginie on w niejasnych okolicznościach…
Minnie i Roman Castevet, starsze małżeństwo, które sąsiaduje z Woodhousami, zaczyna się trochę za mocno naprzykrzać ze swoją przyjaźnią. Ale przecież wszędzie znajda się wścibscy sąsiedzi, to nie znaczy, że należy być dla nich niegrzecznym. To tylko kolejna para spragniona towarzystwa młodszych od siebie ludzi, którym może “sprzedać” kilka rad i obserwować jak rozwinie się ich niedoświadczone, ale przecież o wiele ciekawsze życie.
Na początku Rosemary trochę mnie irytowała, tym że jest taka naiwna i bierna. A potem zrobiło mi się jej żal, szczególnie, kiedy zaszła w ciążę. Bo powiedzcie szczerze? Jakby ktoś wam szepnął, że wasz miły sąsiad, ten starszy pan, którego żona jest bardzo uprzejma i pomocna, jest czarownikiem i ma konszachty z diabłem, to uwierzylibyście? Odrzucalibyście wszelkie wyjaśnienia, tak samo jak ta młoda kobieta, bo to się po prostu w głowie nie mieści. W dodatku: jak można podważać decyzje i rady znanego, szanowanego lekarza? Mimo, że zarekomendowany był przez tą samą, podejrzaną parę.Intuicja? Każda kobieta ją ma, i ta intuicja często zawodzi. Zwłaszcza w pierwszej ciąży, kiedy można dostać lekkiej paranoi w obawie o dziecko. Więc lepiej chyba polegać na doświadczonym i wykształconym lekarzu, nawet jeśli ma się jakieś wątpliwości. Dlatego bronię Rosemary.
Najbardziej jednak byłam zła na Guya, który sprzedał żonę za karierę aktorską. W tym momencie nienawidziłam go bardziej niż wścibskiej Minnie Castevet.
Moja ulubiona postać to Hutch, przyjaciel, który ostrzegł Rosemary przed mieszkaniem w podejrzanym budynku i Castevetami, a który drogo za swą szczerą pomoc zapłacił. Bardzo żałowałam, że tak szybko się go pozbyli. To była wartościowa postać, inteligentna, przyjacielska i odważna.
Mimo, że przecież pamiętałam historie z filmu, książkę czytałam z pełnym zaciekawieniem, co się dalej stanie. Jedyną przeszkodą były narzucające się kreacje aktorskie, których nie dało się wymazać z mojej głowy. Ale i tak naprawdę było warto przeczytać.
Lolanta
  • awatar smarkula: O tak, 'Dziecko Rosemary' to jedna z lepszych książek, które czytałam. Pochłonięta jednym tchem, na szczęście bez narzucających się postaci z filmu, ktory obejrzałam dopiero jakiś czas po lekturze :)
  • awatar Obiektyw-NIEJ: Też obejrzałam film dwa razy, więc wiedziałam, co się stanie. Ale mimo to książka bardzo mnie wciągnęła i wprowadziła w mroczny klimat, przypominający opowiadania Edgara Allana Poego. Też irytowała mnie rozmemłana postawa Rosemary, ale cóż, niektórzy ludzie po prostu tacy są. Ale w końcu i tak wykazała się odwagą i zdrowym rozsądkiem, gdy wpadła na pomysł, by skonsultować się z innym lekarzem. Scena, w której Guy wpada we wściekłość, słysząc o tym pomyśle, a potem "zdrada" doktora Hilla, są świetnie rozegrane psychologicznie, mroczne i dające to uczucie zapętlenia, pułapki. Zarówno w filmie jak i w książce zastanawia mnie zakończenie. co ono ma oznaczać? Że Rosemary przyjęła, iż będzie wychowywać dziecko i 'przekabaci je' na swoją stronę? Czy pogodziła się z losem? Czy dziecko dorośnie i kim się stanie? Jak będzie wyglądało małżeństwo Woodhouse'ów? Ciekawe i dające pole dla wyobraźni.
  • awatar Pollyanne: @Obiektyw-NIEJ: Ja zakończenie zrozumiałam tak, że Rosemary po prostu przegrała z instynktem macierzyńskim, który nakazał jej kochać to dziecko mimo wszystko - i że ona się nim zajmie, raczej jako bezwolna kukiełka niż planująca cokolwiek buntowniczka. A potem sprawdziłam, że mamy ciąg dalszy do tej historii i teraz nie powiem już nic więcej ;) Mi książka baaardzo przypadła do gustu. Filmu nigdy nie widziałam (choć oczywiście jest to klasyk o którym nie dało się nie słyszeć), więc czytałam na czysto. Moim zdaniem fabuła jest poprowadzona po mistrzowsku, tak po nitce do kłębka... Choć bardziej przypominało mi to wir, w który wpadli główni bohaterowie i niestety zorientowali się zbyt późno, by móc się z niego wydostać. Do postaci Rosemary pałam ogromną sympatią, bo nam jest łatwo "cwaniakować" z perspektywy czytelnika książki, co do której każdy wie o czym jest i z grubsza jak się zakończy. (...)
Pokaż wszystkie (6) ›
 

pingerowyklubksiazki
 


220976-352x500.jpg


Praca nad „Rodziną Borgiów” zabrała autorowi około 20 lat, a i to nie wystarczyło, gdyż M. Puzo zmarł z powodu wady serca w 1999 roku, nie ukończywszy powieści. Na szczęście jego mrówcza praca nad dziełem nie poszła całkiem na marne. Opierając się na notatkach, rozmowach oraz wiadomościach historycznych, jego partnerka i przyjaciółka, Carol Gino, dokończyła książkę i wydała w 2001 roku.
Borgiowie to ród wywodzący się z ziem hiszpańskich. W epoce renesansu osiedlili się we Włoszech, gdzie intensywnie zaangażowali się w życie polityczne. Rodrigo Borgia, od którego Puzo rozpoczął powieść, był wpływowym rzymskim kardynałem, który wkrótce został papieżem, przyjmując imię Aleksandra VI. Co trzeba przyznać Rodrigo, to to, że był genialnym graczem politycznym. Był perfidny w swoich poczynaniach, a członków rodziny, podwładnych, a nawet innych władców ustawiał na swoja modłę, jak pionki na szachownicy. Zawierał i rozwiązywał cudze małżeństwa, które miały przynieść mu korzyść. Mordował pod przykrywką lepszego dobra. Niewielu potrafiło się mu oprzeć, większość bała się zemsty jego samego, albo syna Cezara.
Cudownie było zanurzyć się w obrzydliwa politykę Borgów. Ich hipokryzja zadziwia czytelnika po stokroć, kłamstwa obrażają, a czyny przynoszą na myśl hańbę, choć to przecież nie my się ich dopuściliśmy. Ostatnią powieść Mario Puzo czyta się bardzo szybko. Wydarzenia wciągają, a pikantne szczegóły zapraszają do zgłębiania tematu na własną rękę. Ja bawiłam się przy niej świetnie. Bardzo polecam.
Lolanta

***

Przygodę z "Rodziną Borgiów" rozpoczęłam kilka lat temu serialem pod tym samym tytułem. Rodrigo Borgię, hiszpańskiego kardynała, zagrał Jeremy Irons, który zagrał rewelacyjnie. Kiedy dowiedziałam się, że istnieje książka Mario Puzo, wiedziałam, że będzie świetna, jak każda inna pozycja tego autora.

I była. Napisana starannie, wnikliwie, zawierająca historyczne smaczki, co tylko potęgowało wrażenie (w trakcie doczytywałam, jakie były dalsze losy Lukrecji). Rodrigo jako pierwowzór mafijnego dona, jego dzieci jako pionki w jego grze. Zabójstwa, wielka polityka, kazirodztwo, miłość. Narracja nie pozwala oderwać się od lektury, tło historyczne i społeczne jest realistyczne i fascynujące, refleksja, jaka przychodzi po lekturze jest smutna - do czego może człowieka doprowadzić żądza władzy, brak kręgosłupa moralnego, wiara w wyższy cel, którego efektem był spektakularny upadek Borgiów.

miss attitude
  • awatar Pollyanne: Ja również byłam zachwycona tą książką! Co prawda, po jej lekturze rozczarowałam się trochę po sprawdzeniu na Wikipedii, że jednak znaczna większość najgorszych intryg to literacka fikcja, ale póki czytałam - brzmiało to wspaniale, kupowałam to w całości. Świetnie zarysowane postacie, akcja w idealnym tempie, naprawdę - nie mam się do czego przyczepić! :)
  • awatar Starlight: Ja miałam to (nie)szczęście, że najpierw obejrzałam serial i mimo szacunku do autora (np. za Ojca) to serial o Borgiach wydał mi się o niebo ciekawszy - chociażby postać Micheletto dużo zyskała w serialu (no poza wprowadzeniem go, bo tutaj ma więcej sensu wersja książkowa). Mimo wszystko myślę, że warto przeczytać "Rodzinę" :)
  • awatar miss attitude: Przyznam, że obejrzałam tylko kilka odcinków serialu, bo drażniło mnie to, że albo kogoś zabijali, albo uprawiali seks :P W książce nie było to tak drażniące.
Pokaż wszystkie (11) ›
 

pingerowyklubksiazki
 
kambodza.jpg

lubimyczytac.pl/ksiazka/119432/kambodza
www.goodreads.com/book/show/13596664-kambod-a
„Kambodża” to pozycja z miniserii National Georgraphic. Cienka książeczka, a do tego mały format sprawiają, że czyta się w moment, a że na dodatek mamy tu sporo zdjęć, to i treści niewiele się zmieściło na tych kilku stronach. Nie wiem, czego się spodziewałam po pani Martynie Wojciechowskiej, ale chyba nie tego, co dostałam. Książeczka zawiera kilka podstawowych informacji na temat kraju plus garść ciekawostek, ale tematem przewodnim jest historia kobiet, które odminowują kraj.
Przeczytałam. Jest okej. Ale zachwytów się nie spodziewajcie. Myślę, że ciekawiej by było, jakby „Kambodżę” wydano w większym formacie, grubszy album, w towarzystwie innych krajów, które wyszły w serii (m.in. Boliwia, Argentyna, Wenezuela…) zamiast rozmieniać się na takie maleństwa.

Lolanta
  • awatar Obiektyw-NIEJ: A to mnie zadziwiłaś, bo faktycznie Wojciechowska przyzwyczaiła do ciekawszych pozycji. Czytałam jej "Przekroczyć horyzont" i byłam pod wrażeniem.
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Obiektyw-NIEJ: "Przekroczyc horyzont" jeszcze przede mna. Nie czytalam nic innego Wojciechowskiej, wiec nie mam porownania. Jednak Kambodza byla, jakby to powiedziec... "uboga" :/ L.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

pingerowyklubksiazki
 


inferno-b-iext23216627.jpg



„Najmroczniejsze czeleście piekieł zarezerwowane są dla tych, którzy zachowują neutralność w czasach moralnego kryzysu” – to motto powtarzane kilkakrotnie w „Inferno” Dana Browna oraz wydarzenia, opisane w książce, mocno dają do myślenia.
To już 4 z kolei cześć cyklu o amerykańskim profesorze Robercie Langdonie. I tym razem Dan Brown nie zawiódł.
Profesor Langdon z postrzelona głową, budzi się w szpitalu, we Florencji. Nie pamięta nic, co się działo przez cały ostatni dzień, nie ma pojęcia, jak znalazł się we Florencji. Nie zdążył jeszcze pozbierać własnych myśli, gdy do izolatki wpada morderczyni z charakterystycznym irokezem na głowie i na jego oczach zabija lekarza, a następnie już mierzy ku niemu. Langdon wraz z Sienną, drugą lekarką, znajdującą się przy jego szpitalnym łóżku, ratują się ucieczką. Od tej pory ktoś ciągle depcze mi po piętach, a oni uciekając, muszą jednocześnie rozwikłać kilka trudnych zagadek, od których zależy przyszłość ludzkości.
Mamy spora dawkę przygody, historii, sztuki i literatury, czyli coś, czego oczekiwałam i co dostałam. Poza tym, że tak wiele dzieje się w tak krótkim czasie, (ale do tego chyba wszyscy, którzy cenią Dana Browna już się przyzwyczaili), to naprawdę nie ma czego się przyczepić.

Strona, ktora przydała się w czasie czytania www.florenceinferno.com/category/symbols/page/2/
Dla ambitnych ;): wolnelektury.pl/katalog/lektura/boska-komedia/

Lolanta

***

W książce tej znajdziemy wiele odniesień do "Boskiej komedii" i możemy zwiedzić Florencję, Wenecję i Turcję razem z Robertem Langdonem. Jest akcja, są zabytki, jest zagadka, wszystko napisane zgrabnie i wciągająco. Dan Brown znalazł swój styl i typ powieści, ale zaczyna nużyć czytelnika. Niezniszczalny historyk sztuki, który nawet nafaszerowany lekami biega, skacze i podziwia zabytki, niejednokrotnie się nad nimi rozczulając. W mgnieniu oka rozwiązuje zagadki, mimo tymczasowej amnezji!, wszystko dzieje się w ciągu jednego dnia (i akcja obejmuje trzy kraje, przeloty samolotami, motorówki). Wolę takie filmy, niż książki ;)

map_of_florence-4-part1.jpg


miss attitude
  • awatar Limes Superior: Przesłuchałam ją jako audiobook i podobała mi się - faktem jest, że z Dana Browna nie łyknęłam tylko Cyfrowej Twierdzy. Natomiast plot twisty z panią doktor były zabawne. Tylko całe wyjaśnienie intrygi na jachcie było tak naciągane, że zęby bolą.
  • awatar Bafka: Nie wyrobiłam się z czytaniem i jestem jeszcze w trakcie (bo nie mogłam sie powstrzymać od czytania w międzyczasie kilku innych książek). Brown nie zawiódł, choć osobiście odczuwam pewne przemęczenie materiału jesli chodzi o jego książki. Znaczy się na dobrą sprawę wszystkie jego powieści są na jedno kopyto i choć z pewnością ciekawe i z wartką akcją, to brakuje mi w nich czegoś innego. Może dlatego "Inferno" juz nie wciąga mnie tak jak to było w przypadku "Kodu Leonarda da Vinci" czy przy czytaniu "Aniołów i demonów". I chyba dlatego właśnie tak długo teraz trawię te powieść, bo przeczytam zaledwie kilkadziesiąt stron i już mam ochotę odpocząć od tego i poczytać co innego, w całkiem innych klimatach.
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Bafka: Moze to powinna byc powiesc w odcinkach, zeby nie meczyc ;) Bo fakt, jest dosyc dluga. L.
Pokaż wszystkie (13) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

lubimyczytac.pl/ksiazka/124413/wiezien-nieba

"Rok 1957. Interesy rodzinnej księgarni Sempere i Synowie idą tak marnie jak nigdy dotąd. Daniel Sempere, bohater Cienia wiatru, wiedzie stateczny żywot jako mąż pięknej Bei i ojciec małego Juliana. Następny w kolejce do porzucenia stanu kawalerskiego jest przyjaciel Daniela, Fermín Romero de Torres, osobnik tyleż barwny, co zagadkowy: jego dawne losy wciąż pozostają owiane mgłą tajemnicy. Ni stąd, ni zowąd przeszłość Fermina puka do drzwi księgarni pod postacią pewnego odrażającego starucha. Daniel od dawna podejrzewał, że skoro przyjaciel nie chce mu opowiedzieć swej historii, to musi mieć ważny powód. Ale gdy Fermín wreszcie zdecyduje się wyjawić mroczne fakty, Daniel dowie się "rzeczy, o których Barcelona wolałaby zapomnieć".

Jednak niepogrzebane upiory przeszłości nie dadzą się tak łatwo wymazać z pamięci. Daniel coraz lepiej rozumie, że będzie musiał się z nimi zmierzyć. I choć zakończenie powieści wydaje się ze wszech miar pomyślne, to Ruiz Zafón mówi nam wprost, że "prawdziwa Historia jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła"."

więzień nieba.jpg


Wszystko, co było niejasne „Cieniu wiatru” i „Grze anioła” klaruje się w ostatniej części serii, „Więzień nieba”. Zafon skupia się tym razem na Ferminie, co bardzo mnie ucieszyło, bo muszę przyznać, że jest on moją ulubioną postacią trylogii.
W powieści pojawiają się znani nam również Daniel Sempere i jego ojciec oraz Julian Carax, ale to Fermin Romero de Torres, gra tu pierwsze skrzypce. Cofamy się do czasu, kiedy był wieziony i torturowany w twierdzy Montijuic, dowiadujemy się, co takiego przydarzyło mu się, zanim Sempere odnalazł go na jednej z uliczek Barcelony.
„Więzień nieba” to wspaniale zakończenie trylogii z cmentarzem książek w tle. Polecam.
Lolanta

***

"Więźnia nieba" czytałam w szpitalu, co pozwoliło mi na niespieszną lekturę i wczucie się w losy więzionego Fermina. Przyznam, że "Cień wiatru" mnie nie porwał, choć podobał mi się piękny język, sama historia i umiejscowienie jej w mojej ukochanej Barcelonie. Tutaj autor skupił się też na współczesności i polityce, mniej jest grozy, tajemniczości i zaskakujących zwrotów, co wyróżniało "Cień wiatru", warto jednak przeczytać, by samemu ocenić i poznać dalsze losy Bei i Daniela, czy przeszłość Fermina.  

miss attitude
  • awatar Holly Golightly.: Nie zgodzę się, co do zakończenia. To nie trylogia. Według mnie książka pozostawiła pewien niedosyt, jakby pozostała otwarta na kolejną część. I z tego, co wiem, będzie czwarta część serii Cmentarza Zapomnianych Książek. Jeśli chodzi o Fermina, bardzo chętnie poznałam jego historię, książka wciągnęła mnie, jak poprzednie. Czytałam z zapartym tchem, a później wyszukiwałam w internecie więcej informacji o niektórych opisywanych miejscach ;)
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @Holly Golightly.: oo! Rzeczywiscie, bedzie czwarta czesc :) Nie wiedzialam. www.carlosruizzafon.com/?idioma=en Co do odwiedzania miejsc z ksiazek Zafona to polecam przewodnik Sergi Doria :) Lolanta
  • awatar Pollyanne: A mi się w ogóle nie podobała. Częściowo może wynikać to z mojego rozgoryczenia II tomem, czyli mocno kiepskiej książce następującej po "Cieniu wiatru", który mnie absolutnie oczarował. Bardzo się cieszę, że wreszcie dowiedziałam się co takiego przeżył Fermin - myślę, że jak tylko pozna się tę postać to czytelnik nie tylko od razu zaczyna pałać do niej sympatią, ale też płonąć z ciekawości! I samo opowiadanie było dla mnie całkiem satysfakcjonujące, jednak ramy w jakim je osadzono... oj, nie. Klisza kliszę kliszą pogania, postacie kobiece oczywiście dalej przedstawione tylko na dwa możliwe sposoby, otrucie Isabelli jako deus ex machina, no i Daniel, co do którego nie mam wątpliwości, że w następnym tomie zrobi coś szalenie głupiego. Tak jak moje serce rwało się do niego w pierwszym tomie, tak teraz uważam go za skończonego idiotę, a jak już kiedyś wspomniałam - ciężko czyta mi się książki, w których nie kibicuję ich bohaterom ;) Wielka, wielka szkoda. IV tomu nie zamierzam czytać.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

Opis z: lubimyczytac.pl/(…)ptaki-ciernistych-krzewow…

“Rozsławiona przez słynny serial australijska saga rodzinna, rozgrywająca się przez ponad pół wieku. Dzieje rodu Clearych, w którym urodziło się ośmiu synów i jedyna córka Meggie. Poznajemy jej dzieciństwo, młodość, nieudane małżeństwo i największy sekret: uczucie do młodego, ambitnego i przystojnego Ralpha, który jest księdzem. zaskakujące losy bohaterów, delikatność w rysunku postaci i paleta emocji, jakie towarzyszą wielkiej miłości, zjednały powieści miliony wielbicieli. Szerokie tło obyczajowe na tle wspaniałej przyrody Australii i Nowej Zelandii.”



Ptaki-ciernistych-krzewow_Colleen-McCullough,images_product,2,83-7227-771-0.jpg


  Ależ ja się cieszyłam na tę książkę. Czytałam wcześniej „The Touch” i spodobał mi się styl autorki, więc spodziewałam się, że i tym razem będzie to przyjemna lektura. I nie myliłam się. Wciągająca od samego początku, ciekawa akcja, dobrze rozwinięte postacie, pobudzające wyobraźnię opisy. To lubię.
  A że na podstawie książki zrobili głośny i skandaliczny film? Kto by się tym przejmował. Ja nawet go nie pamiętam, choć wiem, że leciał w telewizji, bo wszystkie mamy go oglądały ;)
Początek książki:
  Żal mi było małej Maggie, dręczonej przez siostry zakonne, ale tłumaczyłam to sobie "innymi czasami", gdyż było to akceptowane przez rodziców.
Ubawiłam się za to czytając dialogi miedzy księdzem Ralphem a Mary Carson.
  Maggie Cleary, główna bohaterka książki, pierwszych kilka lat dzieciństwa spędziła w Nowej Zelandii. Choć z pochodzenia jest pół Irlandką, nigdy nie widziała nawet skrawka Europy.
Cleary są rodziną wielodzietną. Żyją skromnie, ale nie w skrajnej biedzie. Meggie miała 9 lat, kiedy dostali zaproszenie do Australii od Mary Carson, starzejącej się siostry Paddy’ego. Paddy, ojciec Meggie ma tam zostać zarządcą posiadłości, a po śmierci siostry przejąć majątek. I tak zaczęło się życie w Droghedzie, owczej australijskiej farmie.
  Język:
  Generalnie podobał mi się ten kwiecisty styl, ale zdarzały się poetyckie „babole” , jak na przykład tu: "Jeżeli tak dalej pójdzie - myślał - to pewnego dnia zniknie we własnych oczach, niczym wąż połykający własny ogon, i uleci w przestrzeń jako prawie niewidoczny, świetlistoszary promień."
  Spodziewałam się, że ksiądz Ralph de Bricassart okaże się ideałem. Taki wspaniały, dobry, wszystko rozumie, wszystko wybacza… Ale on wcale taki nie jest. Noo, może trochę. Ale potrafi być też złośliwy (patrz: relacje z Mary Carson), słaby, łasy na pieniądze i mściwy. Zupełnie nie święte to cechy. Ale dobrze. Ja tak nie lubię idealnych bohaterów.
  Zaraz po przeczytaniu, książkę podrzuciłam mamie, która „połknęła” ją w kilka dni. Wspólnie stwierdziliśmy, że pani McCoullough potrafi świetnie pisać, a najwspanialej opisała pożar na farmie w Droghedzie. Niemal czuło się dym i żar z płomieni. Powieść dostarczyła mi wielu przyjemnych wieczorów i polecam każdemu, kto lubi romanse i sagi rodzinne.
  Lolanta


***

"Ptaki ciernistych krzewów" kojarzyłam jako ckliwy, zakazany romans między księdzem, a urodziwą młódką - wszystko za sprawą serialu z Richardem Chamberlainem. To prawdziwa, australijska saga rodzinna, z miłosnym wątkiem w tle. W sumie, gdyby ten wątek usunąć, to byłaby z tego niezła obyczajówka z elementami dramatu. Bohaterowie byli nieźle sportretowani, autorka pokazała nawet najmniejsze zawiłości ich charakterów, zwłaszcza księdza Ralpha (wcale nie było mi go żal, chciwy sukinkot). Miałam wrażenie, że każda z tych postaci coś wnosi do książki, jest potrzebna. Jedno, co mnie drażniło - te ich wieczne nieszczęścia i jakaś ostentacyjna niechęć mężczyzn do ożenku. Nagromadzenie niepowodzeń i śmiertelnych, często absurdalnych wypadków (vide - raciczki dzika niczym ręka przeznaczenia) dało mi wrażenie, że autorka chce nam koniecznie pokazać, ile przeżyła w życiu ta biedna rodzina.

Uwaga, spojler!

Najbardziej podobał mi się moment, gdy ksiądz umiera - tuż po tym, jak dowiaduje się, że zmarły Dane był jego synem.

Koniec spojleru.

Niezwykły był ten obraz Australii i życia w tym kraju, wrażenie potęgował prosty, ale ujmujący język. Książka bardzo mi się podobała, ale nie mogę powiedzieć, żebym cierpiała razem z bohaterami (jak już, to najbardziej utożsamiałam się z Fioną). Nie wzruszyła mnie natomiast relacja Meggie i księdza Ralpha, zwłaszcza rozterki tego drugiego.

miss attitude
  • awatar Rene^^: Oglądałam film i chętnie sięgnę po książkę
  • awatar Bafka: Lolanta, jak ja lubie czytac twoje recenzje.
  • awatar Bafka: miss attitude twoje tez uwielbiam
Pokaż wszystkie (14) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

“Nana – dziewiąty tom cyklu Rougon-Macquartowie, opublikowany w 1880, poświęcony losom Anny Coupeau zwanej Naną. Jedna z najbardziej znanych części cyklu, studium życia prostytutki, a zarazem obraz średnich i wyższych sfer Paryża czasów II Cesarstwa. Wg słów autora "poemat samczych pożądań”



352x500.jpg


Historia rozpoczyna się w teatrze, gdzie śmietanka towarzyska Paryża zbiera się, żeby obejrzeć przedstawienie, a przede wszystkim najnowszą gwiazdę: Nanę. Nastroje są napięte, nikt nie może usiedzieć spokojnie w miejscu w oczekiwaniu na pojawienie się gwiazdy, a kiedy to wreszcie następuje, okazuje się, że Nana to kiepska aktorka, a w dodatku kompletnie nie potrafi śpiewać. Za to, to ciało! Tłum wpatruje się w nią jak zahipnotyzowany, i choć Nana, nie dość, że nie ma talentu aktorskiego, ni glosu, to nie dysponuje również wybitna urodą, ma w sobie coś, co nie pozwala oderwać od niej oczu.

“Ledwie Diana została sama, na scenę weszła Wenus. Dreszcz przebiegł przez salę. Nana była naga. Ukazywała swą nagość spokojnie i zuchwale, pewna wszechmocy swego ciała. Otulała ją tylko gaza. Krągłe ramiona, piersi amazonki o różowych pąkach sterczących i sztywnych jak lance, szerokie biodra kołyszące się lubieżnie, uda bujnej blondyny, wszystkie wdzięki jej ciała wyzierały z powiewnej, białej jak piana tkaniny. Spowijał ją jedynie płaszcz włosów. Była to Wenus wyłaniająca się z fal morskich. Gdy unosiła ramiona, w świetle rampy widać było złoty meszek pod pachami. Nikt nie klaskał, nikt się nie śmiał. Poważni mężczyźni patrzeli z napięciem, nosy mieli wyciągnięte, usta roznamiętnione i wyschłe. Jakby wiatr lekki, brzemienny głuchą groźbą, powiał po sali. Nagle w tej swawolnej dziewczynie obudziła się kobieta rozpalająca szał zmysłów i nie znanych dotąd chuci. Nana ciągle się uśmiechała; był to wyzywający uśmiech pożeraczki mężczyzn.”



Od tej chwili jej imię nie schodzi z ust Paryża nawet na moment. Wszyscy chcą ja znać, gościć, wizytować. Nana staje się popularna, jednocześnie ma coraz więcej kochanków, zmuszona do zawierania coraz to nowszych z nimi umów, ze względu na rozrzutność i pogłębiające się potrzeby finansowe. Jest jednocześnie kochana i pogardzana.

“ Buchało od niej rują jak z rozwydrzonej bestii, owładnęła całą salą.”



Nana to z jednej strony wyrachowana puszczalska, sypiająca z kilkoma mężczyznami dla pieniędzy, z drugiej naiwna idiotka, popychadło, które daje się bić z miłości do domowego oprawcy. Towarzystwo, w którym się obraca jest kapryśne i rozpieszczone.  Okropne! Obchodzą ich tylko własne przyjemności i pieniądze. Powieść przedstawia dekadencje ówczesnego światka, jako tło do wydarzeń z życia paryskiej kurtyzany.

Lolanta

***

Czytało mi się ciężko. Podobał mi się język powieści i tylko to. Nie lubię takiej tematyki, opowieść o naiwnej kurwie i zepsutym społeczeństwie zmieściłaby się z powodzeniem w nowelce.

miss attitude

***

Zabrałam się do tej książki, że tak rzeknę, dziewiczo. Nie czytałam opisu fabuły, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Początek, pierwsze wrażenie - ciekawe, dobrze się czyta, chyba będzie z tego coś dobrego! Niestety, wrażenie to okazało się mylne. Niezbyt oryginalna i przewidywalna historia o upadkach i wzlotach młodej prostytutki. Doczytałam do końca chyba tylko dlatego, że byłam ciekawa, czy coś w końcu się wydarzy, czy będzie jakieś "pierdolnięnie". Nie doczekałam się.

SUPERHEROINA
Pokaż wszystkie (7) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

“Dwadzieścia lat temu czworo nastolatków wymknęło się do lasu z letniego obozu. Dwoje odnaleziono później z poderżniętymi gardłami. Pozostała dwójka jakby zapadła się pod ziemię, nie pozostawiając po sobie nawet najdrobniejszego śladu. Była wśród nich siostra Paula Copelanda, obecnie prokuratora i owdowiałego ojca sześcioletniej Cary. Paul ma ambicje polityczne, ale jego plany mogą lec w gruzach, gdy w zastrzelonym na Manhattanie mężczyźnie rozpoznaje ofiarę tamtej tragedii. Nie ma wyjścia, musi postawić sobie pytanie - czy jego siostra żyje? Jaką tajemnicę skrywa milczący las? Co naprawdę wydarzyło się owej pamiętnej nocy?”



129922-352x500.jpg


Jestem fanką Cobena, więc nie powiem nic nowego na temat: świetna robota! I choć niektóre jego powieści po pewnym czasie się zlewają (szczególnie tez z serii z Myronem Bolitarem), ta była inna, zapamiętałam ją lepiej od pozostałych, wydanych do momentu „W głębi lasu”.
Jak zwykle trzyma w napięciu, podczas czytania masz ochotę obejrzeć się za siebie, w obawie przed czającym się mordercą. Nie polecam czytania kiedy jest się samemu w domu, wieczorem, a tym bardziej w nieznanym wam lesie, jak to było w przypadku naszej koleżanki – Karo ;)

Lolanta

***

Jestem wielką fanką kryminałów (niedoszła pani detektyw ;) ), więc po "W głębi lasu" sięgnęłam z radością, zwłaszcza, że już wcześniej zetknęłam się z panem Cobenem. I tym razem mnie nie zawiódł... Fabuła ciekawa, kryminalna zagadka całkiem zręcznie wymyślona, do samego końca nie sposób było się domyśleć, o co chodzi. Podobało mi się rozpoczecie wątku z perspektywy dwóch osób, które potem się zazębiły. Zakończenie też super, nie lubię lukrowanych happy endów w każdej czytanej książce, więc tutaj bardzo na plus. Ogółem - polecam bardzo. Jeśli ktoś lubi kryminały, to niech sięga śmiało po "w głębi lasu". Natomiast jeśli ktoś jeszcze żadnego kryminału nie czytał, to ta książka będzie również dobrym początkiem.

SUPERHEROINA

***

Uwielbiam Cobena i tym razem także mnie nie zawiódł. Jest to jeden z najlepszych thrillerów, jakie w życiu przeczytałam, a przeczytałam ich sporo. Świetnie poprowadzone śledztwo, które wciąga tak bardzo, że zignorowałam życie, dopóki jej nie skończyłam. Trzyma w napięciu przez cały czas, nie ma tam miejsca na przydługie opisy czy nic nie wnoszące dialogi. Pojawiają się oczywiście fałszywe tropy i nagłe zwroty akcji, wszystkie wątki na końcu mistrzowsko się zazębiają i odnajdują swoje miejsce w intrydze. Świetna.

miss attitude
  • awatar InMyLittleWorld: Zgadzam się z Waszymi opiniami. Lubię Cobena, w liceum czytałam go w kółko, a nadal pamiętam (mniej więcej) o czym była dana książka. "W głębi lasu" było wciągające i interesujące, warto przeczytać.
  • awatar Pingerowy Klub Książki: Chyba po raz pierwszy wszystkie jestesmy tego samego zdania :D Lolanta
  • awatar Pollyanne: Ja dopiero dziś skończyłam "Paragraf 22", ale już zabrałam się za Cobena :) Póki co nie czytam Waszych opinii co by się nie sugerować, ale potem na pewno tu wrócę!
Pokaż wszystkie (11) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

“Szesnastoletnia Babi, dziewczyna, z tak zwanego dobrego domu, świetna uczennica i przykładna córka, na skutek pogmatwanego splotu przypadków, poznaje Stepa, agresywnego chuligana, którego życie składa się z ćwiczeń na siłowni, wyścigów na motorze i bezsensownych bijatyk. Mimo krańcowo różnych charakterów i sprzeciwu apodyktycznej matki Babi, zakochują się w sobie bez pamięci. Pod wpływem tej miłości, która oczywiście nie ma szans na przetrwanie, zmieniają się oboje. Babi otwiera się na świat, dojrzewa, a Step staje się bardziej refleksyjny, łagodniejszy. Babi jest jedyną osobą, której Step powierza swój mroczny sekret, który tłumaczy jego agresywne i destrukcyjne zachowania. Swobodnie poruszając się w świecie pojęć, które określają świat włoskiej młodzieży, Moccia opowiedział niezwykle wiarygodnie i płynnie uniwersalną historię o młodzieńczym buncie, bólu dorastania i problemach rodzinnych.”



117230-352x500.jpg



Nie podobało mi się.
Płytkie, mało interesujące dialogi o niczym.
Bohaterowi byli niesympatyczni, samolubni, agresywni. Nie liczyli się z niczyim zdaniem, do nikogo nie mieli szacunku. Chyba nie powiecie mi, że teraz młodzież właśnie taka jest, bo nie uwierzę. Kłamliwy, zdradliwi, okropni! Żadnego z nich nie polubiłam.
Fabuła była wiotka, z założenia chyba miała zaskakiwać, a tylko zniesmaczała.
Szkoda czasu.

Lolanta

***

Książka jest skierowana dla młodzieży. Czytałam ją dawno temu i nie do końca mi się podobała. Narracja w trzeciej osobie, wieje nudą przez pierwsze 150 stron, bohaterowie są przerysowani. Jeśli ktoś się nie buntuje, to jest święty, jeśli się buntuje, to już z kryminałem w tle. Moccia potrafi wczuć się w psychikę nastolatków, ale denerwują kolokwializmy i slang. Przedstawiona historia miłosna jest typowa dla młodzieży - rozemocjonowana, uparta, nie zważająca na nic. W drugiej części niewiele wynika z tej miłości, więc to tylko potwierdza, że była to szczeniackie uczucie, choć momentami ładnie opisane (jeśli jest się romantyczną duszą, która marzy o pięknych gestach i chłopaku na motorze).
W sumie smutna historia.

miss attitude
  • awatar Pingerowy Klub Książki: Miss attitude, bardzo bylam ciekawa twojego zdania, myslalam, ze bedziemy miec bardzo skrajne opinie, bo ty moze odnalazlas tam cos, czego ja nie widzialam (np, bo Wlochy ;)), ale widze, ze az tak bardzo sie nie roznia. Lolanta
  • awatar miss attitude: Bo jak się to czyta, to nawet nawet, ale ogólnie wypada słabo ;) Ludzie się podniecają, bo powstały filmy na podstawie (hiszpańska i włoska wersja)
  • awatar jackstraw: moja siostra opowiadała mi o filmie, który bardzo jej się podobał. ale moja siostra ma 16 lat ;)
Pokaż wszystkie (11) ›
 

pingerowyklubksiazki
 

skarb-heretyka-b-iext2991048.jpg


Na okładce książki zobaczyłam rekomendację magazynu Closer: “Fans of Dan Brown will love this thrilling adventure." O! I właśnie na tego rodzaju przygodowkę miałam ochotę, więc mam nadzieje, że mnie nie zawiedzie.
 
Ben Harper, były żołnierz elitarnej jednostki, ma za zadanie odnaleźć rzeczy i morderców syna przyjaciela. W tym celu udaje się do Egiptu. Wydarzenia maja jednak to do siebie, że nie zawsze przebiegają tak, jakby życzył sobie najbardziej zainteresowany.
 
Główny bohater, Ben Harper, to twardziel i dżentelmen. Taki, jaki bohater powinien być. To typ człowieka, w którym kochają się wszystkie kobiety (te powieściowe, rzecz jasna), a które on, ze swoista nonszalancją, delikatnie mówiąc: olewa. W dodatku jest zupełnie ślepy, bo nie widzi oczywistości (nie tylko w sprawach damsko-męskich, jak się później okazuje).
 
Odnajdziemy tu sporo „głupich” błędów i nieścisłości. Mimo, że powieść tak naprawdę rozkręca się dopiero w drugiej połowie, czyta się dobrze. Było kilka ciekawych, zaskakujących zwrotów akcji, jednak do Dana Browna to według mnie jeszcze daleko…

Lolanta

***

Opis książki brzmiał dość ciekawie, jeśli lubi się takie sensacyjne powieści. Całość jednak mnie rozczarowała. Bohater jest szlachetny, posiada stalowy kręgosłup moralny, jest byłym żołnierzem elitarnego pułku, a jednocześnie zakochuje się w kobiecie, którą widział 3 minuty i jest w stanie zrobić dla niej wszystko. Powieść nie ma w sobie zbyt wiele realizmu, bohater przemierza świat tak, jakby się teleportował, nie dla niego czekanie na samolot, który odlatuje zawsze sekundę później, gdy bohater dowiaduje się, że musi się udać w świat. Czyta się szybko, bo język jest prosty, jest to jednak nieudana podróba Dana Browna wymieszana z filmami z Jean-Claude Van Dammem i Stevenem Seagalem. Dla mnie gniot.

miss attitude
  • awatar ...IT...: Zdarza się dość rzadko aby ktoś napisał książkę "z powodu natchnienia". Częściej niestety, pisanie jest dla kasy. Co też można zrozumieć, ostatecznie jeść też coś trzeba ;-)
  • awatar Pingerowy Klub Książki: @...IT...: z takim nastawieniem, czytalibysmy tylko wspaniale ksiazki naszych polskich celebrytow. Nie, dziekuje ;) L.
  • awatar Augusta: Och, a ja zaspałam i jestem dopiero w połowie książki. Na razie czyta sie fajnie, ale z oceną wstrzymam się jeszcze.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

 

Kategorie blogów