Wpisy oznaczone tagiem "one-shot" (29)  

sayorinekomori
 


Poznałam kiedyś anioła… Był piękny.
Jasna cera, włosy barwy ciemnej czekolady, naturalnie jaśniejące przy końcówkach i oczy… Te oczy, które potrafiły zmieniać barwę z zieleni w brąz, z brązu w czerń, z czerni na żółte, kocie oczy.
Gdy się uśmiechał, robiło mi się ciepło na duszy. Gdy się śmiał od razu chciałam śmiać się razem z nim, nieważne jak beznadziejne było moje życie w tamtej chwili. Ten dźwięk był kojący.
Gdy nadchodził błyszczał. Otaczała go jasna poświata, która czasem zmuszała mnie do przymrużenia oczu. Taka jasna, taka czysta, taka nieskalana.
Jego śnieżnobiałe skrzydła delikatnie podskakiwały przy każdym ruchu. W niektórych miejscach były pozbawione piór, bo ludzie, którym zaufał, pozbawili go ich. Wyrwali je zadając mu ból. One nie odrosną. Zostały tylko puste miejsca, blizny.
Jest silny, znosi te wszystkie przykrości, jakie go spotkały, ale jest jednocześnie taki kruchy. Jakby był z porcelany.

Poznałam kiedyś anioła… Był stróżem.
Gdy płakałam delikatnie ścierał mi z policzków łzy, mówiąc, że wszystko będzie dobrze, że mnie nie opuści.
Gdy było mi smutno obejmował mnie i czule głaskał po głowie, od czasu do czasu całując jej czubek lub skroń. Czułam się wtedy tak bezpiecznie.
Często również okrywał nas swoimi skrzydłami, aby mnie ogrzać. Gdy łaskotały mnie jego piórka kręciłam nosem, na co tylko się śmiał. Wtedy i ja zaczynałam się śmiać, a wszystko, co złe nagle ulatywało, jak drobny pyłek strącony z rękawa bluzy.
Zanim coś zrobiłam pytałam go, czy postępuję słusznie. Zależało mi na jego opinii. Doradzał mi, ostrzegał przed fałszem i dwulicowością - największymi plagami tego świata. Wiedziałam, że dopóki on był przy mnie i chronił przed dopuszczeniem ich do siebie - byłam zwycięzcą.

Poznałam kiedyś anioła… Zawiodłam go.
Zrobiłam coś niewybaczalnego. Coś, co jest sprzeczne z jego zasadami. Z moimi. Zawiodłam go. Wiem o tym. Wszystko, na co do tej pory oboje pracowaliśmy roztrzaskało się w drobny mak. Ufał mi. Obiecałam go wspierać, tak jak on mnie. Mówiłam, że zawsze będę, gdyby mnie potrzebował, że ma we mnie wsparcie, a ja co? Zniszczyłam tego biednego aniołka. Wyrwałam mu skrzydła! Trzymam je teraz w swoich plugawych dłoniach i rozpaczam nad swoją głupotą. Jedna chwila. Chwila zapomnienia. Desperacja. Nie myślałam o nim w tamtej chwili.
Tak bardzo żałuję! Chciałabym cofnąć czas, ale to niemożliwe. To się stało. Tak po prostu. I on odszedł… Widzę go, ale on na mnie nie patrzy. Wołam go, ale on mnie nie słucha. Podchodzę do niego, ale on ucieka…
Tak bardzo chcę go przeprosić, błagać o wybaczenie. Wiem, że na to nie zasługuję. Brzydzi się mną. Sama się brzydzę… Przegrałam… Przegrałam walkę z pokusą…

Znałam kiedyś anioła…

b3.pinger.pl/(…)angel.jpg…

Witajcie :) Jak widać, to nie jest kolejny rozdział "Nie zapomnij"... To jest coś bardziej osobistego... Nie będę pisać o tym co się stało, bo rzecz jasna, ten blog nie jest przeznaczony do tego. Jedyne co wam mogę powiedzieć, to to, że przyjaźń jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu człowieka. Nie trzeba mieć wielu przyjaciół, wystarczy choćby jedna osoba, która będzie. Po prostu i naprawdę. Czasem, tylko przyjaciele nam pozostają, więc dbajmy o nich. Starajmy się robić wszystko, aby się na nas nigdy nie zawiedli. A jak już wydarzy się coś takiego to walczmy, nawet jeśli szanse są marne...
 

zakiraluna
 
Przeciągnęła się wygodnie w ramionach męża i odrobina wody wylała się na jasne płytki ich łazienki. Dziś była ich pierwsza rocznica ślubu, wspólnie zdecydowali, że spędzą ten dzień tylko we dwoje, siedzieli teraz w wannie pełnej piany, Laura oparta o klatkę piersiową męża, on zaś wyciągnąwszy swoje długie nogi po jej obydwu stronach cicho mruczał z zadowolenia… Dookoła paliły się świece, ręce męża raz po raz muskały ciało kobiety, wprawiając je w cudowne drżenie. Z lubością oparła mu głowę na ramieniu i wyciągnęła przed siebie lewą dłoń, na palcu serdecznym błyszczała prosta, złota obrączka.
– To już cały rok.
– Hm…– mruknął tylko James i ucałował skórę tuż nad jej skronią.
– Podobno pierwszy jest najgorszy…– wyszeptała, obracając głowę, by móc spojrzeć mu w oczy.
– Jeżeli to prawda, chciałbym, żeby wszystkie nasze lata były takie jak ten– pochylił się ku kobiecie i złożył na jej ustach namiętny pocałunek. Kiedy zaczął się odsuwać, przyłożyła mu mokrą dłoń do policzka i znów zaczęła całować, on zaś zupełnie nie protestował… kiedy Laura uznała, że na ten moment jej wystarczy, oblizała nabrzmiałe wargi i oparła głowę o jego ramię, przesunęła się odrobinę i znów siedziała do męża tyłem.
– Zastanawiałam się kiedyś, czemu obrączki nosi się akurat na palcu serdeczny,…– wypowiedziała na głos swoje myśli.
– Naprawdę?– zapytał James chrapliwie i wyciągnął spod wody prawą dłoń, nie omieszkając przy tym musnąć jej piersi. – Daj rękę– wyszeptał i wyprostował przed jej twarzą palce, jakby chciał przybić piątkę. Bez wahania przyłożyła swoją dłoń do jego, ich ręce były teraz złożone jak do modlitwy, ustawione tak, że Laura widziała w całości paznokieć na swoim kciuku, gdyby nie to, że James miał dłuższe palce, pokryłyby się ze sobą.
W pewnym momencie James rozczapierzył dłoń, jakby chciał oddzielić każdy ze swoich palców, Laura siłą rzeczy uczyniła to samo. Później poprosił ją, by zgięła palec środkowy, a kiedy i on to zrobił, złączył je w kostce.
Ich dłonie tworzyły teraz jakąś dziwną konstrukcję; palce jej lewej i jego prawej ręki mieli złączone opuszkami, z wyjątkiem zgiętego środkowego, który stykał się ze swoim odpowiednikiem od połowy do paznokcia. Laura, chociaż podobała jej się ta zabawa, zastanawiała się, do czego zmierza James i czy przypadkiem sobie z niej nie żartuje.
Wtedy on, nie przerywając dotyku, zniżył do niej twarz i zaczął szeptać do ucha.
– Spójrz na swoje palce. Kciuk to twoi rodzice, wskazujący to twój brat Jerry,  środkowy to ty, serdeczny- ja , a mały, to nasze przyszłe dzieci– po tych słowach czule pocałował ją w ucho i mówił dalej.
– Rodzice kiedyś odejdą, prawda?– oderwał swój kciuk od jej kciuka, ona zaś patrzyła na to jak zaczarowana.
– Twój brat może wyjechać…– oderwał palec wskazujący.
– Dzieci, które będziemy mieli, kiedyś dorosną i pójdą w świat…– zabrał mały palec.
– Zostałem jeszcze ja. Spróbuj zabrać palec– wyszeptał z zawadiackim uśmiechem, a ona po raz kolejny zastanawiała się o co w tym chodzi, przecież…
Zamarła. Nie miała pojęcia dlaczego, ale żadną siłą nie mogła oderwać swojego palca serdecznego od jego, były jak dwa magnesy, próbowała, próbowała i nic… Coś niesamowitego!
– Jak… to jest…– mówiła, a on uśmiechnął się i zabrał swoją dłoń, by móc mocno objąć ją w talii.
– Teraz już wiesz. Kiedy wszyscy cię opuszczą, ja zostanę. Ta obrączka– sięgnął po jej dłoń i delikatnie ucałował ją w miejscu w którym lśnił złoty metal – To symbol mojej miłości. Tak jak nie mogłaś rozdzielić naszych palców, tak nic nie może rozdzielić nas. Kocham cię – Łzy napłynęły jej do oczu, nie była w stanie wymówić słowa, przekręciła się w wannie, by spojrzeć mężowi prosto w oczy. Ten uśmiechnął się do niej czule i mocno przygarnął do siebie, Laura w przebłysku świadomości zdała sobie sprawę, że taki ogrom szczęścia na raz odczuwała ostatni raz równo rok temu…
_________________________________________________________DZISIAJ COŚ INNEGO… MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ PODOBA– MOŻECIE WYPRÓBOWAĆ TĘ SZTUCZKĘ Z PALCAMI, JEŚLI WCIĄŻ MI NIE WIERZYCIE– TO NAPRAWDĘ TAK DZIAŁA  I MOIM ZDANIEM STANOWI BARDZO ŁADNE WYJAŚNIENIE TEGO, CZEMU OBRĄCZKI NOSI SIĘ NA PALCU SERDECZNYM :)
PO WIĘCEJ TAKICH ONE-SHOTÓW ZAPRASZAM TU:www.wattpad.com/story/62089750-moje-historie
 

zakiraluna
 
Gabrielle położyła się do łóżka i pogrążyła w niespokojnym oczekiwaniu. Wiedziała, że jej demon pojawi się lada moment– przychodził regularnie co noc, pod osłoną swych dużych, czarnych skrzydeł i znikał, zaspokoiwszy swe żądze ze zwykłą śmiertelniczką. I nie dając nic w zamian– ta myśl nie dawała jej spokoju. Zawsze troszczył się tylko o siebie, nie bacząc na jej uczucia i potrzeby. A jednak pragnęła go za każdym razem coraz bardziej i bardziej, niczym najczystszego narkotyku, z którego, chociaż prowadzi do zguby, nie można zrezygnować.
Poczuła lekki powiew wiatru na policzku i wtedy z ciemności wyłonił się on– jej Demon, Pan Nocy, władca jej ciała i pragnień. Blade światło księżyca pozwalało ujrzeć część jego prawdziwego oblicza: kruczoczarne, przydługie włosy lekko przysłaniały atrakcyjną twarz, odsłonięty tors pokryty był licznymi tatuażami, a czarne paznokcie wybijały niespokojny rytm na umięśnionych udach.
Podszedł do dziewczyny w milczeniu, odsunął kaszmirową narzutę i z lekkim uśmiechem położył dłoń na jej biodrze, pieszcząc je przez chwilę, po czym palcem wskazującym zaczął przesuwać nocną koszulę coraz wyżej i wyżej, aż Gabrielle była całkowicie obnażona. Cienki materiał zwinął się pod pachami w aksamitny rulon, dotyk demona wprawiał jej ciało w cudowne drżenie, nie była w stanie zapanować nad własnymi zmysłami, niczym Ikar przelatujący zbyt blisko słońca.
Z niebezpiecznym błyskiem w oku, Viktor legł na niej całym ciałem i rozpoczął znaną, ale za każdym razem inną grę miłosną. Gabrielle nie była w stanie jasno myśleć, przyciskała go do siebie ramionami, raz za razem wydając głośne westchnienia. Pragnienie spełnienia narastało w niej coraz bardziej, sprawiając niemal fizyczny ból– wtedy on dopełnił swego dzieła i natychmiast się od niej odsunął, siadając na łóżku z uśmiechem zadowolenia. Obserwowanie jej wijącej się z żądzy, zostawienie jej, kiedy była już tak blisko spełnienia dawało mu prawie tyle samo przyjemności co sam akt.
Nienawidziła siebie i swojego ciała. Była jego niewolnicą, nie miała wpływu na własne odruchy... W równym stopniu zaczęła nienawidzić Viktora– był demonem, uosobieniem zła, jej ciało było dlań zaledwie przedmiotem, niczym więcej. Wzięła kilka głębokich wdechów, starając się uspokoić drżenie , po kilku powtórzeniach czuła się już nieco lepiej, podniosła się więc lekko i zsunęła koszulę z powrotem na jej miejsce. Dotyk chłodnego materiału na jej uwrażliwionym ciele wcale nie był przyjemny.
Demon przyglądał się jej z jawnym rozbawieniem w oczach. Co on tu jeszcze robi?– przemknęło jej przez myśl, zachciało jej się płakać, boleśnie zagryzała wargi by tego nie zrobić. Nie przy nim.
– To mi się podobało– powiedział swym niskim, gardłowym głosem z lekką nutą kpiny. – Może kiedyś pozwolę ci dojść, ale teraz stanowczo wolę patrzeć, jaka rozedrgana robisz się pod moimi palcami– mocno zacisnęła dłonie na chłodnej koszuli. Był dziś zaskakująco rozmowny.
– Spotkałem dzisiaj twojego przyjaciela...– Gabrielle zbladła, niemal czując jak z jej twarzy odpływa cała krew. – Jak mu tam było? Simon?– Kobieta wciągnęła gwałtownie powietrze i znów zaczęła cała drżeć, bynajmniej nie z podniecenia.
Simona spotkała kilka tygodni temu na uczelni, wydał jej się sympatyczny, zgodziła się więc na kilka spotkań, a wczoraj po raz pierwszy pozwoliła mu się pocałować– było to cudowne uczucie, jakby nagle wzniosła się w powietrze... nie przypuszczała, że demona będzie to w ogóle interesować. Serce biło jej jak oszalałe, kiedy czekała na ciąg dalszy jego słów.
– Denerwujesz się moja droga?– obnażył spiczaste zęby w złośliwym uśmiechu– Mógłbym zacząć tańczyć w rytm twojego serca.
– Co mu zrobiłeś? – zapytała chłodno, a jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
– To marne ludzkie szczenię tylko by nam przeszkadzało, nie sądzisz? Zabijając go, wyświadczyłem niemal przysługę. Gdybyś to tylko widziała, płakał i błagał o litość. Co za marna imitacja mężczyzny... – serce Gabrielle stanęło w miejscu. Zabił go. Jedynego mężczyznę, który był w stanie pokochać ją dla jej samej, a nie dla jej ciała. Z okrzykiem furii rzuciła się na demona, łzy zaczęły płynąć jej po policzkach nieprzerwanym strumieniem, nigdy wcześniej nie odważyłaby się na coś takiego, ale teraz była tylko jednym, wielkim cierpieniem...
– Ty bydlaku! Nienawidzę cię!– wykrzyczała, okładając go pięściami, a on w ułamku sekundy chwycił ją za nadgarstki i przyszpilił do łóżka, po obu stronach jej głowy, po czym siadł na kobiecie okrakiem. Pochylił się i wbił w nią zimne spojrzenie.
– Sama skazałaś go na taki los– powiedział przez zaciśnięte zęby, a ona przestała się szamotać i zamarła na moment – Zapominając, kto jest twoim panem i do kogo należysz!
– Nie należę do ciebie!
– Tak? Mam nad tobą władzę i dobrze o tym wiesz. Twoje ciało jest ode mnie uzależnione– Jakby dla przypieczętowania tych słów, puścił jeden nadgarstek kobiety i znów zadarł jej koszulkę do góry, po czym jednym ruchem wbił się w jej ciało, napędzany dziką, nieokiełznaną energią.
Nic się nie wydarzyło. Hardo patrzyła mu w oczy i nie odczuwała nic. Żadnego pragnienia. Żadnego drżenia. Tylko żal i świadomość, że tej nocy coś w niej umarło. Viktor początkowo tego nie zauważał, w końcu przerwał, zdjęty szokiem i nawet kiedy już dopiął swego, wciąż w niej był, nie mógł zrozumieć tego co się stało.
Ona już mnie nie pragnie– ta myśl wdarła się do jego umysłu i zmroziła krew w żyłach.
– Od kiedy to demon musi posuwać się do gwałtu? – Jej głos, nowy, mocny i zdecydowany, wyrwał go z odrętwienia. – Miałeś kontrolę nad moim ciałem, nigdy duszą. Teraz straciłeś i ją. Odejdź i nigdy nie wracaj – chciał coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle.
Wstał więc, nie wydobywszy żadnego dźwięku i wyszedł, natychmiast wzbijając się do lotu. Już nigdy jej nie zobaczę– ta myśl przeszyła go na wskroś niczym włócznia, zgodnie z prawem nie mógł do niej przychodzić, jeśli sama tego nie pragnęła. Choć odrobinę. Ale dziś odczuł od niej jedynie chłód i nienawiść.
Zdał sobie sprawę, że sam siebie okłamywał. To nie Gabrielle była uzależniona. Tylko on.
_________________________________________________________
Coś nowego, po więcej takich one-shotów zapraszam na swojego wattpada: www.wattpad.com/myworks/62089750-moje-historie
 

livli5
 
Opadłe liście kolorów złota zaszeleściły w tańcu omiatając nogi siedzącej na murku dziewczyny. Z nieodgadnionym spojrzeniem wpatrywała się w ich gonitwę, delektując się prawdopodobnie jednym z ostatnich ciepłych dni w tym roku. W dłoni obracała pomarańczowy liść klonu, delikatnie wachlując nim wilgotne powietrze. W milczeniu towarzyszył jej chłopak, który kątem oka studiował jej rysy twarzy, jakby na świecie nie widział niczego piękniejszego. Podmuch wiatru zwiał kosmyk jej włosów do oczu. Z westchnieniem odgarnęła niesforne pasmo i spojrzała z wyrzutem na swojego towarzysza.

- Co tu robisz? – warknęła mając nadzieję ukryć zażenowanie i lekkie wykwity na swoich policzkach.

- Zastanawiam się o czym myślisz. – stwierdził z ciepłym uśmiechem, który niemal zwalił z nóg nieprzygotowaną, na ten atak z zaskoczenia, dziewczynę. Schowała za włosami rumieńce i westchnęła. Jej wzrok spoczął na liściu trzymanym w dłoni. Okręciła go trzykrotnie, wpatrując się w jego żyłki, a następnie poluzowała uchwyt. Wiatr poniósł go ku górze, by po chwili dołączył do tańca swych pobratymców. Wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę w tęsknym spojrzeniem.

- Marzeniach. – wyszeptała, ale widząc nierozumiejącą minę chłopaka, przełknęła ślinę i sprecyzowała już głośniej - Myślę o wszystkich niespełnionym marzeniach.

Zapadła kolejna chwila milczenia, przy akompaniamencie szumu liści. Chłopak przysunął się odrobinę, zmniejszając dzielącą ich przestrzeń.

- A o czym marzysz?

Pytanie zawisło między nimi. Dziewczyna już miała się roześmiać, ale widząc jego poważny wyraz twarzy przełknęła głośno ślinę. Serce zaczęło boleśnie wyrywać się z jej piersi, a policzki przybrały kolor dojrzałych buraków. Czuła jego obecność, a myśli podsuwały wszystkie marzenia jakie nie miały prawa się spełnić. Zaśmiała się nerwowo oblizując wargi. Przybrała swobodny wyraz twarzy jakby zaraz miała powiedzieć przezabawny żart.

- O pocałunku w deszczu. – zaśmiała się mając nadzieję, że chłopak nie potraktuje tego na poważnie. W jego oczach coś błysnęło. – A ty? – zapytała nie chcąc, by w rozmowę wkradło się niezręczne milczenie.

Chłopak nachylił się i z  uśmiechem drapieżnika wyszeptał jej do ucha.

- Żeby zaczęło padać.
_________________________
Hej :D Po tej naszej słodkiej historii, chciałam się pochwalić, że... Berceuse zostało poddane korekcie, zarówno błędowej jak i fabularnej :D Jak czas i chęci pozwolą, to prawdopodobnie, pojawią się tam wszystkie moje poprawki :D
Mój wattpad dla zainteresowanych:
www.wattpad.com/user/Livli5
  • awatar gość: ech.. a ja tak nie lubię deszczu - a on ciągle pada i pada
  • awatar Kate - Writes: A ja deszcz kocham! To cudowne czuć na twarzy uderzenia tych maleńkich kropelek.
Pokaż wszystkie (2) ›
 

livli5
 
- Nienawidzę cię!
Zamieram w bezruchu. Oddech mam przyspieszony, a serce obija mi się boleśnie o żebra. Chcę wyzwać cię od najgorszych. Powiedzieć, że ja też cię nienawidzę, że mam cię w poważaniu, ale nie potrafię wydobyć z moich ust dźwięku. Kręcę jedynie głową, zagryzając wargę i  dławiąc płacz. Patrzysz na mnie z nienawiścią i zawodem. Spuszczam wzrok, a płacz ogarnia całe moje ciało. Policzki mam mokre do łez. Odwracam się, ocierając rękami oczy.
– I po co ryczysz?– serce ściska mi się, aż brak mi tchu. Z trudem łapię każdy kolejny oddech. - Ktoś ci umarł? – kpisz, ale wiedź, że tak. Właśnie w tej chwili, umarła cząstka mnie. Ta część, która zawsze była po twojej stronie. – Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię! – krzyczysz, łapiąc mój podbródek. Zmuszasz mnie bym na ciebie spojrzała, ale przez łzy nie widzę twoich oczu. Może to i lepiej? Nie mogę na ciebie patrzeć. To zbyt boli. A twoje słowa wciąż brzmią mi w uszach. Wyrywam się z twojego uścisku i zasłaniam rękami, czekając na cios. Werbalny, a zarazem fizyczny. Prychasz wściekły i wychodzisz bez słowa. Jeszcze długo nie zmieniam pozycji.
Wodzę pustymi oczami po równie opustoszałym pokoju. Każdy oddech sprawia mi ból, a w głowie odtwarzają się po raz tysięczny twoje słowa „Nienawidzę cię” w mojej głowie odpowiadam gniewem, smutkiem, obojętnością, ale rzeczywistość jest nieubłagana. Nie cofnę czasu, nie zatrzymam cię, nie zapytam, cię dlaczego. Już za późno. Wystarczyło jedno słowo, by zniszczyć naszą wieź. I tylko słowo mogło ją naprawić… Milcząc spopieliłam ostatnia szansę.
wake_2_by_wlop-d8ej4fa.jpg
  • awatar Kate - Writes: Ojej... Tak pięknie przedstawiłaś tutaj to, co ja mam na co dzień w gronie tak zwanych "koleżanek". Jedno sowo może wywołać kataklizm, albo coś jeszcze gorszego.
  • awatar Zakira Luna: buuuu.... :( Strasznie smutne, ale bardzo ładne, idealnie wpasowałoby się w mój "Syndrom..." haha :P Brakuje mi tylko melodii :)
  • awatar Seiti: Inspirujące. Natchnęłaś mnie :D Dużo uczuć w takim małym fragmencie, genialne.
Pokaż wszystkie (5) ›
 

livli5
 
Rozglądam się po barze próbując zlokalizować jakieś miejsce, które pozwoliłoby mi w spokoju przeczekać najbliższe godziny. Pomieszczenie nie grzeszyło wielkością, a tym bardziej nie powalało na kolana swoim klimatem, ale z braku laku i on może się do czegoś nadać. Szczególnie, że o godzinie ósmej rano jedynymi klientami jacy w nim przebywali w tej chwili, była nasza czwórka baranków ofiarnych, która tego dnia miała zostać rzucona na pożarcie znajomości praw drogowych i umiejętności jazdy samochodem, oraz dwie kobiety czekające prawdopodobnie w tym samym celu… no bo kto normalny siedzi w tym… za przeproszeniem… obskurnym barze o ósmej rano w środku tygodnia. Z westchnieniem zajmuję stolik przy oknie i wyciągam z torebki przyrządy do rysowania. Rozglądam się jeszcze ostatni raz po sali sprawdzając, czy przypadkiem instruktor czegoś ode mnie nie chcę. Nie widząc go, wzruszam jedynie ramionami i zaczynam się brać do pracy. Nie jestem nawet w połowie szkicu, gdy czyjś śmiech wyrywa mnie z zamyślenia. Zaskoczona tym nagłym wybuchem wesołości mimowolnie podnoszę wzrok z nad kartki papieru i dostrzegam szatynkę, która napotykając moje spojrzenie, uśmiecha się do mnie promiennie. Widząc to mimowolnie odwzajemniam uśmiech, na co dziewczyna puszcza mi oczko… Przez moment nie wiem co z sobą począć, jednak w końcu udaje mi się wrócić do wcześniejszego zajęcia, a sama wmawiam sobie, że przed chwilą nic nie zaszło… może tutaj to zwyczaj powitania?
- … rozumiesz? Dziewczyna ideał, oczko w głowie mamusi. Olimpijka w różnych przedmiotach i tak dalej… serio… może ciężko w to uwierzyć, ale do tego była strasznie ładna. Wysoka. Długie blond  włosy. No idealna. Wyobraź sobie jak jej matkę szlak trafił, gdy na jej lekcjach jadłam lunch przygotowany specjalnie dla jej kochanej córusi i nie mogła nic z tym zrobić. - Czyżby kradła lunch szkolnej gwieździe? A co miała do tego jej matka? Nie rozumiejąc jej motywów potrząsnęłam lekko głową. A co mnie to obchodzi… Mogłaby mówić ciszej, przez nią nie mogę się skupić na rysowaniu…
- Serio? I nie mściła się?
- A tylko by spróbowała. Jasno jej powiedziałam, że jak nie będę mieć trójki na koniec, to mój związek z jej córcią potrwa kolejne dwanaście miesięcy, wiesz ta laska, była we mnie wpatrzona jak w obrazek, a wystarczyło zaciągnąć ją do łóżka. Jej mamusia nie mgła ścierpieć, że jej idealna córka jest lesbijką, i tym sposobem na moim świadectwie jako jedynej, w całej historii mojej budy miałam trójkę na świadectwie z chemii u tej baby, a ty? Jak rozwiązałaś problem tego faceta od historii? -Bosz… a więc mi się nie przewidziało… Lesba puściła do mnie oczko, super… Ale serio co za świństwo współczuję tej dziewczynie, chodzić z kimś kto chce cię tylko wykorzystać do własnych celów. Paskudne, nieetyczne… czyste chamstwo.  
- Mogę się przysiąść? - Zakłopotana podnoszę wzrok i ku mojej uldze widzę chłopaka, który dzisiaj ze mną przyjechał. Może to dziwne, ale jego obecność jakby jasno definiuję moją orientację i zapewnia mi choć trochę poczucie bezpieczeństwa. Czemu oczka puszczają mi tylko dziewczyny? Czy świat już totalnie przewrócił się do góry nogami?    
- Jasne. – Zapraszam go i kątem oka spoglądam na szatynkę. Dziewczyna wpatruję się we mnie z głodem w oczach. Boziu… niech szybciej przychodzi ten instruktor!        

be31d448-9426-4f88-b56b-e4e9ca2fda7b_20101117111319_Plotka63.jpg
  • awatar Sayori Nekomori: Ugh, jak ja nienawidzę takich... damulek >.< Aż ręka świerzbi! No po prostu chamstwo! Przyjemnie się czyta takie historie z życia wzięte ^^ Po całym dniu nauki coś takiego jest bardzo dobre na odstresowanie się ;) Ty po prostu czytasz w moich myślach!!
  • awatar Zakira Luna: Śmieszy mnie za każdym razem tak samo :D
  • awatar Kate - Writes: Le... Le... Lesbijką?! Opanuj się Kate, namiętnie czytasz mangę yurii. Świetne, nie znam jeszcze nikogo kto by napisał opowiadanie o lesbijkach. U mnie na blogu dzisiaj Legolas.
Pokaż wszystkie (3) ›
 

sallylou
 
SallyLou:

- Panie Marco!
Odwrócił się w stronę cienkiego głosiku. Srebrnowłosy może sześcioletni chłopiec spoglądał na niego z dołu z szczerym uśmiechem. Jego jasne włosy pozlepiane były ciemnoczerwoną cieczą, która również skapywała z dłoni zaciśniętych w pięści.
- Czego chcesz? - warknął, a uśmiech dziecka zbladł.
- Ja chciałem, by pan pomógł nam. To głupie zwierze cały czas ucieka - nadąsany ton malca sprawił, że kąciki ust Marca drgnęły lekko.
- Radźcie sobie sami - machnął ręką odprawiając dzieciaka.
W tej chwili mrożący krew w żyłach wrzask sprawił, że drgnął nieznacznie, a pełen uśmiech wykwitł na jego zimnym obliczu.
- Słyszę, że Holly sama sobie dobrze radzi - mruknął wstając i skierował się w stronę dźwięku.
Podziemia w Mieście Grzechu były doskonałym miejscem dla bliźniąt. Blade światło bezskutecznie odganiało mrok, który zalegał w każdym kącie zawilgoconych ścian. Mało kto wiedział, że to pozostałości po ludzkich siedzibach, sprzed kilkuset lat. Miasto , które kiedyś było olbrzymią ludzką metropolią zapadło się w ziemię w ciągu jednej chwili stając się grobowcem dla milionów ludzi. Bezpańskim demonom podobało się to miejsce przesiąknięte wonią strachu i rozpaczy ofiar sprzed lat. Woń rozkładu i śmierci sprawiała, że czuły się jak w domu.
To taki był teraz dom Holly i Haydena, których los był w jego rękach. Bezdomne potworne dzieci, były marionetkami w rękach demonicznego lalkarza.
Marco musiał przyznać, że niejako czuł do tych kukiełek sympatię. A przynajmniej coś do niej zbliżonego, gdyż nigdy nie przyznałby się do posiadania ludzkich uczuć. Był z nich dumny jako właściciel.
Zardzewiałe drzwi zgrzytnęły, gdy otworzył je na oścież. Ukazała mu się scena niczym na obrazie psychopatycznego malarza. Spojrzał na zakrwawionego człowieka, który klęczał na zimnym betonie, szlochając spazmatycznie. Przyciskał do piersi dłoń, a na koszuli wokół niej rozrastała się plama krwi.  Oszołomiony z bólu nawet nie zauważył, nadejścia Marco i chłopca. Zwierzęcym wzrokiem spoglądał na drobną postać przed sobą. Długie włosy opadał na twarz dziewczynki zasłaniając jej oblicze. Biała nieco zniszczona koszula ciągnęła się po ziemi niczym suknia. W pomieszczeniu pełnym krwi i brudu była zaskakująco czysta, wręcz wydawała się być niepasującym elementem.
Dopiero, na wołania Marco uniosła głowę odsłaniając upiorne oblicze. Szkarłatno-czarne oko  płonęło otoczone pajęczyną ciemnych żył, a szkliste zielone oko było pozbawione wyrazu jak u zmarłego. Szkarłatne usta drgnęły w wściekłym grymasie ukazując ostre zęby pomiędzy którymi wciąż tkwiły różowoczerwone tkanki.
- Głupi brat - z wilczym warkotem rzuciła się na swojego bliźniak powalając go na ziemie - Mówiłam, żebyś nie szedł po niego!
Hayden stęknął ciężko, ale po chwili uderzył Holly pięścią w twarz.
- Sama jesteś głupia. Dopiero co bałaś się podejść do niego, a teraz jesteś taka odważna?
Wzrok dzieci skierował się na zesztywniałego ze strachu mężczyznę.
- Jest smaczny - szepnęła Holly uśmiechając się tak radośnie, że wyglądała jak normalne dziecko. Tylko czy normalne dziecko potrafiłoby z taką sadystyczną radością dręczyć człowieka?
- Siostra! - Hayden wyszczerzył się i oblizał wargi - Jestem głodny - odepchnął bliźniaczkę i rzucił się na mężczyznę.  Przesiąknięte wonią krwi powietrze rozdarł wrzask.
Marco nawet nie spojrzał na chłopca, ponieważ jego wzrok spoczął na czarnowłosej podopiecznej. Patrzyła na niego w milczeniu jakby czekała na jego ruch. Nawet nie odwróciła się w stronę brata, choć zapewne była tak samo głodna jak on.
Przyklęknął by nie musiała zadzierać tak wysoko głowy.
- Czego chcesz?
Mała zimna rączka dotknęła jego twarzy. Holly spojrzała na niego poważnym wzrokiem.
- Panie Marco, co to znaczy litość? Ten człowiek wypowiedział to słowo…
Demon uśmiechnął się wesoło.
- Nie musisz znać znaczenia tego słowa. Jest ono bezużyteczna. A litość jest dla słabych.
Dziewczynka rozpromieniła się.
- Cudownie! - zawołała radośnie - Jak cię zabije, nie będę słaba, panie Marco - szepnęła przytykając palec do jego wargi. Potem odwróciła się i rzuciła na swoją ofiarę wbijając głęboko zęby w szyję.
Bezpański powoli wstał i wykrzywił się w dziwacznym uśmiechu.
- Stworzyłem potwora - mruknął pod nosem z dumą.
Tylko dlaczego obok niej pojawiło się tak bolesne uczucie zawodu?
734635240e052583b2f5dedfc9403a0f.jpg
  • awatar Kate - Writes: Jak dojechałam do obrazka to przez chwilę myślałam, że straciłam mózg.
  • awatar Zakira Luna: Ach, rodzeństwo... sama mam brata bliźnika, więc ich kłotnie baardzo do mnie trafiają, nawet jeżeli zwykle dotyczą czego innego haha :P Za to obrazek mi się podoba- często tak właśnie wyglądam, kiedy probuję się porozumieć ze swoim... bliźniakiem XD
Pokaż wszystkie (2) ›
 

livli5
 

Niebo przeszywa piorun, rozświetlając pogrążone w półcieniu pomieszczenie. Z tępym spojrzeniem spoglądam na pustą kartkę, która nosi świeże plamy spadłych na nią łez i nie ważne co bym chciała na niej napisać nie jestem w stanie ruszyć dłonią. Kolejna łza odrywa się od mojego podbródka by upaść bezgłośnie na papier. Ściskam mocniej długopis, przygryzając przy tym wargę i drżącą dłonią kreślę duże litery, a każda z nich jest czymś co utwierdza mnie w przekonaniu, że to rzeczywistość. Przedrostek "Świętej Pamięci" kole moje oczy i jedynie całą siłą woli powstrzymuję się by nie zgnieść kartki i nie wyrzucić jej do kosza. Jej imię przywołuje niezliczoną ilość wspomnień, gdy razem spędzałyśmy czas, a teraz.... wycieram dłonią łzy i nabieram głęboko powietrza. Co za paradoks, bo to właśnie do niej bym teraz poszła, by wylać przed nią swój smutek. Usłyszeć słowa pocieszenia i nawet jeśli nie byłoby złotego środka, ona by jakiś znalazła. Płakałaby razem ze mną, niezauważalnie zabierając mi z barków ciężar. Ale jej już nie ma. Poniżej jej imienia zapisuję datę urodzenia. Jak to mogło się stać, że pomimo, że byłyśmy w tym samym wieku, ona odeszła pierwsza? Kręcę głową by oczyścić umysł. Nie wolno mi teraz o tym myśleć muszę to napisać. Niemal ryję w papierze datę o siedemnaście lat starszą, Znienawidzony dzień, który zabrał mi moja najlepszą przyjaciółkę. Kto teraz będzie kończył za mnie zdania? Kto będzie zawsze po mojej stronie? Kto będzie na tyle szczery by wytknąć mi moje wady, ale nie ze złośliwości, ale z czystej troski. Wypuszczam długopis z dłoni, a on delikatnie się toczy, by zatrzymać się tuż przed datą jej śmierci. Zawsze mówiła, że chciałaby odejść we śnie. A nawet to nie było jej dane, bo... biorę głęboki wdech i opieram czoło o dłonie. Pewnie w tej chwili włożyłaby mi palce między żebra zaczęła się śmiać z mojego załamania, stwierdziłaby, ze łzami w oczach, że przecież tak musiało być i chciałaby bym się rozchmurzyła. Potem zaczęłaby się wygłupiać, wzdychać, wspominać, a przede wszystkim kazałaby mi pisać, by mogła to później przeczytać. Podniosłam długopis i przyłożyłam jego końcówkę do kartki. Niebo za oknem rozbłysło od uderzenia pioruna.

Idę między nagrobkami z małym tłumkiem żałobników. Ogarnia mnie złość gdy widzę dwie dziewczyny gadające w najlepsze o ciuchach, które dzisiaj założyły. Mierze je uważnym spojrzeniem zastanawiając się kim one mogą być. Sprawa wyjaśnia się gdy uzmysławiam sobie, że widziałam je na jej zdjęciu klasowym. Więc prawdopodobnie z obowiązku przyszły, razem z resztą jej klasy. Rozglądam się po twarzach żałobników rozpoznając paru naszych wspólnych znajomych, a także ludzi, których znałam tylko z jej opowieści. A jednak pomimo tego, wokół była znaczna grupa ludzi, których nawet nigdy nie widziałam na oczy. A jednak gdy wsłuchałam się w ich głosy, oprócz litości i żałowania tego, że odeszła "tak młoda dziewczyna", nie poczułam takiego żalu jaki właśnie trawił moje wnętrzności. Oni nawet jej dobrze nie znali. Przyszli by zobaczyć się z rodziną poplotkować, zobaczyć jak jej rodzina przezywa najgorszy moment w ich życiu... ale nie po to by ją pożegnać. Sztuczne łzy pojawiają się dopiero przed jej rodzicami, a tak to powietrze ogarnia tylko żal... że śmierć zabrała ze sobą tak młodą dziewczynę, że cały czas jaki poświęciła na naukę, że ten trud, który włożyła w swoją przyszłość poszedł na marne. Mówili, że chciała być lekarzem, a tylko ja wiem, że sama nie wiedziała kim chce być, tylko ja wiem ile trudu kosztowała ją ta praca by nikogo nie zawieść. Tylko mi zwierzała się, że nie daje rady, że czasami chciałaby uciec od tego wszystkiego. A jednak świadomość, że może pomóc rodzicom, że w przyszłości odwdzięczy się za całe okazane jej dobro pchało ją do przodu. Co z tego, że nigdy nie miała na nic czasu. Dla mnie było to czymś wyjątkowym, bo te cudem wydarte z gardła minuty jakie mi poświęcała, były wyjątkowe. Pochód zatrzymał się. W powietrzu rozniósł się dźwięk skrzypiec. Delikatny i przerażająco smutny. Jej instrument. Łzy same spłynęły po moich policzkach. Nie wstydziłam się ich, bo tu stojąc przed spuszczaną do grobu trumną, żegnałam moją bratnią duszę, przyjaciółkę, mojego jedynego sojusznika.

biale-fractalius-roze.jpeg
  • awatar Kate - Writes: Jeden mankament, nie ma soudtracku.
  • awatar Girl Power ♥: Smutne, ale super się czyta.
  • awatar Seiti: Przypomniał mi się pogrzeb kuzyna. Popełnił samobójstwo, nikt nie wie czemu, pozostały domysły. Pamiętam, gdy wpuszczano trumnę do wykopanego dołu i w tym momencie zawyły samochody, które tak kochał. ich dźwięk ściął nas z nóg. Dosłownie. Wszyscy wybuchnęli głośnym płaczem. Nawet niebo załkało. Był moim powiernikiem, zawsze, gdy przechodziłam ciężkie chwile, pocieszał mnie żartując. Miał być chrzestnym mojego syna. Miał dalej być moim przyjacielem, a odszedł. Sam zniszczył swoją przyszłość. Nakopię mu po śmierci. Znajdę i skopię. Dobrze się spisałaś, Lisa.
Pokaż wszystkie (7) ›
 

livli5
 

Błyskawica przeszyła na wskroś niebo, a jej grzmot rozniósł się echem po całej Grecji, zwiastując niezadowolenie gromowładnego boga. Zeus z pulsującą na skroni żyłką patrzył jak dwójka jego dzieci nawzajem sobie dogryza i trwoni czas na nierozstrzygnięte spory. Pomiędzy dwójką bóstw toczyła się odwieczna wojna, jednak, żadne z nich nie było wstanie przewyższyć swojego przeciwnika. Nieważne czy to szachy, czy olbrzymia wojna, nigdy nie wyłonił się zwycięzca. Zirytowany bóg nie mógł już dłużej patrzeć jak nieudolnie z sobą konkurują. I bynajmniej nie chodziło tu o dobro jego podopiecznych, raczej martwił się o Olimp, któremu od paru dni groziła destrukcja z rąk bogów wojny. Normalnie sprzeczki inteligentnej Ateny i odważnego Aresa, zapewniłyby mu rozrywkę, ale właśnie przed sekundą, bóg wojny nieopacznie zniszczył tron swego ojca. W oczach Zeusa pojawiły się pioruny gniewu, w jego dłoni ukazała się błyskawica, złote włosy zafalowały od zerwanej zawieruchy. Wściekły bóg wrzasnął, a po Olimpie rozniósł się odgłos gromu.
- Precz z moich oczu! Do czasu, aż się nie opanujecie macie zakaz wstępu na Olimp, jeśli was zobaczę każe wam sprzątać u Augiasza.
Światło rozbłysło na całej górze owijając całkowicie nie przygotowanych na taki obrót spraw bogów. Nim zdążyli wyrazić swoje niezadowolenie wszystko wokół nich zniknęło, a oni stali nad brzegiem morza. Ares, potargał wściekły swoje czerwone jak ogień włosy i podszedł do lodowato spokojnej bogini, z wściekłością wypisaną na twarzy. Poczym uśmiechnął się z wyższością.
- Walcz ze mną.
Atena spojrzała na boga jak na bezmózgiego robaka, który śmiał wejść w zasięg jej wzroku.
- Prymitywie, czyż nie dotarło do ciebie, iż ojciec nas wygnał za twą nieudolność?
Czerwonowłosy bóg zmarszczył gniewnie brwi i sięgną ku swemu ostrzu, jednak jego ręka napotkała na pustkę. Z wściekłością zawył zamachnął się na stojącą przed nim boginię, która gładko uniknęła ciosu. Ręka boga zawisła w powietrzu. Mężczyzna zaśmiał się barwnym głosem.
- Chcesz się poddać? – wymruczał do jej ucha.
- Nie, chcę zaproponować rozejm w postaci ostatecznego zakładu. – uśmiechnęła się, ale jej oczy nie zmieniły wyrazu. Położyła dłoń na pokaźnych mięśniach boga wojny i boleśnie zadrapała paznokciem jego złotą skórę. W oczach mężczyzny zalśnił wewnętrzny ogień podekscytowania. – Zasady są proste, by taki prymityw jak ty mógł je zrozumieć.
Mina boga zrzedła, jednak chęć pokonania bogini, wzięła nad nim górę, a wewnętrzny ogień gniewu buchnął od niego impetem. Bogini niewzruszona na jego zachowanie stwierdziła.
- Naszym celem jest... - zastanowiła się chwilę i nagle coś w jej oczach rozbłysło - kradzież kapci ojca.
Ares spojrzał na nią zaskoczony poczym pochłonęły go płomienie, a na twarz wypłynęła zwycięska satysfakcja.
- Jak się znów zobaczymy, będziesz mi bić pokłony– roześmiał się i zniknął.
Bogini stała przez chwilę niewzruszona. Jednak gdy do jej uszu dotarł przeraźliwy grzmot jej usta rozciągnęły się we wrednym uśmiechu.
- Miłego sprzątania braciszku.  


athena_x_ares_by_zeldacw-d5odxjb.jpg
  • awatar SallyLou: Padłam i nie wstanę :D Moja wyobraźnia odmawia posłuszeństwa i nie mogę sobie wyobrazić boga wojny, który myszkuj po Olimpie w poszukiwaniu kapci gromowładnego tatusia. Biedny Ares, nie powinien się zakładać z Ateną, bo wiadomo, że bije go mądrością na głowę. No a teraz będzie miał trochę "brudnej" roboty. Augiasz się ucieszy :P
  • awatar Kate - Writes: Szacun mistrzyni moja. Dobrze, ze czytam to już po napisaniu swojego, bo teraz mam miazgę zamiast mózgu. Twoje opowiadania sa tak piękne, ze rozwalają system. Zapraszam na kontynuację fanfica o Legolasie.
  • awatar Zakira Luna: Utożsamiam się z Ateną XD
Pokaż wszystkie (4) ›
 

livli5
 

Błysk ostrza przeszył powietrze, odcinając mi pasmo zakurzonych, zlepionych krwią włosów. Pot na skórze zmieszał się z stróżkami posoki wolno wypływającej z poniesionych przeze mnie ran, by podczas uników, złudnie podobnych do akrobacji artysty, rozprysnąć się na  rozgrzanej od ognia ziemi. Światło płomieni, trawiących gruzy mojej duszy, odbijało się od twoich oczu. W powietrzu unosiły się płatki popiołu, które niczym śnieg przykrywały otaczającą nas rzeczywistość. Na straży naszego pojedynku stały płomienie, czekające niczym hieny na wynik bitwy, by pożreć przegranego. Przez te wszystkie lata nieprzerwanych wojen, nie doznałam skrajnego wyczerpania, ni bólu na tyle silnego, by wypuścić ostrze z dłoni, bo wiem, że gdy ugną się pode mną kolana, przegram nie zaznając smaku zwycięstwa. Miecz stał się mą dłonią, a ona mym obusiecznym orężem. Każdy zadany ci cios mnie przeszywa trzykrotnie mocniej. Bitwa na śmierć i życie, bez nadziei na ucieczkę, czy zwycięstwo.  Jednak, czasami przychodzą dni, gdy opuszczają mnie siły, a ja marzę jedynie o śmierci z twoich rąk. By poczuć twe ostrze w swoim ciele i zakończyć odwieczny bój. I tak umrę. Mój los jest przesądzony od momentu, gdy podniosłam oręż z ziemi i zapragnęłam żyć. Nieznajomy, a czemu ty walczysz? Dlaczego twą twarz skrywa maska? Ach… czemu zawsze, gdy twój miecz jest już o krok od celu, me ciało zaczyna się buntować i samo ucieka, przed ostatecznym ciosem. Boję się. Me wnętrzności trawi niepokój, że nasza walka nigdy się nie skończy. Jednocześnie boję się tego co mnie spotka, gdy oddam światu swój ostatni oddech. Twoje ostrze dosięga mojego ramienia rozcinając niedawno zagojoną ranę. W oczach stają mi na moment łzy, jedynak ty nie czekasz, aż zdążę syknąć z bólu. Z zimną krwią łamiesz mi serce na milion kawałków. Usta zamierają mi w niemym krzyku. Podczas upadku strącam ci maskę i dostrzegam zimne spojrzenie własnych oczu. A więc to tak… to oznacza śmierć… Porażkę, w walce z samym sobą…
Miecz z cichym łoskotem wypadł mi z dłoni.
  • awatar Zakira Luna: Nie wiem co powiedzieć... muzyka, narracja, zwracanie się per "ty", to wszystko mnie zaczarowało - kiedy tu weszłam i zobaczyłam ten tekst, była to dla mnie wielka niespodzianka, ale wiesz co? Ostatnie zadanie wykonałaś z wielkim hukiem! Mam wrażenie jakbym znajdowała się w tej walce, to wszystko przeszywa mnie za wskroś... niezaprzeczalnie najlepsze co dziś przeczytałam :) Muzyka idealnie wpasowuje się w momenty, jakby to ona była stworzona do tekstu, a nie odwrotnie... czytam i czytam, znam już prawie na pamięć! :D P.S. Ach ty niedobra, nawet się nie pochwaliłaś!
  • awatar SallyLou: Czytając to można czuć prawdziwy ból i strach. Można wczuć się w emocje bohaterki i zobaczyć walkę jej oczami. I jeszcze zwrot w stronę swego zabójcy... Majstersztyk!
Pokaż wszystkie (2) ›
 

livli5
 
&
Mężczyzna podniósł srebrną manierkę do ust i łapczywie sączył jej życiodajną zawartość. Z kącików jego spierzchniętych warg uciekła cienka strużka wody, która wydawała się być osobliwą rzeką na skórze wędrowca, której celem była ucieczka przed wszechobecnym żarem. Kropla przezroczystej cieczy spadła na spękaną od słońca ziemię, barwiąc glebę na ciemny brąz. Wilgoć rozeszła się po piasku, nie pozostawiając po sobie ani śladu. Pustynia pogrzebała kolejną swoją ofiarę. Mężczyzna potrząsnął pustą już manierką, z której nie wydobył się nawet najcichszy dźwięk. Zmrużył gniewnie oczy i ruszył w dalszą podróż przez suchy ocean. Upalny wiatr odprowadził go w dalszą podróż zdmuchując ziarenka piasku z miejsca, gdzie pustynna ofiara została przyjęta. Mikroskopijne kryształki zsuwały się, ukazując chowaną pod swoją powierzchnią niewielką uschniętą roślinkę. Złudnie podobna do kamienia trwała wystawiona na działanie niszczycielskich warunków. Jej zwinięte z przestrachu płatki zafalowały, jak u żywej istoty. Delikatnie z niemym namaszczeniem rozłożyły się ukazując pustynny kwiat lotosu pływający na bezkresnym oceanie piasku. Niczym przywołany do życia szlachetny kamień. Wyjątkowy, ukryty przed całym światem, a zarazem niesamowicie samotny.
  • awatar SallyLou: Znowu zmuszasz mnie do głębszych przemyśleń i szukania ukrytych treści ( a u mnie to leży i kwiczy :D ). Chciałabym tak umiejętnie dobierać słowa. Podoba mi się motyw tej kropli wody i roślinki. Cudo po prostu!
  • awatar Kate - Writes: Kurczę, muzyka strasznie nastraja. I zastanawiam się czy to tylko takie luźne przemyślenia, to co ci wpadło do głowy, czy może początek większej całości, czegoś niewyobrażalnie pięknego.
  • awatar Sayori Nekomori: Boże... Chciałabym umieć tak operować słowem, jak ty. Twoje opisy w połączeniu z muzyką to po prostu ambrozja. Boskie!
Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 
UWAGA!!! CZYTAĆ JEDYNIE Z MUZYKĄ!

Skrzydła zatrzepotały wzbijając opierzone ciało ku niezmierzonym przestworzom nieba. Ptak wznosił się w powietrze, a z jego białego jak śnieg ogona uwolniła się puszysta lotka. Chwilę szybowała na wietrze, by opaść pod stopy cicho płaczącej niewiasty. Ręce kobiety skrępowane były szorstkim sznurem, drażniącym spuchłe od otarć nadgarstki. Wzrok zebranej wokół niej gawiedzi, taksował jej drobną sylwetkę pogardliwym spojrzeniem. Dziewczyna uniosła twarz ku niebu. Po rumianym policzku spływały słone krople. Ogień przeskoczył z pochodni na drewniany stos. W jej oczach odbił się kształt płomieni wysuszając na proch łzy. Delikatne włoski piórka skręciły się i rozsypały zabierając z sobą duszę dziewczyny w ostatnią podniebną podróż.
  • awatar SallyLou: Cholera, Lisa, udało Ci się w tych kilku zdaniach wycisnąć mi z oczu łzy. Połączenie muzyki i słów dało tak niesamowity efekt... Czy to średniowieczny proces kobiety oskarżonej o czary? Bo odniosłam takie wrażenie, choć znając mnie mogę się mylić... Niemniej jednak ten one-shot porusza dogłębnie serce. Doskonale z wizualizowałaś tą scenę... Padam na kolana z zachwytu. I chcę więcej!
  • awatar Zakira Luna: Buhahaha :D
  • awatar Zakira Luna: @Zakira Luna: Tak na marginesie, to raczej half-shot... liczyłam na kontynuację :)
Pokaż wszystkie (5) ›
 

livli5
 

- Au! – zawył, jakbym co najmniej zdzieliła go patelnią.
- Sorki…
W kuchni zapanowała cisza, jednak nie dało się nie zauważyć nerwowych spojrzeń rzucanych przez chłopaka w moim kierunku. Raczej nie urosła mi druga głowa… a przynajmniej nic o tym nie wiem. Bosz! A jak mam coś na twarzy?! Zerkam pospiesznie w lustro wiszące naprzeciwko. Matko… wyglądam jak siedem boleści. Włosy sterczą w każdym kierunku marnie imitując afro. Pod oczami widnieje rozmazany makijaż, jednak mogłoby być gorzej... chyba. Po paru sekundach nie wytrzymuje i kieruję wzrok ku wciąż gapiącemu się mi Arturowi.
- No co? –pytam zirytowana rozciągając się bardziej na stole i staram się dyskretnie poprawić moją beznadziejną fryzurę. Jednak po paru nie udanych próbach poddaje się.    
- Nic.
- To przestań się na mnie gapić – wzdycham biorąc kolejny łyk kawy. Widok wpatrzonych we mnie jego niebieskich oczu przypomina mi o skrytych uczuciach jakie do niego żywię. Chowam głowę bardziej między ręce, by ukryć wykwity na moich policzkach. Słyszę szmer obok mnie, z ciekawości dyskretnie zerkam na chłopaka i dostrzegam, że ten wstaje z swojego miejsca.
- Gdzie idziesz?
- Sprawdzić, czy nie zarwałaś swoim wielkim cielskiem mojego łóżka.
- Coś ty powiedział?      
- To co słyszałaś. Idę się położyć. Ty też chodź, prześpij się do czasu, aż będziesz zdolna wrócić do domu w formie żywej, a nie umarlaka.  – W normalnych warunkach bym się obraziła, ale mój skacowany umysł zawiesił się na słowach, które podsunęły wyobraźni nieprzyzwoite myśli. On chyba nie… Idiotka! Miałam ochotę się zdzielić za wykwity w mojej głowie. Moje policzki przybrały kolor buraków, a ja sama wytrzeszczyłam na niego oczy jakby zamienił się w kosmitę. Raisa oddychaj. Nie daj się ponieść. To oczywiste, że w tych słowach nie było żadnych podtekstów. Wstaję z swojego krzesła i momentalnie krzywię się z bólu. Całkowicie zapomniałam o tej cholernej kostce! Zaciskam zęby i po głębszym oddechu staram się opanować. Przerażona patrzę, czy moja słabość została odkryta, ale chłopak zdążył już zniknąć za rogiem. Z nie małą ulgą kuśtykam za nim. Jednak widząc schody zatrzymuję się i porzucam wszelkie próby podążania za chłopakiem. Wole już krzesło i stół.
- Raisa, co tak stoisz, chodź. – woła, zauważywszy moje niezdecydowanie. Patrzy na mnie z szczytu schodów, jakbym była jakimś psem, który powinien podbiec na każde zawołanie. Przed oczami staje mi scena z wczoraj. Najwyraźniej kawa zaczęła działać, bo mój umysł już nie miał oporów do retrospekcji, a szczególnie sceny, która złamała mi serce… no dobra, może nie złamała, ale z pewnością po raz kolejny pozostawiła głęboką rysę. W końcu już się przyzwyczaiłam do jego licznych romansów.
- To ja może… już wrócę? – stwierdzam cicho i odwracam się uważając na bolącą stopę. – I tak długo ci zajęłam czasu.
- Nie przesadzaj. Wiesz, że jesteś tu mile widziana, a zresztą mama już od jakiegoś czasu narzeka, że nas nie odwiedzasz.  – stwierdził niby od niechcenia, ale jego oczy nie były do końca do tego przekonane.  - Mamy pokój gościnny na górze, więc nie martw się łóżkiem.
Uwierz, że to nie łóżko mi przeszkadza. Chociaż teraz mam pewność, że nie chodziło mu wcześniej o to o czym najpierw pomyślałam. Patrzę na schody, to na Artura i zaciskam zęby. I tak nie wrócę z tą nogą do domu. Robię pierwszy krok do przodu i staram się wyglądać jakby nic mi nie było. Nie chcę mu dawać satysfakcji. Jak się dowie, to nie da mi żyć. Jak na złość chłopak zamiast iść dalej, stoi i patrzy się w moją stronę. Pięknie… Po prostu świetnie. Zatrzymuję się w pół kroku. Co by tu zrobić, by nie okazać bólu? Moje myślenie przerywają dźwięki skrzypiec, rozglądam się i dopiero po sekundzie uświadamiam sobie, że to mój telefon. Tylko gdzie on jest? Artur widząc moje zgubienie wzdycha zrezygnowany i z powrotem do mnie schodzi. Po chwili wraca do mnie z moją torebką, której wnętrzności wibrują jakby co najmniej ożyła. Biorę od niego swoją własność i szybko wyciągam swoją komórkę. Mama… Czyżby się za mną stęskniła?
- Słucham? – pytam patrząc głęboko w oczy Artura. Czemu do diaska on misi mieć takie seksowne spojrzenie?
- Raisa, natychmiast wracaj do domu. – słyszę zdenerwowany głos mojej rodzicielki.
- Okey. Coś się stało? – pytam zaniepokojona, w końcu moja mama nie miała w zwyczaju wydzwaniać do mnie z każdą błahostką. Cisza w słuchawce utwierdziła mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak. – Mamo?
- Posłuchaj, wracaj do domu… albo lepiej sama po ciebie przyjadę, gdzie jesteś?
- U Artura – niemal szepczę domyślając się o co może chodzić. Przez głowę przewija mi się tysiące złych myśli.
- Zaraz będę – słyszę chwilę przed tym jak się rozłączyła. Z niedowierzaniem wpatruję się w wyświetlacz telefonu, by w następnej chwili ruszyć przed siebie wprost do drzwi wyjściowych.
- Raisa… Coś się stało? Jesteś blada.
Z nerwów nie mogę powstrzymać drżenia dłoni, w oczach stanęły mi łzy.
- Chyba… - chlipnęłam –  Coś się stało tacie… - wypowiadając te słowa na głos zalewam się łzami i nie myśląc o niczym innym mijam zatroskanego chłopaka, całkowicie zapominając o bólu w nodze podchodzę do drzwi. Bordowy samochód moich rodziców już stoi na podjeździe, a siedząca w nim mama niecierpliwie stuka palcami o kierownice.
Czuję się jak w transie, po postu wsiadam do samochodu i ruszamy. Co robić? Co robić?! Serce boleśnie obija się o moją klatkę piersiową. Dopiero teraz zaczynam odczuwać prawdziwe skutki mojego kaca. Po paru merach zemdliło mnie do tego stopnia, że zwymiotowałam chwilę po tym jak pospiesznie kazałam się mamie zatrzymać. Nie zadaje pytań, nic nie mówi, pogrążona w myślach każe mi się jedynie pospieszyć. Nawet nie reaguje na pytania co się stało. Droga była jednym wielkim kłębkiem nerwów, a dojazd do szpitala, był jak cios poniżej pasa. To było ostateczne potwierdzenie moich czarnych myśli. Biegiem ruszamy w stronę oddziału kardiochirurgii. Niczym tornado wpadamy do pokoju dwieście osiemnaście i z paniką patrzymy na bladego mężczyznę na zielonym łóżku. Otępienie schodzi ze mnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Rzucam się w jego kierunku, a po policzkach spływają mi krokodyle łzy.
- Tato! – dopiero, gdy czuję wyraźny puls i słyszę jego oddech najgorszy lęk chowa się gdzieś na dnie serca.  Łapię jego zmarzniętą dłoń, by przyłożyć ją do zapłakanej twarzy.
- Raisa, kochanie spokojnie, tak szybko się mnie nie pozbędziesz. – żartuje, ale te słowa nie są w stanie mnie rozśmieszyć. W jego oczach widzę ból i zmęczenie.
- Co się stało? Mama nie chce mi powiedzieć. – Widzę jak rodzice posyłają sobie porozumiewawcze spojrzenie. Zapadła głucha cisza.  
- … Źle się poczułem… - przerwał niepewny tego co chce powiedzieć, spogląda to na mamę to na mnie i dodaje mało przekonywującym tonem. – Kosiłem trawę i ten upał tak na mnie wpłyną.
Kłamał. To było pewne. Tylko, dlaczego? Czy podczas mojej nieobecności stało się coś, co mogłoby doprowadzić go do takiego stanu? Zabolał mnie ten brak szczerości, jednak dla niego jestem w stanie zrobić wszystko. Przybrałam na twarz maskę zrozumienia, nie chciałam go bardziej martwić.
- Co powiedzieli lekarze?
- Zrobili mi parę badań i czekamy na wyniki. Raisa nie płacz, wszystko w porządku.
Zapadła cisza. Pokiwałam lekko głową i starałam się opanować. Nie wiedziałam co powiedzieć.
- Kochanie idź umyj oczy, a ja porozmawiam chwilę z tatą.
- Dobrze  - zgadzam się po chwili wahania. Całuję trzymaną przeze mnie dłoń ojca i posłusznie wychodzę z sali. Znam to miejsce na pamięć, więc chwilę później stoję już przed lustrem w szpitalnej toalecie. Nie płacz. Musisz się uspokoić. Wycieram pospiesznie policzki, jednak łzy nie przestają płynąć. To znowu się dzieje. Siadam na zimnej podłodze, nie przejmując się tym, że prawdopodobnie jest strasznie brudna. Bezwiednie zaczynam się trząść. Spazmy histerii ledwo przychodzą jedna po drugiej niczym tsunami przywołując wspomnienia. Kuląc się szlocham. Boże, błagam by nic mu nie było! Nie zmieniając pozycji i cały czas płacząc jedyne co mogę robić to modlić się w myślach. Nie mam pojęcia ile czasu minęło, ale zdążyłam odmówić cały różaniec. Dopiero wtedy zdołałam się jako tako uspokoić. Wstaję uważając na bolącą kostkę, która po opadnięciu adrenaliny zaczęła nieprzyjemnie pulsować. Podchodzę do lustra i przemywam zapłakaną twarz. Zamykam oczy by pozbyć się czerwonych śladów na białkach. Gdy z na powrót otwieram oczy nie widać już ani śladu mojej wcześniejszej histerii. Jestem nieprzenikniona, jedyne co mnie zdradza to napuchnięte oczy. Wycieram jeszcze raz nos i wychodzę z łazienki z wysoko podniesioną głową. Tak, Raisa dasz radę, nie możesz ich bardziej martwić. Jeśli się rozpłaczę… będzie jeszcze gorzej… Tata nienawidzi moich łez, zawsze się wtedy denerwuje. Nie mogę pozwolić by jego stan się pogorszył.. On nie może się stresować. Staję przed drzwiami biorę kolejny głęboki wdech i już mam wejść, gdy słyszę swoje imię.
- … Raisa była u Artura.
- U tego play boya?!
- Nie unoś się, w końcu są przyjaciółmi.
- Jasne, nasza córka nie powinna się zadawać z tak złym towarzystwem. Skąd mam wiedzieć, czy i jej nie zbałamuci. Kto wie może już się to stało.
- Mikołaju! Przypominam ci, że mówisz o naszej córce! Jest pełnoletnia i będzie się spotykać z kim chce.
- Wiktorio, dobrze o tym pamiętam, dlatego nie chcę by zniszczyła sobie życie. Widziałaś co się z nią ostatni stało? To wszystko przez tego chłopaka i jego koleżków. Jej oceny są coraz gorsze, chodzi cały czas nie obecna myślami, a dzisiaj nie wróciła na noc. Jak ja dorwę tego fagasa to mu wybiję z głowy panienki. Przez to, że dzisiaj nie wróciła do domu nie mogłem spać w nocy. Miała wrócić zaraz po końcu, a nie nocować na miejscu. Powinna zadzwonić, że nie wróci! Au…
- Już spokojnie, porozmawiamy później teraz musisz odpocząć nie myśl o tym. Artur to porządny chłopak, który szanuje naszą córeczkę, nie skrzywdziłby jej.

Odczekałam chwilę zbierając myśli, a raczej nie pozwalając im ujrzeć światła dziennego. Nie teraz. Nie tutaj. Rozluźniłam mięśnie i weszłam do pokoju. Mama siedziała przy łóżku, widać było, że jest zdenerwowana. Za to tata jak zwykle uśmiechną się do mnie i wyciągnął ku mnie dłoń. Chwyciłam ją.
  • awatar Zakira Luna: No, no...biedna ta Raisa, impreza, potworny kac, kostka, Artur, a na deser tata w szpitalu- żyć nie umierać. Co do Artura, to jak czytam te ich słowne potyczki nasuwa mi się jedno powiedzenie: "kto się czubi, ten się lubi" :P Znalazłam kilka literówek- stworzyłaś nową jednostkę długości: ,,...po kilku merach" ;) Scena w szpitalnej łazience wyszła ci super- poker face rządzi. Jestem pod wrażeniem zachowania jej matki: córka nie wraca na noc, nocuje u ,,playboya" a ona mówi że Raisa przecież jest dorosła i może spotykać się z kim chce- co za podejście :P Z niecierpliwością oczekuję części 5 :*
  • awatar Seiti: I jak ja mam się odwdzięczyć tak samo długą rozprawką? To chyba zbyt dużo dla mnie na chwilę obecną, ale spróbuję. W Arturze musi coś być, jakieś inne dno. Niby oziębły, ale ruszył z ratunkiem jak książę. ;) Lubię chłopa. Współczuję dziewczynie, że obiekt jej westchnień tak ja traktuję, to najgorszy scenariusz dla zakochanego serduszka. W ogóle jej imię kojarzy mi się z Cyganami. XD Mikołaj khe khe, wiecie, że po an. Mikołaj to Nicolas, Nick? :D Postawa godna ojczulka, zdecydowanie. Matka... skąd ja to znam? XD Nie znoszą jak rodzice nie mówią prawdy, nie lubię tego z własnej autopsji, po latach człowiek dowiaduję się dopiero wielu rzeczy, które zmieniły by co nieco wcześniej, a teraz są bez znaczenia. Styl... walić literówki, czytało się świetnie, pochłaniają mnie Twoje słowa za każdym razem, gdy mam okazję je czytać. Pięknie! Teraz czekam na resztę opków.
  • awatar Echo to tylko odbicie dźwięku: Nadrobiłam wszystko ^-^ To opowiadanie bardzo przypadło mi do gustu. A Raise to już w ogóle pokochałam. Jest tak nieidealnie idealna. Jeżeli w ogóle można tak to określić. Podoba mi się styl narracji. Taki normalny, ludzi. Od samego początku współczułam jej kontaktów z Arturem. Niby przyjaciele, a zachowywał się jak ostatni cham. Jednak po tym rozdziale zbiłaś mnie z tropu i już nie wiem co mam myśleć na ich temat... A teraz jeszcze ojciec. Nie ma lekko, nie ma. Powoli zaczynam gadać od rzeczy, więc żeby się nie zbłaźnić powiem tylko, że będę czekać na kolejny rozdział. :3
Pokaż wszystkie (4) ›
 

livli5
 
Część 3
Do diabła, kto włączył to światło?! Machinalnie łapię kołdrę i zakopuję się pod nią,chroniąc oczy przed złowieszczymi promieniami. Głowa mi pęka, a  do tego ciężko mi oddychać. Wynurzam się na powrót z pod kołdry i łapię haust powietrza. Która godzina? Wyciągam dłoń w poszukiwaniu mojego telefonu i napotykam pustkę. Zirytowana otwieram oczy i zamieram. Ukradli mi szafkę. To odkrycie wstrząsa mną na tyle, by mnie wybudzić. Podnoszę się gwałtownie, jednak zaraz z powrotem opadam na poduszkę, żałując swoich czynów. Ból przeszywa mi czaszkę. Brawo Raisa. Oto skutki picia alkoholu. Rozglądam się po pokoju i oddycham z ulgą. Nie ukradli mi szafki, no chyba, że przemeblowali mi cały pokój po tej imprezie… impreza…
- Borze sosnowy! - Gdzie ja jestem? I co ja tu robię? A jak… o nie, nic nie pamiętam, a ostatnie co majaczy mi przed oczami, to rozmowa z Adamem w jego pokoju. Idiotka! Po co ja mu to mówiłam? Teraz pewnie ma mnie za psychicznie chorą pijaczkę, która jest niestabilna emocjonalnie.    
- Co za kompromitacja. – wzdycham i powoli wstaję z łóżka. Ból głowy promieniuje jakbym zamiatała głową ulicę, zresztą pewnie tak wyglądam. Prawdopodobnie nie ruszyłabym się z łóżka przez kolejne pięć godzin, ale pragnienie nie daje mi spokoju. Jeśli zaraz się czegoś nie napiję, z pewnością zwymiotuję. Kładę nogi na puszystym dywanie i przeklinając w myślach powoli wstaję. Nagle odzywa się ból w kostce. Patrzę w dół, przypominając sobie upadek z wczorajszego dnia i dostrzegam lekko fioletową, opuchniętą skórę.
- Cudownie. Brawo – mruczę pod nosem i ignorując ból, wychodzę z pokoju. Każdy krok jest wyzwaniem, ale to nic, najgorsze było przede mną. Schody. To mówi wszystko. Patrzę na nie jak na pomiot szatana i powoli schodzę na dół. Jak się spodziewałam, kuchnia nie była trudna do znalezienia. A przy niedużej wysepce siedział Artur z opartą na blacie głową. Czyli to u niego jestem. Dużo pozmieniali od mojej ostatniej wizyty. W końcu nic dziwnego minęło trzy lata, a chłopak wspominał, że robili remont. Kuśtykam do niego i siadam na wolnym stołku kładąc się tak samo jak on.
- Zrób mi kawy – szepczę, na co ona się wzdryga.
- Sama sobie zrób. – No nie wierzę, zero poczucia obowiązku do gości.
- To twój dom… mniejsza, to daj mi wody. – wzdycham zrezygnowana.
- To sobie weź. – Gdyby nie ból rozsadzający mi czaszkę, wydarłabym się na niego. Żałuje, że dżentelmeni wyginęli, przynajmniej miałabym kogoś, kto by mi podał pić.
-  Ok, gdzie jest?
- Na szafce za ekspresem.
Wstaję z stołka i kuśtykam po butelkę wody mineralnej.
- Nie ma.
- Jak to nie ma?
- No nie ma. – powtarzam, rozglądając się jeszcze raz. Słyszę jak prycha zirytowany i sam do mnie podchodzi. Rozgląda się, poczym wyciąga z szafki przezroczystą butelkę.
- Trzymaj – warczy, wracając na swoje miejsce.
- Dzięki – mruczę mechanicznie pod nosem. Byłam na niego zła, a raczej chciałam być, jednak mój skacowany umysł nie miał siły go nienawidzić. Odkręciłam butelkę i wypiłam całą jej zawartość na raz. Nie pytając o zgodę, wyciągnęłam sobie drugą. Mój wzrok samoistnie podążył ku urządzeniu, które skrywało w sobie aromatyczne ziarna mojego zbawienia. Kawę. Nie zastanawiając się, wcisnęłam przycisk i włączyłam ekspres. Zaraz tego pożałowałam. Głośne dźwięki wżynały się w mój mózg, jak miliony szpilek. Po pomieszczeniu rozniosły się jęki. Mój i Artura. Spiorunował mnie wzrokiem, jakbym co najmniej kopała leżącego… no prawie to zrobiłam. Gdy maszyna przestała upiornie wyć, nadeszła decyzja, która miała zmienić moje życie. Przeboleć, kolejne tortury maszyny i wydobyć moją ambrozje z tego pomiotu szatana, czy obyć się bez. Moje zdanie było mało ważne, jakoś to przeboleję, ale możliwości dopieczenia chłopakowi nie mogłam sobie odpuścić. Z skrytą satysfakcją nacisnęłam przycisk z rysunkiem dwóch filiżanek. Ekspres ruszył, a ja w tym czasie podstawiłam dwa kubki. Aromat pieścił mój węch, sprawiając nieopisaną przyjemność. No może gdyby nie piekielne dźwięki wydobywające się z maszyny. Ukradkiem patrzyłam na Artura, który zakopał się pod własnymi ramionami. Wyglądał jak skarcony pies. Bezcenny widok. Gdy urządzenie wreszcie umilkło, złapałam kubek i pociągnęłam łyk.  Od razu lepiej, powinni postawić nobla temu kto wymyślił ten cudowny wywar. Kurcze, gdybym wiedziała, kto nawet byłabym skłonna zapamiętać jego imię i nazwisko.  Złapałam drugą kawę i pokuśtykałam  z powrotem do wysepki. Artur wyciągnął dłoń w moim kierunku.
- Czego chcesz?
- Kawy. – wyjąkał przeciągle, z miną szczeniaka.
- To sobie zrób. – odpowiadam, zajmując miejsce koło niego i stawiając kubki jak najdalej. Gdyby wzrok mógł zabijać, z pewnością byłabym martwa. Pobudzający zapach dochodzi do naszych nozdrzy, zwiększając pragnienie. Demonstracyjnie podniosłam swój kubek i upiłam duży łyk, cały czas towarzyszył mi morderczy wzrok Artura. Cierp. Zdychaj z braku tego co ja posiadam. Zazdrość mi i płaszcz się przed moją boską osobą. A może dam ci łyka. Niestety mój piekielny plan spala na panewce, bo chłopak łapie szybko drugi kubek i wypija całość do dna. Zapewne mój wzrok w tej chwili przypomina spojrzenie psa, któremu zabrało się ulubioną zabawkę. Jak to?
- Hej! To moja kawa! Chciałam ją wypić!
- Masz już jedną. Starczy, jeszcze serce ci stanie.
- Martw się o siebie. A tak z innej beczki co ja tu robię? – jego oczy pochmurnieją, a twarz przybiera nieodgadniony wyraz. Czy coś się stało, gdy byłam pijana?  
- Nie pamiętasz?
- Nic a nic, ostatnie co jestem w stanie sobie przypomnieć to rozmowa z Adamem, nic więcej nie mogę sobie przypomnieć. Dzięki, że mnie stamtąd zabrałeś. Nie chciałabym obudzić się w jakimś kącie. – stwierdzam lekko się uśmiechając. Jego oczy przeszywają mnie na wylot, jakby starały się wyciągnąć ze mnie coś jeszcze. Widząc, że nie mam nic więcej do powiedzenia jęknął i wrócił do pozycji wyjściowej.
- Byłaś schlana do upadłego i martwiłem się, czy nie zaczniesz się rozbierać. To by wypaliło obecnym na imprezie oczy.
- Hej! Nie prawda! – zaśmiałam się trzepiąc go w potylice głowy. Niech ma za swoje.
_____________________________
Oto mój prezencik, dla was na dzień dziecka :D
Tylko fragment i to taki urwany, bo nie miałam za dużo czasu :C
  • awatar Seiti: Obawiam się, że po takiej ilości wody spędziłaby poranek przykuta do sedesu. Mała dygresja - na kacu czujesz się tak źle, że nie jesteś w stanie być złośliwym. Twoje ciało nie daje rady robić niczego oprócz leżenia w bólu. ;) "nieprawda". Czekam na dalszy rozwój zdarzeń. Fajne opko o normalnych ludziach.
  • awatar Kate - Writes: Rzeczywiście powinna siedzieć w łazience. Fajnie było jak myślała, że ukradli jej szafkę, albo "Nie ma", "Jak to nie ma?" Też czekam na rozwój wydarzeń. PS Seiti, upiłaś się kiedyś tak, że miałaś kaca? O_O Przestaję wierzyć w ludzi. Wpadnij do mnie Lisa, bo tęsknię. Masz u mnie na blogu specjalne pozdrowienia.
  • awatar książkoholiczka123: GENIALNE <3 chce jeszcze :*
Pokaż wszystkie (11) ›
 

livli5
 
Dotarcie na piechotę do domu Adama, zajęło mi w tych butach pół godziny. Adrenalina niosła mnie przed siebie, a ciało samoistnie zaczęło poruszać się z gracją i seksapilem. Pobudzona i mocno zdeterminowana weszłam na posesje, z której słychać było głośną muzykę. Zapukałam, łudząc się, że ktoś mi otworzy. Po chwili sama już miałam wejść, ale powstrzymałam się. Nie lubiłam wchodzić do pomieszczeń niezaproszona. Jednak o dziwo w drzwiach po chwili pojawił się Adam. Chłopak widząc mnie był nie mniej zaskoczony niż ja widząc jego. Nie to, żebym myślała, że nie będzie solenizanta na własnej imprezie, ale nie spodziewałam się, że w ciemnej, lekko rozpiętej koszuli i świeżo ostrzyżonych włosach wygląda tak przystojnie. Chyba częściej muszę zwracać uwagę na otoczenie. Uśmiecham się nie śmiało, na co brunet otrząsa się i wpuszcza mnie do środka. Wygląda na lekko zakłopotanego, ale bierze się w garść i prowadzi mnie do pokoju, gdzie już jest spora liczba osób.
- To jest Raisa – Adam przedstawia mnie, a następnie próbuje zapoznać mnie ze wszystkimi, jednak niestety imiona, które padły nie zachowały się w mojej pamięci. Profesor od historii byłaby zdegustowana. Walić ją.
- Adam mogę z tobą na chwilę porozmawiać? – pytam odrywając go od zaciętej rozmowy z jakąś niską blondynką. W różowych ciuchach… wspominałam, że nie cierpię różowego?
- Jasne, o co chodzi?
- Nie złożyłam ci życzeń. Wszystkiego najlepszego. A i jeszcze raz dzięki za pomoc przy szafce. – Podałam mu zapakowany prezent, który wziął z szerokim uśmiechem.
- Nie trzeba było, w końcu jeślibym ci nie pomógł, zdemolowałabyś ją doszczętnie.
- Też prawda. – Słowa chłopaka nie były złośliwe, a zabawne. Gdyby one wyszły z ust Artura, z pewnością sprawiłyby mi przykrość. Przypomniało mi się jak uderzyłam wściekła w drzwiczki, dziw, że same nie odpadły. Śmieliśmy się chwilę, gdy ktoś do nas podszedł i podał szklanki z alkoholem.
- Nie, dzięki. – odmawiam stanowczo, na co dostaje jedynie wzruszenie ramionami i krzywe spojrzenie.
- Nie pijesz?
- Jak widać, raczej wole zachować trzeźwość. – stwierdzam i podchodzę do stolika pełnego napojów. Nalewam sobie szklankę koli i idę usiąść, bo półgodzinny spacer daje o sobie znać. Muzyka bębni nieubłaganie wstrząsając wszystkimi moim organami. Z każdą minutą utworu w domu pojawiało się coraz więcej gości. Pary tańczyły, rozmawiały, śmiały się, a ja znów siedzę i sączę swoją kole. Po opróżnieniu kolejnej szklanki, ruszam by dolać sobie napoju. W końcu póki co to moja jedyna atrakcja. Po drodze spotykam Adama, który lekko pijany prosi mnie do tańca, jakoś nie szczególnie mogę odmówić, bo zaraz chwyta mnie za rękę i prowadzi w samo centrum tańczących par. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, jednak buty skutecznie utrudniały taniec. Muzyka się zmieniła i puszczono coś wolniejszego. Poczułam jego dłoń na swojej tali, która przyciągnęła mnie do siebie.
- Ślicznie wyglądasz w sukience, częstej powinnaś je nosić. – słyszę do ucha, a mnie w brew woli oblewają rumieńce. – Chodź ze mną na chwilę. – Złapał moją rękę i ruszył przed siebie. Nie sprzeciwiałam się. Wylądowaliśmy w ogrodzie, gdzie było względnie cicho i spokojnie. Cisza była miłą odmianą dla moich biednych uszu. Z przyjemnością wciągnęłam świeże nocne powietrze do płuc.
- Raisa, wiem, że nie patrzysz na mnie w ten sposób, ale zawsze cie lubiłem… czy… dałabyś mi szansę?
Moje oczy powiększyły się do rozmiarów pięciozłotówek. Nie spodziewałam się takiego wyznania. Szczególnie teraz. Zabrakło mi słów, nie wiedziałam co mam odpowiedzieć.
- Ja… czy mogę to przemyśleć? – zapytałam spuszczając zawstydzona wzrok. Naprawdę teraz miałam ochotę uciec. Nie mógł wybrać bardziej romantycznego momentu? I czy na prawdę musiał wyskoczyć z tym teraz?
- Dobrze, ale wiedz, że lepiej się tobą zajmę niż Artur.
- A… a skąd pomysł, że ja – zaczęłam szybko, jednak mi przerwał kładąc palec na ustach.
- To widać. Zawsze patrzysz tylko na niego, przeważnie nie odzywasz się do nikogo innego. Zrozum on cię wykorzystuje, sprawnie tobą manipuluje.
- Wiem… ale… - szepczę powstrzymując łzy. – Ale nie potrafię przestać go kochać. – Nie wiem czemu to dodałam. Patrzę smutno na chłopaka.
- Przemyśl to jeszcze.
- Dobrze. – Adam podchodzi do mnie łapiąc moją rękę całuje mnie w jej wierzch. Po ciele przechodzi mi dziwny dreszcz. Następnie chłopak wraca do domu, zostawiając mnie samą. Nigdy nie pomyślałabym, że mogłabym się komuś podobać. Stoję chwile na dworze, aż stwierdzam, że chyba czas wracać. Muszę jeszcze tylko zabrać torebkę z domu Adama i się ulotnie. Nie robię nawet pięciu kroków, gdy z domu wychodzi, a dokładniej wylatuje całująca się namiętnie para. Uchylam się w ostatniej chwili, by nie zostać przez nich staranowaną, i kogo widzę?  Artur, we własnej osobie i mała różowa blondynka. Niestety dziewczyna, była bardziej pijana niż by się wydawało na początku i zachwiała się nie bezpiecznie w moją stronę wpadając na mnie. Pod wpływem nagłego obciążenia, poleciałam do tyłu i upadłam boleśnie na tyłek.
- O, Raisa. Co ty tu robisz? Nie zapraszałem cię. – Szatyn wyglądał na zaskoczonego. Zniesmaczona zrzuciłam z siebie dziewczynę i próbuję wstać. Mocny ból w kostce o mały włos nie wywraca mnie po raz kolejny.
- Adam mnie zaprosił, końcu to jego impreza. – stwierdzam wściekła. Jednak on mnie zbywa jakbym nic nie powiedziała.
– O założyłaś szczudła. Widzisz mówiłem, że zrobisz sobie krzywdę. - Pomógł mi wstać, choć sam lekko się chwiał. Zlustrował mnie od dołu do góry i się skrzywił. – Obrzydliwe. Obrzydliwe, że to wygląda na tobie tak seksownie. Co przyszłaś poderwać jakiegoś faceta? A może masz zamiar się puszczać? Obrzydliwe. - Plask. Dłoń, aż mnie zapiekła, gdy wymierzyłam mu siarczysty policzek. Teraz totalnie przesadził. Na co ja liczyłam? Że opadnie mu szczęka i choć raz w życiu powie mi komplement? Moje niedoczekanie. Stanowczo miałam go już dość.  
- Nie masz prawa mnie pouczać! To ty się puszczasz! Nie porównuj mnie do swojego poziomu! – wrzasnęłam. Czułam jak oczy mnie pieką, nie minęła chwila, a po policzkach spływały mi łzy. Zapewne w tej chwili wyglądam okropnie. Wściekła, odwróciłam się na pięcie i weszłam do domu. Chwytam pierwszy lepszy trunek, wypiłam go duszkiem wzbudzając zainteresowanie tłumu. Alkohol palił mi gardło. Uporczywie staram się wymazać tego padalca ze swojej głowy. Wbrew rozsądkowi, zapijam łzy kolejnymi szklankami procentowych płynów i gdy wreszcie świat zaczyna lekko wirować, a troski idą na bok, dołączam się do tańczącego tłumu. Przez chwile jestem jego częścią, do czasu gdy dostrzegam siedzącego na kanapie Adama. Nagle odczuwam przemożną chęć pogadania z nim, więc idę chwiejnie w jego kierunku i siadam mu na kolanach. Jego zdziwiona mina sprawia mi przyjemność. Nachylam się kusząco zakładając nogę na nogę.
- Chce pogadać – szepczę mu zmysłowo do ucha. Czemu to robię? Nie wiem, ale jest cudowne.
Czuję, jak się cały spina ilustruje mnie nieodgadnionym spojrzeniem.
- Piłaś? Coś się stało? – pyta zatroskanym głosem, który wydaję się bardzo atrakcyjny. – Chodź ze mną. – próbuje mnie z siebie zdjąć, ale na przekór wtulam się w niego jeszcze bardziej, czując się niezwykle bezpieczna w jego ramionach.
- Miałeś racje… - wzdycham mu do ucha i czuje, jak wzdryga się pod dotykiem moich palców na swoim torsie. Widząc jego reakcje mam ochotę zobaczyć więcej. Dużo więcej. Wiec moje rozczarowanie było o wiele większe, gdy złapał moją dłoń i odciągnął mnie od siebie, nakazując mi wstać. Świat kręcił się chwilę jak na karuzeli, ale po parokrotnym zamruganiu moja dzika przejażdżka się skończyła. Chłopak złapał mnie w tali i pomógł mi iść. Największym wyzwaniem okazały się schody, które jak się okazało były niczym olbrzymi góra, nie do pokonania. Ból w kostce dawał o sobie znać z każdym krokiem, co mi się nie podobało.
- Jeszcze kawałek, dasz radę. – mruczał dopingująco Adam prowadząc mnie na sam szczyt. Był niczym Mojżesz, który przeprowadzał mnie przez morze. Kto wie, może i on ma jakieś magiczne zdolności? Z ostatnim stopniem tracę równowagę, a ja niebezpiecznie lecę do tyłu. Przed śmiercią ratuje mnie jedynie silna dłoń chłopaka. Mojżesz jak nic. Zamiast mu podziękować, przytulam się do niego i pozwalam się dalej prowadzić w głąb jego mieszkania. Po chwili… dość długiej, znajduję się w jakimś pokoju. Niebieskie ściany koloru nocnego nieba, nadają mu specyficzny wygląd.
- Usiądź. – proponuje pokazując mi łóżko, a ściślej zaprowadza mnie tam i siada obok mnie. Momentalnie opadam na miękkie posłanie i mruczę zadowolona zerkając na chłopaka.
 - Co się stało? – pyta, z nieodgadnioną mimiką twarzy.
- Zastanawiam się, czemu wcześniej nie zwracałam na ciebie uwagi, jesteś taki słodki i miły, nie tak jak ta świnia. – mówię swoje myśli na głos, czując nagłą potrzebę wyrzucenia tego z siebie. – Czemu to tak boli? Czemu? – szepczę, zakrywając oczy ręką. – Jestem dnem, życiową ofermą – stwierdzam z goryczą. – Musiałam nisko upaść, skoro zwierzam się z swoich miłosnych porażek, chłopakowi, który przed chwilą wyznał mi uczucia. – wzdycham i słyszę jak Adam kładzie się obok mnie. Zerkam na niego. Patrzy się mi prosto w oczy, wprowadzając mnie w zakłopotanie. Nie lubiłam, gdy ktoś się na mnie tak patrzył, zawsze miałam w tedy wrażenie, że jestem naga, bezbronna.
- Mów, wyrzuć to z siebie. – stwierdza smutno się do mnie uśmiechając. Widząc ten wyraz, ściska mi się serce i chcę coś zrobić, by to coś, co go dręczyło opuściło jego oczy. Już mi nie przeszkadza jego spojrzenie. Wiedziona jakimś wewnętrznym impulsem, przysuwam się i nieznacznie się nad nim nachylając całuje jego usta. Trochę niezdarnie to wychodzi i gdy nie odwzajemnia pocałunku, chcę się odsunąć, ale wtedy on się lekko podnosi i na powrót łączy nasze usta. Namiętny pocałunek powoduje, że przez całe moje ciało przechodzą dreszcze, a w podbrzuszu czuje motylki. Chcąc więcej zaczynam wodzić swoimi dłońmi po jego ciele. Delikatnie przeciągam palcami po koszuli odpinając paznokciem kolejne guziki. Nie zaprzestając pocałunku odpinam ostatni i kładę palce na gołej skórze chłopaka. Jego dłonie nie są dłużne i już po chwili czuję, jak delikatnie przyciąga moją talię do siebie. Z każdą sekundą pocałunek staję się bardziej zaborczy, dziki, namiętny. Całkowicie pozbawiona jakichkolwiek hamulców pragnę zapomnienia, jakie on mi oferował. Jego dłonie w moich włosach, łączyły nasze wargi. Obrócił mnie i teraz on nade mną górował. Piękny i z seksownym błyskiem w oku. Nasze przyspieszone oddechy mieszają się ze sobą. Śmiało patrzymy na siebie zamglonym wzrokiem. Za absorbowani sobą wracamy do naszego wcześniejszego zajęcia. Do mojego umysłu dociera dźwięk naciskanej klamki, a następnie ktoś odrywa ode mnie chłopaka. Zaskoczona rejestruje wymierzoną w jego twarz pięść. Świat zwalnia, zdezorientowany Adam pod wpływem ciosu leci do tyłu, a do mnie podchodzi Artur.
- Co ty odpierdalasz?! Mówiłem, że ona jest nietykalna! - Miotając spojrzeniem pioruny przerzuca mnie sobie przez ramię, jakbym nic nie ważyła. Jestem zbyt pijana, by jakoś na to zareagować. – Jeszcze pożałujesz swojej samowolki. – warknął do trzymającego się za policzek Adama i wyszedł razem ze mną z pokoju. Jakby nigdy nic wyniósł mnie z domu, wzbudzając nie mała sensacje u pijanych gości.
- Szuja – warczę przez zęby, gdy on niesie mnie prawdopodobnie do swojego domu, który był znacznie bliżej niż, mój.
- Kto pozwolił ci pić?!
- Ja! – odpowiadam niemal natychmiastowo – Jestem pełnoletnia. – W odpowiedzi dostaje zrezygnowane westchnienie. Czyżby już miał mnie dość? Artur prycha i zatrzymuje się. Słyszę odgłos przekręcania kluczyka. Nagle uświadamiam sobie, że przecież mam nogi, a on właśnie uderzył Adama. Co on sobie wyobraża! – Odstaw mnie! Sama mogę iść!
- Wątpię. – zastanawiając się chwilę stwierdzam, że jednak nie chcę by mnie odstawiał.
- No ok, może i nie. Ale dlaczego go uderzyłeś? – pytam, gdy ten wchodzi po schodach na górę.
- Jeszcze się pytasz? Gdyby nie ja, to przed chwilą by cię przeleciał  – warknął wściekły.
- A może ja chciałam być, jak to określiłeś „przeleciana” – stwierdzam bojowo, mimo, że tak nie było, to miałam satysfakcję, gdy zdenerwowały go moje słowa.
- Ach tak? - W jednej chwili zdjął mnie z swojego ramienia i rzucił na łóżko. Nachylił się nade mną z mrocznym spojrzeniem. Żołądek podjechał mi do gardła, a serce wywinęło fikołka. Jego niebieskie oczy miotały pioruny. Jednak pomimo tego, jego usta tak blisko mnie, uaktywniały motyle w moim brzuchu. Nie dużo myśląc, a tak ściślej rzecz biorąc wcale, pocałowałam go. Uwiesiłam się na jego szyi, na co on całkowicie skamieniał. Zaskoczony oderwał się ode mnie i spojrzał z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Patrzyłam jak wychodzi. W drzwiach spojrzał na mnie z rozczarowaniem. Nie wiem, dlaczego ale w mojej głowie niczym echo powtarzało się jedno słowo - dziwka.
_________________________
3 cześć prawdopodobnie pojawi się po 11 czerwca, co chyba, że w moim grafiku zajdą jakieś zmiany
  • awatar Seiti: Wiesz, Twoje opko jest jak kopanie leżącego. Pieczeniu w mojej piersi towarzyszy zachwyt i duma, że piszesz fenomenalnie i doskonalisz swój kunszt. Brawo. Adam, Artur... hmm, pozostawię swoje przemyślenia dla siebie. ;)
  • awatar Zakira Luna: Wow! Dzieje się- Adam, Artur- na serio musiała się spić? Mało ma problemów? .. ,, Czy mogę to przemyśleć? " - Urodzona romantyczna ;) Pezypomnialo mi się pewne przyslowie , które zwykła mawiać moja prababcia...nie, chyba jednak nie będę go tu przytacza :D Ten Artur jest jakiś dziwny, ciągle ja odpycha i obraża, a tu nagle staje się jej wybawcą...Wolę Adama :D
  • awatar Lisa Angels: Musiała ;) Wiesz w przypływie emocji się nie myśli
Pokaż wszystkie (8) ›
 

livli5
 
Dzisiaj przeżyłam jeden z najgorszych dni w mojej szkolnej karierze. Nigdy dotąd nie pisałam w jednym tygodniu tylu sprawdzianów, a co gorsza ponad połowy nie zaliczyłam… Na domiar złego dzisiaj pokłóciłam się z Arturem. To, że jest moim przyjacielem z dzieciństwa nie upoważnia go do pomiatania moją osobą. Jak teraz pomyślę, co ten drań robił mi przez te wszystkie lata, to aż mam ochotę wysadzić wszechświat w powietrze. Te wszystkie upokorzenia. Wywlekanie starych spraw i niewygodnych faktów z mojego życia, jedynie dla poklasku innych. Jednak dzisiaj stanowczo przeciągnął strunę. Nie miał prawa wyśmiewać się z mojego wzrostu i bezradności. Tak jestem ciapą, wysoką ciapą. Niestety nie wynaleźli lekarstwa na bycie życiową ofermą. Musi się z tym pogodzić. Jakoś nigdy mu nie przeszkadzała moja niezdarność. Jednak nie to mnie uderzyło najbardziej, to był jedynie wierzchołek góry lodowej. Otóż weszli na bardzo niewygodny dla mnie temat. Miłość… tak… jestem w tym zielona jak liście na wiosnę. A czemu? Bo skrycie kocham tego egoistycznego drania od dobrych siedmiu lat. Co gorsza, ostatnio zaczął spotykać się z różnymi dziewczynami, zmieniając je jak rękawiczki. Można powiedzieć, że jakoś to przebolałam, w końcu nie ma szans, by przestał we mnie widzieć chłopczycę, z którą się kolegował od przedszkola… Więc czemu znowu patrzę się na jego plecy i próbuje odgadnąć, co teraz myśli? Widocznie jestem większą idiotką niż przypuszczałam.
- Raisa, rozwiąż to zadanie – Podnoszę wzrok na grubą nauczycielkę o włosach w kolorze zachodu słońca. Szkoda, że to jedyny pozytywny akcent jej osoby. Po chwili wpatrywania się w jej pooraną zmarszczkami twarz, przenoszę wzrok na tablice, gdzie widnieje jakże cudowne zadanie z trygonometrii. Podnoszę się z ociąganiem, starając sobie przypomnieć coś z tej czarnej magii. Zresztą jeszcze nie dawno byłam uważana za osobę, która doskonale zna jej tajniki. Jak widać ta pozycja nie była zbyt trwała. Pierwszy krok, i czuje jak tracę równowagę. Uderzam boleśnie ręką o róg ławki, starając się nie wyczyścić swoją osobą ziemi. Syczę z bólu, który promieniuje na całą rękę i z wściekłością zerkam na zaplatany wokół nogi plecak, który jak na złość zapałał do mnie miłością, na moje nie szczęście bardzo zaborczą. Najwyraźniej mój ból wydaje się dla innych niezłą rozrywką, bo po klasie przechodzi fala stłumionego śmiechu. Przynajmniej oni się dobrze bawią. Zagryzam zęby, a gdy wreszcie uwalniam się z macek plecaka, podchodzę do zielonej tablicy, z białymi cyframi wypisanymi w skomplikowanych układach. Wzdycham biorąc do ręki kawałek kredy. Zadanie jak się okazało, było o wiele trudniejsze, niż zakładałam i rozwiązanie go zajęło mi ponad dziesięć minut.  Odgłos odkładanej przeze mnie kredy zagłuszony został skrzypieniem fotela, który był równie stary, co kobieta, która przed chwilą na nim siedziała. Jej twarz wyraża skrajne niezadowolenie. Jakby połknęła muchę albo coś.  
- Ile razy mam ci powtarzać, że tego nie robi się w ten sposób?
Najlepiej całe, życie, bo i tak zawsze będę robić to tak samo. Ile bym dała, by móc to powiedzieć, jednak dobre wychowanie nie pozwala, by myśli zamieniły się w słowa. Po prostu nie odzywam się. Czasem lepiej milczeć, niż popaść w niełaskę, szczególnie, gdy jest się na jej skraju. Nie mam zamiaru dolewać oliwy do ognia.
- W ogóle się nie uczysz. Z ostatniego sprawdzianu dostałaś niedostateczny, a do tego twoja postawa jest naganna. Nie uważasz na zajęciach. Jeśli nie zmienisz swojego zachowania i nie zaczniesz się uczyć, to z całą pewnością zobaczymy się w sierpniu.  – W tym momencie widać, że chce jeszcze coś powiedzieć, ale przerywa jej dzwonek. Spuszczam zaszklony wzrok i idę do ławki po swoje rzeczy. Czuje jak inni wbijają swoje pełne kpiny spojrzenie w moją osobę. Nie cierpię tego. Takie upokorzenie i to przy całej klasie. Zagryzam nerwowo wargę, pakując książki do plecaka i wychodzę, jako jedna z pierwszych. Mam zamiar się gdzieś zaszyć, by nikt mnie znalazł. Wtedy dopiero będę mogła dać upust emocjom, jednak najwyraźniej los jest dla mnie szczodry i nie da mi trwonić czasu. Już po chwili wokół mnie pojawia się Artur ze swoją świtą. I… tak, jak zawsze zaczyna swój teatrzyk.
- A cóż to się stało z naszą cudowną matematyczką? Czarnoksięstwo nie jest już twoim konikiem? – Gdyby nie fakt, że brzydzę się przemocą, to rozkwasiłabym mu tą uśmiechniętą buźkę. Sama jego obecność działała mi na nerwy, co dopiero jego gadka.
- Daruj sobie, nie mam nastroju – warknęłam, trochę ostrzej niż zamierzałam i przyspieszyłam kroku.
- Znajdź sobie chłopaka, to i nastrój ci się znajdzie. – Zatrzymałam się i wściekła zgromiłam go wzrokiem.  – A sorki zapomniałem, przecież nikt nie będzie chciał dziewczyny amazonki i jednocześnie ofermy.
Jego słowa, przelały miarę goryczy. Poczułam jak serce boleśnie zaciska się, uwalniając wszystkie tłumione emocje. Zagryzam język do krwi, by się nie rozpłakać.  
- Trudno – wyszeptałam smutno i ruszyłam do szatni. Wiem, że tylko żartował, jednak jego słowa mocno mnie zraniły. Wiem, że nie jestem pięknością i nie mam charakteru, który by porywał tłumy, ale usłyszenie tego od osoby, w której się podkochuje od paru lat, jest bardzo… bolesne. Idę prawie na oślep nie zwracając uwagi na otoczenie. Po prostu chce, jak najszybciej opuścić szkołę. Schodzę do szatni po schodach i szukając jednocześnie w plecaku kluczyka, podchodzę do szafki. Gdy moje palce napotykają zimną stal, wyciągam kluczyk i wkładam go do zamka, jednak, gdy próbuje go przekręcić, ten nawet nie drgnie. Siłuje się jeszcze chwilę z urządzeniem, gdy do moich uszu dociera specyficzny dźwięk łamania metalu, a moja ręka traci oparcie. Z zaskoczeniem wpatruje się w złamany kluczyk. Świat sobie chyba ze mnie żartuje. Wściekła uderzam w niebieskie drzwiczki szafki, a z moich ust wydobywają się słowa, o których znajomości sama się nie podejrzewałam. Czuje jak moje oczy robią się mokre. To chore, czemu znów ryczę? To tylko nic nie ważny kluczyk…
- Coś się stało? – Speszona prędko wycieram oczy i starając się ukryć zapłakane oczy, lokalizuje właściciela głosu. Adam stał z zatroskaną miną patrząc się na mnie jak na jakiegoś zbitego psa. Dzięki, jak tak dalej pójdzie to awansuje z ofermy na bezdomne zwierzątko. Czując, że moje oczy są już w całkiem dobrym stanie, podnoszę na niego wzrok i uśmiecham się krzywo.
- Złamał mi się kluczyk – wzdycham i opieram się o ścianę, po której zjeżdżam w dół, by wreszcie usiąść i ze zrezygnowaniem wzruszyć ramionami. – Wszystkie nieszczęścia świata się na mnie zaprzysięgły. – Mamrocze, odchylając głowę do tyłu. Jakim zaskoczeniem było, gdy chłopak wyciągnął ku mnie dłoń. Był jednym z kolegów Artura, jednak, jako jedyny nigdy nie wyśmiewał się ze mnie.
- Daj, coś wykombinujemy. – stwierdził uśmiechając się pokrzepiająco. Podałam mu resztę kluczyka i z nie małym zainteresowaniem patrzyłam, jak mocuje się z zamkiem. Nie mam pojęcia jak to zrobił, ale po dziesięciu minutach, szafka stała otworem.
- Łał, wielkie dzięki. Jesteś niesamowity. - No serio, pierwszy raz widziałam coś takiego. Kto normalny potrafi otworzyć szafkę z złamanym kluczykiem w środku? – Gdzie się tego nauczyłeś? Tylko nie mów, że prowadzisz nielegalną firmę włamywaczy – żartuję, wyciągając kurtkę, z wnętrza mojej własnej przestrzeni, jaką łaskawie podarowała nam szkoła. Zakładam czarny płaszcz i z szerokim uśmiechem podchodzę do chłopaka. – Jeszcze raz dzięki, kiedyś się odwdzięczę.
- To może wpadniesz do mnie na imprezę urodzinową tę sobotę? Miałem cię wcześniej zaprosić, ale Artur zawsze zabierał mi możliwe okazje.
Dobrze, że w pomieszczeniu nie ma lustra, bo w życiu nie chciałabym widzieć wyrazu swojej twarzy w tym momencie. Zapewne wyglądam tak jakbym zobaczyła latającą świnie. Na moje policzki robią się czerwone, a ja zakłopotana wyginam swoje długie palce. Co robić? Niby nic nie robię w ten weekend, jednak nie przepadam za tego typu wydarzeniami. Ale z drugiej strony… Adam naprawił mi szafkę. Nie często byłam zapraszana przez kogoś innego niż przez Artura.
-  Chyba mogę… - zaczynam, a jego wyraz twarzy momentalnie zmienia się z wyczekującego, w rozradowany.
- To świetnie, przyjdź do mnie o osiemnastej. Muszę lecieć, bo zaraz mi ucieknie autobus. Cześć. – Chłopak ulotnił się tak szybko jak się pojawił, zostawiając mnie samą z sobą. Co to było? Adam wydawał się być trąbą powietrzną, która wkradła się w moje myśli i wymiotła wszystkie problemy, pozostawiając jeden zasadniczy. Co ja na siebie założę na tą imprezę.
Wróciłam do mojej nieszczęsnej szafki i zapakowałam jej zawartość do plecaka. Zepsucie zamka zgłoszę dopiero jutro, bo prawdopodobnie woźna już skończyła pracę, a na wizytę u dyrekcji, nie mam ochoty. Po zapięciu ledwo trzymającego się w szwach plecaka, wychodzę ze szkoły i… jakby inaczej wita mnie wiosenny deszcz, który z każdą chwilą zbliża się do osiągnięcia miana ulewy. Wzdycham i mocnej opatulam się płaszczem. Raz kozie śmierć. Ruszam na spotkanie z zimnymi kroplami, które z wielką radością bombardują moją osobę. Zabawa w sprintera nie pomaga i już po pięciu minutach, nie mam już po co biec. Jestem cała mokra.
- Cudownie. – Resztki dobrego nastroju odlatują w niepamięć i wraca dobra, stara ja. Moja mina przypomina wyraz mokrego kota. Nieprzystosowane do deszczu buty, nieprzyjemnie świszczą, a w ich wnętrzu mogłabym hodować rybki. Brązowe włosy lepią się do mojej twarzy, jakbym, co najmniej wyszła z basenu. Odliczam kroki pozostałe mi do osiągnięcia mojego celu. Nieduży dom o białych ścianach, który po kolejnych pięciu minutach wyrasta przed moimi oczami, zwiastuje, że za chwilę będę mogła cieszyć się gorącą kąpielą. Wchodzę na posesje, oczekując powitalnego szczekania, jednak nic się nie dzieje. Nawet pies siedzi w ciepłym, suchym domu. Prycham niezadowolona i otwieram drewniane drzwi. Wchodzę do pomieszczenia i przeglądam się w lustrze, które wisi centralnie obok wejścia. Pięknie. Mokre ciuchy lepią się do mojego pulchnego ciała, a długie kręcone włosy, pod ciężarem wody całkowicie się wyprostowały, nadając mi wygląd wiedźmy. Nawet nie chce myśleć o tym, ile mi zajmie suszenie moich niesfornych kłaków. Nie mija więcej niż dziesięć minut, od mojego przyjścia, do chwili, gdy zanurzam się w ciepłej wodzie. Tego mi było trzeba. Relaksu. Kąpieli. Nie wiem czemu, jednak zawsze w takich chwilach zapominam o całej niesprawiedliwości świata i całkowicie się odprężam.
- Raisa! Raisa wyłaź! – upierdliwy głos wżyna się w moją czaszkę, budząc mnie z drzemki. Nawet nie wiem, kiedy usnęłam, jednak musiało to być dość dawno, bo woda zdążyła całkowicie ostygnąć. Wzdrygam się zdając sobie z tego sprawę i szybko wychodzę z wanny. Dopiero po wytarciu się i założeniu ciepłych ubrań, doprowadzam ciało do odpowiedniej temperatury. Jednak nadal nie przestaję się trząść.
 - Raisa!
- Już wychodzę! – odkrzykuję, zawiązując włosy w ręcznik. Przeglądam się jeszcze raz w lustrze i niezadowoleniem zerkam na przekrwione oczy. Zielone tęczówki wpatrują się we mnie nieodgadnionym spojrzeniem. Zabawne. Bardzo zabawne. Odrywam wzrok od swojego obicia i wychodzę z łazienki, gdzie czeka zdenerwowana mama.
- Nie strasz mnie tak więcej, odzywaj się, gdy cię wołam. – Grozi palcem i sama wchodzi do łazienki.
- Przepraszam – mamroczę, ze skruchą do jej znikających za drzwiami pleców. Nadal trzęsąc się z zimna idę po schodach do swojego pokoju, gdzie chwilę później znikam pod ciepłą kołdrą pogrążona w głębokim śnie.  
       Rano obudziłam się wyjątkowo punktualnie i po wykonaniu codziennych czynności, nad którymi już przestałam się nawet zastanawiać poszłam do szkoły. Dzisiaj jest piątek. A to oznacza, że pierwsza jest historia. Mam nadzieje, że mnie nie zapyta z poprzedniego sprawdzianu. Nie to żebym nie umiała, jednak nie mam pamięci do dat i nazwisk. Po prostu nie jestem wstanie ich zapamiętać. Z sercem na ramieniu przekraczam próg szkoły, po drodze zachodzę do woźnej i pokazuję jej zepsuty zamek. Nie myślałam, że to będzie tak poniżające. Cały czas stałam odpowiadając, na wciąż powtarzające się pytania „Jak to zrobiłam?”. Sama chciałam znać odpowiedz na to pytanie. Po wykładzie, na temat większej ostrożności i szanowania mienia szkoły, poszłam na historię. Rozglądałam się za Anią, jednak jak widać nadal jest chora i nie prędko się pojawi na zajęciach. Trochę jej zazdroszczę. Przynajmniej nie musi się stresować o pytanie na lekcjach. Siadam pod ścianą i wyciągam z plecaka zeszyt pełen skomplikowanych nazwisk i dat. Nie rozumiem po co uczyć się nazwisk osób, które już nie żyją. Przecież nie będę miała nigdy z nimi do czynienia, ale najwyżej edukacja przewiduje cofanie się w czasie, więc, chcąc nie chcąc muszę się ich uczyć. Jak ich spotkam to wygarnę im te wszystkie godziny, jakie przez nich straciłam. Podnoszę wzrok i dostrzegam, zbliżającą się w moim kierunku niską kobietę przypominającą skrzata. Oto nasza profesor od historii. Po otworzeniu drzwi do klasy, wszyscy z minami męczenników wchodzą do klasy. Mijając Adama rozmawiającego z Arturem posyłam mu przyjazny uśmiech, który odwzajemnia. Muszę mu jeszcze raz podziękować za naprawę szafki. Tylko co by chciał na urodziny? Nie pomyślałam o tym. Po szkle będę musiała czegoś poszukać. Zajmuję swoje miejsce i nie łudzę się, że ktoś koło mnie usiądzie. Ania jest chora, a to z nią przeważnie siedzę. Otwieram plecak i z czarnej dziury swojego plecaka wyciągam potrzebne książki i przybory. W myślach błagam, by dzisiaj nie pytała. Jednak zawsze po czytaniu listy przychodzi ten czas, gdy nauczyciele mają okazję wyżyć się na uczniach.
- Ktoś jest dzisiaj chętny do odpowiedzi? – Nauczycielka nawet nie rozgląda się po klasie i od razu zagląda do dziennika – W takim razie dzisiaj numer trzynasty. Raisa, zapraszam. -  Dosłownie słyszę jak moja dusza odchodzi od ciała. Krzywię się i biorąc swoje krzesło podchodzę do nauczycielki.
- Jak nazywali się przywódcy Armii Krajowej? – pyta od nie chcenia, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie. Grzebie w mojej pamięci, jednak natrafiam tam na kompletną pustkę.
- Nie pamiętam – mruczę nie wyraźnie.
- No cóż, w takim razie podaj nazwisko głównego generała Armii „Warszawa” – Czy ona nie może pytać o coś innego niż nazwiska?! Powtarzam swoją odpowiedź, całkowicie już zdenerwowana swoim niepowodzeniem. To niestety był dopiero początek, pytania sypały się jedno po drugim i dotyczyły nazwisk ponoć sławnych i zasłużonych osób. Niech się modlą, by nie wysłali mnie w przeszłość, bo ja już się postaram, by nie mieli okazji zabłysnąć.
- Moja droga, to już powinnaś umieć. Ostatnie pytanie. Co to był proces szesnastu.
Nie no, serio? I to niby miało mi pomóc ponieść ocenę? Po moim milczeniu nauczycielka wzdycha rozczarowana i kręci głową.
- Siadaj, jedynka. Który numer?
- Trzynasty – odpowiadam przełykając wewnętrzne łzy. Co z tego, że uczyłam się do tego trzy godziny. Oto moja zapłata. Wracam do ławki z jeszcze gorszym poczuciem nienawiści do świata niż wczoraj. Nienawidzę tego wszystkiego. Mam ochotę zapaść się pod ziemie i nigdy więcej nie pokazywać się innym na oczy. Jeszcze bardziej mnie rozdrażnia najzwyklejszy powrót do lekcji, przez nauczycielkę. Mam tego dość, chcę rozwalić to wszystko i najzwyczajniej w świecie wyjść, pozostawiając ich za sobą. Jednak nie mogę. Jeśli to zrobię, moja mama będzie zawiedziona. Nie mogę jej tego zrobić. Więc siedzę nerwowo ściskając długopis. O dziwo się do końca lekcji nie złamał. Wraz z dzwonkiem wychodzę z klasy, jeszcze pięć godzin i już będę wolna. Przez pierwsze dwie lekcje staram się nie wchodzić nikomu w drogę i nawet mi się to w miarę udaje. Jednak na czwartej mieliśmy zastępstwo i jak zwykle Artur podszedł się przysiąść, a z nim Adam, Darek i John. Czemu to robili? Muszę ich kiedyś zapytać. W każdym razie lubili siadać w moim towarzystwie i wyjadać moje chrupki, które zwykle mam na drugie śniadanie. Do tego spisywali ode mnie pracę domową. To już stało się swojego rodzaju tradycją. Co ja z tego miałam? Sama się zastanawiam. Nigdy nie pozwolili by ktoś mnie zaczepiał, oczywiście siebie nie licząc. A do tego od czasu do czasu zapraszali mnie na rożne wyjścia, na które zwykłam nie przychodzić, jednak robiłam czasami wyjątki od tej reguły i nie było źle. Wróć. Źle się wyraziłam. To Artur zawsze mnie zapraszał, a cała reszta niemo przystawała na moją obecność. Ta. Byłam dla nich piątym członkiem ich paczki. Jednak niestety chyba zaliczyli mnie do tej męskiej części populacji. Słucham jak Darek żali się na Jolę, która całkowicie go ignoruje. Bo przecież najładniejsza dziewczyna w szkole powinna skakać koło niego… mężczyźni są naprawdę tępi. A gdy chodzi o kobiety, nagle sobie przypominają, że przecież też jestem dziewczyną i może coś tam wiem o części swojej, całkowicie dla nich niepojętej, populacji. No właśnie…
- Raisa, a co ty o tym myślisz?  
- Dziewczyny nie lubią, gdy się ktoś im narzuca. Zrób na niej dobre wrażenie, ale ignoruj ją. Myślisz, że wyróżniasz się z tego tłumu śliniącego się na jej widok? Albo pogadaj z nią jak kolega, a nie napalony ogier i zaintryguj jej czymś.  – Wbite we mnie wyczekujące spojrzenia zaczynają mnie irytować. – No co? Jak nie chcesz odpowiedzi to nie pytaj!
- Kto by pomyślał, że lubisz być ignorowana. – Artur zaśmiał się, a moje policzki automatycznie przybrały kolor buraków.
 - Może sam się wypowiesz? Casanovo? – odgryzam się patrząc na niego z politowaniem. Tylko wykwity na moich policzkach zdradzają moje zażenowanie.
Artur uśmiechnął się i podszedł do mnie tak, że dzieliły nas tylko centymetry. Żołądek podszedł mi do gardła, a ja automatycznie wbiłam się w krzesło. Wstrzymałam oddech, w oczekiwaniu na jego ruch. Jego piwne oczy przeszywają mnie na wylot.
-Ja nie potrzebuje słów. – Wyszeptał mi do ucha i odsunął się parskając śmiechem. – Ale masz minę. Nie bój się możesz być spokojna, nie mam zamiaru ostrzyć na ciebie swoich kłów. To by było jak kazirodztwo. A zresztą gustuje w dziewczynach niższych ode mnie, a nie amazonkach. Nie noś butów na wysokim obcasie, bo nie zmieścisz się w drzwiach.
Wszystkie wyższe uczucia, poplątane myśli i nadzieje, rozwiały się, a zastąpił je ból w klatce piersiowej. Przywdziałam na usta sztuczny uśmiech.
- A kto by ciebie chciał. – stwierdziłam z goryczą w głosie. – Jestem twojego wzrostu, aż tak bardzo nie możesz tego ścierpieć?
- Ja się o ciebie martwię. – zaczął teatralnym głosem, jakbym zraniła go w samo serce. – Przecież taka niezdara jak ty, zabiłaby się w nich po pierwszym kroku. – zagryzłam wargę i wściekła łypnęłam na niego wzrokiem.
- Tak myślisz?! Jeszcze się zawiedziesz! – wrzasnęłam i wyszłam z klasy do łazienki. Zanim przekroczyłam próg drzwi, usłyszałam tylko "Ta… jasne."
 Słowa Artura chodziły mi cały dzień po głowie. Zaraz po szkole poszłam do sklepu i kupiłam najwyższe pasujące na mnie buty. Następnie dobrałam do nich dość atrakcyjną sukienkę z czarnej koronki bez ramiączek, która miała rozkloszowany dół. Nie żałowałam pieniędzy by tylko zrównać tego debila z błotem. Podczas zakupów, szukałam między innymi prezentu dla Adama, jednak nie miałam zielonego pojęcia co może chcieć. Ostatecznie zdecydowałam się na książkę, w końcu z tego co mówił, lubił czytać. Chodzenie po sklepach, a w szczególności wizyta w księgarni zrobiła mi dużą przyjemność. Niestety mój portfel był innego zdania i z każdą kupioną rzeczą pustoszał. Po powrocie do domu, czułam się jak podczas gwiazdki. Rozpakowałam torby, pudełka i jak to miałam w zwyczaju zaczęłam wszystko mierzyć. Robiąc parę chwiejnych kroków w tych piętnasto- centymetrowych szpilkach, miałam wrażenie jakbym była całkiem inną osobą. Serce przyśpieszyło swoje bicie, a ja? Ja czułam się jak bogini mogąca wszystko. Okazało się, że chodzenie w tych butach nie jest tak trudne jak słyszałam, a ich specjalny krój, który trzymał stopy w butach, nadawały duży komfort chodzenia. Spojrzałam na siebie w lustrze. To nie byłam ja… Ale mi to nie przeszkadzało. Mogłabym zastać taka na zawsze.
Zdjęcie butów wiązało się z powrotem do rzeczywistości. Po porządnej kąpieli, wyobrażając sobie minę Artura, położyłam się spać.

Następnego dnia ogarnęły mnie wątpliwości. Nie powinnam dać się tak zmanipulować. Co ja tam będę robić? A jak mnie wyśmieją, nazwą amazonką na szczudłach? Nie chce kolejnej kompromitacji. I czy ta sukienka nie jest zbyt elegancka jak na imprezę? A jak się wywalę przed wszystkimi?  Może nie powinnam iść. Jednak mój wzrok samoistnie kieruje się ku książce. Adam mnie zaprosił... więc pójdę. W końcu to On mnie zaprosił, a nie Artur. Uśmiecham się do siebie. I zaczynam się szykować. Cały dzień starałam się o tym nie myśleć, ale teraz czas było zrobić makijaż… z trzęsącymi się dłońmi miałam zamiar zrobić odważny make-up, ale skończyło się na lekkim, prawie nie widocznym makijażu. Po założeniu sukienki i butów, wypełniłam swoją torebkę niezbędnymi akcesoriami. Gotowa stałam przed lustrem podziwiając efekty. Niesamowite uczucie z wczoraj wróciło z dwojoną siłą. Czułam się kobieco, chyba po raz pierwszy w życiu i… było mi z tym wyśmienicie. Przyciągałam spojrzenia ludzi których mijałam. Jednak, to nie były takie jak te, gdy idzie się do tablicy, czy odpowiedzi. Nie, to spojrzenia, pełne zachwytu i zazdrości.  

____________________________________
Druga część powinna się pojawić nie długo(o ile wyrobię się ją napisać do końca weekendu, bo jeśli nie, to pojawi się dopiero po moich egzaminach 11 czerwca). Czekam na szczere opinie.
Buty i sukienka Raisy:
a4823254c27ee602bbc1cfc4320012013215511.jpg

czarna-koronkowa-sukienkaco-o-niej-.jpg
  • awatar izkku: czekam + świetne inspiracje ♥ zapraszam do siebie :)
  • awatar Zakira Luna: Jej...to było takie... smutne. Strasznie szkoda mi Raisy, wspaniale opisałaś jej emocje, moment ze złamaniem kluczyka- gwóźdź do trumny... - takie bylo moje pierwsze skojarzenie po tym jej całym, naprawde beznadziejnym dniu.Miły ten Adam, za to Artur to kompletny idiota- facet chyba ma jakiś kompleks czy coś ;) Co do historii i bezsensowności uczenia się nazwisk- witaj w moim świecie, bardzo trafnie udało ci się to wszystko zobrazować. Sukienkę i buty wybrała cudne :P Błędów jako takich nie znalazłam, może tylko kilka powtórzeń w ostatnim akapicie i ten moment :,, ...po szkle..." chyba nie to chciałaś napisać, wiem że to dwa wyrazy wyrwane z kontekstu, ale w tej chwili nie jestem w stanie znowu ich odnaleźć ;) Jestem bardzo ciekawa, co też wydarzy się na tej imprezie...Generalnie zasmucił mnie ten tekst, zrobiło mi się naprawdę szkoda tej dziewczyny... Z niecierpliwoscia czekam NS więcej! ;) Pozdrawiam
  • awatar Kate - Writes: Widzę coś nowego. Wspaniale uchwycone emocje, wszystko jest takie cudne, literówek nie znalazłam, a w dodatku długie. Śliczna sukienka, sama bym chciała taką mieć. Zacznę się zakochiwać w Adamie, rzucam Memphisto, te jest lepszy. Czekam na więcej, więcej i więcej... mam nadzieję, że się doczekam.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

sayorinekomori
 
Gdy byłam dzieckiem czułam się bardzo samotna. Nie miałam żadnych koleżanek, chłopcy nie ciągnęli mnie za warkocze, rodzice ciągle się kłócili, byłam  jedynaczką. Nikt ze mną nie rozmawiał, a i ja nie paliłam się do tego. Wszystko widziałam w czarnych barwach. Takie też były moje rysunki. Wszelkie odcienie czerni i szarości wypełniały prostokątne kartki. Gdy inne dzieci bawiły się coraz to nowszymi i lepszymi zabawkami skacząc po całym pokoju zabaw w przedszkolu, ja siedziałam pod ścianą ściskając mojego ukochanego brązowego misia z czerwoną wstążeczką uwiązaną u jego szyi. Nie miał oka, ale podobało mi się to w nim.
Pewnego dnia moja wychowawczyni ukucnęła przede mną i opiekuńczo pogłaskała mnie po głowie.
- Powinnaś spróbować się z kimś zaprzyjaźnić. Jedna osoba może całkowicie odmienić twoje życie – uśmiechnęła się czule i poszła uspokoić bijących się chłopców.
Kilka dni myślałam nad jej słowami, jednak ciągle dochodziłam do wniosku, że nie lubię dzieci z mojego otoczenia. Wydawały mi się samolubne, głośne, nadpobudliwe. Płaczem próbowały zapewnić sobie najlepsze rzeczy, aby móc się nimi później chwalić lub być po prostu nie być tymi gorszymi. Nienawidziłam tego.

Pewnego deszczowego popołudnia siedząc pod ścianą w przedszkolu znowu obserwowałam bawiące się dzieciaki i myślałam, jakby to było, gdybym spróbowała do nich dołączyć.
Ścisnęłam mocniej misia, gdy poczułam chłodny powiew. Zacisnęłam powieki i wyobraziłam sobie, jak ktoś mnie przytula. Pierwsza myśl? Dziewczynka w moim wieku. Trochę wyższa ode mnie, o długich brązowych włosach. Odwróciłam głowę i ujrzałam ją. Uśmiechała się do mnie szeroko przez co przymrużyła swoje zielone oczy. Jej drobne ramiona dawały mi ciepło.
- Jak ci na imię? – zapytałam szeptem. Mimo wszystko wiedziałam, że ona nie istnieje. Wymyśliłam ją.
- Pati – odpowiedziała przyjaźnie pierwszym imieniem o jakim pomyślałam. Odwzajemniłam jej uśmiech. Cieszyłam się, że ktoś wreszcie ze mną jest i dotrzymuje mi towarzystwa, rozmawia ze mną, pomaga mi, po prostu trwa. Nawet jeśli Pati była tylko wytworem mojej wyobraźni… Była moją przyjaciółką.

Raz kazano nam opowiedzieć o swoich przyjaciołach. Kiedy nadeszła moja kolej dumnie się wyprostowałam, a zielonooka chwyciła mnie za rękę dodając mi otuchy.
- Moja najlepsza przyjaciółka ma na imię Pati – zaczęłam. – Jest trochę wyższa ode mnie. Ma duże zielone oczy, długie brązowe włosy. Są proste, ale kręcą się u dołu. Śmiesznie to wygląda – wszyscy zachichotali wraz ze mną. – Zawsze jest przy mnie. Nie opuszcza mnie nawet na krok.
- Ale w naszej klasie nie ma żadnej Pati – sapnął jakiś pulchny blondynek, którego imienia nawet nie znałam.
- Wiem – odparłam wzruszając ramionami.
- To jak to jest, że cię nie opuszcza?
- Bo tylko ja ją widzę – rzekłam z delikatnym uśmiechem, a chwilę potem wszyscy zaczęli się śmiać. Wychowawczyni próbowała ich uspokoić i co jakiś czas rzucała mi współczujące spojrzenie. Jednak do dziś nie wiem, czy ten wzrok jednak nie miał drugiego znaczenia.
Pati położyła dłoń na moim policzku i ucałowała drugi.
- Nie przejmuj się nimi. Oni po prostu nas nie rozumieją – przytaknęłam pociągając nosem. Wtedy jeszcze nie myślałam, że kiedykolwiek się rozstaniemy.

Mijały lata. Dojrzałam, a Pati nadal przy mnie trwała. Tym razem była niższa ode mnie, skróciła włosy i nosiła męskie bluzy. Uważała, że są cieplejsze.
Dużo się zmieniło. Nie byłam już samotna. Miała mnóstwo przyjaciół, byłam popularna, zaczęłam dogadywać się z rodzicami i czekam na narodziny mojego braciszka.
Ciągle nie było mnie w domu, wracałam późno. Nie miałam czasu na rozmowy z Pati. Zabroniłam jej chodzenia za mną. Dezorientowała mnie, a nie chciałam, aby inni dowiedzieli się, że mam wymyśloną przyjaciółkę. Będąc dzieckiem nie za bardzo rozumiałam, jak wielki jest to wstyd.

Znalazłam chłopaka. Spędzałam z nim praktycznie każdą wolną chwilę, a Pati chowała się w cień. Nie myślałam o niej, nie rozglądałam się, czy przypadkiem nie chowa się za jakimś rogiem. Jakby jej nie było. Byłam szczęśliwa bez niej. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Po jakimś czasie chłopak ze mną zerwał. Kochałam go. Zrozpaczona wpadłam, jak burza do pokoju.
- Pati! – zawołałam łkając desperacko pragnąc jej objęć. – Pati?! – łzy płynęły po moich policzkach, a ona nie odpowiadała ani się nie ukazywała. Zamrugałam kilkukrotnie czując, że coś jest nie tak. Nie potrafiłam przypomnieć sobie jej twarzy. Jakiego koloru miała oczy? Jak długie były jej włosy? Nosiła sukienki czy spodnie? Nic. Pusta.
- Pati! – wrzasnęłam padając na kolana. Schowałam twarz w dłoniach i płakałam. Samotność i ogromna pustka. Już kiedyś to czułam. Jednak teraz nie potrafiłam nic na to poradzić.
Wylewając łzy błagałam, aby wróciła. Aby była przy mnie, przytuliła mnie. Zrozumiałam także, że stałam się, jak te nieznośne dzieciaki z przedszkola, które płaczem załatwiały sobie wszelkie dogodności. Byłam taka sama.
Przez całą noc budziłam się zalana potem zaraz po obudzeniu się. W kółko zasypiałam i zrywałam się na równe nogi. Jedynym obrazem w moim śnie była Pati zwisająca nad podłogą, a na jej szyi był zaciśnięty gruby sznur.

11235437_1591691701107548_1797762501438580242_n.jpg


Tak na szybko. Nie wstawiałam tu nic od 6. dni, więc pomyślałam, że wam to tym oto one-shotem wynagrodzę ^3^
Mi osobiście się podoba, nie powiem... mogłoby być nieco lepsze, ale nie narzekam :)
Mama ciągle mi gdera, że powinnam to wydać... Taki zbiór opowiadań ^^ A kto wie... Mój tata uruchomi te swoje "znajomości" i może coś z tego jednak będzie :D Może nawet Princess się wyda (hahahahahahahahahahaha xd)

A jak już nawiązałam do Princess... Nawet nie zaczęłam rozdziału 8 :(
Ogólnie to nad tym rozdziałem muszę pomyśleć.

Nooo... to ja już nie zanudzam... miłej nocy wam życzę, robaczki ^3^

P.S. RATUNKU!! MAM W PONIEDZIAŁEK SPRAWDZIAN Z ROSYJSKIEGO Z 12 DZIAŁÓW!! 12!!!!
  • awatar gość: powiem Ci, że zawsze ogarnia mnie dziwny strach, ból, wręcz przerażenie - gdy odchodzę od komputera... czy taką moją wymyśloną przyjaciółką jest komputer? ;) - a może to już ciężkie uzależnienie...? ;)
  • awatar Violetta: Czy główna bohaterka ma Twój charakter? Bo wtedy miałybyśmy wiele wspólnego ;D
  • awatar SallyLou: Wow świetne :) Uwielbiam takie one-shoty, a ta Pati wzruszyła mnie. Szkoda mi jej nawet jeśli była tylko wymyśloną przyjaciółką.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

livli5
 


Miłość. Abstrakcyjne pojęcie pełne sprzeczności. Czym ona jest? Siłą? Uczuciem? Myślą? Nie znam odpowiedzi, jednak wiem, że to, co nas łączy jest czymś niezwykłym. Ponad przeciętnym. Znamy się od zawsze. Nawet nie pamiętam naszego pierwszego spotkania. Twoja obecność wydaje się teraz czymś naturalnym. Nie wyobrażam sobie świata bez ciebie. Któregoś dnia zadurzenie spłynęło na moje serce niczym górski strumień, delikatnie gładząc chropowate kamienie mej duszy. W ostateczności pozostawiając gładką ścieżkę, którą popłynie nieprzerwana rzeka. Tylko od nas zależy, czy jej nurt nie zniszczy wiążącej nas relacji. Przez pierwsze miesiące czułam się niesamowicie szczęśliwa. Każde nasze spotkanie było spełnieniem moich marzeń. Pokazałeś mi słodki smak szczęścia. Tylko ty potrafiłeś odegnać trawiące mnie smutki. Wystarczył jeden twój dotyk, bym zapomniała o tym wszystkim, co niszczyło mnie od środka. Zatracona w tobie, przenosiłam się do całkiem innego świata. Nie zdawałam sobie sprawy, że z każdym dniem coraz bardziej przywiązywałam się do ciebie. Stałeś się moim uzależnieniem. Potrzebowałam coraz więcej miłości. Boleśnie świadoma twojej obecności, pozwoliłam porwać się wirowi przyjemności. Dzień po dniu, moje własne uczucie niszczyło mnie od środka. Każde nasze spotkanie doprowadzało mnie do obłędu. Tak, stałeś się dla mnie destrukcyjny. Nie mogłam odwrócić wzroku. Chciałam ciebie, a zarazem wiedziałam, że nie mogę. Czy to możliwe, że kocham cię i nienawidzę? Jesteś moją pychą i zazdrością. Wierzę, że z tobą mogę dokonać niemożliwego. Jednak tylko razem. Bez ciebie nie zdołam zrobić niczego. Kocham cię chciwie. Jesteś tylko mój i to się nie zmieni. Wzbiera się we mnie gniew, gdy widzę cię z innymi. Zanieczyszczasz mój umysł swoim istnieniem, każdego dnia marzę o naszym spotkaniu. Przez co nie robię nic innego jak czekam. Jesteś moimi siedmioma grzechami. Już dawno pozbawiłeś mnie umiaru. Zachłannie zatrzymuję cię tylko dla siebie, gdy cię nie ma, jestem nie spokojna, a diabły w moim umyśle wychodzą na powierzchnię. Jak to się stało, że nie mogę przestać? Nie ważne ile razy próbuję jest tak samo. Kusisz mnie niczym szatan, a ja nie jestem w stanie stawiać oporu. Wytrzymuje godzinę, czasem nawet dzień. Moja wola jest zbyt słaba. Co z tego, że wiem o twoim niszczycielskim uroku? Znów stoję nad tobą, z wygłodniałym spojrzeniem i już wiem.  Przegrałam. Po raz kolejny powiodłeś mnie na pokuszenie. Dotykam cię delikatnie, odkładając wątpliwości na krańce umysłu. Dźwięk łamania roznosi się po pomieszczeniu. Jeszcze chwilę biję się z myślami, by następnie włożyć ciebie do ust. Słodko, gorzki smak czekolady rozchodzi się po moim podniebieniu, sprawiając mi niesamowitą przyjemność i odganiając resztki sumienia. Kocham cię i nienawidzę. I nie ważne ile razy będę przeklinać cię w swojej duszy, na końcu i tak polegnę. Bo jesteś moim słodkim grzechem, moim ukochanym kawałkiem czekolady.

__________________________________
Wybaczcie mi jeśli są jakieś niedociągnięcia, bo to pierwszy raz gdy piesze coś takiego. Ci co znają resztę moich opowiadań wiedzą, że nie grzeszę romantycznością tego typu, a szczególnie wyznaniami w prost. Liczę na szczere opinię, coś zmienić, poprawić? Jakieś błędy logiczne, interpunkcyjne? Mam ostatnio takie zatwardzenie mózgu, że sama już nic nie wiedzę.
  • awatar Kate - Writes: Nie ma żadnych niedociągnięć, co ty. Wygranej życzę.
  • awatar SallyLou: Jedyne niedociągnięcie jakie tu widzę to długość. Chciałabym czytać to dalej. Genialny pomysł z tymi grzechami, uwielbiam to :D
  • awatar Seiti: "gdy cie* nie ma" - nie powinno być Cię* (skoro mówimy o ukochanym...) "o twoich niszczycielskich właściwościach" - jakoś, mnie osobiście, słowo "właściwości" nie pasuje mi w opisie miłości, nie wiem jak mam to wyrazić, bardziej by mi pasowało "o twoim niszczycielskim uroku" czy jakoś tak. Dobrze się spisałaś, obyś wygrała. :D
Pokaż wszystkie (9) ›
 

sayorinekomori
 
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok. Żadna pozycja nie była odpowiednia. Byłam zmęczona, ale nie mogłam zasnąć. Mija jedna godzina… dwie… pięć… Nagle nic. Zasnęłam.
   Otulona ciemnością brnęłam do przodu. A może do tyłu? Nie wiem. Krzyczałam, ale nikt nie odpowiadał. Płakałam, ale nikt nie otarł moich łez. Byłam sama, a jedyną towarzyszką była ciemność.
   Cisza, przerywana tylko biciem mojego serca. Nie czułam go, jakby biło gdzieś obok. Znów krzyknęłam. Nawet echo mi nie odpowiedziało. Jego też nie ma?
   Coś usłyszałam. Melodia. Spokojna, melancholijna melodia, która mnie wzywała. Szłam na nią. Była moim drogowskazem. Otumaniona dźwiękami wyciągnęłam ręce, aby ją pochwycić. Złapałam tylko ciemność.
   W oddali coś było. Jasny obwód prostokąta. Drzwi? Tak, to były drzwi. Przyśpieszyłam, ale one jakby się oddalały. Wróciłam do poprzedniego powolnego kroku. Już nie uciekały. Szłam dalej, szłam do drzwi, do pięknej melodii. Chciałam się wydostać, ale nie mogłam. Coś mnie trzymało. Ciemność? Melodia?
   Dotarłam do nich. Nie było klamki. Popchnęłam je. Otworzyły się ze skrzypnięciem. Kolejna ciemność i biały fotel na środku niczego. Za nim mały stoliczek i projektor. Melodia była tu głośniejsza. Kierowana dziwną mocą usiadłam w fotelu i patrzyłam przed siebie wsłuchując się w dźwięki, które mnie otaczały. Coś do mnie szeptało? Coś się śmiało? Ciemność ściskała mnie coraz mocniej matczynym uściskiem.
   Strumień światła. Projektor się włączył. Tuż przede mną pojawił się obraz. Jasny. Oślepiał mnie. Chciałam się obudzić. Nie chciałam tu być. Wiedziałam, że coś się stanie. Coś złego. Ale to zło nie chciało mnie puścić.
   Jasny ekran zaczął blednąć. Powoli biel szarzała. Czerń. Czerń w ciemności. Ujrzałam jakiś ruch. Ciemna postać, ale widziałam ją. Kiwała się, a długie włosy razem z tą postacią. Dziewczynka? Tak, to była dziewczynka. Zbliżała się. Chciałam wstać i uciec, ale nie mogłam. Moje ciało było ciężkie. Jak z ołowiu. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam otworzyć ust. Jakby były zszyte. Chciałam się obudzić, ale nie potrafiłam. Ten sen mnie trzymał. Byłam jego więźniem.
   Dziewczynka miała opuszczoną głowę. Długa grzywka zakrywała jej pół twarzy. Uśmiechnęła się. Jej uśmiech był coraz szerszy. Psychopatyczny. Chciałam uciec. Nie mogłam. Uśmiech zniknął. Uniosła głowę. Miała zamknięte oczy. Otworzyła jedno oko. Czerwień. Krwista czerwień. Błysk czegoś ostrego. Nóż? Nie pamiętałam nic poza oślepiającym czerwonym blaskiem. Nie obudziłam się już. Nie obudzę. Na wieki zostałam więźniem snu.
10401958_910280382325628_5265888042446986638_n.jpg
  • awatar Dath: Czudo! Czudo! I jeszcze raz CZUDO! Skarbie pisz mi częściej takie rzeczy xd Jak zawsze supi i wgl ale tym razem wiesz moje klimaty xd Booooskieeeee!! Takie horror serio można się wczuć, jak zawsze xd <3
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Mrok, strach awww ♥ Gdybym coś takiego napisała pewniebym już nie zasnęła, a znając swoją głowę, cos czuję że odtworzy twoje opowiadanie :D
  • awatar Lisa Angels: Znalazłam błąd! " Na wieku zostałam więźniem snu." I to w takim znaniu, nieładnie. (kręci z dezaprobatą głową jak lady Tamara) XD mnie jakoś szczególnie nie porwał, ale może dlatego, że mam już odrobinę spaczone pojęcie strachu. Jednak sam sen świetnie opisany :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

sayorinekomori
 
Znalazłam swoją pracę domową z gimnazjum i postanowiłam się nią z wami podzielić ^^ Podoba mi się i mam nadzieję, że wam też ;)
Jak sam tytuł wskazuje ma to nawiązanie do "Pamiętnika z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego. Pracą domową było wcielić się rolę cywila i opisać swoje przeżycia na podstawie fragmentu z książki. Wtedy nie byłam jakoś wszelako uzdolniona w kwestii pisania (nie to, że teraz jestem ;p) ale nie będę nic zmieniać :)

-----------------------

Coraz więcej bombardowań. Nic, słychać tylko huki, trzaski, wybuchy. Już nawet swoich myśli nie słyszę. Dni się niemiłosiernie wydłużają, a końca tego piekła nie widać. Cisza. Wybuch. Trzask. Mur lub inna ściana zrównana z ziemią. Modlę się. Błagam.Ale czy Bóg mnie wysłucha?
Schron pod ziemią jest teraz naszym domem. Nikt tu nikogo nie ocenia, nie obraża. Jesteśmy równi. Jak rodzina. Choć nie połączeni więzami krwi. Jest tu ciemno. Gdzieniegdzie zapalone lampy naftowe odganiają ciemność. Trzask! Pył z sufitu sypie się na nasze głowy. Już słychać kolejne wycie. Leci. Cisza.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... - słyszę jak liczą. Często to robią. - Sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwa-naś-cie, trzy-naś-cie...
Niewypał.
Od dawna... Gdzieś od 12 sierpnia noce nie są już normalnymi nocami. Zamiast spać i odpoczywać przed następnym dniem, musimy czuwać. Dziś też. Dzieci śpią. Budzą się. Znów zasypiają. Ja siedzę na jednej z prycz obok cioci Zosi. Nic nie mówię. WS głowie huczą mi pociski, a na zewnątrz to samo. Już nie wiem, co jest rzeczywiste.
Ranek - kolejny upalny dzień. Dym i samoloty zakrywają niebo. Coś się pali. To już nie jest ta sama Warszawa. Co chwilę coś się zawalało obok nas. To bliżej, to dalej. Pył z sufitu wciąż się sypie na głowy. Ktoś kaszle. Ktoś kicha. Inny klnie pod nosem. Do naszego schronu co rusz schodzili się nowi. Już należą do naszej rodziny. Jest coraz ciaśniej. Głośniej. Huk! Trzask! Cegły padają. I tak cały czas. Kolejni zbombardowani zawitali.
- Dzień dobry... Czy można... - zaczęli.
- Tak. Oczywiście. Tu jest miejsce. Skąd jesteście? - pytają, a nowo przybyli odpowiadają.
Wszyscy zawzięcie rozmawiali. Wszyscy. Nawet ja. Bomb nadal przybywało. Coś się waliło. Coś tylko uszkadzało. Sypało się na głowy. Samoloty, wycie, cisza, odliczanie, niewypał lub trzask. I tak cały czas. Wybuch! Nowi zasypani i ci ocalali, którzy wchodzili do nas.
Huki narastały. Nie tylko to były czeskie bomby. Niemieckie też. Kulki. Koło nas. Niedaleko. To było w nas? Czy to koniec? Zrobiło się gorąco. Słońce biło w oczy. Musimy uciekać.
Nie wiem ile szliśmy. Weszliśmy w najgorszy obszar. Każdy może zostać tu postrzelony. Nie wiadomo kiedy, przez kogo i czy przeżyje, co jest wątpliwe. Ziu! Ziu! Kulki lecą, ale nie w nas. Obok. Leciały kulki, pociski, wszystko. Trzask! Grzmot! Bicie serca. Nierówny oddech. Strach. Z tyłu było słychać wołanie.
- Miron! Widzisz, co się dzieje! Mirek! Zostaw to!
Nie odwracam się. Idę dalej.
- Już! Już idę!
Uspokaja mnie myśl, że dogonią nas.
Idziemy. Szybko. Jeszcze szybciej. Wpadamy w ruiny. Nie mogę określić, co to jest. Kościół? A może fabryka? Wszystko jest tak zmasakrowane, że nie da się odróżnić. Łubudu! Cegły lecą. Kupa gruzu. Wapnia. Tynku. Wszystkiego. Strzały. Kolejne. Czy ktoś dostał? Tak. Ja. Padam. Słyszę przeraźliwe krzyki zmieszane z trzaskami, wybuchami, strzałami. Zostawiają mnie. Ostatnie bicie serca. Ostatnie oddechy. Ostatnie słyszane pociski. Ostatni raz spoglądam na ruiny Warszawy. Potem cisza. Ciemność. Nic.

2.jpg
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: Śliczne opowiadanie. Jakbym czytała pamiętnik jakiejś dorosłej kobiety z tamtych czasów. Myslałam o pisaniu opowiadań?
  • awatar Lisa Angels: Przeczytałam wszystkie i jestem pod wrażeniem, masz bardzo przyjemny styl pisania i ciekawe mroczne pomysły te wszystkie tragiczne historiie(sceny samobójstwa na wiele sposobów) wstrząsnąwszy mną dogłębnie. Szczególnie chłopak z autobusu, pokazuje ile można stracić przez bezczynność i odwlekanie czegoś. OD dziś jestem stałym bywalcem tutaj i nawet jeśli będziesz chciała się mnie pozbyć to już za późno zadomowiłam się :D
  • awatar Sayori Nekomori: @Lisa Angels: Hahahahahah każdy jest tu mile widziany ;) mam nadzieję, że ckliwe romansidła też cię jakoś zainteresują, bo te jakoś szybciej mi do głowy przychodzą ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

sayorinekomori
 
Po raz kolejny spóźniłam się na autobus. Na samym początku po prostu odjeżdżał i zostawiał mnie za sobą, stojącą z luźno spuszczonymi rękoma po bokach. Czułam się niewidzialna, jakbym była tylko duchem, który żarliwie próbuje sobie wmówić, że jednak posiada ciało, które wszyscy widzą. Jednak żyłam, miałam ciało, ale ludzie traktowali mnie, jak powietrze. Nie patrzyli na mnie, nie rozmawiali ze mną, nic. „Co jest ze mną nie tak?” Często pytałam samą siebie, ale do dziś nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ciągle jestem niewidzialna, ale jest ktoś, kto mnie zobaczył. Od tamtej pory zawsze zatrzymywał dla mnie autobus. Nie wymieniliśmy ze sobą żadnego zdania, nasze spojrzenia się nie skrzyżowały, ale zawsze zatrzymuje dla mnie autobus.
Nie ważne, jakbym się śpieszyła, zawsze spóźniam się na autobus. Biegnę na przystanek, ale widzę, że już odjeżdża. Krzyczę i macham, ale kierowca jakby mnie nie widział. Nagle się zatrzymuje i otwiera drzwi dla mnie. Wsiadam i przepraszam. Widzę tego chłopaka. Ma blond włosy i niebiesko-szare oczy, w które mogłabym patrzeć godzinami. To miłość od pierwszego wejrzenia. Nie rozmawiałam z nim nigdy, ale wiem, że go kocham. Siedzę dwa siedzenia za nim i przyglądam się tyłowi jego głowy i słucham jego głosu, jego śmiechu. Zawsze siedzi ze swoim przyjacielem. Rozmawiają o błahych rzeczach, które nawet na moich ustach wywołują uśmiech. Gdy jego przyjaciel jest cichy, ten tylko patrzy w okno. Patrzę na niego i słucham jego głosu i myślę, że jest piękny.
Mimo że to czerwiec i koniec roku ciągle jeżdżę do szkoły tym samym autobusem i ciągle się spóźniam. Jednak on zawsze go dla mnie zatrzymuje. Chciałabym kiedyś podziękować, temu pięknego chłopcu, ale boję się. Boję się, że jeśli to zrobi pomyśli, że jest ze mną coś nie tak i nagle stanę się dla niego niewidzialna i już nigdy nie zatrzyma dla mnie autobusu. To jest nasz mały rytuał. Nie mogę pozwolić, aby to się skończyło. Jednakże od pewnego czasu coś jest nie tak. Uśmiecha się, ale ten uśmiech jest inny. Pusty, wymuszony, nieszczery. A jego oczy? Te błękitno-szare jeziorka teraz, jakby puste, zimne, bez tych iskierek, które porównać można do promieni słońca odbijających się w tafli wody. Jego przyjaciel stara się go jakoś rozweselić. Mimo to, nadal tylko pusto się uśmiecha. Na dworze jest ciepło, a on nosi bluzę z długim rękawem. Co jakiś czas naciąga rękawy jeszcze bardziej, jakby próbował coś ukryć. Stało się coś złego, a ja nie mam na tyle odwagi, aby podejść do niego i mu pomóc. Boję się, że stanę się dla niego niewidzialna, więc siedząc dwa siedzenia za nim myślę, że jest piękny.
To był właśnie chłopak, który codziennie o siódmej rano zatrzymywał dla mnie autobus. Chłopak, którego znaleźli rodzice, zaraz po tym, jak się zastrzelił. Obwiniam się, za to, że to zrobił. Codziennie zastanawiam się, jakby się to potoczyło, gdybym podeszła do niego i spróbowała pomóc. Jednak moje gdybanie go nie wskrzesi. To koniec. Codziennie myślę o tym pięknym chłopcu i o jego pięknych oczach. Chciałabym cofnąć czas. Moja pierwsza miłość popełniła samobójstwo. Tego nie da się już naprawić.
Idę chodnikiem aleją kolorowych drzew. Złote, czerwone i pomarańczowe liście tańczą wokół mnie na wietrze. Nie są już tak piękne, jak kiedyś. Dokładnie rok temu po raz pierwszy zatrzymał dla mnie autobus, a teraz? Ronię kolejną łzę, bo już nigdy go nie zobaczę, nigdy nie usłyszę jego głosu, jego śmiechu i nie spojrzę w jego oczy. To koniec.
Tym razem nie spóźniłam się na autobus. Weszłam do pojazdu, a kierowca spojrzał na mnie ze współczuciem. Posłał mi delikatny uśmiech pocieszenia i po raz pierwszy uznałam, że ten staruszek z siwym wąsem nie jest taki nieprzyjemny. Zauważył mnie. Chciałam usiąść na swoim stałym miejscu, dwa siedzenia za jego. Teraz będę przyglądać się pustce. Nagle czyjaś dłoń chwyciła mnie za nadgarstek.
- Usiądź tutaj – powiedział przyjaciel mojego ukochanego. Jego oczy były czerwone i podpuchnięte, ale jego uśmiech był szczery, skierowany do mnie. Bez słowa usiadłam na miejscu tego pięknego chłopaka. Było mi wstyd. Nie miałam prawa tam siedzieć, skoro nawet nie odważyłam się powiedzieć mu tego głupiego „dziękuję”.
- To dla ciebie – powiedział i wyciągnął ku mnie białą kopertę z moim imieniem. – Zostawił trzy listy. Dla rodziców, dla mnie i dla ciebie – jego warga zadrżała, a kiedy odebrałam od niego papier szybko odwrócił twarz w stronę okna, abym nie zauważyła, jak płacze. Jednak zauważyłam.
Drżącymi dłońmi otworzyłam kopertę i wyjęłam kartkę. To były tylko dwa zadania, ale trafiły w najczulsze miejsce. Jego pismo przyozdobiły moje łzy, które spływały po mojej twarzy. On odszedł. Już nie wróci. Ale nadal będę rozmyślała, jak bardzo był piękny.

„Przepraszam, że nie powiedziałem Ci  tego wcześniej, ale uważam, że jesteś piękna. Kocham Cię”
FB_IMG_1425395458565.jpg
  • awatar Za jakie grzechy,dobry Boże!?: zarąbiste. Pozwól, że będę się od cb uczyć. Od małego marzę o pisaniu książek. Nawet w wieku pięciu lat pisałam pierwsze głupoty. Jednak mam problemy z ocenianiem swoich prac. Mogłabyś zerknąc na moje opowiadanie?
  • awatar turkusowaa: rany... to było piękne ❤ nie wiem co powiedzieć .. cudowne
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

neriel99
 
Dziś Walentego i bla bla bla - każdy wie, jak oklepane są te wszystkie regułki związane ze świętami; mówić o nich nie będziemy.
Wszędzie niemal widać gdzieś serduszka. To niemal prześladowanie ludzi na siłę. Przynajmniej ja mam takie wrażenie. T^T

A, no tak. Dla mnie to dziwne, bo ich nie obchodzę. Aha! To dlatego! xD Za tydzień powinnam zjeść coś czarnego, tylko nie wiem co... Wiecie, chodzi o to, że osoby, które, mniej więcej, nie obchodzą Walentynek, tydzień po nim świętują i jedzą jakąś zupkę czy coś tam, coś tam. Oczywiście to wszystko dzieje się w Japonii, ale dokładnych informacji nie wiem.

No ale mieliśmy nie mówić o Walentynkach...

Okej. Muszę pomówić. xDD
Zaraz. Przypomniał mi się zombie z jednego filmu, hahaha xD

Internet tak mi cholernie nawala, że ja pierdolę kurwa mać!!
E, a no tak. Jak mam słabe łączę, staję się prawdziwą, przeklinającą ja. xD

Dobra, uszy wam powiędną. A naprawdę mogą przy mojej wiązance, jak się rozkręcę. T^T

Wczoraj akurat zetknęłam się na starego bloga z opowiadaniami Shizaya. ;3 ;3 ;3
I akurat był tam one-shot związany z Walentynkami. Był idealnie wyważony. ;3 Postacie świetnie przedstawione, a te przeżycia są po prostu w dychę! ;D

shizaya-opowiadania-yaoi.blogspot.com

Wszystko znajdziecie w spisu treści. ;**


Cholera, głowa mnie zaczęła boleć. To przez nią wstawiam ten chory wpis. I słabe łącze. Hahaha, weźcie mnie do psychiatryka, wariuję. T^T
To przez łącze...

Ale się powtarzam.

Dobra, nie pogarszam sprawy, kończę ten wpis.

x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3x3

No co? Walentynki przecie! xD Potop prześladujących serduszek i różyczek musi być!
 

alys27
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

alys27
 

Wpis tylko dla użytkowników pinger.pl

 

 

Kategorie blogów