Wpisy oznaczone tagiem "praga nocą" (4)  

belle
 
Belle: Mieszkam w tak osławionej dzielnicy, że utarło się powiedzenie "Jestem z Pragi". I tak wczoraj wracałam, ze spotkania późną nocą, próbowałam przesiąść się między nocnymi i prawie się udało. Prawie, bo jakiś n******y matoł zaczął się rzucać do kierowcy autobusu, co to on nie jest, jak już "rok mieszka na Targówku" i mu pokaże. Oczywiście popatrzyłam jak drugi nocny odjeżdża w siną dal, beze mnie na pokładzie, a mój stoi jak stał na przystanku. Kiedy matoł w końcu usiadł, zaczął się pruć co to on nie jest, i w tym punkcie cierpliwość mi się skończyła. Byłam o krok, żeby nie poprzestać na słownym opierdolu, oddać na chwilę starszej pani torebkę i sprać go na kwaśne jabłko. A tak się składa, że bić potrafię nadzwyczaj dobrze.Przytomny okazał się kolega matoła, który kazał mu się zamknąć i długo mnie przepraszał za stracony autobus. Trzy przystanki i tak trzeba było przejść, omijając element pikietowo-parkowy. Czuję jednak, że nadejdzie kiedyś taki dzień, że "chamstwa nie zniese" i wkomponuję komuś nos trochę głębiej w paszcze. Wysyłajcie mi proszę wtedy paczki żywnościowe.
  • awatar Ath: O to to! Czasem zaczyna się od zwykłego "wypierdalaj!" :D
Pokaż wszystkie (1) ›
 

belle
 
Belle: Sobotni wieczór, prawie niedzielna noc. Jestem po spotkaniu, które nie odbyłoby się gdybym w porę nie zamknęła buzi i które nie rokowało że będzie tak jak było. Byłam bliska katastrofy i rzucenia wszystkiego w diabły. Ubrałam się, olałam malowanie, pojechałam i przegadaliśmy pięć godzin.

Ale wracamy do wieczoru. Siedzę jak na węglach, ciągle mi źle i denerwuję się wszystkim co możliwe. Rozkładam w głowie spotkanie na części, analizuję słowa, gesty i szczegóły. Mam już kilka fatalnych scenariuszy i nerwowo zerkam na telefon. Nie dzwonię. Wchodzenie w kolejne roztrząsanie w ten sposób jest bezsensowne, moje paranoje również. Postanawiam znaleźć sobie jakieś zajęcie które skutecznie odwróci uwagę. W brzuchu burczy, zatem pada na obiad. Jest już dobrze po dziesiątej kiedy mięso ląduje w misce z marynatą. Wieszam pranie, ogarniam pokój. Mija półgodziny, mięcho do garnka i pichci się samo. Miałam nie palić już dzisiaj po tych kilku czerwonych Marlboro ale nie wytrzymuję. Stres robi swoje. Łapię pierwsze z brzegu spodnie, bluzę, torebkę i wychodzę. Nie jest jakoś oszałamiająco ciepło ale plac pełen jest entuzjastów spędzania sobotnich nocy na świeżym powietrzu. Większość towarzystwa biega w dresach i różowych miniówkach ale to taka dzielnica. Przez witryny sklepu z piwem widzę rozmiłowaną w solarium panienkę. Tleniony blond i ostry makijaż. Tutaj nie ma zaskoczenia. Wchodzę na plac i słyszę poszczególne ekipy z ławeczek pochowanych w krzakach. Mija mnie jakiś koleś i szeroko otwiera oczy. Wzruszam ramionami i idę dalej. Spacerująca samotnie o tej porze dziewczyna odbiegająca stylem od autochtonów jest swojego rodzaju sensacją.

Jestem już na środku pętli autobusowej gdy słyszę ten charakterystyczny dźwięk tłuczonego szkła. Raz - w głowie zapala się ostrzeżenie. Dwa - nie mogę zlokalizować źródła rzucania. Trzy - raczej nie wylatują z okien budynku naprzeciwko. Cztery - zapada cisza. Przechodzę przez pasy i na jezdni leżą szczątki butelek po Lechu. Dookoła stoją samochody, żaden nie ucierpiał. Z ławki w krzakach słychać wiązanki.

Praga - dzielnica latających butelek.

Nie no, wcale się nie zastanawiam czy nie mają kolejny i czy może nie wpadnie im do głowy rzucanie do ruchomego celu. Mijam przystanek i czuję się już bezpieczna.

Na placu jest kilka oddziałów banków. Każdy zaopatrzony w bankomat. Na ogół jest tak, że do przedsionka w którym jest bankomat można wejść o każdej porze. Tutaj trzeba mieć kartę magnetyczną. W końcu znajduję jakiś bankomat samotnie wystający ze ściany i wyglądający na sprawny. Właściwie nigdy nie widziałam, żeby ktokolwiek z niego korzystał. Z duszą na ramieniu dobieram się do topniejących środków na koncie i z dwudziestoma złotymi w łapce wkraczam do sklepu nocnego.

Standardowo o tej porze jest kolejka. Przed sklepem debatują jaką taksówkę zamówić. W środku alkohol schodzi jak ciepłe bułeczki, na półkach stoją ostatnie paczki fajek z dzisiejszego zaopatrzenia. Odczekuję swoje.

- Marlboro light'y i czekoladę z orzechami, proszę.

Obie babki zastygają na chwilę i patrzą na mnie ze zdziwieniem. Dostaję do ręki swoje artykuły "pierwszej potrzeby", moja chandra wydaje się być zaspokojona. Wychodząc ze sklepu słyszę urywek konwersacji.

“Czekolada i fajki?", "No ona tak zawsze...", "Ale czekolada..?”



Uśmiecham się do siebie i odpalam pierwszego z nowej paczki.

W domu mięsko dochodzi powoli do siebie, trafia tam jeszcze marchewka i por. Duffy śpiewa mi z głośników:

“But I will never be your stepping stone...”



Czuję się tak jakby na chwilę krew zamarzła w żyłach..

“Take it all...”



Właśnie - wszystko albo nic. Ty, ja, my. Twoje, moje, nasze życie.

“...or leave me alone.”



I teraz zdaję sobie sprawę z tego, że mimo wątpliwości, tego scenariusza nie chcę.
  • awatar Ath: Piękna notka :), może dałoby się z tego zrobić jakieś "Szkice praskie"?
  • awatar Belle: Wczoraj zastanawiałam się jak zmierzyć się z tym tematem w jakimś większym zestawieniu :) ale chyba za leniwa jestem ;D
  • awatar Ath: @Belle: to nie musi być od razu powieść XD. Pod hasłem "szkice" rozumiem zbiór krótkich obrazków-tekstów, tak 1 opowiadanie na stronę + może jakieś zdjęcie twego autorstwa?
Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

Kategorie blogów