Wpisy oznaczone tagiem "promujemy bloga" (3)  

fuckingmemories
 
   Anthea patrzyła na oddalające się od niej źródło informacji, znane w Fairbanks jako Elizabeth Grier. Cholera, pomyślała odwracając wzrok. Jak mogłam tak po prostu pozwolić jej odejść?  Spojrzała jeszcze raz, szukając szatynki średniego wzrostu, ale dziewczyna zniknęła z pola widzenia. Zdenerwowana Anthea chwyciła swój płaszcz i wyszła z baru, trzaskając za sobą drzwiami.
   Ulewa na zewnątrz ustała, ale wiatr nadal szalał. Anthea otuliła się mocniej brązowym płaszczem i naciągnęła czapkę na ciemne włosy. Skierowała się w stronę pensjonatu, w którym wynajmowała mały pokój.
   Droga dłużyła jej się, chociaż pensjonat znajdował się dwie przecznice od baru. Żadna myśl nie przychodziła jej do głowy, poza jedną – Jolene. Przyjechała do Fairbanks, żeby czegoś się o niej dowiedzieć. Ludzie nie zaczęli budować pomniki na cześć Jolene tak po prostu. Musiała czegoś dokonać.
   Mijając kościół, Anthea zatrzymała się na chwilę. Spojrzała na napis nad drzwiami. „Poświęcony Jolene”. Kiedy mężczyzna buduje kobiecie kościół, to musi być głęboka miłość, pomyślała. Skręciła w lewo i zobaczyła budynek pensjonatu.
   Był prosty i nie wyróżniał się bardzo od innych domów. Tylko duży szyld na dachu „Chamberlain” sugerował, że to być może hotel. Weszła do środka, gdzie powitała ją pani Chamberlain. Siedziała przy niewielkim stoliku, z otwartą książką w ręce. Okulary zsunęły jej się z nosa, więc wyraźnie było widać zielone oczy. Ciemne włosy upięte były w koka, jak zawsze. Pani Chamberlain nosiła dżinsowe spodnie na szelkach, a pod nimi kolorowe koszulki. Przynajmniej przez tydzień, który Anthea spędziła w pensjonacie. Uśmiechnęła się przyjaźnie do właścicielki, a ta zaprosiła ją gestem ręki do siebie.
- Napijesz się herbaty? Chyba zmarzłaś.
- Rzeczywiście – przyznała Anthea. – Chętnie się napiję. Pomóc pani?
- Nie trzeba, siadaj szybko przy grzejniku. – W oczach pani Chamberlain błysła iskra troski.
- Ale…
   Pani Chamberlain już zniknęła za drzwiami kuchni. Zrezygnowana Anthea wyjrzała za okno. Rany, jak ja tu trafiłam… myślała. Siedem lat temu wyjechała z Karoliny Północnej. Jej matka, Karen, przez pierwsze miesiące nie odzywała się do niej: nie odpisywała na listy, maile, SMS-y, nie oddzwaniała na zostawione wiadomości głosowe, nie odbierała. Dopiero po półtorej roku odpowiedziała na list. Chociaż odpowiedź ta była zwięzła i krótka. Ani wzmianki o tym, że tęskni czy kocha. Nic.
„Joshua wrócił. Znowu pije. Chociaż nie, on przecież nigdy nie przestał pić. Zaczął mnie bić. Wrócił do domu i mnie bije. Czujesz się teraz winna?”
   Tak brzmiały słowa listu od matki. Anthea od razu zadzwoniła do ojca. Joshua Lerman odebrał telefon chrapliwym „słucham”. Okazało się, że matka zmyśliła całą historię, żeby córka do niej wróciła. Joshua mieszkał sam w sąsiednim mieście,  od dwudziestu lat. Z początku nie utrzymywał kontaktu z rodziną, jednak zmieniło się to po pierwszym telefonie córki. Jedenastoletnia Anthea, pod nieobecność matki, po pięciu latach odezwała się do taty. Tęskniła za nim, była tylko dzieckiem. Joshua był wzruszony rozmową z dziewczynką, zaczął na nowo interesować się jej życiem. Oczywiście nie dużo, był uzależniony od alkoholu. Ale kiedy Anthea odwiedzała go w mieszkaniu, był zawsze trzeźwy. Karen wybaczyła mu zdradę sprzed dwudziestu lat, ale nie zeszli się. Czasem tylko u niej pomieszkiwał.
   Właściwie to czemu Anthea wyjechała z Karoliny? Skończyła szkołę, mogła znaleźć tam pracę. Ale nie, ona wolała wkurzyć matkę i postanowiła badać świątobliwość Jolene z Alaski. Moja historia rzeczywiście jest trochę nienormalna, pomyślała. Cóż, widocznie jestem nienormalna.
   Z rozmyślań wyrwał ją głos pani Chamberlain.
- Proszę, ślicznotko. – Uśmiechnęła się, podając dziewczynie gorącą herbatę. – Cieplej ci trochę? Może przynieść koc?
- Nie trzeba, pani Chamberlain – odparła – Dziękuję.
   Właścicielka pensjonatu już miała siadać naprzeciwko niej, kiedy trzasnęły drzwi wejściowe.
- To pewnie Simon, przepraszam cię. – Ukłoniła się przyjaźnie i wyszła z salonu. – Simon, to ty? – krzyknęła w stronę hallu.
- Tak, mamo – odpowiedział jej chłopak.
   Salon nie miał drzwi, więc Anthea wyraźnie widziała twarz  młodego Chamberlaina. Kiedy tak się mu przyglądała, olśniło ją. Przecież on jest znajomym tej Elizabeth! Zmieszana, odwróciła wzrok. Jednak on zdążył ją już zauważyć.
- Hej! Co ty tu robisz? – Czuła na sobie jego wzrok. – Do ciebie mówię, wariatko!
   Głos chłopaka stawał się głośniejszy z każdym słowem. Anthea słyszała jego kroki na podłodze. Zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy. Był wkurzony, to pewne. Na twarzy miał czerwone wypieki, usta zaciśnięte w kreskę. Czoło przecinała mu fioletowa żyła, marszczył brwi. Anthea spokojnie podniosła się z krzesła. Wytrzymała jego spojrzenie.
- Wynajmuję pokój u twojej mamy od tygodnia. Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej – mówiła. – To pozwoliłoby uniknąć nam tej nieprzyjemnej sytuacji.
- Elizabeth mówiła, że chcesz rozmawiać o jej babce.
- To normalne dla kogoś spoza stanu – odparła. – Każdy chce czegoś się dowiedzieć od Jolene.
- Są inne źródła.
- Twoja przyjaciółka jest tym najbardziej wiarygodnym.
- Nie zawracaj jej więcej głowy – powiedział stanowczo. – Jakbyś ty się czuła, gdyby ktoś wypytywał o twoją rodzinę?
   Jego wzrok był przenikliwy. Anthea poczuła krople potu na karku. Faktycznie, nie pomyślałam o tym. Zabiłabym, gdyby ktoś zapytał o mojego ojca, myślała.
- Zabolało? – Simon nie przestawał. – Odczep się od Elizabeth. Nie będę tego więcej powtarzał. Jeszcze raz cię z nią zobaczę, to nie potraktuję cię tak łagodnie.
- Czy mógłbyś… - zaczęła niepewnie.
   Zamilkł. Simon patrzył na dziewczynę przeszywającym wzrokiem. Mam go w garści, pomyślała.
- Czy mógłbyś umówić mnie z nią na spotkanie? Chciałabym ją przeprosić – powiedziała jednym tchem. – To dla mnie ważne. Nie chcę, żeby czuła się urażona.
   Simon przez dłuższą chwilę  nie odzywał się. Anthea patrzyła na czubki swoich butów, żeby jej twarz nie zdradziła emocji. W końcu zmusiła usta do pozostania w bezruchu. Spojrzała na Simona błagalnie.
- W porządku, spróbuję – powiedział w końcu. – Jeśli się nie zgodzi, przekażę jej twoje przeprosiny.
   Anthea uśmiechnęła się lekko.
- Dziękuję, Simon – powiedziała uprzejmie.
- Nie pamiętam, żebyśmy się sobie przedstawiali – rzekł ostro. – Nie jesteśmy na ty.
- Wybacz, panie Chamberlain.
   Ale nim zdążyła powiedzieć ostatnie zdanie, Simona już nie było w salonie.
   Oh, Simon, ty naiwniaku, pomyślała Anthea siadając na swoim miejscu. Jeśli naprawdę myślisz, że na tym poprzestanę, to grubo się mylisz. Mam cię w garści. Mieszkam w tym samym budynku co ty.
   Upiła łyk herbaty i wygięła usta w cynicznym uśmiechu.



________

“i come to you in pieces, so you can make me whole.”



Przepraszam, że tak długo czekaliście. :)
Promujcie bloga. :)
Pokaż wszystkie (11) ›
 

fuckingmemories
 
Elizabeth Grier stała w budce telefonicznej i wstukiwała numer. Po trzech sygnałach usłyszała tak słabo znany głos.
- Słucham?
   Elizabeth wiedziała, że zawsze odbierał w ten sposób. Uśmiechnęła się do siebie.
- Cześć, tato.
   Wiatr na zewnątrz szalał z prędkością pewnie stu kilometrów na godzinę. Elizabeth żałowała, że nie wzięła z domu szalika. Miała na sobie czerwony płaszcz i czarne spodnie. Brązowe buty były ubłocone, a ciemne loki w nieładzie. Zamknęła swoje niebieskie oczy, próbując wyobrazić sobie jej tatę – Logana Griera – siedzącego w swoim ciepłym mieszkaniu w Sharonville w Ohio.
   Elizabeth nie wiedziała, że jej tata zmienił się aż tak bardzo. Zakola robiły się coraz większe, włosy były przerzedzone. Przybrał lekko na wadze – teraz już nikt o niego nie dbał, a on nie miał dla kogo bawić się w diety i siłownie. Z oczu zniknął młodzieńczy blask, pojawiły się cienie pod nimi. Gdzieniegdzie twarz marszczyła się. To nie był już ten sam Logan Grier, co przed dwudziestu trzy laty.
- Elizabeth. Cieszę się, że dzwonisz.
   Głos Logana wydawał się nieco ożywić, kiedy usłyszał Elizabeth po drugiej stronie telefonu. Jednak był nieco przygnębiony. Minęły już dwadzieścia trzy lata od śmierci jego matki, Jolene. Mężczyzna musiał opuścić Alaskę, więc osiedlił się w Ohio. Mieszkał sam. Jego żona, Amanda Grier, zostawiła go zaraz po przeprowadzce do Sharonville. Elizabeth została na Alasce, oczywiście nie z własnej woli. Wychowała ją zielarka – Veronica Selfish. Kobieta dzwoniła do Logana co niedzielę i informowała go, jak się czuje jego córka. Dla Logana niedziela to był najszczęśliwszy dzień w tygodniu.
- Tato, ja… - Logan wyczuł zawahanie w głosie córki. – Chciałabym się z tobą zobaczyć.
   Powiedziała te słowa cicho, ale mężczyzna usłyszał je bardzo wyraźnie. Serce zabiło mu szybciej, krew zagotowała się w żyłach, fala gorąca zalała jego ciało.
- Jesteś tam? – Ponownie usłyszał jej głos w słuchawce.
- Tak, jestem. Zastanawiałem się, jak możemy się spotkać.
- Przyjadę do ciebie – zapewniła.
- Bethy… - zaczął.
- Tato, posłuchaj. Nie widziałam cię od dwudziestu trzech lat. Zrobię wszystko, żeby to zmienić.
- Co z Veronicą?
- Veronica nie jest moją matką. Przyszły tydzień ci pasuje?
   Uparta po mnie, pomyślał. Na twarzy Logana zaigrał uśmiech.
- Pasuje.
- Cieszę się, że chcesz mnie odwiedzić.
- Kocham cię przecież. – Słuchawka wykrztusiła z siebie trzy piski. – Tatuś, kończy mi się czas. Zadzwonię niedługo.
- Kocham cię, Bethy – powiedział.
   Długi pisk dobiegł do uszu Elizabeth, więc odłożyła słuchawkę. Rozejrzała się. Na zewnątrz wiatr hulał we wszystkich kierunkach, krople deszczu spływały wolno po szybie czerwonej budki telefonicznej. Usłyszała walenie w drzwi. Niechętnie je otworzyła, a do środka wpadł starszy mężczyzna i zaczął krzyczeć, żeby się wynosiła. Posłuchała go i udała się szybkim krokiem w stronę centrum Fairbanks.
   Nie minęło pięć minut, a Elizabeth ociekała zimną deszczówką. Wbiegła do „Tasty Fasty” – taniego baru fast food. Ulżyło jej, kiedy zobaczyła przy barze Morganę.
- Morgana! – zawołała do niej.
   Dziewczyna odwróciła się i przejrzała wzrokiem klientów. Po chwili jej czy zatrzymały się na Elizabeth, a usta wygięły w uśmiechu.
- Eli, cześć! – Pocałowała ją w policzek. – Ale zmokłaś. Poproszę Simona, żeby zrobił ci ciepłą herbatę.
- Dziękuję.
   Morgana usiadła na swoim krześle i zadzwoniła na dzwonek przykręcony do blatu. Elizabeth przyglądała jej się z zaciekawieniem. Jej ciemne włosy opadały wolno na ramiona, a zielone oczy błyszczały, wpatrzone w drzwi zaplecza. Po chwili ukazał się w nich Simon, jej chłopak. Był wysokim brunetem, o dużych niebieskich oczach. Uśmiechnął się szeroko do Morgany i podszedł bliżej. Parzyli na siebie z taką miłością, jakiej Elizabeth nigdy nie widziała u żadnej innej pary. Chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie, by móc pocałować jej wargi. Później spojrzał jej głęboko w oczy i odwzajemnił uśmiech Morgany.
- Napijecie się herbaty? – zapytał, powoli przenosząc wzrok na Elizabeth. – Strasznie zmokłaś.
- Cześć, Simon – przywitała się.
   Simon podszedł do Elizabeth i przytulił ją lekko. Popatrzył na nią podejrzliwym wzrokiem i zsunął jej płaszcz z ramion.
- Masz coś przeciwko? Na zapleczu szybciej wyschnie.
- Nie. Byłabym wdzięczna, gdybyś go powiesił – powiedziała Elizabeth z uśmiechem.
- Elizabeth!
   Dziewczyna odwróciła się gwałtownie, gdy usłyszała swoje imię. Mokre włosy przykleiły jej się do twarzy. Odgarnęła je powoli. Przeszukała wzrokiem tłum i ujrzała niewysoką szatynkę, machającą do niej. Elizabeth skinęła głową na krzesło obok niej, by ta usiadła. Podeszła szybkim krokiem.
- Jestem Anthea Lerman – przedstawiła się.
   Elizabeth nic nie mówiło to nazwisko.
- Potrzebujesz czegoś? – zapytała uprzejmie.
- Tylko rozmowy. – Anthea utkwiła wzrok w kubku herbaty, którą przed chwilą położył na blat Simon.
- Hej, słońce, może porozmawiamy na zapleczu? – zwrócił się do Morgany.
   Dziewczyna pośpiesznie wstała i ruszyła za nim.
- Czego ma dotyczyć nasza rozmowa? – Elizabeth skupiła się.
- Twojej babki, Jolene.
   Elizabeth drgnęła, ale zachowała spokojną twarz. Odetchnęła głęboko i spojrzała w oczy Anthei. Były stanowcze i chłodne, przeszywały ją na wskroś. Dziewczyna upiła łyk swojej herbaty i wstała od stołu, kładąc otwarte dłonie o blat baru.
- Nie mam ci nic do powiedzenia na temat Jolene – powiedziała.
   Kierując się w stronę zaplecza szybkim krokiem, nie obejrzała się ani razu.


_________

KOCHANI, POTRZEBUJĘ WASZEJ POMOCY W PROMOWANIU BLOGA. NA PEWNO SIĘ ODWDZIĘCZĘ.
Pokaż wszystkie (10) ›
 

fuckingmemories
 
Skarby, więc tak.
Mam pomysł na nowe opowiadanie, nawet jego zarys i w ogóle w ogóle.
Tylko moje pytanie: jak bardzo chcecie, żebym je tutaj publikowała? :)
Bo to bez sensu, jak będę wstawiać, a nikt go nie będzie czytał.
ZARYS:
Historia 26-letniej Elizabeth z Alaski. Babcia dziewczyny, Jolene, jest czczona przez mieszkańców Ameryki, ze względu na swoje cudotwórcze moce. Elizabeth zaprzyjaźnia się z niewierzącą w cudowność Jolene Antheą.  Ich relacja okaże się jednak daleka od ideału. Anthea szuka luk w znanej historii Jolene. Przyjaciele Elizabeth próbują uchronić ją przed toksyczną znajomością.
Trochę bajka, trochę romans, trochę kryminał, trochę dramat.

______________

Jeśli pod postem będzie dużo komentarzy, niebawem wstawię prolog i przedstawię bohaterów.
Mam do Was jeszcze prośbę: pomóżcie mi proszę w wypromowaniu bloga. :)
Dziękuję Wam za wszystko. :*
  • awatar Life gives nothing, you must take it♥: Fajnie się zapowiada : )) Cieszę się bardzo,że zdecydowałaś się pisać nowe opowiadanie : ) Jeszcze dziś dodam wpis na moim blogu, w którym zachęcę moich czytelników, aby do ciebie wpadli : )) Mam nadzieję, że dzięki temu pomogę Ci trochę wypromować bloga ; )))
  • awatar gość: Pisz pisz bo bym coś poczytała Twojego : ) :*
  • awatar triste pour toujours: Byłoby super :) Szkoda ,żeby taki talent się zmarnował. Proszę pisz tutaj nawet jak będzie nas mało, a opowiadanie zapowiada się dobrze :)
Pokaż wszystkie (8) ›
 

 

Kategorie blogów