Wpisy oznaczone tagiem "sekrety historii 2" (1)  

fuckingmemories
 
   Anthea patrzyła na oddalające się od niej źródło informacji, znane w Fairbanks jako Elizabeth Grier. Cholera, pomyślała odwracając wzrok. Jak mogłam tak po prostu pozwolić jej odejść?  Spojrzała jeszcze raz, szukając szatynki średniego wzrostu, ale dziewczyna zniknęła z pola widzenia. Zdenerwowana Anthea chwyciła swój płaszcz i wyszła z baru, trzaskając za sobą drzwiami.
   Ulewa na zewnątrz ustała, ale wiatr nadal szalał. Anthea otuliła się mocniej brązowym płaszczem i naciągnęła czapkę na ciemne włosy. Skierowała się w stronę pensjonatu, w którym wynajmowała mały pokój.
   Droga dłużyła jej się, chociaż pensjonat znajdował się dwie przecznice od baru. Żadna myśl nie przychodziła jej do głowy, poza jedną – Jolene. Przyjechała do Fairbanks, żeby czegoś się o niej dowiedzieć. Ludzie nie zaczęli budować pomniki na cześć Jolene tak po prostu. Musiała czegoś dokonać.
   Mijając kościół, Anthea zatrzymała się na chwilę. Spojrzała na napis nad drzwiami. „Poświęcony Jolene”. Kiedy mężczyzna buduje kobiecie kościół, to musi być głęboka miłość, pomyślała. Skręciła w lewo i zobaczyła budynek pensjonatu.
   Był prosty i nie wyróżniał się bardzo od innych domów. Tylko duży szyld na dachu „Chamberlain” sugerował, że to być może hotel. Weszła do środka, gdzie powitała ją pani Chamberlain. Siedziała przy niewielkim stoliku, z otwartą książką w ręce. Okulary zsunęły jej się z nosa, więc wyraźnie było widać zielone oczy. Ciemne włosy upięte były w koka, jak zawsze. Pani Chamberlain nosiła dżinsowe spodnie na szelkach, a pod nimi kolorowe koszulki. Przynajmniej przez tydzień, który Anthea spędziła w pensjonacie. Uśmiechnęła się przyjaźnie do właścicielki, a ta zaprosiła ją gestem ręki do siebie.
- Napijesz się herbaty? Chyba zmarzłaś.
- Rzeczywiście – przyznała Anthea. – Chętnie się napiję. Pomóc pani?
- Nie trzeba, siadaj szybko przy grzejniku. – W oczach pani Chamberlain błysła iskra troski.
- Ale…
   Pani Chamberlain już zniknęła za drzwiami kuchni. Zrezygnowana Anthea wyjrzała za okno. Rany, jak ja tu trafiłam… myślała. Siedem lat temu wyjechała z Karoliny Północnej. Jej matka, Karen, przez pierwsze miesiące nie odzywała się do niej: nie odpisywała na listy, maile, SMS-y, nie oddzwaniała na zostawione wiadomości głosowe, nie odbierała. Dopiero po półtorej roku odpowiedziała na list. Chociaż odpowiedź ta była zwięzła i krótka. Ani wzmianki o tym, że tęskni czy kocha. Nic.
„Joshua wrócił. Znowu pije. Chociaż nie, on przecież nigdy nie przestał pić. Zaczął mnie bić. Wrócił do domu i mnie bije. Czujesz się teraz winna?”
   Tak brzmiały słowa listu od matki. Anthea od razu zadzwoniła do ojca. Joshua Lerman odebrał telefon chrapliwym „słucham”. Okazało się, że matka zmyśliła całą historię, żeby córka do niej wróciła. Joshua mieszkał sam w sąsiednim mieście,  od dwudziestu lat. Z początku nie utrzymywał kontaktu z rodziną, jednak zmieniło się to po pierwszym telefonie córki. Jedenastoletnia Anthea, pod nieobecność matki, po pięciu latach odezwała się do taty. Tęskniła za nim, była tylko dzieckiem. Joshua był wzruszony rozmową z dziewczynką, zaczął na nowo interesować się jej życiem. Oczywiście nie dużo, był uzależniony od alkoholu. Ale kiedy Anthea odwiedzała go w mieszkaniu, był zawsze trzeźwy. Karen wybaczyła mu zdradę sprzed dwudziestu lat, ale nie zeszli się. Czasem tylko u niej pomieszkiwał.
   Właściwie to czemu Anthea wyjechała z Karoliny? Skończyła szkołę, mogła znaleźć tam pracę. Ale nie, ona wolała wkurzyć matkę i postanowiła badać świątobliwość Jolene z Alaski. Moja historia rzeczywiście jest trochę nienormalna, pomyślała. Cóż, widocznie jestem nienormalna.
   Z rozmyślań wyrwał ją głos pani Chamberlain.
- Proszę, ślicznotko. – Uśmiechnęła się, podając dziewczynie gorącą herbatę. – Cieplej ci trochę? Może przynieść koc?
- Nie trzeba, pani Chamberlain – odparła – Dziękuję.
   Właścicielka pensjonatu już miała siadać naprzeciwko niej, kiedy trzasnęły drzwi wejściowe.
- To pewnie Simon, przepraszam cię. – Ukłoniła się przyjaźnie i wyszła z salonu. – Simon, to ty? – krzyknęła w stronę hallu.
- Tak, mamo – odpowiedział jej chłopak.
   Salon nie miał drzwi, więc Anthea wyraźnie widziała twarz  młodego Chamberlaina. Kiedy tak się mu przyglądała, olśniło ją. Przecież on jest znajomym tej Elizabeth! Zmieszana, odwróciła wzrok. Jednak on zdążył ją już zauważyć.
- Hej! Co ty tu robisz? – Czuła na sobie jego wzrok. – Do ciebie mówię, wariatko!
   Głos chłopaka stawał się głośniejszy z każdym słowem. Anthea słyszała jego kroki na podłodze. Zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy. Był wkurzony, to pewne. Na twarzy miał czerwone wypieki, usta zaciśnięte w kreskę. Czoło przecinała mu fioletowa żyła, marszczył brwi. Anthea spokojnie podniosła się z krzesła. Wytrzymała jego spojrzenie.
- Wynajmuję pokój u twojej mamy od tygodnia. Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej – mówiła. – To pozwoliłoby uniknąć nam tej nieprzyjemnej sytuacji.
- Elizabeth mówiła, że chcesz rozmawiać o jej babce.
- To normalne dla kogoś spoza stanu – odparła. – Każdy chce czegoś się dowiedzieć od Jolene.
- Są inne źródła.
- Twoja przyjaciółka jest tym najbardziej wiarygodnym.
- Nie zawracaj jej więcej głowy – powiedział stanowczo. – Jakbyś ty się czuła, gdyby ktoś wypytywał o twoją rodzinę?
   Jego wzrok był przenikliwy. Anthea poczuła krople potu na karku. Faktycznie, nie pomyślałam o tym. Zabiłabym, gdyby ktoś zapytał o mojego ojca, myślała.
- Zabolało? – Simon nie przestawał. – Odczep się od Elizabeth. Nie będę tego więcej powtarzał. Jeszcze raz cię z nią zobaczę, to nie potraktuję cię tak łagodnie.
- Czy mógłbyś… - zaczęła niepewnie.
   Zamilkł. Simon patrzył na dziewczynę przeszywającym wzrokiem. Mam go w garści, pomyślała.
- Czy mógłbyś umówić mnie z nią na spotkanie? Chciałabym ją przeprosić – powiedziała jednym tchem. – To dla mnie ważne. Nie chcę, żeby czuła się urażona.
   Simon przez dłuższą chwilę  nie odzywał się. Anthea patrzyła na czubki swoich butów, żeby jej twarz nie zdradziła emocji. W końcu zmusiła usta do pozostania w bezruchu. Spojrzała na Simona błagalnie.
- W porządku, spróbuję – powiedział w końcu. – Jeśli się nie zgodzi, przekażę jej twoje przeprosiny.
   Anthea uśmiechnęła się lekko.
- Dziękuję, Simon – powiedziała uprzejmie.
- Nie pamiętam, żebyśmy się sobie przedstawiali – rzekł ostro. – Nie jesteśmy na ty.
- Wybacz, panie Chamberlain.
   Ale nim zdążyła powiedzieć ostatnie zdanie, Simona już nie było w salonie.
   Oh, Simon, ty naiwniaku, pomyślała Anthea siadając na swoim miejscu. Jeśli naprawdę myślisz, że na tym poprzestanę, to grubo się mylisz. Mam cię w garści. Mieszkam w tym samym budynku co ty.
   Upiła łyk herbaty i wygięła usta w cynicznym uśmiechu.



________

“i come to you in pieces, so you can make me whole.”



Przepraszam, że tak długo czekaliście. :)
Promujcie bloga. :)
Pokaż wszystkie (11) ›
 

 

Kategorie blogów