Wpisy oznaczone tagiem "toskomplikowane" (10)  

missattitude
 
Wpis tylko dla znajomych
miss attitude:

Wpis tylko dla znajomych

 

keylaa858
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga
MakeUpYourLife:

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

keylaa858
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga
MakeUpYourLife:

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

keylaa858
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga
MakeUpYourLife:

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

keylaa858
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga
MakeUpYourLife:

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

austria
 
To dlugi, dlugi tekst. Ostrzegalam :D

Przeczytalam dzis wywiad ksiazki.onet.pl/(…)cs894m…
Oraz niedawno inny, ze Szczepanem Twardochem.

Od samego wywiadu ciekawsze sa komentarze. Nie dlatego, ze sa wielce odkrywcze, ale dlatego, ze sklaniaja do refleksji nad tym, jak indywidualnie sa niektore kwestie postrzegane.

Odejdzmy na moment od Slaska. Skupmy sie na tzw. "tutejszych" i "przyjezdnych". W jezyku polskim pojawilo i zadomowilo sie, po czesci dowcipne i familiarne, po czesci wypowiadane z niechecia i przekasem, pojecie "sloik". Najczesciej w odniesieniu do mieszkancow Warszawy, ktorzy zycie zawodowe zwiazali ze stolica, ale ktorzy maja korzenie gdzie indziej, najczesciej na wsi i (mniej lub bardziej czesto) jezdza w odwiedziny oraz (stereotypowo) przywoza mamusine czy babcine przetwory. Sloik to ktos, kto nadal zameldowany jest u siebie (tu dochodzimy do polskiego kolorytu i tego, czy wlasciciele wynajmowanych mieszkan w ogole chca meldowac), czesto nie placi podatkow w Warszawie i jezdzi na pozawarszawskich blachach. Czasami mowi sie tez o tych osobach warszawianin, w odroznieniu od warszawiakow, takich z dziada pradziada. Jak daleko genealogia musi siegac, zeby zasluzyc na miano warszawiaka, nie wiadomo, ale z moich obserwacji wynika, ze trzeba sie wykazac plus minus przynajmniej rodowodem przedwojennym, zeby moc w ogole miec prawo glosu.

Na Slasku sa gorole, troche takie sloiki, ludzie, ktorzy nie sa Slazakami z dziada pradziada lub ich potomkowie, osoby, ktore czesto przeprowadzily sie na Slask dopiero po wojnie, kiedy mozna bylo dostac prace w gornictwie. Oprocz tego sprawa na Slasku komplikuje sie jeszcze bardziej, bo Slask sam w sobie jest podzielony (historyczna stolica Slaska byl przeciez Wroclaw, a dzis to zaledwie Dolny Slask), ponadto panowania roznych narodow, zwyczaje, jezyk, wplywy odcisnely swoje pietno, a podzial na Slask Gorny, Dolny, Opolski, Cieszynski (ktory rozbity jest granicami) tez robi swoje.

Mozna by dumac nad tym, czym jest identyfikacja z mala ojczyzna vel Heimatem, co to poczucie przynaleznosci (w przypadku Slaska tez narodowej) i jak mozna je zdefiniowac oraz kto ma prawo oceniac i wydawac sady, ze jest tak, a nie inaczej, wreszcie czy obywatelstwo=poczucie przynaleznosci, ale nie o tym dzis chcialam. Troche przydlugi wstep, ale wszystko to sklonilo mnie do samorefleksji i to o tym chcialam dzis napisac. Teraz bedzie prywata :)

Jestem z Lodzi, tej Lodzi czterech kultur, w ktorej do dzis widoczne sa slady rosyjskie (bo administracja carska), zydowskie (Poznanski, jego imperium i caly szereg innych fabrykantow), niemieckie (Scheibler, Geyer i mnostwo innych). Lodzi dwoch wojen swiatowych.

Czuje sie lodzianka z krwi i kosci, mimo ze nie dane mi bylo urodzic sie w Lodzi (w polowie lat 80. szpital rejonowy dla Lodzi Gornej byl w Pabianicach, nie bylo jeszcze CZMP i dlatego do mojej daty urodzenia nieodlacznie przyczepione sa Pabianice. Nic nie mam do Pabianic, ale Lodz po prostu przez to nigdzie w mojej urzedowej historii nie figuruje i pani w amsabasadzie, podczas wyrabiania paszportu, zapytala mnie, czy czesto jestem w Pabianicach <dotad trzy razy liczac narodziny>. Chciala byc mila, a mi zrobilo sie tak przykro). Dwadziescia trzy lata, odkad wyszlam w pabianickiego szpitala, spedzilam w Lodzi. Wg takich czy innych ocen nie wiem, czy mam prawio czuc sie lodzianka, bo raz ze nie dane mi bylo nawet przyjsc na swiat na lodzkiej ziemi, a dwa, ze moja rodzina tez nie jest taka od pokolen lodzka. Babcia i dziadek ze strony ojca pochodzili z woj. wielkopolskiego (a wlasciwie Ziemi Kaliskiej), ze strony mamy historia siega jedno pokolenie dalej, bo juz prababcia i pradziadek mieszkali na terenie obecnej Lodzi (choc i w centrum Lodzi i juz poza tamtejsza Lodzia, bo Stoki to byla wowczas podlodzka wies). Ich rodziny byly z Mazowsza. A trzy, ze jak sie uprzec, to nawet Polka nie moge, na tym komputerze nie mam nawet polskich znakow i nie, nie moge ich tu wlaczyc (za co mimo wszystko przepraszam) :D

Ale tlumacze sobie, ze skoro Scheibler, moim zdaniem najwiekszy lodzki fabrykant (ktoremu zreszta zlozylam hold moja praca mgr), byl obywatelem holenderskim, ewangelikiem, ktory przyszedl na swiat w wowczas pruskim i nadrenskim, ale przygranicznym miasteczku, zanim przejechal do Lodzi (pod zaborem rosyjskim) poniewieral sie po Anglii i Austro-Wegrach, z tego, co wiadomo, nie mowil po polsku (zreszta w tamtych czasach byl to zabor rosyjski), a nic nie przeszkadzalo mu zostac wybitnym lodzianinem, to ja jak najbardziej moge tytulowac sie lodzianka.

I tytulowalabym sie nawet, gdyby komus to nie pasowalo. I bede lodzianka nawet, jesli do konca zycia bede mieszkac w Austrii. Dlaczego? Bo tak czuje. I to dla mnie jedyne kryterium.

Tu przechodzimy do nastepnego punktu. O tym, jak postrzegaja mnie Polacy teraz, po tych latach spedzonych w Austrii, jak postrzegaja mnie Austriacy z roznych landow, wiedenczycy z dziada pradziada i wiedenskie "sloiki", przyjezdni majacy obywatelstwo austriackie i jakie widze roznice miedzy polska a austriacka perspektywa i podejsciem do "obcych", zarowno tych z innych landow jak i z zagranicy.

Cdn. rozstrzele to na minimum dwa wpisy, bo na raz za duzo, a w sumie temat rzeka, mozna by pisac i pisac.
  • awatar fabularium: Ciekawy temat i rzeczywiście jak rzeka... :-) Moim zdaniem najważniejsze jest to, kim się czujemy. Po prostu. Gdybym sie do Warszawy przeprowadziła, to ze względu na dziadka może zasłużyłabym na miano warszawianki :-) Czuję się szczecinianką, ale wnerwioną na swoje miasto, zawiedzioną niemal wszystkim, co sobą współczesny Szczecin przedstawia. Najpiękniejsze miasto żyje we mnie, we mglistych wspomnieniach z dzieciństwa oraz na kartach historii, tej przedwojennej (najlepiej jeszcze tej sprzed I wojny św.). Tamten Szczecin/Stettin był mój nawet jeśli nie mój ;-) Dziwne, ale mało czuję polskości w sobie. Raczej tę szczecińskość właśnie. Nie potrafię, a teraz to już coraz mniej, utożsamiać się z 40 mln 'prawdziwych' Polaków...
  • awatar Haniya: Urodzilam sie i wychowalam w warszawie i czuje sie 100% warszawianką, mimo, ze tylko w 1/4 moja rodzina pochodzi z wwy z dziada pradziada (dziadek od strony mamy, urodzony i wychowany na warszawskim powislu, podobnie jak wiele pokolen wstecz) Mama tez sie urodzila i wychowala w warszawie, ale juz babcia pochodzi gdzies z okolic wyszkowa (okolo 50 km od wwy) Z ojcem #toskomplikowane bo dziadek byl pilotem i ojciec sie urodzil kiedy akurat mieszkali w dęblinie, wiec miasto urodzenia ma lublin, ale wychowywany na warszawskiej pradze, za to jego rodzice czyli moi dziadkowie sa z trójmiasta Mi to wystarczy ;)
  • awatar Persephone: @fabularium: Rozumiem, o co Ci chodzi, widze, jak piszesz o Szczecinie. Ja czuje sie spadkobierczynia tej wielokulturowej Lodzi, z tym calym wspolistnieniem roznych grup (choc to tez nie taka bajka i idealne wspolzycie, nie czarujmy sie, pracownik byl pracownikiem, fabrykant byl fabrykantem, pracownik administracji byl pracownikiem admin.). Czuje sie lodzianka dumna z Lodzi, coraz dumniejsza (bo widze, ile sie zmienilo, jak kryzys postkom zostal przezwyciezony, jak sie robi coraz piekniej i jednak dostatniej), ze i lodzianie sie obudzili z letargu, doszli do ladu i pokochali swoje miasto (#kochamlodz czy historia z lodzkim menelem ;) ), choc, jak to w milosci i zwiazku, nie wszystko idzie zawsze tylko dobrze ;) Czesto w Wiedniu mam lodzkie flashbacki (glownie architektoniczne; choc oczywiscie to Wieden byl inspiracja dla Lodzi, a nie odwrotnie).
Pokaż wszystkie (25) ›
 

karina10
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga
Haniya:

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

zladusza
 
Od kilku lat jestem w szczęśliwym związku, jak mogłoby się wydawać. Wiadomo, jak to mężczyzna czasami potrafi zdenerwować, no ale to facet.
Koleżanki zazdroszczą mi fantastycznego faceta, jak zawsze w pewnym momencie historii musi być jakieś ALE, jak domyślacie się jest ono i u mnie..

Zatem zacznę od początku. #toskomplikowane
Choć pewnie w opisywanych tu wydarzeniach możecie wątpić w moje słowa i uczucia, ale uwierzcie Mi - tak jest!

#secret #love #strangelove #him #you&i
Mój mężczyzna był pierwszy we wszystkim - oprócz całowania. Nigdy mi to nie przeszkadzało, przecież, która kobieta nie marzy o tym, żeby zrobić te wszystkie rzeczy, o których marzyła z facetem, którego kocha się bardzo mocno.Takie szczęście miałam i ja...

Lecz jakieś trzy lata temu (może i kawałek dłużej) poznałam pewnego mężczyznę, z którego przyjacielem spotykała się moja dobra koleżanka.. Na początku pamiętam, że w ogóle mi się On nie podobał, po prostu zaczęłam go traktować jako dobrego kolegę. Mamy ze sobą dobry kontakt i ufamy sobie. Nie widujemy się codziennie, no ale kiedy już się spotkamy i rozmawiamy ze sobą, to naprawdę rozmawiamy na KAŻDY temat dotyczący Jego i Mnie. Jednak wszystko zmieniło się po jednej z imprez, kiedy to Nas odprowadzali,  wtedy ni z tego ni z owego mnie pocałował.. Oczywiście spodobało mi się to, no ale przecież mam chłopaka - więc szybko wyrwałam mu się z rąk, pożegnałam z koleżanką i jej towarzyszem...      Chyba podświadomie zaczęłam Go w miarę możliwości unikać.. Jednak nie na tym się skończyło..
Kiedy rozmawialiśmy zazwyczaj wtrącał wstawki typu "Uważaj, bo jeszcze się w Tobie zakocham" albo "Jestem w Tobie zakochany"... Niby żarty żartami, ale wydawało mi się zawsze, że On nie żartował.. Oczywiście w dalszym ciągu się widywaliśmy, rozmawialiśmy i "niechcący" dotykaliśmy - po dłoniach, kolanach, barkach czy policzku.

W zeszłym roku (to był początek grudnia) wychodząc z koleżanką w piątkowy wieczór, nawet nie spodziewałam się, że go gdzieś spotkam - ale spotkałam.
Wiadomo, jak to w weekend - graliśmy w bilard, piliśmy piwko, gadaliśmy o znajomych z paczki. Wychodząc On uparł się, że nas odprowadzi, niby krążyliśmy po mieście - ale towarzystwo zaczęło się sypać i tak oto zostałam Ja i On - sami.

Kupiliśmy na stacji benzynowej wódkę, papierosy i wylądowaliśmy w parku niedaleko mojego domu.
Siedzieliśmy na ławce i rozmawialiśmy o wszystkim - o jego związku, o moim, o naszych bliskich znajomych i o przyszłości... Rozmawialiśmy najdłużej o tym czymś co jest między nami.. Chciałam znać Jego zdanie na ten temat, dlaczego tak jest? Dlaczego tak bardzo nas do siebie ciągnie? Dlaczego zawsze ulegamy sobie nawzajem?
On uśmiechnął się i powiedział "Ale chyba nie uważasz, że to miłość?", naturalnie odpowiedziałam mu, że absolutnie tak nie uważam.. Potem znów powiedział, że "Przecież między Nami to zawsze będzie się tak kończyć, wiesz o tym?", a ja znów zaprzeczyłam i powiedziałam, że liczę, że tym razem tak nie będzie.. Oczywiście byłam w dużym będzie. Wylądowaliśmy w miejscu, gdzie mogliśmy być sami.. I zaczęło się.. Całowanie, dotykanie i możliwość seksu, ale wiedziałam, że kiedy przekroczymy te granice, nasze relacje skomplikują się jeszcze bardziej...
10417742_340825912763719_4554487682944004166_n.jpg
 

mauve
 
Wpis tylko dla znajomych
Mauve:

Wpis tylko dla znajomych

 

emxmarudzi
 
Wpis tylko dla znajomych
imƎ:

Wpis tylko dla znajomych

 

 

Kategorie blogów