Wpisy oznaczone tagiem "weganizm" (658)  

hononey
 
Nie wiem czy Wam mówiłam, ale będąc w zerówce, dzieci nie chciały się ze mną bawić. Jedna z dziewczyn rozpowiedziała, że moja choroba (atopowe zapalenie skóry) jest zaraźliwa i przez to wszyscy unikali ze mną kontaktu. Nie wiem czemu, ale wywarło to duży wpływ na mojej psychice. Od tamtego czasu czuję się odpychana i nieakceptowana przez dosłownie wszystkich, mimo że są ludzie którzy poprostu mnie lubią (nie mówię tego z powodu ego, tylko stwierdzam fakt). Większe grupy osób po prostu mnie przerażają i nie potrafię się "wtopić". Nie potrafię należeć do grupy. Jest grupa i jestem ja.

Tak było od zerówki. A jaka byłam przed zerówką? Jeśli poszłam gdzieś na plac zabaw, albo do lekarza, zbierałam wszystkie dzieci do kupu i nie było że ktoś się nie bawił. Po prostu nie było mowy, że ktoś odmawiał. Wszyscy się bawiliśmy i nie było lepszego i gorszego. Tak przynajmniej Mama mi opowiadała. Ale czar prysł w zerówce, kiedy zostałam odepchnięta przez wszystkich.

Próbowałam na to patrzeć z różnych stron, żeby pomóc samej sobie wyleczyć tej wielkiej rany w psychice, ale w sumie nic nie pomogło. Nawet zrozumiałam, że to mogło się stać po tym jak dzieci się wszystkie bawiły ze mną a ona poczuła się zagrożona i wszyscy byli potem pod jej "kontrolą" (jej mama była nauczycielką w drugiej grupie w zerówce, więc wyczuli autorytet). Ale mimo wszystko dalej CZUJĘ się "zakompleksiona" mimo, że WIEM że nic ze mną nie jest złego. Po prostu nie czuję się częścią otoczenia. Jestem ja i ono, ale nigdy my.

Ostatnio byłam u Mamy w niedzielę po pracy i rozmawiałyśmy o tym. Zawsze myślałam, że rodzice o tym nic nie wiedzieli. Okazało się, że Mama wiedziała. Powiedziała, że rozmawiała z Mamą (B.) tej dziewczyny (I.) która z resztą była jej koleżanką ze szkolnych lat. Mama powiedziała B. że I. roznosi po grupie opowieści o mojej chorobie, żeby dzieci się ze mną nie bawiły. Mama dodała, że rozumie, że jako matki nie mają wpływu na to co dziecku ślina na język da, ale żeby po prostu porozmawiała. B. powiedziała Mamie, że bardzo jej przykro, że jej własna córka tak robi. Mama powiedziała, że z B. zawsze mieli dobre kontakty i B. była bardzo empatyczna. Nie wiem jak potem I. na to zareagowała.

Co próbuję przez to powiedzieć? Chcę to zakończyć. Chce się wreszcie przestać tak czuć. Chcę zamknąć ten rozdział. Tak jak przeszłam przez depresję, tak przez to nie umiem. A wiem, że powraca całe zdarzenie do mojej świadomości, żebym mogła coś z tym zrobić. Chyba zadzwonię do psychologa w czwartek, żebym mogła to wreszcie za sobą zamknąć. Rozumiem, że to może zająć nawet i rok i dłużej, ale bardzo chcę zakończyć to jak się z tym czuję.
____________

18.04.2018 _ środa
  • awatar Sylwia Lisiewicz15: Wiem jak to jest być "tą odrzuconą"od społeczeństwa. Jestem osobą niepełnosprawną od urodzenia i od zawsze ktoś widział we mnie same kłopoty i przez to często cierpiałam na braku znajomych oraz sama zamykałam sie w sobie i uważałam,że tak musi być,że nie mam prawa do bycia szczęśliwą. Dopiero 4 lata temu weszłam tutaj na Pinger i założyłam bloga,odkryłam,że to mój drugi dom. Poznałam fantastycznych ludzi. Zawarłam niejedną znajomość i otworzyłam się na innych. Dostałam lekcję,którą zapamiętam do końca życia,bo nauczył mnie jej ktoś kto był dla mnie ważny i nadal jest. Poznałam go tutaj i nigdy o nim nie zapomnę,pokazał mi,że świat nie musi być szary, a ludzie nie muszą być źli tylko ja niepochłonięta złymi nawykami zrobiłam okropne świństwo i teraz tego bardzo żałuje. Uśmiechaj sie i nie poddawaj sie mimo,że nie każdego dnia świeci słońce to może właśnie jutro wyjdzie za chmur.Pozdrawiam i zapraszam do mnie
  • awatar Help Me :'(: Na pewno teraz nikt nie myśli, że jesteś gorsza, nie jestes !!! Powodzenia ! :* :)
  • awatar .Miss Independent.: Skąd ja to znam.... Miałam od samej podstawówki to samo... nie akceptowana, traktowana jak gorsza, nie potrzebna, nikt nie chciał się ze mną bawić, zawsze sama. Pech chiał że do samego końca gimnazjum stale z tymi samymi osobami, przez co po gimnazjum w szkole nie mogłam się odnaleźć i wbić w żadną grupę. Uraz i strach przed odrzuceniem mam do dziś. Niestety ale jak jest nam od dziecka coś wpychane, jak mi że za gruba, gorsza, brzydsza to niestety odbija się to na psychice nawet dorosłej osoby.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Planuję, żeby w dzisiaj zaraz po północy wysłać aplikację o mieszkanie ze spłódzielni (wtedy jest nowa lista). Boli mnie myśl, jak się on poczuje kiedy mu powiem, że chcę się wyprowadzić. Ale na prawdę nie chce tu mieszkać. Jak mam sobie wyobrazić, że mam tu spędzić kolejny rok z nim i jego kolegą, albo resztę życia z nim (...i jego kolega...) to aż mnie w żołądku ściska od tego. Widzę siebie starą, żyjącą z nim w stanie wegetacji. To jest, o ile nie miała bym jaj żeby wyprowadzić się wcześniej.

Po prostu psychicznie już tego nie ogarniam. Czuję nerwicę jak mam myśleć o takiej przyszłości. Jest prawdziwym wampirem energetycznym i ja już dalej tak nie mogę. Marzy mi się mieszkanie z Karolkiem, z ogrodem. Chuj, że będzie daleko od miasta - przecież są pociągi. Jakoś się to ogarnie. Wierzę, że Universe is looking after me i pomoże mi znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji.
____________

Niedługo po napisaniu tekstu wyżej, znazłam pchły na Garfildzie!!! Chuj że pchły ale wirusy które roznoszą jebane pchły mogą zabić Karolka (królika) i o to się najbardziej boję. Poszłam od razu do weterynarii po krople, ale poprosili, żebym wróciła z kotami żeby mogli je zważyć po odpowiednią dawkę. Kurna, i znowu pieniądze lecą z konta na je**ne sierściuchy. Wybaczcie, ale kotów po prostu nienawidzę. I to jeszcze jego koty, a nie moje ale on nie ma oszczędności więc cały obowiązek spada na mnie [zła].  Po prostu nie mogę być z tak nieodpowiedzialną osobą jak on. MĘCZY MNIE TO JUŻ!!!

Wróciliśmy właśnie od vet'a. Zgadnijcie kto zapłacił za krople od pcheł? JA! Jeszcze po tym jak przyszliśmy do domu się do mnie przymilał ale k***a nic o oddaniu kasy, czy chociażby zwykłe, chujowe dziękuję. W dupie mu się już poprzewracało, nie jestem jego matką czy babcią żeby na niego zarabiać czy utrzymywać.
____________

A propos wampirów energetycznych to Anthony William polecił książkę Dodging Energy Vampires: An Empath's Guide to Evading Relationships That Drain You and Restoring Your Health and Power - Dr Christiane Northrup. Nie wiem czemu, ale pociągnęło mnie żeby ją kupić. Ma dopiero w poniedziałek przyjść kurierem ale dam radę... I tak teraz będę miała dużo do załatwiania.
____________

Wzięła mnie chęć na jedzenie wrapów na śniadanie. Z racji faktu, że nie mogę jeść glutenu/pszenic i innych chujostw (bo skóra mi się popsuje), to muszę wykombinować takie co się nie rozwalają ale można je szybko zrobić. Przepis już znalazłam, teraz tylko zostało wykonanie. Dam Wam znać jak mi wyszły <3
____________

18.04.2018 _ środa
 

hononey
 
No więc Kochane moje, pora żebym znowu z siebie wyrzuciła kilka myśli...

    Wczoraj wróciłam z pracy, kolegi nie było. D nawet mi powiedział, że kolega nie będzie tak często przychodził. Spakowałam Karolka i pojechałam do rodzciów. Pogadałam z Mamą trochę a potem przed 22 Tata nas zawiózł z powrotem do domu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wchodziłam do domu a kolega w pośpiechu wychodził...

    Mniejsza o to, byłam padnięta ale chciałam poćwiczyć przed spaniem. Muszę Wam się przyznać... Zakochałam się w yodze. Tak jak kiedyś nienawidziłam, bo była dla mnie za nudna i chciało mi się spać, tak teraz się zakochałam. Jak zwykle jestem wybredna więc robię to tylko z filmikami jednej dziewczyny. Żadnej innej nie chcę próbować, ta na mnie działa tak kojąco <3 z każdym ruchem ciała, czuję miłość jaka od niego bije. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że yoga może mieć taki wpływ na psychikę. Nawet łatwiej mi jest teraz medytować...

    Zdałam sobie sprawę, że nie da rady żeby udało mi się schudnąć 30kg do ślubu siostry ciotecznej w sierpniu w Polsce. Musiałabym się zagłodować. Albo chudnąć jakieś 2kg tygodniowo, a to nie jest zdrowe. Co prawda mogłabym przejść na witarianizm i by mi się na bank udało przez ten okres (surowy weganizm) ale wiem, że to by mnie wykończyło psychicznie (i skończyłoby się na jeszcze większym jedzeniu niezdrowych rzeczy).

    Wolę robić to swoich warunkach i kilogram po kilogramie powolutku zchodzić, wyhodować w sobie nawyk (zamiast skakać z kwiatka na kwiatek jak kiedyś). Teraz mam w sobie tyle samozaparcia, że wiem że mi się uda. Wyznaczyłam sobie cel 70kg do sierpnia, myślę że rozsądny. To oznacza, że mogę minimalnie zrzucać z siebie 0.6kg tłuszczu tygodniowo. Nie powoduje to na mnie żadnej presji, czuje że tak jest spokojniej.

    Yoga na prawdę dała mi to poczucie bezpieczeństwa i miłości do samej siebie. Żyjemy w świecie, gdzie cenione jest kiedy człowiek we własnym pocie zażyna się na śmierć po to by być najlepszym. Robiąc to, zapominamy o nas samych, o naszych emocjonalnych duszach, które też muszą być zaspokojone. Mamy duchowe potrzeby i niestety dzisiejszy rozwój cywilizacji sprawia, że nasza dusza jest zagłodzona. Pragniemy kontaktu z innymi ludźmi, pragniemy przyjemności, pragniemy miejsca do którego przynależymy, pragniemy braku poczucia winy za rzeczy których chcemy/chcemy zrobić.

    Na poziomie duchowym, jesteśmy zombie. Nie dość, że większość je martwe ciała zwierząt zabijanych w torturach (nie oceniam nikogo, stwierdzam po prostu fakt), pije płyny które przeznaczone są dla ich potomstwa, siedzi całymi dniami przed komputerami/telefonami szukając tej jednej jedynej osoby z którą mogliby się połączyć, to jeszcze religia za którą ślepo podążamy nie ma nic wspólnego z duchowością. Duchowość nie ma nic związanego z klękaniem przed "bogiem" i proszenie o litość, bo się człowiek urodził z grzechem. To są jedynie stare klapki na oczy założone przez kleryków żeby ludem łatwiej można było kierować. Co próbuję przez to powiedzieć?

    Gdyby religia miała na prawdę COŚ (cokolwiek) wspólnego z duchowością, to nie czulibyśmy takiej pustki w środku mimo tego jak szybko teraz się zmienia świat w którym żyjemy. Duchowość pozwala Ci znaleźć spokój, czerpać radość z małych rzeczy i przede wszystkim nie ma nikogo ponad Tobą. Jesteś tylko Ty i Twoja Dusza i Wszechświat. Nie ma żadnych spowiedników, kapłanów i powierników. Ty masz kontrolę nad własnym losem i sama przerabiasz własne lekcje. Nikt Ci nie mówi jak masz żyć, bo sama to czujesz. Wiesz i ufasz co jest dobre, nie potrafisz skrzywdzić. Pozwalasz żyć drugiej osobie ich własnym życiem, bo Ciebie to nie obchodzi co oni robią. Nikt nie wtrąca się w Twoje i Ty nie wtrącasz się w kogoś. Po prostu żyjecie w spokoju, poszanowaniu i wdzięczności.

    Obojętnie która religia, zawsze są jakieś prawa postępowania i obowiązki których trzeba przestrzegać. Nie ma religii, która akceptowałaby wszystkich. Zawsze musi być jakiś podział. W duchowości po prostu jesteś Ty. I jest druga osoba. I trzecia. I wszyscy jesteście jednością. Nie wtrącacie się we własne życia. Pomagacie nawzajem kiedy to potrzebne, ale nikt nie wchodzi sobie w drogę.

    Powiem Wam na własnym przykładzie, że dopiero kiedy zdecydowałam się odejść od religii (a moi rodzice są zapartymi katolikami), zrozumiałam jakie klapki miałam na oczach. A najgorsze jest to kiedy trzeba postępować wg. czegoś/jakiś zasad. Kiedy Kowalski chodzi do kościoła co niedziele ale już Jankowscy przestali, to wielka plota na całą wieś bo jak to możliwe, że tacy co boga kochają a wg. zasad nie postępują.

    Chyba to mnie tak na prawdę w Polsce najbardziej wkurza. Ta namiętna chęć podążania za głupimi zasadami, obojętnie czy religia, czy przypadkowy błąd ortograficzny, wszyscy Ci od razu wytkną w Polsce. Byleby tylko wytknąć błąd, bo już wszyscy mają ból doopy.

    Szczerze wszystkim polecam wyjazd za granicę na jakiś czas. Człowiek zaczyna nabierać dystansu do siebie, jest mu lżej. Przestaje się identyfikować z fałszywością. Oglądasz polską telewizję i widzisz jakie afery robią, ludzie tym żyją a potem rząd i tak robi po swojemu (tylko po cichu). Wyjazd za granicę na pewno pomógł mi się otworzyć na świat, na prawdę się zmieniłam przez te ostatnie 10 lat. Wam też polecam. Oczywiście do niczego nie zmuszam. Wiem, że to też nie jest realne dla wielu osób. Mówię tylko jako forma rekomendacji, na chorą duszę <3

Na sam koniec życzę Wam, żebyście wszystkie znalazły wewnętrzny spokój *namaste

16.04.2018 _ poniedziałek
 

krucha_perfekcja
 
krucha_perfekcja:
1BF64E1D-D0B7-4175-BFA3-E96F562FCF87.jpeg

__________________
04/80
zupa-krem z pora: 350kcal
kromka pieczywa ziarnistego (10g): 40kcal
razem: 390/400kcal
woda:2L

05/80
papryka czerwona (950g): 266kcal
owsianka (50g): 195kcal
mleko migdałowe (200ml): 26
razem: 487/500kcal
woda:2,5L
 

hononey
 
Dzisiejsza waga: 81.8kg (kiedy ważyłam się ostatnim razem, waga miała słabą baterię i dlatego pokazywała tak niską wagę)

W poprzednim wpisie zapomniałam Wam powiedzieć, że zabrałam serduszko Buni do pracy, żeby mi było raźniej.

Niedziela w pracy - niby nic nie było do roboty, ale coś się znalazło. Wstałam rano, nawet poszłam pobiegać intrwałowo, co jest wielkim sukcesem, bo nigdy tego nie robiłam. Co prawda myślałam, że wypluję płuca pod koniec, ale kto by się tam przejmował *wink wink*. Potem przyszłam do domu i zrobiłam sesję yogi. W domu były świeże kwiaty - lilie i róże. Tak cudownie pachniały, że siedziałam tak z 20 minut i je wąchałam. Tak sobie pomyślałam, jak cudownie by było tak pachnieć - lilią i różami. <3

Niedługo potem zadzownił do mnie psycholog u którego zostawiłam wiadomość (wszystkie linie były zajęte). Zaczęłam jej opowiadać o tym co się stało tydzień wcześniej. Skończyłam opowiadać i powiedziała mi, żebym przestała twierdzić, że głupotą jest że boję się wejść do pokoju PP po całym wydarzeniu. Powiedziała, że na prawdę przeżyłam traumę i żebym w żadnym wypadku nie próbowała tego umniejszać. Powiedziała, że jest ze mnie dumna, że nie bałam się zadzwonić po pomoc i tyle już sama przepracowałam. Wiem, jest psychologiem ale to nadal było miłe co powiedziała. Podziękowałam jej że jest w pracy i że rozmawia ze mną i że na prawdę doceniam jej pracę. Podziękowała, powiedziała, że nikt jeszcze nigdy tego nie powiedział. Z Jej pomocą, udało mi się wejść do pokoju PP. Zapytała jak się czuję, powiedziałam że dziwnie. No i niedługo potem zakończyłyśmy rozmowę.

Poszłam do pokoju PP, wzięłam papier i długopis. Rozryczałam się. Wszystko zaczęło ze mnie wylatywać, wszystkie emocje. Napisałam list, jak się czuję z całą sytuacją do PP. Poprosiłam Anioły i wszystkie istoty światła teraz i na zawsze, które chcą pomóc, żeby pozbyli się tej negatywnej energii z pokoju. Żeby ją zamienili w światło i rozdali wszystkim którzy go potrzebują. I żeby cały pokój wypełnili światłem, radością i miłością (tak, wiem. Żygać się chce). Od razu energia w pokoju się zmieniła - tak jakby burza się skończyła 5 minut temu i zrobiło się cicho i błogo i spokojnie. Czułam silną potrzebę podejść do łóżka, gdzie stałam kiedy odeszła PP.

Zaczęłam płakać znowu. Zaczęła ze mnie znowu wychodzić ta stara energia. Wiecie jak czasami siedzicie, zaczynacie sobie wyobrażać coś i mimo że nie macie to fizycznie przed swoimi oczami, to i tak to "widzicie"? Dokładnie tak "widziałam" PP. "Stała" przy oknie i w myślach "słyszałam" co do mnie mówi. Te myśli były tak głośne, że musiałam je mówić na głos! Dosłownie czułam się jakby cała jej energia, przechodziła przezemnie i ja mówiła za nią. Moja świadomość "cofnęła się" do tyłu głowy słuchając co wychodziło z moich ust, a za kierownicą stanęła jej energia i wiadomość którą chciała mi przekazać.

Prosiła, żebym przestała się obwiniać i kilkakronie błagała żebym przestała płakać. "Powiedziała", że teraz jest jej dobrze, że wreszcie nie czuje bólu i nie jest zmęczona. Dziękuje mi za cały nasz spędzony czas, że byłam jej przyjaciółką i wreszcie odżyła kiedy zaczęłam pracować w ich domu. Ogółem nie czułam strachu. "Zobaczyłam" jak podchodzi do mnie, dotyka ręką swojego serca i dotyka moje serce, a potem opiera czoło o moje czoło. Powiedziała mi, że opiekuje się Bunią i Bunia pomaga jej się przyzwyczaić do nowego otoczenia i wtedy oczami wyobraźni "zobaczyłam" Bunię! Bunia stała na jej łóżku, merdała ogonkiem i się wreszcie cieszyła, że może ze mną porozmawiać. Łzy leciały mi z oczu jak wodospad i kiedy próbowałam coś jej powiedzieć, to dziwnie było używać własnej świadomości, żeby wyprodukować jakieś słowa. Potrzebowałam dużo wewnętrznej siły, żeby "przepchnąć" ją ze sterów i wyrzucić z siebie jakieś słowa. Ale Bunia zawsze wracała i słowa same ze mnie same wylatywały. Mniejsza o to co mówiła, ale w wielkim skrócie powiedziała, że jeśli zawsze będę podążać za sercem, za prawdziwą miłością to będę miała szczęśliwe życie i mało zmartwień. Kiedy wiadomość się skończyła, zaczęłam głośno oddychać - to nie było zależne ode mnie! Po prostu na maksa oddychałam - wdech i wydech przez jakieś 10 sekund i wtedy obie odeszły.

Piszę o tym, bo wydaje mi się, że im więcej osób opowiada o takich sprawach i się z nimi oswaja, tym więcej osób zacznie opowiadać o własnych doświadczeniach. Ja sama nie wiem co się wydarzyło. Podejrzewam, ale tylko dlatego, że mi się to przytrafiło to nie oznacza że wiem co się dokładnie stało. Oczywiście do niczego nie zmuszam, jedynie opisuję własne doświadczenie.

W pracy cały dzień piłam smoothie. I nie żałuję, po tym całym wydarzeniu byłam taka zmordowana i cukier mi spadł, że musiałam wypić 2 litry smoothie na raz!   Wzięłam się za prasowanie, niedługo potem przyszła koleżanka, a ja do domu. Jeszcze po drodze zahaczyłam o białą klacz - Angel i jej opowiadałam, że już uzbierałam połowę pieniędzy itp. Zawsze mi serce łamie jak próbuje za mną iść, wyrywa się z łańcucha.

Przyjechałam do domu i moja głowa znowu była pusta - tak jak Wam kiedyś opowiadałam. Po prostu czułam się tak, jakbym była w niekończącym się stanie medytacji. Przyjechałam do domu, wzięłam Karolka i zabrałam do rodziców, żeby miał trochę rozrywki. Karolek był bardzo grzeczny! Siedział na sofie grzecznie koło mamy i razem oglądali telewizję. Z mamą mamy plany gdzieś pojechać w naszą rocznicę, bo w sierpniu minie 10 lat jak mieszkamy w Anglii.

Na dzisiaj to tyle. Cały dzień jestem zmęczona, ale to normalne. Anthony William powiedział, że kiedy oczyszczamy wątrobę i siebie ze złogów, wirusów, itp  i to jest normalne. Zmykam i Kocham. <3

09.04.2018 _ poniedziałek
 

yanaka342
 
Yanaka234: Co może zastąpić mięso w posiłku?
soczewica
ciecierzyca
fasola
boczniaki
soja
tofu
bakłażan
albo po prostu ziemniaki
 

hononey
 
Większość ludzi myśli o sukcesie stereotypowo - ktoś ciężko pracuje, a potem pojawia się sukces. Prawda jest jednak taka, że sukces to wielka i długa droga porażek i wygranych. Codziennej "walki" z samą sobą i myślami. Tak, można siebie kochać całym sercem ale człowiek przechodzi przez dzień, a dzień to nie tylko jedna sytaucja i jeden rodzaj emocji. Jedna sytaucja (mimo, że to tak na prawdę błahe) potrafi spierdolić Ci cały dzień. I dzisiejszy wpis właśnie dokładnie o długiej drodze do sukcesu...

Wczoraj wstałam rano w pracy i musiałam spotkać się z PP w szpitalu, bo miał badanie oczu. Nie miałam okazji zrobić smoothie poprzedniego dnia, więc rano pojechałam do sklepu po dwa smoothie na drogę i do szpitala (brawo ja!). Smoothie trzymało mnie przy życiu (i nerwach xD). Potem jeszcze musiałam z PP stać na przystanku ponad godzinę bo bus nie przyjechał. W domu zjadłam ziemniaki a potem zrobiłam się śpiąca i poszłam do łóżka. Po jakimś czasie stwierdziłam, że jeśli odeśpię zmęczenie to potem nie będę mogła spać w nocy. Wstałam i zabrałam się za ogarnianie domu. Najtrudniej jednak było pod wieczór... Niby nie byłam głodna, ale nie czułam się jakoś wspaniale. Wtedy D zdecydował, że zrobi sobie wegańskie burgery i to jeszcze te, do których mam słabość. Zapach dosłownie mną trzepał, uderzał w każdy zakątek moich zachcianek. Ale stwierdziłam, że nie warto... Sama byłam zaskoczona! Zrobiłam sobie kolejne smoothie!!! I mimo, że czułam się pusto bo nie nagrodziłam zachcianki, to kiedy cukier z owoców wreszcie pomógł mózgowi odzyskać siły, czułam się o wiele lepiej. Wreszcie zaczęłam zrzucać kajdanki uzależnienia od niezdrowego żarcia. Nawet więcej niż to! Kolejny dzień nie chciało mi się robić treningu, ale zrobiłam!!! Więc praktycznie cały dzień jechałam na smoothie i do tego zrobiłam trening, którego nie chciałam! No lepiej się nie da!

A dzisiaj... Obudziłam się o 6 rano (albo 5 czasu zimowego). To jest mój problem obecnie - nie potrafię się przestawić. Ale mniejsza o to. Zeszłam na dół, sok z cytryny, koty, trening, sok z pomarańczy i wzięłam się za gotowanie i sprzątanie. W domu smoothie, potem nawet ziemniaki z brokułami i sosem. Wszystko szło dobrze, nawet bardzo dobrze... Słuchałam Bob Sinclair - Love Generation i byłam taka wesoła, że wzięłam serce Buni, zaczęłam tańczyć a łzy same leciały mi ze szczęścia. Dawno się tak nie czułam. Jeszcze przed wyjściem zrobiłam smoothie.

Całe szczęście, że nie musiałam być w pracy o czasie o którym normalnie zaczynam, bo ciężko bym to przeżyła. W sumie nawet w domu miałam problem, bo o 17.55 odeszła PP w zeszłym tygodniu tego samego dnia. Spojrzałam się na zegarek i znowu przeżywałam jej odejście. Przyjechałam do pracy i było mi pusto. Rozpakowałam się i czułam w sobie pustkę. Chcąc, nie chcąc patrzyłam się po kątach i myślałam co się działo poprzedniego tygodnia. Chcąc uciec od uczuć, po prostu pojechałam do sklepu i kupiłam sobie wegański fast food (burger + kiełbaski).

Czy czuje się zawiedziona? Może trochę, bo stereotypowo liczę na sukces za sukcesem. Wiem, jednak że muszę być easy on myself, zwłaszcza przez co ostatnio przeszłam... Mała potyczka, pozbieram się szybko. O ile regularnie będę robiła treningi, to wybory odżywiania zawsze będą łatwiejsze. Jeśli zaprzestanę treningów, to stracę całą motywację i znowu będę odżywiała się byle czym. Teraz już nie ma odwrotu. Codziennie ćwiczę i CHCĘ codziennie ćwiczyć. Nie dlatego, że siebie nienawidzę, tylko dlatego że jestem już zmęczona widokiem ciała które już nie reprezentuje tego jak się czuję. Zaczęłam siebie kochać i pora, żeby moje ciało również to odzwierciedlało!

Tymaczem idę robić ostatni trening przed spaniem, jestem w pracy i zasypiam w fotelu. Jutro przeczytam Wasze wpisy. <3
 

hononey
 
Hey Kochane. Notka pisana z telefonu bo w pracy, więc odczucia w czytaniu mogą być trochę inne niż zwykle. Także uprzedzam <3

Chciałabym się Wam pochwalić. I nie robię tego dla ego, tylko po prostu jestem naprawdę z siebie zadowolona.

Wreszcie zaczęłam siebie kochać i swoje ciało. Ćwiczę codziennie, nieważne co czy jaka intensywność ale ćwiczę. I mimo, że mi się nie chce czasami, odkładam do najpóźniej jak się da, to i tak biorę się za ćwiczenia i po prostu ćwiczę trzy razy dziennie. Najważniejsze, że buduję rutynę. I to nie dlatego, że siebie nienawidzę (tak jak by to było kiedyś). Teraz to robię, żeby pomóc organizmowi, żeby cały czas podtrzymywać ogień, żeby dotlenić komórki. Bo moje ciało kocha mnie, a ja kocham je jeszcze bardziej <3

Od samego początku gazety dla dziewczyn w młodym wieku mówią że "masz się starać tak i tak żeby przykuć jego uwagę" instalując w nas niepewność, że same, dokładnie jakie jesteśmy nie wystarczymy dla drugiej osoby. Rzucane w nas są kremy odmładzające, nowe kosmetyki bo przecież kobieta musi być perfekcyjna i nietykalna całe życie. A gdyby zamiast tego w gazetach pisali jak zacząć siebie kochać? Jak akceptować samą siebie? No ale przecież kto by wtedy chciał kremy i makijaż?

Nie poznaję siebie, naprawdę... We wtorek pojechałam po banany mimo że mi się tak strasznie nie chciało. Do tego padało co godzinę i ciężko było wyczuć kiedy będę miała wolne okno żeby jechać bez zmoknięcia. Ale wiedziałam, że muszę. Że przez brak bananów zawaliłabym odżywianie a przecież tak ciężko pracuje nad budowaniem rutyny z ćwiczeniami... No i pojechałam <3

Dzisiaj tak samo. Na miasto trzeba było jechać po baterie do wagi, o solarium zahaczyć i zakupy w Aldim bo Karolek bez jedzenia no i lodówka pusta. No i pojechałam!

Jestem z siebie taka dumna, że wreszcie jestem aktywna cały dzień i przestałam się lenić. Co prawda ściemniać nie będę - jest mi ciężko. Wolę siedzieć w domu i grzać kanapę, w domu czuje się bezpiecznie i fajnie byłoby siedzieć w domu i żeby wszystko było przywożone do domu (zakupy, itp) ale prawda jest taka, że szybciej załatwie takie sprawy sama, oszczędzę kasę na dostawie no i przy okazji rowerem pojeżdżę.

Doszło do tego, że nawet dzisiaj w pracy ćwiczyłam! No na prawdę nie mogę wyjść z podziwu, że tak dobrze mi idzie. I nie, nie powiem co robię i jak robię. Najważniejsze że robię! A dzieląc się z Wami, że nie siedzę bezczynnie na dupie dodaje mi to motywacji.

Tyle na dzisiaj Kochane. Spadam spać, bo rano dalej w pracy. Trzymajcie się i pamiętajcie że kochanie samej siebie to nic złego. <3

05.04.2018 _ czwartek
  • awatar glowin': brawa dla Ciebie! z doświadczenia wiem jakie ciężkie jest zmobilizowanie się do takich nawet głupich rzeczy typu wyjście do sklepu jak człowiek siądzie już po pracy, zmęczony na kanapie. niby takie nic, ale takie małe rzeczy dają kopa do działania i są bardzo motywujące! samej mi tego teraz brakuje, także możesz i za mnie trzymać kciuki, żebym przestała się lenić a zaczęła działać
  • awatar szachimatONA: Super popieram !
  • awatar hononey: @szachimatONA: @glowin': dziękuję Wam Kochane za wsparcie. <3
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Zaczęłam dzisiaj rano tracić motywację do ćwiczeń - "Wiem, że powinnam ćwiczyć, ale nie mam chęci". Zrozumiałam, że to przez to, że zostawiam je za późno do zrobienia. Dzisiaj pierwszy wykonałam zaraz po nakarmieniu kotów i od razu poczułam się lepiej. Po prostu trzeba zacząć robić je wcześniej, a nawyk przyjdzie sam. Poza tym muszę sobie dać czas. Wiem, że tłuszcz mi zejdzie z ciała, po prostu muszę dać sobie czas. Najważniejsze, że zaczęłam ćwiczyć i nie przestaję mimo braku chęci <3

Do tego chciałabym się Wam pochwalić czymś szczególnym. Przy mojej wadze - załóżmy zaokrąglone 80kg przy 160cm - miałam spoczynkowy puls 75. Teraz spadł mi do 62 w czasie spoczynku, mimo że nie robię żadnych wysiłkowych ćwiczeń. To na prawdę wielki sukces dla mnie.

U mnie w sumie nic specjalnego do napisania (haha, zawsze tak mówię, a potem się okazuje, że wpis ma więcej jak 1000 znaków xD).

Zabookowałam wreszcie bilety na pociąg nad morze do Cleethorpes na 7 maja. Stacja kolejowa zatrzymuje się jakieś 20 metrów od plaży więc nie trzeba już nigdzie dojeżdżać. W sam raz dla mnie i dla Karolka. Teraz jeszcze tam jest wegańska kanjpa przy morzu, więc to dla nas raj wyjechać tak na jeden dzień.

Dostałam dzisiaj wogóle list od menadżera mojej menadżerki (czyli technicznie szefa). Podziękował mi za całą sytuację jaka miała miejsce w zeszłą sobotę. To na prawdę było miłe. Od razu zadzwoniłam z powrotem z podziękowaniem i za to jak wszyscy dla mnie byli mili. Na prawdę nie czuję się jakbym została z tym sama. I znowu... Nie próbuję na siebie zwrócić uwagi, po prostu opisuję sytuację.

Może jeśli w tym roku wypali mi wyjazd do Polski (Warszawa, Air Show, ślub, rodzina, itp.) to może co roku będę przylatywać na dwa tygodnie, czy coś. Jeszcze się zobaczy. Martwię się tylko, że Pandzia w ostatniej chwili się wypisze ze względu na Jej stan zdrowia, a Warszawę zwiedzać samej to jakoś już tak smutno (zwłaszcza po naszych ostatnich akcjach).

Dzisiaj jednak było krótko. Kocham <3

04.04.2018 _ środa
  • awatar szachimatONA: Obraz w tym przypadku mówi więcej niż tysiąc słów ! Piękny ! Aż sobie skopiowałam :D Zazdroszczę Ci życia za granicą :) Ja się boję z dzieckiem wyjechać :(
  • awatar hononey: @szachimatONA: też bałabym się wyjechać za granicę ale na szczęście za mnie rodzice podjęli ta decyzję kiedy miałam 14 i się tutaj przeprowadziliśmy. Nie było to robione wbrew mojej woli ale na szczęście to nie ja musiałam podejmować taką decyzję. Pierwsze dwa lata jest ciężko ale potem już z górki. <3
Pokaż wszystkie (2) ›
 

hononey
 
Wczorajszy post pisałam ponad 3 godziny z przerwami. Ciężko było do tego wracać. Dzisiaj jednak obudziłam się i czułam się jakby wszystko minęło. Rozpuściło się. Pamiętam jak Tracey mi mówiła, że po śmierci ciała, dusze potrzebują ok trzech dni żeby przyzwyczaić się do sytuacji. Obudziłam się i czułam tak jak to było poprzednio z Bunią kiedy odeszła. Miałam wrażenie, że rozmawiałam z PP kiedy spałam. Że ją przytuliłam i wszystko sobie wytłumaczyłyśmy.

Po przebudzeniu, wzięłam telefon i zaczęłam czytać internety. Znalazłam nowy link, który napisał Cobra tinyurl.com/y9hzg9hd (wtajemniczeni będą wiedzieć o co chodzi). Pisał o tym, że mimo że rodzimy się w ludzkich rodzinach to mamy też duchowe rodziny, np krewną duszę możesz mieć po drugiej stronie półkuli. Łatwo można poznać je po tym, że bardzo łatwo się Wam rozmawia, praktycznie od razu znajdujecie wspólny język i macie wrażenie, że znacie się od zawsze.

Po przeczytaniu tego wpisu uświadomiłam sobie, że dlatego właśnie tak bardzo przeżyłam odejście PP. Po prostu byłyśmy z tej samej soul family. Po całym zdarzeniu miałam pewien wewnętrzny konflikt, bo przecież PP nie była w żaden sposób moją fizyczną rodziną. Tak na prawdę, stawiając sprawę bardzo oschle to byłam jedynie personelem i z profesjonalnego punktu widzenia, nie powinnam nawet płakać. Dlatego tak było mi ciężko przez te 2 dni się z tym pogodzić, bo czułam się jakbym przechodziła przez żałobę, ale teoretycznie to nie było na miejscu. Prawda jest jednak taka, że byłam bardzo zżyta z PP i będąc przy Jej śmierci mam prawo do żałoby jak każdy inny.

Koniec końców, jest mi teraz lżej. O wiele lżej, czuję jakbym na prawdę z Nią rozmawiała podczas snu ostatniej nocy i wszystko sobie wyjaśniliśmy. Cały ciężar z serca został zdjęty i teraz tylko czuję jakby mi ktoś cały czas przytulał czakrę serca do siebie.

Dziękuję Ci PP za naszą przygodę. Za to że mogłam Cię poznać, za to że się mną opiekowałaś, że zawsze mnie wysłuchałaś. Że byłaś moją przyjaciółką, chociaż była to przyjaźń nietypowa. Dziękuję za nasze wycieczki spędzone razem i za Twoją wyrozumiałość kiedy byłam zmęczona. Dziękuję za nasze soboty spędzone w kawiarni z ciastkami i kawą. Dziękuję za nasze niedziele w Sheffield w COSTA. Dziękuję za Twoje chrupki i tego, że mnie tyle nauczyłaś. Dziękuję, że nie wydałaś mnie, że nie myłyśmy Twoich włosów bo miałaś już tego serdecznie dość. Dziękuję, że czasami tupnęłaś nogą, żeby mnie rozśmieszyć. Dziękuję za te miliony kaw które Ci zrobiłam. Dziękuję, że przychodziłaś do pokoju personelu, żeby spędzić ze mną trochę czasu. Kładłaś się na łóżku, a ja w pocie czoła musiałam robić papiery. Ale z Tobą w pokoju było mi lżej. Dziękuję Wszechświatowi, że mogłam Cię poznać i przez te 2 lata miałyśmy nietypową przyjaźń. I tą przyjaźń na zawsze będę pamiętać <3

03.04.2018 _ wtorek
 

hononey
 
... "Nigdy nie uda Ci się bólu stłumić. Ludzie próbują różnych i wszystkich metod, żeby go zagłuszyć, ale tracą tylko czas i energię. Nie bój czuć się bólu i co więcej, nie obwiniaj się, że jest. Ulgę poczujesz wtedy, kiedy go zaakceptujesz. Kiedy wreszcie go zaakceptujesz, w całej jego całości, takim jaki jest, ból odejdzie i zostawi miejsce na nowe doświadczenia" ...
_________

Ten wpis będzie trochę powiewał stanem depresyjnym, ale wszystko po to, żebym mogła z siebie to wszystko wyrzucić a trochę tego jest. Nic nie mogło mnie na to przygotować i to był na prawdę wielki szok. Nie robię tego, żeby zwrócić na siebie uwagę. Po prostu cała sytuacja jest dla mnie traumatyczna i jakoś muszę to wyrzucić. Jeśli jesteście wrażliwymi typami, albo macie dzisiaj bardzo dobry humor, to szczerze odradzam czytania tego wpisu dla Waszego własnego dobra. Dla odważnych, powiem tylko tyle, że czytacie na własną odpowiedzialność i trochę tego będzie.

Dzień jak codzień - z resztą to się stało tego samego dnia, którego był poprzedni wpis. Pojechałam do rodziców na obiad przez pracą, D się nie wyrobił no i był zmęczony. Pojechałam do rodziców na godzinkę, zjadłam zupę (tak jak mówiłam, była za tłusta od mleka kokosowego). Rodzice nawet zdążyli się pokłócić, ale i tak miałam ubaw. Pożegnałam się z Mamą i Tata z powrotem zawiózł mnie do domu.

W domu szybkie szykowanie do pracy, żeby się wyrobić no i przyjechałam do pracy 15.40 (po drodze jeszcze zahaczyłam o klacz o której Wam mówiłam). Nikogo, oprócz jednej podopiecznej [PP] nie miało być w domu, bo reszta pojechała do rodziców na weekend, więc chciałam ją wziąć na ciasto i kawę tak jak zawsze w soboty. W niedzielę chciałam ją zabrać do Sheffield do Costy. Miałam dla nas na prawdę wielkie plany. Ostatni raz w pracy byłam we wtorek.

Weszłam do domu, przywitała mnie koleżanka którą miałam zmieniać, ale nic mnie nie przygotowało na to co zobaczyłam. PP wyglądała dosłownie jak zombie i wcale nie wyolbrzymiam. Nie dość, że zawsze była chuda to teraz wyglądała jak szkielet - chude uda, ramiona a na palcach prawie mięśni nie miała. Obramówkę oczu miała siną, czarną. Podobno od środy przestała jeść i cały czas wracała do łóżka, żeby spać. W 2004 stwierdzono u niej stwardnienie guzowate. Jej brzuch wyglądał jakby była w ciąży, ale tak na prawdę miała guza tej wielkości. Tego dnia, brzuch był dwa razy większy. Nigdy nie pozwalała lekarzowi do siebie podchodzić, więc nie mogliśmy jej nigdzie zabierać do szpitala, bo krzyczała i uciekała na drugi koniec gabinetu. Warto też wspomnieć, że rozumiała wszystko, ale nie mogła mówić. Jedynie pokazała ręką, że chce albo odrzucała, że nie chce.

Koleżanka, pojechała do domu. Na odchodnego jeszcze zażartowałam, że mam nadzieję, że nie będę musiała do szpitala jechać w nocy (chodziło o sytuację ze Stycznia z innym PP). Zostałam sama z PP (bo to sobota i nie potrzeba więcej personelu) i włączyłam nam Shrek'a 4 w TV. Akurat skończył się o 16.20 i PP poszła na górę. Stwierdziłam, że jest w takim stanie, że nie zostanę na dole więc wyłączyłam wszystko na dole i poszłam na górę.

PP leżała na swoim łóżku, głowę miała przykrytą poduszkami więc stwierdziłam, że ma migrenę jak zwykle. Zasłoniłam zasłony i poszłam do pokoju personelu i nasłuchiwałam jej oddechu. Brzmiał trochę jak astmatyk, który próbuje zaczerpnąć powietrza i potem się uspakajało. Zeszłam na dół, żeby zrobić Jej soku, wróciłam i dałam do picia. Wzięła łyka i oddała kubek. Beknęła jakby miała bąbelki. Cały czas chciała leżeć, a kiedy nie mogła, szybko siadała na łóżku. Wszyscy myśleliśmy, że się wyliże. Zawsze się wylizywała, ze wszystkiego. W środę podobno lekarz został poinformowany i powiedział, że też jej przejdzie. Najwidoczniej ma jakiegoś wirusa...

Tak więc siedziałam w pokoju dla personelu, słuchając jej oddychania. Nie chciałam nad nią wisieć, bo i tak miała głowę przykrytą poduszkami. Z każdym najmniejszym dźwiękiem leciałam do jej pokoju (w międzyczasie zadzwoniłam do Jej rodziców, mówiąc że jeśli chcą mogą przyjechać i ją odwiedzić). W końcu zrobiło się nagle bardzo cicho, adrenalina skoczyła mi na maksa i PP odeszła... Oszczędzę Wam opisu całej sytuacji, ale był to na prawdę nieprzyjemny/trumatyczny widok. Poza tym z szacunku dla Jej rodziny. Próbowałam Nią potrząsać, ale nic nie dało. Byłam w wielkim szoku, od razu zadzowniłam po karetkę. Nie mogłam z siebie wyrzucić słowa, cały czas mówiłam Yyyy yyy y... W końcu mnie połączyli z karetkami.

Od razu zaczęłam mówić, że pacjent nieprzytomny, nieoddycha, straciła płyny, itd. Dyspozytorka chciała, żebym wzięła się za pierwszą pomoc, ale ona leżała na łóżku. Powiedziała, żebym ją zdjęła ale nie miałam jak. Płakałam, zaczęłam krzyczeć, że dlaczego PP mi to robi, przecież tak ją lubiłam. Dyspozytorka powiedziała, żebym pociągnęła ją za kostki wzdłuż łóżka, żeby kolana zwisały z łóżka. Próbowałam, ale za każdym razem łóżko jechało razem z nią (to nie było szpitalne bo to normalne mieszkanie, tylko normalne). W końcu udało mi się. Kolana bezwładnie zwisały z łóżka i kazała mi delikatnie ściągnąć resztę PP. Starałam się najdelikatniej jak mogłam, ale grawitacja zrobiła swoje i ciało bezwładnie upadło na ziemię z wysokiego łóżka. Zaczęłam jeszcze bardziej ryczeć z szoku, ale byłam szkolona na pierwszą pomoc więc od razu zaczęłam masaż serca. Na głos liczyłam każdy masaż serca. Za jakieś 2 minuty słyszałam, że ktoś puka do drzwi, odeszłam od PP i zaczęłam krzyczeć, że na górze. Rozłączyłam się z dyspozytorką i pogotowie przejęło całą akcję. W pewnym momencie było jak 8 ludzi w jej małym pokoju. Zadzwoniłam do rodziców PP, żeby im powiedzieć, ale sama nie mogłam wydać przez płacz. Nie będę się wdawała w szegóły, ale PP odeszła...

Kiedy ratownicy mi to powiedzieli, po prostu się rozryczałam. Wszyscy się na mnie patrzyli bo wiedzieli, że jestem tylko personelem. Przez łzy powiedziałam żeby się mną nie przejmowali i nie chcę im przeszkadzać w pracy. Poszłam do pokoju personelu i po prostu płakałam. Nie mogłam przestać. W końcu stwierdziłam, że muszę być gotowa kiedy przyjadą rodzice PP. Wstałam i ratowniczka mi powiedziała, żebym poszła na dół i napiła się czegoś gorącego. Wiem, że chciała żebym im nie przeszkadzała i żebym poczuła się lepiej, bo cały czas się pytałam czy w czymś im nie pomóc. Zeszłam na dół, razem ze wszystkimi telefonami (menadżerka już była poinformowana). Myłam ręce przy zlewie chyba dobre 2 minuty. Potrzbowałam ten "brud" z siebie zmyć.

Wszyscy sanitariusze już prawie poszli, został jeden, żeby spisać protokół. Usiedliśmy w kuchni na dole. Zostałam tylko ja i on i zaczął zadawać mi pytania odnośnie tego co się stało. Powiedział, żebym się nie przejmowała i broń boże nie winiła za sytuację. Powiedział, że najprawdopodoniej odeszła w momencie o którym Wam nie chciałam pisać. Nawet gdybym zadzwoniła 5 minut wcześniej, to by nic nie zmieniło. Zaparzyłam mu kawy, w międzyczasie przyjechała rodzina PP. Mama PP przytuliła mnie z całej siły i obie płakałyśmy. Wiedziała, jak bardzo byłam z nią zżyta. Rodzina usiadła i ratownik zaczął opowiadać całą sytuację. Widział w jakim byłam stanie i powiedział rodzinie, że robiłam co się dało próbując mnie podnieść na duchu. Mama PP powiedziała, że to zabrzmi źle ale cieszy się, że to ja byłam przy PP - obie wiedziałyśmy co ma na myśli. Złapałam ją za rękę, przystawiłam do swojego czoła i zaczęłam płakać i przepraszać. Ratownik od razu powiedział, żebym się nie obarczała winą i że to nie moja wina i widział jak bardzo byłam zżyta z PP.

W międzyczasie zadzwonił do mnie menadżer który zajmuje się innymi domami opieki i pytał jak się czuję. Podziękowałam mu za troskę, rozpłakałam się na chwilę i przeprosiłam, ale chciałam wracać do całej sytuacji. Wróciłam, niedługo potem przyjechał policjant. Jeszcze potem przyjechała moja menadżerka - to był na prawdę dobry moment, bo już sama nie wiedziałam co mam robić. Pokój PP był cały brudny, nadal tam leżała, policja chciała odemnie dokumentów które niestety były w biurze (a była sobota) a tylko ja byłam na zmianie. Menadżerka przyszła i pomogła mi się ze wszystkim uporać. Policjant odradził rodzinie zobaczenia ciała, ja musiałam je zidentyfikować i znowu płacz. Rodzina poszła do domu. Dałam swoje zeznanie policjantowi i koło 21 specjalna karetka przyjechała po ciało. Dwaj mężczyźni byli ubrani w garnitury - na prawdę robiło wrażenie, dawało dużo szacunku.

Policjant się z nami pożegnał i kazał mi ze wszystkimi z kim mogę rozmawiać na ten temat, żeby nie trzymać tego w sobie bo zwarjuję. Policjant poszedł, a menadżerka kazała mi się zbierać i wracać do domu mojego. Powiedziałam, że wykluczone, że ona nie zostanie z tym sama. Ja jedynie potrzebowałam prysznica, żeby z siebie zmyć ten smród i oczyścić energetycznie. Umyłam całą siebie, włosy. Prawie cały żel zużyłam byleby tylko nie czuć tego. W końcu wyszłam, wysmarowałam się i założyłam ubrania które nosiłam pod spodem (tego dnia - dzięki bogu - ubrana byłam na cebulę, kilka warstw). Menadżerka poprosiła o gorącą wodę, żeby wymyć podłogę w pokoju PP. Udało nam się, dom był wymyty. Znalazłam jeszcze album PP, przeglądała zdjęcia z naszych wycieczek. Koło 23 pojechałam do domu rowerem, na szczęście wiatr pchał mnie do przodu. Po drodze rozmawiałam z moją Mamą przez telefon.

Weszłam do domu i D mnie przytulił. Chwilę pogadaliśmy, ale nie byłam zmęczona. W pracy zanim jeszcze działa się cała sytuacja, wypiłam dwa litry smoothie. Nawet nie chce myśleć w jakim bym była stanie, gdybym nie miała ze sobą smoothie (cukier z owoców, broni nasz układ nerowowy przez adrenaliną i jednocześnie chroni nas przed zespołem stresu pourazowego). Dodatkowo z początkiem tygodnia zaczęłam ćwiczyć. To stereotypowe co teraz powiem, ale fakt że zaczęłam ćwiczyć też dużo pomógł, bo byłam ciut pewniejsza siebie niż gdybym była bez ćwiczeń.

W domu po prostu siedziałam. Wszyscy z personelu, którzy pracują ze mną w tym domu do mnie dzwonili i wysyłali wiadomości jak się czuję, itd. Menadżerka jeszcze się ze mną kontaktowała. Miałam ćwiczyć tego wieczora, żeby ztłamścić ból, żeby po prostu się wyżyć, ale padłam. Zdjęłam z siebie wszystkie ubrania, łącznie z butami i zostawiłam przed pralką. Nie chciałam ich nawet dotykać. Poszłam spać.

Następnego poranka (niedziela), automatycznie przyzwyczajona już obudziłam się koło 5 nad ranem i mimo że byłam wyspana, wolałam dalej spać. Nie chciałam o tym myśleć. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to po prostu widok PP kiedy umierała. Obudziłam się o 7.20 i już nie mogłam się zmusić do dłuższego spania. Wstałam i zeszłam na dół. Sok z pomarańczy z miodem, a potem dokańczałam zupę z kapusty którą ugotowałam dzień wcześniej. Zaczęłam płakać. Wzięłam serduszko Buni i przytuliłam mocno do siebie.

Oglądałam TV, żeby o tym nie myśleć, ale było na prawdę ciężko. Każdy moment który był wolny, cały czas mi to leciało przed oczami, cała ta sytuacja. Kiedy zapomniałam na chwilę o sprawie, nadal czułam się nieswojo i zastanawiałam się czemu tak się czuję i cała sytuacja znowu wracała. Nie dało się od tego odejść, wszystko w głowie mi buzowało całą sytuacją więc chciałam poćwiczyć, żeby to wyrzucić, żeby się wyżyć, żeby przestało boleć. Bardzo byłam zżyta z PP - traktowałam ją jak przyjaciółkę.

Poszłam poćwiczyć na dole i Karolek różnież był w moim pokoju. I nagle do głowy "przyszedł" mi ten tekst z samego początku wpisu. Kiedy to do mnie doszło, coś w mnie pękło i zrobiło mi się lżej. Coś po prostu we mnie puściło. To nie był jeszcze koniec tych uczuć, ale coś we mnie puściło. Dokończyłam ćwiczenia i poszłam na górę do łóżka. Byłam śpiąca. Zamknęłam oczy i wszystko znowu zaczęło do mnie wracać i mimowolnie zaczęłam obwiniać się całą sytuacją. D przyszedł do pokoju i zaczął się o mnie martwić. Nie mógł zrozumieć dlaczego tak bardzo przejęłam się całą sytuacją. Powiedziałam, że PP była dla mnie jak przyjaciółka i też zawsze się mną opiekowała i czuję się wszystkiemu winna. W końcu D się postawił i jak to facet potrafi, na zimno postawił mi sytuację i znowu zaczęło mnie puszczać i się rozryczałam. Uspokoiłam się, D poszedł do siebie a ja zasnęłam w łóżku.

Obudziłam się kilka godzin później. Zaraz przed przebudzeniem miałam sen z PP. Siedziała na fotelu i sytuacja wyglądała tak jakby nadal żyła ale było już po wszystkim. Zapytałam się jej dlaczego mi to zrobiła, a PP złapała mnie za rękę i tak samo jak sny z Bunią, spojrzała mi głęboko w oczy. Wybaczyła mi i "powiedziała", że teraz jest jej lepiej. Ten sen bardzo mi pomógł, ale nadal w każdą wolną chwilę do głowy wchodziła mi cała sytuacja. Niedługo potem zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy - ta z którą się kiedyś pokłóciłam. Dzwoniła z zastrzeżonego - normalnie nie odbieram takich numerów, ale myślałam że to policja. Gadaliśmy prawie godzinę. Nie było mi lepiej, ale cieszyłam się ze snu. Zrobiłam sobie herbaty owocowej - w sumie to nawet kilka. Przed 23 stwierdziłam, że jednak zrobię dzisiaj ten treninig. Wybrałam jogę i boy, oh boy, czułam się jak zupełnie inna osoba po skończeniu. Na prawdę zrobiło wielką różnicę.

D też był padnięty, więc położył się spać o 23. Poszłam na górę i przed snem jeszcze rozmawialiśmy. Dopasowaliśmy się tak ciałami, że byliśmy wplątani jaki puzle, ale było wygodnie. Bardzo potrzebowałam się do kogoś przytulić, poczuć drugą osobę, żywą... Przed snem poprosiłam wszystkie istoty światła teraz i na zawsze, które chcą pomóc, żeby usunęli wszystkie wspomnienia związane z sytuacją. Żeby zamienili je w światło i wysłali to światło komu tylko potrzebne, a w miejsce w moich wspomnień wypełnili światłem i ciepłem. Zasnęłam.

Nie pamiętam za bardzo snów, wiem że śnił mi się blondyn z niebieskimi oczami ale nie pamiętam w jakim konkekście no i Karolek mi się śnił, czyli o coś prosił, ale też nie pamiętam dobrze. Obudziłam się o 7.50 ale byłam bardzo zmęczona bo od kilku dni się nie uziemiałam matą. Hormony wzięły górę i z D mieliśmy przyjemny poranek. Oboje wstaliśmy. Kiedy D poszedł do toalety krzyknęłam z sypialni, żeby wrzucił moje ubrania które tam zostawiłam do pralki. Nie wiem czemu, ale miałam do nich wstręt. Nie mogłam ich dotknąć, przechodziłam od nich na kilometr. Wrzucił, ubrałam się i poszłam na dół ogarniać kuchnię. Dzisiaj było o wiele łatwiej niż wczoraj. Ciągnęła się za mną sytuacja, ale nie było mi to przypominane na każdym kroku.

Dzisiaj był dzień solarium, do tego pomarańcze mi się skończyły no i chciałam tą zupę z cebuli wreszcie ugotować. Pojechałam na miasto i ciężko było. Wspomnienia nadal wracały, ale było zdecydowanie lżej niż poprzedniego dnia. Codziennie do mnie piszą znajomi z pracy i menadżerka. Myślę, że będzie co raz łatwiej, ale drugie najgorsze przedemną...

W czwartek do pracy, ale będę ze znajomą. Znajoma zostanie ze mną do 19.30 a potem będę sama z dwójką PP. To jeszcze jakoś dam radę przeżyć. W piątek będzie dużo ludzi w pracy, więc też się czymś zajmę. Najgorzej będzie w weekend, kiedy będę tylko ja i jeden PP. Będzie siedział w swoim pokoju, w domu cisza i tylko ja i on. Całe szczęście, menadżerka dała mi numer do psychologa który jest czynny 24/7, więc chyba zadzwonię, albo tutaj będę pisała. Jeszcze nie wiem, ale wiem że będzie mi ciężko. W ogóle to możecie się spodziewać okresu, kiedy będę się odnosiła do całej sytuacji tutaj. Nie dlatego, że próbuję zwrócić na siebie uwagę czy narzekać - po prostu, muszę to z siebie wyrzucić.

Teraz jak myślę o tym śnie z białą klaczą o której Wam mówiłam poprzednio to się zastanawiam, czy to przypadkiem nie chodziło o PP. I do tego jeszcze pamiętam jak Tracey się pytałam czy moi krewni po drugiej stronie mają dla mnie jakieś wiadomości, ale moi guardians im nie pozwalali mi powiedzieć, ale czułam że coś jest na rzeczy. Do tego PP odeszła o 17.55 (angielski czas -> 5.55pm). Powtarzjące się 5. Chyba tak musiało być i padło akurat na mnie...

02.04.2018 _ poniedziałek
  • awatar Nuttkaa: z bólem nie trzeba żyć(nie licząc tego fizycznego) ból psychiczny zazwyczaj zadają nam bliscy ludzie (przyjaciele,itp) nie trzeba tego akceptować można pozbyć się bólu dopierając do swojego życia odpowiednie osoby
  • awatar hononey: @Nuttkaa: gdybyś przeczytała wpis, zrozumiałabyś do czego nawiązuję <3
  • awatar szachimatONA: Wow aż się spociłam jak to czytałam. Nigdy jeszcze nie przeżyłam takiego traumatycznego przeżycia. Podziwiam Cię za siłę. Ja pewnie zwymiotowałabym, i zemdlała i dostała zawału serca na miejscu :( Wiem że to głupio zabrzmi jak byłam dzieckiem bardzo przeżywałam stratę zwierzaków babcia mi wtedy mówiła że nie wolno płakać po czyimś odejściu bo ta osoba nosi dzbanek z naszymi łzami i jest jej ciężko :) W niektórych kulturach też nakazuje się cieszyć w tym dniu. Po za tym w innych kulturach mówi się że "śmierć to nie koniec życia, tylko jego kolejny etap" i że tam gdzie idzie dusza jest lepiej ludzie pozbawieni są wad, chorób, otyłości, wszyscy są równi itp.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

hononey
 
Widzę, że ludzie nadal odwiedzają mojego bloga mimo, że rzadziej piszę. To miłe i dziękuję Wam z całego serca <3 dzisiaj dłuższy wpis, bo potrzebuję z sieie wszystko wyrzucić.

Trochę rzadziej wchodzę, bo w sumie takiego stresa mam. Stresa przed samą sobą. Niby wszystko mi się teraz układa - lepiej by być nie mogło. Wreszcie praca mi spadła i już nie muszę zapierdalać codziennie, mam więcej czasu dla siebie. Dzięki temu dom ogarnięty - ba, nawet w ogródku udało nam się odchwaścić dróżkę i wygląda teraz po ludzku można przejść bez większego problemu - tutaj macie zdjęcia, przed i po: tinyurl.com/yac3hevx tinyurl.com/y9zsuxnb tinyurl.com/ybjod5xf tinyurl.com/ya4xv7nc nawet Karolek robił mi inspekcję.

Zabrałam ostatnio Karolka na spacer do lasu. Stwierdziłam, że skoro ładna pogoda to chociaż się trochę przejdę. Nie wiem ile zrobiłam kilosów, ale przyjemnie było się tak przejść. Czułam Bunię z Dżojem obok mnie i szło się jakoś raźniej. Potem położyłam Karolka na górę plecaka i tak sobie siedział na samej górze, o: tinyurl.com/y7cswkjy Najbardziej mnie wkurza to, że na zdjęciach wychodzę jak pół tyłka zza krzaka, ale jak w domu zdjęcie zrobię to już nie jest tak źle [facepalm] tinyurl.com/y9tyq2kw tinyurl.com/y7guyuw3

Co do związku, D przyznał mi rację jeśli chodzi o kolegę. Powiedział, że tamten w ogóle nie ma planu na życie ani ambicji. Przychodzi do nas grać na telefonie i palić fajki. Od kiedy uszkodził sobie rękę w pracy w listopadzie (coś związanego z nerwem), ma płacone chorobowe ale pracę już prawdopodobnie stracił. Teraz jeszcze matka go wczoraj z domu wyrzuciła więc tę noc przespał u D w pokoju (chociaż uważam, że to niesprawiedliwe że go wyrzuciła, bo płaci matce za rachunki a jego bracia nieroby nie robią praktycznie nic). Ja na szczęście w pracy więc z dala od tego zgiełku. Ale nawet D się nie podoba cała ta sytuacja i cały czas tamtemu powtarza, gdzie ma iść i co ma zrobić, żeby załatwić sobie miejsce do spania, itd. Nawet przez telefon koledze powiedział, że nie ma opcji żeby został u nas. Wczoraj tylko mojemu wysłałam wiadomość, że mi nie przeszkadza, że tamten sobie u niego śpi - wiadomo, że w życiu zdarzają się cieżkie sytaucje i każdego może spotkać. Mi tylko chodzi o to, żeby tamten się ogarnął i jak najszybciej znalazł miejsce, a nie że przesiedzi u nas miesiąc bo nic innego się nie znalazło. Dostaje chorobowe, dlaczego nie mógł sobie kasy odłożyć tylko wszystko wydaje na zioło i pizze? Po prostu nie ogarniam tego człowieka. I on jeszcze chciał do mnie startować... Z czym? Bo dobrze zarabiam?

A propos związku... Możecie pomyśleć, że jestem samolubna i pieprzona egoistka, ale... jeśli mam być z Wami szczera to nie uśmiecha mi się opiekowanie niepełnosprawnym wujkiem D, kiedy jego babcia odejdzie. Wujek w ogóle nie chce iść pod opiekę obcych ludzi (czyli takich, gdzie ja pracuję mimo że miałby niebo pod nosem) i babcia D się zaprała, że wujek tam nie pójdzie. Czyli, że całe życie będzie pod opieką najbliższej rodziny. Wujek cierpi na autyzm - nic nie rozumie co się do niego mówi. Nie potrzebuje jakiejś specjalnej opieki z wyjątkiem tego że ktoś musi być w domu. I wiecie co? Nie po to staram się tak o siebie z odżywianiem, nie po to wyleczyłam się z tylu chorób, żeby marnować życie na opiece wujka D tylko dlatego, że nie zgadzają się żeby ludzie którzy się na tym znali i mają za to płacone się nim opiekowali. Dlatego jak wspomniałam, zjebie się sytuacja z D i się wyprowadzam. Do tego jeszcze D nienawidzi ludzi, po prostu się brzydzi ludźmi. Wszystkich nazywa debilami itd. I codziennie mam w koło pierdoło takie śpiewanki i mnie to powoli zaczyna wykańczać psychicznie. Od przeprowadzki z D przytyłam 15kg. Po prostu szkoda gadać...

A teraz uwaga... Obnażę się przed Wami ze wszystkich moich strachów. Nie zależy mi żeby o tym rozmawiać z kimkolwiek ale czuję z jakiegoś powodu wstyd i czuję że muszę się z tym ukrywać (chyba przez rodziców - ale o tym kiedy indziej), więc muszę o tym napisać, żeby wreszcie się przyzwyczaić do tego uczucia i OWN IT. Otóż jem dużo niezdrowego jedzenia, znowu wróciłam na śmieci. Wszystko teraz będę pisała jak mi leci z głowy więc nie wiem czy to będzie miało sens, chodzi o to żeby z siebie to wyrzucić a nie myśleć o czym się pisze.

Wiem, że tak ładnie mi szło ale mam w głowie ideał tego jak powinnam się odżywiać - wiem, że to głupie. Magazyny i inne pierdoły sprzedawane w gazetach dają nam uczucie idealizmu - tak wygląda idealny świat a jeśli nim nie podążasz to nie będziesz się tak czuła. I tak w głowie mam wielki ideał tego jak powinnam jeść. Zaburzeń odżywiania się pozbyłam (binge eating, anorexia, bulimia, itp) ale nadal zostały okruchy tego jak mam jeść. Mi by nie przeszkadzało, żeby jeść szejki i soki cały dzień - na serio nie, ale idziesz do sklepu i kurna zaczyna Tobą rzucać i nim się obejrzysz wychodzisz ze sklepu z paczką czipsów i tym podobne. Poza tym nie mogę jeść niektórych rzeczy - jak chleb czy tłuste rzeczy a jednak fajnie byłoby móc jeść rzeczy które wszyscy jedzą. Po prostu się czuję jakbym nie należała do stada, do żadnej grupy. Czuję sie po prostu taka samotna. Całe szczęście, że mam Karolka bo chyba bym bez niego zwariowała. Tak kochane, jem niezdrowe rzeczy, żeby poczuć się częścią stada (grupy, że przynależę). Wiem, że to głupie ale nie wiem jak inaczej to opisać. Na żadne dodatkowe zajęcia nie mogę się zapisać, bo praca a znając życie i tak pewnie są płatne. Do siłowni za chiny nie pójdę - juz to przerabiałam. Poza tym za dużo marnowania czasu. Wolę w domu godzinkę. Więc no ten, jestem samotna. Czuję się, jakby nikogo nie było oprócz mnie i smutek/pustkę zajadam niezdrowym jedzeniem. Czuję wstyd, że muszę to ukrywać dlatego, że jako dziecko nie mogłam jeść cukierków, czekoladek itp bo stan mojej skóry by się pogorszył. Kiedy rodzice się dowiadywali o tym, miałam na prawdę przesrane w domu i dostawałam po dupie. Nie dziwię się bo rodzice wydawali wszystkie oszczędności na leki nie znając prawdziwej przyczyny, a mnie ciągneło do wszystkiego. [właśnie się rozryczałam, czyli powoli zaczynam stare rany z siebie wyrzucać]. Teraz już rozumiem dlaczego nie mogę się zdrowo odżywiać dłużej niż kilka dni a potem znowu wracam na śmieci. Po prostu próbuję zastąpić przynależność do grupy jedzeniem. Dlatego jeżdżąc do pracy na wakacje, nigdy nie miałam problemu z jedzeniem zdrowego jedzenia - miałam znajomych i codziennie wieczorem siedzieliśmy przy herbacie i rozmawialiśmy. Mimo, że teraz z internetem jest łatwiej się porozumieć z drugą osobą, to jednak nic nie zastąpi tej obecności drugiej osoby. Dlatego tak dobrze mi się zawsze z Pandzią na naszych podróżach po Warszawie gada, bo wreszcie możemy z siebie wszystko wyrzucić. Nawet z Mamą tak nie mogę pogadać kiedy u nich jestem, zazwyczaj przyklejona do telewizora albo cała rozmowa spada na jej temat. Z Tatą może jeszcze by się dało, ale on z kolei za dużo ma drażliwych tematów i lepiej nic na ten temat nie mówić. Więc jak same widzicie, brakuje mi po prostu żywej przyjaciółki, tu na miejscu żeby kilka razy w tygodniu można było się spotkać. Czuję się sama jak palec. I wiem, napisałam już to multum razy ale tak właśnie słowa lecą mi z głowy. Nawet nie przeczytałam jeszcze tego co napisałam. Po prostu jestem samotna i chyba wreszcie na to narzekam. Zawszie siedziałam cicho - ktoś mnie nie akceptuje, to trudno. Przecież nie wszyscy muszą mnie kochać. No ale niestety teraz wychodzi na to, że samotność jednak mnie dopadła i nadal nie zależy mi na tym, żeby komuś imponować. Po prostu chcę być częścią jakiejś małej grupy - robić coś razem. Pamiętam jak z dziewczynami z dzieciństwa spotkałam się w zeszłym roku i jak przyjechałam do domu i czułam że wreszcie odżyłam. Po prostu jestem samotna...

25.03.2018 _ niedziela
  • awatar Help Me :'(: Jaki fajny króliczek :)
  • awatar .Miss Independent.: ja tez się czuję samotna, szczególnbie teraz po tej wyprowadzce od eks.
  • awatar ms moth: Kawał dobrej roboty :) btw zazdroszczę ogródka! Rzeczywiście ten kolega ma kiepską sytuację, ale to go też nie usprawiedliwia... I w życiu nie wzięłabym Cię za egoistkę. Nie dziwię Ci się, że nie uśmiecha Ci się opiekować wujkiem D., masz swoje przejścia, zmartwienia, obowiązki i życie, poza tym nie jesteś Matką Teresą. Dobrze, że to wszystko z siebie wyrzuciłaś. Przykro mi bardzo, że tak się czujesz, ale pamiętaj, że nic nie trwa wiecznie. Nie potrafię jakoś "sensownie" Cię pocieszyć, bo właśnie jak napisałaś co innego znajomości w internecie a co innego te w "realu", jedyne co mogę zrobić to po prostu z całego serca życzyć Ci wszystkiego dobrego. Zmian, by samotność zastąpili ludzie i zniknęły problemy z jedzeniem i z tym myśleniem.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Hey Kochane. <3

Trochę mnie nie było, ale to wcale nie oznacza, że uciekłam. Jak wspomniałam, byłam zajęta. Niedługo kładę się spać, więc postaram się wszystko jak najbardziej streścić.

Dużo się u mnie podziało i dlatego nie mogłam pisać. No więc jak zwykle najważniejsze sprawy. Karolek wylądował u Vet'a. Miał zastój jelit a to u królików bardzo niebezpieczne - mogą umrzeć. Niestety przez to, że Karolek zmienia sierść na wiosenną, dużo się liże, sierść staje w jelitach i jest blokada. Gdybym w niego mogła więcej wepchnąć siana, to jeszcze dałby radę, ale z racji że Wać Pan jest humorzasty i lubi wybrzydzać, to cholera mała je sianko tylko z ręki... No i weź tu siedź z nim cały dzień, żeby sianko jadł. Raz już mu zmieniłam, to tak się oblizywał bo jakie to sianko ładnie pachnie i jakie zielone, i ah i oh a teraz konkretnie ma na nie wyjebane. Wracając do tematu, Karolek cały i zdrowy. Kupiłam mu kolejne sianko i ma teraz 3 do wyboru (rozpuściłam sierściucha na maksa, no ale tak go kocham, nooo...).

Druga sprawa, wreszcie mam prawie wyremontowany własny pokój - D zrobił mi u mnie półki. Do tego sypialnia też już wreszcie pomalowana. Ba! Nawet firankę kupiłam, lol (Mama nawet nie mogła uwierzyć z tą firanką). Więc wreszcie zaczynam czuć, że to jest dom.

Na spotkanie z medium nie udało mi się pójść, bo Karolek był u vet'a tego samego dnia, ale to nic. Naważniejsze, że pogadałam z Tracey. Cały czas Tracey słyszała od moich Opiekunów, że mają dla mnie wielkie plany ale nic nie chcieli powiedzieć. Jedyne co powiedzieli w wakacje, to że powoli będą podwyższać moje światło i ogółem moja sytuacja się poprawi. No i że czeka mnie zmiana pracy. Za jakieś kilka lat będę musiała się przeprowadzić do innego kraju. Będzie mi trudno, ale jeśli się zdecyduję to będzie mi o wiele lepiej.

No więc zawsze pod koniec naszej rozmowy się pytam, czy moi Opiekunowie mają jakąś dla mnie wiadomość. No i Tracey dostawała jakieś wskazówki, słowa kluczowe ale nie chcieli jej nic powiedzieć, jedynie tylko że to będzie związane z pomaganiem ludziom i odżywianiem. No więc powiedziałam Tracey o moim planie otworzenia kliniki dla ludzi z problemami odżywiania, że to da się wyleczyć bo w mózgu zalegają metale ciężkie które są odpowiedzialne za takie i nie inne myśli i że to nie jest choroba psychiczna, którą można zaleczyć zmuszając takie osoby do jedzenia niezdrowego, tuczącego jedzenia. I dopiero wtedy Tracey mogła więcej powiedzieć, bo Opiekunowie chcieli, żebym sama to powiedziała własnymi słowami. Powiedziała, że pierwsza "klinika" (nie lubię tego słowa - za bardzo brzmi szpitalnie) musi powstać w Polsce i dlatego będę musiała się tam przeprowadzić. Więcej Wam nie zdradzę, bo sama muszę dużo przemyśleć i po prostu, ogółem, także, ten...

A właśnie, a propos myślenia. Ostatnio przestałam pisać na pingerze i się to odbiło na moim jedzeniu. Do tego jeszcze doszło to, że nie miałam dostępu do pożądnego jedzenia i wszystko poszło w las. Wczoraj jadłam praktycznie same czipsy (piszę o tym dlatego, żeby to z siebie wyrzucić - skoro wszyscy o tym wiedzą, to nie muszę się z tym ukrywać i przez to czuć winna). Dzisiaj za to miałam swoją pierwszą zmianę od 8 rano do 16 po południu i nie miałam czasu niczego przygotować do jedzenia. Jedyne co w domu wypiłam sok z pomarańczy z moimi domowymi dodatkami o których wspominałam kilka razy. Zapomniałam wspomnieć, że mam zapalenie pęcherza a bakterie nienawidzą wit C - to działa na nie jak trucizna. Z racji faktu, że nie miałam żadnego jedzenia ze sobą w drodze do pracy pojechałam po smoothie sklepowe i wydałam za 4 szejki niecałe 9 funa (to dużo) ale powiedziałam, że walę to - przynajmniej pomoże mi z pęcherzem i nie będe na okrągło wpierdzielała czipsów i innych schorzeń.

No i przez to że cały dzień byłam zajęta, piłam butelkę co godzinę i muszę powiedzieć że to było na prawdę miłe uczucie tak po prostu pić gotowce. W pracy zjadłam tylko ziemniaki (bo tam trzymam worek w garażu) i w czasie powrotu do domu ogarnęło mnie jakieś dziwne uczicie - nawet nie wiem jak to opisać. Wiatr był bardzo silny, ale na szczęście popychał mnie do przodu na rowerze. Przez to nie musiałam tak bardzo pedałować, nie słuchałam nawet muzyki i wpadłam w trans zamyślenia. Tak mi się organizm wyciszył, że nawet nie miałam ochoty ust otwierać. Po prostu czułam się tak spokojnie, błogo, cicho, zbalansowana, itd.

Przyszłam do domu i nie miałam ochoty wydać jakiegokolwiek dźwięku. Nawet pisać nie miałam ochoty, po prostu w głowie panowała istna cisza. Wszystkie myśli się uspokoiły, panowała cisza. D dwoił się i troił dlaczego nie chcę rozmawiać, dlaczego leżę na łóżku i patrzę się w sufit, a ja czułam jakby mój mózg leciał na mega dawce endorfin.

Jeszcze w drodze do domu na rowerze zaczęłam mieć dziwne myśli. Zadłam sobie sprawę, że z kolegi D jest taki zakurwiały pasożyt. Pasożytuje na życiu/czasie innych bo nic nie może zrobić ze swoim. Nawiązując do tematu myśli, mój kolega z college'u który bardzo, ale to bardzo mi się podobał z czasów kiedy to ja byłam mega szczupła, zaczął pracować w Coscie. Zawsze miał taką mega energię, zawsze uśmiechnięty. Bardzo dawno go nie widziałam, ale teraz właśnie tam pracuje i zdałam sobie sprawę z tego, że D i jego kolega wyciągają ze mnie całą moją energię. Dosłownie ściągają ze mnie całe światło. Porównałam siebie w takim prowizorycznym związku z osobą pełną energii i siebie w obecnym "związku" z D i jezu chryste, ja się tu marnuje... Ja jestem prawie w stanie depresyjnym. Nieważne, jak ładnie urządzę mieszkanie, nie ważne jak D będzie się starał mocno za nas dwoje żeby ten związek odbudować - ja nigdy nie będę z nim szczęśliwa... Możesz kochać jego, on może kochać Ciebie ale to nie oznacza, że jesteście dla siebie stworzeni - taka myśl do mnie przyszła.

I to jest właśnie najtrudniejsze. Szkoda mi go, tak bardzo mi go szkoda. Wiem jak się stara i wiem ile go to kosztuje i że za każdym razem ryzykuje odepchnięciem... A to kurwa boli najbardziej. Z resztą przy tym jak mu powiedziałam, że chcę się wyprowadzić powiedziałam mu, że ostatnia szansa nie będzie szczera z mojej strony (ale i tak ją wziął wiedząć, że go już nie kocham, bo to też mu powiedziałam).

Wiecie co jest najgorsze? Że myślicie o takich sprawach jako osoby trzecie, czasami czwarte i myślicie, że własnie tak byście postąpiły - moralnie, bezboleśnie byście odeszły i byłoby po sprawie. Ale życie nie jest takie proste i dopóki nie staniecie przed takim samym wyborem, to do tego właśnie momentu, same nie wiecie co podejmiecie.

16.03.2018 _ piątek
  • awatar .Miss Independent.: To egoistyczne podejście ale twoje szczescie się liczy.
  • awatar hononey: @.Miss Independent.: być może i egoistyczne, ale to dlatego mam siedzieć w związku, dlatego że druga osoba mnie kocha? Kochałam go jak mogłam, najmocniej jak potrafiłam ale spierdolił sprawę na maksa. Tyle przepłakłam, aż w końcu coś we mnie umarło. Nie czuję się jakby można to było już odbudować - po prostu jest martwe. Stara się jak może, ale we mnie jest pusto. I cóż mogę poradzić...
  • awatar ms moth: Trzecia część od dołu - doskonale Cię rozumiem, idealnie to ujęłaś. No i pod ostatnim akapitem też mogłabym się podpisać, to może się wszystko wydawać takie proste, ale jednak chodzi o uczucia...
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Kochane moje Pingerki <3 U mnie wpis jak zwykle o niczym i wszystkim i jakoś postaram się ogarnąć najważniejsze (dla mnie) tematy. Przy okazji, w tych krótkich linkach pokażę Wam zdjęcia do czego nawiązuję w danym akapicie. Nie lubię wpisów zawalać fizycznie zdjęciami, bo robi się bałagan, ale krótki adres url mi nie przeszkadza.

Po pierwsze, kolejna "zima stulecia" w Anglii. Na nieszczęście tym razem był powód, żeby panikować bo śnieżyca nie z tej Ziemi. Na dodatek tego samego dnia miałam jechać ROWEREM do pracy. Rano wstałam, żeby wyciągnąć kasę z konta i przy okazji kupić saszetki dla kotów, żeby starczyło na miesiąc. Po drodzę jeszcze się wywaliłam na rowerze - no spoko. Babka do mnie podchodzi czy wszystko okay, a ja w śmiech (mam dystans do siebie) a koleś z samochodu jeszcze większy śmiech i śmieje się że ma to nagrane. No spoko xD

Najgorsze w jeździe rowerem był wiatr ze śniegiem - jadąc pod wiatr nic nie było widać, ale na szczęście jak już miałam jechać do pracy, to przestało i główne drogi były odśnieżone. Tutaj macie zdjęcia jak u nas śnieżyło: bit.ly/2FapMzc bit.ly/2tkA0aE

Z racji śniegu, odwołano też pokaz zwierząt niestety, więc zamiast paradować z Karolkiem po nieznanych terenach, wzięliśmy się z D za malowanie sypialni! Wcześniej sypalnia miała kolor obżydliwie, nudnie żółty. Zero życia. Wybierając kolor z D w sklepie, nie mogliśmy się zdecydować (farby kupowaliśmy w październiku) i wzięliśmy pierwszy lepszy neutral który będzie pasował pod fiolet. Muszę Wam powiedzieć, że całkiem dziwny kolor - raz przypomina jasny fiolet, potem brąz, potem grafit - nie można się zdecydować ale efekt na ścianie jest mega. Nawet na zdjęciu kolor wychodzi jakoś dziwnie - bit.ly/2H3RUR5

Jutro D będzie mialował ostatnie dwie ściany na fiolet, ale próbuje mnie przekonać do fioletowego sufitu - nie przejdzie (mimo, że na początku też o tym myślałam). Za to jutro ja biorę Karolka do rodziców i będę rozmawiała z Tracey 4 godziny. Najbardziej mi się za Bunią tęskni i jakoś co raz bardziej zaczyna mi Jej brakować, mimo że śni mi się prawie codzinnie a rodzicom już nie.

A propos pracy, miałam pracować do 9.30 w czwartek ale przez to że pozamykali szkoły dla niepełnosprawnych, pracowałam praktycznie 48h. Cieszyłam się najabardziej z tego, że nie musiałam wracać w tą pogodę do domu i potem znowu do pracy.

A jeśli chodzi o tytuł, to chciałam się z Wami czymś podzielić. Nie wszyscy musicie w to wierzyć, ale ja i tak potrzebuję z siebie to wyrzucić więc po prostu możecie ten akapit ignorować. Czasami przed snem proszę Istoty Światła, żeby mi pomogły zmienić mój system wierzeń (belief system) na pozytywny, pozbyły się wszystkich ścieżek myślowych które już mi nie służą i zastąpiły nowymi, które teraz mi bardziej pomogą i wiecie co? Czasami same się zdziwicie, że już na tą samą sytuację nie reagujecie tak samo. Albo ostatnio poprosiłam, że chcę jak najwięcej pozytywnej roboty zrobić na astralu i kiedy obudziłam się, poszłam do toalety, załatwić sprawy i patrzę w lustro i widzę samą siebie ale jakoś do odbcia oczu nie mogłam się przyzwyczaić. W sesnie, tak jakbym patrzyła na zupełnie obcą osobę. Tak jakbym spędziła na astralu jakieś 3000 lat i wreszcie wróciła do swojego obecnego ciała. Nie wiem, dziwne uczucie ale przynajmniej nadal tu z Wami jestem, nie? xD

Czym jeszcze się mogę Wam pochwalić (w sensie opowiedzieć)? Ahhh... D wreszcie zaczyna się pożądnie wkurzać na kolegę! Dzisiaj tamten przyszedł o 12 (ja już i tak byłam w tak koszmarnym nastroju bo Karolek znowu przegryzł kabel) i wydałam z siebie jęk złości przy czym od razu usłyszałam od mojego D jak mówi koledze, że tamten może zostać tylko na godzinę. Byłam jeszcze wkurzona dlatego, że dzisiaj mieliśmy malować a nie chciałam żeby to zostało do zrobienie do nie wiadomo której. W końcu tamten poszedł do domu i przeprowadziliśmy z D szczerą rozmowę i D sam przyznał, że kolega przychodzi bo mu się nudzi. Nie chce mu się w domu siedzieć z matką a jest już od 4 miesięcy na chorobowym zwolnieniu i woli u nas przesiedzieć. Do tego powiedziałam D, że tamten liczy tylko na to aż D zacznie zarabiać kupę kasy i będzie się mógł podłączyć pod zysk. Do tego jeszcze D powiedział, że tamten liczył że z nami wykupi mieszkanie! TAKI C*UJ!!! Ogółem stanęło na tym, że D powiedział że zacznie ograniczać wizytacje kolegi do dwóch dni w ciągu tygodnia - normalnie nie poznaję chłopaka.

Zaczniecie pewnie myśleć co z myślami o przeprowadzce - tak jak mówiłam żyję chwilą. Na chwilę obecną, dalej szukam mieszkania. Czekam tylko aż coś się między nami znowu spierdoli i się wyprowadzam, a wierzę że Wszechświat mnie wspiera więc bardzo się niczym nie przejmuję.

No i myślę, że to chyba ostania rzecz, kolorowanki dla dorosłych. Miałam już tą książkę od dawien dawna bo w 2015 roku kupiłam ale nigdy nie miałam okazji kolorować bo albo nauka albo obowiązki. Więc dzisiaj chciałabym się Wam pochwalić moimi dwoma ostatnimi "dziełami": bit.ly/2H4Yg2t bit.ly/2I4hK8A bit.ly/2tftkdE bit.ly/2D1XcKs

To tyle na dzisiaj moje Kochane. Dodałam na yt reakcję Karolka na śnieg, ale wideo się zawiesza i co bym nie zrobiła, to po prostu nie działa. Z resztą same zobaczcie...

04.03.2018 _ niedziela


 

hononey
 
Dzisiaj napiszę trochę wcześniej wpis bo akurat mam się ochotę wygadać a przez kilka dni nie będę miała dostępu ani możliwości, żeby się wygadać.

Jutro rano muszę wyciągnąć kasę z konta na wynajem, kupić ziemniaki i pojechać na małe zakupy. Potem do pracy na 16.00 aż do następnego dnia (czwartek), kończę o 9.30, szybko do domu i znowu do pracy na 15.30 i dopiero w piątek kończę o 16.00. Weekend na szczęście będę miała wolny, ALE w sobotę muszę porzygotować pokój na malowanie a w niedzielę zabieram Karolka na pokaz zwierząt o którym wcześniej psiałam. W Poniedziałek będę miała kolejną sesję z Tracey (4 godziny) bo muszę się wypytać kilka rzeczy. Dopiero wtorek, środa będę miała na prawdę wolny. W czwartek do pracy na spotkanie z menadżerką i piątek znowu praca. Po pracy spotkanie z nowym medium, które będzie organizowane blisko miejsca gdzie pracuję i potem w weekend znowu do pracy. Także same widzicie, że u mnie przez pewien okres będzie cisza.

(Dla tych, dla których przycinanie pazurków u zwierząt jest mało ciekawe, polecam w tym momencie skończyć czytanie, bo tylko się zanudzicie, a ja i tak potrzebuję się wygadać.)

Poza tym, piszę bo dzisiaj udało mi się Karolkowi przyciąć pazurki. Co prawda robiłam to wcześniej, ale nie z takim sukcesem. Od początku... Karolek zawsze bardzo się stresował całym obcinaniem, wiadomo bo nie rozumiał i takie tam no i ja nie miałam wprawy. Zwłaszcza, że Buni mogłam robił cały manicure maszynką, kiedy ta spokojnie leżała na boku. Ale z racji faktu, że pazurki u Karolka nie były już dawno robione więc powiedziałam mu wczoraj: "Karolek, jak nic jutro pazurki przycinamy i już nie ma wymigiwania się. Przycinamy i już." No i dzisiaj rano, zjadłam śniadanie i mówię do Karolka, że będziemy przycinać. Jakoś specjalnie go to nie przejęło, ale kiedy wzięłam klatkę żeby go złapać (Karolek nie lubi być podnoszony, ale lubi sam wejść do klatki i klatkę wtedy można podnieść) to zrozumiał że nie żartowałam. Wyjęłam matę gumową na blat w kuchni i Karolek sobie wyszedł. Tętno podwyższone ale jakoś był bardziej wyluzowany niż zwykle.

Cały czas do niego mówiłam, jaka jestem z niego dumna i że nie wszystkie zwierzaki tak pozwalają właścicielom a on mi tak ufa i wogóle. I ładnie dał mi łapkę (to znaczy sama wzięłam, ale mi jej nie wyrywał) i podzięłkowałam. Przycinanie pazurków jest o tyle trudniejsze, że Karolek ma ciemne paznocie więc u niego bez podświetlenia nie widać gdzie ma wrażliwszą część paznokcia, albo potocznie mówiąc "mięso". Także starałam więc podcinać o wiele wyżej, ale największy problem miałam z "kciukiem". I tu na ratunek przyszedł D! Powiedział, że pomoże (szok).

Przycięliśmy pazurek ale z racji, że Karolek nie dawał ruszyć tylnych łapek (chował je pod sam pempek), poprosiłam D, żeby go potrzymał tak żeby było widać tylko dolne łapki. No i lewe górne i dolne paznokcie przycięte. Zaczynałam czuć mokro przy kuperku więc chyba chciało mu się do toalety i go wypuściliśmy. Zagoniłam go na piętrze do króliczej toalety i był taki bida "zmordowany" a aż na boku się w kuwecie położył i stres z niego wychodził. Stwierdziliśmy z D, że damy mu czas ochłonąć. D poszedł na fajkę, a ja w międzyczasie opowiadałam Karolkowi jaki był dzielny i że sprawił mi tyle szczęścia tym że tak bardzo mi zaufał bo nie wszystkie zwierzaki sobie pozwalają.

D wrócił z fajki, ja dokończyłam jedzenie i poszłam po Karolka. Nie opierał się, żeby wejść do klatki kiedy ją przyniosłam i znowu ładnie wszedł na stół. Przednia prawa łapka poszła bez problemu, ale kiedy D go wziął na ręce cały czas się przekręcał żeby mu podciać pazurki u lewej więc było trochę zamieszania. Z mojego iPada leciała miła klasyczna muzyka więc też wierzę ze trochę mu pomogło. Pazurki w końcu podcięte (na szczęście króliki nie mają "kciuków" w tylnych łapkach). Zaniosłam Karolka do naszego łóżka i wypuściłam.

Karolek zszedł i usiadł w drzwiach i zaczął się myć i już nie oddychał stresowo. Był bardzo spokojny. Znowu zaczęłam mu dziękować i prawić komplementy, jaki był dzielny, itd. Buzi nawet mi dał! Całą twarz mi wylizał, więc chyba zrozumiał o co chodziło z pazurkami. Wygłaskałam go i wycałowałam, jeszcze futerko trzeba było wczesać bo przecież niepoukładane po takim zabiegu i Karolek w siódmym niebie zaczął "mielić zęby" (to jest taki rodzaj króliczego mruczenia). Usiadłam na samej górze schodów i Karolek podbiegł, zawinął się przedemną w bochenek i "głaszcz mnie Mama bo grzeczny byłem, jeszcze raz posłucham jaki jestem dobry królik". Ba! Nawet niedługo potem na dół zeszłam i on zaraz za mną.

Widać pazurki jednak za długie były, ale ja nadal się uczę i Karolek sam się przyzwyczaja, jednak za każdym razem lepiej. Zdecydowanie uważam, że to był sukces. Wierzę, że są profesjonaliści którzy potrafią przyciąć pazurki w 5 minut, ale my z Karolkiem nadal jesteśmy na etapie nauki. Tym bardziej, że we wtorek planuję wziąć go do weta na sprawdzenie, czy moje przycinanie jest na szóstkę.

Dobra Kochane. Tym miłym akcentem kończę wpis i nie wiem kiedy z powrotem się odezwę ale bloga nie zamykam, także na pewno napiszę. <3
  • awatar ms moth: Rzeczywiście masz napięty harmonogram na najbliższe dni. Poza tym bardzo dużo godzin naraz pracujesz! Nie męczy Cię to? Podziwiam. Ale kochasz i dbasz o Karolka, bardzo to widać. :) Świetnie trafił <3 No i może rzeczywiście D sobie coś przemyślał? Teraz ta pomoc, wcześniej te przytulenie się i rozmowa, co prawda po wcześniejszych humorkach, ale jednak. Szczerze mam nadzieję, że będzie częściej się wykazywał i Cię zaskakiwał, bo jak wiesz wiem co czujesz i mimo wszystko dalej trzymam za was kciuki. Kończę mój wywód, dużo energii w najbliższym czasie życzę, zapewne się przyda :*
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Tak nieudanej wycieczki jeszcze dawno nie miałam, ale od początku...

Babcia D wreszcie w szpitalu w Sheffield. Przewieźli ją wczoraj w nocy. Jutro w południe będzie miała operację bypass'ów. Bilety na pociąg były kupione na dzisiaj więc z podróżą nie było problemu.

Wstałam po 7 a D obudziłam o 10. Poszedł na fajkę, nawet się umył łącznie z włosami i ugotowałam mu na szybko ryż z sosem bo głodny był. Pociąg miał być o 12.42. Dziesięć po dwunastej wyszliśmy z domu. Szłam tak szybko, że nie mogłam mówić. Na szczęście doszliśmy przed czasem i musieliśmy czekać 10 minut. Zaczęło mi się robić zimno więc mówię, że do poczekalni pójdę - trochę tam cieplej. On do mnie czy musimy, a ja że nie ale on sobie może marznąć sam. Poszłam na poczekalnie, on za mną. Za dużo ludzi więc wyszedł. Zaraz pociąg przyjechał i zajęliśmy miejsca.

Nie dość, że usiadł przy oknie to jeszcze grał w gry na komórce. Pytam się czy się nie zamienimy, skoro on tak gra i nie patrzy przez okno a ja chcę pooglądać. Ten do mnie, że nie będzie się zamieniał bo już usiedliśmy a daleko do okna nie mam bo tylko 20 cm różnicy od niego... Nawet się nie odezwałam. Z nim po prostu nie da się kłócić. Myśli że ma rację i nie przekonasz go do niczego.

Dobra wychodzimy z pociągu i mówię, że jeżeli mamy iść na wrapy to tam trzeba mieć kasę bo kart nie akceptują (ja kupowałam bilety na pociąg a on miał nam załatwić jedzenie). On do mnie, że kartę wziął i czemu nie pomyślałam wcześniej. Bo dopiero teraz sobie przypomniałam. Poszliśmy do nourish - knajpa ze zdrowym jedzeniem. Było tak pysznie i zdrowo, że atmosfera między nami nawet się poprawiła. Oboje najedzeni i fajnie się nam rozmawiało. Nawet śnieg za oknem padał i było przez chwilę magicznie. Widać było po D, że się cieszył że postawił mi jedzenie itd.

Zadzwoniliśmy do szpitala, żeby dowiedzieć się gdzie leży babcia D no i po jakiś 20 min już wszystko było wiadomo. Jeszcze tylko do costy się wróciliśmy bo potrzebowałam WC i gorący napój. Jeszcze do mnie D z tekstem że nie powinnam wchodzić do męskiej toalety... Damska była zablokowana a i tak to było tylko pomieszczenie na jedną osobę więc miałam to konkretnie gdzieś. Dobra gorący napój załatwiony i wyruszyślimy...

Musicie wiedzieć (bo to ważne), że Sheffield jest krainą górek - wielu, dużych, stromych górek. Jeszcze w Doncaster mówiłam D, że nie będę biegała po Sheffield, tylko szła własnym tempem na co oczywiście się zgodził. Poszliśmy w trasę i po 20 minutach zaczął marznąć. Nie wziął cieplejszej kurtki bo była brudna (tak jakby komuś to miało przeszkadzać) i nie chciał założyć czapki bo i tak by nic nie dała, ale cały czas narzekał że jest mu zimno BO TO JA ZA WOLNO IDĘ... (on ma prawie 190cm a ja 160cm). I co chwilę słyszałam, że jest zmęczony tym że wolno idę, że ciągle musi się odwracać, żeby sprawdzić czy za nim jestem. Za rękę nie chce iść bo nie czuje się komfortowo. Wszystko była moja wina i miałam go już tak dość, że mu powiedziałam żeby sobie szedł sam własnym tempem a ja dojdę do szpitala sama. Więc przyspieszył i szedł ale na tyle żeby mnie widzieć i żebym mu pokazywała w którą stronę iść (miałam Google Maps). W końcu raz tak przyspieszył, że znikł, więc ja stwierdziłam że pójdę na skróty których Google Maps nie chciało mi pokazać. On poszedł prosto (że aż zniknął) a ja skręciłam w lewo. Doszłam do szpitala ale z racji, że to kilkanaście budynków porostawianych po różnych miejscach to jeszcze do odpowiedniego trzeba było dojść.

Jestem już na terenie szpitala i D do mnie dzwoni. Pyta się gdzie jestem i odpowiadam, że jestem prawie już pod budynkiem i ten do mnie z tekstem, że czekał na mnie przeszło 10 minut na końcu tej długiej ulicy aż dojdę. Powiedziałam, że poszedł swoim tempem więc ja poszłam swoją drogą i powiedziałam, że do niego dojdę. Wkurzył się na mnie i rozłączył telefon. Znowu była moja wina...

Doszedł do mnie jak łapałam windę. Nic nawet nie powiedział w windzie tylko sapał wściekły. Do babci weszliśmy oboje jakby nigdy nic i udawaliśmy, że między nami okay. Minęło półtorej godziny i czas było się zbierać. Pożegnania z babcią i wyszliśmy.

Między nami znowu było okay ale w szpitalu nie mogłam znaleźć zasięgu, a chciałam pobrać aplikację żeby móc ściągnąć aplikację na bilety do autobusu (oboje byliśmy przemarźnięci więc nawet nie było mowy o powrocie na piechotę). Dopiero przy wyjściu był sygnał, znalazłam szybko autobus o której nas zabierze. Było tak zimno, że nie mogłam palcy zginać wybierając przyciski na telefonie. Musiałam jeszcze ściągnąc tą aplikację do kupna biletu. Dobra ściągnięta. Autobus za 3 minuty a ja muszę jeszcze konto zakładać! Dobra 2 minuty, konto założone. Okazało się, że po złej stronie ulicy jesteśmy. Biegiem na przeciwny przystanek, autobus już 10 metrów od nas a telefon nie chce zaakceptować Apple Pay! Dobra, loguję się przez PayPal'a i udało się. Bilety kupione. Stoję przy kierowcy, żeby "skasować" wirtualny bilet, kolejka za mną a telefon cały czas się ładuje! W końcu kierowca (bardzo uprzejmy nawiasem - seryjnie) też zaczął się wkurzać na aplikację i powiedział, że jak będziemy wychodzić, żeby mu pokazać tylko ten bilet. No spoko. Siadamy, udało mi się zresetować aplikację, D oczywiście na mnie już sapie bo jak zwykle moja wina bo nie pomyślałam o tym wcześniej i czemu ich nie kupiłam jak był czas. Następny przystanek i podchodzę do kierowcy i pokazuję mu bilet. Kasuję jeden, kierowca się cieszy. Chcę aktywować drugi a kierowca do mnie, że tylko jeden może być aktywny w danym czasie (a było nas przecież dwoje i dwa bilety całodniowe wykupione - myślałam, że rzucę tym gównem za okno). W końcu kierowca widział, że bardzo się starałam i tylko poprosił, żebym zadzowniła wieczorem do obsługi klienta i im wszystko wytłumaczyła. Powiedziałam, że obiecuję.

D oczywiście o wszystko się sapał, bo wina aplikacji, ale przedewszystkim iPhone'a bo głupi, bo taki, bo sraki. W końcu nasz przystanek i doszliśmy do stacji kolejowej. Była 17.38 a pociąg miał być o 18.12. Mogliśmy jechać tylko jednym przewoźnikiem dlatego bilety były takie tanie. Okazało się że pociąg był aż opóźniony do 18.29. Stwierdziłam, że jestem za bardzo głodna, żeby marznąć na peronie (nie było się gdzie ogrzać) i kupiłam 3 wrapy i 2 flap jacks z Marks and Spencers. Wybuliłam trochę kasy, ale jakby nie patrzeć dzisiaj jest mój fat monday więc mogłam sobie pozwolić. Dałam kawałek jednego D, bo dłosłownie zamarzał mi przed oczami. Dłonie miał lodowate i nie czuł już stóp z zimna. Pociąg cały czas przedłużali i D cały czas narzekał, że nigdy już nie będzie jeździł pociągami bo to jedna wielka pomyłka. W końcu poszliśmy na pociąg, w pociągu ciepło ale siedzielismy tylko 20 minut bo w Anglii szybko jeżdżą, lol.

Wyszliśmy, D pomógł mi się zapakować i szliśmy do domu. Prawie w ciszy, bo nie chciało mi się już z nim gadać. Dzisiaj miałam już mu powiedzieć, że chcę się wyprowadzać i gówno mnie obchodzi jak bardzo się stara, bo uczucia nadal mam takie same. Wyciąga ze mnie całe szczęście. Jeszcze w drodze powrotnej, mimo że mróz i sam marzł, zadzwonił do przyjaciela żeby zaczął się zbierać bo już w domu będziemy niedługo... Kurna, jak ja do niego dzwonię to wielki problem ale jak wracamy do domu, to daje znać koledze kiedy będzie żeby tamten już jak najszybciej przybiegł. W domu byliśmy może 19.30.

Przyszłam do domu, dokończyłam to co mogłam, kolega już przyszedł i poszli na górę. Ugotowałam mojemu zupę z soczewicy na rozgrzanie bo obiecałam wcześniej i poszli na fajki a ja się wzięłam za pingera. Pisałam i pisałam, aż w końcu tamten poszedł o 21.40.

I teraz największy szok... Kolega poszedł, a D usiadł koło mnie i się przytulił i praktycznie wytłumaczyliśmy sobie cały dzień i wszsytkie niedomówienia. Nie mogłam uwierzyć. Nadal jestem na niego wkurzona, bo na wszystko narzekał. To była jak do tej pory moja najgorsza podróż. Nie, najgorzej było na wegańskim festiwalu bo praktycznie cały cyrk był nastawiony na kasę i do tego jeszcze niedomówienia ze znajomymi. To był mój drugi najgorszy wyjazd. Tak jak zawsze jeżdże i mam farta (zwłaszcza z Pandzią), tak z D praktycznie wszystko poszło się jeb*ć. Wszystko nie działało, było spóźnione. Tylko tyle, że zobaczyliśmy babcię całą i zdrową w szpitalu no i mój Garmin pokazał mi że przeszłam dzisiaj 14km. Całe szczęście że miałam sportowe.

Dobra koniec narzekania, dałam upóst ile mogłam, będzie mi się lepiej spało. Na sam koniec zdjęcie z miejsca w którym jedliśmy z D. Na zdjęciu nie widać, ale padał śnieg. Kocham. <3

26.02.2018 _ poniedziałek
  • awatar ms moth: Śliczne te zdjęcie, wygląda jak inspiracja z internetu. Aż chciałabym tam się teraz przenieść, jeść i obserwować padający śnieg. <3 Ale przykro mi, że tak wypad się nie udał, zwłaszcza, że miałam nadzieję, że będzie zupełnie odwrotnie. Aż nie wiem co napisać, po prostu mi szkoda. :(
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
No więc nadszedł ten czas, żeby znowu z siebie trochę wyrzucić.

Po pierwsze, Babcia D jest w szpitalu. Miała zawał serca i teraz tylko czeka na termin, żeby mogli jej założyć bypass'y. Operację może mieć tylko w specjalistycznym szpitalu, więc mają ją przewieźć do Sheffield. Jeszcze nie wie kiedy, cały czas czeka na informacje ale powiedzieli, że najpóźniej ma mieć operację we Wtorek. Ja już bilety kupiłam na poniedziałek no i powiedziałam D, że jak pojedziemy do Babci, to od razu możemy pozwiedzać Sheffield. Zwłaszcza ze praktycznie nie mielismy ze sobą czasu. I teraz największa surpsise! Powiedział, że nawet jeśli Babci jeszcze nie zawiozą do Sheffield, to i tak tam jedziemy na jedzenie i pochodzić! Że chce spędzić czas i w ogóle... No byłam w szoku normalnie.

Druga sprawa, dostałam dzisiaj piękny payslip z pracy i potrącili mi prawie 500 funtów podatku... Myślałam, że zamorduję.

Po trzecie, dzisiaj Karolek będzie spał w klatce, bo D będzie spał u Babci i pilnował wujka a ja w pracy. Już czuję jak Karolek będzie się buntował... No a poza tym udało mi się zmiany zamienić więc w przyszłą niedzielę biorę Karolka na pokazy małych zwierząt organizowane przez schronisko dla świnek morskich. Nie liczę, żeby Karolek coś wygrał. Najbardziej mi zależy, żeby pobawił się z innymi królikami itp.

A propos Karolka. Brzuszek zaczął mu warczeć, a to zazwyczaj oznacza produkcję gazu i sprawia dużo bólu królikom. Musi być praktycznie na samym sianku i suchej karmie (+ oczywiście mokre warzywa, itp). Zrobiłam mu wczoraj zdjęcie i wygląda jakby mu się wcale nie podobało na co jest "skazany". Patrzcie na tą minę xD

Dzieci nigdy nie zrozumieją rodziców xD

24.02.2018 _ sobota
  • awatar ms moth: Trzymam kciuki za zdrowie babci D! No i wow, rzeczywiście chyba wziął sobie Twoje słowa do serca. Oby wypaliło zwiedzanie i było miło. ♥ Awww nawet nie wiedziałam, że są takie pokazy. Te zdjęcie jest przecudne, przepięknie Karolek wygląda, mimo, że naburmuszony. I ten ostatni tekst hahah <3
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Po pierwsze chciałabym Wam oznajmić, że moja maszyna do pisania wreszcie do mnie dotarła. Potrzebuje małych napraw, ale głęboko wierzę, że wszystko uda mi się sprawnie załatwić.

Po drugie, odwiedziła mnie wczoraj koleżanka której nie widziałam blisko 2 lata. W wakacje razem pracowałyśmy jako opieka na obozach dla nastolatków. Bardzo przyjemna praca, tylko przysłowiowo nie było kiedy się podrapać więc nigdy nie miałyśmy czasu żeby po prostu usiąść, pogadać i się zrelaksować. Pracuje w moim mieście, 10 minut drogi pieszo od mojego domu, więc jeszcze lepiej. No ale od początku...

Stwierdziłam (jako chujowa pani domu), że zaproszenie koleżanki na obiad/herbatę to dobry pretekst, żeby wysprzątać całą chatę. Tak więc od samego rana uwijałam się w pocie czoła (dosłownie). Udało mi się wysprzątać wszystko oprócz kafelek w łazience, okien i framug... bo na to już nie było czasu, lol. Dla zainteresowanych powiem, że nawet moją obrzydliwą, żółtą wannę udało mi się wyszorować (żółta jest naturalnie). Koleżanka pracę kończyła o 16.30 a ledwo po 17 byłyśmy w domu.

Ugotwałam nam zupę z batatów i nie mogła się nią najeść. Ugotowałam zupę z groszku ale na nią już miejsca nie miała. Były ciastka, była herbata, po prostu było miło. O 19 przyjechała po nią mama odebrać, bo w innym mieście mieszka. Mamę też zaprosiłam do domu i siedziały kolejną godzinę. Wyszły niedługo po 20stej.

A właśnie a propos znajomych... D opiekuje się teraz niepełnosprawnym wujkiem kilka nocy w tygodniu dopóki jego babcia jest w szpitalu i nie będzie miała operacji. Więc przyszedł do domu przed 12 i już rozmawiał z kolegą. Powiedziałam mu tylko żeby tamtemu nie mówił, żeby nie przychodził. Mój na to że tylko na jedną fajkę i tamten spada. No to ja, że zawsze jest mówione że tylko jedna fajka a potem wygonić nie można. Powiedziałam, że nie będą mi się cały czas po domu kręcić, kiedy ja próbuję sprzątnąć. Zwłaszcza, że wczoraj padało, w kuchni białe posadzki i wracając z ogrodu zostawia się błotniste ślady. Tamten przyszedł, powiedziałam że mi nie przeszkadza sam fakt, że jest tylko żeby się nie kręcili bo chcę sprzątać. D nawet pomógł mi odkurzyć pokoje na piętrze, wymienił karton spod żwirka dla kotów i kilka innych rzeczy. Przed 15stą kolega poszedł do domu i sobie przez neta grali na komputerach. Ja za to miałam okazję żeby ogarnąć łazienkę. Potem jak już wiecie, pojechałam odebrać koleżankę, obiad zjedzony i wróciła z Mamą do domu...

Ja za to ogarnęłam duży pokój, naczynia do zmywarki (takie tam duperele) i wreszcie mogłam wyciągnąć nogi przed siebie z herbatą w ręku. Siedzę, odpoczywam, cieszę się pożądkiem w domu póki jest i D schodzi na dół a było już po 21szej. Pyta się czy kolega może przyjść...

O ŻESZ KU*WA JEGO MANIA!!!

Byłam bardzo miła i powiedziałam D, że nie ponieważ jest za późno i pora, żeby kolega nauczył się zasad i granic przyzwoitości. Powiedziałam mu bardzo kulturalnie, że nawet koleżanka moja wiedziała o której jest pora żeby wracać do domu (mimo, że w głębi bardzo chciałam, żeby dłużej została) i że to nie jest pora na odwiedziny. D przyznał mi po raz pierwszy rację i nawet sam stwierdził, że kolega go trochę wkurza, bo kolega wie, że D "musi" się najpierw mnie zapytać czy tamten może przyjść i wie co odpowiem, więc automatycznie stawia D w niezręcznej sytuacji i nas poróżnia. Powiedziałam D, że jeśli tamten chce przyjść i odebrać to co zostawił przez przypadek to niech przyjdzie i już go nie ma, ale na fajkę nie zostanie.

D do mnie, że na fajkę też chciał zostać. Powiedziałam mu spokojnie, że nie. Poprosił mnie, że to ostatni raz "Just this once". Zgodziłam się, bo powiedziałam mu że tylko dlatego że mnie prosi ale pora żeby tamten się nauczył. D napisał do tamtego że jak chce to niech przychodzi ale od razu, bo pocałuje klamkę. D się naczekał, w końcu powiedział że idzie sam zapalić a jak tamten przyjdzie to niech od razu idzie do ogrodu, bo już sam był wkurzony. Akurat kolega przyszedł jak z D rozmawiałam i sama otworzyłam mu drzwi... Ah, jaka to była radość. Otworzyłam drzwi i prosto z mostu mu powiedziałam, że to nie jest godzina (21:40) na odwiedziny i pora żeby się nauczył, kiedy jest odpowiedni czas na odwiedziny, tym bardziej że już u nas dzisiaj był. Wie gdzie ma swój dom, a jeśli mu się nie podoba to może przychodzić kiedy ja pracuję i mnie nie ma. D się na mnie spojrzał z wielkimi oczami a ja kulturalnie powiedziałam, że byłam bardzo miła i szczera. Mój powiedział tamtemu, żeby zabierał po co przyszedł, zwijał fajkę i szedł do ogródka. Wyszedł zaraz przed 22gą.

Skończyło się pierdolenie moje Kochane. Kolega D bardzo nas poróżnia i wpierdala się gdzie nie potrzeba. Przez to że spędza cały czas z moim, mój już potem nie ma chęci spędzać czasu ze mną, bo tamtem mu cały czas truje. Jestem bardziej stanowcza jeśli chodzi o kolegę. Zawsze może przychodzić, kiedy ja pracuję i nie będzie żadnego problemu.

To tyle na dzisiaj Kochane. Próbuję się powstrzymać przed naprawą maszyny do pisania, bo wiem że jak usiądę i ją rozbiorę to całą noc będę naprawiała a jutro przecież do pracy. Kocham <3
  • awatar ms moth: Podasz przepis na zupę z batatów? Ostatnio pierwszy raz w życiu ich spróbowałam i od razu pokochałam, mimo, że wszyscy wokół mi się dziwią. :P Fajnie, że miło spędziłaś czas na pogaduchach z koleżanką, czasami takie spotkania są bardzo potrzebne. :) I pięknie się zachowałaś jeśli chodzi o tego kolegę, stanowczo, ale kulturalnie. Zresztą samą prawdę powiedziałaś. Eh, faceci to takie dzieciaki często. :/ @trochę późno odpowiadam, ale z moim D. już nieco lepiej, odpoczęliśmy od siebie jak byłam na tym wyjeździe, a jakiś czas wcześniej przeprowadziłam z nim bardzo poważną rozmowę i powiedziałam wszystko wprost. Od tego czasu o dziwo jest nieco lepiej, więc jakieś postępy są. Widziałam, że ty też ze swoim rozmawiałaś i też coś ruszyło. I czytałam coś ostatnio u Ciebie, że po prostu teraz żyjesz chwilą, ale jak coś znowu się zepsuje to odchodzisz. Właśnie podobnie jest też u mnie. :) My to z tymi facetami to chyba bratnie dusze jesteśmy. :P
  • awatar Ach2017: Bardzo dobrze, że jesteś stanowcza. Dalej bądź. :)
Pokaż wszystkie (2) ›
 

hononey
 
I jak zwykle nie mam o czym gadać, ale mam chęć pozbyć się tego natłoku z głowy. Zwłaszcza przed spaniem, żeby z czystym umysłem iść do łóżka.

Dzisiaj miałam sen ale napisane jest po Angielsku, bo napisałam do Tracey. Dla ciekawskich, zawsze jest tłumacz (wybaczcie, na prawdę nie mam ochoty tłumaczyć).

“I had such a realistic/conscious dream this morning and you've asked me to let you know when I get one so I thought I'd describe you this one. First of all my train/travelling/flying dreams have finally stopped and I feel so relieved. So here's the dream: it starts with with me and my dad watching a video clip on old TV (colour TV but the old heavy ones) of some sort of a song that sounded like linkin park/U2. The guys were singing/playing music in front of a big pyramid. The singer was in the middle and there was a golden projection of a goddess/cleopatra behind him (a massive one) by his sides, there were the band members who were playing the music and there was a projection of two massive golden snakes on each side of cleopatra (the circumference of a snake was taller than the guys that were playing). So one second I'm watching it, the other second I'm actually inside of a clip (I wasn't sucked in, I just changed my surroundings). The guys are still playing and I'm with my dad. There was a panic on the set (pyramid behind us and lots of green grass everywhere, town could be seen in distance) because the longer they played, a strong storm was getting closer to us. Out of nowhere the rain started pouring down and I actually felt really wet and the thunderbolts started hitting the ground right in front of me. Like literally few feet away from us. I stayed close by the pyramid, my back were touching it and I was getting wet but I figured that the angels are protecting me so I might only get wet. My dad said that people are running away to get to town and there's a red double decker bus waiting to transport people. He started running with other people expecting me to follow him but I took the shorter route and ended up being first on the bus. My dad was looking for me as the crowd was coming down but I started shouting his name from the bus and he realised what happened. He came to the bus and it was supposed to take us to a safe location (a car park building - important - was just next to this bus, but to enter, you'd have wiggle through some sort of a hole on the wall). So the bus took us around the town (it didn't stop or anything, it was just driving us to the safe spot). We ended up being dropped off at the mentioned car park. Everyone went out in their own direction. Aim was to go to the top of it and go outside on the meadow that would lead outside of the town. We started going up the car park but realised despite so many people being there before, it was getting now dead quiet. We started getting worried. We (me and my dad) were almost at the top when a woman in front of us told us we needed to be quiet. She was waiting before a dark place that was not lighted in any way and the stairs were leading to higher levels.  She told us to be quiet because there's a single alien somewhere there and it's dangerous (I felt it was something like out of the Alien movie) and if he'd hear us, we'd be attacked. I realised I didn't have continue this dream and so I woke up but when I fell back asleep, the dream went back to where it left off. A wolf jumped out from the dark (and not an alien as the woman ahead of us was trying warn us) and it started speaking to me. The woman disappeared (must've ran away) and I felt my dad was still behind me. The wolf started talking to me and it showed me images. As he was speaking, he showed me an image of a large LCD screen on a shopping centre that was bright white and then the focus moved to a small family pack of wolves that were running down steep roofs on buildings and he said "You've made our race almost extinct, not we're going after you". I didn't feel fear or anything during the dream. I woke up quite refreshed. And the funniest thing that happened today is that all of the "reference points" from the dream have happened today. I was in the kitchen, playing music from YouTube on shuffle and one after another, a song with title "Wolf" played and straight after that a song about "Thunder" and thunderbolts. Then I went to David's room and he was playing a game that had a pyramid in it. So many synchronicities today!”



Poza tym udało mi się wylicytować moją maszynę do pisania! Nie wiem co jest w niej do naprawy, ale jestem bardzo podekscytowana. Nie wiem gdzie mnie to zabierze, ale czuję, że gdzieś zaprowadzi (zdjęcie na dole).

W zeszłym tygodniu stwierdziłam, że w poniedziałki będę sobie pozwalała na jedzenie czego chcę. Obojętnie czy ma gluten czy nie (w moim przypadku jest zakazany), obojętnie ile tłuszczu... o ile jest wegańskie. Po prostu chcę zjeść coś po ludzku bez odmawiania sobię. Więc zamiast w poniedziałki stereotypowo przechodzić na jakieś diety, u mnie poniedziałek jest fat monday i po prostu aż nie mogę się doczekać poniedziałków. O! Co prawda nie za bardzo mi to wychodziło przez ostatni tydzień, bo każdego dnia coś podjadałam niewskazanego w moim przypadku, ale wiecie co? Nie stresuję się. Wiem, że z czasem się przyzwyczaję i po prostu wpadnę w rutynę. W tym tygodniu padło na... burgery!!! Od czasu kiedy łaziłam z Pandzią po Wawie, miałam wielką chęć na burgery. Na POŻĄDNE burgery a nie to angielskie pośmiewisko (myślą, że jak włożą w bułkę kawałek sałaty i jakieś warzywne gówno bez smaku, to mogą to sprzedać za 7 funa, jakiś żart). No więc kupiłam specjalne ciemne bułki z sezamem, sos mango z curry, ketchup i sos BBQ. Do tego sałata liściasta i pomidory a jako główny składnik kupiłam burgery z Lindy McCartney (jedno opakowanie Pulled Pork i jedno opakowanie oryginalnych). Oryginalne zrobiłam z sosem BBQ, a Pulled Pork z sosem curry. Dałam jednego burgera dla i oficjalnie nazwał mnie A* burger maker (najlepszą burgerowiczką). Się ucieszyłam na maksa i pycha też były. Coś czuję, że w przyszłym tygodniu też chyba pójdą na menu. A nie, w przyszłym tygodniu jedziemy z D do Sheffield odwiedzić jego Babcię w szpitalu. Ja załatwiłam bilety do Sheffield, a on ma postawić jedzenie. Zobaczymy jak to będzie.

Przed chwilą leciała piosenka: "If it's meant to be, it will be, baby just let let it be..." i zdałam sobie sprawę, że jeżeli w tym życiu mam być ze swoją drugą połówką, to tak się stanie. Z D na razie jestem pogodzona i stara się jak może i są tego na prawdę ciekawe efekty. Żyję po prostu chwilą, ale jak się sprawy spierniczą znowu to odchodzę i nie ma już przeproś. I właśnie będąc teraz z D, dając mu ostatnią szansę, bałam się że zaprzepaszczę szansę na poznanie kolesia o którym mówiła mi Tracey. Ale ostatnio zaczęłam o siebie dbać, mieć lepsze myśli i cały czas mam synchronizację ze wszystkim (przede wszystkim to co się działo w śnie, widziałam dzisiaj na żywo no i powtarzające się cyferki na zegarze = 12:34, 11:11, 22:44, itd.) więc dzięki temu wiem, że co by się nie miało dziać, Wszechświat has my back i jeśli będę podążała za intuicją, to się nie zgubię. Dziękuję Wszechświecie. <3

19.02.2018 _ poniedziałek
 

hononey
 
Dzisiaj napiszę odnośnie kilku tematów, które od jakiegoś czasu długo we mnie siedzą.

Chciałabym zacząć od tego, że planuję kupić sobie maszynę do pisania. Jeszcze nie wiem po co i dlaczego ale jestem zafascynowana czcionką maszyny i po prostu mnie one kręcą. Pamiętam, jak byłam mała i chodziłam z Tatą do sąsiadów na dole i Pani E miała maszynę do pisania. Zawsze siadałam i stukałam w klawisze. Ah, to były czasy... Tak więc na razie na ebay'u się rozglądam, ale myślę, że coś z tego wyjdzie i w jakimś kierunku się uda (tylko jeszcze nie wiem gdzie).

Ogółem byłam wczoraj w Asdzie i kupiłam sobie 3 organiczne herbaty - jedna zielona, druga z imbirem a trzecia na spanie. Każda kosztowała Ł2.50 za 20 torebek... I ostatnio jeszcze myślałam, że to fortuna wydać tyle kasy na herbaty i to jeszcze za tak mało torebek, ale... No właśnie ALE! Kiedy idę do COSTY z PP (podopieczna z pracy), pojedyncza herbata kosztuje Ł2.10 więc kupując sama dla siebie 20 torebek za podobną cenę, na prawdę nie przepłacam (mimo, że przy kasie serce trochę szybciej bije). Tak więc stwierdziłam, że I will treat myself to some tea.

No właśnie a propos pieniędzy. Zauważyłam, że kiedy się zdrowo odżywiam to wydaję mniej kasy niż kiedy kupuję mięso-podobne gotowce wegańskie. Wiem, Ameryki nie odkryłam. Nie pamiętam czy Wam pokazywałam, ale byłam na zakupach którejś soboty i nakupowałam rzeczy pod koniec miesiąca bo mi kasy zostało. Nie lubię wydawać kasy, ale jak już robię zakupy, to już wtedy na maksa. Właśnie wtedy zrozumiałam, że jeżeli będę się zdrowo odżywiać, wydam mniej kasy przez 30 dni i pod koniec miesiąca mogę zaszaleć, więc sytuacja win - win.

Z Karolkiem dzisiaj byłam w lesie znowu. Muszę Wam powiedzieć, że jestem na prawdę dumna z postępów. Co raz więcej kica. Ba! Kiedy się czegoś boi, to teraz staje na dwóch łapkach i "Mama, podnieś bo się boję". Ale jakbym w domu chciała go podnieść, to nie, bo największa kara, lol. Dzisiaj jak stanął na tych swoich dwóch puszystych łapkach, to jedną rękę włożyłam mu pod żebra, drugą pod dupkę i pełnia szczęścia. Jakbym w domu chciała tak zrobić to największa kara jaka może być, haha. Ba, tylko bym mu rękę włożyła koło brzucha i już by za sofą był.

Dzisiaj to tyle na razie. Staram się żyć chwilą póki mogę. Na szczęście w pracy mam trochę lżej, już nie pracuję jak wół. Wiem, że to oznacza mniej kasy ale wolę mieć więcej czasu dla siebie i przychodzić do pracy szczęśliwa niż pracować jak wół i jedynym pocieszeniem jest kasa.

Na sam koniec, żeby humor poprawić, zdjęcie Karolka z naszej wyprawy do lasu. Kocham <3

18.02.2018 _ Niedziela
 

hononey
 
Niestety z tamtym wpisem się nie uporałam, z racji pracy. Tekst dla Siostry przetlumaczony więc na razie mam wolność. Z wyjątkiem tego że Babcia D miała zawał serca i wieczorem chodzimy do niej w odwiedziny (o tym kiedy indziej).

Wracając do tematu z poprzedniego wpisu, z Tatą była kompletna jadka przez telefon. Jechałam rowerem do domu i darłam się w słuchawki. Mnie się oberwało za to że chciałam dobrze.

Jeszcze tak a propos Tata wierzy, że to że "dostałam w dupę" jako dziecko "kilka razy" zrobiło mi dobrze i teraz mam "twardą dupę" jako dorosła osoba. Chcecie znać prawdę? Wcale tak nie jest. Wcale nie czuję jakbym mogła walczyć o swoje. Jedynie zamieniam się w lwicę jeśli ktoś/coś chciał/chce skrzywdzić Bunię czy Karolka. Bunię uratowałam kiedyś przed Owczarkiem Niemieckim i Rotwailerem, ale o tym też kiedy indziej. Wracając do tematu, jestem po prostu bojaźliwym człowiekiem przez to jak zostałam wychowana. Dla innych skok ze spadochronu przyprawia im dreszy i wyrzuty adrenaliny. Dla mnie postawienie się komuś, sprawia że cała drętwieje, a serce wali mi jak oszołom.

Próbowałam się kilka razy postawić ojcu już przedtem kiedy jeszcze z nimi mieszkałam ale z marnymi skutkami. Chociaż tyle, że Mama starała się to widzieć z mojej perspektywy (sama miała problemy ze swoim tatą w dzieciństwie) więc też potrafiła ryknąć na ojca, żeby już mi dał spokój. Nawet kiedy wreszcie zaczęłam zarabiać swoją kasę i sama kupowałam własne jedzenie, dalej były wyrzuty bo przecież elektryki używam. Więc do momentu kiedy mieszkałam z rodzicami, wszystko szło pod dyrektywę taty. Wystarczyło, że był wkurzony jak grał na xbox'ie, potem go nosiło i mi się obrywało z jakiś błahostek.  

Najlepsze było jak przed świętami trzeba było sprzątać. Zawsze to samo. Powiedziałam Mamie, żeby powiedziała mi co robić i ja posprzątam tylko nie wiem co, ale jak mi powie to ma załatwione. Wiadomo, Mama wie co trzeba zrobić koło domu. Tylko potem tata się wtrącał i było: "Nie będziesz robiła tego, tylko to" no to ja "Dlaczego?" a on "Bo ja tak mówię". Najlepsze było to, że Tata mimo wyniesienia kilku rzeczy praktycznie nic nie robił, a ja byłam mielona obowiązkami między tym co Tata powiedział a Mama. Do tego jeszcze warto zauważyć, że w okresy świateczne mieliśmy zadawane wypracowania naukowe, itd więc na prawdę zależało mi na czasie. Więc w ostatnie święta przed przeprowadzką było na prawdę ciekawie. Mówię do Mamy, Mama mów co mam robić i zrobię. Mama mówi, żebym się za coś wzięła. Potem do kuchni wchodzę, Mama w kuchni i Tata do mnie czemu nic nie robię. A ja mówię, że przygotowywuję rzeczy do sprzątania. Do mnie, że nie będę tego robiła tylko mam się wziąc za coś innego. W końcu Mama do niego kulturalnie powiedziała, żeby się nie odzywał bo ma dla mnie listę rzeczy do zrobienia, robię wszystko o co mnie prosi i zapytała się czy zrobił to o co go wcześniej prosiła. Nic nie odpowiedział. Wyszedł z kuchni, poszedł do garażu a potem się skończyło jak zwykle tak samo - siedział przed xbox'em.

Nie zrozumcie mnie źle, na moim tacie można na prawdę polegać - ostatnio był chory. Miał ciężką grypę. Potrzebowałam przewieźć ciężki sejf z pracy ale nie miałam jak. Tata się obudził i przyjechał po mnie do pracy i odwiózł a potem poszedł spać u siebie w domu.

Tata mnie zawsze bronił w szkole, jeśli ktoś mi dokuczał, ale w tym problem. Ja nigdy nie mogłam uderzyć pierwsza i nie chciałam się bronić bo wiem że potem miałabym tłumaczenie u ojca. Do tego jeśli bym skłamała, że ktoś pierwszy udeżył, dostałabym jeszcze większe lanie w domu. Po prostu nigdy nie czułam się bezpiecznie sama z sobą. I na prawdę bałam się czasami własnego taty. Skąd mogę wiedzieć, kiedy się na mnie wścieknie? Jedyna osoba (oprócz Mamy) którą kochasz od urodzenia jest jednocześnie bogiem (bo tak widzimy rodziców jako dzieci) i katem. Jak można się czuć bezpiecznie przy takiej osobie? Nawet jak "dostałam w dupę" (jak to lubi mój tata mówić) jak już mnie przestało boleć, szłam z płaczem do taty i go przepraszałam bo czułam się winna? Ale czy na prawdę to ja powinnam czuć się winna? Co ja mogę wiedzieć jako dziecko?

Miałam może 8 lat? Popsułam przez przypadek stary automatyczny ołówek ojca (automatyczny - taki co się gruby grafit wkładało do środka). Chciałam zobaczyć czy uda mi się tą "paszczą" łapiącą grafit, podnieść gumkę do wycierania ale gumka była za twarda i niestety pręty się wygięły. Nie zrobiłam przecież tego celowo, jedynie byłam ciekawa. Po prostu bawiłam się przy kolorowaniu. Nawet nie wiecie jaki wpierdol dostałam od ojca. Nie mogłam usiąść bo mnie aż tak bolało. Za głupi ołówek...

Historii jest wiele na prawdę, a dzięki sytuacji która miała miejsce kilka dni temu wreszcie mogłam z siebie wyrzucić poczucie winy, że nie byłam wystarczająco dobrą córką.

Na razie to tyle. Kiedy poczuję potrzebę wyrzucienia z siebie więcej, na pewno jeszcze nie raz o tym napiszę. Na razie to tyle, a ja kładę się spać. Kocham <3
  • awatar ωαℓ ѕιę тσ נєѕт мóנ śωιαт ! <3 נ: Musisz walczyć o swoje, w dzisiejszych czasach tylko tak można do czegoś dojść, pamiętaj.!
  • awatar Bad Bunny: Twój ojciec był tyranem i nie ma co go usprawiedliwiać. To, jakie on miał dzieciństwo nie powinno mieć żadnego wpływu na Twoje wychowanie. On to się po prostu nadaje do terapeuty ze swoim zachowaniem i tyle. To jest chore, że my ludzie mamy bardzo częste dendencje do powielania złych nawyków naszych rodziców. Trzymaj się i nie daj się! A już na pewno unikaj powielania wzorca.
  • awatar .Miss Independent.: z moim ojcem tez się dogadać nie mogłam. Miałam z nim mnóstwo spin i problemów. Teraz im mniej go widzę to mniej kłótni,. Z tym że ja się stawiam i tu był zawsze problem.
Pokaż wszystkie (5) ›
 

hononey
 
Pinger działa jak chce, ale ja zdecydowałam, że i tak będę pisała - tylko nie było kiedy czasu, bo... no właśnie bo D cały czas za mną chodzi i spędza każdą możliwą chwilę. Przytula, buzi daje. Krótko mówiąc wie jak bardzo sprawę spierdolił. Ba, wracam teraz do domu i chata ogarnięta i mogę dla nas obiad robić. Zostało mi jakieś 30 minut zanim będę musiała jedzenie szykować do pracy więc postaram się jak najszybciej napisać co mogę. D i tak teraz śpi a ja już po solarium i zakupach.

No więc jak rzeczy mają się z D. Niedawno mieliśmy kolejną rozmowę. D się mnie zapytał czy nadal chcę się wyprowadzić, powiedziałam że tak. Znowu się popłakał (w sumie to mu się nie dziwię i nie uważam, żeby czyiś płacz był oznaką słabości, ale o tym kiedy indziej bo na serio nie mam czasu). Następnego dnia chodził za mną cały czas i błagał mnie o kolejną szansę, ale stanowczo mówiłam, że nie bo to i tak niczego by nie zmieniło. Praktycznie połowa dnia spędzona dosłownie w ten sposób. Oboje płakaliśmy, chociaż ja bardziej dlatego, że czułam empatycznie przez co on przechodził.

Pytał się mnie dlaczego nie chcę mu dać ostatniej szansy. Powiedziałam, że nie chcę go jeszcze bardziej torturować, narobić mu nadzieji kiedy on się będzie starał a potem mu jeszcze powiedzieć, że i tak chcę się wyprowadzić. W końcu przed samym moim wyjściem (nie pamiętam dokąd szłam) powiedział, że jeżeli będę chciała się wyprowadzić jak skończy się umowa, to mam zielone światło ale niech mu chociaż pozwolę sobie pokazać jak może być, ostatnia szansa. Powiedziałam, że się zastanowię bo pasowało mi to, że dałby mi odejść. Od tamtego czasu nie odstępuje mi na krok a kolegi nie widziałam już chyba z tydzień w domu!

Ale ten wpis nie o tym. W sumie to nawet nie wiem czy uda mi się to wszystko spisać w tak krótkim czasie - zostało mi 17 minut do zbiernia się do pracy. Ten wpis będzie o tym jak bardzo kochamy naszych rodziców będąc dziećmi i jak bardzo chcemy im dogodzić nie rozumiejąc, że to nie nasz obowiązek.

Wczoraj wracałam z pracy i zadzwoniłam do Taty, jak zawsze żeby pogadać. Między nami jest dobrze, bo ja mieszkam na swoim i mogę się sama utrzymywać i nikt już mi niczego nie żyga. W wielkim skrócie mój Tata miał na prawdę ciężkie dzieciństwo i nadal walczy z demonami. Ja ogółem w jego sprawy się nie wtrącam, chyba że wiem że jakoś mogę mu pomóc. Tata ma rodzeństwo i każdy wie, że w rodzeństwie nie zawsze jest kolorowo. Jeśli Ciocia/Wujek się mnie pyta co u Taty kiedy jestem w Polsce, grzecznie odpowiadam, że to nie są moje sprawy i sami wiedzą jak się skontaktować z Tatą. Nie było żadnego problemu, aż do wczoraj. Ciocia poprosiła mnie o przesłanie życzeń urodzinowych Tacie ponieważ nie mogła się z nim skontaktować wcześniej (mniejsza o szegóły). Napisałam, że prześlę myśląc, że Tata się ucieszy, że jednak ktoś o nim pamięta. W końcu to nie były jakieś potajemne sprawy, tylko najzwyklejsze urodzinowe życzenia.

Więc rozmawiam wczoraj z Tatą przez telefon jadąc z pracy i rozmowa przeszła w jadkę, ale to dosłowną. Jeszcze nigdy się tak z Tatą nie pokłóciłam. BA! Wreszcie mu część rzeczy powiedziałam, za które mam żal aż do dzisiejszego dnia. Ogółem poszło o to, że przekazałam Tacie życzenia urodzinowe a powinnam Cioci powiedzieć, żeby sama mu je przekazała? Chciałam zrobić dobrze, ale jak zwykle to ja jestem winna wszystkiemu. Poczułam się jak zwykle jak śmieć bo mojemu Tacie nigdy nie można było dogodzić jako małe dziecko. Zawsze coś było ze mną źle. Nie takie pismo - trzeba było przepisywać zeszyty od początku. W wakacje nie mogłam wyjść na dwór się bawić, tylko musiałam przepisywać streszcznia filmów z tele tygodnia, żeby mózg mi nie rozleniwił pod czas wakacji. Tata zawsze mi powtarzał - "Chcesz być inna? To bądź inna w nauce". Nigdy nie mogłam robić jak chciałam, wszystko było pod dyrektywę ojca. No i żeby nie było, byłam lana po dupie - lub mniej kontrowersyjnie - karcona, bo jak mówi, nigdy nie dostałam za nic, zawsze był powód (Tata potrafił dostać za to, że potrafił zapytać się swojego taty żeby mu pomógł z lekcjami). Więc jak możecie się domyśleć, poczucie własnej wartości spada. Nigdy nie czułam się, że mogę stanąć we własnej obronie w szkole bo osoba którą najbardziej kochałam (Mamę też kocham, żeby nie było) tak bardzo mnie zraniła emocjonalnie/psychicznie.

Jednak nie zdążę tego wszystkiego napisać - jutro postram się dokończyć, ale jutro bierze priorytet tłumaczenie dla Siostry także jeszcze zobaczymy. <3

12.02.2018 _ poniedziałek
  • awatar Ach2017: Po pierwsze to się cieszę, że dałaś wreszcie znak co porabiasz. Zastanawiałam się co się z Tobą dzieje, czy to Ty nie masz czasu czy to pinger tak nawala. :/ Po drugie z kolegą D. to chyba cud? Przepraszam Cię za moją uszczypliwość, ale D. jako facet powinien być stanowczy w ochranianiu domowego ogniska. Rozumiem, że jest empatyczny i może mieć gorsze dni, no ale nie codziennie! 3. Kiedy kończy Wam się ta umowa o wynajem? Po czwarte zachowanie Twojego Taty jest szokujące i teraz i gdy byłaś mała. Przepisywanie streszczeń jeśli chodzi o pracę mózgu to bezsens. Rozumiem gdyby miało to na celu wygląd pisma, to ok, ale myślenie?! :/
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Dzisiaj nie wiem o czym pisać. Szczerze.

Znudziło mi się spisywanie dnia, dzień po dniu. Więc stwierdziłam, że łatwiej mi po prostu będzie napisać jakąś rozkminę. Od razu uprzedzam, że nie mam żadnych zahamowań, jeśli chodzi o sprawy prywatne więc musicie się uzbroić w cierpliwość z moim charakterem, albo po prostu już teraz sobie darować nie tracąc czasu na moje wypociny, lol.

Otóż wkurzyłam się na D. I to teraz na maksa. Nigdy nie pisałam o tym wcześniej, ale mam wysokie libido. Był okres, że będąc młodszą nie mogłam spać po nocach (co było mega wkurzające) i bynajmniej ignorowanie zachcianek nic nie przynosiło. Nigdy się z żadnym nie puszczałam, byłam "czysta" do momentu aż poznałam D i stał się moim partnerem. Wracając do tematu. Mimo pełnoletności o tematach intymnych (mimo buzujących hormonów) myślałam jak zakonnica, że to grzech i komu takie rzeczy w ogóle potrzebne. Do momentu, kiedy aż za namową koleżanki obejżałam film dokumentalny o kobietach które oddają się przyjemności i po prostu wreszcie zrozumiałam, że nie ma w tym nic złego.

Więc zanim miałam chłopaka, używałam sobie wibratora żeby wreszcie wyrzucić z siebie natłoczoną frustrację. Wreszcie zaczęłam lepiej sypiać a wszystko było robione z umiarem. Poznałam D i (w) poszedł w odstawkę, ale z racji faktu, że będąc już w związku widzieliśmy się tylko raz na tydzień, to i (w) się czasami przydał. W końcu przenieśliśmy się z D do własnego mieszkania. Pierwsze dwa miesiące były jak w niebie ale sprawy intymne powoli zaczęły gasnąć. D już nie chciał się wcześniej kłaść spać, więc sprawy łóżkowe przeszły na poranek. Po jakimś czasie nawet z samego rana były problemy (nie z jego "sprzętem", tylko z chrapiącym właścicielem owego "sprzętu") więc budziłam się sama, aż praktycznie sprawy łóżkowe stanęły w miejscu. Prosiłam go tyle razy (czasami nawet płakłam z tęsknoty), żeby poszedł wcześniej spać albo obudził się rano. Cały czas, że zmęczony, że po co i tak dalej. Więc wróciłam do (w). Znowu dałam ujście frustracji, a D mógł się zająć swoją jedyną miłością - elektryką.

No ale jak wiecie, z D zerwałam i mimo że on liczy na to, że "kryzys da się zażegnać" to ja na prawdę nie widzę w tym żadnej przyszłości. D za to zrobił się bardzo uczuciowy. Kiedy ja się budzę rano, on również. Całuje mnie po policzku, w czoło - jak nigdy. Szkoda, że nie robił tego wcześniej bo we mnie już coś umarło i nie robi na mnie to żadnego wrażenia mimo że widzę jak bardzo się stara i mi go szkoda. Mimo zerwania z D, hormony nadal we mnie buzują, frustracja okresowo wzrasta i z pomocą przychodzi (w), żeby się pozbyć tego wkurzającego libido. Pytacie czemu wkurzona jestem na D? Otóż wyłamał mi pręty przy bateriach w (w)! I zrobił to tak po kryjomu, że myśli, że jestem na tyle głupia, że po prostu pomyślę że się zepsuł. Chyba ma nadzieję, że przez to się na niego rzucę wygłodniała... Teraz dopiero zobaczy jak potrafię chodzić wkurwiona. Niedość, że frustracja to sam (w) był drogi...
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

SPROSTOWANIE: D nie popsuł mi go, były jednak tylko dwa pręty przy bateriach. Nawet się go pytałam, wiem że nie umie kłamać i jest za bardzo honorowy. Jednak mi go nie popsuł ale wpis zostawiam, jedynie dlatego że w prawdzimym pamiętniku tego nie dałoby się wykreślić.
 

 

Kategorie blogów