Wpisy oznaczone tagiem "związek" (1000)  

xdpedia
 
www.xdpedia.com/(…)boje_sie_strasznie_ze_pewnego_dn…
Boję się, strasznie, że pewnego dnia powiesz mi: To koniec. A ja nie będę potrafiła Cię zatrzymać, bo wtedy serce podejdzie mi do gardła, oczy zajdą mgłą, wybuchnę płaczem. :c
 

xdpedia
 
www.xdpedia.com/(…)dobrze_jak_ludzie_w_zwiazku_sie_…
Dobrze jak ludzie w związku się czasami kłócą. Lepsze to niż obojętność, niż machnięcie ręką na problemy i udawanie, że nic się nie dzieję. Gdy się kłócicie to znaczy, że obojgu Wam zależy, że to wszystko jeszcze ma dla Was sens i próbujecie naprawić to co po drodze się pierdoli.
 

hononey
 
Jeszcze nigdy nie byłam tak zestresowana prywatnymi problemami... Ale od początku.

Rano wstałam o 5.30. Leżałam w łóżku przez długi okres czasu. Po moim ogarnięciu, D wstał i leżał w łóżku jedną ręką głaszcząc Karolka a drugą Garfielda. I tak gadamy o pierdołach, aż temat zszedł na mój wyjazd do Grecji. Zaczął się kłócić, żeby udowodnić swoją stronę. Błagam go, proszę, żeby już poprzestał tematu, a ten dalej o tym truje, żeby jego zostało na wierzchu. Jest takim manipulantem, że jeszcze bardziej mnie to utwierdziło w przekonaniu, że podejmuję dobrą decyzję.

Wczoraj wpadłam na link (o tutaj: tinyurl.com/ycd4lvms) i koleś cudownie opisuje wampiry energetyczne i ich 5 podstawowych grup. D idealnie należy do tej pierwszej - do paranoicznych. Przetłumaczę Wam akurat ten fragment, bo opisuje D co do joty:
. . . . . . . . .
Typ Paranoidalny

Poczucie, że ktoś go zdradzi jest głównym problemem związanym z typem paranoidalnym. Ich karmiczny temat w poprzednich wcieleniach był prawdopodobniej związany z zachowaniem wojownika, samoofiary i zwycięstwa w bitwach. W wyniku swoich doświadczeń dowiedzieli się, że na świecie jest dużo wrogów, którzy zdradzili i prawdopodobnie zabili ich w kilku inkarnacjach.

Typy paranoidów to żołnierze wciąż próbujący wygrać wojnę, która już dawno nie istnieje przeciwko wrogowi, który już dawno zginął. Nikomu nie ufają. Wszyscy są ich wrogami, a życie jest ich polem bitwy. Strach jest wszędzie i jest częścią ich osobowości.

Ich pola energetyczne są silniej naładowane w górnej połowie ciała. Są szczególnie bojaźliwi i nieufni wobec członków płci przeciwnej. Agresja jest najczęstszą odpowiedzią na świat. Ta agresja przybiera postać fizycznego zachowania i projekcji energii dla każdego na swojej drodze.

Typy paranoidów nieustannie biorą udział w kłotniach. Są uwodzicielskie, ale nie są zdolne do długotrwałych związków. Ta osoba oczekuje, że wszyscy inni ją zdradzą. Paranoik może zainicjować zdradę jako strajk prewencyjny.

Ludzie tego typu czują, że na prawdę przegrali kiedy się przyznają przed sobą i innymi, że nie mieli racji. Uważają, że jest to niedopuszczalne, więc czują, że muszą wygrywać za wszelką cenę - nie ważne jakim kosztem. Są ciężko pracującymi, obsesyjno-kompulsywnymi ludźmi - zazwyczaj są dość zdrowi fizycznie. Nigdy nie mają dość czasu, aby osiągnąć swoje różne cele.

Typy paranoidów nalegają, abyś się zgodził z ich często zniekształconym widokiem świata. W rzeczywistości chcą, abyś z nimi dyskutował. W ten sposób mogą wygrać kłótnię i udowodnić sobie, że są dobrzy, a ty jesteś tym złym.

Nigdy nie dyskutuj z taką osobą. Powstrzymaj się od kontaktu wzrokowego z nimi. Opuść i złagodzić swój głos, kiedy z nimi rozmawiasz, i zmień temat na coś przyjemnego.
. . . . . . . . .

Ciężko mi było się pogodzić z rzeczywistością, ale niestety tak wygląda życie z D. Dzień w dzień to samo. Kiedy coś jest na rzeczy, jest Kochany. Ale kiedy chcesz z nim normalnie porozmawiać to się po prostu nie da. Jest tak przekonany o swojej racji, że Ci nawet wmówi, że jesteś szalona mimo, że wiesz co mówisz. Ogółem szkoda gadać. Zaczęłam się zbierać.

Pojechałam po zielone dla Karolka. College był zamknięty, więc nie mogłam odwiedzić swojej poprzedniej nauczycielki. Pojechałam do biura turystycznego, żeby odfajkować mnie i Mamę na lot i wszystkie sprawy już załatwione. Stwierdziłam, że skoro to będą moje jedyne wakacje na jakiś dłuższy czas, to chociaż wypadałoby się jakoś ubrać, no i poszłam na zakupy... Kupiłam spódnicę, bluzkę, kapelusz i sukienkę na wesele. Tak, wiem. Miałam nie kupować, ale cóż... I tak jestem dzisiaj wybitnie dobita.

Wróciłam do domu. D tak samo i zrobił nam pizze, którą jemu babcia jego kupiła (tak, kupuje mu jedzenie mimo, że ma 31 lat...). Mniejsza o to. Pizza była nawet pyszna i wcale nie tłusta, no i wegańska. D się zebrał do pracy, a ja kręciłam się z kąta w kąt, co raz to bardziej się stresując nadchodzącą godziną. O 15.45 byłam umówiona z agentem, żeby oglądać mieszkanie po drugiej stronie ulicy. Nerwy mną tak szarpały, że czułam jak żołądek mi się zwija z jednej strony w drugą. Nie byłam w stanie trzeźwo myśleć. Przez 10 minut szukałam kluczy, które leżały na podłodze, na środku pokoju. W końcu zebrałam się do kupy i poszłam.

Domek trochę mniejszy od obecnego ale dla mnie samej idealny - nie muszę się gnieść w 2 małych pokojach. Kobieta wszystko mi ładnie wytłumaczyła, wszystkie koszta (za cenę wynajmu spokojnie mogłabym jeszcze w Grecji posiedzieć 4 tygodnie...). Najważniejsze, że Karolek będzie miał ogródek i ma pozwolenie na mieszkanie ze mną. Tutaj możecie sobie obejrzeć domek: tinyurl.com/ybwlmbu4

Dobra, domek obejrzałam, wróciłam do siebie, w pośpiechu zabrałam oszczędności przeznaczone na takie sytaucje i pojechałam do agencji. Po drodze ryczałam jak bóbr... Tak mnie wzięły emocje. Czułam, że wyrządzam mu krzywdę. Czułam się na prawdę źle ze sobą. Wszystko się we mnie kłóciło. Bardzo chciałam wrócić do domu, zamknąć drzwi na knebel i się nie ruszać, ale COŚ mnie pchało dalej żebym jechała do biura. W środku czułam się bardzo źle, bo robiłam wszystko wbrew tego co wierzę i zostałam nauczona. Czułam się jakbym wbijała nóż w plecy najlepszej przyjaciółce. W głowie słyszałam tylko myśli: "Jesteśmy z Ciebie dumni, tak trzymaj".

Dojechałam do biura, byłam zestresowana i potrzebowałam trochę czasu żeby zebrać myśli. Sprawy załatwione, wywalczyłam połowę wynajmu za pierwszy miesiąc i oficjalnie mam się wprowadzić 18 czerwca... Nie wierzę, że to już tak szybko. Jeszcze gorzej zaczęłam się czuć. Całe ciało drgało mi z nerwów. Z oczu leciały mi łzy po cichu i tylko agent (na imię ma A) zapytał czy chcę wody do picia. Sprawy załatwione i pojechałam do sklepu, żeby zobaczyć co mają wegańskiego w ofercie. Znalazłam kotlety mielone. Zadzwoniłam do D sprawdzić kiedy wraca do domu. Powiedział, że niedługo. Jako przykrywkę, że mnie nie ma, powiedziałam, że skoczyłam po kotlety do Iceland'u bo widziałam że mają nowe.

Przyjechałam do domu, D jeszcze nie było ale za to kolega czekał już przed domem na niego. Wpuściłam i niedługo potem przyszedł D. Byłam roztrzęsiona, a do tego jeszcze Mama zalewała mnie pytaniami co zrobię w tej sytuacji z Karolkiem. Na szczęście mogę Go (chyba) zostawić z Lynn. W domu siedziałam załamana. Podzieliłam się z kotletami z D - w końcu dał mi połowę pizzy. Kotlety jak do tej pory najsmaczniejsze jakie jadłam. Koło 19.00 kolega poszedł do domu a ja siedzę i stukam w klawiaturę relację z dzisiejszego dnia.

Dalej nie mogę uwierzyć, że wszystko się tak potoczyło, ale z drugiej strony Wszechświat na prawdę się o mnie troszczy. Tyle czasu szukałam domu dla siebie i Karolka, a tu proszę. Przyszedł odpowiedni czas i mam domek po drugiej stronie ulicy. Do tego jeszcze agencja w miarę rozsądna, nie nabija kasy za byle gówno i landlord podobno jest też w dechę. Mimo, że czuję się jak czuję i wszystkie stare skorupy przyzwyczajenia we mnie pękają, to jednak jakby nie patrzeć mam prawdziwe szczęście. Dziękuję Wszechświatowi i Wszystkim Opiekunom i Istotom, że tak cudownie wszystko dla mnie synchronizują, żebym mogła być taką szczęściarą.
____________

Na sam koniec zdjęcie z przymierzalni. Powiem Wam, że w sumie jeszcze nie jest ze mną tak źle. Buziaki <3
____________

30.05.2018 _ środa
  • awatar malinowa Sandra: oh wow ale super z tym mieszkaniem, ja musialam za pokoj sporo wiecej placic xD
  • awatar ღ ღ Tormenta ღ ღ: Nie wierzę w karmiczne bzdury, raczej D potrzebuje diagnozy psychiatry i psychoterapii. Kiedyś też umierają z zazdrości, miałam dzikie wybuchy itd przeszło właśnie po psychoterapii.
  • awatar ღ ღ Tormenta ღ ღ: Umierałam*
Pokaż wszystkie (6) ›
 

hononey
 
P.S - najnowszy wpis (93#) nie pokazuje mi się na blogu, więc link podaję tutaj: hononey.pinger.pl/m/27935562

Wreszcie się czuję, jakbym miała szansę uwolnić się od D. Byłam u mojego landlorda (który bardziej jest opiekunem domu, niż jego właścicielem) i powiedział, że mimo tego, że jestem dobrym lokatorem i nie ma mi nic do zarzucenia, to jest mało pradopodne, że tak bardzo zaniżą cenę ale nie zaszkodzi zapytać. Odpowiedź dostanę we wtorek/środę. Powiedział, że nawet jeśli się zgodzą (czyli w sumie robią dobrą rzecz) to mogą mieć potem problemy, ze spłódzielnią, że tak mocno zaniżyli stawkę (biurokracja na całego).

Więc zostaje mi agencja i dom po drugiej stronie ulicy. Rodzice powiedzieli, że pożyczą mi kasę więc teraz zostaje mi tylko walka i prawo dżungli o chatę.

Na prawdę wierzę, że wszechświat mnie wspiera (w sumie to nie mam innego wyjśćia). Marzy mi się zamieszkać już samej. Zero chłopaków (nie zaszkodzi z jakimś popisać dla utrzymania jakiś damsko - męskich relacji) i zero związków. Po prostu wreszcie skupienie się na sobie. Według stereotypowych norm, zaopiekowanie się sobą i własnymi potrzebami jest samolubne, ale jak można troszczyć się o innych kiedy samemu ma się nierozwiązane problemy?

Dzięki tej sytuacji zrozumiałam, że chcę być dobrą osobą według norm napisanych przez społeczeństwo (dziwne słowo), a nie przez to jak jest na prawdę. Tak więc pora zdefiniować prawdziwe znaczenie tego co to znaczy być dobrą osobą. Myślę, że da się nią być bez poświęcania wszystkiego jak przereklamowani kinowi herosi. Kompas moralny nie zawsze musi być idealny, a jedynie adekwatny do zaistniałej sytuacji. Więc mimo, że załatwiam wszystko za jego plecami, zrozumiałam że robię to dla siebie. Mam do wyboru - albo żyć wg. norm społecznych i być moralnie dobrą osobą żyjącą w wegetacji, albo stąd spie**alać i wziąć życie wreszcie w swoje ręce.

Zastanawiałam się jeszcze, czy nie zamieszkać z kimś w domu, ale zdecydowałam, że wolę nie. Pora odszukać siebie i tego kim jestem. Może to i będzie wielki dom, ale wreszcie będę miała spokój... Oprócz stresu z kasą, ale jak już wspominałam - koszty podróży tyle samo mnie by wyniosły więc tyle samo płacić tu, ale chociaż mieć tą wygodę. Nawet Tracey mi opowiadała, że kiedyś bała się opłacać samochód, bo jej nie starczy a teraz ona ma jeden i jej mąż tak samo. Więc zamartwianie się tylko spowalnia dobrobyt, który ma do nas dotrzeć. Dlatego ja dzisiaj zaliczyłam chill out w ogrodzie, w pełnym słońcu. To tyle na dzisiaj, kocham <3
____________

27.05.2018 _ niedziela
  • awatar ms moth: Trzymam kciuki by się udało i i ty byłabyś zadowolona i oni nie mieli z tego żadnych problemów. Twoje myślenie to ten zdrowy egoizm. W końcu nikt za Ciebie życia nie przezyje i musisz w końcu postawić na siebie. To nic złego, wszystkim nie da się dogodzic, ale sobie samej już możesz. Kocham zdjęcie które dodajesz, bo zawsze są takie klimatyczne, ale te bije na głowę wszystkie inne! Ta zieleń, kociak i chill. No nie potrafię opisać jak mi się podoba! Stawiaj na takie relaksu częściej, bo i ty odetchniesz i pozbierasz myśli, i ja pozachwycam się fotami :D
  • awatar ωαℓ ѕιę тσ נєѕт мóנ śωιαт ! <3 נ: Jestem z Tobą kochana!:* dobą decyzję podjęłaś , myślę że tak będzie dla Ciebie najlepiej :) Cudowny kot <3 ale chyba nie chciał się ujawniać xd :D
Pokaż wszystkie (2) ›
 

hononey
 
Wyprzedzając wszystkie stereotypowe myśli - nie użalam się nad sobą. Po prostu wywalam to z siebie, żeby łatwiej mi było przemyśleć pewne sprawy.
____________

Pracowanie dzień w dzień, zbiera swoje żniwo. Dzisiaj znowu do pracy na 15.30 i prawie od samego rana chce mi się płakać. Nie chcę mieszkać z D, zaczęłam się rozglądać za mieszkaniami. Dzisiaj zrozumiałam, że nawet jeśli dostanę tanie mieszkanie ze spłódzielni poza miastem, to bilet na pociągi mnie zeżre. Więc wychodzi na to, że tyle samo co wynając mieszkanie w centrum miasta, co ponosić dodatkowe koszty na wsi. A wiadomo, łatwiej w centrum mieszkać... bo bliżej rodziców, znajomych, sklepów, itp.

Po prostu ryczeć mi się chce. Nie dlatego, że będę singielką, ale dlatego, że będę sama z Karolkiem i mnie to przerasta. Te wszystkie koszta związane z podpisaniem umowy, przeprowadzka i najgorsze - załatwianie wszystkiego za plecami D. Nie chce cholera tego robić, na prawdę nie chcę, ale zobaczcie same... On mnie manipuluje emocjonalnie. Powiedziałam mu w styczniu, że chcę się wyprowadzić i nic z tym nie zrobiłam bo jakie to obietnice od niego nie były, co się pozmienia i w ogóle. I co się zmieniło? Nic. Ale nawet gdyby pozbył się kotów, gdyby kolega nie przychodził, zarabiałby miliony i spędzalibyśmy cały czas, to nie chciałabym z nim być. To już dawno się wypaliło. Wiem, że jeśli teraz mu o tym powiem, że chce się wyprowadzić to znowu mi cyrk odstawi, będzie płakanie, manipulowanie, obwinianie, emocje. Po prostu trzeba go postawić, przed faktem dokonanym i się stąd wyprowadzić. Wiem, że to kurwa nie fair ale co mam poradzić? Jeśli tego nie zrobię, to zawsze mnie będzie trzymał w sidłach. A ja już gotowa jestem pójść solo, ale te wszystkie koszta przeprowadzki i opłat mnie po prostu dobijają.

Spróbuję pójść do Landlorda i przekonać go żeby spuścił z ceny do Ł400 (tyle ile kosztuje ten dom po drugiej stronie ulicy) i ja sama tutaj zostanę, albo po prostu wynajmę ten drugi dom i rodzice już mi powiedzieli, że pożyczą pieniądze na opłaty za podpisanie umowy o wynajem (widzicie, mówiłam, że mam spoko rodziców - w poprzednich postach pisałam tylko o dzieciństwie i braku zrozumienia, co poskutkowało tym jak teraz się czuję, ale ogółem rodziców mam spoko).

Dobra, to tyle na razie Kochane, zaraz będę się zbierała do pracy. Na samym dole zdjęcie z dzisiejszego poranka, jak koty z Karolkiem czekają na mnie jak się już ubieram, żeby zejść na dół je nakarmić. Najbardziej mnie rozkleiło, jak blisko Sal siedziała koło Karolka (im bliżej są, tym mocniejsza więź, bo Sal ceni sobie prywatną przestrzeń). <3
____________

24.05.2018 _ czwartek
  • awatar malinowa Sandra: nie fair? on sie zachowuje nie fair :0 pamietaj ze Ty jestes najwazniejsza:)
  • awatar I'm still standing: Jego manipulacje są o wiele bardziej nie fair, a skoro nic się nie zmienia to możesz mieć pewność, że on nawet nie wierzy, że chcesz naprawdę odejść. I spokojnie, dasz sobie radę ;)
  • awatar Ewel...: Nikt nie przeżyje życia za Ciebie, pamiętaj, że w życiu trzeba myślę o sobie i być trochę egoista:) Dobrze, że masz wsparcie w rodzicach :)
Pokaż wszystkie (6) ›
 

hononey
 
Kochane moje,

Dzisiejszy wpis będzie inny od wszystkich które do tej pory czytałyście. To będzie moje najbardziej prywatne do tej pory wyznanie przed Wami. Nie ukrywam, że już teraz wiem, że kilku osobom może to się nie spodobać i krew może się w Was zagotować. Prawda jest taka, że potrzebuję to z siebie wyrzucić i gotowa jestem na Wasze reakcje. Jednak jak to już przystało na mój charakter - w kłótnie nie będę się wdawać. Każdy żyje swoim życiem, ja piszę jedynie z doświadczenia i wylewam z siebie własne myśli. Każdy ma prawo do własnej opinii. Od razu mówię, że nie próbuję nikogo krytykować - wpis ma celu przybliżyć trochę moje obserwacje. Zapnijcie pasy, bo to może być trochę dłuższy wpis. Zaczynamy...
____________

Wpis 84#, opowiadałam Wam o tym, że nie mam poczucia wartości/pewności siebie. Opowiadałam głównie o tym, jak jedno wydarzenie z dzieciństwa, zmieniło moje życie. Nie wiem czy Wam mówiłam, ale miałam sen ostatnio. Siedziałam, razem z tymi właśnie dziewczynami, które mnie tak traktowały i siedziałyśmy jakbyśmy już obgadały cały temat. Normalnie rozmawiałyśmy o wszystkim, problemy zostały rozwiązane. To był sen z tych prawdziwszych, gdzie masz wrażenie, że tam jesteś, wszystko czujesz i widzisz wszystkie kolory. Obudziłam się z uczuciem, jakby już wszystko we mnie puściło. Tak jakby problem został już rozwiązany i nie muszę się nim martwić.

Ale jak to z naszymi uczuciami/problemami bywa, przypominają one trochę cebulę. Zdejmiesz jedną warstwę i pokazuje Ci się kolejna z głębszym problemem. Mi to nie przeszkadza, bo na prawdę lubię analizować te sytuacje i rozwiązywać problemy (nawet jeśli sama tego nie robię, a pomocą innych Istot Światła - taaa, wiem, czary mary). Kiedy rozwiążesz problem, masz wrażenie, że spadł Ci kamień z serca, czujesz się wolniejsza, masz więcej możliwości i sytaucje które wcześniej przynosiły dużo stresu, teraz Cię przestały dławić.

Wracając do tematu, temat zerówki mam wreszcie zamknięty i już mnie nie nęka podświadomie. Teraz za to wyszedł na jaw głębszy problem (który powoli zaczęłam już "leczyć"). Od jakiegoś czasu, kiedy to nie weszłabym na Amazona, pokazywała mi się książka "WITCH" Lisy Lister. Stwierdziłam, że skoro za mną tak łazi i wszędzie jest, to jest znak (w końcu nic się nie dzieje bez przyczyny). Kupiłam książkę razem z inną o wampirach energetycznych i jak się bronić.

Zaczęłam czytać "Wiedźmę" i to brzmiało tak, jakbym czytała książkę z innej planety. Dlaczego? Otóż nigdy nie czytałam książki, która byłaby napisana z taką pasją i wewnętrzną siłą oraz przekonaniem przez jakąkolwiek kobietę. Dostałam takiego kontrastu między tym jak ja myślę i jak napisana jest ta książka, że doszło do mnie na prawdę, że nie mam w sobie żadnej wiary ani pewności w siebie. Takie uczucie jest prawie druzgocące. Wtedy zorozumiałam jak bardzo się czuję zaszczuta jako kobieta...

Całe życie (w końcu i tak mam tylko 24 lata, a tylko od dwóch nie mieszkam z rodzicami) podporządkowywałam się rozkazom, wymaganim i zasadom utworzonym przez Ojca. Kłotnie były, dużo krzyku... "Nie rób tak, tylko zrób tak", "Gówniara...", "Szczyl..." "Chcesz być inna, to bądź inna w nauce", "Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie", "Ja mogę, ty nie", "Póki mieszkasz w tym domu, będziesz się słuchała mnie, a jak się wyprowadzisz to będziesz mogła sobie robić co chcesz".

Nie miałam się prawa kłócić i walczyć o swoje, bo albo dostawałam w dupę, albo robiono mi kary. Jeśli miałam wybór, to tylko taki który by pasował Ojcu, np. kiedy powiedziałam, że nie jem więcej mięsa powiedział "Albo się wyprowadzisz i wtedy będziesz mogła sobie decydować co chesz jeść, albo zostajesz i jesz mięso. Masz tydzień na wyprowadzenie się". Wiedział, że nie mogłam się wyprowadzić, bo jeszcze studiowałam i nie miałam pracy więc przeprowadzka nie wchodziła w grę. Więc nie zostawałam z żadnym wyborem.

Kolejny przykład. W 2012/2013 miałam depresję i nie czułam się na siłach, żeby robić prawo jazdy. Nawet nie chciałam. Tata powiedział mnie "namawiał", że mi opłaci lekcje bo teraz mają na to pieniądze, a później przepadną, więc albo robię albo nie (to nie był wybór, po prostu zostałam znowu podstawiona przed murem przez Tatę). Tata stwierdził, że skoro on płaci, to on wybiera i tak o to trafiłam na "projesjonalną" szkołę jazdy. Nie dość, że byłam w kiepskim stanie psychicznym to gostek/instruktor na prawdę nie umiał uczyć. Jeździłam z takim stresem, że lepiej się czułam na rowerze kiedy TIR mnie mijał niż za kierownicą. W końcu 40 lekcji minęło (w Anglii inaczej wygląda nauka jazdy) i koleś zapisał mnie na test - oblałam. Miesiąc później znowu test - oblałam. Stwierdziłam, że mam tego dość i przestałam zupełnie jeździć. Oczywiście ze strony Taty się poddałam i byłam porażką, pieniądze poszły w błoto, itd, ale w głębi czułam, że nie dam rady tego zrobić będąc w takim stanie psychicznym.

Dla ciekawskich dokończenie historii: Wyszłam z depresji i niedługo potem dostałam od Dziadków pieniądze na dokończenie prawa jazdy (nie dali mi żadnych warunków, życzyli tylko dużo szczęścia). Sama wybrałam kolesia zrządzeniem losu, który miał mnie uczyć (za każdym razem, kiedy myślałam o nauce jazdy, widziałam jego samochód). W ten o to sposób, przejeździłam kolejne godziny z nowym instruktorem. Nie mógł uwierzyć ile błędów popełniam na drodze i musieliśmy całą naukę zaczynać od początku. Przy okazji zaskarżył poprzedniego instruktora do związku, że był choojowy. Niestety kasa zaczęła mi się kończyć, więc musiałam dorabiać w pracy. Znalazłam stałą pracę, ale okazało się, że instruktor przeszedł na wcześniejszą emeryturę i został taksówkarzem ze względów zdrowotnych. Życzył mi jednak powodzenia. Tak więc los mnie zapędził do następnego instruktora, Polaka i powiedział, że niedługo bookujemy test bo praktycznie wszystko umiem. Test zdałam wcześniej niż planowaliśmy. Ba! Dostałam najtrudniejszą trasę do pokonania przez miasto i zdałam tylko z malutkim błędzikiem. Więc historia z happy endem.

Wracając do tematu zaszczutej kobiecości. Opowiadałam Wam już kiedyś, że ogółem z mojego Taty to pożądny chłop i można na nim polegać (zwłaszcza jak się wyprowadziłam), ale dzisiaj nie o tym wpis.

Tak więc rozwiązując problemy z przeszłości, znajdujesz więcej problemów do rozwiązania, ale zaczynasz to robić co raz łatwiej i szybciej bo ciężar z serca spada i zaczynasz czuć lekkość.

Cieszę się, że wreszcie wyszło to na jaw, to jak się z tym czuję. Teraz dopiero doszło do mnie to wszystko. Dlatego jestem taka dziecinna w zachowaniu, bo w ogóle nie czuję się jak kobieta. "Trauma" dzieciństwa, wszystkie zakazy i nakazy dalej we mnie siedzą i to sprawia, że nie mogę "dorosnąć". Dalej czuję się mała (dosłownie i metaforycznie) przy Ojcu. Mimo, że podejmuję już tyle decyzji, zarabiam, sama się utrzymuję itd. to nadal czuję się jak nieporadne dziecko. Ciało migdałowate w mózgu zapisuje wszystkie nasze emocje i próbuje nas bronić. Więc, jeśli tych emocji nie przetrawiliśmy, one nadal w nas siedzą i nie możemy się rozwijać. Teraz kiedy to wszystko napisałam, zaczęło coś we mnie pękać. Dobrze by było wreszcie poczuć się kobietą a nie dzieckiem.

Myślę, że "trauma" wychowawcza, to nie jedyny problem z dzieciństwa. Dochodzi problem lekarzy, leków i efektów ubocznych (traktowanie mnie jak królika doświadczalnego). Nadwaga niestety również odbiła swoje piętno. Mimo wielkich chęci Mamy, żeby mnie godnie ubrać, niestety wielki brzuch i wielka dupa sprawiały, że wyglądałam jak kawał boczka. I nie, żebym nie wiem jak po prostu tego nie dało się ukryć. Jak masz czuć się kobietą, kiedy czujesz się jak beczka z której wszyscy się śmieją?

Tak więc zaczęłam czytać książkę i powoli zacznam odnajdować pewność siebie i rozumieć co to znaczy być kobietą. Podoba mi się ta stanowczość i siła, żeby się nie poddać. Myślę, że ćwiczenia pełne potu, też dużo mi dają.

I tutaj od razu chciałabym zaznaczyć, że nie jestem feministką, ani nie chcę Nią zostać. Uważam, że kobiety muszą odzyskać głos ale feminizm to jest dosłownie ekstremalna wersja poglądów na temat tego co kobiety powinny robić / jakie być. Są zawody które po prostu przerastają kobiece możliwości (chociażby, ze względu na różnice anatomiczne/fizjologiczne między kobietą i mężczyzną), ale są kobiety które to uwielbiają, czerpią z tego mega radochę i chwała im za to. Uważam też, że kobiety które czują się cudownie w roli matki / Pani domu, niech sobie siedzą w garach, gotują pięć potraw, a facet przynosi do domu kupę kasy. I nie ma nic w tym poniżającego, jeśli oboje są zadowoleni.
____________

Dziękuję, jeśli przeczytałaś wszystko i doszłaś do tego momentu. To wszystko na dzisiaj. Zaraz będę ćwiczyć, a jutro do pracy znowu. Myślę, że nie jest to takie męczące jak przypuszczałam, zwłaszcza, że kończę wcześnie rano a nie po południu. Szkoda mi tylko Karolka, bo już tak się zżyliśmy ze sobą, że rozłąki są bolesne i na prawdę za nim tęsknię. Dobranoc <3

21.05.2018 _ poniedziałek
  • awatar szachimatONA: A nie możesz zrobić czegoś by zawalczyć z otyłoscią/ nadwagą? Ja też mam ten problem więc wiem o co chodzi. Ogólnie przez całe dzieciństwo byłam odrzucana przez wagę, potem w gimnazjum zaczęłam ekstremalnie się odchudzać i byłam aż za chuda do urodzenia dziecka, ciąża rozwaliła mi tarczyce, wyniki na TSH mam bardzo w normie w granicach 2 dopiero na prywatnym badaniu usg wyszło. Może przebadaj sie wtedy walka z wagą będzie bezproblemowa, ja odkąd postawiono mi diagnozę schudłam już prawie 8 kg :) Po prostu dowiedziałam się co robiłam źle :)
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Kochane moje,

Jak zwykle nie wiem o czym pisać, więc będzie o wszystkim. Miałam ostatnio kilka smutnych dni, bo z Karolkiem nie było najlepiej. Bida, miał gazy i po prostu robiłam wszystko co mogłam, żeby czuł się lepiej. Na szczęście się wylizał i teraz już robi piękne kupki.
____________

Wyjazd do Grecji zbliża się powoli wielkimi krokami. Jeszcze jakieś 18 dni do wylotu. Nie kupuje żadnych ciuchów na wyjazd. Czemu? I tak jestem gruba więc czemu mam wydawać fortunę, żeby jakoś wyglądać. Po drugie, tą kasę wolę przeznaczyć na lepsze jakościowo jedzenie, jak wydać na ciuchy i jeść same ziemniaki przez miesiąc. Po trzecie i tak mi kasy zostało tylko na jedzenie, więc nie oszukujmy się - nie ma sensu robić zakupów.
____________

Pogoda w Anglii zajebista - oczywiście na czas ślubu. Niedługo wszystko wróci do normy. Miałam chęć zabrać się z Karolkiem do domu rodziców, ale wolę w domu posiedzieć. Potem się okazało, że Mama i tak poszła na urodziny koleżanki.
____________

U mnie nie ma więcej co opowiadać. Teraz będę pracowała codziennie, aż do przyszłego piątku, ale chociaż 4 nocki załapię i kasy trochę wpadnie.
____________

Tak jak wspomniałam, dzisiaj będzie króciutko. Kocham <3

19.05.2018 _ sobota
Pokaż wszystkie (3) ›
 

hononey
 
Witajcie Kochane,

Pisałabym częściej, ale nie chcę cały czas brzmieć jak pesymistka. Owszem, są sytuacje, że po prostu muszę z siebie wszystko wyzionąć (tak jak w poprzednim poście), ale pisać w koło pierdoło o tym jak mi się marzy zamieszkać samej z Karolkiem, po prostu nie ma sensu. Także ten, wiecie jak wygląda sytuacja, ale na razie nie będę się o niej rozpisywać.
____________

Opowiem Wam za to bardzo kosmiczną historię. Szczerze mówiąc, myśląc tak jak myślę i mając już swoje doświadczenia których ludzka nauka nie potrafi wyjaśnić, myślałam że nikt i nic mnie nie zaskoczy, a jednak się myliłam. Otóż jestem na grupie na facebook'u gdzie ludzie oczyszczają organizm pijąc dużo naparów z ziół i soków owocowych. Dzisiaj pojawił się taki o to komentarz:

“Potrzebuję Ważnego wsparcia. Złapałem kleszcza i czuję Intuicja że nie powinienem go usunąć, zabić bo to co mi las i matka natura daje nie może nie być dla mojego dobra. Wcześniej pozwalałem komarom gryźć mnie i czułem się po tym świetnie. Takie żyjątka wypijają co złe a dają to co pomoże w oczyszczaniu, nawet borelioza i zapalenie mózgu to kryzysy uzdrowiencze i jeśli organizm to przyjmie to dla własnego dobra. Ale całe otoczenie Rodzice patrzą na mnie jak na wariata zagrozili szantażuje mnie bym zabił to biedne stworzenie. W moim umysłe jest też gdzieś matriowy lęk ale czuję że przy mojej sytuacji gdy jestem dializowany nie mogę pozwolić sobie na kompromisy z systemem. Proszę o wsparcie wiem że na Was mogę liczyć.”



Z tej samej grupy dowiedziałam się również, że wirusy tak na prawdę nas kochają i to jest po prostu selekcja naturalna, że my umieramy. Kleszcze, komary i pchły to nic innego jak stworzenia, należące do tej samej kategorii co pies/kot/papuga/królik/koń i należy im się szacunek... No mówię Wam, cyrk na kółkach i jeszcze długo mogłabym Wam wymieniać jakich bajek się naczytałam, ale szkoda czasu.
____________

Oprócz tego jestem dzisiaj w konkretnej kropce. Wróciłam do domu, a Karolek nie chce mi jeść i zaczynam się zastanawiać czy znowu nie ma przypadkiem zaparcia, czy po prostu rano się najadł. Boję się o niego, bo już raz to przerabialiśmy.

Update: wymasowałam go, dałam mu przeciwbólowe i zioło przeczyszczające i próbowaliśmy z D go nakarmić. W końcu udał się do toalety i wypchnął z siebie ten złóg. Teraz tylko musimy się upewnić, że będzie jadł dobrze jutro. Fju... Stracha mi narobił. Ale dziwicie mi się? Bunia odeszła w zeszłym roku, niedługo minie rok (aż ciężko uwierzyć) a został mi tylko On... Karolek po prostu mnie rozumie na swój króliczy sposób. Tak, to zdjęcie na dole, to my razem w zeszłym roku nad morzem. <3
____________

To tyle na dzisiaj Kochane. Jest już tak późno, że jedyne co mi wypada, to kłaść się spać. Mam nadzieję, że będę miała chęci wstać wcześnie rano (organizm sam się budzi o 5 rano).
____________

15.05.2018 _ wtorek
  • awatar I'm still standing: Kilka lat temu moja ciotka zadzwoniła do teściowej. Teściowa jej się poskarżyła, że synowa ciotki mieszka dwa domy dalej i nawet do niej nie zajrzy, a moja ciotka na to: no wie mama, ona jest w ciąży, a mama jest kulawa, pewnie nie chce by jej się chore dziecko urodziło... :) bekę mamy z tego do dziś. Śliczny ten Karolek, naprawdę ;)
Pokaż wszystkie (1) ›
 

hononey
 
Pora znowu z siebie trochę wyrzucić (bo zwarjuję). I broń boże nie wyżalam Wam się jaka jestem biedna, czy narzekam na swój los. Wiem co muszę zrobić i tak zrobię. Po prostu daję upust swoim emocjom, żeby to we mnie już nie siedziało, bo nie wytrzymam...

Zaczynam prawie łapać deprechę przy nim. Naturalnie budzę się z pierwszymi promieniami słońca rano, ale nie chce mi się do tego wszystkiego wstawać. Dosłownie śpię na maksa, tyke ile mogę tylko po to, żeby do tego wszystkiego nie wstawać. W domu już nic nie chce mi się robić, po prostu jestem w takiej czarnej dziurze która zasysa całą moją energię. Nawet gdyby pozbył się kotów, nawet gdyby kolega już nie przychodził codziennie, nawet gdybyśmy mieli zajebiście wielki dom, wszędzie razem chodziliśmy to ja nie chciałabym z nim mieszkać. Było i minęło. Uczucia wyschły, a teraz został ze mnie zwichnięty kwiatek.

Wiecie, nie tak sobie wyobrażałam mieć chłopaka. To znaczy, w sumie to nigdy nie wiedziałam, że tak na prawdę będę go mieć, przez nadwagę i niskie poczucie własnej wartości. No ale mam już chłopaka, żadne z nas nie jest idealne, bo przecież to nie jest hollywood'zki film. I on mnie kocha, a ja jego już nie potrafię. Nie potrafię się nawet zmusić, żeby go kochać. Owszem, przytuli i jest miło, bo przecież jestem już do niego przyzwyczajona, ale to nie to samo co być z kimś w związku kogo na prawdę kochasz - każdego dnia, a nie tylko dlatego, że jesteś przyzwyczajona.

Nie zrozumcie mnie źle. Jest jakaś potwora, dla której jest idealny. Ona może się samorealizować, mieć kupę czasu i spotkają się w domu w korytarzu na 5 minut, zamienią kilka słów i dalej do swojej pracy. Ale ja tak nie potrafię. Owszem lubię wolny czas, ale o wiele milej byłoby go spędzić z kimś wyjątkowym. Nawet kiedy kolega pójdzie do domu, to on i tak siedzi w swoim pokoju, za fortrecą zbudowaną z elektornicznych części, które kiedyś mu się przydadzą do czegoś. Nawet nie mamy tematów do rozmowy. Wejdzie czasami do mojego pokoju, żeby mi powiedzieć, że jego wzmacniacz osiągnął już moc ileś tam watów, że zniekształcenie sygnału osiągnęło już jakieś tam minimum, że musiał coś tam włożyć i teraz jest już lepiej. I tak 24/7, dzień w dzień słyszę o głośnikach, wzmacniaczach, dźwiękach i innych pierdołach i już mnie szlag trafia.

Chociaż i to jest lepsze od tego jak opowiada mi jaki dom kupimy, co w nim zrobimy jak razem zamieszkamy. Patrzy się w moje oczy z wielką nadzieją, że podłapię temat i będę mówiła co chcę i jak chcę. A JA TEGO WCALE NIE CHCĘ! Chcę, ale nie z nim. I widzicie, napisałam to i w tym momencie mi zaczyna być go szkoda, bo już zaczynam sobie wyobrażać, jak to ja bym była na jego miejscu i to by mnie załamało. Ale z kim bym nie rozmawiała na ten temat, to wszyscy mi mówią, że po prostu trzeba to zerwać. Że nie ma sensu. Ja przy nim czuję się taka wycieńczona. Wyobraźcie sobie, że zakuwacie jakiś temat, którego nienawidzicie 24/7 - tak właśnie ja się czuję mieszkając z nim. Jestem energetycznie wycieńczona.

Dlatego wiem co trzeba zrobić. Po powrocie z Polski po prostu, zacznę szukać mieszkania tak szybko jak się da. W zeszłym roku byłam w Polsce miesiąc. Calutki miesiąc kolega D. przesiadywał u niego ile chciał. Praktycznie rzecz ujmując można powiedzieć, że tu mieszkał. Wróciłam z Polski, kolegi u nas nie było, D mnie przytula i się cieszy na mój powrót i biadoli, że bezemnie to już by na pewno umarł, gdybym została następny tydzień w Polsce i takie tam pierdoły. Co się dzieje za dwa dni? Kolega przychodzi jak mu się chce o której mu się chce. Chooj, że mnie nie było ponad miesiąc i przychodził jak chciał. Co za różnica jak wróciłam?

Mimo, że kolega mi powiedział, że chciałby być ze mną gdyby nie D, to szczerze powiedziawszy mam akurat to konkretnie w dupie. Widzi łatwy wyzysk, bo widzi jak zapierdalam i ile za to zarabiam i po prostu myśli, że głupią gąskę sobie załatwił. A ja już po prostu się nie dam. Mam dość tego, że żaden z nich nie bierze mnie na poważnie. Powie sorry i myśli, że sprawa załatwiona. Ile razy już mu mówiłam, że pora gości wyprosić? Jednemu i drugiemu po tyle samo. Kolega siedzi cały czas w telefonie i mówi, że nawet nie zauważył jak czas zleciał? TO SĄ KPINY! A z D jest po prostu tchórz, bo nie potrafi koledze powiedzieć, że czas powiedzieć dowidzenia. Dlatego cały szacunek do kolegi straciłam. Jestem miła, ale go straciłam. Jedyne co mnie trzyma przy D, to to, że nie mogę znaleźć dobrego domu, jest mi go szkoda no i niedługo wakacje w Grecji i Polsce, a wiem że Karolek najlepiej czuje się w domu.

Ale przyżekam, że jeśli kasę na Karolka (którą mu zostawię) wyda nia zioło, to nie ręczę za siebie...
____________

No więc to było tak z grubsza. Po prostu musiałam z siebie to wylać, bo znowu chodziłabym cały dzień wkurwiona i wszystkim by się dostało. A teraz trochę pozytywniej... Zaczęłam ćwiczyć, ale tak hardkorowo, że ledwo oddech łapię i jeśli ćwiczyłam to można mnie złapać późnymi porami na insta @yolofruit , gdzie dodaję relację już po treningu. Taka mała motywacja dla mnie.
____________

Wczoraj stwierdziłam, że skoro pogoda ładna, to zabrałam Karolka do rodziców do ogródka. Ja czytałam książkę, a Karolek zwiedzał wszystkie kąty ogródka (łącznie za domkiem z narzędziami). W końcu się uspokoił po szczekaniu psa sąsiada i stwierdził, że najlepsza miesjcówa jest na moim barku. I tak sobie o to siedział, a ja czytałam książkę.
____________

13.05.2018 _ niedziela
  • awatar antybohaterka: Ja Ci powiem ze szkoda czasu na tego pana...
  • awatar Ewel...: Życie trzeba sobie ułożyć tak, żeby było nam dobrze :) powodzenia Ci życzę i dużo szczęścia:):)
  • awatar I'm still standing: Ej no masz przystojnego Karolka przecież :) Nie męcz się w związku z facetem, z którym nie widzisz przyszłości.
Pokaż wszystkie (6) ›
 

hononey
 
Wczoraj byłam nad morzem i nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo mi tego brakowało. Ale do rzeczy...

Ten wpis dedykuję Karolkowi (mój królik) i jego niewiędnącej zajebistości. Otóż pojechałam nad morze właśnie z królikiem. Za każdym razem mnie zaskakuje jak mało o nim wiem. No więc pakuję nas nad morze - podstawowe sprawy no i spakowana. Idę do Karolka - siedział w moim pokoju. Już wcześniej mu opowiadałam, że będziemy nad morzem więc wiedział co się szykuje. Stawiam przed nim plecak (w którym podróżuje) i zazwczaj ostatnio nie miałam problemów, żeby mu pokazać jak tam wejść (pchasz delikatnie obiema dłońmi, a Karolek robi resztę). No właśnie nie miałam, bo Karolek uciekł od plecaka i pobiegł na górę do kuwety, żeby załatwić sprawy!!! Nigdy wcześniej tego nie robił i byłam pod wielkim wrażeniem (i szokiem), że wiedział, że najpierw trzeba zaliczyć kuwetę, a dopiero potem podróżujemy. Karolek skończył co trzeba i pozwolił sobie wejść do plecaka...

Dobra, idziemy na staję kolejową. Karolek w plecaku, przez ramię torba z najważniejszymi rzeczami, a za sobą ciągnę walizkę z pierdołami na plażę i wystającą parasolką (w sumie to większość i tak była dla niego). Dochodzimy na stację, jeszcze godzina do pociągu - mówię spoko, przynajmniej młody się przyzwyczai i zrelaksuje w poczekalni. Wypuszczam więc go z plecaka do spodu od transportera wyłożonego kocykiem i sobie siedzi grzecznie. Podchodzi starsza kobieta, zafascynowana czarującą osobowością Karolką i lecą pierwsze ohy i ahy jaki to on grzeczy i słodki. Karolek wszystko łyka, jeszcze na dwóch łapkach staje co to nie on, przecież potrafi być jeszcze bardziej czarujący. Gadamy 10 minut, kobieta odchodzi a Karolek marnieje bo stracił zainteresowanie kobiety. Siedzimy sobie tak razem z Karolkiem, aż w końcu przyszła pora na nasz pociąg.

Wychodzimy z poczekalni do pociągu ale wszędzie zapchane, wszędzie madki z brajankami i wózki niczym terenówki ale udaje nam się przecisnąć. Dochodzimy do miejsca a tam siedzi rodzina 500+, wszystkie miejsca pozajmowane, a na moim jest mały brzdąc. No więc wchodzę i przepraszam że taka ze mnie mało kurturarna osoba, no ale booking był i miejsce moje. Oczywiście, problemu nie ma no i z Karolkiem siadamy przy oknie. Starszy pan koło mnie bardzo miły, fajnie się rozmawia, a reszta dzieci. Ponad godzinę podróży kolejne ahy i ohy jaki to on grzeczny, a Karolek się rozłożył w transporterze i mieli zęby bo wreszcie dostał od wszystkich uwagę.

Dojechaliśmy do Cleethorpes, wreszcie upragniona plaża, ale trzeba pójść z dala od ludu bo dzieci piszczą. W końcu znajdujemy nasze miejsce (Karolek dalej w spodzie od transportera, więc wszystkie ręce miałam zajęte), ale schody na plaże zmielone falami z zimy. Dobra, wracamy się na inne schody, znajdujemy miejsce na piachu i ból bo cienia nie ma, a bez cienia Karolek skończy jak pasztet. Więc prosimy w miarę spokojną rodzinę, żeby okiem lukneli na nasz asortyment, a my w tym czasie powędrujemy po wiatrochron. No i wracamy się do budki (jakieś 5 minut drogi i znajdujemy). Pan mówi 3.50 i wracamy z niewygodnym towarem na plażę.

Dziękujemy rodzinie za dopilnowanie towaru i razem z Karolkiem idziemy bliżej morza, gdzie piach jest zimniejszy. Słońce piękne, ale wiart za to w futerko mocno dmucha. Biorę w końcu ten wiatrochron i próbuję całą moją złość przełożyć we wbijanie tych drewnianych włóczni - bezskutczenie. Wiatr tak tym miota, że nie miałabym szans dopóki po jakimś czasie młoda dziewczyna do mnie nie podeszła z młotkiem. Nigdy chyba tak nie byłam szczęśliwa w beznadziejnej sytuacji. Zaraz potem przychodzi jej rodziciel i poprawnie wbija włócznie - efekt? Po 10 minutach poniżającej walki, wreszcie mogłam schować Karolka w cieniu. Dziękuję obojgu i zabieram się w rozkładanie naszego ekwipunku.

Karolek rozłożony w piachu jak bagietka, ja walczę z kocykiem który pod wpływem wiatru zaczął mieć dodatkową funkcję latania. Na szczęście buty go trochę uziemiły. Okazało się, że parasolka również nie była na marne bo wiatr wiał z dwóch stron. Co było dla mnie największym zaskoczeniem, to to, że kiedy Karolek wreszcie się zrelaksował, zaczął jeść sianko!!! I to nie, że przez przypadek wziął jedno źdźbło, nie! On zjadł praktycznie wszystko co z nami było. Nidgy wcześniej nie jadł podróżując ze mną. Zawsze musiał dostawać przysmaki, ale nigdy sianka nie tknął.

Dumna z siebie i z Karolka, rozłożyłam się plackiem na kocyku, wtulona w parasolkę broniąc się przed zimnym wiatrem. Nawet słońce nie mogło mnie rozgrzać. Karolek zadowolony, bo siedzi w cieniu, łapki rozłożone wzdłuż i szerz. Zamykam oczy, żeby nacieszyć się krótkim dniem nad morzem. Otwieram oczy, patrzę, że Karolka nie ma ani w transporterze, ani w plecaku, ani w walizce, no nigdzie. Zaczynam pluć sobie w twarz, że zdjęłam mu te szelki z medalikiem i zaczynam się rozglądać, w którą stronę mógł uciec. Ale przecież królik na plaży wywołałby sensację, a wszędzie cisza, więc chyba nie wyprował skoro w cieniu grzecznie siedział? Odpowiedź była pod parasolką. Karolek spierdzielił przed wiatrem. Może i jestem chujową panią domu, ale za to królik na prawdę mi się udał. Wiedział, że jak ucieknie to ciężko będzie wrócić, więc jak bochenek skulony siedział pod pampelą (tak wołałam na parasolkę jako dziecko). Emocje ochłonęły. Karolek wrócił do transportera, a ja przypięłam górną część, żeby go broniła przed wiatrem. I tak sobie siedział, a ja leżałam na kocyku nieświadomie piekąc sobie ramię na słońcu.

Mimo, że Karolek był zrelaksowany i nie wołał do mnie, to jednak było mi go żal, że on tam a ja tu (bo w końcu na wycieczce razem) i przyszurałam kontener z królikiem do siebie. Ręcznikiem owinęłam opakowanie, żeby Karolka nie smażyło w środku i tak sobie dwie godzinki leżeliśmy. Z Siostrą zamieniłam kilka słów na messengerze, a potem była pora na zbieranie się. Karolek grzeczny, ale nie podobało mu się, że w plecaku musi siedzieć. Nie miałam wyboru bo włócznie trzeba było odnieść, a nie było mowy o powrocie do rzeczy zostawionych na plaży. Tak więc tułając się powoli w końcu doszliśmy do budki, żeby oddać ten nadbagaż. Poszliśmy z Karolkiem po ciepły napój i rozsiedliśmy się wygodnie przy stole na zewnątrz.

Niestety plaże w Anglii mają to do siebie, że przciągają całe rzesze idiotów, którzy myślą, że głośna muzyka, łokieć na drzwiach i podkręcone obroty w samochodzie czy zdjęty tłumik z motóra, sprawi że będą kul. Zmuszeni hałasem, przenieśliśmy się na molo, gdzie było więcej spokoju. Przesiedzieliśmy tam jakiś czas, bo wiatr nie dawał spokoju i udaliśmy się w stronę wegańskiej knajpy, którą mieliśmy nadzieję, że będzie otwarta. Czekaliśmy na ławkach przy plaży z wielką nadzieją, ale knajpa była zamknięta.

W końcu udałyśmy się po ostatni napój, a potem już tylko do pociągu. Znowu 500+ zajmowało nasze miejsce, ale nie było problemów z przejęciem. Niedługo potem wysiedli. Karolek dostał miejsce z widokiem na okno i znowu była rozmowa o królikach i innych takich różnych. Po całym dniu łażenia, w końcu złapała mnie chęć skorzystania z toalety i biorę Karolka pod pachę. Miła rodzina, która opowiadała o swoich świnkach morskich, mówi że mogę zostawić z nimi (następna stacja za 30 min, a tyle na pewno mi nie zajmie). No dobra, więc tłumaczę Karolkowi, że idę do toalety i ma być grzeczny (kiedyś jak poszłam na plażę, to mu się nie podobało i zaczął uciekać rodzicom z koszyka), bo nie wiem jak zareaguje. Wracam, a Karolek rozłożony w swoim miejscu i je sianko jak królewicz! No naprawdę nie mogłam wyjść z podziwu. Taki był dzisiaj grzeczny, że przeszedł wszystkie oczekiwania. Spakowałam go do plecaka, bo niedługo wysiadamy, wszystko przygtowane i do domu.

W domu jak tylko poczuł, że jest u siebie to od razu do toalety. No więc takiego mam mądrego królika. Teraz tylko musimy pogadać o załatwianiu spraw, żeby mi nie zachorował od trzymania tego wszystkiego w sobie jak podróżujemy. Jeszcze jak wrócilismy do domu, to jakimś cudem koło Karolka był ślimak. Z D się śmieliśmy, że Karolek załatwił sobie zwierzaka xD To tyle na dzisiaj kochane, mam nadzieję, że pogoda dopisuje <3
____________

08.05.2018 _ wtorek
 

 

Kategorie blogów