Wpisy oznaczone tagiem "związek" (1000)  

hononey
 
Nie wiem czy Wam mówiłam, ale będąc w zerówce, dzieci nie chciały się ze mną bawić. Jedna z dziewczyn rozpowiedziała, że moja choroba (atopowe zapalenie skóry) jest zaraźliwa i przez to wszyscy unikali ze mną kontaktu. Nie wiem czemu, ale wywarło to duży wpływ na mojej psychice. Od tamtego czasu czuję się odpychana i nieakceptowana przez dosłownie wszystkich, mimo że są ludzie którzy poprostu mnie lubią (nie mówię tego z powodu ego, tylko stwierdzam fakt). Większe grupy osób po prostu mnie przerażają i nie potrafię się "wtopić". Nie potrafię należeć do grupy. Jest grupa i jestem ja.

Tak było od zerówki. A jaka byłam przed zerówką? Jeśli poszłam gdzieś na plac zabaw, albo do lekarza, zbierałam wszystkie dzieci do kupu i nie było że ktoś się nie bawił. Po prostu nie było mowy, że ktoś odmawiał. Wszyscy się bawiliśmy i nie było lepszego i gorszego. Tak przynajmniej Mama mi opowiadała. Ale czar prysł w zerówce, kiedy zostałam odepchnięta przez wszystkich.

Próbowałam na to patrzeć z różnych stron, żeby pomóc samej sobie wyleczyć tej wielkiej rany w psychice, ale w sumie nic nie pomogło. Nawet zrozumiałam, że to mogło się stać po tym jak dzieci się wszystkie bawiły ze mną a ona poczuła się zagrożona i wszyscy byli potem pod jej "kontrolą" (jej mama była nauczycielką w drugiej grupie w zerówce, więc wyczuli autorytet). Ale mimo wszystko dalej CZUJĘ się "zakompleksiona" mimo, że WIEM że nic ze mną nie jest złego. Po prostu nie czuję się częścią otoczenia. Jestem ja i ono, ale nigdy my.

Ostatnio byłam u Mamy w niedzielę po pracy i rozmawiałyśmy o tym. Zawsze myślałam, że rodzice o tym nic nie wiedzieli. Okazało się, że Mama wiedziała. Powiedziała, że rozmawiała z Mamą (B.) tej dziewczyny (I.) która z resztą była jej koleżanką ze szkolnych lat. Mama powiedziała B. że I. roznosi po grupie opowieści o mojej chorobie, żeby dzieci się ze mną nie bawiły. Mama dodała, że rozumie, że jako matki nie mają wpływu na to co dziecku ślina na język da, ale żeby po prostu porozmawiała. B. powiedziała Mamie, że bardzo jej przykro, że jej własna córka tak robi. Mama powiedziała, że z B. zawsze mieli dobre kontakty i B. była bardzo empatyczna. Nie wiem jak potem I. na to zareagowała.

Co próbuję przez to powiedzieć? Chcę to zakończyć. Chce się wreszcie przestać tak czuć. Chcę zamknąć ten rozdział. Tak jak przeszłam przez depresję, tak przez to nie umiem. A wiem, że powraca całe zdarzenie do mojej świadomości, żebym mogła coś z tym zrobić. Chyba zadzwonię do psychologa w czwartek, żebym mogła to wreszcie za sobą zamknąć. Rozumiem, że to może zająć nawet i rok i dłużej, ale bardzo chcę zakończyć to jak się z tym czuję.
____________

18.04.2018 _ środa
  • awatar Sylwia Lisiewicz15: Wiem jak to jest być "tą odrzuconą"od społeczeństwa. Jestem osobą niepełnosprawną od urodzenia i od zawsze ktoś widział we mnie same kłopoty i przez to często cierpiałam na braku znajomych oraz sama zamykałam sie w sobie i uważałam,że tak musi być,że nie mam prawa do bycia szczęśliwą. Dopiero 4 lata temu weszłam tutaj na Pinger i założyłam bloga,odkryłam,że to mój drugi dom. Poznałam fantastycznych ludzi. Zawarłam niejedną znajomość i otworzyłam się na innych. Dostałam lekcję,którą zapamiętam do końca życia,bo nauczył mnie jej ktoś kto był dla mnie ważny i nadal jest. Poznałam go tutaj i nigdy o nim nie zapomnę,pokazał mi,że świat nie musi być szary, a ludzie nie muszą być źli tylko ja niepochłonięta złymi nawykami zrobiłam okropne świństwo i teraz tego bardzo żałuje. Uśmiechaj sie i nie poddawaj sie mimo,że nie każdego dnia świeci słońce to może właśnie jutro wyjdzie za chmur.Pozdrawiam i zapraszam do mnie
  • awatar Help Me :'(: Na pewno teraz nikt nie myśli, że jesteś gorsza, nie jestes !!! Powodzenia ! :* :)
  • awatar .Miss Independent.: Skąd ja to znam.... Miałam od samej podstawówki to samo... nie akceptowana, traktowana jak gorsza, nie potrzebna, nikt nie chciał się ze mną bawić, zawsze sama. Pech chiał że do samego końca gimnazjum stale z tymi samymi osobami, przez co po gimnazjum w szkole nie mogłam się odnaleźć i wbić w żadną grupę. Uraz i strach przed odrzuceniem mam do dziś. Niestety ale jak jest nam od dziecka coś wpychane, jak mi że za gruba, gorsza, brzydsza to niestety odbija się to na psychice nawet dorosłej osoby.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Planuję, żeby w dzisiaj zaraz po północy wysłać aplikację o mieszkanie ze spłódzielni (wtedy jest nowa lista). Boli mnie myśl, jak się on poczuje kiedy mu powiem, że chcę się wyprowadzić. Ale na prawdę nie chce tu mieszkać. Jak mam sobie wyobrazić, że mam tu spędzić kolejny rok z nim i jego kolegą, albo resztę życia z nim (...i jego kolega...) to aż mnie w żołądku ściska od tego. Widzę siebie starą, żyjącą z nim w stanie wegetacji. To jest, o ile nie miała bym jaj żeby wyprowadzić się wcześniej.

Po prostu psychicznie już tego nie ogarniam. Czuję nerwicę jak mam myśleć o takiej przyszłości. Jest prawdziwym wampirem energetycznym i ja już dalej tak nie mogę. Marzy mi się mieszkanie z Karolkiem, z ogrodem. Chuj, że będzie daleko od miasta - przecież są pociągi. Jakoś się to ogarnie. Wierzę, że Universe is looking after me i pomoże mi znaleźć najlepsze wyjście z sytuacji.
____________

Niedługo po napisaniu tekstu wyżej, znazłam pchły na Garfildzie!!! Chuj że pchły ale wirusy które roznoszą jebane pchły mogą zabić Karolka (królika) i o to się najbardziej boję. Poszłam od razu do weterynarii po krople, ale poprosili, żebym wróciła z kotami żeby mogli je zważyć po odpowiednią dawkę. Kurna, i znowu pieniądze lecą z konta na je**ne sierściuchy. Wybaczcie, ale kotów po prostu nienawidzę. I to jeszcze jego koty, a nie moje ale on nie ma oszczędności więc cały obowiązek spada na mnie [zła].  Po prostu nie mogę być z tak nieodpowiedzialną osobą jak on. MĘCZY MNIE TO JUŻ!!!

Wróciliśmy właśnie od vet'a. Zgadnijcie kto zapłacił za krople od pcheł? JA! Jeszcze po tym jak przyszliśmy do domu się do mnie przymilał ale k***a nic o oddaniu kasy, czy chociażby zwykłe, chujowe dziękuję. W dupie mu się już poprzewracało, nie jestem jego matką czy babcią żeby na niego zarabiać czy utrzymywać.
____________

A propos wampirów energetycznych to Anthony William polecił książkę Dodging Energy Vampires: An Empath's Guide to Evading Relationships That Drain You and Restoring Your Health and Power - Dr Christiane Northrup. Nie wiem czemu, ale pociągnęło mnie żeby ją kupić. Ma dopiero w poniedziałek przyjść kurierem ale dam radę... I tak teraz będę miała dużo do załatwiania.
____________

Wzięła mnie chęć na jedzenie wrapów na śniadanie. Z racji faktu, że nie mogę jeść glutenu/pszenic i innych chujostw (bo skóra mi się popsuje), to muszę wykombinować takie co się nie rozwalają ale można je szybko zrobić. Przepis już znalazłam, teraz tylko zostało wykonanie. Dam Wam znać jak mi wyszły <3
____________

18.04.2018 _ środa
 

xdpedia
 
www.xdpedia.com/(…)najlepszy_chlopak_na_swiecie.htm…
Najlepszy chłopak na świecie? Ten, który stanie z Tobą na końcu molo i poczeka z Tobą na największą fale,a później śmieje się, że jesteście cali mokrzy a wszystko po to, żeby zobaczyć uśmiech na Twojej twarzy.
 

hononey
 
No więc Kochane moje, pora żebym znowu z siebie wyrzuciła kilka myśli...

    Wczoraj wróciłam z pracy, kolegi nie było. D nawet mi powiedział, że kolega nie będzie tak często przychodził. Spakowałam Karolka i pojechałam do rodzciów. Pogadałam z Mamą trochę a potem przed 22 Tata nas zawiózł z powrotem do domu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wchodziłam do domu a kolega w pośpiechu wychodził...

    Mniejsza o to, byłam padnięta ale chciałam poćwiczyć przed spaniem. Muszę Wam się przyznać... Zakochałam się w yodze. Tak jak kiedyś nienawidziłam, bo była dla mnie za nudna i chciało mi się spać, tak teraz się zakochałam. Jak zwykle jestem wybredna więc robię to tylko z filmikami jednej dziewczyny. Żadnej innej nie chcę próbować, ta na mnie działa tak kojąco <3 z każdym ruchem ciała, czuję miłość jaka od niego bije. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że yoga może mieć taki wpływ na psychikę. Nawet łatwiej mi jest teraz medytować...

    Zdałam sobie sprawę, że nie da rady żeby udało mi się schudnąć 30kg do ślubu siostry ciotecznej w sierpniu w Polsce. Musiałabym się zagłodować. Albo chudnąć jakieś 2kg tygodniowo, a to nie jest zdrowe. Co prawda mogłabym przejść na witarianizm i by mi się na bank udało przez ten okres (surowy weganizm) ale wiem, że to by mnie wykończyło psychicznie (i skończyłoby się na jeszcze większym jedzeniu niezdrowych rzeczy).

    Wolę robić to swoich warunkach i kilogram po kilogramie powolutku zchodzić, wyhodować w sobie nawyk (zamiast skakać z kwiatka na kwiatek jak kiedyś). Teraz mam w sobie tyle samozaparcia, że wiem że mi się uda. Wyznaczyłam sobie cel 70kg do sierpnia, myślę że rozsądny. To oznacza, że mogę minimalnie zrzucać z siebie 0.6kg tłuszczu tygodniowo. Nie powoduje to na mnie żadnej presji, czuje że tak jest spokojniej.

    Yoga na prawdę dała mi to poczucie bezpieczeństwa i miłości do samej siebie. Żyjemy w świecie, gdzie cenione jest kiedy człowiek we własnym pocie zażyna się na śmierć po to by być najlepszym. Robiąc to, zapominamy o nas samych, o naszych emocjonalnych duszach, które też muszą być zaspokojone. Mamy duchowe potrzeby i niestety dzisiejszy rozwój cywilizacji sprawia, że nasza dusza jest zagłodzona. Pragniemy kontaktu z innymi ludźmi, pragniemy przyjemności, pragniemy miejsca do którego przynależymy, pragniemy braku poczucia winy za rzeczy których chcemy/chcemy zrobić.

    Na poziomie duchowym, jesteśmy zombie. Nie dość, że większość je martwe ciała zwierząt zabijanych w torturach (nie oceniam nikogo, stwierdzam po prostu fakt), pije płyny które przeznaczone są dla ich potomstwa, siedzi całymi dniami przed komputerami/telefonami szukając tej jednej jedynej osoby z którą mogliby się połączyć, to jeszcze religia za którą ślepo podążamy nie ma nic wspólnego z duchowością. Duchowość nie ma nic związanego z klękaniem przed "bogiem" i proszenie o litość, bo się człowiek urodził z grzechem. To są jedynie stare klapki na oczy założone przez kleryków żeby ludem łatwiej można było kierować. Co próbuję przez to powiedzieć?

    Gdyby religia miała na prawdę COŚ (cokolwiek) wspólnego z duchowością, to nie czulibyśmy takiej pustki w środku mimo tego jak szybko teraz się zmienia świat w którym żyjemy. Duchowość pozwala Ci znaleźć spokój, czerpać radość z małych rzeczy i przede wszystkim nie ma nikogo ponad Tobą. Jesteś tylko Ty i Twoja Dusza i Wszechświat. Nie ma żadnych spowiedników, kapłanów i powierników. Ty masz kontrolę nad własnym losem i sama przerabiasz własne lekcje. Nikt Ci nie mówi jak masz żyć, bo sama to czujesz. Wiesz i ufasz co jest dobre, nie potrafisz skrzywdzić. Pozwalasz żyć drugiej osobie ich własnym życiem, bo Ciebie to nie obchodzi co oni robią. Nikt nie wtrąca się w Twoje i Ty nie wtrącasz się w kogoś. Po prostu żyjecie w spokoju, poszanowaniu i wdzięczności.

    Obojętnie która religia, zawsze są jakieś prawa postępowania i obowiązki których trzeba przestrzegać. Nie ma religii, która akceptowałaby wszystkich. Zawsze musi być jakiś podział. W duchowości po prostu jesteś Ty. I jest druga osoba. I trzecia. I wszyscy jesteście jednością. Nie wtrącacie się we własne życia. Pomagacie nawzajem kiedy to potrzebne, ale nikt nie wchodzi sobie w drogę.

    Powiem Wam na własnym przykładzie, że dopiero kiedy zdecydowałam się odejść od religii (a moi rodzice są zapartymi katolikami), zrozumiałam jakie klapki miałam na oczach. A najgorsze jest to kiedy trzeba postępować wg. czegoś/jakiś zasad. Kiedy Kowalski chodzi do kościoła co niedziele ale już Jankowscy przestali, to wielka plota na całą wieś bo jak to możliwe, że tacy co boga kochają a wg. zasad nie postępują.

    Chyba to mnie tak na prawdę w Polsce najbardziej wkurza. Ta namiętna chęć podążania za głupimi zasadami, obojętnie czy religia, czy przypadkowy błąd ortograficzny, wszyscy Ci od razu wytkną w Polsce. Byleby tylko wytknąć błąd, bo już wszyscy mają ból doopy.

    Szczerze wszystkim polecam wyjazd za granicę na jakiś czas. Człowiek zaczyna nabierać dystansu do siebie, jest mu lżej. Przestaje się identyfikować z fałszywością. Oglądasz polską telewizję i widzisz jakie afery robią, ludzie tym żyją a potem rząd i tak robi po swojemu (tylko po cichu). Wyjazd za granicę na pewno pomógł mi się otworzyć na świat, na prawdę się zmieniłam przez te ostatnie 10 lat. Wam też polecam. Oczywiście do niczego nie zmuszam. Wiem, że to też nie jest realne dla wielu osób. Mówię tylko jako forma rekomendacji, na chorą duszę <3

Na sam koniec życzę Wam, żebyście wszystkie znalazły wewnętrzny spokój *namaste

16.04.2018 _ poniedziałek
 

hononey
 
Aaaaaaa... Mam taki mętlik w głowie i nerwicę, że muszę z siebie wszystko po prostu wyrzucić bo tego nie da się ogarnąć normalnie.

Pamiętacie zapewne, jak D się zalewał łzami i zapierał, że kolega nie będzie już przychodził, a potem zmienił zdanie i że będzie przychodził ale na krótko. No więc Kochane... Przez ostatni tydzień, zaczęłam rejestrować o której kolega przychodzi i wychodzi. Potrafi przyjść tak wcześnie jak 12 po południu jak dzisiaj, albo tak późno jak 21.30 i zostać do 23!!! Zostaje TYLKO do 23 bo ostatniego czasu warknęłam na obojga.

W czwartek jestem w domu, jest już 22 i pytam się dwóch czy na coś czekają, a siedzieli w dużym pokoju. Kolega grał na komórce, a mój na stojąco jadł resztki po obiedzie. Mówią, że nie na nic nie czekają. Pytam się czy kolega na coś czeka. Mówi, że nie. Więc się go kulturalnie zapytałam, co jeszcze robi bo chyba już godzina do domu. D wyczuł sprawę i WYSZEDŁ DO KUCHNI!!! Zostawił mnie sam z jego kolegą, żebym mu powiedziała, że ma iść do domu! Patrzę na niego i mówię, że chyba sobie żarty robi, bo stawia nas obojga w niezręcznej sytuacji. I zawsze od kolegi słyszę to głupie "Przepraszam" albo "Przykro mi, że tak późno przyszedłem". A wiesz co? Możesz sobie w dupę wsadzić to przepraszam, bo nie jest szczere.

Dzisiaj już dzieliło mnie tylko tyle -->..<-- żebym powiedziała D, że chcę się wyprowadzić. Wczoraj pojechałam do sklepu zoologicznego, żeby kupić karmę dla kotów D i był ten śmieszny koleś z którym się zawsze dogaduję. Mieliśmy taką wyluzowaną rozmowę, kurwa no nigdy nie takiej nie miałam z D. Zawsze muszę słuchać jego wykładów i pierdół na temat wszystkiego i niczego, ale ja nie mogę się odezwać bo zaraz wchodzi mi w słowo.

Teraz konkretnie pierdolę, wyjdzie jakaś chata ze spłódzielni, nawet żeby miała być poza Doncaster, to biorę. Chuj, że będę musiała płacić za pociąg, żeby się dam dostać ale przynajmniej będę mieszkała w jakiejś małej wsi i będę miała spokój razem z Karolkiem.
  • awatar Ewel...: Koledzy są, a później ich nie ma. Zazwyczaj jakoś magicznie znikają jak dzieje się coś złego. Nie wiem co mogłabym Ci doradzić, bo sama w takiej sytuacji byłam. U nas A. sam wpadł na to, że za dużo czasu spędza z kolegą. Może i u Was jakoś wszystko samo przyjdzie :)
  • awatar hononey: @Ewel...: Ojjjjj Kochana, gdybyś znała moja historie... Kolega zawsze jest. Praktycznie to 3eci domownik i mój "nie ma serca" go wyrzucić. Przesiaduje u nas całe dnie. Mojemu powiedziałam że to ostatni raz i że jak sprawy się spierdolą to się wyprowadzam. Coś czuję że to będzie niedługo.
  • awatar .Miss Independent.: Ja miałam kiedyś faceta który swojego kumpla brał wszędzie, sliśmy do kina z kumplem jego, na jedzenie z kumplem :D To się posypało szybko bo ja taka jak ty nie jestem by z tym życ bo ile można :)
Pokaż wszystkie (4) ›
 

xdpedia
 
www.xdpedia.com/(…)czesto_kocha_sie_z_przerwami.htm…
Często kocha się z przerwami. To znaczy czasem jest tak, że aż brzuch boli i oczy pieką, a czasem jest tak, że można wytrzymać i w ogóle myśli się mocno o czym innym.
 

hononey
 
Dzisiejsza waga: 81.8kg (kiedy ważyłam się ostatnim razem, waga miała słabą baterię i dlatego pokazywała tak niską wagę)

W poprzednim wpisie zapomniałam Wam powiedzieć, że zabrałam serduszko Buni do pracy, żeby mi było raźniej.

Niedziela w pracy - niby nic nie było do roboty, ale coś się znalazło. Wstałam rano, nawet poszłam pobiegać intrwałowo, co jest wielkim sukcesem, bo nigdy tego nie robiłam. Co prawda myślałam, że wypluję płuca pod koniec, ale kto by się tam przejmował *wink wink*. Potem przyszłam do domu i zrobiłam sesję yogi. W domu były świeże kwiaty - lilie i róże. Tak cudownie pachniały, że siedziałam tak z 20 minut i je wąchałam. Tak sobie pomyślałam, jak cudownie by było tak pachnieć - lilią i różami. <3

Niedługo potem zadzownił do mnie psycholog u którego zostawiłam wiadomość (wszystkie linie były zajęte). Zaczęłam jej opowiadać o tym co się stało tydzień wcześniej. Skończyłam opowiadać i powiedziała mi, żebym przestała twierdzić, że głupotą jest że boję się wejść do pokoju PP po całym wydarzeniu. Powiedziała, że na prawdę przeżyłam traumę i żebym w żadnym wypadku nie próbowała tego umniejszać. Powiedziała, że jest ze mnie dumna, że nie bałam się zadzwonić po pomoc i tyle już sama przepracowałam. Wiem, jest psychologiem ale to nadal było miłe co powiedziała. Podziękowałam jej że jest w pracy i że rozmawia ze mną i że na prawdę doceniam jej pracę. Podziękowała, powiedziała, że nikt jeszcze nigdy tego nie powiedział. Z Jej pomocą, udało mi się wejść do pokoju PP. Zapytała jak się czuję, powiedziałam że dziwnie. No i niedługo potem zakończyłyśmy rozmowę.

Poszłam do pokoju PP, wzięłam papier i długopis. Rozryczałam się. Wszystko zaczęło ze mnie wylatywać, wszystkie emocje. Napisałam list, jak się czuję z całą sytuacją do PP. Poprosiłam Anioły i wszystkie istoty światła teraz i na zawsze, które chcą pomóc, żeby pozbyli się tej negatywnej energii z pokoju. Żeby ją zamienili w światło i rozdali wszystkim którzy go potrzebują. I żeby cały pokój wypełnili światłem, radością i miłością (tak, wiem. Żygać się chce). Od razu energia w pokoju się zmieniła - tak jakby burza się skończyła 5 minut temu i zrobiło się cicho i błogo i spokojnie. Czułam silną potrzebę podejść do łóżka, gdzie stałam kiedy odeszła PP.

Zaczęłam płakać znowu. Zaczęła ze mnie znowu wychodzić ta stara energia. Wiecie jak czasami siedzicie, zaczynacie sobie wyobrażać coś i mimo że nie macie to fizycznie przed swoimi oczami, to i tak to "widzicie"? Dokładnie tak "widziałam" PP. "Stała" przy oknie i w myślach "słyszałam" co do mnie mówi. Te myśli były tak głośne, że musiałam je mówić na głos! Dosłownie czułam się jakby cała jej energia, przechodziła przezemnie i ja mówiła za nią. Moja świadomość "cofnęła się" do tyłu głowy słuchając co wychodziło z moich ust, a za kierownicą stanęła jej energia i wiadomość którą chciała mi przekazać.

Prosiła, żebym przestała się obwiniać i kilkakronie błagała żebym przestała płakać. "Powiedziała", że teraz jest jej dobrze, że wreszcie nie czuje bólu i nie jest zmęczona. Dziękuje mi za cały nasz spędzony czas, że byłam jej przyjaciółką i wreszcie odżyła kiedy zaczęłam pracować w ich domu. Ogółem nie czułam strachu. "Zobaczyłam" jak podchodzi do mnie, dotyka ręką swojego serca i dotyka moje serce, a potem opiera czoło o moje czoło. Powiedziała mi, że opiekuje się Bunią i Bunia pomaga jej się przyzwyczaić do nowego otoczenia i wtedy oczami wyobraźni "zobaczyłam" Bunię! Bunia stała na jej łóżku, merdała ogonkiem i się wreszcie cieszyła, że może ze mną porozmawiać. Łzy leciały mi z oczu jak wodospad i kiedy próbowałam coś jej powiedzieć, to dziwnie było używać własnej świadomości, żeby wyprodukować jakieś słowa. Potrzebowałam dużo wewnętrznej siły, żeby "przepchnąć" ją ze sterów i wyrzucić z siebie jakieś słowa. Ale Bunia zawsze wracała i słowa same ze mnie same wylatywały. Mniejsza o to co mówiła, ale w wielkim skrócie powiedziała, że jeśli zawsze będę podążać za sercem, za prawdziwą miłością to będę miała szczęśliwe życie i mało zmartwień. Kiedy wiadomość się skończyła, zaczęłam głośno oddychać - to nie było zależne ode mnie! Po prostu na maksa oddychałam - wdech i wydech przez jakieś 10 sekund i wtedy obie odeszły.

Piszę o tym, bo wydaje mi się, że im więcej osób opowiada o takich sprawach i się z nimi oswaja, tym więcej osób zacznie opowiadać o własnych doświadczeniach. Ja sama nie wiem co się wydarzyło. Podejrzewam, ale tylko dlatego, że mi się to przytrafiło to nie oznacza że wiem co się dokładnie stało. Oczywiście do niczego nie zmuszam, jedynie opisuję własne doświadczenie.

W pracy cały dzień piłam smoothie. I nie żałuję, po tym całym wydarzeniu byłam taka zmordowana i cukier mi spadł, że musiałam wypić 2 litry smoothie na raz!   Wzięłam się za prasowanie, niedługo potem przyszła koleżanka, a ja do domu. Jeszcze po drodze zahaczyłam o białą klacz - Angel i jej opowiadałam, że już uzbierałam połowę pieniędzy itp. Zawsze mi serce łamie jak próbuje za mną iść, wyrywa się z łańcucha.

Przyjechałam do domu i moja głowa znowu była pusta - tak jak Wam kiedyś opowiadałam. Po prostu czułam się tak, jakbym była w niekończącym się stanie medytacji. Przyjechałam do domu, wzięłam Karolka i zabrałam do rodziców, żeby miał trochę rozrywki. Karolek był bardzo grzeczny! Siedział na sofie grzecznie koło mamy i razem oglądali telewizję. Z mamą mamy plany gdzieś pojechać w naszą rocznicę, bo w sierpniu minie 10 lat jak mieszkamy w Anglii.

Na dzisiaj to tyle. Cały dzień jestem zmęczona, ale to normalne. Anthony William powiedział, że kiedy oczyszczamy wątrobę i siebie ze złogów, wirusów, itp  i to jest normalne. Zmykam i Kocham. <3

09.04.2018 _ poniedziałek
 

hononey
 
Większość ludzi myśli o sukcesie stereotypowo - ktoś ciężko pracuje, a potem pojawia się sukces. Prawda jest jednak taka, że sukces to wielka i długa droga porażek i wygranych. Codziennej "walki" z samą sobą i myślami. Tak, można siebie kochać całym sercem ale człowiek przechodzi przez dzień, a dzień to nie tylko jedna sytaucja i jeden rodzaj emocji. Jedna sytaucja (mimo, że to tak na prawdę błahe) potrafi spierdolić Ci cały dzień. I dzisiejszy wpis właśnie dokładnie o długiej drodze do sukcesu...

Wczoraj wstałam rano w pracy i musiałam spotkać się z PP w szpitalu, bo miał badanie oczu. Nie miałam okazji zrobić smoothie poprzedniego dnia, więc rano pojechałam do sklepu po dwa smoothie na drogę i do szpitala (brawo ja!). Smoothie trzymało mnie przy życiu (i nerwach xD). Potem jeszcze musiałam z PP stać na przystanku ponad godzinę bo bus nie przyjechał. W domu zjadłam ziemniaki a potem zrobiłam się śpiąca i poszłam do łóżka. Po jakimś czasie stwierdziłam, że jeśli odeśpię zmęczenie to potem nie będę mogła spać w nocy. Wstałam i zabrałam się za ogarnianie domu. Najtrudniej jednak było pod wieczór... Niby nie byłam głodna, ale nie czułam się jakoś wspaniale. Wtedy D zdecydował, że zrobi sobie wegańskie burgery i to jeszcze te, do których mam słabość. Zapach dosłownie mną trzepał, uderzał w każdy zakątek moich zachcianek. Ale stwierdziłam, że nie warto... Sama byłam zaskoczona! Zrobiłam sobie kolejne smoothie!!! I mimo, że czułam się pusto bo nie nagrodziłam zachcianki, to kiedy cukier z owoców wreszcie pomógł mózgowi odzyskać siły, czułam się o wiele lepiej. Wreszcie zaczęłam zrzucać kajdanki uzależnienia od niezdrowego żarcia. Nawet więcej niż to! Kolejny dzień nie chciało mi się robić treningu, ale zrobiłam!!! Więc praktycznie cały dzień jechałam na smoothie i do tego zrobiłam trening, którego nie chciałam! No lepiej się nie da!

A dzisiaj... Obudziłam się o 6 rano (albo 5 czasu zimowego). To jest mój problem obecnie - nie potrafię się przestawić. Ale mniejsza o to. Zeszłam na dół, sok z cytryny, koty, trening, sok z pomarańczy i wzięłam się za gotowanie i sprzątanie. W domu smoothie, potem nawet ziemniaki z brokułami i sosem. Wszystko szło dobrze, nawet bardzo dobrze... Słuchałam Bob Sinclair - Love Generation i byłam taka wesoła, że wzięłam serce Buni, zaczęłam tańczyć a łzy same leciały mi ze szczęścia. Dawno się tak nie czułam. Jeszcze przed wyjściem zrobiłam smoothie.

Całe szczęście, że nie musiałam być w pracy o czasie o którym normalnie zaczynam, bo ciężko bym to przeżyła. W sumie nawet w domu miałam problem, bo o 17.55 odeszła PP w zeszłym tygodniu tego samego dnia. Spojrzałam się na zegarek i znowu przeżywałam jej odejście. Przyjechałam do pracy i było mi pusto. Rozpakowałam się i czułam w sobie pustkę. Chcąc, nie chcąc patrzyłam się po kątach i myślałam co się działo poprzedniego tygodnia. Chcąc uciec od uczuć, po prostu pojechałam do sklepu i kupiłam sobie wegański fast food (burger + kiełbaski).

Czy czuje się zawiedziona? Może trochę, bo stereotypowo liczę na sukces za sukcesem. Wiem, jednak że muszę być easy on myself, zwłaszcza przez co ostatnio przeszłam... Mała potyczka, pozbieram się szybko. O ile regularnie będę robiła treningi, to wybory odżywiania zawsze będą łatwiejsze. Jeśli zaprzestanę treningów, to stracę całą motywację i znowu będę odżywiała się byle czym. Teraz już nie ma odwrotu. Codziennie ćwiczę i CHCĘ codziennie ćwiczyć. Nie dlatego, że siebie nienawidzę, tylko dlatego że jestem już zmęczona widokiem ciała które już nie reprezentuje tego jak się czuję. Zaczęłam siebie kochać i pora, żeby moje ciało również to odzwierciedlało!

Tymaczem idę robić ostatni trening przed spaniem, jestem w pracy i zasypiam w fotelu. Jutro przeczytam Wasze wpisy. <3
 

hononey
 
Hey Kochane. Notka pisana z telefonu bo w pracy, więc odczucia w czytaniu mogą być trochę inne niż zwykle. Także uprzedzam <3

Chciałabym się Wam pochwalić. I nie robię tego dla ego, tylko po prostu jestem naprawdę z siebie zadowolona.

Wreszcie zaczęłam siebie kochać i swoje ciało. Ćwiczę codziennie, nieważne co czy jaka intensywność ale ćwiczę. I mimo, że mi się nie chce czasami, odkładam do najpóźniej jak się da, to i tak biorę się za ćwiczenia i po prostu ćwiczę trzy razy dziennie. Najważniejsze, że buduję rutynę. I to nie dlatego, że siebie nienawidzę (tak jak by to było kiedyś). Teraz to robię, żeby pomóc organizmowi, żeby cały czas podtrzymywać ogień, żeby dotlenić komórki. Bo moje ciało kocha mnie, a ja kocham je jeszcze bardziej <3

Od samego początku gazety dla dziewczyn w młodym wieku mówią że "masz się starać tak i tak żeby przykuć jego uwagę" instalując w nas niepewność, że same, dokładnie jakie jesteśmy nie wystarczymy dla drugiej osoby. Rzucane w nas są kremy odmładzające, nowe kosmetyki bo przecież kobieta musi być perfekcyjna i nietykalna całe życie. A gdyby zamiast tego w gazetach pisali jak zacząć siebie kochać? Jak akceptować samą siebie? No ale przecież kto by wtedy chciał kremy i makijaż?

Nie poznaję siebie, naprawdę... We wtorek pojechałam po banany mimo że mi się tak strasznie nie chciało. Do tego padało co godzinę i ciężko było wyczuć kiedy będę miała wolne okno żeby jechać bez zmoknięcia. Ale wiedziałam, że muszę. Że przez brak bananów zawaliłabym odżywianie a przecież tak ciężko pracuje nad budowaniem rutyny z ćwiczeniami... No i pojechałam <3

Dzisiaj tak samo. Na miasto trzeba było jechać po baterie do wagi, o solarium zahaczyć i zakupy w Aldim bo Karolek bez jedzenia no i lodówka pusta. No i pojechałam!

Jestem z siebie taka dumna, że wreszcie jestem aktywna cały dzień i przestałam się lenić. Co prawda ściemniać nie będę - jest mi ciężko. Wolę siedzieć w domu i grzać kanapę, w domu czuje się bezpiecznie i fajnie byłoby siedzieć w domu i żeby wszystko było przywożone do domu (zakupy, itp) ale prawda jest taka, że szybciej załatwie takie sprawy sama, oszczędzę kasę na dostawie no i przy okazji rowerem pojeżdżę.

Doszło do tego, że nawet dzisiaj w pracy ćwiczyłam! No na prawdę nie mogę wyjść z podziwu, że tak dobrze mi idzie. I nie, nie powiem co robię i jak robię. Najważniejsze że robię! A dzieląc się z Wami, że nie siedzę bezczynnie na dupie dodaje mi to motywacji.

Tyle na dzisiaj Kochane. Spadam spać, bo rano dalej w pracy. Trzymajcie się i pamiętajcie że kochanie samej siebie to nic złego. <3

05.04.2018 _ czwartek
  • awatar glowin': brawa dla Ciebie! z doświadczenia wiem jakie ciężkie jest zmobilizowanie się do takich nawet głupich rzeczy typu wyjście do sklepu jak człowiek siądzie już po pracy, zmęczony na kanapie. niby takie nic, ale takie małe rzeczy dają kopa do działania i są bardzo motywujące! samej mi tego teraz brakuje, także możesz i za mnie trzymać kciuki, żebym przestała się lenić a zaczęła działać
  • awatar szachimatONA: Super popieram !
  • awatar hononey: @szachimatONA: @glowin': dziękuję Wam Kochane za wsparcie. <3
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Zaczęłam dzisiaj rano tracić motywację do ćwiczeń - "Wiem, że powinnam ćwiczyć, ale nie mam chęci". Zrozumiałam, że to przez to, że zostawiam je za późno do zrobienia. Dzisiaj pierwszy wykonałam zaraz po nakarmieniu kotów i od razu poczułam się lepiej. Po prostu trzeba zacząć robić je wcześniej, a nawyk przyjdzie sam. Poza tym muszę sobie dać czas. Wiem, że tłuszcz mi zejdzie z ciała, po prostu muszę dać sobie czas. Najważniejsze, że zaczęłam ćwiczyć i nie przestaję mimo braku chęci <3

Do tego chciałabym się Wam pochwalić czymś szczególnym. Przy mojej wadze - załóżmy zaokrąglone 80kg przy 160cm - miałam spoczynkowy puls 75. Teraz spadł mi do 62 w czasie spoczynku, mimo że nie robię żadnych wysiłkowych ćwiczeń. To na prawdę wielki sukces dla mnie.

U mnie w sumie nic specjalnego do napisania (haha, zawsze tak mówię, a potem się okazuje, że wpis ma więcej jak 1000 znaków xD).

Zabookowałam wreszcie bilety na pociąg nad morze do Cleethorpes na 7 maja. Stacja kolejowa zatrzymuje się jakieś 20 metrów od plaży więc nie trzeba już nigdzie dojeżdżać. W sam raz dla mnie i dla Karolka. Teraz jeszcze tam jest wegańska kanjpa przy morzu, więc to dla nas raj wyjechać tak na jeden dzień.

Dostałam dzisiaj wogóle list od menadżera mojej menadżerki (czyli technicznie szefa). Podziękował mi za całą sytuację jaka miała miejsce w zeszłą sobotę. To na prawdę było miłe. Od razu zadzwoniłam z powrotem z podziękowaniem i za to jak wszyscy dla mnie byli mili. Na prawdę nie czuję się jakbym została z tym sama. I znowu... Nie próbuję na siebie zwrócić uwagi, po prostu opisuję sytuację.

Może jeśli w tym roku wypali mi wyjazd do Polski (Warszawa, Air Show, ślub, rodzina, itp.) to może co roku będę przylatywać na dwa tygodnie, czy coś. Jeszcze się zobaczy. Martwię się tylko, że Pandzia w ostatniej chwili się wypisze ze względu na Jej stan zdrowia, a Warszawę zwiedzać samej to jakoś już tak smutno (zwłaszcza po naszych ostatnich akcjach).

Dzisiaj jednak było krótko. Kocham <3

04.04.2018 _ środa
  • awatar szachimatONA: Obraz w tym przypadku mówi więcej niż tysiąc słów ! Piękny ! Aż sobie skopiowałam :D Zazdroszczę Ci życia za granicą :) Ja się boję z dzieckiem wyjechać :(
  • awatar hononey: @szachimatONA: też bałabym się wyjechać za granicę ale na szczęście za mnie rodzice podjęli ta decyzję kiedy miałam 14 i się tutaj przeprowadziliśmy. Nie było to robione wbrew mojej woli ale na szczęście to nie ja musiałam podejmować taką decyzję. Pierwsze dwa lata jest ciężko ale potem już z górki. <3
Pokaż wszystkie (2) ›
 

hononey
 
Wczorajszy post pisałam ponad 3 godziny z przerwami. Ciężko było do tego wracać. Dzisiaj jednak obudziłam się i czułam się jakby wszystko minęło. Rozpuściło się. Pamiętam jak Tracey mi mówiła, że po śmierci ciała, dusze potrzebują ok trzech dni żeby przyzwyczaić się do sytuacji. Obudziłam się i czułam tak jak to było poprzednio z Bunią kiedy odeszła. Miałam wrażenie, że rozmawiałam z PP kiedy spałam. Że ją przytuliłam i wszystko sobie wytłumaczyłyśmy.

Po przebudzeniu, wzięłam telefon i zaczęłam czytać internety. Znalazłam nowy link, który napisał Cobra tinyurl.com/y9hzg9hd (wtajemniczeni będą wiedzieć o co chodzi). Pisał o tym, że mimo że rodzimy się w ludzkich rodzinach to mamy też duchowe rodziny, np krewną duszę możesz mieć po drugiej stronie półkuli. Łatwo można poznać je po tym, że bardzo łatwo się Wam rozmawia, praktycznie od razu znajdujecie wspólny język i macie wrażenie, że znacie się od zawsze.

Po przeczytaniu tego wpisu uświadomiłam sobie, że dlatego właśnie tak bardzo przeżyłam odejście PP. Po prostu byłyśmy z tej samej soul family. Po całym zdarzeniu miałam pewien wewnętrzny konflikt, bo przecież PP nie była w żaden sposób moją fizyczną rodziną. Tak na prawdę, stawiając sprawę bardzo oschle to byłam jedynie personelem i z profesjonalnego punktu widzenia, nie powinnam nawet płakać. Dlatego tak było mi ciężko przez te 2 dni się z tym pogodzić, bo czułam się jakbym przechodziła przez żałobę, ale teoretycznie to nie było na miejscu. Prawda jest jednak taka, że byłam bardzo zżyta z PP i będąc przy Jej śmierci mam prawo do żałoby jak każdy inny.

Koniec końców, jest mi teraz lżej. O wiele lżej, czuję jakbym na prawdę z Nią rozmawiała podczas snu ostatniej nocy i wszystko sobie wyjaśniliśmy. Cały ciężar z serca został zdjęty i teraz tylko czuję jakby mi ktoś cały czas przytulał czakrę serca do siebie.

Dziękuję Ci PP za naszą przygodę. Za to że mogłam Cię poznać, za to że się mną opiekowałaś, że zawsze mnie wysłuchałaś. Że byłaś moją przyjaciółką, chociaż była to przyjaźń nietypowa. Dziękuję za nasze wycieczki spędzone razem i za Twoją wyrozumiałość kiedy byłam zmęczona. Dziękuję za nasze soboty spędzone w kawiarni z ciastkami i kawą. Dziękuję za nasze niedziele w Sheffield w COSTA. Dziękuję za Twoje chrupki i tego, że mnie tyle nauczyłaś. Dziękuję, że nie wydałaś mnie, że nie myłyśmy Twoich włosów bo miałaś już tego serdecznie dość. Dziękuję, że czasami tupnęłaś nogą, żeby mnie rozśmieszyć. Dziękuję za te miliony kaw które Ci zrobiłam. Dziękuję, że przychodziłaś do pokoju personelu, żeby spędzić ze mną trochę czasu. Kładłaś się na łóżku, a ja w pocie czoła musiałam robić papiery. Ale z Tobą w pokoju było mi lżej. Dziękuję Wszechświatowi, że mogłam Cię poznać i przez te 2 lata miałyśmy nietypową przyjaźń. I tą przyjaźń na zawsze będę pamiętać <3

03.04.2018 _ wtorek
 

hononey
 
... "Nigdy nie uda Ci się bólu stłumić. Ludzie próbują różnych i wszystkich metod, żeby go zagłuszyć, ale tracą tylko czas i energię. Nie bój czuć się bólu i co więcej, nie obwiniaj się, że jest. Ulgę poczujesz wtedy, kiedy go zaakceptujesz. Kiedy wreszcie go zaakceptujesz, w całej jego całości, takim jaki jest, ból odejdzie i zostawi miejsce na nowe doświadczenia" ...
_________

Ten wpis będzie trochę powiewał stanem depresyjnym, ale wszystko po to, żebym mogła z siebie to wszystko wyrzucić a trochę tego jest. Nic nie mogło mnie na to przygotować i to był na prawdę wielki szok. Nie robię tego, żeby zwrócić na siebie uwagę. Po prostu cała sytuacja jest dla mnie traumatyczna i jakoś muszę to wyrzucić. Jeśli jesteście wrażliwymi typami, albo macie dzisiaj bardzo dobry humor, to szczerze odradzam czytania tego wpisu dla Waszego własnego dobra. Dla odważnych, powiem tylko tyle, że czytacie na własną odpowiedzialność i trochę tego będzie.

Dzień jak codzień - z resztą to się stało tego samego dnia, którego był poprzedni wpis. Pojechałam do rodziców na obiad przez pracą, D się nie wyrobił no i był zmęczony. Pojechałam do rodziców na godzinkę, zjadłam zupę (tak jak mówiłam, była za tłusta od mleka kokosowego). Rodzice nawet zdążyli się pokłócić, ale i tak miałam ubaw. Pożegnałam się z Mamą i Tata z powrotem zawiózł mnie do domu.

W domu szybkie szykowanie do pracy, żeby się wyrobić no i przyjechałam do pracy 15.40 (po drodze jeszcze zahaczyłam o klacz o której Wam mówiłam). Nikogo, oprócz jednej podopiecznej [PP] nie miało być w domu, bo reszta pojechała do rodziców na weekend, więc chciałam ją wziąć na ciasto i kawę tak jak zawsze w soboty. W niedzielę chciałam ją zabrać do Sheffield do Costy. Miałam dla nas na prawdę wielkie plany. Ostatni raz w pracy byłam we wtorek.

Weszłam do domu, przywitała mnie koleżanka którą miałam zmieniać, ale nic mnie nie przygotowało na to co zobaczyłam. PP wyglądała dosłownie jak zombie i wcale nie wyolbrzymiam. Nie dość, że zawsze była chuda to teraz wyglądała jak szkielet - chude uda, ramiona a na palcach prawie mięśni nie miała. Obramówkę oczu miała siną, czarną. Podobno od środy przestała jeść i cały czas wracała do łóżka, żeby spać. W 2004 stwierdzono u niej stwardnienie guzowate. Jej brzuch wyglądał jakby była w ciąży, ale tak na prawdę miała guza tej wielkości. Tego dnia, brzuch był dwa razy większy. Nigdy nie pozwalała lekarzowi do siebie podchodzić, więc nie mogliśmy jej nigdzie zabierać do szpitala, bo krzyczała i uciekała na drugi koniec gabinetu. Warto też wspomnieć, że rozumiała wszystko, ale nie mogła mówić. Jedynie pokazała ręką, że chce albo odrzucała, że nie chce.

Koleżanka, pojechała do domu. Na odchodnego jeszcze zażartowałam, że mam nadzieję, że nie będę musiała do szpitala jechać w nocy (chodziło o sytuację ze Stycznia z innym PP). Zostałam sama z PP (bo to sobota i nie potrzeba więcej personelu) i włączyłam nam Shrek'a 4 w TV. Akurat skończył się o 16.20 i PP poszła na górę. Stwierdziłam, że jest w takim stanie, że nie zostanę na dole więc wyłączyłam wszystko na dole i poszłam na górę.

PP leżała na swoim łóżku, głowę miała przykrytą poduszkami więc stwierdziłam, że ma migrenę jak zwykle. Zasłoniłam zasłony i poszłam do pokoju personelu i nasłuchiwałam jej oddechu. Brzmiał trochę jak astmatyk, który próbuje zaczerpnąć powietrza i potem się uspakajało. Zeszłam na dół, żeby zrobić Jej soku, wróciłam i dałam do picia. Wzięła łyka i oddała kubek. Beknęła jakby miała bąbelki. Cały czas chciała leżeć, a kiedy nie mogła, szybko siadała na łóżku. Wszyscy myśleliśmy, że się wyliże. Zawsze się wylizywała, ze wszystkiego. W środę podobno lekarz został poinformowany i powiedział, że też jej przejdzie. Najwidoczniej ma jakiegoś wirusa...

Tak więc siedziałam w pokoju dla personelu, słuchając jej oddychania. Nie chciałam nad nią wisieć, bo i tak miała głowę przykrytą poduszkami. Z każdym najmniejszym dźwiękiem leciałam do jej pokoju (w międzyczasie zadzwoniłam do Jej rodziców, mówiąc że jeśli chcą mogą przyjechać i ją odwiedzić). W końcu zrobiło się nagle bardzo cicho, adrenalina skoczyła mi na maksa i PP odeszła... Oszczędzę Wam opisu całej sytuacji, ale był to na prawdę nieprzyjemny/trumatyczny widok. Poza tym z szacunku dla Jej rodziny. Próbowałam Nią potrząsać, ale nic nie dało. Byłam w wielkim szoku, od razu zadzowniłam po karetkę. Nie mogłam z siebie wyrzucić słowa, cały czas mówiłam Yyyy yyy y... W końcu mnie połączyli z karetkami.

Od razu zaczęłam mówić, że pacjent nieprzytomny, nieoddycha, straciła płyny, itd. Dyspozytorka chciała, żebym wzięła się za pierwszą pomoc, ale ona leżała na łóżku. Powiedziała, żebym ją zdjęła ale nie miałam jak. Płakałam, zaczęłam krzyczeć, że dlaczego PP mi to robi, przecież tak ją lubiłam. Dyspozytorka powiedziała, żebym pociągnęła ją za kostki wzdłuż łóżka, żeby kolana zwisały z łóżka. Próbowałam, ale za każdym razem łóżko jechało razem z nią (to nie było szpitalne bo to normalne mieszkanie, tylko normalne). W końcu udało mi się. Kolana bezwładnie zwisały z łóżka i kazała mi delikatnie ściągnąć resztę PP. Starałam się najdelikatniej jak mogłam, ale grawitacja zrobiła swoje i ciało bezwładnie upadło na ziemię z wysokiego łóżka. Zaczęłam jeszcze bardziej ryczeć z szoku, ale byłam szkolona na pierwszą pomoc więc od razu zaczęłam masaż serca. Na głos liczyłam każdy masaż serca. Za jakieś 2 minuty słyszałam, że ktoś puka do drzwi, odeszłam od PP i zaczęłam krzyczeć, że na górze. Rozłączyłam się z dyspozytorką i pogotowie przejęło całą akcję. W pewnym momencie było jak 8 ludzi w jej małym pokoju. Zadzwoniłam do rodziców PP, żeby im powiedzieć, ale sama nie mogłam wydać przez płacz. Nie będę się wdawała w szegóły, ale PP odeszła...

Kiedy ratownicy mi to powiedzieli, po prostu się rozryczałam. Wszyscy się na mnie patrzyli bo wiedzieli, że jestem tylko personelem. Przez łzy powiedziałam żeby się mną nie przejmowali i nie chcę im przeszkadzać w pracy. Poszłam do pokoju personelu i po prostu płakałam. Nie mogłam przestać. W końcu stwierdziłam, że muszę być gotowa kiedy przyjadą rodzice PP. Wstałam i ratowniczka mi powiedziała, żebym poszła na dół i napiła się czegoś gorącego. Wiem, że chciała żebym im nie przeszkadzała i żebym poczuła się lepiej, bo cały czas się pytałam czy w czymś im nie pomóc. Zeszłam na dół, razem ze wszystkimi telefonami (menadżerka już była poinformowana). Myłam ręce przy zlewie chyba dobre 2 minuty. Potrzbowałam ten "brud" z siebie zmyć.

Wszyscy sanitariusze już prawie poszli, został jeden, żeby spisać protokół. Usiedliśmy w kuchni na dole. Zostałam tylko ja i on i zaczął zadawać mi pytania odnośnie tego co się stało. Powiedział, żebym się nie przejmowała i broń boże nie winiła za sytuację. Powiedział, że najprawdopodoniej odeszła w momencie o którym Wam nie chciałam pisać. Nawet gdybym zadzwoniła 5 minut wcześniej, to by nic nie zmieniło. Zaparzyłam mu kawy, w międzyczasie przyjechała rodzina PP. Mama PP przytuliła mnie z całej siły i obie płakałyśmy. Wiedziała, jak bardzo byłam z nią zżyta. Rodzina usiadła i ratownik zaczął opowiadać całą sytuację. Widział w jakim byłam stanie i powiedział rodzinie, że robiłam co się dało próbując mnie podnieść na duchu. Mama PP powiedziała, że to zabrzmi źle ale cieszy się, że to ja byłam przy PP - obie wiedziałyśmy co ma na myśli. Złapałam ją za rękę, przystawiłam do swojego czoła i zaczęłam płakać i przepraszać. Ratownik od razu powiedział, żebym się nie obarczała winą i że to nie moja wina i widział jak bardzo byłam zżyta z PP.

W międzyczasie zadzwonił do mnie menadżer który zajmuje się innymi domami opieki i pytał jak się czuję. Podziękowałam mu za troskę, rozpłakałam się na chwilę i przeprosiłam, ale chciałam wracać do całej sytuacji. Wróciłam, niedługo potem przyjechał policjant. Jeszcze potem przyjechała moja menadżerka - to był na prawdę dobry moment, bo już sama nie wiedziałam co mam robić. Pokój PP był cały brudny, nadal tam leżała, policja chciała odemnie dokumentów które niestety były w biurze (a była sobota) a tylko ja byłam na zmianie. Menadżerka przyszła i pomogła mi się ze wszystkim uporać. Policjant odradził rodzinie zobaczenia ciała, ja musiałam je zidentyfikować i znowu płacz. Rodzina poszła do domu. Dałam swoje zeznanie policjantowi i koło 21 specjalna karetka przyjechała po ciało. Dwaj mężczyźni byli ubrani w garnitury - na prawdę robiło wrażenie, dawało dużo szacunku.

Policjant się z nami pożegnał i kazał mi ze wszystkimi z kim mogę rozmawiać na ten temat, żeby nie trzymać tego w sobie bo zwarjuję. Policjant poszedł, a menadżerka kazała mi się zbierać i wracać do domu mojego. Powiedziałam, że wykluczone, że ona nie zostanie z tym sama. Ja jedynie potrzebowałam prysznica, żeby z siebie zmyć ten smród i oczyścić energetycznie. Umyłam całą siebie, włosy. Prawie cały żel zużyłam byleby tylko nie czuć tego. W końcu wyszłam, wysmarowałam się i założyłam ubrania które nosiłam pod spodem (tego dnia - dzięki bogu - ubrana byłam na cebulę, kilka warstw). Menadżerka poprosiła o gorącą wodę, żeby wymyć podłogę w pokoju PP. Udało nam się, dom był wymyty. Znalazłam jeszcze album PP, przeglądała zdjęcia z naszych wycieczek. Koło 23 pojechałam do domu rowerem, na szczęście wiatr pchał mnie do przodu. Po drodze rozmawiałam z moją Mamą przez telefon.

Weszłam do domu i D mnie przytulił. Chwilę pogadaliśmy, ale nie byłam zmęczona. W pracy zanim jeszcze działa się cała sytuacja, wypiłam dwa litry smoothie. Nawet nie chce myśleć w jakim bym była stanie, gdybym nie miała ze sobą smoothie (cukier z owoców, broni nasz układ nerowowy przez adrenaliną i jednocześnie chroni nas przed zespołem stresu pourazowego). Dodatkowo z początkiem tygodnia zaczęłam ćwiczyć. To stereotypowe co teraz powiem, ale fakt że zaczęłam ćwiczyć też dużo pomógł, bo byłam ciut pewniejsza siebie niż gdybym była bez ćwiczeń.

W domu po prostu siedziałam. Wszyscy z personelu, którzy pracują ze mną w tym domu do mnie dzwonili i wysyłali wiadomości jak się czuję, itd. Menadżerka jeszcze się ze mną kontaktowała. Miałam ćwiczyć tego wieczora, żeby ztłamścić ból, żeby po prostu się wyżyć, ale padłam. Zdjęłam z siebie wszystkie ubrania, łącznie z butami i zostawiłam przed pralką. Nie chciałam ich nawet dotykać. Poszłam spać.

Następnego poranka (niedziela), automatycznie przyzwyczajona już obudziłam się koło 5 nad ranem i mimo że byłam wyspana, wolałam dalej spać. Nie chciałam o tym myśleć. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to po prostu widok PP kiedy umierała. Obudziłam się o 7.20 i już nie mogłam się zmusić do dłuższego spania. Wstałam i zeszłam na dół. Sok z pomarańczy z miodem, a potem dokańczałam zupę z kapusty którą ugotowałam dzień wcześniej. Zaczęłam płakać. Wzięłam serduszko Buni i przytuliłam mocno do siebie.

Oglądałam TV, żeby o tym nie myśleć, ale było na prawdę ciężko. Każdy moment który był wolny, cały czas mi to leciało przed oczami, cała ta sytuacja. Kiedy zapomniałam na chwilę o sprawie, nadal czułam się nieswojo i zastanawiałam się czemu tak się czuję i cała sytuacja znowu wracała. Nie dało się od tego odejść, wszystko w głowie mi buzowało całą sytuacją więc chciałam poćwiczyć, żeby to wyrzucić, żeby się wyżyć, żeby przestało boleć. Bardzo byłam zżyta z PP - traktowałam ją jak przyjaciółkę.

Poszłam poćwiczyć na dole i Karolek różnież był w moim pokoju. I nagle do głowy "przyszedł" mi ten tekst z samego początku wpisu. Kiedy to do mnie doszło, coś w mnie pękło i zrobiło mi się lżej. Coś po prostu we mnie puściło. To nie był jeszcze koniec tych uczuć, ale coś we mnie puściło. Dokończyłam ćwiczenia i poszłam na górę do łóżka. Byłam śpiąca. Zamknęłam oczy i wszystko znowu zaczęło do mnie wracać i mimowolnie zaczęłam obwiniać się całą sytuacją. D przyszedł do pokoju i zaczął się o mnie martwić. Nie mógł zrozumieć dlaczego tak bardzo przejęłam się całą sytuacją. Powiedziałam, że PP była dla mnie jak przyjaciółka i też zawsze się mną opiekowała i czuję się wszystkiemu winna. W końcu D się postawił i jak to facet potrafi, na zimno postawił mi sytuację i znowu zaczęło mnie puszczać i się rozryczałam. Uspokoiłam się, D poszedł do siebie a ja zasnęłam w łóżku.

Obudziłam się kilka godzin później. Zaraz przed przebudzeniem miałam sen z PP. Siedziała na fotelu i sytuacja wyglądała tak jakby nadal żyła ale było już po wszystkim. Zapytałam się jej dlaczego mi to zrobiła, a PP złapała mnie za rękę i tak samo jak sny z Bunią, spojrzała mi głęboko w oczy. Wybaczyła mi i "powiedziała", że teraz jest jej lepiej. Ten sen bardzo mi pomógł, ale nadal w każdą wolną chwilę do głowy wchodziła mi cała sytuacja. Niedługo potem zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy - ta z którą się kiedyś pokłóciłam. Dzwoniła z zastrzeżonego - normalnie nie odbieram takich numerów, ale myślałam że to policja. Gadaliśmy prawie godzinę. Nie było mi lepiej, ale cieszyłam się ze snu. Zrobiłam sobie herbaty owocowej - w sumie to nawet kilka. Przed 23 stwierdziłam, że jednak zrobię dzisiaj ten treninig. Wybrałam jogę i boy, oh boy, czułam się jak zupełnie inna osoba po skończeniu. Na prawdę zrobiło wielką różnicę.

D też był padnięty, więc położył się spać o 23. Poszłam na górę i przed snem jeszcze rozmawialiśmy. Dopasowaliśmy się tak ciałami, że byliśmy wplątani jaki puzle, ale było wygodnie. Bardzo potrzebowałam się do kogoś przytulić, poczuć drugą osobę, żywą... Przed snem poprosiłam wszystkie istoty światła teraz i na zawsze, które chcą pomóc, żeby usunęli wszystkie wspomnienia związane z sytuacją. Żeby zamienili je w światło i wysłali to światło komu tylko potrzebne, a w miejsce w moich wspomnień wypełnili światłem i ciepłem. Zasnęłam.

Nie pamiętam za bardzo snów, wiem że śnił mi się blondyn z niebieskimi oczami ale nie pamiętam w jakim konkekście no i Karolek mi się śnił, czyli o coś prosił, ale też nie pamiętam dobrze. Obudziłam się o 7.50 ale byłam bardzo zmęczona bo od kilku dni się nie uziemiałam matą. Hormony wzięły górę i z D mieliśmy przyjemny poranek. Oboje wstaliśmy. Kiedy D poszedł do toalety krzyknęłam z sypialni, żeby wrzucił moje ubrania które tam zostawiłam do pralki. Nie wiem czemu, ale miałam do nich wstręt. Nie mogłam ich dotknąć, przechodziłam od nich na kilometr. Wrzucił, ubrałam się i poszłam na dół ogarniać kuchnię. Dzisiaj było o wiele łatwiej niż wczoraj. Ciągnęła się za mną sytuacja, ale nie było mi to przypominane na każdym kroku.

Dzisiaj był dzień solarium, do tego pomarańcze mi się skończyły no i chciałam tą zupę z cebuli wreszcie ugotować. Pojechałam na miasto i ciężko było. Wspomnienia nadal wracały, ale było zdecydowanie lżej niż poprzedniego dnia. Codziennie do mnie piszą znajomi z pracy i menadżerka. Myślę, że będzie co raz łatwiej, ale drugie najgorsze przedemną...

W czwartek do pracy, ale będę ze znajomą. Znajoma zostanie ze mną do 19.30 a potem będę sama z dwójką PP. To jeszcze jakoś dam radę przeżyć. W piątek będzie dużo ludzi w pracy, więc też się czymś zajmę. Najgorzej będzie w weekend, kiedy będę tylko ja i jeden PP. Będzie siedział w swoim pokoju, w domu cisza i tylko ja i on. Całe szczęście, menadżerka dała mi numer do psychologa który jest czynny 24/7, więc chyba zadzwonię, albo tutaj będę pisała. Jeszcze nie wiem, ale wiem że będzie mi ciężko. W ogóle to możecie się spodziewać okresu, kiedy będę się odnosiła do całej sytuacji tutaj. Nie dlatego, że próbuję zwrócić na siebie uwagę czy narzekać - po prostu, muszę to z siebie wyrzucić.

Teraz jak myślę o tym śnie z białą klaczą o której Wam mówiłam poprzednio to się zastanawiam, czy to przypadkiem nie chodziło o PP. I do tego jeszcze pamiętam jak Tracey się pytałam czy moi krewni po drugiej stronie mają dla mnie jakieś wiadomości, ale moi guardians im nie pozwalali mi powiedzieć, ale czułam że coś jest na rzeczy. Do tego PP odeszła o 17.55 (angielski czas -> 5.55pm). Powtarzjące się 5. Chyba tak musiało być i padło akurat na mnie...

02.04.2018 _ poniedziałek
  • awatar Nuttkaa: z bólem nie trzeba żyć(nie licząc tego fizycznego) ból psychiczny zazwyczaj zadają nam bliscy ludzie (przyjaciele,itp) nie trzeba tego akceptować można pozbyć się bólu dopierając do swojego życia odpowiednie osoby
  • awatar hononey: @Nuttkaa: gdybyś przeczytała wpis, zrozumiałabyś do czego nawiązuję <3
  • awatar szachimatONA: Wow aż się spociłam jak to czytałam. Nigdy jeszcze nie przeżyłam takiego traumatycznego przeżycia. Podziwiam Cię za siłę. Ja pewnie zwymiotowałabym, i zemdlała i dostała zawału serca na miejscu :( Wiem że to głupio zabrzmi jak byłam dzieckiem bardzo przeżywałam stratę zwierzaków babcia mi wtedy mówiła że nie wolno płakać po czyimś odejściu bo ta osoba nosi dzbanek z naszymi łzami i jest jej ciężko :) W niektórych kulturach też nakazuje się cieszyć w tym dniu. Po za tym w innych kulturach mówi się że "śmierć to nie koniec życia, tylko jego kolejny etap" i że tam gdzie idzie dusza jest lepiej ludzie pozbawieni są wad, chorób, otyłości, wszyscy są równi itp.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

hononey
 
Wpis tylko dla znajomych

Wpis tylko dla znajomych

 

xdpedia
 
www.xdpedia.com/(…)w_milosci_trzeba_sie_napracowac.…
W miłości trzeba się napracować. Ona przychodzi do nas sama. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Ale to wszystko, co dla nas robi. Później musimy zajmować się nią sami. Kiedy jest za gorąco, schładzać, żeby się nic nie spaliło. Jak jest za zimno, podgrzewać, żeby coś nie zamarzło.
 

xdpedia
 
www.xdpedia.com/31923/jesli_robisz_kupe_przy.html
Jeśli robisz kupę przy swojej dziewczynie (swoim chłopaku), oznacza to że wasz związek jest już stabilny, dojrzały i bardzo zaawansowany.
 

hononey
 
Widzę, że ludzie nadal odwiedzają mojego bloga mimo, że rzadziej piszę. To miłe i dziękuję Wam z całego serca <3 dzisiaj dłuższy wpis, bo potrzebuję z sieie wszystko wyrzucić.

Trochę rzadziej wchodzę, bo w sumie takiego stresa mam. Stresa przed samą sobą. Niby wszystko mi się teraz układa - lepiej by być nie mogło. Wreszcie praca mi spadła i już nie muszę zapierdalać codziennie, mam więcej czasu dla siebie. Dzięki temu dom ogarnięty - ba, nawet w ogródku udało nam się odchwaścić dróżkę i wygląda teraz po ludzku można przejść bez większego problemu - tutaj macie zdjęcia, przed i po: tinyurl.com/yac3hevx tinyurl.com/y9zsuxnb tinyurl.com/ybjod5xf tinyurl.com/ya4xv7nc nawet Karolek robił mi inspekcję.

Zabrałam ostatnio Karolka na spacer do lasu. Stwierdziłam, że skoro ładna pogoda to chociaż się trochę przejdę. Nie wiem ile zrobiłam kilosów, ale przyjemnie było się tak przejść. Czułam Bunię z Dżojem obok mnie i szło się jakoś raźniej. Potem położyłam Karolka na górę plecaka i tak sobie siedział na samej górze, o: tinyurl.com/y7cswkjy Najbardziej mnie wkurza to, że na zdjęciach wychodzę jak pół tyłka zza krzaka, ale jak w domu zdjęcie zrobię to już nie jest tak źle [facepalm] tinyurl.com/y9tyq2kw tinyurl.com/y7guyuw3

Co do związku, D przyznał mi rację jeśli chodzi o kolegę. Powiedział, że tamten w ogóle nie ma planu na życie ani ambicji. Przychodzi do nas grać na telefonie i palić fajki. Od kiedy uszkodził sobie rękę w pracy w listopadzie (coś związanego z nerwem), ma płacone chorobowe ale pracę już prawdopodobnie stracił. Teraz jeszcze matka go wczoraj z domu wyrzuciła więc tę noc przespał u D w pokoju (chociaż uważam, że to niesprawiedliwe że go wyrzuciła, bo płaci matce za rachunki a jego bracia nieroby nie robią praktycznie nic). Ja na szczęście w pracy więc z dala od tego zgiełku. Ale nawet D się nie podoba cała ta sytuacja i cały czas tamtemu powtarza, gdzie ma iść i co ma zrobić, żeby załatwić sobie miejsce do spania, itd. Nawet przez telefon koledze powiedział, że nie ma opcji żeby został u nas. Wczoraj tylko mojemu wysłałam wiadomość, że mi nie przeszkadza, że tamten sobie u niego śpi - wiadomo, że w życiu zdarzają się cieżkie sytaucje i każdego może spotkać. Mi tylko chodzi o to, żeby tamten się ogarnął i jak najszybciej znalazł miejsce, a nie że przesiedzi u nas miesiąc bo nic innego się nie znalazło. Dostaje chorobowe, dlaczego nie mógł sobie kasy odłożyć tylko wszystko wydaje na zioło i pizze? Po prostu nie ogarniam tego człowieka. I on jeszcze chciał do mnie startować... Z czym? Bo dobrze zarabiam?

A propos związku... Możecie pomyśleć, że jestem samolubna i pieprzona egoistka, ale... jeśli mam być z Wami szczera to nie uśmiecha mi się opiekowanie niepełnosprawnym wujkiem D, kiedy jego babcia odejdzie. Wujek w ogóle nie chce iść pod opiekę obcych ludzi (czyli takich, gdzie ja pracuję mimo że miałby niebo pod nosem) i babcia D się zaprała, że wujek tam nie pójdzie. Czyli, że całe życie będzie pod opieką najbliższej rodziny. Wujek cierpi na autyzm - nic nie rozumie co się do niego mówi. Nie potrzebuje jakiejś specjalnej opieki z wyjątkiem tego że ktoś musi być w domu. I wiecie co? Nie po to staram się tak o siebie z odżywianiem, nie po to wyleczyłam się z tylu chorób, żeby marnować życie na opiece wujka D tylko dlatego, że nie zgadzają się żeby ludzie którzy się na tym znali i mają za to płacone się nim opiekowali. Dlatego jak wspomniałam, zjebie się sytuacja z D i się wyprowadzam. Do tego jeszcze D nienawidzi ludzi, po prostu się brzydzi ludźmi. Wszystkich nazywa debilami itd. I codziennie mam w koło pierdoło takie śpiewanki i mnie to powoli zaczyna wykańczać psychicznie. Od przeprowadzki z D przytyłam 15kg. Po prostu szkoda gadać...

A teraz uwaga... Obnażę się przed Wami ze wszystkich moich strachów. Nie zależy mi żeby o tym rozmawiać z kimkolwiek ale czuję z jakiegoś powodu wstyd i czuję że muszę się z tym ukrywać (chyba przez rodziców - ale o tym kiedy indziej), więc muszę o tym napisać, żeby wreszcie się przyzwyczaić do tego uczucia i OWN IT. Otóż jem dużo niezdrowego jedzenia, znowu wróciłam na śmieci. Wszystko teraz będę pisała jak mi leci z głowy więc nie wiem czy to będzie miało sens, chodzi o to żeby z siebie to wyrzucić a nie myśleć o czym się pisze.

Wiem, że tak ładnie mi szło ale mam w głowie ideał tego jak powinnam się odżywiać - wiem, że to głupie. Magazyny i inne pierdoły sprzedawane w gazetach dają nam uczucie idealizmu - tak wygląda idealny świat a jeśli nim nie podążasz to nie będziesz się tak czuła. I tak w głowie mam wielki ideał tego jak powinnam jeść. Zaburzeń odżywiania się pozbyłam (binge eating, anorexia, bulimia, itp) ale nadal zostały okruchy tego jak mam jeść. Mi by nie przeszkadzało, żeby jeść szejki i soki cały dzień - na serio nie, ale idziesz do sklepu i kurna zaczyna Tobą rzucać i nim się obejrzysz wychodzisz ze sklepu z paczką czipsów i tym podobne. Poza tym nie mogę jeść niektórych rzeczy - jak chleb czy tłuste rzeczy a jednak fajnie byłoby móc jeść rzeczy które wszyscy jedzą. Po prostu się czuję jakbym nie należała do stada, do żadnej grupy. Czuję sie po prostu taka samotna. Całe szczęście, że mam Karolka bo chyba bym bez niego zwariowała. Tak kochane, jem niezdrowe rzeczy, żeby poczuć się częścią stada (grupy, że przynależę). Wiem, że to głupie ale nie wiem jak inaczej to opisać. Na żadne dodatkowe zajęcia nie mogę się zapisać, bo praca a znając życie i tak pewnie są płatne. Do siłowni za chiny nie pójdę - juz to przerabiałam. Poza tym za dużo marnowania czasu. Wolę w domu godzinkę. Więc no ten, jestem samotna. Czuję się, jakby nikogo nie było oprócz mnie i smutek/pustkę zajadam niezdrowym jedzeniem. Czuję wstyd, że muszę to ukrywać dlatego, że jako dziecko nie mogłam jeść cukierków, czekoladek itp bo stan mojej skóry by się pogorszył. Kiedy rodzice się dowiadywali o tym, miałam na prawdę przesrane w domu i dostawałam po dupie. Nie dziwię się bo rodzice wydawali wszystkie oszczędności na leki nie znając prawdziwej przyczyny, a mnie ciągneło do wszystkiego. [właśnie się rozryczałam, czyli powoli zaczynam stare rany z siebie wyrzucać]. Teraz już rozumiem dlaczego nie mogę się zdrowo odżywiać dłużej niż kilka dni a potem znowu wracam na śmieci. Po prostu próbuję zastąpić przynależność do grupy jedzeniem. Dlatego jeżdżąc do pracy na wakacje, nigdy nie miałam problemu z jedzeniem zdrowego jedzenia - miałam znajomych i codziennie wieczorem siedzieliśmy przy herbacie i rozmawialiśmy. Mimo, że teraz z internetem jest łatwiej się porozumieć z drugą osobą, to jednak nic nie zastąpi tej obecności drugiej osoby. Dlatego tak dobrze mi się zawsze z Pandzią na naszych podróżach po Warszawie gada, bo wreszcie możemy z siebie wszystko wyrzucić. Nawet z Mamą tak nie mogę pogadać kiedy u nich jestem, zazwyczaj przyklejona do telewizora albo cała rozmowa spada na jej temat. Z Tatą może jeszcze by się dało, ale on z kolei za dużo ma drażliwych tematów i lepiej nic na ten temat nie mówić. Więc jak same widzicie, brakuje mi po prostu żywej przyjaciółki, tu na miejscu żeby kilka razy w tygodniu można było się spotkać. Czuję się sama jak palec. I wiem, napisałam już to multum razy ale tak właśnie słowa lecą mi z głowy. Nawet nie przeczytałam jeszcze tego co napisałam. Po prostu jestem samotna i chyba wreszcie na to narzekam. Zawszie siedziałam cicho - ktoś mnie nie akceptuje, to trudno. Przecież nie wszyscy muszą mnie kochać. No ale niestety teraz wychodzi na to, że samotność jednak mnie dopadła i nadal nie zależy mi na tym, żeby komuś imponować. Po prostu chcę być częścią jakiejś małej grupy - robić coś razem. Pamiętam jak z dziewczynami z dzieciństwa spotkałam się w zeszłym roku i jak przyjechałam do domu i czułam że wreszcie odżyłam. Po prostu jestem samotna...

25.03.2018 _ niedziela
  • awatar Help Me :'(: Jaki fajny króliczek :)
  • awatar .Miss Independent.: ja tez się czuję samotna, szczególnbie teraz po tej wyprowadzce od eks.
  • awatar ms moth: Kawał dobrej roboty :) btw zazdroszczę ogródka! Rzeczywiście ten kolega ma kiepską sytuację, ale to go też nie usprawiedliwia... I w życiu nie wzięłabym Cię za egoistkę. Nie dziwię Ci się, że nie uśmiecha Ci się opiekować wujkiem D., masz swoje przejścia, zmartwienia, obowiązki i życie, poza tym nie jesteś Matką Teresą. Dobrze, że to wszystko z siebie wyrzuciłaś. Przykro mi bardzo, że tak się czujesz, ale pamiętaj, że nic nie trwa wiecznie. Nie potrafię jakoś "sensownie" Cię pocieszyć, bo właśnie jak napisałaś co innego znajomości w internecie a co innego te w "realu", jedyne co mogę zrobić to po prostu z całego serca życzyć Ci wszystkiego dobrego. Zmian, by samotność zastąpili ludzie i zniknęły problemy z jedzeniem i z tym myśleniem.
Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

Kategorie blogów